przez Krzysztof Wołodźko | środa 6 czerwca 2012 | opinie
„Okupacja” Warszawy i Krakowa skończyła się szybkim zwinięciem obozów grupek protestującej lewicy przez włodarzy miast – rękoma policji. Przy okazji pojawiły się oburzone głosy rodzimych „oburzonych”, którzy na własnej skórze doświadczyli, że władze poczynają sobie nader lekko ze swobodami demokratycznymi i prawem do protestu. To, co „mohery”, nie tylko z Krakowskiego Przedmieścia, dawno już wiedziały, stało się teraz doświadczeniem i nauczką dla lewicy „okupującej” publiczną przestrzeń.
Lepiej późno niż wcale. Z tym, że kontestatorska prawica w ostatnich latach zjadła zęby na protestach naprawdę masowych, nie wspieranych przez większość mediów, gdy lewicy wciąż nie udało się przekroczyć masy krytycznej, która pozwoliłaby uznać, że mamy do czynienia z czymś więcej, niż piknikami na świeżym powietrzu. Zaznaczę, że nie mówię tu o działalności np. w kwestii blokad eksmisji, bo to nieco inna historia.
O społeczeństwie obywatelskim w Polsce można napisać wiele. Między innymi to, że zostało w dużym stopniu zepchnięte do niszy „organizacji pozarządowych”, w której ma pięknie kwitnąć, żyć z czerpanych profitów i się nie wychylać, czytać zaangażowane książeczki i radzić o braciach zza Buga. Społeczeństwo obywatelskie w charakterze paprotki – tak to mniej więcej widzę.
O podejściu rządzących do protestów społecznych również można powiedzieć wiele. Zakłamanie III RP dotyczy także tej kwestii. W kraju, który nieco ponad 20 lat temu ogłosił niepodległość i wypisał na sztandarach demoliberalne hasła, w którym byli dysydenci stali się decydentami – swobody obywatelskie i głos ludu są na cenzurowanym. A im bardziej oligarchia i reprezentujący ją establishment umacniają swoją władzę, im pewniej się czują – tym bardziej stają się aroganccy i nieprzyjaźni wobec tej części społeczeństwa, którą nie wszystko zachwyca. A w myśl pewnych oświeconych, politycznie poprawnych standardów powinno.
Demokracja po polsku: Ty się zanadto nie wychylasz, my właściwie dajemy ci święty spokój, w końcu żyjemy w cywilizowanym kraju, nie na jakiejś Białorusi. Ale nie przesadzaj z aktywnością i protestami – toż to niepotrzebne jątrzenie i czysty populizm. Uszanuj spokój i dobre samopoczucie starszych panów, co o taką Polskę dla ciebie walczyli… Nie rezonuj, obywatelu, jeśli nie siedziałeś za komuny i nie męczyłeś wątroby, w imię pluralizmu oczywiście, konsumpcją wódeczności z Urbanem.
Nic też dziwnego, że idea i praktyka „społeczeństwa obywatelskiego” są w Polsce traktowane jako jeszcze jedno narzędzie wzmacniania władzy i prymatu ideologii wyrażającej poglądy i interesy najlepiej sytuowanych, najbardziej ustosunkowanych beneficjentów III RP. To sytuacja patologiczna, bo zawłaszcza i przekreśla suwerenność ludu, jego potencjalną chęć i pole aktywności (i tak niewielkie), traktując je czysto instrumentalnie. Ujmę rzecz w dużym skrócie: jeśli ośmielasz się działać i wypowiadać publicznie, wbrew ideologicznemu i instytucjonalnemu „konsensusowi” elit, wbrew „umowie społecznej” panującej w III RP – stajesz się populistą, niebezpiecznym radykałem, „oszołomem”, „skrajną lewicą/prawicą”. A Twój publiczny protest zostanie szybko spacyfikowany, niezależnie od tego, czy ośmieliłeś się ustawić krzyż ze zniczy, zablokować wejścia do parlamentu, czy współuczestniczyłeś w rozbiciu kilku namiotów w centrum Warszawy lub Krakowa.
Znamienne są ostatnie wydarzenia związane właśnie z odrzuceniem wniosku o referendum w sprawie „reformy” oraz późniejsze reakcje na zablokowanie Sejmu przez związkowców. Każdy ma swój plac boju z arogancją i poczuciem bezkarności władzy. Prawica – Krakowskie Przedmieście. Społeczna, prozwiązkowa lewica – okupację Sejmu. Ale przynajmniej póki co są to dwa różne doświadczenia. Problem polega na tym, że siły, które mają swoje powody, by zakwestionować i kontestować polskie status quo, stoją właściwie w opozycji do siebie i wzajemnie szachują się niechęcią i obcością. Mówię tu o prawicowej opozycji i stosunkowo nielicznych środowiskach lewicy pozaparlamentarnej. Dodatkowym problemem jest to, że znacząca część ideowej lewicy nie raz już pokazała, że w mniej lub bardziej świadomy i przemyślany sposób woli opowiedzieć się za konsensusem III RP i przeciw pisowskiej czy związkowej opozycji. Gdy ma do wyboru walkę z Platformą Obywatelską i jej antysocjalnymi reformami i „walkę z faszyzmem”, wybiera to drugie. Faszyzm nie przechodzi, neoliberalne ustawy w Sejmie – owszem.
Pytanie, czy Euro 2012 stanie się okazją do wspólnego wystąpienia ponad podziałami. Nie mam co do tego pewności, mam jedynie cień nadziei. Impas może przełamać – co miałoby arcyinteresujące historyczne konotacje – „Solidarność”. Jej opór wobec platformerskiego reżimu politycznego popiera w niemałym stopniu prawica i lewica, media kontestatorskiej prawicy i głosy lewicowej opinii (tak, pamiętam o proporcjach, przemawiających na niekorzyść lewicy). Dla lewicy to doświadczenie byłoby pożyteczne ze wszech miar – także ze względów pedagogicznych, leksykalnych i semantycznych.
Mówiąc wprost – od dzisiejszej „Solidarności” lewica ma szansę nauczyć się języka oporu społecznego, przystającego do mowy przeciętnych Polaków. A także przestać wdzięczyć się intelektualnym żargonem do samej siebie i garstki oczytanych dżentelmenów.
Nie, nie głoszę obskuranckiej tezy o rezygnacji z myślenia i konstruowania wartościowych teorii. Głoszę zachętę do zerwania z mówieniem do towarzyszek i towarzyszy z kawiarni. Nie dlatego, że uważam, iż proletariusze, prekariusze, potencjalny elektorat lewicy, na kawę nie chodzi i jest mu to „klasowo obce”. Myślę jednak, że język protestu jest mocniej osadzony w przyziemności, a mniej w publicystyce, tworzonej nierzadko w sterylnej przestrzeni idei, albo w takich miejscach, które są od „języka mas” fizycznie i symbolicznie odseparowane. Głoszę ideę nie tylko trzymania się „szarej rzeczywistości”, ale i zdolności mówienia o niej z ludźmi, którzy ją zamieszkują. Myślę, że lewicowe mówienie o Polsce zza kierownicy snobistycznego auta, które notabene symbolizuje triumfy neoliberalizmu, jest bardzo utrudnione.
Na koniec nieco etycznego patosu. Tytuł tego felietonu nawiązuje do książki Martina Luther Kinga, „Dlaczego nie możemy czekać”. Z niej pochodzić myśl: „Pokonana racja jest silniejsza niż triumfujące zło”. To myśl przede wszystkim dla tych, którzy obecnie pytają: co zrobić z faktem, że stoimy na przegranej pozycji wobec realnego liberalizmu. Odpowiedzią jest świadomość wartości tego, za czym się opowiadamy, nie resentyment przegranych. Ale nie jest to także proklamacja manifestu bierności. W słowach Kinga kryje się nadzieja. Daje ją wielkość sprawy, która wydaje się przegrana. Dlatego nie powinniśmy milczeć. Dlatego musimy nauczyć się mówić: językiem ulicy i na ulicy – w trakcie Euro 2012, razem z „Solidarnością”, razem z kontestatorską prawicą, gdy trzeba. Oby taka szansa była nam dana.
Krzysztof Wołodźko
przez Krzysztof Wołodźko | środa 30 maja 2012 | nr 1/2012
Czy równość jest jedynie społecznym i politycznym mitem? Czy koncepcje egalitarne mają rację bytu w świecie, w którym bogaci stają się coraz bogatsi, a biedni coraz biedniejsi? I ostatecznie: czy i jaki pożytek płynie z równości? Do takich pytań skłania książka Richarda Wilkinsona i Kate Pickett, „Duch równości”.
Warto przybliżyć polskim czytelnikom sylwetki autorów. Richard Wilkinson jest jednym z prekursorów międzynarodowych badań nad społecznymi uwarunkowaniami zdrowia oraz wpływu nierówności na kondycję społeczeństwa. Studiował historię gospodarczą świata w London School of Economics. Jest honorowym profesorem wydziału medycznego University of Nottingham i University College London. Z kolei Kate Pickett wykłada na University of York oraz jest pracownikiem naukowym brytyjskiego National Institute for Health Research. Dla propagowania wyników swych badań i egalitarnych koncepcji społecznych założyli fundację Equality Trust.
Autorzy stwierdzają, że na początku badań trwających już 30 lat, zajmowała ich przede wszystkim kwestia, dlaczego im niższy szczebel drabiny społecznej, na którym człowiek się znalazł, tym gorsza kondycja zdrowotna tego człowieka. […] Wydawało się, że nierówności istniejące w społeczeństwach krajów wysoko rozwiniętych są zbyt małe, aby móc wywierać jakikolwiek mierzalny wpływ na kondycję tych społeczeństw. Prawda okazała się inna.
Jednak ta właśnie prawda – o dobroczynnym wpływie równości na kondycję społeczeństw, okazuje się wciąż, celowo lub nieświadomie, ignorowana czy wprost zwalczana. Wilkinson i Pickett obrazują to zagadnienie przy pomocy analogii: w 1847 roku Ignaz Semmelweiss odkrył, że mycie rąk przez lekarzy przyjmujących porody zdecydowanie zmniejsza liczbę kobiet umierających w wyniku gorączki połogowej. Zanim jednak odkrycie to uratowało wiele istnień ludzkich, Semmelweiss musiał przekonać mnóstwo osób – zwłaszcza swoich kolegów po fachu – do zmiany zwyczajów. […] Znaczna część lekarzy nie traktowała jego pracy poważnie. Jego poglądy wyśmiewano, co doprowadziło go do obłędu i samobójstwa. Jak podkreślają autorzy „Ducha równości”, o wiele większa trudność dotyczy koncepcji społecznych, ich przyjmowania i upowszechniania: Przyrodnicy i fizycy nie muszą przekonywać do swoich teorii poszczególnych komórek czy atomów, które opisują. Teoretykom społeczeństwa natomiast przychodzi ścierać się z mnogością indywidualnych poglądów i stawiać czoła potężnym siłom interesu.
Istotny w świetnie udokumentowanej pracy Wilkinsona i Pickett jest interdyscyplinarny charakter badań nad trendami społecznymi i problemami jednostek. Bardzo często nie są one wynikiem indywidualnych wyborów czy zaniedbań, lecz wynikają z trendów społeczno-ekonomicznych lub zależą od kwestii ustrojowych, przyjętych w danych państwach. Jest to perspektywa, której wciąż zbyt mało w polskim dyskursie publicznym, zdominowanym przez narracje indywidualistyczne lub pseudowspólnotowe, które często – nieświadomie lub z premedytacją – mają ukryć systemowe czy klasowe źródła ludzkich problemów i kondycji życiowej (zdrowotnej, materialnej, kulturowej) Polaków.
Druga istotna kwestia, ściśle związana z pierwszą, wiąże się ze sprawą na pozór oczywistą, ale chyba także w Polsce wciąż ignorowaną czy traktowaną jak „nowinkarstwo”. Problemów dzisiejszych społeczeństw, przechodzących bardzo dynamiczne zmiany, nie można analizować za pomocą schematów czy analogii odnoszących się do niegdysiejszych realiów życia, rzeczywistych czy zmistyfikowanych. Stąd np. zrozumienie problemów agresji dzieci, ich kłopotów ze zdrowiem, także psychicznym, albo współczesne rozumienie biedy i jej konsekwencji w świecie (względnego) dobrobytu wymaga zdecydowanie staranniejszych analiz i ocen, niż uznanie, że „dzieciom brak wychowania”, a bieda polega na tym, iż „nie ma czego włożyć do garnka”.
Wilkinson i Pickett dają czytelnikowi narzędzie do zrozumienia zachodzących procesów społecznych i historycznych, wyzwalając myślenie ze złud subiektywności, które często uniemożliwiają pracę nad efektywnymi zmianami czy rzetelne diagnozy sytuacji. Książka jest również protestem przeciw atomizacji społecznej i antagonizowaniu jednych grup przeciwko drugim. Wszak równość – jak dowodzą autorzy – jest korzystna dla wszystkich, a zrozumienie, jakie korelacje zachodzą między problemami i tragediami społecznymi a istnieniem ekonomicznych, politycznych, edukacyjnych, kulturowych czy rasowych nierówności, jawi się jako warunek niezbędny do przeprowadzenia zmian na lepsze. Pierwszym krokiem ku temu jest ukazanie najszerszym rzeszom społecznym tego zagadnienia i uświadomienie, że nie są skazani na strategie indywidualistyczne. Choć tu i teraz taki pogląd może wydawać się mrzonką.
Pierwsza część książki nosi tytuł „Materialny sukces, społeczna porażka”. Autorzy stawiają pytanie: Jak doszło do tego, że w naszym życiu jest tyle cierpienia psychicznego mimo osiągnięcia niespotykanego w dotychczasowej historii poziomu zamożności i komfortu? Wyraźny jest kontrast między niepowodzeniami społecznymi wielu państw cieszących się dużym bogactwem materialnym. Wilkinson i Pickett stwierdzili, że różnice dochodów w obrębie społeczeństwa, do którego należy dana jednostka wpływają na nią znacznie bardziej, niż różnice między przeciętnymi dochodami w poszczególnych krajach zamożnych. Stąd też problem ubóstwa jawi się – by powołać się na cytowanego przez autorów Marshalla Sahlinsa, autora pracy „Stone Age Economics” – jako określony status społeczny. Pojęcie to pojawiło się jako piętno oznaczające ludzi niższej klasy.
Jednym z problemów w obrębie społeczeństw głęboko rozwarstwionych (jako bodaj modelowa przedstawiona tu została sytuacja w USA) jest poczucie dyskomfortu wynikające z własnego statusu materialnego i różnoraka presja, wywierana na gorzej sytuowanych, która uświadamia im niekorzystne położenie i wymusza ciągłą rywalizację i życie w napięciu. A ponieważ „równanie do najbogatszych” jest niewykonalne (różnego rodzaju blokady klasowe, rozpiętość zarobków itd.), staje się źródłem licznych napięć społecznych i frustracji, skutkuje życiem w przewlekłym stresie. Uznać wręcz można, że ów stres jest nie tylko przypadłością psychofizyczną jednostek, lecz stanem społecznym. Wilkinson i Pickett stwierdzają, że w toku badań uświadomili sobie, iż niemal wszystkie problemy występujące częściej w dole drabiny społecznej (między innymi zły stan zdrowia obywateli, wysoki poziom agresji) są powszechniejsze w społeczeństwach bardziej nierównych. To wywołuje coraz silniejsze obawy, że współczesne społeczeństwa, mimo dostatku materialnego, ponoszą klęskę w wymiarze społecznym.
Tezy powyższe nie są gołosłowne. Autorzy wskazują, że dane unaoczniające głęboko niepokojące symptomy społeczne w krajach o dużym poziomie nierówności pochodzą ze źródeł o najlepszej reputacji, między innymi z Banku Światowego, ze Światowej Organizacji Zdrowia, z Organizacji Narodów Zjednoczonych, Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju. Stąd też waga konsekwencji wynikających z dysproporcji społeczno-ekonomicznych jest tak niebagatelna. Skala nierówności jest dla autorów „Ducha równości” niczym szkielet, który obrasta różnicami klasowymi i kulturowymi. Te różnice mają niebagatelne konsekwencje: jakość życia psychofizycznego, edukacja, aktywność lub bierność obywatelska, (nie)świadomość konsumencka, kapitał społeczny, jakim dysponują poszczególne grupy społeczne – wszystko to znajduje źródło w stopniu rozwarstwienia i nierówności, jakich doświadczają poszczególne państwa.
Te problemy społeczne znajdują odzwierciedlenie w konkretnych danych. Przyjmując za punkt wyjścia badań nad wpływem nierówności bytowych na kondycję społeczeństw wyłącznie wiarygodne statystyki, skoncentrowali się oni na dziewięciu zagadnieniach. Są to: poziom zaufania, zaburzenia psychiczne (w tym alkoholizm i narkomania), przeciętne dalsze trwanie życia i umieralność niemowląt, otyłość, wyniki nauczania dzieci, urodzenia przez nastoletnie matki, zabójstwa, współczynnik pryzonizacji (liczba więźniów na 100 tys. mieszkańców) i mobilność społeczna. Zebrali dane dla wszystkich problemów społecznych i zdrowotnych w poszczególnych krajach wysoko rozwiniętych (m.in. Wielka Brytania, Portugalia, Kanada, Włochy, Francja, Norwegia, Japonia) i poszczególnych stanach USA, obliczając dla każdego z nich „indeks problemów zdrowotnych i społecznych”. Ukazuje on skalę zjawiska w każdym z badanych państw. Wyniki mówią, że problemy zdrowotne i społeczne nie tylko są bardziej rozpowszechnione w gorzej sytuowanych grupach w obrębie każdego społeczeństwa, ale też brzemię tych problemów jest o wiele cięższe w społeczeństwach o większych nierównościach.
Tu drobna dygresja: w jednym z rozdziałów części pierwszej autorzy stwierdzają, że rozwiązaniem problemów wynikających z istnienia nierówności nie jest masowa psychoterapia, nastawiona na to, aby wszyscy stali się mniej wrażliwi. Z sarkazmem, a być może zupełnie na serio trzeba jednak stwierdzić, że w krajach takich jak Polska, ideolodzy i wyznawcy „realnego liberalizmu” od lat stosują właśnie taką terapię i codziennie jest ona dawkowana masom. Nierzadko przybiera też formy pozornego współczucia (różne odmiany działalności charytatywnej), kryje za sobą jednak społeczną nieodpowiedzialność i klasową/ideologiczną obojętność, a nawet wrogość wobec kulturowo napiętnowanej biedy i „biedoty”.
Druga część książki, „Koszty nierówności”, dotyczy m.in. takich zagadnień, jak aktywność obywatelska i stosunki społeczne, zdrowie psychiczne i narkotyki, młodociane matki, przemoc, więziennictwo i system kar czy ograniczenia mobilności społecznej. Rozdział otwiera cytat z dzieła de Tocqueville’a „O demokracji w Ameryce”, który skonfrontowany z dzisiejszymi realiami USA brzmi niemal jak szyderstwo: Spośród wszystkich nowych zjawisk, jakie przyciągnęły moją uwagę podczas pobytu w Stanach Zjednoczonych, najbardziej uderzyła mnie panująca tam powszechna równość możliwości. Spostrzegłem szybko nadzwyczajny wpływ, jaki ten podstawowy fakt wywiera na rozwój społeczeństwa. O ile zatem „równość możliwości” jest czynnikiem wzrostu, wpływającym aktywizująco na życie jednostek i rozwój społeczny, o tyle głęboka „nierówność możliwości” staje się przyczyną apatii i patologii życia społecznego.
W kontekście problemów toczących polski system szkolnictwa warto zwrócić uwagę na poruszone w książce kwestie dotyczące relacji pomocy socjalnej (rozumianej nie jako fasadowy „socjal”) i edukacji. Autorzy „Ducha równości” przytaczają wyniki badań epidemiolożki Arjumand Siddiqi i jej współpracowników. Wymowne: analiza biegłości czytania 15-latków (na podstawie danych z analiz PISA 2000) wskazuje, że lepiej wypadały kraje o długiej historii państwa opiekuńczego. Ponadto, dobre wyniki w czytaniu oraz małe nierówności społeczne charakteryzują narody „wyróżniające się silniejszymi świadczeniami socjalnymi”.
Kwestia ta łączy się z następnymi. Otóż skutki nierówności społecznych ujawniają się już we wczesnym okresie rozwoju dziecka, na długo przed rozpoczęciem formalnej edukacji. Wilkinson i Pickett przytaczają wyniki badań w Wielkiej Brytanii, wskazujące, że już trzylatki ze środowisk upośledzonych społecznie są edukacyjnie zapóźnione, nieraz nawet o rok w porównaniu z dziećmi z rodzin znajdujących się w lepszej sytuacji. Autorzy wskazują, jak sytuacja życiowa rodziców niejako automatycznie i powszechnie generuje problemy ich potomstwa, rozpoczynającego dopiero życie: ubodzy, zestresowani, pozbawieni wsparcia dorośli, żyjący w podobnym środowisku nie są w stanie zapewnić dzieciom kapitału społecznego, niezbędnego do awansu życiowego.
I tu następuje konkluzja, która w rodzimych warunkach musi brzmieć jak herezja, stanowi jednak wymowny znak tego, jak dalece w polskich realiach odbiegamy od standardów cywilizacyjnych, czy choćby teorii dyskutowanych na poważnie przez opinię publiczną innych krajów. Warto przytoczyć ją w całości: społeczeństwo może poprawiać jakość wczesnego dzieciństwa, zapewniając świadczenia rodzinne i korzystne zasady opodatkowania, mieszkania socjalne, opiekę zdrowotną, programy sprzyjające znalezieniu równowagi między pracą a życiem rodzinnym, egzekwowanie alimentów oraz, co chyba najważniejsze, zapewnienie wysokiej jakości edukacji wczesnodziecięcej. […] Eksperymenty wykazały, że dzieci ze środowisk społecznie upośledzonych, które otrzymują wysokiej jakości edukację wczesnodziecięcą, rzadziej potrzebują później kursów wyrównawczych, rzadziej wchodzą w konflikt z prawem, a w dorosłym życiu uzyskują lepsze zarobki. Państwowe nakłady na takie programy przynoszą wymierne zyski.
Warto podkreślić coś, co dobrze świadczy o rzetelności autorów i co znacząco podnosi jakość książki – Wilkinson i Pickett nie są zwolennikami jednego modelu standardów kulturowych. Egalitaryzm nie oznacza homogenizacji! Równość możliwości to nie „koszarowe społeczeństwo”. Autorzy wskazują na tę kwestię, opisując pułapki edukacji kształtowanej na modłę klasy średniej: Ludzie z klasy robotniczej w pewnym stopniu opierają się narzucaniu ich dzieciom edukacji i wartości typowych dla klasy średniej, gdyż zdobycie wykształcenia wymagałoby od nich rezygnacji z pewnych cenionych przez nich sposobów bycia. […] Rodziny te chcą dla swoich dzieci jak najlepiej, ale owo „najlepiej” to niekoniecznie oznacza: „wykształcenie, wykształcenie i jeszcze raz wykształcenie”. Ten opór nie oznacza braku aspiracji. Problemem jest jednak to, że w krajach o większych nierównościach rozziew między aspiracjami a faktycznymi możliwościami i rzeczywistymi oczekiwaniami jest większy. Autorzy „Ducha równości” wskazują na pozorny paradoks, zdiagnozowany podczas badań: aspiracje są wyższe w tych krajach, w których poziom osiągnięć w nauce jest niższy. W krajach tych więcej dzieci aspiruje do zawodu dającego wysoki status społeczny, ale mniej z nich uzyska odpowiednie kwalifikacje, aby taki zawód zdobyć.
W drugim rozdziale książki omówiona została także kwestia współczynnika pryzonizacji dla poszczególnych państw wysoko rozwiniętych. Statystyki wskazują, że współczynnik ten jest szczególnie wysoki w przypadku krajów o wysokim poziomie nierówności społecznych: USA i Wielkiej Brytanii. Dane są wymowne: od wczesnych lat 70. XX wieku więzienna populacja Stanów Zjednoczonych ciągle wzrasta. W 1978 roku za kratami było przeszło 450 tysięcy ludzi, w roku 2005 już przeszło 2 miliony. W Anglii w roku 1990 było 46 tys. uwięzionych, a w roku 2007 już 80 tysięcy: w lutym 2007 roku brytyjskie więzienia i areszty były tak przepełnione, że minister spraw wewnętrznych napisał okólnik do sędziów, zalecając zasądzanie kar więzienia tylko za najpoważniejsze przestępstwa. Natomiast – dla kontrastu – populacja więzienna w Szwecji przez całe lata 90. nie zmieniała się zasadniczo, w Finlandii zmalała, a w Danii i Japonii wzrosła stosunkowo nieznacznie (o 8 i 9 procent). Kraje te z kolei są państwami o wiele bardziej egalitarnymi, niż USA czy Wielka Brytania.
Co takiego dzieje się z poziomem przestępczości w USA i Wielkiej Brytanii, że tamtejsze współczynniki pryzonizacji rosną lawinowo? – pytają autorzy „Ducha równości”. Przede wszystkim, badania kryminologów Alfreda Blumsteina i Allena Becka przeprowadzone w USA w latach 1980–1996 wskazują, że tylko w 12 procentach odpowiada za to wzrost liczby przestępstw, związanych głównie z narkotykami. Natomiast pozostałe 88 procent bierze się z częstszego zasądzania kar pozbawienia wolności zamiast innych sankcji oraz z faktu, że zasądza się dłuższe wyroki. Może to brzmieć kuriozalnie, ale w 2004 r. w Kalifornii 360 osób odsiadywało wyroki dożywocia za… drobne kradzieże popełnione w sklepach. Również w Wielkiej Brytanii przyczyną wzrostu statystyk więziennych są dłuższe wyroki oraz częstsze stosowanie kar pozbawienia wolności za przestępstwa, które wcześniej karano grzywnami lub były dotychczas traktowane jako wykroczenia. Tam, gdzie coraz większe są nierówności, pełne więzienia okazują się zwodniczym panaceum na bolączki społeczne.
Trzecia część publikacji nosi tytuł „Lepsze społeczeństwo”. Tu z całą mocą ujawnia się służebny cel przyświecający badaniom Wilkinsona i Pickett: Jeśli mają powstać lepsze społeczeństwa, niezbędny jest wytrwały, zdeterminowany ruch w tym kierunku. Wymaga on kilku dekad konsekwentnych przemian politycznych. Aby się one dokonały, społeczeństwo musi wiedzieć, dokąd chce zmierzać. Działania dwójki naukowców przypominają najlepsze, niegdysiejsze wzorce aktywności społecznej polskiej inteligencji lewicowej. Równocześnie zadają kłam rozpowszechnionym opiniom, że taka postawa jest dziś niemożliwa czy nieracjonalna. Owszem, postawa i cele, jakie stawiają sobie Wilkinson i Pickett, wydawać się mogą utopijne, a wiara w to, że społeczeństwa ludzkie mają jeszcze egalitarny potencjał, możliwy do zrealizowania, może się jawić jako naiwna. W czasach, gdy bombardowani jesteśmy propagandą przekonującą, że logika globalnej, nieegalitarnej gospodarki wymaga coraz dalej idących ograniczeń opiekuńczych funkcji państwa i demontażu sfery publicznej, wizje i postulaty autorów „Ducha równości” są wyraźnym głosem sprzeciwu wobec tej „filozofii klęski”.
Według Wilkinsona i Pickett, najważniejszym „zadaniem społecznym” do wykonania jest obecnie wzbudzenie woli politycznej doprowadzenia do większej równości w społeczeństwie. Czy jest to możliwe? Badacze przekonują, że tak: bezalternatywność istniejącego systemu jest iluzją. Optymizm ma dawać wiedza, że rozwiązanie problemów jest możliwe. Świat, w którym możliwy będzie większy egalitaryzm, a co za tym idzie powszechniejszy dobrostan, to świat w którym przestaniemy bolączki „widzieć osobno”. To równocześnie świat, w którym ubożsi przestaną być traktowani w paternalistyczny sposób, jako „klienci” państwa, instytucji socjalnych czy organizacji charytatywnych. Nowa rzeczywistość wymaga właściwie zmian rewolucyjnych, choć, co wprost wynika z propozycji badaczy, możliwych na drodze reform, nie katastrof społecznych. Choć niewykluczone, że takiej katastrofy, katastrofy świata głębokich nierówności, właśnie doświadczamy. Zachęca się ludzi – stwierdzają autorzy „Ducha równości” – żeby się dużo ruszali, nie uprawiali seksu bez zabezpieczenia, mówili „nie” narkotykom, starali się zrelaksować, znajdowali równowagę między pracą a życiem prywatnym i spędzali z dziećmi czas w „wartościowy” sposób. Jedyne, co łączy wiele z tych polityk, to przekonanie, że biednych należy nauczyć bardziej rozsądnego postępowania. Oczywisty fakt, że owe problemy mają wspólne źródło w postaci nierówności dochodów i ubóstwa względnego, jakoś znika z pola widzenia.
Na drodze do lepszego, bardziej egalitarnego świata stoi egoizm bogatych i ich wpływ na resztę społeczeństwa. Z perspektywy neoliberalnej takie stwierdzenie jest bluźnierstwem. Autorzy „Ducha równości” stwierdzają, że konsumpcja ludzi bogatych osłabia u wszystkich innych poziom satysfakcji z tego, co mają, gdyż uświadamia im, że są gorsi. Richard Layard, założyciel Centrum Badań nad Wydajnością Ekonomiczną przy London School of Economics, przedstawił i oszacował na kartach książki „Happiness” ten dyskomfort uboższych i ubogich jako koszt, którym zamożniejsi dodatkowo obciążają społeczeństwo. Stąd powinni zań zapłacić tak jak za zanieczyszczający środowisko dym z komina. Straty pokryłoby obłożenie ludzi zamożniejszych dodatkowym 60-procentowym podatkiem. Jak zaznaczają przy tym Wilkinson i Pickett, Layard w swojej pracy nie wziął pod uwagę zagadnień, na których skupili się oni, czyli kwestii zdrowotnych i społecznych, które rodzą głębokie rozwarstwienie.
Istnieje jeszcze jeden, interesujący aspekt tego zjawiska. Robert Frank na kartach książki „Falling Behind: How Rising Inequality Harms The Middle Class” udowadnia, że liczba bankructw wzrasta najbardziej w tych rejonach USA, w których uprzednio najbardziej powiększyła się nierówność. Autorzy „Ducha równości” komentują ten fakt na dwa sposoby. Po pierwsze wskazują, że tam, gdzie rosną nierówności, jednostce trudniej utrzymać standard porównywalny ze standardem innych. Presja na wzmożoną konsumpcję skłania ludzi do ograniczania oszczędności i brania pożyczek. Ta konsumpcja bez faktycznego wzrostu ma być ich zdaniem jedną z przyczyn spekulacji finansowych, które doprowadziły do ostatniego kryzysu gospodarczego. Można zatem stwierdzić, że „strukturalna chciwość” to zamknięta spirala, wciągająca świat w kryzys. Po drugie, wydatki na reklamę zmieniają się wraz z poziomem nierówności. W krajach o większych nierównościach pochłania ona większą część produktu krajowego brutto. USA i Nowa Zelandia wydają na reklamę dwa razy więcej niż Norwegia i Dania.
Czy damy szansę równości? Wilkinson i Pickett tchną w czytelnika tę nadzieję. Opartą nie na mrzonkach czy mitologii, lecz na programie zmian opartych o ludzką wiedzę. I na – nie ukrywajmy – optymistycznej filozofii dziejów. Wiara w postęp, także w etyczne wydoskonalenie ludzkości, pojawia się niejednokrotnie na kartach tej książki. Autorzy cytują Martina Luthera Kinga: moralność wszechświata wędruje okrężną drogą, ale w końcu skłania się ku sprawiedliwości. A jeśli taka filozofia dziejów, taki pogląd jest nazbyt optymistyczny? Jeśli „moralność wszechświata” nie istnieje? To wcale nie oznacza, że nie warto walczyć o bardziej egalitarne, sprawiedliwe, bardziej przyjazne społeczeństwa. Nie ma wcale pewności, że ludzkość zachowuje się zawsze racjonalnie w jakimś wyższym, uniwersalnym tego słowa znaczeniu, ale „Duch równości” pokazuje, że istnieją racjonalne, naukowo opisane i udowodnione przesłanki po temu, iż koncepcje egalitarne mają sens. Tylko trzeba o nie walczyć. Ta książka jest bronią.
Richard Wilkinson, Kate Pickett, Duch równości. Tam, gdzie panuje równość, wszystkim żyje się lepiej, Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2011, przełożył Paweł Listwan.
przez Krzysztof Wołodźko | wtorek 24 kwietnia 2012 | opinie
Kilka miesięcy temu obejrzałem w przeznaczonej dla Polaków wersji MTV program, dzięki któremu po raz któryś w życiu poczułem, że poczucie zażenowania i nieledwie wściekłość świetnie się komponują. Nie będę tu jednak opowiadał o swoich uczuciach, choć uważam, że socjalizm to spora intensywność emocji plus egalitaryzacja. I ideowa dekapitacja liberałów razem z kawiorową lewicą, aż do chrupania karków w bieliźnie. Ale nie o tym będzie tym razem mowa.
Rzeczony program opierał się na tym, że chłopak czy dziewczyna mogli się umówić na randkę z jakąś gwiazdką naszej peryferyjnej sceny muzycznej. A mówiąc ściśle: z imitacją tej gwiazdki. Na podium wychodziły zatem jedna po drugiej dziewczyny udające Dodę, a jakiś jurny młodzian razem ze swoimi przyjaciółmi decydował, która z nich najbardziej mu odpowiada i z którą zamierza skonsumować randkę. Dziewczyny krygowały się, mniej lub bardziej (bez)pretensjonalnymi wygibasami i makijażem próbowały podkreślić swą „dodowatość” i „fajność”. Żarty fruwały w powietrzu jak zgniłe pomidory i ogólnie było sympatycznie i tandetnie. Szczęśliwy koniec polegał rzecz jasna na tym, że młodzian upatrzył sobie którąś „Dodę” i odeszli razem w siną dal, gdzie strumyk płynie z wolna, albo świat się śmieje. Czy jeszcze inaczej.
Pewnie nie jest to opowieść, którą da się zobrazować całą dzisiejszą Polskę, ale jakąś jej niepoślednią część – owszem. To jest historia – jeszcze jedna – o imitacji, o żerowaniu na uprzednio wykreowanych potrzebach. Jest to wreszcie opowieść o tym, jak wielki biznes robi ludziom wodę z mózgów. Ale jest to też historia o tym, że taka jest nasza rzeczywistość, takie są marzenia i rozrywki jakiejś części „zwykłych ludzi” i trzeba to przyjąć do wiadomości. Kiedyś twarz Poli Raksy, dziś Dody rozpala czyjeś marzenia. W końcu nie każdego musi porywać wolność prowadząca lud w kierunku Nowego Wspaniałego Świata, albo felietony prowincjonalnie zaangażowane Wołodźki.
Nie wpadając w fatalizm, frustrację czy protekcjonalny ton, ani w żadne inne inteligenckie sposoby radzenia sobie z oporem materii, trzeba dodać, że tak już jest urządzona rzeczywistość. Ktoś lubi Dodę, kto inny piosenki Kelusa. Albo lubi i Dodę, i Kelusa. Albo kiszone ogórki z bitą śmietaną do popołudniowej kawy z mlekiem. O gustach się nie dyskutuje, choć można z nich czasem pokpiwać. Osobiście lubię się czasem pośmiać i z plebejskich, i z inteligenckich gustów i guścików. Lubię też czasem i plebejskie, i inteligenckie dowcipy, przyjmuję je tak samo, jak biel i czerwień na polskiej fladze.
Jednak inteligenckie czy plebejskie zwyczaje, światopoglądy, gusta i rozrywki, to jedno. Znacznie ciekawsze jest to, jak mają się nieraz do siebie te światy. I jak są przeciw sobie rozgrywane. Zacznijmy od tego, że wielki przemysł rozrywkowy niejako pasożytuje na ludzkich gustach. Z prostych żartów robi z premedytacją żarty prostackie. Z ludzkiego zainteresowania rzeczami powszednimi i naturalnymi, w tym dotyczącymi płci, jedzenia i słabostek, robi spektakl nieokiełznanej głupoty, hedonizmu, ekshibicjonizmu. Wykorzystuje arcyludzkie skłonności i pragnienia, by karmić formatowanych odbiorców swoimi produktami, bynajmniej nie bezinteresownie. Już nie „Randka w ciemno” ze zwykłą dziewczyną, ale randka z imitacją Dody czy innej postaci nadreprezentowanej w kolorowych gazetkach. Rynek chce naszych uczuć, marzeń i tęsknot. I pieniędzy. A razem z forsą chce zabrać ludziom ich własne sny, zastępując je wyprodukowanymi przez speców od reklamy. I to mnie wkurza: nie „plebejskie gusta”, lecz nieustanny drenaż nie tyle ludzkich kieszeni, co marzeń. I tak mięsny jeż jest żenujący nie dlatego, że dla ludzi biesiadowanie przy suto zastawionym stole to wcielony w życie symbol spotkania, zgody, rodzinności, poczucia bezpieczeństwa, ale dlatego, że stanowi imitację i parodię czegoś zwykłego i w gruncie rzeczy bardzo potrzebnego.
Powyższe rozważania prowadzą do sprawy znacznie istotniejszej. Do problemu, który odnosi się też do życia politycznego czy społeczno-gospodarczego. Wszyscy znamy słowo „populizm”. Przywykłem już do tego, że różni mądrzy, światli, otwarci, odpowiedzialni i utytułowani, elokwentni i opiniotwórczy ludzie odmieniają to słowo przez wszystkie przypadki, gdy tylko zetkną się z czymś, co nie odpowiada ich kryteriom racjonalności i dobrego smaku, ich egoizmom klasowym i zależnościom towarzysko-biznesowym czy finansowym. A, prawdę mówiąc, nierzadko ani za ich dobry smak, ani za racjonalność nie dałbym złamanego grosza. Ba, powiem więcej, wolałbym nie raz i nie dwa skonsumować mięsnego jeża, niż przystać na ich życiowe mądrości.
Rozumiem, gdy słowem „populizm” jak wytrychem posługują się libertarianie czy konserwatywni liberałowie, otwarci katolicy, czy zamknięci w czterech ścianach swoich strzeżonych osiedli obywatele, uskrzydleni i/lub sfrustrowani własnym życiowym sukcesem, który zmusza ich do spłacania długoletnich kredytów, zobligowani – przykładowo – do produkowania rozrywki z imitacją Dody lub paradokumentów o mięsnym jeżu. Rozumiem, że słowo „populizm” jest dla nich wygodne, przyjemne w użyciu i pasuje do tych układanek, które mają w głowach. Każdy niepokój, każda niezrozumiała sytuacja społeczna, cudze obawy, aspiracje i gniew mogą z jego pomocą zapakować do odpowiedniej szuflady i mocno tam zatrzasnąć. Nie jestem ich terapeutą, ani komiwojażerem idei: nie będę chodził od drzwi do drzwi i pukał. Tym bardziej, że w odróżnieniu od Świadków Jehowy nie pokazałbym im pisemek, w których lew spoczywa obok baranka, a Królestwo Boże przypomina domek na amerykańskim przedmieściu z czasów prosperity. Bynajmniej, pokazałbym im coś zupełnie innego, co wygląda raczej jak „Sąd Ostateczny” Hansa Memlinga. Nie będę wyganiał ich ze świątyń, w których czczą mamonę i swoje klasowe fobie i fascynacje, bo boli mnie w krzyżu i zwyczajnie mi się nie chce.
Nie mogę natomiast zrozumieć (to figura retoryczna), dlaczego słowo „populizm” tak sobie upodobała część lewicy i jej celebryci. Oczywiście, lewicowi celebryci zawsze dodają do słowa populizm epitet „prawicowy”, żeby się jakoś odróżnić od swoich liberalnych kolegów i koleżanek, którzy zapraszają ich do rozgłośni, na łamy itd. Domyślam się, że część lewicowców używa słowa „populizm/prawicowy populizm”, żeby jakoś wyartykułować dezaprobatę wobec części tego nieszczęsnego polskiego ludu, który ma ich w swoim ciemnogrodzkim tyłku i za nic nie chce się nawrócić na światłe i postępowe poglądy i obyczaje, na inteligencki żargon i tym podobne atrakcje. Rozumiem, że część lewicowców nie może zaakceptować ludu, który najpewniej nie potrzebuje feministycznych wydarzeń w stylu niedawnych „Dni Cipki”, bo dawno odczarował to słowo przy pomocy „pornokultury”, z którą obeznani są już gimnazjaliści, albo porządnego, sprośnego żartu, jaki można usłyszeć przy szynkwasie w plebejskiej knajpie czy w pierwszym lepszym warsztacie samochodowym.
Otwarte pozostaje też pytanie, czy lud potrzebuje dobrych rad lewicowego celebryty co do tego, na kogo głosować lub nie, jak rozumieć słowo „patriotyzm” i co o nim sądzić, albo jak powinien pojmować swoje interesy klasowe. Bo czy się to lewicowym celebrytom podoba, czy nie, ze swoim nadużywaniem słowa „populizm” robią jedynie za pożytecznych idiotów u cwańszych i ważniejszych od siebie. Być może zresztą o tym wiedzą, ale już niespecjalnie mogą sobie pozwolić na luksus inny, niż dobra mina do złej gry.
Tu zastrzeżenie. Jestem za powszechną, egalitarną edukacją na wysokim poziomie. I tak dalej. Nie chcę, by władzę nad umysłami mas sprawowali spece od pichcenia mięsnego jeża. Ale rola tej edukacji powinna być służebna. Oświecenie, które ma oznaczać meblowanie ludzkich głów wedle jednego, narzuconego odgórnie wzorca, które stawia sobie za cel propagandę – jest czymś wstrętnym i zdecydowanie antyegalitarnym, aspołecznym. Jest załatwianiem własnych biznesów ponad głowami społeczeństwa. Chyba że dla kogoś socjalizm to strzeżenie interesów oligarchii plus arogancja. Ale takim socjalistom życzę ideowej dekapitacji. Aż do chrupania karków w bieliźnie. I mięsnego jeża zamiast kawioru na śniadanie, obiad i kolację. Smacznego.
Krzysztof Wołodźko
przez Krzysztof Wołodźko | wtorek 27 marca 2012 | opinie
Wsiadam do busa w Krakowie, wysiadam na prowincji, w miasteczku czy na wsi. Wewnątrz, jeśli jest tłoczono, nie pachnie zbyt zachęcająco, co zrozumiałe, bo ludzie są zmęczeni dniem, sfatygowani Polską, dźwigają torby i reklamówki, są po pracy, albo po dniu szukania pracy, lub po wielu godzinach załatwiania czegoś w urzędach, po wizytach w szpitalach, po kolejkach u doktora, albo wracają z uczelni, z imprezy, z łażenia po galeriach handlowych, z szukania okazji na lepsze życie. Jest w nich strach o przyszłość, wiara, nadzieja i miłość, troski rodzinne, zarzewia chorób, albo spustoszenia chorobą, do tego emocje nasze powszednie i jakiś urywek programu telewizyjnego, tlący się z tyłu głowy, czyjeś słowa i gesty, dotyki, obojętność, tkliwość. Gdy się na tak niewielkim obszarze, gdy bus jest przegrzany, wilgotny, lepki od człowieczeństwa, zgromadzi tyle osób, trudno, żeby pachniało fiołkami. I tak jest w porządku.
W busie gra zwykle Zetka, albo RMF, lub słychać kierowców klnących na siebie przez CB radio. Nie zawsze mogę zdzierżyć te odgłosy, wtedy zakładam słuchawki. A czasem słucham rozmów, czytam, patrzę przez okno na tę naszą III RP na żywo, nie zapośredniczoną przez media, nie poddaną obróbce, nie podawaną mi do wierzenia przez hochsztaplerów i speców od cudzych myśli.
W busie jest dobrze, apolitycznie. Przynajmniej z pozoru, ale to mi wystarcza. Jeśli są tu jacyś katoliccy neoliberałowie, feministki liberalne czy socjały nudne i ponure, ukryta opcja niemiecka, „żydokomuna”, „prawdziwki”, aktywny elektorat PO, PiS, RP czy SLD, to nic o tym nie wiem. Nie ma też znajomych z facebooka, udzielających się w mediach, wykładających na uczelniach, opiniotwórczych, znanych i cytowanych. Ot, widać jakichś ludzi: mają twarze, nie mają nazwisk, a przecież często jest odwrotnie: ludzie mają nazwiska, ale są bez twarzy. Ważne zresztą, że w busie ludzi widać. Jeden pan śpi ciężko rozwalony na siedzeniu, kawał chłopa, z sumiastym ryżym wąsem, z wielkimi, czerwonymi dłońmi, chropowatymi i napuchniętymi. Kobieta w brązowej kurtce i w niebieskich, spłowiałych dżinsach, w rozmywającym się makijażu i z przetłuszczonymi włosami, trzyma na rękach dziecko, różowe, pulchne, w różnokolorowej czapeczce i ze smarkiem u nosa. Młodzi udają, że ich tu nie ma, pilnie stukając w klawiaturę smartfonów, a kolor smartfonów jest czerwony, bo na nich azjatycka krew. Młodzieniec z lekko przygłupią twarzą opowiada coś komuś przez telefon polszczyzną tak połamaną, jakby sto lat i więcej żył pod wszystkimi zaborami na raz i żadna go Siłaczka, żaden doktor Piotr nie spotkał, nie pochylił się nad nim, ani żaden mu wielki pan czy dobra pani nie dali skrzypiec, stypendium i stancji.
Za szybą domy polskie, a to szpetne, a to całkiem ładne, a na bardzo wielu nieodzowny talerz cyfrowego Polsatu lub innego szanownego nadawcy, karmiącego masy podobną sieczką informacyjną i rozrywkową. Bo polska prowincja, którą naiwniacy albo cynicy podejrzewają o jakieś niezwykłe pokłady głęboko skrywanej, nieskażonej polskości, wcale się od miast wiele nie różni swoją popkulturą.
Jadę busem, wstaje pani, narzekająca wcześniej towarzyszce podróży, że musi nieczystości wylewać na drogę. Wysiada, kusa kurtka odsłania zielony, plastikowy pasek u spodni, buty lekko przybrudzone. Co zrobić, że zbrudzone? Marzec polski chlapie z dziur w asfalcie, z chodników nierównych, chlapie błotem i uderza nagle rozjechanym przez samochody odłamkiem chodnika, a chodzić trzeba, wychodzić trzeba za swoim, nie każdy Polak przecież zmieści się do inteligentnego biurowca, do full wypas bryki, którą podjeżdża wprost pod ganek wyczyszczony przez służbę. Nie wszędzie może być tak czysto, jak na ruchomych schodach w „Galerii Krakowskiej”, na których młode dziewczyny pokazują, że jeszcze są zwycięskie i świat przed nimi, choć w zębach już ubytki, bo jednak łatwiej o ciuch z wyprzedaży, niż o regularne wizyty u dentysty… Ale nie o tym, nie o tym była mowa.
Jadę busem do wieczoru na wsi, do księżyca w nocy. Jadę z Krakowa, z ponad dziesięciu lat życia, na wieś, czyli robię wycieczkę w głąb siebie, do kilkunastu lat dzieciństwa i dorastania. To inna wieś, wieczór inny i księżyc inny, inny też ja. I tu najważniejsze. Bo jeśli bliska jest mi wieś, to nie dlatego, że jest ostoją jakichś niezwykłych cnót, szlachetności, pobożności, nieskazitelnej chłopskiej mądrości, polskości a la PiS, jak to sobie wyobraża, albo podaje do wierzenia pewien publicysta, ale dlatego, że stamtąd jestem, że stamtąd są moje pierwsze sny, złudzenia i marzenia, prawdy o ludziach i świecie; bo jeśli bliska jest mi prowincja, to dlatego, że jest częścią prawdy o Polsce, jeszcze jedną jej blizną, historiami złymi i dobrymi. A że bywa szmatława, że ludzie potrafią być chciwi, okrutni, głupi, że znam jak zły szeląg ich przywary, to cóż – to życie, nie ma co go ani zbytnio przeklinać, ani malować sentymentalną pozłotką. Ale póki co jadę busem, niebo gwiaździste nade mną, a dziury w asfalcie i koleiny pode mną, a jedna pani drugiej pani opowiada, że TIR wypadł z drogi, a człowiek się spalił w domu w wiosce obok. Dom był stary, człowiek był stary i samotny, zwęglone życie, zwęglone miejsca. Na szczęście w busie gra Zetka i chwila zasłuchania w plastikową melodię odpędza myśli o zwęglonym skrawku świata i staruszku, który może zadusił się czadem, a może wcześniej ogień objął jego ciało i mężczyzna po raz ostatni w życiu nie był w nocy samotny. A jedna pani drugiej pani opowiada jeszcze, że ksiądz mówił, żeby młodzi chodzili na kursy przedślubne, bo później i tak pewnie wyjadą za granicę i będzie z tym kłopot.
Bus staje. Widać kiosk. W kiosku ta sama kolorowa prasa, co w mieście, tygodniki w większości te same, jedynie słuszne, liberalne lub konserwatywno-liberalne, papierosy, kosmetyki, słodycze, prezerwatywy, napoje te same, a w busie informacje w Zetce te same, co i w mieście. Gdyby pójść do okolicznego spożywczaka, to byłaby w nim ta sama wędlina, co w mieście, a czasem nawet gorsza, najtańsza. I chleb ze spulchniaczami, też taki jak w mieście. A jak sklep i kiosk, to cywilizacja, a jak cywilizacja, to śmieci walające się obok pełnego kosza, stojącego przy wiacie autobusowej. Bo wieś to też śmieci, takie same jak w mieście, tyle że czasem nawet bardziej rzucają się w oczy, gdy wiatr rozwiewa je po polu, rowie melioracyjnym, poboczach. Polska ziemia nie takie rzeczy przyjmowała. Nie wiem, jak patriotyczni publicyści łączą swoją okołoprowincjonalną mitomanię z tym syfem powszednim.
Bus rusza. Jeśli jadę popołudniu, w środku jest więcej młodzieży, ludzi w średnim wieku. A późnym wieczorem bus, który zatrzymuje się na Placu Centralnym, skręca jeszcze pod Hutę im. Sendzimira, gdzie wsiadają, mówiąc umownie, proletariusze, złączeni pod wiatą przystanku autobusowego, zmęczeni, senni, lekko apatyczni. Jest po 22.00, za pół godziny, godzinę będą w domu, a tam już kolacja, albo kolacja plus wszystkie nasze dzienne sprawy, albo kolacja plus wszystkie nasze dzienne sprawy plus telewizor, albo jeszcze co innego, smutki i radości, które są ich tajemnicą.
Późnym wieczorem w busie rządzą sen i księżyc, jeśli nie ma chmur. A jeśli są ciężkie obłoki, właściwie rządzi ciemność, polska prowincjonalna droga to przecież nie Stadion Narodowy, ba, polska prowincjonalna droga to także nie „Polska w budowie”, to po prostu skrawek lepiej lub gorzej połatanego asfaltu, na którego solidny remont nie ma pieniędzy. Zresztą, niektóre gminy dla oszczędności wyłączają po północy latarnie, a wtedy cywilizacja chowa się w ciemności przed naturą, co sprzyja romantyczności i patrzeniu na miesiączek nasz śliczny, wzniosłe konstelacje gwiezdne, a ze względu na walory estetyczne, skłaniające do głębokich refleksji etycznych, a może i doznań metafizycznych – zdecydowanie wzmaga uroki wiejskiego życia.
Jeśli ktoś jednak nie potrafi się skupić na tych urokach, jeśli nie ma dopłat z Unii, jeśli od księżyca woli dobry telewizor czy po prostu pewną pracę i dobrą płacę, dobrobyt w domu, albo sąsiedzką zazdrość, to wyjeżdża zagranicę z tej wsi polskiej urokliwej, gdzie roboty często nie ma, albo jest kiepsko płatna, bez umowy i za pocałowaniem w rękę, i wysiada z busa na przystanku „praca zagranicą” i tyle go widzieli: ojczyzna, miesiączek, a czasem też rodzina.
Bus staje. Na rynku w małej miejscowości otwarty sklep spożywczy, sieciówka taka jak w mieście. Rynek jest ładny, okolica górzysta, oddycham rześkim powietrzem, patrzę na plecy przygarbionej kobiety, drepczącej kilka kroków przede mną i mamroczącej do siebie najświętsze słowa swojego życia i naprawdę nie jest mi wszystko jedno. Obok przystanku tli się niedogaszony pet, ogieniek świeci nawet jaśniej niż lekko przyblakły księżyc, oswojony z wędrówką, którą znam jeszcze z dzieciństwa i może oglądał ją będę na starość.
Krzysztof Wołodźko
przez Krzysztof Wołodźko | wtorek 14 lutego 2012 | opinie
Sprawy związane ze Smoleńskiem nigdy nie wydawały mi się tematem na felieton dla „Nowego Obywatela”. Przede wszystkim dlatego, że jako pismo i środowisko nie zajmowaliśmy się nigdy tą kwestią w jakiś systematyczny sposób. Do sprawy Smoleńska, owszem, niejednokrotnie nawiązywała Joanna Duda-Gwiazda, przypominam sobie także swój tekst napisany dla uhonorowania tragicznie zmarłego prezydenta Polski, Lecha Kaczyńskiego, „Księga otwarta w przyszłość”. I pewnie nadal nie poruszałbym tutaj tego tematu, gdyby nie reakcje części lewicowych czytelników na felieton Joanny Gwiazdy, „Węgry naszym sojusznikiem”. Reakcje, mówiąc najoględniej, zacietrzewione.
Co do katastrofy smoleńskiej, przyznam, nie mam takiej pewności jak Joanna Gwiazda, że to zamach. Nie mam natomiast żadnych wątpliwości, że była to faktyczna tragedia o daleko idących konsekwencjach i ukazująca w bardzo złym świetle stan naszego państwa. Brak mi, owszem, pewności, że był to zamach, ale nie mam też pewności, że nie był to zamach. Wolałbym zaś nie zdawać się w takich sprawach na stwierdzenia typu „wierzę, że był to zamach” lub „nie wierzę, że był to zamach”, ze względu na ich ograniczoną wartość merytoryczną oraz własną przyrodzoną niechęć do potakiwania tym czy innym osobom lub osobnikom, sugerującym, co powinienem o danej sprawie myśleć.
Stąd, przyznam szczerze, właściwą treścią tego felietonu nie jest sam Smoleńsk, ale garść refleksji wysnutych po reakcjach na tekst działaczki pierwszej „Solidarności”. Reakcjach, które pokazują, jak bardzo sformatowane, żenująco „salonowe” i (zakładam, że nieświadomie) konformistyczne są opinie części lewicy, chlubiącej się swoją tolerancją, otwartością, światłym i nieuprzedzonym oglądem rzeczywistości.
Dezaprobatę wzbudził pogląd Joanny Gwiazdy, jakoby Smoleńsk był zamachem. Owszem, autorka nie do końca jest szczera ze swoimi czytelnikami, przychylnymi i nieprzychylnymi: nie mówi nam, czyim dziełem miałby być zamach: Platformy Obywatelskiej, władz rosyjskich, CIA, Mossadu, fundamentalistów islamskich? A może potencjalni zamachowcy działali wspólnie? Jako osoba publiczna, Joanna Gwiazda musi uważać na słowa: jasne sformułowania w tej kwestii mogłyby skończyć się procesem. Tak czy inaczej, kto stoi za zamachem, tego Pani Joanna nam nie mówi. Jej prawo, bodaj wszyscy unikamy w pewnych okolicznościach formułowania opinii, które narazić nas mogą na zbyt daleko idące kłopoty. Chyba że w ogóle nie mamy własnych opinii, albo skrupulatnie poddajemy się autocenzurze – żeby nie podpaść własnemu środowisku, kolegom i koleżankom z pracy, rodzinie, szefom, sitwom i koteriom. Chyba że mamy takie poglądy, z którymi żyje się nam na ogół lekko, łatwo i przyjemnie, bo co najwyżej niektóre z nich uchodzą za nieszkodliwe dziwactwa lub słabostki. Moja lojalność wobec Kościoła rzymskokatolickiego, jak sądzę, sporej części znajomych lewicowców wydaje się takim właśnie niegroźnym wariactwem. Ale nie o tym tu mowa.
Joanna Gwiazda pozwoliła sobie zatem, z punktu widzenia naszej światłej i tolerancyjnej lewicy, na dwie myślo- i słowozbrodnie. Pierwsza z nich to warunkowe poparcie dla rządu Viktora Orbana. Jak wiadomo z polskich i europejskich mediów, które obiektywizmem popisywały się już niejednokrotnie (m.in. w czasie bombardowań Serbii przez USA), Orban jest faszystą, niebezpiecznym populistą, nienawidzi Romów, z pewnością też Żydów, a najpewniej jeszcze bliższych części lewicy Palestyńczyków. I oczywiście jest skrajnym prawicowcem i krypto-liberałem. Nasi dzielni lewicowcy nie zniosą nigdy takiego typa.
Co prawda, część z nich równocześnie skłonna jest zauważyć pewne pozytywne cechy u Janusza Palikota, przecież też liberała. Ale Palikot jest przynajmniej antyklerykałem i piewcą obyczajowego libertynizmu, co czyni go postacią o wiele bardziej pozytywną od premiera Węgier, który być może troszczy się o Węgry, lecz źle się troszczy. A źle się troszczy, bo nie jest „nasz” i nie lubią go ci, z którymi „my” wolimy się lubić, przynajmniej w sprawach tak fundamentalnych, jak walka z faszyzmem, ksenofobią i nietolerancją. Tak zatem Orban jest faszystą, Gwiazdowie oszołomami, czy może „pojebami”, jak napisał u mnie na Facebooku jeden z lewicowców walczących o tolerancyjną, wolną od (katolickich) uprzedzeń Polskę. A światła polska lewica – nigdy sitwiarska i lokajska – nie zniesie faszyzmu i ciasnoty umysłowej. Pewnie dlatego, że obawia się konkurencji.
Druga z myślo- i słowozbrodni Joanny Gwiazdy to ów fatalny pogląd, że „Smoleńsk to zamach”. Tu już ciemnota i fanatyzm oraz prawactwo Gwiazdowej widoczne są jak na dłoni. Przecież żaden samodzielnie myślący człowiek, znaczy się z definicji każdy lokalny lewicowiec, czy to trockista, czy to „blumsztajnista”, czy to przeciętny, lewomyślny czytelnik przewodników „Krytyki Politycznej”, nie wpadnie na taki pomysł. Pewne poglądy są z definicji „prawicowe”: jak wiadomo, zamach to coś takiego, co się nie przydarza, a jeśli się przydarza, to musi wynikać np. z walki klas, albo żeby choć w „Gazecie Wyborczej” coś o tym było. Ewentualnie gdyby Žižek esej jakiś o zamachu w Smoleńsku napisał… Ale nie napisze, więc jakże to tak, żeby zamach? To tylko Gwiazdowa może wpaść na taki pomysł, zarażona prawackimi miazmatami.
Bo przecież prezydent był śmiesznym pisowskim facecikiem, Katyń to problem prawicy, patriotyzm to anachronizm, a Polska jest passé, w odróżnieniu od – dajmy na to – praw zwierząt i pogadanek o Lacanie. A w „Nowym Obywatelu” wszystko Gwiazdowej wydrukują, bo to przecież też faszyści, socjal-szowiniści trzymający się na ogół polskiego podwórka, gdy lewicowość powinna być zdecydowanie kosmopolityczna i bezpiecznie odległa od pewnych kwestii niewygodnych z punktu widzenia schlebiania sponsorom lewicy. Poza tym nie należy wyciągać zbyt daleko idących wniosków z faktu, że nawet „nasi prekariusze” mówią po polsku, niektórzy chodzą w niedzielę do kościoła a w dowcipach i przekleństwach używają brzydkiego słowo „pedał”, jak nie przymierzając pewna posłanka Sojuszu Lewicy Demokratycznej… Pech, co zrobić, że nie są bardziej europejscy i politycznie poprawni.
Szyderstwa szyderstwami, ale problem jest poważniejszy. Dotyczy bowiem tego, co można ogólnie zatytułować „lewica a sprawa polska”, czy też „lewica a suwerenność narodowa”. Lokalna lewica unika terminów w rodzaju „polskość”, „polski interes” itp., bo zwykle się boi, że wpadnie w „odchylenie nacjonalistyczne”. Wszak, jak wiadomo, Ala ma kota, a „robotnicy nie mają ojczyzny”. Zresztą, łatwiej dziś w Polsce o Alę i kota niż o robotnika, koszmarnie zatem upraszczając, część lewicy spokojnie może oddawać się walce z faszyzmem, nietolerancją (tą prawicową) i ciemnotą (także prawicową). Tudzież węszyć odstępców od jedynie słusznej doktryny, niezależnie, czy będzie to alterglobalizm, internacjonalizm czy jakiś inny światły „-izm”. A poza tym cieszyć się niepomiernie swoją etyczną i cywilizacyjną wyższością nad prawicowym ciemnogrodem.
Przecież żaden lewicowiec nie może, zgodnie z panującymi kanonami, mówić o patriotyzmie czy suwerenności narodowej. Co tam tradycje polskiej lewicy niepodległościowej, komuna pokazała, kto miał rację w tym sporze, a postkomuniści udowodnili wszem i wobec, że jako lewica „dają radę”… Od Millera przez Olejniczaka po Arłukowicza. I z powrotem. Ponadto każdy lewicowiec, który Gwiazdów nazwie „pojebami” lub z pobłażaniem zakwalifikuje Joannę Gwiazdową do leczenia psychiatrycznego, to człowiek umiaru i wyważonych sądów. Nie jego to wina, że ziemia musi ścierpieć ludzi o poglądach niewyważonych i nieumiarkowanych. A z takimi trzeba krótko: tolerancja tolerancją, ale to, co nam nie pasuje, odpowiednim słowem lub środowiskowym donosem w ziemię wdepczemy…
Czy Joanna Gwiazdowa ma rację, czy jej nie ma w kwestii Smoleńska – nie wiem. Czy Orban jest wrogiem lewicy? To mnie akurat mniej obchodzi, jeśli tylko uda mu się przywrócić społeczeństwu węgierskiemu dobrobyt, szacunek obywateli wobec własnego państwa, jeśli ukróci arogancję i wszechwładzę międzynarodowej finansjery i nie stanie się przy tym kimś w rodzaju Pinocheta czy Jaruzelskiego. A póki co nie grozi mu to. W każdym razie, bliżej mi do Gwiazdowej i Orbana (do nich, nie do „Klubów »Gazety Polskiej«” czy publicystów „Uważam Rze”) niż do śmiesznych uprzedzeń naszych lewicowców, histeryzujących, gdy spostrzegą myśli i działania nie pasujące do ich doktrynerskich wyobrażeń o prawicy i lewicy.
I to właśnie pod adresem tych jednomyślnie lewomyślnych, grzecznie pilnujących kanonu wierzeń światłych a „jedynie słusznych”, oburzonych, gdy im zgrzytnie opinia nie pasująca do zestawu tych wdrukowanych i słusznych poglądów, na straży których stoją różnej maści (drobni) cwaniacy, krzyknę: faszyzm nie przejdzie! Wasz faszyzm, towarzyszki i towarzysze, przyjaciele Wielkiego Brata.
Krzysztof Wołodźko