Kruchość globalizacji. Co pokazały pandemia i wojna?

Globalna pandemia COVID-19 z tygodnia na tydzień zmieniła to, jak funkcjonujemy w przestrzeni publicznej. Inwazja Rosji na Ukrainę podważyła ugruntowane dekadami pokoju poczucie bezpieczeństwa militarnego w Europie. To nie przypadkowe zdarzenia, ale symptomy słabości zglobalizowanej gospodarki. Czy wyciągniemy z tego wnioski?

Łabędź – czarny czy biały?

Dwa lata temu w tekście „Koronawirus i ekonomiczne iluzje” nazwałem pandemię COVID-19 Czarnym Łabędziem. Czy była to uprawniona opinia? Tym razem oddam głos popularyzatorowi tej koncepcji. Nassim Taleb wskazywał na trzy cechy, którymi charakteryzuje się takie zdarzenie:

1) Jest nietypowe i żadne dane z przeszłości nie wskazują wyraźnie na możliwość jego zaistnienia;

2) Ma istotny wpływ na rzeczywistość;

3) Pomimo jego nietypowości, ex post stara się uczynić je wytłumaczalnym i przewidywalnym.

Czy faktycznie scenariusz pandemii był czymś mało prawdopodobnym? Na zlecenie National Academy of Medicine w 2016 roku ukazało się globalne studium „The neglected dimension of Global Security: A Freamwork to Counter Infectious Disease Crisis”, analizujące ten scenariusz. W konkluzji autorzy nie pozostawiają złudzeń: „Następna potencjalna pandemia może być znacznie bardziej zaraźliwa i znacznie bardziej śmiertelna. Tak więc, chociaż wspomnienia eboli są świeże – i nie powinniśmy zapominać, że jej epidemia jeszcze się nie skończyła – to wykorzystajmy okazję, by wzmocnić naszą obronę. Musimy stworzyć globalne rozwiązania dla ryzyka zdrowotnego, które będą w stanie chronić ludzkie życie na całym świecie przed zagrożeniem chorobami zakaźnymi. Zbyt długo zaniedbywaliśmy ten aspekt globalnego bezpieczeństwa”.

Epidemie wirusowe wybuchały również lokalnie: SARS (2002-2003), wirus „ptasiej grypy” H5NI (2003-2007), wirus „świńskiej grypy” H1N1 (2009), MERS (2012+), ebola (2013-2016). Były one bodźcem do licznych badań wzywających do poprawy światowego systemu zarządzania ryzykiem epidemiologicznym. Z kolei na platformie YouTube wystąpienie Billa Gatesa „The next outbreak? We’re not ready”, w którym na bazie doświadczeń walki z ebolą przestrzega przed globalną pandemią, zostało wyświetlone 36 milionów razy. Nieuprawnionym zdaje się być stwierdzenie o nieprzewidywalności COVID-19.

Jeszcze trudniej jest określić mianem czarnego łabędzia trwającą rosyjską inwazję. Po raz pierwszy Federacja Rosyjska interweniowała militarnie na Ukrainie w 2014 roku, kiedy zaanektowała Krym. Następnie destabilizowała jej wschodnią część poprzez wojskowe wsparcie dla separatystycznych republik. Już 14 lat temu śp. Prezydent Lech Kaczyński ostrzegał przed rosyjskim zagrożeniem słowami: „Dziś Gruzja, jutro Ukraina, pojutrze państwa bałtyckie a później może czas na mój kraj, na Polskę”. Ograniczając się tylko do okresu sprzed inwazji też nie pozostajemy bez argumentów. Obok obserwatorów rosyjskich mediów, którzy wskazywali na nieobecność w nich pro-wojennej retoryki towarzyszącej zwykle dotychczasowym konfliktom, analitycy ruchów wojsk wskazywali na znaczną koncentrację żołnierzy i sprzętu u granicy z Ukrainą jako dowód planowanej agresji. O tym, że wojna wybuchnie informował również amerykański wywiad. Z tej perspektywy przedstawianie rosyjskiej inwazji, jako czegoś nieprawdopodobnego jest błędne.

Globalna kruchość

Podobnie jak nieuprawnione jest patrzenie na pandemię i wojnę jak na zjawiska niemożliwe do przewidzenia, tak również nie powinniśmy być zaskoczeni reakcją globalnej gospodarki. Wspomniany wcześniej Nassim Taleb wskazuje na globalną współzależność i upowszechnienie się międzynarodowych sieci (fizycznych i wirtualnych) jako czynniki generujące ryzyka o charakterze systemowym. Świat globalnych łańcuchów dostaw jest kruchy. Wszelka zmienność i niepewność tworzą ryzyka grożące ich dalszemu funkcjonowaniu. Przyjrzyjmy się poszczególnym obszarom tego porządku:

a) Produkcja i dystrybucja towarów

COVID-19 wyeksponował kruchość istniejących łańcuchów dostaw. Nowy reżim sanitarny oraz restrykcje w transporcie międzynarodowym opóźniły dostawy produktów i komponentów do sklepów i fabryk zlokalizowanych w innych obszarach geograficznych. Z kolei osłabienie dynamiki chińskiej gospodarki wpłynęło na liczne rynki towarowe. Produkcja w Chinach spadła do rekordowo niskiego poziomu, zaś fracht i wysyłka dramatycznie osłabły, ponieważ lockdowny zamknęły fabryki i porty kontenerowe. O ile COVID-19 wyeksponował kruchość łańcuchów dostaw, to rosyjska inwazja pokazała, że są one zniszczalne. Nawet jeśli globalny handel z czasem ustabilizuje się, to jednak dostawy towarów i usług z Rosji pozostaną wstrzymane lub ograniczone.

Wbrew rekomendacjom wynikających z teorii przewag komparatywnych autorstwa Davida Ricardo, zdolność do wytwarzania pewnych towarów ma fundamentalne znaczenie dla trwania społeczeństwa. W dobie pandemii niedobory dotknęły nie tylko sprzętu ochrony osobistej, ale również krytycznych urządzeń takich jak respiratory, materiały testowe, a nawet komponenty potrzebne do podawania szczepionek. Ceny wzrosły drastycznie – dla masek chirurgicznych sześciokrotnie, dla masek N95 potroiły się, a dla kitlów podwoiły. WHO wezwała przemysł i rządy do zwiększenia produkcji o 40% w celu zaspokojenia rosnącego globalnego popytu.

b) Żywność

Rosja i Ukraina odpowiadają za 1/3 światowego zasobu pszenicy na eksport. Sama Ukraina produkuje żywność w skali wystarczającej do wykarmienia 400 milionów ludzi na świecie. Mieści się w tym 50% światowej podaży oleju słonecznikowego, 10% światowej podaży ziaren i 13% światowej podaży kukurydzy. W czasie trwania wojny ukraińsko-rosyjskiej ceny pszenicy wzrosły do poziomu rekordów z czasów globalnego kryzysu żywnościowego w 2008 i Arabskiej Wiosny 2010-2011. Pojawia się więc duże prawdopodobieństwo globalnych deficytów żywności i zamieszek na tym tle. Sprzyja temu aktywność spekulantów na rynkach towarowych zawyżających ceny żywności. Spekulacja na rynku towarowym dokonuje się, bo traderzy, aby określić ceny rynkowe, uwzględniają informacje z kontraktów terminowych. Jeśli wartość kontraktów terminowych nie odzwierciedla przewidywanych zmian popytu i podaży, ale bazuje na błędnych prognozach lub celowo je pomija, to ceny rynkowe odrywają się od realnej gospodarki i mogą podążyć w kierunku baniek spekulacyjnych.

c) Energia

Polityka energetyczna pozostaje od kilku lat głównym tematem debaty publicznej w związku ze zmianami klimatycznymi. Wyczerpalność paliw kopalnianych łączyła się z wątkiem niezależności energetycznej, co w kontekście wschodnioeuropejskim było wiązane z rolą Rosji w wykorzystywaniu swoich zasobów naturalnych jako instrumentu presji politycznej. Inwazja rosyjska jest sygnałem dla zachodniego świata do porzucenia outsourcingu podaży energii z krajów bogatych w zasoby naturalne na rzecz odnawialnych źródeł energii i energii atomowej. Inwestycje w tym obszarze staną się elementem bezpieczeństwa politycznego.

d) Bezpieczeństwo militarne

Jeszcze rok temu kwestia bezpieczeństwa kraju pozostawała na marginesie zainteresowania opinii publicznej. W mainstreamie politycznym inwestycje w potencjał zbrojeniowy kraju kwitowane były jako zbędne (liberałowie) czy nawet szkodliwe (lewica). Od końca Zimnej Wojny wydatki obronne, zarówno jako procent wydatków publicznych, jak i procent całego PKB, malały. Globalnie te wydatki spadły o połowę, z 3,6% PKB w okresie 1970-90 do 1,9% po Globalnym Kryzysie Finansowym (2010–19). Okres tej dywidendy pokoju, szczególnie w Europie, dobiega końca. Inwazja rosyjska wskazała, że choć zobowiązania sojusznicze są ważne, to samodzielność militarna kraju i zdolność mobilizacji społeczeństwa są dla oporu wojennego fundamentalne. Oparcie w sojuszach wojskowych jest ważne, ale niewystarczające.

Globalizacja – wzlot i upadek

Podatność zglobalizowanych gospodarek na kryzysowe wydarzenia zmobilizowała rządy poszczególnych państw do działań na rzecz zmniejszenia skali ryzyka. W praktyce wiąże się to z ograniczeniem zależności względem reszty świata i silniejszym oparciem o krajowe zasoby. Według ekonomisty Adama Tooze deglobalizacja już trwa, a COVID-19 i rosyjska inwazja tylko ją przyspieszyły.

Sama globalizacja znacząco przebudowała kształt międzynarodowych stosunków gospodarczych. W 1970 roku eksport odpowiadał za 10% globalnego PKB, współcześnie ma to być 25%. Jednak generowana przez globalizację logika zwycięzców i przegranych systematycznie osłabiała własne fundamenty. Od protestów przeciw WTO w Seattle w 1999, przez globalny kryzys finansowy, po Brexit i Donalda Trumpa jako prezydenta USA. Dotychczasowe podstawy globalizacji zaczęły słabnąć. Globalnemu arbitrowi stabilizującemu i regulującemu handel międzynarodowy wyrósł chiński przeciwnik. Rywalizacja geopolityczna zastąpiła konkurencję produktową. Sprawa Huawei oraz chińsko-australijska rywalizacja handlowa są tego dowodami. Rewolucja telekomunikacyjna, która umożliwiła podział procesu produkcji i komunikacji, natrafiła na bariery dalszego outsourcingu produkcji i konteneryzacji handlu. COVID-19 sparaliżował istniejące łańcuchy dostaw.

Te czynniki mogą stać się bodźcem do zmiany dotychczasowego modelu rozwoju. Lukę po globalnych łańcuchach dostaw wypełni zwiększony popyt na produkcję w kraju, z towarzyszącym temu wzrostem miejsc pracy. Potrzeba bezpieczeństwa energetycznego będzie stymulować odwrót od paliw kopalnianych w kierunku odnawialnych lub lokalnych źródeł energii. W naszej części świata reakcją na zbrojną agresję Rosji będzie wzrost wydatków na wojsko.

Oczywiście nie można wykluczyć, że problemy globalizacji są chwilowe i po okresie zawirowań powrócimy do tego, co było. Niemniej jednak wszędzie tam, gdzie globalizacja się zwija, tam swoją rolę do odegrania ma państwo narodowe. To główny aktor stabilizujący obszary kluczowe dla funkcjonowania społeczeństwa – towarów, żywności, energii i bezpieczeństwa militarnego. Wbrew liberalno-lewicowej narracji o tym, że państwo narodowe jest tworem zbyt dużym, by odpowiadać na potrzeby obywateli i zbyt małym, aby rozwiązać systemowe problemy, to właśnie tam, gdzie instytucje państwa działają sprawnie, tam społeczeństwa radzą sobie lepiej. Dlatego trzeba zdecydować, czy będziemy biernie reagować, czy działać aktywnie.

Kamil Sawczak

Inne teksty autora można przeczytać tu: https://sawczak.substack.com/

Cały czas szukamy pracy

Na polskim rynku pracy od wielu miesięcy zaobserwować można bezprecedensowo rosnące ożywienie rekrutacyjne. 33 proc. Polaków deklaruje, że zmieniło pracę w ciągu ostatnich 2 lat. 36 proc. respondentów aktywnie poszukuje nowego miejsca zatrudnienia.

Jak pisze portal pulshr.pl, w I kwartale 2022 roku w serwisie Pracuj.pl zamieszczono ponad 310 tysięcy ofert pracy. Duży popyt na pracowników utrzymywał się także w kwietniu, gdy w serwisie ukazało się ponad 95 tysięcy ogłoszeń. Stanowi to wzrost o 31 proc. w stosunku do kwietnia 2021 roku.Z raportu „Nowe oblicza pracy” przygotowanego przez Pracuj.pl wynika, że mimo różnych negatywnych czynników wpływających na poczucie stabilizacji, Polacy w ostatnich kilkudziesięciu miesiącach byli gotowi zatrudniać i szukać nowego miejsca zatrudnienia.

22 proc. Polaków mających pracę deklaruje, że zmieniło miejsce zatrudnienia w ciągu ostatnich 12 miesięcy. W okresie dwóch lat pandemii (marzec 2020-marzec 2022) pracodawcę zmienił co trzeci respondent. Na drugim końcu skali plasują się osoby od dłuższego czasu przywiązane do jednego pracodawcy. Więcej niż co czwarty badany Polak jest zatrudniony w obecnym miejscu już ponad dekadę, ponad połowa (57 proc.) – przynajmniej trzy lata.

Jak zauważają eksperci, aktywność kandydatów na rynku pracy maleje wraz z wiekiem, rośnie natomiast znaczenie stabilizacji i pracy w dobrze poznanym środowisku. Wśród badanych Polaków w wieku 45-65 lat aż 43 proc. pracuje dla obecnego pracodawcy ponad 10 lat.

Najnowsze badanie Pracuj.pl dowodzi, że Polacy zachowują wysoką mobilność zawodową. Zjawiska takie jak m.in. rosnąca presja płacowa, zapotrzebowanie na pracowników w wielu branżach czy chęć znalezienia adekwatnej kultury pracy napędzają gotowość pracowników do zmiany.

Aktywne poszukiwanie nowego pracodawcy deklaruje 36 proc. Polaków badanych przez Pracuj.pl. To wynik o kilka procent wyższy niż odnotowany w IV kwartale 2021 roku.

Walka o podwyżkę minimalnej

Związkowcy chcą, aby w 2023 roku płaca minimalna wzrosła łącznie o 740 zł, w dwóch etapach. Pracodawcy są oczywiście innego zdania.

Jak informuje pulshr.pl, związkowcy uważają, że minimalne wynagrodzenie powinno wzrosnąć od 1 stycznia 2023 r. do 3500 zł brutto, a od 1 lipca 2023 – do 3750 zł.

Związkowcy  (przedstawiciele NSZZ „Solidarność”, Forum Związków Zawodowych i Ogólnopolskiego Porozumienie Związków Zawodowych) przedstawili swoją propozycję podwyżki płacy minimalnej w 2023 roku w piśmie do Ministerstwa Finansów. Ich zdaniem minimalne wynagrodzenie powinno wzrosnąć od 1 stycznia 2023 o 16,28 proc. (490 zł), a od 1 lipca 2023 o kolejne minimum 7,15 proc. (250 zł). To wynik zapisu, jaki znajdziemy w ustawie o płacy minimalnej. Zgodnie art. 3 tego dokumentu przy prognozowanej inflacji przekraczającej 5 proc. wzrost płacy minimalnej ma odbyć się dwa razy w roku. Wszystko wskazuje, że w ustawie budżetowej rząd poda wyższą niż 5 proc. prognozę wskaźnika inflacji.

W latach 2015-2022 minimalne wynagrodzenie wzrosło o 1260 zł (72 proc.), z 1750 zł w 2015 r. do 3010 zł w 2022 r. W tym samym czasie przeciętne wynagrodzenie w gospodarce narodowej wzrosło o 54,5 proc.

Czas na testy dochodu bezwarunkowego w Polsce

Stowarzyszenie Warmińsko-Mazurskich Gmin Pogranicza planuje przetestować na przynajmniej pięciotysięcznej grupie Polaków działanie tzw. dochodu bezwarunkowego.

Jak informuje Business Insider, wybrane osoby miałyby otrzymywać po 1300 zł miesięcznie przez dwa lata. Bezwarunkowy dochód podstawowy, inaczej dochód gwarantowany, to świadczenie wypłacane każdemu obywatelowi w równej wysokości. Nie ma konieczności spełniania żadnych warunków, aby otrzymać tego rodzaju wsparcie. Pieniądze przyznawane są bowiem jedynie z tytułu bycia obywatelem kraju, który podejmuje się prowadzenia opisywanego programu socjalnego.

Od lat różne rządy i grupy badaczy eksperymentują z tym rozwiązaniem. Głównym założeniem tego rozwiązania jest pokrycie podstawowych potrzeb każdego człowieka. Państwo nie narzuca jednak, na co dokładnie pieniądze powinny zostać przeznaczone. Każdy samodzielnie może wybrać cel — zależnie od potrzeb własnych czy rodziny.

Projekt jest na razie we wstępnej fazie.

Doktryna szoku: o transformacji, biedzie i depresji

W ramach wielu „kampanii uświadamiających” lub „antystygmatyzacyjnych” usłyszeć możemy, że choroby psychiczne i depresja są „demokratyczne”. Mogą dotknąć każdego, niezależnie od statusu społecznego czy materialnego. To, oczywiście, prawda. Nie oznacza ona jednak, że brak związków pomiędzy biedą a cierpieniem medykalizowanym przede wszystkim pod etykietą „depresji”. Zaburzenia te częściej dotykają osoby zmagające się z problemami mieszkaniowymi, finansowymi, niepewnymi formami zatrudnienia i złymi warunkami pracy. O ubóstwie można mówić nawet jako o jednej z ważniejszych przyczyn depresji w ogóle, choć wspomniane kampanie, sponsorowane często przez koncerny farmaceutyczne zainteresowane głównie zwiększeniem sprzedaży leków, rzadko o tym wspominają. Chodzi im o to, aby depresja pozostała indywidualną przypadłością leczoną farmakologicznie, a nie problemem związanym z warunkami ekonomicznymi i społecznymi. Bo w tym drugim przypadku można byłoby przeciwdziałać systemowo poprzez poprawę warunków życia i pracy, np. dzięki wyższemu opodatkowaniu owych koncernów i uniemożliwieniu wyprowadzania pieniędzy do rajów podatkowych.

Istnieje cały szereg badań wręcz wskazujących na przyczynowy charakter czynników ekonomicznych. Nie oznacza to, oczywiście, że każde cierpienie psychiczne, które zaetykietować możemy diagnozą psychiatryczną, wynika bezpośrednio z przyczyn ekonomicznych. Nawet osoby zamożne mogą odczuwać skutki alienującej neoliberalnej kultury indywidualizmu, narcyzmu, perfekcjonizmu i rywalizacji, która pośrednio odbija się też m.in. na jakości relacji interpersonalnych czy braku zaufania społecznego. Badania pokazują korelację pomiędzy nierównościami dochodowymi a problemami psychicznymi w poszczególnych krajach. Jednak nie każde cierpienie można sprowadzić do tego rodzaju okoliczności.

Notabene, nowsze badania, jak to opublikowane w 2019 w „Translational Psychiatry”, sugerują, że to nie depresja jako taka, jak wcześniej sądzono, jest związana z obniżonym poziomem empatii emocjonalnej (rozumianej jako współodczuwanie, wrażliwość na cudzy ból), ale że empatię obniżają leki antydepresyjne. Podobny efekt zaobserwowano u szczurów, którym podano leki przeciwlękowe – benzodiazepiny. Prowadziło to do zmniejszenia zachowań altruistycznych. Jest to tym bardziej niepokojące, jeśli przyjmiemy, że empatia jest nie tylko motorem pomagania innym, ale także mechanizmem hamującym zachowania agresywne.

W przeglądzie badań opublikowanym w 2019 r. w „Science” przeczytać możemy dosłownie: „Wiemy już, że utrata dochodów powoduje choroby psychiczne”. Choć taki wniosek może się wydawać wręcz zbyt mocny, ze względu na charakter i metodologię badań, które można na ten temat etycznie przeprowadzić, to autorzy referując szereg różnych wyników wskazują, że związek między ubóstwem a problemami psychicznymi jest dwukierunkowy. Ubóstwo sprzyja powstawaniu zaburzeń psychicznych, które następnie pogłębiają problemy finansowe, w efekcie tworząc pętlę sprzężenia zwrotnego, z której trudno się wydostać. Wiele innych badań pokazuje np. że wysokie zadłużenie (powodujące np. problemy ze spłacaniem kredytów) poprzedza diagnozę depresji, albo że brak pieniędzy poprzedza nadużywanie alkoholu.

Jednak nie tylko sytuacja materialna w konkretnym momencie może odbijać się na zdrowiu. Nawet przyjmując perspektywę neurorozwojową można wskazywać na wpływ ubóstwa doświadczanego w dzieciństwie (lub też innych trudnych doświadczeń, jak np. przemoc, wykorzystywanie seksualne czy utrata bliskiej osoby, np. opiekuna) na problemy psychiczne pojawiające się znacznie później.

Badanie opublikowane w 2020 r. w prestiżowym piśmie „Psychological Medicine” wskazuje na związki między doświadczaną w dzieciństwie deprywacją ekonomiczną a objawami lęku i depresji we wczesnej dorosłości. Badania te wpisują się w szereg badań epidemiologicznych pokazujących związek ubóstwa w dzieciństwie z tego rodzaju objawami. Autorki próbowały także ustalić potencjalne mechanizmy mózgowe i biomarkery tego zjawiska, ale w tym przypadku wyniki były mniej jednoznaczne.

Co ciekawe, związek pomiędzy ubóstwem a objawami depresji i lęku ujawnia się przede wszystkim, gdy pod uwagę bierze się subiektywne oceny matek dotyczące doświadczanego ubóstwa, a odzwierciedlające kwestie związane z brakiem możliwości zaspokojenia podstawowych potrzeb materialnych. Badanie przeprowadzono w Czechach i jak piszą autorki pokazuje ono efekt ciężkiego okresu przejściowego „po upadku Muru Berlińskiego”, czyli okresu ekspansji neoliberalizmu w krajach byłego bloku wschodniego.

Wydaje się, że w Czechach „terapia szokowa” miała nieco łagodniejsze oblicze niż w Polsce i można tylko przypuszczać, jak efekty tych jeszcze silniejszych „elektrowstrząsów” odbijają się na dzisiejszych 20-, 30- i 40-latkach u nas. Być może należałoby się skupić na zapobieganiu biedzie zamiast „leczenia” ofiar ekonomicznej terapii szokowej tzw. antydepresantami o wątpliwej skuteczności, albo całkiem dosłownymi elektrowstrząsami, których skuteczność i rzekoma nieszkodliwość są także co najmniej kontrowersyjne.

Wystarczy zresztą zdrowy rozsądek oraz odrobina empatii i wyobraźni, aby zrozumieć że tego rodzaju problemy bytowe mogą prowadzić do obniżenia nastroju kwalifikującego się do diagnozy depresji. Wydaje się jednak, że nachalna psychiatryczna propaganda, propagująca zdyskredytowaną już hipotezę „chemicznej nierównowagi” mózgu jako przyczyny depresji, na tyle silnie oddziałuje na rozumienie tego rodzaju zjawisk, że te oczywiste spostrzeżenia stają się trudno dostępne. Co więcej, zafiksowani na niekończącym się „dobieraniu leków” i „naprawianiu mózgu” ludzie mogą zapominać, że na funkcjonowanie owego mózgu w ogromnym stopniu wpływają otoczenie i warunki życia. I to właśnie ich zmiana może prowadzić do poprawy subiektywnego stanu psychicznego.

Poprawa tych warunków to jednak zadanie przede wszystkim dla wspólnoty politycznej, nie dla cierpiących jednostek. Choć leki mogą u niektórych osób tymczasowo łagodzić ból, to jest tu tak jak z innymi substancjami psychoaktywnymi. Ich używanie łączy się z ryzykiem powstania fizycznej zależności oraz szeregiem innych, nierzadko poważnych, skutków ubocznych, a podstawowe strukturalne przyczyny problemów pozostają niezmienione. Badania na temat długotrwałych efektów stosowania antydepresantów pokazują raczej brak skuteczności lub wręcz ich szkodliwość.

W czasopiśmie „Social Science and Medicine – Mental Health” ukazał się artykuł Benjamina Anga, Marka Horowitza i Joanny Moncrieff. Pokazuje on, jak, pomimo braku dowodów, psychiatria promowała ideę „nierównowagi chemicznej” – obniżonego poziomu serotoniny – jako przyczyny depresji. Teoria ta jest dziś właściwie już tak skompromitowana, że od pewnego czasu prominentni psychiatrzy zaczęli twierdzić, iż psychiatria nigdy jej nie popierała, a promocję takiego rozumienia depresji przypisują koncernom farmaceutycznym lub wręcz „antypsychiatrom”, którzy mieliby zarzucać biologicznym psychiatrom, że mówili coś niedorzecznego, czego nigdy nie twierdzili, aby łatwiej było psychiatrię atakować. Niektórzy, jak Ronald Pies, który w „Psychiatric Times” napisał nawet, że nie zna żadnego wykształconego psychiatry, który twierdziłby, że depresja spowodowana jest nierównowagą neuroprzekaźników, uciekają się wręcz do określenia „chemicznej nierównowagi” mianem miejskiej legendy. Analiza przeglądów literatury i podręczników psychofarmakologii i psychiatrii z lat 1990-2012 pokazuje jednak, że zdecydowana większość z nich jednoznacznie promowała ten szkodliwy mit i było to (lub nawet wciąż jest) wręcz oficjalne stanowisko psychiatrii. Hasła o „przywracaniu równowagi chemicznej” lekami wciąż przecież bardzo często możemy usłyszeć od wielu psychiatrów, a nawet psychologów, choć nie ma właściwie dowodów na potwierdzenie tej tezy, za to jest to dobre hasło reklamowe i skuteczny argument, aby nakłonić pacjenta do kupna leku.

Koszty ekonomicznej terapii szokowej przykrywane mogą być więc farmakoterapeutycznymi interwencjami i biomedyczną psychiatryczną narracją. Jednak w kombatanckich opowieściach pokolenia „walczącego o demokrację” oraz odmalowywanego w kiczowato różowych barwach zwycięstwa dobra nad złem, z jakiegoś powodu brakuje refleksji nad kosztami tej walki ponoszonymi przez dzieci owego bohaterskiego pokolenia. Na dzieciach trauma transformacji odcisnęła się być może jeszcze głębiej. W końcu w przeciwieństwie do dorosłych ludzi nie miały jeszcze wykształconych mechanizmów radzenia sobie z panującą ówcześnie biedą, zniszczeniem, chaosem i najprymitywniejszą kapitalistyczną propagandą konsumpcji. To, co przeżywali dorośli, odciskało się też na dzieciach, nie tylko tych pozbawionych podstawowych dóbr, poczucia bezpieczeństwa i ciepła, których nie potrafili zapewnić im przerażeni i zdezorientowani rodzice, ale też nierzadko mierzących się z traumą samobójstwa któregoś z opiekunów, najczęściej ojców, którzy czując, że nie potrafią wypełnić stereotypowej męskiej roli żywiciela rodziny tracili grunt pod nogami z zaciśniętą pętlą na szyi.

Statystyki obrazują gwałtowny wzrost liczby samobójstw w trakcie i po transformacji. Na wsiach współczynnik samobójstw w latach dziewięćdziesiątych był o połowę wyższy, a ponad dwukrotnie wyższy w 2009 r., niż w latach siedemdziesiątych. Obrazuje to zapewne proces destrukcji PGR-ów i kondycję ekonomiczną indywidualnych gospodarstw. Wzrost, obserwowany także w miastach, udało się zahamować dopiero niedawno. Jak przyznał sam Marek Balicki, za ten efekt odpowiada prawdopodobnie w dużej mierze program 500+ i inne transfery socjalne. Taki wniosek wydaje się uprawniony w świetle opublikowanych w „Journal of Epidemiology & Community Health” badań z USA. Pokazują one, że wzrost pensji minimalnej prowadzi do spadku liczby samobójstw, szczególnie wśród osób z niższym wykształceniem. Tego rodzaju dane jasno pokazują, że jeśli poważnie myślimy o poprawie zdrowia psychicznego, to w pierwszej kolejności musimy myśleć o poprawie warunków życia wszystkich obywateli.

Dla części elit, które gładko przeskoczyły z jednego systemu do drugiego, a nawet w „odnowionej demokratycznej” umościły się znacznie wygodniej i dostatniej niż „za komuny”, jak i dla ich dzieci, które współcześnie zastępują już powoli swoich rodziców w roli nadzorców systemu, doświadczenie biedy transformacji i jego odczuwalnych wciąż konsekwencji wydaje się być zupełnie niedostępne, obce i niemożliwe do zrozumienia, co może też tłumaczyć część z aktualnie obserwowanych napięć społecznych. Równocześnie, jak pokazują badania, ścieżki awansu społecznego w Polsce należą do wyjątkowo wąskich – włączenie więc perspektywy uwzględniającej także interes poszkodowanych do głównonurtowego dyskursu, które umożliwiałoby rozładowanie konfliktu i wypracowanie korzystnych dla ogółu rozwiązań, jeśli chodzi o samą psychiatrię, jak i całe społeczeństwo – wydaje się prawie niemożliwe w tak zabetonowanym systemie.

Może to też tłumaczyć, dlaczego lewica rekrutująca się w Polsce przede wszystkim ze środowisk, które korzystały na transformacji, nomenklatury PZPR, wyższej klasy średniej, kadry kierowniczej, akademickich elit i ich dzieci (zbiory te zresztą w dużej mierze się pokrywają) ma problemy z wyjściem poza własną uprzywilejowaną perspektywę i bańkę towarzyską oraz ze zrozumieniem i dotarciem z przekazem do potrzebujących. Ostatecznie bliżej jej w konkretnych działaniach i decyzjach do neoliberalnych elit, czemu w najlepszym wypadku towarzyszy głoszenie przy okazji okrągłych „socjalistycznych” frazesów. Elity nie mają zresztą powodu, aby być prawdziwie krytycznymi wobec systemu, który ich do roli elity wyniósł i na tej pozycji utrzymuje. Ani interesu w tym, żeby do takiej krytyki dopuszczać. W interesie elit jest konserwacja stanu obecnego.

Ten wpływ doświadczanego w dzieciństwie ubóstwa spowodowanego przez transformację na cierpienie psychiczne w dorosłości, tłumaczyć może też, dlaczego jedni mogą oceniać transformację ekonomiczną i ustrojową Polski jako niekwestionowany sukces, co najwyżej dodając politycznie poprawne hasło o „dużym (ale jednak cudzym) koszcie” i „poszkodowanych”, choć jednak „było to konieczne” i „nie było alternatywy”. Innym natomiast trudno jest przejść do porządku dziennego nad dokonanymi wtedy spustoszeniami. Skutki ówczesnych decyzji są dla jednych wciąż boleśnie odczuwalne, a dla drugich były co najwyżej estetycznie przykrym doznaniem wprowadzającym łagodny dyskomfort w świecie materialnego dostatku.

Ujmowanie cierpienia psychicznego jako problemów jednostek i ich zdekontekstualizowanych „chorych mózgów” zasłania kulturowe, społeczne i ekonomiczne przyczyny tegoż cierpienia. W polskim kontekście diagnoza depresji może też podważać doświadczenia pokrzywdzonych przez transformację jako po prostu irracjonalną chorobę mózgu, wpisując się tym samym w dominującą neoliberalną narrację o jednostkowej odpowiedzialności za niepowodzenia (i rzekomo jednostkowych zasługach beneficjentów transformacji). Polska debata publiczna, porządek polityczny i ekonomiczny wciąż wydają się być zdeterminowane przez decyzje, które zapadły przy okrągłym stole, co tłumaczyć może też histeryczne reakcje na wszelkie narracje, które nie wpisują się w ten założycielski mit sukcesu transformacji jako początku III RP.

Radosław Stupak

Polacy nie chcą pracować na emeryturze

Jak wynika z „Barometru Polskiego Rynku Pracy” Personnel Service, 48 proc. z nas nie chciałoby pracować dłużej niż przewidują przepisy emerytalne, nawet gdyby praca była dostosowana do sił.

O sprawie pisze serwis pulshr.pl, który przytacza najnowsze badania na temat podejścia Polaków do pracy po osiągnięciu wieku emerytalnego. W “Barometrze Polskiego Rynku Pracy” Personnel Service połowa osób (48 proc.) opowiedziała się za tym, że nie chce przedłużać swojej aktywności zawodowej ponad wiek emerytalny. Przeciwko dłuższej pracy są ludzie młodzi (57 proc. wskazań w grupie 18-24 lata) oraz w średnim wieku (56 proc. w grupie 25-34). Ci, którym bliżej do emerytury, są bardziej skłonni do większej aktywności zawodowej pod koniec życia (32 proc. wskazań w grupie 55 lat i więcej). Chęć pracy powyżej wieku emerytalnego wyraziło 26 proc. badanych.

Podstawowym argumentem za wydłużeniem obecności na rynku pracy jest dla Polaków znacznie wyższa emerytura. 47 proc. z nas zgodzi się na dłuższą pracę pod warunkiem zwiększenia świadczenia w przyszłości. Jest to ważne szczególnie dla pracowników, którzy zbliżają się do wieku emerytalnego (54 proc. odpowiedzi w grupie 55 lat i więcej).

Na drugim miejscu uplasowało się dostosowanie charakteru zajęcia do kondycji fizycznej potencjalnego emeryta (36 proc.). Dopuszczając myśl o wydłużeniu swojej aktywności zawodowej przewidujemy, że rodzaj pracy powinien być adekwatny do naszych możliwości. Szczególną uwagę zwracają na to osoby z wykształceniem zasadniczym (46 proc. vs 29 proc. wykształcenie średnie), których charakter pracy (np. w przemyśle czy budownictwie) wymaga zwiększonej aktywności fizycznej.

Pomoc dla kredytobiorców

Zapowiedziany program pomocy kredytowej, zakładający m.in. wakacje kredytowe, staje się realnym projektem, który trafia do Sejmu. 1 lipca nowe przepisy mają wejść w życie.

Program ma trzy filary: wakacje kredytowe, większy budżet Funduszu Wsparcia Kredytobiorców (FWK) i nowy wskaźnik oprocentowania kredytów w miejsce dotychczasowego WIBOR.

W tym roku będzie można zrezygnować z czterech rat kredytu,  czyli przenieść je w czasie w ramach wakacji kredytowych, i w przyszłym roku również z czterech.

Jak informuje serwis wnp.pl, drugi filar pomocy kredytowej przewidzianej w projekcie dotyczy osób, które np. straciły pracę czy z jakiegoś powodu mają niższe wynagrodzenie.

Nowy program dla Polski Wschodniej

Głównym celem nowego programu będzie utrwalanie warunków sprzyjających konkurencyjności gospodarki oraz wyższej jakości życia w Polsce Wschodniej. Budżet programu wyniesie 11 miliardów 400 milionów złotych. Z programu korzystać będzie pięć województw: lubelskie, podkarpackie, podlaskie, świętokrzyskie i warmińsko-mazurskie oraz mazowieckie bez Warszawy i dziewięciu otaczających ją powiatów. Pieniądze trafią do programu z funduszy unijnych.

Jak informuje Portal Samorządowy, program będzie funkcjonował pod nazwą Fundusze Europejskie dla Polski Wschodniej. Z Programu Polska Wschodnia dofinansowywane są projekty nastawione na biznes: aktywizacja startupów, wdrażanie innowacji w MŚP, zdobywanie zagranicznych rynków, rozwój firm z wykorzystaniem wzornictwa przemysłowego oraz projekty infrastrukturalne – drogi, ekologiczny transport miejski, koleje.Program został przekazany do Komisji Europejskiej. Obecnie trwają negocjacje ostatecznego kształtu programu.

Największymi beneficjentami programu będą samorządy. Otrzymają fundusze na działania związane z adaptacją miast do zmian klimatu, rozwój systemów transportu miejskiego, drogi wojewódzkie oraz tworzenie atrakcyjnych ponadregionalnych produktów turystycznych.

12 sposobów na uwolnienie miast od samochodów

Pytanie: co mają wspólnego następujące statystyki?

Drugie co do wielkości (i rosnące) źródło zanieczyszczenia powietrza i zmian klimatu w Europie.

Czołowy zabójca dzieci zarówno w USA, jak i w Europie.

Główna przyczyna stresogennego zanieczyszczenia hałasem i skracającego życie zanieczyszczenia powietrza w europejskich miastach. Główny czynnik zwiększający przepaść między bogatymi i biednymi mieszkańcami miast.

Odpowiedź: to pojazdy na naszych ulicach, przede wszystkim nie-taki-znowu skromny samochód osobowy.

Pomimo (powolnej) migracji ku samochodom z napędem elektrycznym, trendy konsumenckie sprawiają, że jazda autem staje się jeszcze bardziej marnotrawna i pozbawia nas równości. Niedawna analiza wykazała, że emisje zaoszczędzone przez samochody elektryczne zostały z nawiązką zniwelowane przez wzrost liczby pojazdów SUV. Na całym świecie same SUV-y emitują więcej dwutlenku węgla niż Kanada czy Niemcy i powodują większy wzrost zanieczyszczenia klimatu niż przemysł ciężki.

Chociaż samochody są czasami niezbędne dla mobilności i integracji społecznej – zwłaszcza osób niepełnosprawnych – miasta skupiające się na samochodach stawiają w niekorzystnej sytuacji swoich już zmarginalizowanych mieszkańców. W Wielkiej Brytanii kobiety, osoby młode i starsze, pochodzące ze społeczności mniejszościowych oraz osoby niepełnosprawne skupiają się w gospodarstwach domowych o najniższych dochodach, a 40% z nich nie posiada samochodu. Z kolei prawie 90% gospodarstw domowych o najwyższych dochodach posiada co najmniej jeden samochód.

Zatem nawyki związane z prowadzeniem pojazdów przez mniejszość nakładają na społeczeństwo wysokie koszty, co jest szczególnie widoczne w miastach. Na przykład Kopenhaga obliczyła, że podczas gdy każdy przejechany na rowerze kilometr przynosi społeczeństwu korzyści w wysokości 0,64 euro (53 pensy), to jednocześnie każdy przejechany kilometr powoduje stratę netto w wysokości -0,71 euro (-59 pensów), gdyż wpływa na indywidualne samopoczucie (fizyczne i psychiczne, zdrowie, wypadki, ruch drogowy) oraz środowisko (klimat, zanieczyszczenie powietrza i hałas). Zatem każdy przebyty kilometr, w którym samochód jest zastępowany rowerem, generuje 1,35 euro (1,12 funta) korzyści społecznych – z czego tylko kilka centów zostałoby zaoszczędzonych, gdyby przejść z samochodu napędzanego paliwami kopalnymi na samochód zasilany energią elektryczną.

Zmniejszenie używania samochodów w miastach

Pół wieku temu duńską stolicę zdominowały samochody. Jednak po oddolnych kampaniach na rzecz zmiany polityki, w tym zastąpienia parkingów bezpiecznymi, wydzielonymi ścieżkami rowerowymi, Kopenhaga zwiększyła udział rowerów we wszystkich podróżach z 10% w 1970 roku do 35% obecnie. W 2016 r. po raz pierwszy w ciągu roku po mieście jeździło więcej rowerów niż samochodów.

Ale chociaż na całym świecie podejmowano wiele innych inicjatyw ograniczających wykorzystywanie samochodów, urzędnicy miejscy, planiści i obywatele nadal nie mają jasnego, opartego na dowodach sposobu ograniczenia korzystania z samochodów w miastach. Nasze najnowsze badanie, przeprowadzone wraz z Paulą Kuss w Centrum Studiów Zrównoważonego Rozwoju Uniwersytetu w Lund i opublikowane w Case Studies on Transport Policy, mają na celu rozwiązanie tego problemu poprzez ilościowe określenie skuteczności różnych inicjatyw mających na celu zmniejszenie wykorzystania samochodów.

Nasze badanie ocenia 12 najskuteczniejszych środków, które europejskie miasta wprowadziły w ostatnich dziesięcioleciach, w oparciu o rzeczywiste dane dotyczące innowacji, począwszy od „marchewki” tworzenia systemów rowerowych i bezpiecznego przemieszczania się pieszo, po „kij” usuwania bezpłatnych parkingów. Ranking odzwierciedla sukcesy miast nie tylko w zakresie wymiernego ograniczenia korzystania z samochodów, ale także w osiąganiu lepszej jakości życia i zrównoważonej mobilności ich mieszkańców.

W sumie przeanalizowaliśmy prawie 800 raportów i studiów przypadków z całej Europy, opublikowanych od 2010 r., szukając tych, które określały ilościowo, gdzie i w jaki sposób miasta skutecznie ograniczyły korzystanie z samochodów. Według naszego przeglądu, najskuteczniejszymi środkami są wprowadzenie opłaty za wjazd do centrum miasta, która obniża poziom samochodów o 12% do 33%, oraz tworzenie ulic wolnych od samochodów i wydzielonych pasów rowerowych, które, jak stwierdzono, zmniejszają wykorzystanie samochodów w centrach miast nawet o 20%.

Nierówności w użytkowaniu samochodów

Samochody są z natury nieefektywne i nierównościowe, jeśli chodzi o użytkowanie terenu i zasobów. Przeciętnie 96% czasu spędzają zaparkowane, zajmując cenną przestrzeń miejską, którą można by wykorzystać do bardziej korzystnych celów, takich jak budownictwo mieszkaniowe i tworzenie parków publicznych. W Berlinie użytkownicy samochodów zajmują średnio 3,5 razy więcej przestrzeni publicznej niż osoby bez samochodów, głównie z powodu parkowania na ulicy.

A najwięcej jeżdżą ludzie bogatsi: w Europie górny 1% pod względem dochodów prowadzi auto prawie cztery razy częściej niż osoby osiągające medianę dochodów, co odpowiada za około 21% ich osobistego wpływu na klimat. W przypadku tych największych emitentów zanieczyszczenie klimatu z powodu jazdy samochodem jest drugim po lotach (które generują średnio dwa razy więcej emisji).

Priorytetowe traktowanie samochodów jako środka transportu sprzyja również rozrastaniu się miast. Na przedmieściach zazwyczaj znajdują się większe domy, które generują wyższy poziom konsumpcji i zużycia energii. Gospodarstwa domowe na przedmieściach Ameryki Północnej konsekwentnie wykazują wyższy ślad węglowy niż te miejskie: jedno z badań w Toronto wykazało, że ślad węglowy na przedmieściach był dwa razy wyższy. Poziom ruchu drogowego rośnie, aby wypełnić rozmiary budowanych dróg – jednak przy planowaniu ruchu rutynowo ignoruje się fakt, że ten „wywołany popyt” wyolbrzymia korzyści i nie bierze pod uwagę kosztów budowy większej liczby dróg.

Pojazdy elektryczne są niezbędne, ale nie są panaceum na wszystko. Ponieważ samochody często jeżdżą po drogach przez długi czas, przejście ku pojazdom elektrycznym jest bardzo powolne. Niektóre badania przewidują stosunkowo niewielkie redukcje emisji w nadchodzącej dekadzie w wyniku upowszechnienia się pojazdów elektrycznych. A nawet jeśli z rury wydechowej samochodu elektrycznego nie wydostanie się nic szkodliwego, zużycie hamulców i opon nadal powoduje powstawanie toksycznego pyłu i zanieczyszczenia mikroplastikiem. Niezależnie od tego, jak samochód jest napędzany, pojawia się pytanie, czy może być efektywne takie wykorzystanie zasobów i przestrzeni, które wydatkuje nawet do 95% energii na transportowanie masy samego pojazdu, a nie pasażerów i towarów?

COVID-19: stracona szansa?

Nasze badanie ocenia innowacje i eksperymenty w zakresie mobilności w miastach, wprowadzone przed ogłoszeniem pandemii. W odpowiedzi na COVID-19 zwyczaje podróżne (przynajmniej na początku) zmieniły się radykalnie. Jednak po znacznym zmniejszeniu liczby pojazdów na wiosnę 2020 r. wykorzystanie dróg i związane z tym poziomy zanieczyszczenia klimatu prawie wróciły do poziomu sprzed pandemii. W Szwecji korzystanie z transportu publicznego spadło o około 42% w pierwszym roku pandemii, jednak poziom podróżowania samochodem zmniejszył się tylko o 7% w tym samym okresie, co doprowadziło do ogólnego wzrostu odsetka korzystania z samochodów.

Chociaż trudno zmienić zakorzenione nawyki, takie jak dojazd samochodem, czas wyzwań, takich jak pandemia, może stanowić dobry moment na poprawę zachowań związanych z przemieszczaniem się – po części dlatego, że ludzie zmuszeni do wdrożenia nowego nawyku mogą odkryć, że ma on nieoczekiwane zalety. Aby takie zachowanie się utrzymało, potrzebne są jednak także zmiany w infrastrukturze miast. Niestety, chociaż europejskie miasta, które wdrożyły niestandardowe pasy ruchu rowerowego kosztem jezdni dla samochodów i w efekcie zwiększyły wskaźniki ruchu rowerowego o oszałamiające 11-48%, teraz powracają do wizji miast skupionych na samochodach, z dodatkowymi pasami dla samochodów i miejscami parkingowymi ponownie wypierającymi pasy dla rowerów i przestrzeń dla pieszych.

Ogólnie biorąc, możliwości dostosowania środków zmiany pandemicznej do celów klimatycznych zostały w dużej mierze zmarnowane. Skala, w jakiej pracownicy powracają do pracy w biurach, to kolejna kluczowa kwestia decydująca o przyszłym użytkowaniu samochodów w miastach. Przemyślane zasady dotyczące podróży, które ograniczają niepotrzebne przemieszczanie się, a także możliwości pełnego uczestnictwa w spotkaniach i konferencjach w sposób zdalny, mogą obniżyć emisje nawet o 94%. Ci, którzy pracują zdalnie trzy lub więcej dni w tygodniu, podróżują mniej niż ich odpowiednicy. Jednak długie dojazdy samochodem mogą szybko zniweczyć takie oszczędności, więc mieszkanie blisko pracy jest nadal najlepszym wyborem.

Nie ma natychmiastowych rozwiązań

Badania mówią jasno: aby poprawić wyniki zdrowotne, osiągnąć cele klimatyczne i stworzyć miasta bardziej przyjazne do życia, ograniczenie korzystania z samochodów powinno stać się priorytetem – i to szybko. Jednak wielu decydentów w Stanach Zjednoczonych i Europie nadal mocno dotuje jazdę autem poprzez kombinację zachęt takich, jak dotacje do produkcji paliw kopalnych, ulgi podatkowe na dojazdy samochodem oraz zachęty dla samochodów służbowych, które promują jeżdżenie autem ponad inne środki transportu. Zasadniczo takie decyzje dotują zanieczyszczających, jednocześnie przerzucając koszty społeczne na nas wszystkich.

Włodarze miast mają do dyspozycji szerszy zakres instrumentów politycznych, niż niektórzy mogą sądzić – od ekonomicznych, takich jak opłaty i dotacje, po behawioralne, jak dostarczanie informacji zwrotnych porównujących decyzje dotyczące typów podróży poszczególnych osób z ich odpowiednikami – mieszkańcami innych miast. Nasze badanie wykazało, że ponad 75% innowacji miejskich, które z powodzeniem ograniczyły wykorzystanie samochodów, zostało wprowadzonych przez lokalne władze – szczególnie tych, które okazały się najbardziej skuteczne, jak opłaty za wjazd do centrum miasta, parkingi i kontrola ruchu oraz strefy ograniczonego ruchu.

Jednak ważnym wnioskiem z naszego badania jest to, że wąskie polityki nie wydają się być zbyt skutecznymi – nie ma rozwiązań natychmiastowych. Miasta odnoszące największe sukcesy zazwyczaj łączą kilka różnych instrumentów politycznych, w tym zarówno „marchewki”, które zachęcają do bardziej zrównoważonych wyborów w zakresie podróży, jak i „kije”, czyli pobieranie opłat za prowadzenie pojazdu i parkowanie, lub ich ograniczanie w ogóle.

Oto 12 najlepszych sposobów na ograniczenie korzystania z samochodów w mieście:

1. Opłaty zagęszczeniowe

Najskuteczniejszym środkiem jest to, że kierowcy płacą za wjazd do centrum miasta, a generowane przez te wpłaty dochody przeznaczane są na alternatywne środki zrównoważonego transportu. Londyn, pionier tej strategii, zredukował ruch w centrum miasta aż o 33% od czasu wprowadzenia opłaty przez pierwszego burmistrza miasta, Kena Livingstone’a w lutym 2003 roku. Z czasem została ona podniesiona z początkowych 5 funtów dziennie do 15 funtów od czerwca 2020 r. Co ważne, 80% zebranych dochodów przeznacza się na inwestycje w transport publiczny.

Inne europejskie miasta poszły w te ślady, przyjmując podobne schematy działania po referendach w Mediolanie, Sztokholmie i Göteborgu – szwedzkie miasta różnią się cenami za parkowanie w zależności od dnia i godziny. Jednak pomimo tego, że opłaty za zatory komunikacyjne wyraźnie prowadzą do znacznego i trwałego zmniejszenia wykorzystania samochodów i natężenia ruchu, nie są one w stanie same w sobie całkowicie wyeliminować problemu zagęszczenia, który trwa z powodu zachęt do jazdy autem i infrastruktury sprzyjającej korzystaniu z samochodów.

2. Kontrola parkowania i ruchu

W wielu europejskich miastach przepisy dotyczące usuwania miejsc parkingowych i zmiany tras ruchu – w wielu przypadkach zastępujące przestrzeń wcześniej przeznaczoną dla samochodów ulicami pieszymi, ścieżkami rowerowymi i innymi miejscami wolnymi od samochodów – okazały się bardzo skuteczne. W Oslo stwierdzono na przykład, że zastąpienie miejsc parkingowych ulicami wolnymi od ruchu samochodowego i ścieżkami rowerowymi zmniejszyło wykorzystanie samochodów w centrum stolicy Norwegii nawet o 19%.

3. Strefy ograniczonego ruchu

Rzym, tradycyjnie jedno z najbardziej zakorkowanych miast Europy, przesunął równowagę w kierunku większego korzystania z transportu publicznego, ograniczając wjazd samochodem do centrum o określonych porach tylko dla mieszkańców oraz tych, którzy płacą roczną opłatę. Polityka ta zmniejszyła ruch samochodowy w stolicy Włoch o 20% w godzinach objętych ograniczeniami, a o 10% nawet w tych godzinach, kiedy wszystkie samochody mogą odwiedzić centrum. Grzywny za naruszenie są wykorzystywane do finansowania systemu transportu publicznego w Rzymie.

4. Usługi transportowe dla osób dojeżdżających do pracy

Najskuteczniejszym środkiem wskazanym w naszym przeglądzie jest kampania mająca na celu zapewnienie usług transportowych dla osób dojeżdżających do pracy w holenderskim mieście Utrecht. Władze lokalne i firmy prywatne współpracowały, aby zapewnić pracownikom bezpłatne bilety na transport publiczny, w połączeniu z prywatnym autobusem wahadłowym, który łączy przystanki tranzytowe z miejscami pracy. Stwierdzono, że program ten, promowany za pomocą planu marketingowego i komunikacyjnego, przyczynił się do zmniejszenia o 37% udziału osób dojeżdżających samochodem do centrum miasta.

5. Opłaty za parkowanie pod miejscem pracy

Innym skutecznym sposobem zmniejszenia liczby dojeżdżających do pracy samochodem jest wprowadzenie opłat za parkowanie w miejscu zatrudnienia. Na przykład duże centrum medyczne w holenderskim mieście portowym Rotterdam osiągnęło redukcję dojazdów samochodowych pracowników o 20-25% dzięki programowi, który nakładał na pracowników opłaty za parkowanie przed biurami, jednocześnie oferując im możliwość „wypłacenia należności” za parking i korzystania za tę kwotę z transportu publicznego. Stwierdzono, że program ten jest około trzy razy skuteczniejszy niż bardziej rozbudowany program w brytyjskim mieście Nottingham, w którym wszyscy pracodawcy z głównych miast dysponujący więcej niż dziesięcioma miejscami parkingowymi pobierali opłatę za parkowanie w miejscu pracy. Zebrane dochody zostały przeznaczone na wsparcie sieci transportu publicznego w regionie Midlands, w tym rozbudowę linii tramwajowej.

6. Planowanie podróży w miejscu pracy

W miastach w całej Europie szeroko stosowane są programy obejmujące ogólnofirmowe strategie podróży i porady zachęcające pracowników do zakończenia dojazdów do pracy samochodem. Duże badanie opublikowane w 2010 r., w którym oceniano 20 miast w Wielkiej Brytanii, wykazało, że po połączeniu pełnego zakresu środków – w tym firmowych autobusów wahadłowych, zniżek na transport publiczny i ulepszonej infrastruktury rowerowej, a także zmniejszeniu liczby miejsc parkingowych, średnio 18% osób dojeżdżających do pracy przesiadło się z samochodu na inny środek transportu. W innym programie w mieście Norwich osiągnięto niemal identyczne wskaźniki, przyjmując kompleksowy plan, ale bez zniżek na transport publiczny. Wydaje się, że te działania typu „marchewka i kij” były bardziej skuteczne niż podejście „tylko marchewka” w aglomeracji Brighton & Hove, polegające na zapewnianiu planów i infrastruktury, takiej jak przechowywanie rowerów w miejscu pracy, w ramach którego 3% pracowników odeszło od korzystania z samochodów.

7. Planowanie podróży uniwersyteckich

Podobnie programy dojazdów na uczelnie wyższe często łączą „marchewkę” promocji transportu publicznego i aktywnego podróżowania z „kijem” zarządzania parkingami na terenie kampusu. Najbardziej udany przykład wskazany w naszym badaniu został osiągnięty przez Uniwersytet w Bristolu, który ograniczył korzystanie z samochodów wśród swoich pracowników o 27%, zapewniając im jednocześnie lepszą infrastrukturę rowerową i zniżki na transport publiczny. Bardziej ambitny program w hiszpańskim mieście San Sebastián był skierowany zarówno do pracowników, jak i do studentów Universidad del País Vasco. Mimo że osiągnięto skromniejszy wskaźnik redukcji, wynoszący 7,2%, bezwzględny spadek wykorzystania samochodów był nadal znaczny w całej populacji dojeżdżających do pracy na uczelniach.

8. Usługi transportowe dla uczelni

Sycylijskie miasto Katania zastosowało wobec studentów podejście oparte wyłącznie na „marchewce”. Oferując im bezpłatny bilet na transport publiczny i zapewniając połączenia wahadłowe do kampusu, miasto osiągnęło 24% spadek udziału studentów dojeżdżających samochodem.

9. Współdzielenie samochodów

Co może zaskakiwać, zgodnie z naszą analizą opinie na temat skuteczności wspólnego korzystania z samochodów okazują się być podzielone. Programy, których członkowie mogą z łatwością wypożyczyć pobliski pojazd na kilka godzin, przyniosły obiecujące wyniki w Bremie w Niemczech i Genui we Włoszech, gdzie każdy współdzielony samochód zastępuje średnio od 12 do 15 pojazdów prywatnych. Takie podejście obejmowało zwiększenie liczby wspólnych samochodów i stacji oraz zintegrowanie ich z obszarami mieszkalnymi, infrastrukturą transportu publicznego i rowerowego.

Oba programy zapewniły również pracownikom wspólne korzystanie z samochodów oraz przeprowadziły kampanie uświadamiające. Jednak inne badania wskazują na ryzyko, że wspólne korzystanie z samochodu może w rzeczywistości skłonić mieszkańców, którzy wcześniej nie korzystali z samochodu, do zwiększenia korzystania z tej formy transportu. Dlatego zalecamy dalsze badania nad projektowaniem programów współdzielenia samochodów, które naprawdę zmniejszą ogólne wykorzystanie aut.

10. Planowanie podróży do szkoły

Dwa angielskie ośrodki miejskie, Brighton & Hove i Norwich, wykorzystały (i oceniły) wskaźnik planowania podróży szkolnych oparty wyłącznie na „marchewce”: udzielając porad dotyczących podróży, planowania, a nawet organizując wydarzenia dla uczniów i rodziców, aby zachęcić ich do spacerów, jazdy na rowerze lub wspólnych przejazdów do szkoły, wraz z zapewnieniem lepszej infrastruktury rowerowej w swoich miastach. W Norwich dzięki temu podejściu udało się zmniejszyć udział samochodów o 10,9%, podczas gdy analiza w Brighton wykazała, że wpływ był o połowę mniejszy.

11. Spersonalizowane plany podróży

Wiele miast eksperymentowało z osobistą analizą podróży i planami dla indywidualnych mieszkańców, w tym Marsylia we Francji, Monachium w Niemczech, Maastricht w Holandii i San Sebastián w Hiszpanii. Okazuje się, że programy te – zapewniając mieszkańcom porady dotyczące dojazdu, jeżdżenia na rowerze lub korzystania z transportu publicznego (czasami ze zniżką) – osiągnęły skromnie brzmiące redukcje o 6-12%. Ponieważ jednak obejmują one wszystkich mieszkańców miasta, w przeciwieństwie do mniejszych populacji, np. osób dojeżdżających tylko do szkoły lub do pracy, podejścia te mogą nadal odgrywać cenną rolę w ogólnym ograniczaniu korzystania z samochodów. (San Sebastián wprowadził równolegle planowanie podróży zarówno na poziomie uniwersyteckim, jak i spersonalizowanym, co prawdopodobnie ograniczy korzystanie z samochodów bardziej niż jednostkowo).

12. Aplikacje na rzecz zrównoważonej mobilności

Technologia telefonii komórkowej odgrywa coraz większą rolę w strategiach ograniczania korzystania z samochodów. Na przykład włoskie miasto Bolonia opracowało aplikację dla osób i zespołów pracowników wybranych firm, aby śledzić ich mobilność. Uczestnicy rywalizowali o punkty za spacery, jazdę na rowerze i korzystanie z transportu publicznego, a lokalne firmy oferowały użytkownikom aplikacji nagrody za osiąganie celów punktowych.

Zainteresowanie taką rywalizacją jest duże – i na pierwszy rzut oka dane z aplikacji w Bolonii wyglądają zaskakująco dobrze. Aż 73% użytkowników stwierdziło, że korzysta ze swojego samochodu „mniej”. Jednak w przeciwieństwie do innych badań, które mierzą liczbę lub odległość podróży samochodem, nie jest możliwe obliczenie zmniejszenia przebytej odległości ani emisji na podstawie tych danych, więc ogólna skuteczność aplikacji jest niejasna. Na przykład pominięcie jednej krótkiej podróży samochodem i zrezygnowanie przez rok z długich dojazdów do pracy liczą się jako jazda „mniej”.

Chociaż dane o mobilności z aplikacji mogą oferować cenne narzędzia do lepszego planowania i usług transportowych, potrzebny jest dobry projekt, aby zapewnić to, że „inteligentne” rozwiązania rzeczywiście zmniejszą emisje i promują zrównoważony transport, ponieważ obecne dowody są mieszane. Na przykład badanie z 2021 r. wykazało, że po wejściu na rynek miejski usługi zamawiania przejazdu, takiej jak Uber lub Lyft, zwiększa się liczba posiadanych pojazdów – szczególnie w miastach już zależnych od samochodów – a korzystanie z transportu publicznego spada na obszarach o wysokich dochodach.

Miasta muszą się wymyślić na nowo

Zmniejszenie zależności od samochodu to nie tylko „fajny pomysł”. Ma ono zasadnicze znaczenie dla przetrwania ludzi i przyrody na całym świecie. Uniknięcie nieodwracalnych szkód i spełnienie zobowiązań wynikających z porozumienia paryskiego wymaga od krajów uprzemysłowionych, takich jak Wielka Brytania i Szwecja, zmniejszenia emisji o 10-12% rocznie – o około 1% każdego miesiąca.

Jednak aż do wybuchu pandemii emisje z transportu w Europie stale rosły. Rzeczywiście, przewiduje się, że obecna polityka doprowadzi w 2040 r. do takie poziomu emisji z transportu, który będzie niemal taki sam w porównaniu z emisjami sprzed 50 lat, czyli z roku 1990.

Aby spełnić cele w zakresie zdrowia i klimatu, władze miast muszą dokonać niezbędnych zmian w kierunku zrównoważonej mobilności, po pierwsze, unikając potrzeby mobilności (jak paryski program „15-minutowego miasta”, który stawia na dostępność wszystkich ważnych usług w odległości 15 minut pieszego marszu); po drugie, przeniesienie pozostałych potrzeb w zakresie mobilności z samochodów na aktywny i publiczny transport tam, gdzie to możliwe; i wreszcie, ulepszanie samochodów, aby były bezemisyjne.

Ta transformacja musi być szybka i sprawiedliwa: włodarze miast i organizacje pozarządowe muszą zaangażować obywateli w budowanie legitymacji politycznej i rozmachu dla tych zmian. Bez powszechnego poparcia społecznego na rzecz ograniczenia liczby samochodów zobowiązanie UE do stworzenia 100 miast neutralnych dla klimatu w Europie do 2030 r. wygląda na odległą perspektywę.

Radykalna redukcja liczby samochodów sprawi, że miasta staną się lepszymi miejscami do życia – i można tego dokonać. Badanie z 2020 r. wykazało, że możemy zapewnić przyzwoity poziom życia dla przewidywanych 10 miliardów ludzi na naszej planecie, zużywając o 60% mniej energii niż obecnie. Ale aby to zrobić, bogate kraje muszą zbudować trzy razy więcej infrastruktury transportu publicznego niż obecnie, a każda osoba powinna ograniczyć swoje roczne podróże od 5000 kilometrów (w gęstych miastach) do 15 000 kilometrów (na bardziej rozległych obszarach).

Pozytywny wpływ ograniczenia liczby samochodów w miastach w postaci bardziej przyjaznych przestrzeni odczują wszyscy, którzy w nich mieszkają i pracują. Jak ujął to dziennikarz odwiedzający niedawno wolne od samochodów belgijskie miasto Gandawa: „Powietrze smakuje lepiej… Ludzie zamieniają swoje ulice w salony i dodatkowe ogrody”.

Miasta muszą na nowo się wymyślić poprzez zmianę tego, co możliwe, aby dopasować je do tego, co konieczne. Muszą zrobić więcej, aby uwolnić się od samochodów.

Kimberly Nicholas

tłum. Magdalena Okraska

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się na stronie internetowej https://theconversation.com/ w dniu 12 kwietnia 2022 roku.

Nie będzie strajku w Polregio

Planowany na 16 maja strajk pracowników Polregio w Łodzi nie odbędzie się. Podpisano porozumienie między stroną związkową a zarządem spółki Polregio, dotyczące wdrożenia podwyżek dla pracowników.

Jak pisze łodzka Wyborcza, wszyscy pracownicy, czyli przede wszystkim maszyniści i pracownicy drużyn konduktorskich, wynagradzani według zakładowego układu zbiorowego pracy, otrzymają wywalczoną podwyżkę. Będzie to 400 zł wliczone do wynagrodzenia zasadniczego – z wyrównaniem od 1 stycznia 2022 r. – oraz 300 zł od 1 stycznia 2023 r.

Przez ostatni miesiąc w całości lub w części odwołanych zostało ponad 250 kursów w regionie łódzkim. Dotyczyły przede wszystkim tras regionalnych do Wielunia, Radomska, Piotrkowa Trybunalskiego, Tomaszowa Mazowieckiego i Opoczna. Nie były realizowane także połączenia poza granice województwa łodzkiego – do Częstochowy, Skarżyska-Kamiennej, Tarnowskich Gór, Ostrowa Wielkopolskiego czy Poznania. Sytuacja dotknęła również popularnych połączeń do Warszawy.

W sytuacji, gdy organizator publicznego transportu zbiorowego (Urząd Marszałkowski Województwa Łódzkiego) nie zawrze aneksu do umowy do 10 czerwca tego roku, pracownicy Polregio będą mogli przeprowadzić strajk w województwie łódzkim.

Pracownicy pomocy społecznej w Łodzi strajkują od dwóch tygodni

Od 26 kwietnia w Miejskim Ośrodku Pomocy Społecznej w Łodzi trwa strajk pracowników socjalnych. To skutek braku porozumienia z pracodawcą w trwającym od ponad dwóch lat sporze zbiorowym. Są oni również zdania, że MOPS nie przygotował ich do obsługi uchodźców z Ukrainy.

Jak informuje Portal Samorządowy, przede wszystkim spór dotyczy wysokości wynagrodzeń. Ponad 65 proc. terenowych pracowników socjalnych łódzkiego otrzymuje najniższe wynagrodzenie.
W czwartek 12 maja protestujący pojawili się na sesji Rady Miasta Łodzi, domagając się przesunięć w budżecie miasta w kwocie 2,8 mln zł na podwyżkę wynagrodzeń.

Strajk w Miejskim Ośrodku Pomocy Społecznej w Łodzi rozpoczął się 26 kwietnia 2022 r. Pracownicy domagają się podniesienia wynagrodzeń do poziomu 105-135 proc. średniej krajowej w zależności od wykształcenia. O pomoc w negocjacjach z miastem w tej sprawie związki zawodowe zwróciły się do minister rodziny i polityki społecznej Marleny Maląg oraz rzecznika praw obywatelskich Marcina Wiącka.

W łódzkim MOPS pracuje ok. 270 terenowych pracowników socjalnych, z których ponad 65 proc. uzyskuje najniższe wynagrodzenie. Pozostali pracują za wynagrodzenie tylko nieco wyższe od płacy minimalnej. Wszyscy są nadmiernie obciążeni pracą. Brakuje ponad 100 pracowników, a kilkunastu młodych pracowników złożyło już wymówienia – poinformowało Biuro RPO. W Łodzi nastąpił paraliż pomocy społecznej. Spowodowało to m.in. brak realizacji zadań obligatoryjnych, subwencjonowanych przez wojewodę. Mieszkańcy nie mają dostępu do świadczeń. Nie jest realizowana praca socjalna.

Pracownicy twierdzą, że pracodawca nie przygotował ich do obsługi uchodźców i nie zorganizował odpowiednio pracy. Miał też nie dostarczyć wymaganych druków, nie rozwiązać problemu bariery językowej oraz nie przygotować platformy cyfrowej.

Spór zbiorowy w MPK Łódź

Związki zawodowe w Miejskim Przedsiębiorstwie Komunikacyjnym w Łodzi weszły w spór zbiorowy z zarządem spółki, oczywiście na tle płacowym.

Jak informuje Dziennik Łódzki, to już trzeci spór w MPK w ciągu trzech ostatnich lat. Pod przekazaną prezesowi Zbigniewowi Papierskiemu (PO) informacją o wejściu w spór podpisało się aż sześć z ośmiu organizacji związkowych działających w spółce. Związki zawodowe chcą wyższych wynagrodzeń o 2 zł za godzinę pracy dla stanowisk robotniczych i 340 zł miesięcznie dla stanowisk nierobotniczych. Wiadomo, że zarząd spółki o oczekiwaniach związkowców poinformował właściciela spółki, czyli prezydentkę Łodzi Hannę Zdanowską.

Niespełnienie postulatów związków zawodowych może skutkować adekwatną do sytuacji reakcją strony społecznej – piszą związkowcy. Oczywiście może to oznaczać możliwość ogłoszenia strajku. Strajk ostrzegawczy odbył się w marcu 2020 r. w warunkach sporu z lat 2019/20. Choć tabor MPK jednego tylko dnia nad ranem wyjechał na trasy o godzinę później, to autobusy i tramwaje znaczące opóźnienia notowały jeszcze do południa.

Załoga MPK liczy obecnie 3,1 tys. zł. Koszt podwyżek od czerwca wyniósłby około 11 mln zł.

Pracownicy Kolei Śląskich będą protestować

W piątek 13 maja pracownicy Kolei Śląskich po raz pierwszy w historii mają protestować.
Zbiorą się przed gmachem Urzędu Marszałkowskiego woj. śląskiego, by wyrazić swój sprzeciw wobec nierównego traktowania pracowników i braku podwyżek.

Jak informuje portal pulshr.pl, kolejarze nagrali zachęcający do strajku filmik i zamieścili go na youtube. To protest o wyższe zarobki, o godne zarobki dla pracowników, którzy naprawdę ciężko pracują. Którzy pracują w soboty, niedziele i święta, którzy wstają do roboty o 2-3 w nocy. Będzie to protest o równe prawo do awansu zawodowego, żeby nie awansowali tylko ci, którzy mają układy partyjne, związkowe czy rodzinne. Będzie to protest o likwidację sztucznych stanowisk – wylicza na nagraniu kolejarz.

Spółka zaznacza, że w Kolejach Śląskich nie jest prowadzony spór zbiorowy.

Mieszkanie prawem, nie towarem

Usłyszałem kiedyś, od kogoś pesymistycznie nastawionego do kierunku rozwoju Szwecji, że aby zobaczyć, jak w przyszłości będzie wyglądała sytuacja w tym kraju, trzeba patrzeć na takie państwa jak Polska. Bo szwedzka gospodarka się powoli liberalizuje, a polska zrobiła to już dawno temu. I może to czytelników zaskoczy, ale sytuacja mieszkaniowa w kraju trzech koron wygląda pod pewnymi względami jak w Polsce lat 90. Mniej więcej połowa ludzi mieszka w domach, mieszkań komunalnych jest ok. 20%, a reszta żyje głównie w blokach spółdzielczych. Mieszkań nie buduje się już tyle co kiedyś, a tych komunalnych ubywa. Prawo zliberalizowano i stworzono ułatwienia dla rozwoju własności prywatnej. A państwo nie inwestuje już w budownictwo społeczne tyle, co kiedyś. Na pozór – nie wygląda to dobrze. Na szczęście dla Szwedów to, co u nas trwa już od lat, tu dopiero się zaczyna i wcale niekoniecznie będzie postępować.

A jak jest konkretnie? Na przykład moi koledzy z pracy w firmie przeprowadzkowej w Szwecji, zarabiający nieco poniżej mediany wynagrodzeń, są w stanie wynajmować dwu- lub trzypokojowe mieszkania w 60-tysięcznym mieście, co pochłania mniej więcej 1/3 ich pensji. Coś, co nieraz mnie zaskakiwało, to fakt, że znajomi single mieszkają sami, niekoniecznie w kawalerkach, co wydawałoby się naturalne z polskiej perspektywy, lecz w dwóch, a nawet w trzech pokojach. Cóż, zwyczajnie ich stać. Ponadto, o ile przeciętne mieszkanie w kraju nad Wisłą ma ok. 61 metrów kwadratowych, to w Szwecji aż 86 – dobre dwa pokoje różnicy.

Średnia cena wynajmu 70-metrowego mieszkania w śródmieściu Sztokholmu, w lokalu wybudowanym po 2011 roku, to 13 800 tysięcy koron. Osoba zajmująca się np. sprzątaniem i pobierająca minimalną przewidzianą dla tej branży pensję, zarobi miesięcznie niewiele więcej, ok. 18 tys. koron. Ale mówimy o nowych mieszkaniach w stolicy, w miejscu, w którym czynsze są najwyższe w całym kraju i o zawodzie, który ma jedne z najniższych wynagrodzeń. Tymczasem według danych związku lokatorów (Hyregastforeningen) średni dla całej Szwecji czynsz za 70-metrowe mieszkanie wynosi obecnie ok. 7 tysięcy koron, przy przeciętnym wynagrodzeniu 36 tys. koron brutto (ok. 28 tys. na rękę). Da się więc godnie mieszkać taniej.

To, co w kraju trzech koron łatwo rzuca się w oczy, to fakt, że budynki i podwórka są tu bardzo czyste i estetyczne. Dla mnie jako Dolnoślązaka standardem w centrach miast są masy kamienic, w których mimo usilnych akcji rewitalizacyjnych zazwyczaj sypie się tynk, łuszczy farba, podchodzi wilgoć, a klatki wyglądają i pachną niekoniecznie ładnie. To chyba największa różnica widoczna gołym okiem względem Szwecji, gdzie czegoś podobnego po prostu nie ma. Stare budynki w centrach miast są dobrze utrzymane. Duże blokowiska z wielkiej płyty w tzw. gettach wyglądają zupełnie tak, jak zadbane polskie osiedla. Estetyczne, z czystymi wnętrzami i dobrą infrastrukturą na podwórkach.

Wynika to nie tylko z ogólnej wyższej zamożności społeczeństwa, a na pewno nie z lepszych warunków klimatycznych. Nawet niekoniecznie z innej kultury. Spore znaczenie ma fakt, że wysokość czynszów w danym budynku jest powiązana z tym, w jakim on jest stanie, tzw. wartością użytkową, a związek lokatorów bierze udział w negocjowaniu wysokości opłat. Jeśli właściciel/spółdzielnia/gmina nic nie robi, to czynsz nie powinien być podwyższany. To ciekawy mechanizm, który skłania instytucje czy osoby posiadające budynki do większych starań o poczucie komfortu mieszkańców. Wpływ lokatorów na wysokość czynszu powoduje, że ceny nie są zostawione tylko rynkowi. Drugi czynnik brany jest pod uwagę przy ustalaniu wysokości opłat to odniesienie do innych budynków o podobnych warunkach. Do 2011 r. panowała zasada, że ceny w obiektach prywatnych i spółdzielczych są zależne od zasadniczo niskich cen w budynkach komunalnych. Regułę tę jednak rozluźniono za rządów liberałów z partii Moderaterna (M). Oddzielenie powiązania czynszów komunalnych i innych spowodowało wzrost tych drugich. Wciąż jednak ceny są pośrednio kontrolowane przez lokatorów, a państwo ma wpływ na ich wysokość poprzez gminy, które utrzymują zasoby komunalne. Ewentualne spory co do wysokości czynszu rozstrzygają specjalne sądy poświęcone właśnie temu problemowi (Hyresnamnden). Przy nieadekwatnych opłatach sąd może zarządzić zwrot pieniędzy, które najemca niesłusznie zapłacił.

Ogólnie w Szwecji około połowa obywateli żyje w domach jednorodzinnych. Te w zdecydowanej większości są własnością prywatną mieszkańców. Druga połowa zamieszkuje mieszkania w obiektach wielorodzinnych. Wśród nich mamy mieszkania komunalne i spółdzielcze (w tym spółdzielcze własnościowe) oraz na wynajem ze spółek prywatnych. Są też mieszkania zupełnie własnościowe. Te ostatnie buduje się dopiero od 2009 roku, ale w niewielkich ilościach i ich suma na rynku jest marginalna. Lokale komunalne, kluczowe dla kształtowania polityki państwa w tym zakresie, stanowią prawie 20% całego zasobu mieszkaniowego w kraju.

Trzeba zaznaczyć, że prawo do lokalu komunalnego w Szwecji ma każdy. Nie jest ono zależne od wysokości dochodów tak jak przyjęto w wielu innych państwach, także w Polsce. Dla ludzi w trudniejszej sytuacji przewidziano za to dopłaty do czynszów. Przysługują one np. emerytom, młodym singlom i osobom z dziećmi.

Ale skąd wziął się tak poważny udział mieszkań państwowych w kraju kapitalistycznym? Zaczęło się w okresie międzywojennym, kiedy wskutek wzrostów czynszów powstawały pierwsze w Szwecji związki lokatorów domagające się regulacji czynszów i interwencji państwa. Związki odnosiły pewne lokalne sukcesy, np. w Goeteborgu i Sztokholmie, ale poważne zmiany nastąpiły dopiero w czasie długich, czterdziestoletnich rządów socjaldemokratów (1936-76). Zaczęły przebijać się m.in. wyśmiewane dzisiaj przez polski mainstream idee o tym, że mieszkanie jest prawem, nie tylko towarem. W latach 40. rządzący postanowili nie tylko zaangażować państwo do budowy mieszkań, ale nawet poprawić jakość zabudowy kraju przez częściowe wyburzenia źle utrzymanych kwartałów w miastach. Kulminacją wpływu państwa na mieszkalnictwo było powołanie, z poparciem opozycji, tzw. Miljonprogrammet.

Był to plan budowy miliona mieszkań w latach 1965-75. Rozpoczęty zaraz po zatwierdzeniu, okazał się sukcesem. Przy czym większość powstałych wtedy lokali była własnością spółek gminnych zatem były to mieszkania komunalne. Miljonprogrammet był bardzo ambitny, ale nie jedyny. W sumie w latach 1950-80 w Szwecji wybudowano, w przeliczeniu na liczbę ludności, najwięcej mieszkań w całej Europie.

Pewne zmiany w polityce mieszkaniowej państwa zaczęły następować w latach 90., począwszy od czteroletnich rządów liberałów. Socjaldemokraci (S) także ulegli duchowi czasów utrzymując tendencje pro-prywatyzacyjne oraz liberalizujące budownictwo i zasady wynajmu wprowadzane przez kolejne rządy centroprawicy jeszcze na początku XXI wieku.

Jednym z ciekawszych wydarzeń politycznych ostatnich lat była zeszłoroczna próba częściowego urynkowienia czynszów w Szwecji. Reforma miała dotyczyć tylko nowo wybudowanych obiektów, w których czynsze mogłyby nie podlegać negocjacjom ze związkiem lokatorów. Był to postulat zaproponowany przez S wskutek kryzysu rządowego i próby dogadania się z liberałami. Ostatecznie po sprzeciwie partii Lewicy premier Socjaldemokratów podał się do dymisji. Cała sytuacja była jednak o tyle oryginalna, że według badań związku lokatorów zdecydowana większość Szwedów nie popiera urynkowienia czynszów. Nawet przeważająca część elektoratu liberałów jest takiego zdania. A 70% respondentów uważa też, że państwo nie tylko powinno wpływać na budowę większej ilości mieszkań, ale powinny to być przede wszystkim lokale na wynajem. Co znamienne, tuż po kryzysie rządowym prezentująca właśnie takie stanowisko partia Lewicy zanotowała zauważalny wzrost poparcia w sondażach, z 9 do 12%, kosztem spadku notowań Socjaldemokratów. Ma to znaczenie o tyle, że w obliczu jesiennych wyborów do parlamentu nie jest wykluczone, że te dwa ugrupowania będą tworzyć przyszłą koalicję rządową. A to, sądząc po nastrojach wyborców, mogłoby oznaczać zwiększanie roli wynajmu komunalnego.

Oczywiście sytuacja mieszkaniowa w Szwecji nie jest wolna od problemów. Jednym z kluczowych jest długi czas oczekiwania na lokale komunalne. W dużych miastach przekracza nawet 10 lat, w mniejszych czekać trzeba od kilku miesięcy do kilku lat. Taki stan rzeczy jest wynikiem bardzo dużego wzrostu liczby ludności Szwecji w związku z imigracją zarobkową i polityką prouchodźczą. W czasie dekady Miljonprogrammet ludność kraju zwiększyła się tylko o 130 tys. Przez ostatnie 15 lat, kiedy mieszkań wybudowano znacznie mniej, ludzi przybyło aż 1,3 mln (z 9 mln w 2005 do 10,3 mln obecnie)! Nie może więc dziwić realny niedobór, a także obecne wśród Szwedów poczucie pogorszenia sytuacji. Warto tu jednak dokonać porównania do Polski. W Szwecji obecnie na 1000 osób przypada ok. 470 mieszkań. W Polsce ok. 390 i to mniejszych. A dane te nie uwzględniają jeszcze uchodźców z Ukrainy. Trudno uciec od stwierdzenia, że lepszy szwedzki kryzys niż polski boom budowlany.

Mimo to związek lokatorów północnego królestwa spogląda z zazdrością w stronę Finlandii, przytaczając dane, że tam na budownictwo mieszkaniowe przeznacza się z budżetu 1,5% PKB, a w Szwecji „tylko” 1%. W Polsce według danych NIK na rok 2019 było to, uwaga, 0,08%. Sześć razy mniej niż średnia unijna, kilkanaście razy mniej niż w Skandynawii…

Przeglądając programy polskich partii politycznych można zauważyć, że budowa przystępnych cenowo mieszkań na wynajem zaczyna się przebijać jako jedno z możliwych rozwiązań. Program „Mieszkanie plus” jest nawet pierwszą realną próbą realizacji tych dążeń, choć trudno nazwać go sukcesem. Nie jest też nawet przeciwwagą dla postępującej od dekad wyprzedaży polskich zasobów komunalnych. Niewątpliwie problem zaczyna się ostatnio robić dostrzegalny, szczególnie w związku z trudnościami kredytowymi umiejącej nagłośnić swoje sprawy klasy średniej. Szukając inspiracji do działań pomagających wszystkim, warto więc czasem spojrzeć na północ. Bo tu nie jest może idealnie, ale na wynajem stać praktycznie każdego. Nikt też nie jest skazany na brzemię kredytu. A to już coś.

Maciej Zaboronek

Pracować mniej?

Niemcy pracują średnio niespełna 35 godzin tygodniowo. Wielu chciałoby pracować mniej, a połowa czuje się zagrożona wypaleniem.

Jak wynika z badań Federalnego Urzędu Statystycznego pracownicy w Niemczech pracują średnio 34,8 godzin tygodniowo. W porównaniu z UE Niemcy są jednym z krajów o najmniejszej liczbie godzin pracy w tygodniu, zajmując trzecie miejsce od końca. Według badania Fundacji Bertelsmanna pracownicy chcieliby pracować średnio jeszcze mniej.

Istnieje wiele czynników, które decydują o tym, jak bardzo jesteśmy zadowoleni z pracy. Badania pokazują, że ogromne znaczenie ma kwestia decydowania o własnym czasie pracy. Ważny jest również aspekt możliwości wyboru miejsca, w którym pracujemy.

Na poczucie szczęścia duży wpływ ma uznanie, np. pochwała przełożonego. Jednym z decydujących czynników, jeśli chodzi o równowagę między życiem zawodowym a prywatnym oraz satysfakcję z pracy, są jednak dochody.

Uniezależnić Polskę od leków zza granicy

31 maja Agencja Badań Medycznych ogłosi konkurs na opracowanie nowych leków generycznych i biopodobnych. Do naukowców trafi 150 mln zł. Wsparcie rynku leków przez ABM ma przyczynić się do uniezależnienia Polski od zagranicznych producentów i dostawców.

Jak informuje portal wnp.pl, zgodnie z danymi ABM nawet 40 proc. leków sprzedawanych w Unii Europejskiej pochodzi z Azji, a 80 proc. substancji aktywnych produkują Chiny i Indie. W Polsce tylko około 30 proc. leków sprzedawanych w aptekach pochodzi z produkcji lokalnej.

Wsparcie rynku leków generycznych i biopodobnych przez Agencję Badań Medycznych ma przyczynić się do zapewnienia bezpieczeństwa lekowego, uniezależnienia Polski od zagranicznych producentów i dostawców oraz wzrostu PKB – napisano w komunikacie ABM.

Ponadto, jak wskazuje ABM, pandemia SARS-CoV-2 ujawniła wiele problemów związanych z systemem opieki zdrowotnej. W warunkach kryzysowych łańcuchy dostaw od producentów zagranicznych mogą się przerwać i doprowadzić do braku leków, stwarzając dodatkowe zagrożenie dla życia i zdrowia pacjentów. Bezpieczeństwo lekowe może zagwarantować produkcja podstawowych leków w kraju. Pomysłodawcy konkursu podkreślają, że kluczowe jest stworzenie w Polsce odpowiednich warunków dla przemysłu farmaceutycznego, aby zachęcić do zainwestowania w produkcję gotowych leków, zwłaszcza generycznych i biopodobnych.

Dom dla osób niepełnosprawnych

600 mln zł zostanie przeznaczone na rozwój trzech programów mieszkaniowych dla osób z niepełnosprawnościami oraz ich rodzin.

Wiceminister Paweł Wdówik podczas konferencji prasowej przekazał, że z funduszu PFRON uruchomione zostaną trzy programy mieszkaniowe, na które zostanie przeznaczone 600 mln zł. Program nie zakłada niestety budowania nowych mieszkań, a jedynie ich dostosowywanie do potrzeb osób niepełnosprawnych lub wynajem.

Jak informuje Portal Samorządowy, pierwszy i największy program wspomaganych społeczności mieszkaniowych to coś, o co bardzo zabiegały rodziny osób z największymi niepełnosprawnościami. W jego ramach tworzone będą małe, kameralne miejsca gwarantujące możliwość zamieszkania. Drugi program, na który przeznaczone zostało 150 mln złotych, to program dla absolwentów. Osoba z niepełnosprawnością musi mieć ukończone 18 lat i być zdolna do podejmowania czynności prawnych, żeby najpierw w ten program wejść, a później wynająć mieszkanie.

Trzeci program, również z budżetem 150 mln zł, jest skierowany do osób z niepełnosprawnością, uwięzionych w mieszkaniach, budynkach z barierami architektonicznymi.Tutaj można otrzymać dofinansowanie do równowartości 15 mkw. nowego mieszkania, które jest wolne od barier.

Większe zarobki, ale dłuższy staż?

Dokładnie 4432,15 zł brutto ma od 1 września 2022 r. wynosić średnie wynagrodzenie nauczyciela stażysty – wynika z projektu kolejnej nowelizacji ustawy Karta Nauczyciela, która trafiła do konsultacji. W ten sposób Ministerstwo Edukacji i Nauki zamierza przyciągnąć młodych ludzi do zawodu. Chce jednak w zamian, by ten okres przygotowania do zawodu trwał blisko 4 lata i wprowadza do pensum dodatkową godzinę dostępności.

Jak pisze Portal Samorządowy, do konsultacji trafił projekt zmian w Karcie Nauczyciela, które mają uregulować na nowo system awansu zawodowego. Zniknie staż i stopień nauczyciela kontraktowego, a w jego miejsce pojawi się przygotowanie do zawodu nauczycielskiego, które potrwa 3 lata i 9 miesięcy. Zmiany pozwolą wygenerować podwyżkę dla osób rozpoczynających pracę w zawodzie. Jednocześnie zostanie wprowadzona dodatkowa godzina do dyspozycji dyrektora.

Projektowane zmiany zakładają skrócenie awansu zawodowego do dwóch stopni – nauczyciela mianowanego oraz nauczyciela dyplomowanego, przy jednoczesnym wydłużeniu stażu nauczycielskiego, który według projektu będzie się teraz nazywał „przygotowaniem do zawodu nauczycielskiego”.

Osoby, które się na to zdecydują, otrzymają wynagrodzenie w wysokości 4432,15 zł brutto, a więc o 729 zł więcej niż zarabia obecnie nauczyciel stażysta z przygotowaniem pedagogicznym oraz o 332 zł więcej niż wynosi pensja nauczyciela kontraktowego, który to stopień zniknie z systemu.

Owo przygotowanie do zawodu ma trwać 3 lata i 9 miesięcy, po których kandydat na nauczyciela będzie mógł przystąpić do egzaminu na pierwszy stopień awansu zawodowego – nauczyciela mianowanego. Od tej projektowanej reguły przewidziano oczywiście wyjątki. W przypadku osób, które: posiadają stopień naukowy lub prowadziły zajęcia w szkole za granicą, lub przed podjęciem pracy w szkole były nauczycielem akademickim przez co najmniej 3 lata, lub posiadają co najmniej pięcioletni okres pracy i znaczący dorobek zawodowy, dyrektor szkoły może skrócić okres przygotowania do zawodu do 2 lat i 9 miesięcy.

Projektodawca utrzymał jednorazowy dodatek na start w wysokości 1000 zł, którego nie było w założeniach zmian obowiązujących jeszcze jesienią 2021 r. Będzie on wypłacany osobom rozpoczynającym przygodę z zawodem nauczycielskim. Wyraźnie też określono formę zatrudniania nauczycieli w okresie przygotowania do zawodu nauczycielskiego – będą oni zatrudniani na czas nieokreślony. Dopiero gdy taki nauczyciel w ciągu 6 lat nie zrobi stopnia awansu nauczyciela mianowanego, umowa z nim będzie rozwiązana. Będzie ona mogła być przedłużona o rok, ale już jako umowa na czas określony.

Stanisław Posner: Robotnicze święto majowe (1920)

Od najdawniejszych czasów, jak ludzkość tyko pamięcią może sięgnąć, obchodzono na świecie – święta majowe. Maj to święto Wiosny. Po długiej zimie, po śnieżnych zadymkach, po mroźnych podmuchach, które kładą ziemię do snu wielomiesięcznego, gaszą energię człowieka, zamykają go w czterech ścianach, koło rozpalonego ogniska – przychodzi Wiosna. Budzi się natura do nowego życia. Niebo już nie ciąży na nas niby ołowiana pokrywa. Słońce podnosi się wyżej, widnokrąg staje się szerszy, Człowiek oddycha pełniejszą piersią. Wychodzi w pole, orze, sieje.

Maj odwiecznie był świętem człowieka. Z majem wiązały się wszelkie wspomnienia człowieka i zbiorowisk ludzkich. Maj był miesiącem bóstw specjalnych u Egipcjan, u Rzymian, u Greków, u Słowian. I Kościół wykorzystał te prastare wierzenia ludzkości i corocznie można widzieć na wsi pochody pobożnych włościanek i dzieci, pielgrzymki do figury, pod którą pobożne gromady śpiewają odpowiednie pieśni nabożne.

Kiedy ruch robotniczy po pogromie Komuny Paryskiej w roku 1871 zaczął wszędzie na świecie porastać w siłę, zaczęły się w nim budzić tendencje porozumienia na gruncie międzynarodowym. Międzynarodówka, założona przez Karola Marksa w roku 1864, rozpadła się pod wpływem pogromu paryskiego i pod wpływem agitacji anarchistycznej Bakunina. Ale potrzeba porozumienia, zespolenia sił na gruncie międzynarodowym istniała wszędzie, gdzie tylko ruch robotniczy zaczął dojrzewać i rozwijać się. Wszędzie odbywały się kongresy. Wszędzie, gdzie na to pozwalały warunki miejscowe. W Niemczech panowały prawa wyjątkowe (od r. 1878), w Rosji i w Królestwie Polskim – rządził carat i dławił wszelkie zapoczątkowanie ruchu robotniczego. W Galicji rząd austriacki więził socjalistów, tak samo – w Księstwie Poznańskim. Jednak gdy w roku 1888 kongres amerykańskich robotników, odbyty w mieście Saint-Louis, postanowił urządzić święto robotnicze międzynarodowe, myśl ta podchwycona została przez socjalistów całego świata. W roku 1889 zebrał się po raz pierwszy na nowo kongres międzynarodowy robotniczy w Paryżu. Uchwalono obchodzić uroczyście w całym świecie robotniczym we wszystkich organizacjach dzień pierwszego maja 1890 roku. We wszystkich krajach tego samego dnia proletariat porzuci jak jeden mąż pracę i zaświadczy w ten sposób, że jest solidarny wobec burżuazji i kapitalizmu. Zażąda też wszędzie 8-godzinnego dnia roboczego, które to żądanie wspólne dla klasy pracującej świata całego wypisane zostanie na czerwonych sztandarach, które opaszą świat cały jedną szkarłatną wstęgą żądań robotniczych, klasowych i rewolucyjnych i pod lazurowym niebem majowym zabłyszczą zapowiedzią i nadzieją nowego porządku, który będzie dziełem robotników…

W całym świecie zapanowała podówczas radość niezmierna. Żył jeszcze podówczas francuski socjalista utopijny Wiktor Considerant. Liczył podówczas lat osiemdziesiąt. Ogłosił on list treści następującej: „Zjednoczenie robotników całego świata – nawołuje do obchodu rocznicy, która zostanie na zawsze wielką datą w dziejach świata. Widzę w tym obchodzie pierwszy obchód braterstwa ludów i wyzwolenia pracy, wyzyskiwanej i okradanej od początków samych społeczeństwa ludzkiego na ziemi. Widzę w tym obchodzie zapowiedź nowych czasów, kiedy społeczeństwo, oparte raz na zawsze na Sprawiedliwości, będzie rzeczywistą harmonią interesów i sił, trawionych dotychczas w walkach, bezrozumnych i brutalnych; kiedy społeczeństwo odda na użytek wszystkie niewyczerpane i nieograniczone potęgi twórcze Nauki i Pracy; kiedy zacznie się na ziemi panowanie Rozumu”.

Od owego dnia, od 1 maja 1890 roku minęło lat trzydzieści z górą i tyleż było odtąd na świecie obchodów majowych. Nie wszędzie były one udane, w niektórych krajach, na przykład w Niemczech, proletariat w pierwszych latach me obchodził święta majowego przy pomocy strajku, bał się niepowodzenia. Ale w innych krajach od samego początku obchodzono 1 maja uroczyście i wedle uchwał kongresu międzynarodowego. W Polsce pierwsze święto majowe obchodzono uroczyście w roku 1891 (we Lwowie, Krakowie, Żyrardowie). W Łodzi w r. 1892 ruch wybuchł z siłą żywiołową, objął wszystkie fabryki i zaimponował nie tylko policji carskiej, ale i całemu społeczeństwu. Policja obchodziła ten dzień na swój sposób. Chwytała robotników, masowo wsadzała ich do więzienia, katowała kogo mogła, zsyłała na osiedlenie do Rosji i na Syberię. Co roku powtarzały się te uroczystości, które z biegiem lat nabierały coraz poważniejszego znaczenia. Gdy od początku stulecia zaczął się szerzyć poważniejszy ruch rewolucyjny w państwie rosyjskim i w Królestwie Polskim, święto majowe nabrało szczególnej siły. W Łodzi, w Warszawie, w Żyrardowie, w Zagłębiu strzelano do robotników świętujących spokojnie i radośnie święto proletariatu. Więzienia były pełne na długo przed świętem majowym. Były pełne długo po święcie majowym. W ten sposób dzięki rządom carskim święto majowe, które miało trwać dzień jeden – trwać musiało tygodnie całe i zwracało uwagę całego społeczeństwa. Była to propaganda pierwszej klasy na rzecz socjalizmu i robotników. Świat robotniczy stawał się siłą, która wylewała się na ulice, wypełniała powagą swoją całe miasta i świadczyła przed oczyma zdumionej burżuazji, że hasło „proletariusze wszystkich krajów łączcie się” nie jest tylko zlepkiem wyrazów bez głębszego znaczenia, ale jest potęgą, która dziś, jutro stanie ramię przy ramieniu w obliczu Kapitału międzynarodowego i zażąda rachunku.

Burżuazja żartowała sobie początkowo ze święta majowego. Ale z biegiem lat zmieniła zupełnie swój pogląd na tę manifestację. W roku 1906 w przededniu wyborów do parlamentu francuskiego Paryż wyglądał jak gdyby w nim nie było nikogo prócz robotników. Burżuazja zapowiadała po cichu powtórzenie Komuny. Strajk istotnie udał się ponad wszelkie oczekiwania. Żaden sklepikarz nie odważył się otworzyć kramu, żaden tramwaj, żadna dorożka, żaden omnibus nie wyruszył na ulicę. W wigilię święta majowego tłumy burżuazji paryskiej pouciekały na prowincję, w okolice Paryża, a ci, którzy nie wyjechali, chowali się po domach za spuszczonymi żaluzjami, firankami i roletami. Bramy bogatych domów i niezliczonych pałaców paryskich były zabarykadowane. Na ulicach snuły się tłumy rozbawionych robotników i szły wszędzie w szyku bojowym tłumy – żołnierzy! Robotnik tego dnia był naprawdę panem stolicy Francji!

W tym samym czasie proletariat Warszawy, Łodzi, Sosnowca, Radomia itd., itd. nie tylko snuł się po ulicach miast polskich w dawnej Kongresówce, ale ginął od kul kozackich, trzymając wysoko nad głowami tłumu sztandar czerwony! To były lata sławnej, ofiarnej, bohaterskiej Rewolucji. Kto pamięta Warszawę 1905 i 1906 r., ten przypomina sobie, że święto majowe było podówczas świętem powszechnym. Żadnego ruchu kołowego na ulicach. Sklepy zamknięte. Ulice, ogrody, aleje pełne tłumu. Nikt bram nie barykadował. Być może, że byli tchórze podszyci rublami, którzy trwożliwie i zza spuszczonych rolet wyczekiwali końca święta i tęsknym uchem wsłuchiwali się w echa ulicy, czy aby nie słychać już grzmotu armat skierowanych przeciwko robotnikom. Żadna gazeta nie wychodziła. W dzielnicy robotniczej – sztandarki czerwone umajone kwiatami, dzieci świątecznie ubrane, śpiewające „Czerwony Sztandar”, „Warszawiankę”. Sklepiki zamknięte, a przed sklepikiem – handlarz w odświętnym ubraniu przyglądający się tłumowi, co głosem płynącym z piersi wypełnionej entuzjazmem i wiarą – śpiewa pieśń Nadziei, pieśń lepszego Jutra, pieśń wielkiej przemiany społecznej! Gdy dziś z odległości lat kilkunastu wspominamy owe wielkie chwile, wydaje nam się, że byliśmy świadkami podówczas narodzin nowego świata. Ginął wyzysk, ginęła nieprawda, ginęła niesprawiedliwość i krzywda mas uznojonych! Powstawał, rodził się – cudowny, marzeniem owiany świat nowy, świat nowej Prawdy, rodził się nowy człowiek zbiorowy, zwycięski Proletariat, który przychodził żądać rachunku od złych gospodarzy, wypędzał najeźdźcę z kraju i głośno, na cały świat wołał, że Polska żyje i że ta Polska nie będzie Polską spekulantów ani fabrykantów, że to nowa Polska Pracy i Miłości, solidarności robotniczej, solidarności pracy fizycznej i umysłowej! I kiedy ten świętujący proletariat ginął od kul kozackich, ginął ze sztandarem buntu i nadziei w mężnej dłoni i młode ciała pokrywał całun czerwony i wszyscy, i robotnicy, i burżuazja, i pachołek policyjny, i żołdak obcy wiedzieli, że z kości tego, który pod tym całunem czerwonym spoczywa, narodzi się Mściciel ludowy, co przyjdzie i z martwej dłoni podejmie stary sztandar dziurawy od kul, osmalony prochem, spłowiały a wiecznie od „robotniczej krwi” czerwony.

Dziś, jak przed piętnastu laty, świat robotniczy Polski z tym samym sztandarem czerwonym świętować będzie pierwszego maja. Ileż rzeczy uległo zmianie od owej świętej daty 1905 i 1906 roku! Nie ma już dziś najeźdźców obcych w Polsce! Jest Polska wolna i niepodległa! Wolność, o którą walczył podówczas proletariat, została urzeczywistniona w tej mierze przynajmniej, że nie ma kozaków w Warszawie ani Austriaka w Krakowie, ani pikelhauby w Poznaniu. I dziś w warunkach nowych, w warunkach Wolności narodowej proletariat może walczyć o swoje klasowe robotnicze cele. Dziś on już jest równy proletariatowi Francji, Włoch, Anglii… Dziś na równi z robotnikami zorganizowanymi klasowo, zawodowo, politycznie – występuje na arenę dziejową ze starym sztandarem czerwonym w ręku. Świętuje stare święto robotnicze, zapowiadając, że nie spocznie, aż solidarnie z braćmi robotnikami wszystkich wolnych krajów wywalczy nowy świat społeczny. Że nie spocznie, aż ustaną krzywda i wyzysk i deptanie człowieka. Że nie spocznie, aż jeden tylko robotnik pozostanie nieuświadomiony, nie wiedzący, nie znający siły swojej, potęgi solidarności klasowej i celów, wielkich dziejowych celów socjalizmu. Do tych mas uznojonych, żyjących jeszcze w wiekuistej nocy nieświadomości i ciemnoty, ten świadomy, widzący i zorganizowany robotnik woła: „mógłbyś, gdybyś chciał tylko! przejrzałbyś, gdybyś wiedział!”.

Mógłbyś dźwignąć świat z posad, gdybyś wolę swoją zorganizował. Mógłbyś znieść krzywdę i wyzysk i nieprawdę. Mógłbyś nowy ład na świecie zaprowadzić. Mógłbyś szczęścia stworzyć podwaliny – słońca światłem i radością wypełnić ten świat dzisiejszy smutku i chłodu i nocy. Gdybyś chciał tylko, robotniku! Gdyby wola twoja była rozumna, wyrobiona, świadoma, silna!

Przejrzałbyś! Spadłaby z oczu twoich zasłona, spadłoby bielmo, co nie pozwala ci widzieć Prawdy, co zakrywa przed tobą istotę rzeczy, co każe ci żyć głupim frazesem, powtarzać ,,za księdzem pacierz”, słuchać złych doradców. Przejrzałbyś, gdybyś wiedział… Gdyby przemówiła do ciebie Wiedza wielkim, mocnym, stanowczym głosem swoim. Gdyby odsłoniła przed tobą wszystkie swoje tajemnice, gdybyś dzięki niej zrozumiał zasady, na których spoczywa życie współczesne, życie na kłamstwie społecznym i moralnym opartego Kapitalizmu, gdybyś dzięki niej nauczył się odróżniać prawdę od kłamstwa, ziarno zdrowe od plew i oszwabek, gdybyś dzięki niej nauczył się odróżniać fałszywych proroków od przyjaciół, nędznych faryzeuszów, podstępnych świętoszków, co wciąż Ojczyznę i postęp mają na ustach, a rękami zgarniają do wiecznie rozwartych trzosów – miliardy pracą twoją zdobyte!

Słyszysz, bracie i towarzyszu? Mógłbyś, gdybyś chciał tylko; przejrzałbyś, gdybyś tylko chciał wiedzieć!

Pracujmy, abyśmy wiedzieli i przejrzeli, abyśmy chcieli i mogli!

Czas nagli. Czas nie czeka. Pracujmy, abyśmy nie przychodzili ostatni na szaniec dźwigany łączną, solidarną pracą międzynarodowego proletariatu.

Pracujmy, aby warunki pracy były lepsze, aby udział robotników w zarządach fabryk był coraz poważniejszy, aby wyzysk był coraz mniejszy. Pracujmy, aby oświata była coraz większa i coraz poważniejsza. Pracujmy, aby socjalistów było coraz więcej w radach miejskich, w urzędach, w sejmie. Aby żadna ustawa nie mogła przyjść do skutku bez naszego w jej opracowaniu udziału.

Pracujmy, aby proletariat miast i wsi, który jest najpotężniejszym w kraju czynnikiem, gdy chodzi o liczbę, stał się najpotężniejszym czynnikiem władzy i rządu.

Oto, co znaczyć będą sztandary czerwone, które proletariat zorganizowany poniesie pierwszego maja tego roku ponad głowami tłumów. Ten świat nasz będzie i nasza nim rządzić będzie Prawda! Nie będzie ani Wyzysku, ani Krzywdy, ani bezładu, ani bezrządu. Ci, co pracują, będą tym światem rządzili. Ci, co pracują dłonią czy głową, proletariusze kielni i pióra, robotnicy miast i wsi, urzędnicy, nauczyciele, pisarze – cierpiący od niesprawiedliwości społecznej, krzywdzeni i wyzyskiwani pójdą pod jednym sztandarem, aby w oczach świata zaświadczyć o solidarności klasowej i rewolucyjnej zorganizowanego i międzynarodowego proletariatu. Pierwszego maja proletariat całego świata protestować będzie przeciwko podnoszącej głowę reakcji, przeciwko białemu terrorowi na Węgrzech, w Irlandii i gdzie indziej, przeciwko zakusom monarchistów i zamachom na ustrój republikański, przeciwko zamachom na jedność proletariatu. Jutro jest nasze! Jakże słusznie mówił ów mędrzec, który przed laty pięćdziesięciu wołał, że przyjdzie czas, kiedy powstanie najdrobniejszej organizacji robotniczej więcej znaczyć będzie niż król, niż wygrana wojna! Gdzie dziś najpotężniejsi mocarze świata! Gdzie dziś Romanow, gdzie Hohenzollern, gdzie Habsburg? Zapadły się w otchłań nocy największe mocarstwa przedwojennej Europy. A ruch robotniczy pomimo wszystkich załamań, pomimo rozłamów i podstępnej, prowokacyjnej walki Kapitału – trwa i rozwija się. Związki zawodowe liczyły przed wojną dziesięć milionów, a dziś liczą trzydzieści milionów zorganizowanych członków.

Jutro jest nasze, bracia i towarzysze! Pracujmy, aby ono było bliskie! Aby ono długo nie dało na się czekać. Ramię do ramienia! Jedni – w organizacji, w szkole partyjnej, w agitacji, w pochodzie majowym – wszędzie razem. Na pohybel ciemnym siłom, które by daleką przeszłość przywrócić chciały. Pierwszego maja wszyscy na ulicę! Niechaj staną warsztaty. Niech odpocznie spracowana ręka. Niech się mózg odpręży. Tłumaczcie tym, którzy nie wiedzą, co znaczy święto Pracy i Nadziei!

Stanisław Posner

Powyższy tekst to cała broszura, wydana przez Polską Partię Socjalistyczną pierwszy raz w roku 1920, a następnie kilkakrotnie wznawiana. W pierwotnej edycji była sygnowana pseudonimem autora – Henryk Bezmaski. Nie była wznawiana od lat 30. XX wieku. Poprawiliśmy pisownię według obecnych reguł. Ilustracja w nagłówku tekstu to rysunek zamieszczony w PPS-owskim dzienniku „Robotnik” w wydaniu 1-majowym z roku 1934.

Stanisław Posner (1868-1930) – polski działacz socjalistyczny pochodzący ze zasymilowanej rodziny żydowskiej. Na początku lat 90. XIX wieku związał się z nielegalnymi inicjatywami lewicowymi w zaborze rosyjskim. Był publicystą legalnych pism postępowych, w których promował rozmaite postępowe rozwiązania, m.in. spółdzielczość, związki zawodowe, prawa człowieka, samostanowienie narodów podbitych i uciskanych, zwalczanie prostytucji. W okresie rewolucji 1905 wstąpił do Polskiej Partii Socjalistycznej, a po rozłamie w niej związał się z niepodległościową Frakcją Rewolucyjną. Od roku 1910 przebywał na emigracji politycznej we Francji, z której powrócił w roku 1919. W roku 1921 należał do grona pomysłodawców i założycieli Ligi Obrony Praw Człowieka i Obywatela. Od roku 1922 przez dwie kadencje był senatorem RP wybranym z listy Polskiej Partii Socjalistycznej w okręgu Kielce; w drugiej kadencji pełnił przez dwa lata, do śmierci, funkcję wicemarszałka Senatu. Autor setek artykułów i wielu większych publikacji.

Spór zbiorowy w PKP Cargo

Brakiem porozumienia i spisaniem protokołu rozbieżności zakończyła się ostatnia tura rokowań między przedstawicielami organizacji związkowych działających w PKP Cargo i pracodawcą.

Teraz czas na mediacje. Jak pisze portal pulshr.pl, Do 6 maja PKP Cargo przedstawi stronie związkowej mediatora. Jak poinformował Jan Majder, przewodniczący „Solidarności” w PKP Cargo, pierwsze spotkanie z jego udziałem odbędzie się nie później niż 16 maja.

– Po raz kolejny usłyszeliśmy tylko, że zarząd chciałby dać ludziom podwyżki, ale nie ma na nie pieniędzy. W związku z tym zdecydowaliśmy o podpisaniu protokołu rozbieżności. Nie zmieniliśmy swojego stanowiska i podtrzymaliśmy swoje żądania – podkreśla Jan Majder, cytowany przez katowicką Solidarność.

Najważniejszy postulat strony związkowej dotyczy podwyższenia wynagrodzeń zasadniczych wszystkich pracowników firmy o 600 zł. Związkowcy argumentują, że to uzasadnione żądanie, bo zbiorowych podwyżek wynagrodzeń nie było w firmie od 2019 roku.

Spór zbiorowy w PKP Cargo trwa od początku marca.