Przysposobienie obronne – reaktywacja?

Jednym z elementów krajowej reakcji na rosyjską agresję na Ukrainę stało się ogłoszenie w marcu przez ministra Przemysława Czarnka przywrócenia od 1 września elementów przysposobienia obronnego (PO) w ramach przedmiotu edukacja dla bezpieczeństwa (EdB). Zgodnie z deklaracjami resortu edukacji uczniowie w VIII klasie szkoły podstawowej mają zapoznawać się z bronią palną i zasadami udzielania pierwszej pomocy, natomiast w I klasie szkoły ponadpodstawowej dojdą praktyczne zajęcia ze strzelania prowadzone na strzelnicach dofinansowanych na poziomie samorządów przez MON.

Dyskusja na temat reaktywacji przysposobienia obronnego, zlikwidowanego w roku 2012 i zastąpionego właśnie przez edukację dla bezpieczeństwa, nie jest nowością. Pojawiła się po pierwszej odsłonie wojny ukraińskiej przed siedmiu laty. Wtedy jednak nie zostały podjęte idące w tym kierunku decyzje. Należy zauważyć, że EdB przejęła część materiału programowego przedmiotu znoszonego. Uczy się na niej zasad udzielania pierwszej pomocy oraz postępowania w sytuacjach zagrożenia, przy czym przedmiot ten jest sprofilowany pod kątem klęsk żywiołowych, wypadków oraz ataków terrorystycznych, które wydawały się najbardziej prawdopodobnymi problemami u progu minionej dekady.

Od kilku lat oczywiste stało się zagrożenie wojną sensu stricto, co uzasadnia powrót do odpowiednio sprofilowanego przygotowania młodzieży. Dawne, odziedziczone po PRL-u przysposobienie obronne, stanowiło element pewnego ciągu – przygotowywało do powszechnej, poborowej służby wojskowej lub szkoleń wojskowych na studiach i powiązanych z nimi Szkół Podchorążych Rezerwy. Warto jednak pamiętać, że niekoniecznie był to jakiś proobronnościowy raj utracony. W pamięci autora lekcje PO z liceum na początku lat 90. zapisały się jako nudne, prowadzone przez emerytowanych oficerów o charyzmie porównywalnej z generałem Jaruzelskim i przede wszystkim bardzo „suche”. Zakres zajęć praktycznych był minimalny, zapoznawanie z bronią nie miało miejsca poza jednorazową wyprawą klasy na strzelnicę, de facto zresztą praktycznie fakultatywną. Być może zaważyła specyfika „naukowego” liceum, ale wydaje się, że problemy infrastrukturalne w tym zakresie były w systemie edukacji powszechne, a sam przedmiot traktowano raczej jako uciążliwy spadek po minionej epoce. Mniej więcej równie poważnie jak symbol nowej – wprowadzana właśnie do szkół religia/etyka.

Według resortu edukacji celem programu ćwiczeń strzeleckich, który ma zostać opracowany „wspólnie z organizacjami proobronnymi i pod ścisłą kuratelą MON” ma być zapewnienie szkolonym uczniom „realnych umiejętności” w tym zakresie. Ponieważ koncepcja przywrócenia obowiązkowej zasadniczej służby wojskowej jest konsekwentnie odrzucana, zamysł realizowany na poziomie szkoły ponadpodstawowej, a przez to de facto powszechny, można uznać za pewien jej substytut. Oczywiście bardzo ograniczony – sama umiejętność obsługi broni strzeleckiej jest tylko jedną ze zdolności nabywanych przez żołnierza podczas szkolenia. W przypadku rodzajów broni innych niż piechota czy siły specjalne – drugorzędną. Przeszkolenie potencjalnych kandydatów tylko w tym jednym zakresie będzie miało zatem w perspektywie wieloletniej bardzo umiarkowane znaczenie dla wojsk regularnych. Nieco większe dla Obrony Terytorialnej. A stosunkowo największe w ewentualnej sytuacji kryzysowej wymagającej mobilizacji i szkolenia rezerw najniższego szczebla czy rozbudowy sił typu milicyjnego. Zapowiadany przez MON program można też traktować jako swoistą „inicjację” w obronność, a także, last but not least, możliwość zainteresowania przez armię potencjalnego narybku służbą czy to zawodową, czy wprowadzaną w ustawie o obronie ojczyzny dobrowolną zasadniczą służbą wojskową.

Przedstawiony przez ministerstwo edukacji projekt na wstępnym etapie i na podstawie dość skąpych danych można zatem ocenić jako mający potencjał zapewnienia korzyści dla obronności. Wszystko oczywiście będzie zależało od konkretnej jego realizacji i zdania egzaminu przez kadry oraz infrastrukturę. Co najmniej równie ważnym jak szkolenia z bronią elementem będzie wszak przeprofilowanie programu edukacji dla bezpieczeństwa w taki sposób, aby uczone w jej ramach elementy obrony cywilnej obejmowały zagrożenia o charakterze masowym. Charakter wojny prowadzonej na Ukrainie nie pozostawia najmniejszych wątpliwości odnośnie do ich realności. To z kolei musi być powiązane z dyskusją o obronie cywilnej jako takiej czy w szczególności budownictwa ochronnego. Zmiany muszą mieć charakter systemowy, punktowe deklaracje dobrych intencji nie wystarczą.

dr Jan Przybylski

Migawka z wojny obronnej Ukrainy

Po upływie dziesięciu dni od agresji Rosji na Ukrainę na frontach wojny zapanował stan sprawiający wrażenie pauzy operacyjnej. Sytuacja Ukrainy jest niezwykle ciężka, a jej perspektywy wojenne pozostają wątpliwe. Widać jednak, że pierwotny plan rosyjskiego kierownictwa politycznego spalił na panewce. Inwazja nie okazała się spodziewanym, jak wszystko wskazuje, szybkim spacerkiem. Armia rosyjska poniosła istotne straty.

Do roszczeń każdej ze stron w zakresie szkód poczynionych w szeregach przeciwnika należy podchodzić z daleko idącym sceptycyzmem, podobnie jak rozmaite heroiczne historie (taką jak o gromiącym rosyjskie lotnictwo myśliwcu MiG-29, nazywanym „Duchem Kijowa”). Jednak dostępne w domenie publicznej i weryfikowane przez niezależnych obserwatorów dane pozwalają na ustalenie pewnych minimalnych poziomów.

Najtrudniejsze do określenia są straty ludzkie, jednak według ocen analityków Rosjanie mogli stracić już około 10 000 zabitych, rannych i zaginionych (wziętych do niewoli, dezerterów). Znacznie więcej wiadomo o sprzęcie. Analizy autorów serwisu Oryx wskazują, że agresor stracił do dziś co najmniej 31 zniszczonych, 50 zdobytych przez Ukraińców i 27 opuszczonych czołgów. Analogiczne wskaźniki dla bojowych wozów piechoty wynoszą 40, 45 i 24, dla dział samobieżnych 3, 5 i 8, dla artylerii holowanej 4, 2 i 3, dla rakietowej 6, 9 i 2, dla rakietowych i artyleryjskich zestawów przeciwlotniczych 14, 8 i 5. Ukraińcy wyeliminowali również znaczące ilości innego sprzętu lądowego. Nieco mniej dotkliwe straty poniosło dotychczas rosyjskie lotnictwo. Na pewno wiadomo o 3 bombowcach taktycznych Su-34, 2 myśliwcach wielozadaniowych Su-30SM, 4 szturmowcach Su-25 oraz 7 zestrzelonych i 2 opuszczonych po przymusowym lądowaniu śmigłowcach. W przypadku lotnictwa miniona doba przyniosła jednak wyraźne nasilenie strat. Strona ukraińska zniszczyła w tym czasie wszystkie 3 Su-34, jednego Su-30 i 3 śmigłowce. Można oceniać, że faktyczne straty pojazdów bojowych mogą być nawet dwukrotnie wyższe, przecieki wskazują również, że także w przypadku sprzętu powietrznego nie wszystkie materiały dotyczące strat Rosjan zostały, z różnych względów, upublicznione przez obrońców.

Opisane straty nie są porażające dla armii rosyjskiej jako takiej, której rozwinięte przeciwko Ukrainie jednostki stanowiły szacunkowo 20–25% pokojowych stanów w odniesieniu do wojsk lądowych. Dotyczy to w szczególności cieszących oko rozbitych ręką m.in. Matki Boskiej Javelińskiej czołgów agresora. Nawet znacznie większe straty będą możliwe do uzupełnienia w sytuacji, gdy liczba pojazdów tego rodzaju w linii oraz dostępnych w magazynach „od ręki” sięga 3000, a co najmniej drugie tyle, jeszcze z sowieckich zasobów, jest zmagazynowane do mobilizacji w ciągu nie więcej niż pół roku. Z tej perspektywy bardziej dotkliwe mogą być relatywnie mniejsze straty lotnictwa. Nowe Su-30SM czy Su-34 muszą zostać zamówione w fabryce i będą kosztować równowartość około 50 milionów dolarów. Realny koszt modernizacji wyciągniętego z magazynu czołgu T-72B do dość nowoczesnego standardu 3M nie przekroczy miliona dolarów, nawet jeżeli uznać oficjalnie podawane ceny za znacznie zaniżone.

Straty te są jednak bolesne dla sił wydzielonych przeciwko Ukrainie. Niektóre szacunki wskazują, że zaangażowanych zostało już nawet 80% spośród nich, a spora część poniosła znaczące straty lub wręcz została zniszczona przez twardą obronę ukraińską. Przy tym dotychczas prowadzone działania nie przyniosły Rosjanom decydującego powodzenia i realizacji celu politycznego.

Dotychczasowy brak sukcesu militarnego przy poważnych stratach można przypisać kolejnej z rzędu fatalnej kalkulacji rosyjskiego przywództwa politycznego. Najpierw nie doceniło ono determinacji Zachodu, przede wszystkim Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii w aspekcie wsparcia Ukrainy. Następnie rozpoczęło wojnę, do której w istocie nie były przygotowane zgromadzone siły rosyjskie. Można przypuszczać, że około 200-tysięczna armia inwazyjna, będąca mieszaniną wysokiej jakości jednostek elitarnych, znacznie gorszych ściągniętych z całego kraju i nawet Rosgwardii, czyli w istocie wojsk wewnętrznych, nieprzeznaczonych w żadnym razie do regularnej wojny, mogłaby osiągnąć ograniczone cele, sięgające wydarcia Zadnieprza. Jednak przywództwo polityczne postanowiło zaatakować całą Ukrainę. Spowodowało to blamaż rajdu na Kijów przeprowadzonego w pierwszych dniach wojny. Jednostki biorące udział w tej fatalnie zorganizowanej operacji zostały w dużej mierze rozgromione przez armię ukraińską i własną tragicznie złą logistykę, tracąc nawet 60% sprzętu. Wyniszczeniu uległy rzucane jakby na oślep desanty elitarnych wojsk powietrznodesantowych.

Przy tym wszystkim wydaje się, że w pierwszych dniach wojny Rosjanie chcieli ją prowadzić w sposób „elegancki” medialnie, bez nadmiernych ofiar dla podbijanej ludności. Preludium w postaci uderzeń rakietowych i lotniczych miało niewystarczający zakres i jak wykazały kolejne dni, nie było w stanie porazić ukraińskiej obrony przeciwlotniczej zasięgów krótkiego i średniego, a nawet lotnictwa, wrażliwego na ciosy. Taki koncept „operacji pokojowej”, lekceważący w niewiarygodny sposób zdolność stawiania oporu przez Ukraińców mimo publicznie znanej jej odbudowy po roku 2014 i równie nietajonemu wsparciu Zachodu, wskazywać może na dwie kwestie. Albo na daleko idące deficyty intelektualne rosyjskiego kierownictwa z Władimirem Putinem na czele, albo na rozpoczęcie wojny w sytuacji przymusowej, spowodowanej koniunkcją przyczyn wewnętrznych i zewnętrznych, przede wszystkim obawy przed strategiczną porażką z grającymi w nieprzewidziany przez Moskwę, bardzo ostry sposób Anglosasami. Niewątpliwie jednak matką rosyjskich kłopotów jest fundamentalnie błędna na którymś poziomie kalkulacja.

Ukraińcy w najmniejszym stopniu nie ułatwili Rosjanom zadania. Bezpodstawne okazały się wszelkie obawy o spoistość ich armii i całego państwa oraz społeczeństwa w obliczu inwazji. Nawet spore powodzenie Rosjan na kierunku południowym, gdzie korzystając z lokalnej przewagi i dobrego tam dowodzenia osiągnęli znaczące postępy, odbyło się w warunkach uporządkowanego cofania się sił ukraińskich. Uporczywa obrona Charkowa i Mariupola jest prowadzona w bohaterski i bardzo umiejętny sposób. Na kierunku kijowskim, na którym sytuacja na początku mijającego tygodnia wydawała się niezwykle ciężka, armii ukraińskiej udało się przeprowadzić skuteczne i bolesne dla wroga kontrataki. Oczywiście zasadnicze znaczenie ma tu wsparcie zagraniczne, zapewniane przede wszystkim (choć nie wyłącznie) przez państwa NATO. Nie mniejsze niż nagłaśniane dostawy nowoczesnego i skutecznego sprzętu znaczenie ma w tym zakresie pomoc informacyjna. Wszak samoloty rozpoznawcze, przede wszystkim amerykańskie i brytyjskie, nie operowały od końcówki ubiegłego roku nad Ukrainą i nie operują teraz nad Polską i Rumunią w celach krajoznawczych. Do ukraińskich dowództw płyną strumienie danych od sojuszników. Można nawet zastanawiać się, czy braki rosyjskiej łączności nie biorą się w pewnej mierze z oszczędnego stosowania w obawie przed jej pełnym „rozczytaniem” przez prowadzące nieustannie rozpoznanie elektronicznie samoloty Rivet Joint USAF i RAF.

Jednak ostateczną instancją na polu walki są Ukraińcy, sprawujący się ogólnie rzecz biorąc znakomicie, walczący tyleż ofiarnie, co profesjonalnie. Można mieć ogromne obawy o dalsze perspektywy tak obrońców, jak i ludności cywilnej. Rosjanie nie umieli poprowadzić wojny w sposób elegancki, zatem teraz prawdopodobnie będą dążyć do pokonania Ukrainy przez intensyfikację brutalności i wykorzystanie najmniej finezyjnej przewagi ogniowej. Jeżeli nie zdarzy się kolejna rzecz tak niespodziewana, jak sankcje wykraczające poza przedwojenne przewidywania i „odwrócenie” Niemiec, mogą swój cel osiągnąć.

Pozostaje mieć nadzieję, że w takim przypadku będzie to tylko wygrana wielkim kosztem runda globalnej rozgrywki. A kolejne zwrócą Ukraińcom nie tylko wolną, ale i zamożną, prężną ojczyznę, realizującą potencjał tej ziemi i tego narodu. W tych dniach udowodnili, że zasługują bez żadnych wątpliwości na taką właśnie, nie na półupadły postsowiecki kraj, jakim była Ukraina przez ćwierć wieku po rozpadzie Związku Sowieckiego.

dr Jan Przybylski

O scenariuszach kryzysu ukraińskiego

Dzisiaj odbywa się kolejne spotkanie w „formacie normandzkim” z udziałem przedstawicieli Rosji, Ukrainy, Niemiec oraz Francji. Określane jest ono jako kolejna „ostatnia szansa dla dyplomacji” w konflikcie, który wprowadził w Europie napięcie niespotykane od czasów Zimnej Wojny.

Jednocześnie na wschodniej i północnej (białoruskiej) granicy Ukrainy wciąż rozbudowywane są siły rosyjskie. Są one oceniane już obecnie na ekwiwalent 8–10 dywizji liczący ok. 125 000 ludzi. Według analiz koncentracja sił rosyjskich i rozwinięcie ich zaplecza logistycznego, medycznego itp. osiągnie poziom wystarczający do realizacji przewidywanych celów nie później niż w pierwszej dekadzie lutego. Nie oznacza to wciąż bezwzględnej pewności wojny na dużą skalę. Nikłe wydaje się jednak prawdopodobieństwo „rozejścia się po kościach” całej sytuacji, która jeszcze jesienią mogła być traktowana jako swoiste rytualne wywieranie presji na Ukrainę i Zachód w celu osiągnięcia celów dyplomatycznych (uznanie aneksji Krymu, wycofanie obiekcji w sprawie gazociągu Nord Stream 2).

Aktualna sytuacja ma antecedencje z jednej strony w „miękkim”, związanym z kulturalno-ekonomicznymi czynnikami soft power rozszerzaniu wpływów szeroko rozumianego Zachodu w przestrzeni posowieckiej. Z drugiej natomiast w przeciwdziałaniu im i dążeniu do pewnej formy odbudowy ZSRS w ramach tzw. doktryny Putina. Dla „Ruskiego Miru” zupełnie stracone są zintegrowane z Zachodem na wszystkich płaszczyznach kraje bałtyckie. Jednak losy Białorusi i Ukrainy wciąż się ważą. Ta pierwsza jest powiązana z Rosją w sposób jak się wydaje wykluczający w dającej się przewidzieć perspektywie istotniejszy zwrot. Ukraina jednak jest przypadkiem odmiennym, mając znacznie żywotniejszą tradycję niezależności politycznej i kulturowej od przestrzeni rosyjskiej.

Ukraińskie tendencje prozachodnie doprowadziły najpierw do „pomarańczowej rewolucji” w latach 2004–05, a później do Euromajdanu w latach 2013–14. Wydarzenia te skutecznie zniweczyły pomysł na trwanie państwa ukraińskiego jako pogranicza systemów, ze znacznymi podobieństwami strukturalnymi do Rosji i jej bardzo dużymi wpływami. Bezpośrednią reakcją Moskwy była inwazja na Krym i wyrwanie spod władzy Kijowa terytoriów Donbasu oraz Ługańska, na których Rosja ustanowiła marionetkowe „republiki ludowe”. Kwestia losu całej Ukrainy pozostała jednak nieokreślona, przy jednocześnie ogromnym osłabieniu sentymentu do Rosji wskutek agresji i fatalnej sytuacji ludności w „Donbabwe” oraz „Ługandzie”. Zagadnienie to dotyczy również, a z punktu widzenia rosyjskich aspiracji przede wszystkim, rosyjskojęzycznej ludności Ukrainy.

Jednocześnie spowodowany wojną exodus na Zachód, w sporej mierze do Polski, w poszukiwaniu bezpieczeństwa i dobrobytu spowodował zżycie się jeszcze większej liczby obywateli Ukrainy z tamtejszymi rozwiązaniami politycznymi, gospodarczymi i prawnymi, a przez to rozwój i utrwalenie okcydentalizmu w kraju. Niewiele wskazuje, aby te procesy miały ulec zahamowaniu, nie mówiąc o odwróceniu. Z upływem lat, a tym bardziej pokoleń, Rosja będzie traciła możliwość zaprowadzenia „Ruskiego Miru” na Ukrainie jako pewnego programu wspólnoty opartej na motywach kulturowych, a nie napoleońskiego siedzenia na bagnetach.

W związku z tym prawdopodobne jest, że na Kremlu pojawiło się przekonanie o zamykaniu się okienka umożliwiającego takie rozwiązanie problemu ukraińskiego, które satysfakcjonowałoby imperialną Rosję – a zatem o konieczności podjęcia działań raczej szybciej niż później.

Wystąpiły i inne czynniki zachęcające. Chiny rzucają rękawicę amerykańskiej dominacji, póki co głównie na Pacyfiku. Pandemia COVID-19 pozostaje istotną kwestią ograniczającą możliwości działania krajów Zachodu i podkopującą pozycję ich władz. W samej Rosji spowodowała do dziś oficjalnie ponad 328 000 ofiar, co skłania władze do pokazania jakiegoś sukcesu, najlepiej jak największego. Po zapaści z roku 2020 niezła pozostaje sytuacja na rynku surowców energetycznych – a docelowe transformacje energetyczne pogorszyłyby przecież w długiej perspektywie pozycję Rosji wynikającą ze statusu kluczowego ich dostawcy. Na Białorusi uległa zachwianiu pozycja Aleksandra Łukaszenki, który, aby ratować władzę, musiał oprzeć się na Moskwie, przechodząc z pozycji polityka mocno krnąbrnego i problematycznego dla dążeń Kremla do statusu sowiecko-rosyjskiego stupajki, udostępniającego bez ograniczeń swoje terytorium wojskom protektora. Na rubieżach wschodnich Rosja zwiększyła wskutek niedawnych wydarzeń kontrolę nad Armenią i przede wszystkim Kazachstanem. Wreszcie w krajach zachodnich występują silne polaryzacje wewnętrzne – w Stanach Zjednoczonych prezydentura Joego Bidena ma niskie notowania, we Francji Emmanuelowi Macronowi zagrażają mocno prawicowi (i prorosyjsko nastawieni w polityce zagranicznej) Marine Le Pen oraz Éric Zemmour. Wreszcie w Niemczech dominującą rolę w nowej koalicji rządowej sprawuje SPD, tradycyjnie przychylna Rosji. Przy tym wszystkim Władimir Władimirowicz Putin skończy w bieżącym roku 70 lat i jego czas na zapisanie się w historii jako nowy Piotr Wielki albo Stalin dobiega końca.

Potencjalne plany militarne i idące za nimi polityczne Rosji wobec Ukrainy są trudne do odgadnięcia. Sugerowane przez analityków scenariusze rozciągają się od wariantu minimum, obejmującego zakres od ponownego rozpalenia „separatystów” do zdobycia połączenia lądowego z Krymem, po przynajmniej czasowe zajęcie większości Ukrainy z Kijowem oraz Odessą. Celem politycznym mogłoby być wyrwanie Zadnieprza (dysponującego kluczowymi zasobami przemysłowymi i energetycznymi) spod władzy Kijowa z formalnym pozostawieniem go w ramach Ukrainy z docelowym wymuszeniem federalizacji kraju i prawa weta kontrolowanej przez Moskwę części wschodniej. Inne przewidywania obejmują osadzenie w Kijowie prorosyjskiego lidera całego kraju, względnie zrujnowanie infrastruktury i oczekiwanie przez Rosjan na upadek Ukrainy.

Jakie by plany militarne nie były, najpewniej Rosjanie będą w stanie je zrealizować. Armia ukraińska została od roku 2014 odbudowana, zreformowana i dysponuje znaczącym doświadczeniem bojowym. Tym razem jednak jej przeciwnikiem nie będą zbieraniny z Doniecka i Ługańska wspierane przez najemników i dość dyskretnie przez armię rosyjską, ale elita tej ostatniej. Przy tym modernizacja armii ukraińskiej jest bardzo ograniczona. Przykładowo, tamtejsze lotnictwo nie otrzymało za czasów niepodległości ani jednego nowego wielozadaniowego samolotu bojowego, bazując na zasobach modernizowanych w ograniczonym zakresie posowieckich Suchojów oraz MiGów. Rosjanie w ramach forsownych zbrojeń wprowadzili do służby ponad 400 maszyn tej kategorii z nowej produkcji o skokowo lepszych parametrach, ponadto modernizując ponad kilkaset starszych, w tym bombowców, w zakresie niedostępnym dla Ukraińców. Podobna sytuacja dotyczy obrony przeciwlotniczej czy marynarki wojennej. Zatem operacyjnie Ukraińcy stoją na straconej pozycji.

Lepiej wygląda sytuacja w skali taktycznej. Realizowane w ostatnich latach, w tym z dużym natężeniem ostatnio, przede wszystkim przez Stany Zjednoczone i Wielką Brytanię, dostawy środków przeciwpancernych powinny pozwolić na lokalne stawianie skutecznego oporu rosyjskim wojskom zmechanizowanym i zadawanie im sporych strat. Nieoficjalnie, acz z rzetelnych źródeł wiadomo, że najniższe piętro ukraińskiej obrony przeciwlotniczej wzmacniają, obok przekazywanych przez kraje bałtyckie wyrzutni pocisków Stinger, również znaczące dostawy z Polski.

Wojna, jeżeli wybuchnie, będzie dla Rosjan prawdopodobnie zwycięska militarnie, ale może być kosztowna. Należy mieć nadzieje, że z uwagi na cele polityczne będzie prowadzona w sposób maksymalnie oszczędzający ludność cywilną.

Potencjalne implikacje w polityce zagranicznej są trudne do określenia. Stany Zjednoczone i Wielka Brytania wykazały sporą determinację we wzmacnianiu ukraińskiego potencjału obronnego, jednak, jeżeli scenariusze nie wymkną się do kategorii niewyobrażalnych, trudno wyobrazić sobie walkę ich sił z Rosjanami. Do tego mogłoby dojść dopiero wskutek ataku na któryś z krajów NATO. Taki scenariusz nie jest przewidywany, nie wskazują na jego prawdopodobieństwo dane z intensywnego rozpoznania prowadzonego m.in. znad terytorium Ukrainy, acz trzeba mieć na uwadze, że nie jest on wykluczony w sensie technicznym. Zapowiadane są ciężkie represje przeciwko rosyjskim instytucjom finansowym i interesom wydobywczym. Osobną kwestią jest jednak spójność Zachodu w tej mierze. Pojawiają się informacje o postulowaniu przez Niemcy zawężania zakresu środków odwetowych. Pomijam kwestię, czy stanowisko Berlina jest wynikiem zdradzieckiej prorosyjskości, jak chcą jedni, czy elementem wielopoziomowej i rozpisanej na głosy gry politycznej z Rosją, jak sugerują inni. Rosja może oczywiście być pewna lojalności Pekinu, jednak za cenę wzrostu uzależnienia od niego.

Polska w rozpatrywanych scenariuszach (pamiętając jednak o tych nierozpatrywanych, a możliwych) nie powinna być bezpośrednio zagrożona militarnie, obecnie i w ciągu najbliższych lat. Nie powinniśmy mieć zatem okazji do utyskiwania, że tak jak późnym latem 1939 zamówione systemy uzbrojenia pozostają z dala od kraju. Ewentualny wybuch wojny na Ukrainie odsunie zapewne na wiele lat realność wyrzucającego nasz kraj do swoistej strategicznej próżni przeorientowania Rosji do antychińskiego sojuszu ze Stanami Zjednoczonymi. W krótszej perspektywie wzrośnie co prawda zagrożenie wynikające z ewentualności potraktowania jako kolejnej kostki domina któregoś z krajów bałtyckich, ale będzie ono prawdopodobnie równoważone zwiększonym zaangażowaniem NATO, a przede wszystkim Amerykanów, na flance wschodniej, tudzież potencjalnym wstąpieniem Finlandii i być może też Szwecji do Paktu.

Również jeśli wojna nie wybuchnie teraz, należy podjąć wysiłki na rzecz zwiększenia skali amerykańskiego wsparcia dla polskiej (a także rumuńskiej, litewskiej, łotewskiej i estońskiej) obronności w ramach programu FMF. Dotychczas jej wartość nie przekraczała kilkudziesięciu milionów dolarów rocznie, podczas gdy Egipt otrzymuje w ciągu roku ponad miliard dolarów, Izrael natomiast – ponad trzy. Oczywiście gdyby wymienione kraje miały stać się zapleczem sponsorowanej przez Waszyngton długotrwałej wojny o niskiej intensywności z Rosją, prowadzonej przez Ukraińców, którą sugerują niektóre scenariusze, stałoby się to konieczne ponad wszelką miarę.

dr Jan Przybylski

O obronie ojczyzny – nie tylko w kontekście projektu ustawy

W cieniu kryzysu na granicy z Białorusią i obaw dotyczących możliwego rosyjskiego ataku na Ukrainę czynniki rządowe przedstawiły projekt nowej ustawy o obronie ojczyzny. Moment można uznać w związku z tym za bardzo stosowny.

Rzeczony projekt został zaanonsowany ze wskazaniem jako celu zwiększenia liczebności Sił Zbrojnych do poziomu 250 000, tj. do dwukrotności stanu obecnego. Wielkość ta budzi dyskusje, jednak zagadnienie liczebności wojska pozostaje dyskusyjne co najmniej od czasu podjęcia na początku XXI wieku decyzji o uzawodowieniu armii. Już wtedy wskazywano, że z uwagi na wyższe w sposób naturalny koszty osobowe przejście od modelu uzupełnianego poborem na w pełni profesjonalny wiąże się z redukcją stanu osobowego o około połowę. W tamtych, pozornie spokojnych czasach, w których wojny toczyły się tysiące kilometrów od Polski, a udział w nich był kwestią decyzji politycznej o dołączeniu do koalicji interwencyjnej, kwestię tę można było uznawać za akademicko-techniczną, niekoniecznie egzystencjalną.

Mało tego, niektórzy eksperci formułowali nawet stanowisko, zgodnie z którym założona liczebność wojsk regularnych, wynosząca 100 000 żołnierzy, była i tak zawyżona w stosunku do nakładów. Zgodnie z tą opinią właściwym posunięciem miało być ograniczenie liczebności do najwyżej 80 000 i przeznaczenie zaoszczędzonych środków na znacznie efektywniejszą niż dotychczas modernizację techniczną. Nie sposób zaprzeczyć, że takie podejście wspierały i wspierają ważkie argumenty. Jednak działania Rosji, zapoczątkowane wojną z Gruzją i agresją na Ukrainę, w nieprzyjemny sposób zmieniły lokalne środowisko międzynarodowe i zasadniczo przybliżyły konflikt do granic Polski. Ponadto Ukraina stała się modelem nowego typu agresywnego oddziaływania, a mianowicie wojny hybrydowej, w której agresor może wręcz utrzymywać, że nie prowadzi żadnych działań, nie odpowiadając za zielone ludziki z uzbrojeniem, które można kupić w każdej hurtowi sprzętu wojskowego tudzież za spontaniczne zrywy lokalnej ludności uciemiężonej czymkolwiek. O ile armia mała, bardzo dobrze wyposażona, ale dysponująca znikomymi rezerwami i zdolnościami odtworzenia potencjału ludzkiego mogłaby się sprawdzić w z samego założenia agresora krótkim i angażującym tylko część dostępnych jego sił konflikcie podobnym do gruzińskiego, to wątpliwa byłaby jej zdolność do radzenia sobie z wielomiesięczną pełzającą wojną taką jak ta prowadzona na Ukrainie. Taka sytuacja wymaga nieraz pozycyjnego utrzymywania terenu i prowadzenia długotrwałych działań regularnych bądź nieregularnych, zużywających oraz wyczerpujących jednostki, którymi trzeba rotować i odtwarzać je. W takim kontekście liczebność i dostępność rezerw zaczyna mieć znaczenie decydujące dla realizacji własnego celu politycznego w konflikcie, choćby czysto defensywnego, ograniczonego do samego odparcia naporu.

W krajach leżących w polu oddziaływania Rosji wyciągnięto z tego pewne konkretne wnioski. W Szwecji w roku 2017 podjęto decyzję o przywróceniu zniesionej siedem lat wcześniej obowiązkowej służby wojskowej. W Polsce, w której za zasadniczą służbą wojskową ciągnie się odium zjawisk określanych jako fala, a różnice społeczno-kulturowe wykluczają w dającej się przewidzieć przyszłości skandynawską pozytywną integrację wojska z przeżywaniem obywatelskości, bez szkód dla późniejszej kariery zawodowej, zdecydowano się na powołanie ochotniczych Wojsk Obrony Terytorialnej.

Miał to być relatywnie niedrogi sposób stworzenia formacji liczącej połowę stanu wojsk regularnych, stanowiących dla nich wsparcie i potencjalną rezerwę kadrową. Jednak z uwagi na różne czynniki, w tym często pozbawioną stosownego umiarkowania retorykę tak „ojca” WOT, ówczesnego ministra Antoniego Macierewicza, jak i innych przedstawicieli obozu rządzącego, zakładanych celów kadrowych wciąż nie osiągnięto. Chociaż już w bieżącym roku WOT miały osiągnąć stan 50 000 żołnierzy, faktycznie osiągnięto ledwie 30 000. Choć niemała część krytyki tej formacji stanowiła lustrzane odbicie wspomnianego werbalnego nieumiarkowania rządzących, a utworzenie jej stanowi tak czy inaczej sukces potwierdzany m.in. przez możliwość zaangażowania terytorialsów do ochrony granicy, założenia spełniono tylko częściowo. Problemy z obsadzeniem etatów dotykają zresztą również wojsk regularnych, w których sformowano nową, czwartą dywizję.

Sytuacja międzynarodowa uległa natomiast dalszemu zagęszczeniu. Ponieważ, jako się rzekło, przywrócenie obowiązkowego poboru byłoby niezwykle obciążające politycznie, projekt ustawy zakłada wprowadzenie rocznej dobrowolnej zasadniczej służby wojskowej, po której odbyciu żołnierz mógłby kontynuować karierę w wojsku lub przejść do rezerwy. Zamiary obejmują również stworzenie systemu zachęt dla kandydatów – skierowane do studentów programy stypendiów „spłacanych” późniejszą okresową służbą wojskową czy uatrakcyjnienie warunków służby jako takiej.

Ponieważ dwukrotne zwiększenie liczebności (deklarowane poziomy to 250 000 żołnierzy armii regularnej plus 50 000 WOT) przy pozostawieniu dotychczasowego finansowania byłoby przepisem na katastrofę, zakłada się wzrost wydatków do poziomu rzędu 3% PKB. Przy czym w dziedzinie konkretnych planów próg 2,5% miałby zostać osiągnięty już w roku 2026, a nie, jak wcześniej zakładano, w 2030. Pomóc temu ma Fundusz Wsparcia Sił Zbrojnych zasilany wpływami ze skarbowych papierów wartościowych środkami z obligacji wyemitowanych przez Bank Gospodarstwa Krajowego, wpłatami z budżetu państwa i wpłatami z zysku z Narodowego Banku Polskiego. Wydatki majątkowe, tj. na uzbrojenie, sprzęt i infrastrukturę, mają wynieść co najmniej 20% ogółu. W kontekście funkcjonowania wojska mają zostać wprowadzone zmiany w aspektach organizacyjnych, powodujące ułatwienie awansów czy umożliwienie uzyskania wyższego stopnia w obrębie istniejącego stanowiska. Na poziomie ustawowym zostaną usankcjonowane ponadto Wojska Obrony Cyberprzestrzeni, tworzone skądinąd już od roku 2019, nie jest więc to jakaś sensu stricto nowość wprowadzana przez obecny projekt.

Powyższy skrótowy przegląd wskazuje na poszukiwanie w nieprzyjemnej sytuacji międzynarodowej formy równowagi pomiędzy liczebnością, jakością i możliwościami finansowymi. Realność deklaratywnych celów dotyczących tej pierwszej pozostaje wątpliwa, na co skądinąd wskazuje umiarkowane powodzenie naboru do WOT. Prawdopodobnie jednak realizacja projektu spowoduje pewne odtworzenie zanikających z powodu starzenia się przeszkolonych roczników rezerw. W niełatwej sytuacji gospodarczej można obawiać się o realność celów dotyczących wzrostu finansowania. Tak czy inaczej w tym aspekcie konieczne jest zadbanie o jak największy stopień realizacji kontraktów w kraju. Pewnym powodem do optymizmu może być wybranie jako preferowanego partnera do negocjacji kontraktowych dotyczących realizacji programu obrony przeciwlotniczej krótkiego zasięgu „Narew” koncernu MBDA oferującego pociski rakietowe rodziny CAMM i deklarującego szeroki zakres produkcji w Polsce oraz transferu technologii.

W odniesieniu do deklarowanej liczebności i dominacji Wojsk Lądowych, wyrażonej przez planowany zakup czołgów Abrams, ciekawe wydają się formułowane porównania z Bundeswehrą w postaci z czasów Zimnej Wojny. Była to bowiem armia potężna na lądzie, z relatywnie nieco niedorozwiniętymi komponentami powietrznym i morskim. Luftwaffe słaba nie była, ale np. stanowiące gros potencjału w latach 70. i 80. niemieckie Phantomy należały do uproszczonej wersji F-4F pozbawionej możliwości zwalczania celów powietrznych poza zasięgiem wzroku. Bundesmarine była flotą raczej przybrzeżną, nieporównywalną z marynarkami wojennymi Wielkiej Brytanii czy Francji. Ale wszystko odbywało się w NATO-wskim układzie odniesienia, więc brakujące zdolności mieli zapewnić sojusznicy, przede wszystkim Amerykanie.

Ponieważ do Wojska Polskiego trafią Abramsy, a mają pozostać powierzchownie zmodernizowane T-72, Polska stanie się w NATO prawdziwą marchią pancerno-zmechanizowaną, dysponującą circa 900 czołgami w linii oraz do rozwinięcia mobilizacyjnego. Dla porównania – Niemcy mają w 2025 dysponować ledwie 328 czołgami, a po wdrożeniu Abramsów potencjał Wojska Polskiego będzie wyższy także w aspekcie jakościowym. Siły Powietrzne pozostaną za to niedorozwinięte, z efektywnie ledwie 80 samolotami po wprowadzeniu F-35 i zamiarem rozbudowy potencjału o kolejne 32 maszyny w późniejszej perspektywie. Niemcy mają z kolei 231 samolotów i podobny poziom utrzymają w przyszłości. Analogicznie wygląda zestawienie marynarek wojennych nawet po ewentualnie szczęśliwym wdrożeniu „Mieczników”.

Takie niezrównoważenie poszczególnych komponentów ma sens – ale pod warunkiem założenia obustronnie twardej i obliczalnej konstelacji sojuszniczej. W razie czego Wojsko Polskie miałoby gryźć ziemię, a alianci dosyłać posiłki w powietrzu oraz na morzu, znacznie mniej grożące masowym powrotem w workach. Taka konstelacja wymaga dyplomacji i słuchania głosu stolic, od których oczekuje się odsieczy, w różnych sprawach, bo bez pewnej lojalności nikt nie będzie rzucał się do ratowania innych. Nie jest to może nadmiernie komfortowe, pytanie jednak o realną politycznie alternatywę. A ponieważ daną postać Wojska Polskiego autoryzuje ta, a nie inna formacja, można zakładać, że sporo ruchów pod hasłem „wstawania z kolan” będzie bardzo pozornych, z teatrem na użytek krajowego widza, jednak wynikiem uzgodnionym z zagranicą, która też gniewać się może dość teatralnie.

dr Jan Przybylski

Taliban 2.0

15 sierpnia afgańscy talibowie zakończyli rozpoczętą w maju ofensywę przeciwko wojskom rządowym. Wkraczyli bez walki do Kabulu, z którego umknął prezydent Aszraf Ghani. Pozbawiona zagranicznego, przede wszystkim amerykańskiego wsparcia, budowana od dwu dekad armia rządowa rozpadła się, nie stawiając oczekiwanego przez niektórych oporu. W ten sposób zakończyła się epopeja rozpoczęta trwającą od 7 października 2001 interwencją zbrojną w Afganistanie. Talibowie obecnie odzyskali, utraconą wtedy i dzierżoną od 1996, władzę nad większością kraju.

Odtworzenie Islamskiego Emiratu Afganistanu oznacza powrót do sytuacji sprzed 2001. Stanowi to kolejną oddaloną w czasie klęskę bushowskiej polityki „zbrojnych misjonarzy”. Łączne koszty ludzkie szacowane na ponad 200 000 zabitych (w tym 44 żołnierzy polskich) i finansowe wynoszące około biliona dolarów po stronie samych Stanów Zjednoczonych – poszły z tego względu na marne. Koncepcję budowy w Afganistanie państwa liberalno-demokratycznego na modłę zachodnią należało uznać za chimerę od samego początku. Stany Zjednoczone, opuszczając Afganistan, porzucają również cel uznawany za domyślny: szachowanie Chin od strony ich miękkiego podbrzusza. Dla Pekinu bowiem obecność sił amerykańskich tak w Afganistanie, jak i w związku z „wojną z terrorem” w Kirgistanie, Tadżykistanie i Uzbekistanie, stanowiła czynnik niekomfortowy i niepokojący, w szczególności w powiązaniu z zapoczątkowanym w roku 2000 przejściowym prozachodnim zwrotem Rosji. Jedynym zrealizowanym celem stało się zatem rozbicie afgańskich struktur Al-Ka’idy.

Koszty wojny i konieczność koncentracji wysiłków na Pacyfiku w celu przeciwstawienia się Chinom, które od roku 2001 w ogromnym stopniu wzmocniły się militarnie, w połączeniu z presją wewnętrzną na zakończenie niepopularnej interwencji skłoniły jednak Waszyngton do porzucenia Afganistanu. Proces rozpoczął się jeszcze za kadencji Baracka Obamy – w 2016 amerykański kontyngent zmniejszono z 30 000 żołnierzy do 13 000. Negocjacje podjęte z talibami doprowadziły do zawarcia pod koniec lutego 2020 w katarskiej Dosze porozumienia pokojowego przewidującego wycofanie reszty wojsk Stanów Zjednoczonych w zamian za zobowiązanie się afgańskiej formacji do niewspółpracowania z „międzynarodowym terroryzmem”. Ówczesny rząd afgański nie był stroną porozumienia, którego obowiązywanie było niezależne od jego stosunków z talibami. W tym aspekcie Amerykanie i talibowie co do zasady realizują zawartą umowę, a ewakuacja sił Stanów Zjednoczonych nie jest, jak to bywa postrzegane, paniczną ucieczką pod naporem triumfującego przeciwnika.

Odnośnie do przyszłych relacji między dotychczasowym rządem a talibami snuto różne scenariusze. Niektórzy analitycy pocieszali się, że jeszcze przed kilkoma miesiącami talibowie nie kontrolowali żadnego z głównych miast. Według niektórych przewidywań siłą stabilizującą względną równowagę miała po wyjściu Amerykanów stać się Turcja, prowadząc swoją „dyplomację Bayraktarów”. Niemniej jednak również i całkowite, szybkie zniesienie rządu było scenariuszem branym pod uwagę. Mimo wpompowania dziesiątków miliardów dolarów wojska rządowe odznaczały się niskim morale oraz, jak cały system ustanowiony po 2001, powszechną korupcją. Stąd nie mogły stanowić na dłuższą metę zapory przeciwko bojownikom zdeterminowanym i mającym autentyczne wsparcie społeczne. Nie były również w istocie silne ani nowocześnie uzbrojone.

Chociaż obrazy przejętych przez talibów składów sprzętu mogą tworzyć mylne wrażenie, Afgańska Armia Narodowa była przede wszystkim lekką piechotą zmotoryzowaną wspieraną przez lotnictwo zdatne przede wszystkim do zadań transportowych z ograniczonym liczebnie i jakościowo komponentem uderzeniowym. Sytuacja obecna jest diametralnie odmienna od mającej miejsce po wycofaniu się Sowietów. Wtedy rządowi afgańskiemu pozostała przynajmniej nominalnie silna jak na regionalne standardy armia dysponująca 170 odrzutowymi samolotami bojowymi (w tym jeszcze względnie nowoczesnymi MiGami-21bis i Su-22) oraz mniej więcej tysiącem czołgów i silną artylerią. Armia tworzona po 2001 nie otrzymała ani jednego nowego czołgu czy nowoczesnego systemu artyleryjskiego. W powietrzu reprezentowało ją 26 turbośmigłowych samolotów przeciwpartyzanckich A-29, 10 egzemplarzy uzbrojonej wersji cywilnej Cessny 208 oraz kilkadziesiąt wyremontowanych i zmodernizowanych śmigłowców UH-60 w wycofanej z lotnictwa amerykańskich wojsk lądowych starej wersji, nieśmiertelne Mi-17, lekkie MD-530 (z czego tylko część uzbrojonych) i garstka Mi-35. Siły te dysponowały co prawda pewnymi możliwościami wykonywania uderzeń bronią precyzyjną, jednak naprowadzanych laserowo bomb Paveway dla A-29 dostarczono ledwie 250… Masy dostarczonych pojazdów to przede wszystkim poczciwe HMMWV i niecałe 300 transporterów opancerzonych M-1117, w Stanach Zjednoczonych używanych przez żandarmerię, nie jednostki stricte bojowe. W związku z tym wycofanie dysponującego ogromnymi możliwościami kontyngentu amerykańskiego postawiło siły rządowe w sytuacji praktycznie beznadziejnej.

Przejęcie przez talibów władzy stawia przez nimi spore problemy wewnętrzne. Obecne wydanie ruchu prezentuje do pewnego stopnia „liberalne” oblicze – deklaruje tworzenie rządu z udziałem postaci spoza swojego spektrum, brak odwetu i amnestię czy otwartość na obecność kobiet w życiu publicznym, oczywiście na warunkach określonych przez prawo islamskie. Talibowie będą się jednak musieli mierzyć z pewnym zakresem sekularyzacji i okcydentalizacji indukowanej przez samą zachodnią obecność w kraju i choćby rachityczne próby instytucjonalne, pogłębiane też przez nowe technologie komunikacyjne. Ich kontrola nad krajem nie będzie też pełna z dwu powodów. Po pierwsze, opór zapowiadają Tadżycy pod wodzą Ahmeda Masuda, syna słynnego Ahmeda Szaha Masuda, do którego dołączył tytułujący się prezydentem po rejteradzie Ghaniego dotychczasowy wiceprezydent Ahrullah Saleh. Można oczekiwać, że Tadżykom uda się pozostać poza kontrolą talibów i że znajdą stosowne wsparcie za granicą. Po drugie, poważnym problemem dla kierownictwa ruchu będą wrogie ugrupowania fundamentalistyczne (międzynarodowe w kontraście do „narodowych” talibów), przede wszystkim lokalne odgałęzienie Państwa Islamskiego, które już dokonało potężnego zamachu na lotnisko w Kabulu, skierowanego w równej mierze przeciwko Amerykanom i talibom. Będą one z jednej strony destabilizować kraj, utrudniając drogę nowych władz do uznania międzynarodowego, a z drugiej usiłować siać ferment w bardziej radykalnych dołach ruchu talibańskiego, szukając zwolenników za pomocą oskarżania liderów o kolaborację z Zachodem.

Aspekt międzynarodowy jest obecnie zdominowany przez kwestię uchodźców. Jednak zasadniczą kwestią polityczną pozostaje kwestia wypełnienia przestrzeni pozostawionej przez Amerykanów. Najbliższymi aktorami są oczywiście Chiny i Rosja. Stawką pozostają zasoby surowcowe Afganistanu, spośród których największe zainteresowanie z uwagi na zapotrzebowanie na akumulatory budzi lit, oraz jego przestrzeń istotna dla Chin w związku z ich projektami szlaków handlowych wiodących na zachód. Jednak relacje Moskwy i Pekinu z nowymi władzami będą obciążone genetycznymi problemami z uwagi na kwestie islamskie obu tych stolic. Moskwa może obawiać się radykalizacji ruchów islamskich w sąsiadujących z Afganistanem krajach „bliskiej zagranicy” – Turkmenistanie, Uzbekistanie i Tadżykistanie. Pekin z kolei brutalnie tłumi odśrodkowe tendencje islamskich Ujgurów w Sinciangu i może spodziewać się, że przy „anarchistycznym” charakterze Afganistanu nawet porozumienia z liderami talibów nie zapobiegną współpracy dołów z rebeliantami walczącymi z chińskimi władzami. Inicjatywy chińskie w Afganistanie mogą być także torpedowane przez Amerykanów, którzy w ciągu dwu dekad wypracowali siatkę powiązań i wpływów, z której będą mogli w razie potrzeby korzystać. Nieuchronna słabość władzy centralnej niezależnie od barw ideowych i haseł, w tym jak wspomnieliśmy powyżej militarna, będzie sprzyjała obcym ingerencjom w różnej formie i na różnym poziomie. Trudno oczekiwać, żeby Afganistan zaznał wreszcie spokoju.

dr Jan Przybylski