przez Krzysztof Wołodźko | sobota 7 stycznia 2012 | nasze rozmowy
Przełom starego i nowego roku przynosi zwykle optymistyczne wywody polityków i dużych mediów. Wiele mówi się o rozwoju, wzroście PKB, o tym, że Polskę ominął kryzys i „żyje się lepiej, wszystkim”. O kwestiach rzadko przywoływanych w takich opiniach rozmawiamy z prof. dr hab. Stanisławą Golinowską, specjalizującą się m.in. w badaniu biedy i problemów społecznych.
***
Zacznijmy od pytania podstawowego: czym właściwie są bieda, ubóstwo, nędza?
Stanisława Golinowska: W naukowych definicjach ubóstwa (w języku potocznym – biedy) przyjmuje się, że istotą występowania tego zjawiska jest niemożność zaspokojenia potrzeb, które są człowiekowi niezbędne do normalnego życia zarówno w sensie egzystencjalnym i reprodukcyjnym, jak i społecznym. Z ubóstwem w sensie egzystencjalnym – bezpieczeństwa fizycznego przeżycia – mamy do czynienia, gdy ludzie napotykają na problemy z zaspokojeniem odpowiednich racji żywnościowych, nie mają gdzie mieszkać, nie posiadają odpowiedniej odzieży, która chroni np. przed zimnem, nie mają dostępu do leków i pomocy medycznej. Takie ubóstwo w skrajnej postaci nazywamy niekiedy nędzą.
Komponent reprodukcyjny dotyczy braku możliwości rozwoju człowieka i następnie odbudowywania posiadanego potencjału; nie tylko fizycznego, ale także intelektualnego i psychicznego. Do tego potrzebne są głównie rodzina i dostęp do edukacji.
Społeczny komponent ubóstwa jest konsekwencją ograniczeń w zapewnieniu podstawowych potrzeb życiowych oraz ograniczeń indywidualnego rozwoju. Polega na tym, że ludzie biedni nie uczestniczą w życiu społecznym i nie pełnią ról społecznych. Ubóstwo w sensie społecznym nazywane jest wykluczeniem społecznym.
Skąd „obiektywnie” wiemy, że ktoś jest ubogi?
S. G.: GUS (podobnie jak i inne instytucje statystyczne, np. Eurostat) stosuje różne miary ubóstwa. Najpopularniejsze podejście polega na ocenie, na co wystarcza posiadany dochód. Mówimy wtedy o tzw. ubóstwie dochodowym czy inaczej – monetarnym. Aby dokonać tej oceny, trzeba zastosować jakieś kryterium, pozwalające oddzielić ubogich od nieubogich. To dochodowe kryterium nazywamy linią ubóstwa.
I tutaj znów mamy różne podejścia. Należy pamiętać o co najmniej trzech liniach: ubóstwa absolutnego, relatywnego i subiektywnego. W przypadku koncepcji ubóstwa absolutnego dokonujemy pieniężnej wyceny zaspokojenia potrzeb podstawowych – eksperci ustalają normatywnie koszyk potrzebnych produktów i usług. Może to być koszyk dóbr zaspokajających tylko potrzeby przeżycia (egzystencjalne) lub szerzej – koszyk pozwalający na funkcjonowanie w społeczeństwie w sposób zintegrowany (bez wykluczenia). Ten drugi koszyk w polskiej praktyce wyznaczania ubóstwa absolutnego nazywany jest minimum socjalnym.
Koncepcja biedy relatywnej jest odpowiedzią na zależność ubóstwa od przeciętnego i akceptowalnego standardu życia w danym kraju. Uznaje się więc względność ubóstwa oraz wskazuje na nierówności dochodów jako istotny wyznacznik ubóstwa. W statystykach ubóstwa relatywnego przyjmuje się, że biedni są ci, którzy żyją poniżej pewnego zakresu poziomu przeciętnego. Linie ubóstwa relatywnego wyznacza poziom od 40% do 60% przeciętnej (lub mediany) wartości dochodów (lub konsumpcji).
Subiektywne granice ubóstwa powstały jako wynik badań na temat postrzegania własnej sytuacji życiowej respondentów.
Według raportu GUS, opublikowanego pod koniec lipca, ubóstwo w Polsce dotyczy przede wszystkim rencistów, osób słabo wykształconych, rodzin wielodzietnych, a zagrożenie ubóstwem dzieci i młodzieży jest znacznie silniejsze, niż dorosłych.
S. G.: Gdy stosujemy miary dochodowe, to oczywiste jest, że ubogimi są ci wszyscy, którzy nie mają dochodów lub ich dochody są bardzo niskie – poniżej wyznaczonej linii ubóstwa. Dlatego główne grupy cierpiące biedę to po pierwsze – rolnicy utrzymujący się z małych gospodarstw domowych i nie wytwarzający na tyle produktów, aby mieć z tego wystarczający dochód. Obecnie sytuacja dochodowa na wsi przeciętnie się poprawiła, głównie wskutek dopłat z UE do rolnictwa, ale nierówności się pogłębiły i ubóstwo relatywne jest nadal bardzo głębokie.
Po drugie – bezrobotni i ich rodziny, szczególnie w tych miejscach kraju, gdzie chronicznie nie ma pracy (najbardziej dotkliwie w woj. warmińsko-mazurskim) lub zatrudnienie ma charakter głównie sezonowy. Gdy stopa bezrobocia wzrasta, to wzrasta również stopa ubóstwa.
Po trzecie – pracujący z niskim wynagrodzeniem (tzw. working poor). Ten rodzaj ubóstwa wzrasta szczególnie w warunkach elastycznego rynku pracy, gdy różne nowe formy prawne stosunku pracy pozwalają „obejść” wymagania dotyczące płacy minimalnej. W ciągu ostatniej dekady zaczęto w Polsce stosować na masową skalę takie umowy, zwane śmieciowymi, szczególnie wobec osób młodych, wchodzących na rynek pracy. Dzięki temu stopa bezrobocia ma obecnie w Polsce rozmiar „kontrolowany”, ale w statystyce niestabilnych umów o prace osiągnęliśmy pierwsze miejsce w Europie, czego konsekwencją stał się wzrost wskaźnika ubóstwa wśród pracujących.
Po czwarte – osoby utrzymujące się ze świadczeń społecznych, a głównie ze świadczeń pomocy społecznej oraz świadczeń rentowych. Świadczenia te, adresowane w przeważającej mierze do osób z niepełnosprawnością, są relatywnie niskie i jeśli jest to główny dochód całej rodziny, to wszyscy cierpią biedę. Wzrost wskaźników ubóstwa w tej grupie zależy istotnie od działań w obszarze finansów publicznych. Każde cięcie wydatków na świadczenia dla osób z niepełnosprawnością czy z uciążliwymi i przewlekłymi chorobami zwiększa zakres ubóstwa. Alternatywne źródła dochodów dla tych osób są istotnie ograniczone. Wejście na rynek pracy, na którym panuje wysokie bezrobocie, jest dla nich wyjątkowo trudne, a wręcz niemożliwe.
Czy wspomniane grupy to jedyne duże „populacje” ubogich?
S. G.: Na to, kto jest ubogi, można spojrzeć także z punktu widzenia kryteriów demograficznych oraz wykształcenia. W Polsce mamy do czynienia ze zjawiskiem większego zagrożenia ubóstwem młodych w porównaniu ze starszymi. Wynika to z trudności młodych ludzi w kwestii wejścia na rynek pracy, czyli z braku dochodów (starsi jeszcze powszechnie mają emerytury) oraz ze spadającymi dochodami po założeniu rodziny. Gdy kobiety-matki nie pracują, to każde kolejne dziecko oznacza pogorszenie sytuacji dochodowej. A aktywność zawodowa kobiet jest w Polsce porównawczo bardzo niska, szczególnie że możliwości godzenia życia rodzinnego i zawodowego są wyjątkowo trudne wskutek niedorozwoju usług opiekuńczych oraz socjalnych funkcji szkoły.
Co do wpływu wykształcenia na stopę ubóstwa, to pamiętajmy o tym, że we wskaźnikach ubóstwa osób z niskimi kwalifikacjami mamy rolników, rencistów i bezrobotnych z miejscowości o najniższych stopach zatrudnienia w kraju. A co do statystycznej zależności, to mimo że wykształcenie wpływa korzystnie na przyszłe warunki bytu, bo zmniejsza zagrożenie biedą, to zależność ta nie jest bezwzględna i warto zwrócić uwagę na niuanse. Z tego, że ubóstwo osób z niskim wykształceniem jest relatywnie wysokie, nie należy wyciągać wniosku, że wyższe wykształcenie gwarantuje dostatek dochodów. Badania z ostatniej dekady pokazują, że wraz ze wzrostem bezrobocia i niestabilności zatrudnienia, zjawisko ubóstwa młodych ludzi nie omija absolwentów wyższych uczelni.
W jednym z wywiadów mówiła Pani w kontekście przeciwdziałania ubóstwu, że konieczne są wyższe wydatki na służbę zdrowia (wzrost składki) i edukację. Jednak obserwujemy raczej tendencje do prywatyzowania tych segmentów życia społecznego. Nazywa Pani konieczność wzrostu nakładów na wspomniane dziedziny „inwestycją w człowieka”. Ktoś powie: „Niechże człowiek sam zatroszczy się o siebie, zrobi to najlepiej”. Jaki system i dlaczego jest Pani zdaniem efektywniejszy? Oparty na prywatyzacji, czy na partycypacji państwa w służbie zdrowie, nauce, edukacji?
S. G.: Wspomnianą tendencję przyzwolenia na prywatyzację takich usług wywołało ograniczenie funkcji opiekuńczych państwa. Ograniczenie wydatków publicznych na edukację i zdrowie uruchomiło żywiołowy proces wypełniania „zwolnionej przestrzeni” przez sektor prywatny.
Mówienie o indywidualnej trosce w przypadku takich dóbr publicznych jak edukacja i zdrowie, posiadających dalekosiężne efekty zewnętrzne dla wzrostu gospodarczego i rozwoju, jest wyrazem zarówno nieodpowiedzialności, jak i niekompetencji. W naukach ekonomicznych od dawna dzielimy dobra na prywatne, publiczne i pożądane (merit goods). Tylko dla dóbr prywatnych najbardziej efektywna alokacja dokonuje się dzięki mechanizmowi rynkowemu. Natomiast w przypadku dóbr publicznych i pożądanych potrzebna jest interwencja, aby rozwijała się ich produkcja. Prywatyzacja usług publicznych nie jest sposobem na ich powszechny i jakościowo wyrównany rozwój. A bez powszechnego dostarczania dobrych jakościowo dóbr nie inwestujemy w kapitał ludzki, m.in. w kształcenie i zdrowie młodego pokolenia. To stanowi poważne zagrożenie rozwoju w dłuższym okresie.
Nakłady na ochronę zdrowia, na edukację i naukę są w Polsce relatywnie i od wielu lat bardzo niskie. W ciągu 20 lat przeżyliśmy dwa okresy poważnego spadku tych nakładów: na początku okresu transformacji oraz na przełomie dekad, czyli w okresie podjęcia czterech reform społecznych, który był jednocześnie okresem poważnego spowolnienia gospodarczego. Wydatki publiczne na ochronę zdrowia były trzymane w ryzach (realnie nie rosły) aż do momentu znaczniejszej emigracji zagranicznej lekarzy i pielęgniarek. Wzrost nakładów na ich wynagrodzenia, aby zatrzymać exodus białego personelu, spowodował poprawę wskaźników w zakresie zdrowotnych wydatków publicznych, ale wskaźnik poprawy nie wynosi nawet jednego punktu procentowego udziału w PKB (wydatki publiczne z około 4,25% PKB w 2003 r. wzrosły do 4,97% PKB w 2009 r.). W analizie całkowitych wydatków warto zwrócić uwagę na niskie nakłady na kształcenie kadr medycznych. W narodowym rachunku zdrowia są one zaliczane do tzw. wydatków związanych ze zdrowiem i nie widać ich w statystyce usług opieki zdrowotnej. Deficyt kadr medycznych stanowi już i będzie stanowić poważne ograniczenie dostępu do opieki zdrowotnej.
Bieda nie jest tematem popularnym w mediach, ani w dyskusjach politycznych, bywa najwyżej przedstawiana jako „populistyczny straszak”.
St. G.: Ubolewam, że problem polskiej biedy jest postrzegany w tak uproszczony sposób. Zwalczanie biedy, polegające głównie na programach dożywiania głodujących dzieci czy na akcjach wysyłania paczek do domów dziecka, co jest indywidualnie bardzo szlachetne, w publicznym wymiarze oceniać należy jako rodzaj reakcji archaicznej, wynikającej z poważnej niekompetencji społecznej zarówno polityków, jak i mediów.Problem ubóstwa w dzisiejszych czasach nie polega tylko na braku dostępu do wielu dóbr konsumpcyjnych. Biednym dzieciom często nie brakuje jedzenia, natomiast spożywają niezdrową żywność i często są otyłe. Również w biednych rodzinach są lodówki, telewizory, komórki, komputery czy nawet samochody. Problem współczesnej biedy w Polsce polega przede wszystkim na nierównościach, czyli na braku realnych szans dobrego rozwoju dla zbyt dużej części populacji i to w znacznej mierze tej młodszej. Takiego rozwoju, który zapewni zdrowie, dobrą edukację od najwcześniejszych lat, pracę i dobrostan rodziny.
Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiał Krzysztof Wołodźko, 19 grudnia 2011 r.
Warning: Undefined array key "extension" in /home/klient.dhosting.pl/macmas/obywatel3.macmas.pl/public_html/wp-content/themes/Divi/epanel/custom_functions.php on line 1479
przez Krzysztof Wołodźko | piątek 6 stycznia 2012 | opinie
Nigdy nie zapomnę materiału telewizyjnego, przygotowanego przez jedną z wiodących prywatnych stacji, gdy otwarto słynny już peron we Włoszczowej. Szczególnie utkwiła mi w głowie scena, gdy zapytano o zdanie mieszkańców. Dziwnym trafem, jako grupę reprezentatywną wybrano kilku panów zmęczonych życiem, słabo mówiących w ojczystym języku i wyraźnie podlanych alkoholem. Było to jak mrugnięcie okiem do odbiorcy: patrzcie, dla takich osobników marnuje się pieniądze podatnika.
W zmasakrowanym przez bogoojczyźniane deklamacje wierszu „Przesłanie Pana Cogito” poeta zapisał gwałtowne słowa: „niech nie opuszcza ciebie twoja siostra Pogarda / dla szpiclów katów tchórzy – oni wygrają”. Przyznam, że do katalogu tych nieprzyjemnych person dodałbym jeszcze – przykładowo – wykonawców i zamawiających wzmiankowany wyżej materiał „informacyjny”. I całe rzesze im podobnych pomagierów, piewców i pożytecznych idiotów w służbie realnego liberalizmu.
To są rzeczy powszechnie znane, ale warto o nich czasem przypomnieć: jeśli chcecie poczytać lub obejrzeć film o losach ofiar transformacji, np. z popegeerowskiej wsi, dostaniecie z reguły w zestawie obskurny sklep, a przed nim paru leniwych i roszczeniowych pijaków, płaczących rzęsiście za Gierkiem (nie wiedzą, że w dobrym tonie jest płakać ewentualnie po Wilczku). Będą to typy budzące politowanie i praktycznie pozbawione cech osobowościowych. Nawet ustawieni na pierwszym planie byli chłoporobotnicy, czyli „pańszczyźniani”, muszą sprawiać wrażenie statystów (uwielbiam, gdy słowo „pańszczyźniani” z uroczą kon-liberalną wyższością wymawiają czytelnicy i epigoni redaktora Ziemkiewicza, każdy jak wiadomo pan z panów i magnat z magnatów).
Bo, w gruncie rzeczy, w porządku ideologicznym i społeczno-ekonomicznym III RP nieudane dzieci transformacji są wyłącznie szarą masą, nawozem pod nowy, wspaniały świat. Gdzie drwa rąbią, wióry lecą, konieczne koszta transformacji, itd., itp.; liczy się ekonomia, elastyczność, e-zdolności, ewentualnie znajomości. Może te ostatnie najbardziej. A jakimi znajomościami może dysponować były pracownik PGR, z organizmem zniszczonym wieloletnią harówką dla Polski Ludowej? Teraz nieszczęsny w wójcie swojej gminy ledwie rozpozna dawnego towarzysza sekretarza, który kocha(ł) tamtą i tę Polskę: miłością trochę może szorstką, w pewnych kręgach nazywaną brzydko pieprzeniem. Jakie znajomości może mieć były szeregowy członek „Solidarności”, dziś pechowo rencista? Pod baldachimem obnoszą proboszcza dawni partyjniacy i lokalni „liderzy opozycji”, on stoi w kościele daleko z tyłu. No i dobrze, przynajmniej jest jak w Ewangelii. Jakie znajomości może mieć szwaczka z Łodzi, zatrudniana „z łaski” na czarno, samotnie wychowująca dwójkę, trójkę dzieci? Pech, ma tylko podniszczone mieszkanie w zabiedzonej kamienicy, a w nim kolorowy telewizor. Na szczęście są jeszcze polskie seriale. Kochamy polskie seriale – to dzisiejsze opium dla ludu.
A właśnie, co do „koniecznych kosztów transformacji”: dziwnym trafem ponieśli je nie architekci owego procesu, lecz rzesze kobiet i mężczyzn (na kogo wypadnie, na tego bęc!). Otóż te rzesze muszą być szare, sformatowane, niezbyt widoczne i nie nazbyt wyraziste, bo gdyby ci ludzie mieli swoje twarze, własne życiorysy, ludzkie przeżycia, aspiracje, tęsknoty, dramaty i namiętności – rozerwaliby linię i melodię transformacyjnej kołysanki; mantry, usypiającej społeczne sumienie. To muszą być „nierobotni popegeerowcy”, zniszczeni ludzie z Włoszczowej, w domyśle śmierdzące lenie i nieroby, życiowe niedojdy i patałachy – zupełnie inny gatunek człowieka, niż biznesmeni o szerokich karkach (mdliło mnie na ich widok w latach 90.), panowie publicyści kręcący nosami na miejską komunikację („Boże, jak tam śmierdzi!” – bo śmierdzi im ta masa człekokształtna, albo polakopodobna, albo nieeuropejska), pretensjonalne damulki od charytatywy-recydywy i synkowie i córuchny beneficjentów transformacji, po rodzicach dziedziczący zwykle pogardę do państwa i zdolność żerowania na nim – da się przecież jeszcze coś wydoić z tej wychudłej krowy mlecznej rasy biało-czerwonej, nazywanej Polską.
I jak ma mnie nie opuszczać moja siostra pogarda, gdy na co dzień i od święta widzę to rozpanoszone towarzystwo, bucowate i zadowolone z siebie, przekonujące (nie tylko) z wiodących gazet i telewizji, że najlepszym remedium na nędzę prywatyzacji jest jeszcze więcej prywatyzacji, że liczy się jedynie osobista korzyść i sukces, albo że lewicowość jest akceptowalna, gdy kolorowa i bez jaj, a Polska to i owszem, ale pod warunkiem, że w pakiecie weźmiesz „Solidarność”, lecz z Akcji Wyborczej, wolny rynek, miłość do Margaret Thatcher i uroczy slogan przyjemniaczków tnących gałąź, na której siedzą: „Donald, gdzie są niskie podatki, koleżko?”. Jak to gdzie są? Tam, gdzie być powinny, czyli w kieszeni bossów, u których robicie za pożytecznych idiotów.
Jak ma mnie opuścić moja siostra pogarda, gdy jedyną odpowiedzią na skrzek rzeczywistości jest bicie w bogoojczyźniane tam-tamy (prędzej niebo spadnie nam na głowę, niż zmienią Polskę na lepsze ronda i ulice Jana Pawła II i „Solidarności”), albo „tout va bien”, wyśpiewywane przez medialnych dandysów za odpowiednio gruby szmal. Jak nie odczuwać pogardy wobec powszechnych praktyk budowania coraz wyższych murów milczenia wokół wszystkiego, co wypada poza obraz Polski, sformatowanej pod interesy oligarchów i polityków?
Przed świętami do furtki zadzwonił mężczyzna w średnim wieku. Zapytał o złom, zostawił wizytówkę: „Zbyszek. Wywóz ZŁOMU, sprzątanie piwnic i strychów”. Wysoki, solidnie zbudowany mężczyzna. Pomyślałem, jak dobrze byłoby opisać jego historię i filozofię życia. Czy zbieraniem złomu zarabia na rodzinę? Na chleb i mleko dla dzieci? Na alkohol i papierosy? Na jedno i drugie? Gdzie mieszka? Ile zarabia? Na co wydaje pieniądze? Czy jeździ na wakacje? Jaki ma zawód wyuczony? Kim jest?
Oczywiście, pana Zbyszka nikt nie zaprosi na galę small biznesu. Podobnie wałbrzyskich biedaszybników. A to przecież tacy właśnie ludzie radzą sobie jak potrafią w polskiej rzeczywistości, wypychani na margines, oficjalnie nieobecni. Bo nie pasują ani do współczesnej propagandy sukcesu, ani do „stylu życia”, wedle którego nawet ubogi absolwent prywatnej uczelni, z taką sobie znajomością języka obcego, powinien starać się o pracę – bo ja wiem – marketingowca, pracownika mediów, handlowca. I w tanim garniturze, oblepiony potem i wymuszoną przebojowością sprzedawać ludziom polisy na życie, albo na godny pogrzeb. I patrzeć z góry na pana Zbyszka, taszczącego z kolegą z czyjejś piwnicy stary, zakamieniony i zardzewiały bojler.
W najgorszym razie taki absolwent prywatnej uczelni może podawać frytki w MacDonaldzie, tam zaczynając karierę od „pucybuta do milionera”. A jeśli pechowo nie zostanie milionerem? To załapie się może na zarobki w okolicach dwóch tysięcy z hakiem i szczęśliwy założy rodzinę. Albo wyjedzie lub zasili szereg „niewidzialnych Polaków”. Wtedy jego dzieci będą dostawać „szlachetną paczkę” na Boże Narodzenie i oglądać w telewizji tłustego Santa Clausa z reklamy wiodącego napoju gazowanego: jowialnego i dobrodusznego jak wszystkie dobrodziejstwa realnego liberalizmu razem wzięte. I będą klaskać w łapki Santa Clausowi, nie wiedząc, że robią to ku czci potwora. Tak to już bywa nie tylko w horrorach. A może któregoś pięknego dnia, gdy już nasz absolwent lekko posiwieje, podejdzie na ulicy do podstarzałego już pana Zbyszka i zapyta, czy nie mógłby mu pomóc pchać wózka ze złomem. Bo PKB, owszem, wciąż rośnie, ale akurat jego nie stać na lekarstwa dla żony, która właśnie ciężko zachorowała, z pewnością wskutek programowego nieróbstwa i objadania się cukierkami, jak to zwykle wedle liberałów chorują ludzie biedni.
Oczywiście, ktoś powie, że całą tę historię wyssałem sobie z palca. Cóż, nie da się ukryć, że prawdziwy jest tylko pan Zbyszek i jego wizytówka w moim portfelu. Bo przecież – w rzeczywistości – PKB rośnie, ten milion, co wyjechał na emigrację zarobkową, to tylko tak dla hecy, rozwarstwienie wcale nie wzrasta, biednych nie widać w galeriach handlowych (a jeśli już to są to pijacy, a każdy pijak to menel i złodziej), ani na zamkniętych osiedlach, a pani zza lady w spożywczaku zawsze jest uśmiechnięta. Któraś już z rzędu pani: bo uśmiech zostaje, zmieniają się tylko jego – że tak to nazwę – nosicielki. Cóż, takie czasy, nic nie poradzimy, że ładny uśmiech ważniejszy dziś od człowieka.
A gdy tak mnie męczy moja siostra pogarda i ten uśmiech realnego liberalizmu, biorę do ręki wizytówkę pana Zbyszka i mimo wszystko raźniej robi mi się na duszy. Bo ta wizytówka jest jak kawałek rzeczywistości, rozsadzający śpiewną transformacyjną kołysankę.
Krzysztof Wołodźko
przez Krzysztof Wołodźko | piątek 16 grudnia 2011 | nr 4/2011
Ta książka jest ankietą, przeprowadzoną z członkami Solidarności na temat przyczyn, które umożliwiły powstanie ruchu społecznego o takim znaczeniu, nieporównywalnego z tym, co wydarzyło się w roku 1956 – pisał w 1989 r. Alain Touraine we wstępie do pierwszego polskiego wydania książki „Solidarność. Analiza ruchu społecznego 1980-1981”. Jej współautorami są Jan Strzelecki, François Dubet i Michel Wieviorka. Kolejnego wydania doczekaliśmy się po ponad 20 latach, w zupełnie innych realiach.
Słowo „ankieta” może być mylące. Francuski socjolog proponuje bowiem jedną z najgłębszych analiz pierwszej „Solidarności” i swoistej „epoki” tego ruchu, krótkiej, lecz jakże brzemiennej wydarzeniami i konsekwencjami. We wprowadzeniu autor stawia następujące kwestie: Trzeba starać się wyjaśnić, dlaczego i w jaki sposób trzy porządki działania, związkowy, demokratyczny oraz narodowy, splatają się w Solidarności, czyniąc z niej to, co można nazwać totalnym ruchem społecznym, dążącym do przekształcenia wszystkich dziedzin życia społecznego. Druga, związana z nią, brzmi: czy Solidarność jest ruchem – zbiorowym zrywem […] czy też jest narzędziem rekonstrukcji całego społeczeństwa, jego instytucji, a nawet tych sił ekonomicznych i społecznych, które byłyby zdolne wejść z nim w konflikt? Trzecia wreszcie ukazuje, że „system” w zetknięciu z „Solidarnością” ukazuje swą inercję i słabość, przy równoczesnej agresywnej, konfliktogennej naturze.
Co istotne, książka Touraine powstała na kanwie badań socjologicznych działaczy szczebla zakładowego w ramach sześciu grup badawczych. Wszędzie wśród nich problemy dotyczące wolności politycznych, niepodległości, kierowania gospodarką czy sprawiedliwości społecznej były równie nieustanne obecne jak na obradach Komisji Krajowej Solidarności. Francuski badacz pokazuje w ten sposób, jak bardzo samorządne i oddolne były „solidarnościowe relacje społeczne” w latach 1980-81. Ruch wyrażał idee, wybory, zbiorową wolę.
Tu pojawia się kwestia ważna również obecnie. Książka godzi w dość silny w Polsce kompleks antyinteligencki. Pokazuje, że pierwsza „Solidarność”, jakkolwiek by nie oceniać dziś dawnych działaczy KOR, roli ekspertów czy zdrady etosu, która się dokonała później, miała silne, intelektualne zaplecze. Była swoistym sojuszem „ludzi pracy” z naukowcami, humanistami, intelektualistami i inteligencją techniczną. Równocześnie widać przez jej pryzmat, że inteligencki, w dużej mierze lewicowy etos był w czasach PRL silnie zakorzeniony w myśleniu i działaniu sporej części elit, że właściwie dopiero realia III RP przyniosły jego erozję. W tym sensie książka może stanowić znów punkt wyjścia do dyskusji nad zaprzepaszczonym dorobkiem i potencjałem intelektualnym ruchu. Bo to właśnie idee, obok masowości i konkretnych działań, stanowią ważną część dziedzictwa „Solidarności”.
Trzy pierwsze grupy badawcze powstały wiosną 1981 r. w Gdańsku, Katowicach, Warszawie, pozostałe jesienią w Szczecinie, Łodzi, Wrocławiu. Badania nie mogły pominąć dwu wielkich portów bałtyckich ani obu części Śląska, stanowiących najważniejsze ośrodki przemysłowe Polski. Łódź, jako stolica przemysłu tekstylnego i miejsce marszu głodowego w lecie 1981 r., interesowała nas ze względu na opinie licznie tu zatrudnionych kobiet. Warszawa narzucała się zarówno dlatego, że jednym z ośrodków, w których narodził się ruch, był zakład Ursus, jak i z uwagi na to, że region Mazowsze sam sytuował się na czele najbardziej radykalnego skrzydła Solidarności. W skład poszczególnych grup, obok autora publikacji, weszli m.in. Grażyna Gęsicka, Włodzimierz Pańków (dziś członek Rady Honorowej „Nowego Obywatela”), Ireneusz Krzemiński, Jan Strzelecki, Anna Kruczkowska, Paweł Kuczyński.
Pierwsza część książki, zatytułowana „Ruch”, opowiada historię oporu przeciw władzy komunistycznej w Europie Środkowej, podejmuje zagadnienie relacji między klasą społeczną, narodem a demokracją i opowiada historię „samoograniczania” się tego ruchu. Druga, „Uwolnienie społeczeństwa”, dotyczy ewolucji „Solidarności”, autoanalizy działalności związkowej w Gdańsku, na Śląsku i w Warszawie. Część trzecia, „W stronę zerwania”, omawia m.in. problem władzy związkowej (pięciu przywódców: Zbigniew Bujak, Andrzej Gwiazda, Marian Jurczyk, Jan Rulewski, Lech Wałęsa), kwestie radykalizmu i kompromisu w ruchu na przykładzie ośrodków w Łodzi, Wrocławiu, Szczecinie, a także zagadnienia solidarnościowego oporu (m.in. ruch demokratyczny czy walka rewolucyjna?).
Warto przytoczyć, by zrozumieć lepiej ducha tamtego czasu, komu m.in. szczególnie dziękowali autorzy książki: Uczestniczący w tych badaniach członkowie Solidarności, robotnicy, pracownicy umysłowi, technicy i inżynierowie, są bardziej ich autorami niż obiektami. […] My, którzy z nimi pracowaliśmy, możemy im dziś powiedzieć, że są chlubą robotniczego świata, godnymi synami swej Ojczyzny i że reprezentują jedną z najszczytniejszych postaci demokracji. […] Ich przykład pozostanie natchnieniem dla wszystkich, którzy pragną, aby – jak powiedział jeden z robotników Ursusa – ludzie przestali być bierną masą, stając się podmiotem własnej historii.
Sama metoda „interwencji socjologicznej”, w której badacz staje się mediatorem między członkami ruchu społecznego, miała na celu skłonić działaczy Solidarności do refleksji nad ich działalnością, proponując im pewne hipotezy, którymi mogli się posługiwać, sprawdzając, czy odpowiadają one ich własnym analizom sytuacji. Zdaniem Touraine, dystans pomiędzy świadomością uczestników ruchu a proponowanymi przez socjologów analizami okazał się niewielki. Toteż – pisze francuski badacz – nasze badania nigdy nie były bliższe swego praktycznego celu: temu, aby prezentując działających, wspierać ich działalność i co za tym idzie – szanse demokracji.
Jednym z polskich marzeń w czasach PRL – zwraca uwagę Touraine – było wyrwać się z obowiązujących konwencji, z pozorów i absurdów, wrócić do rzeczywistości, używać słów, które mają sens, powrócić do nauczania prawdziwej historii narodu, racjonalnie zarządzać przedsiębiorstwami. […] W sierpniu 1980 roku próżnia społeczna nagle wypełnia się treścią i Polska staje się sobą.
Jakkolwiek patetycznie muszą brzmieć te słowa, mają one nader praktyczny wymiar. Touraine pokazuje m.in. klasowy i ekonomiczny charakter działań związkowych: słowo »wyzysk« pojawia się często w rozmowach z robotnikami na Śląsku. Analiza materiału tamtejszych dwóch „grup badawczych” pokazała, że górnicy mają świadomość walki o prawa pracownicze, zajmuje ich obrona robotników przed arbitralnością, niekompetencją i korupcją ich zwierzchników. Równocześnie, co dzisiaj jest często negowane albo przemilczane jako cecha pierwszej „Solidarności”, ruch robotniczy umie uznawać wspólnotę interesów i stawiać ją wyżej niż partykularne sprawy poszczególnych zakładów pracy. Widzieliśmy, jak w Gdańsku w sierpniu 1980 roku stoczniowcy wyrzekli się znacznych korzyści materialnych, gdy pracownicy innych zakładów […] poprosili ich o wsparcie swoich roszczeń.
Obok klasowej istnieje jednak w ruchu „Solidarności” silna dominanta narodowa, połączona z pierwiastkiem religijnym, katolickim. Z jednej strony Kościół stanowi element tożsamości narodowej, z drugiej strony badacze zwracają uwagę, że bardzo wyraźnie manifestuje się wola utrzymania niezależności związku od Kościoła oraz niechęć do jego bezpośredniej ingerencji w sprawy polityczne.
Inny istotny element tego ruchu to „tęsknota za demokracją”, która tak silnie ujawniła się w samej „Solidarności”. Ma ona fundament etyczny: argumentacja ludzi z Solidarności nigdy nie jest czysto polityczna. […]Jest to argumentacja moralna, przeciwstawiająca uczciwość korupcji, jawnośćzwiązkowych obrad sekretnym decyzjom partii, szczerość działaczy krętactwu biurokratów z aparatu. Nawet jeśli weźmiemy poprawkę na uogólniony charakter takich stwierdzeń, trzeba pamiętać, że wynikały one z badań socjologicznych, prezentowały pewien „solidarnościowy paradygmat”.
Ostatecznie, ruch społeczny i program uwolnienia społeczeństwa wzajemnie się uzupełniają, stanowiąc równocześnie dwa różne aspekty działania Solidarności. Z jednej strony pojawiają się nastroje populizmu, tyleż nacjonalistycznego, co robotniczego (byłaby to zatem w pewnych warunkach zrozumiała, ale destruktywna postawa), z drugiej, co do swej istoty, „Solidarność” jest afirmacją wspólnoty społecznej i narodowej […], wolą stworzenia ma nowo warunków dla demokracji w życiu gospodarczym, w polityce i kulturze.
Złożona tożsamość i wieloaspektowość „Solidarności” ukazana w rzeczowej analizie socjologicznej, broni przed uproszczonym, sentymentalnym czy „mitycznym” obrazem ruchu. Stanowi też argument w dyskusji z takim obrazem związku, który chciałby w nim widzieć wyidealizowany byt, albo – przeciwnie – ośmiesza pierwszą „Solidarność” jako do cna skłóconą u zarania. Książka ukazuje, jak wielki wysiłek włożyli ludzie pierwszej „Solidarności” w stworzenie tak złożonej, heterogenicznej strukturalnie i ideowo organizacji, powstałej w skrajnie trudnych warunkach.
Za najistotniejszą część swej pracy uznaje Touraine rozdział „Działacze analizują swoje działania”: prowadzone w zespołach dyskusje są częścią wielkiej debaty, dzięki której Solidarność stara się dojść do rozwiązania trudnego problemu: jak – rozszerzając swoje działanie – nie utracić jedności, nie zostać rozerwaną pomiędzy konkurujące ze sobą cele? Z dzisiejszej perspektywy zapis dyskusji w gronie poszczególnych zespołów może sprawiać wrażenie banalnego, naiwnego. Wtedy jednak, przeżywany z całą siłą, z przyszłością jako ogromną niewiadomą, powodował wielkie napięcia, budził zarówno nadzieje, jak i poczucie zwątpienia. Odpowiedzialność za ruch i podjętą sprawę oraz cała gama czynników generujących kształt otaczającej rzeczywistości, opisana w suchym, analitycznym języku socjologicznego sprawozdania, może tracić swoją wagę. Ale to tylko pozór. Fascynująca w tej części książki jest perspektywa odmienności poszczególnych zespołów przy zrozumieniu, że współtworzą oni ten sam ruch i się z nim utożsamiają.
Zespół gdański ma silne poczucie utożsamienia z pierwotnym obrazem ruchu, […] której symbolem były Porozumienia Gdańskie. Dyskusje prowadzone w trakcie badań ukazują, że aspiracje [zespołu gdańskiego] nie zatrzymują się na etapie uzyskania wolności związkowych. Ambicje są większe, lecz istniejące poczucie różnorodnych ograniczeń oraz kryzys wewnętrzny powodują, że działacze nie mają pewności, czy celem ich jest aktywność typowo związkowa, czy polityczna. Kurs na aktywność polityczną jako sedno działalności neguje istotową, ponad-polityczną naturę ruchu.
Inaczej przedstawia się sytuacja na Śląsku. Tamtejsi górnicy nie mieli takiego poczucia jedności działania związkowego z problemami demokracji, jakie istniało w Gdańsku czy w takich zakładach jak Ursus. Mają przede wszystkim świadomość, że są wyzyskiwani przez swoich zarządców uzależnionych od zagranicy. […] Koncepcja ruchu mającego zarówno wyodrębniony, jak i ogólny cel, będącego jednocześnie ruchem robotniczym i ruchem uwolnienia całego życia społeczeństwa, znajduje zrozumienie i swój wyraz w zespole katowickim. Jednak już pierwsze dyskusje […] dowodzą, że jego członkowie wysuwają na pierwszy plan z jednej strony dążenia narodowe, a z drugiej – walkę z wyzyskiem robotników. Natomiast problematyka demokratyzacji stanowi jak gdyby etap pośredni.
Zespół śląski ma silne poczucie robotniczej tożsamości (robotnicy są bogactwem Polski; bogactwo to jest marnowane przez obecne zarządzanie, przez zły stan maszyn, przez absurdalny system planowania) i wagi zagadnień gospodarczych. Silne są tu napięcia między „radykalnym nacjonalizmem” a pojednawczością, między politycznym i związkowym buntem a świadomością ograniczeń narzuconych przez sytuację. Ostatecznie, u kresu interwencji socjologicznej, śląscy robotnicy trwają niezmiennie w zasadniczym sprzeciwie wobec władzy. Pragną zreorganizować gospodarkę, poczynając od przedsiębiorstwa, ale nie wierzą, aby można było osiągnąć to w drodze negocjacji z partią. Nie chcą działań stricte politycznych, ani przemocy, jednak są dalecy od strategii opozycyjnych intelektualistów, którzy starają się łączyć śmiałość z ostrożnością.
Jeszcze inaczej przedstawia się specyfika grupy warszawskiej: zespół nie ma za sobą tego doświadczenia historycznego, jakim był dla Gdańska sierpniowy strajk z 1980 roku, nie ma też takiej jak w Katowicach świadomości wspólnoty, łączącej pracowników produkujących główne bogactwo kraju. Grupa ze stolicy uznaje, że „Solidarność” jest syntezą celów społecznych, politycznych i narodowych, jednak skupia się przede wszystkim na następującym zagadnieniu: w jaki sposób ten ruch społeczny może zrekonstruować życie społeczne, stworzyć swobodnie działające instytucje, zwłaszcza w życiu gospodarczym, oraz jakie są szanse na przezwyciężenie wrogości partii?
To dość istotna cecha grupy warszawskiej: zespół nie pozostaje obojętny na oferty porozumienia czy sojuszu pochodzące od liberałów partyjnych, takich jak na przykład Stefan Bratkowski, tym bardziej, że równocześnie wydają się wzrastać wpływy Solidarności wewnątrz partii. Ponadto, w Warszawie miejsce zagadnień związkowych, robotniczych zajmuje problematyka samorządowa: przyszłość Solidarności zależy od tego – w opinii zespołu ze stolicy – czy uda się znaleźć nową syntezę wiążącą obronę interesów robotników z reformą instytucji gospodarczych. Ostatecznie narasta poczucie nacisku geopolitycznego i realiów gospodarczych.Zdaniem Touraine, sytuacja grupy warszawskiej najlepiej oddaje metamorfozę całego ruchu: latem 1981 r. określają ją w coraz mniejszej mierze żywione nadzieje i wyznawane wartości, staje się coraz bardziej siłą oporu wobec gróźb i prowokacji.
Trzecia część książki obejmuje m.in. opis i analizę I Zjazdu „Solidarności” we wrześniu 1981 r. Według autora, związkowy wymiar ruchu rzadko dochodzi do głosu na Zjeździe. Solidarność objawia się tu przede wszystkim jako ruch dążący do uwolnienia społeczeństwa,ale w tle narasta już ostry spór, jak go określa Touraine, między nacjonalistami a demokratami. W dzisiejszych realiach ten sposób różnicowania odsyła do wielu znanych i zgranych, mainstreamowych klisz, służących dyskredytacji osób i środowisk „źle widzianych” przez opiniotwórcze salony i budzi pewną rezerwę wobec nomenklatury autora świetnej przecież książki.
Francuski socjolog przedstawia czytelnikowi także sylwetki liderów ruchu – Zbigniewa Bujaka, Andrzeja Gwiazdy, Mariana Jurczyka, Jana Rulewskiego i Lecha Wałęsy. Ciekawy, zwłaszcza z perspektywy czasu, jest portret Gwiazdy: należy do tych, którzy od dawna przygotowywali i obmyślali przyszłe metody działania, odegrał też ważną rolę w momencie, gdy trzeba było organizować strajk i wypracować strategię negocjacji z rządem. […]Uosabia ścisłe powiązanie w ruchu nurtu robotniczego z nurtem demokratycznym.[…] Nie wierzy w działania zmierzające do przejęcia władzy w państwie, opowiada się po stronie tych, którzy nie mając zupełnie zaufania do partii są przeciwni wszelkim ustępstwom. W jego przekonaniu prowadzą one do konfrontacji. Trzeba dążyć do kompromisu ambitnego, odpowiadającego aspiracjom społeczeństwa. […] W miarę jak wzrasta wewnętrzne napięcie między populizmem a dążeniami demokratycznymi, Andrzej Gwiazda waha się między pragnieniem kompromisu a przekonaniem, że władza czyni wszystko, aby ten kompromis uniemożliwić. To tłumaczy małą liczbę głosów uzyskanych przez niego [9% – przyp. K.W.], mimo sympatii tych, których irytuje autokratyzm Wałęsy, a zwłaszcza tych, którzy widzą w Gwieździe szczerego demokratę, stojącego znacznie bliżej KOR-u niż „prawdziwych Polaków”.
Wnioski z badania wśród zespołów łódzkiego, szczecińskiego i wrocławskiego zawiera rozdział „Radykalizm i duch kompromisu”. Stanowią one zapis dualizmu między świadomością robotniczą jako żądaniem słusznych praw dla robotników a populistyczną obroną słabych przed silnymi, świadomością narodową jako afirmacją tożsamości kulturowej a agresywnym nacjonalizmem, wolą demokratyczną jako obroną wszelkich wolności a wezwaniem skierowanym do ludu, do mas czy do na pół wojskowej dyscypliny w imię ocalenia zagrożonego narodu.
Jak przedstawia się sytuacja w Łodzi? Kryzys gospodarczy skłania robotników do manifestacji ulicznych. […] Działalność związku przeradza się w wyczerpującą działaczy akcję pomocy socjalnej. Wskutek m.in. kryzysu następuje stała dezorganizacja produkcji, a „Solidarność” przestaje być związkiem zawodowym, staje się „ciałem mistycznym narodu”: po raz pierwszy w naszych działaniach działacze od razu odwołują się do patriotyzmu. Na płaszczyźnie politycznej dominuje zagubienie: pytanie o postawę władzy i jej skłonność do rzeczywistego kompromisu, nie brutalnej konfrontacji, budzi postawy przeróżne, od gotowości zajęcia się gospodarczymi problemami kraju i uczestnictwa w tworzeniu demokracji politycznej, do radykalnego niezadowolenia, ale bez uciekania się do przemocy.
We Wrocławiu zespół badawczy zostaje określony przez terminy „nacjonalizm i robotniczy solidaryzm”: Świadomość narodowa bierze górę nad świadomością robotniczą i pozostawia jedynie drugorzędne miejsce dążeniom do demokratyzacji. W Szczecinie silnie zaakcentowany jest robotniczy wymiar ruchu. Wchodzący w skład zespołu robotnicy są ściśle związani z tradycją walki przeciwko partii, uważanej za przeciwnika klasy robotniczej i demokracji. Duch sierpnia i postulaty Porozumienia Szczecińskiego nadal tkwią głęboko w ich świadomości. Ci związkowcy są zdecydowanie przeciwni działaniom czysto defensywnym i nie mają zrozumienia dla radykalizmu wyrażającego się w marszach głodowych. Pojawia się jednak pytanie o kierunek, w jakim zmierzać ma „Solidarność”: w stronę ruchu społecznego (najbliższe „typowym związkowcom”) czy demokratyzacji politycznej, a może podjąć wezwanie w duchu narodowym oparte na odczuciu wspólnotowym. Ostatecznie jednak członków grupy ogarnia poczucie obezwładnienia, narastająca świadomość, że nie panują nad wypadkami, lecz dają się unosić ich biegowi. […] Odrzucają strategię przemocy i wojny, ale równocześnie […]przywołują pamięć tych, którzy w Powstaniu Warszawskim podjęli walkę w imię tradycji robotniczej, w imię niepodległości narodu i w imię demokratycznych swobód.
Dla laika i osoby oglądającej pierwszą „Solidarność” ze znacznej już perspektywy, najcenniejsze w książce Touraine wydają się fragmenty pokazujące złożoność ówczesnej sytuacji, przedstawionej bez martyrologicznych upiększeń. W historii opowiedzianej na kartach recenzowanej książki, ukryte jest też smutne ziarno. Widzimy zalążki upadku „Solidarności”, wewnętrzne sprzeczności, które okazały się nieprzekraczalne w nowych okolicznościach ustrojowych i ekonomicznych. Książka Touraine nie pozostawia złudzeń: „Solidarność” okazała się zbyt krucha w swej złożoności, by nie ulec strukturalnemu i ideowemu rozbiciu czy rozproszeniu. To nie tylko czynniki zewnętrzne, w rodzaju stanu wojennego czy działań esbecji, przyniosły kres pierwszej „Solidarności”. Mówiąc w pewnym uproszczeniu: Gwiazdowie, Walentynowicz, Michnik, Kuroń, Wałęsa byli nie tyle podmiotami, co uosobieniem strukturalnych i ideowych prądów w obrębie samego ruchu, byli zarazem autorami, ale i „statystami” na scenie wielorakich uwarunkowań i ograniczeń „Solidarności”. Zagadnienie „Solidarności”, opisane socjologicznie, to nie tylko kwestia „chcę” czy „nie chcę”, wyborów jednostkowych i nastawienia poszczególnych członków, nawet prominentnych. Losy „Solidarności” to opowieść o wzajemnych zależnościach między jednostką a historią czy prawidłami życia społecznego.
Wiele z tych badań, rozmów, sytuacji, musiało być dla ich uczestników bardzo trudne. Wszak widzimy „Solidarność” w jej wielkości i w jej małości. A jednak – całościowo – otrzymujemy pracę pełną empatii, szacunku i podziwu dla ludzi pierwszej „Solidarności”. Ich niedoskonałość, problemy i trudności są niczym wobec wysiłku, jaki ośmielili się podjąć.
Alain Touraine, Solidarność. Analiza ruchu społecznego 1980-1981, Europejskie Centrum Solidarności, Gdańsk 2010, przełożył Andrzej Krasiński.
Książkę można nabyć w sprzedaży wysyłkowej u wydawcy: Europejskie Centrum Solidarności, ul. Doki 1, 80-958 Gdańsk, tel. 58 767 79 71, e-mail: ecs@ecs.gda.pl, www.ecs.gda.pl
przez Krzysztof Wołodźko | poniedziałek 29 sierpnia 2011 | opinie
Nadal miasto ciąży sercom. Inaczej, gdy było miastem burżuazji i proletariatu, inaczej gdy wziął je „w opiekę” realny socjalizm, inaczej dziś właśnie, gdy realny neoliberalizm zapomniał o nim, jak zapomina o wszystkim, co nie przynosi mu natychmiast grosza. Jednak czy gniew i wielkość Łodzi umarły? Czy tylko czekają swego czasu?
Domy, domy, domy surowe, / trzypiętrowe, czteropiętrowe, / idą, suną, ciągną się prosto, / napęczniałe bólem i troską. / W każdym domu cuchnie podwórko, / w każdym domu jazgot i turkot, / błoto, wilgoć, zaduch, gruźlica – to Broniewski, „Ulica Miła” z tomu „Krzyk ostateczny”, wydanego w roku 1938.
Mroczna brama, stary pies, młoda dziewczyna, umalowana wyzywająco lub nieudolnie, smród alkoholowego moczu, pełzający po murze liszaj, refleks światła, przypadkowy, groteskowy w tym ciemnym miejscu. Jakieś krzyki z głębi, wulgarne, ochrypłe, bełkotliwe. To już Łódź, tu i teraz.
To się nie skończyło, nędza i krzywda, beznadzieja. Polska codzienność niechciana, nie pokazywana w folderach turystycznych. Banalność szpetoty, banalność brudu, pozorów życia, zwykłość melancholii. Jeśli miejsca mogą chorować na depresję, nieuleczalną, śmiertelną, to właśnie trafiłem na jeden z jej przytułków. Niedaleko ulicy Piotrkowskiej, w centrum dużego miasta w środku Polski.
Uliczki łódzkie, pejzaże nieretuszowanej Polski. To nawet nie słynne Bałuty. Ot, uliczki i ulice jakich tu nie brak. Na każdej spożywczak, na każdej sklep z alkoholem, mnóstwo warzywniaków, knajpy, „chińskie” „restauracje”, budki z kebabami, pierogarnie, naleśnikarnie, bary z domowym jedzeniem. Łódź je i pije, pije i je. Je albo pije. A te sklepy wciąż takie zwykłe, nie naznaczone markami znanych sieci. Jakby ulice chciały zachować swoją niezależność, swoją tożsamość, jakby nie chciały być częścią globalnego świata, natrętnego ometkowywania. Za to należy się im niekłamany szacunek.
Tak, to jest świat nieretuszowany i nieprzedstawiony, by nawiązać do Zagajewskiego. Z jednej strony straszny, z perspektywą tnącą jak „rzeźnickim nożem po oczach”, świat, którego chciałoby się nie widzieć i nie słyszeć, gdy znane są inne krajobrazy, inne widoki (na przeszłość, teraźniejszość i przyszłość). Świat budzący zawstydzenie moralistów i estetów, bez przytulnej prowincjonalności z seriali ku pokrzepieniu polskich serc, w rodzaju „Ksiądz Mateusz”. Ale ksiądz Mateusz piłby tu denaturat i zakąszał „Magnusem śliwkowym”. Albo, lekko przygarbiony, osłaniając ciałem Najświętszy Sakrament, wracałby rankiem ze szpitala do bezpiecznego azylu na plebanii.
I to jest jedna Łódź, turpistyczna. Jest też inna, pełna ostentacyjnie obnoszonego bogactwa, któremu pieniądz daje uskrzydlającą „wolność miliona”, gwarantującą wyższość wobec mniej szczęsnych finansowo ziomków. Zadbane kobiety kontra kobiety zniszczone. Mężczyźni sukcesu kontra mężczyźni zdeklasowani, „ludzie, którym się udało”, obładowani na zakupach w Manufakturze, Łodzi-Port, sklepach przy Piotrkowskiej – drogimi rzeczami, drogimi żonami i kochankami, najdroższymi dziećmi. Prowincjonalizm a rebours, prowincjonalizm dostatni, który wczesnym rankiem zrywa się na pociąg do Warszawy, tam dosypia i wraca późnym popołudniem, wieczorem, w nocy do swojego miasta. Który woli jednak TLK od pierwszej klasy InterCity.
Ale jest jeszcze jeden, znacznie bardziej interesujący niż to proste, zawarte wyżej przeciwstawienie, obraz. Ukazał go czeski reżyser Pavel Štingl w niedawno pokazanym przez TVP Kultura dokumencie „Bałuckie getto”. Opowiadana przez ocalałych z łódzkiego getta czeskich Żydów historia miejsca, ludzkich losów w czasach pogardy. Nałożona na nią druga narracja z dzisiejszych Bałut, cierpka, bolesna, bo znów wypełniona kalectwem fizycznym, moralnym, duchowym, przenika się z historią Szoach. Przypomina o wielowymiarowości Łodzi, tak dobrze znanej z „Ziemi Obiecanej”.
Historia Łodzi, sama w sobie, jest gorzką pigułką ludzkiego dnia i ludzkich dziejów, które są opowieścią o niezdarnych próbach dopłynięcia do szczęśliwych brzegów historii. Fascynujące jest w Łodzi i to, że na jej ulicach, tak umęczonych, mieszczą się dumnie siedziby zadbanych teatrów, choćby Jaracza czy Powszechnego. A obok nor ludzkich rozpościerają się piękne parki, mnóstwo przyjaznej zieleni, ścieżki pełne spacerujących, odpoczywających zwykłych ludzi. Fascynujące jest, że łódzkie uliczki, tak smutne czasem, zdobią piękne kamienice, jak przebłysk innej rzeczywistości. Że od przaśnych kawiarni do mojego ulubionego sklepu muzycznego „Ale Jazz!” na Pomorskiej jest kilka kroków. Że gdy oprowadzałem po Łodzi swojego pierwszego gościa, jego zdumienie budziło i świetne Muzeum Kinematografii, i przykry zapach miasta w spiekocie. Nie ma w tym przejściu od kultury i świeżości przyrody do banalnej szpetoty i przygnębiającej degeneracji żadnych punktów pośrednich, jest krok w ciemność lub jasność. To właśnie stanowi o niezwykłości Łodzi, jej magnetyzmie, tragizmie i wspaniałości.
Od swych początków to miasto jest dla jednych szczęśliwym, dla drugich bolesnym miastem bogactwa i wysokiej kultury, przepychu, piękna i zbytku, a z drugiej strony – cierpienia rzesz wegetujących w nędzy, grozy mordowanych (nie tylko) w getcie, desperacji i dumy kobiet-włókniarek, uczestniczek marszu głodowego latem 1981 roku, gdy ulicą Piotrkowską, z ówczesnej siedziby „Solidarności” (przy numerze 260) na Plac Wolności przeszło blisko 50 tys. ludzi. Miasto mężczyzn (bez) pracy, a może bardziej jeszcze: miasto kobiet (bez) pracy.
Nic też dziwnego, że właśnie Łodzi Broniewski poświęcił jeden ze swych najpiękniejszych, przepełnionych pasją wierszy: Ciąży sercu troska i pieśń, / troskę w sercu ukryj i nieś, / pieśń jak kamień podnieś i rzuć. / W dymach czarnych budzi się Łódź. /…/ Z ognia i ze krwi robi się złoto, / w kasach pękatych skaczą papiery, / warczą warsztaty prędką robotą, / tuczą się Łodzią tłuste Scheiblery, / im – tylko radość z naszej niedoli, / nam – na ulicach końskie kopyta – / chmura gradowa ciągnie powoli, / stanie w piorunach Rzeczpospolita. / Ciąży sercu wola i moc, / rozpal iskrę, ciśnij ją w noc, / powiew gniewny wciągnij do płuc / jutro inna zbudzi się Łódź.
Ale dzisiejsza Łódź jest inna. Pieśń rzucać tu jak kamień? Kamieniem ciska wyrostek w pociąg dojeżdżający na dworzec Łódź Fabryczna. Ale nadal miasto ciąży sercom. Inaczej, gdy było miastem burżuazji i proletariatu, inaczej gdy wziął je „w opiekę” realny socjalizm, inaczej dziś właśnie, gdy realny neoliberalizm zapomniał o nim, jak zapomina o wszystkim, co nie przynosi mu natychmiast grosza. Jednak czy jego gniew i wielkość umarły? Czy tylko czekają swego czasu? Czy krzyk miasta wsiąkł w mury, czy zagłusza go dana stosunkowo nielicznym sytość Manufaktury? Czy w nazwach ulic tego miasta, w aktywności jego mieszkańców, młodych ludzi, czy w krzątaninie codziennej, czy w licznych łódzkich sklepikach, czy w malutkich targowiskach, czy w strasznym niektórym egalitaryzmie ulic, na czele z Piotrkowską, nie kryje się prawdziwe życie, któremu, owszem, podcięto skrzydła, ale nie wyrwano go przecież z korzeniami.
Ulice Miłe miasta Łódź. Miłe sercom ulice Łodzi. Prawdziwe życie jest tu obecne.
przez Krzysztof Wołodźko | środa 27 lipca 2011 | nr 3/2011
Jedną z kwestii istotnych dla zrozumienia kondycji współczesnej lewicy w Polsce jest jej tożsamość i korzenie ideowe. A raczej ich brak.
Żaden projekt społeczny czy polityczny nie istnieje w dziejowej próżni. Książka dr. Marcina Paneckiego „Kazimierz Pużak (1883-1950). Biografia polityczna” stanowi cegiełkę w odbudowie rodzimej tożsamości lewicowej, umożliwia jej osadzenie w historycznych realiach. Szkoda jedynie, że praca ta jest właściwie dość elementarnym zapisem biograficznym, bez poszerzenia tła historycznego i bez pogłębionych dociekań nad aspektami życiorysu bohatera.
Pużak urodził się w 1883 r. w Tarnopolu. Matka była Ukrainką, ojciec – Polakiem. Bohater książki wcześnie włączył się w działalność patriotyczno-radykalną. W 1899 r. założył w gimnazjum tajną organizację, a w 1901 przyłączył ją do „promienistych”, galicyjskiego związku młodzieży socjalistycznej. Najprawdopodobniej w 1904 r. wstąpił do Polskiej Partii Socjalistycznej. W rewolucyjnym roku 1905 często wykonywał polecenia Wydziału Bojowego partii. W ciągu kilku miesięcy, podczas których agitował i zakładał koła PPS, stał się jednym z bardziej czynnych działaczy w partii.
Po rozłamie współtworzył Frakcję Rewolucyjną. Jak podaje Panecki: W 1909 roku Pużak wraz z Henrykiem Minkiewiczem był wykonawcą wyroku sądu partyjnego na prowokatorze z Organizacji Bojowej PPS, Edmundzie Tarantowiczu. Tarantowicza wywieźli do Rzymu i tam zamordowali. Oficjalnie sprawców nigdy nie wykryto.W roku 1911 został aresztowany w Łodzi i skazany na karę ośmiu lat ciężkich robót i późniejsze osiedlenie na Syberii. W 1915 r. trafił do twierdzy szlisselburskiej, wyszedł na wolność po rewolucji lutowej 1917 r.
Panecki zauważa: O wiele bardziej, niż realizacja idei socjalistycznych w Rosji, interesowała [Pużaka] kwestia niepodległości Polski. […] Podkreślał konieczność zachowania pełnej samodzielności, twierdząc, że PPS jest partią polskich robotników i musi odegrać czynną rolę przede wszystkim w życiu polskiego narodu. W ogarniętej rewolucją Rosji organizował sieć miejscowych sekcji partii, działał aktywnie w jej Centralnym Komitecie Wykonawczym oraz w Komisariacie do Spraw Polskich. Jako rewolucjonista-weteran, dyskutował z Leninem o możliwości utworzenia wojska polskiego na terenie Rosji. Za jego sprawą bezpiecznie opuścili ów kraj żołnierze gen. Józefa Hallera. Interweniował także u Dzierżyńskiego w sprawie Polaków aresztowanych przez Czeka.
Od początków II RP Pużak z całych sił zaangażował się w działalność publiczną jako członek PPS i poseł na sejm z ramienia tej partii. Pod wpływem rozwoju wydarzeń w Rosji sowieckiej coraz mocniej dystansował się od lewego skrzydła partii, nawołującego do ufundowania Polskiej Republiki Socjalistycznej za pomocą rewolucyjnego przewrotu. Co istotne, zajmowały go konkretne kwestie społeczne, dużo czasu poświęcał sprawom wyborców ze swoich okręgów (Zagłębie Dąbrowskie, później Częstochowa-Radomsko). Wiele pracy włożył w nowelizację ustawy o lokatorach. Występował przeciwko proponowanym podwyżkom czynszów, zajmował się dopuszczalnością eksmisji, problemami świadczeń odpłatnych, stawał w obronie sublokatorów i bezrobotnych, którzy zalegali z zapłatą za czynsz itd. Bronił także wolności obywatelskich, więźniów politycznych, przeciwstawiał się ciężkim niejednokrotnie nadużyciom, jakich wojsko i policja dopuszczały się wobec strajkujących.
W trakcie wojny z Sowietami werbował ochotników do Wojska Polskiego, zwalczał komunistyczną agitację za Rosją radziecką. W sierpniu 1920 r. działał w lewicowych inicjatywach antybolszewickich, współorganizował robotnicze oddziały ochotnicze. Po wycofaniu się wojsk sowieckich został oddelegowany do badania przypadków współpracy członków PPS z Armią Czerwoną i polskimi komunistami. Działał także na Śląsku w czasie III powstania: wysyłał tam grupy młodzieży, pomagał w organizowaniu szkolenia bojowego, w Sosnowcu utworzył Główny Komitet Opieki nad Powstańcami.
Kolejną cezurą był przewrót majowy i problemy będące konsekwencjami Wielkiego Kryzysu. Kierownictwo PPS szybko przeszło do opozycji wobec pomajowych rządów, pojawiały się ponadto problemy z prosanacyjnymi grupami w łonie PPS. W tamtym czasie Pużak podkreślał konieczność organizowania wsi i zacieśniania współpracy partii z lewicą chłopską (PSL „Wyzwolenie”, Stronnictwo Chłopskie). Popierał także utworzony w 1929 r. Centrolew. Konsekwentnie przeciwstawiał się tendencjom i środowiskom odwołującym się do radykalnie rewolucyjnych, a przy tym probolszewickich haseł. Cel walki widział […] w powstrzymywaniu ofensywy nacjonalistycznej prawicy, przywróceniu demokracji parlamentarnej i rozszerzeniu socjalnych i politycznych praw robotników – podkreśla Panecki.
Działalność Centrolewu spowodowała reakcję rządzącej sanacji. W sierpniu 1930 r. na czele rządu stanął Piłsudski, przerwano kadencję parlamentu oraz zaplanowano aresztowania działaczy opozycji. Wśród osób, które zamierzano uwięzić, znalazło się sześciu posłów PPS. Panecki relacjonuje: gdy minister Stanisław Car przedstawił Piłsudskiemu listę kandydatów do uwięzienia, znajdował się na niej również Kazimierz Pużak, jednakże Marszałek skreślił jego nazwisko, mówiąc: „Co by o mnie powiedziano, gdybym ja więźnia Szlisselburga zamknął w twierdzy”.
Jednak wyniki wyborów z listopada 1930 r. okazały się dla Pużaka bodaj większym ciosem niż ryzyko uwięzienia. Choć po raz czwarty został posłem, jego ugrupowanie zdecydowanie przegrało z BBWR.Skala porażki była w dużej mierze pochodną terroru, manipulacji i zwykłych fałszerstw ze strony rządzącego obozu, Pużak zmuszony był jednak uznać, że lewica musi zmienić strategię. Powinna przejść od działalności parlamentarnej ku rozbudowie form organizacyjnych, które miały doprowadzić do umocnienia więzi partii z masami. Równocześnie rosła jego rola w PPS, w której pełnił już wtedy funkcję sekretarza generalnego.
W przededniu wybuchu II wojny światowej Pużak organizował wraz z Tomaszem Arciszewskim ściśle zakonspirowane oddziały dywersyjne, złożone z zaufanych członków PPS. W razie niemieckiej inwazji miały stanąć do walki. Wcześniej współtworzył paramilitarną Akcję Socjalistyczną, która we wrześniu 1939 r. odegrała znaczną rolę w Robotniczych Batalionach Obrony Warszawy. Do ostatnich chwil jako przedstawiciel opozycji podejmował próby porozumienia z prezydentem Mościckim, domagając się m.in. powołania rządu obrony narodowej, niestety bezskutecznie.
Podwójna okupacja przyniosła pracę w nowych, bardzo trudnych warunkach. Pod koniec września 1939 r., tuż przed kapitulacją Warszawy, Pużak w gronie zaufanych osób podjął decyzję o oficjalnym rozwiązaniu PPS w jej ówczesnej formie. W oparciu o dotychczasowe struktury powstała podziemna partia Wolność, Równość, Niepodległość (Ruch Mas Pracujących Miast i Wsi). Na Pużaka spadł ciężar […] doboru ludzi do pracy w zakonspirowanej partii. Werbowano tylko sprawdzonych i zdyscyplinowanych działaczy […]. Został także komendantem głównym Gwardii Ludowej WRN i podporządkował ją Komendzie Głównej ZWZ-AK.
Osobnym zagadnieniem była konsolidacja stronnictw politycznych na terenach okupowanych oraz ich stosunek do rządu londyńskiego i socjalistycznego odłamu emigracji. Kwestia ta była niezwykle złożona, zwłaszcza w kontekście wybuchu wojny niemiecko-radzieckiej i konieczności ułożenia na nowo stosunków z Sowietami. Ci ostatni mieli w Polsce do rozegrania własną partię i dążyli do zdominowania lewej strony sceny politycznej. WRN bardzo krytycznie odniosła się do układu Sikorski-Majski, sam Pużak niejednokrotnie podkreślał brak złudzeń co do Sowietów w ogóle i Stalina osobiście.
15 sierpnia 1943 r. podpisano Deklarację Porozumienia między PPS-WRN, Stronnictwem Ludowym, Stronnictwem Narodowym i Stronnictwem Pracy, która dała początek podziemnej Radzie Jedności Narodowej. Panecki przypomina: W tamtym okresie niezmiernie wzrosła rola Kazimierza Pużaka w życiu politycznym okupowanego kraju. Brał aktywny udział w pracach Krajowej Reprezentacji Politycznej, wpływając w ten sposób na kształt tworzącego się podziemnego parlamentu. 15 marca 1944 r. przez aklamację został wybrany jego przewodniczącym.
W czasie powstania warszawskiego pozostał w stolicy jako przewodniczący RJN. Słał w świat, do Londynu i Waszyngtonu, do władz polskich i sprzymierzonych (także do Sowietów) coraz bardziej desperackie depesze. Oto fragment jednej z nich, z 11 sierpnia, apel do Narodów Zjednoczonych: Podjęliśmy walkę. Nakazywał nam to honor, godność i odwieczna polska uczciwość. I oto wzywana raz po raz do wystąpienia zarówno przez Sowiety, jak przez demokracje zachodnie Polska znalazła się znowu samotna, bez pomocy, opuszczona przez sprzymierzeńców. Zaś 29 września, gratulując de Gaulle’owi oswobodzenia Paryża, pisał doń: Paryż był wolny, a Warszawa zamieniała się w cmentarzysko.
Po upadku powstania Kazimierz Pużak wraz z rodziną zamieszkał w Piotrkowie. Rozdziały piąty i szósty książki oraz znaczna część aneksu zawierają omówienia i dokumentację najtrudniejszego okresu w jego życiu. Wraz z zajmowaniem ziem Rzeczpospolitej przez idące na Berlin wojska radzieckie, wzmagał się nacisk Stalina na Polskę, zaś podporządkowani mu komuniści coraz jawniej występowali w roli jedynych prawowitych władz.
We wspomnieniach Pużak tak opisywał ówczesne realia: Od pierwszych dni wywożono z Polski literalnie wszystko, rekwirowano dla wojsk sowieckich chleb i mąkę i piekarnie, powodując powszechny głód. Kraj ogołocony i spustoszony w ciągu okupacji niemieckiej – musiał żywić nie tylko garnizony rosyjskie wewnątrz kraju, ale i te wojska, które ciągle przebiegały przez kraj i lądowały w Niemczech. […] Całość była przyczepką do całego systemu okupacji sowieckiej i jej postępowanie było obowiązujące dla agentury Lubelskiej. Wybielaniem i motywacją tego systemu zajmowała się zglajszachtowana prasa, kryjąca się ze zrozumiałych względów za tytułami istniejących przed wojną wydawnictw prasowych, nie mających nic wspólnego z komuną i agenturą sowiecką. […] Zaczęto obrabiać moje nazwisko, Bora i Zaremby. My byliśmy odpowiedzialni za zniszczenie, palenie i masakrę Warszawy i jej ludności.
Ustalenia jałtańskie (4-11 lutego 1945 r.) czyniły sytuację jeszcze trudniejszą. Polska Partia Robotnicza miała już niemal pewność, że z radzieckiego nadania przejmie całkowitą władzę. Tzw. odrodzona PPS była infiltrowana przez komunistów. W tej sytuacji na jednym z marcowych posiedzeń kierownictwa PPS-WRN wydano instrukcję zakazującą członkom partii angażowania się w prace polityczne. Zalecano natomiast działalność w organizacjach zawodowych, spółdzielczych i kulturalno-oświatowych […]. Pużak i Zaremba odnieśli się negatywnie do postanowień konferencji jałtańskiej w sprawie definitywnego uznania granicy polsko-radzieckiej na Bugu. Opowiedzieli się też za bojkotem odbudowywanej PPS.
W drugiej połowie marca ogłoszono decyzję o wyjściu z podziemia. 27 marca 1945 r. w Pruszkowie uwięzieni zostali podstępem przez Sowietów przybyli na „pokojowe negocjacje” Jan Stanisław Jankowski (delegat rządu londyńskiego), gen. Leopold Okulicki i Kazimierz Pużak. Następnego dnia znaleźli się w Moskwie, na Łubiance. Rozpoczęto śledztwo będące preludium „procesu szesnastu”. Wspólnie prowadziło je NKWD i NKGB. Nie stosowano tortur fizycznych – pisze Panecki – dążono natomiast do psychicznego złamania przesłuchanych. Pużak odmawiał podawania nazwisk i szczegółów konspiracji, co budziło wściekłość radzieckich śledczych. Major Gałkin nazywał go upartym „starikiem”, uważał za człowieka „hardego i opryskliwego”.
„Proces szesnastu” trwał między 18 a 21 czerwca 1945 r. w Moskwie. W tym samym czasie odbywały się w stolicy ZSRR rozmowy na temat utworzenia Tymczasowego Rządu Jedności Narodowej. Pużaka sądzono jako „recydywistę” – dawnego więźnia carskiego Szlisselburga! Oskarżycielami byli naczelny prokurator Armii Czerwonej Nikołaj Afanasjew oraz Roman Rudenko, późniejszy główny oskarżyciel ZSRR w procesach norymberskich. Wiele lat później, w pracy „Więźniowie polityczni w Polsce 1945-1956” (Gdańsk 1981) zaznaczono: W procesie moskiewskim Okulicki, Pużak i Stypułkowski złożyli piękne dowody odwagi i poczucia godności własnej i narodowej. Jerzy Lerski pisał zaś: Poznałem od razu w zeznaniach uwięzionego Prezesa Rady Jedności Narodowej, tegoż nieugiętego człowieka, którego nawet oskarżyciele sowieccy musieli szanować.
W moskiewskim procesie skazano Pużaka na półtora roku więzienia, ale 1 listopada 1945 r. jemu, Bagińskiemu i Zwierzyńskiemu udzielono „indywidualnej amnestii”. Kilka dni później znaleźli się w „nowej Polsce”. W kwietniu 1990 r. Plenum Sądu Najwyższego ZSRR stwierdziło oficjalnie, że w działalności oskarżonych nie było cech przestępstwa i uznało wyniki postępowania rehabilitacyjnego.
Po powrocie do kraju Pużak był stale obserwowany. Zachowując najwyższe środki ostrożności, działał w podziemiu. W styczniu 1946 r. wobec praktycznego rozbicia WRN próbował współtworzyć nową strukturę: Krajowy Ośrodek WRN. Z dzisiejszej perspektywy ambicje grupy były skrajnie nierealistyczne. Tak przedstawiano je w ówczesnych raportach bezpieki: Domagano się […] m.in. uniezależnienia polityki zewnętrznej i wewnętrznej od ZSRR […]. Zapowiedziano walkę o odzyskanie niezależności, o jawną dyplomację i zniesienie Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. Struktura konspiracji przypominała tę, jaką Pużak stosował w czasach hitlerowskiej okupacji. Równocześnie konsekwentnie odmawiał przyjaciołom, którzy namawiali go do opuszczenia Polski: Za stary jestem na emigrację. Muszę dokończyć swą drogę tutaj.
5 czerwca 1947 r. został aresztowany. Podobny los spotkał innych działaczy WRN, m.in. Tadeusza Szturm de Sztrema, Józefa Dzięgielewskiego i Ludwika Cohna. W listopadzie 1948 r. rozpoczął się proces liderów niepodległościowej lewicy, skrupulatnie relacjonowany przez propagandową prasę. Warto przytoczyć kilka tytułów z „Głosu Ludu”, organu KC PPR: „Agentura międzynarodowego kapitału w ruchu robotniczym”, „Kazimierz Pużak paraliżował walkę przeciwko Niemcom”, „Pużak zszedł do kolaboracjonizmu”. Zaś „Robotnik” „odnowionej” PPS pisał: Na sali sądowej odżyły […] postacie zdradzieckie przedwojennych bonzów naszej partii, tych, którzy przez dwudziestolecie drugiej niepodległości konsekwentnie szli po linii zdrady i rozbijania klasy robotniczej, tych, którzy w okresie okupacji wywiedli na manowce uczciwych robotników, tych wreszcie, którzy nie spiskując przeciw Polsce sanacyjnej, spiskowali przeciwko Polsce Ludowej. I jeszcze raz „Głos Ludu”: Kazimierz Pużak ma kartę życia zapisaną krwią i błotem. Służył na wszystkich frontach kontrrewolucji.
Marcin Panecki przytacza obszerne fragmenty zeznań Pużaka, mów oskarżyciela i obrońcy. Pozwalają one wczuć się w atmosferę procesu i ukazują, na jak fundamentalnej niegodziwości budowany był od początku ustrój państwa, które miało czelność nazywać się „Polską Ludową”. Ostatecznie Pużaka skazano na karę 10 lat pozbawienia wolności, utratę praw publicznych i obywatelskich na okres 5 lat i przepadek mienia na rzecz Skarbu Państwa. W wyniku amnestii karę więzienia zmniejszono do 5 lat.
Niedługo po procesie, w dniach 15-21 grudnia, w auli Politechniki Warszawskiej zebrał się Kongres Zjednoczeniowy PPS i PPR, podczas którego powstała Polska Zjednoczona Partia Robotnicza. Dziś można uznać, że poprzedzający to wydarzenie proces stanowił swoisty „akt założycielski” nowego ustroju.
W czerwcu 1948 r. rozpoczął się ostatni etap w życiu Pużaka. Najpierw osadzono go w więzieniu na Rakowieckiej, następnie w Rawiczu, gdzie poddawany był specjalnym szykanom. Władze miały wywierać presję, by napisał do Bieruta wiernopoddańczy list, będący zarazem przepustką na wolność. Więzień Rawicza, Mieczysław Truszewski, wspominał: Był chory i straszliwie cierpiał. Co drugi i trzeci dzień był wzywany na przesłuchania, które trwały kilka godzin. Wracał zmaltretowany. Młodym z celi mówił: „wy chłopcy przeżyjecie, tylko nie dajcie się sprzedać, bądźcie zawsze wierni ojczyźnie”. Wiele razy przebywał w karcerze bez powodu. O formacie Pużaka świadczy też to, że w składanych zeznaniach nigdy nie obciążył Józefa Cyrankiewicza, choć oczekiwano tego po nim, zaś sam Cyrankiewicz – dawny współpracownik PPS-WRN, a późniejszy lider filosowieckiej „odrodzonej” PPS – był dlań wielkim rozczarowaniem.
Panecki przytacza wymowne wspomnienie Jana Karskiego o spotkaniu z wieloletnim premierem PRL: W latach siedemdziesiątych odwiedziłem Polskę, wtedy odnalazł mnie Cyrankiewicz. Przegadaliśmy pół nocy. […] Opowiedziałem mu, jak poszedłem do Pużaka w 1942 roku, kiedy Cyrankiewicz był w Oświęcimiu. Pytałem Pużaka, czy nie można coś zrobić, żeby ratować Cyrankiewicza. Odbić albo kogoś przekupić. Pużak się zezłościł: chcę, żeby Pan wiedział, że polska klasa robotnicza nie zapomniała przyszłego sekretarza generalnego PPS. Mówię do Cyrankiewicza […]: „Józek, jak ty byłeś w obozie, to Pużak myślał o tobie jako o przyszłym sekretarzu generalnym”. Chwila milczenia i Cyrankiewicz odpowiada: „No cóż, po wojnie Pużak się zdezaktualizował”.
Zmarł 30 kwietnia 1950 r., schorowany, zniszczony warunkami osadzenia (nieogrzewana cela piwniczna), sprowadzony do więziennego szpitala wprost z karceru lub izolatki. Panecki stwierdza: Wiele wskazuje na to, że na Kazimierzu Pużaku dokonano politycznego mordu. Rodzina nigdy się nie dowiedziała, jak naprawdę zmarł ich mąż i ojciec. Pużaka zrehabilitowano 19 kwietnia 1989 r., a w 1996 r., w Święto Niepodległości Aleksander Kwaśniewski odznaczył go pośmiertnie Orderem Orła Białego. Córka Maria nie odebrała odznaczenia z rąk postkomunisty, najbliższa rodzina przyjęła je dopiero 7 lipca 2009 r. od Jana Olszewskiego, doradcy prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego.
Życie polskiego lewicowca, bohatera swoich czasów oraz jednej z ich ofiar, w pełni ukazuje, co znaczył trud socjalizmu i trud polskości wtedy, gdy za taką podwójną wierność trzeba było płacić najwyższą cenę. I choć książka Paneckiego jest suchą, naukową biografią, to przecież widzimy w niej człowieka wybitnego, a przy tym tak ludzkiego w swoich wyborach i perypetiach życiowych. Karty życia Pużaka zapisane są dumną treścią.
___________
Marcin Panecki, Kazimierz Pużak (1883-1950). Biografia polityczna, Wydawnictwo Neriton, Warszawa 2010.