Polska-Ukraina: kryzys czy urealnienie?

Polska-Ukraina: kryzys czy urealnienie?

Ostatnie tygodnie przyniosły zdecydowane ochłodzenie w relacjach na linii Warszawa-Kijów. Jest ono postrzegane powszechnie jako dramatyczny zwrot.

Polska wespół ze Słowacją i Węgrami przedłużyła embargo na import na własny rynek (nie należy go mylić z tranzytem) ukraińskiego zboża. Ukraina zareagowała skargą do Światowej Organizacji Handlu – WTO. W wypowiedzi na sesji Zgromadzenia Ogólnego Narodów Zjednoczonych prezydent Zełenski oskarżył implicite Polskę o sprzyjanie interesom Rosji i działanie na jej korzyść. Polskie czynniki oficjalne nie pozostały dłużne. Premier Morawiecki co prawda w istocie nie zadeklarował zatrzymania wsparcia Ukrainy materiałem wojennym, które zresztą jest zaplanowane jeszcze na długie miesiące, ale szerokim echem w świecie odbił się fragment jego wypowiedzi, który został w sposób sugerujący to sformatowany na użytek krajowej kampanii wyborczej przez jego własną kancelarię. Ustały kontakty na wyższych szczeblach politycznych, a polscy komentatorzy zaczęli dość jednogłośnie wskazywać na równoległą kwitnącą wiosnę w relacjach ukraińsko-niemieckich.

Historia niedawna

O skali i roli polskiego wsparcia dla Ukrainy w związku z toczącą się wojną (zaczęło się ono jeszcze przed jej rozpoczęciem) nie trzeba przekonywać nikogo przytomnego. Dla porządku wypada jednak podać pewne liczby.

Na Ukrainę trafiło lub trafi niedługo co najmniej 14 myśliwców MiG-29, 12 śmigłowców Mi-24, 330 czołgów, 342 kołowe i gąsienicowe bojowe wozy piechoty, 95 dział i moździerzy samobieżnych, systemy przeciwlotnicze i wiele innego, drobniejszego, ale nie mniej ważnego sprzętu. Ukraińców nie kosztowały one prawdopodobnie nic – wszelkie rozliczenia refundujące odbywają się na liniach Polska-UE i Polska-Stany Zjednoczone. Wojsko Polskie zaryzykowało przy tym znaczący sposób rozbrojenia – zasadnicza większość tego sprzętu trafiła ze stanu jednostek liniowych i dopiero w perspektywie kolejnych lat stany będą odtwarzane dokonywanymi obecnie ogromnymi zakupami. Polskie dostawy miały kluczowe znaczenie dla utrzymania gotowości bojowej jednostek ukraińskich, kompensacji poniesionych strat i formowania nowych oddziałów.

Równie ogromna była waga przyjęcia kilku milionów ukraińskich uchodźców i zapewnienia im wspólnym wysiłkiem społeczeństwa oraz struktur państwowych sensownych warunków bytowania, włącznie z objęciem świadczeniami socjalnymi. Towarzyszyły temu liczne gesty z obu stron. Mogło się wydawać, że dawne krzywdy i niedawna wzajemna umiarkowanie życzliwa obojętność pójdą w zapomnienie, a nastąpi wręcz coś w rodzaju odrodzenia ducha jagiellońskiego, bez historycznych błędów.

Upływ czasu pokazał jednak, że po podniosły nastroju pozostało tylko wspomnienie, a konkretów jest, eufemistycznie mówiąc, niewiele. Koncept traktatu polsko-ukraińskiego pozostał pustym hasłem, które zapewne skończy na śmietniku, w najlepszym wypadku w zamrażarce. Strona ukraińska nie wykazała woli uwzględnienia polskich postulatów w kwestii polityki historycznej, odnoszących się do masakr wołyńskich. Nic takiego nie nastąpiło, chociaż nastrój, w szczególności pierwszego roku wojny, dawał Kijowowi możliwość zamknięcia tematu na poziomie symbolicznym nawet deklaracją dość zdawkową, byle płynącą z najwyższego szczebla. Gesty czy wypowiedzi przedstawicieli władz Ukrainy były formułowane w taki sposób i na takim szczeblu, że nic w tej materii nie wnosiły. O ile, jak się wydaje, w Polsce dość szybko i słusznie uznano, że deklaracja wymuszona będzie automatycznie zdezawuowana, równie słusznie podtrzymywany jest postulat zezwolenia na poszukiwania miejsc pochówku i ekshumacje ofiar. Na to jednak nie ma wciąż, poza jednym stanowiskiem pozostającym kwiatkiem do kożucha, realnej, niekończącej się na zapowiedziach przełomów, które nie następują, zgody strony ukraińskiej.

W tle narastał konflikt dotyczący dostępu do rynków rolnych. W związku z blokadą ukraińskich portów czarnomorskich przez rosyjską marynarkę wojenną i niepewną sytuacją tamtejszego transportu morskiego nawet w sytuacji obowiązywania tzw. umowy zbożowej, z której zresztą Moskwa wycofała się w lipcu, Polska stała się jednym ze szlaków ukraińskiego eksportu produktów rolnych. O ile sam tranzyt nie budzi żadnych wątpliwości, o tyle import do Polski produktów takich jak zboża, rzepak czy słonecznik jest problematyczny z uwagi na interesy krajowych rolników. Ukraińskie rolnictwo, oparte na ogromnych pokołchozowych gospodarstwach będących własnością oligarchów i podmiotów zagranicznych, korzystające z doskonałych ziem, niskiego kosztu siły roboczej i braku konieczności dostosowania do norm UE, jest w stanie osiągać nokautującą przewagę cenową nad polskimi producentami. A ochrona ich, choć stała się tematem toczącej się kampanii wyborczej, ma również wymiar strategiczny.

Po COViDzie i napaści Rosji na Ukrainę tylko najbardziej oporni na fakty mogą utrzymywać, że lokalne zasoby produkcyjne są błahostką, których ograniczenie zawsze będzie można uzupełnić importem. W związku z tym, w atmosferze skandalu związanego z mającymi umocowanie polityczne machinacjami związanymi z napływającym z Ukrainy zbożem, polskie władze wprowadziły pod koniec kwietnia embargo na import wspomnianych wyżej kilku kategorii ukraińskich produktów rolnych, które tym razem szybko uzyskało sankcję Komisji Europejskiej.

Chociaż deklaratywnie relacje pozostawały doskonałe, kolejną porcję kwaśnych wydarzeń przyniosło lato. W okolicach odbywającego się 11–12 lipca szczytu NATO w Wilnie pojawiały się komentarze o daleko posuniętym dystansowaniu się Kijowa od Warszawy i pokładaniu nadziei w aliantach leżących dalej na zachód. Na początku sierpnia, po wypowiedzi szefa prezydenckiego Biura Polityki Międzynarodowej zarzucającej Ukrainie niewdzięczność, do kijowskiego MSZ został wezwany polski ambasador, co mimo słodkiego sosu (przyjaźń miała być niezachwiana) stanowiło akt co najmniej obcesowy. Niemal równocześnie doradca prezydenta Zełenskiego, Mychajło Podolak, wygłosił zdumiewającą deklarację, z której wynikało, że Ukraina będzie traktowała Polskę jako przyjaciółkę do końca wojny, po czym przejdzie do twardego konkurowania z nią. Kolejna wołyńska rocznica upłynęła bez żadnych istotnych gestów ze strony ukraińskiej.

W tle toczyła się sprawa wygasającego we wrześniu embarga na import produktów rolnych. Ukraińska oligarchia naciskała na powolne sobie tamtejsze władze w kwestii zapewnienia najkorzystniejszych dla siebie, abstrahujących od interesów sąsiadów, warunków sprzedaży produktów. Obie strony przedstawiały swoje racje przed Komisją Europejską, która przychyliła się do stanowiska Ukrainy. Warto przypomnieć, że w roku 2019 tamtejsi rolnicy indywidualni eksploatowali zaledwie 27% gruntów, reszta należała do agrofirm i agroholdingów operujących nawet na setkach tysięcy hektarów, będących własnością lokalnych oligarchów i w znaczącym stopniu nawet czysto oficjalnie kapitału zagranicznego, w tym zachodnioeuropejskiego. To, obok doskonale znanych konfliktów politycznych na linii Warszawa-Bruksela, może tłumaczyć ostateczną decyzję KE. W tej sytuacji dość egzotyczny w kontekście ogólnego stosunku do Ukrainy alians polsko-słowacko-węgierski zdecydował o jednostronnym przedłużeniu embargo.

Pivot na Niemcy?

Stosunki ukraińsko-niemieckie w pierwszym okresie wojny trudno uznać za dobre. Berlin uznawano powszechnie za wspólnika umożliwiającej agresję polityki rosyjskiej, co niedwuznacznie symbolizowały gazociągi Nord Stream. Tamtejsze czynniki polityczno-wojskowe jawnie deklarowały oczekiwanie szybkiego upadku Ukrainy. Gdy to nie nastąpiło, pomoc wojskowa była przez długi czas pośmiewiskiem, za co brutalnie beształ Niemców ówczesny ambasador Ukrainy Andrij Melnyk, a wtórował mu prezydent Zełenski. Kiedy Niemcy zostały „za uszy” wciągnięte do koalicji wspierającej Ukraińców i zaczęło to dawać efekty w postaci dość istotnych dostaw, retoryka Kijowa jednak uległa, w sposób być może słabo zauważony w Warszawie, złagodzeniu, a Melnyk, źle kojarzący się nad Sprewą, został odwołany jeszcze w lipcu ubiegłego roku. W maju roku bieżącego Zełenski odwiedził Niemcy, a na wspomnianym forum ONZ spotkał się w serdecznej atmosferze w kanclerzem Scholzem i wyraził wsparcie dla kandydatury Bundesrepubliki na stałego członka Rady Bezpieczeństwa.

Warto jednocześnie pamiętać, że przed wojną Berlin był dla Kijowa, przy mizernych relacjach z Warszawą, bardzo istotnym punktem odniesienia na mapie politycznej Europy. Stanowił m.in. współgwaranta bezwartościowych, jak się okazało, porozumień mińskich. Obecnie może oferować Ukrainie korzyści w postaci wspierania jej stanowiska na forum UE, jak w przypadku sporu zbożowego, i co istotne, adwokata potencjalnego członkostwa w tej organizacji. Korzyściami dla Niemiec są poprawa silnie nadszarpniętego na początku wojny tak na zewnątrz, jak i wewnątrz wizerunku. Kraj ten, zgodnie z dość nową, ale ugruntowaną tradycją może przedstawiać się jako wielki grzesznik, który jednak wzorowo przepracował swoją winę, i jako prymus świeżej cnoty ma prawo rozstawiania po kątach tych, którzy nie zgrzeszyli. Przy okazji cenne jest torpedowanie nawet mocno ewentualnych regionalnych aliansów Warszawy, które zrządzeniem okoliczności mogłyby się zmaterializować, tworząc różne problemy. Na przykład dla spodziewanej kiedyś przecież odbudowy kordialnych relacji z Moskwą, zapewne z kolejnym „liberałem i demokratą” u sterów władzy. Polsce z kolei z jej kiepską pozycją w UE, albo kraju skonfliktowanego z centrum jej władzy, albo pokornego wasala spełniającego polecenia tegoż centrum, konkurować z Niemcami w kontekście tej organizacji trudno.

Jako kontrapunkt powyższego warto zacytować wypowiedź byłego doradcy Zełenskiego, Ołeksija Arestowycza, postaci tyleż kontrowersyjnej, co zorientowanej w ukraińskich realiach, który w wywiadzie udzielonym Witoldowi Juraszowi stwierdził: „Myślę, że wy, Polacy, mylicie się, sądząc, że zaostrzenie relacji pomiędzy Warszawą i Kijowem ma jakikolwiek związek z Niemcami. To zaostrzenie jest pochodną zakochania się prezydenta Zełenskiego w samym sobie oraz nadmiernego przejmowania się przez prezydenta Ukrainy interesami grup biznesowych działających w rolnictwie. Niczego proniemieckiego w tym nie ma”.

Konteksty wyborcze

Oczywistym tłem konfliktu jest polska kampania wyborcza, w której głównymi rywalami są obozy „suwerennościowy” i „europejski”. W pewnym sensie można uznać, że obecnej władzy nieprzychylne stanowisko Kijowa pomogło w kontekście nastrojów niechętnych Ukrainie, nasilających się wskutek zmęczenia wojną, rozmaitymi problemami w stosunkach z ukraińskimi imigrantami, a także działania prorosyjskich agentów wpływu. Umożliwiło ono zajęcie twardego stanowiska, wytrącającego oręż otwarcie antyukraińskiej i pełnej elementów prorosyjskich Konfederacji.

Z drugiej strony trzeźwi komentatorzy zwracają uwagę, że Kijów świadomie gra przeciwko obozowi PiS. Zawsze miał on lepsze relacje z obozem liberalnym, prezydent Zełenski i jego formacja nie podzielają zupełnie ideowo-politycznych założeń polskich narodowych konserwatystów, sami reprezentując opcję socjalliberalną i opowiadającą się za ścisłą integracją europejską z własnym udziałem, a w obecnym układzie sił działa też na korzyść wrogiego PiS Berlina.

Warto jednak pamiętać, że kwestie wyborcze dotyczą także Ukrainy. Wybory parlamentarne według przedwojennego kalendarza powinny odbyć się niemal równolegle z polskimi, w roku przyszłym powinny mieć miejsce prezydenckie. Tamtejsza scena polityczna wkracza w erę tymczasowości i przygotowań do formalnej walki o władzę – co oczywiste, mniej formalna toczy się nieprzerwanie. Perspektywa wspieranych przez Niemcy starań o członkostwo w UE będzie zapewne przedstawiana jako istotny argument w rywalizacji o rząd dusz.

Co dalej?

Niezależnie od deklaracji, polsko-ukraińska współpraca strategiczna trwa. Polska pozostaje i pozostanie głównym szlakiem transportu wsparcie wojskowego dla Ukrainy, nasz przemysł zbrojeniowy realizuje produkcję na potrzeby frontu. Na poziomie relacji międzyrządowych w krótkim okresie istotny będzie wynik polskich wyborów. Utrzymanie władzy przez obóz PiS, w szczególności w sytuacji konieczności wspomagania się w tym celu szablami Konfederacji, zapewne utrzyma daleko posuniętą nieufność i niechęć. Warszawa nie zapomni wtedy Kijowowi domniemanej gry na zmianę układu rządzącego. W razie wygranej dzisiejszej opozycji relacje mogą stać się bardziej kordialne, ale wcale nie muszą. Brak sympatii wobec polityki polskiej Kijowa nie dotyczy wyłącznie elektoratu PiS czy Konfederacji. Słaba zapewne koalicja będzie miała w składzie reprezentujący rolników PSL, a KO wzięła na swoje listy rolniczego trybuna Michała Kołodziejczaka. Czy w istocie ewentualny nowy rząd będzie aż tak skory znosić embargo importowe i ryzykować swoje funkcjonowanie od protestów rolników?

W wymiarze strategicznym warunki potencjalnej ewolucji stosunków będzie determinował wynik wojny. A obecnie niewiele wskazuje na definitywnie korzystne dla Ukrainy rozstrzygnięcia militarne. Prowadzona od późnej wiosny ofensywa najprawdopodobniej zakończy się znikomymi zdobyczami terenowymi. Ciągłość znaczących dostaw dla Kijowa w dłuższym okresie, w szczególności przekazywania mu przez Zachód nowych zdolności wojskowych, stoi pod znakiem zapytania. Wielka Brytania, wyrażająca podobne frustracje co Polska, ogłosiła, że przekazała już to, co miała do przekazania. Nie materializują się dostawy amerykańskie czy firmowane przez Waszyngton w odniesieniu do najbardziej zaawansowanych systemów, takich jak taktyczne pociski rakietowe ATACMS czy wielozadaniowe samoloty bojowe. Waszyngton wyraża też jawnie niezadowolenie polityką wewnętrzną Kijowa i dysponowaniem pomocą, wyznaczając jej kontrolerów i żądając reform. Ogólnie rzecz biorąc, coraz realniejsze staje się zamrożenie wojny na dalece niezadowalających dla Ukrainy liniach.

Takie zamrożenie nie będzie oczywiście pokojem, lecz oczekiwaniem na kolejną odsłonę wojny. Trudno oczekiwać, aby jej przetrwanie i prowadzenie zapewnił Ukrainie Berlin, który, jak wiele wskazuje, będzie usilnie starał się maksymalnie rozwodnić 100-miliardowy pakiet odbudowy Bundeswehry. Los Ukrainy będzie zależał przede wszystkim od Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii i… Polski realizującej potężne plany zakupowe dla własnych sił zbrojnych. W tym stanie rzeczy perspektywa przyjęcia do UE może łacno stać się mirażem, jeżeli nie jest nim z samej istoty, z uwagi na potencjalne ogromne trudności przeforsowania jej w referendach w aktualnych krajach członkowskich. Przy skali spustoszenia kraju oraz problemów i pozostałej pod kontrolą Kijowa populacji liczącej prawdopodobnie około ledwie 25 milionów ludzi bardzo słabe podstawy wydaje się mieć postawa scharakteryzowana przez Tadeusza Iwańskiego z Ośrodka Studiów Wschodnich następująco: „Ukraina od uzyskania niepodległości postrzegała się jako kluczowe państwo europejskie, podkreślając swój potencjał terytorialny, demograficzny i ekonomiczny, co w domyśle zakładało aspirację do dołączenia do grona najważniejszych graczy. Inwazja i heroiczny opór tylko wzmogły przekonanie o specjalnej roli, jaką kraj będzie odgrywać w Europie po zwycięstwie nad Rosją. Sprawia to, że Kijów uznaje się za równorzędnego partnera dla Waszyngtonu, Berlina czy Paryża, a inne stolice traktuje jako drugorzędne”.

Istotne jest pytanie, kto ową przypuszczalną wojnę będzie prowadził – jeszcze Zełenski i jego obóz czy domniemana „partia generałów”. Być może wśród niej, ludzi dla których bezpośredniego przetrwania na linii frontu polskie dostawy były często kluczowe, można będzie upatrywać zasadniczo większej życzliwości dla strategicznych więzi z Polską. Oczywiście, strona polska powinna też nad tym pracować, korzystając z nawiązanych bardziej lub mniej formalnych relacji.

Na płaszczyźnie metapolitycznej, z uwagi na wspomniane zaniechania strony ukraińskiej, został jak się wydaje roztrwoniony ogromny początkowo kapitał, a szansa na być może definitywne odesłanie do lamusa drażliwych kwestii historycznych – zaprzepaszczona. Nieprzewidywalność sytuacji podpowiada jednak, aby, nie żywiąc się złudzeniami, nie rezygnować z marzeń. Być może ściślejsza więź między dwoma kluczowymi narodami Europy Bałtyckiej tylko się oddaliła.

dr Jan Przybylski

Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Muhammad Imran z Pixabay

W gęstniejącej mgle

W gęstniejącej mgle

Wbrew obawom niektórych obserwatorów, rocznica rozpoczęcia „specjalnej operacji wojskowej” nie przyniosła żadnych spektakularnych wydarzeń. Władimir Putin wygłosił długie, nudne i pełne pustosłowia przemówienie. Natomiast na froncie ugrzęzłym w wojnie pozycyjnej był to dzień jak co dzień. Urodziny wojny zdecydowanie przyćmiła wcześniejsza o trzy dni wizyta prezydenta USA w Kijowie. Sam Kijów wydaje się szczęśliwie być bardzo daleko poza zasięgiem rosyjskich rąk. Obecnie wciąż nie są one w stanie uchwycić Bachmutu, broniącego się wciąż twardo mimo trudnej od wielu tygodni sytuacji wojsk ukraińskich stawiających dość niewielkimi siłami opór agresorowi nieliczącemu się z ofiarami. Jednak karnawałowy nastrój sprzed roku, wywołany widowiskowym blamażem rosyjskiej próby ofensywy na wielką skalę obszarową, jest wspomnieniem praktycznie tak samo odległym, jak groza pierwszych dni, gdy wydawało się, że Ukraina nie przetrwa. Pytań o przyszłość jest wiele, odpowiedzi pozostają w najlepszym wypadku enigmatyczne.

Koncert nietrafionych rachub

Rekonstruowane ex post plany, z którymi Rosja wyruszała 24 lutego 2022 na wojnę, zakończyły się kompletną katastrofą. Ukraina miała okazać się państwem-wydmuszką, które rozpadnie się po niezbyt mocnym uderzeniu wskutek ciągu zdrad zakończonego przewrotem. Miałoby to pozwolić Moskwie na zabór wyselekcjonowanych terenów na wschodzie, z pozostawieniem na pozostałym obszarze zdominowanego przez siebie buforowego państwa resztkowego. W związku z tym do początkowej ofensywy, które miała w istocie być tylko „specjalną operacją”, nie pełnoskalową wojną, wyznaczono siły spore w kontekście takiego charakteru przewidywanych działań, liczące około 200 000 żołnierzy. Zapewniały one teoretycznie bezpieczną przewagę nad rozwiniętymi w „godzinie zero” wojskami ukraińskimi w liczbie nieprzekraczającej 150 000. Siłom rosyjskim przy tym wyznaczono przy tym bardzo ambitne zadania, obejmujące zdobycie samego Kijowa. Jednak zamierzenia te zbudowano na kardynalnym błędzie, którym było niedocenienie przeciwnika.

Ukraińskie państwo faktycznie zatrzeszczało, a ocenione przez źródła ukraińskie jako zdrada poddanie pierwszych linii obrony pozwoliło z jednej strony działającym z Białorusi wojskom rosyjskim podejść pod sam Kijów, a z drugiej wyjść z Krymu aż pod Mariupol i Mikołajów, ze zdobyciem po drodze Chersonia. Jednak to był koniec rosyjskich sukcesów strategicznych. W Kijowie nie nastąpił pucz, armia ukraińska jako całość nie rozpadła się, wręcz przeciwnie – podjęła walkę. W tych warunkach błyskotliwy pierwotny rosyjski koncept zmienił się w parodię.

Siły okazały się być o wiele za małe jak na obszar, na które je rzucono. I tak słaba logistyka była ofiarnie i skutecznie paraliżowana przez Ukraińców. Ci korzystali z przewagi wyszkolenia zapewnionej przez wcześniejszą współpracę z krajami NATO i doświadczenia z wojny zapoczątkowanej w 2014 oraz z bezwzględnej przewagi świadomości sytuacyjnej wynikającej z dostępu do danych zachodniego rozpoznania. Co najmniej równie ważne było podjęcie rzuconej rękawicy przez ukraińskie społeczeństwo, które w krytycznych momentach organizowało się oddolnie i zaciągało do wojska. Choć dalece nie wszystko było idyllą, pozwoliło to w ciągu dwóch tygodni rozwinąć armię do poziomu 250 000 żołnierzy, po miesiącu do 350 000, po kwartale – do pół miliona. Umożliwiło to w praktyce wyrównanie stosunku sił z całością wojsk rosyjskich uruchomionych dla zabezpieczenia operacji (oprócz 200 000 rzuconych do działań liczyły one jeszcze dwa razy tyle zaplecza).

W tej sytuacji zaczął mścić się improwizowany charakter rosyjskiej armii skierowanej przeciwko Ukrainie. Stanowiła ona jako całość słabo zgrany i źle dowodzony konglomerat rozmaitych jednostek, od elity po Szwejków. Ukraińcy praktycznie wszędzie dominowali taktycznie, poza frontem południowym szybko uzyskali przewagę operacyjną. Skutecznie obroniono Charków i Mikołajów. Na froncie północnym Rosjanie już 30 marca 2022 rozpoczęli rejteradę z okupowanych obszarów w obwodach kijowskim, czernihowskim i sumskim. 5 kwietnia odeszli od Mikołajowa. Miesiąc później wycofali się spod Charkowa, w którego rejonie wojska ukraińskie osiągnęły przedwojenną granicę. Oznaczało to pełny krach wojny jako pierwotnego kompleksowego zamierzenia strategicznego dążącego do uzyskania przez Moskwę kontroli nad Ukrainą. Oznaczało także przegraną projektu rozciągnięcia na nią „ruskiego miru”. Ten definitywnie zginął pod Kijowem i w zbiorowych mogiłach w Buczy.

Niestety, nie zmaterializowały się również formułowane na Zachodzie nadzieje, że widowiskowe porażki spowodują tąpnięcie w samej Rosji. Ani wojsko, ani oligarchowie nie odsunęli Władimira Putina mimo klęski wojennego projektu oraz sankcji. Straty i rozpoczęta 21 września mobilizacja nie poruszyły też społeczeństwa. Rosja przegrała dynamiczną fazę wojny, czego ukoronowaniem było przeprowadzenie na początku września przez Ukrainę kontrofensywy w obwodzie charkowskim, prowadzącej do odbicia Bałaklii, Kupiańska i Iziumu, a w październiku i listopadzie odzyskanie Chersonia, leżącego według Rosjan od 30 września, kiedy to Putin podpisał dekret zatwierdzający „referenda” dotyczące przyłączenia terenów okupowanych, w Rosji. Przeszła do jej fazy uporczywej, na wyczerpanie. Wyrazem tego jest prowadzone w pierwszowojennym stylu parcie w obwodach donieckim i ługańskim. W ten sposób pod koniec czerwca Rosjanie zdobyli Siewierodonieck, a obecnie walczą o Bachmut. W maju po trzech miesiącach oblężenia musiał skapitulować Mariupol.

Jednocześnie, chociaż sprawna ukraińska naziemna obrona przeciwlotnicza uniemożliwiła rosyjskiemu lotnictwu skuteczne działanie w głębi kraju, od samego początku wojny agresor prowadzi uderzenia rakietowe na całą Ukrainę. W sytuacji rosyjskich porażek przybrały one charakter terrorystycznych ataków na infrastrukturę.

Straty

Rosyjska porażka z pierwszej fazy wojny oraz pierwszowojenny styl prowadzenia działań przełożyły się na ogromne straty. Według ocen przywoływanego już we wcześniejszych tekstach zespołu analitycznego Oryx sięgnęły one do dziś w formie bezpowrotnej m.in. ponad 1630 czołgów, ponad 2000 bojowych wozów piechoty, niemal 70 samolotów bojowych i takiej samej liczby śmigłowców. Do tych wskaźników należy dodać „ciemną liczbę” szacowaną na około 30%. Oznacza to, że Rosja w ciągu roku straciła około połowy liczby czołgów, które miała w linii na początku 2022. Zmusiło to Moskwę do sięgnięcia do głębokich rezerw, których symbolem stały się rzucone na front latem czołgi T-62, a ostatnio jeszcze bardziej archaiczne transportery opancerzone BTR-50. Ironią losu jest to, że te przestarzałe systemy zachowały się w składnicach mobilizacyjnych w lepszym stanie niż nowsze T-72 czy BMP-1 i 2, ponieważ nie było już chętnych na ich podzespoły, które z nowszych wzorów ochoczo szabrowano.

Ukraińskie straty w sprzęcie są również znaczące, jednak w podstawowych kategoriach mniej więcej 3–4-krotnie mniejsze niż rosyjskie. Przy tym o ile Rosja musi uciekać się do staroci, o tyle Ukraina otrzymuje jak dotąd od wspierających ją aliantów zachodnich sprzęt jakości porównywalnej do posiadanego przed wojną (czołgi T-72 czy PT-91), a nawet istotnie lepszy (armatohaubice Krab czy czołgi Leopard 2, w szczególności zapowiadane wersje A5/A6).

Znacznie trudniejsze do oszacowania są straty w ludziach. Według ocen, które należy traktować z najwyższą ostrożnością, w przypadku Rosji suma strat mogła sięgnąć 200–250 000 ludzi, z czego 50–75 000 zabitych i wziętych do niewoli. W przypadku Ukrainy chodzi o mniej więcej połowę tej pierwszej liczby. Z prawdopodobnie znacznie mniejszym (o 50%?) udziałem zabitych, z uwagi na sprawniejsze działanie służb medycznych.

Straty stricte frontowe to jednak tylko część zagadnienia. Szacuje się, że z terenów Ukrainy nieokupowanych przez Rosję przemieściło się za granicę nawet 5 milionów osób. Wiele z nich będzie zapewne stratą do pewnego stopnia bezpowrotną – już nie wrócą, chociaż zapewne nie zerwą więzi, w tym ekonomicznych, z ojczyzną. W aspekcie społecznym trzeba jednocześnie uznać, że inwazja stanowiła dla Ukraińców drugą, utrwalającą dawkę szczepionki na „ruski mir” – pierwsza została podana w 2014. Ta strata jest dla Rosji wprost kosmiczna. Według wszelkiego prawdopodobieństwa straciła możliwość wywierania na Ukraińców wpływu w inny sposób niż brutalne zniewolenie ich i wymordowanie stawiających opór, czyli już bynajmniej nie nielicznych elit. Całkowicie rozbieżny z intencjami konsolidacyjny czy w pewnym sensie narodotwórczy aspekt prymitywnych działań Rosjan, niezdolnych do pokojowej ekspansji gospodarczej i oddziaływania za pomocą soft power, trzeba uznać za czynnik, który dopiero się objawił, a jego pełne efekty będą manifestowały się przez dekady.

Bezpośredniej rekompensaty nie znajdują natomiast straty gospodarcze ponoszone przez Ukrainę wskutek okupacji i ataków na infrastrukturę. Przed słusznym odwetem za te ostatnie Rosję zabezpiecza niestety status mocarstwa nuklearnego. Z tego względu Ukraina nie dostaje od Zachodu stosownych środków, a podejmowane działania, takie jak uderzenia na miejsca stacjonowania bombowców strategicznych, mają charakter incydentalny i punktowy, chociaż według doniesień wymuszają na Rosjanach także rozwinięcie obrony głębi terytorium, choćby na wszelki wypadek.

Straty gospodarcze Rosji są równie niełatwe do oszacowania jak ludzkie. Moskwa, mimo objęcia sankcjami przez Zachód, znajduje chętnych na swoje surowce, tudzież pomagających jej omijać ograniczenia eksportowe. Z drugiej kończąca się właśnie łagodna zima wyśmiała domniemane rachuby na wzięcie Europy mrozem wskutek ograniczenia dostaw gazu i ropy. Ceny gazu ziemnego są dziś ponad trzykrotnie niższe niż w szczytowym momencie spekulacyjnej paniki po wybuchu wojny, pozostając na poziomie z przełomu lat 2020 i 2021. Ropa naftowa we wspomnianym szczycie kosztowała około 60% więcej niż dziś, a trzeba pamiętać, że Rosjanie muszą swoim klientom, Chinom i Indiom, oferować znaczący upust. Rosyjski bank centralny manipulacjami walutowymi zdołał opanować kurs rubla, jednak długotrwałość stosowania takich środków pozostaje ograniczona.

Całościowo, powstrzymując się od przewidywania, kiedy i w jakim stopniu gospodarka Rosji miałaby się zawalić, trzeba jednak uznać, że została zmuszona do ogromnego wysiłku. Który jednak, w przeciwieństwie do lat 1941–45, nie doprowadzi do „odkucia się” grabieżą na wielką skalę i dostępem do nowych technologii. Jeżeli nawet Rosjanie nie stracą nabytków i wezmą Bachmut czy później jeszcze jakieś pomniejsze ośrodki, znajdą tam tylko leje po bombach i ruiny…

Bezwzględną i oczywistą stratą Rosji jest natomiast wyciek na Zachód morza wiedzy o jej technologiach wojskowych, dzięki zdobytemu sprzętowi wszelkich kategorii, ogromnej liczbie danych z rozpoznania, obserwacji procedur w działaniu. Można uznać, że rosyjski kompleks wojskowo-przemysłowy na dekady pozostanie otwartą księgą.

Otoczenie międzynarodowe

Można uznać za pewnik, że niedocenienie reakcji Zachodu na inwazję stanowiło grzech pierworodny rosyjskich rachub. Moskwa pomyliła się wprost kosmicznie. Zdeterminowanym Stanom Zjednoczonym udało się zbudować prężną koalicję wspierającą Ukrainę. Do Wielkiej Brytanii, Polski i krajów bałtyckich uczestniczących w niej realnie już długo przed wojną udało się dociągnąć za uszy nawet Niemcy. W Europie Zachodniej jedyne wyjątki stanowią i tak relatywnie niewiele znaczące Węgry, Austria i Szwajcaria. Do NATO zmierzają mimo turecko-węgierskiej obstrukcji Finlandia i Szwecja. Okrakiem na barykadzie siedzi nawet tradycyjny sojusznik Rosji, czyli Serbia. Niestety, taką samą pozycję wybrała Turcja, paląca Panu Bogu i diabłu świeczki dość podobnej wielkości.

Rosja z kolei może liczyć na wsparcie Chin, które ma jednak tradycyjnie janusowe oblicze. Wątpliwe, aby Pekin zdecydował się na przekroczenie granicy w postaci bezpośrednich dostaw uzbrojenia. W tym aspekcie Rosjanie stali się klientami Iranu i najprawdopodobniej Korei Północnej. Chiny jednak jednocześnie zdobywają wpływy w Azji Środkowej, gdzie prezydent Tokajew mimo obrony swojej pozycji przez Rosję jeszcze przed agresją na Ukrainę, ostentacyjnie dystansuje się od Moskwy, grając na Zachód, ale głównego protektora szukając w Pekinie. Podobnie jeśli chodzi o wektor chiński zachowuje się Alaksandr Łukaszenka, mimo wspólnictwa w agresji przez udostępnianie terytorium za wszelką cenę usiłujący, jak się wydaje, wymigać się od bezpośredniego udziału w niej wojsk białoruskich.

Za sporą porażkę dyplomacji Zachodu można uznać w sporej mierze sprzyjające Rosji stanowisko Indii. Delhi oczywiście nie robi tego bezinteresownie i korzysta na przymusowej sytuacji Moskwy, ale np. dostawy komponentów stamtąd mają przyczyniać się niebagatelnie do odtwarzania rosyjskiego potencjału. Z drugiej strony Zachodowi udało się zorganizować szeroką akwizycję na rzecz Ukrainy postsowieckiego sprzętu w krajach arabskich, Afryce, a prawdopodobnie do źródeł dołączy na szerszą skalę Pakistan.

Co dalej?

Tu pojawia się tytułowa mgła. Nie wiadomo, czy rosyjski nacisk pod Bachmutem i w innych obszarach Doniecka i Ługańska to już spodziewana ofensywa, czy tylko preludium do niej. Nie wiadomo, czy istnieją perspektywy skokowego zwiększenia potencjału wojsk ukraińskich dzięki dostawom z Zachodu. Wyskrobywanie kolejnych kompanii czy batalionów Leopardów 2, Challengerów czy Abramsów nie wydaje się rokować dobrze w aspekcie wojny na wyczerpanie, a tym bardziej ewentualnej kontrofensywy. Z T-62 spotkają się niedługo ich przewidywani przeciwnicy z czasów Zimnej Wojny – Leopardy 1. Aby skutecznie grać w „zbijanego”, zachowując jednocześnie korzystny stosunek strat w ludziach, Ukraina powinna dostawać szerszy strumień wsparcia z Zachodu, np. produkowane gdzieś na bieżąco czołgi (mogłyby to być Opłoty czy PT-91 przetłumaczone na zachodnie technologie). W celu umożliwienia przejścia do ofensywy strumień powinien przekształcić się w rzekę.

Oczywiście dotychczasowe wsparcie Zachodu jest bezcenne. Bez niego Ukraina przy całej ofiarności wojska i społeczeństwa upadłaby w kilka tygodni. Ale żeby możliwe było odepchnięcie Rosji choć do linii sprzed 24 lutego 2022, potrzebne byłoby nowe otwarcie, obejmujące takie elementy, jak nowoczesne wielozadaniowe samoloty bojowe, które mimo rozlicznych spekulacji czy warunkowych zapowiedzi nie chcą się wciąż zmaterializować.

Według innych spekulacji Zachód ma dawać Ukrainie czas na osiągnięcie sukcesów militarnych do końca bieżącego roku, po czym miałoby nastąpić zamrożenie wojny w jakiejś formie. Jednak warunkiem takich sukcesów będzie wspomniana rzeka wsparcia, która musi się objawić. Albo musiałby nastąpić kolaps gospodarczy czy społeczny w Rosji. Z drugiej strony nie wydaje się, żeby najbardziej optymistyczne rachuby Moskwy sięgały daleko poza Bachmut. Wiosna siłą rzeczy część dotychczasowej mgły rozwieje, oby odsłaniając optymistyczny obraz…

dr Jan Przybylski

Zdjęcie w nagłówku tekstu: Dmitry Bukhantsov from Pixabay.

Co przyniósł polskiej obronności pierwszy rok wojny

Co przyniósł polskiej obronności pierwszy rok wojny

O tym, że rok 2022 był dziwny, chyba nikogo nie trzeba przekonywać. Konsekwencje wydarzeń rozciągną się niechybnie na dekady, natomiast obserwacji i wstępnej ocenie dostępne są pewne skutki bezpośrednie. Wśród nich widoczna jest gwałtowna transformacja Sił Zbrojnych Rzeczypospolitej Polskiej.

W ciągu minionego roku skumulowały się procesy decyzyjne, które przy normalnym biegu wypadków zajęłyby zapewne dekadę. W bezpośrednim związku z wojną obronną Ukrainy, Wojsko Polskie w istocie żegna się ze schedą po PRL-u, której bez tego pozostałoby jeszcze całkiem sporo lat życia.

Dookreślenie strategiczne

Być może najważniejszą rzeczą, którą przyniósł rok 2022, jest dowodne wykazanie skali zaangażowania, do którego w naszym regionie zdolny jest umowny Zachód pod przewodnictwem Stanów Zjednoczonych. Wcześniej Polska była oczywiście już wiele lat członkiem NATO, obowiązywały artykuły Traktatu Północnoatlantyckiego ze sławnym piątym na czele, jednak wątpliwości istniały. Można było w zupełnie dobrej wierze zastanawiać się, czy alianckie stolice, w tym najważniejsze, nie zaczną się w obliczu materializacji zagrożenia ze strony Rosji głęboko zastanawiać, interpretować Traktat w sposób możliwie najmniej wiążący etc., w efekcie pozostawiając region samemu sobie. Refleksji nigdy za wiele, wszak nic nie jest dane na zawsze, jednak to, co widać na Ukrainie, musi zaskakiwać największych optymistów.

Gdyby w lutym 2022 ktoś ogłosił, że niemal rok później Ukraina będzie toczyć z Rosją wojnę na wyniszczenie, opartą na gigantycznej pomocy materiałowej i informacyjnej Zachodu, że od kilku miesięcy spustoszenie w rosyjskich szeregach będzie siać skolokwializowane już HIMARS-owanie, że zostanie ogłoszona dostawa Patriotów, a „na stole” będzie kwestia zachodnich czołgów i samolotów bojowych – zostałby w najlepszym wypadku ogłoszony reprezentantem myślenia życzeniowego. Tymczasem to wszystko po prostu się dzieje. Obóz kierowany przez Waszyngton toczy przeciwko moskiewskiemu agresorowi de facto regularną wojnę o dużej intensywności, pokonując kolejne progi niewyobrażalności posunięć.

Powyższe ma dwojakie skutki. Pierwsze są natury geostrategicznej. Okazało się dowodnie, że nie istnieją aktualnie realne alternatywy w polityce zagranicznej, którymi Polska mogłaby uzupełniać takie czy inne niedostatki relacji ze Stanami Zjednoczonymi i Unią Europejską. W szczególności jako mało wartościowy zweryfikował się kierunek chiński. Pekin, który wcześniej i tak nie był w stanie sformułować atrakcyjnej dla krajów regionu oferty gospodarczo-politycznej, okazał się nie mieć także zdolności pożądanego moderowania posunięć Rosji, względnie przewidywania ich konsekwencji. Sekwencja wydarzeń na linii Chiny-Rosja przed 24 lutego 2022 pozostaje w sferze domysłów, jednak można założyć, że chińskie kierownictwo państwowe albo nie było w stanie odwieść Rosjan od ich planów, albo nie chciało tego robić i dało przyzwolenie na jakąś formę operacji. Być może opierając się na radykalnie mylnych ocenach zarówno rosyjskiego potencjału, jak i psychologicznej oraz materialnej zdolności dania mu odporu przez Zachód. W świetle powyższego spoglądanie z Europy Środkowo-Wschodniej na Pekin, skądinąd boleśnie uderzany przez Amerykanów w ramach wojny gospodarczej i pozostający w COVID-owej opresji, poza poziomem relacji czysto gospodarczych wydaje się nie mieć żadnego uzasadnienia, poza oczywiście marginesem zaślepionego i nierealistycznego ideologicznego antyokcydentalizmu.

Żadną alternatywą wobec Waszyngtonu nie okazał się również Berlin. Niemcy najpierw przez konsekwentną politykę uzależniania Europy od rosyjskich surowców energetycznych walnie przyczynili się do zaistnienia groźnej sytuacji. Natomiast w momencie erupcji popadli w stupor wynikający z koniunkcji zawalenia się rachub polityczno-gospodarczych z niskiej jakości przywództwem. Presja sytuacji i Amerykanów spowodowała włączenie się Berlina do realnej pomocy Ukrainie, ale i tak stolica ta pozostaje wołem w zaprzęgu ciągniętym przez anglosaskie rumaki.

Drugi skutek dotyczy bezpośrednio kierunków zakupów dla polskich Sił Zbrojnych. Siłą rzeczy ogromna część kluczowego sprzętu i/lub technologii pochodzi z importu i nic nie wskazuje, aby to miało ulec zmianie w przewidywalnej przyszłości. Dominujący w tym zakresie kierunek amerykański był wielokrotnie poddawany uzasadnionej krytyce – jako mało atrakcyjny gospodarczo. Stany Zjednoczone najchętniej sprzedają krajom takim, jak Polska, pozbawionym bardzo mocnej pozycji przetargowej, rozwiązania „z półki”, bez dzielenia się istotnymi technologiami. Na przykład kwestie marginalnego transferu produkcji i technologii w przypadku nabycia systemów Patriot dla programu „Wisła” czy jego braku w odniesieniu do F-35 nie budziły zatem wielkich wątpliwości z uwagi na pozostawanie stosownych kompetencji poza zasięgiem krajowego przemysłu i gospodarki. Natomiast w przypadku systemów artylerii rakietowej HIMARS czy pocisków przeciwpancernych Javelin takie podejście budziło zupełnie zasadnie furię obserwatorów. W pierwszym przypadku wskazywano na o rząd bardziej atrakcyjną w odniesieniu do wspomnianych transferów kontrpropozycję izraelską. W drugim na pociski Spike i krajowe opracowania prototypowe.

Wojna ukraińska przyniosła tu jednak zasadnicze przewartościowanie. W przypadku wojennej próby mało komfortowe gospodarczo w czasie pokoju zakupy sprzętu w Stanach Zjednoczonych otwierają dostęp do Sezamów tamtejszych magazynów i bieżącej produkcji. Izrael (czy wielu innych potencjalnych kontrahentów) ma o rzędy mniejsze zasoby bieżące i możliwości produkcyjne. Których zresztą z uwagi na potrzeby wynikające z własnej polityki regionalnej czy nawet wewnętrznej w sytuacji wojny wcale nie musi chcieć udostępniać nabywcy oddalonemu geograficznie i politycznie. Stąd, dbając maksymalnie o wzmacnianie własnego przemysłu, należy zachowywać daleko idący sceptycyzm wobec egzotycznych partnerów. W zamian warto preferować mocno powiązanych politycznie i dysponujących rozwiniętą bazą wytwórczą, nawet jeżeli ci pierwsi byliby skłonni czarować atrakcyjnymi propozycjami

Ofensywa modernizacyjna

Sporą część zagadnień modernizacji sił zbrojnych z ubiegłego roku omówiłem we wcześniejszych tekstach: Modernizacja Wojska Polskiego osiąga prędkość kosmiczną oraz Zbrojeniowe Eldorado szansą dla przemysłu? Odsyłam zatem do nich, aby uniknąć powtarzania się. Jednak kolejne miesiące przyniosły zarówno nowe wydarzenia, jak i konkretyzację w niektórych obszarach. Ograniczeniu do około 200 wyrzutni uległy zamiary zakupy systemów HIMARS – nawet amerykański przemysł nie byłby w stanie zrealizować w rozsądnym czasie zamówienia o skali 500 sztuk, w szczególności w świetle potrzeb sił zbrojnych zarówno własnych, jak i ukraińskich. Na fali zakupów w Korei Południowej MON znalazł jednak uzupełnienie właśnie tam. Ma je stanowić 288 wyrzutni rakiet K239 Chunmoo, stanowiących bliski ekwiwalent systemów amerykańskich. Wyrażane są nadzieje na szeroką polonizację, w szczególności produkcję w kraju pocisków. Jednak uzyskanie od Koreańczyków – spełniających z uwagi na znaczne zdolności wytwórcze wymóg bycia poważnym partnerem, a potencjalnie bardziej od Amerykanów skłonnych do transferu technologii – realnych korzyści gospodarczych okazuje się nie aż tak proste. Nie są oni w tym zakresie świętymi Mikołajami, a podpisywanie najpierw umów na zakupy (warto zaznaczyć, że w grudniu do kraju dotarły już pierwsze partie czołgów K2 i haubicoarmat samobieżnych K9A1), a później negocjowanie przeniesienia produkcji i jego formy okazuje się problematyczne, zgodnie zresztą z oczekiwaniami. Wskutek splotu tych trudności z realiami organizacyjnymi wszystko wskazuje na to, że z oczekiwanych aż 1000 czołgów K2 w wersjach pierwotnej i dostosowanej do polskich wymagań, 500 powstanie w Korei, a drugie 500… może pozostać bardzo mglistą perspektywą.

Z kolei w odniesieniu do haubicoarmat typu K9 nastąpiła dość istotna zmiana zamierzeń. O ile po zakupie w Korei 212 egzemplarzy wersji A1 dopełnienie do planowanej liczby 672 miała stanowić wersja A2 z w pełni automatycznym ładowaniem działa, o tyle weryfikacja doświadczeń ukraińskich, szczególnie eksploatacji z jednej strony dział Krab mających ładowanie półautomatyczne, a z drugiej niemieckich PzH 2000 z „pełną” automatyzacją, wykazały dużą problematyczność tego drugiego rozwiązania, które z uwagi na skomplikowanie źle znosi brutalne użytkowanie na froncie. W związku z tym wojsko miało odstąpić od zamiaru zakupu dział w wersji opartej na K9A2, przynajmniej w aspekcie automatyzacji.

W odniesieniu do innego sprzętu ciężkiego Wojsk Lądowych konkretyzacji uległa liczba i wersja używanych czołgów Abrams, pozyskanych w Stanach Zjednoczonych w ramach szybkiego uzupełnienia stanów sprzętu w związku z donacjami dla Ukrainy. Będzie to 116 pojazdów w wersji M1A1 FEP, poddanych dodatkowo remontowi zerującemu resurs. Czołgi mają zacząć docierać do nas jeszcze w bieżącym roku. Co bardzo istotne, WP zamierza do nowo pozyskiwanych czołgów kupić wreszcie skuteczną amunicję przeciwpancerną. W grudniu Polska zwróciła się do Stanów Zjednoczonych z zapytaniem dotyczącym zakupu tego asortymentu, obejmującego m.in. do 112 000 nabojów M829A2/A3/A4, tj. sławnej amunicji z rdzeniami ze zubożonego uranu, niezwykle skutecznej nawet w przypadku najnowocześniejszych czołgów. Niewykluczone zresztą, że to nie koniec zmian w odniesieniu do czołgów. Pojawiają się bowiem informacje, że na Ukrainę miałyby trafić nie tylko pozostałe jeszcze w Polsce dość nieliczne czołgi T-72 i PT-91, których dotychczas ma pole walki trafiła tylko niewielka część, ale także Leopardy 2. Trudno sobie wyobrazić, żeby takie ruchy miały się dokonać bez de facto natychmiastowej rekompensaty sprzętowej, której źródłem mogą być realnie tylko arsenały niemieckie (musiałyby być to wyprodukowane dla Bundeswehry Leopardy 2A6/A7) czy ponownie amerykańskie, z kolejnymi Abramsami. Poza tym szczęśliwe rozwiały się obawy dotyczące możliwości zakupu w Korei mało interesujących bojowych wozów piechoty K21. Nawet stanowiące znacznie bardziej zaawansowaną ofertę pojazdy AS21, które bardzo poważnie przymierzano do elitarnej uderzeniowej 18 Dywizji Zmechanizowanej, okazały się w procesie zapoznawczym bardzo problematyczne. Ich izraelska wieża wykazała się fatalną celnością, a podwozie dyskwalifikującą w krajowych warunkach sygnaturą termiczną. W związku z tym ich zakup przynajmniej w obecnej postaci stał się wątpliwy, natomiast realizacja krajowego Borsuka i powiązanej w nim wieży ZSSW-30 wydaje się niezagrożona. W szczególności na tę ostatnią złożono już zamówienie, w liczbie 70 sztuk, jeszcze dla Rosomaków.

Warto także zwrócić uwagę na wystosowanie do rządu amerykańskiego zapytania w sprawie możliwości zakupu aż 96 śmigłowców AH-64E wraz ze środkami rażenia i transferem technologii. Miałyby w końcu zastąpić one przestarzałe zupełnie Mi-24. Skala jest ponownie bardzo duża, więc pojawiają się wątpliwości odnośnie do możliwości absorpcji takiej liczby tych potężnych, ale bardzo drogich w zakupie i jeszcze bardziej w eksploatacji maszyn. Zawarto także umowę w sprawie zakupu bezzałogowego systemu rozpoznawczo-uderzeniowego klasy MALE (średni pułap, duży zasięg) MQ-9A Reaper, które ma służyć do czasu zakupu bardziej zaawansowanej wersji B. W odniesieniu do zdolności rozpoznawczych bardzo duże znaczenie ma zawarcie z koncernem Airbus umowy na dostawę dwóch satelitów rozpoznania obrazowego Pléiades Neo wraz z dostępem do danych pozyskiwanych przez całą konstelację. Na morzu takie zdolności mają zapewnić dwa zamówione od szwedzkiego Saaba (ze spodziewaną budową w Polsce) okręty rozpoznania elektronicznego „Delfin”.

„Wojna jest ojcem wszystkich rzeczy”

Ponieważ, zgodnie z maksymą Heraklita, obszerne procesy modernizacyjne w Polsce zainicjowała lub zintensyfikowała wojna ukraińska, warto przyjrzeć się naszym dostawom dla broniącego się sąsiada. Zauważając przy tym, że nie są one jakimś „bezinteresownym frajerstwem”. Abstrahując nawet od realizacji przez Ukraińców polskiego celu strategicznego przez tępienie rosyjskiego miecza, Polska jest wynagradzana tak przez Unię Europejską (pojawiła się informacja o przekazaniu kwoty 1,5 miliarda euro za dość jednak stary sprzęt), jak i przez Amerykanów. Wiadomo np. o jawnym dofinansowaniu zakupu czołgów M1A1 FAP kwotą 200 milionów dolarów. Według bardziej i mniej jawnych danych dostarczyliśmy zatem Ukrainie ponad 230 czołgów T-72M1/M1R, kilkadziesiąt PT-91, co najmniej 40 pojazdów BWP-1, nie mniej niż 54 Kraby, około 150 dział samobieżnych 2S1, ponad 20 wyrzutni artylerii rakietowej BM-21, nieokreśloną liczbę zestawów przeciwlotniczych S-125 Newa oraz 9K33 Osa. Sprzęt ten zapewnia ukraińskiej armii bezcenne wsparcie, pozwala na odbudowę ponoszonych strat i ma kluczowe znaczenie dla możliwości prowadzenia wojny. Można śmiało powiedzieć, że bez polskich dostaw Ukraina by nie przetrwała, a inne uzupełnienie ich byłoby nierealne. Wypada sobie życzyć, aby kolejny rok przyniósł w tej wojnie korzystny przełom, do czego mogą się przyczynić kolejne transfery sprzętu, implikujące dalsze zmiany w polskiej armii…

dr Jan Przybylski

Zdjęcie w nagłówku tekstu: Obraz autorstwa kjpargeter na Freepik.

Zbrojeniowe Eldorado szansą dla przemysłu?

Zbrojeniowe Eldorado szansą dla przemysłu?

Ostatnie dni sierpnia przyniosły podpisanie przez wicepremiera Błaszczaka umów wykonawczych na pierwsze elementy pakietu sprzętu, który ma zostać dostarczony Wojsku Polskiemu przez przemysł Korei Południowej. Chodzi w tym przypadku o 180 czołgów K2 (dostawy w latach 2022–25) i 212 armatohaubic samobieżnych K9A1 (2022–26). Według planów ma to stanowić dopiero preludium znacznie większych dostaw. Wojsko Polskie ma pozyskać łącznie aż 1000 K2, a K9 – w liczbie 672. Koszt umowy na pierwszą transzę czołgów wynosi 3,37 miliarda dolarów, armatohaubice będą kosztować 2,4 miliarda dolarów. W obu przypadkach umowy obejmują pakiety szkoleniowe, logistyczne oraz znaczące zapasy amunicji (100 000 sztuk obu kalibrów).

Dostarczane po roku 2026 czołgi miałyby być już opracowaną z uwzględnieniem polskich wymagań wersją K2PL. Zakładany jest szeroki zakres produkcji w Polsce, obejmujący według wstępnych deklaracji przedstawicieli MON nawet silniki. Na marginesie warto dodać, że na podstawie początkowych przecieków już pierwsza transza K2 miała być wersją nie podstawową, a zbliżoną do oferowanej Norwegii. Z wyraźnie poprawionym opancerzeniem, które w standardowej Czarnej Panterze w europejskich warunkach jest oceniane jako zdecydowanie niewystarczające. Stało się jednak inaczej, najprawdopodobniej z uwagi na czas potrzebny na wdrożenie do produkcji wariantu zmodyfikowanego niemożliwy do pogodzenia z naciskiem MON na jak najszybsze rozpoczęcie dostaw wypełniających wraz z kupowanymi w Stanach Zjednoczonych 226 używanymi Abramsami w wersji M1A1SA lukę po przekazanych Ukrainie T-72M1/M1R oraz pierwszej, zapewne nie ostatniej transzy PT-91.

W pierwszym etapie objętym podpisaną umową w Polsce ma zostać stworzone zaplecze serwisowe dla K2, umożliwiające prowadzenie obsługi bieżącej. Według wiarygodnych, jak się wydaje, spekulacji to właśnie czynnik dotyczący budowy zaplecza tego rodzaju zdecydował o zarzuceniu pozyskania większej liczby używanych Abramsów (według deklaracji MON na bardzo korzystnych warunkach finansowych w odniesieniu do pojazdów jako takich) na rzecz opłacanej żywym pieniądzem oferty koreańskiej. Powszechnie przyjmowany stosunek kosztów zakupu sprzętu nowego do kosztu późniejszej obsługi wynosi bowiem około 1:2 – w przypadku używanego, częściowo wyeksploatowanego i bardziej awaryjnego siłą rzeczy jest o wiele gorszy, zatem maksymalizacja krajowych zdolności serwisowych ma istotne znaczenie gospodarcze. Amerykanie znani są z małej elastyczności w wypuszczaniu z ręki przyszłych zysków, w szczególności w przypadku przewagi pozycji negocjacyjnej związanej ze sprzedażą sprzętu za tylko ułamek nominalnej wartości.

Z partnerem koreańskim (w przypadku czołgów jest to firma Hyundai Rotem) wiązane są natomiast duże nadzieje. W kwestii krajowego udziału w produkcji po 2026 wersji K2PL – której konfiguracja nie jest jeszcze znana, acz wydaje się, że również i w tym wypadku może mieć miejsce rezygnacja z dość wyśrubowanych postulatów takich jak przede wszystkim pełna izolacja amunicji od załogi – w razie realizacji zapowiedzi nastąpi de facto odtworzenie zdolności wytwarzania w Polsce czołgów. Ta bowiem została utracona po realizacji kontraktu na czołgi PT-91M dla Malezji. Brak dalszych zamówień spowodował daleko posuniętą degradację zakładów Bumar Łabędy, które straciły zasadniczą część wykwalifikowanych kadr. Ciosem śmiertelnym stał się upadek zakładów PZL-Wola pod koniec pierwszej dekady obecnego stulecia – wytwarzających jako jedyne w kraju silniki czołgowe. Od tej pory wszelkie propozycje modernizacji (czy potencjalnie odtworzenia produkcji) czołgów rodziny T-72/PT-91 musiały zakładać już zastosowanie importowanej jednostki napędowej.

Na obecnym etapie, kiedy jedynym pewnikiem jest zakup gotowych maszyn w Korei, trudno wyrokować na temat szans realizacji ogłaszanych zamierzeń, obejmujących nawet współpracę z Koreańczykami przy opracowywaniu czołgu kolejnej generacji, domniemanego KPL-3. Jednak samo stworzenie bazy serwisowo-remontowej dla zamówionych K2 będzie musiało oznaczać istotne poszerzenie zaplecza serwisowego. Zakłady Bumar Łabędy są bowiem obciążone niesprawnie przebiegającą modernizacją czołgów Leopard 2A4 do standardu PL, która może zakończyć się dopiero w roku 2027 lub nawet 2028. Krajowy potentat w dziedzinie sprzętu ciężkiego, Huta Stalowa Wola, jest obciążony obecnymi i przyszłymi zamówieniami. Wiele wskazuje na to, że pod kątem czołgów koreańskich zostanie stworzony nowy ośrodek lokalizowany w okolicach Poznania, przy czym niekoniecznie musi on pokrywać się z zakładami H. Cegielski włączanymi właśnie do struktur Polskiej Grupy Zbrojnej. Wraz z również poznańskimi Wojskowymi Zakładami Motoryzacyjnymi (które prowadzą i będą prowadzić obsługę serwisowo-logistyczną Leopardów) Cegielski może ułatwić stworzenie kolejnego ośrodka. Jego potrzeby kadrowe w przypadku samego serwisu, który w normalnych warunkach będzie musiał być realizowany przez nie mniej niż 40 lat, można szacować na co najmniej kilkaset osób, odpowiednio więcej w przypadku realizacji planów dotyczących produkcji na tak dużą jak zapowiadana skalę.

O ile zakup koreańskich czołgów nie jest przedmiotem istotnych kontrowersji, o tyle kwestia armatohaubic budzi żywe emocje. Kupowane obecnie gotowe K9A1 są bowiem odpowiednikami Krabów – wytwarzanych w Polsce i zyskujących bardzo dobre opinie podczas wojny ukraińskiej. Gąsienicowy nośnik jest zasadniczo identyczny i również w Krabie pochodzi z Korei (obecnie z produkcją licencyjną w Polsce), co stanowi pokłosie trwającego kilka lat zamrożenia programu. Huta Stalowa Wola jakoś przetrwała odwlekanie zamówień, jednak dla Bumaru i PZL-Wola stało się ono w praktyce gwoździem do trumny. W rezultacie do podwozia, które miało być produkowane praktycznie w całości w kraju, chociaż stanowiąc rozwinięcie jeszcze sowieckich technologii, w momencie, kiedy faktycznie zamierzano uruchomić produkcję seryjną brakowało polskiego silnika, a wydrenowany z kadr Bumar miał ogromne problemy ze sprostaniem wymogom jakościowym. Faktem niezaprzeczalnym pozostaje, że koreański nośnik jest znacznie doskonalszy technicznie i pod względem kluczowych dla przetrwania na polu walki dynamiki oraz zdolności manewrowych zdecydowanie góruje nad pierwotnie planowanym. Jednak stanowiąca rozwinięcie brytyjskiego AS-90 wieża problemów nie sprawia i na bazie doniesień z Ukrainy spisuje się doskonale. K9A1 sumarycznie nie powinna być od Kraba w istotny sposób gorsza ani lepsza.

W tej sytuacji musi budzić wątpliwości fakt, że oprócz trwającej produkcji rozwiązania spolonizowanego (mimo istotnego udziału komponentów zagranicznych) wprowadza się gotowy sprzęt zagraniczny tej samej klasy. MON ma tu istotny argument – HSW jest obłożona bieżącą produkcją Krabów na potrzeby krajowe (planowane jest zamówienie obok obecnych dodatkowych 48 egzemplarzy) oraz ukraińskie. W linii trzeba czymś zastąpić armatohaubice skierowane na Ukrainę, a także starsze haubice samobieżne 2S1. Resort wymaga bardzo szybkich dostaw, czemu krajowy producent nie jest w stanie sprostać przy istniejących możliwościach. Można przypuszczać, że decydenci polityczni nie działają pochopnie i na ślepo, lecz kierują się nieupublicznianymi prognozami rozwoju sytuacji wojennej na wschodzie, zakładającymi mimo potężnych strat Rosji konieczność bardzo szybkiego odtworzenia w zakresie zredukowanym transferami na Ukrainę i wzmocnienia potencjału Wojska Polskiego. Pytanie, czy podobnymi prognozami nie dysponowano już od czasu pierwszej rundy rosyjskiej inwazji na Ukrainę i czy w związku z tym nie można było w ciągu siedmiu lat znacząco zainwestować w moce produkcyjne, pozostanie już bez odpowiedzi…

Nieco inaczej ma się sprawa perspektywy po 2026 dotyczącej produkcji i zakupów wersji określanej jako K9PL. Ma to być spolonizowana odmiana konstrukcji K9A2. Jej najważniejszym ulepszeniem wobec A1 będzie automat ładowania działa. Sądząc po zapowiedziach, zgodnie z którymi również K9PL będzie początkowo produkowana w Korei, trudno oczekiwać istotnego zakresu polonizacji konstrukcyjnej tego zdefiniowanego już przez Koreańczyków, rozwijanego od kilku lat projektu. Tymczasem na bazie kompetencji badawczo-rozwojowych nabytych podczas polonizacji zagranicznych rozwiązań wiodącej do Kraba w obecnej formie można by oczekiwać już właśnie istotnego udziału polskich konstruktorów. HSW dzięki opracowaniu bojowego wozu piechoty Borsuk miałaby coś do powiedzenia również w obszarze podwozi. Postawienie na konstrukcję de facto koreańską rodzi pytanie, co stanie się z potencjałem badawczo-rozwojowym.

Warto przy okazji zauważyć, że HSW już przed kilku laty proponowała wojsku opracowanie wersji Kraba ze zautomatyzowanym ładowaniem, co jednak nie budziło żadnego zainteresowania. Można spodziewać się, że własne projekty rozwojowe Huty pójdą w tej sytuacji do kosza, a inżynierom przypadnie rola kopistów wdrażających rozwiązania opracowane gdzie indziej. Co prawda Koreańczycy anonsują dalszą ewolucję systemu K9, ale czy kilka lat praktycznego zawieszenia przez HSW badań i rozwoju nie spowoduje utraty przynajmniej znaczącej części zdolności z tym zakresie i potencjału podjęcia ewentualnej współpracy? Fatalna komunikacja między MON a przemysłem i stawianie tego drugiego w obliczu faktów dokonanych oraz bardzo zaskakujących żądań doprowadziły do dymisji powszechnie wysoko ocenianego prezesa HSW Bartłomieja Zająca. W powyższej raczej niewesołej sytuacji warto docenić, że według opublikowanych doniesień dostarczane K9A1 mają być od samego początku wyposażone w polskie Zintegrowany System Zarządzania Walką Topaz i system łączności Fonet. Czy jednak radość będzie pełna, okaże się dopiero po ujawnieniu stopnia funkcjonalności Topaza w koreańskich działach. Również w tym przypadku na temat miejsca produkcji K9PL pozostają póki co spekulacje. Naturalnym wyborem wydawałaby się HSW, jednak przecieki informacyjne z MONu potrafią zaskakiwać.

Powyższe plany nie wyczerpują całości wojskowych inwestycji oraz ich kontekstu przemysłowego. Niektóre kwestie, takie jak systemy HIMARS i Narew (CAMM), omówiłem we wcześniejszych tekstach na stronie Nowego Obywatela. Ważnym uzupełnieniem wydaje się ogłoszenie zamiaru polonizacji przeciwpancernych (i nie tylko) pocisków rakietowych Brimstone. Wytwarzaniem ich elementów w zakresie swoich kompetencji zająć się mają zakłady Mesko. Z Mesko należy również wiązać ewentualną polonizację koreańskich systemów artylerii rakietowej K239, wydaje się, że MON poszukuje rozwiązania rezerwowego dla HIMARSów, których dostępność w oczekiwanych liczbach może być bardzo problematyczna. Rozwój zdolności produkcyjnych dotyczy również projektów realizowanych od wielu lat. Według informacji ogłoszonych w wywiadzie prasowym przez członka zarządu spółki Mesko produkcja przenośnych zestawów przeciwlotniczych, która jeszcze przed kilku laty wynosiła maksymalnie 300 egzemplarzy, w roku bieżącym ma sięgnąć 600, a w przyszłym niemal 1000. Firma prowadzi również projekty Piorun Plus/Piorun 2, mające odznaczać się odpowiednio poprawionymi lub jakościowo nowymi (w kwestii zasięgu) parametrami. Co interesujące, prace te prowadzi z własnych środków, nie mogąc być w żadnej mierze pewna zainteresowania resortu obrony.

Z kolei w związku z zapotrzebowaniem na bezzałogowe statki powietrzne, systemy elektroniczne oraz realizacją programu Gladius, firma WB Electronics buduje w Skarżysku-Kamiennej centrum produkcyjne, które ma zatrudnić około 200, w perspektywie może nawet 400–500 osób. W odniesieniu do zatrudnienia, tajemnicą poliszynela jest, że ogromne zapotrzebowanie Ukrainy na środki bojowe przekłada się na potrzeby kadrowe polskich firm z branży, które na wszelkie sposoby starają się rekrutować pracowników. Szczególne znaczenie społeczne ma to w przypadku HSW i produkującego amunicję Dezametu – leżących w województwie podkarpackim, mającym należące do najwyższych w kraju wskaźniki bezrobocia. Również produkcja i plany zakładów Mesko oraz WB poprawią także niewesołą sytuacją na rynku pracy w sąsiednim województwie świętokrzyskim.

To, czy zajmujące większość niniejszego tekstu plany związane z Koreą przyniosą kreślone przez przedstawicieli MON korzyści przemysłowi i społecznościom, w których działa, pokaże przyszłość. Z jednej strony zamierzenia są imponujące, z drugiej póki co jednym twardym konkretem pozostają zakupy sprzętu za granicą i pewny, choć niewiadomy zakres lokalizacji jego obsługi serwisowej w kraju. Ambitne plany odtworzenia produkcji czołgów czy kontynuacji wytwarzania artylerii samobieżnej mogą zostać pokrzyżowane przez różne czynniki: recesję, zmianę polityczną, rozbicie się planów rozwoju liczebnego armii o kwestie demograficzne, w najgorszym wypadku o niekorzystny rozwój sytuacji geostrategicznej. Dalsze zakupy mogą też zostać ograniczone, co w sytuacji niekoniecznie dobrej współpracy MON-u z przemysłem i traktowania przez wojsko krajowych zakładów nieraz jako zła koniecznego, skrzeczącego i utrudniającego wygodny zakup z półki za granicą, nie wyklucza negatywnych konsekwencji. W przypadku K2 prawdopodobny nowy ośrodek nawet przy znacząco mniejszych zakupach pozostanie centrum serwisowym. Jednak w przypadku artylerii może dojść do sytuacji, w której Krab zostanie „zarżnięty” przez samo zaniechanie jego dalszego rozwoju, a znacznie ograniczonego zakupu K9PL nie będzie się już opłacało polonizować w odniesieniu do wieży.

Wypada życzyć sobie realizacji scenariuszy korzystnych, jednak nie sposób nie uwzględniać też negatywnych.

dr Jan Przybylski

Zdjęcie w nagłówku tekstu: Gerrit Burow from Berlin, Deutschland – Tag der polnischen Streikräfte, CC BY 2.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=81634766

Modernizacja Wojska Polskiego osiąga prędkość kosmiczną

Ostatnie tygodnie przyniosły bezprecedensowe w historii, a co najmniej po 1989 przyśpieszenie programów modernizacji sprzętowej Wojska Polskiego oraz jego rozwoju strukturalnego.

Resort obrony uruchomił procedury mające prowadzić do zakupu kolejnych – obok już zamówionych – baterii systemów przeciwrakietowych/przeciwlotniczych Patriot oraz systemów artylerii rakietowej HIMARS, w tym przypadku deklarując zainteresowanie ogromną ich liczbą. Podjęto decyzję o wdrożeniu „pomostowej”, tymczasowej wersji systemu OPL „Narew” opartego o brytyjskie pociski CAMM. Wyprawa ministra (obecnie już wicepremiera) Mariusza Błaszczaka do Korei Południowej zaowocowała twardą deklaracją w sprawie czołgów K2 oraz sygnałami znaczącego zainteresowania uzbrojeniem należącym do innych asortymentów. Wybrano projekt, na podstawie którego zostaną zbudowane fregaty w ramach programu „Miecznik”. Ogłoszono plan zakupu śmigłowców AW149. Złożono kolejne zamówienia w przemyśle krajowym. Last but not least, Wojska Lądowe mają zyskać dwie kolejne dywizje (obecnie mają ich cztery). Wszystko to rozgrywa się w kontekście wojny obronnej Ukrainy i skłania do zadawania pytań.

Krótkie omówienie najlepiej zacząć od obrony przeciwlotniczej/przeciwrakietowej. Jej kluczowy charakter po raz kolejny wykazała wojna ukraińska. Obrońcy byli w stanie w znaczący sposób ograniczyć aktywność rosyjskiego lotnictwa, które nie było zdolne zapewnić przykrycia rajdu na Kijów, a skutkiem stało się jego fiasko. Nie potrafiło też sparaliżować ukraińskiej infrastruktury i dokonać izolacji pola walki. Zestawy OPL, działając w funkcji przeciwrakietowej, ograniczają też bowiem skutki uderzeń taką bronią. W istocie rosyjskie siły powietrzne osiągają względną skuteczność wyłącznie, gdy działają znad kontrolowanego przez siebie terytorium i przy statycznym przebiegu walk. Poniosły przy tym istotne straty – co najmniej 34 zniszczone lub uszkodzone w stopniu wykluczającym naprawę samoloty bojowe, w tym 10 Su-34, 5 Su-30SM i 1 Su-35, stanowiące najnowszą generację sprzętu eksploatowanego w regularnych jednostkach.

Ukraińska obrona przeciwlotnicza wyższych pięter była przed rozpoczęciem konfliktu znacznie silniejsza liczebnie i o półtorej generacji nowocześniejsza niż polska. Rzeczpospolita nie dysponuje ani jednym względnie nowoczesnym systemem średniego zasięgu klasy S-300. Również na niższych piętrach eksploatowane przez Ukraińców Buki i Tory są znacznie nowocześniejsze i skuteczniejsze od używanych w Polsce S-125, Kubów i Os. Konfrontacja polskiej obrony przeciwlotniczej (poza najniższym piętrem tworzonym przez Gromy i Pioruny oraz ich samobieżne pochodne) z rosyjskim lotnictwem wyglądałaby o wiele gorzej niż w przypadku Ukrainy. Można przypuszczać, że wręcz tragicznie. Tymczasem dotychczas jedynym światełkiem w tunelu była podpisana w roku 2018 w ramach I fazy programu „Wisła” umowa na dostawę dwu baterii systemów Patriot wraz z towarzyszącymi systemami. Mają one trafić do Polski w tym roku.

Na jałowym biegu toczyły się natomiast negocjacje dotyczące II fazy: sześć baterii w docelowej konfiguracji z radarem kierowania ogniem mającym zdolność obserwacji w zakresie 360 stopni, ponownie systemy towarzyszące, w tym polski radar wstępnego wykrywania celów pracujący w paśmie metrowym P-18PL. Jako podstawowe problemy wskazywano ogromne koszty (umowa na I fazę opiewała na 23 miliardy złotych, II fazę szacuje się na ok. 40 miliardów), problemy z wynegocjowaniem pożądanego udziału krajowego przemysłu, a nawet faktyczny brak woli dokonania tego zakupu przez MON. Według jednej z krążących hipotez resort chciał pozyskać przede wszystkim awangardowy system dowodzenia obroną przeciwlotniczą IBCS, umożliwiający spięcie wszystkich godnych podłączenia doń środków wykrywania i efektorów w jedną ogromną sieć, w której w istocie Patrioty należące do „Wisły”, baterie „Narwi” i inne systemy zadaniowe tracą odrębność, ponieważ dane do naprowadzania rakiet „Narwi” może wypracowywać radar Patriota, z kolei rakiety PAC-3 może obsługiwać w ten sam sposób w jednym momencie stary radar S-125, a w innym… myśliwiec F-35. W tym ujęciu dwie baterie I fazy miałyby być tylko zabezpieczeniem pewnej minimalnej zdolności, wtórnym wobec głównego celu.

Stało się jednak inaczej i 24 maja MON wystosował do czynników amerykańskich formalny Letter of Request w sprawie II fazy. Baterie miałyby zostać dostarczone w latach 2026–2028.

Nie mniej istotna jest decyzja definitywnie przesądzająca wybór oferowanych przez brytyjski koncern MBDA pocisków rodziny CAMM jako efektorów systemu OPL krótkiego zasięgu „Narew”. Podpisana 14 kwietnia umowa wykonawcza przewiduje dostawę w najbliższym czasie dwóch jednostek ogniowych (tworzących łącznie ekwiwalent baterii) systemu CAMM z „przejściową” mobilną stacją radiolokacyjną „Soła”. Pierwsza jednostka ma zostać dostarczona jeszcze we wrześniu, druga na przełomie roku bieżącego i przyszłego. Otworzyłoby to drogę do realizacji całościowego zamiaru wyposażenia WP w 23 baterie „Narwi”, już w docelowej konfiguracji z radarem kierowania ogniem „Sajna”, pociskami CAMM-ER jako efektorami, ponownie radarem P-18PL, a wszystko to funkcjonowałoby w ramach systemu IBCS. Koszty realizacji tych planów należy szacować na nie mniej niż 60 miliardów złotych, przy czym z uwagi na zamiar daleko idącej polonizacji również pocisków bardzo duża tej kwoty miałaby przejść przez krajowy przemysł.

Wybór CAMMów ma jeszcze jeden bardzo ważny aspekt. Dotychczasowe pociski tej rodzimy mają zasięg 25 km w wersji podstawowej i 45 km w wariancie ER. Z kolei system Patriot strzela niezwykle drogimi (5–6 milionów dolarów) pociskami PAC-3 MSE, których użycie najrozsądniej byłoby ograniczyć do strącania rakiet balistycznych czy hipersonicznych. Wypełnieniem luki w zakresie zwalczania celów aerodynamicznych na większych odległościach miał być pierwotnie tzw. Low Cost Interceptor systemu Patriot. W czasie negocjacji I fazy „Wisły” jako potencjalne rozwiązanie wskazywano pocisk SkyCeptor, stanowiący wariant izraelskiego David’s Sling. Z uwagi na niezadowalające wyniki rozmów dotyczących polonizacji, a także być może problematyczne relacje z Izraelem, koncepcję tę odrzucono. Wyjściem z sytuacji ma być kolejny wariant CAMMa, określany roboczo jako CAMM-LR, o zasięgu zwiększonym do 80–100 km, który miałby zostać opracowany już z udziałem polskiego przemysłu. Kwestia, czy stosowne wyrzutnie wchodziłyby w skład baterii Patriotów, czy też stanowiły element „Narwi”, jest w kontekście systemu IBCS de facto pozbawiona znaczenia innego niż ewidencyjne.

Skala zamiarów jest zatem ogromna, a ich realizacja będzie miała duże znaczenie dla polskiej obronności jako całości. Pewne „powszednie” uzupełnienie stanowi informacja z ostatnich dni o zamówieniu 3500 zestawów Piorun, które m.in. uzupełnią stany po wysłaniu znacznej liczby tych systemów na Ukrainę.

Pod koniec maja ogromne zdumienie obserwatorów wywołała natomiast upubliczniona przez MON informacja o wystosowaniu Letter of Request dotyczącego kolejnych systemów artylerii rakietowej HIMARS. Co prawda dalsze zakupy były oczekiwane po zawarciu na początku roku 2019 umowy dotyczącej pozyskania jednego dywizjonu (18 wyrzutni bojowych, 2 szkolne, pociski GMLRS o zasięgu 70 km, w rozwijanych wariantach 150 km, i ATACMS o zasięgu do 300 km, wozy dowodzenia i inne pojazdy, wartość 1,5 miliarda złotych). Jednak ogłoszona przez resort skala planów jest szokująca. Dotyczą one bowiem aż 500 wyrzutni. Za czasów Antoniego Macierewicza planowano 160 wyrzutni, jego następca podpisał wspomnianą niewielką umowę – i temat ucichł.

W kontekście toczącej się wojny nikt przytomny nie kwestionuje oczywiście decydującego znaczenia artylerii lufowej i rakietowej dla powodzenia walk na lądzie. Jednak w kontekście ujawnionej wielkości potencjalnego zamówienia sceptycyzm dotyczy zdolności WP do rozbudowy struktur, które wchłoną planowany sprzęt. A także, oczywiście, kosztów. Wystarczy powiedzieć, że realizacja przedstawionych zamiarów uczyniłaby z WP drugą po Stanach Zjednoczonych siłę w NATO w zakresie artylerii rakietowej.

Warto nadmienić, że resort deklaruje również integrację HIMARSów z krajowym systemem zarządzania walką i wysoki stopień polonizacji, sięgający lokalnej produkcji wybranych rodzajów pocisków rakietowych po pozyskaniu od Amerykanów stosownej technologii. Trudno wyrokować na temat możliwości realizacji tego celu, jednak skala czyniąca z Polski największego odbiorcę systemu HIMARS w tym przypadku powinna par excellence sprzyjać.

Nie mniej istotna jest klasyczna artyleria lufowa. Aktualne plany MONu dotyczą negocjacji z Hutą Stalowa Wola zakupu kolejnych 48 armatohaubic samobieżnych 155 mm Krab. Po odliczeniu 18 dział przekazanych Ukrainie podniosłoby to ich planowaną liczbę do ponad 150. W kontekście skali zamówienia na systemy artylerii rakietowej można mniemać, że i ta liczba jest daleka od docelowej. Dość powiedzieć, że Korea Południowa wcieliła do swojej armii aż 1200 porównywalnych i spokrewnionych poprzez podwozie armatohaubic K9. Jeżeli zatem całość zamiarów MONu nie rozbije się o rafy finansowe i/lub polityczne, można niebezzasadnie oczekiwać w jakiejś perspektywie materializacji zapowiedzi Antoniego Macierewicza, który w charakterystycznym dla siebie stylu zapowiadał podczas parafowania umowy na zakup 120 Krabów, że efektywnie zostanie ich zamówionych „nieporównanie więcej”. Resort powinien oczywiście myśleć intensywnie nad ewolucją tego systemu, który, choć na obecną chwilę jest zadowalająco nowoczesny, ma już swoje lata i powinien zyskiwać większe zdolności, takie jak pełna automatyzacja ładowania umożliwiająca wzrost szybkostrzelności nawet o połowę czy perspektywicznie dłuższa lufa i większa komora nabojowa zapewniające większą donośność. Przemysł od dłuższego czasu sugeruje zresztą rozmaite rozwiązania rozwojowe.

Z Wojskami Artyleryjskimi i Rakietowymi wiąże się również zawarta z krajową spółką WB Electronics umowa na dostawę czterech bateryjnych modułów bezzałogowych systemów poszukiwawczo-uderzeniowych nazwanych Gladius. Ma on szanse stanowić zaczyn wyniesienia na wyższy poziom sprawności dowodzenia, wykrywania i niszczenia celów.

Ujawnione skutki wizyty ministra Błaszczaka w Korei Południowej dotyczą przede wszystkim wojsk pancernych i zmechanizowanych. Resort ogłosił zamiar negocjacji ukierunkowanych na nabycie oferowanych przez tamtejszy przemysł czołgów K2. Według informacji emitowanych półoficjalnie przez resort do obiegu dziennikarskiego, chodzi o pozyskanie 58–116 pojazdów, które można określić umownie jako K2PL pierwszej fazy. Miałyby być one częściowo spolonizowane (przynajmniej polskie elementy wyposażenia, takie jak kamery termalne, łączność czy karabiny maszynowe) i co ważne w znacznym stopniu dopancerzone (słabe opancerzenie jest określane jako pięta achillesowa K2 w warunkach innych niż specyficzne z uwagi na górzysty teren koreańskie). Po nich WP miałoby zasilić od 180 do nawet 500 umownych K2PL drugiej fazy, z jeszcze lepszym opancerzeniem, izolacją amunicji od załogi, i co ważne wytwarzanych już w kraju, oczywiście ze znaczącym udziałem koreańskich elementów.

Plany te są przyjmowane raczej jednogłośnie z zadowoleniem. K2 jest co prawda wciąż klasycznym czołgiem III generacji powojennej, jednak skutki wojny zapewne znacznie opóźnią oraz ograniczą i tak borykający się z poważnymi problemami technicznymi program rosyjskiego wozu IV generacji T-14 Armata. Z kolei zachodnioeuropejskiemu programowi MGCS grozi wykolejenie się z powodu rozbieżnych wymagań udziałowców. W tej sytuacji współpraca z Koreą, dająca czołg zadowalająco nowoczesny dziś i w perspektywie najbliższych dekad, wydaje się rozwiązaniem optymalnym. W szczególności w kontekście, jak się wydaje, sporej gotowości do transferu technologii, dobrych dotychczasowych doświadczeń ze współpracy (vide licencyjne koreańskie podwozie Kraba), a także perspektywiczności partnera, który w przypadku czołgów nie powiedział ostatniego słowa i wiele wskazuje na to, że w kolejnych latach pojawi się pojazd IV generacji – K3, w przypadku powodzenia współpracy przy K2PL być może KPL3, a może jeszcze inaczej…

Należy bowiem uwzględniać również perspektywę potrzeb modernizacji powojennej armii Ukrainy. Trudno oczekiwać, aby odbudowywany po zniszczeniach przemysł miał kontynuować wywodzącą się jeszcze z głębokich czasów sowieckich linię czołgu Opłot. Koreańskie rozwiązania trafią na Ukrainę w Krabach, podarowanych i zamówionych. Podobnie może stać się z czołgami. Koprodukowany przez Ukrainę K2PL w docelowej postaci, a później jego następca opracowany wspólnie przez trzy kraje, z udziałem również mających niebagatelne doświadczenie konstruktorów ukraińskich, nie wydaje się zupełną fantazją.

Znacznie bardziej doraźną kwestią jest potencjalne przekazanie Wojsku Polskiemu przez Stany Zjednoczone około 300 pojazdów M1A1 w nieokreślonej zmodernizowanej wersji jako rekompensata za przekazanie Ukrainie ok. 240 czołgów T-72M1/M1R, a być może niedługo również PT-91.

Kontrowersji nie wzbudziło również omawianie z Koreańczykami kwestii nowego podwozia kołowego transportera opancerzonego/bojowego wozu piechoty. Co prawda Rosomak jest oceniany bardzo wysoko jako pojazd, ponieważ wdrożenie całego systemu, którego sam KTO jest tylko jednym z elementów, było sukcesem najwyżej umiarkowanym – z przyczyn jednak zupełnie niezależnych od konstrukcji jako takiej. Jednak niekorzystne umowy licencyjne, zawierane w przeszłości, dały fińskiej Patrii promującej kosztem AMV/Rosomaka swój kolejny produkt, AMV XP, przesadnie mocną pozycję negocjacyjną. Jej nierozsądne nadużywanie sprawiło, że Finowie stali się w MON personami non grata. Sięgnięcie zatem czy to po licencję na koreańskiego K808, czy nową platformę opracowaną w uwzględnieniem polskich wymagań, stanowić może optymalne wyjście z trudnej sytuacji spowodowanej koniecznością wygaszenia produkcji Rosomaka.

Odmiennie przedstawiała się jednak sprawa zainteresowania koreańskimi gąsienicowymi bojowymi wozami piechoty. Krajowy przemysł opracował znajdującego się w końcowej fazie prób wojskowych Borsuka z wieżą ZSSW-30. Ogłoszenie przez resort zamiaru uzupełnienia go konstrukcją importowaną o lepszym opancerzeniu wywołało kąśliwe komentarze. Niedostatki pancerza Borsuka wynikają wprost z narzuconego przez MON wymogu pływalności, do którego przywiązanie, niekoniecznie uzasadnione aktualnymi warunkami hydrologicznymi kraju, jest krytykowane od dawna. Tym większe było zaskoczenie przeciekami wskazującymi, że z Korei miałyby trafić do WP pojazdy K21, również pływające i opancerzone gorzej niż Borsuk, mniej od niego nowoczesne, uzbrojone w dość archaiczną armatę 40 mm Boforsa, bardzo blisko spokrewnioną z działem używanym w WP do 1939 (w skrajnej wersji używane, z zapasów Armii Republiki Korei). Byłby to ciężki absurd, potencjalnie podważający pozycję Borsuka. Jednak kolejne przecieki wskazują na przeniesienie zainteresowania na wskazywany jako drugą opcję pojazd AS21 – przygotowaną na potrzeby przetargu australijskiego daleką wersję rozwojową K21, istotnie już znacznie lepiej opancerzoną. W przypadku wyposażenia tego wozu w polską wieżę ZSSW-30 byłoby to rozwiązanie już nie tak złe – acz w dość jaskrawej sprzeczności z deklaracjami resortu dotyczącymi zamiaru szybkiego zakupu, wymagające kilku lat oczekiwania na dostawę. Podobny czas zapewne trzeba by czekać na opracowanie krajowej ciężkiej platformy gąsienicowej spokrewnionej z Borsukiem…

Również kontrowersyjne są informacje o możliwości importu z Korei systemów artyleryjskich – podwozi do Krabów, co mogłoby być jeszcze usprawiedliwione planami znaczącego zwiększenia ich liczebności w koniunkcji z zamówieniem ukraińskim, lub wręcz gotowych kompletnych K9. Przy maksymalnej otwartości na współpracę z perspektywicznym partnerem należy w pierwszym rzędzie dbać o interes krajowego przemysłu – chyba że w grę wchodzą kwestie strategiczne wymagające niezwłocznego działania.

Jednak nawet ewentualny zakup K21 nie był szczytowym punktem kontrowersji. Tu palma pierwszeństwa należy się bezwzględnie jeszcze nieformalnej koncepcji zakupu koreańskich samolotów FA-50. Chodzi o najbardziej bojowy wariant szkolno-bojowej rodziny Golden Eagle, opracowanej przez KAI ze znaczącym udziałem amerykańskiego Lockheeda Martina, co owocuje sporym podobieństwem do F-16. Deklaracje i przecieki wskazują na zainteresowanie MONu tą maszyną jako następcą Su-22 – jednak eksploatowana liczba 18 sztuk nie usprawiedliwiałaby zakupu nowej, tylko podobnej do F-16 konstrukcji. W obiegu pojawiają się zatem liczby nawet większe, nawet 64 maszyny dla 4 eskadr, z… produkcją licencyjną w Polsce. Oczywiście można zasadnie uznać, że docelowa liczba 80 samolotów bojowych na stanie SP (32 F-35, 48 F-16) jest za mała. Analizy z czasów zakupu F-16 wskazywały na potrzebę posiadania 160–192 samolotów.

Jednak FA-50 jest bardzo „kulawym” wielozadaniowym samolotem bojowym. Napędza go silnik o ciągu ledwie 61% jednostki F-16, wskutek czego masy startowa i przenoszonego uzbrojenia oraz równie ważnego wyposażenia rozpoznawczo-celowniczego są proporcjonalnie mniejsze niż w przypadku Jastrzębi. Prędkość maksymalna tej maszyny wynosi 1,5 Ma (Jastrząb – 2,0 Ma), co poważnie utrudnia wykorzystanie parametrów przestrzennych uzbrojenia rakietowego, nawet jeśli wersja Block 20 FA-50 będzie już przenosiła AMRAAMy. Mniejszy samolot to także mniejszy radar o gorszych parametrach. Przy tym FA-50 nie ma parametrów obniżonej wykrywalności. W koreańskim lotnictwie, którego głównym przeciwnikiem jest archaiczne lotnictwo Północy, ma swoją niszę, poza tym może być maszyną sensowną dla krajów Trzeciego Świata. Jednak trudno oczekiwać jego powodzenia w konfrontacji z rosyjskim lotnictwem i obroną przeciwlotniczą, nawet we współpracy z F-35. Licencję na rodzinę Golden Eagle należałoby traktować jako świetny pomysł przed dwiema dekadami, w czasie zakupu F-16 – takie przedsięwzięcie mogłoby uratować PZL Mielec…

Jeżeli zatem resort obrony widzi środki na zakup aż takiej liczby FA-50, znacznie lepiej wydać je na mniejszą liczbę maszyn o odpowiednich możliwościach: F-35, F-16V, a jeżeli z Korei – niech będzie to KF-21, którego dostawy mają rozpocząć się w 2026… Na tym tle krytyka zamiaru zakupu w ramach programu „Perkoz” 32 śmigłowców AW149 jest umiarkowana – sprowadza się do refleksji nad sensem tworzenia mikroflot. Wszak MON nabył już należące do tej samej kategorii śmigłowce S-70i Black Hawk…

Marynarce Wojennej ostatnie miesiące przyniosły wybór brytyjskiej (z duńskimi korzeniami) platformy Arrowhead 140 i systemów dla programu „Miecznik”, który ma zaowocować trzema fregatami. Było to rozstrzygnięcie najbardziej oczekiwane z uwagi na brytyjską ofensywę przemysłową w Polsce i strategiczne partnerstwo uwidaczniające się we wspólnym wsparciu walczącej Ukrainy. Program ten jest powiązany z zakupem rakiet CAMM, wskazanych jako główne uzbrojenie przeciwlotnicze, dla fregat szczególnie istotna będzie wersja CAMM-LR. Jeżeli nie pojawią się degradujące zdolności okrętów oszczędności, flota pozyska fregaty nowoczesne i odznaczające się stosownym potencjałem.

Przywoływana wizyta ministra Błaszczaka w Korei dawała pewne nadzieje flocie podwodnej. Wskazywano na przeznaczone do rychłego wycofania przez dalekowschodnią marynarkę wojenną, zbudowane w latach 90. okręty typu „Jang Bogo” (licencyjny niemiecki 209) jako rozwiązanie pomostowe dla Polski. Dotychczas nie pojawiły się jednak żadne konkrety w tej materii.

Ogólnym kontekstem omówionych planów jest zamiar sformowania dodatkowych dwóch dywizji Wojsk Lądowych. Byłoby to wzmocnienie o 50%, a o 100% wobec stanu sprzed 2018, kiedy rozpoczęto formowanie 18 Dywizji Zmechanizowanej. Sam w sobie plan w kontekście ukraińskim nie jest kontrowersyjny, zasadniczą kwestią są kadry. Wojsko Polskie w istniejącej postaci ma problemy z ich rekrutacją, więc co stanie się przy znaczącym powiększeniu struktur? Należy pamiętać, że same dywizje to nie wszystko, skoro potężnemu rozwojowi ma ulec częściowo wykraczająca poza nie artyleria. Czy dobrowolna służba wojskowa wystarczy do wypełnienia etatów? Czy mimo wszystko wróci koncepcja przywrócenia powszechnej zasadniczej służby wojskowej? A może wyjściem stanie się otwarcie służby kontraktowej w WP dla obcokrajowców? Niezależnie od sformułowania explicite, realnie chodziłoby oczywiście o zaprawionych w boju Ukraińców.

Pozostają kwestie finansowe. Co zupełnie jasne, przedstawione zamiary nie są żadną miarą możliwe do zrealizowania w ramach budżetu MON. Na mocy Ustawy o obronie Ojczyzny powołano Fundusz Wsparcia Sił Zbrojnych, który ma przynieść już w latach 2022–23 65,924 miliarda złotych, z czego 54,65 miliarda z emisji obligacji. Nie sposób nie zauważyć, że nie pozostanie to bez wpływu na zadłużenie wewnętrzne i może być podatne na polityczne wahania oraz ogólną sytuację gospodarczą. Otwarte pozostaje pytanie, czy jakieś istotne środki mogą napłynąć ze Stanów Zjednoczonych w ramach domniemanych planów uczynienia z Polski i Ukrainy zbrojnych po zęby plenipotentek Pax Americana w Europie Środkowo-Wschodniej, wspieranych w tym zakresie przez kraje bałtyckie, Rumunię, a także być może już wkrótce należące do NATO Szwecję i Finlandię. Układ ten, przy oczywistym trzymaniu w ryzach Rosji, odsuwałby na boczny tor niegodne zaufania Niemcy.

W tej sytuacji inaczej trzeba byłoby postrzegać np. kwestię zakupu amerykańskich systemów rakietowej. W momencie zawierania pierwszego kontraktu na HIMARSy słusznie narzekano, że jest to rozwiązanie „z półki”, powstające poza krajowym przemysłem, który we współpracy z innym partnerem, np. obiecującym złote góry Izraelem, mógłby zapewnić stosowne rozwiązania. Tymczasem jednak wojna ukraińska naocznie pokazuje znaczenie interoperacyjności. Stany Zjednoczone jako patron sojuszu są w stanie dostarczać amunicję, Izrael nie byłby, a z uwagi na własne interesy polityczne mógłby odmówić wsparcia nawet w ograniczonym zakresie.

Inną, nad wyraz interesującą kwestią, jest komasacja uderzenia inwestycyjnego w krótkim czasie. Rosja ponosi na Ukrainie ogromne straty w sprzęcie i ludziach. Ich bilans nie jest jeszcze zamknięty, a już szacuje się, że odbudowa zdolności do poziomu z końca 2021 może zająć około dekady. W tym czasie zagrożenie konwencjonalne ze strony Rosjan powinno być znikome. I o ile np. obrona przeciwlotnicza nie mogła już dłużej czekać z prostej przyczyny – czeka w istocie 40 lat, jej modernizacja powinna nastąpić już w latach 80. – o tyle w Wojskach Lądowych można by działać znacznie spokojniej, rozkładając procesy na tę dekadę. Czyżby pośpiech wskazywał, że może chodzić nie tyle o oczekiwanie na dalsze ruchy Rosji, a o perspektywę własnych aktywnych działań? Na przykład wiążącą się z udziałem w wyrzucaniu Rosji, osłabionej przez kilka lat przez sankcje i pogrążonej w smucie po śmierci Władimira Putina, do granic z roku 2013… To usprawiedliwiałoby np. zakup gotowych armatohaubic K9 czy nawet bwp K21 z zapasów.

dr Jan Przybylski

Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Charn Lee from Pixabay