Rewolucja wyobraźni, rewolucja ignorancji

Rewolucja wyobraźni, rewolucja ignorancji

Gdy myślę o kryzysie opinii publicznej w Polsce, przychodzi mi do głowy m.in. taki istotny element. To „lewicowość gimbusów” i „liberalizm kuców”, czy ściślej – ich źródła. Otóż za negatywne zmiany wyobraźni społecznej – której płaszczyznami są nasz język, symbole i kody kulturowe, etyka oparta na współczuciu i zdolność do pogłębionej, bezinteresownej refleksji nad rzeczywistością – odpowiada także system edukacji. Owszem, utylitaryzm życia w świecie dążącym do hegemonii i apoteozy urynkowienia również nie jest bez znaczenia, jest jego tłem albo naczelną relacją. Ale gdy w publicznej, niedofinansowanej i zbiurokratyzowanej szkole umierają pospołu poezja i matematyka – bądźcie pewni, że totalizm spłaszczonych myśli i opinii oraz jego reprezentanci czyhają za progiem także na was. Jakie ów totalizm przybiera barwy, właściwe dla różnych grup społecznych i subkultur ideowych – to już nieco inna kwestia. Ale jednako obawiam się tych, którzy nie są w stanie dostrzec majestatu i delikatności fraz: „Stabat mater Dolorosa / iuxta crucem lacrimósa, / dum pendébat Fílius”, bo wszędzie widzą księży-pedofili, jak i tych, co wyzywają innych od komuchów, bo „arcypolskość” zbudowali na banałach o Polaku-katoliku, Polaku-neokonserwatyście czy Polaku-narodowcu jako wzorcu patriotyzmu i probierzu polskości.

Celowo użyłem powyżej określenia „kryzys opinii publicznej”, które jest szersze niźli „kryzys prasy/mediów”. Często dostrzegamy najpierw drobiazgi. Coraz bardziej fatalny jest język informacji, co pokazują choćby internetowe „nagłówki nie do ogarnięcia”. Podam tylko jeden przykład, na czasie, znaleziony w „Życiu Warszawy”: „Policja pobiła Wiplera, czy to on został pobity?”. Dodajmy do tego teksty, których nierzadko już się w redakcjach nie poprawia albo robi to pobieżnie, bo czekają setki innych zajęć, czasem coraz gorzej płatnych. Książki, także naukowe, również podręczniki, okraszone są coraz większą ilością błędów: od gramatycznych do merytorycznych przez stylistyczne. Wydaje się, że wydawcy i redakcje dochodzą do przekonania, że i tak tego nie spostrzeże czytelnik-komentator, który ledwo już zna poprawnie język ojczysty. Odbiorca, którego w dodatku w szkole wyuczyli czytać nie tyle ze zrozumieniem, co wedle narzuconych kluczy, niezbędnych do prawidłowego zdania matury. Tak hoduje się dzieci systemu.

Dodajmy do tego jeszcze bełkot i fałsz, prymitywizm codzienny, który ludzie – niezależnie od deklarowanych poglądów – chętnie sami finansują. I cóż, płacą za kolonizację własnych myśli więcej niż konsumenci w krajach Zachodu. A ich pieniądze i tak wędrują na ogół za granicę. Zabawię się słowami: kolonizacja naszych myśli to (neo)kolonialny majstersztyk. Właściciele stacji telewizyjnych jako punkt umowy powinni przedstawiać zapis: Szanowni Państwo – płacicie nam za to, że czynimy was głupszymi i bardziej uległymi wobec naszej wizji świata. I bardzo się cieszymy, że tak już pewnie zostanie, ku pożytkowi naszych udziałowców. Dziękujemy, że czas, który moglibyście Państwo poświęcić drugiemu człowiekowi, własnym myślom i uczuciom, inwestujecie w naszą działalność – wspieranie i umacnianie mentalnego niewolnictwa.

To dopiero początek kłopotów. Kiedyś sądziłem – to dość rozpowszechniony pogląd – że głównie nowe instrumenty medialnej komunikacji są odpowiedzialne za tę trywializację, pogłębianie się tendencji post-politycznych,  zanikanie kultury wyższej w przestrzeni publicznej. Ale rzecz przede wszystkim w nowej obyczajowości, bezkulturze, które wynikają także z demontażu edukacji. Bo nawet jeśli prawdą jest, że środki przekazu oferują towar coraz gorszej jakości, to problemem jest znaczny niedobór „kulturowych przeciwciał” w przestrzeni publicznej. Jeśli ludzie są od dziecka uczeni myślenia o świecie jak psy Pawłowa, na zasadzie reakcji na wdrukowane skojarzenia, narzucane stereotypy, to musi to prowadzić do coraz dalej idącego konformizmu myśli, przystosowania do popularnych wzorców. Powtórzę – jeśli pośród szkolnych murów giną poezja i matematyka, to bądźcie pewni, że znacząco osłabnie duch i ruch oporu wobec telewizyjnych obrazów i gadających głów. Co zostanie? Dyktatura symbolicznej przemocy, przyzwolenie na hegemonię każdego prymitywizmu – byle to był „nasz” prymitywizm.

To zjawisko świetnie koreluje z innym, czyli zgodą na czarno-biały obraz świata. To świat kieszonkowych, ponurych inkwizytorów i funkcjonariuszy myśli. Takimi wychodzą już ze szkoły, oduczani subtelności, wyrafinowania, humoru innego niż ten, który posiłkuje się dołączonym opisem: „śmiech/aplauz”. Świat musi być prosty, musi być łatwo wytłumaczalny, nic nie może wyrastać poza granice ideologicznie wyznaczonego „dobra” i „zła”. Nic i nikt nie może się wymykać poza horyzont spłaszczonych znaczeń, definicji otoczonych ideologicznymi zasiekami, strażniczymi wieżyczkami zbudowanymi ze słów.

A dodajmy do tego zmęczenie i konieczność przystosowania się do coraz mniej przyjaznej rzeczywistości, które dyktują milionom ludzi warunki egzystencji. Jednomyślność w bezmyślności jest jedną z ostatnich desek ratunku przed samotnością w tłumie. Daje jeszcze jakąś identyfikację z odpowiednio szeroką grupą współwyznawców tej lub innej bezmyśli. Pytacie, dlaczego w Polsce nie ma ruchu masowych protestów? Bo wielkie zwierzę społeczne nie chce żadnej rewolucji – chce odpoczynku, także od wyobraźni, która wiele kosztuje. Chce wytchnienia po godzinach, dniach, miesiącach, latach i dekadach zaciskania pięści, ust, a coraz częściej także pasa. Chce, żeby dać mu święty spokój. A przecież każdy bunt zaczyna się gdzieś między snem, marzeniem i wizją.

Gdy pastor King zawołał: I have a Dream!, to ukazywał świat zrodzony z niezgody, która obudziła się w jego sumieniu i wyobraźni. A jakie są nasze sny? Nie pamiętamy – jesteśmy zmęczeni. A jeśli pamiętamy, brak nam języka, w jaki je ująć – bo umierają słowa i symbole, którymi można było opowiadać sny. Bo znikają pomosty między marzeniem a rzeczywistością, skoro pospołu umierają poezja i logika. W kraju smutnych helotów ład społeczny wymaga podtrzymywania braku wyobraźni i podsycania deficytu wyobrażeń. A jeśli dziś podnoszą się głosy, że współczesna kultura jest nihilistyczna, to już trudniej spostrzec niektórym, że nie stoi za tym spisek gejów i feministek, lecz logika wielkich kapitalistycznych, transnarodowych koncernów medialnych, zarabiających na zapychaniu ludzkich głów coraz bardziej miałkim przekazem. Wystarczy przejrzeć program telewizyjny, by spostrzec, kto i jak faktycznie formuje współczesnego człowieka.

Oczywiście, wiele procesów nakłada się na siebie. To, co postrzegamy zmysłami – od głupoty zdań do brzydoty przestrzeni – to już tylko nieustanny jazgot sprzężeń zwrotnych. Upadek systemu edukacji wiąże się przecież z biernością społeczną wobec klasy politycznej, z triumfalizmem dużej części prawicy w momencie, gdy do władzy doszła AW„S”. Wprowadzono wówczas wielkie „reformy”, których fiasko po nieledwie kilkunastu latach oglądamy na własne oczy. Kolejnym problemem jest fundamentalna słabość i dziedzictwo postkomunistycznej lewicy, która stanowi część oligarchicznego porządku III RP, nie dawała zatem nigdy żadnej godnej zaufania alternatywy dla politycznej reprezentacji warstw posiadających. To wszystko wiąże się z kolei z uwarunkowaniami transformacji, z zakorzenianiem się nowych kalek ideologicznych jeszcze w latach 80., z przejściem od gospodarki planowego niedoboru do gospodarki hiperkonsumpcji, w której jednak praca i płaca okazują się towarem coraz bardziej deficytowym.

Wrócę jeszcze do kwestii wyobraźni społecznej, jej powolnego konania. Robocza teza brzmi następująco – w życiu publicznym mamy do czynienia z dwoma radykalizmami. Ten pierwszy jest radykalizmem wyobraźni, ma charakter afirmatywny. Drugi jest radykalizmem ignorancji, strachu i uprzedzeń. Opiera się na nihilizmie i negacji, niezdolnych poruszyć z posad bryłę świata – służy raczej wzmocnieniu najgorszych jego cech, łącznie ze zniewoleniem i przyzwoleniem na niesprawiedliwość. Jest resentymentem. W rzeczywistości społecznej, biorąc pod uwagę rozliczne jej uwarunkowania, te dwa radykalizmy nigdy nie występują w sposób absolutnie rozłączny. W przypadku społecznego dążenia do zmiany przenikają się one, tworząc nowe struktury i nowe zależności. Być może to było właśnie udziałem rewolucji pierwszej „Solidarności” i to też ukazuje metapolityczne przyczyny jej wyczerpywania, a także degeneracji jej elit, którą w pełnej krasie zobaczyliśmy już w III Rzeczpospolitej. Z kraju marzeń „Solidarność” przeszła w rzeczywistość, by w zetknięciu z jej materią przepoczwarzyć się we władzę posolidarnościowych i postkomunistycznych „równiejszych pośród równych”.

Nie jest tak, że rewolucje wyobraźni i ignorancji utożsamiają zawsze jedne i te same grupy społeczne albo że są one przywilejem lub przyrodzoną cechą jakiejś klasy namaszczonej przez dzieje. Inteligencja, robotnicy, prekariusze, klasa średnia – wszyscy noszą w sobie pierwiastki sprzyjające obu tym rewolucjom. Lumpenproletariacka pogarda dla kultury wyższej może iść ręka w rękę z przekonaniem intelektualistów, że są jedynymi depozytariuszami racji i dobra publicznego/wspólnego. Problem polega raczej na tym, że   gdy masy częściej jako jedyne narzędzie reakcji na doznawane zło mają rozpacz i przemoc fizyczną, to warstwy uprzywilejowane mogą korzystać z subtelnych narzędzi manipulacji społecznej, jaką dają pieniądz i gospodarka, kontrola nad przekazem treści czy możliwość kształtowania prawa i struktur instytucji publicznych. To rodzi fałszywe przekonanie, że właśnie warstwy wyższe są depozytariuszami myśli i wyobraźni, nawet gdy żyją uprzedzeniami i kierują się najciemniejszymi z popędów – strachem i nienawiścią wobec obcych. Rzadko jednak mamy wgląd w to, co się dzieje w pałacach aktualnych zwycięzców – widzimy z reguły tylko ulicę. Dlatego to ona wydaje się nam bardziej niebezpieczna, bo nie widzimy banksterów za biurkami i polityków na bankietach u oligarchów. Ale to ich wypielęgnowane białe dłonie są niebezpieczniejsze od pięści zaciskanych na ulicach.

Ostatecznie granice rewolucji wyobraźni i ignorancji przebiegają także w naszym wnętrzu, wytyczają linie pomiędzy myślami a postawami. Wielkie zwierzę społeczne żyje dziś w ciemności i karmione jest ciemnością. My, gdy chcemy zobaczyć piękno zdarzeń i myśli, liść trawy, skrawek nieba, krzywdę ludzką (nie pytając, czyją ona nosi twarz), troski świata, horyzonty nad sobą – musimy wyjść poza tę ciemność, poza spłaszczony świat. Inaczej na zawsze pozostaniemy w tym, co jest tu i teraz, zaskoczeni, że żadna ideologia, żaden szyld partyjny i środowiskowy, żadna wojna obyczajowa i (anty)religijna, największa dotacja i najsłuszniejsza racja nie pozwalają zmienić świata naprawdę na (trochę) lepszy.

Nie pozwólmy zamknąć wyobraźni w więzieniu. A reszta będzie nam dana.

Wielki Brat i wielu mniejszych braci

Wielki Brat i wielu mniejszych braci

W ostatnich tygodniach sporo mówi się o inwigilacji obywateli przez Wielkiego Brata. Wywołało to dyskusje dotyczące naszej prywatności i jej ochrony. Na temat społecznych, obywatelskich, gospodarczych i prawnych następstw zachodzącej rewolucji cyfrowej oraz konsekwencji rozprzestrzeniania się internetowych form komunikacji dla naszego życia publicznego i prywatnego rozmawiamy z Jędrzejem Niklasem, prawnikiem, członkiem zespołu Fundacji Panoptykon.

***

Czy możemy w ogóle mówić o wolności w Internecie? Co wyznacza jej granice i charakter?

Jędrzej Niklas: Rozpowszechnione jest przekonanie o Internecie jako strefie anonimowej, gdzie równocześnie nikt nas nie kontroluje, gdzie jesteśmy zupełnie swobodni, choćby w wymiarze wzajemnej komunikacji. Trzeba jednak pamiętać, że u swych źródeł Internet miał służyć celom czysto militarnym, bardzo utylitarnym. Nie była to sfera skonstruowana z myślą o tym, żeby jej użytkownik mógł zachować anonimowość – to tylko częste wrażenie coraz bardziej masowych użytkowników. Jest regułą, że zarówno firmy komercyjne, jak i państwa korzystają z sieciowych zasobów danych, ze śladów, które zostawiamy w Internecie, i w ten sposób osiągają własne cele, udoskonalając metody kontroli przepływu informacji.

Gdzie szukać źródeł tego zjawiska?

J. N.: W wymiarze merkantylnym podstawowa przyczyna to pieniądze, które można zarobić w Sieci. To ogromny rynek. Wiceprzewodnicząca Komisji Europejskiej, Viviane Reding, odpowiedzialna również za kwestie ochrony danych osobowych, stwierdziła, że te dane wycenia się na 315 miliardów dolarów. Na globalnym rynku, z jakim mamy dziś do czynienia, informacje cyfrowe stały się czymś w rodzaju ropy naftowej.

Używane jest określenie „cyfrowy kapitalizm”.

J. N.: Wprost wskazuje ono na to, że motorem napędowym wielu procesów gospodarczych stała się informacja. Jest atrakcyjna finansowo dla firm. Można zapytać, czy odpowiada to nam jako obywatelom i konsumentom. I od razu pojawia się kwestia społecznej i indywidualnej świadomości procesów zachodzących w Sieci.

Z reguły mówimy, że to wielkie korporacje wykorzystują cyfrowy kapitał. W rzeczywistości podmioty zaangażowane w „rynek Sieci” działają na każdym szczeblu. Skupię się jednak na dużych firmach, które kontrolują do 80 proc. globalnego rynku. To m.in. Microsoft, Google, Amazon, w mniejszym stopniu Facebook. Są to właściwie monopole, z którymi bardzo trudno konkurować. Istotne jest również amerykańskie pochodzenie tych korporacji, które wiąże się też z faktem, że Internet powstał w Stanach Zjednoczonych. Spora część jego infrastruktury jest nadzorowana przez organizację ICANN (Internet Corporation for Assigned Names and Numbers – Internetowa Korporacja ds. Nadawania Nazw i Numerów), która niby jest niezależna, ale podlega Departamentowi Handlu Stanów Zjednoczonych. To także pokazuje, że Internet jest amerykocentryczny.

Panuje dość powszechna opinia, że zaletą Sieci jest np. darmowość wielu usług, np. bezpłatny dostęp do poczty elektronicznej. Naprawdę nic za to nie płacimy?

J. N.: To iluzja. Użytkownicy Sieci płacą swoimi danymi, informacjami, które nierzadko krążą w obiegu marketingowym poza jakąkolwiek społeczną/obywatelską kontrolą, są przekazywane innym podmiotom. Podam pewien przykład. W trakcie ostatniej kampanii przed wyborami na prezydenta USA sztaby wyborczy skupowały informacje od Amazonu itp. graczy, tworząc sprofilowane mini-kampanie, skierowane już do konkretnych wyborców. W ten sposób jesteśmy „wyławiani” z tego pozornie anonimowego oceanu Sieci.

W jaki sposób, z pomocą jakich narzędzi dokonuje się ten proces?

J. N.: Kluczem będzie profilowanie, czyli kategoryzowanie osób według różnych cech, i tworzenie na podstawie tych – czasami nieskorelowanych – informacji pewnych założeń na temat stworzonych „segmentów konsumenckich”. Jeśli badania rynku wskazują, że np. osoby płci żeńskiej w wieku od 16 do 19 lat, zamieszkałe w większych miastach, wybierają odzież marki „X”, to wiadomo, że każda kolejna osoba spełniająca te kryteria stanie się jeszcze jednym celem marketingowym. I będą wysyłane jej reklamy tej właśnie marki. Tego typu reklamy mają rzekomo odpowiadać na nasze potrzeby. Pytanie brzmi jednak: czy chcemy w ogóle być wtłaczani w takie kategoryzacje, które mają odzwierciedlać nasze preferencje, a równocześnie je determinować? Kryje się tu również ogromne pole do manipulacji, do kreowania potrzeb.

Z drugiej strony kulturowo tego typu narzędzia mogą służyć do wykluczania właściwie całych podgrup społecznych. Tutaj sprawa jest poważniejsza niż reklama dżinsów czy butów. Profilowanie treści może powodować, że np. mieszkańcy wsi nie będą otrzymywali pewnych ofert edukacyjnych, gdyż sytuują się poniżej jakiegoś pułapu wyznaczonego marketingowo. Ponadto tak postrzegane profilowanie to również narzędzie dyskryminacji ze względu na płeć, rasę, orientację seksualną i wiele innych cech czy postaw. Ten ostatni przykład jest o tyle interesujący, że już dziś spotykamy się z reklamą sieciową skierowaną do mniejszości seksualnych. Ale tu pojawia się pytanie, czy chcemy, żeby reklamodawcy zbierali o nas tego rodzaju dane. W efekcie Internet stwarza zupełnie nowe ryzyka dyskryminacyjne.

Ten obraz Sieci nie jest zbyt optymistyczny. A przecież często mówi się dziś o „wykluczeniu cyfrowym” jako problemie społecznym. Cyfryzacja i modernizacja często wymieniane są niemal jednym tchem.

J. N.: Istnieje tendencja, zgodnie z którą całość życia społecznego jest „przenoszona” do Sieci. W ten sposób kreuje się całe wzorce zachowań, np. buduje iluzję, że Internet zaspakaja choćby potrzeby związane z kontaktem z drugim człowiekiem.

Rosnąca skala korzystania z Sieci jest faktem, ale to nie powinno oznaczać sytuacji, w której coraz więcej informacji publicznie dostępnych jest tylko w wersji cyfrowej. Ponadto już dziś występuje pewna tendencja, obecnie silniejsza w USA, która może się pogłębić także w naszej przestrzeni kulturowej, że osoba, która nie ma konta na jakimś znanym serwisie, staje się kimś podejrzanym. Bo pojawia się pytanie: dlaczego nie chce iść za trendem? Jeśli tego typu wzorce będą się umacniać, kulturowy przymus bycia obecnym w Sieci może warunkować dostęp do innych usług albo wpływać na naszą atrakcyjność na rynku pracy itp.

Kilka miesięcy temu pojawiła się informacja o bankach działających w Polsce, które chciały oferować swoim klientom bardzo atrakcyjne rabaty, ale warunkiem było udostępnienie informacji, jakie osoby te umieszczają na swoich profilach w portalach społecznościowych. Wiadomo, że na rynku usług bankowych panuje już duże nasycenie, że coraz trudniej znaleźć kolejnych prywatnych kredytobiorców, na których się zarabia. Stąd tworzenie nowych form dotarcia do klienta, także poprzez próbę korzystania z tego typu informacji.

Sposób korzystania z danych dostępnych w Sieci pokazuje równocześnie, jak kształtują się relacje władzy. Niesymetryczność w dostępie do zasobów informacji uzmysławia, kto ma tę władzę. W tym przypadku będą to korporacje.

A wiemy także, jak trudno jest dochodzić np. rzeczowej informacji od administratorów dużych portali społecznościowych. I to wszystko w sytuacji, gdy sami zostawiamy tam całą masę danych.

J. N.: I mamy na to przykłady pośród największych portali społecznościowych, które bywają mało transparentnymi firmami, a próby kontaktu z nimi nie są łatwym zadaniem. Inna rzecz, że robimy to za własną zgodą. W idealnym modelu użytkowania Sieci powinniśmy być świadomymi konsumentami, którzy czytają regulamin oraz dobrze wiedzą, co się dzieje z udostępnianymi przez nas informacjami. Ale te regulaminy polityki prywatności są bardzo skomplikowanymi dokumentami, którymi czasami nawet prawnicy nie umieją się dobrze posługiwać. To jest zresztą pytanie, w jaki sposób przekazywać wiedzę na ten temat ludziom, którzy na ogół nie operują tak technicznym językiem i właściwie nie są zainteresowani poznaniem zagadnień, o których tu mówimy.

Całkiem niedawno mieliśmy do czynienia z dużymi protestami w sprawie ACTA. Problem został zażegnany na dobre?

J. N.: Sądzę, że ta konkretna sprawa została zamknięta. Ale mamy już kolejną, dotyczącą umowy w sprawie wolnego handlu. Mówię o TTIP, czyli Transatlantyckim Porozumieniu o Handlu i Inwestycjach. Negocjacje rozpoczęły się w lipcu i mają skończyć jeszcze przed upływem kadencji tej Komisji Europejskiej. Mandat negocjacyjny nie wskazuje jasno na to, by rozmowy dotyczące tej umowy obejmowały kwestię ochrony danych. To oficjalnie. Ale już dzisiaj wiadomo, że dyskusja o przepływie takich danych do USA jest podejmowana w trakcie negocjacji. Niedawno José Bové, europoseł z frakcji Zielonych, zażądał, żeby te dokumenty negocjacyjne ze strony Unii Europejskiej zostały ujawnione.

Do tego dochodzą ogromne kontrowersje związane z już obowiązującymi schematami przekazywania do USA danych o pasażerach linii lotniczych (tzw. dane PNR) czy danych bankowych. Pod znakiem zapytania stoi również program transferu informacji do amerykańskich firm, czyli Safe Harbour.

Osobna kwestia dotyczy podejścia do danych osobowych, a zapewne prędzej czy później pojawi się ona w tych negocjacjach. Tu istotna dygresja: przy protestach związanych z ACTA pojawił się element, który (nie tylko moim zdaniem) był jednym z czynników przesądzających o masowym oporze. Mówię o obawie przed brakiem dostępu do książek, filmów i muzyki w wersji cyfrowej. Gdy natomiast zabiera się nam prywatność czy kontrolę/władzę nad dotyczącymi nas informacjami, to mam wątpliwości, czy tłumy wyjdą na ulice, by tego bronić. Być może jest to sprawa zbyt abstrakcyjna i ludzie nie czują, że coś jest im odbierane.

I znów wracamy do problemu niskiej świadomości reguł rządzących w Sieci oraz reguł prawnych dotyczących tego, co dzieje się z naszymi danymi osobowymi.

J. N.: Nie dziwię się, że tak jest. Reguły dotyczące przetwarzania danych oraz ich ochrony są bardzo hermetyczne, uzupełniane czasami o skomplikowane technicznie sformułowania. W Unii Europejskiej trwa obecnie reforma prawa o ochronie danych osobowych, Parlament Europejski złożył już cztery tysiące poprawek. Gigantyczna, intensywna praca. Działają tam równocześnie bardzo silne grupy lobbingowe.

Rozporządzenie o ochronie danych osobowych ma obowiązywać bezpośrednio w całej Unii Europejskiej, czyli automatycznie zastąpi istniejące przepisy krajowe. Co istotne, będzie dotyczyło wszystkich firm, które oferują usługi na europejskim rynku, także tych największych, które do tej pory podlegały regulacji prawnej np. w USA. W trakcie prac nad tym dokumentem pojawiają się bardzo ważne postulaty, m.in. wprowadzenia szerszej definicji danych osobowych, ograniczenia profilowania czy obowiązku każdorazowego uzyskiwania „wyraźnej” zgody na przetwarzanie danych. Są to propozycje, które mają dostosować obecne prawo do nowej cyfrowej rzeczywistości.

Notabene: mamy ogólne badania Eurobarometru wskazujące, iż 70 proc. Europejczyków niepokoi to, że ich dane są przekazywane innym komercyjnym podmiotom przez firmy, którym je pierwotnie udostępnili. Tylko 26 proc. użytkowników serwisów społecznościowych i 18 proc. klientów sklepów internetowych ma poczucie pełnej kontroli nad swoimi danymi. Z kolei 43 proc. badanych twierdzi, że proszono ich o podanie większej ilości danych osobowych, niż było to konieczne. Liczby te dowodzą, że obywatele-konsumenci potrzebują nowej jakości w ochronie swojej prywatności.

Jak w naszych warunkach uświadomić ludzi, że mają swoje prawa i mogą z nich korzystać?

J. N.: To duże wyzwanie, także edukacyjne, choćby dla takich instytucji jak Generalny Inspektor Ochrony Danych Osobowych. Wiem, że GIODO prowadzi kampanie skierowane do nauczycieli. Ale ogólnie biorąc – moim zdaniem – edukacja medialna czy edukacja związana z Internetem jest u nas bardzo skromna. A przecież to właśnie młode pokolenie będzie kształtowało rzeczywistość za jakieś 20 lat. Ono już teraz przyzwyczajone jest do tego, żeby z Sieci korzystać niefrasobliwie, a co za tym idzie, że bardzo łatwe udostępnianie informacji jest warunkiem uczestnictwa w cyfrowym świecie.

Jednak ta „zależność od Sieci” dotyczy przecież również organizacji społecznych…

często głoszących alternatywne sposoby funkcjonowania w świecie korporacyjnego kapitalizmu.

J. N.: …a ich demonstracje, dyskusje, wydarzenia zwoływane są przez komercyjne portale społecznościowe. Rozumiem, że istnieje potrzeba dotarcia do jak najszerszej grupy odbiorców. I choćby przykład Arabskiej Wiosny czy protestów w trakcie wyborów w Iranie pokazuje, że może to być pożyteczne narzędzie. Ale – to moja sugestia – może organizacje społeczne w Polsce powinny pomyśleć nad stworzeniem w Sieci sfery wzajemnej komunikacji na bazie wolnego oprogramowania.

A co jest dla nas większym wyzwaniem w Sieci: korporacje czy instytucje państwowe? A może te zależności są bardziej złożone?

J. N.: Pewne modele gromadzenia informacji, które wykształciły się w końcówce lat 90. XX w. i na początku XXI w., związane były z ich wykorzystywaniem do celów komercyjnych przez podmioty gospodarcze. Dostaliśmy jednak przy okazji architekturę technologiczną gotową do nadużyć. Umożliwiła ona później państwom i ich służbom korzystanie z już zgromadzonych zasobów. Widać to chociażby w przypadku PRISM i innych programów służących masowej inwigilacji obywateli.

W Polsce też mamy do czynienia z czymś podobnym – mam na myśli retencję danych telekomunikacyjnych. Ustawa dotycząca tych kwestii jest fatalna. Firmy gromadzą spore ilości danych o użytkownikach telefonów, a później służby przy pomocy odpowiednich przepisów wyciągają od nich te informacje. Odpowiedzialność za to, że inwigilacja jest coraz bardziej powszechna, spoczywa więc po obu stronach.

Z drugiej strony uważam, że prywatność w dzisiejszym świecie nie obroni się sama i potrzebuje bardzo silnych, dobrych narzędzi państwowych. W tym instrumentów kontroli ze strony instytucji takich jak GIODO, która może wymóc na podmiotach komercyjnych i państwowych przestrzeganie określonych standardów ochrony praw obywatelskich.

To właściwie zderzenie dwóch filozofii: bardziej wolnorynkowej i takiej, która uwzględnia polityczny i społeczny wymiar zachodzących procesów.

J. N.: Ten problem relacji między społeczeństwem, instytucjami państwa i podmiotami reprezentującymi rynek bardzo dobrze widać przy okazji europejskiej dyskusji o ochronie danych osobowych. W Stanach Zjednoczonych model ochrony jest bardzo słaby, rozczłonkowany i często opiera się na samocertyfikacji – firmy deklarują, że przestrzegają pewnych standardów, ale możliwości kontroli tego są niewielkie. Amerykańscy lobbyści, którzy przyjeżdżają do Brukseli, próbują forsować pogląd, że to, co przyjmie UE w sprawie ochrony danych osobowych, zniszczy innowacyjność w Europie, że gospodarka zostanie stłamszona, utraci się miejsca pracy. Jako alternatywę przedstawia się „kodeksy dobrych praktyk”.

W rzeczywistości jednak te samoregulacje są zupełnie uznaniowe i pozwalają na praktyki łamiące prawo do prywatności. Znana jest historia amerykańskiej nastolatki, która dostała reklamę skierowaną do osób w ciąży i w ten sposób dowiedzieli się o tym jej rodzice. Firma celnie sprofilowała ją na podstawie posiadanych danych, choćby przeglądanych przez nią stron internetowych. Notabene informacja o tym, ze ktoś jest w ciąży, jest bardzo wysoko notowana na giełdach danych. Kobiety w ciąży są tymi konsumentami, którzy kupują o wiele więcej, a produkty skierowane do nich są droższe i bardziej różnorodne.

A może zaciera się „staroświecka” różnica między tym, co prywatne, a tym, co publiczne?

J. N.: Z pewnością jest tak, że coraz więcej treści, które wciąż traktujemy jako prywatne, krąży w obiegu publicznym. Dotyczy to naszych poglądów, upodobań, sympatii politycznych, kwestii ideowych. Informacja zapisana w Sieci już tam zostaje, jest na serwerach, nawet „przykryta” może dotrzeć do podmiotów i osób, z którymi niekoniecznie chcielibyśmy się nią dzielić. Oprogramowanie działające w Sieci na różne sposoby „zachęca nas” do pozostawienia jak największej ilości takich śladów. W gruncie rzeczy mamy więc do czynienia z „postępem”, który ogranicza obszar naszej wolności.

Reakcje na to są różne, choćby położenie nacisku na wolne oprogramowanie, omijanie komercyjnych dróg komunikacji. To jest technicznie możliwe, ale znaczna część konsumentów woli narzędzia powszechnie dostępne, nierzadko lepiej się sprawdzające i bardziej przyciągające oko. Co prawda kontestacja tego „sieciowego głównego nurtu” jest już czymś trwale wpisanym w rzeczywistość Internetu, ale amerykański profesor Eben Moglen, prawnik zajmujący się nowymi technologiami, twierdzi, że to być może ostatni moment, w którym możemy zawalczyć o swoją wolność w Sieci, o ile nie jest już na to za późno. Firmy i służby dosłownie z dnia na dzień gromadzą coraz więcej danych. Do tego dochodzi galopujący konsumpcjonizm, który tylko ułatwia tym podmiotom ograniczanie naszej prywatności. Jeżeli rzeczywistości nie zmienimy dzisiaj, gdy jest ona jeszcze do uchwycenia, jutro może być już za późno.

I tutaj warto poruszyć wątek PRISM…

J. N.: Tak jak Arabska Wiosna uzmysłowiła całemu światu, że Internet może wspomagać procesy demokratyzacji, tak PRISM wskazał, że Sieć to również obszar masowej inwigilacji. Jednak informacje, które udostępnił Edward Snowden, nie były niczym nowym. USA po zamachach na World Trade Center przyjęły szereg ustaw, które w sposób drastyczny ograniczyły prawa człowieka, wyznaczając standard ich przestrzegania w stanie wyjątkowym. Co jednak istotne, ustawodawstwo amerykańskie wpłynęło nie tylko na obywateli USA, ale dotknęło właściwie cały świat. PRISM to tylko jeden z symptomów tej tragicznej przemiany dotyczącej wolności obywatelskich. Symptom jednak bardzo jaskrawy. Bo oto wszystkie firmy internetowe dają NSA, FBI, CIA dostęp do serwerów z naszymi danymi. To sytuacja, w której wszyscy ludzie na świecie są podejrzani.

Na sesji Zgromadzenia Ogólnego Narodów Zjednoczonych prezydent Brazylii Dilma Rousseff wskazała, że USA prowadząc programy masowej inwigilacji, złamały prawo międzynarodowe w tym zakresie. W związku z tym zapowiedziała, że Brazylia będzie budowała własne połączenia światłowodowe z Europą, żeby ominąć amerykańską drogę. To jest o tyle ciekawe, że wiąże się z ewentualnym stworzeniem zupełnie odrębnej infrastruktury telekomunikacyjnej, komunikacji elektronicznej.

Otwarte zostawiam pytanie, czy służby brazylijskie same nie skorzystałyby w tej sytuacji z możliwości inwigilacji. Niedawno w Warszawie odbyła się światowa konferencja rzeczników ochrony prywatności. Była na niej także członkini Federalnej Komisji Handlu Stanów Zjednoczonych, zajmująca się m.in. ochroną danych osobowych. Stwierdziła ona: przecież służby państw Unii Europejskiej też mają odpowiednie programy. I tak jest faktycznie. Mamy choćby przykład brytyjskiej Tempory. Kilka tygodni temu dowiedzieliśmy się z kolei, że służby szwedzkie również prowadziły zakrojone na szeroką skalę działania inwigilacyjne. Dzisiejsze realia wymagają naprawdę głębokiej dyskusji na temat form kontroli nad społeczeństwami, a równocześnie o tym, jaka jest realna wartość wypracowanych przez ponad 60 lat praw obywatelskich, zawartych w Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka. Jedno jest pewne: afera PRISM otworzyła nowy rozdział w myśleniu o prawach człowieka i transparentności działań państwa.

Z jednej strony chcemy wolności, a z drugiej – bezpieczeństwa. Globalny świat to także globalne zagrożenia i wyzwania, na które państwa muszą odpowiadać. Myślę, że 11 września 2001 r. wciąż jest tu dobrym symbolem.

J. N.: „Wojna z terroryzmem” jest istotnym elementem obecnej sytuacji. W jej ramach mamy także do czynienia z kreowaniem „polityki strachu”, co służy do rozszerzania kontroli nad nami ponad miarę. Dziś wszyscy jesteśmy podejrzanymi za sprawą gigantycznych programów służących do masowego gromadzenia informacji. Czy mamy się z tym pogodzić? Ponadto: na ile efektywna jest polityka bezpieczeństwa, która oznacza coraz dalej idącą inwigilację? Ilu zamachów udało się dzięki niej uniknąć? Mamy prawo o tym rozmawiać.

Dodatkowo wydaje mi się, że administracja publiczna ma pewną tendencję – chce wiedzieć o obywatelu jak najwięcej. Dotyczy to również systemu informacji medycznej czy edukacyjnej, gdzie o pacjentach i uczniach gromadzonych jest wiele informacji, często zupełnie niepotrzebnych. Tutaj mowa już nie o bezpieczeństwie, ale m.in. o efektywności wydawania środków publicznych. I znów: odbywa się to kosztem coraz większego przepływu danych na nasz temat, przepływu pozostającego poza naszą kontrolą. Często tego nie zauważamy, wydaje się nam to nieistotne. A co w sytuacji, gdy przyniesie nam to szkodę?

A jak właściwie mamy dziś chronić swoją prywatność w Sieci?

J. N.: Pytanie, czy w ogóle możemy. Rad jest kilka – na pewno powinniśmy przejawiać zdrowy rozsądek i nie udostępniać danych, gdy nie jest to potrzebne.Warto zapoznawać się też z regulaminami, szczególnie w przypadku serwisów, którym powierzamy naprawdę duże ilości informacji na swój temat. Bo z nich możemy się dowiedzieć na przykład, czy nasze dane są przekazywane za granicę albo czy trafiają do innych podmiotów w celach marketingowych. I w sytuacji, gdy mamy przekonanie, że dzieje się z nimi coś niepokojącego, warto zwrócić się ze skargą do GIODO.

Co do praktycznych porad – warto korzystać z programów blokujących reklamy, czyszczących „ciasteczka”, czyli małe pliki wskazujące, jakie strony odwiedzaliśmy wcześniej, do jakiego miejsca się logowaliśmy. Nie będę jednak ukrywał, że sam korzystam np. z narzędzi dostarczanych przez Google, bo są powszechnie dostępne i mają niezłą infrastrukturę. Ale dla wielu programów i aplikacji istnieją alternatywne instrumenty sieciowe, dla których bardzo ważna jest także ochrona prywatności danych i które nie zbierają o nas tak licznych informacji. Jeżeli część z nas myśli poważnie choćby o produktach lokalnych czy ekologicznych, to warto mieć świadomość, że także w kwestii Sieci mechanizm wyboru obywatelskiego i konsumenckiego ma sens. Nawet jeśli nie są to w naszych realiach bardzo rozpowszechnione ruchy i postawy, to nie znaczy, że będzie tak zawsze.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Krzysztof Wołodźko, Warszawa 30 października 2013 r.

W imię „Solidarności”: jedni przeciw drugim

Coraz trudniej dziś uwierzyć w robotniczą genezę pierwszej „Solidarności”. Jeszcze trudniej postrzegać ją jako ruch społeczny o charakterze lewicowym. Interpretacje i wyobrażenia na jej temat zostały przejęte przez różne nurty prawicy, z których większość ukształtowała się jeszcze na pograniczu PRL i III RP i zawiera wiele komponentów mistyfikujących charakter ruchu. Tym cenniejszym wydarzeniem jest pierwsze polskie wydanie „Walki klas w bezklasowej Polsce”, pióra Sławomira Magali. Książka przywraca „Solidarność” lewicy demokratycznej i niepodległościowej, a zarazem stanowi znakomitą odtrutkę na postkomunistyczne mity związane z PRL, mocno zakorzenione nawet w głowach młodszych pokoleń lewicowców. I choć dla wielu będzie to kontrowersyjne, „Solidarność” – na przekór znanemu powiedzeniu Jana Pawła II – była z konieczności także ruchem jednych przeciw drugim, walką zainicjowaną przez klasę robotniczą przeciw właścicielom państwa, pracy, kapitału i zorganizowanej przemocy w realiach PRL.

Rozprawa ukazała się pierwotnie w Stanach Zjednoczonych w 1982 r. Opublikowało ją lewicowe wydawnictwo z Bostonu – South End Press. W listopadzie 1981 r. ostatni z rozdziałów dotarł do wydawców. Magala zdecydował się na pseudonim Stanisław Starski. Na przekazanie posłowia umówił się z Amerykanami na styczeń 1982 r. Ale wtedy trwała już tutaj wojna polsko-jaruzelska. Jak wspomina autor: w stanie wojennym SB usiłowało mnie internować, więc się ukryłem, co utrudniało komunikację ze światem zewnętrznym.

W tej sytuacji wydawcy zdecydowali się opatrzyć książkę własnym wstępem i rozdziałem podsumowującym. Dość krótki tekst wprowadzający to interesujące spojrzenie na „Solidarność”, Związek Radziecki, Europę Środkowo-Wschodnią, Stany Zjednoczone i Amerykę Południową oczami amerykańskiego lewicowca. Bardzo to niewygodna publikacja także dla współczesnych polskich miłośników neokonserwatyzmu. Michael Albert, autor wstępu, tak pisał: wśród ludzi, którzy uważają, że wydarzenia w Polsce mają głębokie znaczenie, są przede wszystkim ci, których możemy zbiorczo określić jako »obóz Reagana«. […] Głosząc solidarność z narodem polskim, oburzeni niesprawiedliwością w każdej postaci, ludzie ci niewiele czynią, by ujawnić Amerykanom prawdziwe motywy działań polskich robotników. Ich »poparcie« jest nieszczere, niepełne i opiera się na niewłaściwych motywach. Weźmy przemysłowca, który współczuje ciężkiemu losowi polskich hutników, a sam nie waha się zwalniać amerykańskich robotników lub przymuszać tych, którzy zachowali pracę, do zaakceptowania niższych stawek i świadczeń […]. Jest gotowy wezwać policję, aresztować władze związkowe i rozbić związki, jeśli pracownicy będą stawiali opór. Także twórcom wyobrażeń społecznych zostaje udzielona reprymenda: »bezstronny, obiektywny« dziennikarz, który z entuzjazmem rozpisuje się o »płomieniach wolności« w Gdańsku […] nie ma czasu, by zwrócić uwagę na nieprzestrzeganie praw pracownika i człowieka w całej Ameryce Łacińskiej, i wychwala cnoty politycznych zbirów, którzy stosują najbardziej represyjną politykę, jaką można sobie tylko wyobrazić, jeśli taka polityka leży w naszym »narodowym interesie«. […] Mamy nadzieję, że czytelnicy dostrzegą analogię […] między polskimi górnikami na Śląsku a amerykańskimi górnikami w Appalachach, pomiędzy Polakami jako narodem usiłującym wyswobodzić się z sowieckiej dominacji a Salwadorczykami starającymi się wyswobodzić z dominacji amerykańskiej. Tylko tych kilka uwag pozwala lepiej zrozumieć fenomen późniejszych losów Polski, która już w latach 90. przeszła pod dyktat transnarodowych instytucji finansowych i neoliberalnej doktryny, promieniującej w znacznej mierze ze Stanów Zjednoczonych.

Wróćmy do „Walki klas w bezklasowej Polsce”. Magala określił swą pracę mianem „zaangażowanego stadium”, ukazującego powstawanie świadomości klasowej polskiej klasy robotniczej, „klasy dla siebie” – w zgodzie z Karolem Marksem, a przeciw marksizmowi jako frazeologii klasy panującej w PRL. Klucz do zrozumienia historii polskiego społeczeństwa po 1945 r. stanowi ta właśnie sprzeczność między rzeczywistością skrajnie zideologizowaną i zmonopolizowaną przez formalnie egalitarną doktrynę a jej antyrównościową praxis. Magala tak oddaje konstrukcję ówczesnej Polski: scentralizowana gospodarka […] była prawie zupełnie uzależniona od kaprysów biurokratycznych decydentów. Uczestnictwo w życiu politycznym ograniczało się do kluczowych kręgów partyjnych i państwowych, podczas gdy ogromna machina propagandowa i równie rozbudowana służba bezpieczeństwa dbały o oznaki aprobaty oraz zapewniały całkowity monopol inicjatywy politycznej rządzącej elicie.

Tu właśnie widzimy najwyraźniejszy motyw krytyki PRL z pozycji lewicowych: fundamentalną niesprawiedliwość i faktyczną, cynicznie i pragmatycznie podtrzymywaną nierówność w obrębie ustroju deklaratywnie roszczącego sobie prawo do ideału równości i sprawiedliwości społecznej. Polska okresu „realnego socjalizmu” nie była tylko nieudanym, nieefektywnym projektem paternalistycznym. Była państwem klasy panującej. Podobnie zachodnie państwa sprzed wielkich zmian, które wprowadziły m.in. tamtejsze socjaldemokracje, były przede wszystkim zorganizowane w imię interesów klas panujących – tyle że tam byli nimi prywatni posiadacze środków produkcji.

Magala ukazuje m.in. teoretyczne podstawy interpretacji „Solidarności” jako przejawu walki klasowej. Wychodzi od roku 1956 i zauważa, że wówczas marksowskie analizy były jeszcze niemal w całości uzależnione od ideologów partyjnych, a rewizjonizm, reprezentowany m.in. przez Leszka Kołakowskiego i Adama Schaffa, znajdował się dopiero w powijakach. Wskazuje także na problematyczność prób znalezienia marksistowskiego klucza do nowej historycznie sytuacji, podając przykład Milovana Dżilasa, który w 1979 r. przyznał, że niesłusznie określał socjalizm państwowy jako system kapitalizmu państwowego – żadne elementy kapitalizmu nie mogły się zrodzić w upaństwowionej strukturze, w której polityczna sfera wpływów i znajomości osób dysponujących takimi wpływami określają większość działań i opcji, a prawa ekonomiczne gospodarki kapitalistycznej nie mają zastosowania.

Z czasem przyszły próby zrozumienia sytuacji PRL w obrębie „wyzwolonego” marksizmu, czyli „List otwarty do partii” Jacka Kuronia i Karola Modzelewskiego. Był to jednak dokument po pierwsze nazbyt hermetyczny, po drugie klasa robotnicza była jeszcze zbyt nieświadoma struktury klasowej w Polsce, by na nie zareagować.

Czy to znaczy, że opis wydarzeń konstytuujących „Solidarność” odbywa się całkowicie poza logiką walki klas? Nie. Zdarzyło się coś innego: marksizm stał się szkołą politycznego myślenia, w której zgodnie z filozofem z Trewiru postulaty ekonomiczne stanowią podłoże walki politycznej. Choć „Solidarność” jawiła się samej sobie i światu jako „samoograniczająca się rewolucja”, to przecież jej spór z klasą panującą był fundamentalny. Niezależny związek zawodowy nie tyle wymuszał korektę systemu, co godził w same zasady PRL, które przyznawały PZPR nadzór właścicielski nad całą upaństwowioną rzeczywistością. Wolność dla „Solidarności” oznaczała klęskę ustroju, a nie jedynie przegraną potyczkę. Marksizm klasy rządzącej miał kamuflować jej antymarksistowskie nastawienie, czyli zamazywanie faktycznych celów i środków walki klasowej (stąd choćby „oficjalne związki zawodowe” jako lokaj władzy). Z kolei klasa robotnicza wykorzystała marksistowską inspirację pozbawioną marksistowskiej retoryki, by wyrazić żądania i zapewnić ich spełnienie. Na bramie Stoczni Gdańskiej znalazł się nie tylko portret papieża Polaka, ale także hasło „Proletariusze wszystkich zakładów, łączcie się”. Zdaniem Magali parafraza hasła zawłaszczonego przez internacjonalizm w służbie Związku Radzieckiego jest najlepszym dowodem na wkład polskich robotników w budowanie prawdziwie uspołecznionego społeczeństwa socjalistycznego.

W najbardziej rozbudowanej, pierwszej części pracy, zatytułowanej „Historia bezklasowości w Polsce”, Magala daje nam wgląd w kolejne etapy formowania się rzeczywistości PRL. Warto zaznaczyć, że ten rozdział opiera się w znacznej mierze na licznych dokumentach autorstwa zarówno strony partyjnej, jak i solidarnościowej. I tak autor kreśli obraz rozbudowy systemu (choćby za sprawą aparatu represji), jak również wzlotów i upadków konstytuującej się jako autonomiczna i samoświadoma klasy robotniczej, czego katalizatorami były wydarzenia lat 1956, 1968, 1970 i 1976. Interesujące jest zobaczyć, w jaki sposób zarówno elita władzy, dysponująca od pewnego momentu także znacznymi przywilejami konsumpcyjnymi, jak i masy oraz inteligencja odwołują się do tego samego katalogu wartości, kojarzonych z lewicą. Każde zderzenie klasy uprzywilejowanej z grupami społecznie podporządkowanymi i eksploatowanymi odbywa się wśród wołania o socjalizm. Ale każda ze stron konfliktu odwołuje się do zdecydowanie innych jego interpretacji. I wreszcie przychodzi sierpień 1980 r. – czas przełomu i przesilenia.

Jeden z najbardziej uderzających opisów zawartych w książce wiąże się z wydarzeniami w Radomiu w 1976 r. Żony/matki/córki robotników chciały wówczas rozmawiać z funkcjonariuszami partii i zdesperowane udały się pod drzwi ich domów. Reprezentantów władzy tam nie odnalazły, ale za to widziały ich domy i to, co zobaczyły, stanowiło kolejną lekcję. Niczego nie naruszono ani nie skradziono. Rozwścieczony tłum zwyczajnych kobiet przemaszerował jedynie przez pokoje i hole luksusowych domów oficjeli partyjnych. Kobiety oglądały w ciszy każdy dywan, każdą mozaikę, każdy antyczny mebel, każde eleganckie urządzenie kuchenne i łazienkowe, każdy złocony ornament i elektroniczny gadżet. […] Ludzie, którym mówiono, że powinni mniej konsumować, odwiedzili tych, którzy podejmowali te decyzje. Magala podsumowuje: nie mogę sobie wyobrazić lepszej lekcji różnic klasowych.

Tu pozwolę sobie na dygresję współczesną. Żyjemy w ustroju formalnie demokratyczno-liberalnym, odwołującym się także do równości obywatela wobec prawa. Jest to jednocześnie rzeczywistość silnie determinowana czynnikami konsumpcyjnymi. Nierówności społeczno-gospodarcze są dziś faktem, któremu nikt nie zaprzecza, a dla wielu ten stan jest pożądany. Istnieje jednak pewien czynnik, który gwarantuje właściwy poziom stabilności w systemie rozwarstwienia i faktycznej nierówności. Otóż sądzę, że dziś ład społeczny konstytuują w znacznej mierze wyobrażenia kształtowane za pomocą mediów, a szczególnie reklamy. Nierówności są faktem – wiedzą to już dzieci w wieku szkolnym. Warto jednak zwrócić uwagę, że większość związanych z reklamą wizji konsumpcji przedstawia pewien jej uśredniony pułap: wedle reklam rodziny spożywają podobne produkty, korzystają z identyczny usług i mają do dyspozycji zbliżone marki samochodów, produktów RTV, AGD itp. Istnieją też odpowiednie kampanie marketingowej mimikry, gdy produkty dla biedniejszych naśladują te dla bogatszych. Strategia ta ma oczywiście na celu przede wszystkim maksymalizację sprzedaży, ale buduje też wyrazisty społeczny obraz, wedle którego niemal każdy może znaleźć się w przestrzeni klasy średniej i jej aspiracji. Całość opiera się na umiejętnej grze pozorów, która pełni zarówno rolę terapeutyczną, jak i socjalizującą. Wyobraźmy sobie masy karmione wciąż obrazami rzeczywiście luksusowej konsumpcji wąskiej elity ekonomicznej z jawną sugestią, że to nie na kieszeń owych mas – frustracja byłaby nieznośna. Ludzie oczywiście wiedzą, że innym jest lepiej, ostentacyjne bogactwo jest dziś przecież faktem, widzą też żebraków na ulicach. Ale jednak reklama i billboardy przekonują o swego rodzaju egalitaryzmie konsumpcji dla „zwykłych ludzi”, wytwarzają wizję pewnej normy, „wygładzają kanty” realnie istniejących podziałów. Gdyby jednak kasjerki z „Biedronki” miały okazję złożyć swoim przełożonym i szefom swoich szefów wizytę podobną do tej w wydaniu radomskich kobiet odwiedzających partyjnych dygnitarzy, szybko uświadomiłyby sobie naprawdę niekorzystne dla siebie różnice w istniejącym podziale klasowym.

Jednym z walorów książki Magali jest opis zdarzeń prowadzących do Sierpnia ‘80 właśnie przez pryzmat realiów gospodarczych. Nie idzie o skrajnie uproszczony propagandowy obrazek z „octem na półkach”, ale na przykład o ukazanie presji ekonomicznej jako elementu nacisku wywieranego na społeczeństwo, by zapobiec próbom jego samoorganizacji i skutecznie krępować samoświadomość klasy robotniczej. Zdaniem autora książki władze cynicznie i celowo pogarszały sytuację zaopatrzeniową, czyli dostępność towarów pierwszej potrzeby na rynku, by obarczyć za to winą opozycję. Z pomocą metody tak niezwykłej z dzisiejszej perspektywy, ale całkowicie klarownej i łatwej do przeprowadzenia w warunkach gospodarki nakazowo-rozdzielczej, próbowano manipulować nastrojami społecznymi: klasa rządząca rozpoczęła program szybkiej dezorganizacji już i tak zubożałego rynku. Zamysłem tego programu było to, by masy zmęczyły się demokracją i nadziejami, jakie wzbudziła Solidarność.

Dla zrozumienia wydarzeń sierpniowych istotne jest ukazanie nowej sytuacji społecznej. Ukonstytuowało ją przebudzenie klasy robotniczej, która zrozumiała, że reprezentuje nie tylko siebie, ale wszystkie grupy wyzyskiwane przez klasę panującą. Analizy Magali ukazują jeszcze jedną kwestię, z której on sam, jak się zdaje, nie wyciągnął ostatecznych wniosków. Otóż „Walka klas w bezklasowej Polsce” w sposób logiczny ukazuje, że realia, w jakich znalazła się władza po powstaniu „Solidarności”, wręcz wymuszały siłowe rozwiązanie sytuacji, czyli krok w rodzaju stanu wojennego. Elita władzy nie tylko nie miała pomysłu, jak poradzić sobie z nagłą erupcją klasowych walk, które znalazły dla siebie wielonurtowe ujście w „Solidarności”. Nie miała też pomysłu na efektywną reformę państwa. Magala stwierdza: klasa rządząca była zbyt silna, by bezpośrednio odsunąć ją od władzy, ale równocześnie zbyt słaba, by wprowadzić jakiekolwiek reformy, które mogłyby jej pomóc wybrnąć ze złożonej sytuacji społecznej, a szczególnie zaradzić uświadamianiu sobie przez społeczeństwo faktu, że zalew kredytów zagranicznych podnosił standard życiowy klasy rządzącej i jej klienteli, lecz w niewielkim stopniu poprawiał los zwykłych obywateli. Powstanie „Solidarności” było zatem oddolną próbą naprawy państwa w duchu zasad teoretycznie wyznawanych przez klasę panującą. Podczas sierpniowego strajku wysuwano najistotniejsze żądania dotyczące niezależnych związków zawodowych, wskazując na to, że można znaleźć alternatywę dla zmęczonej, zdezorganizowanej i bezmyślnej klasy rządzącej, […] która nie miała żadnego autentycznego programu, który byłby do przyjęcia dla kogokolwiek poza wąską kliką partyjną. Wyłania się z tego interesująca opozycja. Jeśli niezależny związek zawodowy wnosił w życie społeczne samoświadomość klasy, która znalazła się nagle w roli reprezentanta interesów narodowych, to klasa rządząca (niezależnie od możliwości kontroli i propagandy oraz wysokiego stopnia przenikania przez służby specjalne poszczególnych grup społecznych i samej opozycji) pogrążała się w wyobcowaniu, dodatkowo odbierajacym jej resztę wiarygodności w oczach mas.

Ceną za ustanowienie systemu kastowego z bardzo skrupulatnie pilnowanymi ścieżkami awansu społecznego była kompletna niemożność wyjścia z ustanowionych mistyfikacji. Chyba że za sprawą przemocy i przejęcia władzy przez soldateskę. Historycznie znajdziemy wiele znaczących przykładów, w których ustrojowy impas zostaje pokonany za pomocą nowego, brutalnego aktora – wojska. Junta Jaruzelskiego położyła kres krótkiej, klasowej rewolucji „Solidarności”, choć równocześnie była perwersyjną formą „sanacji” skorumpowanej władzy i „normalizowała” sytuację w kraju. Z jednej strony „zarządcy w mundurach” walczyli z „ekstremistami” z „Solidarności”, z drugiej zastępowali skorumpowanych reprezentantów partii ludźmi armii, która w propagandzie nowej władzy miała uchodzić za „ostoję cnót obywatelskich” oraz ratunek dla socjalizmu i ojczyzny.

Po strajkach z lata 1980 r. władza miała mnóstwo powodów, by poczuć się zagrożona także w swoich bardzo przyziemnych przywilejach, które określały realne stosunki pomiędzy nią a resztą społeczeństwa. Jak zauważa autor „Walki klas…”: typowym zjawiskiem [posierpniowym – K.W.] było to, że wiele nowych budynków zmieniało właścicieli i cel użytkowania: przestawały być budynkami milicji, partii czy luksusowymi centrami rządowymi, a zamiast tego stawały się ogólnodostępnymi obiektami publicznymi, szpitalami, sanatoriami, przedszkolami, szkołami, itp. Wille, a nawet całe osiedla luksusowych domów zamieszkanych przez byłych funkcjonariuszy, stawały się przedmiotem publicznej debaty. Trudno wyobrazić sobie, by klasa rządząca była w stanie tak łatwo pogodzić się z faktem, iż traci realne przywileje i zmniejsza się pula korzyści będących jej udziałem. A społeczna, masowa kontestacja kastowego systemu ujawniała jego antyspołeczny, zdemoralizowany charakter: Tadeusz Grabski, twardogłowy przedstawiciel partii […], został nominowany do komisji śledczej mającej potwierdzić korupcję Gierka i spółki. On sam był zaś właścicielem luksusowej willi pod Poznaniem, mieszczącej się obok rezydencji byłego potężnego poznańskiego sekretarza Jerzego Zasady, którego upadek był szybki i którego przestępstwa obrosły legendą.

Warto tu podkreślić, że Magala w książce pisanej na początku lat 80. nie ma żadnych złudzeń wobec epoki gierkowskiej i nomenklatury partyjnej, która budowała wówczas dla siebie „przestrzeń życiową” kosztem ogółu społeczeństwa. Mocno to kontrastuje z dzisiejszymi panegirykami pod adresem czasów gierkowskich i z pozytywną oceną tamtych lat, która jest wspólnym doświadczeniem zarówno dla znacznej części wyborców prawicy, jak lewicy, szczególnie ze starszych pokoleń. Tymczasem z perspektywy Magali to właśnie wówczas nasiliły się wszystkie negatywne konsekwencje władzy monopartii i wzmogły tendencje, które uświadomiły masom rzeczywistą dysproporcję między poziomem życia elit i ogółu społeczeństwa. Pierwsza „Solidarność” była klasowym sprzeciwem wobec kasty posiadaczy PRL, odpowiadającej za polską rzeczywistość w latach „gierkowskiej prosperity”. U źródeł powstania tego związku zawodowego stoi sprzeciw wobec epoki gierkowskiej wraz ze wszystkimi jej sprzecznościami i narastającym uświadomieniem sobie przez społeczeństwo daleko idących niesprawiedliwości w formalnie egalitarnym państwie.

Rzecz ukazują kwestie z pozoru nieoczywiste. Logika wzrostu konsumpcji w tamtym okresie odbywała się pod dyktando potrzeb beneficjentów PRL: importowano pomarańcze, luksusowe alkohole i drogie papierosy, towar pożądany przez partyjnych bonzów, którzy chleba i tak mieli pod dostatkiem. Ale bardzo mało troszczono się o rzeczywiste potrzeby konsumpcyjne społeczeństwa. Jeśli dziś pokolenie 40-latków pamięta z dzieciństwa pomarańcze w bożonarodzeniowych paczkach, to zawdzięcza je nie tyle wspaniałomyślności Gierka, co degeneracji i kastowości społeczno-gospodarczych realiów PRL. To dla wielu zapewne szokujący wniosek, ale dobrze uargumentowany przez autora omawianej publikacji, który wiosną 1981 r. wspomina, że zwykły robotnik i tak nie mógł sobie pozwolić na luksusowe papierosy sprowadzane z Zachodu. Po pierwsze pod koniec lat 70. kosztowały one 40 zł za paczkę, gdy zwykłe – 6 zł, a po drugie tego typu towary można było nabyć wyłącznie poza sieciami dystrybucji „dla ludu”.

Nie idzie jednak tylko o pomarańcze, papierosy i drogie alkohole. Na kartach „Walki klas…” ukazane są kwestie, które właściwie nie istnieją w systemowej krytyce PRL ani z prawej, ani z lewej strony. Znów potrzebny będzie dłuższy cytat: eksportowane towary konsumpcyjne nie były dobierane z punktu widzenia interesu publicznego. Zakupiono na przykład licencję od Fiata i rozpoczęto masową produkcję małych, tanich samochodów, przez co liczba aut wzrosła w latach siedemdziesiątych o 2 miliony. Nikt jednak nie pomyślał na poważnie o alternatywach, jak tańszy i emitujący mniej zanieczyszczeń transport publiczny. […] Nieuniknionym skutkiem było zapóźnienie transportu publicznego. Wcześniej pociągi, autobusy i tramwaje były co prawda rozklekotane, ale kursowały w sposób niezawodny, natomiast teraz zmieniły się w narzędzia piekielnej udręki w godzinach szczytu. Na tym nie koniec: syn premiera, Andrzej Jaroszewicz, […] został pod koniec lat siedemdziesiątych szefem specjalnego przedsiębiorstwa sprzedającego japońskie samochody uprzywilejowanym, którzy nie musieli za nie płacić w zachodniej walucie lub po cenach czarnorynkowych. Tak właśnie wyglądało zbyt płytko dziś pojmowane lub ignorowane przez lewicę rozwarstwienie w realiach Polski Ludowej właśnie epoki gierkowskiej. A odpowiedzią była rodząca się „Solidarność”. Pojęcie „dobrostanu państwa” różniło się diametralnie w ujęciu elit władzy i społeczeństwa – w zmienionych realiach społeczno-gospodarczych mamy dziś do czynienia ze zbliżoną przecież sytuacją, gdy bogaceniu i przywilejom oligarchii towarzyszy demontaż praw i brak perspektyw warstw gorzej sytuowanych.

Parafrazując klasyka: historia społeczna przełomu lat 70. i 80. w PRL jest historią sukcesów i porażek ruchu robotniczego na gruncie walki klas. Magala skrupulatnie ukazuje wszystkie ustępstwa władzy i szybkie próby wycofania się z nich. Klasa rządząca była zdezorientowana, ale także zdeterminowana, by – posługując się oczywiście lewicową frazeologią – ocalić państwo dla siebie. Jej największym wrogiem było samoświadome, posierpniowe społeczeństwo: kluczowym osiągnięciem, które nie jest tożsame z samą Solidarnością, ale do którego realizacji przyczyniła się ona w największym stopniu, jest pobudzenie ogromnej witalności demokracji lokalnej w codziennych, regionalnych formach organizacji wszystkich społeczności. Bardzo aktualnie względem przekazywanej treści brzmią słowa Magali pisane na początku lat 80.: ludzie zaczęli dostrzegać, że jeśli chcą być prawdziwymi obywatelami, muszą decydować o tym, gdzie zbudować szkołę, jak naprawić uszkodzone urządzenie w fabryce i jak poprawić jakość posiłków w stołówce studenckiej. Jednak z perspektywy władzy, od dziesięcioleci przyzwyczajonej do ustalania reguł gry i czerpania z tego profitów, taka sytuacja była nie do przyjęcia.

Warto wspomnieć, że utrata kontroli nad rzeczywistością przez monopartię przejawiała się także w kwestiach związanych z ekologią. Jak opisuje to autor „Walki klas…”, kilka tygodni po sierpniowym strajku obrońcy środowiska ujawnili, że Kraków niszczony jest przez hutę aluminium w Skawinie. W kilka tygodni doprowadzono do całkowitego zamknięcia fabryki, ujawniając poważne zagrożenie dla środowiska i pracowników: w roku 1980 suma wynagrodzeń, specjalnych zasiłków zdrowotnych i emerytur dla byłych pracowników, którzy zachorowali na raka, przewyższyła zyski wypracowane przez fabrykę. Widać tu świetnie (znów nie bez odniesienia do dzisiejszych realiów) zderzenie dwóch racjonalności i konflikt interesów władzy, która potrzebowała fabryk oraz społeczeństwa, które miało dość pracy za cenę życia w pobliżu bomby ekologicznej.

I tu ponownie wraca jeden z leitmotivów książki. Otóż beneficjenci PRL musieli zwalczać „Solidarność”, gdyż reprezentowała ona całościowy, aprobowany społecznie, a przy tym racjonalny i bezkrwawy sposób rozgrywania fundamentalnego konfliktu klasowego, który zdecydowanie był nie na rękę rządzącym. Klasa rządząca jest podzielona co do tego, jaki zakres niezależności należy przyznać demokracji wewnątrzpartyjnej (i w większości się jej obawia) – pisał Magala – ale jest zawsze jednomyślna, jeśli chodzi o konieczność zwalczania Solidarności i utrzymania całościowego mechanizmu instytucjonalnego sprawowanej przez siebie władzy klasowej. Jak echo wraca problem: czy istniał w tej sytuacji inny niż siłowy sposób na przywrócenie porządku po myśli panujących? Analiza, jaką proponuje autor, wprost prowadzi do wniosku, że z punktu widzenia elit władzy była to konieczność, wymuszona jednak wcale nie groźbą radzieckiej interwencji. Wprowadzony przez Jaruzelskiego stan wojenny był faktyczną kontrrewolucją klasy właścicieli PRL. To m.in. jej powodzeniu zawdzięczamy także osłabienie oporu społecznego w sytuacji przejścia od realiów państwowego socjalizmu do neoliberalizmu lat 90.

Nie wiem, czy „Walka klas…” Magali zostanie wnikliwie przeczytana i gruntownie przemyślana przez lewicę. Z pewnością zasługuje na uwagę tej części opinii publicznej, która oczekuje czegoś więcej niż gry stereotypami. Podany tu opis realiów późnego PRL i fenomenu „Solidarności” brzmi wciąż bardzo aktualnie, choć wiele fragmentów tej książki to niemal na gorąco pisany opis wydarzeń. Książka daje także inne od powszechnie przyjętych narzędzia interpretacji wydarzeń społecznych, które w perspektywie długiego trwania wciąż determinują naszą rzeczywistość i myślenie o niej. Nie jest to publikacja optymistyczna, jeśli rozumieć przez to łatwe recepty na zwycięstwo bardziej sprawiedliwego i egalitarnego projektu ustrojowego, ale daje nadzieję: przede wszystkim na to, że w życiu społecznym możliwa jest walka z uciskiem, niesprawiedliwością, systemem opresji – obojętnie w jakich ustrojowych dekoracjach miałaby ona przebiegać.


Sławomir Magala (Stanisław Starski), Walka klas w bezklasowej Polsce, Europejskie Centrum Solidarności, Gdańsk 2012, tłumaczenie Jarosław Dąbrowski.

Kraj bez lewicy? – rozmowa z dr. hab. Rafałem Chwedorukiem

Zacznijmy od kwestii elementarnej: jak politologia definiuje lewicę i lewicowość?

Dr hab. Rafał Chwedoruk: Lewicowość w świecie zachodnim mierzy się na trzech płaszczyznach, w Polsce na dwóch. Po pierwsze to kwestia dychotomii rynku i społeczeństwa. Lewicowość jest tu zdecydowanie bliżej bieguna społecznego, idei sprawiedliwości dystrybutywnej. Druga z kwestii w polskich realiach nosi miano kulturowej. To liberalizm obyczajowy, kojarzony również z wizją społeczeństwa otwartego. Trzecia kwestia, która u nas dziś nie występuje, wiąże się z osią wolność – autorytaryzm. W polskich realiach jest ona właściwie złączona z opcją kulturową.

Wszystko to podlega silnym uwarunkowaniom bieżącym oraz kontekstom narodowym. Patrząc na sprawę szerzej, trzeba zaznaczyć, że tylko oś społeczno-gospodarcza wyznacza na dobre lewicową specyfikę, ponieważ kwestie liberalizmu kulturowego czy troska o wartości demokratyczne są wspólnym doświadczeniem wielu nurtów. Lewicę zawsze wyróżniał zdecydowany egalitaryzm społeczno-gospodarczy, obcy choćby społecznie wrażliwym konserwatystom.

Jakie czynniki należy uwzględnić, określając specyfikę i tożsamość polskiej lewicy prawie ćwierć wieku po PRL?

Polska niczym się tu nie różniła od innych krajów europejskich. Pojawiły się u nas niemal wszystkie tradycje lewicowe, znane od Dublina po Moskwę i od Sztokholmu po Nikozję, tyle że z inną intensywnością. Dziś pojęcie „lewicowości” w Polsce można rozpatrywać na trzech różnych płaszczyznach, momentami niemal autonomicznych względem siebie, co pogłębia chaos pojęciowy, który osiągnął apogeum w okresie transformacji. Po pierwsze to poziom polityków i działaczy społecznych uważających się za lewicę. Tu lewicowość jest z reguły najbliższa modelom, które w politologii się pojawiały.

Po drugie to lewicowość funkcjonująca na poziomie elit opiniotwórczych, które identyfikują ją przede wszystkim z liberalizmem kulturowym. Jest to kontynuacja tezy Giedroycia, który wspominał, że w pierwszych latach II Rzeczpospolitej polska polityka dzieliła się na endeków i nie-endeków. W efekcie każdy, kto nie był endekiem, automatycznie był przypisywany do lewicy.

Trzeci poziom to kwestia odbioru przez opinię publiczną. Tutaj sondaże są bezlitosne: głównym wyznacznikiem lewicowości w Polsce, na poziomie społecznym, wciąż jest stosunek do PRL. On jednak niekoniecznie wiąże się ze świadomym przyjmowaniem wielu lewicowych idei – może mu towarzyszyć i lewicowość gospodarcza, i umiarkowany liberalizm gospodarczy, antyklerykalizm, ale także postawa aprobująca udział Kościoła w życiu publicznym.

Korelacje między tymi płaszczyznami są słabe. Obecnie obserwujemy pojedynek między Sojuszem Lewicy Demokratycznej a Ruchem Palikota. To także pojedynek o tożsamość. Czy lewicowość w Polsce będzie definiowana – jak w ogromnej większości krajów Europy – przez kwestie społeczno-gospodarcze, czy też będzie to lewicowość określana poprzez liberalizm kulturowy, czyli jako wspomniana „nie-endeckość”.

Polscy wyborcy raz po raz otrzymują bardzo nietypowe sygnały. Z jednej strony mamy Jarosława Kaczyńskiego nazywającego Edwarda Gierka „komunistycznym, ale jednak patriotą”, z drugiej SLD odwołujący się przed paru laty do 21 postulatów pierwszej „Solidarności”.

SLD i PiS-owi nie grozi odbieranie sobie wyborców na skalę masową, ponieważ podejście do PRL wciąż różnicuje te formacje, nawet jeśli znaczna część wyborców prawicowych bardzo dobrze ocenia dekadę Gierka. Sprawa ma jednak szerszy kontekst. Warto przypomnieć, że w naszej części Europy (Polska wciąż stanowi wyjątek) sojusze postkomunistów z ugrupowaniami politycznymi o innej genealogii są już normą. W Rumunii rządzi koalicja wyborcza, którą możemy traktować jako odpowiednik naszych SLD i PiS. W Serbii tamtejsza socjalistyczna, postmiloševičowska partia rządząca zrezygnowała z koalicji ze środowiskami liberalno-proeuropejskimi i zawarła sojusz z narodowymi konserwatystami, pełniącymi w systemie partyjnym podobną funkcję jak nasze Prawo i Sprawiedliwość. Również w Republice Czeskiej mieliśmy do czynienia ze współpracą socjaldemokratów z partią Klausa. Na Słowacji zaś kariera Roberta Fico była możliwa dzięki temu, że stojąc przed wyborem koalicji liberałów i chadeków albo własnej koalicji z partią Mečiara, porównywaną czasem do PiS, wybrał to drugie. Zakończyło się to dla niego sukcesem, bo przejął elektorat koalicjanta. Podziały z lat 90. już przestają być kluczowymi w skali Europy Środkowo-Wschodniej. Wciąż wiążą się z silnymi emocjami u części elektoratu, szczególnie w Polsce, ale widać, że w dobie globalizacji doszło do pewnego „resetu” dawnych sporów.

Trudno przyjąć, że Polacy tak łatwo przewartościują podejście do klasycznych podziałów i możliwych sojuszy.

Nie ma prostej drogi do takich aliansów, ale jeśli w Polsce gwałtownie rozwinie się kryzys, to dokona gigantycznej przemiany w świadomości wyborców. Widać to choćby po wynikach ostatnio ogłoszonych pod auspicjami prezydenta badań dotyczących np. stosunku do PRL. Zaczyna zdecydowanie rosnąć ilość osób uważających, że po 1989 r. nie powinno się dokonywać przemian tak gwałtownych.

Warto także zauważyć, że w lokalnej polityce mamy przykłady współpracy między PiS a SLD. A gdy dokona się – sił? rzeczy?? zmiana pokoleniowa, to wzorem innych kraj?w mo?liwo?ci zawierania r??nych koalicji w?gronie kilku polskich partii b?d? du?o wi?ksze ni? obecnie.

ą rzeczy – zmiana pokoleniowa, to wzorem innych krajów możliwości zawierania różnych koalicji w gronie kilku polskich partii będą dużo większe niż obecnie.

Na ile lewicowe jest polskie społeczeństwo? Czy możemy wyróżnić warstwy społeczne o naturalnie lewicowych inklinacjach?

Może zabrzmi to dla wielu lewicowców przykro, ale jeśli przeanalizujemy dokładnie geografię wyborczą i sondaże opinii publicznej, to można wskazać, że najbardziej lewicową grupą wyborczą są byli pracownicy Ministerstwa Obrony Narodowej, w tym żołnierze zawodowi [śmiech]. Na drugim miejscu musielibyśmy wymienić pracowników Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. W tym sensie historia wciąż dominuje nad autoidentyfikacją Polaków.

W zależności od przyjętej metodologii od kilkunastu do nieco ponad dwudziestu procent Polaków identyfikuje się z pojęciem lewicowości. Większość tych osób to wyborcy SLD, są także osoby głosujące na PO, bardzo mało wśród nich wyborców Ruchu Palikota. Jeśli nałożymy to na geografię wyborczą i porównamy z deklarowanymi dochodami czy miejscem pracy, to otrzymujemy obraz silnych związków tej grupy z instytucjami publicznymi czasów PRL.

Czymś zupełnie innym jest fakt, że Polacy jako społeczeństwo wyznają mocno lewicowe poglądy na gospodarkę. Nad tym pastwią się liberalni publicyści, narzekający, że większość Polaków uważa, iż państwo powinno aktywnie działać choćby w sferze polityki zatrudnienia. Podobnie znaczna część z nas wciąż chce bezpłatnej służby zdrowia, ma negatywny stosunek do podatku liniowego itd.

Ale taka lewicowość, związana z komponentem egalitarnym, rośnie z wiekiem. Polacy po pięćdziesiątce są najbardziej lewicową grupą obywateli, młodsze pokolenia (30+, 40+) są z kolei zdecydowanie anty-PRL-owskie, a jeszcze młodsi – zdecydowanie opowiadają się za liberalizmem/indywidualizmem. To wszystko zdaje się wskazywać, dlaczego w Polsce, inaczej niż np. w Czechach, nie udało się stworzyć trwałej formacji lewicowej o rodowodzie innym niż PRL-owski.

Nawiązując jeszcze do przeszłości, warto dodać, że w świecie zachodnim historycznie awangardą ruchów socjalistycznych, również partii socjaldemokratycznych, była wykwalifikowana klasa robotnicza, a także intelektualiści o humanistycznym wykształceniu, pracownicy budżetówki. W Polsce w latach 80. najbardziej wykwalifikowana część klasy robotniczej i inteligencja były ostoją „Solidarności”. Myślę, że to jest czynnik, którego nie wzięli pod uwagę ludzie próbujący wskrzesić Polską Partię Socjalistyczną lub tworzyć Unię Pracy: że odwołują się do tych grup społecznych, których doświadczenie życiowe zdecydowanie separuje od jakiejkolwiek lewicowości. Nawet jeśli te grupy identyfikowały się z typowo lewicowymi wartościami, to ich historyczne doświadczenia czy symbolika, wokół której dokonywała się ich socjalizacja, impregnowały ich na lewicowe wybory polityczne. Tak było z PPS – wszyscy szanowali tę partię, kłaniali się w pas jej historycznym tradycjom, ale nikomu nie zależało na tym, żeby taka partia w Polsce wyrosła na istotną siłę polityczną.

Czy lewicowość pokolenia 50+ wiąże się bardziej z poPRL-owskim sentymentem, czy może z większą potrzebą bezpieczeństwa socjalnego niż u młodych ludzi? Czy trudno to mocno oddzielać?

Wśród wyborców SLD zwraca uwagę spory odsetek osób całkiem dobrze zarabiających, którzy pracują w budżetówce: wojskowi, nauczyciele, policjanci, urzędnicy. To pokazuje, że nie jest to tęsknota biednych, lecz ludzi, którzy w PRL byli klasą średnią czy nawet wyższą klasą średnią i w jakimś sensie – przynajmniej prestiżowo – zostali zdegradowani po roku 1989. Nie idzie o przeszłość polityczną, przynależność do PZPR. Jest to tęsknota – generalnie – za światem inaczej urządzonym. Ona występuje także na Zachodzie. Określenie Erica Hobsbawma o „złotym półwieczu” po II wojnie światowej jest znamienne – tam się tęskni za welfare state, które rozwijało się w okresie największej demokratyzacji w dziejach Europy.

Co do polskich młodszych pokoleń, to nie mogą na ogół myśleć w inny sposób, ponieważ ich polityczna socjalizacja przebiegała wśród neoliberalnych haseł. Nikt im nie przedstawił myślenia innego niż neoliberalny darwinizm społeczny. Warto zauważyć, że PRL był obarczony paradoksem: system wykształcił własnych grabarzy. Zwracał na to uwagę Karol Modzelewski: ideologia PRL na mocy własnych założeń rozbudzała aspiracje materialne szerokich rzesz społecznych, w tym klasy robotniczej, lecz miała ogromne problemy z ich zaspakajaniem. W podręcznikach do historii w czasach PRL bardzo mocno akcentowano wszelkie bunty społeczne, rewolucje, kwestie niesprawiedliwości społecznej. To nie mogło pozostać bez wpływu na wyobraźnię społeczną i zaowocowało sprzeciwem – ludzi uczono przecież, że nierówność jest zła. Z kolei przez ostatnie dwadzieścia lat, jeśli przyjrzymy się szkolnym podręcznikom, są one arcykonserwatywne, petryfikują rzeczywistość. Wątki rewolucyjne z dziejów polskich zostały wymazane lub ograniczone do kwestii narodowo-wyzwoleńczych.

Na to oczywiście nakładają się inne czynniki, choćby atomizacja życia społecznego, rozpad więzi. Nie będzie buntu, jeśli nie ma – umownie mówiąc – podwórek, gdzie tworzy się wspólnota. Stąd uważam, że jeśli młodzież w Polsce będzie się buntowała, to na podobnej zasadzie jak to się dzieje choćby z dziećmi emigrantów, mniejszości etnicznych na Zachodzie. Najpierw obejrzymy coś, co w Niemczech nazywa się Wagensportliga, czyli nocne palenie samochodów na wyścigi, która ekipa spali ich więcej. Stąd wielkie lęki rządzących Polską przed młodzieżowymi subkulturami w rodzaju kibiców piłkarskich, bo one są substytutem ruchów kontestatorskich, a są o wiele bardziej nieobliczalne…

Ale stwierdzenie z perspektywy lewicowej, że ruchy kibicowskie niosą jakiś „rewolucyjny potencjał”, może być odebrane podejrzliwie, wręcz jak promocja faszyzmu…

[śmiech] Pojęcie „faszyzm” zrobiło w Polsce znakomitą karierę. Chyba nawet termin „komunizm” nie został nad Wisłą tak zinstrumentalizowany. Większość publicystów używających tego pojęcia kompletnie nie zna historii faszyzmu/faszyzmów. Nie zdają sobie sprawy, że w żadnym kraju faszyści czy skrajni prawicowcy nie doszli do władzy za pomocą pałowania kogoś na ulicach, ale zawsze i wszędzie za pomocą intryg miejscowych elit i ich pieniędzy. W absolutnej większości krajów Europy, może poza Węgrami, faszyzm był oparty na warstwach średnich, a uliczni pałkarze byli co najwyżej wynajmowani i odwoływani, wreszcie likwidowani, jak w czerwcu 1934 roku w Niemczech.

Jest prawdą, że faszyzmy wykorzystywały osoby zdegradowane ekonomicznie. Ale różnorakie reżimy wykorzystują ludzi z marginesu społecznego o dość konserwatywnej aksjologii. Tego nie da się jednak odnieść do grup kibicowskich, bo jak pokazują wszelkie badania, reprezentują one pełen przekrój społeczeństwa. To, co u nas nazywa się faszyzmem, jest kompletną bzdurą. A wizja „moherowych beretów”, które siłą przejmują władzę w Rzeczpospolitej, nadaje się na kabaretowy skecz, a nie na poważną refleksję.

Pozostając w temacie sloganów o „zagrożeniu faszyzmem”, zapytam o naszych „bratanków”. Wobec sytuacji na Węgrzech i poczynań rządu Orbána nie jest łatwo określić się ani liberalnym konserwatystom, ani osobom o poglądach prospołecznych.

Orbán jest bardzo trudny do wpisania w dychotomię lewica – prawica. Jego polityka, w czym bardzo przypomina PiS z lat 2005–2007, jest znaczona ogromnymi paradoksami. Z jednej strony mamy obciążenie finansowe choćby wielkich sieci handlowych i otwartą wojnę z transnarodowym kapitałem, pod czym każdy człowiek lewicy powinien się podpisać. Z drugiej mamy podatek liniowy i dekonstrukcję uczelni wyższych na Węgrzech. Gdy wczytamy się w program PiS, zobaczymy coś podobnego: partia prawicowa walczy tam z kryzysem zarówno metodami neoliberalnymi, jak i keynesowskimi. Diagnoza kryzysu jest również podwójna: winne są i chciwe banki, i nadmiar regulacji biurokratycznych. Pytanie, jaką strategię PiS wybierze, gdy będzie samodzielnie rządziło…

Sytuacja węgierska z jeszcze jednego względu nie jest tak oczywista, jak opisują to polscy prawicowi publicyści: „Oto konserwatywna, biedna prowincja zbuntowała się przeciwko wyalienowanym, postkomunistycznym i liberalnym budapesztańskim elitom”. Realia Węgier przypominają raczej sytuację Polski z czasów sporu AW„S” z SLD: stoją naprzeciw siebie dwie armie, które mają własną inteligencję i własny lud. Nie nakłada się to wprost na podział klasowy, gdyż bliżej Orbána jest bogatsza, zachodnia część kraju, a bliżej socjalistów ta biedniejsza. Po raz pierwszy w historii Orbán przejął Budapeszt, ale jedyną dzielnicą, która mu się oparła, była słynna dzielnica trzynasta, mocno robotnicza i socjalistyczna.

Podobnie nieoczywista jest kwestia nieeuropejskości partii Orbána. Jego ugrupowanie jest w Europejskiej Partii Ludowej. EPL to natomiast główny promotor jednoczenia Europy i wzmacniania, zwłaszcza liberalnych, regulacji ekonomicznych. Strategia premiera Węgier to wielka szkoła pragmatyzmu, co być może jest dowodem, że w dzisiejszych czasach realnie działający polityk tak właśnie musi postępować.

Wróćmy do lewicy. Co się stało z jej niegdysiejszą podporą – klasą robotniczą? Chyba niewiele z niej zostało jako siły politycznej, a te resztki, które przetrwały, często sprowadzają aktywność do wyjazdów na wycieczki czy na zawody wędkarskie organizowane w ramach związków zawodowych…

To temat na osobną rozmowę… Zagadnienie na dobrą sprawę liczy ponad sto lat. Zaczęło się na gruncie niemieckim, od ustaw antysocjalistycznych Bismarcka. Socjaldemokracja w warunkach formalnej nielegalności zaczęła działać poprzez różnorakie struktury udające, że nie są partią, od towarzystw śpiewaczych po turystyczne. Pomogło to stworzyć swoiste „państwo w państwie”. Kołakowski nazwał ten okres „złotym wiekiem marksizmu”: w skali prawie całej Europy istniała w miarę spójna, ortodoksyjna ideologia marksistowska, reprezentowana przez potężne partie polityczne oraz masowe stowarzyszenia społeczne, organizujące niemal całe życie olbrzymiej części społeczeństwa. Od przełomu XIX i XX wieku stało się jasne, że robotnik, który umiał już czytać i pisać, gdy szedł do swojej – socjalistycznej – biblioteki, wolał od Karola Marxa czytać Karola Maya. A do lewicowych gazet trzeba było dodawać kronikę kryminalną i dział sportowy. Zwyciężyła opcja pragmatyczna, której echa wciąż grają na lewicy: należy wykorzystać instrumentarium kultury masowej dla swoich ideowych celów.

Na Zachodzie kresem tego wszystkiego stało się „złote półwiecze” – w parze z powstaniem welfare state szedł rozpad dawnych masowych ruchów socjalistycznych, rozumianych jako swoisty osobny świat. One się komercjalizowały lub były przejmowane przez samorządy lokalne. Wtedy też padły socjalistyczne gazety. Wzrost poziomu życia, bezpieczeństwo socjalne gwarantowane przez instytucje publiczne, rozwój masowej kultury – wszystko to uczyniło zbędną samoorganizację robotniczą. Wzbogacony robotnik chętnie zapłaci składkę jako „klient” związków zawodowych, skorzysta z ich oferty socjalnej – ale nie będzie chciał „umierać za socjalizm”, co najwyżej zagłosuje na lewicową partię.

W Polsce jednak niedawna przeszłość wyglądała inaczej niż na Zachodzie.

Lewica w Polsce po 1989 r. próbowała wpisać się w pooświeceniowy mit postępu, również „terapię szokową” Balcerowicza traktując z całą jednoznacznością jako coś koniecznego. Ale oświeceniowa historiozofia nie ma obecnie sensu, jest anachroniczna. Wiara w postęp nałożyła się zresztą na hasła wolnorynkowe, na wizję świata Hayeka. A przecież z perspektywy socjaldemokratycznej bardzo trudno to, co się dziś dzieje, uważać za faktyczny rozwój. Tony Judt dostrzegł, że dziś rolą partii lewicowych jest bycie konserwatywnymi, by mogły zachować resztki welfare state do lepszych czasów. Widać to w wypowiedziach liderów socjaldemokracji. Ale równocześnie w łonie europejskiej socjaldemokracji trwają bardzo poważne dyskusje na temat demokracji kosmopolitycznej, czyli globalnego instrumentarium dla rozwiązywania problemów współczesnego świata. Socjaldemokracja w Polsce i na świecie dryfuje między koniecznością obrony swego dorobku z XX wieku, związaną z państwem, a poszukiwaniem transnarodowej odpowiedzi na globalny kapitalizm.

Nie cała lewica w Polsce była „bardziej papieska od papieża” w kwestii popierania transformacji i liberalizacji. Oprócz SLD istniała Unia Pracy, która pod wodzą Ryszarda Bugaja była lewicą niepostkomunistyczną i konsekwentną w sferze socjalnej. W czym upatruje Pan przyczyn rozkwitu, a później upadku tego projektu?

UP stanowiła swoistą „przestraszoną” wersję PPS, tzn. wpisywała się w tradycję demokratycznego socjalizmu, unikając jakichkolwiek zideologizowanych pojęć w obawie przed stereotypami. Ta partia odegrała bardzo pozytywną rolę w umieszczeniu gwarancji sprawiedliwości społecznej w konstytucji. Trudno jednak byłoby mówić o konsekwencji Unii. W części tego środowiska tkwiły, paradoksalnie, tak jak w SLD, złudzenia co do Unii Demokratycznej i niezbędności współpracy z liberalnym centrum, co raczej wskazywało na gotowość daleko idących kompromisów w sprawach społeczno-gospodarczych. Kariera UP miała w sobie pewien rys przypadkowości. Mianowicie jej głównym animatorem było stowarzyszenie Solidarność Pracy, chcące stworzyć lewicę czysto socjalną, w ogóle wyzbytą kwestii kulturowych, grupującą m.in. lokalnych działaczy NSZZ „Solidarność”. W takim kształcie zdobyto kilka mandatów w 1991 roku. UP powstała w 1992 roku, ale wbrew swej genezie, 7-procentowe poparcie w wyborach w 1993 r. zawdzięczała aktywności w walce o referendum aborcyjne, zyskując elektorat wielkomiejsko-kobiecy. Duża ilość mandatów stanowiła też efekt rozbicia prawicy w 1993 roku na siedem komitetów, co premiowało inne partie, w tym Unię. Po wyborach UP miała zdecydowanie lewicowe oblicze, zmieniła w ciągu kadencji swój elektorat na socjalny. Jednak odmowa wejścia do rządu SLD-PSL wobec utożsamienia lewicy z SLD i gwałtownego konfliktu tej formacji z pozaparlamentarną prawicą zepchnęła partię Ryszarda Bugaja w próżnię. W 1997 roku do przekroczenia progu wyborczego przyczyniła się także manipulacja jednej z gazet w ostatnich godzinach przed głosowaniem.

W tym miejscu należałoby wspomnieć także o „Samoobronie”. Jak Pan postrzega niegdysiejszy fenomen tego ugrupowania? To był w zasadzie jedyny naprawdę plebejski i rewindykacyjny ruch, który trwał kilkanaście lat i miał szansę realnego wpływu na rzeczywistość – nie był tak „upupiony” jak postkomuniści ani tak nieskuteczny i niszowy jak wiele inicjatyw na lewo od nich.

To ciekawy przypadek autentycznego ruchu społecznego i jego nieudanej transformacji w partię parlamentarną. W zasadzie było to jedyne ugrupowanie spełniające klasyczne kryteria ruchu populistycznego, a przy tym moim zdaniem bliskie ideowo i mentalnie przedwojennemu, potężnemu wtedy ruchowi ludowemu i ideologii agrarystycznej. Paradoksalnie przypadek Andrzeja Leppera dowiódł siły podziału na lewicę i prawicę. Nie dało się utrzymać formacji niezdefiniowanej w tradycyjnych kategoriach. Sądzę, że Lepper mógł albo pójść ku prawicy, w stronę wyraźnego konserwatyzmu kulturowego, i próbować tworzyć coś na kształt polskiej wersji Le Pena, z tą różnicą, że inaczej niż francuska ultraprawica pozostawałby prosocjalny. Drugą możliwością byłby polski Fico: anihilacja tematyki kulturowej i stworzenie z siebie reprezentacji krzywdzonej prowincji, zwłaszcza na ziemiach odzyskanych, przeciw wielkim aglomeracjom. Przy obu tych zwrotach, nawet w razie spadku poparcia, mógłby pozostać atrakcyjny dla większych formacji politycznych, głównie dla PiS czy SLD. A tak przy zmianach społecznych po wejściu do Unii, po wybuchu wojny PO z PiS, znalazł się w próżni i próba lawirowania między wielkimi formacjami była nieskuteczna.

Jakie procesy, zjawiska i instytucje mają wpływ na kształtowanie światopoglądu Polaków, w tym na ich stosunek do lewicy?

Po pierwsze kłania się historia. Tutaj kluczowa jest rola mojego pokolenia, ludzi między 45. a 50. rokiem życia. Najważniejszą datą w tym kontekście nie jest ani 1980, ani 1989, lecz 1984 r. Z jednej strony to epoka szczytowych triumfów Ronalda Reagana i radykalizacji Margaret Thatcher. Rok 1984 to także moment spadku energii społecznej Polaków. „Solidarność” jako związek zawodowy została złamana, zaczyna się transformować, widać było, że klasa robotnicza nie odegra już takiej roli jak w 1980 r. Wtedy też nastąpiła polityzacja opozycji, która stawała się coraz bardziej inteligencka i coraz mniej związkowa. Wcześniejsza polska opozycja była bliższa nurtom socjaldemokratycznym i chadeckim, a w okolicach 1984 r. zaczęła się konwersja na konserwatywny liberalizm.

Co najważniejsze: wtedy też dokonała się zmiana wartościowania pojęcia „socjalizm”. W 1981 r. większość społeczeństwa akceptowała tę ideę. Kilka lat później zaczęło spadać poparcie także dla samej idei, nie tylko dla praktyki kojarzonej z władzami PRL. I na to nałożyła się socjalizacja ludzi wchodzących w dorosłość, w tym dzisiejszych opiniotwórczych publicystów prawicy. To właśnie pokolenie socjalizuje z kolei od blisko dwudziestu lat następne, młodsze już pokolenia, ma przy tym różne nurty: od środowisk liberalno-demokratycznych do liberalno-­-konserwatywnych. Paradoks polega na tym, że w sprawach gospodarczych mniejszy jest rozdźwięk między prawicowymi publicystami a Adamem Michnikiem, niźliby to wynikało z sympatii politycznych.

Jak Pan postrzega rodzimą scenę społeczno-polityczną co do usytuowania na niej lewicy?

Trzeba pamiętać, że lewica w Polsce to nie tylko środowiska stricte polityczne. Mamy pozaparlamentarne ruchy o charakterze lewicowym: anarchosyndykalistów, pozostałości po zamierających inicjatywach trockistowskich, Komunistyczną Partię Polski. Te wszystkie radykalne ruchy są, podobnie jak na Zachodzie, recenzentem lewicy parlamentarnej, diagnostą współczesności.

Mamy oczywiście, jako odrębny, problem SLD. Deklaratywna lewicowość nie ulega tu najmniejszej wątpliwości. Pojawia się natomiast problem praktyki. Sojusz zawsze gdy rządził, dokonywał wolt między uległością wobec neoliberalizmu a próbą ratowania tego, co się da. Sądzę, że politycznie płaci dziś cenę nie tyle za afery, ale za próbę przeistoczenia się w Unię Wolności-bis. SLD w myśl tej koncepcji miał wyzbyć się resztek deklaratywnej lewicowości i oprzeć swoją tożsamość na wizji modernizacyjno-europejskiej. Po aferze Rywina taka transformacja była już niemożliwa, mimo to część polityków usilnie ją realizowała w postaci LiD czy Partii Demokratycznej, a obecnie Europy Plus, co zawsze kończyło się fiaskiem.

W efekcie ukształtował się w Polsce w systemie partyjnym model irlandzki lub serbski: dynamikę życia społecznego narzucają dwie partie prawicowe. Jedną można określić jako bardziej liberalną, wielkomiejską, drugą jako konserwatywną, odwołującą się do interesów prowincji. A jeśli jest miejsce na partię lewicową, to jako stały numer trzy. I to jest realny horyzont możliwości SLD.

Otwarte jest pytanie, na ile to wszystko się zmieni, gdy młode pokolenie, wychowane na neoliberalnej narracji, spostrzeże, że niższe podatki (nie dla nich, lecz dla bogatszych) oznaczają choćby brak przedszkola w okolicy lub niesprawną komunikację publiczną. A rodzinne miasto tych młodych, oddalone choćby kilkadziesiąt kilometrów od Warszawy, umiera na ich oczach. Czy wtedy znów znajdzie się miejsce na klasyczną lewicowość w polityce? Ale minie kilkanaście lat, zanim do głosu faktycznie dojdzie pokolenie socjalizowane w czasach permanentnego kryzysu, które na własnej skórze doświadczy „dobrodziejstw” neoliberalizmu. Pytanie jednak, czy SLD będzie miał szansę przetrwać te lata i odważyć się na konsekwentną postawę w sferze lewicowości społeczno-gospodarczej.

Czy według Pana podziały na lewicę i prawicę, a w polskim wydaniu na postkomunę i „obóz solidarnościowy”, są wciąż aktualne?

Podział na lewicę i prawicę dowiódł swojej aktualności. Przeżył swój wielki kryzys w 1989 r., ale dzisiejsza debata chociażby nad tym, jak wychodzić z kryzysu – przez oszczędności czy sięgając po metody Keynesa – ukazuje odrodzenie tego sporu. Więcej, wraca nawet postulat uspołecznienia środków produkcji, choć dziś nikt tak tego nie nazywa – np. jeśli idzie o politykę surowcową (nie tylko w naszej części świata) widzimy powrót do intuicji i rozwiązań lewicowych. Podobnie walka z rajami podatkowymi – jeszcze dziesięć lat temu były to sprawy zupełnie pomijane, a dziś wracają.

Natomiast nasz polski spór postkomunizm kontra „Solidarność” osłabł, choć nadal występuje na poziomie emocji społecznych. Platforma Obywatelska jest najlepszym przykładem przełamywania tego podziału. To partia, w orbicie której są Rosati i Niesiołowski, co w latach 90. uznalibyśmy za dowcip. Ten spór utrzyma się z pewnością, dopóki będą żyli ludzie, którzy sami doświadczali jeszcze lat 80. Niemniej jednak wypowiedzi takie jak posłanki Pawłowicz, że to, co się dziś dzieje, jest jeszcze gorsze niż komunizm, dobrze oddają procesy zachodzące w części prawicowego, mniej zamożnego elektoratu: odrzuceniu liberalnych i lewicowych haseł w sferze kultury nie towarzyszy negacja lewicowości ekonomicznej.

Duże znaczenie ma także to, co się będzie działo wśród liderów SLD. Część z nich po roku 1989 chciała awansować do nowych elit politycznych i sądziła, że zamazywanie wszelkiej lewicowości będzie ku temu dobrą przepustką. Wejście w buty liberalnego establishmentu i przyjęcie jego optyki nie powiodło się. Stąd sądzę, że także kryzys spowoduje, iż wyborcy SLD przestaną reagować na przekaz, którego główną częścią negatywnego odniesienia jest Jarosław Kaczyński. Chciałbym też bardzo mocno podkreślić, że jeśli kiedykolwiek w Polsce powstanie silna partia lewicowa, masowo popierana, niezależnie czy zrodzona na bazie SLD, czy nie, to wyłącznie jako formacja, która będzie bardzo krytyczna wobec dziedzictwa transformacji, szczególnie jego wymiaru społeczno-ekonomicznego.

Polacy nie są zbyt aktywnymi uczestnikami życia publicznego. Jak przekłada się to na wybory polityczne, w tym te dotyczące lewej strony?

To problem o głębokim zakorzenieniu historycznym, a jego skutki odnoszą się nie tylko do lewicy. Ruchy socjalistyczne w swojej genezie były ruchami samoorganizacji społecznej, samorządności. W polskim przypadku korelowało to z lokalną specyfiką marksizmu, który był w znacznym stopniu mocno humanistyczny i antyetatystyczny, co wiązało się także z sytuacją zaborczą i korespondowało z wyrastającym z socjalizmu tak wpływowym ideowo Edwardem Abramowskim, a także ze wschodnioeuropejską specyfiką ruchu chłopskiego. Również „Solidarność” była tego pochodną.

Zarazem jednak pochłopski charakter społeczeństwa, resztki feudalizmu i wreszcie zwykła bieda powodowały, że istniało w życiu społecznym ogromne zapotrzebowanie na paternalizm, opiekuńczość. W jakimś sensie, zachowując wszelkie proporcje, odwoływały się do tego rządy sanacyjne, korzystające z rozczarowania sytuacją ukształtowaną w początkach lat 20.

Wreszcie PRL była swoistym spełnieniem tego drugiego modelu. Ze względu na historyczne uwarunkowania komunizm w Polsce miał początkowo stosunkowo słabe zaplecze społeczne, choć dramat II wojny światowej, totalna dewastacja, jakiej ona dokonała, wzmogły zapotrzebowanie na paternalizm. Do dziś to widzimy: lewicowe postawy są dostrzegalne na tych terenach współczesnej Polski, gdzie bez silnej roli czynnika państwowego realna staje się zapaść cywilizacyjna. Dotyczy to zwłaszcza ośrodków średniej wielkości, małych miast monoindustrialnych. Nie jest to tylko fenomen Polski w dobie globalizacji, ale u nas nabiera szczególnego wymiaru. To powoduje, że w jakimś stopniu ta historyczna oferta demokratycznego socjalizmu z apoteozą samorządności nie jest tak atrakcyjna.

Lewicowość istnieje dziś w Polsce nie tyle poprzez samoorganizację, co wśród tych, którzy utrzymują silniejsze więzy zawodowe z instytucjami publicznymi. Warto podkreślić, że wpisuje się to także w trendy globalizacyjne. Tony Judt zauważył, że tak jak niegdyś to społeczeństwo obywatelskie broniło jednostki przed państwem, tak obecnie staje się ono bezbronne wobec mechanizmów światowego rynku i to instytucja państwa – co pokazują kolejne kryzysy – może przejmować funkcje „ratunkowe”. Pół żartem można zatem powiedzieć, że w takim kraju jak nasz, gdzieś na osi między lewicowością w stylu Chaveza, opiekuńczą, paternalistyczną, adresowaną niekoniecznie do zamożnych, wykwalifikowanych pracowników najemnych z dużych miast, a taką klasyczną lewicą zachodnioeuropejską, potężną w wielkich miastach, pewnie jest krok bliżej do wzorca etatystycznego, paternalistycznego, a nie samorządowego.

Kryzys – jak się zdaje – powinien sprzyjać wzmocnieniu postaw lewicowych w społeczeństwie, szczególnie w jego warstwach gorzej sytuowanych, w dolnych strefach klasy średniej.

Warto obalić prosty stereotyp, że kryzysy sprzyjają lewicy. Kryzysy budują lewicę post factum, jednak najpierw musi ona je przetrwać. Każdy kryzys gospodarczy oznaczał najpierw problemy dla wszelkich ruchów emancypacyjnych i lewicowych. O ile w pierwszej fazie, gdy kryzys się zaczyna, partie lewicowe, związki zawodowe zyskiwały na atrakcyjności jako ktoś, kto może obronić poziom życia warstw zagrożonych, to im dłużej trwał kryzys, tym bardziej wola działania obywateli wygasała. Z banalnych przyczyn: konieczności szukania dodatkowych źródeł dochodów, strachu przed bezrobociem, „terrorem rynku”, który w takich okresach już całkowicie staje się rynkiem pracodawców. Na przykład Wielki Kryzys końca lat 20. był dla partii lewicowych bardzo ciężki. To wówczas PPS straciła niemal połowę członków. Dopiero potem, gdy kryzys się kończy, ruchy lewicowe znów dochodzą do głosu.

Można jednak odnieść wrażenie, że Polacy bardzo przywykli do liberalnych mantr, funkcjonujących od lat w obiegu publicznym, i nawet w czasie kryzysu wciąż myślą z ich pomocą.

Z pewnością mamy dziś obok siebie w Polsce dwa społeczeństwa. Młodzi byli socjalizowani w duchu darwinistycznym, atomistycznym. Brak im poczucia wspólnoty, doświadczenia pokoleniowego. Wcześniejsze roczniki doświadczyły jeszcze innego świata, to starsi obywatele tworzą instytucje typu związki zawodowe. Próbują one docierać do młodszych ludzi, ale póki co bez większych sukcesów.

To w ogóle jest problem młodego pokolenia: najprawdopodobniej ci ludzie będą niemal zupełnie bierni w życiu publicznym. Widoczna prywatyzacja ich życia skłania do przyjęcia tez, dyskutowanych zresztą także na Zachodzie, że o przyszłości polityki w Europie będą decydować emeryci. Będzie ich coraz więcej choćby ze względu na rosnącą długość życia, więc np. budżet państwa, od którego de facto zależą emerytury czy usługi opiekuńcze, będzie obiektem politycznego nacisku ze strony „starych”. A młode pokolenia, tak zatomizowane, nie będą potrafiły uczestniczyć w życiu publicznym, chyba że dojdzie do anarchicznego buntu pokoleniowego, któremu trudno byłoby jednak nadać jakiś znak ideologiczny. Trochę to przypomina sytuację związków zawodowych w Stanach, Anglii i Irlandii w czasie tzw. drugiej rewolucji przemysłowej. Wtedy zetknęły się ze sobą dwa światy: z jednej strony wykwalifikowani robotnicy, silnie zakorzenieni w organizacjach związkowych o charakterze cechowym, z drugiej tabuny imigrantów zarobkowych, niepiśmiennych, odmiennych wyznaniowo. Trwało dobrych 30 lat, do końca Wielkiego Kryzysu, zanim nastąpiła unifikacja tych grup.

Sądzę, że w naszych realiach spełni się podobny schemat. Dopiero dzieci dzisiejszych dzieci będą miały zupełnie inny sposób myślenia i wtedy nastąpi przecięcie tego neoliberalnego myślenia, tej „apologii teraźniejszości”, która wiąże się zresztą także z bardzo płytkim podejściem do kultury czy historii. Dziś mamy jeszcze do czynienia z sakralizacją takich pojęć jak „demokracja liberalna” czy „gospodarka rynkowa”, głębsza refleksja ogólnospołeczna nad tymi kwestiami dopiero nadejdzie ze zmianami pokoleniowymi.

Myślę jednak, że widzimy dziś w Polsce załamanie neoliberalnych paradygmatów, co nie znaczy, że nie są one wciąż wcielane w życie. Warto jednak zauważyć, że nawet niektórzy ortodoksyjni liberałowie z lat 90. dziś tak ochoczo nie odżegnują się od roli państwa w gospodarce. Sama dyskusja dotycząca OFE jest dowodem załamania także u nas pewnych gospodarczych tabu.

Wspominaliśmy o związkach zawodowych. Czy z tego środowiska może wyjść ożywczy impuls dla inicjatyw lewicowych czy chociaż konsekwentnie prospołecznych? Duże centrale żyrowały większość liberalnych reform lub trwały w letargu, ale od niedawna wydają się nieco budzić do życia i aktywności. Pytanie, czy nie jest już za późno?

Alternatywą dla obecnych związków zawodowych jest brak jakichkolwiek organizacji broniących pracowników. To w ogóle dotyczy życia społecznego w Polsce i nie tylko, np. alternatywą dla związku działkowców jest wyłącznie dyktat deweloperów i likwidacja ogrodów działkowych. Związki zawodowe skazane są na dychotomiczne działanie – z jednej strony muszą bronić swojej kurczącej się tradycyjnej bazy, w naszych realiach skupionej w przedsiębiorstwach publicznych, z drugiej zaś poszukiwać drogi do młodszych pokoleń, coraz częściej brutalnie wyzyskiwanych w firmach prywatnych. Związki, choćby ze względu na ów dualizm, nie staną się inspiratorem zmian, ale pozostają w zasadzie jedynymi masowymi, autentycznie obywatelskimi organizacjami zachowującymi względną autonomię wobec kapitału i państwa. Nie przypadkiem regularnie powtarzają się w Polsce nagonki medialne na związkowców. W realiach strukturalnego kryzysu, słabnięcia państwa dobrze zorganizowane, doświadczone w zbiorowej aktywności związki są wręcz bezcenne dla lewicy.

Na jakie kwestie determinujące sytuację lewicy w perspektywie przynajmniej kilkuletniej należałoby zwrócić uwagę? Jakie najważniejsze wyzwania stoją dziś przed tym środowiskiem?

Jeśli mówimy o wymiarze politycznym, to możliwe są dwa rozstrzygnięcia. Po pierwsze SLD może przyłączyć się do PO w zamian za doraźne korzyści. Może, ale nie musi, bo nie wiadomo, co stanie się z rządzącą obecnie partią w sytuacji utrzymywania się tendencji kryzysowych, na ile zaznaczy się spadek poparcia dla tej formacji. Oczywiście ewentualna koalicja PO-SLD dałaby PiS do ręki mocny argument, że prawdziwa jest ich wizja dziejów, w której Platforma jest tylko nadbudową mitycznego układu wyrastającego z PRL. I w takiej sytuacji spór o lewicowość wzmocniłby jeszcze swój uboczny, kulturowy nurt: wiązałby się z określeniem wobec Kościoła, kwestiami odnoszącymi się do obyczajowo pojętej okcydentalizacji. W drugim wariancie SLD wciąż może balansować między dwoma dominującymi partiami, tak jak próbowała to czynić w czasach przywództwa Grzegorza Napieralskiego, z reguły przyłączając się do tego, kto jest aktualnie słabszy, co z kolei oznaczałoby eksponowanie tożsamości społeczno-gospodarczej względem PO i kwestii dotyczących stosunku do przeszłości choćby w relacjach z PiS.

Przykłady z naszej części Europy pokazują, że dla partii takiej jak SLD pierwszy wariant jest bardzo trudny i partie pokomunistyczne źle na nim wychodzą: to casus Węgier czy Słowacji. Oznacza to pytanie, czy nastąpi powrót do idée fixe SLD sprzed lat, symbolizowanego przez Aleksandra Kwaśniewskiego, czyli drogi do centrum i elektoratu wielkomiejskiego, liberalnego, emancypacyjnego, czy raczej partia będzie zabiegała o elektorat pokrzywdzony i przez transformację, i przez obecną falę kryzysu. Idzie tu nie tylko o mniejsze miasta, ale także o wieś, gdzie stosunek do PRL jest chyba najbardziej afirmatywny spośród wszystkich segmentów polskiego społeczeństwa. Używając zatem określenia tak lubianego przez opiniotwórcze elity, SLD musiałby się stać „partią populistyczną”, to znaczy stworzyć własną alternatywę wyborczą względem wielkomiejskich, prozachodnich liberałów oraz wobec konserwatywnego PiS. Ale to wymagałoby gigantycznej wręcz pracy nad własną tożsamością, nawet jeśli byłaby odrzucana przez większość zwolenników głównych partii, lecz – podobnie jak w przypadku PiS – wzmocniłaby własny, klarowny przekaz ideowy.

Wiemy jednak, że nawet w czasach wpływów na media publiczne SLD stosował mimikrę, oddając niemal każdy przejaw wyobrażeń społecznych we władanie prawicy. I dopiero teraz uświadamia sobie, że niemal od zera musi budować własny przekaz nie tylko w kwestii polityki historycznej, co w sytuacji partii, która miała niegdyś niemal 40 procent poparcia, musi zaskakiwać. Ale zauważmy, że SLD niebezpiecznie igrał z ogniem: w oczach elit próbował się przedstawiać jako formacja wprowadzająca i promująca w Polsce kapitalizm, i to nieprzesadnie łagodny. A przecież wyborcy tej partii mieli na ogół zupełnie inne oczekiwania, a ich głos na SLD był często symbolem sprzeciwu wobec procesów demontażu opiekuńczych funkcji państwa.

Podsumowując: miarą dramatyzmu sytuacji lewicy w Polsce jest to, że od przetrwania nader skromnej reprezentacji sejmowej i od procesów wewnętrznych w tym ugrupowaniu może zależeć los polskiej lewicy w ogóle. A przecież coraz więcej Polaków będzie rozczarowanych tym, co wokół siebie widzi – postawienie alternatywnych diagnoz jest nie tylko wymogiem chwili. Przedstawienie spójnej, całościowej, niestroniącej od „populizmu” wizji będzie koniecznością. Notabene jest znamienne, że oskarżenia o populizm ze strony neoliberalnych elit płyną najczęściej w krajach, które mają problemy z modernizacją, a Polska niewątpliwie do takiego grona się zalicza.

A jak w tym kontekście wygląda kwestia wiarygodności czy też pomysłu PiS na „trybuna ludu”? Jest to partia zarówno „Polski solidarnej”, jak i Zyty Gilowskiej, zarówno Jerzego Żyżyńskiego, jak i do niedawna Przemysława Wiplera, partia flirtująca z największym związkiem zawodowym, ale także z „krajowymi małymi i średnimi przedsiębiorcami”… Jednak na tle nie tylko rodowodu, ale także poczynań SLD w III RP, jawi się ona sporej liczbie osób jako jedyna realna choć trochę socjalna alternatywa wobec neoliberalizmu.

Bez siły PiS i diagnoz stawianych przez lidera tej partii być może nie mielibyśmy już w Polsce normalnego mechanizmu demokratycznego. Partia ta stała się gwarantem pięcioprzymiotnikowego prawa wyborczego i elementarnych praw obywatelskich, w tym także związkowych. Gwałtowny atak elit społecznych na PiS spowodował, iż musiała ona podjąć trud konsolidacji wewnętrznej, aby przetrwać. To zaś zamazało różnice wewnętrzne w tej partii, m.in. społeczno-ekonomiczne, widoczne nawet w jej programie. Ciekawym zjawiskiem jest fakt, że znaczna część medialnego zaplecza PiS wyznaje ultrarynkowe poglądy, bliskie PO, natomiast wyborcy partii J. Kaczyńskiego mają zdecydowanie prosocjalne nastawienie. Prawo i Sprawiedliwość potrzebuje natomiast szerszego zakorzenienia w dyskursie globalizacyjnym. Nie można naraz zachwycać się angielskim i amerykańskim konserwatyzmem z jednej strony oraz Viktorem Orbánem czy nauką społeczną Kościoła z drugiej. Nie jest możliwe pogodzenie promocji swobody transnarodowego, a więc głównie de facto amerykańskiego, kapitału oraz silnego państwa narodowego z jego tradycyjnymi funkcjami. Rozstrzygnięcie takich dylematów ostatecznie przyniesie dopiero ewentualne objęcie steru rządów.

A co z Ruchem Palikota?

Każda formacja eklektyczna, na pozór antypolityczna w swoich deklaracjach, wcześniej czy później przybiera jakieś oblicze ideowe. Nie sądzę, aby RP był wyjątkiem. Moim zdaniem to partia, która jest najbliżej zachodniego liberalizmu. To liberalizm – zachowując wszelkie proporcje – niemieckiej FDP, brytyjskich liberalnych demokratów, partii liberalnych Skandynawii i Beneluksu, czyli godzący liberalizm ekonomiczny z liberalizmem kulturowym. Moim zdaniem RP ma potencjał wyborczy, żeby w takiej formule przetrwać, tyle że musi się stać zwykłą partią. Jest znamienne, że gdy Palikot promował się jako lewica, nastąpiło załamanie sondażowe.

Skąd w ogóle wziął się pogląd wśród opinii publicznej, że RP to lewica?

Po pierwsze pracowały na to opiniotwórcze elity, dla których lewicowość wyraża się w nieendeckości. Za lewicowość wystarcza im kulturowy liberalizm. Po drugie wynikało to z sytuacji samej Platformy, dla której rok 2010 był alarmem. Z trudem wygrane wybory prezydenckie, wysoki wynik Grzegorza Napieralskiego i pozyskanie przez niego niemal 200 tys. młodych wyborców stworzyło przesłanki do tego, żeby promować satelicki ruch polityczny. RP miał być amortyzatorem PO: młodzi wyborcy odpływający od partii Tuska mieli przepływać do partii, która w strategicznych sprawach będzie głosowała tak samo jak rządzący. Po trzecie Ruch Palikota po wejściu do sejmu musiał zdać sobie sprawę, że bez wzmocnienia kadrowego, bez ogólnopolskiej struktury organizacyjnej nie da rady dłużej trwać. Wydawało się, że SLD jest nieboszczykiem i wystarczy przejąć struktury tej partii. W tym celu Palikot zaczął wykonywać różne gesty w stronę lewicy. Jednak wyborcy RP z 2011 r. nie identyfikowali się z lewicą, a przepływy z SLD były niewielkie. A jak bardzo lewicowe jest ugrupowanie imienia swojego lidera, pokazuje casus promowania podatku liniowego, próby likwidacji części ubezpieczeń społecznych czy głosowanie w sprawie podniesienia wieku emerytalnego.

A jak Pan widzi perspektywy polskich Zielonych?

Można ich uznać za próbę przeniesienia do Polski wzorców zachodnich. Ale u nas, moim zdaniem, nie mogą się one przyjąć z jednego powodu: walka o wartości ekologiczne była dogrywką obrony wartości postmaterialnych, na bazie ruchu z roku 1968. W Polsce nie ma jeszcze tak silnej jak w Niemczech czy w Austrii wielkomiejskiej klasy średniej, która mogłaby się oddać idei ochrony przyrody. Wyrosła na globalizacji klasa średnia w Polsce myśli raczej o tym, jak spłacić kredyt i przebić się przez korek, aniżeli o parku w swoim osiedlu.

Natomiast kwestią, która w naszych warunkach mogłaby dać Zielonym paliwo, jest energetyka atomowa, która moim zdaniem spotka się z masowym sprzeciwem. Tyle że środowiska Zielonych to w Polsce ruch typowo wielkomiejski, element rodzimego liberalizmu, natomiast sprzeciw wobec energetyki atomowej będzie u nas prowincjonalny: wiejski i małomiasteczkowy, pewnie złożony z wyborców PiS, PSL, częściowo SLD.

Jednym z problemów lewicowej polityki w Polsce wydaje się brak mediów reprezentujących tę opcję. Środki przekazu żyją w symbiozie z reklamodawcami, czyli kapitałem, z oczywistych względów niechętnym konsekwentnej lewicy. Wyobraża sobie Pan szanse lewicy na przyszłość bez silnych, własnych mediów, szczególnie w czasach tak dużego znaczenia infotainmentu?

Warto pamiętać, że to problem globalny. Rządy Kirchnerów, które odbudowały Argentynę po spektakularnym bankructwie, weszły w radykalny spór z neoliberalnym mainstreamem medialnym, symbolizowanym przez największy tamtejszy dziennik. Podobnie na Słowacji Fico wszedł w ostry konflikt z mediami i wygrał go.

Moim zdaniem lewica nie ma żadnych szans na zakorzenienie się w świecie wielkich, komercyjnych mediów, ze względu na strukturalny konflikt interesów. Idzie choćby o kwestie związane z interesami materialnymi mediów. Trudno, żeby giełdowe spółki medialne promowały lewicowe poglądy na gospodarkę, nie walczyły ze związkami lub nie wspierały OFE, skoro olbrzymimi pakietami ich akcji posługują się wielcy gracze kapitałowi. Media komercyjne zawsze będą wobec lewicy nieufne, a w wielu przypadkach wręcz wrogie.

Jedyna realistyczna możliwość oddziaływania na media wiąże się z tym, co widzimy dziś na rynku medialnym w Polsce. Trzeba pamiętać, że znaczna część tych podmiotów nie jest w stanie samodzielnie utrzymać się na rynku. Jest to o tyle zabawne, że najwięksi piewcy kapitalizmu nie są w stanie utrzymać się jedynie za pieniądze konsumenta i są faktycznie sponsorowani pieniędzmi publicznymi – bądź bezpośrednio przez rynek reklam, bądź pośrednio: przez zakupy pakietów akcji na giełdzie. Mówiąc brutalnie – jeśli lewica będzie chciała mieć wpływ na media, to musi je sobie „wywalczyć zbrojnie”, czyli za pomocą tego samego instrumentarium, którym posługują się dziś partie liberalne, prawicowe.

Oczywiście w pewnym stopniu można korzystać z nisz zapewniających względną swobodę, czyli z internetu. Jak pokazuje przykład Turcji, przynajmniej krótkoterminowo może to być skuteczne. Ale na powstanie wielkich lewicowych mediów nie ma co liczyć. Trzeba raczej liczyć na budowanie nisz w obrębie wielkich stacji i tytułów, które w ramach poszerzania targetu będą chciały sięgnąć po bardziej specyficznego odbiorcę.

A co z wydawanym od niedawna „Dziennikiem Trybuna”? W kontekście powyższego jego istnienie wydaje się wręcz niezbędne.

Intuicja animatorów przedsięwzięcia jest dobra. Gdyby taka gazeta miała się utrzymać, choćby na granicy przetrwania, musiałaby być „Gazetą Polską Codziennie” à rebours, to znaczy pismem z mocno sprofilowanym przekazem. Ale dotychczasowe doświadczenia gazety są bardzo ambiwalentne. Bo o ile jeszcze wybicie na stronie pierwszej niespełnionych obietnic Donalda Tuska może przykuć uwagę potencjalnych czytelników w dobie radykalnej zmiany nastrojów obywateli, o tyle umieszczanie tam Anny Grodzkiej kogo jak kogo, ale przeciętnego wyborcy SLD nie zachęci. A przypomnę, że to właśnie elektorat SLD nawet w schyłkowych dla „Trybuny” czasach nabywał ten tytuł w ilości od 20 do 30 tys. egz. Trudno mi wyobrazić sobie, by w dawnym garnizonowym mieście w lubuskim czy zachodniopomorskim tłum emerytowanych oficerów Wojska Polskiego rzucał się na gazetę zajmującą się problemem emancypacji mniejszości seksualnych. Chyba tylko elektorat PiS byłby bardziej niechętny takiemu przekazowi…

W odpowiedniej dla siebie skali „DT” stoi przed dylematem o szerszym charakterze: jak ma wyglądać lewicowość w kraju katolickim, gdzie nawet ludzie odnoszący się pozytywnie do lewicy wciąż uważają sprawy obyczajowe za prywatne.

Zwolennicy nowej lewicy, choćby z „Krytyki Politycznej” czy mniejszych inicjatyw pokrewnych ideowo, zaprzeczą takiej tezie…

Próby tworzenia lewicy w oparciu o kwestie kulturowe są nierealne, i to nie tylko w Polsce. Społecznie jest to kompletna próżnia i na powstanie tego typu masowej lewicy się nie zanosi, bo ci, którzy przyjęliby ofertę „KP” w kwestiach obyczajowych, nie przyjmą lewicowości w kwestiach społeczno-gospodarczych. Wynika to z wielkomiejskiej specyfiki, rodzaju więzi społecznych, aspiracji zawodowych itp. Albo zaistnieje w Polsce lewica, skrótowo mówiąc, socjalna, albo nie będzie jej wcale, jak np. w Turcji. Dopóki lewica w Polsce nie odrobi lekcji Słowacji, Czech czy Rumunii, dalej będzie się miotała między autentyczną lewicowością a odrealnioną wizją świata promowaną przez reprezentacje różnych mniejszości obyczajowych.

Dziękuję za rozmowę.

Warszawa, 19 lipca 2013 r.

Walka trwa. I ma sens

„Walka trwa!” – głosi hasło promujące IX edycję Festiwalu Obywatela, który odbył się w Łodzi w dniach 18-20 października. To dobry komentarz do sytuacji, w jakiej funkcjonują dziś przedstawiciele bardzo różnych prospołecznych sił w Polsce. Podziw budzi fakt, że działając zazwyczaj w trudnym – obojętnym czy wręcz wrogim – otoczeniu społecznym, kulturowym i politycznym znajdują siły, narzędzia i motywację do  aktywności. I przy swej różnorodności, która stanowi normalny element „żywiołu społecznego” nawet w ułomnych, ale demokratycznych ramach ustrojowych, potrafią korzystać z szans, jakie daje współpraca.

Pozwolę sobie najpierw na przedstawienie subiektywnie widzianego „festiwalowego krajobrazu”, by później przejść do bardziej publicystycznego szkicu. Festiwal Obywatela z roku na rok przyciąga coraz liczniejszych i bardziej zróżnicowanych gości. Strzałem w dziesiątkę okazał się pomysł, by z jednej strony zaprosić „anonimowych bohaterów” Polski prospołecznej, często lokalnej, a z drugiej – osoby szerzej znane z działalności politycznej, naukowej czy publicystycznej. To przełamało pewną barierę; o ile jeszcze w ubiegłym roku znaczna część goszczących na imprezie aktywistów była jedynie odbiorcami przekazywanych treści, o tyle teraz wielu z nich miało także możliwość współtworzyć program wydarzenia.

Warto przypomnieć, kim byli nasi goście, na co dzień działający w swoich lokalnych wspólnotach, środowiskach pracy,  grupach (społecznego) interesu. Festiwal otworzyło naprawdę poruszające spotkanie z opiekunami osób niesamodzielnych, Elżbietą Karasińską ze Stowarzyszenia „Mam Przyszłość” i Marzeną Kaczmarek z ruchu Wykluczonych Opiekunów Dorosłych Osób Niepełnosprawnych. To wydarzenie bardzo boleśnie otwierało oczy na jawną niesprawiedliwość naszego państwa wobec najsłabszych, kompletną arogancję władzy wobec ich – skromnych przecież – potrzeb. Pokazywało również heroiczny wymiar osobistego życia ludzi opiekujących się latami niepełnosprawnymi dziećmi bądź schorowanymi, starszymi rodzicami, mierząc się równocześnie i z prywatnymi problemami, i z kłodami rzucanymi pod nogi przez instytucje publiczne.

Z pewnością jednymi z najbardziej wyrazistych gości Festiwalu byli działacze związków zawodowych: Jarosław Przęczek (Związek Zawodowy Meblarzy RP), Piotr Kret (Porozumienie Pracownicze), Michał Kukuła (NSZZ „Solidarność”) oraz Adam Olejnik (Międzyzakładowy Związek Zawodowy „Odkrywka”). Mówili nie tylko o swoich doświadczeniach związanych z obroną interesów pracowniczych w zakładach pracy, sądach i wobec decydentów. Wnieśli także wiele życia w imprezowo-towarzyskie rozmowy, pokazując przy tym znaczną wrażliwość na inne poza związkowymi tematy i sprawy, żywo dyskutując i deklarując (dalszą) współpracę nie tylko ze środowiskiem „Nowego Obywatela”, ale również przedstawicielami innych zaproszonych do Łodzi ruchów społecznych. Nie sposób przy tej okazji nie wspomnieć o reprezentantce środowiska pielęgniarek, a równocześnie działaczce Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Pielęgniarek i Położnych, Małgorzacie Aulejtner, która z ogromną troską i pasją przedstawiła coraz trudniejszą sytuację „białego personelu” w czasie dyskusji ekspercko-społecznej z udziałem dr. Marka Balickiego. Z kolei lokalne komitety protestacyjne przeciwko szkodliwym inwestycjom reprezentowały na tegorocznym Festiwalu Obywatela trzy panie: Katarzyna Fereniec-Obszańska ze Stowarzyszenia Ochrony i Rozwoju Ziemi Nieborowskiej, Anna Ludwin-Właszczuk ze Stowarzyszenia „Aktywni dla Regionu” oraz Beata Ularowska z Międzygminnego Społecznego Komitetu Ochrony Środowiska”.

Festiwalowa różnorodność dała się zauważyć także w kuluarach, w czasie wieczornych imprez czy wreszcie w trakcie sobotniej wycieczki integracyjnej po Łodzi, którą poprowadził dr Maciej Kronenberg. Spotkali się i rozmawiali ze sobą ludzie różnych środowisk ideowych i politycznych. Wypada zacząć od dwójki najbardziej zasłużonych: jak niemal co roku byli z nami Joanna i Andrzej Gwiazdowie. Była także Jadwiga Chmielowska, niegdyś solidarnościowa działaczka opozycyjna, dziś skarbnik Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. W debatach poświęconych sprawom związków zawodowych uczestniczył nasz zeszłoroczny prelegent, Marek Lewandowski, rzecznik prasowy NSZZ „Solidarność”. Był z nami Adam Ostolski, szef polskich Zielonych. Był Tomasz Jankowski, rzecznik prasowy Samoobrony, oraz Maciej Łapski i Ewa Zdunek, animujący rodzący się ruch Polska Społeczna. Gościliśmy także przedstawicieli Polskiej Partii Socjalistycznej, na czele z Ewą Miszczuk z Wrocławia. Przyjechał również Cezary Miżejewski, jeden z liderów nieemigracyjnej PPS u progu transformacji ustrojowej, a dzisiaj działacz spółdzielczy.

Byli także publicyści internetowego pisma Nowe Peryferie, m.in. Aleksandra Bilewicz i Marceli Sommer, oraz trzyosobowa reprezentacja periodyku lewicy chrześcijańskiej, magazynu „Kontakt”, na czele z Mateuszem Luftem. Byli także z nami Barbara Bielawska z Partii Kobiet czy Rafał Bakalarczyk, ściśle współpracujący z opiekunami osób niepełnosprawnych felietonista „Nowego Obywatela”. Był Bartłomiej Kozek, publicysta „Zielonych Wiadomości”, jak również Bartosz Pilitowski, który zaprezentował kampanię na rzecz patriotyzmu konsumenckiego „Polski Ślad”.

Jako trzecią grupę gości należy wymienić osoby, które zaprosiliśmy do debat o bardziej eksperckim charakterze. Tutaj znaleźli się po pierwsze specjaliści od spraw związków zawodowych i zagadnień świata pracy, czyli dr Jan Czarzasty i dr Daniel Kiewra. Wprowadzenie do debaty społecznej/społecznikowskiej na temat problemów z tzw. koleją dużych prędkości wygłosił Karol Trammer, szef magazynu branżowego „Z Biegiem Szyn”. Dr hab. Rafał Chwedoruk oraz związani z naszą redakcją dr Jarosław Tomasiewicz i Jarosław Górski wzięli udział w debacie „Kiedy Polacy wyjdą na ulice? Warunki niezbędne dla zaistnienia skutecznego ruchu protestu”.

Na marginesie: tegoroczny Festiwal uświetnił koncert zespołu Hańba. Publiczność bawiła się naprawdę świetnie przy folkowo-punkrockowej muzyce i wyśpiewywanych do jej rytmu tekstach, wśród których nie zabrakło poezji Juliana Tuwima czy Władysława Broniewskiego. Mam nadzieję, że o tej kapeli będzie coraz głośniej, a „Nowy Obywatel” okaże się środowiskiem trendsetterskim nie tylko na gruncie tematyki społecznej.

IX Festiwal Obywatela stanowi zdecydowany dowód na to, jak mało wiemy o sobie nawzajem, jako społeczeństwo. To świat (medialnie) nieopisany, a przynajmniej nie w sposób, który dawałby rzetelną wiedzę o tym fragmencie rzeczywistości. To też utrudnia zrozumienie, co pozwala zwyciężać, a co przyczynia się do porażek w bardzo konkretnych i odmiennych warunkach, w jakich działają małe stowarzyszenia rodziców, bardzo różne od siebie organizacje związkowe, mniejsze partie polityczne czy środowiska „etosowych inteligentów”, na gruncie których być może kiedyś powstaną think tanki inne od tych uzależnionych od wielkiego kapitału i podporządkowanych dogmatom współczesnego kapitalizmu.

Zróżnicowana formuła ostatniego Festiwalu pozwoliła zidentyfikować zarówno środowiskowe uwarunkowania funkcjonowania wielu grup działających na rzecz sprawiedliwości społecznej, jak i wspólny dla nich kontekst systemowy, związany z praktyką polityczną, tendencjami gospodarczymi oraz cywilizacyjnymi i wynikającymi z nich „trendami myślowymi” itd. Na omawianych przykładach było dobrze widać, jak jałowy jest zdarzający się czasem spór: działać czy myśleć (pisać/mówić)? Te dwa fundamentalne – w wymiarze indywidualnym i społecznym – elementy muszą wzajemnie na siebie oddziaływać w ramach dynamicznej pracy „w czynie i myśli”.

Kilka festiwalowych debat pokazało, że o ile całokształt warunków, w jakich przychodzi działać środowiskom prospołecznym, można nazwać trudnym, o tyle wachlarz (nie)możliwości rozkłada się bardzo szeroko. Spośród wszystkich zaproszonych środowisk to opiekunowie osób niesamodzielnych są grupą najbardziej zmarginalizowaną, wypychaną poza margines jakichkolwiek dyskusji i lekceważoną przez reprezentantów państwa. Ich specyficzne osamotnienie, zależność od urzędniczej i politycznej łaski czy fakt, że jako część elektoratu nie stanowią żadnej grupy nacisku zdecydowanie nie poprawiają ich położenia. Tutaj samopomoc i samoorganizacja stanowią o „być albo nie być” lokalnych grup, próbujących wspólnie przebić się ze swoimi postulatami do mediów i rządzących. Walka czysto lokalna byłaby tu skazana na niepowodzenie, jako niewidzialna dla posłów i ministrów stanowiących i realizujących prawa.

Zupełnie inne problemy mają organizacje takie jak „Rodzice dla Szczecina” (na Festiwalu stowarzyszenie to reprezentowali Dorota Korczyńska i Radosław Majcher). Na ich przykładzie dobrze widać, jak zorganizowana grupa ludzi dysponujących pewnym kapitałem kulturowym (który pewnie pokrywa się z przynajmniej przeciętnym statusem materialnym) jest w stanie wpływać na politykę samorządu lokalnego, np. w sferze edukacji. A jednak nawet oni przyznają, że działalność, którą prowadzą, przypomina bardziej „gaszenie pożarów”, czyli jest formą reakcji na lokalne i systemowe czynniki wymuszające opór społeczny. Zarówno w przypadku stowarzyszeń oświatowych, jak i w sytuacji grup sprzeciwiających się budowie kolei dużych prędkości w swojej okolicy, aktywność obywatelska jest reakcją na doznawane zło. W tym sensie można przyznać rację „ojcom założycielom” klasycznego liberalizmu: wspólne dobro, ale także walka różnych grup interesu, rodzi się wówczas, gdy „suma egoizmów” łączy ludzi w ruchy (lokalnego) sprzeciwu.

Gdzieś na przecięciu „świata lokalnego” i „struktur makro” umiejscowione są terenowe i zakładowe struktury związków zawodowych, a także poszczególne grupy pracowników bardziej wrażliwych na politykę (a)społeczną państwa, jak pielęgniarki. Tutaj częściej istnieje możliwość uzyskania wsparcia, ze strony branżowych instytucji czy wymiaru sprawiedliwości; większe są także możliwości skutecznego wywierania presji za pośrednictwem ogólnokrajowych mediów głównego nurtu, dzięki wyrazistszej w nich obecności. Nie zawsze to działa, ale stwarza aktywności publicznej dodatkowe perspektywy, tym bardziej że nieco liczniejsze grupy zawodowe oraz struktury związkowe wciąż stanowią dla klasy politycznej punkt odniesienia, nawet jeśli ma to charakter koniunkturalny.

Nie da się ukryć, że mniejsze, pozaparlamentarne ugrupowania o różnych odcieniach lewicowości będą zainteresowane bliższym poznaniem środowisk związkowych/pracowniczych i uzyskaniem ich sympatii, szczególnie teraz, po Ogólnopolskich Dniach Protestu. Wielką niewiadomą stanowi jednak to – a przynajmniej trudno było wysnuć jednoznaczne wnioski z festiwalowej debaty eksperckiej – czy same związki są zdolne zarówno do długofalowej współpracy, jak i do rozbudowy zaplecza intelektualnego i medialnego. Tu zresztą warto zauważyć, że dyskusja o służbie zdrowia w pełni potwierdziła podejrzenia, że również w obrębie instytucji publicznych nie prowadzi się żadnej przemyślanej polityki społecznej – chyba że uznać za nią politykę dewastacji państwa przez klasę rządzącą.

W ubiegłym roku po Festiwalu zwracałem uwagę przede wszystkim na jego obywatelski charakter. Tym razem położyłem nacisk na kwestię powiązań między systemowymi a lokalnymi uwarunkowaniami działalności na rzecz bardziej egalitarnego, sprawiedliwego i przyjaznego ludziom społeczeństwa i państwa. Jednak w znacznej mierze tegoroczna myśl przewodnia nawiązuje do ubiegłorocznej, gdy hasłem wywoławczym było „Odzyskajmy demokrację!”. Bo przecież trwa także walka o kształt polskiej demokracji. Nie jako pustego słowa, z którego szydzą zarówno oligarchowie, jak i co bardziej autorytarni prawicowcy. Trwa walka o demokrację, w której będzie liczył się człowiek, jego wspólnota, a także jego sumienie i jego prawo do wolności od wszechwładzy polityków i pieniądza. I nawet jeśli jest to batalia, w której „cel jest niczym, ruch wszystkim”, także ma ona sens. Na Festiwalu Obywatela widziałem ludzi, którzy w to wierzą i dlatego uczestniczą w obywatelskiej „wojnie partyzanckiej”, toczonej zarówno w obrębie systemu III RP, jak i poza nim.