przez Krzysztof Wołodźko | niedziela 10 lutego 2013 | opinie
Pośród wielu kluczy do zrozumienia polskiej współczesności całkiem nie od rzeczy wydaje się ten, który odnosi się do opowieści o Sarmacji, Rzeczpospolitej szlacheckiej. Tyle że w wersji mało sienkiewiczowskiej, zdecydowanie niesprzyjającej prawicowej, onirycznej mitologii, za to o wiele bliższej prawdzie o ciemnych stronach epoki „złotej wolności” szlacheckiej.
Warto przypomnieć, że ta baśniowo-warcholska struktura była oparta na pańszczyźnie, praktycznym i symbolicznym zniewoleniu i upodleniu mnóstwa ludzi – chłopstwa. Podkreślam fakt, że były to byty ludzkie, osoby obdarzone sumieniem, godnością (dzieci Bożych) i paroma innymi atrybutami, bo zwykle sentymentalna i buńczuczna sarmacka sztuka opisu traktuje ich jak bezkształtną masę, z której raz po raz wyłania się gęba chama, którą tylko obśmiać, wypłazować i kopniakiem z wysokiego konia na powrót strącić w nicość. A w III RP – mimo całej zmienności form, odmiennych dekoracji, sposobów zniewolenia i obyczajów – na nowo odkrywamy i wdrażamy ten model rzeczywistości społeczno-gospodarczej: pańszczyznę, narastające rozwarstwienie, praktyczną samowolę i sobiepaństwo jednych przy czapkowaniu, bierności i wykluczeniu drugich. Mamy „nowe chłopstwo”, co prawda zamieszkujące także miasteczka i miasta (w pierwszym lub drugim pokoleniu), formalnie dziś równe wobec prawa, ale zdecydowanie nierówne wobec rządów pieniądza i bezprawia, mamy szlachtę zaściankową, możnych i wreszcie magnatów – dzisiejszą oligarchię, szarpiącą w swoją stronę wspólne sukno.
Istnieje zresztą interpretacja nieodległych polskich dziejów, bo dotycząca Polski Ludowej, wedle której obyczajowość szlachetczyzny – na zasadzie nie do końca uświadamianej mimikry – weszła w krwiobieg nowej rzeczywistości jako forma emancypacji czasów awansu społecznego. Oczywiście, przy założeniu, że wszystko to zostało przefiltrowane przez mity i zasady nowego społeczeństwa, w tym jego „nowo-starej inteligencji”, która przede wszystkim wzięła na swoje barki trud tworzenia i organizowania zarówno PRL-owskiej administracji, jak i stereotypów społecznych. I tak ponoć zwyczaj picia kawy przez Hestie biurowego ogniska, urzędniczki gotowe uchylić czyśćca petentowi, brał się jeszcze z obyczajów szlacheckich. Choć rzecz jasna, idea ta może się wydać dziwna: gdzie mickiewiczowski serwis do kawy, opisany w „Panu Tadeuszu”, a gdzie kawa po turecku ze szklanki? Gdzie Soplicowo, a gdzie Nowa Huta?
Czy jednak czasów PRL nie dotykał sentymentalnych wspomnień czar i duch sienkiewiczowskich fikcji – aż dziwnych w kraju, gdzie chciano uczyć myśleć naród „sowieckimi kolbami, bez alienacji”? Sienkiewicz w Polsce Ludowej wygrał w dziedzinie ducha, w trudnej do skolonizowania materii wyobrażeń społecznych, zarówno z Tadeuszem Krońskim, jak i ze Stanisławem Brzozowskim. Dzieci robotników i chłopów, inteligentów, badylarzy, cinkciarzy i taksówkarzy pospołu mówiły o Małym Rycerzu i śnił nam się Kmicic, Imć Onufry Zagłoba i wielkiej urody mości panny – nad Polską realną unosił się duch Rzeczpospolitej Nadrzeczywistej, nad granicami na Odrze i Bugu rozciągały się w snach inne, oniryczne, w poszumie husarskich piór znad kresowych stanic. W sercach Polska od morza do morza – gdy tutaj musiał narodowi wystarczyć kawałek Ziemi Odzyskanych i dłuższa linia brzegowa Bałtyku. I w całym tym miłym splendorze pamięci mocarstwowej tamta sarmacka przeszłość jawiła się świetlana i bezgrzeszna – w swym bezpiecznym, fantasmagorycznym, ludowo-inteligenckim antykomunizmie tak niewinna jak pierwsze kochanie. I właściwie trudno mieć o to pretensje, że źle robiona modernizacja kazała poranionym duszom, głowom i sumieniom otoczyć się tą otuliną sarmacką, tym kontuszowym idiotyzmem ku pokrzepieniu serc.
U początków III RP zaroiło się nam zresztą w Polsce od błękitnokrwistych postaci. Ostatecznie znalazły sobie one miejsce po zaściankach myśli i środowisk arystokratyczno-konserwatywno-monarchistycznych, zatem wiele tu o nich mówić nie trzeba. Duch sarmacki przyswoił nowe sposoby dla skutecznego odbierania i praktykowania pańszczyzny. „Kto bogatemu zabroni?” – ten młodzieżowy slogan, coraz częściej powtarzany, wiele mówi o tym, kto i w jaki sposób wyznacza dziś normy polskiej obyczajowości. I nie idzie tu jedynie o mody, kicze i podszyte złym gustem luksusy. „Kto bogatemu zabroni” – kraść, oszukiwać, z ostentacyjną wyższością odnosić się do uboższych i do tych, co mniej mogą. „Kto bogatemu zabroni” – podawać w wysokonakładowych tygodnikach opinii swój drobnomieszczański egoizm jako jedyne prawo społeczne, gospodarcze i polityczne. Kto zabroni bossom traktować pracowników jak nic nie warty motłoch? I kto zabroni bandyterce od zastraszania lokatorów uprawiać swój proceder? A prawo? Jego reprezentantów tak łatwo wciąż można kupić, nawet prawo można przecież kupić… nierządem Polska stoi, mości Panowie, hulaj dusza!
A we wszystkim ta pogardliwa nuta wyższości. Oto snobistyczna, „arystokratyczna” Polska, co ma nowe bale i atrakcje, służbę, swoich chamów oglądanych z wysokiego konia, folwarki, ganki, srebra rodowe naprędce patynowane, obyczaje i splendory. Ale już nawet miłosierdzia chrześcijańskiego w tym zwykle nie ma, tylko ślepy egoizm warstw wyższych, wrosły w Polskę realną i oniryczną, Polskę po transformacji i w Rzeczpospolitą Nadrzeczywistą. I jeden szlachetka czy magnat nosi się jak paniczyk francuski, a drugi sercem i pyskiem ciemnogrodzianin, jeden piewca nowej obyczajowości, w świecie bywały, z niejednego pieca francę jadł, drugi jeszcze nuci, by mu ojczyznę wolną Bóg wrócić raczył i z Biblii czerpie uzasadnienie dla swojego klasowego egoizmu. Ale jeden i drugi gdy chama zobaczą, gdy go w swoje ręce złapią, pod swoją władzę ekonomiczną, symboliczną, społeczną czy polityczną dostaną, to go tak przycisną, tak mu żyć nie dadzą, żeby sobie przypomniał jak jego przodkowie pańszczyznę odwalali i w czworakach żyć musieli w przyjaźni z kijem ekonoma. Ale czy z chamem można inaczej? Biedny to i głupi, biedny to pewnie złodziej i leń, biedny to niech tyra – nie ja go okradam, lecz państwo, nie ja mu grosze płacę – to państwo złotej wolności nie szanuje, wszystko zabiera. Veto, veto, veto – wyższe podatki dla bogatszych – veto, system zabezpieczeń społecznych – veto, dobro warstw niższych, duch równości – veto! Płacić chamstwu co do grosza i w terminie? Respektować nadgodziny? Dokładać się do wspólnego? Veto! – złodziejstwo to wszystko Mości Panowie, nie dajmy się złodziejstwu państwa, skamleniu ciemnoty pańszczyźnianej i socjalnej! Sobiepaństwo nasze prawem, ojczyzna to my, w prawie jesteśmy – pieniądza, statusu, przywilejów, towarzystw, koterii i układów. Vivat my, vivat nasza kieszeń, chamom precz…
Gdyby się przyjrzeć tym personom bliżej, gdyby im w poczet przodków zajrzeć, to byłaby to dla nich nierzadko mizeria i sromota. Ale w gruncie rzeczy tego się właśnie nie godzi czynić, bo ci przodkowie, co pewnie nieraz cierpieli pod butem „panów braci”, co byli za nawóz dla tych pięknych sarmackich baśni – co oni winni? Z ich życia w nędzy, w upodleniu i niemal na gnoju, w harówce i głodzie przednówka – nawet proch i pył się nie ostał. Jednak w twarz dzisiejszej szlachetczyźnie trzeba rzucić kpinę z ich póz, ich nowobogackiego prostactwa, rozkochania w sobie, sobiepaństwa podszytego tchórzem przed silniejszymi, ich dzisiejszego klientelizmu i familiarności – bo gdy mogą, to pieniądz i władzę chętnie przyjmą z rąk silniejszych od siebie i żadnej koligacji się nie powstydzą dla zysku.
Teza o feudalnym charakterze dzisiejszych polskich realiów nie jest nowa, ale chyba nikt nie rozpatrywał tej neosarmackości w odniesieniu do jej ekonomicznego uzasadnienia i motoru – obyczaju pańszczyźnianego. A przecież to właśnie coraz mocniej zaznacza się w naszym życiu społecznym i gospodarczym, wraz z nową obyczajowością, nowymi snobizmami i uprzedzeniami warstw bogatszych. Polska baśniowa i nadrzeczywista, z pozoru piękna i jako mit potrzebna – wraca na ziemię z ciężarem swoich najgorszych plag. Kmicic, Skrzetuski, Zagłoba i Wołodyjowski – szlachetkowie poczciwi, ojczyznę miłujący – ilu poddanych zdechło jak bydlęta w biedzie w ich majątkach? A ilu dzisiaj musi znosić nową pańszczyznę i nowych sobiepanków, ich arogancję, kretynizm, głupią mowę, w tym drukowaną i emitowaną w mediach? Ilu dzisiaj musi grzecznie potakiwać, gdy szlachetkowie załamują ręce, że ojczyzna jest biedna, umęczona i przegrana, bo ich złotej wolności nie szanuje, a ich sarmackiej swobodzie jeszcze stawia pozór sprzeciwu?
Nie jestem za tym, by sarmacką tradycję wyrzucać do śmietnika. Kto chce, niech z niej czerpie – w Rzeczpospolitej wielu tradycji można tolerować także i tę. Tkwią w niej elementy wartościowe i odwołujące się do tego, co w życiu społecznym bardzo się przydaje: bo i honor i dusze rogate, zawadiackie i majestat pięknych form i obyczajów są potrzebne. I przecież wiele się zmieniało w świecie szlachty – nie bez wpływu cierpień, których doświadczyła, zresztą zasłużenie. Ze szkoły dziejów, niczym w „Popiołach” Żeromskiego, po lekkomyślnych ojcach przychodzili nie raz cierpiący, wrażliwi (i przewrażliwieni) synowie. Po sobiepankach przychodzili Prometeusze: spętani, krwawiący kolejnymi powstaniami, zniewoleni, których czas przebiegał między apatią a paroksyzmami buntu.
Ale dziś? Dziś obok sarmackiego folkloru, epigonów szlacheckiej estetyki mamy tę złowrogą, neopańszczyźnianą myśl i praktykę, jakby w polskim charakterze narodowym (cokolwiek znaczy ta konstrukcja) tkwiła jakaś nieusuwalnie zła cecha, jakiś diabeł własny, arcypolski, w kontuszu i przy szabli, jakaś skaza ciężka. I powraca do nas Sarmacja, lecz nie jako ziemia szczęśliwa, godna pióra i lutni. A warto tu przypomnieć łacińskie powiedzenie, które nie zostawia złudzeń: „Clarum regnum Polonorumest coelum nobiliorum, paradisum iudeorum, et infernum rusticorum”. Piekło chłopów? Piekło warstw niższych? Na szczęście od „dobrodziejstw” feudalizmu dzielą nas wieki.
Ale czy dziś nie ma niewoli i upokorzeń? Czy panowie kosztem ludu nie bawią się w stolicy, po dworkach i pałacykach? Czy nie kręcą nosem na chamstwo i nie przeliczają (cudzej) swobody na złotówki i bardziej kosmopolityczne waluty? Czy w kasach ogniotrwałych nie trzymają tego, co wyłudzili i wzięli przemocą, realną i symboliczną, głosząc przy tym apologię złotej, własnej wolności? Tak, po wielokroć: tak. A co w odpowiedzi? Zwrotka ze starej pieśni: „A chociaż potężny niedoli jest gmach, / Niepokój wasz rośnie i wzmaga się strach, / Bo władzy nie macie skuć ducha w kajdany, / I wstyd, i gniew, i strach wam, tyrani!”. Tu kropka. I bunt.
przez Krzysztof Wołodźko | czwartek 24 stycznia 2013 | nasze rozmowy
Kondycja mediów to temat, który współbrzmi z wieloma aspektami naszej rzeczywistości: politycznym, społeczno-gospodarczym i obywatelskim. Coraz częściej mówi się o upadku prasy i narastającym spłyceniu przekazu przez media elektroniczne, a także o tym, że media są zakładnikami wielkiego kapitału i oligarchicznej polityki. Równocześnie koniec 2012 i początek 2013 roku przyniosły „przetasowania” na rynku tygodników. O tym i innych sprawach rozmawiamy z Pawłem Bravo – dziennikarzem, publicystą, redaktorem, związanym w przeszłości m.in. z Radiem ZET, „Gazetą Wyborczą” i „Rzeczpospolitą”.
***
Był Pan asystentem rzecznika prasowego strony opozycyjnej przy Okrągłym Stole. Jak Pan wspomina tamte wydarzenia?
Paweł Bravo: Najciekawszym momentem kończącego się PRL-u był dla mnie rok 1988: dwie fale strajków, rozmowa Wałęsy z Miodowiczem. Był to dla mnie także gorący rok na Uniwersytecie Warszawskim, zaangażowałem się wówczas w reaktywowanym Niezależnym Zrzeszeniu Studenckim, nielegalnym, ale jawnym. Działałem w samorządzie UW, który był niemal w całości opanowany przez NZS. Gdy zaczęły się przygotowania do Okrągłego Stołu, potrzebni byli młodzi ludzie do pomocy: podaj, przynieś, pozamiataj. Zresztą później się okazało, że takie jest właśnie nastawienie starszego pokolenia opozycji do nas, młodszych.
Zgłosiłem się do Hotelu Europejskiego, w którym – w jednym pokoju – działało to solidarnościowe biuro prasowe, i zostałem przyjęty na początku do robienia codziennej prasówki. A później „wdrożyłem się” w podpinanie kabli i przesuwanie foteli na codziennych konferencjach prasowych Janusza Onyszkiewicza. Było to jedno z ważnych doświadczeń, formujących mnie i moich kolegów w latach 1988-1989. Byliśmy blisko wielkiej historii, mieliśmy poczucie, że „coś się dzieje”, szczególnie w porównaniu z poprzednim okresem, totalnego marazmu.
Oczywiście, z nami – jako gówniarzami – nikt się specjalnie nie liczył ani nie dzielił ważnymi informacjami. Nie byłem szczególnie lepiej poinformowany. Ale pewnie miałem poczucie jakiegoś wtajemniczenia. No i zobaczyłem z bliska ten „cyrkowy” aspekt mediów: liczył się show, szalenie ważna była obecność dziennikarzy zagranicznych, byli istotnym elementem tej gry, a nie pionkami rozstawianymi z kamerą. Z pewnością nauczyłem się wtedy, jak ważna dla warsztatu dziennikarskiego jest erudycja, że potrzebny jest zasób wiedzy historycznej, socjologicznej, a także czysto plotkarskiej. Wiele zyskałem dzięki rozmowom z Krzysztofem Wolickim, który przychodził często do biura prasowego. To wybitna postać, dziś niemal zapomniana.
Pracował Pan w Radiu ZET, pisał dla „Gazety Wyborczej”, „Tygodnika Powszechnego”, „Rzeczpospolitej”…
P.B.: Jeśli mowa o warsztacie dziennikarskim, uformowało mnie Radio ZET. Trudno w to dzisiaj uwierzyć, ale za czasów Andrzeja Wojciechowskiego było to nieprawdopodobnie solidne medium. Uczyliśmy się tam i warsztatu, i etyki dziennikarskiej, pracując morderczo. Andrzej był wymagającym, surowym facetem, a zarazem genialnym nauczycielem rzemiosła.
Tam trafiłem, bo mnie to kręciło. Pierwszym warunkiem darmowego stażu była znajomość angielskiego i francuskiego. Drugim – brak jakichkolwiek doświadczeń pracy dziennikarskiej w PRL. Andrzej potrafił nas nauczyć na przykład tego, że zachowywanie elementarnej uczciwości dziennikarskiej się opłaca. Nie warto kłamać, bo co prawda kłamstwo w krótkim terminie może coś ułatwić, ale na dłuższą metę powoduje utratę wiarygodności, „szmacianą reputację” – a to per saldo nie opłaca się także ze względów czysto finansowych. To jest ciekawe, bo jeśli myślimy o „starym dziennikarstwie”, o wielkich legendach amerykańskiego dziennikarstwa, to przecież tamten świat także zaludniony był przez małych ludzi załatwiających swoje interesy, idących na skróty, przeżartych korupcją. Tym, co trzymało wówczas w ryzach ludzką skłonność do nieuczciwości, lenistwa i kłamstwa, był mechanizm, który powodował, że na dłuższą metę opłacało się być uczciwym i nie przekraczać pewnych granic. Bo tym, co ludzie kupowali, płacąc za gazetę w kiosku, była także solidność, wiarygodność.
Andrzej był typem „kapitalisty medialnego” starego typu, który dorobił się na „Zetce”, a równocześnie bardzo nas pilnował, żeby robota była wykonywana w sposób absolutnie uczciwy. Do standardu należało potwierdzanie w co najmniej dwóch źródłach, pisanie o rzeczach nie do końca potwierdzonych właśnie w takim trybie, prawidłowa budowa tekstu informacji radiowej w sposób, który szanuje inteligencję odbiorcy i pozwala mu wszystko zrozumieć bez narzucania własnych poglądów autora. Dziś człowiek się dziwi, że dwadzieścia lat temu w Warszawie ktoś mógł wymuszać takie standardy. Po śmierci Andrzeja „Zetka” stopniowo stoczyła się do tej postaci, jaką mamy teraz. Myślę, że gdyby żył i włączył TOK FM, czyli radio, którego typ pasował do jego marzeń, spadłby z krzesła. I nie idzie tu o poglądy polityczne, lecz o „szajsowatość” warsztatową, niechlujność w każdym możliwym aspekcie przygotowania i prowadzenia audycji.
A jak się Pan znalazł w „Wyborczej”?
P.B.: Do „GW” trafiłem także dlatego, że pracowało tam wielu moich kumpli z drugiej połowy lat 80., choćby Michał Cichy. Owszem, pismo zostało stworzone przez ludzi od nas starszych, „mandarynów”, późniejszych właścicieli, ale zatrudniono tam tłumy młodszych. W 2001 r. szefem działu kultury w „GW” został Tadeusz Sobolewski, z którym dzieliłem przekonania co do tego, jak powinna wyglądać dobra gazeta. Namówił mnie na pracę redaktorską. Na początku czułem się świetnie, także ze względów prestiżowych, ale od środka zobaczyłem, że to świat kompletnie nie dla mnie. Nie potrafiłem się z tymi ludźmi dogadać, a tam była wymagana daleko posunięta jednomyślność. Nazwę to silną synchronizacją umysłów, w ten rytm trzeba było wejść, żeby nie mieć kłopotów i nie poczuć się źle.
Było to moment, w którym „GW” zakładała swój portal internetowy. Całkowite nieporozumienie – robiła to Helena Łuczywo, kobieta fachowa w wielu kwestiach, ale bez najmniejszego pojęcia o Sieci. Miałem już wówczas za sobą prowadzenie pierwszego tygodnika recenzyjnego w internecie, „Latarnika”, więc gdy patrzyłem na to, co wyrabiają ludzie z „Gazety” pod kierownictwem Łuczywo, miałem wrażenie jednej wielkiej katastrofy. Nie umiałem trzymać języka za zębami. Jeden z szefów tego projektu wziął mnie kiedyś na bok, po większej awanturze z Heleną, i powiedział: „Stary, po co sikać pod wiatr?”. Kazał mi potakiwać i robić swoje. I większość rzeczy była robiona w ten sposób: poza wiedzą szefów, którzy zresztą potrafili spławić ludzi z Google’a, bo było to dwóch młodziaków w trampkach. A przecież wszyscy już wtedy wiedzieli, że Google jest cudownym dzieckiem internetu i tworzy nową jakość. Szefostwo „GW” pogoniło ich, bo przyszli w koszulach w kratę, a faceci z Altavisty mieli krawaty i teczki…
…krótki przyczynek do tego, jak rewolucjoniści stają się reakcjonistami. Ale nie z powodu różnicy zdań w sprawach organizacyjno-merytorycznych rozstał się Pan z tym środowiskiem?
P.B.: To był też moment, w którym powstała Platforma Obywatelska, co wywołało ogromny popłoch w kręgach starej Unii Wolności. „GW” – o czym rzadko się pamięta – zaczęła ostro rozprawiać się z PO, co było dla mnie mocno nie w porządku. Wtedy też padły słynne słowa Michnika „człowiek honoru” pod adresem Czesława Kiszczaka. Trzeba oddać sprawiedliwość, że w redakcji powstał cichy bunt, wielu ludzi pracujących wówczas w „GW” uznało to za ostre przegięcie.
Byłem wtedy wyborcą Unii Wolności, patrzyłem na Polskę jej oczami, ale gdy zobaczyłem od środka, jak to się pichci, zrozumiałem, że do tego nie należę. Oni też to czuli. W pewnym momencie dowiedziałem się, nieoficjalnie, że nie zamierzają przedłużyć mi umowy na czas określony. Przyjaciel przekazujący mi tę informację pytał, czy „ma o mnie walczyć?”. Trochę mi to wtedy zapachniało obcym mi światem korytarzowych intryg w komitecie i scenami jak z kina moralnego niepokoju, choć dziś po kilku innych doświadczeniach wiem, że to nie jest specyfika jednego ustroju i jednej redakcji, lecz pewna stała ludzkich zachowań, zapewne tylko wyostrzona w niektórych okolicach… Machnąłem na to ręką, nie zależało mi.
„Gazeta Wyborcza” czas największych wpływów ma już definitywnie za sobą?
P.B.: „Gazeta” nadaje ton nadal – wystarczy spojrzeć na przesadzoną wręcz ilość polemik ze wszystkim, co jest tam publikowane. Ale nie są to już czasy zwane „rządami jednej partii i jednej gazety”. Minęła sytuacja, w której poza polem wyznaczonym przez „Gazetę” nie ma sensownego myślenia o Polsce.
I co dalej?
P.B.: Od sierpnia 2001 r. pracowałem w „Forum”, zajmowałem się czytaniem tekstów z prasy anglosaskiej, robieniem i zlecaniem przekładów. Przez trzy lata miałem codzienny kontakt z naprawdę porządnym dziennikarstwem w wydaniu nowojorsko-londyńskim. Tam właśnie zacząłem obserwować powolny upadek prasy.
Naprawdę interesującym doświadczeniem była półroczna praca w Onet.pl w 2006 r. Byłem tam kimś w rodzaju ober-nadzorcy zespołów informacyjnych. Zobaczyłem, jak wygląda kolejny etap zejścia na psy zawodu dziennikarskiego – pozorowanie informacji tak, żeby dobrze się sprzedała, i to wyłącznie na poziomie nagłówka. Widziałem wysiłki osób, które chciały tworzyć sensowny serwis informacyjny i przegrywały z majtkami Dody. Każdy wydawca prasy musi zarobić, więc obserwuje wyniki sprzedaży. Natomiast w portalu internetowym redakcja ma specjalny program, który pokazuje intensywność zabarwienia kolorem – jakie linki „się klikają”, a jakie nie, w czasie rzeczywistym. Od razu widać, co „żre”, a co „nie żre”. To, co „nie żre”, spada natychmiast ze strony głównej. To oznacza, że podejmuje się decyzje pochopne albo takie, które nie pozwalają przebić się rzeczom, które „nie żrą”, lecz mają potencjał: są merytoryczne i przydadzą się w dłuższym terminie. Pamiętam dobrze, że jakikolwiek link ze słowem „Doda” stawał się czarny, intensywnie „żrący” dosłownie w oczach. Mieliśmy taki pomysł, żeby np. news o negocjacjach bliskowschodnich zatytułować „Doda ma w d… negocjacje” i pod spodem puścić już porządną depeszę…
Zdrową zasadę sprawdzania opłacalności posunęło to do takiej skrajności, która powoduje, że wywołuje się krótkoterminowe, histeryczne, bezrefleksyjne odruchy. Natychmiastowy oddźwięk jest dla mnie jednym z tych narzędzi, które w znacznej mierze przyczyniło się do zgłupienia mediów.
Przejdźmy do „Rzeczpospolitej”. Przez kilka lat prowadził Pan tam dodatek „Plus Minus”. Jakie stawiał Pan sobie cele i na ile udało się je zrealizować?
P.B.: W 2005 r. byłem zaangażowany w projekt gazety Pawła Lisickiego, który odszedł z „Rzepy”, solidaryzując się z wyrzuconym Bronisławem Wildsteinem. Wydawać to miał Michał Sołowow, robiący gros interesów w branży budowlanej, ale próbujący szczęścia również w mediach. A może chodziło też o posiadanie na podorędziu małego medialnego dworu, to się na pewnym poziomie dużego biznesu zawsze przydaje bardziej niż wynajęta agencja PR. Inna sprawa, że jeśli tak to było, to kandydaci na dworaków zostali wybrani fatalnie. Pomysł utonął, gdy okazało się, że Axel Springer odpala „Dziennik”. Tu warto dodać, że rola katalizatora przemian w złą stronę, jaką Springer spełnił na polskim rynku prasy w ciągu ostatniej dekady, wymagałaby opisania w krótkim, acz naszpikowanym smaczkami finansowymi tekście. Wykosili konkurencję, płacąc albo obiecując krociowe honoraria.
Gdy w 2006 r. Paweł został szefem „Rzepy”, zaproponował mi współpracę. Znajomi pukali się w głowę: „po co tam idziesz?”. Odpowiadałem, że chcę popracować w dużej, porządnej, papierowej gazecie, bo chcę tego jeszcze posmakować, zanim ten ginący gatunek wypali się do końca. Myślałem, że to potrwa jeszcze ze 20 lat, tymczasem w ciągu pięciu ostatnich lat byłem świadkiem kompletnego rozpadu silnego tytułu prasowego.
Inna rzecz, że wielu ludzi utożsamiało mnie z lewicą – nie należę do żadnego Kościoła, wątpię w istnienie jakiejkolwiek Istoty Najwyższej, prywatnie jestem niechętny wobec bardzo wielu aspektów nauczania Kościoła w Polsce, ale z szacunku dla ludzi wierzących zachowuję te sprawy dla siebie. Raz w życiu udzieliłem się w tej materii publicznie, wymyślając – zmęczony trwającą już drugi miesiąc coraz bardziej pompatyczną żałobą – hasło „nie płakałem po Papieżu”.
To nie przystaje do polskich realiów, gdzie poszczególne media zwykle kojarzą się z daleko posuniętą jednorodnością światopoglądową. Czego szukał Pan w gazecie prawicy?
P.B.: Z Pawłem Lisickim i ludźmi, którzy tworzyli wówczas „Rzepę”, łączyło mnie przekonanie, że podzielam ich wizję tego, czym powinna być dobra gazeta. Taka, która informuje i stwarza pole do debaty. Fakt, że Paweł, facet o silnym światopoglądzie tomistycznym, nieledwie integrysta katolicki, chciał ze mną pracować, był dla mnie dowodem, że to jest medium, w którym niemal o wszystkim da się dyskutować. Chcieliśmy zatem robić porządną, nie nudną, choć poważną gazetę z solidnym, jeszcze bardziej intelektualnym dodatkiem sobotnio-niedzielnym. Równocześnie nie chciałem drukować skryptów politologicznych, z którymi kojarzyła mi się springerowska „Europa”.
Ponadto miałem poczucie, że Paweł i jego ekipa byli naprawdę „niepodlegli intelektualnie”, także wobec Prawa i Sprawiedliwości. Przypomnę, że krótko po moim przyjściu do „Rzepy” Bronisław Wildstein wyleciał ze stołka szefa TVP. I przy wszystkich różnicach między mną a nim muszę mu oddać, że robotę na Woronicza stracił za swoją niepodległość umysłową – za to, że się stawiał Kaczyńskim. W tamtym czasie Piotr Semka napisał smutny tekst, w którym pokazywał, że Jarosław Kaczyński ma w tak samo niewielkim poważaniu wolność słowa i poglądów jak inni mu rówieśni, stojący po drugiej stronie barykady, że to przypadłość wszystkich, którzy żyli w czasach komuny. W całej tej nawalance, bombardowaniu opiniami, że „Rzepa” była PiS-owską gazetą, zapomina się o takich sprawach.
W bardzo mocno definiującej podziały w tamtych latach kwestii lustracji uważałem, że pewnych rzeczy nie da się już rozwikłać, warto więc zachować minimum sceptycyzmu, ale trzeba próbować dojść do prawdy tam, gdzie to jeszcze możliwe. Po części wynikało to z osobistego szoku. Otóż jedną z nielicznych osób, jakie poznałem jeszcze w „Gazecie Wyborczej”, a naprawdę koleżeńską, gotową wesprzeć młodego kolegę, był… Lesław Maleszka. Pamiętam, że w maju 2000 r. ukazał się w „GW” czyjś bardzo słaby tekst w rocznicę śmierci Staszka Pyjasa. Byłem zdziwiony i zaproponowałem: „Zadzwońmy do Maleszki i zamówmy artykuł”… Gdy później sobie to przypomniałem, zrobiło mi się słabo. Jednak znacznie ciekawsza była reakcja środowiska „GW” na ujawnienie prawdy o tym człowieku. Byli gotowi wszystko zamieść pod stół – gdyby nie to, że Maleszka sam się w końcu przyznał, pękł, oni byliby w stanie spokojnie zmontować kampanię obrony kolegi przed „oszczerstwami”…
Dlaczego wyrzucono Pana z „Rzeczpospolitej”?
P.B.: KiedyHajdarowicz w lipcu 2012 r. kupił udziały, było jasne, że dni „Rzepy” w jej dotychczasowej formie są policzone. Ale trzeba pamiętać, że pismo było w coraz gorszej formie z powodów czysto ekonomicznych. Wiedziałem, że wyrzucenie Pawła Lisickiego pociągnie za sobą moje zwolnienie – byłem postrzegany jako jego człowiek. Paweł był zdecydowanie wkurzający dla ludzi, którzy pomogli Hajdarowiczowi nabyć „Rzeczpospolitą”. Nie dlatego, że był „prawicowym oszołomem”, lecz przeciwnie, oszołomem żadnym nie był i nie jest, potrafi robić mainstreamowe media. Powiedzmy sobie wprost: dla jakiejkolwiek władzy niebezpieczni nie są ludzie, którzy robią media partyjne w rodzaju „W Sieci” czy „Gazety Polskiej”, lecz tacy, którzy robią im wbrew, punktują ich w sposób akceptowalny dla „zwykłego” pana dyrektora czy doktora, który kupuje i czytuje mainstreamową prasę. Paweł robił szacowną gazetę prenumerowaną przez urzędy, firmy i umiał o to dbać, troszczył się o odpowiedni poziom przekazu.
Później nastał Tomasz Wróblewski, który miał pomysł na „Plus Minus” jak na ilustrowany tygodnik opinii, z tematem całego numeru narzucanym przez okładkę, co stanowi kolejną zmorę tego typu pism. Nie chciałem robić czegoś takiego. Ale i tak po 2-3 tygodniach dowiedziałem się, że jestem do odstrzału w ramach dużych zwolnień grupowych, których przyczyna była podwójna: racje ekonomiczne i towarzysko-polityczne.
Uważam zresztą, że Tomasz Wróblewski poległ na tym pomyśle na dziennikarstwo, którego się wyuczył. „Podkrętka” o trotylu jest dokładnie w jego stylu: tytuł musi bić po oczach. To bardzo cienka granica między dziennikarstwem a „szajsem tabloidowym”. Przy wszystkich mądrych wypowiedziach Wróblewskiego o standardach dziennikarskich i jego znajomości wzorców anglosaskich, wprowadził on do Polski sporo marnych obyczajów. Ale trudno się cieszyć z jego porażki, bo to porażka całej prasy.
Interesuje mnie odniesienie mediów liberalnych i konserwatywnych do lewicy. Często mamy do czynienia z niemal rytualnymi krytykami pod adresem tzw. kawiorowej lewicy, ale to właśnie jej przedstawiciele byli i są najczęstszymi gośćmi na łamach prawicowych mediów. Trudno traktować to inaczej niż element świadomej polityki wydawniczej i przyjętego modelu debaty publicznej, notabene zdecydowanie „warszawocentrycznej”.
P.B.: Z pewnością prasa jest bardzo mocno „warszawocentryczna”. Jeszcze w latach 90. i w roku 2000 wszystko to rozgrywało się w kręgu kilku środowisk, wśród ludzi, którzy w czasach późnej komuny byli na studiach, na kilku uczelniach i spotykali się między sobą.
Co do „Krytyki Politycznej” i artykułów ludzi z tego środowiska właśnie w „Rzepie”, to z pewnością Paweł Lisicki przychylnie patrzył na teksty przysyłane dość często przez Sierakowskiego. A jeśli idzie o redaktorów działu opinii, to było tak, że potrzebowali często „drugiej nóżki”, czyli tego, co realizuje otwarte pole debaty, zatem ludzie z „KP”, „głównego ośrodka polskiego lewactwa”, byli tu jak znalazł.
Wydrukowanie tekstów ludzi np. z „lewicy niepodległościowej” wymagałoby wyłamania się z utartych szlaków pojęciowych i schematów rozmowy o Polsce, wspólnych sprawach i polityce w innych niż dotąd kategoriach, z nowymi definicjami i określeniami tego, co jest dla nas teraz naprawdę ważne. Uderzę się też we własne piersi – również dla mnie byłaby to kwestia określenia na nowo priorytetów i zadania sobie pytania, czy „Plus Minus” faktycznie był taką rzeczywistą agorą, na której toczy się istotna dyskusja. Myślę, że to nie jest kwestia zmowy milczenia wobec nieobecnych na łamach wysokonakładowej prasy – to problem kolein myślowych redakcji, środowiskowego lenistwa umysłowego. Poza tym jest coraz mniej pieniędzy, więc robotę, na którą powinno być kilka etatów, wykonuje jeden człowiek, zatem coraz mniej się myśli i coraz szybciej pracuje. Ten sznyt papierowych mediów, ich prestiż, coraz bardziej przypomina starszą panią w wyleniałej etoli z lisów, która zadaje szyku. Starzy adoratorzy widzą nadal w niej wdzięk, ale jego już tam prawie nie ma.
A może wymuszone kwestiami polityczno-biznesowymi zmiany na rynku tygodników opinii stworzą nowe sposoby dotarcia do szerokiego odbiorcy?
P.B.: Mainstream popłynął w jakimś bliżej nieokreślonym kierunku: nie wiem, co on teraz konsumuje w sensie treści symbolicznych, gdzie jest jego uniwersum. Czy przeniósł się do telewizji? A może funkcjonuje w coraz bardziej sfragmentaryzowanej Sieci, gdzie każdy czyta przecież to, co mu pasuje?
Pisałem o tym zresztą niedawno w „Tygodniku Powszechnym”: prawdziwe życie jest dziś już zupełnie gdzie indziej i paru znanych mi dziennikarzy prasowych marnuje swój czas. Powinni zmienić zajęcie, bo gazety, tygodniki przestają stopniowo, lecz nieubłaganie, być lustrem pokazującym żywe odbicie rozkładu naszych wiar, postaw, poglądów.
Co dla Pana oznacza ambitne dziennikarstwo i czy jest dziś na nie miejsce w Polsce?
P.B.: Ambitne dziennikarstwo przyczynia się do tego, że odbiorcy stają się bardziej zorientowani w świecie. Po pierwsze dostarcza im odpowiedniej porcji wyselekcjonowanej informacji. Stąd potrzebne są właściwe reguły – wśród nich jest zawieszenie własnego sądu przez dziennikarza. To zadanie służebne, które wymaga też pewnych przywilejów. Pytanie, czy są dziś warunki, żeby takie dziennikarstwo uprawiać skutecznie, systematycznie, profesjonalnie. Nie musi to być przekaz masowy, równie dobrze może być specjalistyczny, dla dziesięciu tysięcy czytelników.
Ale dziennikarstwo jest także formą komunikacji w obrębie samego społeczeństwa, zatem nie może ot tak odejść do lamusa.
P.B.: Natura nie znosi próżni, więc pewien odsetek społeczeństwa nadal będzie chciał otrzymywać rzetelne informacje i opinie, jako wielowątkowy przyczynek do bycia lepiej zorientowanym w świecie. Zatem z pewnością będzie istniał system zapewniający spełnienie tej potrzeby, tworzący materialną bazę niezbędną do tego. Bo przecież nie idzie jedynie o wierszówkę, ale o pieniądze na telefon, bilet, paliwo, sprzęt nagrywający. Ale nie mnie przesądzać o tym, jak będzie wyglądała ta struktura. Uważam, że jestem reprezentantem ostatniego pokolenia, które miało szansę załapać się na „stare” dziennikarstwo, wykonywane porządnie. Jednak moja generacja nie powinna się wymądrzać, jak to będzie wyglądało w przyszłości, bo kończy się to na gadaninie o tym, jak kolejne mody wpływają na „naszą demokrację”. Może wasze roczniki będą tu miały coś do powiedzenia, bo generalnie idzie o stworzenie nowej infrastruktury dla nowych warunków społecznych. Jestem przekonany, że zawsze znajdą się ludzie, którzy będą chcieli pracować rzetelnie i uczciwie w branży informacji i analizy rzeczywistości. A trzeba pamiętać też o tym, że choćby niezależność dziennikarska nie jest czymś zero-jedynkowym. Bo jedna rzecz to postawienie sobie totalnej tamy dla cudzych wpływów – rzecz oczywiście niemożliwa – a druga to fakt, że dziś dziennikarze na wyprzódki starają się zgadywać i spełniać oczekiwania swoich szefów i odbiorców.
Co należy uznać za największe słabości polskiego rynku prasowego? Z czego one wynikają?
P.B.: Największą słabością jest to, że rynek stracił odbiorcę, stąd większość podmiotów biznesowych w nadmierny sposób uzależniło się od reklamodawców. Dlatego gazeta, tygodnik czy miesięcznik robione są coraz bardziej pod ich potrzeby. A w gruncie rzeczy to wszystko robione jest pod potrzeby pośredników – stada ludzi, których, gdybym wierzył w piekło, chciałbym tam spotkać w najgorszym kręgu – bossów domów mediowych itp. instytucji. Im bardziej realizuje się potrzeby różnego rodzaju biznesu, tym bardziej traci się z odbiorcą kontakt, choć, jak wspomniałem, istnieją różne techniki krótkoterminowego „podkręcania” odbioru. A to powoduje wyczerpanie całego projektu.
Za tą elementarną słabością idą wtórne. Gdy „robi się chudo”, to ludzie tracą zasady, brzydko głupieją. Wynika to ze strachu przed biedą, uciekającymi pieniędzmi. Łataniem dziur w budżecie zajmują się menedżerowie, którzy rzadko kiedy mają pojęcie, na czym polega etos dziennikarski. To także przyczynia się do upadku mediów niezależnych politycznie. Bo w czasach, gdy jest kiepsko z finansami, gdy wszyscy zwalniają, to partie i ośrodki polityczne są tymi, które mają jeszcze jakieś pieniądze. To metoda braci Karnowskich (SKOK), ale można też uciekać w tę furtkę nie wprost: to sytuacja mediów zależnych od reklam spółek Skarbu Państwa, od establishmentu politycznego. A jednocześnie pamiętajmy, że jest w Polsce kilka tygodników lokalnych, w których wciąż kultywuje się porządne, niezależne, obywatelskie dziennikarstwo, które nie są tubami starosty czy prezydenta miasta.
Gdy „Agora” wchodziła na giełdę i było ewidentne, że firma się wzbogaci (oni też oczywiście), Helena Łuczywo opowiadała, że tylko bogata firma, bogata gazeta jest w stanie przeciwstawić się władzy. Przypominała sprawę Watergate: groziło to kosztownymi procesami. I pomijając casus „Agory”, tych, którzy się na „GW” wzbogacili – to prawda, że biedne media na niewiele mogą sobie pozwolić. To trzeba zrozumieć: bez względu na krociowe honoraria gwiazd dziennikarstwa czy na inne służbowe kokosy – ze środków przekazu pieniądze odpływają.
Oczywiście w ciągu ostatniego dwudziestolecia pojawiała się gigantyczna jak na polskie warunki forsa. Koncern Axel Springer było stać na wylansowanie „Newsweeka”, „Faktu” i „Dziennika”. Gdy budowali swoje redakcje, to na dzień dobry oferowali dwa razy tyle, ile się płaciło na rynku, ściągali najlepsze pióra, proponując niebotyczne wierszówki, żeby wykosić konkurencję. Ale jeśli porozmawia się z kimkolwiek, kto pracuje u Axla, to tam też jest teraz cienko, tnie się budżety.
Jaki rozwój sytuacji prognozuje Pan na rynku prasowym w roku 2013?
P.B.: Nie pochwalam tego, w jaki sposób doszło do zmian, ale widzę tu pewną szansę. Bardzo jestem ciekawy, w jaki sposób Paweł Lisicki stworzy swój tygodnik. Sytuacja rozejścia się jego dróg z Karnowskimi może ich otwierać na nowe pomysły i nazwiska. Nowe nie znaczy koniecznie „młode”, ale na przykład pozostające dotychczas w tle, takie jak wicenaczelny u Lisickiego – Andrzej Horubała.
Przyjmijmy jako tezę roboczą, że dziennikarstwo jest/było w polskich warunkach spadkobiercą inteligencji, jej etosu. I chyba takie chciało być jeszcze w początkach III RP. A jak sytuacja wygląda dziś?
P.B.: W takim pytaniu tkwi pewna pułapka. To założenie, że odbiorcą tych dobrych mediów była inteligencja, którą „szlag trafił”, zatem cały projekt upadł.
Jeśli przypomnimy sobie media w najlepszym, amerykańskim wydaniu, ale także naszą historię, to nie była to przecież inteligencka zabawka. Dziennikarz to niekoniecznie jest „inteligencki gęgacz”. Sam znam jeszcze prawdziwych, krwistych reporterów – Reszka, Majewski, Darek Rosiak – których praca wymaga awanturniczego trybu życia, podróży, picia wódki w różnym towarzystwie. Dziennikarstwo to naprawdę nie jest inteligencki zawód zza biurka.
Interesująco o tym mówią Amerykanie. Jedną z przyczyn albo objawów upadku etosu mediów było to, że dziennikarze weszli nagle do klasy średniej. Kiedyś dziennikarz, owszem, żył ze swojej pracy, ale nie miał dobrych samochodów, willi za miastem, nie żył w sposób mieszczański czy – mówiąc o naszym podwórku – inteligencki.
Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiał Krzysztof Wołodźko, 21 stycznia 2013 r.
przez Krzysztof Wołodźko | środa 16 stycznia 2013 | Zima 2012
Gdy spojrzeć z historycznego i ideowego dystansu na Piera Paola Pasoliniego, widać człowieka, który chciał pogodzić radykalną świeckość ze świętością. I to w życiu społecznym, w kulturze, nie w zaciszu ludzkiego sumienia. A równocześnie trudno nie dostrzec w nim nieledwie mizantropa, buntownika przeciw obcym i swoim, przeciw całej włoskiej rzeczywistości, która stała się jego udziałem. Jest także Pasolini autorem, którego twarde słowa, bezpardonowe oskarżenia, ostre wypowiedzi można odczytać – pilnując się uproszczeń – w dzisiejszej polskiej rzeczywistości. Również dlatego był prorokiem.
Wydany niedawno w Polsce tom „Po ludobójstwie. Eseje o języku, polityce i kinie” przynosi teksty opublikowane w latach 1972–1976 w trzech zbiorach: „Empiryzmie heretyckim”, „Pismach korsarskich” i pośmiertnych „Listach luterańskich” (choć najwcześniejsze artykuły ukazały się w prasie jeszcze w połowie lat 60.). Ich rozpiętość tematyczna jest znaczna: od języka włoskiego i jego dialektów, przez zagadnienia dotyczące niuansów sztuki filmowej, po kwestie ściśle polityczne i partyjne. To jednak tematyka zintegrowana: kultura stanowi dla włoskiego reżysera przestrzeń meta-polityczną, a polityka jest ważnym aspektem ludzkiej kultury, dotykającej zarówno serca (tego, co intymne), jak społeczeństwa (tego, co powszechne). Pasolini udowadnia swoimi esejami, że sztuczne jest oddzielenie działalności politycznej od świata kultury wraz z jej obyczajami, wieloznacznością, „dziwactwami”, a nawet „sentymentalizmem”. Polityka zaś w swojej radykalnej, marksistowskiej wersji ma prowadzić ku nowemu społeczeństwu.
Przyjrzyjmy się perspektywie historycznej, jaką odmalowuje Pasolini na kartach swoich esejów. Ona bowiem przynosi – niejednokrotnie opisane za pomocą symboli – rozdzielenie włoskiej rzeczywistości na dwie epoki: przed i po nastaniu uniformizującej, represyjnej i okrutnej cywilizacji „nowego faszyzmu”, jaką przyniósł neokapitalizm. Pasolini używa tego ostatniego terminu, nie precyzując go. Rozumiem, że opisuje w ten sposób kapitalizm po dwóch wielkich wojnach, kapitalizm konsumpcyjny, różniący się od wersji XIX-wiecznej, „klasycznej”, choćby masowością ujednoliconej produkcji, intensyfikacją użycia i znaczenia marketingu dla kreowania potrzeb, a także homogenizacją różnych klas społecznych poprzez narzucenie im podobnych aspiracji, obyczajów konsumenckich, kodów kulturowo-rynkowych. W nostalgiczny sposób, który nie czyni użytej metafory iluzją, ten „moment zmiany” opisany jest w „Artykule o świetlikach”. Pasolini pisze: Na początku lat 60. z powodu zanieczyszczenia powietrza i, przede wszystkim na wsi, z powodu zanieczyszczenia wody (błękitne rzeki i przezroczyste ruczaje) zaczęły znikać świetliki. Zjawisko to było nagłe i porażające. Po kilku latach świetlików już nie było. (Są dziś rozpaczliwym wspomnieniem z przeszłości: stary człowiek, który ma takie wspomnienie, nie potrafi rozpoznać w nowych młodych siebie samego z młodości, a zatem nie może mieć już pięknych, niegdysiejszych tęsknot). […] Reżim demokratyczno-chrześcijański miał dwie całkowicie oddzielne fazy, których już nie można ze sobą porównywać, zakładając niejaką ich ciągłość, ale które stały się wręcz historycznie niewspółmierne.
W latach 60. doszło we Włoszech do kolejnej rewolucji przemysłowej, której naczelne hasło brzmiało: „produkować i konsumować”. To właśnie doprowadziło do „znikania świetlików” (choć i bez cudzysłowu fraza ta byłaby poprawna). Ten moment przeoczyli także włoscy komuniści: nikt nie mógł podejrzewać rzeczywistości historycznej, jaką miała się stać niedługa przyszłość, ani też identyfikować tego, co nazywało się wówczas „dobrobytem”, z „rozwojem”, który miał po raz pierwszy we Włoszech dokonać w pełni „ludobójstwa”, o jakim w „Manifeście” mówił Marks.
A zatem w Italii dokonała się transformacja przemysłowa, ekonomiczna i kulturowa, nie naruszając przy tym pozornego ładu politycznego. Ten porządek oparł się na amorficznej, trudnej do instytucjonalnego zidentyfikowania, jak zwie ją Pasolini, „nowej Władzy”. Została ona przeciwstawiona „starej władzy” faszystowskiej, która nigdy nie miała dość sił ani odpowiednich narzędzi, by zawładnąć duszą ludu. Nowej Władzy ta sztuka się udała, ze skutkami, dla których historycznych analogii Pasolini szuka w nieodległych dziejach Niemiec: włoska trauma będąca skutkiem kontaktu między pluralistyczną „archaicznością” i przemysłowym zrównaniem może chyba tylko przypominać sytuację w Niemczech przed Hitlerem. Tu także wartości różnych, partykularystycznych kultur zniszczone zostały przez gwałtowną, ujednolicającą moc industrializacji: wraz z wynikającym stąd ukształtowaniem się ogromnych mas, już nie starych (chłopskich, rzemieślniczych), a jeszcze nie nowoczesnych (burżuazja), które utworzyły dziki, niedorzeczny, niespodziewany korpus oddziałów nazistowskich. Ważne jest także to, jak procesy transformacji wpłynęły na język. Włochy, szczególnie południowe, to (również dziś) niezliczona liczba lokalnych dialektów: Pasolini oskarżał kulturę neokapitalizmu, dyktaturę mowy telewizyjnej, że dokonała na tych dialektach nieledwie „językobójstwa” – wraz z okaleczeniem języków zmuszono do milczenia duszę włoskiego ludu.
Tym, na co Pasolini zwraca uwagę w wielu tekstach, niemal obsesyjnie, z pasją, jest właśnie homogenizacja nowej, powszechnej, drobnomieszczańskiej włoskiej kultury, która za fetyszem „rozwoju” – rozumianego jako przymus konsumpcji – ukrywa swą faktyczną reakcyjność. Materialny rozwój nie jest postępem: „Postęp” jest pojęciem idealnym (społecznym i politycznym), gdy tymczasem rozwój jest faktem pragmatycznym i ekonomicznym. Stąd zdehumanizowana „kultura rozwoju” myli wolność z permisywizmem, tolerancję ze zobojętnieniem, uniwersalizm z dyktaturą bezmyślności i uogólnień medialnych komunikatów. Jeszcze mocniej: kultura neokapitalizmu, burżuazja epoki industrializacji, zastępują wszystko, co cennego miała w sobie przeszłość (albo nieść mogła odmienna przyszłość utopijnego komunizmu) rzeczami na ogół bezwartościowymi. Epoka „produkcji i konsumpcji”, ingerując w tożsamość społeczeństwa i lokalnych społeczności, właściwie je przepoczwarzyła: Włosi stali się narodem zdegenerowanym, śmiesznym, potwornym, zbrodniczym.
Władza polityczna chadecji w tym kluczu stała się „pustką”. Nowa Władza używa jej jako fasady, za którą „stara burżuazja” (szukająca odniesienia w Kościele i traktująca z powagą swoje hasła o narodzie, wartościach, rodzinie) przegrywa walkę z „nową burżuazją”, kierującą się logiką ekonomicznego zysku i napędzającą rozwój konsumpcji. Sojusz między tymi siłami możliwy jest o tyle, o ile historia ludzkości ma być historią burżuazji: jej opowieściami o świecie, uzasadnieniami dla konfliktów i podziałów społecznych. Jednoczy zatem starą i nową burżuazję wspólny wróg – marksizm, komunizm, (niektórzy) komuniści.
Trzeba zrozumieć tę kwestię, by lepiej uchwycić, dlaczego Pasolini – mówiąc eufemistycznie – nie pasjonował się „nową lewicą” i tym, co umieszczała na swoich sztandarach. Kwestię aborcji, rozwodów czy studenckich walk z policją traktował konsekwentnie w tym kluczu historiozoficznym, który skonstruował i w którym widział wierne wypełnienie myśli marksistowskiej. Jeśli dziś w Polsce jest urywkami cytowany przez prawicę, to za cenę niemal całościowego okrojenia jego światopoglądu, łącznie z radykalną (z mojej perspektywy bardzo ograniczoną i wyrywkową) krytyką Kościoła rzymskokatolickiego, który uznawał za instytucję „bez Miłosierdzia”, na wskroś reakcyjną. Ta cząstkowa lektura – także na lewicy – powoduje, że Pasolini staje się niezbyt jasny i histerycznie zajadły jako autor ociekających pamfletyczną złością tekstów w rodzaju „PCI w ręce młodzieży!”. PCI to, rzecz jasna, Partito Comunista Italiano – Włoska Partia Komunistyczna.
Nie mamy w tomie „Po ludobójstwie” jasnego wykładu marksizmu Pasoliniego. Trzeba więc uznać, że tropy, które pozostawił, dają możliwość zrozumienia tego, co uważał w nim za najistotniejsze, tego, co rzeczywiście ma nie tylko interpretować, ale także zmienić świat. W tekście „Wystąpienie na kongresie Partii Radykalnej”, uznawanym za polityczny testament artysty, czytamy: jeśli ekstremiści walczą o prawa obywatelskie w rozumieniu marksistowskim pragmatycznie, w imię, jak powiedziałem, ostatecznej identyfikacji między wyzyskiwanym a wyzyskiwaczem – komuniści walczą o prawa obywatelskie w imię odmienności. Odmienności (nie zaś zwykłej alternatywy), która z samej swej natury wyklucza wszelką możliwą asymilację wyzyskiwanych z wyzyskiwaczami. W istocie bowiem Pasolini sądził, że te formy walki czy wręcz jej treści, jakie są udziałem „nowej lewicy” i socjaldemokracji (pojmowanej jako „rewizjonistyczna herezja” marksizmu), niczego w gruncie rzeczy nie zmieniają w strukturze neokapitalistycznego świata.
Robotnicy, chłopi, inteligencja, a nawet burżuazja stają się tu drobnomieszczanami, wychowywanymi przez telewizję, nieznośnie do siebie podobnymi w konsumpcyjnych aspiracjach pozbawionych jakiejkolwiek rzeczywistej Odmienności, zasklepionymi w nowomowie sloganów reklamy i sztucznie wytwarzanych potrzeb. W takim świecie umiłowanie wolności, które Pasolini jest skłonny przyznać intelektualistom socjalistycznym, komunistycznym, lewicowym intelektualistom katolickim, skodyfikowało się, zyskało pewność konformizmu, a wręcz terroryzmu i demagogii. Lewicowa inteligencja stanęła w szeregu klerków, którzy dopuścili się zdrady Odmienności, przyjmując nad sobą kuratelę cynicznego, neokapitalistycznego ustroju.
Pasolini nie traktuje marksistowskiego projektu Odmienności w kategoriach utopijnych, wręcz odżegnuje się od takiego postrzegania komunizmu. Mówi zatem, że stary „klerykalny faszyzm” został zastąpiony we Włoszech przez nowy „technofaszyzm”, a hedonistyczna ideologia narzuciła fałszywą tolerancję i fałszywy laicyzm jako kanony fałszywej realizacji praw obywatelskich. W takiej sytuacji istnieje następujące ryzyko: przestrzeń dla rzeczywistej odmienności rewolucyjnej zostałaby ograniczona do utopii albo do wspomnienia: redukując zatem funkcję partii marksistowskich do funkcji socjaldemokratycznej, choć, z historycznego punktu widzenia, całkowicie nowej. To spostrzeżenie ma swoje wymowne implikacje także w dzisiejszych, polskich realiach: w tej mierze np. „lewica obyczajowa” czy nawet lewica postkomunistyczna byłyby faktycznie socjaldemokracją, tyle że w historycznie i społecznie nowych warunkach. Byłyby/są socjaldemokracją, która z przyczyn historycznych, geopolitycznych i „geoekonomicznych” nigdy nie spełniła swoich „funkcji pierwszych” (historycznie i aksjologicznie): swoich społeczno-gospodarczych, kulturowych powinności wobec klasy robotniczej, pracowników najemnych, pracującej inteligencji, a także chłopstwa i biedniejszych warstw (prowincjonalnego) mieszczaństwa. To socjaldemokracja, która od razu weszła w rzeczywistość neokapitalizmu, mając za sobą albo brzemię nieistnienia („nowa lewica”), albo dyktatury, terroru, cynizmu i etycznego nihilizmu PZPR.
Wróćmy do Pasoliniego. Jeśli nie postrzega on swojej interpretacji marksizmu/komunizmu jako „utopii” lub „wspomnienia”, to czym on ma być? I co przeciwstawia zastanym realiom? Sam artysta odwołuje się z jednej strony do pewnych „sentymentalnych przeczuć”, do „uczuciowości” rewolucji, tworzy poetykę marksizmu przeciwstawioną trywialnej prozaiczności neokapitalizmu, z drugiej wskazuje wprost na aksjomaty marksowskiej historiozofii, kompletnie zapoznane w sowieckiej wersji komunizmu. Mówię tu o wizji porewolucyjnego zaniku państwa. Zacznijmy od pierwszej kwestii. W tekście „Z laboratorium. Poetyckie uwagi do językoznawstwa marksistowskiego” (1965 r.), poświęconym m.in. analizie języków/dialektów, jakimi posługiwał się Antonio Gramsci, napotykamy znamienny cytat, zaczerpnięty z twórczości włoskiego poety, Umberta Saby: Nie, komunizm nie ujmuje blasku pięknu i wdziękowi! Ta fraza jest „wyznaniem wiary” Pasoliniego w tajemnicę, jaką – wedle jego słów – rozum rozpoznaje i uznaje. Mamy do czynienia z sytuacją, w której intelektualista, konfrontując się na przykład ze skrajnie uproszczonym „marksizmem językoznawczym”, broni tajemnicy ludzkiej kultury, myśli i języka, nie cofając się przed nazwaniem jej naturalną poetyckością,irracjonalnym elementem. Jeśli uświadomimy sobie, do jak skrajnie zwulgaryzowanych form doprowadzono „racjonalizm” marksizmu choćby w ZSRR, zrozumiemy odmienność nastawienia Pasoliniego wobec całej kultury, także jej form archaicznych czy nawet archetypicznych, niesprowadzalnych do kanonów naszych racjonalizmów i racjonalizacji świata.
Co do kwestii dziejowych przeznaczeń marksizmu, Pasolini wskazuje po pierwsze na degenerację historycznie znanych form komunizmu. Nie wyciąga stąd jednak wniosku, że inny komunizm nie jest możliwy. Gdyby tak uczynił, pozbawiłby się jedynej chyba nadziei, jaką mógł przeciwstawić własnym analizom zastanej rzeczywistości. W tekście „Koniec awangardy” stwierdza,że istnieją pewne „szokujące formy” świadomości, które stanowią wyraz sprzeciwu zarówno wobec racjonalizmu burżuazyjnego, jak i marksistowskiego. Zauważa, że w narodach, które przeszły rewolucję komunistyczną (stalinizm, biurokrację, itd.), ustał rewolucyjny impet. Co zatem czynić? Skąd ratunek dla komunizmu? Odpowiedź, najistotniejszy chyba fragment, w którym Pasolini przedstawia pozytywny program dla marksizmu, ukryta jest w formie napomknięcia w jednym z przypisów. Pod adresem anarchii – pisze myśliciel – wciąż kieruje się dawne i słuszne zarzuty, które sformułował Marks. Co jednak wskazywał Marks jako ostateczny cel rewolucji? Unicestwienie państwa poprzez zniszczenie instytucji, na których się opierało (np. rodziny), oraz całkowitą decentralizację. To nie nastąpiło. Tak więc o ile Marks miał rację, gdy się denerwował na osoby – sympatyczne, lecz istotnie nieco szalone – które konkurowały z nim w jego dziele zniszczenia władzy państwowej, o tyle obecnie nie ma racji wpadający w złość komunistyczny funkcjonariusz.
I tu mamy właśnie do czynienia z fundamentalnym, radykalnym powrotem do utopii marksizmu, która oczywiście dla samych „wierzących” marksistów utopijna nie była/nie jest. Jest to marksizm anarchiczny, który przeprowadzony zgodnie z historiozofią komunistyczną miałby prowadzić do samoorganizującego się, wyzwolonego spod opresji państwa (i rynku) społeczeństwa obywatelskiego. O tym „nowym świecie” wiemy właściwie tyle, że miałby być Odmienny od wszystkiego, czego ludzkość doświadczyła w swoich dotychczasowych dziejach, w epokach feudalizmu, (neo)kapitalizmu i wszelkich ich wariacjach, w systemach innych niż zachodnie. Wobec tej perspektywy „radykalnej odmienności” marksistowskiej utopii, myśl socjaldemokratyczna, którą postponuje Pasolini, jest rzeczywiście jedynie zakładnikiem szarej rzeczywistości. Jeśli jednak uznać, że utopia to miejsce, którego nie ma, to, jako socjaldemokrata, zawsze wybieram możliwe zmiany zamiast nieistniejącej Odmienności, dla której realizacji żadnych szans nie widzę i do której zagadki każe się zdystansować historia realnego komunizmu.
Marksizm Pasoliniego, jego analizy neokapitalizmu nie wydadzą się nam nadto oryginalne, a może nawet wtórne, jeśli przypomnimy sobie choćby XIX-wieczne krytyki Zachodu czynione przez rosyjskich antyokcydentalistów (pozbawiona piękna i różnorodności „marynarkowa cywilizacja”, opisy Londynu Dostojewskiego, nadzieja na „rosyjski socjalizm” Hercena). Wspomnijmy także tęsknoty za przeszłością niemieckich romantyków, do których nawiązywał Marks, a wreszcie szkołę frankfurcką z popularną przecież teorią „soft-totalitaryzmu”.
Najistotniejszy jest jednak fakt, że Pasolini opisywał, interpretował i kontestował zastaną rzeczywistość – był zarazem teoretykiem, jak i „praktykiem sprzeciwu”. I próbował zachować wiarę w możliwość radykalnej zmiany. W tekście „Poza Pałacem” oprotestował „kulturę wykluczenia”, na jakiej opiera się burżuazyjny porządek świata, w którym gospodynie domowe istnieją jedynie jako przedmiot kpin, albo nie ma ich wcale. Pisał: wasze nieliczne wykształcone elity – socjalistyczne, radykalne, czy też postępowo katolickie – zduszone są z jednej strony przez konformizm, z drugiej przez desperację. Jedynymi, którzy walczą jeszcze o jakąś kulturę i w imię jakiejś kultury, skierowaną w stronę przyszłości, a zatem od samego początku pozostającą poza kulturami straconymi (klasową, burżuazyjną, i archaiczną, ludową), są młodzi komuniści. Ale jak długo jeszcze będą mogli bronić swojej godności?
Pozwolę sobie na pompatyczne zakończenie. Człowiek, jeśli jeszcze pozostał człowiekiem w świecie neokapitalizmu, gdy nie wierzy w Boga (ani Bogu), musi zaufać temu, co ma jakąś fundamentalną wartość aksjologiczną. Choćby wspólnocie z innymi ludźmi, ideom, także idei utopii – żeby nie oszaleć albo nie znikczemnieć. Żeby nie zapaść się w sobie, w tej części swojego człowieczeństwa, która chętnie odda się pod jakąkolwiek dyktaturę, a najchętniej pod taką, która da sytość zmysłom, bezmyślności i poczuciu bezpieczeństwa, jakie daje stado. Pasolini zaufał – moim zdaniem – utopii, a zatem temu aspektowi ludzkiej kultury, który na poły jest onirycznym marzeniem, na poły intelektualnym projektem. Zaufał wizji, która nie chciała pogodzić się z wiarą, że historia jest i może być jedynie historią burżuazji,czyli historią pisaną pod dyktando zwycięzców, przeciwko przegranym, przemilczanym, wbitym w ziemię. Być może jest to także imperatyw moralny, wszak twierdził, przeciwstawiając się światu bezdusznemu, w którym możliwości techniki zastąpiły wybory sumienia: Co w rzeczywistości czyni wykonalnymi – konkretnie, w gestach, realizacji – polityczne rzezie po tym, jak zostały obmyślone? Jest to przerażająco oczywiste: brak poczucia świętości cudzego życia, a także kres wszelkich uczuć we własnym życiu. […] Nie należy nadmiernie dyskredytować świętości; bez obawy też dobrze mieć serce.Ten sprzeciw wobec „łatwej dehumanizacji” jest z pewnością jedną z wizytówek myśliciela, znakiem jego krnąbrności wobec prostych schematów i truizmów oddzielających na ogół strony konfliktu lewicy z prawicą.
Pytanie, kim byłby Pasolini dziś, gdy spisano już skrupulatnie i bez złudzeń „czarną księgę komunizmu”. Zdaję sobie sprawę, że takie pytanie może być dla wielu niestosowne czy wręcz bezzasadne, „prawicowe”. Jednak to właśnie „Po ludobójstwie” uczy, że idee niosą odpowiedzialność, że wymagają odwagi myślenia, przede wszystkim wobec własnych, nie cudzych doświadczeń dziejowych i koncepcji kulturowych, politycznych, społecznych. Nic też dziwnego, że jeden z zawartych w tomie artykułów, „Język pisany rzeczywistości”, otwiera cytat z platońskiego „Fedona”: – Tylko strzeżmy się pewnego stanu, aby nas nie spotkał. – Jaki stan? – zapytałem. – Abyśmy się nie zrazili do myśli, tak jak mizantrop się zraża do świata i ludzi. Bo nie ma – powiada – większego nieszczęścia, jakie by mogło człowieka spotkać, niż to, jeżeli ktoś się do myśli zrazi. A właśnie ta odwaga myślenia sprawiła, że Pasolini – utopijny komunista zbuntowany przeciw gettom, jakie zbudowała dla człowieczeństwa kultura neokapitalizmu – wart jest czytania i refleksji.
Pier Paolo Pasolini, Po ludobójstwie. Eseje o języku, polityce i kinie, Biblioteka kwartalnika KRONOS, Warszawa 2012, przełożyli Anna Mętrak, Izabela Napiórkowska, Mateusz Salwa.
Książkę można nabyć u wydawcy. Kontakt: Redakcja pisma „Kronos”, Instytut Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego, ul. Krakowskie Przedmieście 3, 00–927 Warszawa, e-mail: redakcja@kronos.org.pl
przez Krzysztof Wołodźko | środa 16 stycznia 2013 | Zima 2012
Wywiad z Panem dla pisma „Kontakt” nosił tytuł „Walka klas”. Czy rzeczywiście polska edukacja została poddana konfliktom klasowym?
Tomasz Szkudlarek: Teoretycznie rzecz biorąc, mamy do czynienia z publicznym systemem edukacji, powszechnie dostępnym. Natomiast doświadczenia pokazują, że gdy formalna dostępność wzrasta, pojawiają się inne bariery na drodze do edukacji o dobrej jakości. Zaczynają funkcjonować mechanizmy selekcyjne, które tylnymi drzwiami wprowadzają elementy segregacji. W Polsce ewidentnie mamy z tym do czynienia. Szczególnie jest to widoczne na poziomie ponadpodstawowym. Wyniki testów egzaminacyjnych są bardzo silnie skorelowane ze statusem społeczno-ekonomicznym rodziców, przede wszystkim z poziomem ich wykształcenia. Jeśli szkoła jest selekcyjna, posiada możliwość wyboru uczniów, to dobiera tych z wysokim statusem społecznym. Następuje powolna segregacja klasowa edukacji.
Gdzie szukać przyczyn zjawiska?
Sytuacja wynika z neoliberalnego sposobu zarządzania systemem. Sterowanie jakością kształcenia związane jest z konkurencją między szkołami. To jest metafora rynku: jeżeli dyrektorzy zachowują się zgodnie z „logiką systemu”, to starają się pozyskać jak najlepszych uczniów. Poziom kompetencji i umiejętności przychodzących uczniów decyduje w dużym stopniu o tym, jakie będą wyniki na egzaminach końcowych. A według nich szkoły są „rankingowane” i otrzymują profity: zyskują miano elitarnych, są premiowane finansowo.
Dochodzi do rozwarstwienia: dziecko ze szkoły z „dolnych miejsc rankingowych” uczy się w klasie, z której już „wyprowadziły się” dzieci rodziców o wyższym poziomie wykształcenia – dzieci z domu, gdzie są książki, gdzie rozmawia się o sprawach, których dotyczy edukacja szkolna, gdzie można uzyskać pomoc w odrabianiu lekcji itd. Te „gorsze” dzieciaki tracą w ten sposób szanse uczenia się od swoich rówieśników rzeczy, których nie wyniosły z domu.
Proces ten w Polsce zaczął się w latach 90., na świecie – na początku lat 80. To część „pakietu” myślenia o problemach społecznych, który można wiązać z thatcheryzmem w Wielkiej Brytanii i polityką Ronalda Reagana w USA. Określa się go mianem „nowego stylu zarządzania sferą publiczną”. W momencie, w którym uznano, że tzw. budżetówka to źródło marnotrawienia pieniędzy, że podraża koszty funkcjonowania gospodarki, zaczęto ją traktować jak inne części systemu gospodarczego. Metody wykorzystywane w biznesie zastosowano do zarządzania szkołami czy szpitalami. Sztucznie wprowadzono mechanizmy rywalizacji, konkurencji, wolnorynkowego wyboru usług. Szkołę można zatem sobie wybrać. Rzecz jasna aktywnie wybierającymi są osoby o wyższym statusie ekonomicznym, bo stać je choćby na to, żeby dowozić dzieci do szkoły poza rejonem zamieszkania. Poza tym gdy mamy aktywnie wybierać, musimy mieć informacje o tym, co wybieramy. Tu jest właśnie miejsce na publikowane i powszechnie dostępne rankingi, egzaminy i testy wewnętrzne.
Z jednej strony wiąże się to z liberalizacją systemu, czyli ze zwiększeniem zakresu wolności i odpowiedzialności pojedynczych osób, co jest powszechnie akceptowane, a ludzie postrzegają to jako sensowne. Ale z drugiej strony te wybory są w większości dokonywane przez osoby o wyższym statusie społecznym, co stopniowo prowadzi do klasowego rozwarstwienia.
Jakie konsekwencje może przynieść model edukacji oparty na rozwarstwieniu ekonomicznym i kulturowym dla dalszego społecznego funkcjonowania młodych ludzi?
To przede wszystkim kwestia znacznych rozbieżności w szansach życiowych – kryteria dostępu do wyższej jakości kształcenia bardzo się różnicują. W Polsce dodatkowym czynnikiem jest to, że po wprowadzeniu reformy strukturalnej, czyli gimnazjum, wiek, w którym dokonywana jest selekcja do szkół wyższego szczebla, obniżył się o dwa lata. A im wcześniej dokonuje się wyboru szkoły, tym silniej uzależniony on jest nie od zdolności dziecka, lecz od kapitału kulturowego rodziców. A to wpływa nie tylko na losy dzieci, ale także na sposób funkcjonowania społeczeństwa. Tracimy bowiem tutaj różnorodną kulturowo, klasowo i ekonomicznie szkołę powszechną, w której młodzi ludzie przez sam fakt bycia razem uczą się ze sobą rozmawiać, koegzystować w społeczeństwie. W dorosłym życiu tacy ludzie rozumieją się lepiej lub gorzej, ale na ogół nie dziwią się, że ktoś myśli inaczej od nich, wiedzą, że ludzie są różni, różnie trzeba się z nimi dogadywać. W Polsce ten problem jest jeszcze trudny do zauważenia, ponieważ w świadomości osób dorosłych klasowy model wychowania i edukacji nie występuje. Ale przez analogię do tego, o czym przez lata pisano w USA, można prognozować stopniowy zanik zróżnicowanej, nieselekcyjnej szkoły publicznej. Będzie to prowadziło do „apartheidu kulturowego”, gdzie ludzie żyją we własnych, zamkniętych enklawach i tracą zdolność komunikowania się.
Zatem klasowy model szkolnictwa może mieć istotne skutki dla funkcjonowania społeczeństwa, dla demokracji rozumianej jako sztuka negocjacji, dla szukania konsensusu w kwestiach spornych. Jakościowe badania, które prowadzą moi koledzy z uniwersytetu, bardzo wyraźnie pokazują, że te szkoły, które plasują się w różnych miejscach rankingu, wytwarzają bardzo odmienne kultury: inaczej kształcą dzieci, te zaś inaczej myślą, mają inne sposoby argumentowania, autorytety. To są osobne światy. Takie zjawisko nie będzie obojętne dla sposobu funkcjonowania społeczeństwa w przyszłości.
Oczywiście ten proces zawsze miał miejsce, nawet w PRL nie żyliśmy w świecie egalitarnym. Ważne jednak jest to, że przy większym „wymieszaniu” niejako wymuszona była komunikacja między różnymi grupami społecznymi: poprzez szkołę, politykę mieszkaniową (osiedla, na których mieszkali ludzie z różnych warstw) itp. Dziś te światy różnicują się tak geograficznie (urbanistycznie), jak i kulturowo. Mamy do czynienia z rekonstrukcją struktury klasowej. Może to wywoływać tęsknoty do „neofeudalnego” porządku społecznego, gdzie będziemy mieli ludzi należących do elit, zupełnie nie rozumiejących pozostałych warstw społeczeństwa. I wzajemnie: klasy wyższe będą kompletnie niezrozumiane przez niższe. Będzie się to wiązało z tworzeniem coraz większej ilości barier, także czysto fizycznych, gdy ludziom coraz trudniej będzie dostać się do „nieodpowiedniego” dla nich miejsca: dobre dzielnice, złe dzielnice. W takim modelu rośnie wzajemny lęk przed kontaktami. Z jednej strony będzie to obawa o własne bezpieczeństwo w przypadku ludzi z elit, z drugiej strony osoby wykluczone będą odczuwały lęk przed ośmieszeniem się, kompromitacją, nie będą podejmować prób wchodzenia w pewne rejony, które „nie są dla nich”. I tak może tworzyć się tendencja do budowania wzajemnie izolowanych układów społecznych.
W sytuacji konfliktu społecznego może to skutkować powstawaniem populistycznych ideologii, w których szuka się kozła ofiarnego, gdzie widzi się elity jako przyczynę wszelkiego zła – ale będzie to oderwane od rzeczywistości, od znajomości prawdziwych realiów życia tych „innych”. W takim – wzajemnym – myśleniu trudno o możliwości kompromisu. Sądzę, że już dziś trzeba zacząć pracować na rzecz zmniejszania tego dystansu kulturowego.
Według informacji mediów w 2012 r. zamknięto ponad 1500 szkół. Do 2014 r. może ich zniknąć nawet pięć tysięcy, przede wszystkim na prowincji. Likwidację placówek tłumaczy się zwykle dwoma kwestiami: niżem demograficznym i problemami budżetowymi samorządów. Jaka jest Pana odpowiedź na te zwyczajowe wyjaśnienia?
Obydwa te elementy, demografia i budżet, są realne. Jednak zamiast zamykać szkoły, sensowniej byłoby przekształcać je w centra edukacji dorosłych. W Polsce ta sfera wciąż nie jest dostatecznie rozwinięta. Oczywiście dorośli się uczą, ale jeśli porównamy to choćby z krajami skandynawskimi, skala i jakość zjawiska wyglądają dość mizernie. Jest to „czarna dziura” w polityce oświatowej w Polsce. Ministerstwo Edukacji Narodowej kojarzone jest z ministerstwem edukowania dzieci, a jego kompetencje kończą się, gdy dzieci osiągają wiek, w którym kończy się obowiązek szkolny. Można by więc wykorzystać to, że mamy infrastrukturę, pustoszejące budynki oraz sporą grupę nauczycieli. Ci ostatni nie są jedynie specjalistami od nauczania biologii, geografii czy języka polskiego, bo nauczyciele to zazwyczaj ludzie dość aktywni społecznie – także emerytowani nauczyciele. Byłoby bardzo mądrze, gdyby gminy utrzymały budynki, ludzi, pieniądze, otwierając je dla dorosłych, skoro jest coraz mniej dzieci. Właśnie dorosłym w takim układzie warto dać możliwość edukacji, samokształcenia, a nawet życia towarzyskiego – wszystkiego, co może zaoferować centrum kulturowe lokalnej społeczności. Szczególnie w małych miejscowościach panuje w tym względzie dramatyczna sytuacja. Często właśnie szkoła jest tam jedynym – poza parafią – miejscem, w którym ludzie mają szansę się spotkać, działać razem. Byłoby bardzo dobrze, gdyby niż demograficzny został wykorzystany do tworzenia płaszczyzny życia wspólnotowego, właśnie w szkołach.
W PRL z reguły dzielono szkoły na gorsze, prowincjonalne oraz lepsze, (wielko)miejskie. Dziś mamy badania wskazujące, że te podziały nie są tak jasne, że znaczne różnice zachodzą np. w obrębie miast.
Są pewne sugestie, wynikające z badań nad wynikami egzaminów szkolnych, które potwierdzają ten podział w miastach. To dość ograniczona baza wiedzy, bo mówimy o badaniach mających za punkt wyjścia wyniki testów, które dzieci zdają pomiędzy progami selekcyjnymi w szkole, a to nie bierze pod uwagę mnóstwa czynników społecznych. Ale jeśli popatrzymy na te wyniki – mówię np. o analizach Romana Dolaty z Instytut Badań Edukacyjnych – to rzeczywiście zaznaczają się takie tendencje, iż mocno różnicują się szkoły miejskie. Wiąże się to z procesami, o których mówiłem na początku, czyli z neoliberalnymi sposobami zarządzania oświatą, dającymi rodzicom możliwość wyboru szkoły. Specyfika miejska powoduje, że szkół do wyboru jest w okolicy kilka czy kilkadziesiąt. Wtedy system faktycznie może aktywnie pracować na ich rozwarstwienie. Działa to na zasadzie gettoizacji – lepiej wykształcone grupy społeczne wyprowadzają się z dzielnic wymieszanych kulturowo i zabierają swoje dzieci ze szkół, które uważają za niedostatecznie dobre, przenosząc je do bardziej elitarnych. I jest to proces gwałtowny.
Natomiast w wiejskich szkołach, np. w gimnazjach, zdarza się, że dyrektorzy i nauczyciele wykorzystują wyniki testów ze szkół podstawowych nie po to, żeby klasy segregować, czyli tworzyć lepsze i gorsze grupy, tylko po to, żeby je mieszać i celowo tworzyć bardziej wyrównane środowiska edukacyjne.
Wspomniane badania Dolaty wskazują też, że zaczyna się tendencja do wyrównywania poziomu szkół wiejskich ze słabszymi szkołami wielkomiejskimi i placówkami ze średnich miast oraz bardzo silne zróżnicowanie szkół na terenie wielkich miast. Już obecnie mamy w dużych miastach szkoły, których uczniowie mają znacznie większe problemy z rozwiązywaniem testów niż w przypadku przeciętnej szkoły wiejskiej. To zupełnie inna sytuacja niż ta, z którą mieliśmy do czynienia jeszcze w latach 70. i 80., gdy socjologowie edukacji identyfikowali granicę miasto-wieś jako główną barierę blokady rozwojowej. Na wsiach było gorzej i trudniej, w miastach ten poziom był znacznie wyższy i bardziej wyrównany niż w szkołach wiejskich.
A z czego może wynikać wspomniana przez Pana polityka w wiejskich szkołach?
Mogę wysnuć tylko pewne przypuszczenia, bo nie znam szczegółowych badań na ten temat. Możliwe, że w małych, prowincjonalnych szkołach łatwiej utrzymać pewne poczucie misji, etos nauczycielski. W miejskich aglomeracjach mamy do czynienia z gęstą siecią szkół, a zatem i z poczuciem, iż zróżnicowane opcje wyboru powodują, że jeśli ktoś nie pasuje tutaj, to się powinien przenieść gdzie indziej. W małej, lokalnej społeczności jesteśmy niejako skazani na siebie, a wspólnotowość, kapitał społeczny są silniejsze, bo trudniej o alternatywę.
Druga rzecz, która także może wynikać z kultury „bycia razem” w środowiskach wiejskich – niewykluczone, że dyrektorzy nie chcą antagonizować nauczycieli. Jeżeli jest kilka równoległych klas, to nauczyciele mają mniejsze problemy, gdy prezentują one podobny poziom, niż wtedy, gdy stworzymy sobie klasy „orłów” i „kaczko-gęsi”. Łatwiej się zarządza zespołem, łatwiej utrzymać dobrą atmosferę, gdy się stosunkowo równo podzielimy trudnościami i sukcesami.
Kim jest nauczyciel w dzisiejszej szkole? Jaki jest jego status oraz poziom edukacji, którą sam otrzymuje na studiach?
Myślę, że jest nauczycielem przeładowanym pracą biurokratyczną oraz zagonionym. Logika zarządzania sferą publiczną (nie tylko szkołą, bo także służbą zdrowia, pracą socjalną itp.) jest przeładowana procedurami, parametryzacją, regułami oceniania, przygotowywaniem rankingów. Na to wszyscy narzekają, bo to odsuwa ludzi od faktycznej pracy.
Jeśli idzie o kształcenie nauczycieli, to w Polsce jest z tym źle. Z jednej strony nauczyciele kształceni są na wydziałach „przedmiotowych” – to daje potencjalnie dobrą bazę do kształcenia na wysokim poziomie. Jednocześnie ta sama struktura kształcenia jest fatalna, gdy chodzi o społeczny wymiar pracy nauczyciela: radzenie sobie z problemami wychowawczymi, współpracę z rodziną ucznia, działanie w środowisku lokalnym itp. Tego wszystkiego ludzie muszą się uczyć na własnej skórze, i to nieraz bardzo boleśnie. To, co obecnie jest systemem kształcenia nauczycieli w tej kwestii, czyli ponad 300-godzinny kurs w ramach studiów przedmiotowych (psychologia, pedagogika, metodyka nauczania), to bardzo mało. Poza tym jest to realizowane w sposób daleki od systematyczności. Na polskich uniwersytetach nie powstały wydziały, które traktowałyby „bycie nauczycielem” w kategoriach specjalistycznego wykształcenia. Moim zdaniem nauczyciel przede wszystkim – z zawodu – powinien być osobą przygotowaną do kształcenia wielokierunkowego, mniej specjalistycznego, za to znacznie lepiej radzić sobie z problemami rozwojowymi dzieci, z problemami społecznymi środowiska, w którym żyją, posiadać zdolność współpracy z instytucjami w otoczeniu szkoły i z rodzicami. To bardzo trudne, a nauczyciele narzekają, że do tego nie zostali przygotowani.
Dzieje się tak, ponieważ brakuje odpowiedniej struktury w tym względzie. A tej nie ma, bo po reformach systemu edukacji jeszcze z lat 90., uczelnie wyższe otrzymały bardzo dużą autonomię i trudno byłoby je zmusić do stworzenia innej metodologii edukacji przyszłych nauczycieli. Za tym kryje się również problem pieniędzy – bardziej zaawansowany system kształcenia wiązałby się z kosztami. Wymagałoby to również pewnej formy centralizacji całości tej dziedziny edukacji.
Chciałbym podkreślić, że jest mnóstwo nauczycieli, którzy wypruwają sobie żyły, pracując z tymi „gorszymi” dzieciakami, ale w niewielkim stopniu przekłada się to na opinię o ich pracy. Najłatwiej jest stworzyć wyobrażenie o jakości edukacji na podstawie wskaźników: zdawalności matury, rekrutacji na studia, sukcesów w olimpiadach…
Mówiąc o kwestii nauczyciela jako pedagoga, czyli współuczestnika wychowania, nasuwa się pytanie, czy z zaniedbań w tej materii wynikają kłopoty z agresją uczniów, ich sposobem bycia w szkole?
Nie sądzę, żeby to akurat błędy w wykształceniu nauczycieli powodowały tego typu problemy, ale z pewnością nie ułatwiają one ich rozwiązywania. To, że młodzi są dziś inni niż 50 lat temu, wynika z bardzo wielu rzeczy, przede wszystkim z rozwoju kultury konsumpcyjnej. Wszyscy żyjemy w świecie, w którym egoizm stał się cnotą. Media instruują nas, że powinniśmy dążyć do intensyfikowania własnych potrzeb i zachcianek. Ten przekaz jest wszędzie. Druga rzecz, że ta nuworyszowska faza kapitalizmu spowodowała, iż pokolenie rodziców dzisiejszych uczniów to ludzie wciąż uganiający się za pracą i pieniędzmi. To jest oczywiście uwarunkowane także ekonomicznie, nie tylko kulturowo, nie ma co zrzucać winy na rodziców, bo czasem z ośmiogodzinnej pracy nie da się utrzymać rodziny. Ale tak czy owak efekt jest jeden – rodzice są nieobecni. Dzieci wychowują się we własnym środowisku. Do tego dodajmy trzecią kwestię: styl życia w przestrzeni publicznej. Proszę zauważyć, że miejsca publiczne są posegregowane wiekowo. Gdy wchodzę z żoną do jakiegoś pubu, to nierzadko dwukrotnie zawyżamy średnią wieku, bo zwykle siedzą tam 17-latki. Ich rodzice są w tym czasie w domu i oglądają telewizję. Gdy się wejdzie do knajpy w Anglii czy w Niemczech, to mamy tam ludzi od 16. do 90. roku życia. Komunikacja międzypokoleniowa została zerwana w Polsce w wielu miejscach. Jeśli nauczyciele nie czują się bezpiecznie i swobodnie w kontakcie z młodymi ludźmi jako dorośli i jako profesjonaliści, którzy potrafią organizować życie zespołowe i rozumieją, czym żyją dzieciaki – to mają potężny kłopot. Myślę zatem, że wiele jest problemów, które wymagałyby pracy czasem terapeutycznej, czasem animacyjnej. W takim kontekście sytuacyjnym i kulturowym nie wystarczy profesjonalizm w przygotowywaniu dzieciaków do rozwiązywania testów.
Ale chyba już nikt nie oczekuje, że nauczyciel będzie wychowawcą? Rodzice wręcz bronią niezależności swoich dzieci od szkoły…
To bardziej złożona kwestia. Z jednej strony z radością pozbyliśmy się tej wizji szkoły, która ma wychowywać, bo kojarzyło się nam to z indoktrynacją, z dominacją państwa nad rodziną i społeczeństwem. Bezpiecznie jest patrzeć na szkołę jako na instytucję, która zajmuje się wiedzą i kompetencjami intelektualnymi, a od wychowywania jest rodzina. Z tym że rodzina znajduje się w kryzysie: mentalnym, kulturowym, ekonomicznym. Rodzina też się zawęża w swoich funkcjach, a rodzice często nie wiedzą, jak się określić wobec własnych dzieci. A do tego nie zadaliśmy sobie poważnego pytania w dyskursie publicznym o funkcję szkoły. To, co nam dziś zostało, to przekonanie, że edukacja jest ważna dla rozwoju gospodarczego. I jedyne, o czym się publicznie, głośno debatuje, to kwestia tego, czy szkoły wypuszczają na rynek bezrobotnych, czy nie. Powrót do funkcji wychowawczej wydaje mi się możliwy tylko wtedy, gdy będzie się to działo w kontekście jakiegoś większego działania społecznego, angażującego nie tylko szkoły, ale także środowiska lokalne. Trudno dziś wyobrazić sobie sytuację, że szkoła zaczyna pełnić rolę wychowawczą, wytwarzać własne normy obyczajowe, normy zachowania, które ignorują to, co dzieje się za jej murami. Wiązałoby się to ze zbyt dużym oporem społecznym, z przekonaniem, że rodzice pozbawiani są odpowiedzialności. W tej chwili rodzina nie pełni funkcji wychowawczych lub pełni je słabo, ale zarazem nie da sobie narzucić, żeby ktoś robił to za nią. Ale oczywiście, gdy dochodzi do jakichś trudnych kwestii, w rodzaju „wychowania seksualnego”, to wtedy rodzice chętnie mówią, że to jednak szkoła powinna za nich tę robotę wykonać i przygotować dzieci do odpowiedzialnego życia.
Dyskusja dotycząca sensu szkoły publicznej dopiero musi się odbyć. W jej trakcie musimy wypracować pomysły na to, czym ta instytucja ma być z punktu widzenia szerszych kwestii, niż tylko przygotowanie ludzi do znalezienia pracy.
Sposób funkcjonowania szkolnictwa, zasób i charakter wiedzy, jaką ono przekazuje, zależą w dużej mierze od ustrojowego i kulturowego zaplecza społeczeństw i państw, nie tylko od czynników ściśle ekonomicznych. Podobnie realizacja i wyznaczenie celów edukacji.
W podręcznikach pedagogiki mówi się o trzech podstawowych funkcjach edukacji, które bardzo mocno wiążą się z ideologiami politycznymi. Szkoła konserwatywna nastawiona jest na „transmisję kultury”, czyli przekazywanie wiedzy i wartości, które tworzą tożsamość społeczną, ciągłość historyczną.
Druga funkcja, która jest bliska ideologiom liberalnym, wiąże się z rozwojem potencjału i kompetencji jednostek. Dobra szkoła to taka, która sprzyja rozwojowi każdej jednostki, musi zatem być na tyle zróżnicowana, aby każdemu inaczej zapewniać to, co jest mu potrzebne.
Te dwie funkcje są w konflikcie ze sobą, bo jeżeli mówimy o ciągłości historycznej, to zakładamy wspólny kanon wartości, które wszyscy powinni opanować, a gdy mówimy o wolności indywidualnej, to wchodzimy w logikę zróżnicowania.
Trzecia funkcja, obecna przynajmniej od czasów reformacji, to traktowanie edukacji jako czynnika zmiany społecznej. Szkoły mają być promotorami modernizacji, zmiany społeczeństwa, naprawiania tego, co w społeczeństwie szwankuje. Szkoła ma uczyć tolerancji, odpowiedzialności, moralności itd. Jakimś przemieszczonym wariantem tej ideologii jest obecne traktowanie szkoły jako instytucji modernizującej gospodarkę.
Jest oczywiste, że położenie nacisku na jednym z tych trzech aspektów oznacza osłabienie funkcji dwóch pozostałych. Ideałem byłoby stworzenie systemu, w którym ta trójka pozostaje w równowadze. Rzecz w tym, że każdy z elementów jest częścią pewnych projektów i ideologii politycznych, dlatego szkoła w demokratycznych społeczeństwach staje się niesamowicie niestabilnym polem walki między nimi. Zatem to, co wyobrażamy sobie jako dobrą szkołę, będzie zależało od naszych wyborów światopoglądowych. I tak dla ludzi związanych z narodową prawicą będzie to przede wszystkim kwestia historii, kanonu kultury, literatury, wspólnych wartości, dziedzictwa itd. Dla liberałów będzie to przystosowanie jednostek do zmieniającego się szybko świata, czyli nastawienie na indywidualną drogę uczenia się i adaptowania do warunków: inicjatywa, kreatywność, elastyczność. I znów mamy tu konflikt między wersją pierwszą a drugą. Z kolei dla socjalistów, czy mówiąc językiem pedagogiki – progresywistów, ważne będzie nie to, w jakim świecie żyjemy, ale to, jaki ten świat być powinien. Dlatego – z dzisiejszej perspektywy – szkoła powinna uczyć myślenia krytycznego oraz aktywności społecznej nie w kontekście indywidualistycznym, lecz wspólnotowym.
Gdyby odnieść się do znanych nam systemów, to – przykładowo – wzorce skandynawskie byłyby liberalno-progresywistyczne. Zatem z jednej strony wspierają one wolność indywidualną, z drugiej – progresywną zmianę, za którą kryje się model społeczeństwa egalitarnego. Jest ono innowacyjne, potrafi rozwiązywać swoje problemy, troszczy się o środowisko naturalne itd. W polskim systemie edukacji mamy dominację myślenia konserwatywnego i liberalnego – jest to swoista pokomunistyczna reakcja na poprzedni system, dość trudny dziś do wyobrażenia, który był fuzją myślenia socjalistycznego, nastawionego na przyszły świat, oraz konserwatywnego, nastawionego na przeszłość, historię. Ten „dziwny system” pomijał element liberalny, dlatego – na zasadzie odreagowania – tak bardzo do niego przylgnęliśmy w III RP.
Dla równowagi warto by dziś przywrócić myślenie o szkole jako progresywnym, pozytywnym czynniku kształtowania społeczeństw, nie tylko przygotowywania jednostek do historycznej pamięci i funkcjonowania na rynku.
Jakie są sposoby krótko- i długoterminowe na ewentualną zmianę sytuacji? Jakie priorytety nakreśliłby Pan dla rodzimego szkolnictwa?
To, o czym rozmawialiśmy dotychczas – rynkowe różnicowanie, indywidualizacja, procesy segregacyjne – rozwija się od ponad 20 lat. I jeszcze nie dotarło to do opinii publicznej jako problem wymagający debaty oraz rozwiązania. Zatem pewnie następnych dziesięć lat będziemy brnąć w tę samą stronę. Cały PRL, postrzegany jako projekt, który przeorał naszą świadomość, trwał w aktywnej postaci trzydzieści kilka lat (lata 80. to był już okres schyłku, zawieszenia), a jeszcze nie możemy się z niego wyplątać w pewnych wymiarach. Są to zatem długotrwałe procesy i to nie jest tak, że po prostu zmienimy rząd po wyborach i wszystko się odmieni. Te kwestie najpierw muszą się pojawić jako ważne problemy w debacie publicznej i musi się pojawić wola zmiany tej sytuacji. Według mnie natomiast wciąż trwa chęć dalszej separacji i segregacji w ramach systemu edukacji. Te środowiska, które lepiej radzą sobie w obecnych realiach ekonomicznych, jeszcze nie mają dość izolacji, jeszcze się odgradzają, stawiają kolejne bariery. Zmiana będzie wymagała znacznej pracy politycznej, społecznej, kulturowej, organizacyjnej, i to nie tylko wśród tych, którzy dziś są marginalizowani, lecz głównie chyba wśród elit.
Moja orientacja ideowa, jeśli mogę to tak nazwać, wiązałaby się z przeciwstawieniem tendencjom separacyjnym. Dziś sprzeciwiają się im przede wszystkim ludzie z mentalnością „narodowo-socjalistyczną”, która może być niebezpieczna. Nawet jeśli tam się nieźle identyfikuje problemy, to sposoby ich rozwiązywania są nietrafne i często bardzo niebezpieczne. Choć prawdopodobnie jest to konieczny etap, gdy ludzie zaczynają sobie pewne problemy uświadamiać. Dziś tendencje do przywrócenia bardziej egalitarnego świata są zatem popularne wśród populistycznej prawicy, która zauważa problemy związane z nadmiernym dystansem i zróżnicowaniami społecznymi, ale rozwiązania widzi nie w demokratycznych sposobach przezwyciężenia problemów politycznych, lecz w szukaniu zdrajców, w formach symbolicznej przemocy w stosunku do elit. To ślepa uliczka.
Na poziomie krytyki musimy być bardzo radykalni i wolno nam przerysowywać pewne kwestie, żeby dotarły do świadomości ludzi, którzy o tym jeszcze nie myśleli. Jednak zmiany społeczne zachodzą raczej w pragmatycznej działalności, wymagają współpracy, porozumienia, zdolności do komunikowania się. Sensowniej jest myśleć o tym, jak w sposób polityczny, związany ze świadomością społeczną, definiowaniem celów wspólnotowych, przeorientować ten system tak, aby był bardziej zrównoważony.
Szkoła jest także elementem społeczeństwa obywatelskiego. Jaka jest Pana opinia o szkołach społecznych?
Są szkoły społeczne, które mają bardzo otwartą formułę. Na początku, gdy powstawały, można było na nie patrzeć jak na „wyspy obywatelskości”: proponowano odmienne od ogólnie przyjętych sposoby współpracy nauczycieli, rodziców i dzieci, nowe formy bycia razem. Sytuacja zmieniła się, gdy uspołeczniona została sama szkoła publiczna, bo ustawa oświatowa z lat 90. właściwie oddała szkoły samorządom. Dzisiaj społeczności lokalne mogłyby mieć znaczny wpływ na swoje szkoły, nie tylko w tym sensie, że decydują o ich zamykaniu. Nie mają, bo w Polsce nie wykształciły się ruchy rodzicielskie, podmiotowość rodziców jako partnerów w systemie edukacji, a jeżeli się czasami wykształca, to ma charakter głównie roszczeniowy. Z tego, co wiem, różnica między polskimi ruchami rodzicielskimi a zachodnioeuropejskimi, szczególnie skandynawskimi, jest taka, że nasze są czymś w rodzaju związków zawodowych, czyli traktują szkołę jako przestrzeń pewnego rodzaju konfliktu: trzeba dbać o dzieci przeciw instytucji. Natomiast zagranicą funkcjonują na zasadzie stowarzyszeń nauczycielsko-rodzicielskich, gdzie wspólnie decyduje się o tym, jak wyglądają programy wychowawcze, czyli rodzice realnie angażowani są w pracę szkoły. I to szkoły publicznej.
W Polsce szkoły społeczne stały się – w dużej mierze – szkołami niepublicznymi, nie tylko w sensie formalnym, ale także w sensie pewnej ideologii, filozofii. Stały się szkołami, w których konieczność opłacenia wysokiego czesnego stanowi barierę dostępu dla ludzi nie mających dostatecznej ilości pieniędzy, zatem automatycznie wpisują się w elitarny model kształcenia. Funkcjonują lepiej lub gorzej, wiele tych szkół jest znakomitych, ale z punktu widzenia całego systemu są to enklawy z dość rygorystyczną finansową barierą na wejściu. Duże znaczenie ma też kapitał kulturowy: relacje z rodzicami, kontrakty, zobowiązania. Właśnie ze względu na tę elitarność nie wierzę, żeby obecnie była to realna alternatywa dla całego systemu edukacji.
Obawiam się również, że nawet gdyby powstała odpowiednia polityka stypendialna, która zniwelowałaby barierę finansową, to nie zmieni to faktu, że będziemy mieli do czynienia z auto-segregacją środowisk elitarnych, które wciąż będą szukały dla siebie kolejnych enklaw uprzywilejowania, będą się starały wydzielić dla siebie miejsca edukacji trochę innej, lepszej, zastrzeżonej.
A co Pan sądzi o home-schoolingu, ruchu na rzecz nauczania dzieci w domach, przez rodziców? Jest on często przeciwstawiany szkole, jakoby nieefektywnej, nieprzyjaznej dzieciom i rodzicom.
W Polsce home-schooling to forma dopiero raczkująca, więc nie wiadomo, w jaką stronę się rozwinie. W wielu krajach bywa związana z wychowaniem religijnym, gdy rodzice o „fundamentalistycznych” poglądach wyłączają swoje dzieci z edukacji publicznej. Sądzę, że to ciąg dalszy procesu, który rozpoczął się wraz z tworzeniem szkół społecznych i prywatnych – chęć znalezienia dla dziecka lepszej przestrzeni edukacyjnej. Bardzo jestem ciekawy, w jaki sposób rodzice tych dzieci będą rozwiązywali kwestie społeczne. Rzecz jasna będą się pewnie sieciować, tworzyć struktury, aby „być razem”, uczyć się nawzajem od siebie. Jednak mam wrażenie, że mamy tutaj do czynienia z „fantazją pajdocentryczną” – chcemy dziecku zaoszczędzić cierpienia, konieczności dogadywania się z nie zawsze miłymi rówieśnikami, przemocy w szkole, zagrożeń w drodze do szkoły itd. Krótko mówiąc, jest to mocno podszyte lękiem, przynajmniej w tych przypadkach, które mi są znane. To trochę wypreparowane wychowanie społeczne, w którym to my, jako rodzice i opiekunowie, będziemy dobierać innych ludzi, z którymi nasze dziecko będzie się mogło kontaktować, uczyć interakcji, współpracy, itd. Ale kiedyś to dziecko wyjdzie w otwarty świat i spotka się z takimi typami ludzi, których nigdy wcześniej nie widziało. Nie sądzę, żeby było to bezpieczne i dobre dla tego dziecka…
Znów pojawia się tutaj izolacja: dla jednych oznacza ona brak dostępu do lepiej płatnej pracy, edukacji itd., dla elit – życie w świecie wypreparowanym, który jest kontrolowany pod względem bezpieczeństwa i jakości kultury. W tak sztucznym świecie dzieci będą się uczyć, jak być przyszłymi przywódcami, liderami wspólnot. Problem w tym, że te dzieci, gdy dorosną, będą „zarządzały” ludźmi, z jakimi nigdy się fizycznie i społecznie nie zetknęły. To karkołomny pomysł na rolę elit w społeczeństwie.
Dziękuję za rozmowę.
Sianowo, 8 listopada 2012 r.
przez Krzysztof Wołodźko | czwartek 27 grudnia 2012 | nasze rozmowy
Co kilka miesięcy mamy do czynienia z kolejnymi odsłonami sporu o agenturalną przeszłość Lecha Wałęsy. Najnowszą z nich jest próba doprowadzenia przez Wałęsę do finansowego bankructwa Krzysztofa Wyszkowskiego, oskarżającego od dawna Wałęsę o bycie agentem Służby Bezpieczeństwa. W imię niezgody na takie nowoczesne metody cenzury, czyli zamykanie ust przeciwnikom politycznym, a także w imię dążenia do wyjaśnienia prawdy o osobach, które pisały donosy na uczestników prodemokratycznego ruchu protestu przeciwko zamordystycznej władzy, zapytaliśmy Krzysztofa Wyszkowskiego – działacza opozycji antykomunistycznej, publicystę, polityka, członka Rady Honorowej „Nowego Obywatela” – o przeszłość Wałęsy.
***
Kiedy poznał Pan Lecha Wałęsę? W jakich okolicznościach? Jak go Pan wówczas oceniał?
Krzysztof Wyszkowski: Przyszedł do mnie do domu na początku czerwca 1978 r. Gdy założyliśmy w Gdańsku Wolne Związki Zawodowe, milicja urządziła najście na moje mieszkanie. Został wtedy zatrzymany mój brat, Błażej, który otrzymał karę dwóch miesięcy więzienia za rzekome pobicie milicjantów. Odbyła się wówczas w Trójmieście wielka akcja ulotkowa w jego obronie. Wałęsa podobno znalazł w tramwaju taką ulotkę i zgłosił się na podany w niej adres, gdy razem z Bogdanem Borusewiczem i Piotrem Dykiem – Józef Śreniowski głodował w Łodzi – prowadziliśmy głodówkę protestacyjną.
Gdy rozległo się pukanie, w telewizji transmitowano spotkanie piłki nożnej, trwały Mistrzostwa Świata w Argentynie. Sądziłem, że to milicja chce nam przeszkodzić w oglądaniu meczu [śmiech]. Ale za drzwiami zobaczyłem wystraszonego, niskiego człowieczka, który zaczął stękać pod nosem, że ma ulotkę i chciałby porozmawiać. Nie chciałem tracić meczu, zaprosiłem go do środka, zapytałem, kim jest. Powiedział, że robotnikiem. Rozmowa nie kleiła się. Bogdan i Andrzej Gwiazda, który był wtedy z nami, oglądali mecz i gość może dlatego, żeby zwrócić na siebie uwagę, zaczął mówić, że głodówka jest niepotrzebnym osłabianiem siebie, a to przecież komunistów trzeba osłabiać, walczyć aktywnie. Zapytałem, co w takim razie proponuje. Doszło do zupełnego zaskoczenia – powiedział, że trzeba wysadzać w powietrze komendy milicji. Gwiazda z Borusewiczem spojrzeli uważnie na typka i włączyli się do rozmowy. Gwiazda zrobił mu wykład na temat wyższości walki bez przemocy nad terroryzmem, ale nie widać było, żeby zrobiło to na gościu wrażenie. Zapytałem, jak to sobie wyobraża. Odpowiedział, że był w wojsku i tam go uczono posługiwania się granatami. Było to tak idiotyczne, że Bogdan i Andrzej odwrócili się z powrotem do telewizora. Powstało wrażenie, że to albo kompletny dureń, albo bardzo kiepski prowokator.
Jako gospodarz, trochę z uprzejmości, a trochę z rozbawienia zacząłem go podpytywać, jak miałoby wyglądać to wysadzanie komend. On na to, że uczono go wiązać granaty w pęczki i wtedy siła rażenia radykalnie się zwiększa. Na pytanie, skąd te granaty wziąć, odpowiedział, że nietrudno je kupić albo nawet zrobić. Cała rozmowa miała charakter tak absurdalny, że już bez żenady brnąłem dalej: „Ale jeśli Pan tę komendę wysadzi, to zginie także mój brat”. Wałęsa i na to miał receptę – granaty trzeba będzie wrzucać na dach! W jaki sposób? Katapultą!
Nie zamierzałem już dłużej rozmawiać. Gdy chciałem go wyprosić i pożegnalibyśmy się zapewne na zawsze, wpadły do mieszkania Magda Modzelewska, dzisiaj żona Mirosława Rybickiego, z Bożeną Rybicką, młodszą siostrą Mirka i świętej pamięci Arama Rybickiego, które uzyskały właśnie zgodę księdza Bogdanowicza, proboszcza Bazyliki Mariackiej w Gdańsku, na rozpoczęcie w Kaplicy Katyńskiej codziennych modlitw w intencji uwolnienia Błażeja. Zapytały „Kto idzie z nami?” i Wałęsa cichutko do nich dołączył. Okazało się, że jest bardzo rozmodlonym katolikiem, zaczął codziennie tam przychodzić i w ten sposób, pośrednio przez zakrystię, przylgnął do tej grupy. Wyglądało na to, że zrezygnował ze swoich pomysłów z granatami, w każdym razie już nigdy o terrorze przy nas nie wspominał, za to dostał Nagrodę Nobla [śmiech]. Powoli się do niego przyzwyczailiśmy.
Później nasze stosunki układały się bardzo dobrze. Czułem się kimś w rodzaju jego opiekuna. Andrzej Gwiazda ze swoim ścisłym rozumem bardzo lekceważył tego niezbyt poprawnie klecącego zdania byłego stoczniowca, wówczas kombinatora, który żył z różnych „lewizn”. Bogdan Borusewicz też najpierw go całkowicie zlekceważył, dopiero później uznał, że jest do czegoś przydatny. A ponieważ Wałęsa zaakceptował nasze metody działania i był bardzo posłuszny, więc powoli wszedł do grupy.
Jak scharakteryzowałby Pan jego postawę później, w latach 80.? Był tą samą osobą czy dały się zauważyć zmiany?
K.W.: Nie wszystko wiem o stosunkach innych członków grupy WZZ-owskiej z Wałęsą. Bezpośrednio z konfliktem dotyczącym jego osoby w środowisku dawnych WZZ-towców zetknąłem się dopiero po strajku sierpniowym. Było to 2 września 1980 roku. Do Gdańska przyjechał Jacek Kuroń, z którym się wówczas przyjaźniliśmy. Miał projekt przechwycenia kontroli nad rodzącym się ruchem, a częścią tego projektu było ogłoszenie Lecha Wałęsy agentem Służby Bezpieczeństwa. Nie wiem, dlaczego ta historia jest prawie nieznana – najpełniej dotychczas opisał to Sławomir Cenckiewicz w książce „Anna Solidarność”. Trzeba pamiętać, że do Sierpnia ’80 Kuroń twierdził, iż „klasa robotnicza utraciła już swoje historyczne zadania, bo została skorumpowana” i teraz rolę tarana, który może rozbić system, odegra indywidualne chłopstwo. Jak widać, nawet najbardziej idiotyczne błędy nie przeszkadzają w walce o władzę…
Teraz znowu Kuroń pozostawał ślepy i głuchy wobec faktu, że w trakcie strajku Wałęsa uzyskał niesłychaną pozycję. Nikt nie przypuszczał wcześniej, że w oczach polskiej i zagranicznej opinii publicznej stanie się twarzą WZZ-ów i reprezentantem całego ruchu strajkowego. Ale te dwa i pół tygodnia strajku spowodowały, także przez mechanizm medialny, że stał się kimś znacznie „większym” niż człowiek, z którym współpracowaliśmy przed strajkiem.
Ponadto w czasie strajku sierpniowego Wałęsa związał się z grupą Mazowieckiego, Geremka i innych „reformistów”, co na Kuroniu, Michniku i reszcie „lewicy KOR-owskiej” robiło jak najgorsze wrażenie, bo były to środowiska ostro rywalizujące o wpływy polityczne. To dlatego Kuroń przyjechał z zamiarem „likwidacji” wpływów konkurencyjnej grupy, a drogą do tego było właśnie usunięcie Wałęsy. Jako narzędzie wykorzystano pewne, pojawiające się już wcześniej pogłoski – dla mnie były to wówczas plotki, których nie traktowałem serio – że był on w przeszłości agentem Służby Bezpieczeństwa.
Gdy 2 września jechaliśmy z Aliną Pieńkowską do Mariusza Muskata na spotkanie z Jackiem Kuroniem, powiedziała mi ona konspiracyjnym szeptem: „Lechu jest agentem”. Potraktowałem to jako skutek napięcia nerwowego po tym bardzo trudnym dla nas wszystkich okresie strajkowym i nie wziąłem tego poważnie. Ale już w nocy z 3 na 4 września okazało się, że jest to element szerszego planu.
Niestety do dzisiaj nie odnaleziono nagrania z narady, która miała miejsce w mieszkaniu Jacka Taylora. Jego mieszkanie było na podsłuchu, co potwierdzają archiwa IPN, zatem to musiało być zarejestrowane. Ale nagranie jest pewnie w poufnych zbiorach bardzo ważnych ludzi, dla których jest ono gwarancją bezpieczeństwa i wpływów politycznych.
Gdy Kuroń, obok innych zadziwiających pomysłów, powiedział, że trzeba jak najszybciej ogłosić Wałęsę agentem – ostro zaprotestowałem. Stwierdziłem, że byłoby to spełnienie marzeń SB, czyli powstanie dwóch rywalizujących ze sobą związków: jednego robotniczego, z Wałęsą na czele, i drugiego, KOR-owskiego. Ten drugi byłby narzędziem „warszawki”, próbującej przechwycić wielki ruch ogólnospołeczny.
Narada się na tym zakończyła, ale nie znam dalszego przebiegu dyskusji w tej grupie, bo zostałem z niej wykluczony. W każdym razie Wałęsa nie został ogłoszony – przynajmniej publicznie – agentem i jedność Związku została utrzymana.
Skoncentrujmy się teraz na sytuacji z czasów stanu wojennego…
K.W.: 13 grudnia odsunął na bok „rachunki krzywd”. Wydawało się, że to okazja do tego, by wszyscy się pogodzili, podjęli walkę o niepodległość. Przynajmniej dla mnie było jasne, że po tym, co się stało, nie może być porozumienia z komunistami. Niestety zaczęły dochodzić informacje, że „Lechu się układa”. Danuta Wałęsowa przyjeżdżała do stoczni i przekazywała wiadomości, że trwają rozmowy, wszystko idzie ku dobremu, istnieje możliwość porozumienia. To były niebezpieczne oznaki. Znając go, miałem obawy, że się ugnie – Wałęsa był człowiekiem bardzo ugodowym: silnym w gębie, ale mentalnie niezwykle ustępliwym wobec władzy. On sam zresztą zawsze oświadczał się ze swoim szacunkiem dla władzy, również dla SB, i jej ciężkiej pracy. Wówczas myślałem, że to jego dziwaczna metoda, nie wiedziałem, że twierdzenia, iż w przeszłości był agentem, są jednak prawdziwe. Jego uległość wobec władz tłumaczyłem korzystnie dla niego, czyli jako zdolność do kompromisu, może pewną naiwność, ale nie uważałem, że to coś nieuczciwego.
Obawiałem się jednak, że zrobi jakieś głupstwo i cieszyłem się, że przez długie miesiące nie dochodziły „z internatu” niepokojące wieści. Aż do czasu, gdy przyszła informacja o liście do Jaruzelskiego, który Lech napisał w Arłamowie i podpisał „kapral Wałęsa”. Zrozumiałem, że się łamie. Różniliśmy się także oceną sytuacji. Uważałem, że komunizm zdycha i trzeba go tylko twardo trzymać za gardło. On sądził, że stan wojenny to nasza przegrana i trzeba się układać. Napisałem wówczas do niego bardzo ostry list. Oskarżyłem go o zdradę. Zawarłem tam groźbę, że jeśli zawrze jakiś rodzaj kompromisu, to go zniszczę. Wiedział, że narzędzia po temu mam, bo bardzo dobrze znałem jego zachowania finansowe i obyczajowe w okresie wolnej „Solidarności”. I rzeczywiście, gdy został przywieziony przez ochroniarzy do Gdańska i moja przyjaciółka odczytała mu ten list – nie mogłem porozmawiać z nim osobiście, bo ukrywałem się wówczas – bardzo się wystraszył. A tłumy ludzi wiwatujące na jego cześć pokazały mu wyraźnie, że się pomylił, że to nieprawda, iż Jaruzelski wygrał, a „Solidarność” już nic nie znaczy. Szybko się w tym połapał i na nowo ogłosił wolę walki z komunistami.
Wtedy popsuły się Wasze relacje?
K.W.: Nie, przeciwnie, dawny stosunek „opiekuńczy” został utrwalony, ale nie wiedziałem, że on zrobił podczas internowania gorsze rzeczy niż poddańczy list do
Jaruzelskiego, np. wstrętna rozmowa z bratem i to końcowe zdradzieckie skomlenie przed Klisiem i Starszakiem.
Nasze relacje nigdy nie były równoprawne. Wałęsa to chytrus kuty na cztery łapy, chłopek-roztropek, potrafiący bardzo sprawnie pilnować swoich interesów. Nie miałem złudzeń co do tego, że nie jest bezinteresownym, ofiarnym, krystalicznie uczciwym działaczem społecznym. Przeciwnie: wiedziałem, że to egoista skupiony na własnej karierze, obliczający każdy grosz, który da się na tym wszystkim zarobić, który da susa w bok, gdy tylko uzna, że warto to zrobić. Ale z drugiej strony była rzeczywistość, z którą należało się liczyć – solidarnościowa opinia publiczna, rzesze ludzi, dla których był postacią, w którą wierzyli – i nie sposób było w tych warunkach podejmować dyskusji o demokracji wewnątrzzwiązkowej.
W Strzebielinku, gdzie byłem internowany po 13 grudnia, odbywały się wielkie dyskusje o Wałęsie. Mówiliśmy o nim bardzo pragmatycznie i otwarcie. Może zbyt otwarcie. Twierdziłem, że nie ma innego wyjścia, że trzeba go użyć w walce z komuną i zrobić prezydentem. Mówiłem to wiosną 1982 roku. Pamiętam, że Andrzej Drzycimski, który później został rzecznikiem prasowym prezydenta Wałęsy, stwierdził wtedy: „Krzysztof, znasz go, wiesz, jaki ma charakter, wiesz, że się nie nadaje”. Odparłem, że wiem, ale on jest potrzebny tylko do obalenia komunizmu, a później się go „zastrzeli”. To była oczywiście przenośnia, chodziło o usunięcie Wałęsy z polityki i nawet ten – przyznaję, okrutny – żart nie popsuł naszych stosunków, bo wiem, że Wałęsa się o nim dowiedział.
Po latach chcieliśmy zrealizować ten pierwotny plan – w 1990 r. za pomocą Wałęsy zamierzaliśmy usunąć Jaruzelskiego. Przypomnę, że miał być prezydentem mianowanym przez okrągłostołowe Zgromadzenie Narodowe, więc można było odsunąć go od władzy po wolnych wyborach. Że stało się inaczej, to wina Tadeusza Mazowieckiego, który wyobraził sobie, że wygra wybory powszechne i zmienił ordynację.
Porozmawiajmy zatem o kwestiach okrągłostołowych i wyborach prezydenckich.
K.W.: Wałęsa bez pomocników jest pijanym dzieckiem we mgle, samodzielnie potrafi najwyżej zapełnić kartkę papieru, grając w okręty, ale nie jest w stanie napisać zarysu programu. To osoba intelektualnie bezbronna. Stąd udzielanie mu pomocy oznaczało kierowanie nim. Mieszkałem w Gdańsku, pisałem za niego listy, wywiady, wystąpienia publiczne. Gdy dawałem mu do przeczytania przed publikacją, odsuwał kartki i mówił: „Krzysiu, ty wiesz lepiej, co trzeba napisać”.
Tak, przez strajki w maju i sierpniu 1988 r., dotrwaliśmy do 1989 r., gdy Wałęsa opowiedział się po stronie ludzi, którzy zdradzili „Solidarność”, polskie interesy narodowe i państwowe. To, co zdarzyło się przy Okrągłym Stole, to katastrofa, która pogrążyła kraj na dziesięciolecia, a z pewnością do dzisiaj. To, co złe w naszej obecnej sytuacji, to skutki tamtych wydarzeń. Ale muszę powiedzieć, że wtedy Wałęsa – przynajmniej w bezpośrednich kontaktach – był trochę twardszy niż Geremek, Mazowiecki czy Michnik, który szczególnie obrzydliwie wprost fizycznie wtulał się w Cioska.
Z przerażeniem patrzyłem na to, co się działo. Nie chciało mi się wierzyć, że ludzie, których lubiłem, z którymi się przyjaźniłem, mogą dokonać nagle tak szokującej, zdradzieckiej wolty. W tym towarzystwie Wałęsa należał jeszcze do tych, którzy się trochę stawiali. To dzisiaj może brzmieć dziwnie, ale tak wówczas było.
Zdaniem niektórych uczestników Okrągłego Stołu miał on być jedynie „zagrywką taktyczną”…
K.W.: Najbardziej znanymi przedstawicielami środowiska, które twierdziło, że przyjęli tę taktykę, byli bracia Kaczyńscy. Uważali, że jest to manewr, który da się obrócić przeciwko komunistom. Ale okazali się naiwni, bo nie wiedzieli o agenturalności ludzi, którzy kierowali przygotowaniami i przebiegiem Okrągłego Stołu. Nie przewidzieli też rozmiaru wspólnych interesów z komunistami, które postanowili zrealizować Michnik i Kuroń. Ci dwaj dokonali chyba największej wolty – kto mógł się spodziewać, że po latach spędzonych w PRL-owskim więzieniu doszlusują momentalnie do Jaruzelskiego i Kiszczaka. Ale chyba żaden nieuprzedzony człowiek nie mógł przewidzieć takiej diametralnej zmiany sojuszów. A stała się ona dla okrągłostołowych elit bardzo opłacalna: zawłaszczenie rynku medialnego to tylko wisienka na tym targowickim torcie.
Naszym największym błędem w ocenie sytuacji było niedocenienie skali agentury, infiltracji „Solidarności”. Liczna opozycja była polskim fenomenem, ale niestety odpowiednio wysoka była też skala jej nasycenia przez różnorakie służby PRL. Negocjacje nie były pozbawione drobnych sporów, ale głównym celem obu gangów było i jest do dzisiaj niedopuszczenie społeczeństwa do decydowania o sprawach państwa i narodu. Gdyby nie ta współpraca obu nomenklatur na rzecz obrony układu ustanowionego przy Okrągłym Stole, cały proces „transformacji” przebiegałby inaczej, poczynając od niemożliwości wyboru Wojciecha Jaruzelskiego na prezydenta i ustanowienia rządu z udziałem Czesława Kiszczaka i Floriana Siwickiego.
Gdy Wałęsa został prezydentem, dla wielu wciąż był symbolem polskiej walki o niepodległość, symbolem robotnika, który stojąc na czele wielomilionowego ruchu pracowniczego, obalił komunizm. A jak Pan go wówczas postrzegał?
K.W.: Cofnę się do momentu, gdy jeszcze prezydentem nie był. Koledzy z czasu Okrągłego Stołu wykorzystali go. On został w Gdańsku na pozycji lidera „Solidarności”, która radykalnie straciła na wartości, a oni doskonale się porozumieli z nomenklaturą komunistyczną. To były rzeczy zupełnie niesamowite – ostatni rząd PRL, rząd Mazowieckiego, to zupełny skandal: rzekomy opozycjonista między wicepremierem Kiszczakiem i sowieckim agentem Jaruzelskim. To oni rządzili krajem, w ich interesie następowały przemiany, łącznie z prywatyzacją, która była rozkradaniem majątku narodowego przez nomenklaturę.
To trzeba było zmienić jak najszybciej. W jaki sposób? Sięgając po symbol, który czekał na nową szansę. Ale Wałęsa się bał. Gdy pojechałem do niego w styczniu 1990 roku z żądaniem, że ma zgłosić wolę kandydowania na prezydenta, najpierw się przeraził: „Krzysiu, oni mnie zabiją, ta szansa minęła”. Płakał, jęczał, wykręcał się. Musiałem naprawdę ostro go potraktować, dwa dni go przyciskałem, aż w końcu się zgodził.
I sprawa zaczęła wyglądać obiecująco, bo układ postkomunistyczny wypowiedział mu wojnę. Wyglądało na to, że Wałęsa będzie się nas trzymał, że rozumie, iż będzie mu się to opłacało. Dzisiejsza młodzież nie uwierzyłaby w to, co Michnik wypisywał wówczas o Wałęsie, co mówili Kuroń, Hall i inni: ogólnie, że cham i prostak stanowiący zagrożenie dla Polski. I było to mówione nie tylko tutaj, na naszym podwórku. Było to mówione w świecie: że Polska zginie, gospodarka się zawali, wycofają nam kredyty. Polska miała się skończyć, gdyby Wałęsa wygrał. To dlatego przez Jacka Rostowskiego umówiłem tajne spotkanie Balcerowicza z Jarosławem Kaczyńskim i szkodząca Polsce kampania utknęła w piasku jeszcze zanim Mazowiecki się zorientował, że mamy jego własnego wicepremiera.
Niestety po wyborach okazało się, iż komuniści mieli na Wałęsę tak silne papiery, że sprowadzili go do pozycji sługi, który zaczął ich ochraniać. Jego sławne stwierdzenie, że broni „lewej nogi”, bo broni równowagi, wynikało nie z chęci obrony pluralizmu na scenie politycznej, lecz z podległości – bo tamci wiedzieli, kim naprawdę jest. I to nie tylko w czasach, gdy był zwykłym „Bolkiem”, donosicielem SB, ale i później, gdy robił rzeczy, których ujawnienie mogło spowodować, że opinia publiczna odwróciłaby się od niego. No i okazało się, że Wałęsa tak bardzo bał się tych papierów, że stracił ochotę na budowanie niepodległości.
Kiedy w III RP zaczęły się na dobre Pańskie kłopoty z Wałęsą?
K.W.: Od pojawienia się w trakcie kampanii Mieczysława Wachowskiego. Byłem członkiem sztabu wyborczego Wałęsy, organizowałem mu spotkania, pisałem przemówienia. Pierwszym jego publicznym wystąpieniem w kampanii wyborczej było przedstawienie w Poznaniu programu polityki zagranicznej, który mu napisałem. W tym programie jako pierwszy cel podałem przystąpienie Polski do NATO. Drugim było wejście do Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej. Później było wyprowadzenie wojsk sowieckich itd. Wałęsa przyjął to wszystko bez słowa protestu. Ale gdy już wyszedł na scenę i miał ten program odczytać, nagle zza kulis wyskoczył Wachowski, coś mu szeptał na ucho i Wałęsa dał program do przeczytania Bogdanowi Lisowi. Niby więc został ogłoszony, ale już nikt nigdy więcej o nim nie wspomniał!
Wałęsa zaczął lawirować. Zakończyłem z nim współpracę po wiecu w Dąbrowie Górniczej. Przyniosłem mu do podpisania oświadczenie, w którym potępiał antysemickie okrzyki mające miejsce w trakcie spotkania. Ale on się zaczął prezentować jako człowiek nastawiony antysemicko, co było katastrofalne i z moralnego, i z politycznego punktu widzenia. Mówił – a szło to na cały świat – że sprawdzał do dziesiątego pokolenia i Żydem nie jest, co może pokazać. Gdy odmówił podpisania tego oświadczenia, uznałem, że już się nie porozumiemy. Miałem go dość. Gdy zaproponował mi pracę w kancelarii prezydenta – odmówiłem.
Byłem pierwszym, przynajmniej z naszej strony, który skrytykował jego prezydenturę. W „Tygodniku Solidarność” napisałem tekst, w którym stwierdziłem, że nie wywiązuje się on ze swojego programu wyborczego. Wówczas wiele osób miało jeszcze złudzenia, że on na razie nie może inaczej, ale niedługo weźmie się do roboty. Byłem przekonany, że tak nie jest i trzeba z nim walczyć. Użyłem wtedy słów papieża: „Wolność trzeba zdobywać stale”, żeby wskazać na antydemokratyczne ciągoty.
Gdy po pierwszych wolnych wyborach Wałęsa desygnował na premiera Bronisława Geremka, uznałem, że znów muszę interweniować. Udało nam się z Jarosławem Kaczyńskim tak rozegrać partię, żeby wbrew Wałęsie przeforsować w Sejmie kandydaturę Jana Olszewskiego. Warunkiem było poparcie Kongresu Liberalno-Demokratycznego. Namówiłem Jana Krzysztofa Bieleckiego, by zgodził się objąć funkcję wicepremiera, dzięki czemu uzyskano większość. Choć później Wałęsa go tak przycisnął, że w końcu odmówił, to konstrukcja już się utrzymała i pierwszy parlament wyłoniony w wolnych wyborach wbrew prezydentowi wybrał na premiera wspaniałego patriotę.
Zostałem doradcą premiera Olszewskiego, który od razu zapytał: „Jak Wałęsa będzie traktował nasz rząd?”. „To będzie wojna” – odpowiedziałem: Wałęsa uznawał ten rząd za swojego wroga, od początku chciał go zniszczyć. W końcu mu się to udało.
Wasz sprzeciw wobec Wałęsy miał inny charakter niż ówczesne ataki pod jego adresem ze strony „Gazety Wyborczej”?
K.W.: „GW” twierdziła, że Wałęsa złamie demokrację. Rzeczywiście, jako prezydent miał zdecydowane ciągoty do jedynowładztwa, ale jego możliwości były ograniczone.
My próbowaliśmy wywierać na Wałęsę presję, żeby wprowadzał program wolności, dekomunizacji i suwerenności Polski. Przeliczyliśmy się. Nie doceniliśmy jego cynizmu, sprzedajności i siły argumentów, czyli biograficznych haków, którymi dysponowali komuniści. Owszem, nie był wobec nich całkowicie dyspozycyjny, ale słuchał się bardziej ich niż nas. My chcieliśmy poszerzać granice polskiej demokracji, tamta strona – zapewnić przywileje dla systemu postkomunistycznego.
Jak wygląda Wasza „historia procesowa” w ciągu ostatnich dwudziestu lat?
K.W.: Byłem ostatnim człowiekiem z naszego środowiska, który uznał, że Wałęsa był agentem SB. Przekonała mnie dopiero „lista Macierewicza”. Później dochodziły kolejne informacje, pochodzące z Instytutu Pamięci Narodowej, wyjaśniające skalę współpracy. Zrozumiałem, że był to czynny, ochoczy, finansowo wynagradzany agent. Że w latach 70. wcale nie wygrywał w Totolotka…
Wałęsa udawał, że deszcz pada, gdy zdecydowanie wcześniej i wielokrotnie mówili o jego współpracy z SB Joanna i Andrzej Gwiazdowie czy Anna Walentynowicz. Sprawa zaczęła się, gdy w 2005 r. miałem spotkanie w Radiu Maryja i ksiądz prowadzący audycję zapytał, co sądzę o wypowiedziach Gwiazdów i Anny Walentynowicz na temat agenturalności Wałęsy. Powiedziałem, że owszem, współpracował z SB. Ale chciałem go też jakoś bronić. Zacząłem mówić, że wszyscy wiemy, jaki on jest, że często siedział na dwóch stołkach, że trzeba też pamiętać o jego zasługach. Gdy wróciłem z Torunia do domu, już na schodach usłyszałem telefon dzwoniący w mieszkaniu. To była Anna Walentynowicz: „Krzysiu, a dlaczego Ty jesteś takim lizydupem?” – to był język Ani, gdy była naprawdę zła [śmiech]. I dalej: „Czemu Ty tak broniłeś swojego przyjaciela w Radiu Maryja?”. Więc to, że go bronię, było aż rażąco czytelne. On jednak poczuł się zaatakowany i przysłał mi obrzydliwy, wulgarny e-mail, pisany już w trakcie audycji.
Myślę, że rzucił się właśnie na mnie ze względu na jakiś resentyment, wynikający z naszych dawnych relacji, bliskiej współpracy politycznej, może to rodzaj – proszę mnie dobrze zrozumieć – „zawiedzionej miłości”. Przez tyle lat byłem jego opiekunem, pomagałem mu, wspierałem, a gdy trzeba było, to dawałem klapsa. I nigdy nie przyjąłem za tę pomoc żadnej gratyfikacji, złamanego grosza. Gdy otworzyło się przed nami – jak on to widział – koryto ze złotem, ja po prostu odszedłem. Myślę, że on nie może pojąć, jak można być w polityce człowiekiem bezinteresownym. To go oburza i chce udowodnić, że tacy ludzie muszą przegrać. Nazywa mnie nieudacznikiem, twierdzi, że niczego w życiu nie dokonałem, a w głębi duszy wie, że to on jest postacią tragiczną, kreaturą większych mocy, którym uległ i które zamieniły go w żywą kukłę. A ja zachowałem wolność i własną twarz. Może on uważa, że właśnie w tym go zdradziłem i dlatego się mści?
Przyznaję, że nie jestem całkiem niewinny. Gdy nie mogłem go przekonać do kandydowania w wyborach prezydenckich, powiedziałem w końcu straszne kłamstwo: „Ty durniu, zrozum wreszcie, że tu nie chodzi tylko o to. Masz zostać prezydentem zjednoczonej Europy i dlatego »po drodze« musisz przejść przez prezydenturę krajową!”. I on w to uwierzył. Mam z tego powodu wyrzuty sumienia i dlatego nawet obecnie stosuję wobec niego taryfę ulgową i nie ujawniam rzeczy, które mogłyby go zohydzić w oczach jego zwolenników.
„W dniu 19 listopada 2012 r. po »Faktach« TVN zamieszczono komunikat, w którym Lech Wałęsa sam siebie – w moim imieniu – przeprasza za nazwanie go przeze mnie tajnym współpracownikiem o pseud. Bolek. Taką możliwość dał mu absurdalny wyrok Sądu Apelacyjnego w Gdańsku z marca 2011 r., który wbrew faktom historycznym orzekł, że »nie było i nie ma sprawdzonych i pewnych dowodów« agenturalności Wałęsy” – napisał Pan na swoim blogu. Dlaczego określa Pan ten wyrok jako absurdalny? O jakich historycznych faktach mowa?
K.W.: W aktach sprawy była cała masa materiałów pochodzących z instytucji państwowych, w tym z Urzędu Ochrony Państwa i IPN, które przedstawiały jako pewnik agenturalną przeszłość Wałęsy. Ponadto w dokumentach sprawy znalazła się książka Sławomira Cenckiewicza i Piotra Gontarczyka, poświęcona także tej kwestii. Sąd jednak całkowicie gołosłownie stwierdził, iż „nie było i nie ma” dowodów na to, że Wałęsa był agentem SB. Wyrok był ze strony składu sędziowskiego złożoną wobec mnie propozycją ugody: „dogadajmy się, nie chcemy Panu robić krzywdy, ale trzeba też iść na ustępstwo wobec Wałęsy”.
W sensie formalnoprawnym rzecz wyglądała tak: sąd podtrzymał wyrok pierwszej instancji, który oddalał powództwo Wałęsy, podtrzymał twierdzenie, że dochowałem należytej staranności w badaniu tej sprawy. A równocześnie uznawał, że skoro Wałęsie jest przykro i jest przecież sławnym człowiekiem, to trzeba go przeprosić. Ot, cały obecny wymiar sprawiedliwości w pigułce.
Co jeszcze jest interesujące w tej sprawie: zostałem zwolniony z wszelkich opłat sądowych, nawet ze zwrotu Wałęsie kosztów adwokackich. Skoro on zapłacił za ten proces, to chyba ja go wygrałem? Pewnie gdybym poprosił TVN, żeby opublikowali za darmo moje przeprosiny, oni by na to przystali. Skończyłoby się czymś bardzo typowym dla III RP: wilk syty i owca cała.
I nie zamierza Pan zapłacić? Ile kosztowało Wałęsę przeproszenie samego siebie?
K.W.: Nie zamierzam. To zdaje się 27 tysięcy za emisję przeprosin plus koszty komornicze. Gdybym zapłacił, zgodziłbym się na kompromitację polskiego sądownictwa. Wniosłem do tego samego sądu, ale pracującego w innym składzie, wniosek o wznowienie postępowania w sprawie. Mam poczucie, że ten nowy skład będzie respektować dokumenty, dowody i zeznania świadków w tej sprawie i ostatecznie wygram.
Jak Pan ocenia polski wymiar sprawiedliwości i kwestię wolności słowa w świetle tego, co stało się Pana udziałem w sporze z byłym prezydentem?
K.W.: Sytuacja jest kuriozalna. Konstytucyjna instytucja państwowa, IPN, zupełnie jawnie i oficjalnie uznała Wałęsę za agenta SB. Dlatego IPN odmawiał mu dostępu do określonych akt, ponieważ agentom się ich do wglądu nie daje. Jedna instytucja uznaje fakt, że był on współpracownikiem komunistycznych służb PRL, a druga – oczywiście w pełni niezależna – stwierdza, że dowodów na jego współpracę nie ma. Jeśli można w taki sposób „uprawiać” wymiar sprawiedliwości, to jest to katastrofa pod każdym względem. W przestrzeni publicznej hoduje się schizofrenię.
To jednak symptom znacznie szerszej sprawy o znaczeniu ustrojowym: w niskonakładowych publikacjach fachowych można wspomnieć, że Aleksander Kwaśniewski był zarejestrowany jako tajny współpracownik SB o pseudonimie „Alek”, jednak w dużych mediach nie wolno tego analizować, a nawet mówić głośno i wyraźnie. Mamy zatem rzekomo wolność słowa, ale zasada ta jest w podstawowym stopniu ograniczana ze względu na interes postkomunizmu. Nikt też głośno w mainstreamowych mediach nie mówił, że Lech Kaczyński był pierwszym prezydentem III RP nie zarejestrowanym jako agent SB.
Wróćmy do Wałęsy. Jest w tym wszystkim osobą mocno arogancką – zmieniają się jego sojusznicy i przeciwnicy, a on sam z coraz większą megalomanią buduje własny mit: człowieka bez skazy, który w pojedynkę obalił komunę.
K.W.:Myślę, że jest to człowiek bardzo nieszczęśliwy i głęboko samotny. W jakiejś mierze go rozumiem: on jest współtwórcą, ale i zakładnikiem tego systemu, służy jako parawan różnym ludziom, chroni ich przed odpowiedzialnością za ich zdradę, za ich zbrodnie, za kolaborację z sowietyzmem. Owszem, szkodził Polsce, być może powinien stanąć przed Trybunałem Stanu. Ale w polskim życiu publicznym nadal działają gorsi od niego. Oni w pełni znają jego przeszłość i trzymają go na smyczy.
A to, że część mediów udaje, że go szanuje, cytuje jego opinie, nawet te wulgarne, agresywne i podłe, to tylko gra interesów. Układ posługuje się nim jak pałką, a on musi godzić się na to w strachu przed strąceniem z piedestału i upadku w nicość. Myśl o tym, co się z nim stanie, gdy całe to kłamstwo się wywróci, jest przerażająca: bo wtedy ten biedny, mały człowiek stanie wobec sytuacji, która może go zmiażdżyć.
Spora część tych ugrzecznionych wobec niego dziennikarzy i tak sprawia wrażenie, jakby chciała mu parsknąć w twarz śmiechem…
K.W.: On nie jest osobowością refleksyjną i nie ma świadomości, że wpadł w wir, z którego już nie można się uratować. Poza tym nie zapominajmy, że to człowiek wywindowany z ogromnej nędzy, z biednego domu w Popowie, z biednego osiedla na Stogach, prosto w „przepastne wyżyny”. To jest ogromne, nieludzkie przyspieszenie, odbierające rozum i tłamszące duszę. Może większe niż to, które wynosi kosmonautów w przestrzeń okołoziemską. Oni tracą wtedy na jakiś czas przytomność. I myślę, że w przypadku Wałęsy mamy do czynienia właśnie z taką utratą przytomności: zbyt wielu ludzi mu kadziło, całowało po rękach, Michnik ze łzami w oczach klęczał przed nim, wychwalając jego geniusz. Może to takie doznania spowodowały, że stracił samokontrolę i np. Nobla dla „Solidarności” uznał za nagrodę wyłącznie dla siebie…
Wałęsa z pewnością wie, że nie stać Pana, by zapłacić takie pieniądze. Niestety sprawia wrażenie, jakby chciał Pana zniszczyć. Gdyby miał Pan możliwość powiedzieć mu w twarz, co o tym sądzi – co by to było?
K.W.: Nie chcę już z nim rozmawiać, choć żal mi go bardzo. Mówił wprost, że mnie zniszczy, powtarzał to na sali sądowej. Ale to jest poza jego możliwościami. Groźby Wałęsy to pisk myszy, która już wszystko przegrała i krzyczy z przerażenia.
Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiał Krzysztof Wołodźko, 20 grudnia 2012 r.