przez Krzysztof Wołodźko | poniedziałek 27 stycznia 2014 | Zima 2013
Zacznijmy od naszkicowania ogólnego obrazu. Jaka jest sytuacja na rynku mieszkaniowym w III RP? Jakie są jego cechy szczególne i jakie mankamenty?
Irena Herbst: W Polsce brakuje świadomie realizowanej polityki sterowania rynkiem aby osiągnąć pożądane cele. Owszem, występują regulacje, jak na całym świecie, ale nie są one nakierowane na stymulację określonych, pożądanych przez państwo działań podmiotów rynkowych. W efekcie tego cele zapisane w polityce mieszkaniowej państwa nie są spełniane, a z pewnością nie służą poprawie potrzeb mieszkaniowych w Polsce. Co gorsza, wydajemy naprawdę dużo pieniędzy na stymulację zachowań, które utrwalają nierównowagę na rynku mieszkaniowym.
W początkach transformacji trudno w ogóle było mówić o typowym rynku mieszkaniowym. Mieliśmy bardzo wysoki poziom niezaspokojonych potrzeb tego typu – jeden z największych w Europie niedoborów mieszkań w stosunku do ilości gospodarstw domowych. Co więcej, nie istniała własność mieszkań, wysokość czynszu ustalano w ministerstwie budownictwa – jednakową dla wszystkich miast i gmin w Polsce. Na tym polegał centralny tryb zarządzania. To nie mogło działać i nie działało.
Bardzo często mówi się, że przed 1989 rokiem budowano więcej mieszkań niż teraz. To nie do końca jest prawdą, ponieważ dane statystyczne w tamtym okresie były często fałszowane. Jako o mieszkaniach oddanych do użytku mówiono o takich, które nie były jeszcze gotowe. W rzeczywistości nigdy nie budowaliśmy tych często przywoływanych 250 tys. mieszkań rocznie.
W jednym z wywiadów mówiła Pani, że obecnie buduje się podobną ilość mieszkań co w schyłkowym okresie Polski Ludowej.
Buduje się trochę mniej niż w końcówce PRL. Wynika to z wielu względów, m.in. z tego, że nie stawia się mieszkań w systemie wielkopłytowym, w którym powielało się „komórki do wynajęcia”, skupione w jednym miejscu. Jednak w stosunku do początku lat 90. budujemy dziś tyle samo, może trochę więcej. Właściwie nic się nie zmieniło przez te dwadzieścia kilka lat. Kryzys mieszkaniowy trwa w Polsce od wielu dekad. I co więcej, ma on charakter strukturalny, nie koniunkturalny.
To wszystko powinno dać do myślenia obecnym decydentom w zakresie praktyki mieszkaniowej w Polsce. Instrumenty, którymi się posługują, mają charakter oddziaływania interwencyjnego, związanego z cyklem koniunkturalnym, ale nie prowadzą do rozwiązania problemu. Mniej więcej od 2008 r. stosujemy wyłącznie wsparcie dla mieszkań nabywanych na własność, tym samym pogłębiając nierównowagę istniejącą na rynku. Mimo że od czasu urynkowienia gospodarki i uracjonalnienia przesłanek decyzji mieszkaniowej minęło ponad 20 lat, Polska nadal jest w absolutnym ogonie krajów europejskich, jeśli idzie o ilość budowanych mieszkań, ich zagęszczenie, wyposażenie w media, stan techniczny. W niektórych kategoriach za nami są jeszcze Bułgaria i Rumunia, ale w kilku innych zajmujemy kompromitujące ostatnie miejsce.
Co jest istotą tego strukturalnego problemu?
W połowie lat 90. została opracowana polityka mieszkaniowa, która formułowała cele i narzędzia ich realizacji. Najważniejszym założeniem było odejście od uspołeczniania ekonomii na rzecz podniesienia jej finansowej racjonalności. To było słuszne. Jednak mieszkanie jest dobrem specyficznym, zaspakaja ogromną ilość potrzeb człowieka, od biologicznych przez kulturowe po zawodowe. Jest równocześnie dobrem wyjątkowo drogim, kosztuje wielokrotność rocznych dochodów przeciętnej rodziny. W związku z tym nie ma takiego kraju, w którym wszystkie mieszkania byłyby własnościowe. Naszym zadaniem jako państwa demokratycznego, które zakłada solidarność i równość w dostępie do dóbr i usług, jest przede wszystkim konieczność zapewnienia ludziom pomocy i dachu nad głową, w drugiej kolejności wsparcie w dochodzeniu do własności mieszkania.
W każdym kraju, bogatym czy biednym, istnieje znaczna grupa ludzi, których nie stać na zakup własnego mieszkania. W Polsce struktura własności jest patologiczna: mamy 20 proc. mieszkań na wynajem, a 80 proc. prywatnych. To oznacza, że potrzebne są ogromne przedsięwzięcia ze strony państwa w zwiększaniu dostępu do dachu nad głową, bo w przeciwnym razie, w dłuższej perspektywie, ludzie będą lądować na dworcach. Od lat 2004–2005 znaczne środki przeznacza się na budowę noclegowni i innych tego typu ośrodków, które przestają być jedynie miejscem tymczasowego zamieszkania. Jeżeli nie zmienimy tej polityki, prędzej czy później nastąpi bunt społeczny. Bo co oznacza tylko 20 proc. mieszkań na wynajem? Przede wszystkim to, że opóźniamy wszelkie możliwe procesy dostosowawcze na rynku pracy, hamujemy możliwość wewnętrznej migracji za pracą. Pośrednio zwiększamy w ten sposób wydatki na pomoc publiczną i petryfikujemy różnice między poszczególnymi regionami kraju. To powoduje także, iż łatwiej jest emigrować za pracą do Anglii, Irlandii czy Niemiec, niż próbować odnaleźć się tutaj, wyjeżdżając np. do innego regionu. Tam dostępna jest nie tylko praca, ale i mieszkania.
Model rynku mieszkaniowego à la III RP od początku obarczony był tak poważną wadą systemową?
Byłam jedną z autorek programu przemian w tej dziedzinie. Razem z Andrzejem Bratkowskim przygotowałam w 1992 r. – na prośbę Jacka Kuronia – memoriał mieszkaniowy. Propozycje rozwiązań wzorowaliśmy na tych stosowanych na Zachodzie, mieliśmy wsparcie z Francji, Holandii i Wielkiej Brytanii. Trwało to dobrych kilka lat. W tamtym czasie zajmowałam się naukowo ekonomią mieszkalnictwa, rozwojem miast.
Sformułowana w połowie lat 90. polityka mieszkaniowa wprowadzała nie tylko elementy, które są właściwe dla gospodarki rynkowej, poczynając od restytucji prawa własności, poprzez czynsze, uwzględniające koszty eksploatacji, a kończąc na kredytowaniu opartym o zastaw hipoteczny. Formułując politykę mieszkaniową, przyjęliśmy następujące założenie: uruchamiamy kilka programów wsparcia – skierowanych do grup o różnym stopniu zamożności, zaczynając od sektora budowy mieszkań na wynajem o umiarkowanych czynszach. Miały one z biegiem czasu zastąpić sektor mieszkań komunalnych. Jestem zresztą ich zdecydowaną przeciwniczką. Uważam, że gmina nie powinna zarządzać mieszkaniami, nawet jeśli jest ich właścicielem. Z prostej przyczyny: urzędnik robi to gorzej.
Wprowadziliśmy na rynek nowy rodzaj inwestora, instytucję znaną dziś jako Towarzystwa Budownictwa Społecznego (TBS), nawiązującą w nazwie do przedwojennych inicjatyw spółdzielczości mieszkaniowej. Są to spółki prawa handlowego, które muszą kierować się rachunkiem ekonomicznym. Bardzo nam zależało, żeby nie były to jednostki budżetowe aparatu gminnego, urzędniczego.
Przy opracowaniu reformy mieszkaniowej otrzymaliśmy dużą pomoc merytoryczną z Francji i Anglii, a reformy czynszów – ze Stanów Zjednoczonych. Ta ostatnia sprowadzała się do uniezależnienia kwestii racjonalności ekonomicznej, określającej niezbędną wysokość czynszu, od kwestii tego, ile powinien płacić lokator. Ustawa, która to regulowała, nazywała się: „O wynajmie lokali i dodatkach mieszkaniowych”. Za rządów premiera Buzka została ona przerobiona na ustawę o ochronie lokatorów…
To źle?
Poprzednia ustawa mówiła, że czynsz powinien być ekonomiczny. Powinien pozwalać na pokrycie kosztów eksploatacji, akumulację środków na remont kapitalny. Stan techniczny mieszkań w Polsce jest fatalny, w okresie PRL nie zbierano praktycznie żadnych środków na ten cel. Dlatego kamienice w Polsce wciąż wyglądają tak, jak wyglądają. Ustawa mówiła też, że przez dziesięć lat czynsz nie powinien przekraczać 3 proc. wartości odtworzenia, a następnie powinien zostać uwolniony. W nowej ustawie czynszów nie uwolniono.
Wysokość czynszu to obecnie zazwyczaj około 1 proc., a powinna kształtować się na poziomie około 5 proc. wartości odtworzenia. Gminy jednak nie mają środków na zwiększenie dodatków mieszkaniowych, a właśnie druga część tej ustawy mówiła, że gmina/państwo powinny zapewniać dodatek mieszkaniowy ludziom, których nie stać na płacenie uwolnionego czynszu. Początkowo udało nam się wywalczyć, że 50 proc. tego dodatku płaciła gmina, a resztę dopłacało państwo. Później państwo z tego zrezygnowało i gminy również chciały się wycofać. Gdyby gminy podniosły czynsze, musiałyby dopłacać więcej. Jednak dopłacać nie chcą/nie mogą, zatem bezpieczniej jest nie podnosić czynszu. Jest to racjonalne politycznie i społecznie, ale nie ekonomicznie. Gdyby został zachowany pierwotny model, mielibyśmy dzisiaj o wiele lepszą sytuację. Ustawa o ochronie lokatorów w dzisiejszej formie jest nieefektywna. Trzeba ją zmienić. Jednak musi być także wyraźnie powiedziane, że państwo ma obowiązek utrzymywania pewnych standardów na szczeblu krajowym i lokalnym. Te cywilizacyjne normy polegają na tym, że trzeba odtwarzać kapitał mieszkaniowy, bo inaczej nasze wnuki będą mieszkały w slumsach. Jednak potrzebne są także pieniądze na dodatki mieszkaniowe.
Do 2008 r. realizowano projekt budowy mieszkań na wynajem. Zostało zbudowanych 100 tys. mieszkań. W 2009 r. zlikwidowano ostatecznie Krajowy Fundusz Mieszkaniowy. KFM zlokalizowany w Banku Gospodarstwa Krajowego udzielał kredytów preferencyjnych na budowę mieszkań na wynajem o umiarkowanych czynszach; wysokość czynszów nie mogła być wyższa niż 4 proc. wartości odtworzenia. Na ten cel przez kilkanaście lat wydatkowano z budżetu państwa 4 mld złotych. Ponadto Bank Gospodarstwa Krajowego pożyczył na ten cel 2 mld za granicą.
Kredyty TBS-owskie są znakomicie spłacane, mamy poniżej 2 proc. nieregularnej spłaty. Spłaty kredytów zasilają BGK. Kwota spłat pozwoliłaby w zupełności na budowę dalszych mieszkań na wynajem o umiarkowanych czynszach, bez konieczności sięgania po środki z budżetu państwa. Na tym zresztą polega przewaga instrumentów dłużnych nad dotacjami – udzielone wsparcie finansowe jest zwracane i może nadal służyć celom publicznym. Niestety, program został zamknięty. Kredyt preferencyjny, instrument, który zastosowaliśmy ponad 20 lat temu, dziś jest powszechnie zalecany w Unii Europejskiej jako alternatywa dla dotacji.
W przyjętej w latach 90. polityce mieszkaniowej zawarty był także moduł wspierania dochodzenia do własności mieszkania. Przewidziano znaczne ulgi podatkowe dla ludzi, którzy budowali mieszkania z myślą o ich wynajmowaniu. Po kilku latach od ich wprowadzenia zostały zniesione, z wielką szkodą dla sprawy. Główny, populistyczny argument za likwidacją brzmiał: „to była tylko opcja dla bogatych”. Jednak mieszkania budują/kupują tylko tacy, których dochody są wyższe od średniej krajowej… Przecież tak naprawdę potrzebujemy i wsparcia dla budownictwa na własność, i dla mieszkań na wynajem.
Z jaką sytuacją mamy do czynienia obecnie?
Polityka mieszkaniowa nie jest realizowana, likwiduje się sukcesywnie program po programie. Od 2008 r. zastąpiono projekt mieszkań na wynajem programem „Rodzina na swoim”, nakierowanym na kupno mieszkania. W dodatku kredyt preferencyjny zastąpiono dotacją, więc nic już nie wraca do puli środków, które można by wykorzystać na budowę kolejnych mieszkań. Program objął ponad 200 tys. mieszkań, ale połowa przeznaczonych na nie środków to kredyty na rynek wtórny. Uelastycznienie rynku wtórnego jest potrzebne, ale trzeba pamiętać, że wsparcie finansowe zakupów na nim nie uruchamia na szerszą skalę procesów gospodarczych – inwestycje w nowe budownictwo zastępowane są remontami mieszkań, nawet nie budynków. Wsparcie jest zatem mniej efektywne.
Co więcej, wybór instrumentu wsparcia – dotacji (finansowanie przez 8 lat części płaconych odsetek z tytułu zaciągniętego kredytu) jest mocno kontrowersyjny. Po pierwsze te środki nigdy już do systemu wsparcia nie wrócą. Po drugie nikogo nie interesuje, co nastąpi po upływie tych 8 lat. Przecież może być tak, że niemożność spłaty kredytu zmusi poszczególne osoby do sprzedaży tych mieszkań z dużą stratą itd. Jednak istotniejsze jest to, że przeznaczono na ten cel 7 mld złotych. Jest to zatem program prawie 2 razy droższy niż program TBS-ów.
Kto na tym zarabia?
Teoretycznie podstawowym beneficjentem powinna być rodzina, która kupuje mieszkanie. Jednak wszystkie badania pokazują, że ⅔ kwoty przeznaczonej na wsparcie trafia do banków jako marże, które natychmiast wzrosły, a także na marże – czyli zysk – deweloperów.
Dlaczego?
Podstawową słabością polskiego rynku mieszkaniowego nie jest sztywny popyt, lecz sztywna podaż. Mamy dobrze funkcjonujący rynek dłużnego finansowania mieszkalnictwa. Jeśli przy sztywnej podaży wspieramy finansowo popyt, to automatycznie rosną ceny.
Kończąc ten wątek: około miesiąc temu w prasie, radiu i telewizji pojawiły się informacje, że BGK uruchamia wreszcie program budowy mieszkań na wynajem. Ma powstać zamknięty fundusz inwestycyjny, w ramach którego za 5 mld złotych zostanie wybudowane 20 tys. mieszkań. I znowu jest to w takim razie projekt wielokrotnie droższy niż poprzednio funkcjonujący. Na budowę 100 tys. mieszkań TBS-owskich wydatkowano ok. 6 mld zł. Wyraźnie ktoś ma za dużo pieniędzy albo za mało wiedzy.
Rozumiem, że od lat brakuje myślenia?
Nie istnieje żaden poważny ośrodek strategiczny, nie ma celowej, długoterminowej polityki w tym zakresie. Wszelkie ustawy i kształt tego, co się nazywa „programami mieszkaniowymi”, to efekt tego, co uda się wytargować z kolejnymi ministrami finansów. Ta niekompetencja jest bardzo kosztowna społecznie, nie pozostaje bez wpływu także na spowolnienie gospodarcze. Tracimy setki tysięcy czy miliony ludzi, którzy wyjeżdżają tam, gdzie mają szanse na pracę, ale i szanse na mieszkanie.
Tracimy także spore kwoty przeznaczane na programy budownictwa, takie jak „Rodzina na swoim” czy „Mieszkanie dla młodych”, które niewiele pomagają w rozwiązaniu problemów mieszkaniowych. Jednak popełniono szereg innych błędów, o których nikt już w ogóle nie ma pojęcia…
O czym mowa?
W ciągu ponad dwudziestu lat istnienia III RP wydano ponad 20 mld na mieszkalnictwo. To nie tak dużo. Z tej kwoty 62 proc. wydatkowano na dwa cele. Po pierwsze – na refundację premii gwarancyjnych książeczek mieszkaniowych założonych przed 1990 r. i wykup odsetek od kredytów zaciągniętych przez spółdzielnie mieszkaniowe. I nie jest tak, że te pieniądze wydano zaraz na początku lat 90. czy na początku XXI w. Tylko w zeszłym, 2012 roku, na refundację książeczek przeznaczono 590 mln. W bieżącym roku już „tylko” 450 mln zł. Wzięło się to stąd, że rozszerzone zostało prawo do tej premii. Oczywiście środki z książeczek należało refundować, były to jedyne pieniądze, jakie wielu ludzi zgromadziło przez lata PRL i nie straciło choćby w wyniku hiperinflacji z 1989 r. Jednak ten proces powinien już dawno zostać definitywnie zamknięty, a zamiast tego wciąż „dopisywano ludzi”, rozszerzano tytuły. W tej chwili można książeczki scedować nawet na dalekiego kuzyna. Co więcej, można otrzymywać te środki nawet na wpłatę do wspólnoty mieszkaniowej na fundusz remontowy. Tymczasem największa roczna wpłata z budżetu państwa, którą wydatkowano na KFM w ciągu piętnastu lat działania, to było 450 mln.
Drugi cel, na który ciągle przekazywane są pieniądze w ramach tych 62 proc. wszystkich wydatków na wspieranie mieszkalnictwa, to wykup odsetek od kredytów spółdzielni mieszkaniowych sprzed 1989 r. Groza! Mechanizm, który wprowadzono w latach wysokiej inflacji, nadal funkcjonuje.
Dlaczego właściwie zmieniono kształt rozpoczętej na początku III RP polityki mieszkaniowej?
Są dwie odpowiedzi. Pierwsza brzmi: zwyciężyła optyka ministerstwa finansów, skupionego na celach krótkookresowych. Druga odpowiedź – to brak kompetencji decydentów odpowiedzialnych za politykę mieszkaniową. Ułatwiało to zresztą sprawę ministerstwu finansów – fachowcy umieliby bronić niezbędnych priorytetów i zapewne wytargowaliby więcej.
Klasie politycznej nie przedstawia się to wszystko, o czym Pani tutaj mówi, jako problem?
Polska klasa polityczna jest wciąż bardzo niedojrzała. Myśli przede wszystkim słupkami sondażowymi, od wyborów do wyborów. Znacznie łatwiej jest też obiecywać ludziom w ramach kolejnych projektów mieszkania własnościowe: to jest lepiej widziane przez elektorat. Mieszkania na wynajem wydają się czymś egzotycznym.
Nieustanie wmawia się nam przecież, że prywatne jest zawsze lepsze…
Tak się nie da myśleć o efektywnej polityce mieszkaniowej. To głupota. Zawsze na tym polu wchodziłam w konflikt z politykami. Byłam przekonywana, że płacenie czynszu to unieszczęśliwianie ludzi, którzy przy niewiele większym wysiłku mogą te kwoty przeznaczać na spłaty kredytu mieszkaniowego. Mówiłam: proszę państwa, wielu Polaków nie było, nie jest i nie będzie stać na własne mieszkanie, bo nigdy w życiu nie osiągną takiego poziomu zarobków, który zapewni im wiarygodność kredytową.
Własny dach nad głową jest jednak marzeniem wielu ludzi…
Postawiłabym kwestię inaczej: posiadanie własnego mieszkania nie jest niezbywalnym prawem do szczęścia. W krajach Zachodu znaczna część osób, które żyją w mieszkaniach na wynajem, to ludzie całkiem zamożni. Zobaczmy, jak to wygląda w społeczeństwach dużo bogatszych niż nasze. W Szwajcarii i Japonii ponad 65 proc. to mieszkania na wynajem. W Danii to 55 proc. W Niemczech – 60 proc. W Holandii, Francji, Finlandii, Szwecji – 50 proc. W USA to ponad 40 proc. W Wielkiej Brytanii – 40 proc. W Polsce, przypominam, jest to jedynie 20 proc.
To jest pochodna m.in. stylu życia i kultury poszczególnych społeczeństw. To także kwestia niedojrzałości ekonomicznej Polaków.
Ile właściwie potrzebowalibyśmy dziś w Polsce mieszkań na wynajem?
Przez następne dziesięć lat powinniśmy budować między 30 a 35 proc. mieszkań na wynajem w stosunku do własnościowych. W tej chwili budujemy niecałe 5 proc., albo i mniej.
I kto je powinien budować?
Za zaspakajanie potrzeb mieszkaniowych odpowiedzialne są gminy. Powinny to robić nie poprzez system mieszkań komunalnych, gdyż i tak mają już problem z zadłużeniem, ale przez partnerstwo publiczno-prywatne. Równolegle powinien powstać program rządowy, który wspierałby kredyty dla podmiotów prywatnych budujących mieszkania na wynajem, w tym i TBS-y. Pieniądze, które spływają ze spłaty kredytów zaciągniętych w KFM, powinny być przeznaczone na ponowne uruchomienie kredytu preferencyjnego na ten cel. Można też skorzystać z instrumentów fiskalnych – ulg mieszkaniowych zachęcających osoby fizyczne i deweloperów do budowy mieszkań na wynajem. W tym przypadku przydatna byłaby ulga podatkowa. Tak robi się w Niemczech, stosuje się duże ulgi podatkowe dla budujących lokale na wynajem o umiarkowanym czynszu.
Czy możemy rozpisać „mapę niedoborów mieszkaniowych” w odniesieniu dla poszczególnych regionów, aglomeracji miejskich, dla prowincji, dla Warszawy?
Poziom niedoborów jest wszędzie podobny. To się wiąże jeszcze z historycznym punktem wyjścia naszej rozmowy. W PRL mieszkania budowano tam, gdzie planowano przemysł. Najbardziej ucierpiały na tym małe miasta. Tam, gdzie brakowało dużych inwestycji, tam nie było też mieszkań, odpowiedniej infrastruktury publicznej, komunikacyjnej – te sprawy się na siebie nakładały. Proszę sobie przypomnieć, jak bardzo opóźniona była choćby kwestia budowy kanalizacji czy sieci telefonicznej na polskiej wsi.
Dziś trudno wskazać takie specyficzne miejsce na mapie Polski, o którym można by powiedzieć, że właśnie tam jest największy niedobór mieszkań. Przede wszystkim dlatego, że dziś reguluje to rynek. W miejscach, gdzie jest gorzej, ceny mieszkań są o wiele niższe. Proszę sobie porównać ceny mieszkań w Łodzi i w Warszawie, w Sosnowcu i w Szczecinie.
Zaryzykowałabym tezę, że poziom niedoboru mieszkań w poszczególnych regionach jest w zasadzie odbiciem tego, co zastaliśmy na przełomie roku 1989 i 1990. Wynika to także z tego, że choćby tutaj, w Warszawie, buduje się dziś relatywnie dużo, ale przecież znacznie zwiększyła się migracja zarobkowa do stolicy z całej Polski.
Z pewnością zna Pani hasło: „mieszkanie prawem, nie towarem”. Z kontekstu naszej rozmowy wynika, że sprawa nie jest tak oczywista…
Mieszkanie jest i prawem należnym, i towarem. I zadaniem państwa sprawiedliwego i obywatelskiego jest wprowadzenie takiego instrumentarium, które pozwoliłoby osiągać te dwa cele. To ważne, aby budowa mieszkań była efektywna, racjonalna ekonomicznie, aby element rynkowy odgrywał swoją, istotną dla całości gospodarki rolę. Według mnie nic nie stoi na przeszkodzie, by przy dobrze prowadzonej polityce respektować prawo do dachu nad głową (niekoniecznie do własności mieszkania).
Wróćmy jeszcze do sloganu: „prywatne jest zawsze lepsze”. W Anglii w czasach rządów Margaret Thatcher wprowadzono na masową skalę prywatyzację tamtejszych mieszkań komunalnych. Część analityków ocenia, że w efekcie właściciele bez środków na remonty doprowadzili do błyskawicznej dekapitalizacji domów, co z kolei sprzyjało dalszej segregacji mieszkańców i powstawaniu gett ludzi ubogich.
Te mieszkania były odpowiednikiem naszych TBS-ów. Znaczną ich część sprywatyzowano za rządów Thatcher. Banki dostawały zwolnienia podatkowe, jeśli na ich zakup dawały kredyt o obniżonej stopie oprocentowania. Po dziesięciu latach okazało się, że te mieszkania trzeba na nowo rekomunalizować, bo stan budynków stawał się fatalny.
Według mnie każda polityka mieszkaniowa, która nie uwzględnia realnych możliwości rekapitalizacji budynków, to programowy wandalizm. I dotyczy to także rodzimych projektów, takich jak „Rodzina na swoim” czy „Mieszkanie dla młodych”, gdyż oferują one możliwość nabycia mieszkań na własność ludziom, którzy później będą mieli ogromny problem z ich utrzymaniem na odpowiednim poziomie.
Przy okazji: w Finlandii w latach 90. uruchomiono wielki program remontów mieszkań, skierowany do małych i większych właścicieli budynków. To znakomicie zmniejszyło poziom bezrobocia. W Polsce nic się nie robi w tej materii, a stan wielu budynków mieszkalnych osiągnął tak wysoki stopień dekapitalizacji, że nie nadają się do użytku. Tak naprawdę trzeba by je wyburzyć. Dotyczy to około miliona lokali mieszkalnych, czyli równowartości siedmioletniej produkcji mieszkań w Polsce.
Widzi Pani szansę na odrodzenie spółdzielczości mieszkaniowej? Czy nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki?
Myślę, że to jeszcze nie jest ten moment. Spółdzielczość została skompromitowana przez swoją formę istnienia w czasach PRL, w gospodarce nakazowo-rozdzielczej. Nie uważam jednak, że spółdzielczość należy zlikwidować, co postuluje znaczna część krzykaczy-politykierów. Spółdzielczość to forma wspólnego działania, podejmowanego nie dla zysków, ale dla minimalizowania kosztów. Tym się to różni od spółki. Nie należy likwidować tego narzędzia, bo jest użyteczne. Dzisiejsza spółdzielczość mieszkaniowa niestety wciąż bywa patologiczna. Nadal nie mamy podziału wielkich molochów spółdzielczych, a przynajmniej brakuje wypracowanych sensownych form zarządzania nimi. Niezależnie od wszystkich obecnych problemów z pewnością ważną kwestią byłby powrót do przedwojennego modelu spółdzielni mieszkaniowych, w którym zrzeszali się głównie właściciele mieszkań. Sądzę, że to jest łatwiejsze do odtworzenia.
Dziękuję za rozmowę.
Warszawa, 13 września 2013 r.
przez Krzysztof Wołodźko | poniedziałek 27 stycznia 2014 | Zima 2013
Referenda lokalne są w Polsce coraz powszechniej wykorzystywanym narzędziem próby nacisku społecznego na administrację publiczną. Z reguły są one jednak nieudane. Dlaczego?
Słabość obywatelskiego sprzeciwu
Zwolennicy uważają je za narzędzie demokratycznej, oddolnej zmiany, koniecznej w sytuacji, gdy nieudolna czy skorumpowana władza działa na szkodę lokalnych społeczności. Przeciwnicy chętnie podkreślają fakt, że referenda wiążą się z silną walką partyjną (inspirowaną nierzadko z poziomu centralnego), stanowią niepotrzebne obciążenie samorządowych budżetów oraz utrudniają merytoryczne sprawowanie władzy, szczególnie gdy zwoływane są pod koniec kadencji. Nietrudno jednak spostrzec, że w sytuacji powszechnego deficytu aktywności obywatelskiej referenda stanowią jeden z nielicznych czynników mobilizujących lokalne społeczności do prób oddziaływania na rzeczywistość. Ponadto przykład lokalnych referendów znakomicie pokazuje, jak w naszych realiach kształtują się relacje między zmianami ustrojowymi, wielką polityką, samoorganizacją społeczną i aktywnością obywatelską na szczeblu lokalnym.
Tylko w bieżącej kadencji samorządów (2010–2014) odbyło się do 27 października 2013 roku aż 136 referendów w sprawie odwołania organów samorządu terytorialnego. Zaledwie w 16 przypadkach referenda personalne przebiegły po myśli osób, które je zorganizowały i głosowały za odwołaniem lokalnych władz. W ponad 80 proc. przypadków frekwencja była za mała, by samo referendum mogło być ważne.Tylko ta dysproporcja pokazuje, jak niewielkie są realne możliwości oddolnego i efektywnego „sprzeciwu obywatelskiego” wobec władzy. Instrumenty demokracji bezpośredniej nie tylko traktowane są nieufnie przez przedstawicieli elit władzy. Pozostają poza obszarem zainteresowania znacznej części „milczącego społeczeństwa”. Na przykład z badań Centrum Badania Opinii Społecznej w 2010 r. wynikało, że 66 proc. respondentów nie wiedziało, kto kandydował na stanowisko wójta, burmistrza czy prezydenta miasta.
Krótka historia referendum
Warto przyjrzeć się pokrótce historii ustawodawstwa referendalnego w III Rzeczpospolitej. Instytucja referendum lokalnego stanowi novum w dziejach naszego państwa. W II Rzeczpospolitej nie występowała procedura referendum państwowego i lokalnego. W PRL dopiero w maju 1987 r. Sejm uchwalił zmianę konstytucji, wedle której sprawowanie władzy państwowej przez lud pracujący następować może także poprzez wyrażenie woli w drodze referendum. Jednak, co zrozumiałe w tamtych realiach, ustawa nie dopuszczała przeprowadzenia referendum ogólnopolskiego ani lokalnego z inicjatywy obywateli/mieszkańców.
W III RP instytucjonalizacja referendum lokalnego wiązała się z długoletnim procesem zmian na gruncie konstytucyjnym i ustawowym. Przemiany ustrojowe i społeczno-polityczne wiązały się choćby z przywróceniem roli samorządu terytorialnego jako faktycznego elementu sprawowania władzy. I tak ustawa z października 1991 r. przewidywała m.in. referendum w sprawie odwołania rady gminy, przeprowadzane na wniosek mieszkańców. Jednak najistotniejsze znaczenie miała uchwalona w 1997 r. Konstytucja Rzeczpospolitej Polskiej, która utrzymała dotychczasowe prawo społeczności gminnej do decydowania w drodze referendum m.in. o odwołaniu organu samorządu terytorialnego, pochodzącego z wyborów bezpośrednich.
Jesienią 2000 r. przyjęto natomiast ustawę o referendum lokalnym, która umożliwiała przeprowadzenie referendów również na terenie powiatów i województw. Dwa lata później, wraz z przyjęciem ustawy o bezpośrednim wyborze wójta, burmistrza i prezydenta miasta, przeprowadzono zmiany w ustawie referendalnej. Dały one możliwość odwołania rady i/lub wójta, burmistrza czy prezydenta miasta. Z kolei nowelizacja w ustawie o referendach z 2005 r. określiła, że referendum w sprawie odwołania organu jednostki samorządu terytorialnego pochodzącego z wyborów bezpośrednich jest ważne, gdy weźmie w nim udział nie mniej niż 3⁄5 liczby biorących udział w wyborze odwoływanego organu. Jako przyczynę tej zmiany – będzie o tym jeszcze mowa – podawano argument, że wysokie progi ważności referendum sprawiały, że liczba wiążących referendów była znikoma1.
Na problemy związane z wciąż obowiązującą ustawą wskazuje dr hab. Piotr Uziębło z Katedry Prawa Konstytucyjnego i Instytucji Politycznych Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Gdańskiego. W rozmowie ze mną stwierdził: Obecna regulacja ma sporo mankamentów. Pomijając te, które wynikają choćby z treści Konstytucji, np. niemożność uchwalania aktów prawa miejscowego bezpośrednio przez mieszkańców, warto zwrócić uwagę na problem wysokiego progu podpisów, które są wymagane pod wnioskiem o przeprowadzenie referendum. O ile 10 proc. w niewielkich gminach stosunkowo łatwo zebrać, o tyle w największych miastach jest to już próg w zasadzie zamykający drogę inicjatywom powstałym ad hoc. Dlatego warto byłoby zastanowić się nad wprowadzeniem progów degresywnych, które malałyby procentowo wraz ze wzrostem liczby wyborców w jednostce samorządu terytorialnego.
Będzie gorzej?
Historia instytucji referendum lokalnego dzieje się na naszych oczach i nic nie wskazuje, żeby władza zamierzała ułatwić obywatelom efektywne korzystanie z takiego narzędzia. W Sejmie trwają prace nad przygotowaną przez zaplecze prezydenta Bronisława Komorowskiego ustawą o współdziałaniu w samorządzie terytorialnym na rzecz rozwoju lokalnego i regionalnego (stan na koniec listopada 2013 r.). Znalazł się w niej zapis, który może wpłynąć znacząco na przebieg referendów – aby referendum zostało uznane za ważne, jego frekwencja musi odpowiadać co najmniej takiej liczbie mieszkańców, która wcześniej wzięła udział w wyborach samorządowych. Propozycja zmiany spotkała się z oficjalną aprobatą Związku Miast Polskich, w którego władzach zasiadają głównie prezydenci i burmistrzowie miast. Warto przytoczyć argumenty Jerzego Regulskiego, doradcy prezydenta do spraw samorządu: Stabilność władz lokalnych jest warunkiem efektywnego rozwoju, a w tym i podnoszenia warunków życia. Dane liczbowe wskazują, że ogromna większość referendów spotkała się z małym zainteresowaniem społeczności lokalnej. Można więc zaryzykować stwierdzenie, że były one zbędne2. Inną opinię na ten temat ma dr Marcin Gerwin, politolog i działacz Sopockiej Inicjatywy Rozwojowej: Taka drobna z pozoru zmiana oznacza, że prezydenci miast czy radni mogą stać się w praktyce nieusuwalni. W poprzedniej kadencji na 81 referendów odwoławczych jedynie 14 było ważnych, gdyż w pozostałych nie udało się osiągnąć wymaganego progu frekwencji. Skoro tak wiele referendów odwoławczych było nieskutecznych, jaki sens ma podniesienie tego progu jeszcze bardziej?3
Sens tej proponowanej zmiany – także w kontekście nieważnego referendum stołecznego w sprawie odwołania Hanny Gronkiewicz-Waltz – wydaje się oczywisty w świetle walk partyjno-politycznych. Utrudnia ona odsunięcie od lokalnej władzy zaplecza politycznego partii, z którą najmocniej jest związany Bronisław Komorowski. Tymczasem w 2005 r. to właśnie Platforma Obywatelska zdecydowanie popierała w sejmie obniżenie progu wyborczego w referendum lokalnym. Wcześniej referenda lokalne były ważne w przypadku, gdy swój głos oddało 30 proc. wszystkich mieszkańców danej gminy/miejscowości. Poseł Waldy Dzikowski z PO mówił wówczas: Referenda lokalne są nieskuteczne ze względu na próg. One wywołują różnego rodzaju frustracje, brak przekonania do skuteczności prawa. […] Jeżeli się odbywa referendum, to wójt, burmistrz, prezydent nic nie robi w tym kierunku, aby namówić swoich zwolenników do tego, aby poszli do wyborów i zagłosowali za swoim liderem lokalnym, tylko w zasadzie robi wszystko, żeby nikt nie poszedł do tego referendum. Takie ustawienie proporcji [tj. obniżenie progu frekwencyjnego] wymusza to, że musi zabiegać także o poparcie swoich zwolenników, a nie tylko czekać w sposób bierny, że referendum się nie uda4. Dodam, że dziś podobne argumenty przedstawiają zwolennicy obniżenia/zniesienia progu frekwencyjnego dla referendum lokalnego…
Warto zwrócić uwagę na jeszcze jeden motyw związany z potencjalnym wprowadzeniem tej ustawy. Otóż znosi ona kryterium frekwencji jako warunek dla ważności referendum lokalnego dla wszystkich tego rodzaju inicjatyw poza tymi, które są organizowane w celu odsunięcia aktualnych władz samorządowych. Okazuje się zatem, że usunięcie „blokad frekwencyjnych” jest traktowane jako korzystny instrument stymulowania aktywności obywatelskiej…, o ile nie dotyczy tych kwestii, które wprost mogą przełożyć się na układ partyjny dominujący na poziomie samorządowym. Zniesienie progów dla referendów merytorycznych podważa także argument o zbędności referendów samorządowych ze względu na niską frekwencję. Każe natomiast zapytać o edukacyjno-obywatelski wymiar wszelkich inicjatyw referendalnych. Mówił o tym portalowi ngo.pl dr Gerwin: Choć referenda lokalne w Polsce nie mają takiej tradycji jak w Szwajcarii, to mogą one zyskać na znaczeniu, jeżeli mieszkańcy zobaczą, że decyzje podejmowane przez nich w ten sposób są wprowadzane w życie5.
Projekt prezydenckiej ustawy niejednoznacznie ocenia Piotr Uziębło. Zwraca uwagę na trzy kwestie: Pierwsza dotyczy tzw. referendum odwoławczego. W tym przypadku propozycja musi być oceniona negatywnie, gdyż w praktyce powoduje niemożność odwoływania piastunów mandatów samorządowych. Dotychczasowy wymóg, zakładający próg frekwencji na poziomie 60 proc. uczestników wyborów, w których dany organ został wybrany, pokazał, że z jednej strony może dochodzić do odwoływania organów, ale z drugiej nie ma to masowego charakteru. Zresztą to właśnie to referendum cieszy się największą popularnością, więc jego zablokowanie będzie musiało mieć negatywny wpływ na ewentualne zmiany w poziomie partycypacji lokalnej. Druga kwestia to zniesienie progu frekwencji w odniesieniu do referendów problemowych, aczkolwiek jest to nieco pozorne działanie: organ wykonawczy uznaje, że kwestia, która ma być rozstrzygana, wiąże się z wydatkami budżetowymi, a to powoduje powiązanie referendum problemowego z samoopodatkowaniem, co niejako przywraca wymóg 30-procentowej frekwencji jako warunek jego wiążącego skutku. Po trzecie zaś pojawia się karencja, która powoduje, że wynik referendum jest wiążący przez dwa lata, nie dłużej jednak niż do końca kadencji organów samorządowych.
Twarde dane i (chybione) konkluzje
Przygotowując sobie grunt do ustawowego podniesienia progu referendalnego dla inicjatyw odwołujących władze samorządowe, Kancelaria Prezydenta opracowała raport o referendach lokalnych (datowany na 6 września 2013 r.)6. Dzięki dokumentowi mamy lepszy wgląd w ten fragment polskich realiów. I jakkolwiek dane w nim zawarte nie ujmują ponad dwudziestu późniejszych referendów, są miarodajne. Z raportu dowiadujemy się, że w trakcie kadencji 2010–2014 władz samorządowych odbyło się 111 referendów lokalnych w sprawie odwołania organu jednostek samorządu terytorialnego przed upływem kadencji – w tym 81 referendów dotyczących organów wykonawczych oraz 30 – organów stanowiących (podwójne). W sprawie odwołania wójta, burmistrza lub prezydenta referenda odbyły się w 55 gminach, w kwestii odwołania włodarza i rady – w 26 gminach, a w 4 gminach dotyczyły odwołania rady.
Ważnych okazało się 16 inicjatyw referendalnych. W ich wyniku odwołano: a) 5 rad gminy (Żagań – woj. lubuskie, Nowinka – woj. podlaskie, Bytom – woj. śląskie, Piekoszów – woj. świętokrzyskie, Elbląg – woj. warmińsko-mazurskie); b) 3 wójtów gmin (Lewin Kłodzki – woj. dolnośląskie, Wiżajny – woj. podlaskie, Piekoszów – woj. świętokrzyskie); c) 6 burmistrzów miast (Żagań – woj. lubuskie, Raciąż – woj. mazowieckie, Wojkowice – woj. śląskie, Ostróda – woj. warmińsko-mazurskie, Kłodawa – woj. wielkopolskie, Nasielsk – woj. mazowieckie); d) 2 prezydentów miast (Bytom – woj. śląskie, Elbląg – woj. warmińsko-mazurskie). Najwięcej referendów przeprowadzono w woj. śląskim – 18, a najmniej w kujawsko-pomorskim i podkarpackim – po 1. W sprawie odwołania organów gminy najniższą frekwencję zanotowano w sprawie odwołania wójta gminy Jeleśnia (woj. śląskie) – 3,39 proc., a najwyższa była w sprawie odwołania wójta gminy Lewin Kłodzki (woj. dolnośląskie) – 48,83%. Średnia frekwencja referendów lokalnych w sprawie odwołania władz samorządowych wyniosła 17,87 proc. W ponad 80 proc. przypadków frekwencja nie osiągnęła wymaganego progu, który wynosił od 20 do 40 proc. uprawnionych do głosowania, z czego wynika, że od 60 do 80 proc. mieszkańców zignorowało referendum.
W kwestii wniosków oraz badań przeprowadzonych w jego ramach raport sprawia wrażenie pisanego pod określoną tezę. Dość dobrze ukazuje to poniższy, z konieczności dłuższy cytat wraz z podsumowującym go wnioskiem autorów: Na prośbę Kancelarii Prezydenta RP przeprowadzono w ramach projektu „Decydujmy Razem” sondę w dziesięciu gminach, w których odbędą się referenda w sprawie odwołania władz we wrześniu 2013. Pytania kierowano do odwoływanych wójtów i burmistrzów, przewodniczących rad oraz inicjatorów referendów. W ogromnej większości przypadków napotkano niechęć udzielania jakichkolwiek informacji na temat przyczyn wniosków o odwołanie władz. Nawet inicjatorzy referendów nie chcieli lub nie umieli odpowiedzieć konkretnie, jakie są powody niezadowolenia, używając jedynie ogólników. W jednym tylko przypadku stwierdzono powody konkretne, związane z zarzutami prokuratorskimi. Również nie umiano odpowiedzieć na pytanie, jakie podejmowano wysiłki, aby zażegnać konflikt bez uciekania się do referendum. Większość odpowiedzi sprowadzała się do stwierdzenia, że strona przeciwna jest arogancka i nie ma możliwości prowadzenia z nią jakichkolwiek rozmów. Nasuwa się więc wniosek, że powodem referendów są spory personalne, a nie rzeczywiste.
Jest to wniosek dalece nietrafiony, gdyż sam raport przytacza przedstawiane przez organizatorów i zwolenników przyczyny poszczególnych inicjatyw lokalnych. Ponadto jeśli powyższa sonda przeprowadzona w dziesięciu gminach obejmuje zarówno władze, przeciw którym zorganizowano referenda, jak i ludzi, którzy podjęli o nie starania, to otwarte zostaje pytanie, w jakim stopniu samorządowym włodarzom było na rękę nieudzielenie merytorycznej odpowiedzi o przesłanki prób ich odwołania albo wskazanie przyczyn personalnych czy politycznych/partyjnych. We wnioskach raportu brzmi dalekie echo czasów PRL, gdy każda aktywność na niwie publicznej niezgodna z racją władzy była dyskredytowana jako „polityczna”.
Równocześnie jedną z konkluzji dokumentu jest to, że koszty nieważnych referendów obciążyły budżety gmin w ostatniej kadencji na około 2,1 mln zł, a ważnych na około 700 tys. zł. Raport, choć nie wprost, sugeruje, że w pierwszym przypadku mamy do czynienia z marnotrawstwem środków publicznych. Ale jasno już do tego argumentu odwołuje się Regulski: To są koszty istotne, szczególnie w obecnej sytuacji, gdy brakuje środków nawet na ważne zadania. Warszawskie referendum ma podobno kosztować milion złotych. Co można by innego za milion uzyskać, na przykład w szkołach czy żłobkach?7 Mateusz Klinowski, radny z Wadowic, inicjator tamtejszego, nieudanego referendum odwoławczego, które odbyło się 27 października, mówi w rozmowie ze mną: Demokracja kosztuje, a referenda są jej częścią. Poza tym gdyby władza podejmowała dialog z mieszkańcami, nie byłoby impulsów do organizowania referendów. Odwołanie niekompetentnych rządów może pomóc zaoszczędzić miliony (tak mogłoby być w przypadku Wadowic) – kosztem około 30 tys. złotych. Dodatkowo pieniądze z organizacji referendum zostają w gminie – większość wydatków to diety członków komisji, a więc zarobek mieszkańców. Lepiej, żeby burmistrz musiał rozdać ludziom pieniądze, niż żeby wyrzucił je w nietrafione inwestycje czy premie dla urzędników.
Dlaczego ludzie chcą referendum?
Jakie cele stawiają sobie na ogół lokalne komitety referendalne wnioskujące o odwołanie władz? W październiku 2013 r. Polska Agencja Prasowa podała obszerną informację na temat najczęstszych przyczyn zwoływania lokalnych referendów personalnych. Pokazują one równocześnie największe bolączki dzisiejszej, nie tylko prowincjonalnej Polski. Wśród powodów odwołania aktualnych władz organizatorzy referendów często przedstawiają: likwidację placówek oświatowych (Bytom, Kłodawa, Radymno), złe gospodarowanie budżetem gminy (np. Rytro, Ostróda, Janowiec), nieudolną politykę inwestycyjną (Słupsk, Lewin Kłodzki, Nasielsk). Także wspomniany raport „prezydencki” podaje najczęściej występujące przyczyny sięgania po referendum w celu odwołania lokalnych władz. Obok wyżej wskazanych motywów wymieniane są również: brak współpracy między burmistrzem a radą miasta, nieudolna polityka kadrowa władz, nepotyzm, nadinterpretacja prawa, brak konsultacji społecznych, zbyt ścisła współpraca z władzami kościelnymi, skandale obyczajowe z udziałem władz samorządowych, „osobiste animozje”.
Uwarunkowania systemowe nakładają się bardzo często na czysto lokalne. W Brzeszczach, gdzie udane referendum odbyło się 6 października 2013 r., mieszkańcy stawiali burmistrz Teresie Jankowskiej zarzut doprowadzenia do zapaści kulturalnej miasta. Z kolei przyczynami odwołania w referendum prezydenta Elbląga Grzegorza Nowaczyka były: podniesienie czynszów w mieszkaniach komunalnych, zamknięcie basenu miejskiego oraz doprowadzenie do komunikacyjnego paraliżu miasta.
Mimo wszystko można
Bytom jest jednym z nielicznych miejsc, gdzie obywatelska inicjatywa zakończyła się sukcesem. Tamtejsze referendum odbyło się 17 czerwca 2012 r. Jego celem było odsunięcie od władzy prezydenta miasta Piotra Koja oraz ówczesnej rady miasta. Za odwołaniem tego pierwszego było 28 154 mieszkańców Bytomia, przeciwko – 771. W głosowaniu wzięło udział 28 925 osób – aby okazało się ważne, do urn musiało pójść co najmniej 21 835 osób. Z kolei za odwołaniem rady miejskiej opowiedziało się 28 019 osób, przeciwko było 865. W tym przypadku oddano w sumie 28 884 głosów, gdy ich liczba wymagana wynosiła 28 638. Jak podała Państwowa Komisja Wyborcza, uprawnionych do głosowania było 134 672 mieszkańców Bytomia, a frekwencja wyniosła 21,76 proc.
Zbiorczy wniosek o odwołanie lokalnych władz złożono w kwietniu 2012 r. Pod listą dotyczącą odwołania prezydenta miasta zebrano ponad 20 tys. podpisów. Z kolei tę dotyczącą odwołania rady miejskiej podpisało ponad 18 tys. bytomian. O przyczynach zorganizowania akcji referendalnej opowiada „Nowemu Obywatelowi” Henryk Bonk, jeden z jej współorganizatorów: Kroplą, która przelała czarę goryczy, była decyzja o likwidacji znanej i uznanej szkoły w naszym mieście, „Elektronika”. Towarzyszyły temu różnorakie formy protestu, prowadzone na poważną skalę. Wymienię choćby głośny strajk okupacyjny prowadzony przez uczniów szkoły. Początkowo był on wspierany przez rodziców i grono pedagogiczne, a następnie także przez znaczną część mieszkańców. Wydarzenie to poza lokalnymi mediami relacjonowały ogólnopolska prasa, telewizja i radio.
Jednak prezydent Koj (projektodawca decyzji likwidacyjnych) oraz stojący za nim radni nie podjęli dyskusji z protestującymi. W trakcie spotkań z mediami oraz mieszkańcami miasta twardo podtrzymywali zamiar likwidacji szkoły. – Działo się tak pomimo merytorycznej krytyki prowadzonej przez przeciwników tego pomysłu. Postawę władz uznawano za zarozumiałą i butną. A przecież już wcześniej krytykowano władzę za styl rządzenia daleko odbiegający od oczekiwań mieszkańców – opowiada Bonk. Czym wcześniej naraziły się ówczesne władze Bytomia jego mieszkańcom? Choćby tym, że nie bacząc na opinie, wprowadziły nowe, powszechnie krytykowane logo miasta. Narzucono je na przykład taksówkarzom, grożąc grzywnami za brak oznakowania pojazdów. Długo trwała także walka bytomian o zmiany w funkcjonowaniu strefy płatnego parkowania, choć okazało się, że część opłat jest pobierana bezprawnie. Nie zmieniono jednak tych praktyk, dopóki nie wymusiły tego interwencje nadzorcze wojewody. Ponadto bez konsultacji społecznych wprowadzono tzw. opłatę deszczową (rozliczenie za odprowadzanie wód opadowych i roztopowych). – Wszelkie próby i projekty złagodzenia obciążeń finansowych tymi opłatami były bezdyskusyjnie odrzucane – stwierdza mój rozmówca.
Pomysł na referendum lokalne wyszedł od grupy związanej z likwidowaną szkołą. Zwróciła się ona o pomoc do radnych opozycji oraz środowisk przeciwnych prezydentowi. Gdy okazało się, że „Elektronik” i tak zostanie zlikwidowany, punkty ciężkości przeniesiono na inne aspekty rządów prezydenta Koja i rady miasta, negatywnie oceniane przez bytomian. Co ostatecznie zdecydowało o sukcesie? – Kluczem okazała się zdecydowana grupa ludzi oraz dobra organizacja. Docieraliśmy do mieszkańców poprzez wszelkie możliwe formy komunikacji: publikacje prasowe, akcje ulotkowe, spotkania, fora internetowe, dedykowaną stronę internetową, profile na portalach społecznościowych, własne pismo referendalne. Przygotowywaliśmy także relacje filmowe ze spotkań organizowanych w Bytomiu oraz z sesji rady miejskiej, gdy przedmiotem obrad były sprawy reorganizacji szkolnictwa. Reforma dotykała bowiem kilkunastu szkół, nie tylko „Elektronika” – podkreśla Bonk.
Na tym nie koniec. Podpisy pod wnioskami referendalnymi zbierano w różnych lokalach i firmach w całym mieście. Ich lista adresowa była publikowana w prasie lokalnej i na stronach internetowych. Osoby prywatne brały listy w punktach kontaktowych lub pobierały je w Internecie, zbierały podpisy i dostarczały komitetowi referendalnemu. Prócz tego w centrum miasta, w okolicach targowisk i kościołów funkcjonowały stale stoliki, przy których można było złożyć podpis i zaopatrzyć się w ulotki oraz druki informacyjne. W lokalu wynajętym przez referendystów prawie nieustannie trwały dyżury, spotkania i konsultacje. – To wszystko przekonało mieszkańców, że za referendum stoi grupa poważnych ludzi, a nie garstka pieniaczy, kombinatorów czy karierowiczów, jak próbowali przekonywać rządzący Bytomiem – twierdzi Bonk.
Rzeczywiście, władze miasta usilnie starały się storpedować inicjatywę. Najpierw próbowały zlekceważyć referendalny ferment, ale gdy poczuły realne zagrożenie, zorganizowały szeroko zakrojoną akcję ogłoszeniową i billboardową pod hasłem: „Nie idę na referendum”. Jako argument przedstawiano choćby „zbędne koszty”, jakie niósł obywatelski protest i ewentualne nowe wybory (organizacja referendum kosztowała ostatecznie około 300 tys. zł). Pojawiły się także oskarżenia o ambicje polityczne inicjatorów akcji, próby zastraszania organizatorów. Na łamach lokalnej prasy prezydent Koj zwracał się do bytomian: „Wszystkich mieszkańców proszę, żeby nie brali udziału w referendum”. Bezskutecznie.
Przeprowadzając ocenę obecnego systemu referendalnego i sukcesu bytomskiej inicjatywy, Henryk Bonk stwierdza: Referendum to dobre i właściwe dla demokracji narzędzie weryfikacji decyzji wyborczych. Można wyobrazić sobie wiele jego modeli i żaden nie będzie doskonały. Trzeba po prostu przymierzyć się do aktualnie obowiązujących uwarunkowań formalnych. W Bytomiu zrobiliśmy to skutecznie. Włodarze miasta bardzo nam pomogli swoją niezwykle zarozumiałą postawą. Decydujące znaczenie miała jednak dobra organizacja grupy referendystów i kapitalne wykorzystanie wszystkich argumentów przemawiających na niekorzyść ówczesnej władzy. Przy tym sposób artykułowania naszych racji był profesjonalny.
Władza przeciw mieszkańcom
Pod koniec czerwca 2012 r. w biurze Komisarza Wyborczego Delegatury Państwowej Komisji Wyborczej w Wałbrzychu złożono wniosek o przeprowadzenie referendum w sprawie odwołania władz Kłodzka. Usunięcia z urzędu tamtejszego burmistrza Bogusława Szpytmy i miejskich radnych domagało się 2827 mieszkańców – wymagana minimalna liczba podpisów pod wnioskiem w tej sprawie wynosiła 2295. Rządzącej ekipie zarzucano „nepotyzm, prywatę i arogancję”. Referendum (nieważne) odbyło się ostatecznie 21 października 2012 r. W głosowaniu wzięło udział niemal 4800 mieszkańców Kłodzka (frekwencja wyniosła 20,8 proc.). Za odwołaniem burmistrza głosowały 4553 osoby, przeciw – 190. W przypadku rady miasta za jej odwołaniem opowiedziało się 4575 osób, a przeciw było 170. Aby referendum było ważne, powinno wziąć w nim udział – w przypadku głosowania ws. odwołania burmistrza – 6338 osób, a w przypadku rady miasta – 6342 osoby. Uprawnionych do głosowania było 22 957 mieszkańców.
Włodarze Kłodzka bardzo szybko podjęli starania, aby zniechęcić mieszkańców zarówno do podpisywania się pod referendalnym wnioskiem, jak i do udziału w samym referendum. Najpierw przeprowadzono akcję „Chroń swój PESEL”. Jej promotorem był urząd miasta, działający we współpracy z komendą powiatową policji i tamtejszą strażą miejską. Bardzo trudnym logistycznie zadaniem okazało się z kolei znalezienie na tablicy ogłoszeń Urzędu Miasta miejsca na informację o zamiarze przeprowadzenia referendum. A gdy już stosowny plakat zawisł, dzień w dzień zrywali go „nieznani sprawcy”. Później było już tylko gorzej: Miasto wyznaczyło miejsca do bezpłatnego rozplakatowania informacji o referendum, ale wybrało te najmniej eksponowane – mówi mi Zygmunt Jakubczyk, pełnomocnik Grupy Inicjatywnej Referendum Lokalnego, poseł na Sejm RP II kadencji z listy Unii Pracy. Następnie w ramach skrupulatnie przeprowadzanej kampanii na rzecz ładu i porządku… zrywano plakaty inicjatywy obywatelskiej przygotowującej przedsięwzięcie. Zgłoszone policji przypadki niszczenia plakatów nie znalazły epilogu w postaci postawienia zarzutu łamania ustawy o referendum lokalnym.
W tym samym czasie, gdy straż miejska prowadziła antyreferendalną akcję „na rzecz porządku”, w mieście rozlepiano plakaty przedstawiające w jasnym świetle urzędującą władzę. Wykorzystywano do tego zarówno miejsca publicznie dostępne, jak i te pozostające w użytku urzędu miasta. Już w trakcie ciszy wyborczej na kłodzkich telebimach wyemitowano spot informujący o ośmiu milionach nadwyżki w budżecie miasta. Odpowiednie organy nie dopatrzyły się w tym nadużycia. – Czasem odnosiłem wrażenie, że nawet komitet wyborczy, w którego gestii było zadbanie o jak najlepszy przebieg referendum, jest przychylniejszy władzom miasta. Znamienne, że 21 października nie zdecydowano się na powołanie niestałych komisji obwodowych, choćby w szpitalach. Za to gdy trzeba wybierać władzę, wtedy komisje wyborcze idą do kryminału i do ciężko chorych – podkreśla pełnomocnik inicjatora referendum.
Jego zdaniem przebieg wydarzeń ma wymiar nie tylko lokalny. Przykład Kłodzka daje rozeznanie w tym, jak działają wzajemne grupy wsparcia w ramach istniejących, zblatowanych ze sobą struktur lokalnej władzy: Mieliśmy przeciw sobie wszystkie publiczne instytucje, w dodatku z pieniędzy miasta sfinansowano między majem a październikiem 2012 r. kilka przedsięwzięć, które traktuję jako wymierzone w inicjatywę referendalną. My uzbieraliśmy własnymi siłami 5 tys. złotych, które posłużyły na wydrukowanie i rozlepienie plakatów. Dysproporcja jest wyraźna – mówi Jakubczyk.
Jak zniechęcać ludzi
Prawie rok później odbyło się referendum w Wadowicach. Inicjatywa Wolne Wadowice, która doprowadziła do jego zorganizowania, zebrała pod wnioskiem o przeprowadzenie głosowania ponad 3,5 tys. podpisów. Celem było odwołanie rady miasta oraz rządzącej piątą kadencję burmistrz Ewy Filipiak. Uprawnionych do głosowania było ponad 30 tys. osób. Próg ważności wynosił 8100 mieszkańców. Jednak w referendum wzięło udział tylko 4200 obywateli Wadowic (14,05 proc.). Co znamienne, za odwołaniem burmistrz głosowało 96,48 proc. głosujących, a za odwołaniem rady miasta – 97,03 proc. Warto zwrócić uwagę, że bardzo często właśnie tak kształtują się wyniki referendów nieważnych ze względu na istniejący próg wyborczy. Jeśli zostanie on podwyższony, to mechanizmy formalne będą jeszcze bardziej chroniły lokalne władze przed oporem społecznym i skutecznie będą przekonywać o bezcelowości prób uruchomienia demokratycznych procedur.
Inicjatorem referendum był Mateusz Klinowski, lokalny polityk, wykładowca Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Jagiellońskiego. W rozmowie ze mną, zapytany o systemowe przyczyny „blokad referendalnych”, stwierdza: Jest to przede wszystkim próg frekwencyjny, który skłania odwoływane organy do podejmowania działań zniechęcających do głosowania, z zastraszaniem i szantażowaniem pracowników gminnych włącznie. W Wadowicach posunięto się do niszczenia samochodów zwolenników głosowania, wybijania szyb, otwartych szantaży. Sprawy z 250 kk i innych paragrafów toczą się i toczyć się będą, ale ludzie zwyczajnie bali się głosować. Również składy komisji wyborczych są elementem odstraszającym przy istnieniu progu frekwencji – zasiadają tam urzędnicy i prezesi spółek miejskich desygnowanych przez burmistrza oraz dyrektorzy szkół. Żaden z pracowników tych instytucji nie pójdzie głosować w takiej sytuacji!
Podobnie jak w przypadku Kłodzka, także w Wadowicach reprezentanci lokalnej władzy grali właśnie na zniechęcenie do udziału w referendum. I to w sposób nader ostentacyjny. W czerwcu, podczas niedzielnej akcji zbierania podpisów pod wnioskiem o referendum, urzędnicy magistratu, Anna Makuch i Stanisław Kotarba (rzecznik prasowy burmistrza), próbowali fotografować zbiórkę i odczytać nazwiska wpisujących się osób. Pechowo dla siebie zostali nagrani kamerą podczas tych działań, a materiał zamieszczono w Internecie (http://www.youtube.com/watch?feature=player_embedded&v=WhFOXIy0c9k). Poza tym niszczono i kradziono banery inicjatorów referendum, zamalowywano plakaty z datą referendum. Na gorącym uczynku przyłapano jednego z radnych z ugrupowania wspierającego panią burmistrz. Niemal kompletnie to wszystko nie zainteresowało policji. Ale gdy zwolennicy referendum wywiesili plakaty informacyjne na tablicach i słupach ogłoszeniowych w centrum Wadowic, korygując w ten sposób „niedopatrzenie” władz miasta, pracownicy gminy bardzo szybko przystąpili do ich usuwania w asyście odpowiednich służb.
Osobnym problemem jest możliwość złamania tajności referendum. W Wadowicach rzecznik prasowy burmistrza stwierdzał, że zamierza z imienia i nazwiska poznać uczestników głosowania. W małych miasteczkach takie uwagi muszą brzmieć groźnie dla potencjalnych uczestników akcji skierowanych przeciw władzom. Tym bardziej że art. 60 ustawy o referendum lokalnym przewiduje zdeponowanie dokumentacji referendalnej u prezydenta, burmistrza lub wójta (sic!). Dodatkowo art. 55 ust. 2 ustawy o referendum lokalnym stwierdza, że głos nieoddany nie jest neutralny dla wyniku. Całościowo umożliwia to wgląd w informacje, kto brał udział w inicjatywie, co de facto narusza zasadę tajności głosowania powszechnego. Ponadto osoby organizujące nie mogły zgłaszać się do komisji referendalnych ani być mężami zaufania – za to mieli tam dostęp ludzie z najbliższego otoczenia pani burmistrz. Klinowski opisuje: Tak stanowią regulacje. Burmistrz obsadza komisje zaufanymi ludźmi, w dodatku takimi, którzy są przełożonymi w pracy znacznych grup mieszkańców. My musimy robić otwarty nabór na członków komisji (co samo w sobie jest w porządku), bo sami nigdzie nie możemy zasiadać. Kto jeszcze miał utrudniony udział w referendum? Wadowicki działacz stwierdza na blogu: Dyrektorzy różnych gminnych jednostek (szkół i przedszkoli) oraz prezesi miejskich spółek. W części z nich pracownikom zapowiedziano, że udział w głosowaniu wiąże się z utratą pracy, w ten sposób z głosowania wyeliminowano kilka tysięcy osób – na tyle obliczam elektorat zatrudnionych i najbliższych rodzin8.
Referendum w służbie demokracji
Bez ogródek na temat pożytków z wysokiego progu frekwencyjnego płynących dla partii politycznych wypowiedział się Regulski: Przez absencję w referendach dotyczących odwołania władz można uzyskać pożądany wynik, bo ci, którzy są zadowoleni z aktualnych władz albo są niezainteresowani ich zmianą, w referendum po prostu nie uczestniczą. Dlatego we wszystkich dotychczasowych przypadkach przedstawiciele władz, które się bronią przed odwołaniem, wzywali do absencji. I o to nie można mieć do nich pretensji, bo logika postępowania wynika z istniejącego prawa. Tak było zawsze niezależnie od orientacji politycznej. Postępowali tak wójtowie, burmistrzowie i prezydenci, tak prawicowi, jak i lewicowi. Wystarczy przypomnieć sobie wypowiedzi polityków w przeszłości. Dziś często ci sami ludzie mówią co innego. Oczywiście można wzywać do udziału w referendum i głosowaniu przeciw odwołaniu. Ale byłoby to bardzo ryzykowne. Takie postępowanie byłoby może zgodne z ideą partycypacji obywatelskiej, ale działaniem wbrew własnym interesom.
Jego zdaniem można by np. rozważyć rezygnację z progów referendalnych, przy równoczesnym wzmocnieniu innych kryteriów, np. dotyczących liczby zebranych podpisów w sprawie organizacji referendum. Po pierwsze mogłoby to poskutkować eliminacją referendów z góry skazanych na niepowodzenie i uniknąć kosztów. Dodatkowo nie można byłoby wygrać referendum poprzez wzywanie do absencji – przeciwnie, należałoby wzywać do udziału w głosowaniu. W konkluzji pada stwierdzenie: Byłoby to na pewno bardziej spójne z właściwymi zachowaniami obywatelskimi, ale wymagałoby dość głębokiej zmiany nie tylko ustaw, ale i filozofii dotyczącej referendów9.
Dr hab. Piotr Uziębło uważa z kolei, że zniesienie progów referendalnych byłoby korzystne w perspektywie długoterminowej, gdyż przyczyniłoby się do wzrostu znaczenia mechanizmów partycypacyjnych: Osoby, które nie głosują, nie będą brane pod uwagę przy wyborze określonych opcji. Z dużym prawdopodobieństwem można powiedzieć, że ci mieszkańcy, którzy będą chcieli mieć wpływ na sprawy lokalne, widząc konsekwencje swojej absencji, z pewności zastanowią się nad głosowaniem podczas kolejnego referendum. Dlatego nie bałbym się ryzyka, że znacząca mniejszość będzie decydować o funkcjonowaniu jednostki samorządu terytorialnego. Zapytany, czy referenda lokalne mogą przysłużyć się rozwojowi aktywności obywatelskiej, odpowiada: To może być skuteczny instrument, o ile będzie stanowił regularnie wykorzystywane narzędzie partycypacyjne. Aby mówić o rozwiązaniach systemowych, trzeba byłoby powiązać je z innymi mechanizmami, takimi jak: inicjatywa uchwałodawcza obywateli, wysłuchanie publiczne czy wiążący budżet partycypacyjny. Tylko wtedy będzie możliwe zbudowanie lokalnego społeczeństwa obywatelskiego, a to jest warunek sine qua non jego działania na szczeblu ogólnokrajowym.
Przykłady Kłodzka i Wadowic pokazują, że obok „barier referendalnych” mamy do czynienia z bardzo trudną dla obywateli rzeczywistością Polski prowincjonalnej. W znacznym stopniu wyznacza ją poczucie bezkarności władzy oraz obojętność społeczna. W tle są jeszcze niekorzystne dla znacznej części społeczeństwa czynniki społeczno-gospodarcze. W naszych realiach nawzajem warunkują się niski kapitał kulturowy i ekonomiczny oraz niskie standardy polityczne i obywatelskie. Mogą się one do tego kumulować – zamierzone podwyższenie przez prezydenta Komorowskiego progu referendalnego, dyktowane rzekomą troską o jakość lokalnej demokracji i samorządowe budżety, świetnie współgra z działaniami tysięcy lokalnych urzędników, przyzwyczajonych do paternalistycznych wzorców sprawowania władzy w coraz bardziej klasowo urządzonym społeczeństwie. Z drugiej jednak strony przykład Bytomia wskazuje, że nawet w obrębie obecnie funkcjonującego systemu obywatele mogą odnieść sukces, choć trudno ukryć, że dopiero ogromny nakład pracy i kilka wyrazistych symboli protestu (likwidacja szanowanej szkoły) pozwoliły referendystom przekroczyć o stosunkowo niewiele barierę gwarantującą sukces.
To właśnie te sposoby nieformalnej – a przez to bardzo trudnej do zdiagnozowania jako bezprawie domagające się sądu – działalności mogą być przyczyną obojętności na sprawy publiczne. – Apatia społeczna jest problemem, ale dopóki istnieje próg frekwencyjny, będzie ona wspierana na różne sposoby przez miejscowe władze. Jeżeli chcemy aktywizacji społecznej, ten próg trzeba znieść – wówczas burmistrz będzie pierwszą osobą, która będzie nawoływała do głosowania, a pracownicy urzędów i spółek pierwszymi przy urnach. A tam… każdy już jest wolny i może zagłosować według własnego zdania – mówi Mateusz Klinowski.
Obecna sytuacja zdecydowanie utrudnia budowanie demokracji innej niż iluzoryczna. I w tym sensie po dwudziestu latach III Rzeczpospolitej wciąż jesteśmy gdzieś na początku drogi ku społeczeństwu podmiotowemu i samorządnemu oraz państwu transparentnemu, wiarygodnemu i rzetelnie wypełniającemu swoje zobowiązania. Niestety, im więcej ludzie, którzy nami rządzą, mówią o trosce o dobro demokracji i życia obywatelskiego, tym coraz częściej są powody do obaw, czy nie jesteśmy manipulowani. Casus referendum lokalnych jest tutaj dobitny. Ich rosnąca popularność świadczy, że aktywność obywateli wzrasta, poszerzając tym samym nasz skromny kapitał społeczny. Ale realia przeprowadzania referendów, ich frekwencja oraz wyniki ukazują, że państwo wciąż jest dla Polaków bardzo trudnym przeciwnikiem.
Przypisy:
- http://www.referendumlokalne.pl/historia_ustawodawstwa_referendalnego.html (stan na 04.11.2013).
- http://www.frdl.org.pl/index.php/komentarz/items/jerzy-regulski-referenda-lokalne.html (stan na 13.08.2013).
- http://wiadomosci.ngo.pl/wiadomosci/867572.html (stan na 25.04.2013).
- http://gibala.natemat.pl/71551,frekwencyjna-amnezja-platformy (stan na 04.11.2013).
- http://wiadomosci.ngo.pl/wiadomosci/867572.html (stan na 25.04.2013).
- http://slimak.onet.pl/_m/nb/biznes/redakcja/20130925/referenda_lokalne_raport_kprp.pdf -stan na 04.11.2013).
- http://www.frdl.org.pl/index.php/komentarz/items/jerzy-regulski-referenda-lokalne.html (stan na 13.08.2013)
- http://mateuszklinowski.pl/2013/11/04/na-referendum-precz/ (stan na 04.11.2013).
- http://www.frdl.org.pl/index.php/komentarz/items/jerzy-regulski-referenda-lokalne.html (stan na 13.08.2013).
przez Krzysztof Wołodźko | poniedziałek 27 stycznia 2014 | Zima 2013
Skąd u księdza znajomość teologii wyzwolenia, nurtu tak mało obecnego w naszych realiach?
Ks. Andrzej Pietrzak SVD: Może zabrzmi to dla kogoś niezwykle, ale moje zainteresowanie teologią wyzwolenia ma rodzime rodowody, wiąże się z doświadczeniem polskości. Idee wolnościowe, wyzwolenie oraz jego antagonistka – niewola, nie są obce naszej tradycji. Mamy własne doświadczenia i nurty interpretacyjne. Najczęściej nieświadome i nieusystematyzowane (czasami wypierane) są wyraźnie obecne w trzech zasadniczych wymiarach: narodowym, społeczno-wspólnotowym i osobistym. Przykładów takiej „ukrytej” teologii wyzwolenia jest wiele: działania niepodległościowe, zmagania społeczników i instytucji, wspieranie rozwoju cywilizacyjnego i kultury, pielęgnacja wzrostu osobowościowego, intelektualnego i religijnego. Polskie rozumienie dychotomii niewola–wyzwolenie jest silnie osadzone w naszej historii narodowej, rodzin i środowisk. Ma szczególnie mocne inspiracje religijne, judeochrześcijańskie i wywodzące się z filozofii europejskiej.
Nasz ojczysty sposób rozumienia niewoli i wyzwolenia łatwo odkryć w apelach o godność człowieka, prawdę, nawrócenie z grzechów osobistych i społecznych, solidaryzm i miłosierdzie, domaganie się prawa narodu do samostanowienia itd. Do jej kształtowania przyczynia się także działalność formacyjna i świadectwo duchownych. Proszę zwrócić uwagę, że ich praca przybiera formę wyzwolenia przez odnowę moralną jednostek i narodu oraz zazwyczaj implikuje jakąś konkretną formą działań i zmian strukturalnych, nie tylko „nawrócenia serca”. Przypomnijmy ks. Piotra Ściegiennego. Z bliższych nam czasów – św. Jerzego Popiełuszkę czy ks. Romana Kotlarza, kapłana radomskich robotników w czerwcu 1976 r., który przeszedł z nimi „ścieżki zdrowia”. W wielu historycznych momentach pojawiały się ewangeliczne pytania o podmiotowość i prawa człowieka, o spełnione życie indywidualne i wspólnotowe, zafałszowane relacje międzyludzkie. W tym ukryta jest nienazwana teologia wyzwolenia.
Do tych i podobnych kwestii trzeba się odnosić, gdy chcemy zrozumieć latynoamerykańską sytuację i myśl społeczno-religijną. Teologia wyzwolenia jest czymś o wiele bogatszym, niż sugerują to jej stereotypowe, negatywne interpretacje. Dotyczy również nas, kwestii istotnych dla każdego człowieka, wspólnoty i społeczeństwa.
Zapytam także o wymiar biograficzny księdza znajomości tej myśli…
W 1980 r., jeszcze jako kleryk, wyjechałem do Ameryki Łacińskiej, do São Paulo w Brazylii. Tam odbyłem formację przygotowującą do kapłaństwa, studiowałem teologię, w tym różne nurty i aspekty teologii wyzwolenia. Miałem kontakty z teologami, którzy – tak to ujmę – myśleli o wyzwoleniu. Pracowałem w slumsach trzy razy w tygodniu, z bardzo bliska poznałem realia skrajnej biedy i upodlenia. Nie sposób było nie zadawać sobie pytań o przyczyny ubóstwa i wykluczenia, o kwestie przemian, wyzwolenia osobistego i społecznego oraz o ich związek ze zbawieniem w Jezusie Chrystusie, o rolę Kościoła, o aktualne zadania chrześcijan.
Po święceniach kapłańskich pracowałem w kilku rejonach Brazylii, zwykle w ubogich parafiach. Działaliśmy w duchu Soboru Watykańskiego II i ówczesnych dokumentów papieskich, a zwłaszcza Konferencji Ogólnych Episkopatu Latynoamerykańskiego w Medellín w Kolumbii (1968 r.) i Puebla w Meksyku (1979 r.). Problematyka wyzwolenia, w znaczeniu integralnym (wyzwolenia z grzechów osobistych i społecznych), była bardzo ważna dla ówczesnej praktyki pastoralnej.
Dziś mam sposobność badać naukowo dziedzictwo chrześcijańskie w Ameryce Łacińskiej, w tym teologię wyzwolenia. Robię to w ramach projektów badawczych w Instytucie Teologii Fundamentalnej KUL.
Czy Kościół ubogich, Kościół dla ubogich to wtedy i obecnie główny nurt katolicyzmu w Ameryce Południowej?
Trudno o precyzyjne szacunki. Zdecydowanie jednak należy powiedzieć, że jest to jeden z nurtów wiodących i posiadający legitymizację ze strony episkopatu latynoamerykańskiego i Rzymu. Jednak trzeba też pamiętać, że nie wszystkie diecezje, parafie i wspólnoty zakonne funkcjonują w oparciu o „opcję na rzecz ubogich” lub nie wszędzie stanowi ona priorytet. Kościół w Ameryce Południowej jest zróżnicowany. Pewna jego część funkcjonuje w złożonym i trudnym kontekście, którego autorami są lokalne oligarchie, świat mediów i biznesu, różne grupy nacisku, korporacje transnarodowe itd.
Teologia wyzwolenia w oczach polskiego odbiorcy rysuje się jako pewna monolityczna doktryna, zwyczajowo oskarżana o korzenie marksistowskie. Czy to fikcja czy fakt?
Uważam, że to błędna diagnoza, wytwór nie tylko mediów oraz napięć ideologicznych okresu zimnej wojny, ale także niektórych kręgów chrześcijańskich, niechętnych wobec idei aggiornamento Soboru Watykańskiego II oraz inkulturacji i podmiotowości Kościołów lokalnych. Również w Polsce pojęcie „teologia wyzwolenia” funkcjonuje jako pejoratywny termin, wykrzywiający slogan.
Teologię katolicką w Ameryce Południowej uprawia się od początków kolonizacji. Do Soboru Watykańskiego II była niemal kopią teologii europejskich. W połowie XX wieku zrodziły się ruchy odnowy, które, wsparte nauczaniem Soboru i papiestwa, doprowadziły do stworzenia zgodnej z nauką Kościoła teologii i inicjatyw pastoralnych, wspomagających realizację jego zadań misyjno-ewangelizacyjnych. W tym kontekście pojawiła się grupa teologów (zawodowych), która podjęła zagadnienie wyzwolenia. Równolegle do tego zjawiska rozwijały się ruchy społeczno-polityczne i kulturalne, dla których ważne były tematy zmian społecznych, sprawiedliwości i godności człowieka, w tym wyzwolenia. Były to grupy o różnym rodowodzie ideologicznym: od liberałów, przez socjalistów, po komunistów. Często bezrefleksyjnie nakłada się na siebie te dwie rzeczywistości i myli się postaci z nimi związane. Działacze społeczni i pastoralni, liderzy wspólnot o charakterze zarówno eklezjalnym, jak i świeckim, ludzie z pogranicza polityki, mediów, kultury czy nauki korzystali z dorobku teologii wyzwolenia, ale nie byli przecież teologiami.
My – Polacy – mamy poważny problem z teologią wyzwolenia. Z jednej strony odrzucamy to zagadnienie, a ono w nas jest, a z drugiej trudno nam uwolnić się od postkomunistycznych sloganów. U nas ten kierunek myśli był przedstawiany jako wersja marksizmu, nie tylko ze względu na PRL-owskie i sowieckie manipulacje ideologiczne, ale także ze zwykłej nieznajomości tematu. Proszę dokonać obliczeń: kto może i rzeczywiście czyta prace profesjonalnych teologów wyzwolenia? Rozumiem, że argument ad ignorantiam to słaby argument, ale faktem jest, że niewielu źródłowo studiowało ten kierunek, a dotąd recepcja tej problematyki była w teologii znikoma.
Wiele fikcyjnych i etykietkowych opinii trudno odkłamać. Wciąż stanowią jeden ze stereotypów stworzonych w czasach PRL-u. W latach 80. myślano w Polsce tak: skoro teologowie wyzwolenia interesowali się kwestiami społecznymi (a ich podnoszenie kojarzyło się z propagandą uprawianą w krajach „demokracji ludowej”) i dialogują z Marksem, to muszą być marksistami, a na pewno są niebezpieczni. Do tego należy jeszcze dołączyć okrojone, a nawet stronnicze czytanie dokumentów Kongregacji Nauki Wiary z lat 80.: Libertatis nuntius i Libertatis conscientia. I tak zostało do dzisiaj.
Nie oznacza to jednak, że problematyka marksistowska nie istnieje w obrębie teologii latynoamerykańskiej czy w teologii wyzwolenia. Jest to jednak temat poboczny, gdyż u jej podstaw leży coś innego niż doktryna Marksa: doświadczenie Boga w kontekście latynoamerykańskim, zwłaszcza wśród ubogich, i związana z tym wrażliwość na problematykę społeczną. To teologia, która wyrosła w Kościele, a nie w radykalnych partiach i oddziałach partyzanckich lewicy. Nie jest to także teologia, która mówi, jak uczynić z biednych ludzi bogatych albo jak tym ostatnim odebrać to, co mają, wprowadzić anarchię i moralny bezład. Przeciwnie, chodzi o ortodoksyjną teologię, która będzie znacząca dla Latynoamerykanów, o przemyślenie doktryny chrześcijańskiej w kontekście wyzwolenia i opcji na rzecz ubogich.
Wskazuje ksiądz, że obraz „Chrystusa z karabinem na ramieniu” nie jest typowy dla teologii wyzwolenia. Jednak jakieś trudne kwestie, bolączki społeczne wzbudziły w jej obrębie zainteresowanie marksizmem.
Trzeba tu przypomnieć ważny wątek z nie tak odległej historii Ameryki Łacińskiej. W latach 30. XX wieku dotarła tam Akcja Katolicka, bardzo ważny i silny ruch, który ukształtował pokolenia katolików w wielu krajach na świecie. Wpłynął on także na społeczne przebudzenie katolików latynoamerykańskich. Owocem odnowy było zaangażowanie się katolików w kwestie społeczne, wyraźniej niż wcześniej pojawił się problem powszechnej biedy, zapaści cywilizacyjnej kontynentu, marginalizacji różnych grup. Odczytywano te problemy na gruncie katolickiej nauki społecznej.
Na przełomie lat 50. i 60. doszło do poważnego kryzysu pokolenia ukształtowanego przez Akcję Katolicką. Pojawiły się głosy, że działania podejmowane w obrębie przyjętej interpretacji katolickiej nauki społecznej są zbyt ostrożne. Mówiono, że w sytuacji Ameryki Łacińskiej potrzebne są nie tyle drobne korekty istniejącego systemu społeczno-gospodarczego, ale jego gruntowana rewizja, nawet wymiana systemu na inny. Część aktywnych społecznie katolików zaczęła głosić, że ówczesny system na mocy własnych założeń generuje przemoc, niesprawiedliwość, biedę. Reformistyczne instrumenty, które oferowała Akcja Katolicka, zostały w tym środowisku uznane za niewystarczające. W tej sytuacji część katolików weszła w sferę oddziaływania idei marksistowskich. Niektórzy stali się liderami z pogranicza wspólnot eklezjalnych i ruchów lewicowych.
Ale uwaga! Wpływ na tę diagnozę miała również socjologia, która dawała nie tylko narzędzia, ale także kreowała zaangażowanie społeczne. W tamtych czasach wielu teologów wyzwolenia, a także liderów ruchu wyzwolenia studiowało socjologię (znany ks. Camilo Torres Restrepo był socjologiem). Wszystko to poszerzało i wzmacniało przekonania, oparte także na analizach politologicznych i ekonomicznych, że system wymaga bardziej zdecydowanych kroków niż korygujący lub upiększający retusz. Utrwalało się rozczarowanie lekarstwami, jakie dotychczas proponowano w obrębie Akcji Katolickiej. Ludzie odchodzili do ruchów centrolewicowych lub lewicowych, inspirowanych zachodnioeuropejskimi, azjatyckimi i sowieckimi interpretacjami marksizmu.
Typowym przykładem takiej osoby jest Marta Harnecker, chilijska socjolog. Zaczynała w Akcji Katolickiej, później skręciła w lewo, była więziona, gdy Pinochet objął władzę, następnie wyjechała na Kubę. Tam założyła instytut Memoria Popular Latinoamericano. Napisała książkę „Podstawowe koncepcje materializmu historycznego”, która w języku hiszpańskim została wydana w milionach egzemplarzy. Wiele takich osób jak ona odeszło, oddaliło się na wiele lat lub na zawsze od oficjalnego katolicyzmu. Ludzie, często ich koledzy i koleżanki, którzy pozostali w Kościele, zadawali sobie pytania: „Dlaczego tak się dzieje; dlaczego oni odchodzą?”. Ten fakt również przyczynił się do narodzin teologii wyzwolenia.
Dlatego podziwiam o. Gustavo Gutiérreza OP, który pozostał w Kościele nie po to, aby go zniszczyć – jak twierdzą zwiastuni czarnych i spiskowych teorii – ale aby poprzez wierność Chrystusowi i jego Kościołowi trwać w wierze, tworząc myśl teologiczną nadającą jej sens w kontekście niewoli, zubożenia, wykluczenia i wielu innych problemów społecznych.
A jak brzmiała odpowiedź katolików na pytanie, dlaczego wielu z nich opuszcza w Ameryce Południowej Kościół?
W latach 60. i 70. XX w. stwierdzano, że formacja dotycząca praktyki życia codziennego, którą oferuje się katolikom, jest niewystarczająca w aspekcie wyzwolenia. Bardziej krytyczni twierdzili, że diecezje i parafie, ich liderzy duchowni i świeccy, ulegają manipulacji ideologicznej typu konserwatywnego i liberalnego bądź lewicowego. Tak powstawała myśl teologiczna w obrębie Kościoła latynoamerykańskiego dotycząca tych spraw.
Równocześnie w kręgach katolickich i protestanckich pojawiło się niebagatelne pytanie: „my, chrześcijanie, jesteśmy tutaj od czasów kolonizacji. Dlaczego do dziś mamy takie rzesze ubogich?”. Po przeprowadzeniu diagnozy, wspomaganej narzędziami naukowymi, odpowiedź w uproszczeniu brzmiała: wprawdzie czynników jest wiele, ale w tym momencie historii źródło zubożenia, nowoczesnych form niewoli i wykluczenia tkwi w przyczynach systemowych, tj. w systemie społeczno-gospodarczym i politycznym, a podstawą jest liberalna gospodarka wolnorynkowa – kapitalizm. Chcąc go poznać, opisywano założenia i sposoby funkcjonowania. To doprowadziło do spotkania z marksizmem. Nie oznaczało to jednak, że teologowie stali się marksistami. Niektórzy wykazywali, że na etapie diagnozy rzeczywistości analiza marksowska kapitalizmu i relacji międzyludzkich jest przydatna, ale fundamentalnym źródłem oceny i opisu tej rzeczywistości było Objawienie, Tradycja i współczesne nauczanie Kościoła.
A jednak ten nurt myślenia, zarazem teologicznego i społecznego, spotkał się z krytyką Watykanu. Myślę przede wszystkim o wydanej w 1984 r. przez Kongregację Nauki Wiary „Instrukcji o niektórych aspektach »teologii wyzwolenia«”, podpisanej przez jej ówczesnego prefekta, kardynała Józefa Ratzingera, późniejszego papieża Benedykta XVI.
To bardzo ważny dokument. Wbrew przyjętym opiniom potwierdza on potrzebę prowadzenia refleksji nad tematem wyzwolenia, tym samym teologii wyzwolenia. W tamtych czasach w Ameryce Łacińskiej podkreślano, że uprawomocnia on teologię wyzwolenia, chociaż mówi o możliwych niedomaganiach. W Polsce przyjęło się, że ten dokument jest potępieniem teologii wyzwolenia i jej negatywną diagnozą. To nieprawda. Mamy do czynienia z uszczegółowionym katalogiem zagrożeń związanych z wpływami marksizmu i możliwych błędnych wyjaśnień Pisma Świętego i Tradycji. W Polsce niektóre interpretacje tego dokumentu potwierdzają, że dominuje myślenie życzeniowe i uproszczone, podporządkowane uprzednim założeniom.
Teologia wyzwolenia jest propozycją refleksji nad znaczeniem wiary w kontekście latynoamerykańskim. Nie jest to odpowiedź wyłącznie na kwestie społeczne, np. redystrybucji bogactwa. Nie jest także instrukcją przeprowadzenia rewolucji proletariackiej, nawrócenia bogatych, odebrania im wypracowanych dóbr i przekazania ubogim. Najbardziej reprezentatywne dla tego nurtu postacie, jak Gustavo Gutiérrez, Juan Luis Segundo, Juan Carlos Scannone, Leonardo Boff czy Ignacio Ellacuría, twierdziły, że wiara musi być przemyślana również z perspektywy ludzkiego wyzwolenia i w świetle naszego odniesienia do ubogich oraz związku tego wszystkiego ze zbawieniem w Jezusie Chrystusie. Akcentowano, że wiara musi mieć odniesienia wspólnotowe, nie czysto indywidualistyczne. Ten rodzaj refleksji nie wyklucza grup zamożnych. Ze względu jednak na trudną sytuację uwydatniano miejsce poszkodowanych przez systemy gospodarcze, społeczne, polityczne i religijne. Gdy w latach 80. mieszkałem w Ameryce Łacińskiej, obliczano, że ok. 60 proc. społeczeństwa żyło w poważnej biedzie, którą tutaj, w Polsce, możemy w niedoskonały sposób porównać choćby z sytuacją popegeerowskich wsi w latach 90. XX w. lub przedwojennych czworaków.
Ważne pytanie, związane z krytyką niektórych aspektów teologii wyzwolenia, brzmiało: czy w teologii można korzystać z kategorii wypracowanych przez filozofię nietomistyczną oraz nauki społeczne, także typu ateistycznego? Wątpliwości budziły i nadal budzą kategorie materializmu historycznego i walki klas. Na to zwracała uwagę Kongregacja Nauki Wiary i trudno odmówić jej racji.
Jak poglądy tamtej epoki odzwierciadlały się w postrzeganiu szerszego kontekstu, spraw międzynarodowych?
Dla niektórych katolików w Ameryce Łacińskiej rządy określane mianem lewicowych czy rewolucyjnych były znakiem, że istnieje alternatywa dla władzy oligarchii z narzucanymi przez nią zewnętrznymi zależnościami, że można uwolnić się od dominacji wielkich korporacji i bogatych państw. Ale nie było to bezkrytyczne zaufanie, oczekiwanie raju na ziemi: nie utożsamiono „królestwa ziemskiego” z Królestwem Niebieskim.
Choć muszę dodać, że jeszcze w czasach, gdy byłem w Brazylii, dostrzegałem wśród ludzi lewicy postawę, którą poznałem także w Polsce, tyle że miała przeciwnie skierowany wektor. My patrzyliśmy na Stany Zjednoczone, na zachodni liberalizm niemal bezkrytycznie, wolny rynek traktowano u nas jako remedium na wszystkie bolączki. Widziałem to także wśród duchownych, gdy wróciłem do Polski na początku lat 90. Tam z kolei, ponieważ ZSRR był bardzo daleko, nawet pomysły komunistyczne wydawały się niektórym właściwą odpowiedzią. Naiwność w peryferyjnych częściach świata potrafi być duża. Komunizm traktowano tam jednak jako propozycję zmiany na lepsze, ludzie nie dopuszczali do siebie myśli, że zmiany prospołeczne miałyby przynieść krwawe represje, które my kojarzymy z bolszewizmem.
Co stanowi najważniejsze – z perspektywy doktryny katolickiej – punkty odniesienia dla teologii wyzwolenia?
Niedawno wydałem książkę „Modele ewangelizacji kultur i inkulturacja wiary w teologii latynoamerykańskiej”. Bronię w niej m.in. tezy, że Objawienie i Tradycja są najistotniejszymi filarami teologii wyzwolenia, bez nich w ogóle nie ma katolickiej teologii. W Pampelunie poznałem hiszpańskiego teologa i historyka Josepa Ignasi Saranyana, należącego do Opus Dei, który twierdzi, że teologia wyzwolenia, pomimo niedociągnięć, jest współczesną odmianą teologii fundamentalnej, ale są w niej także treści dogmatyczne i pastoralne. Tym samym ta teologia poszukuje sensownego uzasadnienia wiary katolickiej w rzeczywistości latynoamerykańskiej oraz sposobów jej urzeczywistnienia tu i teraz, w przygotowaniu na powtórne przyjście Chrystusa.
Dla teologów latynoamerykańskich ważna jest również tzw. mediacja socjoanalityczna, czyli rozumienie-opis kontekstu wiary. Dużo uwagi poświęcają poznawaniu rzeczywistości społecznej i kulturowej kontynentu za pomocą narzędzi naukowych. Mówiąc językiem programistów komputerowych, tak poznana rzeczywistość jest miejscem implementacji wiary. Sprawia to, że ich teologie najczęściej są żywą aktualizacją wiary. Stąd już w latach 60. podejmowano tematy, które szczególnie dotykały społeczności latynoamerykańskie, np. ubóstwo, miejsce Kościoła w życiu społecznym, sens dogmatów w kontekście niewoli i wykluczenia, godności człowieka, manipulacji wiarą i wspólnotami eklezjalnymi itd. Dokonywano prób spojrzenia na klasyczne tematy teologii z perspektywy wyzwolenia i opcji na rzecz ubogich.
Jak przedstawiciele teologii wyzwolenia odnosili się do społecznych encyklik kolejnych papieży: „Rerum novarum” Leona XIII, „Quadragesimo Anno” Piusa XI, „Populorum progressio” Pawła VI, „Laborem exercens” Jana Pawła II?
Bez wymienionych papieży i dokumentów nie byłoby odnowy katolicyzmu, teologii, także teologii wyzwolenia. Wrócę jeszcze do Akcji Katolickiej, która nasiliła zainteresowanie kwestiami społecznymi w Kościele w Ameryce Łacińskiej. Przyczyniła się ona do wypracowania duchowości, która umieszcza wyznawców Chrystusa w czasie teraźniejszym i kładzie nacisk na zadania w środowisku, w którym żyje (misyjność). Leon XIII dał impuls do zrodzenia tego typu inicjatyw w Kościele, a Piusa XI nazywano „papieżem Akcji Katolickiej”.
Trudno byłoby mówić o Kościele w Ameryce Łacińskiej i teologii wyzwolenia w znanym kształcie bez pozostałych dokumentów. Wzięte razem, w połączeniu z Pismem Świętym i Tradycją, tworzą kontekst oraz źródło teologiczne narodzin, rozwoju i odnowy tamtejszego katolicyzmu, teologii i teologii wyzwolenia. Jest to fakt, który trudno zaakceptować osobom nieznającym historii tamtego regionu. Zazwyczaj nie doceniają tego ludzie podejrzliwi, łowcy herezji i bojówkarze różnych ideologii, osoby napędzane dynamiką spiskowych teorii. Wspominam o tej stronie subiektywnej głoszonych poglądów, ponieważ są często spotykane w debatach o Ameryce Łacińskiej i teologii wyzwolenia.
Kluczem do zrozumienia Kościoła w Ameryce Łacińskiej, różnych inicjatyw odnowy, teologii, osiągnięć, różnic i niestety napięć, jest Sobór Watykański II. Sobór był i jest dobrem dla katolików, ale nie wszyscy go tak postrzegali i postrzegają. Oto mała ilustracja. Waldyr Calheiros, biskup Volta Redonda w Brazylii, w wydanych w 2001 roku „Wspomnieniach” opisuje trudności teologiczne i pastoralne, jakie napotkali niektórzy duchowni wychowani w duchu przedsoborowym. Był to kryzys mentalny i tożsamości oraz problem aktualizacji, która wymagała sporego wysiłku. Wydawało im się, że neguje się ich dotychczasowe życie i pracę, burzy podwaliny wiary. Trudno było im zrozumieć choćby zaangażowanie świeckich, a obrona robotników przez biskupa była przez nich klasyfikowana jako niewłaściwa i jako przejaw jego lewicowych poglądów. Posądzano go nawet o komunizm.
Wspomniana kwestia jest ważna, ponieważ tym, którzy wprowadzają Sobór i realizują treści wspomnianych encyklik, przypina się łatkę: „to ci od wyzwolenia”.
W Polsce, w epoce kardynała Stefana Wyszyńskiego, który ze względu na kontekst ustrojowy prowadził tutejszy Kościół bardzo ostrożnie, nie przeżywaliśmy zmian soborowych tak radykalnie. W Ameryce Łacińskiej natomiast odnowa była przeprowadzana dosyć sprawnie i szybko. Teologię wyzwolenia niejednokrotnie kojarzono błędnie z wszelkimi próbami wprowadzenia Soboru. On wciąż budzi tam silne emocje, a teologia latynoamerykańska (wyzwolenia) siłą rzeczy jest włączona w spór między „tradycjonalistami” a „progresistami”.
Warto przy okazji dodać, że dla niektórych teologów wyzwolenia i liderów związanych ze społeczno-kulturowym ruchem wyzwolenia Jan Paweł II jawił się jako konserwatysta. Z kolei dla innych, z tych samych środowisk, jego wizyty w Ameryce Południowej, spotkania z ludźmi pracy, z Indianami były wielką nadzieją, wołaniem o sprawiedliwość. Warto podkreślić te fakty. Wiele zależy od osobistej i wspólnotowej hermeneutyki. I tak odczytywano działania Jana Pawła II, niebawem świętego: w Ameryce Łacińskiej do przemówień papieża podchodzi się z fascynacją, z drugiej – nie brakuje krytyków zarzucających mu zbytnią ostrożność.
Jakie główne nurty teologii wyzwolenia należy wskazać w historycznym i ideowym ujęciu, także w kwestii używanych narzędzi socjologicznych?
Trudno w tym momencie mówić o głównych nurtach. Mamy na razie za mało analiz i jest to rozległe zagadnienie. Zazwyczaj teologowie wyzwolenia preferowali tak zwaną metodę strukturalno-dialektyczną oceny rzeczywistości, stosowaną w celu zrozumienia przyczyn zubożenia i marginalizacji społecznej. Były także inne podejścia. W takim kontekście ideowym kształtował się latynoamerykański sposób naukowo-krytycznego oglądu rzeczywistości. Najpierw miał on charakter strukturalno-funkcjonalistyczny i pozytywistyczny. Ale ważna jest też rola społecznej funkcji nauki, nauki zaangażowanej. Tutaj pojawia się postulat podejmowania zagadnień społecznie znaczących. Na przykład: niedorozwój-rozwój, zależność-dominacja, marginalizacja-partycypacja. Sprzeciwiano się równocześnie sytuacji, która umieszczała badacza poza rzeczywistością badaną, na rzecz wejścia w kontekst występowania badanych kwestii i dokonania klarownej analizy w duchu wartości humanistycznych lub chrześcijańskich.
Instrumentarium socjologiczne nie zaciemniało ewangelicznych treści?
Teologia, aby spełniała funkcję „inteligencji wiary”, musi używać języka kultury. Dawniej był to język filozofii. W ostatnich czasach, aby zrozumieć rzeczywistość, do której jest skierowana Dobra Nowina Jezusa z Nazaretu, stosuje się także osiągnięcia nauk humanistycznych. Jeśli taki zabieg nie jest bezkrytyczny, niewątpliwie ułatwia połączenie wiary i życia, inkulturację wiary. Poza tym dogmat zawsze jest przesłanką większą w teologii, jest takim „światełkiem w tunelu”, które sprawia, że trudno zbłądzić.
Teologia latynoamerykańska jest określana jako „nowy sposób uprawiania teologii”. Choć zagadnienie dotyczy nie tylko teologii w Ameryce Łacińskiej, to w jej przypadku dokonała się ważna innowacja. Nauki szczegółowe zastosowano nie tylko w kwestiach związanych z teologią pastoralną, katolicką nauką społeczną i duchowością, ale próbuje się zintegrować je z całą teologią, proponując koncepcję teologii jako krytycznej refleksji nad praksją wiary chrześcijańskiej, w której nauki szczegółowe pełnią ważną funkcję, chociaż nie najważniejszą.
Zwrócę uwagę na postać bardzo interesującego teologa latynoamerykańskiego, João Batisty Libânio. Wyrażał on pogląd, że opcja na rzecz ubogich nie identyfikuje się z opcją klasową, lecz ją w pewnym sensie zakłada. Nie można efektywnie kochać ubogich, abstrahując od warunków socjalno-bytowych, w których oni funkcjonują. Ubodzy żyją w społeczeństwie, które ich w pewnym sensie tworzy i przyczynia się do ciągłego odtwarzania problemów społecznych. Libânio twierdził wręcz, że teologowie w Ameryce Łacińskiej po Soborze Watykańskim II poszli dalej niż marksizm i przezwyciężyli go. Dla nich kryterium przynależności do grupy ubogich, a więc w sensie socjologicznym klasy społecznej, nie jest jedynie aspekt ekonomiczny – stosuje się także inne wskaźniki (np. płeć, rasę, kulturę, wiek i wyznanie), a przede wszystkim dane Objawienia na temat ubogich. Ale równocześnie w niektórych inicjatywach i materiałach pastoralnych, postawach osób zaangażowanych w ewangelizację można było dostrzec klasowe traktowanie ubogich i obecność elementów marksistowskiej analizy procesów historycznych oraz krytyki kapitalizmu.
Mówiąc mniej naukowym językiem: teologowie wyzwolenia chcieli pomóc świeckim katolikom, liderom wspólnot eklezjalnych, ludziom zaangażowanym społecznie, żeby ten świat był trochę lepszy, zanim nadejdzie Królestwo Niebieskie. Żeby było sprawiedliwiej, żeby rzesze ludzkie nie żyły w nędzy, żeby mniej było procesów prowadzących do wykluczenia, indywidualnej i strukturalnej przemocy.
Zaryzykuję w tym kontekście stwierdzenie, że teologia wyzwolenia miała także rolę służebną…
Jest to cecha wielu teologów latynoamerykańskich: są z prostymi ludźmi, znają ich życie zawodowe, rodzinne. Dzielą się posiadanym doświadczeniem, wiedzą. Nie przeżywają swojej wiary w odosobnieniu od spraw zwykłych ludzi. To choćby przypadek Gutiérreza, Boffa i wielu innych. Teologowie nie przebywają jedynie na uczelniach i w swoich pracowniach. Są z ludu i dla ludu, we wspólnocie Kościoła. Jest to typowa postawa teologów wyzwolenia.
Podczas studiów uczęszczałem na wykłady z filozofii religii, prowadzone przez o. Jana Andrzeja Kłoczowskiego OP. Dominikanin wspominał na jednym z nich, że czas Soboru Watykańskiego II zdaniem części teologów przyniósł inne rozłożenie akcentów w obrębie doktryny: obok ortodoksji katolickiego nauczania pojawiła się kwestia ortopraksji, dobrego działania, zgodnego z Ewangelią.
W porządku analitycznym możemy rozdzielić te kwestie, ale w życiu występują one równocześnie. Sądzę, że relację ortodoksja-ortopraksja objaśniają słowa zastosowane przy definicji dogmatu chrystologicznego, dotyczącego dwóch natur Jezusa Chrystusa, boskiej i ludzkiej: współistnieją one „bez zmieszania, bez zmiany, bez rozdzielenia i rozłączenia”. Podział na ortodoksję i ortopraksję prowadzi dyskusję na intelektualne manowce. Tu znów warto przypomnieć zasadę przywoływaną przez teologów wyzwolenia: formuła wiary zakłada określone działanie, a te zaś formułę wiary. Gutiérrez twierdzi, że teologia musi być krytyczną refleksją człowieka nad samym sobą i społecznością. Chodzi tu również o jasną i krytyczną postawę wobec problemów ekonomicznych i społeczno-kulturowych. Peruwiański teolog proponował, by uwzględnić kryterium ortopraksji. Dlaczego? Dla spełnienia misji powierzonej przez Chrystusa jest ważna nie tylko poprawna formuła wiary – wyznania wiary, ale także świadectwo.
Ideologia neoliberalna, promieniująca z USA, próbowała przez dziesięciolecia wzmocnić „złą legendę” teologii wyzwolenia, oskarżając ją jeszcze w czasach zimnej wojny o „zależność od Moskwy”. Z drugiej jednak strony w Stanach Zjednoczonych również istniały tradycje katolicyzmu społecznego, którego symbolami są Dorothy Day, pismo i ruch „Catholic Workers”. Czy znajdziemy w teologii wyzwolenia ślady tej „zachodnioamerykańskiej katolewicy”?
Wskazałbym na odwrotną sytuację. Część społecznie zaangażowanych katolików w Stanach Zjednoczonych, których poznałem osobiście, była ukształtowana przez myśl teologiczną Ameryki Łacińskiej. Działalność Dorothy Day i jej poglądy przypominają poglądy teologów i działaczy społecznych latynoamerykańskich. Nie należy się temu dziwić, istnieją wspólne dla całego świata katolickiego korzenie takiej myśli i postawy. Myślę choćby o katolicyzmie społecznym kojarzonym z belgijskim księdzem Josefem-Leonem Cardijn, który u schyłku życia został kardynałem. Działał wśród robotników, był inspiratorem chrześcijańskich związków zawodowych. Jego osobą był zafascynowany choćby młody student ks. Karol Wojtyła.
Trzeba pamiętać, że wielu latynoamerykańskich intelektualistów zaangażowanych społecznie kształciło się we Francji, Niemczech, we Włoszech czy w Hiszpanii. Byli bacznymi obserwatorami tamtejszej rzeczywistości. Część teologów studiowała także w Belgii, na Katolickim Uniwersytecie w Leuven. Lata 50. na Zachodzie były czasem ogromnego zainteresowania nowymi metodami duszpasterskimi, powstawały grupy robotników i studentów, na których wpływ miał także ks. Cardijn. Od niego wywodzi się metoda, którą przyswoiła sobie i rozbudowała teologia latynoamerykańska: „widzieć, ocenić, działać”. Znalazła ona także akceptację doktrynalną Kościoła powszechnego, odwoływał się do niej Jan XXIII, niektóre jej echa można odnaleźć także w dokumentach Soboru Watykańskiego II.
Na czym ona polega?
Ta metoda – moim zdaniem – jest cichym i pokornym uczestnikiem przemian społecznych i eklezjalnych, jakie zaszły w Kościele w Ameryce Łacińskiej. Stosując ją, przygotowano dokumenty Konferencji Ogólnych Episkopatu Latynoamerykańskiego z Medellín i Puebla, ale także z Aparecidy w Brazylii (2007 r.). Uważam, że może być też bardzo przydatna dziś w Polsce. To metoda „punktowa”, trzyetapowa, pozwala określić precyzyjnie aktualne problemy i ich ważność oraz ocenić je w świetle rozumu i nauki Kościoła. Jest to metoda oparta na jedności i współuczestnictwie, oddolna. Służy do planowania „z”, a nie „dla” osób, na rzecz których organizowane są działania ewangelizacyjne.
Wspominaliśmy o Janie Pawle II. Pierwszy tekst, jaki w roku 1949 opublikował w „Tygodniku Powszechnym”, dotyczył ruchu księży-robotników.
Ten ruch miał bardzo szerokie oddziaływanie na różnych kontynentach. W Ameryce Południowej inspirował świeckich katolików, teologów, biskupów. Sprzyjał przybliżeniu ludzi do Kościoła.
W 1980 r., jeszcze przed wyjazdem do Brazylii, poznałem teologów, którzy traktowali księży-robotników z dużym dystansem. Niektórzy nawet twierdzili, że ten ruch to macki „komuny”, agentury sowieckie, bojówkarze. W São Paulo osobiście poznałem duchownych, którzy należeli do tego ruchu, niektórzy nieformalnie. Arcyciekawe postacie! Głęboko wierzący kapłani i mężni ludzie. Mieli odwagę zbliżyć się do robotników, razem z nimi starali się, by chrześcijaństwo było treścią życia, a nie zewnętrznym rytuałem.
Moim zdaniem jeśli w Ameryce Południowej dokonało się w ostatnich dziesięcioleciach odejście od rządów junt wojskowych, od dyktatur, jeśli możliwe stało się choć trochę lepsze i bardziej sprawiedliwe życie, to jest to między innymi zasługa latynoamerykańskich księży oraz liderów chrześcijańskich, którzy potrafili zakasać rękawy, żyjąc i pracując pośród ubogich.
Trudno nie zapytać, czy pojawiały się tutaj także wątki rewolucyjne…
Oskarżenia, że teologowie wyzwolenia przygotowywali rewolucję, są kłamstwem. Przemoc w wydaniu latynoamerykańskim niejednokrotnie miała prawicowe korzenie. Oto znany przykład: za śmiercią prospołecznego arcybiskupa Romero stali ludzie, którzy reprezentowali tak zwaną prawicę, odwoływali się ponadto do wartości chrześcijańskich i przypisywali sobie miano obrońców cywilizacji opartej na katolicyzmie.
Jeśli chodzi o wątki rewolucyjne, w Ameryce Południowej mają one różnorodne pochodzenie, nie tylko marksistowskie. Często są to także ruchy o charakterze patriotycznym, narodowowyzwoleńczym. Zaś wątki religijne, jak wiemy, można wykorzystywać także wbrew ich rzeczywistemu znaczeniu. Nie znam zakonnic, księży, biskupów i teologów, którzy nawoływaliby do rewolucji. W duchu Ewangelii wzywali i inspirowali do wprowadzania do sprawiedliwości i pokoju, poszanowania godności człowieka i odpowiedzialności społecznej. Za to niejednokrotnie przypina się im łatkę komunistów lub lewicowców. Wielu świeckich i duchownych ze względu na obronę wymienionych wartości było prześladowanych, niektórzy stracili nawet życie. Oprawcami byli zazwyczaj „dobrzy” obywatele, obrońcy „wartości” cywilizacji zachodniej.
Warto tu przytoczyć słowa samego abp. Romero wypowiedziane w 1980 r., gdy rządząca junta spacyfikowała ponad stutysięczną pokojową manifestację na ulicach San Salvador. Mówił on: W obliczu przemocy stosowanej przez siły zbrojne jestem zmuszony przypomnieć, że ich obowiązkiem jest służenie ludowi, a nie przywilejom nielicznych. W odpowiedzi na bezwzględne akty przemocy ze strony prawicy powtarzam po raz kolejny ostrzeżenie Kościoła, który władzę obarcza winą za złość i desperację społeczeństwa. […] To rządzący są prawdziwym nasieniem i niebezpieczeństwem nadejścia komunizmu, o który z pełną hipokryzją rzucają oskarżenia.
Trafna diagnoza tamtej rzeczywistości! Ale trzeba dodać, że wśród latynoamerykańskiej lewicy byli ludzie, którzy naiwnie patrzyli na blok sowiecki. Jednak najczęściej podnoszono naprawdę proste i podstawowe sprawy: likwidacja analfabetyzmu, poprawa systemu szkolnictwa, opieka medyczna, przeciwdziałanie upodleniu związanemu z powszechną przemocą wobec biednych i wykluczonych, ochrona przed wyzyskiem ze strony bezkarnych pracodawców. W to wszystko włączony był Kościół, dopominający się ochrony godności człowieka, a więc jednej z podstawowych prawd naszej wiary.
W diecezji Senhor do Bonfim, w której kiedyś pracowałem, ksiądz biskup Jairo Rui Matos da Silva polecał mi szczególną troskę o sprawność samochodów, które mieliśmy do dyspozycji. Nie były to drogie auta, miały być bezpieczne. Często powtarzał: „łatwiej zdobyć samochód niż wychować kapłana”. Zatem co miesiąc musiałem jeździć do mechanika. Pewnego razu podszedł do mnie mężczyzna, którego znałem z widzenia. Był latyfundystą, miał kilka tysięcy hektarów ziemi – to brazylijski standard w przypadku bogatych właścicieli ziemskich. Znany był z tego, że odgradzał ludziom dostęp do wody, co prowadziło do sporów. Zagadnął mnie: „Jesteś księdzem… Wiesz, kiedyś to byli księża. Przyjeżdżał do mnie duchowny, zbierałem ludzi, a on mówił im, że mają być posłuszni i pracowici. A teraz to jacyś komuniści”. Łatwo zrozumieć, jaki typ Kościoła odpowiadał temu człowiekowi i dlaczego zginął abp Romero.
Wspomniany latyfundysta rozumiał, że coś się stało, że zaszły przeobrażenia, które w teologii i historii Kościoła w Ameryce Łacińskiej określa się mianem: „zmiana miejsca społecznego Kościoła”. W pewnym momencie niektórzy hierarchowie, aktywni katolicy, zrozumieli, że przylgnięcie Kościoła do obozu władzy, do posiadaczy, jest szkodliwe. A władza i ugrupowania polityczne wykorzystują Kościół dla własnych celów, przez usankcjonowanie panujących realiów. Upominanie się o sprawiedliwość, pokój, o ubogich, przebywanie wśród nich, spotkało się z dezaprobatą ze strony dużych grup interesu, także tych międzynarodowych. Stąd bierze się również bardzo interesowna krytyka teologii wyzwolenia. Nic też dziwnego, że dla wielu wygodniejszy był „katolicyzm zakrystii”, teologia bez wyraźnych związków z życiem lub teologia Michaela Novaka – teolodzy wyzwolenia cierpko nazywali go nadwornym prorokiem, nawiązując do opisanego w Starym Testamencie zjawiska proroków nominowanych i opłacanych przez władców. Nie oznacza to, że ludzie Kościoła ustrzegli się błędów spowodowanych radykalizmem postaw.
A jakie były/są szersze konteksty teologii wyzwolenia? Myślę zarówno o narzędziach, których używała, jak i o perspektywach przez nią obejmowanych.
Jak wspomniałem, w ubiegłym stuleciu znacznie rozbudowano język teologii, który zwyczajowo wiązał się z dorobkiem nurtów filozoficznych związanych z Platonem i Arystotelesem, św. Augustynem i św. Tomaszem oraz różnymi odmianami ich myśli. W XX w. pojawiły się teologie nawiązujące do języka neotomizmu, personalizmu, egzystencjalizmu, fenomenologii, filozofii życia, filozofii analitycznej. Równocześnie odwołano się do kategorii, metod i rezultatów takich nauk jak socjologia, psychologia, ekonomia, biologia, fizyka, historia. Pełniły one funkcję źródła informacji, inspiracji do rozbudowy kwestii doktrynalnych lub opracowania stanowiska katolickiego, także polemik i dialogu. To oczywiście stało się źródłem nieuniknionych napięć, żeby nie powiedzieć – kryzysu w samym Kościele. Dyskusja na ten temat jeszcze się nie zakończyła.
Kierując się bardzo uproszczonym myśleniem, teologii wyzwolenia postawiono zarzut, że korzysta z narzędzi filozofii/socjologii marksistowskiej. Jednak w rzeczywistości czerpała ona z bardzo różnorodnych współczesnych nauk humanistycznych. Korzystała przy tym z diagnoz opisujących sytuację kontynentu i innych regionów świata. Kluczowe znaczenie miały także wspomniane encykliki papieskie.
Ponadto znaczenia prac socjologicznych, tzw. analiz koniunktur, dowodzi latynoamerykańska, krytyczna ocena projektów rozwojowych. Naukowcy badając tę kwestię w Ameryce Łacińskiej, postawili pytanie: czy w imię postępu mamy doganiać świat kapitalistyczny, zbudowany na gospodarce wolnorynkowej? Czy jedynie w procesach dostosowawczych tkwi problem? W ten sposób powstała teoria zależności od kapitałowych/politycznych centrów. Czyli: problem współczesny biedy to nie tylko kwestia rozwoju gospodarki, ale także problem systemowy, peryferyjny, merkantylny, kwestia gospodarki podległej kapitalistycznym ośrodkom. Dostrzeżono pułapkę zagranicznych ofert, które głosiły: u was też będzie lepiej, jeśli zaakceptujecie nasze warunki i dzięki temu w końcu nas dogonicie… Z całą ostrością zarysował się schemat: centrum – peryferie. Ten rodzaj myślenia wywarł duży wpływ na środowiska katolickie, także na teologów wyzwolenia.
Jakbym słyszał opowieść o współczesnej Polsce.
Prawdę mówiąc, dziś przerabiamy problemy, które społeczeństwa Ameryki Łacińskiej zaczęły sobie uświadamiać przynajmniej w połowie lat 50. XX w. Również w sytuacji Kościoła w Polsce widzę wiele zbieżności…
Dodam, że pod wpływem prac antropologów, ale również dorobku Jana Pawła II, zaczęto dostrzegać, że kwestie ekonomicznego niedorozwoju mają także swój kontekst kulturowy. Zaczęto mówić o inkulturacji, ewangelizacji kultur, co zmieniło charakter teologii wyzwolenia. O ile przez dziesięciolecia kojarzona była z zagadnieniami społeczno-gospodarczymi, o tyle od lat 90. weszła głębiej w problematykę dotyczącą kultury/cywilizacji ludzkiej i ekologii. Podjęto dyskusję nad wzorcami społecznych zachowań, symboliką, wartościami typowymi dla współczesnych kultur. Taka zmiana była wywołana wcześniejszymi krytycznymi uwagami Watykanu – radykalni społecznie teologowie przycichli. Z drugiej jednak strony dorobek teologii wyzwolenia stał się integralną częścią codziennej praktyki duszpasterskiej, co widać choćby we wspomnianej metodzie działań w Kościele latynoamerykańskim: „widzieć, oceniać, działać”.
Skupmy się zatem na bliższych nam czasach i realiach. Przynajmniej od początków III RP przyjęło się dość powszechnie uważać, że konieczne jest połączenie doktryny wolnorynkowej z katolicyzmem. Dzięki temu powstał na przykład tzw. konserwatywny liberalizm. Obecny pontyfikat można chyba uznać za mocne zaprzeczenie tej tezy?
Uważam, że stoimy przed problemem, z którym niegdyś musiała się zmierzyć Ameryka Łacińska. Papież Franciszek przynajmniej kilkakrotnie zwracał uwagę, że dla Kościoła niebezpieczeństwo kryje się w ideologizacji chrześcijaństwa. Ten temat podejmowano w teologii latynoamerykańskiej. Pod wpływem analiz socjologicznych, antropologicznych, historycznych wyprowadzono wniosek, że doktryna katolicka bezwiednie może być wykorzystywana dla uzasadnienia pewnego społecznego status quo, może stać się wersją soft chrześcijaństwa, czyli zniekształconym chrześcijaństwem. W takiej sytuacji zatraca się nadrzędność doktryny: kanony interpretacji Pisma Świętego i Tradycji będą wyznaczały światopoglądy i ideologie. Obawiam się jednak, że w Polsce właśnie przeżywamy kryzys związany z tą kwestią…
Często słychać głosy, że czas posługi papieża Franciszka jest pontyfikatem „drobnych gestów”. Czy możemy jednak wskazać główne aspekty jego społecznego nauczania?
W sprawach społecznych papież Franciszek będzie kontynuował nauczanie swoich poprzedników. Pokazał już, że będzie dbał o sprawę ludzi ubogich, czyli zwróci uwagę na problemy około ⅔ ludzkości.
Warto podkreślić jeszcze inną rzecz. Kościół działa w wielu krajach i kulturach. Dla nas, Polaków, jest to ważny pontyfikat, bo może pomóc nam uświadomić sobie tę różnorodność i dostrzec niedostrzegalne. Czasem pokutuje u nas opinia, że Kościół latynoamerykański jest jakimś gorszym Kościołem. A przecież choćby katolicy w Argentynie, podobnie jak tutaj w Polsce, mają własną historię, tożsamość, która wpływa także na postać papieża Franciszka. Przecież i Jan Paweł II był kształtowany przez pewną zastaną historycznie rzeczywistość, kulturę, także religijną, i było to dla nas oczywiste. Sądzę, że w przypadku Franciszka, ze względu na jego doświadczenie, tło kulturowe, w które jest wpisany, dochodzi do innego rozłożenia akcentów. Papież strzeże depozytu wiary i go interpretuje, ale równocześnie jego wrażliwość jest trochę odmienna od europejskiej.
Franciszek wskazuje na Kościół obecny wśród ludzi, dla ludzi i z ludźmi. Mówi nam, że Kościół nie jest tylko instytucją, która udziela jakichś „usług duchowych”. Kościół to nie przedsiębiorstwo duchownych i dobrze zorganizowanych ludzi świeckich. Słowa i gesty papieża przywracają istotę Kościoła i jego misję na świecie, mówią o współodpowiedzialności każdego katolika i za Kościół, i za otoczenie społeczne, w którym działa.
Uważam, że szczególnie ważne, inspirujące i nowatorskie na naszym gruncie jest wezwanie Franciszka, że wszyscy jesteśmy uczniami i misjonarzami Jezusa Chrystusa (zaczerpnięte z dokumentu końcowego Konferencji Biskupów Latynoamerykańskich i Karaibów w Aparecidzie – 2007 r.). To może wydawać się oczywistością, ale czy jest nią faktycznie? Ponadto w Polsce jesteśmy przyzwyczajeni do pewnego typu nauczania, które jest dostojne, ale można nad nim przejść szybko do porządku dziennego. Sposób, w jaki mówi Franciszek, jest prostszy, ale trafny i prowadzi do dawania świadectwa, a tym samym poprawy jakości życia.
Z pewnością uderza Jego wskazanie na problemy społeczne jako na ściśle powiązane z odpowiedzialnością wierzących, niezależnie, czy są świeckimi, czy duchownymi.
Również to nie wzięło się znikąd. A odniesienia do pięknych kart Kościoła są naprawdę interesujące. Przypomnę pewien mało znany fakt. 16 listopada 1965 r., pod koniec obrad Soboru Watykańskiego II, kilkudziesięciu biskupów, którzy spotykali się już wcześniej, podpisało w katakumbach „Postanowienia z katakumb św. Domitylli”. Zadali sobie pytanie o autentyzm ich życia chrześcijańskiego, o kwestię odpowiedzialności za losy świata, który w większości jest przecież światem ludzi biednych. Podkreślili wagę osobistego życia w ubóstwie, zrzekli się własności prywatnej, pałaców, bogatych strojów, nawet osobistych kont bankowych. Zobowiązali się, że będą działać dla wszystkich, ale w szczególny sposób na rzecz ubogich i wykluczonych. Zdecydowali, że dzieła charytatywne w swoich lokalnych Kościołach przekształcą w inicjatywy promujące ludzi i oparte na miłości społecznej i sprawiedliwości. Oczywiście, pod ich adresem pojawiły się oskarżenia, że reprezentują lewicę…
Był wśród nich Dom Hélder Câmara, biskup z Brazylii, autor znanych słów: „Gdy daję biednym chleb, nazywają mnie świętym. Gdy pytam, dlaczego biedni nie mają chleba, nazywają mnie komunistą”.
Miałem okazję spotkać go kilka razy, na wspólnej mszy św. i konferencjach. Mądry, wrażliwy, odważny, pokorny, prosty i głęboko wierzący człowiek. Te chwile wpłynęły nie tylko na moją duchowość i widzenie świata.
Deklarację w katakumbach Domitylli podpisali również inni biskupi latynoamerykańscy. Oni także zaszczepiali tę problematykę w swoich lokalnych Kościołach. Tak rodziła się „preferencyjna opcja na rzecz ubogich”, do której wyraźnie nawiązuje papież Franciszek.
Tu warto podkreślić, że tamtejszy katolicyzm jest ortodoksyjny, a równocześnie otwarty społecznie. Jest w nim też wiele innych pozytywnych cech, na przykład odwaga w poszukiwaniu nowych form pracy dynamizujących parafie, nie tylko miejskie, ale przede wszystkim ubogie i oddalone (wiejskie). Imponuje uczestnictwo świeckich w życiu Kościoła. U nas rady parafialne często pełnią rolę fasadową, tam jest zdecydowanie inaczej. I wcale ta aktywność laikatu nie zaprzecza hierarchiczności Kościoła, czego często u nas obawiają się księża.
Uważam, że jest wiele dobrych spraw, których możemy się uczyć, patrząc na papieża Franciszka i Kościół, z którego pochodzi.
A co z odpowiedzialnością świeckich? Czasem odnoszę wrażenie, że etyka katolicka zamyka się u nas w horyzoncie spraw obyczajowych, w rodzinnej plemienności. Odpowiedzialność społeczna czy wręcz refleksja nad powiązaniami między etyką katolicką a systemowymi zagadnieniami dotyczącymi sprawiedliwego państwa – to już dla wielu za dużo. W kwestii katolickiej nauki społecznej chętnie podkreśla się szacunek dla własności prywatnej, ale zdecydowanie rzadziej – wnioski, jakie płyną z solidaryzmu.
Społeczeństwo bez solidaryzmu właściwie nie istnieje. W Ameryce Łacińskiej przerabiano ten problem i nadal jest on omawiany. Z ciekawszych zagadnień warto wspomnieć o funkcji społecznej, jaką wyznacza się wierze i wspólnotom religijnym, w tym o kwestii zamierzonej lub nieświadomej ideologizacji religii, przyporządkowanie okrojonej wiary (pozornie ortodoksyjnej) celom korporacyjnym. W takich systemach myślowych zachodzi fałszowanie Ewangelii i wpisanie jej w systemy społeczno-kulturowe, gospodarcze i polityczne (np. ideologie liberalne, nacjonalistyczne). Biskupi i teolodzy podejmują także inny problem: wytwarzane dobra pełnią funkcje społeczne, nie mają jedynie charakteru merkantylnego. Tu warto dodać, że w teologii wyzwolenia jest inny aktualny i inspirujący do badań temat: fetyszyzacja pieniądza, dóbr i handlu, które byłyby nowoczesną formą idolatrii.
Z publikacji takich teologów jak np. Gustavo Gutiérrez, Leonardo Boff i Ignacio Ellacuría można dowiedzieć się, że solidaryzm, jedność i współuczestnictwo są sprawdzianem człowieczeństwa. Ostatecznym ich źródłem jest Bóg, który nie jest Bogiem samotnym, nieobecnym i odległym demiurgiem, ale wspólnotą Osób Boskich przepełnionych miłością, źródłem i głównym celem wszystkich stworzeń i historii. Stąd trynitologia ma poważne konsekwencje dla życia osób i wspólnot, twierdzą wspominani teolodzy. Boff mówi nawet, że Trójca Święta jest najlepszą wspólnotą, źródłem inspiracji życia osób i społeczności.
Gdy patrzę na to, co się dzieje we współczesnej Polsce, dostrzegam wiele osiągnięć, ale odczuwam także głębokie zasmucenie. Część społeczeństwa się wzbogaciła, co uważam za rzecz dobrą. Jednak w wielu przypadkach, które znam osobiście, uczyniono to, nie licząc się z innymi ludźmi, wręcz żerując na ich pracy i niedoli, a nawet na anihilacji grup niepotrzebnych systemowi – na przykład emerytów i chorych. W latach 90. zapanowała u nas odmiana pesymistycznej wizji świata – dżungla, w której trzeba przetrwać, nie patrząc na innych.
Przyznam, że zmieniła się moja wizja liderów i grup społecznych, które uważałem za elity mogące poprowadzić nas w lepszym kierunku. Spadły mi przysłowiowe „klapki z oczu”. Serce mi pęka, gdy widzę ludzi, którzy chodzą do kościoła, są wierzący, odwołują się do Jana Pawła II, lansują siebie na ekspertów i łaskawców narodu, ale w stosunku do pracowników prowadzą rabunkową gospodarkę lub na nią zezwalają. Niektórzy nawet zerwali z Kościołem, bo stał się niewygodny. Zniknęła gdzieś myśl, obecna przecież w nauczaniu papieża z Polski, że także przedsiębiorstwo jest rodzajem wspólnoty. Nie jest narzędziem bezwzględnego osiągania zysku. Powstają majątki, ludzie żyją wspaniale – ale znika myśl, że dzieje się to kosztem czyjejś straty, źle opłaconej pracy. Tu pojawia się też kwestia: kto ma prawo do wypracowanej nadwyżki? Znam ludzi biznesu, którzy starają się prowadzić działalność uczciwie, ale słucham też swoich studentów, jak skarżą się na warunki pracy: bardzo niskie zarobki, śmieciowe umowy, zwlekanie z wypłatami. Znam rodziny, w których kobiety miały trudności ze znalezieniem pracy, bo mogły zajść w ciążę.
Podobne wątki występują w teologii latynoamerykańskiej. Płynie z nich taka oto nauka: solidaryzm nie może być paternalistyczny i sprowadzać się jedynie do akcji zbierania pieniędzy, tzw. dzieł miłosierdzia, które, chociaż ważne, często zagłuszają sumienie i nie pokazują rzeczywistych przyczyn problemów osobistych i społecznych. W São Paulo widziałem bale charytatywne z udziałem biznesmenów, polityków, na które bilet wstępu kosztował równowartość tysiąca dolarów, a z tego na filantropię przeznaczano tylko kilka procent. Reszta szła na obsługę imprezy, na wykwintne jedzenie. A nieopodal ludzie żyli w nędznych fawelach.
W Ameryce Łacińskiej dorobek Kościoła i uprawianej tam teologii prowadzi do innego ważnego wniosku: solidaryzm nie polega jedynie na indywidualnej postawie. Kluczowe jest wspólne dążenie do budowy takiego systemu prawnego i społeczno-gospodarczego, na publicznym wsparciu takich wartości i wzorców, które będą dawały ludziom większe szanse na godne życie. Szanse rzeczywiste, nie tylko zapisane w konstytucji, ustawie, deklaratywne…
Katolicy w Polsce naprawdę mają się czym zajmować w kwestiach społecznych…
Może to źle zabrzmi, ale u nas bardziej się liczy i jest powielany drobnomieszczański wariant wiary: skrajny indywidualizm, nieraz zaprawiony dulszczyzną. Mamy trudności w rozumieniu albo celowo pomijamy temat związków wiary z życiem społecznym, gospodarczym i politycznym. W naszych wspólnotach katolickich nie rozwiązaliśmy jeszcze ważnej dla wspólnego życia i zbawienia kwestii: pierwsze nawrócenie serca czy struktur? Na to pytanie łatwo znaleźć odpowiedź w dokumentach Kościoła w Ameryce Łacińskiej i w tamtejszej teologii, także wyzwolenia. Dobrą wskazówką są słowa Jezusa Chrystusa: „Biada wam, uczeni w Piśmie i faryzeusze, obłudnicy! Bo dajecie dziesięcinę z mięty, kopru i kminku, lecz pomijacie to, co ważniejsze jest w Prawie: sprawiedliwość, miłosierdzie i wiarę. To zaś należało czynić, a tamtego nie opuszczać. Przewodnicy ślepi, którzy przecedzacie komara, a połykacie wielbłąda!” (Mt 23,23–24).
Dziękuję za rozmowę.
Lublin, 12 listopada 2013 r.
przez Krzysztof Wołodźko | środa 15 stycznia 2014 | opinie
Na dworcu PKS w Opolu awaria w toalecie. Przed drzwiami gromadzi się coraz większy, poddenerwowany tłumek. Mężczyźni i kobiety, średnia wieku – około 30. Spieszą się i niepokoją, bo wkrótce odjadą „Sindbady” na Zachód. Opole jest znacznie lepiej skomunikowane z Berlinem niż z Warszawą. Tam stolica, gdzie kapitał – trudno oprzeć się smutnej myśli. Ponad dwadzieścia lat realnego liberalizmu, w tym chwalebnych reform społeczno-gospodarczych w wykonaniu prawicy, więcej zrobiło dla osłabienia więzi Opolszczyzny z Polską niż działania śląskich separatystów.
Polacy zmykają z kraju. Pustoszeją nie tylko miejscowości na ścianie wschodniej. Znajomy na Facebooku często opowiada o losie Sanoka, zdekapitalizowanego miasta, z którego przyszłość, biznes i pieniądze uciekają wraz z ludźmi. Kolejne bomby wybuchają pustką i tykają gdzie indziej. Jak informowały niedawno media, w świętokrzyskim w 2013 r. odnotowano najwyższy przyrost bezrobocia w stosunku do innych województw oraz najmniejszy wzrost wynagrodzenia w sektorze przedsiębiorstw. Już dziś w co piątej z rodzin jeden z jej członków pracuje poza tym regionem lub krajem. A wojewódzkim instytucjom kultury obniżono dotacje o 12,5 proc. Źle się dzieje w antypaństwie…
Tyle jest w III Rzeczpospolitej miejsc, które coraz bardziej przypominają za duże ubranie na wychudłym człowieku. I te krajobrazy współczesnych miasteczek, zbyt dalekich od metropolii, by masowo instalowali się tam nowobogaccy. Na obrzeżach miast i wsi kilka, kilkanaście, może kilkadziesiąt nowych domów, ale w większości stare budynki, liszajowate kamienice. Mieszkają w nich ludzie, których przedsiębiorca zamyka w hali na kłódkę, gdy zjawia się inspekcja pracy. Ale przed Bożym Narodzeniem nie zapomina o pracowniczej Wigilii. Popłuczyny po katolicyzmie, po etyce pracy, po przyzwoitości – folwarki na miarę III RP.
Pewien przedsiębiorca, żyjący ze środków PFRON, ma zaprzyjaźnionego lekarza, który orzeka o niepełnosprawności. A jeszcze ktoś inny oferuje fachową pomoc w wyciszeniu sprawy, gdy pracownik zemdleje w robocie, bo jest faktycznie niepełnosprawny, a pracował już czternastą godzinę i nieco się wyeksploatował. Jednak o tym wszystkim jest cicho, jak najciszej, choć to jest właśnie ta Polska wyzyskiwaczy i wyzyskiwanych, apatii, obaw i bezkarności lokalnych sobiepanków, knebla na ustach w czasach formalnej wolności słowa.
I te ruiny jak rany: po zakładach pracy, po przemyśle, po życiu. Jest początek ciepłej zimy, kępy trawy stroszą się wśród opustoszałych murów, cień chmur wędruje przez puste miejsca, gdzie jeszcze tu i ówdzie nie zatarły się do końca wyblakłe litery ostrzegające klasę robotniczą przed nieuważną pracą i zachęcające do wzmożonego wysiłku. Deszczowa kałuża odbija bladoniebieski skrawek kosmosu, nikt w nią nie wdepnie, nikogo tu nie ma i długo jeszcze nie będzie, choć zardzewiał i zgnił drut siatki strzegący tego miejsca przed nieupoważnionymi. Ale cieniom chmur i obojętności nieba towarzyszą jedynie ludzkie cienie: miejsca jak blizny po przeszłości. Nawet złomiarze już się tutaj nie zapuszczają. A 30-latkowie siedzą w autokarze firmy „Sindbad” i nie patrzą na widoki za oknem. Śpią, bo trzeba przespać, minąć Polskę, żeby obudzić się już w lepszym świecie.
Nocą miasteczko biorą w posiadanie młodzi chłopcy i młode dziewczyny. Piąteczek! Sobota! Dyskoteka nie jest tak daleko od kościoła, więc uważaj, rodzicu, jak idziesz chodnikiem w niedzielny poranek, bo łatwo wdepnąć w prezerwatywę. Może to twoje dzieci się tu bawiły. Ale teraz, w nocy, gdy śpisz, krzyczą w euforii, uczą się hedonizmu, bez którego nie ma współczesnego rynku. Prawdziwa rewolucja obyczajowa, przeciw której biskupi nie napiszą listu, bo nazbyt jest dla nich niezwykła i niezrozumiała. Nowa, nastoletnia klasa próżniacza, uprzywilejowana w swojej młodości i licznych pragnieniach wykreowanych w tyglu wielkiego kapitału, pragnieniach, za które płacą rodzice, żeby dzieci miały lepiej niż oni kiedyś (i teraz), żeby dzieci pokazywały światu i sąsiadom, że właśnie ich stać. Dziecko – sztandar statusu domowego.
Więc leje się wódka, ćmią się ćmiki, zużywają się mocniejsze używki, ktoś rzyga na markowe buty, „w samochodzie przy chodniku zapłacono już dziewczynie”. Piąteczek! Sobota! Piękni, jeszcze nie dwudziestoletni, prawdziwi roszczeniowcy III RP, bawią się młodzieżową konsumpcją. Lecz to potrwa jeszcze tylko chwilę, za moment przyjdzie do nich gorycz wysokiego bezrobocia, pustka miasteczka, zdumienie, że nie stać ich na to, co w życiu naprawdę ważne. Zazdrość, że jedna z drugą koleżanka ma lepiej, że kolega ma naprawdę ustawionego dziadziusia, który niegdyś utrwalał nadwiślański socjalizm, a później budował lokalny kapitalizm, że kolega z ławki pracuje, bo matka ma etat w urzędzie, że koleżanka pracuje, bo ciotka jest menedżerem w sieci handlowej i trochę zrestrukturyzowała zasób ludzki, żeby zmieścić chrześniaczkę. I kolejne autokary odjadą na Zachód, pełne tych, którym tutaj nie wystarczyło znajomości.
W moich rodzinnych stronach lokalny bogacz przyozdobił bramę symbolem „$”. On już wie, stać go na szczerość ze światem: tylko pod tym jarzmem, tylko pod tym znakiem Polska będzie Polską, a Polak Polakiem. Ale nie każdy chce nazywać rzeczy po imieniu. Bo III RP jest jak któryś z południowych stanów USA, gdzie wojny kulturowe decydują o wszystkim, są jak opium mas, wyciszające wszelkie konflikty klasowe. Całe łajdactwo, niesprawiedliwość i krzywda znikają za zasłoną dymną kulturowych wojenek. Gdy instytucje państwa służą jego demontażowi, a społeczeństwo staje się coraz bardziej aspołeczne, rządzi pieniądz, posługujący się nadrzeczywistością jako narzędziem kamuflażu prawdziwego świata i reguł gry, które nim zarządzają. Aby kolejne autokary mogły wyjechać pełne ludzi, którym beznadzieja odebrała tutaj własne miejsca.
Na dworcu PKS w Opolu ludzie przestępują z nogi na nogę przed nieczynną toaletą. Pierzchają nagle – podjeżdżają autokary. Koła podróżnych toreb stukoczą o nierówny chodnik, wielka emigracja zwykłych ludzi jest taka banalna, płaski monitor wielkiego telewizora w hali dworcowej pokazuje świat nasycony barwami, ciepły jak staroświecka choinka, ktoś ogląda się przez ramię, by jeszcze spojrzeć na uśmiechniętych, rozluźnionych dziennikarzy, którzy opowiadają właśnie, że w jakimś przedszkolu zabroniono zatrudnionym tam paniom pomagać dzieciom w toalecie – z obawy przed molestowaniem. Ale nikt już tego nie słucha, kloszardzi przycupnęli blisko drzwi, drzemią, oni nigdzie się nie wybierają. I tak zwykle są gdzie indziej, smutni outsiderzy, ubodzy krewni swoich nieco mniej ubogich krewnych, którzy właśnie wsiadają do autobusów, by nie dać się pożreć lokalnej pustce.
Miga mi to wszystko w pamięci, gdy kupuję bilet kolejowy w prowincjonalnej kasie gdzieś w Wielkopolsce. Dobrze, że w tym styczniu jest tak ciepło, bo nie ma żadnego ogrzewania dla podróżnych. Starsza kobieta, która sprzedaje mi bilet, ma włączony piecyk elektryczny, siedzi ubrana na cebulkę. Ciekawe, czy musi dokładać się do zużytego prądu. Może choć klimat się nad nami zlituje i z pensji, pół-pensji i ćwierć-pensji prowincjonalni (i nie tylko tacy) Polacy nie będą musieli wydawać na ogrzewanie tak dużo. Może w końcu przyjdzie to cholerne globalne ocieplenie i zrobi nam z Bałtyku ciepłe bajoro, i wyrosną tutaj owoce cytrusowe. A Polak zrobi się czarny, będzie rwał banany i zbierał bawełnę. Czarny Polak na ojczystej palmie pod neokolonialnym słońcem – ostatni cud boski nad umęczonym narodem. Somalia rozkwitnie nad Wisłą – korwiniści będą mieli jak w raju. Właściwy naród na właściwym miejscu i nareszcie w klimacie przyjaźniejszym dla wciąż białych Murzynów.
przez Krzysztof Wołodźko | poniedziałek 6 stycznia 2014 | nasze rozmowy
Sytuacja w służbie zdrowia jest coraz gorsza. Potwierdza to niedawny apel lekarzy rodzinnych do parlamentarzystów, w którym ostrzegają przed „zdewastowaniem podstawowej opieki zdrowotnej”. Grupą zawodową, która w sposób szczególny doświadcza na sobie kryzysu polskiej opieki zdrowotnej i może mu się z bliska przyglądać, są jednak przede wszystkim pielęgniarki. O kłopotach systemu, zagadnieniach związanych z bezpieczeństwem i zdrowiem pacjentów oraz o coraz dalej idącej komercjalizacji lecznictwa rozmawiamy z Małgorzatą Aulejtner z Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Pielęgniarek i Położnych (OZZPiP).
***
Jak wygląda dzień pracy pielęgniarek? Podobno coraz częściej muszą w pojedynkę opiekować się rosnącą liczbą pacjentów, a coraz więcej czasu i energii zajmuje biurokracja.
Małgorzata Aulejtner: Zacznijmy od standardowych czynności w pracy pielęgniarki. Są to przygotowywanie i podawanie leków, robienie iniekcji domięśniowych i dożylnych, zapoznanie się z pacjentem, jego rodziną. Ważna jest także rola edukacyjna wobec pacjenta, uświadomienie mu chociażby konieczności zdrowego trybu życia, co u nas wciąż jest zaniedbywane. Do tego dochodzi pielęgnacja pacjentów, wykonywanie opatrunków, wstępna rehabilitacja i wprowadzenie do „samoopieki”, czyli nauki samodzielnej pielęgnacji przez chorych.
W szpitalach mamy coraz częściej do czynienia z obniżaniem ilości pielęgniarek na oddziałach ze względu na cięcia kosztów. Co prawda to wciąż największa grupa zawodowa w szpitalach, ale bardzo łatwo się ją zwalnia, choćby dlatego, że w wielu placówkach nie ma organizacji związkowych. Bardzo często jest dziś tak, że na nocnym dyżurze zostaje jedna pielęgniarka, która ma pod opieką 35, 40, a słyszałam nawet o 60 pacjentach. Część tych chorych jest w stanie ciężkim. Niech to będzie 8 osób – nie ma możliwości, żeby pielęgniarka wykonała wszystkie konieczne czynności przy takich pacjentach.
Ponadto wypełniamy bardzo dużo dokumentacji medycznej. Mamy procedury pielęgniarskie, związane z wykonywaniem naszego zawodu. To forma koniecznego zabezpieczenia choćby na wypadek jakichś komplikacji, dotyczy to np. cewnikowania. Oprócz tego zdajemy raporty pielęgniarskie. Często pielęgniarka po dwunastogodzinnym dyżurze musi zostać jeszcze godzinę, by wypełnić taki raport, by „przekazać” pacjentów następnej zmianie. W wielu szpitalach za to się nie płaci, choć powinno.
Procedury to karty pacjenta, karty gorączkowe… Tego jest bardzo dużo. W moim szpitalu mamy około 50 procedur. Z tym że na jednym oddziale będzie to ponad 20 kart do wypełnienia, na innym 30, w zależności od specyfiki chorób. Bardzo często czas, który należałoby poświęcić choremu, zużywamy na wypełnianie tych papierków. Moim zdaniem to około 40 proc. czasu w ciągu dwunastogodzinnego dnia pracy pielęgniarki. Nierzadko pacjenci mają o to do nas żal, i nie dziwię się im.
Na tym koniec?
M. A.: Następna kwestia, bardzo ważna, wiąże się z ustawą o zawodzie pielęgniarki. Jest tam wyraźnie powiedziane, że leki pielęgniarka przygotowuje sama i sama je podaje. U nas, w większości placówek medycznych, jedna pielęgniarka szykuje leki, a inne je podają, bo nie ma innej możliwości – jest nas za mało. W związku z tym łatwo może dojść do pomyłek. Mamy samorząd zawodowy, wiele naszych koleżanek odpowiada przed nim w sytuacji, gdy dojdzie do niepożądanych zdarzeń medycznych, wynikających z błędów pielęgniarek.
To nasza zmora, bo to przede wszystkim dotyka chorych. Mówi się, że dziś pacjent szybko otrzymuje odszkodowanie. Ale mało pisze się o tym, że obecne komisje działają długo, opieszale. Nie każdy wie, że może się zgłosić i otrzymać odszkodowanie. Zgodnie z prawem pielęgniarki muszą zapłacić pacjentowi do trzech swoich pensji odszkodowania. Jeżeli jednak pójdzie on do sądu i wystąpi na drogę cywilną – a ma do tego prawo – mogą to być dużo większe kwoty. Ale straty takiego człowieka są i tak nieporównywalnie większe, niezależnie od pieniędzy, jakie uzyska. Mówimy tu przecież o zdrowiu i życiu naszych pacjentów.
Ponadto mamy coraz mniej pracownic i pracowników personelu pielęgniarskiego.
M. A.: To już poważny kryzys. Przede wszystkim rząd nie chce sobie uświadomić, że jest nas za mało. W jaki sposób ten deficyt jest „uzupełniany”? Mamy choćby pielęgniarki kontraktowe, które pracują w kilku miejscach. Poza tym pielęgniarki etatowe mają jeszcze dodatkowe kontrakty, czyli de facto pracują na dwóch-trzech etatach. Jest to już nagminna praktyka. Pielęgniarki pracują po 36 godzin niemal bez przerwy, przejeżdżają z jednego szpitala do drugiego. Na to się pozwala. Osobiście nie chciałabym mieć takiej pielęgniarki na oddziale, dlatego że to zagraża przede wszystkim pacjentowi.
Dzieje się tak, ponieważ pielęgniarki z licencjatem mają prawo podpisać klauzulę opt-out, czyli oświadczenie o wyrażeniu zgody na pracę w wymiarze przekraczającym przeciętnie 48 godzin na tydzień w przyjętym okresie rozliczeniowym. Powoduje to, że pielęgniarka albo lekarz mogą pracować nawet 24 godziny na dobę. Nikt tego nie sprawdza, kontraktowych pielęgniarek nie kontroluje Państwowa Inspekcja Pracy, a pracodawca cieszy się, że ma pracownika. Według mnie taka praktyka równa się także – nie boję się tego powiedzieć – odbieraniu pracy innym pielęgniarkom, które są na bezrobociu. W Warszawie obecnie niemal nie przyjmuje się pielęgniarek na etaty we wszystkich szpitalach. Nie patrzy się na jakość opieki pielęgniarskiej, ale na to, żeby było tanio. Wynika to także z tego, że pacjent jest towarem, a medycyna to usługi…
Średnia wieku w tym zawodzie wynosi 45,6 lat i szybko się podnosi.
M. A.: W moim szpitalu średnia wieku pielęgniarek to prawie 48 lat. A to jest problem choćby dlatego, że kobiety po menopauzie częściej chorują, a długotrwała praca na zmiany zaburza rytm biologiczny. Najwięcej jest pielęgniarek pomiędzy 35. a 52. rokiem życia. To są te osoby, które kończyły jeszcze licea medyczne, wiele z nich podniosło swoje wykształcenie, mają tytuły licencjatów i magistrów. Obecnie bardzo mała grupa kobiet podejmuje studia pielęgniarskie – jest to zawód nisko opłacany, a jednocześnie ciężki i niewdzięczny. Pielęgniarka zaczynająca pracę w szpitalu w stolicy otrzyma najczęściej najniższą pensję – 1800-2300 zł brutto. Oczywiście, łącznie z dyżurami nocnymi i świątecznymi zarobi więcej, ale wiadomo, że młoda pielęgniarka musi się wdrożyć do zawodu, a na to nakładają się jeszcze różne realia i układy na poszczególnych oddziałach szpitalnych: to starsze pielęgniarki zwykle otrzymują dodatkowe dyżury. Pielęgniarka, która zaczyna pracę, musi się przyuczać, bo przygotowanie praktyczne na studiach jest teraz bardzo różne. Koleżanki mają dziś o wiele mniej praktyk niż moje roczniki.
Łatwo sobie wyobrazić konsekwencje takiej struktury wiekowej, jaką mamy w pielęgniarstwie: starszych pielęgniarek nie ma kim zastąpić. W moim szpitalu na dwieście pielęgniarek mamy może z dwadzieścia młodych.
Na Festiwalu Obywatela wspominała Pani, że na protestach pielęgniarek zawsze zyskiwali przede wszystkim lekarze. Na Portalu Pielęgniarek i Położnych znalazłem informację, że rozwarstwienie płac w szpitalach może sięgać nawet kilkudziesięciu tysięcy złotych.
M. A.: My protestowałyśmy, a głównymi beneficjentami naszych manifestacji była grupa lekarzy i innych pracowników, także administracyjnych, ochrony zdrowia. Tak było choćby po protestach w „białym miasteczku” za rządów Prawa i Sprawiedliwości w ramach tzw. ustawy wedlowskiej, gdzie zagwarantowano 40-procentowy wzrost wynagrodzeń pielęgniarkom i innym pracownikom służby zdrowia.
W Polsce w większości szpitali dyrektorami są lekarze. Co prawda związek zawodowy lekarzy jest niewielki, nie należy do żadnej dużej centrali związkowej, ale zawsze mają tzw. dojścia do ministra, wiceministra itp. Pielęgniarki muszą wystać swoje i wychodzić na ulicach. Często musiałyśmy bardzo twardo negocjować, choć nie zawsze się to udawało. W niektórych szpitalach dyrektorzy dawali pielęgniarce podwyżkę pięć złotych brutto za godzinę. Dodam, że praca pielęgniarki nie jest również wyceniana przez NFZ. Lekarze mają procedury lekarskie, za które szpitale otrzymują wyższe kontrakty z NFZ, natomiast my do tej pory walczymy o wycenę pielęgniarskich usług medycznych. Tego nikt nie chce nam przyznać.
Dlaczego?
M. A.: Moim zdaniem wynika to z faktu, że w systemie nie ma pieniędzy. Dofinansowanie nie wzrasta, koszty utrzymania rosną, choćby opłaty za energię, wywóz śmieci, za wodę itd. Wiadomo, że szpitale prędzej zapłacą za media, sprzęt i leki, niż podwyższą pensje pielęgniarkom. Lekarze z kolei mają zwykle bardzo dobre kontrakty – za godzinę pracy lekarza szpitale płacą od 60 zł wzwyż. Niektórzy lekarze mówią, że nie staną do pracy, jeśli nie dostaną 100 zł na godzinę. To wysokie zarobki, które równocześnie stają się zaporą uniemożliwiającą podniesienie płac pielęgniarce czy salowej. A te ostatnie są zatrudnione na minimalnych pensjach…
Nasza praca bezpośrednio przy pacjencie jest mało ceniona. I tu znów kłania się kwestia niedoboru personelu. Bardzo często pielęgniarki kończą dyżur ze świadomością, że nie wszystko zostało zrobione tak, jak byśmy chciały. To powoduje duże zniechęcenie wśród pielęgniarek, poczucie frustracji. A przecież do tego zawodu naprawdę trafiają osoby, które po prostu lubią ludzi, są na nich otwarte, potrafią z nimi być. Ale zmęczenie zawodowe i poczucie niesprawiedliwości finansowej jest duże. Tymczasem rośnie dysproporcja między zarobkami naszymi a kadry lekarskiej.
Oczywiście, są i takie pielęgniarki, które otrzymują dobre wynagrodzenie, ale zazwyczaj wynika to z tego, że szpital ma bardzo dobre procedury medyczne. Dzieje się tak w typowych szpitalach prywatnych. Nie znam natomiast szpitala-spółki, który dobrze płaci pielęgniarkom i/lub ich nie zwalnia.
Następną kwestią jest to, że pielęgniarki są dziś coraz częściej wypychane na samozatrudnienie.
M. A.: Teoretycznie ustawa o działalności leczniczej stwierdza, że dyrektor nie może zmusić pielęgniarki do pracy kontraktowej. Ale metody szefostwa są bardzo różne. Wzywa się pojedyncze osoby i mówi: „albo przejdzie pani na samozatrudnienie, albo dostanie wypowiedzenie”. Dziewczyny stawiane są pod ścianą. Z obawy przed utratą pracy otwierają działalność gospodarczą. A to prowadzi do wspomnianej już pracy w wielu placówkach, w ciągłym pośpiechu i nakładającym się zmęczeniu. Chcą wykonać pracę, dostać pieniądze i wyjść. W dodatku nie znają specyfiki danego oddziału, czyli nie ma dobrego kontaktu z pacjentami, w dodatku ktoś musi poświęcać czas, żeby wprowadzić takie osoby w zadania, co znów skutkuje mniejszą efektywnością pracy. I ponownie dzieje się ze szkodą pacjenta. Dziwię się, że nie rozumie tego kadra dyrektorska i menedżerska, także spośród pielęgniarek wyżej postawionych w hierarchii.
Dodam do tego jeszcze jedną kwestię, dotyczącą kształtu umów kontraktowych. Przypomnę, że przed zawarciem kontraktów ogłaszane są konkursy na wykonywanie czynności pielęgniarskich lub ratowniczych. Pielęgniarka nie jest prawnikiem. I zwykle nie pójdzie do prawnika, żeby zapytać, czy umowa jest skonstruowana z korzyścią dla niej. Umowy kontraktowe są formułowane jak umowy między przedsiębiorcami. Wygrywa ten, który ma lepszego prawnika. W przypadku umowy cywilnoprawnej normą są klauzule, że pielęgniarka musi znaleźć kogoś na swoje miejsce, gdy chce wziąć urlop. Czasem mniej doświadczone pielęgniarki nie wiedzą też, ile mają żądać za podstawową godzinę pracy. Albo w umowie jest zapis, że po roku można… zmniejszyć stawkę godzinową, na przykład z 35 zł na 25 zł. Obecnie słyszałam nie tylko o zmniejszeniu stawki godzinowej do 17 zł, ale również o obniżeniu czasu pracy do ¼ etatu.
Nie znam kraju na Zachodzie, gdzie w publicznej służbie zdrowia pracowałyby pielęgniarki kontraktowe. To jest dopuszczone tylko w Polsce. Owszem, działają tam agencje pielęgniarskie, ale na zupełnie innych zasadach. Tam dba się o to, by na oddziałach pracowała odpowiednia liczba pielęgniarek, także po to, żeby nie było odszkodowań w związku ze skutkami źle wykonanej pracy.
Wróćmy jeszcze do kosztów, które ponoszą pacjenci w związku z trudną sytuacją pielęgniarek.
M. A.: Mówiłam już o niepożądanych zdarzeniach medycznych: podanie nie tego leku, co trzeba; przetoczenie niewłaściwej grupy krwi – to najczęstsze przyczyny pozwów przeciw pielęgniarkom. Często jest też tak, szczególnie wśród starszych pielęgniarek, że wykonują zlecenie lekarskie nie poparte wpisem lekarza „bo pan doktor powiedział…”. Bo się znają, bo pielęgniarka czuje się niemal jak poddana lekarza. A ten, gdy popełni błąd, mówi: „nie zleciłem tego”. To chora zależność, wynikająca jeszcze z systemu edukacji pielęgniarek, szczególnie tych starszych. Lekarz jawił się jako ktoś wszechwiedzący, my byłyśmy wykonawczyniami, nie partnerkami. Na szczęście czasy się zmieniły, mamy ustawę o zawodzie pielęgniarki i położnej. Wiemy dokładnie, co wolno nam robić, a czego nie wolno. A jednak wiele pielęgniarek wbrew ustawie wykonuje pewne czynności, które zleca lekarz. Brakuje refleksji, że można odmówić wykonania zlecenia lekarza, jeżeli pielęgniarka wie, że niesie ono zagrożenie dla pacjenta.
A jak wygląda dziś sytuacja pielęgniarek środowiskowych?
M. A.: Powstało bardzo dużo niepublicznych zakładów opieki zdrowotnej. Kiedyś pielęgniarka środowiskowa rzeczywiście pracowała przede wszystkim „w terenie”, choć dokumentacja pacjenta była oczywiście w przychodni. Dziś taka osoba zatrudniona w niepublicznym ZOZ idzie na trzy godziny do pacjentów, a przez pięć godzin jest pielęgniarką zabiegową. Dawna metoda pracy miała także znaczenie społeczne: pielęgniarki przeprowadzały choćby wywiady środowiskowe. Pielęgniarka również kupowała leki i zanosiła je pacjentowi. Wtedy opieka społeczna była znacznie bardziej związana z przychodnią, można było całościowo widzieć problemy pacjenta, konsultować wiele różnych spraw. Żaden niepubliczny ZOZ nie będzie się zajmował takimi sprawami: pielęgniarka ma podać antybiotyk, wpisać w kartę, ograniczenia w wykonywaniu czynności nakłada również NFZ. Najważniejsze są procedury, a nie pacjent, oraz to, żeby zsumowały się punkty w systemie i można było wziąć pieniądze z NFZ.
Czyli zanika społeczny wymiar tej pracy?
M. A.: Pielęgniarka jest po prostu wykonawcą usługi. Dostaje zlecenie, że ma zmienić opatrunek, więc to robi. Nawet jeśli koleżanki angażują się bardziej, to mają zdecydowanie utrudnione możliwości świadczenia pomocy. Kiedyś w każdej przychodni był pracownik socjalny, któremu można było zgłosić pewne problemy środowiskowe, jakie dotykają pacjenta. Dziś zawężone jest to do szpitali. Zgłaszający się pacjent bez ubezpieczenia poddawany jest procedurze wyjaśniającej, która gmina w Polsce poniesie koszt ubezpieczenia zdrowotnego. Odziały szpitalne zgłaszają pomocy społecznej przypadki braku opieki nad pacjentem w domu. Według mojej opinii brak jest kompleksowej pomocy dla osób w trudnej sytuacji życiowej, dodatkowo obciążonych ciężkimi chorobami.
Podobny jest temat, o którym mówiła Pani na Festiwalu Obywatela: mamy do czynienia z poważnym problemem związanym z troską o brak zdrowia młodego pokolenia. Jak wygląda dziś obecność pielęgniarek w szkołach?
M. A.: Jest ich znacznie mniej, bo zmienił się charakter zatrudniania pielęgniarek w szkołach. Kiedyś były zatrudniane bezpośrednio przez szkołę. Obecnie są zatrudniane za pośrednictwem agencji pielęgniarskich, które podpisują umowę ze szkołami w ramach ich „obsługi”. W warszawskich realiach na jedną pielęgniarkę przypada od jednej do trzech szkół, wszystko zależy od liczby uczniów danej szkoły – takie warunki określa NFZ. No i tutaj też pojawia się całe mnóstwo szkolno-medycznej biurokracji, więc z tych czterech godzin dziennie znów trzeba to odjąć.
Nadal do szkół przychodzi także lekarz, robione są szczepienia. Wszystko zależy od tego, ile gmina ma pieniędzy i czy jest zainteresowana zdrowiem młodzieży. Trudno to nazwać opieką systemową. Tymczasem dzieci w Polsce naprawdę mają kłopoty zdrowotne. Dodać do tego należy kwestię posiłków szkolnych. Tutaj wygrywa catering albo sklepiki z batonami. Posiłki są źle zbilansowane w białka, tłuszcze i węglowodany, niedostosowane do potrzeb uczącego się dziecka. A już dziś mamy ogromną skalę otyłości wśród młodzieży. Nikt nie patrzy na to, że będzie to tworzyć problemy społeczne i zdrowotne w ciągu następnych kilkunastu, kilkudziesięciu lat. Już teraz widzę w izbie przyjęć, o ile wzrosła liczba osób otyłych, które ledwie ukończyły osiemnasty rok życia. Dodajmy do tego, że w skali Europy mamy największy odsetek problemów kardiologicznych. Ale jeśli już w szkole dzieci są uczone, że się je byle jak i byle co, to takie nawyki zostaną im na przyszłość. To zresztą szerszy problem, dostrzegany w naszym zawodzie: brak solidnej edukacji pacjenta, która również jest naszym zawodowym obowiązkiem, a na którą nie ma czasu.
W Polsce walczy się z problemami społeczno-zdrowotnymi przez organizowanie medialnie nagłaśnianych programów. Przykładowo: zrobimy odpowiedni program i „wyleczymy Polskę” z nowotworów. W ogóle nie patrzy się na rzeczywiste efekty i na faktyczną profilaktykę, która powinna zaczynać się w przedszkolu i szkole, a dzięki której społeczeństwo będzie zdrowsze i sprawniejsze.
Wspominała Pani, że ubywa chętnych na przejście procesu kształcenia w tym zawodzie i rozpoczęcie pracy. Jak wyglądał Pani proces kształcenia? Jakie zmiany w nim zaszły na przestrzeni lat?
M. A.: Uczęszczałam do pięcioletniego liceum medycznego. Najpierw uzyskałam dyplom pielęgniarski, a po miesiącu zdałam maturę. W moim roczniku taki był system kształcenia. Pielęgniarka mogła zacząć pracę już po uzyskaniu dyplomu, bez konieczności zdawania matury. Z mojego rocznika, w jednej tylko szkole, w VI Liceum Medycznym w Warszawie uzyskało dyplom pielęgniarski i maturę ok. 140 osób. Wtedy jeszcze – przynajmniej w moim szpitalu – pielęgniarka zaczynająca pracę miała trzymiesięczny okres adaptacyjny, który pozwalał zapoznać się z miejscem pracy i wdrożyć do obowiązków. Każda pielęgniarka oddziałowa chciała wówczas mieć liczną obsadę oddziału. Było to zrozumiałe zarówno dla oddziałowych, przełożonych, jak i dla dyrekcji szpitala. Przyjmowano pielęgniarki do pracy pomimo tego, że każdą szkołę kończyła znaczna ilość dziewczyn. Dzisiaj, gdy jest nas coraz mniej, blokuje się zatrudnienie.
Po wejściu do Unii Europejskiej zmieniły się zasady kształcenia. Obecnie obowiązuje tylko system studiów wyższych dla pielęgniarek. Dzięki ogromnym staraniom OZZPiP i samorządu zawodowego pielęgniarki kształcone w innym systemie mogą kończyć darmowe studia pomostowe. Wiele pielęgniarek w Polsce musiało je ukończyć za własne pieniądze. Ja zaliczam się do wybrańców losu: mogłam zrobić licencjat z pielęgniarstwa za darmo. Dziś pielęgniarki zobowiązane są ukończyć studia licencjackie, ale mamy mnóstwo magistrów pielęgniarstwa, a także sporo osób z tytułem doktora w dziedzinie pielęgniarstwa. To jest zmiana na lepsze, bo kiedyś dalsze kształcenie było dla nas zamknięte.
Niedawno Ministerstwo wpadło na pomysł, że da adeptkom pielęgniarstwa czesne na dalsze studia, ale w zamian one zobowiążą się, że przez pewien czas nie wyjadą z kraju. Przypomina to trochę nakaz pracy dla pielęgniarek z czasów PRL. A nikt nie myśli o tym, dlaczego dziewczyny nie chcą pracować w tym fachu – wiele nie odbiera nawet dokumentu potwierdzającego prawo do wykonywania zawodu… Wiedzą, co je czeka – na praktykach mogą się przyjrzeć realiom dzisiejszej pracy, są świadome, jakie są zarobki. Dziś dodatkowo trzeba robić mnóstwo kursów dokształcających, kwalifikacyjnych i specjalistycznych.
Pielęgniarki uczą się bardzo dużo za własne pieniądze, a równocześnie nie idzie za tym godziwe wynagrodzenie. Rzadko kto zdaje sobie sprawę, że pielęgniarstwo to wysoce specjalistyczny zawód, odnoszący się do tak delikatnej materii jak ludzkie zdrowie i życie, a zarazem tak nisko płatny. Stąd nieporadne próby Ministerstwa Zdrowia nie zapobiegną dalszym wyjazdom pielęgniarek.
Ale do nas przyjedzie z kolei biały personel z byłych państw Związku Radzieckiego.
M. A.: Pielęgniarki ze Wschodu nie przyjadą masowo do Polski. One też umieją liczyć i wiedzą, ile mogą zarobić w Europie. Poza tym mało kto wie, że w Rosji płacą pielęgniarkom bardzo dobrze. Białorusinki i Ukrainki bardzo często jadą właśnie tam do pracy. Znam również polskie pielęgniarki, które pracują w Sankt Petersburgu, bo im się to opłaca.
Czy potrafi Pani wskazać takie decyzje polityczne w ciągu ostatnich ponad dwóch dekad, które zdecydowanie wpłynęły na charakter pracy pielęgniarek i położonych?
M. A.: Uważam, że wszystkie pozytywne zmiany wywalczyłyśmy sobie same. Mamy ustawę o zawodzie pielęgniarki i położnej, ustawę o samorządzie zawodowym. To Izby Pielęgniarskie wystawiają dokumenty o prawie do wykonywania zawodu, a nie wojewoda. Jesteśmy zawodem wolnym. W samym środowisku są one różnie oceniane, ale moim zdaniem dobrze, że one powstały. Wiele zależy od ich obsady.
Mamy własny związek zawodowy, OZZPiP, zrzeszający około 80 tys. pielęgniarek. Dzięki przynależności do Forum Związków Zawodowych możliwe było choćby uczestniczenie w pracach Komisji Trójstronnej, której procedowanie zostało jednak zerwane. Prawo do konsultacji ustaw i rozporządzeń pozwala związkowi i samorządowi mieć pewien wpływ na to, co się dzieje w ochronie zdrowia. Niestety dialog społeczny prowadzony pod dyktat pracodawców przez obecny rząd nie służy ani dobru pacjenta, ani pracownikom ochrony zdrowia.
Przez trzy lata trwały prace nad rozporządzeniem o normach zatrudnienia dla pielęgniarek. Projekt wypracowany wspólnie przez przedstawicieli samorządu i związków zawodowych oraz wybitne osoby związane z naszym zawodem nie wszedł w życie, za to uchwalono bubel prawny, podpisany przez ministra Bartosza Arłukowicza, z którego wycięto „normy SPZOZ-owe” [Samodzielne Publiczne Zakłady Opieki Zdrowotnej – przyp. K. W.]. Powoduje to, że prywatny pracodawca może bez żadnych konsekwencji zatrudnić jedną pielęgniarkę na 60 czy nawet 100 pacjentów. Natomiast w państwowych szpitalach te SPZOZ-owe normy zatrudnienia obowiązują. Nie możemy się pogodzić z tym, że doszło do uchwalenia takiego bubla. Naszą troską jest to, by pacjent był właściwie zabezpieczony. Tymczasem dziś okazuje się, że pracodawca w zależności od statusu prawnego podmiotu publicznego może postępować tak, jak zechce. Odstajemy od zachodnich standardów. W Anglii ilość pielęgniarek na oddziale jest dwu-trzykrotnie wyższa.
Tymczasem podstawowy problem jest pewnie taki, że służba zdrowia jest niedofinansowana.
M. A.: To prawda. Ale to wiąże się z szerszą sytuacją społeczną. Mamy znaczne bezrobocie, jest dużo umów śmieciowych, co negatywnie wpływa na wysokość kwot wpływających ze składek do NFZ. Od dwóch lat nie zmieniają się stawki przeznaczane na lecznictwo: na alarm biją lekarze i pielęgniarki. Z pewnością do tego dochodzi nieprawidłowe wydatkowanie pieniędzy.
Byłam niedawno na konferencji zdrowia medycznego. Tam jasno i wyraźnie powiedziano nam, że idą znaczne zmiany. Służba zdrowia ma być prywatna – po to zrobiono także ustawę o działalności leczniczej. Jej beneficjentami będą osoby związane z partiami politycznymi. I nie jest to żadna teoria spiskowa. Wystarczy już dziś sprawdzić, jakie w szpitalach-spółkach są powiązania zarządu. Wszystko jest w ogólnodostępnych zapisach KRS, czarno na białym. Kwestie merytoryczne nie są oczywiście najważniejsze przy doborze prezesa szpitala-spółki – ważne jest, czy dany człowiek zna prezydenta, wiceprezydenta miasta… To świetny sposób na „uwłaszczenie po cichu”. W dodatku dla prezesów to jest świetny zarobek – mówi się nawet o 50 tys. złotych miesięcznego wynagrodzenia w takich placówkach – oczywiście z pieniędzy NFZ.
Poza tym zawsze można sprzedać taką instytucję wielkiej, prywatnej firmie, jeśli coś pójdzie źle. W Polsce działają dwie duże grupy, w tym Nowy Szpital, znany z bardzo złej polityki wobec pielęgniarek. W Olkuszu, gdzie mają placówkę, już ponad pół roku trwają negocjacje z zarządem spółki. Jeśli radni myślą, że taka spółka zabezpieczy dostęp do służby zdrowia dla mieszkańców danej gminy, to się mylą. Oni wykonują tylko takie usługi, które się opłacają. W dodatku umowy z prywatnymi podmiotami są tak skonstruowane, że nie można ich wypowiedzieć, a są zawierane np. na 25 lat. Prawnicy takich prywatnych podmiotów lepiej dbają o interesy tych, którzy im płacą, niż gmina o bezpieczeństwo obywateli. Patrzę na to z przerażeniem. Znakomitym przykładem jest wojewódzki szpital w Siedlcach, przekształcony w spółkę dwa lata temu niezgodnie z prawem, co orzekł sąd. Nie miał długów. Obecnie generuje ogromne długi, miał już kilku prezesów, pensje pracowników obniżono o 23 proc. w ciągu półtora roku! Mówimy o tych sprawach jako OZZPiP, ale to głos wołającego na puszczy.
W Warszawie mamy dziś cztery szpitale będące spółkami miejskimi, w tym jeden ginekologiczno-położniczy, który działał i nadal działa bardzo dobrze, jest rentowny. Poza tym prawie trzy lata temu sprywatyzowano szpital na Solcu, w lipcu szpital praski, a w październiku grochowski. One nadal będę się borykały z ogromnymi problemami finansowymi pomimo oddłużenia ze względu na niewystarczające kontrakty z NFZ. I pewnie z czasem dojdzie do sytuacji, że zostaną sprzedane spółce prywatnej. Chyba że opór społeczny nasili się na tyle, że znajdą się wreszcie pieniądze.
Wspominała Pani, że w szpitalach prywatnych pielęgniarki zarabiają lepiej. Zatem może to jest faktyczna recepta na wasze zawodowe bolączki?
M. A.: Znam dwa prywatne szpitale, w których pielęgniarek jest wystarczająca liczba i zarobki są dobre. Ale znam i takie, gdzie personelu jest za mało. Byłam zatrudniona w pewnej prywatnej firmie, gdzie pracę sześciu osób wykonywały cztery pielęgniarki, a do tego przychodził tak zwany kierownik zmiany i mówił, że „pacjent VIP-owski” czeka już 15 minut na zastrzyk. Ale on siedział i czekał nie dlatego, że nie chciało się nam pracować, tylko dlatego, że byłyśmy zajęte.
Poza tym większość tych niepublicznych ośrodków i tak ma zawarte kontrakty z NFZ, bo inaczej by nie przeżyli. Ich „usługi medyczne” są tak skalkulowane, żeby mogli zarobić. To nie jest kompleksowa opieka zdrowotna, która może spełniać potrzeby ogólnospołeczne. Niepubliczne ośrodki specjalizują się w pewnych procedurach medycznych, ale gdy „coś się popsuje”, to wiezie się pacjenta do publicznego szpitala. Bo przecież w prywatnych ośrodkach nie ma odpowiedniego zaplecza choćby dla ciężej chorych pacjentów, czyli Oddziału Intensywnej Opieki Medycznej, bo to już jest mniej zyskowne. Oni nie muszą mieć OIOM-u czy zespołu reanimacyjnego. Mają dobrze wykonywać jedną wysokopłatną procedurę medyczną i na niej zarabiać. Tak jest z zaćmami, kolonoskopiami, hemodynamiką. A państwowy szpital musi przyjąć pacjenta w bardzo ciężkim stanie, którego „podrzucą” mu z prywatnej kliniki.
Jak wygląda polityka rządowa odnośnie do tych wszystkich problemów? Przecież stosowne raporty trafiają na rządowe i ministerialne biurka.
M. A.: Ani w rządzie, ani w Ministerstwie Zdrowia, ani w departamencie pielęgniarstwa nikt nie dorósł do tego, by zobaczyć te problemy. Rząd dąży do prywatyzacji. To jest zresztą szerszy problem, wszystko rozgrywa się między rządem, Ministerstwem Zdrowia i NFZ. Liczą się jeszcze interesy lekarzy i lobby pracodawców ochrony zdrowia. Pacjent przegrywa, bo zwycięża logika: „szpital ma na siebie zarabiać”. Proszę zwrócić uwagę, jak skonstruowana jest ustawa refundacyjna – ona także spycha coraz więcej kosztów na pacjenta. Ale to jest błędne koło. Bo jeśli pacjent nie wykupi leków, to trafi do szpitala. Przecież już dziś przyjmujemy tych samych pacjentów kilka razy w miesiącu do szpitala, bo nie biorą leków. Nie dlatego, że są lekkomyślni. Nie stać ich, żeby za nie zapłacić.
Lekarze nierzadko powinni wystawiać recepty na tańsze leki. Ale zwykle tego nie robią, także dlatego, że wcześniej odwiedzili ich przedstawiciele firmy farmaceutycznej i „przekonali”, że lek „X” jest lepszy od leku „Y”. Sytuacja społeczna pacjenta kompletnie nie interesuje wielu lekarzy, zresztą przy wysokich dochodach po prostu nie znają pewnych problemów. Nie wiedzą, co to znaczy zastanawiać się nad alternatywą: wykupić leki czy zostawić pieniądze na jedzenie.
Co do raportów… Mamy świetne Towarzystwa Pielęgniarskie, w których pracuje kadra naukowa pielęgniarek. Opracowują mnóstwo materiałów na temat sytuacji pacjentów oraz o warunkach pracy naszej grupy zawodowej. Mało kto wie, że te raporty są publikowane także w obcych językach, wyjeżdżamy z nimi za granicę. Ta praca jest doceniana w świecie. Ale w Polsce, w świecie politycznym, nikogo to nie interesuje. Mogę tylko życzyć wszystkim Polakom dobrego zdrowia…
Będziemy mieli poważne problemy społeczne i gospodarcze wynikające z faktu, że nasza służba zdrowia pogrąża się w kryzysie. Zapomnijmy choćby o dobrych pracownikach w schorowanym społeczeństwie. A trzeba wielu lat i nakładów, żeby odbudować np. solidne zespoły pielęgniarskie. Już w 2000 r. biłyśmy na alarm, że jest nas za mało i będzie jeszcze mniej. Nikt nas nie słuchał. Póki co braki łatane są za pomocą systemu kontraktowego. Ale te pielęgniarki też mają powyżej 50 lat i niedługo skończą pracę. A młodych nie ma…
Polacy powinni wyjść na ulice razem z pielęgniarkami i innymi pracownikami ochrony zdrowia – technikami laborantami, ratownikami czy salowymi, które pracują za 1300 zł na rękę i w nieskończoność przedłuża im się umowy na czas określony. Jeśli nie wyjdziemy na ulice, to politycy dalej się będą z nas wszystkich śmiali, bo dla nich i dla ich rodzin jest leczenie z najwyższej półki w resortowych szpitalach.
Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiał Krzysztof Wołodźko, Warszawa, 16 grudnia 2013 r.