OFE i inne plagi polskie

OFE i inne plagi polskie

Kolejna fala ogólnoświatowego kryzysu nie obędzie się bez konsekwencji dla Polski. Rosnące bezrobocie, antyspołeczna „reforma” emerytalna, niepewna sytuacja młodych na rynku pracy, rozpowszechnienie „umów śmieciowych”, problemy budżetowe i niebezpieczeństwa związane z Otwartymi Funduszami Emerytalnymi to kwestie, wokół których coraz częściej toczą się publiczne dyskusje. O tym wszystkim rozmawiamy z prof. Leokadią Oręziak, ekonomistką krytyczną wobec rozwiązań neoliberalnych.

***

W jakiej sytuacji społeczno-gospodarczej znajduje się dziś Polska?

Prof. Leokadia Oręziak: Nasza sytuacja nie jest taka zła, ale cechuje się słabościami, które unaoczniły się wyraźnie po burzliwym okresie transformacji. Przede wszystkim mamy wciąż ogromne, w większości strukturalne bezrobocie: 14 proc. zarejestrowanych bezrobotnych, ale do tego dodajmy choćby emigrację zarobkową. Szczególnie dotkliwe jest bezrobocie wśród młodych. Mimo szybkiego rozwoju, mimo znacznych środków unijnych, nie zapobiegliśmy temu problemowi. Z tym wiąże się ogromna strefa ubóstwa – sporo Polaków żyje na naprawdę niskim poziomie, a część społeczeństwa ma problemy z elementarnym utrzymaniem się.

Można w związku z tym postawić pytanie: skoro tak szybko rozwijał się nasz kraj w ostatnich latach, skoro byliśmy „zieloną wyspą”, to dlaczego nie umieliśmy poradzić sobie z tymi bolączkami społecznymi? Dlaczego jedynym wyjściem dla wielu młodych jest emigracja, bo szanse na zdobycie stabilnej czy nawet jakiejkolwiek pracy w kraju są bardzo ograniczone? Są to jeszcze błędy pierwszego okresu transformacji, przechodzenia do gospodarki rynkowej. Należy tu wspomnieć choćby ogromne spustoszenie w polskim przemyśle, rabunkową prywatyzację, która oznaczała przekierowanie do kapitału zagranicznego znacznej części naszego przemysłu. Okazało się, że bardzo wiele zagranicznych firm nie rozwijało tutejszych przedsiębiorstw, lecz kupowało je po to, aby zamknąć i sprowadzać własne towary. Ten bezrefleksyjny sposób postępowania z krajowym majątkiem doprowadził nas do dzisiejszej dezindustrializacji, znacznego ograniczenia tkanki przemysłowej. A mieliśmy przecież dobrze rozwinięte niektóre gałęzie przemysłu, choćby lotnictwo.

Zupełnie inaczej wygląda sytuacja w Niemczech, gdzie przemysł wciąż istnieje, jest rozwijany, charakteryzuje się dużą konkurencyjnością, a wysoka jakość daje silną pozycję eksportową. Natomiast słaba produkcja i przemysł w przypadku Polski zdecydowanie wpływają na deficyt w bilansie handlowym, a to na dłuższą metę zagraża bezpieczeństwu gospodarczemu i wpływa na zwiększenie zadłużenia, co z kolei generuje ogromne ryzyka. Coraz częstsze są dziś głosy, by odbudować rodzimy przemysł, ale to niezwykle trudne, tym bardziej że 70 proc. sektora bankowego i ubezpieczeniowego znajduje się w rękach zagranicznego kapitału, który ma większe sympatie i zobowiązania wobec własnych krajów i przedsiębiorców. Zależymy zatem od zagranicy, jej nastrojów, jesteśmy bardzo łatwo podatni na szantaż, trudniej bronić nam własnych interesów.

Ale czy mieliśmy w początkach III RP mocne karty przetargowe, by ochronić własny majątek narodowy…

L. O.: Z pewnością sytuacja Polski pod koniec lat 80. była trudna. Ale nie da się ukryć, że rządzący nami byli bardzo podatni na wpływy, dali się uwieść zarówno „wycieczkom do Ameryki”, jak i różnorakim profitom, które zaoferowano im w zamian za przychylność wobec łatwej prywatyzacji. Równocześnie zabiegaliśmy jako państwo o łaskę państwowych i prywatnych wierzycieli z Klubu Londyńskiego i Paryskiego. Musieliśmy negocjować redukcję długów, co osiągnęliśmy w latach 1990 i 1994. A w zamian wierzyciele zażyczyli sobie wielu rzeczy, przede wszystkim znacznych przywilejów dla swoich działań w Polsce. Byliśmy dla nich nowym rynkiem zbytu, polem do ekspansji i eksploatacji. Oczywiście opakowano to w piękne słowa o bardzo dobrym wolnym rynku i złym państwie. Nie wszystkie pokomunistyczne kraje pozwoliły wywieść się w pole tak jak my, czego dobrym przykładem są Czechy. No ale oni nie musieli renegocjować takiego długu.

Można wyrazić żal, że Polska padła ofiarą neokolonializmu. Kolonializm końca lat 80. i z lat 90. ma zupełnie inne oblicze niż ten wcześniejszy. Pierwotny opierał się na brutalnej polityce i eksploatacji lokalnych ludów, grabieży dóbr naturalnych, wywożeniu ich do centrów polityczno-kapitałowych. Dzisiaj mamy do czynienia z kolonializmem „w białych rękawiczkach”, opartym na supremacji korporacji, prywatnych instytucji finansowych, stosowaniu nowoczesnych technologii i technik propagandy, kreujących opinię publiczną. W takich krajach jak nasz duże znaczenie ma właśnie kwestia oddziaływania mediów i ich struktura własnościowa. Uważam, że środki masowego przekazu w wielu przypadkach są działami marketingu wielkiego biznesu.

Spróbujmy jednak znaleźć jakieś pozytywy naszej sytuacji…

L. O.: Dobrze, że znaleźliśmy się w Unii Europejskiej. Jako beneficjent netto, możemy korzystać z wielomiliardowych unijnych środków. To z pewnością jest plus. Ale UE nie jest „dobrym wujkiem”, nie są nim kraje starej Unii. Przecież całkowicie otwarliśmy swoje rynki na unijną produkcję, co wiązało się także z bankructwem tysięcy przedsiębiorstw. Pieniądze unijne są w takiej sytuacji pewnego rodzaju rekompensatą, choć niewystarczającą.

Podkreśla Pani, że nasza gospodarka w dużej mierze zależy od rynków międzynarodowych i od Unii Europejskiej. O jakich jeszcze zjawiskach możemy mówić w tym względzie?

L. O.: Bardzo ważna jest nasza zależność od międzynarodowego rynku finansowego. Rocznie musimy refinansować dług publiczny rzędu stu kilkudziesięciu miliardów złotych. Część tego długu jest do ulokowania na rynku krajowym, ale jakieś 40 proc. – za granicą. Sprzedajemy nasze papiery głównie na rynku Unii Europejskiej. Ostatnio rentowność polskich obligacji skarbowych zmniejszyła się, zatem płacimy mniejsze odsetki za pożyczane pieniądze, ale nie jest to nasza zasługa, lecz skutek ogólnoświatowych procesów.

Mamy dziś na rynkach ogromną masę pustego pieniądza, wykreowanego głównie przez bank centralny Stanów Zjednoczonych, który dokonał dodatkowej emisji 2,7 biliona dolarów. Również Europejski Bank Centralny wypuścił ogromną masę pieniądza, żeby ratować sektor bankowy i kraje w kryzysie. Podobnie bank centralny Wielkiej Brytanii od dobrych paru lat dodrukowuje pieniądze. W normalnych warunkach tak wielka emisja pieniądza spowodowałaby wzrost inflacji. Ale ze względu na niepewne perspektywy gospodarcze inflacja nie rośnie, natomiast pusty pieniądz prowadzi do ogromnego wzrostu cen akcji. Na rynku amerykańskim biją one kolejne rekordy, podobnie dzieje się w Europie. To powoduje, że utrzymuje się także duży popyt na polskie papiery skarbowe. Ale to może przynieść dramatyczny, globalny krach – podobnie skończyła się wielka bańka spekulacyjna z lat 2000-2003, gdy ceny akcji w wielu krajach spadły o 50-80 proc.

Bardzo prawdopodobny kolejny duży spadek na giełdach odbije się na cenach naszych papierów skarbowych, wymusi ich wyższe oprocentowanie. Jesteśmy zatem ogromnie uzależnieni od opinii agencji ratingowych, a one potrafią pogrozić palcem. Niedawno zresztą jedna z agencji szantażowała Polskę, że gdy tylko będziemy chcieli zmienić coś w Otwartych Funduszach Emerytalnych, to obniżą nam rating. A jak wiadomo, te agencje, będące prywatnymi instytucjami, stoją murem za korporacjami finansowymi, stanowią właściwie ich „zbrojne ramię” do obrony interesów w różnych krajach. Zapomina się przy tym, że te agencje popełniły mnóstwo błędów, które spowodowały kryzys globalny, ale mają na tyle silną pozycję, że trzymają wiele państw w ryzach i czują się bezkarne.

Jak ocenia Pani rządową politykę w sprawie naszego ewentualnego wejścia do strefy euro? Czy istnieje w tej kwestii jakakolwiek polityka? I czy w ogóle powinniśmy dołączać do obszaru wspólnej waluty?

L. O.: Byłoby dobrze być w strefie euro, gdyby ona prawidłowo funkcjonowała, gdyby nie było znanych, dramatycznych problemów. W dziedzinie politycznej wszystko kończy się w obecnej sytuacji na deklaracjach. Nierozsądne jest stwierdzenie, że nie chcemy przystępować do strefy euro, bo to rzutowałoby na odbiór Polski w Unii. Choć i tak wiadomo, że w dającej się przewidzieć perspektywie czasowej tam nie wejdziemy. Przede wszystkim trzeba by zmienić konstytucję, a nie rysuje się w Zgromadzeniu Narodowym większość, która dawałaby taką możliwość zwolennikom euro.

Ale nawet gdyby istniała polityczna możliwość dołączenia do euro, to i tak w obecnej sytuacji powinniśmy się nad tym poważnie zastanowić. Powszechna jest opinia, że taka sytuacja nie skończy się prędko, co wisi ciężkim brzemieniem nad europejską gospodarką. A gdyby nawet te przeszkody nie istniały, to wcale nie oznacza, że jesteśmy jako kraj gotowi na wejście do strefy euro. Bo jesteśmy gospodarczo niewystarczająco konkurencyjni, co znajduje wyraz w utrzymywaniu się deficytu bilansu obrotów bieżących. Kraj, który ma własną walutę, posiada możliwość sterowania jej kursem, więc może sobie w ten sposób poprawić konkurencyjność, choć i to nie jest najlepszy sposób. Natomiast w unii walutowej tego zrobić nie można, a jedynym sposobem jest cięcie kosztów, co w praktyce oznacza redukowanie płac, emerytur, wydatków na sferę publiczną itp. Kraje, które w unii walutowej charakteryzują się trwale niższą konkurencyjnością, borykają się z problemem rosnącego zadłużenia publicznego, które ostatecznie skutkuje, jak np. w przypadku Grecji, faktyczną niewypłacalnością i koniecznością zabiegania o pomoc międzynarodową.

Otwarte Fundusze Emerytalne – niegdyś przedstawiane jako zapowiedź stabilnych, nawet dostatnich emerytur, dziś są coraz powszechniej krytykowane…

L. O.: „Emerytury pod palmami”, osiągane dzięki OFE, to od początku był propagandowy schemat, ideologia wymyślona przez twórców tych funduszy, a mianowicie Bank Światowy, instytucje amerykańskie i międzynarodowe, aby wprowadzić ten przymusowy filar kapitałowy w krajach takich jak nasz. W pierwszej kolejności chodziło o to, aby wyrobić w społeczeństwie pogląd, że to coś wspaniałego, gwarant dobrobytu po przejściu na emeryturę.

W rzeczywistości najważniejszym celem reformy z 1999 roku było drastyczne zredukowanie emerytur z pierwszego filara, czyli tych, które wypłacane są przez ZUS. Ale tego ludziom nie powiedziano – reformę przeprowadzono tak, by publicznie nie było o tym mowy, by ludzie nie mieli szans się o tym dowiedzieć. Dzięki zredukowaniu emerytur z pierwszego filara stworzono dodatkowe pole do działania dla OFE. W publicznym przekazie pokazywano zaś jedynie walory tych funduszy jako źródła zabezpieczenia na starość. Nikt nie wyjaśniał, dlaczego tak wiele krajów bardziej zamożnych niż Polska nie skorzystało z tego „dobrodziejstwa”, jakim są przymusowe prywatne fundusze emerytalne. Społeczeństwa tych krajów wiedziały bowiem, czym by to groziło. W Polsce przed reformą z 1999 r. od dyskusji odsunięto ludzi, którzy byli przeciwni OFE. Całkiem niedawno dotarłam do wywiadu prof. Jana Jończyka dla „Rzeczpospolitej” z 23 kwietnia 1997 r., w którym już wtedy jasno przedstawiał to, o czym teraz tutaj mowa. Ale to był nieliczny wyjątek. Zrobiono wiele, by takie poglądy nie przebiły się do opinii publicznej.

Prócz tego, żeby zachęcić ludzi do emerytur kapitałowych z OFE, przekonywano, że są to środki, które można będzie dziedziczyć. Dla 4-5 milionów Polaków była to bardzo ważna informacja, która zdecydowała o ich wejściu do OFE. Pamiętam, jak w ramach propagandy OFE dużo mówiono o pełnym dziedziczeniu środków zgromadzonych z funduszy. To ogromna nieuczciwość, zastosowana przez twórców tego systemu wobec wielkiej grupy ludzi, żeby ściągnąć ich do II filara. Gdyby wtedy powiedziano, że z powodu dziedziczenia emerytury z OFE mogą być wypłacane jedynie w krótkim okresie, to wiele osób nie przystąpiłoby do tych funduszy. Ujawniono to dopiero teraz, po kilkunastu latach pobierania pieniędzy od milionów Polaków. Należy dodać, że perspektywa dziedziczenia środków z OFE jest czynnikiem, na którym bazuje poparcie dla OFE ze strony wielu młodych ludzi. Nie zdają oni sobie sprawy, że możliwości dziedziczenia tych pieniędzy są bardzo ograniczone, a ponadto dotyczą jedynie przypadku śmierci członka OFE przed osiągnięciem wieku emerytalnego lub krótko po nim.

W wyniku reformy z 1999 r. około 40 proc. składki emerytalnej zamiast na wypłatę bieżących emerytur zostało skierowane do OFE, czyli na rynek finansowy. To wygenerowało ogromny deficyt w ramach ZUS-u. Od 1999 r. rząd musi zaciągać pożyczki, by pokryć ZUS-owi ten ubytek składki, aby możliwe było zapewnienie środków do życia obecnym emerytom. Skumulowany dług publiczny wraz z odsetkami, który jest skutkiem tego pożyczania, wynosi już ok. 300 mld zł. Oznacza to, że od tamtego roku połowa przyrostu długu publicznego wynika z powodu ustanowienia OFE. Prawdziwym dobrodziejstwem było zredukowanie w 2011 r. składki płynącej do OFE o dwie trzecie. Dzięki temu potrzeby pożyczkowe Polski były przynajmniej przejściowo mniejsze o kilkadziesiąt miliardów złotych. Składka przekazywana do OFE została jednak zwiększona w 2013 r. i będzie ciągle rosła do 2017 r., przyśpieszając ponownie wzrost zadłużenia państwa.

Znamienne, że media nie informowały o wątpliwościach i prognozach, do których z pewnością można było dotrzeć…

L. O.: Przed reformą z 1999 r. media w Polsce zostały zalane pieniędzmi z instytucji międzynarodowych lobbujących za przymusowym filarem kapitałowym. Rozmawiałam ze świadkami tamtych czasów, którzy opowiadali, że było tak dużo pieniędzy na reklamę, iż przychylność wobec OFE bardzo się opłacała właścicielom i redakcjom mediów. Prof. Mitchell Orenstein opisuje szczegółowo to zjawisko w skali globalnej, a także w Polsce, podając konkretne liczby. Mówię o jego książce „Prywatyzacja emerytur”, której przekład wydało niedawno Polskie Towarzystwo Ekonomiczne.

Wprowadzanie OFE było dużym przedsięwzięciem biznesowym i medialnym, nastawionym na przedstawienie emerytur kapitałowych w jak najjaśniejszym świetle, przy pominięciu związanego z nimi ogromnego ryzyka. Do tego dochodziła kampania dyskredytowania Zakładu Ubezpieczeń Społecznych czy szerzej: podważania wiarygodności państwa, aby na tym tle przedstawić OFE jako wspaniałe rozwiązanie.

A jak przedstawia się relacja między systemem emerytur a kwestią wydłużenia czasu pracy do 67. roku?

L. O.: Wydłużenie wieku emerytalnego jest niezwykle korzystne dla OFE, bo odwleka czas wywiązywania się ze zobowiązań wobec płatników składek. Krócej będą płacić emerytury, a dłużej pobierać opłaty. Dla tych instytucji jest to bardzo duży zysk, a dla społeczeństwa to dodatkowa cena, jaką musi zapłacić za utrzymanie OFE.

Głównym celem podniesienia wieku emerytalnego było zmniejszenie wydatków publicznych na emerytury. Podwyższając ten wiek, rząd eksponował jedynie problemy demograficzne, twierdząc, że będzie brakować ludzi do pracy. Należy pamiętać, że w dzisiejszych realiach ludzie, którzy skończyli pięćdziesiąt lat, mają problemy z utrzymaniem i znalezieniem pracy. Tylko około 30 proc. osób w wieku 50+ jest zatrudnionych. A po sześćdziesiątce ta liczba jeszcze bardziej maleje. Przy znacznym strukturalnym bezrobociu oznacza to, że duża część starszych Polaków pozostanie bez środków do życia na długo przed osiągnięciem wieku emerytalnego. Szczególnie dotyczy to kobiet, których zarobki i tak są niższe, co z kolei przełoży się na jeszcze niższą wysokość ich późniejszych emerytur. Szacunki Komisji Europejskiej z 2012 r. mówią, że w 2060 r. w Polsce emerytura z I i II filara będzie stanowić około 22 proc. ostatniego wynagrodzenia, co w odniesieniu do średniego wynagrodzenia oznacza emeryturę rzędu 800 zł. Kobiety w wieku od 62 do 67 lat, a mężczyźni od 65 do 67 lat będą mieć prawo do połowy tej głodowej w istocie emerytury. Jak wyobrazić sobie życie za takie pieniądze? Rysuje się problem masowego ubóstwa Polek i Polaków na starość. Tym może się skończyć dla milionów z nas „zielona wyspa”: dramatyczną nędzą. Gdy ludzie zaczną to sobie dobrze uświadamiać, grozi nam kolejny duży wypływ na emigrację. Być może skończy się to koniecznością wprowadzenia minimalnych emerytur obywatelskich…

O tym jeszcze porozmawiamy, ale chciałbym na razie pozostać przy OFE: czy emerytura kapitałowa to narzędzie z zasady nieefektywne, czy jest takim tylko w pewnych, niesprzyjających warunkach?

L. O.: To z zasady jest system niezwykle ryzykowny i krzywdzący dla większości. Po pierwsze oznacza ogromne koszty dla przyszłego emeryta, stanowiące źródło zysku dla towarzystw emerytalnych zarządzających OFE. Opłata od składki wynosi obecnie 3,5 proc., a na początku to było 10, później 7 proc. Do tego dochodzą pobierane co miesiąc prowizje od wartości aktywów OFE. Całościowo może to zmniejszyć kwotę wpłaconych składek o jakieś 30 proc.

Po drugie wysokie ryzyko inwestowania w OFE wiąże się z możliwością znacznego spadku wartości aktywów znajdujących się w portfelach tych funduszy. W szczególności dotyczy to akcji spółek, co jest wpisane w ryzyko gry na giełdzie. Uważam, że niesprawiedliwe i krzywdzące przyszłego emeryta jest powiązanie wysokości jego emerytury z takim ryzykiem. Pod koniec życia może się dowiedzieć, że część jego pieniędzy po prostu przegrano, stracono w wyniku kryzysów, złych inwestycji oraz opłat pobranych przez towarzystwa emerytalne. Taka sytuacja miała miejsce w Chile, gdzie 2/3 członków OFE po 30 latach uczestniczenia w systemie emerytur kapitałowych nie wypracowało żadnej emerytury. I żeby utrzymać ich przy życiu, państwo wypłaca im zasiłki.

Jeszcze jedno potwierdzenie reguły: prywatyzowanie zysków, upublicznianie strat. Bo przecież państwo musi się bronić przed katastrofą społeczną…

L. O.: Towarzystwa emerytalne mogą zbankrutować, zniknąć z rynku, zaś wartość rynkowa aktywów OFE może drastycznie spaść. Wtedy my, podatnicy, będziemy musieli wziąć na siebie ciężar zapewnienia minimum egzystencji tym wszystkim, którym OFE zachwalano jako sposób na „życie pod palmami”. A zamiast tego mogą doczekać życia pod płotem.

Dodajmy, że do otrzymania emerytury potrzebny jest odpowiedni staż pracy, a o ten będzie coraz trudniej, w związku z bezrobociem i rozpowszechnieniem umów śmieciowych. W tym kierunku zmierza całe pokolenie, które całkiem niedawno weszło na rynek pracy.

Jak system zabezpieczeń emerytalnych i jego niewydolność wpływa na kondycję całego społeczeństwa, w tym młodych ludzi, dopiero próbujących się usamodzielnić?

L. O.: Młodzi ludzie powinni zdać sobie sprawę, że przymusowy filar kapitałowy jest związany z dużymi kosztami, które rzutują na aktualną sytuację społeczno-gospodarczą, na to, czy znajdą pracę, czy będą mogli tu funkcjonować, żyć w dobrze rozwijającym się kraju. Wszyscy Polacy ponoszą ogromne konsekwencje utrzymywania tego bezsensownego systemu, jakim jest OFE. Uważam ponadto, że bez sensu byłoby obciążenie składkami ZUS umów cywilno-prawnych, dopóki nie zlikwiduje się OFE. W przeciwnym razie towarzystwa emerytalne otrzymają dodatkowy wielki strumień publicznych pieniędzy, od którego będą pobierać sobie opłaty przez dziesięciolecia. Da to im dodatkowy wielki zysk kosztem polskiego społeczeństwa i doprowadzi do wypływu kolejnych miliardów za granicę. Bez uwolnienia Polski od OFE trudno będzie racjonalnie i uczciwie rozwiązać problem zatrudnienia wielkiej grupy Polaków na podstawie tzw. umów śmieciowych.

A i tak sukcesywnie ograniczamy wydatki na różnorakie zabezpieczenia społeczne…

L. O.: Im więcej takich obciążeń jak wydatki na OFE, tym większa presja na finanse publiczne i tym większe wyrzeczenia musi ponosić społeczeństwo, otrzymując coraz bardziej niedofinansowaną sferę publiczną. Do tej pory finansowaliśmy OFE z pożyczonych pieniędzy, ale może to być coraz trudniejsze. Ten pasożytniczy system oznacza także cięcia środków na szpitale, szkoły, na karetki, a nawet na protezy dla dzieci. To hańba, że w naszym kraju dziecko, żeby dostać protezę, musi liczyć na akcje charytatywne. Na zdrowie najmłodszych obywateli państwo pieniędzy nie ma, ale żeby przegrywać miliardy na giełdzie – są.

Dodajmy jeszcze wzrost podatków, jaki wymusza obsługa długu publicznego, generowanego w znacznym stopniu przez OFE. VAT już został podniesiony, a pewnie jeszcze skoczy do góry. W imię czego mamy się tak poświęcać? Dla interesu prywatnych instytucji finansowych? Przecież obsługa długu publicznego kosztuje wszystkich obywateli, a zatem i w ten sposób dokładamy do interesów towarzystw emerytalnych. Co mamy w zamian? Portfel OFE, w którym są instrumenty finansowe takie jak obligacje państwowe, które stanowią około 50 proc. tego portfela. Te obligacje będziemy musieli wykupić poprzez wyższe podatki, a w międzyczasie towarzystwa biorą sobie od tego procent, i będą brały przez dziesięciolecia.

Warto podkreślić, że odsetki od tych obligacji skarbowych stanowią główne źródło tzw. pomnażania aktywów OFE. Te odsetki dopisywane są na koncie członka OFE. Idą one z budżetu państwa, a dla nas wszystkich stanowią ogromne obciążenie. Warto podkreślić, że tym więcej OFE zarobią dla polskiego emeryta, im wyższe będą odsetki od polskich obligacji skarbowych, czyli im gorsza będzie sytuacja finansów publicznych naszego kraju. Towarzystwa emerytalne mogą sobie wtedy potrącić wyższe kwoty prowizji od aktywów zgromadzonych w OFE. W istocie instytucje te zostaną więc wynagrodzone za fakt pogarszania się wiarygodności kredytowej Polski. Irracjonalność tego mechanizmu jest uderzająca.

Jeżeli chodzi o akcje, to stanowią one ponad 1/3 aktywów OFE. Inwestowanie przez OFE w akcje odbywa się także kosztem ogromnego zadłużania państwa, podobnie jak inwestowanie w pozostałe aktywa. Beneficjentami obecności OFE na rynku finansowym są liczni pośrednicy finansowi, w tym biura maklerskie, a także wielcy gracze giełdowi oraz oczywiście towarzystwa emerytalne, które mogą według swego uznania wspierać wybrane przez siebie spółki. Ale z punktu widzenia emeryta uzależnienie jego emerytury od kursu akcji jest elementem hazardu, gdyż wartość akcji w krótkim czasie może spaść bardzo znacząco. To w efekcie oznacza, że gdy osoba zależna od emerytury kapitałowej przechodzi na emeryturę w czasie złej koniunktury, jej portfel akcji może zostać drastycznie zredukowany, a w rezultacie również jej emerytura.

A jak ma się sytuacja OFE do naszego rynku?

L. O.: Obrońcy OFE mówią, że dzięki temu systemowi zasilana jest polska giełda, finansowane są przedsiębiorstwa. Ale system emerytalny nie powinien służyć rynkowi, bo to oznacza przechwytywanie dochodów przez zarządzające nim podmioty, w których osoby zarządzające pobierają za to kilkadziesiąt tysięcy miesięcznie, gdy emerytowi wychodzi emerytura rzędu kilkudziesięciu złotych. Zarabiają rekiny finansjery, a zwykłym ludziom zostają resztki.

Z powodu OFE państwo każdego miesiąca wypuszcza na giełdę ogromny strumień pieniądza, przyczyniając się do dodatkowego popytu na akcje, a w efekcie do bańki spekulacyjnej. Poza tym jest to mechanizm zakłócający konkurencję. Akcje wielu spółek kupowane są z pieniędzy, które państwo pod przymusem kieruje na giełdę, a to zniekształca obraz rzeczywistej wartości spółek.

Zwolennicy OFE przypominają, że biorą one udział w prywatyzacji. Ale stan faktyczny jest taki, że państwo najpierw przekazuje środki do prywatnych funduszy, pozbywa się więc pieniędzy, a później musi radzić sobie z ogromnymi potrzebami budżetowymi, więc pośpiesznie wyprzedaje majątek narodowy, żeby zdobyć środki. Wtedy OFE odkupują od państwa akcje przedsiębiorstw. I tak dodatkowo pozbywamy się kolejnych, strategicznych składników polskiej infrastruktury, od przemysłu do energetyki. OFE za pieniądze publiczne kupują te spółki. Towarzystwa emerytalne mogą sobie od wartości tych akcji pobierać przez dziesięciolecia opłaty i w ten sposób partycypować w naszym narodowym majątku. Bez „przepuszczenia” przez OFE tego majątku nie byłoby to możliwe.

Ponadto zwolennicy OFE twierdzą, że byłoby bardzo dobrze, gdyby pieniądze umieszczone w systemie emerytury kapitałowej inwestować w obligacje infrastrukturalne. OFE miałyby kupować obligacje emitowane przez jednostki samorządu terytorialnego, w tym gminy. Z tak zdobytych pieniędzy budowano by drogi, oczyszczalnie, mosty. Ale od wartości takich obligacji, znajdujących się w portfelach OFE, towarzystwa emerytalne pobierałyby prowizje przez dziesiątki lat, kosztem polskiego społeczeństwa. Przecież gmina za publiczne pieniądze jest w stanie zatrudnić prywatne firmy, które wybudują tę samą drogę, ale bez konieczności opłacania pośredników w postaci wielkich koncernów finansowych.

Co należy zrobić, by wyjść z pułapki OFE? Czy alternatywą jest emerytura w ramach Zakładu Ubezpieczeń Społecznych lub Kasy Rolniczego Ubezpieczenia Społecznego? A może powinniśmy myśleć nad zupełnie nowym systemem ubezpieczeń?

L. O.: Trzeba przede wszystkim zatrzymać gigantyczny wyciek publicznych środków do OFE. To marnotrawstwo na niespotykaną skalę. W 2011 roku ZUS przekazał do OFE 15 mld złotych, a tam aktywa spadły aż o 12 mld. W roku 2008 ZUS przekazał OFE ponad 25 mld złotych, a spadek wartości aktywów OFE w tamtym okresie sięgnął ponad 32 mld zł. Główne indeksy giełdowe są ciągle niższe o około 30% niż w 2007 r. Ponad 6 lat nie starczyło, by odrobić straty.

Najlepiej byłoby zlikwidować OFE na sposób argentyński – jednym cięciem. Zważywszy na ograniczoną suwerenność naszego kraju i więcej niż prawdopodobny sprzeciw instytucji zainteresowanych w podtrzymaniu OFE, musimy szukać innego sposobu. Powinniśmy rozważyć rozwiązanie węgierskie, które okazało się bardzo skuteczne. Przy wprowadzeniu dobrowolności przynależności do OFE 98 proc. osób wybrało emerytury z tamtejszego ZUS, a tylko 2 proc. – kapitałowe. Mniej niż 90 tys. Węgrów zdecydowało się pozostać w OFE, a 3 miliony przeszło do systemu państwowego. Działo się to stopniowo. W 2010 roku zawieszono przekazywanie składek do OFE. Później obywatele uzyskali czas na zastanowienie się, czy chcą nadal należeć do OFE. Przed podjęciem decyzji powinni byli poznać koszty i ryzyko związane z emeryturą kapitałową. Ci, którzy nie złożyli we właściwym czasie odpowiedniej deklaracji, automatycznie wrócili do węgierskiego ZUS – zostały im wyrównane zapisy na kontach, jakby nigdy do OFE nie należeli, co było oczywiście ewidentną stratą dla państwa, bo nigdy już nie wróciły z towarzystw emerytalnych pobrane przez nie opłaty. Ale i tak Węgry dzięki temu rozwiązaniu mogły choćby obniżyć podatki dla małych i średnich przedsiębiorstw oraz wdrożyć szereg zachęt ekonomicznych dla węgierskich rodzin.

Inne było rozwiązanie czeskie. Czechy nie miały i nie mają przymusowego filara kapitałowego. Umożliwiono tam jednak niedawno przystąpienie do OFE dla chętnych gotowych wnieść wkład własny w postaci 2 proc. miesięcznego wynagrodzenia, a państwo może przekazać składkę emerytalną w wysokości 3 proc. wynagrodzenia – zatem łącznie 5 proc. dochodów można w tej sytuacji inwestować w tamtejszych funduszach emerytalnych. Zdecydowało się na to tylko 22 tys. osób. Oznacza to totalną klęskę twórców czeskich OFE, mimo wielkiej akcji lobbingowej międzynarodowych instytucji finansowych w Czechach. To wskazuje, jakie są wybory ludzi przy dobrowolności tego typu rozwiązania.

W Polsce potrzebna jest rzetelna kampania informacyjna, ukazująca ogromne ryzyko związane z emeryturami z OFE. Wzrośnie ono znacząco, gdy środki z funduszy będą mogły być bez ograniczeń inwestowane za granicą.

Ale do systemowej zmiany w tym względzie potrzebna jest wola polityczna, wymuszona naciskiem, oczekiwaniami społecznymi. W Polsce tego nie dostrzegam…

L. O.: Świadomość społeczna w tej kwestii rośnie, ale wciąż jest niewystarczająca. Media publiczne niewiele robią, żeby ludzi rzetelnie poinformować. Z kolei w mediach prywatnych takiej wiedzy nie przepuści swoista cenzura: właściciele, uzależnienie od reklamodawców, banków itd.

Większość polityków nie ma najmniejszego pojęcia, czym są OFE dla Polski, więcej: nie chcą tego wiedzieć. Bo ludzie, którzy przyjrzeli się temu bliżej, są w prawdziwym szoku: co innego sobie wyobrażali na temat OFE, a z czymś zupełnie innym mają do czynienia w rzeczywistości. Obawiam się zatem, że pod presją instytucji finansowych będziemy ciągnąć ten system jeszcze przez wiele lat, a rządowi zabraknie odwagi i determinacji w starciu z agencjami ratingowymi.

A jak Pani ocenia funkcjonowanie ZUS i KRUS? Zwolennicy OFE czy osoby o liberalnym nastawieniu nierzadko podkreślają niewydolność albo wręcz „złodziejski” charakter tej pierwszej instytucji. KRUS zaś uznawany jest za „relikt PRL”, niesłusznie uprzywilejowujący rolników.

L. O.: W Polsce istnieje ogromne niezrozumienie co do zasady działania ZUS.Zapomina się, że ZUS jest tylko listonoszem, przenosi pieniądze od tych, którzy obecnie pracują, do tych, którzy są na emeryturze. Emerytura solidarnościowa to dzielenie się wypracowanym dochodem. Jest to podatek, który obciąża pracujących na rzecz ludzi, którzy nie mogą już pracować, a nie możemy dopuścić do tego, żeby umarli z głodu. Mówię tu o emeryturach z systemu powszechnego. Ta świadomość powoli zanika, ustępując indywidualistycznemu egoizmowi, zwłaszcza u młodych ludzi, którzy nie chcą widzieć żadnych obowiązków wobec osób starych.

Oczywiście ZUS nie jest instytucją idealną, ale wykonuje ogromną pracę, obsługuje dziesiątki milionów osób na wielu płaszczyznach: zasiłki macierzyńskie i wychowawcze, renty, emerytury, zbieranie składek. W stosunku do ogromnej pracy nie jest to wielki koszt. Nie mam także poczucia, że panuje tam wielki przerost administracji. Oskarżenia pod adresem ZUS to standard w wykonaniu lobbystów OFE, którym zależy na wykreowaniu jak najgorszego wizerunku tej państwowej instytucji.

Co do KRUS: nie wykluczam, że dałoby się zlikwidować pewne patologie w obrębie tego systemu. Ale pamiętajmy, że świadczenia z KRUS są bardzo niskie, zapewniają ludziom na wsi minimum środków do życia, to system niekosztowny.

Słyszymy też przy okazji rozmów o emeryturze kapitałowej slogan, że „prywatne zawsze jest lepsze”…

L. O.: Niedawny kryzys pokazał, że bez interwencji państwa nie dałoby się uratować licznych prywatnych instytucji finansowych, które by zbankrutowały. To państwa ponoszą odpowiedzialność za los swoich obywateli – stąd musiały w skali świata i Europy ratować te prywatne, nieodpowiedzialne grupy interesu: by zabezpieczyć zwykłych ludzi, ich majątki i miejsca pracy. A nie zawsze się to udało…

Poza tym liberalna ideologia mocno wspiera filozofię coraz dalej idącego indywidualizmu: „niech każdy radzi sobie sam”. To aspołeczne, antyhumanitarne podejście. Tam, gdzie społeczeństwa są dobrze zorganizowane, solidarne, oparte na budowie wzajemnych więzi, chronią się przed nadmiernym rozwarstwieniem, tam ludzie identyfikują się też ze swoim krajem i potrafią zabezpieczać jego interesy. W sytuacji, gdy życie społeczne opiera się na coraz dalej idącym rozwarstwieniu, dochodzi do pogłębiającej się alienacji – także od państwa, które staje się ludziom obce i dla którego oni stają się obcy. Nie zabezpiecza to żadnych interesów publicznych.

Możemy tu mówić, niemodnymi terminami, o kwestiach klasowych. Częściej zdecydowanymi zwolennikami OFE czy w ogóle skrajnie liberalnych rozwiązań gospodarczych są ludzie zamożni i bardzo bogaci, którym wydaje się, że są absolutnie samowystarczalni i niezależni od sfery publicznej. To oni zwykle kształtują opinię publiczną.

L. O.: Są silni, mają media, pieniądze, wpływ na politykę społeczno-gospodarczą, mają bogatych sponsorów, zawłaszczają państwo kosztem nas wszystkich. A zwykli ludzie nie są w stanie się bronić, często nie wiedzą jak – czasem cierpią biedę i nie mają jak z niej wyjść. Ale nawet bogaci korzystają z infrastruktury publicznej: sieci komunikacji, różnorodnych instytucji gwarantujących bezpieczeństwo społeczne, zabezpieczenie zdrowia, przestrzegania prawa. Degradowanie państwa w imię egoistycznych interesów z pozoru wszechmocnych czy samowystarczalnych jednostek obróci się w końcu także przeciw nim. Najbardziej harmonijnie rozwijają się te społeczeństwa i państwa, które nie dopuszczają do daleko idącego rozwarstwienia, zachowują zdrowy egalitaryzm – przykładem są państwa skandynawskie. Proszę zwrócić uwagę, że wysokie podatki przy transparentnym charakterze państwa, innowacyjności gospodarki i edukacji dają w efekcie wyższy wzrost i dobrobyt całemu społeczeństwu. Nasz kraj zmierza raczej w kierunku dżungli, a dzieje się to w imię uwolnienia rynku i instytucji finansowych od jakichkolwiek zobowiązań wobec sfery publicznej.

Wróćmy jeszcze do kwestii emerytur. Na czym polega pomysł z emeryturami obywatelskimi?

L. O.: Grozi nam, że wskutek istniejącego systemu wielu Polaków w ogóle nie będzie w przyszłości otrzymywało świadczeń emerytalnych. Poważnej dyskusji wymaga idea emerytury obywatelskiej, która byłaby finansowana choćby z podatków pobieranych w formie VAT i akcyzy. Taka niewielka, budżetowa emerytura mogłaby przysługiwać każdemu, kto mieszkał w Polsce np. przez 30 lat. Przecież ludzie, którzy pracują na czarno, na umowach śmieciowych, nie płacą składek na ZUS, ale nabywając produkty, opłacają podatki ukryte właśnie w VAT czy akcyzie, przez co wnoszą dochody do budżetu państwa. Ale – powtórzę – także to rozwiązanie wymaga wcześniejszego uporządkowania sprawy OFE.

Jak wygląda najczarniejszy społeczno-gospodarczy scenariusz dla Polski na najbliższe kilkanaście lat? Jak scenariusz optymistyczny? A jaki wreszcie jest najbardziej prawdopodobny?

L. O.: Najczarniejszy zrealizujemy, gdy okaże się, że nie jesteśmy w stanie refinansować swojego długu, czyli – mówiąc umownie – scenariusz Grecji. To zależy od wielu czynników, bardzo trudnych do przewidzenia. Sytuacja może zmienić się radykalnie w krótkim czasie. Na przykład Irlandia w 2007 r. miała dług publiczny w wysokości 25 proc. PKB, a obecnie ma dług ponad 120 proc. PKB. Stało się to w ciągu kilku lat. Nie jesteśmy zabezpieczeni przed tak gwałtownymi, szokowymi zmianami, których konsekwencje odczuje boleśnie większość społeczeństwa i których skutki będą ciążyć przez dziesięciolecia.

Scenariusz optymistyczny: pozbywamy się OFE i zatrzymujemy ten ogromny wyciek pieniędzy z finansów publicznych, zaczynamy inwestować w demografię, postęp techniczny, sieci energetyczne, rozwijamy źródła energii, tworzymy infrastrukturę, odbudowujemy przemysł. To wszystko dałoby nam sprawną gospodarkę z własnymi zasobami i pozytywnymi trendami demograficznymi. Uważam, że istnieje możliwość stymulacji czynników wzrostu.

A wariant realistyczny? OFE będą działały jeszcze kilka lat, stracimy kolejne dziesiątki miliardów, nie posuniemy się o krok do przodu. I chyba dopiero kompletna zapaść sfery publicznej, choćby wydatków na służbę zdrowia, da jakieś zdecydowane posunięcia, wzbudzi wolę, by odbić się od dna.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Krzysztof Wołodźko, 19 maja 2013 r.

Lewica Smoleńskiem silna?

Lewica Smoleńskiem silna?

Gdzieś na kartach „Lalki” opisana jest scena, w której pannę Izabelę Łęcką odwiedza dwóch dandysów z arystokracji. Młodzieńcy chwalą się, że na przyjęciu jedli kaszę tatarczaną z wykwintnej zastawy. Są zachwyceni, że dane im było uczestniczyć w tak ekscentrycznym posiłku. Czyżby w modnych ostatnio dyskusjach o „lewicy smoleńskiej” pobrzmiewały podobne – co do natury rzeczy – snobizm i moda?

Dyskusja o „lewicy smoleńskiej” toczy się głównie w niewielkich kręgach ideowo-środowiskowych. Warto więc pokrótce przypomnieć kilka istotnych tekstów dotyczących tego określenia i wiążących się z nim dyskusji i interpretacji. Bodaj najważniejszy jest artykuł kilku redaktorów Nowych Peryferii: „Smoleńsk, k…!”. Istotna jest również publicystyka Agaty Czarnackiej, która rozpropagowała określenie i z całym zaangażowaniem podtrzymuje debaty na ten temat. Polecam jej artykuł „Lewica smoleńska”, o tyle znamienny, że w krąg tego efemerycznego zjawiska wpada nawet „Nowy Obywatel”, a także lewicujące środowisko katolickie z pisma „Kontakt”. To wszystko nieźle pokazuje definicyjny galimatias. Warto także przeczytać artykuł Katarzyny Kądzieli „Pytam o Smoleńsk…” – to właściwie najmocniejszy tekst, który można by uznać za samookreślenie, nie zaś opis „lewicy smoleńskiej”. Z kolei krytycznie do zjawiska odniosła się Hanna Gill-Piątek w felietonie „Biało-czerwoną wprowadzić”. W dyskusji o lewicy smoleńskiej dość łatwo zatem określić – na podstawie lektury ww. publicystyki – kto używa tego terminu. Ale o wiele trudniej znaleźć środowiska, które identyfikowałyby się z taką nazwą. To także pokazuje, z jak nieczytelnym fenomenem mamy do czynienia.

Można odnieść wrażenie, że lewica w Polsce uwielbia przeskakiwać ze skrajności w skrajność. Jeszcze niedawno poza obyczajowymi hasłami niewiele więcej dostawaliśmy w ramach głównej lewicowej narracji. Natomiast dziś głowy i pióra aż huczą od Smoleńska. To, co przed chwilą budziło jednoznaczne potępienie i nieledwie wykluczało z małego, lewicowego światka, nagle staje się całkiem nieźle widzianym ekscentryzmem. Jakby goszystom brakowało już innych podniet i postanowili znaleźć sobie nową modę lub pięć minut sławy na publicystycznych salonach, dzięki uruchomieniu „smoleńskiej narracji”, której ujęcie budzi ciekawość także na prawicy.

Przejaskrawiam? Być może. Ale ciekaw jestem, kiedy lewica zajmie się wreszcie, z poczucia przyzwoitości i w imię własnych zobowiązań i tradycji, czymś innym. Na przykład na poważnie podejmie problemy społeczno-gospodarcze i debaty o nich. Podkreślam – na poważnie, czyli bez traktowania ich jako kwiatka do kożucha, jako oboczności czy wątku bez większych konsekwencji dla postaw i własnych założeń ideowych. Bo póki co, jak się wydaje, moda okołosmoleńska przypomina kolejny sposób na ucieczkę od tematów, które niegdyś bardzo interesowały naszych lewicowych przodków.

Nie piszę tego, żeby deprecjonować znaczenie Smoleńska. Nie jestem zwolennikiem ekonomii funkcjonującej poza rzeczywistością społeczną czy kulturową. Interesuje mnie lewicowość także w odniesieniu do patriotyzmu czy religii. Doceniam również fakt, że redaktorzy Nowych Peryferii bardzo rzetelnie potraktowali temat „smoleński” we właściwym dla swojego portalu kluczu postkolonialnej i peryferyjnej dyskusji o polskiej specyfice (geo)politycznej. Nie mam jednak pewności, co dalej. Czy nie budujemy kolejnej trampoliny ku nadrzeczywistości? Czy znów nie zapominamy, że mamy bardzo konkretne zobowiązania wobec polskiego społeczeństwa i tych grup, które powinny być punktem odniesienia dla lewicy? Zobowiązania te dotyczą – brzydko mówiąc – bazy. I nie idzie o patos, ale o bardzo prozaiczne uznanie choćby faktu, że fundamentalny podział na prawicę i lewicę dotyczył konkurencyjnych ideologii i sposobów rozumienia polityczności i ekonomii. Odnosił się również do sporu koncepcji egalitarnych z hierarchicznymi/wykluczającymi, do innego zdefiniowania znaczenia pracy i praw świata pracy, jego odniesienia do beneficjentów kapitalizmu, a zatem klasy średniej, burżuazji i oligarchii.

W moich rodzinnych stronach nie ma już połączeń kolejowych, komunikacja autobusowa też prawie nie występuje. Wiem, że wracam do tych kwestii dość obsesyjnie, ale to jest kawałek (zapomnianej) Polski, z którego wyrastam. To świat niemal zupełnie zepchnięty na margines przez triumfalizm ideologii i ideologów realnego liberalizmu. Wobec kogo odczuwać mam etyczne zobowiązanie lewicowca, jeśli nie wobec miejsc spustoszonych modelem polskiej transformacji? A antyspołeczne przemiany wciąż postępują, sprawnie hierarchizując przestrzeń wedle logiki bogactwa, przywilejów i wpływów. Poza tym młodzi mają problemy ze znalezieniem stałej pracy i określeniem sensownych, długofalowych planów życiowych. Grozi im wieczna prowizorka, praktyczna realizacja neoliberalnej gadaniny o wolności: żyj, wegetuj, prostytuuj się za grosze albo emigruj. Żyj i zgrzytaj zębami – na jawie lub we śnie. Żyj z wdrukowanymi w łepetynę wolnorynkowymi kalkami, choć właśnie przejeżdża ciebie i twoje otoczenie społeczne walec żelaznych, neoliberalnych konieczności, które uczynią cię albo frajerem, albo tępym, amoralnym cwaniakiem, albo nieco dziwacznym typem skrajnego indywidualisty, tęskniącego za wartościami i „porządnym społeczeństwem”.

Nieustannie otrzymujemy sygnały o kolejnych formach demontażu prospołecznych funkcji państwa na poziomie centralnym i lokalnym. Mamy za sobą reformę emerytalną, a przed sobą jej skutki społeczne. Mamy zapowiedzi dalszej dewastacji prawa pracy. Platforma Obywatelska nie odpuszcza – jako partia beneficjentów transformacji posiada bardzo silne zaplecze medialne i wciąż dość duże poparcie elektoratu. Bezkarność PO wzmacnia także fakt, że właściwie jej przeciwnicy o sprawach społeczno-gospodarczych myślą często bardzo podobnie. Tyle że ci drudzy wierzą, że Tusk to obecnie socjalista, bo panicznie szuka pieniędzy także w kieszeniach części swych uboższych wyborców. Oni sami zaś daliby Polsce „prawdziwy wolny rynek”. Pytanie, skąd by go wzięli, uważam za otwarte. Zapewne z czytanek drukowanych w „Najwyższym Czasie”, albo wypożyczyliby go z ambasady USA. W końcu nikt się tak nie zna na wolnym rynku jak Amerykanie, co najdobitniej pokazały niedawne wojny o ropę.

To, co robi rządząca partia, powinno być zatem dzień w dzień na ustach lewicy. Ale na lewicy zaczęliśmy teraz kolejną paplaninę – na temat kaszy tatarczanej. Wyobrażam sobie, jak lekko, łatwo i przyjemnie będą się wzajem przekomarzać publicyści lewicy kawiorowej z „lewicą smoleńską”. Mogę się oczywiście mylić, ale pouczanie albo pochylanie się nad tą drugą może pomóc specjalistom od zarządzania ideami znów odwrócić uwagę publiki od wspomnianych już arcybanalnych, lecz niezmiernie ważnych kwestii bazy. I ponownie okaże się, że zamiast dyskusji o meritum, nawet w kontekście tak drażliwych zagadnień jak „lewica a patriotyzm”, mamy kolejną modę, następną zasłonę dymną rozsnutą nad rzeczywistością.

Tak, Smoleńsk jest tematem ważnym (geo)politycznie. Warto także w jego kontekście umieć czytać dzisiejsze problemy społeczne i polityczne. Ale moda na „lud smoleński” przypomina nieco paternalistyczne iluzje znanej z XIX wieku chłopomanii. Ta zaś kończyła się albo kompromitacją, albo (wzajemnymi) rozczarowaniami. Historyczny sukces PPS i innych formacji autentycznej lewicy wynikał z klasowego rozpoznania potrzeb i perspektyw mas. W tym sensie „lewica smoleńska” odrobiła co najwyżej część lekcji – określiła się wobec symbolicznego (i realnego) politycznego sporu. Ale lewicę w Polsce odzyskamy dopiero wówczas, gdy ta w pełni świadomie wyniesie na swe sztandary hasła sprawiedliwości społecznej w najbardziej elementarnym sensie troski o realia społeczno-gospodarcze i o jakość państwa. Musimy także pytać o aktywność obywatelską. Powiem w skrócie: zostawmy prawicy miesięcznice, nie szydząc z nich. Ale sami propagujmy spółdzielczość, uczciwą działalność pozarządową, wspierajmy – na ile potrafimy – „tematyczne” ruchy społeczne itp. Dopóki tego nie będzie – także „lewica smoleńska” będzie kawiarnianym snobizmem, zabawką doktorantów, publicystów i hipsterskiej lewicy, szukających nowych podniet dla swoich podniebień.

Lewica ponad socjalizm!

Ta książka stanowi okazję do obcowania z myślą nietuzinkową i przekazywaną ze znacznym kunsztem publicystycznym, lecz niemal zupełnie zapomnianą. Kilkusetstronicowy wybór tekstów Leszka Nowaka pt. „Polska droga od socjalizmu. Pisma polityczne 1980–1989” to oryginalny zbiór analiz rzeczywistości późnej Polski Ludowej.

Co istotne, prof. Nowak był jednym z najważniejszych myślicieli czasów opozycji lat 80. W przedmowie do książki Krzysztof Brzechczyn stwierdza: w latach 1980–1989 Leszek Nowak był jednym z najczęściej wydawanych podziemnych autorów w Polsce. Jedną z najczęściej drukowanych publikacji był „Anty-Rakowski, czyli o tym, co wygwizdali wicepremierowi robotnicy”, która doczekała się aż dwunastu podziemnych wydań.

Warto krótko przypomnieć sylwetkę Leszka Nowaka. Studiował prawo na poznańskim Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza. Po roku 1960 wstąpił do PZPR – jak sam później przyznał – „dla korzyści własnej” (miałem pełną świadomość naganności moralnej tej decyzji). W drugiej połowie lat 60. jego krytyczne zainteresowanie zwróciło się ku marksizmowi, jako głównej szkole myślenia i uzasadnienia realnego socjalizmu. Marzec ’68 unaocznił mu, że braki tego systemu nie są brakami, ale że jest to coś systemowego. Zbyt wielki jest rozdźwięk między ideałem a rzeczywistością, coś musi działać samorzutnie, powodując ten rozdźwięk. Ale początkowo, jak wielu innych, próbował „ocalić” myśl marksistowską „od wewnątrz”.

Od 1970 r. pracował w Instytucie Filozofii UAM, w 1976 r., mając 33 lata, otrzymał tytuł profesora nadzwyczajnego – był najmłodszym profesorem w PRL. Jednak coraz bardziej oddalał się od marksowskich pryncypiów – znaczny wpływ miała na to lektura „Archipelagu Gułag” Sołżenicyna. Z partii wystąpił w pamiętnym sierpniu 1980 r., co zaowocowało m.in. wieloletnim zainteresowaniem jego osobą ze strony Służby Bezpieczeństwa, za prowadzenie działalności nieprzychylnej ustrojowi PRL. Rzeczywiście, włączył się aktywnie w działalność opozycji, został ekspertem podczas I Krajowego Zjazdu Delegatów NSZZ „Solidarności”, w stanie wojennym internowano go. W roku 1985 został zwolniony z pracy na UAM, umożliwiono mu powrót na uczelnię w 1989 r., a dwa lata później uzyskał tytuł profesora zwyczajnego. Startował wówczas – bez sukcesu – do Sejmu z listy Unii Pracy. Jak zaznacza Krzysztof Brzechczyn: wyrazem rozczarowania nową rzeczywistością było wystąpienie z NSZZ „Solidarność” w 1994 r. Pogarszający się stan zdrowia skutkował ograniczeniem działalności naukowej i publicystycznej. Zmarł w październiku 2009 r.

Publikacja została podzielona na cztery obszerne rozdziały: „Mity socjalizmu”, „Mity solidarności”, „Mity społeczeństwa podziemnego”, „Mity liberalizmu”. Słowo „mit” ma tutaj pewien pejoratywny odcień, wiążący się z faktem, że ideologia marksistowska – czy w ogóle ideologiczna nadbudowa rzeczywistości, wytwarzana także w krajach zachodnich – wiąże się z jej zakłamaniem. Stąd „mit” może być częścią zafałszowanej świadomości społecznej, a jako taki wymaga „demontażu”, szczegółowej analizy. Taka konstrukcja książki daje nam wgląd w myśl, „która się dzieje”, czyli reaguje na doświadczaną rzeczywistość i próbuje przetworzyć ją w całościowy, logiczny systemat: nie-Marksowski materializm historyczny. Wedle fundamentalnego założenia tej koncepcji Nowaka w społeczeństwie można wyróżnić trzy niezależne od siebie podziały klasowe występujące na terenie gospodarki, kultury oraz polityki. Podstawą tych podziałów społecznych jest zawłaszczenie przez pewną mniejszość społeczną środków produkcji w gospodarce (generuje to podział na klasę właścicieli i bezpośrednich producentów), środków przymusu w polityce (generuje to podział na klasę władców i obywateli) oraz środków produkcji duchowej w kulturze (rodzi to podział na klasę kapłańską i wiernych). Co istotne, zdaniem prof. Nowaka analiza procesów historycznych pokazuje, że możliwy jest ustrój, w którym jedna i ta sama klasa społeczna kontroluje politykę i gospodarkę, politykę i kulturę czy politykę, gospodarkę i kulturę. Tym ostatnim systemem okazał się realny socjalizm, w którym aparat partii komunistycznej kontrolował życie polityczne, gospodarcze i kulturalne. Podstawowy podział społeczny przebiegał w nim pomiędzy klasą ludową a klasą trój-panującą.

Wybór publicystyki otwiera tekst „Głos klasy ludowej: polska droga od socjalizmu”, pisany w sierpniu 1980 r. Nowak zwraca uwagę, że zgodnie z wyżej przedstawioną tezą nie-Marksowskiego materializmu historycznego walki klasowe toczą się nie tylko w wymiarze środków produkcji, ale także w przestrzeni władzy politycznej i kulturowej. Najistotniejszy, niezafałszowany antagonizm realnego socjalizmu rozgrywa się zatem w formie walki między klasą trój-panów (władców-właścicieli-kapłanów) a „klasą ludową”, która stanowi przedmiot państwowego ucisku, państwowego wyzysku i państwowej indoktrynacji. Jest to inna, zdecydowanie gorsza sytuacja niż w wypadku demokracji zachodnich, gdzie kontrola władzy odbywa się przez własność prywatną, realizowaną za pomocą systemu konkurencji politycznej. Jednak i tam mamy do czynienia z zafałszowaniem rzeczywistych stosunków władzy i tendencją do koncentracji władzy i kontroli gospodarczej w obrębie jednej formacji: formalnie władza znajduje się w domenie obywateli, faktycznie w rękach najsilniejszych spośród [nich], w rękach burżuazji.

Zdaniem prof. Nowaka realny socjalizm został w pełni zrealizowany w stalinizmie, gdy władzę polityczną, gospodarczą i duchową skupiono w rękach kierownictwa jednej partii, a masy poddano daleko idącej „desocjalizacji”: środki przymusu stały się narzędziem osamotnienia i wyobcowania ludzi, aż do fizycznej likwidacji. Myśl genialna w swej oczywistości: człowiek jest nie tylko całokształtem, ale i podmiotem rozlicznych więzi międzyludzkich. Najprostszym tedy sposobem rozbicia tych więzów jest fizyczna eliminacja tych ludzi, którzy skupiają ich szczególnie wiele. Z tego to powodu nie tylko ludzie politycznie aktywni, ale i wszyscy wybijający się jakoś w swoich dziedzinach – od sióstr zakonnych do wybitnych pisarzy – poddani zostali eksterminacji.

Absolutnym wcieleniem w życie tego totalnego porządku rzeczywistości były sowieckie łagry. Ale – paradoksalnie – to właśnie z dna tego świata przyszedł bunt i pierwszy krok ku zmianie. Nie bez znaczenia są tu wpływy Sołżenicyna na myślenie prof. Nowaka. Opis obozowych rebelii prowadzi go do konkluzji: łagiernicy pierwsi, na samym dole piramidy społecznej, odzyskali godność ludzką. Godność umożliwiający walkę klasową. Poddani najokrutniejszemu terrorowi – zaprzeczyli jego logice, w porządku wszechobejmującej kontroli pojawił się wyłom.

W konsekwencji tego „ruchu oporu” system demoludów zaczyna podlegać swoistej cykliczności – klasa ludowa zyskuje pewne koncesje, a władza uzyskuje w zamian spokój społeczny. Dalsza historia tego porządku jest historią ekspansji ludowego wyzwolenia oraz reakcji klasy „trój-panów”, próbującej coraz mniej skutecznie odzyskać pełen monopol nad rzeczywistością, aż do wyczerpania systemu. Jak przedstawiała się w tym względzie sprawa w rodzimych warunkach? O osobliwości polskiego socjalizmu zdecydował permanentny opór społeczny: opór zbrojny, opór ekonomiczny – głównie chłopstwa, opór duchowy – wsparty głównie na autorytecie Kościoła katolickiego.

Trzeba tu zwrócić uwagę na bardzo ważną kwestię: nie-Marksowski materializm historyczny bazuje z jednej strony na przekonaniu, że przejście od kapitalizmu do realnego socjalizmu jest rzeczywiście obiektywnym procesem historycznym (nieuchronnym wynikiem etatyzacji kapitalizmu), ale z drugiej strony neguje stary progresywny dogmat, że rozwój historyczny jest tożsamy z postępem. Jak kąśliwie zauważa filozof: tylko w historiozoficznych bajkach dla dorosłych „później” znaczy „lepiej”. Ale zmiana na lepsze jest możliwa. Oto wyłania się nowa forma ustrojowa, która jako potencjalna szansa rysuje się właśnie przed Polską: u nas najwięcej jest zalążków przyszłej formy społecznej, która ewolucyjnie wyłoni się z socjalizmu. O takie społeczeństwo, w którym żadne wytwarzane przez człowieka środki materialne nie będą już dzielić ludzi między sobą, o społeczeństwo pełnej, oddolnej demokracji walczy dziś polska klasa ludowa. Będzie to społeczeństwo, w którym wszyscy będą na równi dysponować środkami przymusu, produkcji i indoktrynacji. Nie może zatem dziwić, że rodząca się III Rzeczpospolita rozczarowała poznańskiego myśliciela.

Następna część, „Mity solidarności”, przynosi analizy spisane między 1980 a jesienią 1981 roku – przypadające więc na czas „karnawału” „Solidarności”. Ten właśnie ruch społeczny ma być zarzewiem społeczeństwa bezklasowego – przynajmniej w szerokim planie dziejowym, bo już szczegółowa analiza sytuacji pozwala odkryć źródła problemów i potencjalnych zagrożeń skutkujących nowymi formami „uklasowienia” i zniewolenia politycznego, ekonomicznego, duchowego. Warto w tym kontekście zwrócić uwagę na tekst „Inteligencja wobec klasy ludowej”. Horyzontem rozważań jest dobrze znana w polskiej tradycji myślenia „wrażliwego społecznie” kwestia odniesienia inteligencji do ludu (i odwrotnie). Jak zauważa prof. Nowak, w obrębie spętanego społeczeństwa rodzi się autonomiczna „myśl ludowa”, suwerenna świadomość klasowa, wyzwalająca się od „produkcji duchowej” narzucanej przez „trój-panów”. Filozof stwierdza: Niezależna myśl jako zjawisko społeczne wywodzi się z potrzeb zagonionych i przytłoczonych powtarzającą się nędzą mas, z ich rozpaczy i zachłannej chęci rozumienia. Jak zaznacza: to jest właśnie źródło „zrewoltowanej” myśli tej części inteligencji, która zerwała z serwilizmem wobec aparatu represji, odstąpiła od roli „funkcjonariusza myśli” i przeszła na stronę klasy ludowej, stając się tym samym częścią opozycji.

Znamy ten topos dobrze: inteligenci po stronie ludu odpowiadają na niewidzialne, ale wyczuwalne w atmosferze społecznej zapotrzebowanie na rozumienie. Uczestniczą w procesie przechodzenia inteligencji humanistycznej na drugą stronę barykady walki klasowej. I tu odzywa się akord tak szlachetny i mocny, wyrażony już, niemal 80 lat wcześniej, przez Ludwika Krzywickiego w słowach: „jesteś dłużnikiem, wielkim dłużnikiem ludu pracującego!”. Po tej wszakże stronie nie jesteśmy niczym więcej jak duchowymi sługami ludu, rodzajem rzemieślników, którzy tworzą to, czego lud potrzebuje: rozpoznanie sytuacji, wizje rozwojowe, konkretne programy. Jak podkreśla Nowak, myśl ta ma jednak najistotniejszy probierz, praktykę działania zbiorowego mas, wobec których inteligencja powinna wykazywać się „nieco większą dozą pokory”. Bo właśnie oporowi mas peerelowska inteligencja zawdzięcza „wszelkie zmiany na lepsze”. To kolejny newralgiczny punkt, który w dłuższej perspektywie czasowej mógł być dla filozofa źródłem dyskomfortu. Bo przecież ani w sytuacji pierwszej „Solidarności”, ani później inteligencja nie potrafiła i nie chciała pełnić wobec społeczeństwa roli tak służebnej, jak tutaj to opisano. Naukowiec miał świadomość, że inteligencja nie jest tak heroiczna, jak zwykła sobie czasem roić: Nie odważyłaby się myśleć inaczej, niż dotąd myślała, gdyby nie dojrzała siły społecznej, pod której opiekę może się chronić. Najpierw tą siłą była „Solidarność”, dzisiaj [w 1985 r.] jest Kościół.

W spojrzeniu na „Solidarność” prof. Nowaka wyraźnie zaznaczał się „nieortodoksyjny”, lecz mocno lewicowy punkt widzenia. Warto go przypomnieć także dlatego, że zrodzony w sierpniu ‘80 z fuzji aktywności robotniczej i inteligenckiej ruch społeczny został już w III RP na dobre wpisany w tradycję myślenia konserwatywnego i liberalnego, pozbawiony swojego oblicza propracowniczego i prosocjalnego. Więcej, „Solidarność” jako związek została wręcz uprzedmiotowiona, zinstrumentalizowana – posłużyła jako narzędzie do legitymizowania porządku społeczno-gospodarczego, który z pewnością nie był po myśli autora „Polskiej drogi od socjalizmu”. W rozmowie opublikowanej w kwietniu 1981 r. na łamach „Wiadomości Krakowskich”, pisma NSZZ „Solidarność” MKZ Małopolska, Nowak stwierdzał: wyraźnie zarysowały się dwa skrzydła ideowe: lewicowe, pochodne od KOR-u, które ma pełne rozpoznanie antagonizmu władza-społeczeństwo i powiedzmy narodowo-solidarystyczne. Zważywszy, że partia także wprowadza do swego systemu elementy solidaryzmu narodowego, wyłania się duże niebezpieczeństwo. Gdyby ta linia narodowego solidaryzmu miała w „Solidarności” wziąć górę, byłaby to sytuacja bardzo dla władzy korzystna. Za pomocą tej rozmywającej rzeczywiste podziały ideologii dosyć łatwo ogłupić społeczeństwo. Ponadto, mówiłem wyżej o nieuniknionym petryfikowaniu się zhierarchizowania strukturowanej organizacji, jaką także jest „Solidarność”. Otóż, za ideologią „zgody narodowej” znacznie łatwiej byłoby ukryć prywatne interesy kształtującej się z biegiem czasu „elity władzy” związkowej.

Nawet jeśli przyjmiemy, że „koncesjonowana opozycja” czasów Okrągłego Stołu nie była osadzona w myśleniu „typowo prawicowym” (wedle dzisiejszej nomenklatury), to jednak trudno ukryć, że faktycznie wykorzystano motyw „zgody narodowej” i że w czasach „polsko-jaruzelskiego pojednania” następowała oligarchizacja opozycyjnej elity. Ta narracja z pewnością zyskiwała na popularności dzięki tak różnym czynnikom jak np. odwołanie do chrześcijańskiego pojednania i przebaczenia, gra na uczuciach narodowych i patriotycznych, apatia społeczna, nadzieja na „beztroską konsumpcję”.

Część trzecia, „Mity społeczeństwa podziemnego”, zawiera teksty pisane w latach 1983–1985. W tym rozdziale mieści się przywołany wcześniej głośny tekst „Anty-Rakowski, czyli o tym, co wygwizdali wicepremierowi robotnicy”. Punktem wyjścia jest odrzucenie fałszywej świadomości klasy trój-panów, uznającej się za faktycznego reprezentanta klasy robotniczej i chłopskiej (klasy ludowej). W trakcie spotkania z pracownikami Stoczni Gdańskiej w sierpniu 1983 r. wicepremier mówi o sobie: „jestem synem chłopa”. Filozof odpowiada: jest pan właścicielem polskiego majątku produkcyjnego, ergo: Pan jest kapitalistą, panie Rakowski!. Wedle porządku nie-Marksowskiego materializmu historycznego Rakowski jest przedstawicielem nomenklaturowej „magnaterii”, która przeciw robotnikom wystawia cały swój aparat represji.

Jako bardzo istotne jawi się prof. Nowakowi rozpoznanie wewnętrznej słabości „Solidarności”, która podporządkowała swój światopogląd ideologii trój-panów. Komuniści ukryli za parawanem rewolucyjnych frazesów swoją rzeczywistą tożsamość, wmówili opozycyjnemu ruchowi (który jest prostą kontynuacją powstań niewolniczych, wojen chłopskich, ruchu robotniczego), że to oni, klasa potrójnych potentatów, są spadkobiercami odwiecznej walki mas o wyzwolenie. PZPR-owscy właściciele PRL przywłaszczyli sobie hasło walki klasowej, sprawiedliwości społecznej, uspołecznienia. I stąd najbardziej brzemienna smutnymi konsekwencjami sytuacja, z którą do dzisiaj zmagać się musi lewica: Splugawili te hasła tak skutecznie, żeśmy stracili w „Solidarności” głowę i umieliśmy tylko ich pouczać (że „mądra władza” dba o zaufanie społeczne, o wiarygodność) i prosić (o respektowanie „praw człowieka”). Tymczasem należało rąbnąć pięścią w stół i powiedzieć im jasno i dobitnie: wasz system obłudnie spowity w socjalistyczne hasła jest najbardziej drastyczną postacią społeczeństwa klasowego; to wy jesteście dziś reakcyjną zaporą na drodze walki mas o wyzwolenie społeczne; to przeciw wam lud toczy dziś walkę klasową i tylko dzięki tej walce ma miejsce postęp w tym kraju.

Tu można zastanowić się nad kwestiami aktualnymi również dziś. Przyjmijmy jako hipotezę roboczą, że tzw. nurty populistyczne w III RP były/są faktycznymi dziedzicami emancypacyjnego i klasowego rozpoznania rzeczywistości, godzącymi w różne formy fuzji władzy politycznej, gospodarczej i medialnej (duchowej). Zauważmy wówczas, że wszelkie narzędzia opresji kierowanej przeciw populistom zwykle grają na lęku wobec radykalizmu, przeciwstawionemu ładowi społecznemu (normalizacji). Równocześnie tzw. socjaldemokracja wciąż będzie przedstawiała się jako faktyczny reprezentant myślenia lewicowego, spychając swoich konkurentów do narożnika z napisem „niebezpieczni radykałowie”, „oszołomy” czy właśnie „populiści”. I w tym przypadku najbardziej wyrazistą strategią jest to proste zawołanie: „Pan jest kapitalistą, panie Kwaśniewski/Palikot/Miller!” – które podważa wiarygodność oligarchów raz po raz przybierających się w szaty „trybunów ludowych”.

Część czwarta, „Mity liberalizmu”, przynosi artykuły z lat 1985–1989. W jakiejś mierze jej myśl przewodnią oddaje krótkie zdanie: Tak oto dzieje się postęp społeczny: wyrasta z walki uciśnionych, a realizowany jest ze strachu ciemiężycieli. Filozof przekonuje, że w ten sposób dokonują się „ewolucyjne korekty systemu” – nie przez całościowe zwycięstwo jakichkolwiek rewolucji (które rozpętują żywioły prowadzące do jeszcze większego zniewolenia), lecz przez bunty przegrane, które jednak zmuszają panujących do reform, a więc do pewnej poprawy położenia mas.

Jest to rozdział najbardziej gorzki i rozrachunkowy także wobec solidarnościowej opozycji, niedostatków jej intelektualnych horyzontów, wtórności wobec myśli Zachodu. A prof. Nowak – który swoją teorię zbudował na dogłębnej krytyce myśli marksowskiej – występuje w pewnym momencie jako jej obrońca wobec tłumu polemistów dyskredytujących dorobek filozofa z Trewiru. Pozwolę sobie na dłuższy cytat: Karol Marks zbłądził w wielu, i to podstawowych, kwestiach teoretycznych. Ale cóż to były za błędy! Daj Panie Boże dzisiejszym jego krytykom, by choć raz w życiu stać ich było na jeden błąd tej rangi. To przecież ktoś z paru – może czterech – ojców założycieli nauki o społeczeństwie. A trzeba zjeść zęby na myśleniu o robocie teoretycznej, na próbach samodzielnego robienia teorii, żeby z grubsza choćby rozumieć, co to znaczy. […] Wszyscy intelektualiści – już nie mówiąc o wielkich instytucjach jak Kościół – mają po prostu interes, żeby [myśl marksowską] przedstawić jak najgorzej. Moc perswazyjna tego, co mówią, a więc ich pozycja w rywalizacji o rząd dusz, zależy w sporej mierze od tego właśnie, czy potrafią skompromitować – nie skrytykować, lecz właśnie skompromitować – przeciwnika. Pod pewnym względem czysto duchowym ich krytyka marksizmu jest gorsza od krytyki, jakiej oni byli poddawani. Oto marksizm nie przedstawiał się jako zwolennik pluralizmu myślowego, nie deklarował wiary w „odwieczne wartości”. Krytyka marksistowska była nieprzyzwoita, ale otwarta, ich jest nieprzyzwoita i obłudna.

Jaki zatem jest główny problem PRL-owskiej opozycji? Poznański filozof zarzuca jej stopniowe samozakłamanie. W tekście „Groźba urban-izacji myśli niezależnej” stwierdza: Rzucać prawdę przeciwnikowi w twarz o nim, to każdy potrafi. Ruchu społecznego, który by ogłaszał bezlitosną prawdę o samym sobie – jeszcze nie było w dziejach tego świata. Niestety nasz ruch, który tak dużo mówi na temat prawdy – wcale tej smutnej tradycji, jak dotąd, nie przełamał. Od komunistów to umiemy domagać się prawdy, całej prawdy i tylko prawdy – ale nam to już zaczynają wystarczać półprawdy. Sytuacja ta, jak zaznacza, ma swój konkretny wymiar społeczny, skutkuje utratą zaufania: zwykły człowiek nie jest prymitywem, który wierzy tylko w niepokalane obrazki, jakie nasz ruch wystawia samemu sobie.

Tu także wraca problem opozycyjnego inteligenta/intelektualisty. Jego najpełniejszą i najbardziej wpływową formację filozof określa mianem „gładysza”: to intelektualista, zwykle warszawski, kulturalny, inteligentny, wielce oczytany, znający parę języków, którego cały wysiłek skierowany jest na to, aby nadążać za kulturą światową, no i demonstrować, że nadąża; który tedy nie wymyśli nic sam, a innym nie da, bo jak się rzekło jest warszawski, a zatem współkontroluje, zależne czy niezależne, główne środki przekazu treści kulturowych, jest więc (współ-)kapłanem; który eklektycznie łączy cudze oryginalne myśli w swoją nieoryginalną całość. Jakie tego konsekwencje? Ludzie bardziej boją się osamotnienia wśród swoich niż represji państwowych.

Najbardziej jednak gorzka uwaga prof. Nowaka wydaje się aż nadto aktualna dzisiaj. Można wręcz odnieść wrażenie, że gdyby dzisiejsi „starzy opozycjoniści” zgorszeni „Gazetą Wyborczą” wtedy czytali ze zrozumieniem myśliciela, dziś by się tak nie dziwili: Kto za dużo mówi o pluralizmie, demokracji i innych tego rodzaju wzniosłościach, temu takie gadanie zaczyna wystarczać: gwarantem pluralizmu w naszym ruchu stał się szyld „pluralizm” wiszący nad naszym sklepikiem. A że w środku tego towaru już nie ma, nie szkodzi: liczą się słowa, nie rzeczy. Nie tylko u komunistów, u nas już też.

Druga połowa lat 80. wiązała się z coraz częstszą recepcją myśli i zachodniej praktyki liberalnej (neokonserwatywnej). Prof. Nowak zwracał uwagę, że jest to powrót do doktryny przestarzałej, która mimo pozoru nowości odzwierciedla wzorce burżuazyjnej próby hegemonii nad masami ludowymi. Pytał: czy wobec oczywistego fiaska marksistowskiego rewolucjonizmu mamy wrócić do liberalistycznego ewolucjonizmu, jak się to zazwyczaj czyni. A od strony ideowej problem polega na tym, czy ludziom, którzy się buntują przeciw jawnemu wyzyskowi i (lub) zniewoleniu – mamy cokolwiek do powiedzenia. Otóż byli marksiści, którzy przeszli na pozycje liberalne, nie mają im nic do powiedzenia. Nie miał równocześnie złudzeń co do tego, że połączenie w jedno władzy państwowej i rynkowej (to była w gruncie rzeczy jego prognoza dla Zachodu) będzie dla klasy robotniczej wiele lepsze. Jak zauważa, wielu komunistów doznało wstrząsu na wieść, że „armia robotniczo-chłopska” strzela do strajkujących. I przeszli na stronę opozycji. Zdaniem prof. Nowaka: prawdziwy liberał miałby w takiej sytuacji o wiele bardziej „czyste” sumienie – przecież postrzega on to jako „wprowadzenie porządku przez państwo”, no cóż, kosztem tych, którzy i tak są społecznie mniej cenni, bo przegrali w życiowej grze o bogactwo, są wszak tylko robotnikami. Możemy tę wypowiedź odczytać literalnie – np. w kontekście prawicowych reżimów Ameryki Południowej, zależnych od USA – albo jako odzwierciedlenie „sytuacji transformacyjnej”, gdzie nikt nie liczy kosztów ludzkich aspołecznego modelu kapitalizmu, gdyż są one „przezroczyste” dla ideologów i beneficjentów systemu.

Opozycyjne zachwyty pod adresem liberalizmu prof. Nowak kwitował naprawdę radykalnie: Czytałem neokonserwatystę, który oznajmił wszem i wobec, że jedynym ustrojem, jaki się sprawdził, jest kapitalizm. Bo dał ludziom dobrobyt, demokrację, itd. Otóż wszystko to robotnicy sobie wywalczyli, [w rewoltach] tłumionych często z zaciekłością i gwałtem nieporównywalnym z tym, który znamy np. ze stanu wojennego wprowadzanego przez „komunistyczny totalitaryzm” parę lat temu. Wolne związki zawodowe, legalizacja partii i prasy socjalistycznej, prawo wyborcze dla wszystkich – słowem to, co tak podziwiamy dziś na Zachodzie – kosztowało klasę robotniczą rzeki krwi. Tylko że my wolimy o tym nie wiedzieć, bo przypadkiem liberalna prasa zachodnia się na nas obrazi.

Istotne jest w kontekście imitacyjnego przyswojenia myśli liberalnej oryginalne odczytanie sytuacji przez filozofa. Tu znów widzimy motyw „innej drogi” jako możliwości stojącej przed Polską. Na Zachodzie odżywają hasła liberalne, bo jest to naturalna reakcja ludzi zagrożonych przez powstający pod socjaldemokratyczną maską totalitaryzm państwa-właściciela. Oni sięgają po liberalizm, bo zaczynają się na serio państwowego molocha bać, my się już bać przestajemy. Nie ma więc powodu, dla którego mamy się wzbraniać przed myśleniem na nowo, bez sięgania do doktryn liberalistycznej przeszłości. Bo to nasz lud wyrąbuje przed sobą, w całkiem nowych warunkach historycznych, jakąś drogę do jakiejś przyszłości. Miast „nadążać myślowo za Zachodem”, starajmy się raczej odcyfrować choć trochę przyszłości i tę drogę. A na horyzoncie jawią się już nowe zagrożenia, wtedy przecież tak mało w Polsce czytelne: niesłychanie wyrafinowany postęp techniczny może sprawić, że „nowy proletariat” będzie nie odpowiedzialnym, skłonnym do samoorganizacji i samokształcenia proletariatem XIX-wiecznym, lecz lumpenproletariatem.

W tym kontekście ważne były choćby pytania o to, co stanie się z (post)komunistami. Prof. Nowak przywołuje ówczesny pogląd Janusza Korwin-Mikkego, który uważał, że rzeczą korzystną będzie, jeśli PZPR-owska nomenklatura odda władzę polityczną i przekształci się w zaczyn klasy średniej, burżuazji. Poznański filozof widzi jednak inną możliwość (i ta de facto zrealizowała się w III RP): fuzji władzy gospodarczej i politycznej w obrębie „nowej socjaldemokracji”, czyli nowej wariacji na temat dwu-panowania. Alternatywą byłoby powstanie trzech zupełnie autonomicznych sił społecznych: wielkiego biznesu, władzy politycznej i Kościoła w sojuszu z elitami intelektualnymi. Wówczas – jak zauważa – socjaldemokracja byłaby czynnikiem „zaporowym” wobec „żywiołowego kapitalizmu”. Wiemy jednak, że procesy uwłaszczenia nomenklatury i w ogóle przebieg polskiej transformacji nie doprowadził do oddzielenia „trzech władz”: polityki, gospodarki i kultury, a jedynie „zmodernizował” formy ich połączenia, oczywiście już poza systemem „trój-panowania”, ale w różnych konstelacjach, nie do końca jawnych i czytelnych.

Z pewnością dla wielu czytelników zarówno koncepcja nie-Marksowskiej dialektyki historycznej, jak i wynikające z niej wnioski będą trudne, jeśli nie dziwaczne. Całościowa perspektywa, jaką proponuje prof. Nowak, neguje większość oczywistości, w tym lewicowych, do których dziś przywykliśmy. Choć nie można wykluczyć, że pewne konkluzje będą jawiły się jako trafne czy atrakcyjne dla odbiorców z bardzo różnych stron dzisiejszych sporów ideowych. Dzięki tej pracy otrzymujemy kolejny dowód na to, że udzielane przed laty odpowiedzi na pytania: co z Polską, co z lewicą, co z kapitalizmem? – nie muszą być dziś nieaktualne. Pod warunkiem, żeby były dowodem ambitnego, szczerego i przenikliwego myślenia. I nie muszą być przy tym nieomylne. Wystarczy, że wskazują drogę ponad wyświechtane slogany i słowa, do których nadto się przyzwyczailiśmy.

Leszek Nowak, Polska droga od socjalizmu. Pisma polityczne 1980–1989, Oddział Instytutu Pamięci Narodowej w Poznaniu – Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Poznaniu, Poznań 2011.

Książkę można kupić u wydawcy: IPN – KŚZpNP Oddział w Poznaniu, 61-487 Poznań, ul. Rolna 45a, tel. 61 835 69 64,
http://ipn.gov.pl/

System pod psem

Zwierzę, jako istota żyjąca, zdolna do odczuwania cierpienia, nie jest rzeczą. Człowiek jest mu winien poszanowanie, ochronę i opiekę.

Artykuł 1. ustawy o ochronie zwierząt
z dnia 21 sierpnia 1997 r.

Jesienią 2011 roku ukazał się raport Najwyższej Izby Kontroli zawierający ustalenia po kontroli w schroniskach dla zwierząt. Jego wnioski nie są pokrzepiające. Także dla zwolenników tezy, że „prywatne jest lepsze”. Jak się okazuje, nasi „bracia mniejsi” najczęściej padają ofiarą złego traktowania właśnie w prywatnych schroniskach. Nie bez winy są również samorządy. Ale zły los zwierząt wiele mówi również o kondycji społeczeństwa obywatelskiego w Polsce i o tym, dlaczego naprawdę podejmowane są inicjatywy, które w teorii powinny służyć szlachetnym celom.

Przypomnijmy główne nieprawidłowości, na które zwróciła uwagę NIK w swoim raporcie (dostępnym pod tym adresem). Wynika z niego, że ponad połowa kontrolowanych schronisk dla psów i kotów jest przepełniona. W części z nich zwierzęta są od razu uśmiercane. Chociaż ich liczba w schroniskach rośnie, program zapobiegania bezdomności czworonogów realizuje tylko co trzecia gmina. Ponadto gminy znacznie ograniczają swoje obowiązki nadzorcze wobec podmiotów prowadzących schroniska – kontrolowane są co najwyżej instytucje samorządowe tego typu. W placówkach prywatnych, do których również trafiają pieniądze podatników na mocy umów, jakie zawierają z nimi poszczególne gminy, żaden nadzór zazwyczaj nie istnieje. Osobna kwestia to warunki bytowe i sanitarne w takich przybytkach – nierzadko są to zwykłe umieralnie.

Równie niepokojące są dane bardziej szczegółowe. W gminach skontrolowanych przez NIK stwierdzono następujące nieprawidłowości: a) w 12% jednostek nie przyjęto uregulowań organizacyjnych i prawnych dotyczących wyłapywania bezdomnych zwierząt oraz rozstrzygania o dalszym postępowaniu z nimi; b) w 44% gmin nie określono wymagań, jakie powinien spełniać przedsiębiorca prowadzący schronisko lub inną działalność w zakresie ochrony bezdomnych zwierząt, c) 32% gmin zlecało odławianie bezdomnych zwierząt podmiotom nie posiadającym zezwoleń na taką działalność; d) 24% gmin nie wykonywało albo niewłaściwe wykonywało kontrole usług wyłapywania zwierząt. Natomiast nieprawidłowości stwierdzone w schroniskach polegały głównie na: a) przepełnieniu – odnotowanym w 55% placówek; b) niespełnieniu przez 24% placówek części wymagań weterynaryjnych dotyczących pomieszczeń i wybiegów dla zwierząt oraz stanu technicznego użytkowanych obiektów; c) nierzetelnym i niezgodnym z obowiązującymi przepisami prowadzeniu w 33% schronisk ewidencji i kartotek przebywających tam zwierząt.

Od czasu opublikowania raportu NIK nie wszystko zmieniło się na lepsze. – Schroniska są prowadzone przez prywatne podmioty, które zarabiają na wyłapywaniu bezdomnych zwierząt. To działalność komercyjna. A żeby zarabiać, niekoniecznie trzeba się zwierzętami opiekować – eufemistycznie komentuje sprawę Agnieszka Pawlicka z Fundacji Rottka. Organizacja, którą założyła moja rozmówczyni, zajmuje się przede wszystkim ratowaniem starych i chorych bezdomnych psów, interwencjami i sprawdzaniem warunków, w jakich zwierzęta przebywają. Ponadto ludzie z Rottki kontrolują, jak przeprowadzane i wykonywane są umowy z gminami, a także czy osoby, które wyłapują zwierzęta i zawożą je do schronisk, posiadają na to stosowne zezwolenia. Zdaniem Pawlickiej dla gmin głównie liczą się dwie kwestie: żeby było tanio i żeby pozbyć się psa/kota.

Jak dokładnie wygląda ten proceder? – Pan lub pani X zakłada spółkę i chce zarabiać na wyłapywaniu bezdomnych zwierząt. W związku z tym będą oszczędzali na wydatkach, czyli ograniczali koszty bud, ich ocieplenia, jedzenia dla zwierząt, wybiegów, leczenia, sterylizacji. A ponieważ gminie zależy na tym, aby było jak najtaniej, to osoba, która prowadzi schronisko, musi dać niską cenę. Takie schroniska to teren prywatny – organizacje, które chcą sprawdzić warunki w nich, bardzo często nie są wpuszczane – wyjaśnia pani Agnieszka. Nierzadko gmina płaci jednorazową stawkę wedle metody: w określonym dniu dany pies został złapany przez hycla w zamian za ustaloną kwotę. Tu zwykle kończy się jakakolwiek kontrola ze strony instytucji samorządowych. Później nikt się nie interesuje losem psa, więc można go zagłodzić, uśmiercić. Często zdarza się też tak, że zwierzę złapane w jednej gminie jest wypuszczane w innej i łapane kolejny raz. I następna gmina za to płaci. Tak robi się złoty interes na bezdomnych, schorowanych, nieszczęśliwych istotach.

A jaka w tej sytuacji jest rzeczywistość wielu schronisk? – Porównując standardy placówki, w której pracuję, z innymi schroniskami, widzę skalę problemu. Słabo wyposażone gabinety weterynaryjne, brak indywidualizacji opieki nad zwierzęciem, instrumentalne traktowanie, brak całodobowego nadzoru nad zwierzętami oraz brud – to grzechy większości tego typu instytucji – mówi Joanna Lamparska, pracownica schroniska „Hotel dla zwierząt”, która zajmuje się adopcjami podopiecznych placówki, a prywatnie pomaga seterom i innym potrzebującym psom. – Problem stanowi też brak gminnych, małych schronisk. Przecież dokładniej zajmiemy się dwudziestoma psami niż tysiącem. Ponadto nie tylko jakość schronisk, ale i działań organizacji prozwierzęcych zależy również od ich ukierunkowania: czy faktycznie nastawione są na pomoc, czy fundusze idą na bezdomne zwierzęta… czy też zwierzęta są z nich okradane – stwierdza. Podobnego zdania jest Karolina Gadalska z warszawskiej Fundacji Mikropsy: Pieniądze to nie wszystko – nie każda fundacja potrafi dobrze i efektywnie nimi zarządzać. Znam przykłady, gdzie pomoc, jaką otrzymały zwierzęta, była niewspółmiernie mała pomimo wysokich nakładów finansowych.

Jak wygląda los zwierząt w schroniskach źle zarządzanych z premedytacją lub ze względu na ludzką nieudolność i niefrasobliwość? Magdalena Kordas, również działająca w Fundacji Mikropsy, opowiada: Zamiast dwóch psów jest w kojcu przetrzymywanych sześć. Powoduje to, że słabsze osobniki są eliminowane. Psy nie są wyprowadzane na spacery, walczą o jedzenie czy wodę. Często w kojcu jest za mało bud, więc słabsze osobniki śpią na betonie, co przy jesienno-zimowych temperaturach w Polsce powoduje, że chorują. Wiele także pozostawia do życzenia czystość w boksach. A pies przecież nie poskarży się, że ma brudno. Boksy budowane są często bez pomyślunku. Brak odpływów, budowanie na równym terenie – podczas deszczu zwierzaki stoją po brzuchy w wodzie, brodząc we własnych odchodach. To również powoduje choroby, przede wszystkim przeziębienie czy choroby skóry.

Istotnym problemem jest chaos organizacyjny, na który nakładają się „prywatyzacja” schronisk, organizacyjny bałagan w skali mikro i makro oraz urzędniczy „tumiwisizm”. Świetnie to widać na przykładzie chipowania zwierząt. Niewiele gmin to robi, do tego w bazach danych panuje znaczny galimatias. – Bywa tak, że jeżeli psy są w stadzie, w którym jest na przykład dwadzieścia sztuk, to nawet jeżeli urzędnik przyjdzie sprawdzić zwierzę, to pracownicy nie są w stanie złapać właściwego psa i sprawdzić chipa, bo psy się gryzą między sobą, nie chcą podejść. Często jest też tak, że w schronisku jest pies, który ma trzy chipy, a baza danych obejmuje tylko dane schronisko, nie jest częścią żadnego ogólnopolskiego systemu. Ponadto chipy pod skórą się przemieszczają. Kiedy pies trafia do schroniska, to sprawdza się na karku, gdzie najczęściej się chipy zakłada, a urządzenie jest już często głębiej w ciele. I wówczas jest w ogóle nie do odczytania. Część schronisk nie ma czytników, również straż gminna ich nie posiada – tłumaczy Agnieszka Pawlicka.

Jej zdaniem działalność komercyjna nie sprawdza się w tej dziedzinie, ponieważ właśnie chęć łatwego zysku prowadzi do licznych nadużyć i patologii w obrębie systemu. Z jednej strony marnotrawione są publiczne pieniądze, gdyż przy dzisiejszym stanie rzeczy żadne problemy nie są właściwie rozwiązywane. Z drugiej natomiast samorządy mają kłopoty finansowe: jeśli brak pieniędzy na dożywianie dzieci w szkołach, to kto będzie przejmował się niskimi nakładami gmin na zapobieganie bezdomności zwierząt? Obecna sytuacja sprzyja cichej zmowie milczenia między instytucjami samorządowymi, które wydają pieniądze podatnika, a „psimi przedsiębiorcami”. Urzędnicy mogą udawać, że nie wiedzą nic o fatalnych warunkach w schroniskach, a prywatni właściciele schronisk nie muszą obawiać się nadzoru i kar – nawet jeśli umieralność zwierząt wynika z zaniżania kosztów utrzymania schronisk, to i tak rzadko kogo zainteresuje ten fakt.

Magdalena Kordas opisuje ów proceder tak: Każda gmina ustala coroczny budżet na psy. W budżecie powinny być uwzględnione opieka weterynaryjna, obowiązkowe kastracje zwierząt, szczepienia i utrzymanie. Z całego budżetu przeznaczonego na psy najwięcej zarabia hycel, który za odłowienie psa otrzymuje, w zależności od gminy, od kilkuset do nawet kilku tysięcy złotych. To on zgarnia największą pulę. Po opłaceniu prądu, czynszu za pomieszczenia biurowe i socjalne, pensji pracowników i kierownika zostaje „coś” na psy. Często kwota jest niewystarczająca, aby podjąć leczenie, i pies zostaje uśpiony. Ale jest w tym wszystkim również coś więcej, co dobrze znamy z polskich realiów: Właściciel schroniska dobrze zna się z weterynarzem powiatowym, który de facto nigdy nie widzi tego, co widzą przedstawiciele fundacji czy wolontariusze. Burmistrz czy wójt to dobry kumpel z czasów szkolnych lub innych znajomości, a lekarz weterynarii praktykuje swoją wiedzę na koniach i krowach, nie znając się np. na oczach psów czy kotów. I tak biznes się kręci.

Nieco inną perspektywę ma Jagoda Kosmala, prezes Głogowskiego Stowarzyszenia Pomocy Zwierzętom AMICUS: Znamy gminy, które oprócz tego, co zgodnie z ustawą muszą robić, czyli zapewnienia psom miejsca w schronisku, pomagają dodatkowo szukać dla nich nowych domów. Po nowelizacji ustawy, odkąd ten nacisk na zapewnienie zwierzętom miejsca w schronisku jest większy, można zauważyć, że bardzo wiele gmin zaczyna nagle szukać schroniska, z którym mogłoby podpisać umowę. Niestety największą bolączką jest fakt, że w Polsce nie ma takiej ilości schronisk, która mogłaby pomieścić psy ze wszystkich gmin. Z kolei pani Lamparska uważa, że zaletą obecnego ustawodawstwa są wyższe kary za znęcanie się nad zwierzętami i zakaz handlu psami na targowiskach. – Uważam również za istotne wymuszenie na gminach opracowania programu opieki, choć znam gminy, które go nie mają, i nie bardzo ma je kto upomnieć – opowiada.

Jedną z ważniejszych spraw, którą akcentują osoby zajmujące się pomocą dla zwierząt, jest kwestia sterylizacji i kastracji. Zdaniem Karoliny Gadalskiej to jedyna skuteczna metoda ograniczania populacji bezdomnych zwierząt. Służy przy tym znacznemu zmniejszeniu ryzyka występowania szeregu chorób u psów, takich jak ropomacicze, rak sutka, rak jąder i prostaty, hormonozależne choroby skóry. – Oprócz uwrażliwiania ludzi niezbędne jest też nałożenie na schroniska obowiązku bezzwłocznego (po kwarantannie) przeprowadzenia zabiegu sterylizacji/kastracji u wszystkich nowo przybyłych zwierząt – twierdzi Gadalska. Ustawa o ochronie praw zwierząt zawiera odpowiedni zapis: Rada gminy wypełniając obowiązek, o którym mowa w art. 11. ust. 1., określa, w drodze uchwały, corocznie do dnia 31 marca, program opieki nad zwierzętami bezdomnymi oraz zapobiegania bezdomności zwierząt. 2. Program, o którym mowa w ust. 1., obejmuje obligatoryjną sterylizację albo kastrację zwierząt w schroniskach dla zwierząt (Ustawa o ochronie praw zwierząt, rozdział 2. art. 11a. ust. 2. punkt 4.). Jednak niewiele schronisk stosuje się do niego i sterylizuje/kastruje swoich podopiecznych, a w niektórych schroniskach psy są rozmnażane. – Obowiązek sterylizacji i kastracji powinien też dotyczyć wszystkich organizacji działających na rzecz bezdomnych zwierząt, ponieważ nie wszystkie uważają sterylizację za priorytet, a nie pilnując tego, przyczyniają się do zwiększenia bezdomności – dodaje Gadalska.

Jedną z kolejnych polskich bolączek jest bezradność prawa i instytucji wobec prywatnych, niekontrolowanych „rozmnażalni psów”, które ustawa pozwala rejestrować jako stowarzyszenia. Joanna Lamparska stwierdza: Ogromnym mankamentem ustawy o ochronie praw zwierząt jest przyzwolenie na rozmnażanie zwierząt w zarejestrowanych hodowlach. Powstało wiele stowarzyszeń pseudo-hodowli wystawiających swoim kundelkom (w typie rasy) własne rodowody i sprzedających kundelkowe mioty w wygórowanych cenach. Ceny tych psów skoczyły z 200 do nawet 1000 zł. Wiele z tych nowo narodzonych istnień jest okupionych męczarnią swoich matek. Suki rodzą co cieczkę, a warunki przetrzymywania zwierząt zostawiają wiele do życzenia lub wręcz są tragiczne. Na inne problemy z tego typu podmiotami wskazuje Jagoda Kosmala: Kupujemy psa z takiej hodowli, która działa niestety zgodnie z prawem, a później okazuje się, że pies pod względem wyglądu oraz charakteru różni się od znanego nam wzorca ustalonego przez Międzynarodową Federację Kynologiczną. W organizacjach powstałych tylko po to, żeby ominąć ustawę, nie patrzy się na charakter psa – często rozmnażane są osobniki agresywne, co później może prowadzić do tragedii.

Poza tym rzadko kiedy i rzadko kto jest karany za znęcanie się nad zwierzętami. W większości przypadków sprawy są umarzane, prawie nigdy nie udaje się doprowadzić do skazania osób winnych okrucieństwa wobec czworonogów. Prokuratura i policja starają się jak najmniej energii poświęcać tego typu kwestiom. Sądy traktują „zwierzęce sprawy” ze znaczną pobłażliwością.Ostatnio zdarzył się przypadek: właściciel miał psa chorego na nowotwór i wyrzucił go. W uzasadnieniu umorzenia podano, że to nie właściciel spowodował chorobę, że nie miał środków na leczenie i że nie wiedział, co robić – opowiada Pawlicka.

Podobnie jest ze stróżami prawa. Pani Gadalska opowiada: Polskie prawo jest mało restrykcyjne, ale w podstawowym wymiarze zabezpiecza interesy zwierząt. Niestety o wiele gorzej wygląda kwestia jego znajomości i egzekwowania. Dopiero niedawno pojawił się precedens, gdy sprawcy bestialskiego zabójstwa psa zostali skazani na karę więzienia. Takie wyroki powinny być standardem, bo ustawa o ochronie zwierząt daje takie możliwości. Niestety sądy wykazują się dużą pobłażliwością w stosunku do sprawców takich przestępstw. Innym przykładem nieegzekwowania i nieznajomości prawa jest postawa policjantów, którzy wzywani do incydentu zazwyczaj nie podejmują działań, do których są zobligowani ustawą. Często zachowują bierną postawę, która jest cichym przyzwoleniem dla właściciela psa na dalsze bestialskie zachowanie. Policja nie chce się angażować w sprawy związane z ochroną praw zwierząt, niejednokrotnie wykazując się brakiem znajomości ustawy. A to właśnie oni powinni być pierwszą linią obrony w sytuacjach zagrożenia życia lub zdrowia zwierzęcia.

Inny problem to znieczulica społeczna i brak odpowiedniej edukacji, które przekładają się także na przestrzeganie i interpretację prawa. To właśnie „przeciętni obywatele” nie reagują na złe zachowania wobec czworonogów.Wiele osób traktuje zwierzęta jak rzeczy, niespecjalnie posiadające jakiekolwiek prawa. Nawet jeśli ktoś widzi złe traktowanie na przykład psa, to nie chce tego zgłosić – dla świętego spokoju, bo nie chce być świadkiem w sądzie – mówi Pawlicka. Karolina Gadalska dodaje: Z pokolenia na pokolenie przekazywane są stereotypy umiejscawiające zwierzęta jedynie nieco wyżej od rzeczy materialnych. Nawet sama ustawa nie prostuje tych zabobonnych przekonań, nadal zawierając taki oto zapis: „W sprawach nieuregulowanych w ustawie do zwierząt stosuje się odpowiednio przepisy dotyczące rzeczy” (Ustawa o ochronie zwierząt, rozdział 1. art 1. pkt 2.). Gdyby w mediach mówiło się więcej na ten temat, być może pomogłoby to w uświadomieniu naszego społeczeństwa. Telewizja i prasa mają bowiem nieocenioną siłę nośną. Jednak pojawiają się też głosy, że paradoksalnie sytuacja, w której media informują o wyrokach skazujących w sprawach, gdzie dochodzi do szczególnego okrucieństwa wobec zwierząt, sprawia, iż opinia publiczna jest przekonana, że to norma, a nie rzadki wyjątek.

Przy wszystkich mankamentach polskich realiów często dobre imię nas – ludzi – ratują organizacje obywatelskie. Jedną z nich jest Fundacja Mikropsy. Działa dzięki siatce domów tymczasowych dla psów. Zwierzęta trafią do „rodzin zastępczych” i tam są leczone, socjalizowane, poddawane zabiegom sterylizacji i kastracji. Pies uczony jest także podstawowych zasad życia domowego: utrzymywania czystości, chodzenia na smyczy, obcowania z nieznajomymi ludźmi oraz z innymi zwierzętami. – Wolontariusze z całej Polski przesyłają nam zdjęcia oraz opisy psiaków bytujących w schroniskach, porzuconych przy drogach czy w lasach. Otrzymujemy także zgłoszenia dotyczące psów maltretowanych, zaniedbywanych, głodzonych przez właścicieli lub takich, które służą właścicielom jako źródło utrzymania i są maszynkami do rodzenia szczeniąt sprzedawanych później za kilkaset złotych. Mamy więc pod swoją opieką również psy odbierane interwencyjnie z koszmarnych warunków – opowiada Gadalska.

Podopieczni fundacji dostają własne imiona i numer. Zwierzak ma także portfolio, album ze zdjęciami, powstaje zgodny ze stanem faktycznym opis jego potrzeb, zalet i problemów. – Wtedy zaczynamy ogłaszać psy na portalach internetowych. Ludzi, którzy zgłaszają się do nas w sprawie adopcji, weryfikujemy na podstawie ankiet i wizyt przedadopcyjnych. Finałem jest chwila, gdy przywozimy psinę do nowego domu i podpisujemy w nim umowę adopcyjną, jasno określającą prawa i obowiązki przyszłego opiekuna. Z nowymi właścicielami naszych podopiecznych zostajemy w stałym kontakcie, telefonicznym, mailowym, a od czasu do czasu również osobistym – opisuje procedurę działaczka z Fundacji Mikropsy.

W powszechnej opinii zwierzęta, w tym psy, najgorzej traktowane są na wsi. Ta kwestia pojawiła się także w wypowiedziach polityków. Poseł Eugeniusz Kłopotek z PSLPSL stwierdził kiedyś: „Taka polska tradycja, żeby był pies uwiązany”. Polska wieś kojarzy się zatem z psem trzymanym na krótkim łańcuchu, z boleśnie wżynającą się w szyję obrożą, z ciasną klatką i brudem. Jednak Pawlicka stwierdza: Skąd się biorą psy wyrzucane w las przed wakacjami? Nie z polskiej wsi. Chłop nie pojedzie wyrzucić psa, on go zabije siekierką, utopi, ale nie będzie go wkładać do samochodu, żeby pojechać 40 czy 50 km, wywieźć do lasu. Większość wyrzuconych psów to zwierzęta, które mieszkały w miejskich aglomeracjach, z pewnością 90–95% z nich. Ale Joanna Lamparska podkreśla, że także sytuacja zwierząt na wsi wciąż pozostawia wiele do życzenia: Na wsiach ciągle spotykamy psy przykute do łańcucha, które nie mają odpowiednich warunków do życia, często są to zwierzęta zaniedbane (skołtunione, wychudzone, nieleczone). Jeśli chodzi o znajomość praw zwierząt, to uważam, że w miastach jest ona wyższa. W pewien sposób wymuszają to na nas otoczenie, sąsiedzi, administracja. Karolina Gadalska uważa, że sytuacja zwierząt w mieście jest lepsza: W dużych miastach zwierzęta spełniają najczęściej rolę towarzyszy, ich właściciele mają większy dostęp do opieki weterynaryjnej oraz sklepów z akcesoriami dla zwierząt. Na wsi pokutuje pogląd, że zwierzę powinno spełniać funkcję użyteczną, dlatego też lepiej traktowane są zwierzęta hodowlane, a gorzej psy, których jedyną funkcją jest stróżowanie. Ponieważ niska jest również świadomość społeczna dotycząca sterylizacji i kastracji zwierząt, ich niekontrolowany rozród powoduje, że zamiast leczyć czy dobrze karmić swojego psa, właściciel woli w miejsce chorego zwierzęcia wziąć nowe, zdrowe.

Co mogłoby pomóc? Zdaniem osób pracujących na rzecz zwierząt potrzeba nie tylko środków z budżetu państwa. Również samorządy mogłyby prowadzić międzygminne schroniska. Gdyby kilka gmin wspólnie znalazło teren, wybudowało schronisko i je kontrolowało, to łatwiej byłoby o sfinansowanie inwestycji i zadbanie o prowadzenie jej zgodnie z prawem i zasadami humanitarnymi. Jednak urzędnicy nawet nie podejmują takich prób. Natomiast Jagoda Kosmala uważa, że Schroniska powinny być prowadzone przez organizacje społeczne, których statutowym celem działania jest ochrona zwierząt, a nie przez osoby prywatne. Na pewno poprawiłoby to los wielu zwierząt. Na jeszcze inną kwestię zwraca uwagę Anna Gorajska, wolontariuszka zajmująca się przede wszystkim bezdomnymi kotami, pracująca dla jednej z łódzkich fundacji prozwierzących: W Polsce każdy może pracować w schronisku, więc często są to ludzie, którzy nie są w stanie znaleźć innej pracy, niekoniecznie nawet lubiący zwierzęta. A przykładowo w Niemczech działają trzyletnie szkoły kształcące przyszłych pracowników takich podmiotów: to zawód jak każdy inny, trzeba się do niego porządnie przygotować.

Czy prawo aktualnie obowiązujące w Polsce w znaczącym stopniu przyczynia się do efektywnych zmian na lepsze? Zdaniem Agnieszki Pawlickiej obecne rozwiązania mają w dużej mierze charakter fasadowy. – Panują różne opinie na temat prawa w Niemczech czy w Danii. Tam zwierzęta są usypiane po sześciu miesiącach, jeśli nie znajdzie się dla nich dom – może to budzić wiele wątpliwości. Ale czy lepiej przez dziesięć lat trzymać je w schronisku na łańcuchu i karmić co trzeci dzień? W tej chwili w Polsce jedno, z czym na pewno mamy do czynienia, to – chcę mocno te słowa podkreślić – ogrom bezdomnych zwierząt. A prawo w obecnej formie przede wszystkim sprzyja temu, by zarabiać na bezdomnych zwierzętach.

Jako pozytywy polskiego prawa Karolina Gadalska wskazuje np. wprowadzenie w nowelizacji zapisu o zakazie handlu zwierzętami domowymi oraz hodowania ich w celach handlowych, ograniczenie więzienia psów przy budach na krótkich łańcuchach (w tej chwili długość uwięzi to co najmniej 3 metry) czy w kojcach (mogą bytować w ten sposób do 12 h na dobę). Dodaje ona jednak, że wprowadzenie tych zmian to dopiero początek, bo w tej chwili mamy do czynienia z martwym prawem. Obecne przepisy umożliwiają także interweniowanie w trudnych sprawach. – Upoważniony członek organizacji, której statutowym celem jest ochrona zwierząt, może w sytuacjach zagrażających życiu lub zdrowiu zwierzęcia podjąć decyzję o odbiorze go właścicielowi – niestety często inne instytucje nie chcą się w to mieszać i wolą udawać, że nic się nie dzieje – mówi Jagoda Kosmala.

Karolina Gadalska opowiada, że w ramach działalności w jej fundacji największy nacisk kładzie się na edukację dzieci w wieku przedszkolnym i szkolnym. Chodzi bowiem nie tylko o to, aby przeciwdziałać skutkom obecnej sytuacji, ale także im zapobiegać: Uwrażliwiamy najmłodszych na potrzeby psów, uczymy, jak zajmować się pupilami, opowiadamy o radości, jaką można czerpać z kontaktu z psem, zaznaczając jednocześnie, jak duży jest to obowiązek. Ważnym tematem jest dla nas również zachowanie bezpieczeństwa w kontaktach z czworonogami. Żeby zajęcia były dla dzieci ciekawe i zakorzeniały w ich świadomości jak najwięcej istotnych dla nas rzeczy, w prelekcjach towarzyszą nam specjalnie do tego celu przygotowane, zrównoważone, zdrowe, łagodne psy (wszystkie adoptowane ze schronisk). Mam nadzieję, że dzięki edukacji uda nam się coś zmienić i stworzyć bardziej świadome przyszłe pokolenie. Jagoda Kosmala uważa, że bardzo często nieodpowiednie podejście do zwierząt nie wynika ze złej woli, lecz po prostu z niewiedzy – zwykle poważna, dobrze uargumentowana rozmowa wystarczy, aby właściciel zmienił podejście do swoich czworonogów.

Joanna Lamparska akcentuje wyzwania właśnie z tej dziedziny: Wciąż brakuje odpowiedniej edukacji, wychowania już w najmłodszych latach w poszanowaniu naszych braci mniejszych, brakuje nauki wrażliwości oraz uświadamiania w kwestii tego, że zwierzęta mają swoje prawa i że ich łamanie jest przestępstwem. Ilość zwierząt porzuconych i nigdy przez nikogo nie szukanych, ilość drastycznych przypadków okrucieństwa i znęcania się nad nimi rysuje bardzo ponury obraz ludzkich postaw i naszej kultury.

Autor chciałby podziękować za pomoc przy pisaniu tekstu Marii Apoleice, Ilonie Darmach, Marii Szpunar.

Karolina Gadalska w trakcie przygotowywania tekstu kończyła współpracę z Fundacją Mikropsy.


Poniżej prezentujemy list naszej Czytelniczki, nadesłany po lekturze tekstu Krzysztofa Wołodźki o sytuacji bezdomnych zwierząt:

Dla zwierząt?

Moja trzecia w tym roku próba uaktywnienia się w walce o prawa zwierząt w organizacjach warszawskich. Strona internetowa zachęca do zgłoszenia się na wolontariat. Instrukcja mówi jasno żeby wypełnić formularz i dostarczyć do biura. Jadę na Wolę pełna nadziei i zapału. Wcześniej dzwonię na numer podany na stronie, ale nikt nie odbiera. Znajduję siedzibę organizacji z wielkim plakatem przed wejściem. Niechętnie otwiera mężczyzna, którego imienia nigdy nie poznałam.
– Dzień dobry, chciałabym do Was dołączyć. Na stronie jest napisane, że można się zgłosić więc się zgłaszam. Mam wypełniony formularz. Stoję przed drzwiami siedziby organizacji, obok tablicy dumnie wymieniającej sponsorów. Pan X patrzy na mnie jak bym się urwała z choinki i w końcu słyszę:
– Chodzi o wolontariat? Proszę przyjść jutro.
– Ale jechałam przez całe miasto żeby tu przyjechać.
– No dobrze, proszę.
– Pewnie Pan jest zajęty? – Pytam z nadzieją, że dzieje się tam coś ważnego i dlatego nie może mi poświęcić chwili.
Siedzimy na korytarzu. Zamknięta postawa, skrzyżowane ręce, skrzyżowane nogi. Ogląda moje zgłoszenie.
– To jak Pani zamierza pomagać, skoro Pani musi jechać przez całe miasto?
– Chodzi mi o to, że poświęciłam dziś swój czas, wyrwałam się z pracy.
– To Pani pracuje? – Wyrzut w głosie. Jakby praca przekreślała moje i tak już raczej marne szanse stania się wolontariuszką tej Organizacji Pożytku Publicznego.
– No skoro to ma być wolontariat to chyba muszę z czegoś żyć.
Brak komentarza. Chyba dałam znać, że jestem chętna opłacać składki.
– Proszę, zapraszam.
Wchodzę do biura gdzie drugi mężczyzna siedzi przy komputerze i chodzą dookoła dwa psy.
– Proszę się nie bać. – Słyszę i odpowiadam:
– Ale ja się nie boję.
– To źle, że się Pani nie boi, to są zwierzęta.
Pan X prosi mnie o złożenie podpisu pod formularzem.
– I już, o nic mnie Pan nie zapyta? – Pytam już wyzuta ze złudzeń o dobrej woli tej organizacji. Patrzę na przypiętą do ubrania plakietkę z nazwą organizacji i wyraźnym ‘Przekaż 1%’.
– Za chwilę, zapomniała się Pani podpisać.
– A, przepraszam. – Podpisuję się, po czym rzeczywiście pada pytanie:
– Ma Pani kopię dowodu osobistego?
– A czy to konieczne? – Pytam. Pada wymijająca, niejasna odpowiedź.
– Chyba już i tak podałam za dużo informacji o sobie.
Pan X oddaje mi dokumenty i słyszę:
– Proszę opuścić biuro. – Wskazuje mi drzwi całą długością swojego ramienia.
– Wie Pan co, przychodzę z dobrego serca a Pan mnie traktuje jak wroga.
– Proszę opuścić biuro. Patrzę na Pana Y, który siedzi przed komputerem, ale odpowiedzią jest brak reakcji.
– Co ja takiego zrobiłam? – Pytam.
– Nic Pani nie zrobiła. Proszę wyjść. – Atmosfera staje się coraz bardziej gęsta.
– Dobrze, Jezu, do widzenia. – Zamykam za sobą drzwi. W drodze powrotnej próbuję sobie odpowiedzieć na pytanie: Co ja takiego zrobiłam, że zostałam wyrzucona? To, że przyszłam z ulicy żeby zgłosić się do pomocy? Dla kogo piękna strona internetowa, a zwłaszcza część, która zachęca do wstąpienia w szeregi mundurowych walczących o prawa zwierząt? O co tak naprawdę walczy ta organizacja?

Cały czas wierzę, że są ludzie, którym los zwierząt też nie jest obojętny. I bardzo chciałabym mieć takie przekonanie, że 1% podatku, który oddajemy, rzeczywiście będzie wykorzystane dla ochrony zwierząt, biednych i chorych a nie własnych interesów zarządu organizacji.

(imię i nazwisko do wiadomości redakcji)


Niespełnione nadzieje

Niespełnione nadzieje

W ostatnich tygodniach opinię publiczną zajmowały m.in. głośne przykłady korupcji w organizacjach pozarządowych. Wiele z dyskusji na ten temat toczy się dziś za pośrednictwem nowych mediów – portali społecznościowych, blogów. Postanowiliśmy w jednej rozmowie połączyć oba te zagadnienia. O organizacjach społecznych, polskim prawie, blogosferze i (post)polityce rozmawiamy z Kataryną – znaną blogerką oraz osobą od wielu lat pracującą w sektorze pozarządowym.

***

Według piosenki Janusza Reichela w okolicach 1992 r. udawałaś w knajpie w Czorsztynie rodowitą Angielkę. Co w tym towarzystwie robiła dzisiejsza „konserwatywna blogerka”?

Kataryna: Nie bardzo czuję się „konserwatywną blogerką”, to jednak uproszczenie… A w Czorsztynie uczestniczyłam w protestach przeciwko budowie zapory wodnej. Byłam wtedy zaangażowana w różne ekologiczne inicjatywy, czytałam „Zielone Brygady” (bardzo żałuję, że już nie wychodzą), protest przeciwko budowie był oczywisty, choć pewnie w jakimś stopniu na zasadzie „społecznego dowodu słuszności”, a nie merytorycznej analizy „za” i „przeciw”. Pewnie tak samo jak wiele lat później mnóstwo osób pojechało ratować Rospudę.

Historii z udawaniem Angielki nie pamiętam, za dużo się tam działo, przypomniała mi ją dopiero piosenka Janusza. W każdym razie w Czorsztynie była wówczas jedna knajpa, w której spotykali się miejscowi i przyjezdni. Byliśmy dla siebie nawzajem egzotyczni. Dziwię się, że w ogóle to przeżyliśmy… Wdarliśmy się w tamtejszą codzienność, w spokój wioski. Zawłaszczyliśmy cudzą przestrzeń, co mogło być odbierane jako arogancja miastowej młodzieży. Pewnie coś podobnego miało miejsce nad Rospudą: przyjeżdżają nagle osoby, których cała sprawa z punktu widzenia miejscowych w ogóle nie powinna obchodzić, przybywają „poprotestować”. A ludzie stamtąd żyją swoim życiem, pogodzili się z sytuacją, niejednokrotnie utożsamiają się z podjętymi decyzjami. I raptem pojawiają się jacyś młodzi, obcy, „cholerni miastowi”, którzy wyglądają jakby jednego dnia nie przepracowali, a „my” ledwo wiążemy koniec z końcem. To problem wielu tego rodzaju sytuacji, gdzie trwa jakaś walka o dobro, które dwie strony postrzegają inaczej.

Można wymienić dowolne nazwisko kontrkulturowego buntownika z początku lat 90. i jest znaczna szansa, że będzie to człowiek, którego znasz czy znałaś osobiście. To było Twoje „środowisko naturalne”?

K.: Pochodzę z Rzeszowa, byłam związana z tamtejszym ruchem ekologicznym. Ale na różnych akcjach poznawałam szersze środowisko. Uczestniczyło w nim „starsze pokolenie” WiP-owców (Ruch Wolność i Pokój), choćby z grupy gdańskiej. Wiem, że w rzeszowskim Instytucie Pamięci Narodowej powstaje praca o rzeszowskim WiP-ie, przy tej okazji zrekonstruowaliśmy sobie trochę tamte czasy. W 1989 r. był Hyde Park w Lubieszewie, w którym uczestniczyłam, czyli musiałam tam trafić już za sprawą wcześniejszego zaangażowania, pod koniec liceum.

W świadomości odbiorców mediów zaistniałaś w czasach „afery Rywina”, publikowałaś na forum „Kraj” portalu gazeta.pl. A czym zajmowałaś się zawodowo w pierwszym dziesięcioleciu III RP?

K.: Tym samym co teraz, czyli organizacjami pozarządowymi. Dostałam się do czegoś w rodzaju programu stypendialnego, który miał nauczyć „lokalsów”, radzenia sobie z demokracją według własnego pomysłu, uniezależnić ich od „brygad Marriotta” – zachodnich konsultantów, którzy na początku lat 90. przyjeżdżali do Europy Środkowo-Wschodniej wspierać demokrację, ale zawsze jednak robili to z perspektywy nie do końca rozumiejących kontekst przybyszów z Zachodu. Stąd pomysł przygotowania młodych działaczy pozarządowych – z organizacji chrześcijańskich, ekologicznych, mniejszości – do wspierania budowy, czy raczej odbudowy, bo przecież je mieliśmy, społeczeństwa obywatelskiego.

Uczyli Polaków „jeść nożem i widelcem”?

K.: Nie. Robili to, co my dzisiaj robimy w innych krajach: uczyli, jak sobie radzić z demokracją, jak się organizować, zbierać wolontariuszy i pieniądze na działania, współpracować z samorządem, budować partnerskie relacje z władzą, które zresztą do dziś nie wychodzą… Na początku lat 90. była to dla nas czarna magia…

Zdaniem wielu organizacje pozarządowe (NGO) pełnią rolę zbiurokratyzowanej protezy państwa i są niemal w zupełności uzależnione od procedur i dotacji, choćby unijnych.

K.: O tyle nie jest to prawdą, że z funduszy unijnych nie korzystają wszystkie organizacje. Ale problem uzależnienia części organizacji od dotacji jest faktem, dotyczy to zresztą wielu sfer życia społecznego, również administracja publiczna jest zakładnikiem priorytetów, jakie nakładają choćby instytucje unijne. Stąd np. lokalna władza w Biłgoraju nie jest w stanie robić wszystkiego na swój sposób. Nawet metody raportowania i dokumentowania wpływają na to, ile dana organizacja musi zatrudnić ludzi do obsługi. Ale nie jest też tak, że organizacje trzeciego sektora są wyłącznie protezą albo że zastępują państwo. Problem polega bardziej na tym, że ani państwo, ani te instytucje nie wywiązują się ze swojej roli.

NGO-sy są słabe z kilku względów – nasza demokracja jest stosunkowa młoda, stąd brak żywych, dobrych tradycji. Poza tym problem tkwi w źródłach finansowania organizacji pozarządowych. O wiele łatwiej jest pozyskać pieniądze z Unii Europejskiej niż od społeczności lokalnej. To jest absolutnie chore. Zdrowa sytuacja kazałaby potrzeby społeczności lokalnej zaspakajać w obrębie jej zasobów. Bo tylko w tym drugim modelu finansowania można bardzo szybko odpowiadać na bieżące potrzeby. Jeśli dużo łatwiej jest sięgnąć po pieniądze unijne lub ministerialne, to siłą rzeczy będzie się odpowiadać na oczekiwania tych właśnie instytucji. A to oznacza mniejszą mobilność – programy unijne tworzone są z reguły na wiele lat. Gdyby w większym stopniu korzystać z lokalnych środków, zbiórek publicznych, darowizn, współpracy z biznesem czy działalności gospodarczej, to można by błyskawicznie reagować na konkretną, pojawiającą się właśnie potrzebę. Większe statki są mniej zwrotne… To źle odrobiona lekcja sektora pozarządowego – i społeczeństwa w ogóle – z początków transformacji: nie dorobiliśmy się oddolnej filantropii, gdzie to obywatele finansują organizacje działające na ich rzecz.

Ale lokalne społeczności są uboższe lub zatomizowane. A samorządy nie mają pieniędzy. A Unia je ma…

K.: Unia ma pieniądze, ale daje je na coś, na co sami nie wydalibyśmy tych środków, gdyby były nasze. Myślę, że w 95 proc. przeznaczylibyśmy je na coś innego i inaczej.

Czy społeczności lokalne są biedne? Nierzadko tak, ale nawet badania pokazują, że najwięcej dają ci najbiedniejsi, że „wdowi grosz” ma decydujące znaczenie. Zatem to nie skromne zasoby są wyłączną przeszkodą dla oddolnych akcji społecznych. Poza tym środków na ubogie społeczności można także szukać poza nimi, wśród obywateli, niekoniecznie „w strukturach”. Przykładem są Teremiski, szkoła społeczna dla ubogiej młodzieży, spadek po Jacku Kuroniu. Częściej jednak idzie o to, że lokalnym społecznościom brakuje wiedzy, jak przeciwdziałać pojawiającym się problemom, choćby zamykaniu szkół, a także jak diagnozować realne potrzeby danej gminy czy środowiska.

Z pewnością część Polaków wyobraża sobie, że trzeci sektor to warszawskie organizacje, które mają biuro, zatrudniają ludzi, przerabiają duże unijne pieniądze. I rzeczywiście, w takim kontekście możemy pytać, na ile te organizacje zaspokajają konkretne potrzeby, a na ile „uskuteczniają” działania pozorowane. Ale taka dyskusja nie ma sensu, jeśli mówimy o statystycznych organizacjach lokalnych, które mają budżet roczny nie większy niż dziesięć tysięcy złotych, które nie są żadną grupą interesów i wcale nie rywalizują z państwem ani go nie zastępują. Oczywiście, jeśli np. Fundacja MaMa walczy o to, żeby miasta były przyjaźniejsze dla matek, to prowadzi rzecznictwo interesów, ale to nie jest grupa, która zabiega o to, żeby dobrze się jej żyło z czyichś pieniędzy. Sektor pozarządowy to głównie takie właśnie organizacje, skupiające ludzi wspólnie rozwiązujących realne problemy swojej społeczności.

Większość organizacji, z którymi pracuję, po pierwsze często nie korzysta z żadnych środków, które mogłyby je skutecznie zepsuć. Po drugie w dzisiejszych polskich realiach nawet silne instytucje trzeciego sektora nie są żadną liczącą się grupą nacisku, wpływu. Mamy na ogół do czynienia z ludźmi na tyle zdeterminowanymi, że gotowi są poświęcić jakąś część swojego czasu, żeby rozwiązywać problemy, których za nich nie rozwiąże i nie rozwiązuje państwo, takie są choćby organizacje pacjenckie. Duża część organizacji trzeciego sektora to małe grupy samopomocowe.

Ale nawet duże instytucje pozarządowe muszą bardzo uważać. Bo przejeść, zmarnować można jedną, dwie dotacje, ale to się prędzej czy później odbije na ich wiarygodności.

Jak bardzo politycy i powiązane z nimi instytucje starają się kontrolować przestrzeń aktywności obywatelskiej?

K.: Dużo zależy od samorządów. Dla mnie modelowym przykładem współpracy jest Gdynia. Tamtejszym wiceprezydentem jest Michał Guć, który sam wyszedł ze środowiska organizacji pozarządowych. Gdynia fantastycznie umie na wiele sposobów wspierać działalność obywatelską. Z drugiej strony mamy społeczności lokalne, gdzie jest znacznie trudniej, często jest tak, że im mniejsze miasto, tym gorzej, bo np. jego włodarze żeby mieć święty spokój, dają tyle samo wszystkim organizacjom trzeciego sektora, niezależnie od ich faktycznych zasług i działań, albo lokalna władza daje większość środków na miejscowy klub sportowy, bo „przy sporcie” można nabić sobie punkty u wyborców. Poza tym lokalni politycy często nie czują nad sobą już żadnej kontroli – choćby miejscowych mediów, które bywają od nich uzależnione.

Tu pojawia się szersza kwestia: jeśli chce się w Polsce funkcjonować w bardzo różnych środowiskach, od medialnych po akademickie, trzeba żyć w zgodzie z władzą. Jeśli chce się władzy patrzeć na ręce lub oprotestowywać jej pomysły, to pojawiają się kłopoty, różnej natury. Przypomnę, że kobieta, która oskarżyła prezydenta Olsztyna o molestowanie seksualne, nagle zaczęła mieć problemy z Urzędem Skarbowym i ZUS-em za jakieś stare sprawy.

I podobnie – na bardzo różne sposoby można „załatwić” organizacje samorządowe: pani na południu Polski prowadziła organizację walczącą z przemocą wobec kobiet, wszystko było dobrze, dopóki nie zgłosiło się do niej kilka żon policjantów, bitych przez mężów. Nagle się okazało, że w jej działalności nie zgadzają się jakieś papiery i to nią zajął się prokurator. Bo prawda jest taka, że skomplikowana materia polskiego prawa, którego w zasadzie nie sposób tak od początku do końca przestrzegać i które w zbyt dużym stopniu podlega interpretacji urzędnika, zdecydowanie ułatwia kontrolę nad obywatelami. Tak jak praktycznie każdą firmę, tak i niemal każdą organizację można na czymś „przyłapać” – mogą to być przepisy BHP, może być ustawa o przeciwdziałaniu praniu pieniędzy i finansowaniu terroryzmu.

Specyfika polskiego prawa – nieznanego, niejasnego, niespójnego – jest niestety taka, że „pokaż mi instytucję, a znajdzie się paragraf”.

A propos tego, co mówiłaś o Gdyni – w zapleczu prezydenta Komorowskiego też jest wielu NGO-sowców…

K.: Jednym z doradców prezydenta jest Henryk Wujec, który dużą część życia spędził jako działacz społeczny, więc siłą rzeczy dobiera sobie ludzi z tego środowiska, z którym jest wciąż związany. Aczkolwiek, niestety, nie zawsze przekłada się to na politykę prezydenta. Ustawa o zgromadzeniach wyszła z Pałacu Prezydenckiego, cała Polska pozarządowa mogła protestować i na nic się to zdało. Nowelizacja ustawy o dostępie do informacji publicznej, wprowadzająca możliwość ograniczenia tej informacji, również była powszechnie oprotestowywana i nic to nie pomogło. Niestety tam, gdzie w grę wchodzą duże interesy polityczne, wpływ środowisk trzeciego sektora okazuje się bardzo słaby. Protesty w sprawie ACTA udały się tylko dlatego, że zwykli ludzie wyszli na ulicę – wtedy władza się cofnęła.

Możesz wskazać główne trendy (anty)rozwojowe w działalności inicjatyw pozarządowych?

K.: Nie chcę narzekać, ale nie jestem zbyt optymistycznie nastawiona do kierunku, w jakim się jako społeczeństwo rozwijamy. Przede wszystkim chciałabym, żeby nie tyle organizacje, co obywatele nauczyli się właściwej partycypacji: udziału w konsultacjach społecznych, oprotestowywania różnych decyzji, wykorzystywania ustawy o dostępie do informacji publicznej, trybów kodeksu postępowania administracyjnego. Chciałabym, żeby ludzie wywierali większy nacisk na polityków i urzędników, którzy gdy poczują opór społeczny, zaczną bardziej zwracać uwagę na to, co robią albo czego nie robią. Najwięcej zależy od tego, czy obywatele w ogóle chcą działać.

Tymczasem coraz słabsza jest kontrola mediów nad władzą. Także dlatego, że mizernieje kontrola widza nad medium – im mniej oczekujemy od środków masowego przekazu, im bardziej nam wystarcza „mama Madzi na koniu”, tym mniej dziennikarze się starają. Merytoryczna dyskusja odpada, skoro największa oglądalność jest wtedy, gdy znany publicysta zaprosi Niesiołowskiego i Brudzińskiego i napuści ich na siebie.

To zabrzmi strasznie, ale wina jest w dużym stopniu po stronie obywatela: jeśli on odpuszcza politykowi i głosuje na niego drugi raz, to skąd ten polityk ma wziąć motywację do zmiany na lepsze, skoro my obywatele kupujemy go takim beznadziejnym, jaki jest?

Do tego mamy kliktywizm. Na portalu społecznościowym można dać informację, że zginął pies – wtedy to jest fantastyczne narzędzie. Ale przy poważniejszych sprawach daje nam tylko fałszywe poczucie zaangażowania przez kliknięcie, udostępnienie strony jakiejś kampanii. A klikami świata się nie zmieni.

A może społeczeństwo obywatelskie nie jest w NGO-sach, lecz gdzie indziej, np. na Marszu Niepodległości czy – z drugiej strony – w obrębie ruchu lokatorskiego, inicjatyw takich jak My-Poznaniacy?

K.: Społeczeństwo obywatelskie to bardzo niejasne określenie. Dla mnie istnieje ono wtedy, gdy ludzie chcą zmian na lepsze i potrafią do nich dążyć. A do tego wciąż nam daleko. Niedawno zaskoczyła mnie reakcja ludzi na twitterze na pewne wydarzenie: otóż władza chce ograniczyć prawo udziału obywateli w postępowaniu administracyjnym, uzasadniając to walką z ekoharaczami. Pomysł jest taki, żeby ograniczyć możliwość oprotestowywania inwestycji organizacjom ekologicznym istniejącym krócej niż rok. Co oczywiście nie rozwiąże w żaden sposób mocno wydumanego problemu ekoharaczy (które zresztą są, czy też były, zjawiskiem naprawdę marginalnym), natomiast faktycznie ograniczy możliwość skrzykiwania się jakieś społeczności w sprawie realnie jej dotykającej. Po wejściu w życie nowego prawa mieszkańcy, którym władza chce coś wybudować pod oknem, nie będą mogli się zrzeszyć i wspólnie interweniować, ale ciągle będzie to mogła zrobić w ich imieniu jakaś warszawska organizacja ekologiczna z wystarczająco długim stażem. Na moją logikę uprzywilejowanie już istniejących organizacji problemu nie rozwiąże, a przeciwnie, może sytuację jeszcze pogorszyć, uzależniając lokalne społeczności od już istniejących organizacji. Nic tylko założyć już dzisiaj organizację ekologiczną i gdy ustawa wejdzie w życie – świadczyć „objazdowe usługi oprotestowywania”. Myślałam, że przynajmniej dziennikarze trochę się zastanowią, zanim ochoczo wyrażą poparcie dla takiego pomysłu rządzących, bo wiadomo, że raz zabrane obywatelowi prawo trudno jest odzyskać, a za jednym ograniczeniem często idą kolejne. Tymczasem okazało się, że ten pomysł bardzo się dziennikarzom i w ogóle komentatorom spodobał. A przecież problem ekoharaczy to absolutny margines. Ponadto oprotestowanie inwestycji budowlanej możliwe jest tylko wtedy, gdy to władza popełniła błąd. A w interesie obywatela leży, aby władza nie popełniała błędów, a nie aby ograniczała innym prawo do protestu w imię swojego świętego spokoju. Uważam, że to my jako obywatele sami wkładamy głowę pod topór, godząc się na kolejne ograniczenia w naszych prawach, tylko dlatego, że tę władzę lubimy i ona nam to wszystko tak ładnie wytłumaczyła. A władzy z założenia nie powinno się ufać, zwłaszcza gdy sięga po nasze prawa – ich ograniczanie nigdy nie jest w naszym interesie.

Inny przykład: Roman Giertych z Radosławem Sikorskim w ramach walki z „nieprawomyślnymi” wypowiedziami na forach internetowych dążą do tego, aby każdy właściciel stron odpowiadał za wszystkie komentarze np. pod swoim blogiem. A ponieważ robią to pod pretekstem walki z wypowiedziami antysemickimi, niektórym to się bardzo podoba. A przecież zmiana prawa w takim kierunku zdecydowanie ogranicza możliwości swobodnej wypowiedzi ze strony obywateli! Sama na swoim blogu w sytuacji tak restrykcyjnej odpowiedzialności za cudze komentarze zablokowałabym internautom możliwość komentowania, żeby nie stracić strony lub nie być ciąganą po sądach. Jeśli na takie pomysły wpadają ludzie związani z władzą, niezgodnie zresztą z ustawą o świadczeniu usług drogą elektroniczną, a część społeczeństwa temu kibicuje, to niestety źle to o nas świadczy. Bo każdy patrzy tylko na to, jak straci na tym jego przeciwnik polityczny, wyborcy innej partii, ale nie zastanawia się nad długofalowymi konsekwencjami tego typu potencjalnych ograniczeń prawnych.

Porozmawiajmy teraz o Katarynie, blogerce, obecnie felietonistce „Do Rzeczy”. Kiedy wpadłaś na pomysł bloga?

K.: To były czasy „afery Rywina”, do blogowania namówił mnie właściwie TeBe, ówczesny administrator forum „Kraj” portalu gazeta.pl. Blog stwarzał możliwości, których nie dawało pisanie na forum internetowym. Blog dawał możliwość pełniejszego i bardziej rzetelnego komentarza, bo nie był tak ulotny i nie wymagał szybkiej interakcji, jaka rządzi życiem sieciowego forum.

A w przypadku „Do Rzeczy” – fajnie być nawet malutkim elementem czegoś nowego, tym bardziej projektu, który zaczyna się tak a nie inaczej. Podoba mi się entuzjazm ekipy Lisickiego. Choć przyznam, że regularne pisanie felietonów o określonej długości okazało się dużo trudniejsze niż sądziłam. Jako blogerka nigdy nie musiałam zdobywać się na taką dyscyplinę pisania, regularnego i krótszego niż blogowe wpisy. Przeszkadza mi też trochę brak szybkiej reakcji – między powstaniem tekstu a jego publikacją zazwyczaj sporo się dzieje i w poniedziałek tekst już jest nieaktualny. Jestem sobą rozczarowana.

Jesteś „blogerką niepokorną”?

K.: Nigdy bym się sama nie „otagowała”, niech czytelnik ocenia jak chce. Nie wiem, co by miało znaczyć „niepokorna” w kontekście pisania. Niepokorna wobec kogo lub czego? Czy za rządów PiS-u „dziennikarzem niepokornym” był Tomasz Lis? Serio, trochę nie rozumiem tych łatek.

Jak postrzegasz polską blogosferę polityczną? Co doceniasz, jakie zjawiska Cię irytują?

K.: Przyznam, że coraz mniej śledzę politykę. Nie oglądam publicystyki telewizyjnej. Odkąd odkryłam twittera i kanały RSS, selekcjonuję materiał na podstawie przeczytanych tytułów. Myślałam, że to ułatwi mi wyłapywanie ciekawych rzeczy, ale z czasem widzę, że ten mechanizm powoduje raczej ignorowanie wielu informacji. Sugeruję się już wyłącznie tym, co inni polecają na twitterze, a jeśli robi to większa liczba osób – przeglądam informację. I de facto czytam coraz mniej treści, a coraz więcej samych tytułów. Zastanawiam się, czy to tylko mój problem, czy inni mają podobnie: oddalamy się od bardziej rzeczowej analizy na rzecz „twitteryzacji” przekazu.

Stąd blogosfera jest dziś dla mnie o wiele bardziej obca. Moją największą nadzieją kilka lat temu był blog „HGW Watch”, krytycznego wobec prezydent stolicy – to była klasa sama dla siebie. Rzetelna, kompetentna, oparta o fakty i ciekawie podana obywatelska kontrola władzy. Liczyłam, że z czasem inni się będą z tego bloga uczyć, jak patrzeć władzy na ręce. Bardzo mnie zasmuciła rezygnacja autora z jego prowadzania, zniechęconego kolejną wygraną wyborczą bohaterki bloga. Wielka szkoda, mógł „wychować” pokolenia dobrych blogerów.

Nie do końca też wierzę w obiegowe opinie, że „blogosfera jest coraz silniejsza” – ona jest większa, jest nas więcej, częściej blogerzy trafiają do mediów, pewnie głównie dlatego, że dziennikarzom jest łatwiej przelecieć się po portalach społecznościowych i stworzyć newsa w rodzaju: „Twitter krytykuje Tuska”. Ale faktyczny wpływ jest chyba słabszy, bo po pierwszym okresie, gdy dziennikarze i politycy przejęli się tym, że ludzie mówią o nich i do nich, przyszło spostrzeżenie, że nic to właściwie nie zmienia. Obywatel jest i szumi, ale można go zignorować.

Mam wrażenie, że w czasach „afery Rywina” jako społeczeństwo byliśmy silniejsi, choć mieliśmy mniej możliwości wypowiadania się. Dziesięć lat później niby jest nas więcej w sieci, ale sądzę, że gdyby teraz wybuchła „afera Rywina”, to co najwyżej zostałaby skwitowana śmiechem. Rywin nie poszedłby siedzieć, nie byłoby komisji śledczej. Nie wykorzystaliśmy szansy. Nie pokazaliśmy, że jest coraz więcej świadomych obywateli, którzy patrzą władzy na ręce.

A nie wzięło się to stąd, że partia, która miała „szarpnąć za cugle demokracji”, czyli Platforma Obywatelska, okazała się beneficjentem systemu III RP i do tego wygrała drugie wybory pod rząd?

K.: Tak. Dziś mam wrażenie, że skanalizowano wówczas społeczne oburzenie „Rywinlandem”, żeby ponownie doszła do władzy partia establishmentu. Gdy myślę o wyborach w 2005 roku, to sądzę, że te nasze nadzieje i nasz bunt – nie bez winy Jarosława Kaczyńskiego – zostały zmarnowane. My mogliśmy nie zdawać sobie sprawy, że nie będzie żadnego PO-PiSu, mogliśmy się całkiem długo łudzić, bo Platforma świetnie grała wtedy Janem Rokitą. Pamiętam też, jak bodajże Krzysztof Burnetko zupełnie na poważnie pisał w „Tygodniku Powszechnym”, że prezydentem Polski nie może być człowiek o imieniu Donald, bo to nas ośmieszy w oczach świata. Część establishmentu chyba naprawdę wtedy wierzyła, że PO jest dla niego groźna i ja ten ich lęk przed PO-PiSem wzięłam za dobrą monetę, wierzyłam, że PO-PiS jest nie tylko realny, ale wręcz oczywisty. Choć zdaje się ani w PiS-ie, ani w PO nikt tego nie planował tak serio. Gdyby Jarosław Kaczyński zagrał wtedy o całą pulę, może mogłoby być inaczej. Ale bezpieczniej było w tamtej atmosferze udawać, że „zrobimy coś razem”: PiS i Platforma, taka była też presja mediów. A przecież pomysł tworzenia rządu przy kamerach powinien być od razu wyśmiany. Przecież to były śmieszne zagrywki: „Czy Pan będzie wicepremierem w moim rządzie, panie Jarku?”, „Czy Pan będzie wicepremierem w moim rządzie, panie Janku?”. A tak naprawdę Rokita był – to wynika nawet z jego opublikowanych niedawno wspomnień – figurantem, wiarygodnym i wygodnym, gdy trzeba było ściągać dla PO głosy przeciwników „Rywinlandu”. Jarosław Kaczyński z jakiegoś powodu – może uważał, że wyborcy są mądrzejsi, że da się przechytrzyć PO, a może nie jest tak zdolnym strategiem, za jakiego go mają – nie umiał tamtej sytuacji rozegrać.

Część czytelników tego wywiadu powie, że Kataryna znów krytykuje szefa PiS…

K.: Z pewnością. Ale moim zdaniem bardzo dawno nie wykonał on naprawdę trafnego posunięcia.

Dość często bulwersujesz i rozczarowujesz czytelników, którzy oczekują od Ciebie jednoznacznych deklaracji politycznych czy nawet obyczajowych.

K.: Nie widzę powodu, żeby posługiwać się tak mocno upolitycznionymi etykietami jak np. „lewica” czy „prawica”. Mogę określać się w konkretnych sprawach, ale nie przyjmuję poglądów „pakietami”, jak to w Polsce jest w zwyczaju.

Za co cenisz obecny rząd? Za co krytykujesz opozycję?

K.: [dłuższa pauza] Wypadałoby za coś cenić… Naprawdę szczerze za wysiłek włożony w zmianę systemu konsultacji społecznych w procesie legislacyjnym. W zeszłym roku odbył się Kongres Wolności w Internecie. Brałam udział w grupie roboczej pracującej nad Kodeksem Konsultacji, niedawno rząd przyjął wypracowany przez grupę dokument jako zalecany. Jeśli jeszcze uda się te rekomendacje wprowadzić nie tylko na papierze, jest realna szansa na dużą zmianę w stanowieniu prawa i włączenie w ten proces obywateli, którzy – jak pokazała choćby sprawa ACTA – naprawdę zasługują na wysłuchanie.

Opozycję, czyli właściwie PiS, mogę skrytykować za dwie rzeczy. Jedna to pozbycie się ze swojego środowiska ludzi, z których żadna partia nie powinna łatwo rezygnować. Partia, która nie potrzebuje Jana Ołdakowskiego, to partia, która nie potrzebuje mojego głosu. Oczywiście, on jest tylko symbolem: człowiek z realnymi osiągnięciami, wykształcony. Mówię także o Ludwiku Dornie, Pawle Kowalu, Elżbiecie Jakubiak…

Druga rzecz to załamująca nieudolność w wykorzystaniu najbardziej żenujących wpadek rządu. Poza tym nawet „projektu Gliński”, który sam w sobie jest bardzo dobry, nie umieją przeprowadzić sensownie.

Za co krytykujesz dziś rząd, a cenisz opozycję?

K.: Rządzącą ekipę krytykuję przede wszystkim za pojawiającą się na każdym kroku arogancję, ich poczucie, że właściwie wszystko im dziś wolno. Trudno krytykować za rządzenie, bo nie wiem, czy ono w ogóle się odbywa, mam raczej wrażenie nieudolnego administrowania. Oczywiście wszystko, co działo się wokół Smoleńska, to jedna wielka wpadka tej ekipy, która na wielu poziomach pokazała problemy z tym rządem: jego nieumiejętność na arenie wewnętrznej i zewnętrznej załatwienia tej sprawy. Smutne jest poczucie, że można machnąć ręką na sprawę i wobec obywateli Polski, i wobec rodzin tych, co zginęli, i wobec opinii światowej. Wniosek z tego taki, że z Polską można robić różne rzeczy, których nie można zrobić z żadnym szanującym się krajem.

A za co cenię opozycję? Mogę powiedzieć właściwie o Jarosławie Kaczyńskim, z którym PiS utożsamiam. Otóż człowiek z jego historią, inteligencją i pozycją gdyby na początku lat 90. wybrał inną drogę, gdyby się nie buntował, to dziś byłby tym, kim chciał. Gdyby pozwolił się wmontować w tworzony system, to byłby powszechnie uznanym politycznym autorytetem, może nawet „mężem stanu” szanowanym przez establishment. Wybrał sobie jednak bardzo trudną rolę polityczną i przez lata z tego nie zrezygnował. A widać po ludziach pokroju Giertycha czy Kamińskiego, że nie jest to takie łatwe, że nie każdy wytrzymuje bycie w opozycji, gdy można po prostu sięgnąć po frukty, zamiast wiecznie zbierać bęcki.

…teraz mówisz jak „PiS-owski oszołom”.

K.: Bo siedzi we mnie PiS-owski oszołom. Tylko taki, którego kiedyś nie przyjęto do Unii Wolności.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Krzysztof Wołodźko, 15 lutego 2013 r.