Podróż nazbyt sentymentalna

Pierwsze, zapamiętane długie oczekiwanie na opóźniony pociąg? To zdaje się mała, wielkopolska stacja Czempiń, mroźna zima może w połowie lat 80. Bodaj dwie godziny spóźnienia pociągu osobowego na trasie Poznań-Wrocław. Niebiesko-żółta jednostka z siedzeniami z brudno-brązowego skaju, oczekiwana tęsknie jak wizyta Gwiazdora (wielkopolski święty Mikołaj). Tyle że wtedy odziedziczony po Prusakach dworzec w Czempiniu miał jeszcze, obok poczekalni, duży, ciepły bufet.

Bufet został skutecznie na początku III RP zdekomunizowany, tj. odcięty od reszty dworca cegłami, szarą zaprawą i przerobiony na magazyny. Ale to nie był koniec skutecznej dekomunizacji: to, co pozostało z dworca, okoliczna młodzież na długie lata upstrzyła obyczajowo-wulgarnymi napisami od podłogi po sufit. Jak kapitalizm, to kapitalizm.

Tak, PKP, Anno Domini 2011 to naprawdę znakomity wehikuł czasu. To chyba wliczone jest w cenę biletu. Czasem te podróże w czasie łączą w sobie w jakiś perwersyjny sposób stare i nowe w arcypolski mix. Ot, środek zimy 2010, Warszawa Centralna, kolosalne opóźnienia, remontowany dworzec w stolicy nadwiślańskiego państwa pozbawiony świetlnych tablic informacyjnych, jeden oblegany punkt informacyjny, z megafonów dobiega jakiś niewyraźny pogłos. Trudno nawet uwierzyć megafonom, tu już nawet alegoria Kaczmarskiego na nic. Ścisk, chaos i dłużyzna opóźnień. Z jednego peronu raz za razem odjeżdżają bliżej niezidentyfikowane pociągi, co jeszcze wzmaga wrażenie pandemonium.

I w tym wszystkim, raptem, wybrzmiewa jasno i wyraźnie słyszany głos, że podróżni międzynarodowego pociągu, przebijającego się przez kraj papieża, Wałęsy i polskiej kiełbasy gdzieś na Zachód, proszeni są na gorącą kawę do „Strefy VIP”. I pomyślałem wtedy, że jednak w Polsce po „Solidarności” wciąż warto wyjeżdżać międzynarodowym pociągiem na Zachód. A jeśli, człowieku, akurat nie jesteś w trakcie takich wojaży, to wcale nie znaczy, żeś podróżnym drugiej kategorii, szarakiem czekającym na swoje InterRegio, czy nawet IC relacji Warszawa-Kraków. Po prostu nie dla wszystkich nastarczyło kawy. I to niczyja wina, że chamstwo wciąż się pcha na dworce, zamiast przesiąść się na jakieś bardziej wygodne środki transportu.

Przy odrobinie wyobraźni można by uznać, że to zaproszenie wybranych na kawę do „Strefy VIP”, ostentacyjnie podane przez megafony tłumowi zdezorientowanych, mocno poirytowanych, zmęczonych pasażerów, to symbol naszej rodzimej odmiany kapitalizmu. Symbol arogancji i nowych podziałów społecznych. Ale komu by się chciało wysilać na takie metafory, gdy marzy tylko, by wsiąść do pociągu byle jakiego.

Tak, a ten pociąg – wracając do czasów dzieciństwa – faktycznie wciąż jakiś byle jaki, lepki, albo przegrzany, albo wyziębiony, albo stoi w polu, a na zewnątrz polskie wiosna, lato, jesień, albo zima, a w środku płacz i zgrzytanie zębów, ucisk i strapienie, arogancka obsługa w WARS-ie, znudzony wszystkim konduktor, skonfundowany zagraniczny turysta, przyglądający się z bliska hiperborejskim porządkom, bo pechowo wsiadł nie do tego pociągu, o którym sądził, że kupił bilet, gdzieś w Toruniu czy Bydgoszczy.

I teraz nad cudzoziemcem złośliwie anty-polskojęzycznym stoi konduktor, i patrzą na siebie, i nic nie rozumieją, no, może oprócz tego, że konduktor wie, że cudzoziemiec jeszcze nie wie, że konduktor już wie, że zaraz wypisze „panu etranżerowi” odpowiednią dopłatę za ten luksus, jakim jest podróż pociągiem z mrugającym w usterce (albo i w rozterce) oświetleniem i zapchanym kibelkiem, bez wody w nieco przybrudzonym kranie, za to z mnóstwem szarych, papierowych ręczniczków na podłodze i kostką mydła przyklejonego do dna umywalki. I ten dyskretny zapach tytoniowego dymu w toalecie, i ten pet w ubikacji. Skąd on tam? „Elementarne, drogi Watsonie”: jesteśmy w Europie, „całkowity zakaz palenia”.

I za to wszystko należy się dopłata. Ale chyba najbardziej za widoki za oknem, za ten krajobraz pełen pól, lasów i łąk, ze słońcem odbijającym się obojętnie od dziesięcioleci w lekko przybrudzonych oknach, roziskrzającym kurz na niesfornych firankach drugiej świeżości.

I tak to się właśnie podróżuje, niby z punktu A do punktu B, a w gruncie rzeczy w przeszłość, brodzi się rzeczką czasu pod prąd, albo – trafniej – wydeptuje torami kolejowymi drogę w drugą stronę, a te tory kolejowe zarastają, rdzewieją, ktoś kradnie podkłady. I gdy zmorzy mnie sen, mijam w onirycznym widzeniu jedną po drugiej pustawe stacje, gdzie już nie uświadczysz bileciku z twardego kartonu, przyrdzewiałe tablice z nazwą przystanków, poniszczone ławki na peronach, zamknięte na cztery spusty toalety, cuchnące latem uryną i lizolem. I nie wiem, w pół uśpieniu, czy to „teraz”, czy „niegdyś”, czy to rok 2011, 1994, 1985, choć tyle się zmieniło przecież i wszystko jest bardziej światowe, anglojęzyczne, a w IC za darmo można dostać kawę i ciasteczko. Ot, peryferyjne, małe radości dla raczkujących jeszcze przedstawicieli cywilizacji zachodnioeuropejskiej.

Najciekawsze jest jednak w tym wszystkim, że naprawdę lubię podróżować PKP. Lubię przykleić nos do szyby, a wcześniej westchnąć z ulgą: „jedziemy”. I lubię podmiejskie jednostki pełne uczniów. I zadbany dworzec w Lesznie Wielkopolskim, gdzie podają niezłe hamburgery, a toaleta dworcowa jest naprawdę czysta. Ale to wszystko chyba, po trosze, dziwny sentymentalizm środkowoeuropejczyka, dla którego czas i miejsca zawsze wracają do jakiegoś magicznego punktu w przeszłości i nie pojmie tego mędrca „szkiełko i oko”.

Człowiek ponad świat

30 grudnia 1987 r., w dwudziestą rocznicę encykliki „Populorum progressio” Pawła VI, Jan Paweł II ogłosił encyklikę „Sollicitudo rei socialis”. Z okazji zbiegającego się w jednym dniu Święta Pracy oraz beatyfikacji Jana Pawła II, warto przypomnieć pokrótce treść tego dokumentu, który niejako antycypował upadek komunistycznych reżimów sterowanych z Moskwy, a równocześnie wyraźnie krytykował praktykę i teorię społeczno-gospodarczą globalnego kapitalizmu.

Jan Paweł II, ukazując horyzont ówczesnego świata, który w znacznej mierze wciąż odnosi się do naszych realiów, wskazywał na najbardziej niepokojące zjawiska końca XX wieku. Papieska krytyka rzeczywistości nie ma jedynie charakteru ekonomicznego, ale zawiera głęboki osąd etyczny, a w ostateczności, co nie może dziwić, rys eschatologiczny.

Jako bolączki Jan Paweł II wskazywał m.in. narastanie różnorakich dysproporcji między Północą i Południem. Zwracał przy tym uwagę na pewną umowność tej terminologii i fakt, że drastyczne różnice zachodzą nieraz również w obrębie poszczególnych państw i regionów, niezależnie od ich usytuowania na mapie globalnej. Przegląd różnych dziedzin – jak produkcja i rozdział żywności, higiena, zdrowie i mieszkania, zaopatrzenie w wodę pitną, warunki pracy, zwłaszcza kobiet, długość życia i inne wskaźniki ekonomiczne i społeczne daje w rezultacie niezadowalający obraz ogólny, czy to rozpatrywany sam w sobie, czy w stosunku do odpowiednich danych z krajów najbardziej rozwiniętych.

Jan Paweł II pokazywał, jak na kwestie z pozoru czysto materialne nakładają się kolejne problematy, związane czy to z kulturą, czy z kwestiami politycznymi i ustrojowymi, czy odnoszące się wprost do antropologii człowieka. Są to: analfabetyzm, trudność czy niemożność osiągnięcia poziomu wyższego wykształcenia, niezdolność do uczestnictwa w budowaniu własnego narodu, różne formy wyzysku czy ucisku ekonomicznego, społecznego, politycznego, a także religijnego osoby ludzkiej i jej praw, wszelkiego rodzaju dyskryminacje, zwłaszcza ta najbardziej odrażająca, oparta na różnicy rasowej. Jeśli którąś z tych plag odczuwa się w strefie najbardziej rozwiniętej Północy, to niewątpliwie występują one częściej, są trwalsze i trudniejsze do wykorzenienia w krajach słabiej rozwiniętych i mniej zaawansowanych.

Należy koniecznie – stwierdzał papież – napiętnować istnienie mechanizmów ekonomicznych, finansowych i społecznych, które, chociaż są kierowane wolą ludzi, działają w sposób jakby automatyczny, umacniają stan bogactwa jednych i ubóstwa drugich. Mechanizmy te, uruchomione – w sposób bezpośredni lub pośredni – przez kraje bardziej rozwinięte, sprzyjają – poprzez samo ich funkcjonowanie – interesom tych, którzy nimi manewrują, ale w końcu doprowadzają do zdławienia lub uzależnienia gospodarki krajów słabiej rozwiniętych. Już encyklika Populorum progressio przewidywała, że przy istnieniu takich systemów będzie się mogło powiększać bogactwo bogatych, przy równoczesnym utrwalaniu się nędzy ubogich. Potwierdzeniem tego przewidywania jest pojawienie się tak zwanego Czwartego Świata. Byłoby rzeczą ze wszech miar pożyteczną dziś, w czas beatyfikacji Jana Pawła II, zadać sobie pytanie, czy owe tendencje, które tak go niepokoiły pod koniec lat 80., uległy osłabieniu, czy wzmocnieniu? Czy świat, dotknięty niedawno globalnym kryzysem ekonomicznym jest bezpieczniejszy dla rzesz ludzkich, dla poszczególnych społeczności, narodów i państw? Czy jego struktury globalne gwarantują większą sprawiedliwość i dobrobyt ogółu?

Wizja przedstawiona w encyklice operuje dwoma, bynajmniej niesprzecznymi, pojęciami: globalizm i solidarność. Po pierwsze, mamy tu do czynienia z odczytaniem problemu globalizacji i jej procesów, zachodzących jako relacje między pierwszym, drugim, trzecim i czwartym światem. Zawsze pozostaje bardzo ścisła współzależność tych światów, która, jeśli nie liczy się z wymogami etycznymi, przynosi tragiczne skutki najsłabszym. Co więcej, owa współzależność, poprzez pewien rodzaj dynamiki wewnętrznej i pod działaniem mechanizmów, których trudno nie uznać za przewrotne, wywołuje negatywne skutki nawet w krajach bogatych. Po drugie, odpowiedzią na globalizację powinna być etyka solidarności: rozwój albo stanie się powszechny we wszystkich częściach świata, albo ulegnie procesowi cofania się również w strefach odznaczających się stałym postępem. Zjawisko to jest szczególnie znamienne dla natury prawdziwego rozwoju: albo uczestniczą w nim wszystkie narody świata, albo nie będzie to prawdziwy rozwój.

Równocześnie papież wskazywał, że na najgłębszym możliwym poziomie Kościół w swojej wizji stosunków społecznych nie opowiada się ani po stronie Zachodu, ani Wschodu. Napięcie między Wschodem i Zachodem nie dotyczy samo w sobie przeciwieństw między dwoma różnymi stopniami rozwoju, ale raczej między dwiema koncepcjami samego rozwoju ludzi i ludów; obydwie są niedoskonałe i wymagają gruntownej korekty. Omawiana przeciwstawność zostaje przeniesiona do tych krajów, przyczyniając się do powiększenia przedziału, który już istnieje na płaszczyźnie ekonomicznej między Północą i Południem i który jest wynikiem dystansu pomiędzy dwoma światami: światem bardziej i światem mniej rozwiniętym. Jest to jedna z racji, dla których społeczna nauka Kościoła jest krytyczna zarówno wobec kapitalizmu, jak i wobec kolektywizmu marksistowskiego. Rozpatrując bowiem rzecz z punktu widzenia rozwoju, trudno nie postawić pytania, jak i na ile oba systemy są zdolne do przemian i odnowy, tak by ułatwić lub popierać prawdziwy i integralny rozwój człowieka i ludów we współczesnym świecie?

Wobec upadku „kolektywizmu marksistowskiego”, zwyciężający na jego gruzach neokapitalizm popadł w swoisty triumfalizm ekonomiczny. Spora część jego wyznawców (w tym neofitów) także tu, w Polsce, wolałaby schować w cień tę niewygodną dla siebie prawdę, że społeczna nauka Kościoła bynajmniej nie pokrywa się z ich doktryną. O ile bowiem Kościół odnosi się z szacunkiem do własności prywatnej i różnorodnych form ludzkiej przedsiębiorczości, o tyle odrzuca również „ekonomicystyczne” traktowanie człowieka i społeczeństw. Ponadto, co w rodzimych, konserwatywno-liberalnych realiach może powodować zarzut dziwacznego „zlewaczenia” nauk Jana Pawła II, na kartach omawianej tu encykliki bardzo mocno podkreśla się etyczną odpowiedzialność człowieka nie tylko na gruncie ekonomii czy polityki oraz stosunków społecznych, ale np. stanowczo podnoszone są zagadnienia związane z szacunkiem dla zasobów naturalnych i środowiska przyrodniczego.

Brak szacunku wobec świata natury i jej delikatnego porządku wiąże się nie tylko z kwestiami ekonomicznymi, ale także z etyczną plagą hiperkonsumpcji: Nadrozwój, polegający na nadmiernej rozporządzalności wszelkiego typu dobrami materialnymi na korzyść niektórych warstw społecznych, łatwo przemienia ludzi w niewolników „posiadania” i natychmiastowego zadowolenia, nie widzących pewnego horyzontu, jak tylko mnożenie dóbr już posiadanych lub stałe zastępowanie ich innymi, jeszcze doskonalszymi. Jest to tak zwana cywilizacja „spożycia” czy konsumizm, który niesie z sobą tyle „odpadków” i „rzeczy do wyrzucenia”. Posiadany przedmiot, zastąpiony innym, doskonalszym, zostaje odrzucany bez uświadomienia sobie jego ewentualnej trwałej wartości dla nas lub dla kogoś uboższego. Wszyscy z bliska obserwujemy smutne skutki tego ślepego poddania się czystej konsumpcji: przede wszystkim jakiś rażący materializm, przy równoczesnym radykalnym nienasyceniu.

Znamienne, że właśnie zagadnienia ekonomiczne i redukcja człowieka do ekonomii, uczynienie z niego jedynie narzędzia przynoszącego utylitarny zysk lub stratę, wydają się dla Jana Pawła II najistotniejszymi. Sprowadzenie człowieka do roli trybu w maszynach ideologii podporządkowanych materialnym aspektom istnienia staje u korzeni nowożytnych problemów społeczeństw, czyniąc łatwiejszym manipulowanie osobami ludzkimi: Rozwój tylko ekonomiczny nie może wyzwolić człowieka, wprost przeciwnie, prowadzi do większego jeszcze zniewolenia. Rozwój, który nie obejmuje wymiarów kulturowych, transcendentnych i religijnych człowieka i społeczeństwa, im bardziej nie uznaje istnienia takich wymiarów i nie dostrzega w nich własnych celów i priorytetów, tym mniejszy ma wkład w prawdziwe wyzwolenie. Istota ludzka jest całkowicie wolna tylko wówczas, gdy jest sobą w pełni swoich praw i obowiązków; to samo trzeba powiedzieć o całym społeczeństwie.

Człowiek, jakim widzi go papież, wyrasta ponad świat, wyrasta ponad dzieła swej pracy, stąd czynienie go jeszcze jednym narzędziem, często gorszym od innych, godzi w samą istotę człowieczeństwa, w godność i suwerenność osoby ludzkiej. Niezależnie od tego, jak dziś w Polsce prawica chce i potrafi interpretować nauczanie Jana Pawła II, nie powinno to przeszkadzać ludziom lewicy czytać je bez uprzedzeń. Korzyścią z lektury może być choćby zrozumienie problemów i sprzeczności tkwiących w samych doktrynach lewicowych i próba ich intelektualnego przepracowania. Nie musimy czytać na kolanach – wystarczy, że będziemy czytać ze zrozumieniem. I krytycznie także wobec siebie.

Ostatecznie trzeba pamiętać, że właściwym horyzontem myślenia papieskiego nie jest żadna świecka doktryna, ale teologia i tradycja Kościoła. W tym fundamentalnym sensie przekaz encykliki „Sollicitudo rei socialis” leży „poza lewicą i prawicą”, choć z pewnością może i powinien być inspiracją dla wszystkich ludzi dobrej woli, niezależnie od ich zapatrywań światopoglądowych, społeczno-ekonomicznych czy politycznych.

Logika wiary, płomień idei

Wydawać by się mogło, że nie ma większego sensu publikacja w Polsce takiej książki, jak „Będziemy sądzeni z miłości”. Nic w niej bowiem nie pasuje do rodzimych wzorców katolicyzmu konserwatywno-liberalnego oraz bogoojczyźnianego. Ale jeśli chcecie poczuć ogień życia, koniecznie po nią sięgnijcie.

Opowieść Jima Foresta o życiu Dorothy Day nie jest suchym sprawozdaniem ani biografią o charakterze naukowym. Nie jest też sentymentalną opowiastką „ku pokrzepieniu serc”. Nie jest to wreszcie opowieść hagiograficzna, choć z całą pewnością pisana z wielką empatią i szacunkiem wobec bohaterki. To raczej biografia pełna literackich odniesień, subtelna w oddziaływaniu na uczucia i wyobraźnię czytelnika. Równocześnie, przez pryzmat życia założycielki pisma „The Catholic Worker” (Katolicki Robotnik) poznajemy te bardziej wstydliwe, a miejscami haniebne realia Stanów Zjednoczonych.

Książka pozwala też poznać kobietę, która przeszła na katolicyzm i w pełni poddała się wynikającym z tego rygorom, a równocześnie do końca życia sympatyzowała z mniej lub bardziej radykalną lewicą. Z całą świadomością żyła w ciągłym napięciu będącym konsekwencją tego faktu. A żyła tak zachowując zgodę z własnym sumieniem, traktując jako oczywiste i prawdziwe to, co wielu innym musiało wydawać się kuriozalne.

Przyszła na świat 8 listopada 1897 r., zmarła 29 listopada 1980 r. Zmienne koleje losów jej rodziny spowodowały, że już jako dziecko doświadczyła zarówno względnego dobrobytu, jak i upokorzenia wynikającego z niedostatku. Równocześnie, jak wspominała po latach, wynikająca z biedy konieczność intensywnej pracy fizycznej spowodowała, że nasiąkła filozofią pracy, ciesząc się z jej twórczych aspektów, ale również czerpiąc satysfakcję z ciężkiej i niezbędnej, dobrze wykonanej roboty.

Jej zrozumienie i empatia wobec ludzkiej biedy zaczęły objawiać się stosunkowo wcześnie i miały wymiar zarówno intelektualny, jak i uczuciowy, a ugruntowane były w doświadczeniach życiowych. Zaczęła czytać eseje Jacka Londona poświęcone walce klas, wielkie wrażenie zrobiła na niej powieść Uptona Sinclaira „Grzęzawisko”, zaczęła chodzić na długie wędrówki w kierunku przygnębiającej dzielnicy West Side. Dowiedziała się o istnieniu partii socjalistycznej Eugene Debsa i radykalnego związku zawodowego Industrial Workers of the World.

Doświadczenia te miały wymiar namysłu duchowego: Ludzie religijni uśmiechali się i przymilali do bogatych. […] Nigdy nie widziałam, by ktoś zdjął płaszcz i oddał go ubogiemu. Nie zauważyłam, by ktoś zaprosił na przyjęcie chromych, kalekich lub ślepych. Ta dziecięca przecież konstatacja będzie przez całe życie leżała u fundamentów jej postaw.

Mając szesnaście lat, Dorothy skończyła Waller High School. Dzięki znajomości łaciny i greki znalazła się w trójce uczniów, którzy otrzymali stypendium, co umożliwiło jej podjęcie nauki na uniwersytecie. Studiowała (krótko) na Uniwersytecie Illinois w Urbana, zdecydowała przy tym, że jej źródłem utrzymania będzie praca fizyczna: wiele razy zdzierałam skórę na plecach.

Z całą świadomością wybrała ubóstwo jako wyraz protestu wobec tego, co widziała wokół siebie: Ludzie niepełnosprawni, bez rąk czy nóg, niewidomi, osoby wyniszczone, z których całe człowieczeństwo zostało wyssane przez przemysł; rolnicy zastraszeni, okradzeni i pozostawieni z długami; przygnębione matki, z dziećmi trzymającymi się spódnic, noszonymi na rękach lub w łonach; ludzie schorowani i zniszczeni – wzywała mnie cała ta długa procesja osób potrzebujących. Gdzie się podziali wszyscy święci, którzy chcieliby spróbować zmienić porządek społeczny – nie tylko przewodzić niewolnikom, ale zwalczać niewolnictwo?

Z czasem rosło jej zaangażowanie w życie społeczne i polityczne. Day krótko działała w Partii Socjalistycznej. Jej przyjaciółką była m.in. Rayna Simons, późniejsza studentka moskiewskiego Instytutu Lenina, „szkoły dla rewolucjonistów”. Jednak Dorothy w swoim długim życiu zdecydowanie odżegnywała się od modelu sowieckiego.

W 1916 r. zamieszkała w Nowym Jorku. Każdy etap jej życia wiązał się z poznaniem nowych wymiarów ludzkiej nędzy. Wspaniałe miasto objawiło ciemne oblicze z całą mocą: Bezdomni i bezrobotni włóczyli się po ulicach. Głośny stukot pociągów i metra szarpał nerwy. Z gnijących ruder unosił się „taki smród, jak nigdzie indziej na świecie, i nie można było do niego przywyknąć. […] Nie był to zapach życia, lecz odór grobów”.

Znalazła odpowiednią dla siebie pracę, w redakcji gazety nowojorskich socjalistów, „The Call”. Z całą mocą wybuchła jej pasja reportażystki, a skromne życie niosło w sobie radość i żar, które przelewała na papier. Oddała niemal wszystkie posiadane pieniądze, poruszona opowieściami Elizabeth Gurley Flynn (późniejszej przewodniczącej amerykańskiej Partii Komunistycznej) o przemocy wobec górników strajkujących w Minnesocie. 21 marca 1917 r. z tysiącami Amerykanów na Madison Square Garden śpiewała „Międzynarodówkę”. Pisała: To było święto nadziei. Niebo zstępowało na ziemię.

W roku 1917 Dorothy Day po raz pierwszy trafiła do więzienia, za uczestnictwo w pikiecie sufrażystek przed Białym Domem. Kobiety podjęły strajk głodowy. Trzydziestodniowe doświadczenie więzienia, do którego trafiła niejako na własne życzenie, głęboko zapisało się w jej pamięci i stało częścią tożsamości. Z charakterystyczną dla siebie emfazą pisała: Wiedziałam, że nigdy już nie będę wolna, nie odzyskam wolności, mając świadomość, że na całym świecie za kratami są kobiety i mężczyźni, dziewczęta i chłopcy, zniewoleni, karani, odizolowani i cierpiący za zbrodnie, których wszyscy jesteśmy winni. […] Ludzie sprzedawali się za pracę, za czeki, a jeśli uzyskiwali wystarczająco wysoką pensję, cieszyli się szacunkiem. Jeśli ich oszustwa, kradzież, kłamstwo urastały do kolosalnych rozmiarów i odnieśli sukces, spotykała ich chwała, a nie potępienie.

Równocześnie jej dziecięce pragnienia religijne zyskiwały nowy wymiar. Jim Forest pisze: Tęsknota Dorothy Day za Bogiem często prowadziła ją do kościoła św. Józefa […], w którym czuła się jak w domu i doznawała pocieszenia. Choć niewiele wiedziała o wierze katolickiej, to jednak było jej dobrze w tym miejscu przeznaczonym do modlitwy. W 1919 r. zaczęła pracę w szpitalu Kings County na Brooklynie: Są chorzy, a w szpitalu nie mają dość pielęgniarek, które mogłyby się nimi zająć. […] Ubodzy cierpią. Muszę się nimi zająć. W Kings County poznała swoją pierwszą miłość, pielęgniarza Lionela Moise. Była dziewicą, dotąd panowała nad swoimi seksualnymi pragnieniami. Gdy stała się brzemienną, Moise doradził jej, by usunęła ciążę. Tak zrobiła.

Krótkie małżeństwo „spowodowane odrzuceniem” (cierpiała z powodu Lionela Moise), praca w City News Bureau w Chicago, przeprowadzka do Nowego Orleanu, gdzie została reporterem „The New Orleans Item”, katolicki kościół św. Ludwika – to kolejne, szybko po sobie następujące etapy życia. W Nowym Orleanie współlokatorka, komunistka, w dowód szacunku dla jej przekonań podarowała jej różaniec. Dziwne to było życie, dziwni ludzie otaczali młodą kobietę. Tancerki z nocnych lokali Dzielnicy Francuskiej podbiły jej oko. Doskonały temat na kolejny tekst! Opublikowała pierwszą książkę („The Eleventh Virgin”), klepała biedę, zadawała się z artystyczną bohemą. Poznała następną wielką miłość swego życia, Forstera Batterhama.

Modliła się, przesuwając paciorki różańca podarowanego przez komunistkę. Pisała: Modlę się, ponieważ jestem szczęśliwa, a nie nieszczęśliwa. Zwróciłam się ku Bogu nie w smutku, żalu czy rozpaczy, by uzyskać pocieszenie, by coś otrzymać. 4 marca 1926 r. przyszła na świat jej córka, Theresa. Batterham był przeciw jej rodzicielstwu, ale tym razem Dorothy nie uległa mężczyźnie. Pisała: Żadna istota ludzka nie może otrzymać i zachować w sobie tak wielkiej fali miłości i radości, jaką często czułam po narodzinach mojej córki.

W dramatycznych okolicznościach zdecydowała się rozstać z Batterhamem. 28 grudnia 1927 r. została ochrzczona w Kościele katolickim, powodowana głębokim przekonaniem, którego nie podzielał bodaj nikt z jej radykalnego środowiska. Wspominała: Korzenie [Kościoła katolickiego] sięgały czasów św. Piotra i zamiast chylić się ku upadkowi, cieszył się oddaniem wspólnot w każdym mieście, w którym mieszkałam. […] Jakże wielką siłą napędową jest radość! W przeszłości, kiedy czułam się nieszczęśliwa lub skruszona, zwracałam się ku Bogu, lecz to właśnie radość z urodzenia dziecka sprawiła, że dokonałam ostatecznego wyboru.

Równocześnie głęboko odczuwała, że w życiu społecznym Kościół jako instytucja niejednokrotnie sprzeniewierza się Ewangelii. Cierpiała, że ludzie Kościoła nie bronili dwóch włoskich emigrantów-anarchistów, Nicoli Sacco i Bartolomea Vanzettiego, oskarżonych o rabunek i morderstwo i w wyniku „pomyłki” sądowej skazanych na śmierć. Z goryczą odnotowywała: Oto przeszłam na stronę opozycji, ponieważ Kościół był identyfikowany z własnością, bogactwem, z kapitalizmem, z wszystkimi tymi siłami reakcji. […] tak bardzo pragnęłam połączyć ciało z duchem, ten świat z przyszłym.

Następnie był Wielki Kryzys, Marsz Głodujących na Waszyngton (30 listopada – 8 grudnia 1932 r.), oraz nowa ważna postać w jej życiu, Peter Maurin. Jego marzeniem był chrześcijański, agrarny anarchizm, porządek społeczny w którym łatwiej byłoby ludziom być dobrymi.

1 maja 1933 r. blisko 50 tys. osób odśpiewało na nowojorskim Union Square znienawidzone przez wielu strofy: Wyklęty powstań ludu ziemi… Trzydziestopięcioletnia Dorothy Day stała w tłumie i rozdawała pierwszy numer „Katolickiego Robotnika”. Pisma dla ludzi, którzy tłoczą się w schroniskach, by nie moknąć na deszczu, którzy pukają do wszystkich drzwi w daremnym poszukiwaniu pracy, którzy uważają, że nie ma nadziei na lepszą przyszłość i że ich los jest wszystkim obojętny. Peter Maurin: Chrystus wyrzucił kupców ze świątyni. / Lecz dziś nikt nie śmie / wyrzucić lichwiarzy / ze świątyni. / A nikt nie śmie / wyrzucić lichwiarzy / ze świątyni, / gdyż zaciągnęli oni kredyt / w świątyni… A może i świątynia zaciągnęła kredyty u kupców tego świata?

Jesienią 1933 r. było już oczywiste – stwierdza Forest – że „The Catholic Worker” odpowiadał rzeczywistym potrzebom czytelników. Niewiele tytułów odnotowało tak duży rozwój w pierwszym roku swojego istnienia […]. W ciągu kilku miesięcy liczba egzemplarzy jednego numeru wzrosła z 2500 do 75 000. Czytelnicy mieli poczucie, że są dla redaktorów kimś ważnym, że nie piszą do i dla nich doktrynerzy, ale przyjaciele, znający ich strapienia i nadzieje.

Day z początkiem zimy tamtego roku pisała do czytelników: Ludzie przychodzą do nas, pytają o zimowe ubrania i proszą o pomoc w znalezieniu mieszkań, których właściciele akceptują kwity pomocy społecznej. Smutny koniec 1933 r.: produkcja przemysłowa zmniejszyła się o połowę w porównaniu z rokiem 1929. Ponad trzynaście milionów ludzi straciło pracę. Większość amerykańskich banków upadła, te zaś, które przetrwały, zajmowały się odbieraniem domów, sklepów i gospodarstw tym, którzy nie byli w stanie spłacić kredytów hipotecznych. Jak grzyby po deszczu w całym kraju na każdym wolnym skrawku ziemi wyrastały […] dzielnice nędzy, w których budowano schroniska z puszek, kartonów i kawałków drewna. Nie istniał żaden system opieki społecznej.

Narodziny córki, przejście na katolicyzm, założenie „Katolickiego Robotnika” – to kamienie węgielne w życiu Dorothy. Gazeta stała się zaczynem kolejnych inicjatyw, bardziej praktycznych i wymagających. Zaczęły powstawać domy gościnne; w roku 1936 istniało ich już trzydzieści trzy. Przybywało obowiązków, ludzi, odpowiedzialności i trosk.

Day nie była typem „człowieka dobroczynności”, z takich czy innych względów „uprawiającego miłosierdzie”. Jej podejście do drugiej osoby bywało wręcz szaleńcze. Otrzymała w darze pierścionek z brylantem, który następnie ofiarowała samotnej kobiecie. Któryś z wolontariuszy zaprotestował, że lepiej byłoby sprzedać ten pierścionek i zapłacić za mieszkanie tej kobiety za cały rok. Dorothy odparła, że ta kobieta ma swoją godność i może zrobić z tym pierścionkiem, co będzie chciała. Może go sprzedać i zapłacić czynsz lub wyjechać na wakacje na Wyspy Bahama. Może też cieszyć się noszeniem go na palcu, tak jak kobieta, która przyniosła go do wspólnoty. „Czy wydaje ci się”, spytała Dorothy, „że Bóg stworzył brylanty jedynie dla bogatych?”.

Jednym z największych wyzwań, jakiemu przez lata musiała stawiać czoła Dorothy Day i jej środowisko, było zagadnienie pacyfizmu i nieodpowiadania złem na zło. Wojna domowa w Hiszpanii, II wojna światowa, konflikty zimnowojenne – były czasem próby. Amerykanie nie podzielali, a często nawet nie rozumieli pacyfistycznych przekonań Day: Publikujemy słowa Chrystusa, który jest zawsze z nami, do końca świata. „Miłujcie waszych nieprzyjaciół i módlcie się za tych, którzy was prześladują” […]. Nadal jesteśmy pacyfistami. Naszym manifestem jest »Kazanie na Górze«, co oznacza, że będziemy się starali wprowadzać pokój. Odpowiadając naszym zagorzałym przeciwnikom, nie będziemy brali udziału w zbrojnych konfliktach ani w produkcji broni, nie będziemy kupowali rządowych opasek popierających udział w wojnie ani nie będziemy namawiać innych, by to robili. […] Namawiam naszych przyjaciół i braci, by otaczali opieką chorych i rannych, by uprawiali ziemię i karmili głodnych, aby kontynuowali dzieło miłosierdzia.

Kontrowersyjny pogląd w tej fundamentalnej kwestii niejednokrotnie powodował spadek prenumeraty pisma i wywoływał konflikty z hierarchami Kościoła. Co ważne, Day nigdy nie dążyła do eskalacji konfliktów ze swymi pasterzami, w sytuacjach krytycznych umiała ustąpić. Tylko raz odmówiła posłuszeństwa, gdy w marcu 1951 r. nakazano zmianę nazwy pisma. Przedstawiła obszerną argumentację, w wyniku której urzędnicy kościelni uchylili polecenie.

Lata 50. to w Ameryce czas walki o prawa czarnoskórych. Dorothy Day włączyła się w nią, w 1956 r. postanowiła spędzić Wielki Post w chrześcijańskiej wspólnocie Koinonia w Americus (stan Georgia) w której czarnoskórzy i biali spokojnie żyli razem od 1942 roku, zajmując się pracą na roli i hodowlą zwierząt. Wspólnota ta z początkiem roku zaczęła spotykać się z różnorakimi szykanami, od bojkotu produktów i usług, przez strzały w kierunku jej budynków i domostw, aż po wysadzenie w powietrze sklepiku Koinonii. Ku Klux Klan na jej ziemiach palił krzyże. Reakcje na przybycie Day do Americus były złowrogie: okrzyki „kochanki czarnuchów”, „wstrętne komunistyczne dziwki”, aż po ostrzelanie jej samochodu przy stacji Drogi Krzyżowej…

Druga połowa życia Day to także czas podróży. Z pewnością ważne były dla niej wizyty w Rzymie, m.in. audiencja u Jana XXIII, na którą przybyła jako jedna z pięćdziesięciu „Matek Pokoju”. W 1965 r. przywiozła tam kilkaset egzemplarzy „Katolickiego Robotnika”, specjalnego numeru zatytułowanego „Sobór i bomba”: Właśnie miała zostać otwarta trzecia i ostatnia sesja soboru [watykańskiego drugiego]. Jej plan uwzględniał pracę nad tekstem, którego fragmenty wywołały silny sprzeciw amerykańskiego establishmentu wojskowego. Ostatecznie opublikowano go pod tytułem Gaudium et spes (Konstytucja duszpasterska o Kościele w świecie współczesnym).

W tym samym 1965 r. Wietnam stał się „ziemią palonych dzieci” (Daniel Berrigan SJ). Dorothy Day doznawała głębokiego poruszenia na myśl, że gdy jednych wojna unicestwiała lub okaleczała, inni żyli bezpiecznie i bogacili się na działaniach wojennych. Ruch Katolickiego Robotnika znów opowiedział się przeciw wojnie, ponownie wzbudzając gniew wielu Amerykanów. Odpowiedź Day była klarowna: Każdy rodzaj pracy, budowa, zwiększanie produkcji żywności, prowadzenie kasy pożyczkowej, praca w fabryce produkującej przedmioty, które zaspakajają ludzkie potrzeby, praca w rzemiośle – wszystko to może być dziełem miłosierdzia, w przeciwieństwie do działań wojennych. Po zakończeniu wojny wietnamskiej wyszło na jaw, że zarówno Day, jak i całym ruchem Katolicki Robotnik skrupulatnie interesuje się FBI. I to już od 1940 r.

Kolejne lata niosły nowe wyzwania, jak wielki strajk, który przyniósł powstanie Krajowego Związku Robotników Rolnych i dał choć na chwilę wielu pracownikom wytchnienie od hegemonii obszarników. Jeszcze jeden pobyt Dorothy w więzieniu. W 1971 r. Day odwiedziła Europę Wschodnią: Polskę, Bułgarię, Węgry, ZSRR. Dla niej, kobiety lewicy i katoliczki, Związek Radziecki był szczególnym wyzwaniem. Opowiadała: życie duchowe trwa nadal, mimo niewyobrażalnego cierpienia. Wizytę w mauzoleum Lenina wspominała następująco: zatrzymałam się, by zrobić znak krzyża i pomodlić się za tego człowieka, który spowodował takie przemiany na świecie.

W swoich ostatnich latach sporo chorowała, przeszła kilka zawałów. Robiła rozrachunek z życiem. Była dla wielu niemal świętą, ale napominała samą siebie: Powinnam się cieszyć, że jestem jedynie starą kobietą, jak dawno temu powiedział pewien mały chłopiec przy obiedzie w domu gościnnym w Rochester. Powiedział on wówczas: „Cały dzień opowiadali, że przyjeżdża Dorothy Day, no i przyjechała – i jest tylko starą kobietą!”.

Wierząca katoliczka może być kobietą lewicy. Logika wiary i logika miłosierdzia, logika idei i najgłębszych pragnień, wierność sumieniu – to znacznie więcej, niż konwenanse obyczajowe i klasowe, takie czy inne lojalności, a nawet uwarunkowania instytucjonalne czy ekonomiczne. Ale ten, kto tego nie pojmuje, powinien szybko odłożyć biografię Dorothy Day na półkę. Niepotrzebnie się zgorszy i niepotrzebnie zasieje w swojej duszy ziarno zwątpienia. Albo rozpali ogień. A to przecież zawsze niebezpieczne.

Krzysztof Wołodźko

Jim Forest, Będziemy sądzeni z miłości. Biografia Dorothy Day, Wydawnictwo Znak, Kraków 2010, przekład Dagmara Waszkiewicz.

______________

W „Obywatelu” nr 44 przeczytać można tekst poświęcony ruchowi Katolicki Robotnik.

Za murem normalności

Jednym z aspektów wykluczenia społecznego jest sposób traktowania przez społeczeństwo osób chorych psychicznie. Boleśnie przypomniały o tym niedawne wydarzenia w Starogardzie.

Świat za murem normalności pozostaje wstydliwie i głęboko ukryty w świadomości społecznej. Pomijając okazjonalne kampanie społeczne temat ten nie zajmuje mediów, nie odbywają się debaty publiczne dotykające tej kwestii – bo i po co, skoro „normalni ludzie” mają własne problemy. Choroba psychiczna, upośledzenie psychofizyczne wciąż w wielu przypadkach stygmatyzuje i wypycha poza nawias życia, nie mniej niż ubóstwo czy trwałe bezrobocie. To jedno. A drugie: chorzy zamknięci w zakładach zdani są na łaskę i niełaskę panujących tam warunków i obyczajów, niejednokrotnie wciąż urągających godności osoby ludzkiej. Mury wokół psychicznie chorych zbudowane są nie tylko z cegieł, ale także z obojętności „zwykłych ludzi” i ich niechęci wobec choroby, z karygodnych praktyk personelu medycznego oraz z oszczędzania na pacjentach przez instytucje publiczne.

W grudniu 2010 r. rzecznik praw dziecka przeprowadził kontrolę na Oddziale Psychiatrii Sądowej szpitala w Starogardzie Gdańskim, będącą reakcją na anonimowy list opisujący brutalne traktowanie przebywających tam nieletnich. W jej wyniku ustalono: Niższy personel, czyli niektórzy pielęgniarze, salowe i pielęgniarki, nie tylko zmniejszali racje żywnościowe dzieciom, ale też zjadali ich szpitalne posiłki, spożywali również żywność należącą do pacjentów. Pielęgniarze np. usypywali tzw. ścieżki z cukru pudru i detergentów pacjentowi uzależnionemu od narkotyków z komentarzem „wciągnij sobie”, na polecenie ordynatora oddziału zmuszano pacjentów do chodzenia na zebrania społeczności i zajęcia szkolne w slipkach na głowie. Dzieciom aplikowano zastrzyki z soli fizjologicznej oraz haloperidolu, jako sposób na zdyscyplinowanie, wyprowadzano boso na mróz i śnieg przed budynek szpitala. Niższy personel broni się, twierdząc, że realizował jedynie polecenia ordynatora. Nastoletniego pacjenta zapinano w pasy, ponieważ nie chciał brać udziału we wspólnym śpiewie…

Jakimi słowami określić zachowanie ludzi, których pieczy oddano chore psychicznie dzieci? Zobojętnienie? Zdziczenie? Wypalenie zawodowe? Brak sumienia i przyzwoitości? Poczucie bezkarności w kontakcie z ludźmi zdanymi na ich łaskę i niełaskę? Pogarda? Złość? To wszystko możliwe. Ale też przykład Starogardu nie jest odosobniony. Samo zagadnienie nie jest bynajmniej nowe, tyle że rzadko poruszane. Przecież chorzy psychicznie nie wyjdą protestować na ulice, nie staną pod Sejmem, nie mają swoich lobbystów. Nie zaoferują nikomu „wyjazdów szkoleniowych” do ciepłych krajów. Zamknięci w świecie choroby, odgrodzeni od rzeczywistego świata, zdani są na cudzą wolę, dobrą i złą.

W 2004 r. „Newsweek” opublikował artykuł pt. „Szpitale chore psychicznie”. Czytamy tam: W ubiegłym roku zespół ochrony zdrowia rzecznika praw obywatelskich przeprowadził kontrolę ośmiu szpitali (w Starogardzie Gdańskim, Drewnicy k. Warszawy, w Gostyninie, Stroniu Śląskim, Lubiążu k. Legnicy, Toszku k. Gliwic, Suwałkach i Pruszkowie). We wszystkich środki przymusu były traktowane jako „normalna procedura lecznicza” zamiast ostateczność. Ale przemoc fizyczna i psychiczna wobec chorych nie zaczęła się przecież w III RP, problem ten istniał już w PRL, praktycznie poza jakąkolwiek kontrolą społeczną. W demokratycznej Polsce szpitale psychiatryczne to wciąż zamknięte przed ludzkimi oczyma „rewiry”, a wstyd rodzin, lęk przed losem chorych, stygmatyzacja i poczucie bezradności (nieszczęsny problem kondycji społeczeństwa obywatelskiego!) powodują, że pacjentom pozostaje liczyć na anonimowe donosy osób, które poruszy sumienie.

Jean Vanier, założyciel chrześcijańskiej wspólnoty Arka, pisał w książce „Każda osoba jest historią świętą”: W 1964 roku, kiedy powstawała Arka, ciągle jeszcze bardzo wiele osób z upośledzeniami umysłowymi żyło zamkniętych w swoich domach przez rodziców. Sąsiedzi nie wiedzieli o ich istnieniu. Kiedyś, w pewnym gospodarstwie, spotkałem młodego mężczyznę związanego łańcuchami w garażu! Wiele z tych osób zamknięto w domach opieki, szpitalach psychiatrycznych, w brudnych i zaniedbanych przytułkach. W niektórych szpitalach znajdowały się ponure sale, gdzie upychano wszystkich tych ludzi razem i traktowano jak rośliny. Odczucie, że nie musimy sobie zaprzątać głowy problemami, które nas bezpośrednio nie dotyczą, powoduje, iż nie zastanawiamy się, w jakiej mierze opisana sytuacja odnosi się do dzisiejszych polskich realiów. Ludzie wykluczeni przez choroby, starość, zniedołężnienie czy nędzę, zamknięci w swoich ciałach bądź środowiskach jak w pułapkach, zepchnięci na margines społeczeństwa jako „nieproduktywni”; ludzie, którzy dla dość prymitywnie pojmowanej „ekonomii społecznej” istnieją jedynie jako „nie zwracający się wydatek” – nigdy nie znajdą zbyt wielu orędowników.

A jednak inny świat jest możliwy. A przynajmniej: możliwe jest budowanie innych światów, innych realiów, takich systemów wartości, które ocalają godność słabych i pomagają im żyć w społeczeństwie. Jednym z takich miejsc jest krakowski Pensjonat „U Pana Cogito”. W 2007 r. napisałem reportaż o tym niezwykłym przedsięwzięciu, dającym pracę ludziom dotkniętym kryzysami i chorobami psychicznymi. Agnieszka Lewonowska-Banach, kierownik Pensjonatu, mówiła wtedy: Nasza działalność mieści się w ramach gospodarki społecznej, o której wiele się dyskutuje, ale trudniej ją praktykować. […] Gospodarka społeczna to profesjonalna działalność gospodarcza, z której zysk przeznaczany jest na cele społeczne, przy dużym udziale osób, na rzecz których podejmuje się starania. Naszym zadaniem jest włączanie osób po kryzysach psychicznych w pełnoprawne życie rodzinne, społeczne. Praca, jak w przypadku każdego z nas, pozwala im godniej, lepiej żyć, zmienić swój status. Z tym wiąże się terapeutyczna rola pracy, wykonywanej codziennie, regularnie: nasi pracownicy mają po co wstać, umyć się, odpowiednio ubrać, elegancko wyglądać; są w kontakcie z innymi, nie są skazani na cztery ściany domu, czyjąś litość, rentę. Trzeba pamiętać, że bardzo często ludzie chorzy psychicznie nie tylko chowają się w domach, ale są w nich chowani przed oczyma świata; boją się wszelkich wyzwań i są w tym strachu utwierdzani.

Choroba psychiczna, podobnie jak starość, bieda, kalectwo czy „złe pochodzenie”, nie muszą być zatem, ostatecznie, przyczyną wykluczenia. Możliwe, że są raczej pretekstem do niego, łatwą wymówką dla naszej obojętności, dla lenistwa i krótkowzroczności elit politycznych, dla płycizny debat publicznych. Łatwiej jest przecież przemilczeć i zapomnieć, zgodzić się na cudzą tragedię, byle działa się poza naszym wzrokiem, pozornie bez konsekwencji dla naszego życia. Ale jeśli „normalność normalnych” ma być murem dla innych, to będzie ostatecznie jedynie żałosną podłostką. I wyrzutem sumienia. I lękiem przed przyszłością: dobra, którego odmówimy swoim bliźnim i nam z pewnością prędzej czy później odmówią…

Krzysztof Wołodźko

A jednak istniała

Nie sposób dobrze zrozumieć rozczarowanych III Rzeczpospolitą bez poznania losów wielu ludzi Pierwszej „Solidarności” – faktycznych pozytywnych bohaterów naszych przemian. Choć opowieść o nich często rodzi smutek, jest także pełna dumy i stanowi świadectwo godności człowieka.

Jedną z tych osób była Anna Walentynowicz. Książka „Anna Solidarność. Życie i działalność Anny Walentynowicz na tle epoki (1929-2010)” pióra Sławomira Cenckiewicza, ukazała się już po katastrofie smoleńskiej, w której zginęła także jej bohaterka. To najbardziej szczegółowa praca poświęcona legendarnej suwnicowej ze Stoczni Gdańskiej.

Już na wstępie autor podejmuje istotny problem: zapomnienia Walentynowicz w dzisiejszej Polsce. Cytuje artykuł z „Gazety Wyborczej” (sic!) z 1990 r.: Czy istniała Anna Walentynowicz? […] W piątkowym koncercie „Solidarności”, transmitowanym z Gdańska, Anna Walentynowicz tylko mignęła na ekranie w Operze Leśnej, i to nie przy okazji „stoczniowej”, lecz w filmie z Mszy odprawianej przez księdza Popiełuszkę. Andrzej Gwiazda, też z ekranu, zadał pytanie Jagielskiemu. Żadne z tych nazwisk w czasie uroczystości nie padło. […] „Solidarność” faktycznie tworzy historię. Czy nie nazbyt orwellowską?

W odautorskim komentarzu Cenckiewicz przypomina wątpliwe zasługi również środowiska „Gazety” w zamilczeniu Walentynowicz i manipulowanie wspominkami o niej, gdy była użyteczna. Jednak dziś z całym przekonaniem można stwierdzić, że Walentynowicz, owszem, istniała. Że nie zostanie zapomniana za sprawą wielu ludzi, także autora biografii. Jego blisko 800-stronicowa książka daje możność lepszego poznania i zrozumienia kobiety, która już za życia była postacią historyczną, ze wszystkimi tego konsekwencjami.

Książka ma dwie części: pierwsza o charakterze biograficzno-wspomnieniowym, druga to bogaty zbiór materiałów poświęconych Walentynowicz, z archiwów Służby Bezpieczeństwa i Milicji Obywatelskiej, zebranych od października 1978 do grudnia 1988 r.

Szczególnego przyspieszenia nabiera życie Walentynowicz w momencie wybuchu „Solidarności”. Jest to jednak konsekwencja jej wcześniejszych wyborów – etycznych, społecznych i politycznych. Bohaterka rozprawy Cenckiewicza nie była bowiem „człowiekiem znikąd”. Jest faktem dobrze oddającym cechy tamtego systemu, że pierwsze kontakty z bezpieką, w pierwszej połowie lat 50., zawdzięczała aktywności na niwie społecznej, nie stricte politycznej: Miała autentyczny autorytet i mandat załogi. Będąc wzorowym pracownikiem, w 1953 roku otrzymała Srebrny Krzyż Zasługi i została nawet matką chrzestną statku. […] To właśnie Anna Lubczyk [panieńskie nazwisko] odważnie zwracała uwagę na niesprawiedliwy sposób dysponowania funduszem socjalnym, kasą zapomogową i pożyczkową. Upominała się o należytą higienę i bezpieczeństwo pracy. Krytykowała nawet kierownictwo zakładu i zakładowych sekretarzy PZPR.

W efekcie, jesienią 1953 r. po raz pierwszy trafiła na przesłuchanie do stoczniowej komórki UB. Jak wspominała później: Jak na ironię, ciągle byłam tą robotnicą uśmiechającą się do świata z gazet i plakatów. Konflikt ten, co pieczołowicie ukazuje Cenckiewicz, narastał. Walentynowicz ledwo dorosła do roli pupila „władzy ludowej”, już przerodziła się we „wroga ludu”, choć jej działalność wciąż miała ten sam charakter: walki o bardziej ludzkie stosunki pracy i zgodność praktyki z hasłami widniejącymi na sztandarach.

Z czasem zainteresowanie policji politycznej osobą Walentynowicz uległo nasileniu. Oto przykładowa analiza jej osoby i działań, „arkusz ewidencyjny przeznaczonej do internowania A. Walentynowicz, Gdańsk, 28 XI 1980”: Dotychczasowa działalność A. Walentynowicz przy jej predyspozycjach do tworzenia dużych grup wskazują na liczne inklinacje w zakresie stworzenia niezależnego od władz ośrodka decyzyjnego posiadającego możliwość sabotowania zarządzeń i decyzji władz polityczno-administracyjnych. […] Odnotowano liczne przypadki sprowokowania zbiegowiska zarówno w miejscu pracy, jak i zamieszkania, w trakcie których w sposób tendencyjny i wrogi wypowiadała się na temat sytuacji w kraju. […] Bierze udział w spotkaniach z załogami zakładów pracy w różnych regionach kraju, w czasie których zabiera głos w sposób szczególnie wrogi pod adresem władz partyjno-administracyjnych.

Warto zwrócić uwagę, jak duże zagrożenie widziano w skromnej robotnicy. Cenckiewicz zauważa: …podczas ogólnokrajowej narady sekretarzy partyjnych […] I sekretarz KW PZPR w Gdańsku Tadeusz Fiszbach […] ubolewał nad publikacjami prasowymi niepotrzebnie „afirmującymi sylwetkę Walentynowicz”. Nieco później nie popełniono już takiego błędu i w tygodniku „Polityka” zdjęto artykuł Hanny Krall o Annie Walentynowicz. Już jesienią 1980 r. ludzie obozu władzy na tyle negatywnie postrzegali suwnicową ze Stoczni Gdańskiej, że podczas spotkań z delegatami „Solidarności” sugerowali, iż nie powinna ona uczestniczyć w dwustronnych rozmowach, gdyż przeszkadza to w porozumieniu. Można zatem stwierdzić z usprawiedliwionym sarkazmem, że zamilczanie Walentynowicz „zaczęło się w Gdańsku”, przetrwało przełom ustrojowy i stało się „dobrym obyczajem” mediów w wolnej Polsce.

Jakiej „Solidarności” chciała Walentynowicz? Jak ją rozumiała? Autor biografii stwierdza, że pojmowała związek jako szeroki, ogólnospołeczny ruch „integrujący i wyzwalający aktywność Polaków”. Ruch nie scentralizowany (i poddany dyktatorskim ciągotom Lecha Wałęsy), ale wspólnotowy: koncepcja jednościowa wyrażała całą istotę jej wizji walki o dobro społeczne przeciw totalitarnemu państwu. Nie była w tym marzeniu odosobniona. Józef Śreniowski, działacz KOR-u, wspomina: Chcieliśmy takiej „Solidarności” jak stoczniowa, jak ta z kart „Robotnika Wybrzeża” czy deklaracji, którą sam zredagowałem (Karta Praw Robotniczych). „Solidarności” jak z tekstu Anny Walentynowicz „Wolna dyskusja nad antrykotem”.

Jej postawę ideową i działalność można określić mianem radykalnych. Nie szukała kompromisu z władzą: zaangażowała się m.in. w ogólnopolski strajk ostrzegawczy 3 października 1980 r., przeciwko niewypełnianiu treści Porozumień Sierpniowych […]. Zdaniem Kuronia, Wałęsa zgodził się na strajk pod presją manifestacji zorganizowanej przez Walentynowicz. Z kolei w listopadzie tamtego roku przybyła osobiście wesprzeć strajk okupacyjny środowisk oświatowych, kulturalnych i służby zdrowia w Urzędzie Wojewódzkim w Gdańsku. Jej obecność legitymizowała opór i przydawała mu znaczenia – już to poświadcza faktyczną rolę Walentynowicz w ówczesnej opozycji. Tu należy dodać, że Cenckiewicz, opisując działalność swojej bohaterki i jej wagę, czyni to w dużej mierze przez pryzmat jej sporu z Lechem Wałęsą. Konflikt ten z czasem stawał się […] coraz bardziej publiczny i coraz bardziej wykraczał poza Trójmiasto. Sprawie cały czas przyglądała się SB.

Duża aktywność Walentynowicz (częste wyjazdy), a także jej ówczesna bliska współpraca z Jackiem Kuroniem, człowiekiem KOR-u, spowodowały, że traciła zaplecze we własnym miejscu pracy. Co więcej jeszcze, to ludzie „Solidarności” zgłaszali do bezpieki pretensje i żądania, by „ukrócić przywileje” Walentynowicz. Oto fragment notatki, zapisanej przez por. Łacha z Wydziału III „A” w Gdańsku po rozmowie z Tomaszem Moszczakiem i Alojzym Szablewskim z Komisji Zakładowej NSZZ „Solidarność” Stoczni Gdańskiej: …uwagę przykuwa fakt utraty zaufania wśród dawnych wielbicieli Jacka Kuronia oraz pogłębianie się konfliktu pomiędzy organizacją zakładową i Anną Walentynowicz. Ten ostatni akcent proponuję do wykorzystania operacyjnego w celu dalszej neutralizacji figurantki. Tymczasem wciąż aktywna Walentynowicz otwarcie mówiła o kuchni działalności związkowej, intrygach, walce o władzę, zdradzie ideałów Sierpnia ‘80.

O ile działalność Walentynowicz z czasów „karnawału” „Solidarności” czy lat 80. jest przynajmniej w zarysie znana, o tyle bardzo mało mówi się o jej aktywności w latach transformacji ustrojowej. Tymczasem w roku 1988 zrodziła się idea cyklu sympozjów „W trosce o Dom Ojczysty”, którego inicjatorką była m.in. „pani Ania”. Andrzej Gwiazda wspominał: Ania Walentynowicz zamartwiała się, kto wygłosi referaty, no bo jeśli o zdrowiu – to oczywiście musi być pani Kuratowska, jeśli o bezprawiu – oczywiście Romaszewscy itd. Gdy okazało się, że ci ludzie nas bojkotują, zapanowała czarna rozpacz. Tymczasem […] sympozjum bez wylansowanych nazwisk okazało się bardzo dobre merytorycznie. Jak stwierdza Cenckiewicz: Choć konferencja „W trosce o Dom Ojczysty” okazała się trafnym pomysłem i szybko zyskała rezonans w całym kraju, to jednocześnie w dobitny sposób ukazywała słabnącą pozycję polityczną środowiska, w którym od lat funkcjonowała Anna Walentynowicz. Gdy pod koniec lat 80. było już jasne, że o kształcie przemian w Polsce wespół z nomenklaturą PRL zadecyduje tzw. koncesjonowana opozycja, dla „radykałów” nie mogło być miejsca w głównym nurcie wydarzeń.

W lutym 1989 r. Walentynowicz została wyproszona przez Wałęsę z obrad Komitetu Obywatelskiego przy Przewodniczącym NSZZ „Solidarność”: jeśli pani będzie się upierać, to zawołam służbę i każę panią wyrzucić. Trudno oprzeć się refleksji, że faktycznie coś się już wtedy w Polsce zmieniło: dawny robotnik chciał wezwać „goryli”, by wyrzucić starą, jakże zasłużoną robotnicę… Notabene, jej pojawienie się wywołało konsternację wśród obecnych, m.in. Henryka Wujca, Jacka Kuronia, Tadeusza Mazowieckiego, Zofii Kuratowskiej, Adama Michnika, Bronisława Geremka, Andrzeja Stelmachowskiego.

Jednak środowisko „Gwiazdozbioru”, z którym utożsamiała się Walentynowicz, nie zamierzało poddać się bez walki. W styczniu 1989 r. znów ruszyło pismo „Poza Układem”. Cenckiewicz nieco miejsca poświęca także próbie reaktywowania Wolnych Związków Zawodowych. W skład Komitetu Założycielskiego weszli m.in. Joanna i Andrzej Gwiazdowie, Henryka Krzywonos – i Anna Walentynowicz.

Polem jej działalności było wówczas także powołane do życia przez Konwersatorium Sierpień ‘80 na Uniwersytecie Gdańskim. W październiku 1990 r. w kościele parafialnym w Suchowoli odsłonięto pomnik ks. Jerzego Popiełuszki, który powstał w znacznej mierze dzięki wytrwałym zabiegom Anny Walentynowicz. Dwa miesiące później – przypomina Cenckiewicz – Polska Rzeczpospolita Ludowa oficjalnie przestała istnieć, a wybranym w wolnych wyborach prezydentem Rzeczpospolitej Polskiej został Lech Wałęsa.

Walentynowicz, by posłużyć się nomenklaturą z czasów PRL, na początku lat 90., w III RP, wciąż była „warchołem”: brała udział w strajku organizowanym w Stoczni w marcu 1991 r., negocjowała warunki ugody i parafowała porozumienia płacowe. Prezydent Wałęsa chciał ją przeciągnąć na swoją stronę, proponując współpracę w walce „z Michnikami i Kuroniami”. Ona jednak odmawia, opowiada się po stronie reaktywowanych Wolnych Związków Zawodowych. Ich idea głosi: Musi skończyć się bezkarność polityków, którzy za zdradę przy Okrągłym Stole zażądali dla siebie władzy, przywilejów i pieniędzy, z jednej strony od komunistów, z drugiej – od kół finansowych Zachodu. Ci sami ludzie od społeczeństwa zażądali wyrzeczeń. WZZ-y wezwały do bojkotu wyborów z 5 października 1991 r.

Gdzie było wtedy miejsce dla Walentynowicz w życiu publicznym? Cenckiewicz przypomina: Nadziei na jakieś głębsze zmiany Walentynowicz nie wiązała również z rządem Jana Olszewskiego. Później bywała na kongresach Ruchu III Rzeczpospolitej (Jana Parysa) i Ruchu dla Rzeczpospolitej (Jana Olszewskiego), ale z żadnym ze stronnictw nie chciała się wiązać na stałe.

Rozdział poświęcony życiu Walentynowicz w III RP jest w książce Cenckiewicza najbardziej skrótowy, fragmentaryczny. Tymczasem wydaje się, że dogłębne zrozumienie jej aktywności właśnie w tym okresie, szczegółowa analiza postaw i wyborów ideowych rzucałyby szersze światło na fenomen współczesnej Polski. Być może potrzeba jeszcze czasu, dystansu, może następnego pokolenia historyków, uwolnionych także od brzemienia „tu i teraz”, by lepiej uchwycić poznawczo sylwetkę Anny Walentynowicz po roku 1990. Brakuje w pracy historyka również pogłębionego tła historycznego i politycznego w opisie ostatnich dwudziestu lat życia Walentynowicz, co w porównaniu z zawartością poprzednich rozdziałów książki stanowi znaczny mankament. Bo choć zepchnięta w cień, Walentynowicz swoją postacią poświadczała prosty i przykry fakt, że czegoś we współczesnej Polsce zabrakło, skoro ludzie jej pokroju, choć różni od niej, dziwnym trafem podobnie nie mogli zająć godnego siebie miejsca, że – często zarówno w sensie ekonomicznym, jak i etycznym i symbolicznym – oni również zostali „ofiarami transformacji”.

Z pewnością Cenckiewicz uprzytamnia czytelnikom ważną rzecz: lata 90. i początki XXI wieku to dla jego bohaterki czas podwójnie trudny. Z jednej strony kłopoty finansowe, z drugiej zrozumiałe poczucie krzywdy i niesprawiedliwości, jaka stała się udziałem nie tylko jej, ale również wielu innych osób, których wysiłek zmagań o lepszą Polskę został zapoznany i zmarnotrawiony nie bez udziału dawnych „towarzyszy walki”. Kwestią otwartą pozostaje pytanie, dlaczego Walentynowicz, ikona robotniczej „Solidarności”, stała się postacią kojarzoną przede wszystkim z rodzimą prawicą.

Ogromne wrażenie robi jej nieustanna działalność społeczna, zaświadczająca o potężnej energii życiowej tej kobiety; działalność praktycznie przemilczana przez środki przekazu. Cenckiewicz relacjonuje: …odwiedzała Polaków w dalekim Kazachstanie i Uzbekistanie. Angażowała się w remont domu, w którym mieszkała w Wilnie św. Faustyna Kowalska. Inicjowała wystawy i konferencje poświęcone Sybirakom i „dzieciom tułaczom”. […] Zaangażowanie w sprawy kresowe było zresztą charakterystyczne dla całej drogi życiowej Anny Walentynowicz. […] Nie zapominała o najsłabszych, o tych, którzy tracili pracę. […] W ciągu ostatnich 20 lat zorganizowała kilkanaście kolejnych sympozjów z cyklu „W trosce o Dom Ojczysty”.

Czy Walentynowicz nie znalazła dla siebie miejsca w III RP? Inaczej: nie było tu dla niej miejsca w głównym nurcie wydarzeń i mediów. Niewykluczone, że przyczynił się do tego, obok wyborów politycznych, jakich dokonała, jej charakter, przez wielu określany jako niełatwy. Przez dobór przyjaciół i towarzyszy, przez swój bardzo mocno podkreślany katolicyzm i patriotyzm, stała się osobą dobrze widzianą przede wszystkim w środowiskach, które opisuje się z reguły jako „skrajnie prawicowe” i „oszołomskie”. A przy tym, czy racji nie ma Joanna Gwiazda, cytowana w książce Cenckiewicza: Los Anny jest typowy dla wielu polskich robotników i niezwykły ze względu na Jej siłę charakteru, mądrość i uczciwość.

Do kogo zatem należałoby moralne prawo negowania jej wyborów? Można je przyjąć lub nie, lecz trudno z czystym sumieniem dokonać ich deprecjacji. Tak wiele z polskich dziejów i ich paradoksów, z narodowych nieszczęść i powodów do dumy mieści się w życiu tej kobiety. Książka Sławomira Cenckiewicza pozwala lepiej to zrozumieć i zaakceptować także jej słabości.

Była prawdziwym człowiekiem, pełną emocji i temperamentu kobietą. Nie można jej życiu zarzucić letniości, tej letniości, która stała się kamieniem węgielnym pod dzisiejszą polską bylejakość i marazm. Pewnie dlatego kłamstwa i przemilczenie nie mogły zwyciężyć w bitwie o pamięć o tej postaci.

Krzysztof Wołodźko

Sławomir Cenckiewicz, Anna Solidarność. Życie i działalność Anny Walentynowicz na tle epoki (1929-2010), Wydawnictwo Zysk i S-ka, Poznań 2010.

Nie sposób dobrze zrozumieć rozczarowanych III Rzeczpospolitą bez poznania losów wielu ludzi Pierwszej „Solidarności” – faktycznych pozytywnych bohaterów naszych przemian. Choć opowieść o nich często rodzi smutek, jest także pełna dumy i stanowi świadectwo godności człowieka.

Jedną z tych osób była Anna Walentynowicz. Książka „Anna Solidarność. Życie i działalność Anny Walentynowicz na tle epoki (1929-2010)” pióra Sławomira Cenckiewicza, ukazała się już po katastrofie smoleńskiej, w której zginęła także jej bohaterka. To najbardziej szczegółowa praca poświęcona legendarnej suwnicowej ze Stoczni Gdańskiej.

Już na wstępie autor podejmuje istotny problem: zapomnienia Walentynowicz w dzisiejszej Polsce. Cytuje artykuł z „Gazety Wyborczej” (sic!) z 1990 r.: Czy istniała Anna Walentynowicz? […] W piątkowym koncercie „Solidarności”, transmitowanym z Gdańska, Anna Walentynowicz tylko mignęła na ekranie w Operze Leśnej, i to nie przy okazji „stoczniowej”, lecz w filmie z Mszy odprawianej przez księdza Popiełuszkę. Andrzej Gwiazda, też z ekranu, zadał pytanie Jagielskiemu. Żadne z tych nazwisk w czasie uroczystości nie padło. […] „Solidarność” faktycznie tworzy historię. Czy nie nazbyt orwellowską?

W odautorskim komentarzu Cenckiewicz przypomina wątpliwe zasługi również środowiska „Gazety” w zamilczeniu Walentynowicz i manipulowanie wspominkami o niej, gdy była użyteczna. Jednak dziś z całym przekonaniem można stwierdzić, że Walentynowicz, owszem, istniała. Że nie zostanie zapomniana za sprawą wielu ludzi, także autora biografii. Jego blisko 800-stronicowa książka daje możność lepszego poznania i zrozumienia kobiety, która już za życia była postacią historyczną, ze wszystkimi tego konsekwencjami.

Książka ma dwie części: pierwsza o charakterze biograficzno-wspomnieniowym, druga to bogaty zbiór materiałów poświęconych Walentynowicz, z archiwów Służby Bezpieczeństwa i Milicji Obywatelskiej, zebranych od października 1978 do grudnia 1988 r.

Szczególnego przyspieszenia nabiera życie Walentynowicz w momencie wybuchu „Solidarności”. Jest to jednak konsekwencja jej wcześniejszych wyborów – etycznych, społecznych i politycznych. Bohaterka rozprawy Cenckiewicza nie była bowiem „człowiekiem znikąd”. Jest faktem dobrze oddającym cechy tamtego systemu, że pierwsze kontakty z bezpieką, w pierwszej połowie lat 50., zawdzięczała aktywności na niwie społecznej, nie stricte politycznej: Miała autentyczny autorytet i mandat załogi. Będąc wzorowym pracownikiem, w 1953 roku otrzymała Srebrny Krzyż Zasługi i została nawet matką chrzestną statku. […] To właśnie Anna Lubczyk [panieńskie nazwisko] odważnie zwracała uwagę na niesprawiedliwy sposób dysponowania funduszem socjalnym, kasą zapomogową i pożyczkową. Upominała się o należytą higienę i bezpieczeństwo pracy. Krytykowała nawet kierownictwo zakładu i zakładowych sekretarzy PZPR.

W efekcie, jesienią 1953 r. po raz pierwszy trafiła na przesłuchanie do stoczniowej komórki UB. Jak wspominała później: Jak na ironię, ciągle byłam tą robotnicą uśmiechającą się do świata z gazet i plakatów. Konflikt ten, co pieczołowicie ukazuje Cenckiewicz, narastał. Walentynowicz ledwo dorosła do roli pupila „władzy ludowej”, już przerodziła się we „wroga ludu”, choć jej działalność wciąż miała ten sam charakter: walki o bardziej ludzkie stosunki pracy i zgodność praktyki z hasłami widniejącymi na sztandarach.

Z czasem zainteresowanie policji politycznej osobą Walentynowicz uległo nasileniu. Oto przykładowa analiza jej osoby i działań, „arkusz ewidencyjny przeznaczonej do internowania A. Walentynowicz, Gdańsk, 28 XI 1980”: Dotychczasowa działalność A. Walentynowicz przy jej predyspozycjach do tworzenia dużych grup wskazują na liczne inklinacje w zakresie stworzenia niezależnego od władz ośrodka decyzyjnego posiadającego możliwość sabotowania zarządzeń i decyzji władz polityczno-administracyjnych. […] Odnotowano liczne przypadki sprowokowania zbiegowiska zarówno w miejscu pracy, jak i zamieszkania, w trakcie których w sposób tendencyjny i wrogi wypowiadała się na temat sytuacji w kraju. […] Bierze udział w spotkaniach z załogami zakładów pracy w różnych regionach kraju, w czasie których zabiera głos w sposób szczególnie wrogi pod adresem władz partyjno-administracyjnych.

Warto zwrócić uwagę, jak duże zagrożenie widziano w skromnej robotnicy. Cenckiewicz zauważa: …podczas ogólnokrajowej narady sekretarzy partyjnych […] I sekretarz KW PZPR w Gdańsku Tadeusz Fiszbach […] ubolewał nad publikacjami prasowymi niepotrzebnie „afirmującymi sylwetkę Walentynowicz”. Nieco później nie popełniono już takiego błędu i w tygodniku „Polityka” zdjęto artykuł Hanny Krall o Annie Walentynowicz. Już jesienią 1980 r. ludzie obozu władzy na tyle negatywnie postrzegali suwnicową ze Stoczni Gdańskiej, że podczas spotkań z delegatami „Solidarności” sugerowali, iż nie powinna ona uczestniczyć w dwustronnych rozmowach, gdyż przeszkadza to w porozumieniu. Można zatem stwierdzić z usprawiedliwionym sarkazmem, że zamilczanie Walentynowicz „zaczęło się w Gdańsku”, przetrwało przełom ustrojowy i stało się „dobrym obyczajem” mediów w wolnej Polsce.

Jakiej „Solidarności” chciała Walentynowicz? Jak ją rozumiała? Autor biografii stwierdza, że pojmowała związek jako szeroki, ogólnospołeczny ruch „integrujący i wyzwalający aktywność Polaków”. Ruch nie scentralizowany (i poddany dyktatorskim ciągotom Lecha Wałęsy), ale wspólnotowy: koncepcja jednościowa wyrażała całą istotę jej wizji walki o dobro społeczne przeciw totalitarnemu państwu. Nie była w tym marzeniu odosobniona. Józef Śreniowski, działacz KOR-u, wspomina: Chcieliśmy takiej „Solidarności” jak stoczniowa, jak ta z kart „Robotnika Wybrzeża” czy deklaracji, którą sam zredagowałem (Karta Praw Robotniczych). „Solidarności” jak z tekstu Anny Walentynowicz „Wolna dyskusja nad antrykotem”.

Jej postawę ideową i działalność można określić mianem radykalnych. Nie szukała kompromisu z władzą: zaangażowała się m.in. w ogólnopolski strajk ostrzegawczy 3 października 1980 r., przeciwko niewypełnianiu treści Porozumień Sierpniowych […]. Zdaniem Kuronia, Wałęsa zgodził się na strajk pod presją manifestacji zorganizowanej przez Walentynowicz. Z kolei w listopadzie tamtego roku przybyła osobiście wesprzeć strajk okupacyjny środowisk oświatowych, kulturalnych i służby zdrowia w Urzędzie Wojewódzkim w Gdańsku. Jej obecność legitymizowała opór i przydawała mu znaczenia – już to poświadcza faktyczną rolę Walentynowicz w ówczesnej opozycji. Tu należy dodać, że Cenckiewicz, opisując działalność swojej bohaterki i jej wagę, czyni to w dużej mierze przez pryzmat jej sporu z Lechem Wałęsą. Konflikt ten z czasem stawał się […] coraz bardziej publiczny i coraz bardziej wykraczał poza Trójmiasto. Sprawie cały czas przyglądała się SB.

Duża aktywność Walentynowicz (częste wyjazdy), a także jej ówczesna bliska współpraca z Jackiem Kuroniem, człowiekiem KOR-u, spowodowały, że traciła zaplecze we własnym miejscu pracy. Co więcej jeszcze, to ludzie „Solidarności” zgłaszali do bezpieki pretensje i żądania, by „ukrócić przywileje” Walentynowicz. Oto fragment notatki, zapisanej przez por. Łacha z Wydziału III „A” w Gdańsku po rozmowie z Tomaszem Moszczakiem i Alojzym Szablewskim z Komisji Zakładowej NSZZ „Solidarność” Stoczni Gdańskiej: …uwagę przykuwa fakt utraty zaufania wśród dawnych wielbicieli Jacka Kuronia oraz pogłębianie się konfliktu pomiędzy organizacją zakładową i Anną Walentynowicz. Ten ostatni akcent proponuję do wykorzystania operacyjnego w celu dalszej neutralizacji figurantki. Tymczasem wciąż aktywna Walentynowicz otwarcie mówiła o kuchni działalności związkowej, intrygach, walce o władzę, zdradzie ideałów Sierpnia ‘80.

O ile działalność Walentynowicz z czasów „karnawału” „Solidarności” czy lat 80. jest przynajmniej w zarysie znana, o tyle bardzo mało mówi się o jej aktywności w latach transformacji ustrojowej. Tymczasem w roku 1988 zrodziła się idea cyklu sympozjów „W trosce o Dom Ojczysty”, którego inicjatorką była m.in. „pani Ania”. Andrzej Gwiazda wspominał: Ania Walentynowicz zamartwiała się, kto wygłosi referaty, no bo jeśli o zdrowiu – to oczywiście musi być pani Kuratowska, jeśli o bezprawiu – oczywiście Romaszewscy itd. Gdy okazało się, że ci ludzie nas bojkotują, zapanowała czarna rozpacz. Tymczasem […] sympozjum bez wylansowanych nazwisk okazało się bardzo dobre merytorycznie. Jak stwierdza Cenckiewicz: Choć konferencja „W trosce o Dom Ojczysty” okazała się trafnym pomysłem i szybko zyskała rezonans w całym kraju, to jednocześnie w dobitny sposób ukazywała słabnącą pozycję polityczną środowiska, w którym od lat funkcjonowała Anna Walentynowicz. Gdy pod koniec lat 80. było już jasne, że o kształcie przemian w Polsce wespół z nomenklaturą PRL zadecyduje tzw. koncesjonowana opozycja, dla „radykałów” nie mogło być miejsca w głównym nurcie wydarzeń.

W lutym 1989 r. Walentynowicz została wyproszona przez Wałęsę z obrad Komitetu Obywatelskiego przy Przewodniczącym NSZZ „Solidarność”: jeśli pani będzie się upierać, to zawołam służbę i każę panią wyrzucić. Trudno oprzeć się refleksji, że faktycznie coś się już wtedy w Polsce zmieniło: dawny robotnik chciał wezwać „goryli”, by wyrzucić starą, jakże zasłużoną robotnicę… Notabene, jej pojawienie się wywołało konsternację wśród obecnych, m.in. Henryka Wujca, Jacka Kuronia, Tadeusza Mazowieckiego, Zofii Kuratowskiej, Adama Michnika, Bronisława Geremka, Andrzeja Stelmachowskiego.

Jednak środowisko „Gwiazdozbioru”, z którym utożsamiała się Walentynowicz, nie zamierzało poddać się bez walki. W styczniu 1989 r. znów ruszyło pismo „Poza Układem”. Cenckiewicz nieco miejsca poświęca także próbie reaktywowania Wolnych Związków Zawodowych. W skład Komitetu Założycielskiego weszli m.in. Joanna i Andrzej Gwiazdowie, Henryka Krzywonos – i Anna Walentynowicz.

Polem jej działalności było wówczas także powołane do życia przez Konwersatorium Sierpień ‘80 na Uniwersytecie Gdańskim. W październiku 1990 r. w kościele parafialnym w Suchowoli odsłonięto pomnik ks. Jerzego Popiełuszki, który powstał w znacznej mierze dzięki wytrwałym zabiegom Anny Walentynowicz. Dwa miesiące później – przypomina Cenckiewicz – Polska Rzeczpospolita Ludowa oficjalnie przestała istnieć, a wybranym w wolnych wyborach prezydentem Rzeczpospolitej Polskiej został Lech Wałęsa.

Walentynowicz, by posłużyć się nomenklaturą z czasów PRL, na początku lat 90., w III RP, wciąż była „warchołem”: brała udział w strajku organizowanym w Stoczni w marcu 1991 r., negocjowała warunki ugody i parafowała porozumienia płacowe. Prezydent Wałęsa chciał ją przeciągnąć na swoją stronę, proponując współpracę w walce „z Michnikami i Kuroniami”. Ona jednak odmawia, opowiada się po stronie reaktywowanych Wolnych Związków Zawodowych. Ich idea głosi: Musi skończyć się bezkarność polityków, którzy za zdradę przy Okrągłym Stole zażądali dla siebie władzy, przywilejów i pieniędzy, z jednej strony od komunistów, z drugiej – od kół finansowych Zachodu. Ci sami ludzie od społeczeństwa zażądali wyrzeczeń. WZZ-y wezwały do bojkotu wyborów z 5 października 1991 r.

Gdzie było wtedy miejsce dla Walentynowicz w życiu publicznym? Cenckiewicz przypomina: Nadziei na jakieś głębsze zmiany Walentynowicz nie wiązała również z rządem Jana Olszewskiego. Później bywała na kongresach Ruchu III Rzeczpospolitej (Jana Parysa) i Ruchu dla Rzeczpospolitej (Jana Olszewskiego), ale z żadnym ze stronnictw nie chciała się wiązać na stałe.

Rozdział poświęcony życiu Walentynowicz w III RP jest w książce Cenckiewicza najbardziej skrótowy, fragmentaryczny. Tymczasem wydaje się, że dogłębne zrozumienie jej aktywności właśnie w tym okresie, szczegółowa analiza postaw i wyborów ideowych rzucałyby szersze światło na fenomen współczesnej Polski. Być może potrzeba jeszcze czasu, dystansu, może następnego pokolenia historyków, uwolnionych także od brzemienia „tu i teraz”, by lepiej uchwycić poznawczo sylwetkę Anny Walentynowicz po roku 1990. Brakuje w pracy historyka również pogłębionego tła historycznego i politycznego w opisie ostatnich dwudziestu lat życia Walentynowicz, co w porównaniu z zawartością poprzednich rozdziałów książki stanowi znaczny mankament. Bo choć zepchnięta w cień, Walentynowicz swoją postacią poświadczała prosty i przykry fakt, że czegoś we współczesnej Polsce zabrakło, skoro ludzie jej pokroju, choć różni od niej, dziwnym trafem podobnie nie mogli zająć godnego siebie miejsca, że – często zarówno w sensie ekonomicznym, jak i etycznym i symbolicznym – oni również zostali „ofiarami transformacji”.

Z pewnością Cenckiewicz uprzytamnia czytelnikom ważną rzecz: lata 90. i początki XXI wieku to dla jego bohaterki czas podwójnie trudny. Z jednej strony kłopoty finansowe, z drugiej zrozumiałe poczucie krzywdy i niesprawiedliwości, jaka stała się udziałem nie tylko jej, ale również wielu innych osób, których wysiłek zmagań o lepszą Polskę został zapoznany i zmarnotrawiony nie bez udziału dawnych „towarzyszy walki”. Kwestią otwartą pozostaje pytanie, dlaczego Walentynowicz, ikona robotniczej „Solidarności”, stała się postacią kojarzoną przede wszystkim z rodzimą prawicą.

Ogromne wrażenie robi jej nieustanna działalność społeczna, zaświadczająca o potężnej energii życiowej tej kobiety; działalność praktycznie przemilczana przez środki przekazu. Cenckiewicz relacjonuje: …odwiedzała Polaków w dalekim Kazachstanie i Uzbekistanie. Angażowała się w remont domu, w którym mieszkała w Wilnie św. Faustyna Kowalska. Inicjowała wystawy i konferencje poświęcone Sybirakom i „dzieciom tułaczom”. […] Zaangażowanie w sprawy kresowe było zresztą charakterystyczne dla całej drogi życiowej Anny Walentynowicz. […] Nie zapominała o najsłabszych, o tych, którzy tracili pracę. […] W ciągu ostatnich 20 lat zorganizowała kilkanaście kolejnych sympozjów z cyklu „W trosce o Dom Ojczysty”.

Czy Walentynowicz nie znalazła dla siebie miejsca w III RP? Inaczej: nie było tu dla niej miejsca w głównym nurcie wydarzeń i mediów. Niewykluczone, że przyczynił się do tego, obok wyborów politycznych, jakich dokonała, jej charakter, przez wielu określany jako niełatwy. Przez dobór przyjaciół i towarzyszy, przez swój bardzo mocno podkreślany katolicyzm i patriotyzm, stała się osobą dobrze widzianą przede wszystkim w środowiskach, które opisuje się z reguły jako „skrajnie prawicowe” i „oszołomskie”. A przy tym, czy racji nie ma Joanna Gwiazda, cytowana w książce Cenckiewicza: Los Anny jest typowy dla wielu polskich robotników i niezwykły ze względu na Jej siłę charakteru, mądrość i uczciwość.

Do kogo zatem należałoby moralne prawo negowania jej wyborów? Można je przyjąć lub nie, lecz trudno z czystym sumieniem dokonać ich deprecjacji. Tak wiele z polskich dziejów i ich paradoksów, z narodowych nieszczęść i powodów do dumy mieści się w życiu tej kobiety. Książka Sławomira Cenckiewicza pozwala lepiej to zrozumieć i zaakceptować także jej słabości.

Była prawdziwym człowiekiem, pełną emocji i temperamentu kobietą. Nie można jej życiu zarzucić letniości, tej letniości, która stała się kamieniem węgielnym pod dzisiejszą polską bylejakość i marazm. Pewnie dlatego kłamstwa i przemilczenie nie mogły zwyciężyć w bitwie o pamięć o tej postaci.

Krzysztof Wołodźko

Sławomir Cenckiewicz, Anna Solidarność. Życie i działalność Anny Walentynowicz na tle epoki (1929-2010), Wydawnictwo Zysk i S-ka, Poznań 2010.