przez Krzysztof Wołodźko | piątek 11 października 2013 | nasze rozmowy
Przed miesiącem odbyły się największe od wielu lat protesty związków zawodowych – Ogólnopolskie Dni Protestu. Na temat kondycji i specyfiki związków zawodowych we współczesnej Polsce, ich relacji z biznesem i światem polityki oraz miejsca w społeczeństwie rozmawiamy z prof. dr. hab. Juliuszem Gardawskim, badającym m.in. działalność związków zawodowych oraz problematykę dialogu społecznego.
***
Jak Pan ocenia Ogólnopolskie Dni Protestu, które miały miejsce w Warszawie w dniach 11-14 września?
Prof. Juliusz Gardawski: Związki zawodowe wszędzie w wolnym świecie od czasu do czasu manifestują, że są w stanie mobilizować świat pracy. To standardowe działanie związków, ale w Polsce rzadsze niż w krajach Europy Zachodniej. Natomiast Dni Protestu uważam za nadspodziewanie wielki sukces naszych związków zawodowych. Sukces, który może zarówno być otwarciem nowej karty w dziedzinie stosunków pracy, lecz może zostać częściowo lub całkowicie zmarnowany.
Dlaczego?
J. G.: Powszechnie uważa się, że związki zawodowe mają u nas małą zdolność mobilizacji pracowników, a także trudno im łączyć siły, gdyż ciąży na nich balast podziałów politycznych. Związki mają też problemy z formułowaniem czytelnych haseł, które mogą apelować do różnorodnych grup pracowniczych, jak również z tworzeniem wspólnej platformy programowej. Ograniczanie się do roli recenzentów polityki rządu nie zawsze wystarcza do mobilizowania pracowników. Dni protestu przełamały dwa stereotypy. Po pierwsze – że związki nie są w stanie zorganizować wielkiej manifestacji. Wcześniejsze 30 tysięcy osób, jakie na ulicach Warszawy gromadziły związki podczas manifestacji, to niewiele, lecz już zgromadzenie ponad 100 tysięcy to fakt znaczący. Drugi stereotyp to nieodpowiedzialny, palący opony i dążący do „zadymy” watażka związkowy. W tej wielkiej manifestacji takich „watażków” nie zauważyłem. Budujące było także zorganizowanie debat eksperckich.
Nie przeszkadzały Panu hasła w rodzaju: „Obalić rząd Donalda Tuska”?
J. G.: Przypominając to hasło, podnoszone przez „Solidarność”, dotykamy problemu politycznej tożsamości związków zawodowych. Przez długi czas Piotr Duda starał się uchronić swoją organizację przed rolą młodszego partnera partii politycznej lub przed podejmowaniem roli quasi-partii, dążącej do władzy, jak było w czasach AWS. Jak sądzę, postawił sobie za cel budowę mocnych, niezależnych związków (zgodnie z nazwą: NSZZ!), które będą samodzielnym graczem na scenie stosunków pracy, co jest niemożliwe bez wpływów politycznych. O względy takich związków miałyby zabiegać partie polityczne. Pod tym kątem Duda budował też prezydium związku. Za jego rządów po raz pierwszy przerwano tam ciągłość – stworzył małe kilkuosobowe kierownictwo bez dotychczasowych członków prezydium.
W obecnej sytuacji „Solidarności”, która co prawda ma prawie 800 tys. członków, ale równocześnie niedostateczną możliwość mobilizacji ludzi, odwołanie się do mocnych haseł politycznych daje szersze poparcie. Z moich obserwacji wynika, że hasłem nośnym w manifestacji był nie tyle protest przeciwko elastyczności czasu pracy, ile przeciwko temu, że rząd nie liczy się z masami pracowniczymi i nie chce dialogu ze związkami. Ludzie pracy zaczynają czuć się bardziej niż kiedyś porzuceni przez władzę, a to czyni ich podatnymi na hasło „rząd nas lekceważy”. Może się jednak zdarzyć, że pojawią się znów silniejsze zależności między związkami a bliskimi im partiami, co znamy z przeszłości. W „Solidarności” działa wiele grup interesów, w tym akceptujące silny związek z jedną partią czy nawet gotowe podporządkować się jej. Nie sądzę jednak, żeby takie intencje miał obecnie Piotr Duda.
Słychać głosy, że związki zawodowe zdecydowały się jedynie na półśrodki. Tak jest oceniana choćby decyzja o tym, by główną demonstrację zorganizować w sobotę, dzień w znacznej mierze wolny od pracy.
J. G.: Organizatorzy spoglądali realistycznie. Sama możliwość mobilizacji świata pracy przez związki nie była dotychczas duża. Z badań i obserwacji wynikało, że stosunek przeciętnego związkowca do swojej organizacji był przychylny, ale często traktował ją instrumentalnie, jako gwaranta praw pracowniczych, po którym się zresztą wiele nie spodziewał. Kiedy taki związkowiec był proszony o podejmowanie działań, które mogły wejść w kolizję z jego bezpośrednimi interesami, zapał stygł. Skala wrześniowej manifestacji może być jednak sygnałem, że sytuacja się zmienia, społeczne niepokoje wzrastają, a wraz z nimi możliwości mobilizacyjne związków zawodowych.
Mówił Pan niedawno w rozmowie z „Tygodnikiem Solidarność”, że nasza gospodarka spychana jest na pozycje kraju, w którym kapitał nie jest ograniczany przez związki zawodowe.
J. G.: W międzynarodowym podziale pracy Polska zajmuje pozycję kraju półperyferyjnego. Jesteśmy państwem na dorobku, a wśród krajów Europy Centralnej, które wyzwoliły się z autorytarnego socjalizmu, zajmujemy miejsce środkowe pod względem rozwoju ekonomicznego. Z punktu widzenia teorii różnorodności kapitalizmu istnieją kraje gospodarki skrajnie liberalnej, które stanowią absolutnie przyjazny grunt dla wielkich korporacji. To kraje bałtyckie, zwłaszcza Estonia i Łotwa – korporacje mogą tam podręcznikowo rozgrywać swoje sprawy, zwłaszcza że Estończycy i Łotysze są gotowi pójść na bardzo wielkie wyrzeczenia w imię utrwalenia niezależności od Wielkiego Brata. Z drugiej strony jest Słowenia, kraj dawnej Jugosławii, który utrzymał rozwiązania odpowiadające zachodniemu modelowi koordynowanej gospodarki rynkowej.
Natomiast grupa krajów wyszehradzkich lokuje się między tymi biegunami i określana jest mianem „zakorzenionych gospodarek rynkowych”. „Zakorzenionych” w zastanych instytucjach, dzięki którym czynnik społeczny ma wpływ na rynek, istnieją w miarę znaczące związki zawodowe, toczy się lepiej lub gorzej zinstytucjonalizowany dialog społeczny. My jesteśmy krajem, w którym transnarodowe korporacje mogą bardzo dużo, ale nie wszystko. W niektórych sieciach handlu wielkopowierzchniowego, mimo oporu menedżmentu, powstały związki zawodowe, organizowano strajki. Z drugiej jednak strony stopień swobody kapitału zagranicznego jest znacznie większy niż w krajach starej demokracji. Robiliśmy niedawno na zlecenie „Solidarności” badania, z których wynika, że kapitał szwedzki u siebie jest niezwykle otwarty na związki zawodowe (pełnią tam one zresztą inne funkcje niż u nas), a w Polsce wprowadza rozwiązania nieprzyjazne związkom zawodowym. Korporacje anglosaskie są tradycyjnie niechętne związkom, lecz okazało się, że także część korporacji niemieckich naśladuje u nas pod tym względem Amerykanów czy Brytyjczyków.
Na czym to polega?
J. G.: W bardziej szczegółowym opisie mówiąc o kapitale zagranicznym, warto zejść na poziom tych przedsiębiorstw. Są takie sytuacje, że również w Polsce korporacje nie mogą działać swobodnie. Na przykład inaczej zachowuje się Volkswagen, jest bardziej ograniczony w działaniach ze względu na własną kulturę organizacyjną i swoje związki zawodowe, a inaczej funkcjonują w Polsce Ikea czy Fiat. Szwedzki kapitał u siebie nastawiony jest na partycypację związkową, a u nas nie musi tego wprowadzać. Z kolei kapitał amerykański czy szerzej – anglosaski, wnosi do Polski zorientowanie na giełdę, na podważanie instytucji przedstawicielskich, osłabianie ich, przy równoczesnym bardzo skrupulatnym przestrzeganiu formalnych wymogów prawa. Kapitał włoski w przemyśle motoryzacyjnym zderza się ze związkami zawodowymi i musi zawierać z nimi kompromisy. W każdym razie nie potwierdziły się hipotezy, że stosunki pracy z kraju pochodzenia korporacji są przenoszone na grunt polski.
Model wprowadzonych stosunków jest zależny od korporacji i od menedżementu. Najmniej korzystna dla związków zawodowych okazała się sytuacja, gdy spółka-córka nie ma autonomii decyzyjnej, a top-menedżment jest wyznaczany i całkowicie kontrolowany przez zagraniczną centralę. Z branż najmniej sprzyja związkom klimat w handlu. Mimo to udało się związkom, głównie „Solidarności”, zakorzenić w kilku sieciach.
Podsumowując – nie uważam, żeby nasz rynek był skrajnie zależny. Nie uważam, że jesteśmy w sytuacji Estonii czy Łotwy, gdzie krajowe stosunki pracy są ukształtowane nieomal całkowicie według wzorca wniesionego przez zagraniczne firmy. Mamy własną niszę, gdzieś pomiędzy krajami tzw. zależnej gospodarki rynkowej a krajami narzucającymi tym korporacjom własne wzory stosunków pracy, jak jest nie tylko w Niemczech, lecz także w liberalnej Wielkiej Brytanii. Natomiast aktualne analizy, zwłaszcza przeprowadzane ostatnio przez Jerzego Hausnera, dowodzą, że wpadamy w dryf rozwojowy, w nieinnowacyjne dreptanie w miejscu.
To, co Pan mówi, zdecydowanie przeczy słyszanym niekiedy poglądom, że rynek to rzeczywistość sama w sobie, całościowo ujednolicająca świat.
J. G.: Żaden poważny liberał nie będzie tak mówił. Prawdą jest, że zróżnicowane modele kapitalizmu ulegają zbliżeniu, w teorii ostatnio większe zainteresowanie budzi kwestia wspólnych cech kapitalizmu. Różnice są jednak potężne, zaś ostatni kryzys ujawnił, jak bardzo wielkie korporacje, wbrew wcześniejszym poglądom badaczy, mają ojczyzny i lojalności narodowe.
Bardziej smuci mnie to, że dają o sobie w Polsce znać pewne tkwiące głęboko w kulturze i obyczaju dyspozycje do negatywnych zachowań w sferze społecznej, politycznej, gospodarczej. Rynki lokalne zamykają się, powstają zmowy między przedsiębiorcami lub alianse między administracją, władzą lokalną, władzą sądowniczą a lokalnym biznesem, czego dowiodła afera Amber Gold. Państwo jest słabe i wzmacnia się brudny kapitał społeczny, powstają sieci nastawione na wysysanie społecznych zasobów. Pewne wzory wartości, ukształtowane w czasach autorytarnego socjalizmu, po czasie uśpienia związanego z kryzysem tożsamości z pierwszych lat transformacji wracają w stare koleiny.
Wróćmy do związków zawodowych. O jakich przyczynach systemowych ich słabości możemy mówić?
J. G.: Przede wszystkim związki realizują model, który w polskim kontekście politycznym i kulturowym utrudnia reprezentację interesów pracowniczych i daje dobry pretekst własności prywatnej, żeby legitymizować niedopuszczanie związków do działania w jej przedsiębiorstwach. Pluralizm naszych związków ma charakter partykularno-konfliktowy. Wprawdzie w większości przedsiębiorstw o kilku związkach relacje między nimi są harmonijne, jednak w naszych warunkach zawsze pojawia się ryzyko konfliktu, a także zarząd może bez trudu założyć własne związki, tzw. żółte. Przy tworzeniu związków w dużych zakładach pracy istnieje z kolei ryzyko, że powstanie kilka osobnych struktur, z którymi trzeba będzie prowadzić stałe negocjacje. Pojawia się też efekt oligarchizacji, zamykania się związków, liderzy nie są zainteresowani nadmiernym napływem nowych członków, bo to mogłoby zmieść przy okazji wyborów dotychczasowy zarząd.
Ale nie należy przesadzać z negatywnym zasięgiem samych konfliktów międzyzwiązkowych. Z naszych badań w 2007 r. wynikało, iż tylko 20,1% pracowników w zakładach uzwiązkowionych mówiło, że związki są u nich skonfliktowane.
Przy wszystkich ujemnych stronach związków zawodowych chcę mocno podkreślić, że istnieje silna korelacja między obecnością w zakładach pracy i w segmentach rynku związków zawodowych a postawą fair play zarządów wobec pracowników. Tam, gdzie związków nie ma, sytuacja pracowników jest, ich zdaniem, wyraźnie gorsza.
W wywiadzie dla pisma „Kontakt” stwierdził Pan, że związki zawodowe są traktowane przez większość swoich członków jako „ubezpieczenie od zwolnienia z pracy”.
J. G.: W części układów zbiorowych pracy jest zapis, iż w przypadku zwolnień grupowych należy chronić starych, doświadczonych pracowników. Nikt wprost nie pisze, że chodzi o związkowców, ale również ten motyw brany jest pod uwagę. W tej sytuacji pojawia się tendencja traktowania młodszych pracowników jako tych, którzy w przypadku zwolnień pierwsi wyjdą za bramę. Starsi pracownicy należący do związków są też lepiej chronieni, gdyż przez lata płacili składki, co powoduje dodatkowe zobowiązania ze strony liderów związkowych. W rezultacie związki są mniej atrakcyjne dla młodych, stąd, między innymi, uzwiązkowienie w tej grupie wiekowej jest niższe.
Uprzedził Pan kwestię, którą chciałem poruszyć: związki zawodowe a młodzi ludzie. To chyba jedno z najważniejszych zadań do odrobienia przez związki.
J. G.: Zarówno w „Solidarności”, jak i w OPZZ działają dziś komisje młodych. Powoływane są komórki organizacyjne zajmujące się młodzieżą. W kręgu kierownictw związków pojawiają się młodsi ludzie, wrażliwi na problemy swojego pokolenia. Aktywność młodych w związkach wiąże się z innym rozumieniem tożsamości tej instytucji. Częściej od starszych uważają, że związki powinny podejmować rolę nie tylko ochrony swoich członków, lecz także ruchu społecznego. W OPZZ był taki moment, że próbowano wspierać ruch kobiecy. Istotne jest także, iż młodsi liderzy chcą, by ich organizacje otwierały się na osoby, które są poza związkami zawodowymi, broniły interesów młodzieży zatrudnionej na „umowach śmieciowych”. To zagadnienie zostało mocno nagłośnione przez związki, także z tego powodu, że pracownicy na kontraktach czasowych, umowach o dzieło itp. nie wstępują do związków.
A kim jest „przeciętny związkowiec” w Polsce?
J. G.: Nie jest to proste do ustalenia, bowiem w różnych segmentach rynku pracy związkowcy mają odmienne cechy. W dużych firmach publicznych do związków należą pracownicy starsi, o wyższej pozycji zawodowej, lepiej zarabiający. Jeśli w dużych firmach prywatnych polskich są związki, to ich członkowie są starsi, ale mają niższy status zawodowy. W firmach zagranicznych związkowcami są pracownicy młodsi, o wyższym poziomie wykształcenia niż przeciętna w zakładzie.
Związki zawodowe mają cechę organizacji obywatelskich. Przy bardzo podobnych poglądach na gospodarkę i ład polityczny utrzymuje się odrębność w kwestiach światopoglądowych, ideologicznych, także na skali prawica-lewica. Członek OPZZ częściej powie, że jest po lewej, członek „Solidarności”, że jest po prawej. Z kolei w kwestii odniesienia do socjalizmu wśród członków „Solidarności” nostalgia pojawia się rzadko, wśród członków OPZZ częściej. W przypadku religii wśród działaczy OPZZ większy jest odsetek „raczej wierzących”, gdy w „Solidarności” mamy wyższy odsetek „zdecydowanie wierzących”. Choć, w sumie, około 95 proc. wszystkich badanych związkowców określa się jako wierzący.
W jakimś stopniu widać to po różnicach między prasą związkową. „Tygodnik Solidarność” zdecydowanie bardziej kojarzy się z modelem prawicowości a la III RP: czy to przez podejście do religii katolickiej, tożsamości historycznej Polaków, czy przez utożsamienie lewicy z PRL i pewien sentyment do „prawdziwego” liberalizmu gospodarczego.
J. G.: Myślę, że tak można to ująć. Echem powraca temat z lat 90., czyli stosunkowo silne poparcie zakładowych liderów „Solidarności” dla gospodarki rynkowej i prywatyzacji. Przypomnę, że związek szczycił się tym, iż pomógł stworzyć model organizacji pracodawców na początku III RP. „Solidarność” wspierała rodzące się organizacje biznesu w kwestii prawnego uregulowania odpisów podatkowych. Strona związkowa chciała mieć zorganizowanego partnera po drugiej stronie stosunków pracy.
Można zapytać, jak pracodawcy odwdzięczyli się związkowcom… Albo szerzej: jak pracodawcy dziś traktują związki zawodowe?
J. G.: Przez długi czas środowisko prywatnych przedsiębiorców w Polsce składało się z ludzi, którzy byli wychodźcami z dużych przedsiębiorstw państwowych. To byli zwykle zastępcy dyrektorów, szefowie działów, kierownicy produkcji. Często opuszczali też państwowe firmy w wyniku konfliktów ze związkami zawodowymi, w bardzo wczesnych latach 90. związki robiły obrachunek z nomenklaturą gospodarczą i przy pomocy samorządów pracowniczych doprowadzały do nowych wyborów dyrekcji. Prowadząc konkursy na stanowisko dyrektora, związki stawiały często warunek: jeśli modernizacja firmy – to nie kosztem zwalniania pracowników. Spowodowało to, że w początkach kształtowania nowej polskiej klasy przedsiębiorców była ona nastawiona mocno antyzwiązkowo. Ten świat bardzo się zmienił, nomenklaturowi przedsiębiorcy niższego szczebla w większości już odeszli z czynnego biznesu.
Wbrew oczekiwaniom stosunkowo wielu (18,9% ankietowanych) przedsiębiorców prywatnych uznało, że związki powinny działać we wszystkich przedsiębiorstwach, niezależnie od formy własności, 25,7% z nich mówiło, że tylko w publicznych, jedynie co trzeci przedsiębiorca deklarował, że związki w ogóle nie powinny działać w firmach (34,9%). Co ciekawe, właściciele zakładów o bardzo złej sytuacji częściej widzieli potrzebę działania związków zawodowych niż w tych o dobrej sytuacji. Może to być sygnał, że przy kiepskiej kondycji firm szwankuje komunikacja z pracownikami i wówczas okazuje się, iż mediacja związkowa byłaby przydatna.
A Pan jest za tym, żeby związki zawodowe działały także w prywatnych firmach?
J. G.: Zdecydowanie tak. Tyle że w zakładzie pracy powinien obowiązywać system amerykański lub zasada wspólnej reprezentacji. W pierwszym przypadku załoga głosuje, czy chce, żeby były związki. Jeśli tak, to musi przegłosować, który związek będzie reprezentował jej interesy. Naprzeciw pracodawcy staje reprezentant akceptowany przez większość załogi. W drugim wiele związków wyłania wspólny komitet dla reprezentacji interesu załogi wobec pracodawcy. W Kompanii Piwowarskiej było tak, że kilkanaście związków działających w firmie stworzyło jedną reprezentację. Był to warunek sine qua non, żeby polskie związki mogły uczestniczyć w Europejskiej Radzie Zakładowej.
Dziś coraz częściej odbieramy sygnały z zaplecza Platformy Obywatelskiej, że związki w ogóle trzeba wyprowadzić z zakładów pracy.
J. G.: Związki wymagają zmian, o czym od lat mówią także związkowcy. Problem jednak nie polega na rozważaniu zasadności poszczególnych propozycji – czy powinny być na terenie zakładu pracy czy poza nim, w jakim trybie zbierać składki, czy mają je współfinansować pracodawcy itd. Pytanie brzmi: czy powinny istnieć silne, reprezentatywne związki zawodowe, czy też należy je zmarginalizować. Odnoszę wrażenie, że obecny spór dotyczy tego dylematu, zaś projektodawcy wybierają drugi człon alternatywy – chcą związki zmarginalizować. Wówczas trzeba się liczyć z powstawaniem reprezentacji pracowniczych ad hoc, wyłanianych w trakcie konfliktów, zazwyczaj radykalnych i programowo sztywnych.
Moim zdaniem należy głęboko przemyśleć sposób funkcjonowania związków. Sądzę, że znakomitą rzecz zrobił w Anglii Tony Blair, nadając im ważne funkcje edukacyjne. To nie było łatwe, bo takie rozwiązania zawsze naruszają ustabilizowaną siatkę interesów. W Polsce również trzeba związki przekształcać, szczególnie że już do historii należy świat wielkich fabryk, wielotysięcznych załóg o jednakowym interesie. Tego bastionu tradycyjnych związków zawodowych nie da się odtworzyć.
Związkowcy wiedzą o istniejących problemach, ale bardzo trudno zmienić realia strukturalne. Jeśli w OPZZ, który ma charakter konfederacji, w dużych zakładach pracy działa po kilka, a w największych po kilkanaście organizacji związkowych, bo ludzie się skłócali, tworzyli własne organizacje, a nie chcieli zrezygnować z uczestnictwa w reprezentatywnym OPZZ, to problem widać jak na dłoni. Potrzebna byłaby kompetentna, rzeczowa pomoc związkom ze strony rządu i elit gospodarczych.
Przez lata liberalne media krzyczały: „związki na Powązki”. Zapytam: alternatywa dla związków to uzyskanie nowej tożsamości albo śmierć?
J. G.: Jak na razie do związków zawodowych w Polsce należą ponad 2 miliony osób. Są największą organizacją pozarządową, oczywiście zawodową, jednak z komponentem obywatelsko-ideologicznym. Póki ludzie odczuwają potrzebę przynależności do nich, to znaczy, że są potrzebne i nic nie wskazuje na to, by miały zniknąć.
Dziś co prawda słychać głosy (nie są to pogłębione analizy), że w ciągu 20-25 lat wszyscy przejdziemy na kontrakty indywidualne, że znikną duże grupy zintegrowanych pracowników, a wraz z nimi układy zbiorowe, że zniknie problem zbiorowego prawa pracy. Jeżeli to nastąpi, to związki w dzisiejszym znaczeniu nie będą potrzebne. Ale więzi społeczne wokół pracy i tak będą istnieć. To może być miejsce dla zmodyfikowanych związków zawodowych.
Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiał Krzysztof Wołodźko, Warszawa 7 października 2013 r.
przez Krzysztof Wołodźko | sobota 14 września 2013 | opinie
III Rzeczpospolita cierpi na deficyt poważnych, kompleksowych analiz, dotyczących zarówno funkcjonowania instytucji, podejmowanych reform, jak i wyzwań społecznych. A przecież niemożliwa jest efektywna praktyka publiczna, której nie poprzedzają rzetelne diagnozy sytuacji, nie tylko odzwierciedlające stan rzeczy, ale zdolne opisać długofalowe skutki konkretnych działań lub zaniechań. Stąd cieszy, że powstają takie dokumenty jak przygotowany przez Instytut Spraw Publicznych raport „Poradnictwo Prawne i Obywatelskie w Polsce. Stan obecny i wizje przyszłości”. Stanowi on cenne źródło wiedzy o mało znanym i wcześniej słabo zbadanym fragmencie rzeczywistości.
Warto na wstępie omówić to, jak autorzy rozumieją terminy „poradnictwo prawne” i „poradnictwo obywatelskie” (PPiO). Samo poradnictwo dotyczy z reguły darmowego udzielania informacji i porad na temat rozwiązywania problemów związanych ze skomplikowaną i niejasną (także z powodu niskiej edukacji obywatelskiej) materią polskiego prawa i/lub relacjami z administracją publiczną. Termin „poradnictwo prawne” odnosi się do zagadnień związanych z treścią prawa, a niekiedy także z jego interpretacją. Z kolei „poradnictwo obywatelskie” obejmuje szerokie spektrum spraw dotyczących relacji między obywatelami a instytucjami administracji publicznej oraz innymi podmiotami posiadającymi osobowość prawną.
Podmiotami świadczącymi jedną lub obie formy poradnictwa są m.in. instytucje publiczne, uniwersyteckie poradnie prawne, organizacje pozarządowe, Kościoły i związki wyznaniowe. Przede wszystkim są to ośrodki pomocy społecznej (OPS) i powiatowe centra pomocy społecznej (PCPS). Następnie biura poselskie i senatorskie, związki zawodowe, Zakład Ubezpieczeń Społecznych, Państwowa Inspekcja Pracy, organizacje pozarządowe i społeczne, rzecznicy praw konsumentów, Kluby Federacji Konsumentów, Studenckie Poradnie Prawne, Biura Porad Obywatelskich. Łącznie liczba sięga 4417 jednostek. PPiO w dwóch trzecich wszystkich przypadków prowadzą instytucje publiczne. Większość wymienionych podmiotów publicznych rozpoczęło działalność jeszcze w latach 90., a niepubliczne – w następnej dekadzie. Porad udzielają w nich prawnicy i/lub osoby do tego przygotowane, choć nie posiadające wykształcenia prawniczego.
Badania i analizy na potrzeby omawianego raportu dotyczą trzech głównych kwestii: świadczeniodawców usług poradniczych, potencjalnych i rzeczywistych odbiorców pomocy oraz instytucjonalnego otoczenia poradnictwa. Badanie objęło usługodawców publicznych, niepublicznych oraz ekspertów. Obecnie poradnictwo prawne i obywatelskie „opiera się przede wszystkim na organizacjach pozarządowych (wśród których ważną rolę odgrywają Biura Porad Obywatelskich), Studenckich Poradniach Prawnych i instytucjach pomocy społecznej”. Świadczenie poradnictwa, jego zakres i skala zależą najczęściej od możliwości finansowych, organizacyjnych i kadrowych poszczególnych podmiotów.
Niedofinansowanie lub brak systemowego finansowania poszczególnych organizacji stanowią znaczną bolączkę, która w następstwie generuje wiele funkcjonalnych problemów w ramach tego obszaru działalności publicznej. Znamienne, że jednym ze źródeł finansowania tej działalności są środki unijne. Nierzadko tego typu usługi nie są głównym celem działań poszczególnych instytucji. Powoduje to, że nie dysponujemy dziś w skali kraju spójnym systemem PPiO, co w konsekwencji prowadzi choćby do braku oceny skuteczności i jakości świadczonych usług (do chlubnych wyjątków należy poradnictwo Zakładu Ubezpieczeń Społecznych) oraz rzadko występującej oceny długofalowej wartości udzielonych porad. Utrudnia to rozumienie i propagowanie tego typu działań.
Raport zwraca szczególną uwagę na bariery ograniczające rozwój bezpłatnej pomocy prawnej, czego efektem jest doraźność podejmowanych działań i nierzadko prowizorycznych charakter ich struktury organizacyjnej. Już tylko to w znacznym stopniu odzwierciedla specyfikę szerzej rozumianej polityki społecznej w III Rzeczpospolitej. Tymczasem, jak podkreślają autorzy, w wielu państwach poradnictwo prawne i obywatelskie jest jednym z ważniejszych instrumentów budowania oddolnej aktywności społecznej i wzmacniania podmiotowości obywateli. To z kolei prowadzi do zmniejszania obciążeń związanych ze wsparciem osób w trudnej sytuacji życiowej przez państwo i samorządy terytorialne. Wprost potwierdza to tezę, z której w Polsce na ogół nikt nie wyciąga poważnych konsekwencji, że profilaktyka społeczna, w każdym wymiarze, choć wiąże się z nakładami, zapobiega o wiele poważniejszym skutkom zaniedbań i zaniechań, za które długofalowo przychodzi płacić – także materialnie i zazwyczaj sporo. Równocześnie, jak czytamy w opracowaniu, „niska świadomość prawna i niskie kompetencje prawne w społeczeństwie polskim wynikają z dziedzictwa komunistycznego, w którym prawo pozostawało po prostu drugorzędnym instrumentem regulacji porządku społecznego. Jednocześnie istotnym zagrożeniem jest dystans, jaki zachowują w stosunku do poradnictwa prawnego przedstawiciele młodego pokolenia. Wynikać on może ze słabszego przygotowania do aktywności prawnej (co prowadzi do jej unikania), związanego ze spadającym poziomem osiągnięć edukacyjnych na wszystkich poziomach kształcenia”.
Doraźność jest znakiem charakterystycznym aktualnego stanu rzeczy, pogłębiającym deficyty życia obywatelskiego. Małe„zainteresowanie poradnictwem wynika przede wszystkim z niskiego poziomu świadomości prawnej Polaków oraz z niewielkiej oferty bezpłatnych usług poradniczych”. Tymczasem, zdaniem autorów, właśnie PPiO, także ze względu na swoją darmowość, może być znakomitym instrumentem walki z wykluczeniem społecznym, choćby poprzez elementarną edukację prawną i obywatelską. Warto zwrócić uwagę, że „większość Polaków (77%) w ostatnich pięciu latach nie odczuwała potrzeby korzystania z pomocy prawnej i z niej nie korzystała. Prawie co piąty obywatel taką potrzebę odczuwał i skorzystał z pomocy prawnej, a jedynie 4% Polaków, choć odczuwało potrzebę wsparcia, takiej sformalizowanej pomocy z różnych względów nie szukało”.
Spójrzmy na społeczny, a nie stricte prawny rys działalności PPiO. Ankietowani z reguły zwracają uwagę, że poradnictwo obywatelskie jest elementem socjalizacji, poprzez budowanie świadomości relacji obywatela i instytucji publicznych. Kształtowanie takich postaw jest wartością, która wykracza poza wskazywanie aspektów formalnych reguł prawnych, ukazuje bardziej podmiotowe czy wręcz ludzkie oblicze relacji jednostki/petenta/klienta z urzędnikami czy strukturami instytucjonalnymi: „bardziej odwołuje się do etyki, do zasad współżycia społecznego”. Instytucje zajmujące się PPiO, nawet przy obecnym wysokim poziomie doraźności, pełnią rolę nie do przecenienia. Starają się uzmysłowić obywatelom, że są równorzędnymi uczestnikami życia publicznego. Autorzy raportu podkreślają, że szczególnie widać to w takich aspektach poradnictwa jak zagadnienia związane z prawem pracy.
Jakie dziedziny najczęściej wskazywane są jako główny obszar działalności PPiO? Z badań wynika, że są to prawo rodzinne, kwestie związane ze świadczeniami pomocy społecznej, z pracą i bezrobociem, ubezpieczeniami zdrowotnymi i społecznymi oraz pokrewnymi, prawem spadkowym. Z kolei najrzadziej udzielana jest pomoc (co ściśle koreluje z niskim zapotrzebowaniem) w zakresie prawa karnego, konsumenckiego oraz praw uchodźców i cudzoziemców.
Ponieważ instytucjami w największym stopniu (pod względem ilościowym) zajmującymi się PPiO są ośrodki pomocy społecznej, warto zwrócić uwagę, kto w tym względzie jest ich najczęstszym klientem. Otóż są to kobiety, zwykle w wieku od 30 do 50 lat. Sugestia autorów raportu wskazuje, że mamy tu do czynienia z osobami silnie zagrożonymi wykluczeniem społecznym, o niskich dochodach, często z rodzin patologicznych (przemoc domowa, mąż osadzony w zakładzie karnym). Do ośrodków pomocy społecznej zwracają się także najczęściej o pomoc prawną i obywatelską osoby eksmitowane „lub zadłużone wskutek wzięcia lichwiarskiej pożyczki bądź nabycia towaru na raty (szczególnie osoby starsze, częściej w ten sposób oszukiwane)”. Zwraca uwagę, powtarzający się jak leitmotiv opracowania, niski stan świadomości prawnej i nieumiejętność postępowania w sytuacji zagrożenia trudną sytuacją prawno-administracyjną. Wychodząc poza samą literę raportu, można mówić wręcz o pewnego rodzaju lęku jako sytuacji społecznej, która towarzyszy ludziom wykluczonym lub zagrożonym wykluczeniem w zetknięciu z porządkiem instytucjonalnym/prawnym państwa i podmiotów rynkowych.
W przypadku większości instytucji publicznych PPiO ściśle wiąże się ze specyfiką ich działalności, stąd np. ośrodki pomocy społecznej udzielają tego typu wsparcia w mniejszej skali lub zakresie tematycznym niż „dedykowane” Biura Porad Obywatelskich. Z kolei w instytucjach niepublicznych głównym kryterium często okazuje się kwestia (braku) dofinansowania. Całościowo wpływa to nie tylko na jakość bezpośrednio świadczonej usługi, ale choćby na zdolność do jej ewaluacji przez placówki/instytucje: „jedynie połowa wszystkich instytucji obserwuje dalszy przebieg sprawy po udzielonej poradzie, a aż dwie trzecie ogółu instytucji nie sprawdza, w jakim stopniu udzielona porada przyczyniła się do rozwiązania problemu danej osoby. Instytucje, które sprawdzają skuteczność w rozwiązaniu problemu, robią to głównie poprzez rozmowy z klientami, ale również przez monitorowanie sprawy, kontrolę (wizytę) lub za pomocą ankiety. Niestety, jedynie 11% ogółu instytucji podejmuje takie działania, przy czym częściej deklarowały je instytucje niepubliczne”. W efekcie niedowład związany z tymi kwestiami skutkuje „w większości przypadków niezdolnością do oszacowania zakresu pracy, jaką wykonało określone biuro, a co za tym idzie, jednostkowych kosztów porady. Brak monitoringu i kontroli utrudnia badanie ich jakości. Brak ewaluacji wewnętrznej utrudnia oszacowanie efektywności, skuteczności i oddziaływania porad”.
Natomiast duża część respondentów pozytywnie ocenia skuteczność udzielonych im porad prawnych: „ponad trzy czwarte zadeklarowało, że ich problem(-y) udało się rozwiązać całkowicie (67%) lub częściowo (9%). Respondenci byli zadowoleni z otrzymania pomocy – 90% wyraziło zdecydowane lub umiarkowane zadowolenie”. Warto jednak zwrócić uwagę,iż niektórzy beneficjenci przyznają, że porady te nie dorównują jakością poradom świadczonym przez prawników odpłatnie. Przy czym pojawiały się postawy gotowości uiszczenia skromnej opłaty za uzyskaną pomoc.
Ważną kwestię stanowi także dostępność usług w skali kraju. Przeprowadzane badania wskazują, że instytucje poradnictwa pokrywają kraj stosunkowo gęstą siecią placówek, a w układzie wojewódzkim sieć PPiO jest rozwinięta proporcjonalnie do liczby ludności. Znaczny wpływ ma na to obecność podmiotów pomocy społecznej na poziomie gminy i powiatu (nie wszystkie jednak świadczą pomoc związaną z PPiO). W takim przypadku „ewentualne trudności w dotarciu do usług nie wynikają z dużych odległości, ale słabego skomunikowania niektórych peryferyjnie położonych obszarów oraz zróżnicowania zakresu i jakości świadczonych usług”.
Problemy finansowe, które stanowią fundamentalny problem dla instytucji zajmujących się PPiO, wpływają wprost na trudności lokalowe i materialne. Wsparcie udzielane jest najczęściej przez samorządy, ale zwykle bywa niewystarczające. Na przykład brak lokum wiąże się nie tylko z ograniczeniem czasowego zakresu udzielania porad, ale ma znaczenie także dla psychicznego komfortu beneficjentów: ich poczucia intymności, dyskrecji, bezpieczeństwa. Wpływa na to również brak stałych wpływów dla organizacji świadczących PPiO. Oznacza on niemożność ciągłej, instytucjonalnej platformy współpracy, m.in. ze względu na rotacyjność doradców prawnych. Charakterystyczna jest tu wypowiedź jednej z pracownic: „niestety, nie wiem, czy uda się nam przetrwać. […]Czekamy teraz na jakiś konkurs, w którym mogłybyśmy złożyć projekt na poradnictwo. Jeśli takowy będzie, to będziemy startować. […]Na razie do końca roku te pieniądze z miasta muszą nam wystarczyć. A co będzie dalej, nie jesteśmy w stanie przewidzieć. Ciężko snuć jakieś dalekosiężne plany”.
Część bolączek wynika z trudności, które wiążą się ze słabościami państwa. Do takich należy zaliczyć nienajlepsze instytucjonalne powiązanie poradnictwa z wymiarem sprawiedliwości. Współpraca jest w tym przypadku pasywna (głównie za sprawą podmiotów sądowych), czyli sprowadza się do działań wymuszonych przez szczególne problemy beneficjentów, a cechuje je krótkotrwałość i prowizoryczność. Wśród pozostałych problemów autorzy raportu wymieniają słabą informację i popularyzację działalności poradniczej, co wiąże się z wykluczeniem prawnym, czyli np. nieświadomością obywateli co do istnienia takich placówek. Wreszcie, wśród minusów należy wymienić niewystarczające wsparcie merytoryczne i organizacyjne ze strony środowisk prawniczych. To najbardziej dotyka przedstawicieli uniwersyteckich poradni prawnych.
Skupmy się teraz na systemowych, pozytywnych stronach funkcjonowania PPiO. Wśród nich autorzy opracowania wskazują kadry. W 59 proc. przebadanych placówek porad udzielają osoby, które ukończyły studia prawnicze. Autorzy podkreślają także kompetencje i umiejętności interpersonalne oraz szerokie instytucjonalne know how pracowników socjalnych, przydatne szczególnie na gruncie poradnictwa obywatelskiego. Inną kwestią jest stosunkowo duża rozpoznawalność wśród potencjalnych beneficjentów tego typu placówek. Jednak, jak podkreślają badacze, wynika ona raczej z przepływu informacji na poziomie „poczty pantoflowej”, nie z promocyjnych wysiłków instytucji.
Polski model PPiO wykształcił się samoczynnie, bez strategii państwa. Okazuje się, że nawet w tej sytuacji zapewnia on komplementarność. Instytucje publiczne świadczą PPiO jako formę pomocy społecznej oraz jako informację. W określonych sytuacjach jednak, jak w przypadku PIP-u, jako interwencje na drodze administracyjno-prawnej.Z kolei „organizacje pozarządowe uzupełniają PPiO o oddziaływanie miękkie, czyli pracę z beneficjentem realizowaną w imię określonych wartości uniwersalnych, oraz o poradnictwo specjalistyczne, jak np. przypadki związane z przemocą domową, uzależnieniami itd.”.
Raport omawia też szanse i zagrożenia związane z funkcjonowaniem PPiO. Wśród tych pierwszych wymienia zainteresowanie obywateli korzystaniem z usług poradniczych, a także dostrzeganą potrzebę rozwoju takiej działalności przez instytucje niepubliczne i publiczne oraz zrozumienie potrzeby systemowych regulacji ze strony administracji rządowej. Interesującym symptomem jest fakt, że beneficjenci PPiO, dostrzegając zwyczajowe niedofinansowanie tego typu instytucji, traktują to jako element uwiarygadniający: postrzegają te organizacje „jako działające filantropijne, społecznie, obywatelsko, dobroczynnie”, co przyczynia się niekiedy do zmiany nastawienia z pasywnego na aktywny, współuczestniczący.Autorzy badania zaznaczają jednak wyraźnie, że „w żadnym wypadku nie jest to argument za ograniczonym finansowaniem poradnictwa”.
Ponadto wśród szans PPiO wymienione są rozwijające się standardy poradnictwa. „Określone kategorie biur, takie jak np. Biura Porad Obywatelskich czy Studenckie Poradnie Prawne, powołały federacje, w których ramach określone są standardy dla wszystkich biur danej kategorii. Istniejące w tym zakresie dobre praktyki mogą i powinny być podstawą standaryzacji poradnictwa dla szerszego modelu działania w przyszłości”. Rozwojowi PPiO sprzyjają równocześnie – choć ta kwestia może się wydać wielu nieoczywista – „popularne w polskim społeczeństwie postawy koncyliacyjne, których wyrazem jest dążenie w sytuacji konfliktu do obopólnej zgody, nawet kosztem częściowej rezygnacji ze swoich roszczeń”. Stąd autorzy raportu uważają, że przedsądowa pomoc prawna, obejmująca mediację i arbitraż, odpowiednio wspierana i promowana także przez sam wymiar sprawiedliwości, może stać się w przyszłości ważnym obszarem działania instytucji tego typu.
Jednak niestety istnieją również poważne zagrożenia dla rozwoju poradnictwa. Jako pierwsze wskazać należy brak spójnej polityki państwa oraz wspomnianą już niestabilność ich finansowania. Problematyczny jest także brak klarownych podstaw prawnych, co powoduje kłopoty w relacjach z komercyjnym rynkiem usług prawniczych i wymiarem sprawiedliwości. Tym bardziej, że grozi nam dalszy wzrost złożoności materii prawa, co opłaca się w komercyjnym poradnictwie, ale stanowi zdecydowane utrudnienie dla PPiO: wymagać on będzie bowiem większego nakładu pracy i rosnących kompetencji ze strony usługodawców.
Powyższa możliwość ściśle wiąże się z rotacyjnością doradców. W tym względzie problem dotyczy przede wszystkim odpływu wykwalifikowanych kadr, co zawsze jest dużą stratą dla poszczególnych jednostek PPiO i niekiedy wymusza konieczność pozyskania zaufania usługobiorców od nowa. Duże zapotrzebowanie na pomoc prawną to znaczna szansa na komercyjny zarobek dla nieuczciwych usługodawców, czyli osób świadczących pomoc, ale nieprzygotowanych do tego i nieponoszących odpowiedzialności za jakość swoich usług. Zdaniem autorów raportu„zagrożenie to ma charakter bezpośredni w postaci odpływu beneficjentów oraz pośredni w postaci efektu negatywnego uogólnienia”.
Część wciąż aktualnych czynników negatywnych wynika nie tyle z przyczyn ekonomicznych czy systemowych, ale raczej z wysokich kosztów psychologicznych podejmowania działań prawnych. Są to m.in. wstyd i obawa przed wyciąganiem na światło dzienne np. trudnych spraw rodzinnych. Problemem jest też to, że czasem sięganie po tego typu poradnictwo, szczególnie obywatelskie, nie ma na celu efektywnego rozwiązywania problemów, ale prowadzenie sporów sąsiedzkich czy rodzinnych: „instrumentalne wykorzystywanie poradnictwa prawnego przez beneficjentów oddala je od wartości przyświecających poradnictwu obywatelskiemu i jego misji dydaktycznej, którą to drugie poradnictwo ma ze sobą nieść”.
W ostatniej części raportu jego twórcy przedstawiają rekomendacje dotyczące rozwoju PPiO. Przede wszystkim postulują stworzenie powszechnego dostępu do tego rodzaju usługi (na gruncie informacji, porady prawnej i obywatelskiej), co umożliwiłoby wypełnienie niedoborów świadomości, wiedzy i potrzeb na gruncie prawnym i obywatelskim, zapobiegając powstawaniu problemów związanych z prawem i/lub pomagając je rozwiązywać. Rozwiązania powinny zmierzać do opracowania podstawowych elementów funkcjonowania PPiO, jednolitych dla wszystkich obywateli. Dotyczy to m.in. określenia specyfiki instytucji, ich struktury oraz obszaru odpowiedzialności poszczególnych uczestników systemu, a także zakresu i kryteriów dostępu do usług. Zadaniem systemu byłoby integrowanie wielorakich typów i form świadczenia usług, dziś rozproszonych i podzielonych. Pozwoliłoby to uporządkować obecną sytuację, zapewnić stałe finansowanie działalności, zwłaszcza usługodawców niepublicznych: „zagwarantowanie stałego wsparcia finansowego jest warunkiem niezbędnym do osiągnięcia ciągłości, trwałości i wysokiej jakości usług poradniczych”.
Pośród innych rekomendowanych działań wskazano konieczność określenia, kto powinien mieć prawo do bezpłatnego korzystania z PPiO.„Z jednej strony – piszą autorzy raportu – biorąc pod uwagę względy sprawiedliwości społecznej i równość wszystkich obywateli wobec prawa, prawo do korzystania z PPiO powinien mieć każdy obywatel. Z drugiej strony, względy praktyczne, w szczególności finansowe, skłaniają ku stwierdzeniu, że poradnictwo powinno być bezpłatnie dostępne dla tych osób, które nie są w stanie – z różnych powodów – skorzystać z pomocy odpłatnej”. W tej sytuacji należałoby ich zdaniem zapewnić wszystkim obywatelom bezpłatny dostęp do informacji prawnej, przy równoczesnym ograniczeniu korzystania z porad i innych usług dodatkowych do określonych grup osób.
Stąd propozycje trzech rodzajów wyróżnienia: (1) kryteria sytuacji materialnej osoby i (lub) jej rodziny zgłaszającej się po pomoc (np. określony pułap dochodów); (2) kryteria wykluczenia społecznego (znajdowanie się w trudnej sytuacji życiowej związanej np. z niepełnosprawnością, bezrobociem, bezdomnością, itp.); (3) kryteria związane z rodzajem sprawy (katalog rodzajów spraw, w których udzielana jest pomoc bezpłatna, z reguły odpowiadający największemu zapotrzebowaniu społecznemu).
Ostatecznie celem PPiO w większym niż obecnie stopniu winna być rola prewencyjna, a zatem zapobieganie powstawaniu lub zaostrzaniu się problemów związanych ze stosowaniem prawa. W obecnych realiach nacisk położony jest na porady, a nie na informacje uświadamiające różne problemy, np. skutki zaciągnięcia lichwiarskiego kredytu. Konkluzja autorów jest prosta: „możliwość uzyskania w odpowiednim czasie kompetentnej informacji prawnej może zapobiegać indywidualnym problemom obywateli. Funkcję prewencyjną PPiO można wzmocnić, uwzględniając ten efekt pracy PPiO jako zamierzony i obligatoryjny dla wszystkich usługodawców”.Twórcy raportu nie poprzestają na tej kwestii. Zwracają uwagę, że już dziś potrzebujemy poszerzenia, wzmocnienia i podniesienia jakości edukacji prawnej i obywatelskiej na gruncie szkolnictwa. To jednak, można dodać z sarkazmem, wiązałoby się z przewartościowaniem całego systemu edukacji, który znów musiałby uczyć myślenia, nie zaś reprodukowania odgórnie narzuconych wzorców postaw i opinii.
Ostateczny wniosek z raportu jest tyle oczywisty, co obrazoburczy dla miłośników utowarowienia całej rzeczywistości społeczno-gospodarczej:„korzystanie z przyszłego systemu PPiO powinno być bezpłatne”. Za bezpłatnością systemu przemawia niska jakość polskiego prawa („skomplikowane, rozległe, często zmieniające się, niezrozumiałe”), a także niska świadomość prawna obywateli.
Sprawnie działający system PPiO powinien łączyć w sobie organizacje publiczne i niepubliczne w trosce o dobro obywateli. Zintegrowane, przejrzyście funkcjonujące, partnerskie instytucje byłyby o wiele bardziej efektywne. Jest to kwestia z pozoru oczywista, ale w gruncie rzeczy stawia mocno pytanie o jakość życia publicznego w Polsce i wzajemne odniesienie „państwa administracji” i społeczeństwa obywatelskiego. Prawidłowo funkcjonujące PPiO mogłoby być punktem odniesienia dla wielu instytucji publicznych i pozarządowych. Przecież takie bolączki jak doraźność, uzależnienie od grantów, brak przejrzystych reguł współpracy kładą się dziś niezaprzeczalnie cieniem nad państwem i zdecydowanie utrudniają zwykłym obywatelom odnalezienie się w polskiej rzeczywistości, a wręcz wypychają ich na jej margines. Szansa na dobrze zorganizowaną przestrzeń poradnictwa byłaby zatem szansą dla społeczeństwa, najważniejszego, a tak często zapomnianego aktora życia publicznego.
Krzysztof Wołodźko
„Poradnictwo Prawne i Obywatelskie w Polsce. Stan obecny i wizje przyszłości”, red. Arkadiusz Peisert, Tomasz Schimanek, Marcin Waszak, Agata Winiarska, Instytut Spraw Publicznych, Warszawa 2013.
Raport jest dostępny w Sieci.
przez Krzysztof Wołodźko | czwartek 22 sierpnia 2013 | nasze rozmowy
O problemach Polaków z zadłużeniem, lichwiarzami, parabankami, groźbą masowego przejmowania mieszkań, a także o zagrożeniach związanych z możliwością dalszej pauperyzacji społeczeństwa wskutek niekorzystnych zmian w systemie emerytalnym i polityce społecznej rozmawiamy z prof. Grażyną Ancyparowicz, naukowo zajmującą się problematyką finansową i systemami zabezpieczenia socjalnego.
***
Czym właściwie są parabanki?
Prof. Grażyna Ancyparowicz: Najkrócej możemy określić je mianem piramid finansowych, z tym że jedne z nich padają szybciej, a inne – wolniej. Instytucje te wykorzystują fakt, że Polacy słabo znają się na finansach, i pozyskują klientelę, obiecując złote góry. Stary jak kapitalizm pomysł opiera się na tym, że pobierane są pieniądze, a osoby, które są „na początku kolejki”, otrzymują środki, nieraz wysokie. Zaczyna tworzyć się sieć wpłacających, poprzez agentów lub klientów. Aby przedłużyć swoje istnienie, parabanki odwlekają w czasie moment wypłaty środków napływającym klientom.
Parabanki zazwyczaj nie mają pozwolenia na prowadzenie działalności finansowej, nie opierają się na aprobacie Komisji Nadzoru Finansowego, choć mogą legitymować się papierami o treści bardzo zbliżonej do prospektów emisyjnych i informacyjnych, jakimi posługują się instytucje podlegające dyrektywie o postępowaniu podmiotów finansowych, która wymusza np. ujawnianie ryzyka. Rzadko kiedy klienci interesują się jednak tą kwestią, nie uświadamiają sobie różnicy między zwykłą działalnością depozytowo-kredytową a tego typu instytucjami.
Czy tylko środki klientów dają zysk właścicielom tego typu instytucji?
G. A.: Tak zwane parabanki mają na ogół formę różnego typu funduszy inwestycyjnych, bo to potencjalnie najbardziej efektywny sposób na szybki zysk. Na przykład Amber Gold był specjalistycznym funduszem inwestycyjnym, nastawionym na grę na zwyżkach cen złota. Zwykle gdy uruchamia się tego typu przedsięwzięcie, bazuje się na grze na nieruchomościach, kruszcach, paliwach. Moment, w którym ich ceny idą w górę, jest szansą na zysk. Niejednokrotnie takie specjalistyczne fundusze mają charakter elitarny, nie są kierowane do „przeciętnego Kowalskiego”, ale adresowane do wyselekcjonowanego grona „konsumentów aspirujących”, aby potencjalny klient łatwiej poddał się „obróbce psychologicznej” – prawdopodobnie każdy chciałby być lepszy, niż jest.
Natomiast początki tego typu instytucji były w Polsce nieco inne. Lech Grobelny próbował sił z Bezpieczną Kasą Oszczędności, opartą na lokacie o rzekomo bardzo wysokim oprocentowaniu. Ale to był patent dobry na początek lat 90., związany z zamieszaniem czasu początków transformacji. Bazował na grze na nadwyżkę kursu dolara w odniesieniu do niskiej siły nabywczej złotówki.
Kiedy zaczyna się problem?
G. A.: Gdy ustają wpływy i/lub parabank staje się przedmiotem podejrzeń i ludzie masowo zaczynają się zgłaszać po swoje pieniądze. Nawet zwykłe instytucje finansowe mogą mieć w takim momencie kłopoty.
Co powoduje, że tego typu instytucje znajdują dla siebie miejsce w naszym życiu społeczno-gospodarczym?
G. A.: Jest to działalność bardzo lukratywna dla ludzi, którzy ją prowadzą. Jedna z afer, która miała miejsce w Polsce, pochłonęła 260 mln zł. A kary, które zostały orzeczone, wyniosły około 150 tys. zł na osobę. Taka niewspółmierność potencjalnych zysków i strat mówi wszystko.
To są kwestie niemal nieinteresujące mediów, opinię publiczną i konsumentów, choć na portalu KNF można znaleźć ostrzeżenia publiczne dotyczące parabanków, łącznie z karami finansowymi nałożonymi na ich właścicieli.
A co z instytucjami udzielającymi tzw. chwilówek?
G. A.: To firmy lichwiarskie, zwykle drobne, choć ich część jest strukturalnie powiązana z kapitałem globalnym, którego ojczyzną są przede wszystkim Stany Zjednoczone. Polska stanowi dla nich wciąż atrakcyjny rynek, szczególnie że u siebie natknęły się już na barierę popytową. Ich działanie, co do istoty, uważam za podobne do sposobu funkcjonowania lombardów, do których człowiek przychodzi, zastawia towar, otrzymuje odpowiednio niższą w stosunku do jego wartości kwotę i z reguły już nigdy nie odkupuje tego przedmiotu.
W przypadku chwilówek najistotniejsza jest kwestia braku zdolności kredytowej potencjalnych klientów i niemal zupełny brak alternatywy dla parabanków, ponieważ zasięg SKOK-ów jest bardzo skromny, a zaufanie do nich regularnie podważane w mediach głównego nurtu. Ludzie idą zatem do firm reklamujących się w mediach i „na słupach”.
Typowych lichwiarzy, w tym osób fizycznych prowadzących aktywność na podstawie zgłoszenia działalności gospodarczej, mamy – wedle Głównego Urzędu Statystycznego – około 3 tys. Takie osoby zapisały się do sekcji „K”, gdzie mamy pośrednictwo finansowe i nikt nie analizuje, skąd i jakie mają pieniądze, na jakich zasadach prowadzą działalność. Jako otwartą stawiam kwestię, czy mają one powiązania ze światem przestępczym. W końcu niespłacenie długów na czas nie jest tutaj ścigane na drodze sądowej, ale innymi metodami, także przy pomocy „środków przymusu bezpośredniego”.
Zarabia się tylko na wysokim procencie?
G. A.: Nie. Zacznijmy od tego, że firmy udzielające chwilówek nie są typowymi instytucjami depozytowo-kredytowymi, bo one nie przyjmują depozytów, nie zarabiają na lokatach swoich klientów itp. Zarówno drobni lichwiarze, jak i potentaci rynku chwilówek mają lepszy interes do zrobienia niż ściąganie nawet lichwiarsko oprocentowanej gotówki – ten poziom to dopiero przygotowanie gruntu pod o wiele bardziej intratną operację. Rzecz w przejmowaniu majątków, czasem naprawdę dużych (nierzadko dorobku kilku pokoleń) w ramach odzyskiwania przez lichwiarzy stosunkowo niewielkich należności. Polskie prawo zezwala na zabezpieczenie dowolnej nieruchomości nawet dla kwot znacznie niższych od jej wartości.
Bardzo częstym zabezpieczeniem dla takich nieszczęśników, którzy decydują się na chwilówki, są mieszkania. Jeśli utrzymają się negatywne tendencje społeczno-gospodarcze, to wzrośnie liczba ludzi wywłaszczanych z mieszkań. Grunty są bardzo drogie, zwłaszcza te atrakcyjnie położone. Obecnie jeśli deweloper chce pozyskać teren, musi np. wywłaszczyć ludzi za odszkodowaniem. Tymczasem firmy lichwiarskie są świetnym narzędziem do uzyskiwania mieszkań, a pośrednio gruntów od ludzi pogrążonych w długach.
Brzmi to strasznie…
G. A.: Spirala długów to doskonała droga do przejmowania mieszkań, a mieliśmy już do czynienia z sytuacjami, gdy ludzie z powodu 10 tys. złotych, które byli winni, tracili domy. Takiemu procederowi będą sprzyjały nieprzyjazny pracownikowi rynek pracy, wysokie bezrobocie, grożące nam głodowe emerytury i kwestie społeczne związane z niżem demograficznym, w tym coraz częstsza samotność osób starszych, które będą musiały coraz powszechniej decydować się na domy opieki, które przecież nie działają charytatywnie. Dodam do tego, eufemistycznie mówiąc, brak ochrony ze strony prawa dla zwykłych obywateli, dużą liczbę pomyłek komorniczych czy pomyłek Izby Skarbowej. Gdyby istniała po temu wola ze strony władnych instytucji, bardzo łatwo można byłoby ustalić, jaka jest relacja między sumą zadłużenia a windykacją należności. Sądzę, że proces ten nasili się po 2020 r., gdy emerytury znacznie się zmniejszą.
Mamy do czynienia z różnymi, nakładającymi się na siebie problemami: słaba świadomość ekonomiczna Polaków, rozbuchane nastroje konsumpcyjne społeczeństwa „na dorobku”.
G. A.: Szczególnie ci, którzy podejmują jakieś świadome ryzyko finansowe, choćby grając na giełdzie, uczeni są dziś inżynierii kapitałowej, która przekonuje, że zawsze i wszędzie można wyjść na swoje, trzeba tylko zastosować odpowiednią metodę. To są oczywiście brednie, bo system finansowy z uwagi na ograniczoność środków nie może dawać gratyfikacji każdemu. Małe rybki naiwnie wierzą, że grają na tych samych zasadach co grube ryby.
Do tego dochodzi brak świadomości ryzyka, jakie się podejmuje. Bardzo dużo ludzi żyje ponad stan, jest to jakoś skorelowane z dochodami, ale wydatki w takiej sytuacji wyprzedzają bieżące możliwości konsumenta. Znakomitym przykładem były karty kredytowe, zanim banki nie połapały się, że niezbyt się im to opłaca, bo odnotowały straty. Ale właśnie legalnie działające banki musiały zmienić swoją „politykę chciwości”, choćby dlatego, że nie mogły natychmiastowo ściągnąć należności, np. w postaci szybkiego wywłaszczenia z nieruchomości czy mieszkania, bo procedury na to nie pozwalają. Jak wiadomo, mieliśmy do czynienia z właścicielami wielu kart, z których za pomocą jednej spłacano drugą. Brak odpowiedniej polityki informacyjnej o rzeczywistym zadłużeniu klientów temu sprzyjał.
Ale problemem są także „sytuacje przymusowe”…
G. A.: Jeśli mamy w rodzinie na przykład kogoś chorego i chcemy go ratować kosztownym zabiegiem czy terapią, chwilówki wydają się wielu osobom jedyną szansą. Nie mówię o przypadkach, które powodują jakąś reakcję społeczną, budzą oddźwięk odpowiednich fundacji, zyskują oprawę medialną. Bardzo wielu ludzi nie ma szans, by w ten sposób uzyskać środki na leczenie. Trudne sytuacje życiowe tak naprawdę rzadko są na tyle spektakularne, żeby zainteresowali się nimi możni darczyńcy. Gdy zatem przytrafi się trudna sytuacja losowa, a na systemową pomoc państwa nie ma co liczyć, ludzie biorą chwilówkę, pocieszając się myślą, że uda się ją spłacić. A jak wiadomo, 1/3 społeczeństwa w ogóle nie ma oszczędności, a pozostali z reguły dysponują środkami równymi wysokości kwartalnych, góra półrocznych zarobków. Rzadko kto zarabia u nas tyle, by odłożyć kwotę, która pomoże mu przetrwać np. rok. Ludzie stają osamotnieni wobec większych i mniejszych instytucji finansowych – to jest także odpowiedzialność niesprawnego państwa, które programowo prowadzi tak nieudolną politykę społeczno-gospodarczą.
Jak wynika z najnowszego raportu „Windykacja”, opracowanego przez Grupę KRUK, największą firmę obsługującą zadłużenia w Polsce, statystyczny dłużnik to mężczyzna w wieku ok. 45 lat, zadłużony na ponad 5 tys. zł… Czy istnieją inne analizy zadłużenia?
G. A.: Co kwartał Biuro Informacji GospodarczejInfoMonitor publikuje raport InfoDług, który pokazuje, ilu jest dłużników, jaka jest ich struktura, gdzie są największe skupiska zadłużenia. Już na tej podstawie można się zorientować, że tendencja jest mocno wzrostowa. Ale tam, gdzie mamy do czynienia z wywłaszczaniem Polaków, w ogóle brak informacji, bo nikt nie jest zainteresowany jej upublicznianiem. Sądzę, że to scheda po początkowym okresie transformacji, wręcz zacieranie śladów, bo gdyby można było zebrać rzetelne informacje nie tylko o wielkich aferach finansowych, ale o wywłaszczeniach, które dotknęły wielu przeciętnych obywateli, uzyskalibyśmy bardzo gorzką prawdę o ciemnej stronie zmiany ustrojowej.
Tutaj pojawia się znacznie szersza kwestia, opisywana choćby przez prof. Witolda Kieżuna: celem transformacji było odtworzenie klasy kapitalistów. A to mogło się dokonać jedynie sposobem właściwym dla czasów pierwotnej akumulacji kapitału, czyli za sprawą przywilejów, jakie władcy dają ściśle określonej grupie beneficjentów. To wiąże się także z pozbawianiem zwykłych ludzi majątku i praw do majątku, wypracowanego jeszcze w latach PRL. Miliardowe i milionowe majątki gromadzone są kosztem rzeszy przeciętnych obywateli.
Być może jednym z ostatnich akordów tego wywłaszczenia jest sprawa ogródków działkowych, wobec których rosną zakusy polityczne i biznesowe. Pozwolę sobie jednak wrócić do statystyk i struktury zadłużenia…
G. A.: Jeśli idzie o dłużników, którzy nie spłacają zaciągniętych kredytów, to średnio rzecz biorąc, są to czterdziestolatkowie. Geograficznie przodują dwa województwa: mazowieckie i śląskie. Możemy także pokazać strukturę zadłużenia w odniesieniu do instrumentów – wtedy najbardziej zadłużeni okazują się posiadacze kart kredytowych. W ogóle mamy około 40 mld długów, a 2,5 mln ludzi jest obecnie wykluczonych finansowo ze względu na obciążenie niespłaconym zobowiązaniem finansowym, w większości długiem w bankach. Trudno jednak powiedzieć, ilu Polaków przez lata zostało np. pozbawionych majątku, bo gdy dochodzi do egzekucji, taka osoba znika z ewidencji dłużników. Proszę jednak zwrócić uwagę, że jeśli ktoś zostaje klientem firmy udzielającej chwilówek i w ten sposób spłaci inne roszczenie, to owszem, znika z listy oficjalnych dłużników, ale popada w jeszcze większe tarapaty.
Mówimy o (skromnym na ogół) portfelu Polaków. Jego część stanowią także wspominane już przez Panią emerytury. Polacy są wątpliwym beneficjentem systemu emerytury kapitałowej…
G. A.: Byt Otwartych Funduszy Emerytalnych, które traktuję jak piramidę finansową sankcjonowaną przez państwo, zależy od przymusowych składek klientów. Wycofanie tych wymuszonych ustawowo środków byłoby dla nich znacznym ciosem. Oczywiście, byłoby to rozłożone w czasie, gdyż od lat zbiera się środki od 16 mln obywateli, a wypłaca trzem tysiącom osób bardzo niewielkie kwoty.
W każdym razie uważam, że jedną z grup najbardziej narażonych na działanie instytucji lichwiarskich będą na dłuższą metę emeryci i renciści oraz ich rodziny, jeśli weźmiemy pod uwagę zagrożenie „niekonwencjonalnymi” sposobami odzyskiwania długów. Mówimy o siedmiu milionach ludzi, emerytów i rencistów, którzy potrzebują środków nie tylko na utrzymanie, ale także na leki czy profesjonalną pomoc. Przypomnę, że przeciętna emerytura w Polsce to obecnie 1700 zł brutto, według starego klucza. Ale już od początku przyszłego roku te reguły się zmienią i stopniowo emerytura zacznie się zmniejszać: dotyczy to osób urodzonych po 1 stycznia 1954 r. Dojdziemy do pułapu 700-800 zł miesięcznie na rękę, a emerytów z takimi dochodami będzie przybywało po 50 tys. rocznie. Za takie pieniądze nikt nie utrzyma mieszkania, o ile w ogóle utrzyma się przy życiu. To jest klęska humanitarna, cywilizacyjna, wreszcie gospodarcza, bo ci ludzie przecież idą codziennie do sklepów i kupują żywność czy odzież. I tak zmierzamy do odtworzenia najgorszych cech społeczno-gospodarczych z czasów II Rzeczpospolitej, z morzem nędzy i wysepkami luksusu.
Ponadto jest to prosta droga do wywłaszczenia kolejnych setek tysięcy polskich obywateli. Takie osoby nierzadko dysponują pewnym wypracowanym majątkiem, choćby mieszkaniami, które będą łakomym kąskiem dla lichwiarzy. Dodam, że już teraz bardzo szeroko reklamuje się odwróconą hipotekę, a nie mamy dziś jeszcze żadnych regulacji w tym względzie i nadzoru nad firmami, które się tym zajmują.
Jak to może wyglądać w praktyce?
G. A.: Tworzy się już dziś spółki, choćby jako filie przy instytucjach finansowych – od banków przez fundusze inwestycyjne – które działają bez żadnego zabezpieczenia, bez żadnej licencji, na zasadzie zgłoszenia działalności gospodarczej. Oferują one klientom pożyczki, podsuwając dokument, który w razie jej niespłacenia przenosi własność nieruchomości na tę instytucję. Część z firm oferuje rozłożenie tej pożyczki na raty, 300-500 zł.
Przyjmijmy, że taką transakcję może zawrzeć osoba, która ma 65 lat i tytuł do nieruchomości, choćby mieszkania. Uzyskuje ona w ten sposób regularny, comiesięczny dodatek do emerytury, wynoszącej – powiedzmy – 900 zł. A wszystkie środki i tak będą z kolei przeznaczane na opłacenie miejsca w domu opieki społecznej.
Kto wyceni takie mieszkanie?
G. A.: Rzecz w tym, że – przynajmniej w tym momencie – nie mamy odpowiedniej ustawy. Takie instytucje mogą zaproponować dowolną kwotę, tłumacząc to choćby tym, że wycena idzie w ich koszty, oprocentowanie pożyczki także idzie w ich koszty, ubezpieczenie nieruchomości – również w ich koszty. Do tego prowizje, marże. Ludzie będą wyprzedawali mieszkania po znacznie zaniżonej cenie, nieraz kompletnie osamotnieni, pod presją obcych, zmuszeni jakoś przeżyć. A przypominam, że emerytura jeszcze się obniży. Wybór będzie prosty: czy zadłużać się, czekać na egzekucję komorniczą i wyrzucenie z zadłużonego mieszkania, czy je odstąpić po zaniżonej cenie.
Ale nabywcom nie chodzi o samo mieszkanie, bo ten rynek jest dość słaby i lepiej już raczej nie będzie. Idzie o grunt, bo ludzie starsi zazwyczaj mieszkają w starych dzielnicach, blisko centrum. A ziemia w centrum wielkich miast jest droższa. Zamiast wysiedlenia – oferty nowego mieszkania z dala od centrum. Będzie można żerować na tym, że ludzie nie będą mieli z czego utrzymać tych nieruchomości. To jest stary patent, znany nawet laikom, bo eksploatowany w amerykańskich filmach sensacyjnych. Budynki następnie będą wyburzane pod nowe inwestycje.
Czy mamy szanse na zmianę negatywnych trendów polityki społecznej?
G. A.: Jeśli myślimy w tym kontekście o zmianie jednej partii u władzy na drugą, to nie jestem zbytnią optymistką. Chciałabym, żeby to zostało wyraźnie powiedziane: jednym z najgorszych ministrów jeśli chodzi o politykę społeczną w rządzie Prawa i Sprawiedliwości była Zyta Gilowska. Nie zlikwidowała OFE, choć powinna mieć świadomość, że to znaczne obciążenie społeczne i budżetowe. Ponadto znacznie przyspieszyła proces pogłębiania deficytu finansów publicznych. Mówię przede wszystkim o obniżeniu składki rentowej, z czego żaden zwykły Polak nie osiągnął nawet najmniejszej korzyści. Była to, owszem, korzyść dla pracodawców, którzy zdecydowanie nie powinni narzekać na rzekomo wysokie koszty pracy w Polsce. To ponoć znacznie poprawiło naszą koniunkturę gospodarczą, co nie jest prawdą, ponieważ to wówczas zaczynał się kryzys i 2007 r. był czasem rekordowej ucieczki kapitału z krajów zagrożonych, takich jak Hiszpania czy Portugalia, do Polski. Stąd PiS, choć dziś zmienił retorykę, powinien przypomnieć sobie właśnie czas, gdy na czele Ministerstwa Finansów stała pani Gilowska.
Dodatkowo wszystko wskazuje, że jeśli utrzymamy OFE lub większość ludzi się z niego nie wypisze, o ile przestanie być przymusowy, to Polska nie opanuje deficytu budżetowego i będzie on rósł. A realne jest obecnie wprowadzenie procedury nadmiernego deficytu. Wówczas zrobione zostanie to, co w Grecji, Portugalii, Hiszpanii i częściowo we Włoszech, czyli ograniczenie wydatków budżetowych. Obsługi zadłużenia ograniczyć się nie da, a już dziś wszystkie wpływy z PIT idą na ten cel. Zostają nam do cięcia tylko wydatki socjalne, czyli 14 miliardów na KRUS dla około półtora miliona ludzi, a emerytury wynoszą w tym systemie 600-800 zł.
Druga rzecz to odebranie uprawnień nabytych, także tym, którzy mają już emerytury. Nie dotknie to jednak tych, którzy są w systemie zaopatrzeniowym, czyli sędziów, prokuratorów, resortów siłowych. Ale dotknie zwykłych ludzi, którzy pracowali przez 40 lat, cały czas płacili składki, i to niejednokrotnie nie z jednej pracy: obniżone zostaną zatem emerytury, które dotychczas pozwalały na samodzielną egzystencję części ludzi starszych. Dotknie to także dzieci, które mają renty po rodzicach, oraz wdowy. Jak widać, to wszystko się kumuluje i sprzyja dalszemu zadłużeniu społeczeństwa. A ponadto jeśli wykluczymy z rynku kolejne miliony konsumentów, właśnie tych starych ludzi, to będzie to miało realne, negatywne skutki dla naszej drobnej przedsiębiorczości, której liczba sięga czterech milionów rodzinnych firm. A to przecież kolejne zagrożenie miejsc pracy i znaczne ryzyko utraty źródła utrzymania dla następnych Polaków.
Prosta droga do narastania przestępczości – to także dobrze znany mechanizm.
G. A.: Rzeczywiście, grozi nam staczanie się w przestępczość, w czarną strefę, bo ludzie muszą z czegoś żyć. Wzrost ubóstwa bardzo temu sprzyja. Młodzi, zdrowi, operatywni będą szukali w ten sposób środków utrzymania, będą stanowili narybek dla przestępczości zorganizowanej. W przypadku kobiet wzrasta zagrożenie prostytucją. A przy okazji czerpanie dochodów z działalności przestępczej, z szulerni, z nierządu, z produkcji i dystrybucji narkotyków wymaga prania brudnych pieniędzy. Znamy to już dziś, nie tylko z dużych miast: działalność quasi-usługowa, luksusowe sklepy, restauracje. Eurostat wycenia czarną strefę na 30 proc. polskiego PKB. Legalizowanie tych środków wiąże się z wciągnięciem w proceder środowisk biznesowych, a nawet giełdy. Przenika to także do świata polityki, administracji publicznej, legislacji. Moja prognoza dla Polski jest bardzo pesymistyczna.
Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiał Krzysztof Wołodźko, Warszawa, 9 sierpnia 2013 r.
przez Krzysztof Wołodźko | piątek 26 lipca 2013 | opinie
Na początek dłuższy cytat z „Gazety Wyborczej” (17.06.2013 r.). Tak pisze były kurator Szczecińskiego Okręgu Szkolnego, dr inż. Zbigniew Szyroki, w liście „Jak odwrócić załamanie demograficzne w Polsce”: „W 2012 r. mamy 750 tys. 900 zarabiających netto powyżej 5 tys. zł i 10 mln ludzi biednych i niepotrzebnych; niewidocznych – jakby ich nie było. A brak pracy to nie tylko bieda i wykluczenie społeczne, ale i zanik poczucia wartości, kreatywności, zdolności do konkurencji. I to na ogół jest dziedziczne. Zgodnie z przysłowiem »jabłko pada niedaleko od jabłoni«.
Ta cieniutka warstewka »pięciotysięczników« zapewni swoim dzieciom wszystko – dobre mieszkania, jedzenie, lekarza, dentystę, wczasy, basen, kort, naukę języków obcych, korepetycje, dodatkowe zajęcia pozalekcyjne – wszystko, czego dusza zapragnie, w tym firmowe ciuchy. Stać ich też na szkoły prywatne, gdzie będą wyrastać wśród swoich.
A co mogą bezrobotni, biedni, wykluczeni? Nic! Ich dzieci chodzą głodne do szkoły. A jak wynika z badań – głód powoduje nawet powolniejszy rozwój mózgu. Nieraz nawet nie są w stanie zrozumieć, czego nauczyciel od nich chce. A jest ich milion, a może i więcej.
Problem bezrobocia, biedy, w konsekwencji wykluczenia znikł z dyskusji publicznej. Nie ma go w prasie i w telewizji. Głównie w telewizji – gdzie mamy na okrągło celebrytów i tych, którzy uważają się za polityków. /…/ Jak padły PGR-y /…/ i setki tysięcy ludzi prawie z dnia na dzień znalazło się w »czarnej dziurze« biedy i bezsensu życia, to w telewizji problem sprowadzano do »wina marki wino« i pijaństwa”.
Nie są to przecież kwestie nowe, ale podane lapidarnie dają wgląd w ściśle ze sobą związane problemy III Rzeczpospolitej. Nie ma złudzeń: jest gorzka prawda o państwie stworzonym dla bogatych i wpływowych, kosztem mas. To państwo nie ma już żadnego etosu, żadnej miary dobra poza pragmatyczną władzą pieniądza. Udało się nam bardzo szybko w nadwiślańskim mikroklimacie wyhodować ten byt, znalazł bardzo podatną glebę i gorliwych ogrodników, a wzrost stymulowała ideologia traktująca wartość rynkową jednostki i społeczeństw jako nadrzędną, jako usprawiedliwienie każdego grupowego i pojedynczego łajdactwa, jako apologię wyzysku. I jeśli pójdzie tak dalej, doczekamy społeczeństwa kastowego o bardzo skrupulatnie zablokowanych ścieżkach awansu, z instytucjami wszelkiej możliwej proweniencji podporządkowanymi interesom właścicieli III RP i z prawem o charakterze stricte klasowym w kwestiach newralgicznych dla systemu.
To już się dzieje, przyspiesza drezyna historii (na lokomotywę nas nie stać), napędzana siłą woli politycznej zdeterminowanej władzy. Ustawy antypracownicze, ustawy antyzwiązkowe, niemal każdy protest obywatelski traktowany jako przejaw buntu, medialna kasta na straży wyobrażeń społecznych. Wszystko robione oczywiście tak, by oczy młodych, wykształconych prekariuszy wywodzących się z mniejszych i większych miast i z polskiej wsi kierowały się wciąż na kibolskie bazgroły na murach. Trzeba rzecz widzieć we właściwym świetle: możesz być dobrym obywatelem liberalnej demokracji w wersji dla Polaków, w końcu ci się uda, bo przecież myjesz zęby, masz aspiracje, dyplom, odpowiednie nastawienie do świata i wynajmujesz pokój ze stałym dostępem do Internetu. Walcz o nowy wspaniały świat, jeśli tak lubisz, przyklaśniemy też twojej walce z faszyzmem – bylebyś nie walczył z nami i z realnym liberalizmem. Bo chyba nie chcesz być jak tamci, schowani w cieniu, więc nie do końca zdefiniowani, ale z pewnością nieprzystosowani i aspołeczni.
Poza tym łatwiej policzyć rzucających się w oczy, wygolonych na łyso facetów, szukających dla siebie ścieżek awansu choćby w ramach kibicowskich subkultur, niż zdiagnozować koszty społeczne strukturalnego bezrobocia. Strach przed młodym mężczyzną, który może dać w mordę, jest bardziej namacalny i łatwiej go pokazać w telewizji niż lęki kobiety, która nie ma z czego ugotować obiadu dla dzieci i wie, że za progiem dorosłości nie czeka ich żadna obiecująca przyszłość, że ich świat będzie taki, jaki jej. Osiłek wykrzykujący swoją niechęć i pogardę w sali pełnej ludzi, których uważa za reprezentantów „antypolskiego establishmentu”, da się ująć w efektowny kadr i mocny, publicystyczny komentarz. Ale pobladły na twarzy mężczyzna w średnim wieku, wpatrzony w ścianę i niezapłacone rachunki – to żaden temat. To jeszcze jeden nieudacznik w rejestrze niewykorzystanych zasobów ludzkich, mniej ciekawy od skinów, nieżyjącej Madzi, uboju rytualnego, niemieckiej polityki historycznej. Co prawda tych nieudaczników trochę by się zebrało, ale w „normalnej gospodarce” – powiedzą światli ekonomiści i tłumek pożytecznych idiotów – tak to już jest z nieudacznikami, zatem pracuj i módl się, albo pracuj, zadłużaj się i konsumuj, albo wynoś się ludziom sprzed oczu.
III RP: kraj, którym rządzi Platforma Oligarchii. W sytuacji zagrożenia kryzysem władza niedwuznacznie już pokazuje, że działa na korzyść wąskiej elity finansowej i grubych ryb transformacji. Pewnie po części działa też ze strachu przed analitykami transnarodowych instytucji finansowych, którzy pilnie śledzą bilans zysków i strat, jakie przynosi im ojczyzna „Solidarności” i taniej siły roboczej. Z werbalnego czy faktycznego szacunku dla robotniczego zrywu niewiele już zostało. Za to stary zwyczaj korzystania ze wschodnich Europejczyków jako parobków ma się niezgorzej. III RP: kraj zastraszanych i ośmieszanych związkowców i central związkowych, przez lata zbyt dobrze żyjących z ustanowionego przy okazji transformacji status quo. Dziś, siłą rzeczy, musimy bronić związków zawodowych, z nieśmiałą nadzieją, że pójdą wreszcie po rozum do głowy i bez względu na wszystko będą wreszcie strzec dobra pracowników. Kwestia związków zawodowych być może stanie się symbolem społecznego przebudzenia polskiej lewicy i wszystkich antyneoliberalnych sił w Polsce. A być może pokaże młodym, wykształconym prekariuszom drogę do odkrycia swojej, niezbyt skłaniającej do optymizmu, tożsamości.
To zresztą rzecz interesująca: pamiętacie medialne obrazy singla z lat 90.? To był jeszcze nie leming, a japiszon – self-made man, ambitny, przebojowy, dlatego samotny. Przynajmniej tak to wyglądało w mediach. A dziś? Single, wiecznie niepewni swojej pracy i zarobków, w dodatku przytłoczeni propagandą hiperkonsumpcji, nawykli do tego, że w przestrzeni publicznej wartość osoby określa się wedle mieć, a nie być. Niezwiązani z nikim na stałe nie dlatego, że robią błyskotliwą karierę w korporacjach, ale ponieważ brak im stałości, jaką daje tych kilka swoich mebli, zakotwiczonych na własnej podłodze. Wiecznie na walizkach na przykład dlatego, że zachowali na tyle smutnej przytomności umysłu i poczucia niezależności, że nie chcą wziąć kredytu na mieszkanie. Albo dlatego, że nie mogą otrzymać tego kredytu, bo przecież elastyczne formy zatrudnienia są tak wspaniale wolnościowe, tak sympatycznie antysocjalistyczne i niechybnie stymulują gospodarkę. Co prawda liberalni konserwatyści prawią prekariuszom o wartościach i wspaniałości rodziny, ale biedni trzydziestoletni wciąż są na brzegu stabilnego życia, bo ci sami liberalni konserwatyści głoszą apoteozę rynku, który zawsze ma rację.
Prekariusze miast, miasteczek i wsi żyją zatem od jednej umowy cywilnoprawnej do drugiej w wynajętych pokojach i mieszkaniach albo wciąż siedzą kątem u rodziców, zdani na ich łaskę i niełaskę, ich kaprysy, rozczarowania i wypominania. A czasem pakują walizki i wyjeżdżają za chlebem. Mają dość praktycznych skutków płynnej ponowoczesności, którą tak zachwycają się w teorii, bo chcieliby choć trochę stać się konserwatystami: nawet w wolnym związku, nawet ze świeckim ślubem, ale wreszcie na dobre pod wspólnym dachem, z dzieckiem czy dwojgiem dzieci, z najmniejszym nawet oknem z widokiem na przyszłość i z przedszkolem na następnej ulicy.
Ale w kraju dla bogatych płynna nowoczesność podchodzi prekariuszom aż pod gardło, aż po oczy, czasem ich zalewa. Do tego w miarę postępów realnego liberalizmu zaostrza się walka klas: przybywa paszkwili na socjalizm, socjal, rozdawnictwo, związki zawodowe i złe państwo. Pisane są one tym pewniejszą ręką, że z coraz większym poczuciem bezkarności, cynizmem bądź głupotą oligarchia, jej najemnicy i mentalni zakładnicy mogą na naszych oczach uprawiać realny liberalizm. I tym bardziej przybywa płynnej nowoczesności, im goręcej lewica oddaje się zwalczaniu skutków, nie przyczyn zjawisk zachodzących w kraju. A biedny, starzejący się powoli prekariusz? Cóż, długo jeszcze będzie na to wszystko patrzył zza cudzego okna, a gdy już na śmierć przestraszy się faszyzmu, żadna karetka nie podjedzie, by go ratować – cięcia budżetowe wymagają ofiar, śmierć frajerom. I zostanie sam, umierając na zawał, a gdy go znajdą, skwitują jego truchło jak życie pegeerowców w latach 90.: nieudacznik, pewnie pijak i cholerny roszczeniowiec. A nad grobem zachlupią mu żałobnie fale płynnej nowoczesności… Taka to elegia na śmierć prekariusza.
przez Krzysztof Wołodźko | poniedziałek 10 czerwca 2013 | opinie
Sceny z dzieciństwa, pewnie na siebie nałożone. Dworzec PKP w Poznaniu, charakterystyczne drewniane, długie ławki w poczekalni, późna godzina, czarno-biały telewizor wysoko na stojaku. Byle jakie żółtawe światło niezbyt ostro maluje scenerię. Druga połowa lat osiemdziesiątych. Zmęczeni ludzie, robotnicy, inteligencja, „niebieskie ptaki” Polski Ludowej, niektóre twarze prawie jak z „Korkociągu” Marka Piwowskiego. Czekam z Rodzicami na pociąg. Telewizor migocze jedynie słusznym śnieżeniem, partia czuwa i troszczy się, ludzie siedzą, przygaszeni, cisi. Mężczyzna oddaje mocz w rogu sali. – Nie patrz, synku – słyszę. Ale patrzę, patrzę, bo już kształtują się nawyki i matryca postrzegania rzeczywistości, kształtuje się zmysł wychwytujący turpizm, zaczyna obserwacja ojczystych cieni. Dobrze rozumiem frazę: „Czy byłeś kiedyś w Kutnie na dworcu w nocy: / Jest tak brudno i brzydko, że pękają oczy”. I to był w dużej mierze PRL, nieprzefiltrowany przez bareizmy, socjal-resentymenty, propagandę postkomunizmu – niemartyrologiczny, cwaniacko-oślizgło-beznadziejny, zepchnięty do ogólnonarodowej podświadomości jako historyczna trauma i wstyd.
2013 rok, wiosna, dworzec PKP w Poznaniu, a właściwie dwa dworce: stary i nowy. Już po 22.00. Na zewnątrz nagła burza. Nie ma gdzie usiąść – na starym dworcu Straż Ochrony Kolei przegania ludzi z niewielkiej poczekalni, chyba cudem ocalałej obok małej kawiarenki. Zielony kolor ścian, niewygodne krzesła, kilka stolików. Poczekalnie, takie z prawdziwego zdarzenia, zlikwidowano na starym dworcu, a na nowym nie ma ich wcale. Są sieciowe kawiarnie, automaty z koncernowymi słodyczami i napojami. Zatem podróżni stoją, siedzą na walizkach w dworcowym hallu, jak intruzi, jak ludzie niepotrzebni. Bo nie ma przestrzeni publicznej na dworcach urządzonych wedle logiki realnego liberalizmu. Bo prawie nie ma przestrzeni publicznej w kraju realnego liberalizmu.
Myślę czasem, skąd to, ta dzisiejsza niechęć i niezrozumienie rzeczy wspólnych. I jedna myśl świta mi w głowie, gdy tak nakładam na siebie te obrazy – dziecięce i współczesne. Że to wszystko z choroby, z choroby wstydu i nieumiejętności, choroby ucieczki i niezadowolenia, z choroby bezradności i zobojętnienia – uciekliśmy od przestrzeni publicznej, wspólnej, jednoczącej. Zbiegliśmy w te wszystkie wsobności i odosobnienia, w strategie indywidualnego przetrwania, popychani kolanem, kuksańcami, marchewką, złudzeniem, sukcesem, gniewem, nadzieją – żeby już nie siedzieć w żółtomglistym świetle PRL-owskiej poczekalni. Wyrwaliśmy się ku światłu neonów i reklam, sycącym wzrok barwom opakowań batoników, proszków do prania, wyrwaliśmy się z piekiełka zapuszczonej przestrzeni publicznej do lepszego świata. Zatrzasnęliśmy drzwi za brudem, od którego pękały oczy, i za ciepłem przaśnych, ale wspólnych miejsc. Nie pytaliśmy – pytać nie było kogo – co właściwie urządzimy sobie w zamian.
Mamy zatem swój kraj. Wypasione bryki stoją na światłach, pada gwałtowny deszcz, drogi są dziurawe, nawet te wielkomiejskie. Wypasione bryki niemal jak amfibie, w tych dziurach zalanych zbełtaną deszczówką, która spływa niemrawo pod ziemię, rynsztokami. Mamy wypasione bryki i dziurawe drogi, mamy rosnący dobrobyt i rosnące ubóstwo oraz niedofinansowanie infrastruktury publicznej. Nasi dziadkowie i rodzice już dawno zostawili na złomie maluchy, sprowadzili sobie zachodnie auta z niemieckich złomowisk. Albo kupili coś na kredyt, albo za gotówkę – bo przecież dobrodziejstwo transformacji, przejście ze świata Gorzej-Być-Nie-Może do świata realnego liberalizmu, wielu jednak się opłacało.
Ale gdy trzeba było ciągnąć ku sobie, gryźć, drapać, ustawiać się, rozpychać – to w kurzu bitewnym Wielkiej Wojny Przepoczwarzenia Ustrojowego nie widać było za dobrze, jak znika przestrzeń publiczna. I – prawdę mówiąc – kto się dorobił, nie widział potrzeby, by za nią płakać. Bo na co dworzec kolejowy szczęśliwemu posiadaczowi sprawnego samochodu, sprowadzonego z Niemiec? Wreszcie można było się odseparować, wyłączyć z ogółu, który kojarzył się bardziej z kolejką niż z przygaszoną „Solidarnością”, wyjść z tej śmierdzącej poczekalni. Nareszcie można było zjeść batonika, popić słodkim napojem z plastiku, zmienić szarawy proszek „Ixi” na taki pachnący, z granulkami, wyremontować kuchnię, łazienkę, zacząć żyć, konsumować, być i tyć. O, błogosławiona wsobności życia w III Rzeczpospolitej! O, święta obojętności wobec śmierdzącej ojczyzny! Zróbmy sobie inną! No to zrobiliśmy…
Wiem, brzydko piszę. Wypadałoby trochę socjalistycznej litości dla Polski Ludowej i nieco prawicowego, mało zobowiązującego wzruszenia nad umęczoną ojczyzną. Kłopot w tym, że tak się nie da. Bo z ziemi peerelowskiej do trzeciopospolitej przeszliśmy jednak dość obrzydliwie, choć może trudno było inaczej. A skąd ta obrzydliwość? Bo tę Polskę nisko wyceniliśmy i szybko rozparcelowaliśmy, nie daliśmy sobie i jej większych szans, żeby coś wspólnego dla wszystkich z niej ocalić – fizycznie, nie nadrealnie. Przetransferowaliśmy tę Polskę do własnych kieszeni i ona tam teraz cicho pobrzękuje judaszowym groszem. I gdy się dobrze wsłuchać, słychać ją zarówno z kieszeni starych esbeków, jak i prawdziwych Polaków. I z kieszeni małomiasteczkowego urzędnika, i z portfela zasłużonych dla budowania społeczeństwa obywatelskiego. A o czym ta Polska brzęczy, o czym kwili? Kto wie, może o tym, że jej tam wygodniej i lepiej niż w peerelowskiej poczekalni. Bo przecież, powiedzmy to jasno, ona w ciągu stuleci chyba do tego przywykła, że trafia z kieszeni do kieszeni, a zakładam, że źle się jednak czuła w żółtym poblasku peerelowskiej poczekalni, pełnej ludzi, którzy przestali już wierzyć megafonom. A może i tam było jej nie najgorzej? Gdy parowała ciepłą strużką uryny na dworcowej poczekalni, gdy wzlatywała pod niebo robociarskimi modlitwami pod stoczniową bramą, gdy siedziała w szkolnej stołówce, przełykając szpinak i kożuch od mleka oraz drobiła fluoryzowanymi zębami cienko krojoną kiełbasę. Nie wiem, Polska jest małomówna, zamknięta w sobie jak latami poniewierana kobieta.
Oczywiście, teraz jest ładniej i niekiedy całkiem sensownie. To duży plus. Do tego mamy demokrację, czyli hegemonię zapętleń polityczno-biznesowo-medialnych. Mamy pluralizm środków masowego przekazu, czyli dużo propagandy plus nisze dla kontestatorów. Mamy wreszcie uznanie dla prywatnej własności, czyli społeczeństwo szybko organizujące się w systemie rosnącego rozwarstwienia ekonomiczno-kulturowego. Mamy ciepłą wodę w kranach, marsze niepodległości, marsze szmat i grupy rekonstrukcyjne. Mamy IPN, wycieczki do Egiptu, ołtarze na Boże Ciało tuż przy „Biedronce”, mamy też awangardę postępu, wielką księgę cipek, Janusza Palikota, giełdę i Jeremiego Mordasewicza. Mamy Dzień Żołnierzy Wyklętych, zwęglone szczątki Jolanty Brzeskiej, „Pocztówkę z wakacji”, tanie kondomy „Conamore”, spór o in vitro, Amber Gold, rotmistrza Pileckiego, rok Tuwima, ogólnopolskie nieustające zawody całowania w dupę w ramach ścieżki (jakiejkolwiek) kariery zawodowej. Do tego mamy prasę codzienną i niecodzienne wydarzenia muzyczne, jak koncertowo spieprzone Ursynalia 2013. Jest kolorowo, jest dużo tematów na newsa, z których większość nie dotyczy tego, co powinna.
Dawno temu w miasteczku Śrem (a może był to Czempiń?) istniała knajpa „Kosmos”. Tam odlatywano naprawdę daleko, dalej niż Gagarin i Hermaszewski, fruwano na smugach smrodu znad szynkwasu, w oparach piwnej piany ściekającej po brzegach kufli z grubego szkła. Tam przeciętni obywatele Polski Ludowej śnili swój sen kolorowy, sen malowany. Czy byłeś kiedyś w knajpie „Kosmos”, w miasteczku, nocą? Brzydko było, pękały oczy, marynarki, szczęki, serca kobiet i mężczyzn, kurewek i taksówkarzy, badylarzy i inteligentów. Aż zamknęli „Kosmos”. I zajaśniała jutrzenka swobody. I wyszli, i zatrzasnęli drzwi. Zobaczyli, że zaraz będzie lepiej.
I jest lepiej, bracia rodacy. Naprawdę jest lepiej, siostry. Wygraliśmy, dla nas wygrali oni. Mamy urocze knajpki, estetyczne kubeczki z aromatyczną kawą, kolorowe drinki, młodzież hipsterską i tolerancyjną, chillouty – bo wyciszenia nam czasem trzeba, gdy już brak sił w zawodach w całowaniu w dupę. Tamci, te niedobitki z „Kosmosu”, z poczekalni, ze śnieżącego telewizora, to już nazwiska na nagrobkach, renciści i emeryci, zasłużeni politycy, zasobni biznesmeni, autorytety (a)moralne. I czy to ich wina, że nic więcej nie wiedzieli, że mogli tylko wyjść z „Kosmosu”, z poczekalni, z gmachu KC PZPR, zleźć ze styropianu, że mogli się sfrajerzyć lub wycwanić, trzecie nie było na ogół dane? Co oni winni, że mogli tylko uwierzyć, że będzie jak na Zachodzie, gdy się bary piwne zastąpi fast foodami, gdy się wyprzeda Polskę Ludową w ramach wielkiej, posezonowej, historycznej i geopolitycznej obniżki cen?
Chciałbym okłamać czytelnika, że czasem śni mi się ta peerelowska poczekalnia dworcowa, żółto-śmierdząca, że śni mi się katalog twarzy stamtąd. A we śnie gra nowoczesny telewizor i szarzy ludzie oglądają „Must be the music”. I mówią do mnie ze smutną miłością: „o taką Polskę dla Ciebie walczymy!”. Ale wcale mi się to nie śni. Może widzę we snach co innego: dwoje kochanków, szepczą do siebie – zróbmy sobie Polskę… Ale budzę się i czytam, że jednak demograficzny niż. I chce mi się śmiać, i wzruszyć ramionami, i krzyczeć. I zostać, i wyjechać.