Pracodawca nie może ignorować upałów

Skrócenie czasu pracy pracowników, wprowadzenie dodatkowych przerw w pracy, zapewnienie klimatyzacji w pomieszczeniach – to niektóre z działań, jakie powinien podjąć pracodawca w celu poprawienia warunków pracy w czasie upałów.

Jak informuje pulshr.pl, gdy ze względu na warunki atmosferyczne dochodzi do pogorszenia warunków pracy, pracodawca powinien podjąć działania, by je poprawić.
Zgodnie z przepisami prawa pracy pracodawca może w upalne dni wprowadzić dodatkowe przerwy albo pozwolić pracownikowi na wcześniejsze wyjście z pracy.

Ministerstwo Rodziny i Polityki Społecznej w opublikowanym komunikacie zwróciło uwagę, że wysokie temperatury mogą mieć wpływ nie tylko na wydajność pracy, ale i na bezpieczeństwo pracownika.

Kiedy temperatura w pomieszczeniu jest wyższa, pracodawca musi zapewnić pracownikom napoje. W takiej sytuacji nie ma znaczenia, czy stanowisko pracy jest wyposażone w klimatyzację czy też nie.

W przypadku osób pracujących na otwartej przestrzeni pracodawca ma obowiązek zapewnienia napojów, gdy temperatura przekracza 25 stopni Celsjusza. Niezależnie od tego, czy praca jest wykonywana w pomieszczeniu czy na otwartej przestrzeni, napoje powinny być dostępne dla pracowników w ciągu całej zmiany roboczej.

Ministerstwo podkreśliło, że nierespektowanie przez pracodawcę tego obowiązku stanowi wykroczenie zagrożone karą grzywny od 1 do 30 tys. złotych.

Kolej wraca do Spały

Po 34 latach do Spały w powiecie tomaszowskim wracają regularne połączenia kolejowe. Mieszkańcy witali pierwszy pociąg z orkiestrą.

Po 34 latach w sobotę (25 czerwca br.) powróciło połączenie kolejowe Łodzi ze Spałą. W inauguracyjnym przejeździe nowej hybrydy Łódzkiej Kolei Aglomeracyjnej wzięło udział prawie 1000 mieszkańców województwa. W Spale pasażerów powitała kolejowa orkiestra dęta, która poprowadziła korowód do przystani nad Pilicą na piknik na powitanie lata. Od 2 lipca hybrydy ŁKA będą regularnie kursować na tej trasie.

Ostatni regularny pociąg do Spały przejechał 25 września 1988 roku. Spała to miejscowość turystyczna i letniskowa, z której dobrodziejstw korzystają mieszkańcy całego województwa łódzkiego.

Uczelnie zawodowe dostaną więcej pieniędzy

O 136 mln zł minister edukacji i nauki zwiększa subwencję na rok 2022 dla publicznych uczelni zawodowych.

Jak pisze portal pulshr.pl, MEiN zwiększa subwencję na rok 2022 dla publicznych uczelni zawodowych. Wsparcie na łączną kwotę 136 mln otrzymają 34 uczelnie z całego kraju. Pieniądze te będą przeznaczone na rozwój wyższego szkolnictwa zawodowego, zgodnie z potrzebami poszczególnych uczelni.

Największe wsparcie finansowe otrzyma Akademia Nauk Stosowanych w Tarnowie (10 142 900 zł). Ponad 8 mln zł trafi do Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej w Nowym Sączu (8 025 500 zł), a ponad 7 mln zł do Państwowej Wyższej Szkoły Techniczno-Ekonomicznej im. ks. Bronisława Markiewicza w Jarosławiu (7 045 400 zł).

Modernizacja Wojska Polskiego osiąga prędkość kosmiczną

Ostatnie tygodnie przyniosły bezprecedensowe w historii, a co najmniej po 1989 przyśpieszenie programów modernizacji sprzętowej Wojska Polskiego oraz jego rozwoju strukturalnego.

Resort obrony uruchomił procedury mające prowadzić do zakupu kolejnych – obok już zamówionych – baterii systemów przeciwrakietowych/przeciwlotniczych Patriot oraz systemów artylerii rakietowej HIMARS, w tym przypadku deklarując zainteresowanie ogromną ich liczbą. Podjęto decyzję o wdrożeniu „pomostowej”, tymczasowej wersji systemu OPL „Narew” opartego o brytyjskie pociski CAMM. Wyprawa ministra (obecnie już wicepremiera) Mariusza Błaszczaka do Korei Południowej zaowocowała twardą deklaracją w sprawie czołgów K2 oraz sygnałami znaczącego zainteresowania uzbrojeniem należącym do innych asortymentów. Wybrano projekt, na podstawie którego zostaną zbudowane fregaty w ramach programu „Miecznik”. Ogłoszono plan zakupu śmigłowców AW149. Złożono kolejne zamówienia w przemyśle krajowym. Last but not least, Wojska Lądowe mają zyskać dwie kolejne dywizje (obecnie mają ich cztery). Wszystko to rozgrywa się w kontekście wojny obronnej Ukrainy i skłania do zadawania pytań.

Krótkie omówienie najlepiej zacząć od obrony przeciwlotniczej/przeciwrakietowej. Jej kluczowy charakter po raz kolejny wykazała wojna ukraińska. Obrońcy byli w stanie w znaczący sposób ograniczyć aktywność rosyjskiego lotnictwa, które nie było zdolne zapewnić przykrycia rajdu na Kijów, a skutkiem stało się jego fiasko. Nie potrafiło też sparaliżować ukraińskiej infrastruktury i dokonać izolacji pola walki. Zestawy OPL, działając w funkcji przeciwrakietowej, ograniczają też bowiem skutki uderzeń taką bronią. W istocie rosyjskie siły powietrzne osiągają względną skuteczność wyłącznie, gdy działają znad kontrolowanego przez siebie terytorium i przy statycznym przebiegu walk. Poniosły przy tym istotne straty – co najmniej 34 zniszczone lub uszkodzone w stopniu wykluczającym naprawę samoloty bojowe, w tym 10 Su-34, 5 Su-30SM i 1 Su-35, stanowiące najnowszą generację sprzętu eksploatowanego w regularnych jednostkach.

Ukraińska obrona przeciwlotnicza wyższych pięter była przed rozpoczęciem konfliktu znacznie silniejsza liczebnie i o półtorej generacji nowocześniejsza niż polska. Rzeczpospolita nie dysponuje ani jednym względnie nowoczesnym systemem średniego zasięgu klasy S-300. Również na niższych piętrach eksploatowane przez Ukraińców Buki i Tory są znacznie nowocześniejsze i skuteczniejsze od używanych w Polsce S-125, Kubów i Os. Konfrontacja polskiej obrony przeciwlotniczej (poza najniższym piętrem tworzonym przez Gromy i Pioruny oraz ich samobieżne pochodne) z rosyjskim lotnictwem wyglądałaby o wiele gorzej niż w przypadku Ukrainy. Można przypuszczać, że wręcz tragicznie. Tymczasem dotychczas jedynym światełkiem w tunelu była podpisana w roku 2018 w ramach I fazy programu „Wisła” umowa na dostawę dwu baterii systemów Patriot wraz z towarzyszącymi systemami. Mają one trafić do Polski w tym roku.

Na jałowym biegu toczyły się natomiast negocjacje dotyczące II fazy: sześć baterii w docelowej konfiguracji z radarem kierowania ogniem mającym zdolność obserwacji w zakresie 360 stopni, ponownie systemy towarzyszące, w tym polski radar wstępnego wykrywania celów pracujący w paśmie metrowym P-18PL. Jako podstawowe problemy wskazywano ogromne koszty (umowa na I fazę opiewała na 23 miliardy złotych, II fazę szacuje się na ok. 40 miliardów), problemy z wynegocjowaniem pożądanego udziału krajowego przemysłu, a nawet faktyczny brak woli dokonania tego zakupu przez MON. Według jednej z krążących hipotez resort chciał pozyskać przede wszystkim awangardowy system dowodzenia obroną przeciwlotniczą IBCS, umożliwiający spięcie wszystkich godnych podłączenia doń środków wykrywania i efektorów w jedną ogromną sieć, w której w istocie Patrioty należące do „Wisły”, baterie „Narwi” i inne systemy zadaniowe tracą odrębność, ponieważ dane do naprowadzania rakiet „Narwi” może wypracowywać radar Patriota, z kolei rakiety PAC-3 może obsługiwać w ten sam sposób w jednym momencie stary radar S-125, a w innym… myśliwiec F-35. W tym ujęciu dwie baterie I fazy miałyby być tylko zabezpieczeniem pewnej minimalnej zdolności, wtórnym wobec głównego celu.

Stało się jednak inaczej i 24 maja MON wystosował do czynników amerykańskich formalny Letter of Request w sprawie II fazy. Baterie miałyby zostać dostarczone w latach 2026–2028.

Nie mniej istotna jest decyzja definitywnie przesądzająca wybór oferowanych przez brytyjski koncern MBDA pocisków rodziny CAMM jako efektorów systemu OPL krótkiego zasięgu „Narew”. Podpisana 14 kwietnia umowa wykonawcza przewiduje dostawę w najbliższym czasie dwóch jednostek ogniowych (tworzących łącznie ekwiwalent baterii) systemu CAMM z „przejściową” mobilną stacją radiolokacyjną „Soła”. Pierwsza jednostka ma zostać dostarczona jeszcze we wrześniu, druga na przełomie roku bieżącego i przyszłego. Otworzyłoby to drogę do realizacji całościowego zamiaru wyposażenia WP w 23 baterie „Narwi”, już w docelowej konfiguracji z radarem kierowania ogniem „Sajna”, pociskami CAMM-ER jako efektorami, ponownie radarem P-18PL, a wszystko to funkcjonowałoby w ramach systemu IBCS. Koszty realizacji tych planów należy szacować na nie mniej niż 60 miliardów złotych, przy czym z uwagi na zamiar daleko idącej polonizacji również pocisków bardzo duża tej kwoty miałaby przejść przez krajowy przemysł.

Wybór CAMMów ma jeszcze jeden bardzo ważny aspekt. Dotychczasowe pociski tej rodzimy mają zasięg 25 km w wersji podstawowej i 45 km w wariancie ER. Z kolei system Patriot strzela niezwykle drogimi (5–6 milionów dolarów) pociskami PAC-3 MSE, których użycie najrozsądniej byłoby ograniczyć do strącania rakiet balistycznych czy hipersonicznych. Wypełnieniem luki w zakresie zwalczania celów aerodynamicznych na większych odległościach miał być pierwotnie tzw. Low Cost Interceptor systemu Patriot. W czasie negocjacji I fazy „Wisły” jako potencjalne rozwiązanie wskazywano pocisk SkyCeptor, stanowiący wariant izraelskiego David’s Sling. Z uwagi na niezadowalające wyniki rozmów dotyczących polonizacji, a także być może problematyczne relacje z Izraelem, koncepcję tę odrzucono. Wyjściem z sytuacji ma być kolejny wariant CAMMa, określany roboczo jako CAMM-LR, o zasięgu zwiększonym do 80–100 km, który miałby zostać opracowany już z udziałem polskiego przemysłu. Kwestia, czy stosowne wyrzutnie wchodziłyby w skład baterii Patriotów, czy też stanowiły element „Narwi”, jest w kontekście systemu IBCS de facto pozbawiona znaczenia innego niż ewidencyjne.

Skala zamiarów jest zatem ogromna, a ich realizacja będzie miała duże znaczenie dla polskiej obronności jako całości. Pewne „powszednie” uzupełnienie stanowi informacja z ostatnich dni o zamówieniu 3500 zestawów Piorun, które m.in. uzupełnią stany po wysłaniu znacznej liczby tych systemów na Ukrainę.

Pod koniec maja ogromne zdumienie obserwatorów wywołała natomiast upubliczniona przez MON informacja o wystosowaniu Letter of Request dotyczącego kolejnych systemów artylerii rakietowej HIMARS. Co prawda dalsze zakupy były oczekiwane po zawarciu na początku roku 2019 umowy dotyczącej pozyskania jednego dywizjonu (18 wyrzutni bojowych, 2 szkolne, pociski GMLRS o zasięgu 70 km, w rozwijanych wariantach 150 km, i ATACMS o zasięgu do 300 km, wozy dowodzenia i inne pojazdy, wartość 1,5 miliarda złotych). Jednak ogłoszona przez resort skala planów jest szokująca. Dotyczą one bowiem aż 500 wyrzutni. Za czasów Antoniego Macierewicza planowano 160 wyrzutni, jego następca podpisał wspomnianą niewielką umowę – i temat ucichł.

W kontekście toczącej się wojny nikt przytomny nie kwestionuje oczywiście decydującego znaczenia artylerii lufowej i rakietowej dla powodzenia walk na lądzie. Jednak w kontekście ujawnionej wielkości potencjalnego zamówienia sceptycyzm dotyczy zdolności WP do rozbudowy struktur, które wchłoną planowany sprzęt. A także, oczywiście, kosztów. Wystarczy powiedzieć, że realizacja przedstawionych zamiarów uczyniłaby z WP drugą po Stanach Zjednoczonych siłę w NATO w zakresie artylerii rakietowej.

Warto nadmienić, że resort deklaruje również integrację HIMARSów z krajowym systemem zarządzania walką i wysoki stopień polonizacji, sięgający lokalnej produkcji wybranych rodzajów pocisków rakietowych po pozyskaniu od Amerykanów stosownej technologii. Trudno wyrokować na temat możliwości realizacji tego celu, jednak skala czyniąca z Polski największego odbiorcę systemu HIMARS w tym przypadku powinna par excellence sprzyjać.

Nie mniej istotna jest klasyczna artyleria lufowa. Aktualne plany MONu dotyczą negocjacji z Hutą Stalowa Wola zakupu kolejnych 48 armatohaubic samobieżnych 155 mm Krab. Po odliczeniu 18 dział przekazanych Ukrainie podniosłoby to ich planowaną liczbę do ponad 150. W kontekście skali zamówienia na systemy artylerii rakietowej można mniemać, że i ta liczba jest daleka od docelowej. Dość powiedzieć, że Korea Południowa wcieliła do swojej armii aż 1200 porównywalnych i spokrewnionych poprzez podwozie armatohaubic K9. Jeżeli zatem całość zamiarów MONu nie rozbije się o rafy finansowe i/lub polityczne, można niebezzasadnie oczekiwać w jakiejś perspektywie materializacji zapowiedzi Antoniego Macierewicza, który w charakterystycznym dla siebie stylu zapowiadał podczas parafowania umowy na zakup 120 Krabów, że efektywnie zostanie ich zamówionych „nieporównanie więcej”. Resort powinien oczywiście myśleć intensywnie nad ewolucją tego systemu, który, choć na obecną chwilę jest zadowalająco nowoczesny, ma już swoje lata i powinien zyskiwać większe zdolności, takie jak pełna automatyzacja ładowania umożliwiająca wzrost szybkostrzelności nawet o połowę czy perspektywicznie dłuższa lufa i większa komora nabojowa zapewniające większą donośność. Przemysł od dłuższego czasu sugeruje zresztą rozmaite rozwiązania rozwojowe.

Z Wojskami Artyleryjskimi i Rakietowymi wiąże się również zawarta z krajową spółką WB Electronics umowa na dostawę czterech bateryjnych modułów bezzałogowych systemów poszukiwawczo-uderzeniowych nazwanych Gladius. Ma on szanse stanowić zaczyn wyniesienia na wyższy poziom sprawności dowodzenia, wykrywania i niszczenia celów.

Ujawnione skutki wizyty ministra Błaszczaka w Korei Południowej dotyczą przede wszystkim wojsk pancernych i zmechanizowanych. Resort ogłosił zamiar negocjacji ukierunkowanych na nabycie oferowanych przez tamtejszy przemysł czołgów K2. Według informacji emitowanych półoficjalnie przez resort do obiegu dziennikarskiego, chodzi o pozyskanie 58–116 pojazdów, które można określić umownie jako K2PL pierwszej fazy. Miałyby być one częściowo spolonizowane (przynajmniej polskie elementy wyposażenia, takie jak kamery termalne, łączność czy karabiny maszynowe) i co ważne w znacznym stopniu dopancerzone (słabe opancerzenie jest określane jako pięta achillesowa K2 w warunkach innych niż specyficzne z uwagi na górzysty teren koreańskie). Po nich WP miałoby zasilić od 180 do nawet 500 umownych K2PL drugiej fazy, z jeszcze lepszym opancerzeniem, izolacją amunicji od załogi, i co ważne wytwarzanych już w kraju, oczywiście ze znaczącym udziałem koreańskich elementów.

Plany te są przyjmowane raczej jednogłośnie z zadowoleniem. K2 jest co prawda wciąż klasycznym czołgiem III generacji powojennej, jednak skutki wojny zapewne znacznie opóźnią oraz ograniczą i tak borykający się z poważnymi problemami technicznymi program rosyjskiego wozu IV generacji T-14 Armata. Z kolei zachodnioeuropejskiemu programowi MGCS grozi wykolejenie się z powodu rozbieżnych wymagań udziałowców. W tej sytuacji współpraca z Koreą, dająca czołg zadowalająco nowoczesny dziś i w perspektywie najbliższych dekad, wydaje się rozwiązaniem optymalnym. W szczególności w kontekście, jak się wydaje, sporej gotowości do transferu technologii, dobrych dotychczasowych doświadczeń ze współpracy (vide licencyjne koreańskie podwozie Kraba), a także perspektywiczności partnera, który w przypadku czołgów nie powiedział ostatniego słowa i wiele wskazuje na to, że w kolejnych latach pojawi się pojazd IV generacji – K3, w przypadku powodzenia współpracy przy K2PL być może KPL3, a może jeszcze inaczej…

Należy bowiem uwzględniać również perspektywę potrzeb modernizacji powojennej armii Ukrainy. Trudno oczekiwać, aby odbudowywany po zniszczeniach przemysł miał kontynuować wywodzącą się jeszcze z głębokich czasów sowieckich linię czołgu Opłot. Koreańskie rozwiązania trafią na Ukrainę w Krabach, podarowanych i zamówionych. Podobnie może stać się z czołgami. Koprodukowany przez Ukrainę K2PL w docelowej postaci, a później jego następca opracowany wspólnie przez trzy kraje, z udziałem również mających niebagatelne doświadczenie konstruktorów ukraińskich, nie wydaje się zupełną fantazją.

Znacznie bardziej doraźną kwestią jest potencjalne przekazanie Wojsku Polskiemu przez Stany Zjednoczone około 300 pojazdów M1A1 w nieokreślonej zmodernizowanej wersji jako rekompensata za przekazanie Ukrainie ok. 240 czołgów T-72M1/M1R, a być może niedługo również PT-91.

Kontrowersji nie wzbudziło również omawianie z Koreańczykami kwestii nowego podwozia kołowego transportera opancerzonego/bojowego wozu piechoty. Co prawda Rosomak jest oceniany bardzo wysoko jako pojazd, ponieważ wdrożenie całego systemu, którego sam KTO jest tylko jednym z elementów, było sukcesem najwyżej umiarkowanym – z przyczyn jednak zupełnie niezależnych od konstrukcji jako takiej. Jednak niekorzystne umowy licencyjne, zawierane w przeszłości, dały fińskiej Patrii promującej kosztem AMV/Rosomaka swój kolejny produkt, AMV XP, przesadnie mocną pozycję negocjacyjną. Jej nierozsądne nadużywanie sprawiło, że Finowie stali się w MON personami non grata. Sięgnięcie zatem czy to po licencję na koreańskiego K808, czy nową platformę opracowaną w uwzględnieniem polskich wymagań, stanowić może optymalne wyjście z trudnej sytuacji spowodowanej koniecznością wygaszenia produkcji Rosomaka.

Odmiennie przedstawiała się jednak sprawa zainteresowania koreańskimi gąsienicowymi bojowymi wozami piechoty. Krajowy przemysł opracował znajdującego się w końcowej fazie prób wojskowych Borsuka z wieżą ZSSW-30. Ogłoszenie przez resort zamiaru uzupełnienia go konstrukcją importowaną o lepszym opancerzeniu wywołało kąśliwe komentarze. Niedostatki pancerza Borsuka wynikają wprost z narzuconego przez MON wymogu pływalności, do którego przywiązanie, niekoniecznie uzasadnione aktualnymi warunkami hydrologicznymi kraju, jest krytykowane od dawna. Tym większe było zaskoczenie przeciekami wskazującymi, że z Korei miałyby trafić do WP pojazdy K21, również pływające i opancerzone gorzej niż Borsuk, mniej od niego nowoczesne, uzbrojone w dość archaiczną armatę 40 mm Boforsa, bardzo blisko spokrewnioną z działem używanym w WP do 1939 (w skrajnej wersji używane, z zapasów Armii Republiki Korei). Byłby to ciężki absurd, potencjalnie podważający pozycję Borsuka. Jednak kolejne przecieki wskazują na przeniesienie zainteresowania na wskazywany jako drugą opcję pojazd AS21 – przygotowaną na potrzeby przetargu australijskiego daleką wersję rozwojową K21, istotnie już znacznie lepiej opancerzoną. W przypadku wyposażenia tego wozu w polską wieżę ZSSW-30 byłoby to rozwiązanie już nie tak złe – acz w dość jaskrawej sprzeczności z deklaracjami resortu dotyczącymi zamiaru szybkiego zakupu, wymagające kilku lat oczekiwania na dostawę. Podobny czas zapewne trzeba by czekać na opracowanie krajowej ciężkiej platformy gąsienicowej spokrewnionej z Borsukiem…

Również kontrowersyjne są informacje o możliwości importu z Korei systemów artyleryjskich – podwozi do Krabów, co mogłoby być jeszcze usprawiedliwione planami znaczącego zwiększenia ich liczebności w koniunkcji z zamówieniem ukraińskim, lub wręcz gotowych kompletnych K9. Przy maksymalnej otwartości na współpracę z perspektywicznym partnerem należy w pierwszym rzędzie dbać o interes krajowego przemysłu – chyba że w grę wchodzą kwestie strategiczne wymagające niezwłocznego działania.

Jednak nawet ewentualny zakup K21 nie był szczytowym punktem kontrowersji. Tu palma pierwszeństwa należy się bezwzględnie jeszcze nieformalnej koncepcji zakupu koreańskich samolotów FA-50. Chodzi o najbardziej bojowy wariant szkolno-bojowej rodziny Golden Eagle, opracowanej przez KAI ze znaczącym udziałem amerykańskiego Lockheeda Martina, co owocuje sporym podobieństwem do F-16. Deklaracje i przecieki wskazują na zainteresowanie MONu tą maszyną jako następcą Su-22 – jednak eksploatowana liczba 18 sztuk nie usprawiedliwiałaby zakupu nowej, tylko podobnej do F-16 konstrukcji. W obiegu pojawiają się zatem liczby nawet większe, nawet 64 maszyny dla 4 eskadr, z… produkcją licencyjną w Polsce. Oczywiście można zasadnie uznać, że docelowa liczba 80 samolotów bojowych na stanie SP (32 F-35, 48 F-16) jest za mała. Analizy z czasów zakupu F-16 wskazywały na potrzebę posiadania 160–192 samolotów.

Jednak FA-50 jest bardzo „kulawym” wielozadaniowym samolotem bojowym. Napędza go silnik o ciągu ledwie 61% jednostki F-16, wskutek czego masy startowa i przenoszonego uzbrojenia oraz równie ważnego wyposażenia rozpoznawczo-celowniczego są proporcjonalnie mniejsze niż w przypadku Jastrzębi. Prędkość maksymalna tej maszyny wynosi 1,5 Ma (Jastrząb – 2,0 Ma), co poważnie utrudnia wykorzystanie parametrów przestrzennych uzbrojenia rakietowego, nawet jeśli wersja Block 20 FA-50 będzie już przenosiła AMRAAMy. Mniejszy samolot to także mniejszy radar o gorszych parametrach. Przy tym FA-50 nie ma parametrów obniżonej wykrywalności. W koreańskim lotnictwie, którego głównym przeciwnikiem jest archaiczne lotnictwo Północy, ma swoją niszę, poza tym może być maszyną sensowną dla krajów Trzeciego Świata. Jednak trudno oczekiwać jego powodzenia w konfrontacji z rosyjskim lotnictwem i obroną przeciwlotniczą, nawet we współpracy z F-35. Licencję na rodzinę Golden Eagle należałoby traktować jako świetny pomysł przed dwiema dekadami, w czasie zakupu F-16 – takie przedsięwzięcie mogłoby uratować PZL Mielec…

Jeżeli zatem resort obrony widzi środki na zakup aż takiej liczby FA-50, znacznie lepiej wydać je na mniejszą liczbę maszyn o odpowiednich możliwościach: F-35, F-16V, a jeżeli z Korei – niech będzie to KF-21, którego dostawy mają rozpocząć się w 2026… Na tym tle krytyka zamiaru zakupu w ramach programu „Perkoz” 32 śmigłowców AW149 jest umiarkowana – sprowadza się do refleksji nad sensem tworzenia mikroflot. Wszak MON nabył już należące do tej samej kategorii śmigłowce S-70i Black Hawk…

Marynarce Wojennej ostatnie miesiące przyniosły wybór brytyjskiej (z duńskimi korzeniami) platformy Arrowhead 140 i systemów dla programu „Miecznik”, który ma zaowocować trzema fregatami. Było to rozstrzygnięcie najbardziej oczekiwane z uwagi na brytyjską ofensywę przemysłową w Polsce i strategiczne partnerstwo uwidaczniające się we wspólnym wsparciu walczącej Ukrainy. Program ten jest powiązany z zakupem rakiet CAMM, wskazanych jako główne uzbrojenie przeciwlotnicze, dla fregat szczególnie istotna będzie wersja CAMM-LR. Jeżeli nie pojawią się degradujące zdolności okrętów oszczędności, flota pozyska fregaty nowoczesne i odznaczające się stosownym potencjałem.

Przywoływana wizyta ministra Błaszczaka w Korei dawała pewne nadzieje flocie podwodnej. Wskazywano na przeznaczone do rychłego wycofania przez dalekowschodnią marynarkę wojenną, zbudowane w latach 90. okręty typu „Jang Bogo” (licencyjny niemiecki 209) jako rozwiązanie pomostowe dla Polski. Dotychczas nie pojawiły się jednak żadne konkrety w tej materii.

Ogólnym kontekstem omówionych planów jest zamiar sformowania dodatkowych dwóch dywizji Wojsk Lądowych. Byłoby to wzmocnienie o 50%, a o 100% wobec stanu sprzed 2018, kiedy rozpoczęto formowanie 18 Dywizji Zmechanizowanej. Sam w sobie plan w kontekście ukraińskim nie jest kontrowersyjny, zasadniczą kwestią są kadry. Wojsko Polskie w istniejącej postaci ma problemy z ich rekrutacją, więc co stanie się przy znaczącym powiększeniu struktur? Należy pamiętać, że same dywizje to nie wszystko, skoro potężnemu rozwojowi ma ulec częściowo wykraczająca poza nie artyleria. Czy dobrowolna służba wojskowa wystarczy do wypełnienia etatów? Czy mimo wszystko wróci koncepcja przywrócenia powszechnej zasadniczej służby wojskowej? A może wyjściem stanie się otwarcie służby kontraktowej w WP dla obcokrajowców? Niezależnie od sformułowania explicite, realnie chodziłoby oczywiście o zaprawionych w boju Ukraińców.

Pozostają kwestie finansowe. Co zupełnie jasne, przedstawione zamiary nie są żadną miarą możliwe do zrealizowania w ramach budżetu MON. Na mocy Ustawy o obronie Ojczyzny powołano Fundusz Wsparcia Sił Zbrojnych, który ma przynieść już w latach 2022–23 65,924 miliarda złotych, z czego 54,65 miliarda z emisji obligacji. Nie sposób nie zauważyć, że nie pozostanie to bez wpływu na zadłużenie wewnętrzne i może być podatne na polityczne wahania oraz ogólną sytuację gospodarczą. Otwarte pozostaje pytanie, czy jakieś istotne środki mogą napłynąć ze Stanów Zjednoczonych w ramach domniemanych planów uczynienia z Polski i Ukrainy zbrojnych po zęby plenipotentek Pax Americana w Europie Środkowo-Wschodniej, wspieranych w tym zakresie przez kraje bałtyckie, Rumunię, a także być może już wkrótce należące do NATO Szwecję i Finlandię. Układ ten, przy oczywistym trzymaniu w ryzach Rosji, odsuwałby na boczny tor niegodne zaufania Niemcy.

W tej sytuacji inaczej trzeba byłoby postrzegać np. kwestię zakupu amerykańskich systemów rakietowej. W momencie zawierania pierwszego kontraktu na HIMARSy słusznie narzekano, że jest to rozwiązanie „z półki”, powstające poza krajowym przemysłem, który we współpracy z innym partnerem, np. obiecującym złote góry Izraelem, mógłby zapewnić stosowne rozwiązania. Tymczasem jednak wojna ukraińska naocznie pokazuje znaczenie interoperacyjności. Stany Zjednoczone jako patron sojuszu są w stanie dostarczać amunicję, Izrael nie byłby, a z uwagi na własne interesy polityczne mógłby odmówić wsparcia nawet w ograniczonym zakresie.

Inną, nad wyraz interesującą kwestią, jest komasacja uderzenia inwestycyjnego w krótkim czasie. Rosja ponosi na Ukrainie ogromne straty w sprzęcie i ludziach. Ich bilans nie jest jeszcze zamknięty, a już szacuje się, że odbudowa zdolności do poziomu z końca 2021 może zająć około dekady. W tym czasie zagrożenie konwencjonalne ze strony Rosjan powinno być znikome. I o ile np. obrona przeciwlotnicza nie mogła już dłużej czekać z prostej przyczyny – czeka w istocie 40 lat, jej modernizacja powinna nastąpić już w latach 80. – o tyle w Wojskach Lądowych można by działać znacznie spokojniej, rozkładając procesy na tę dekadę. Czyżby pośpiech wskazywał, że może chodzić nie tyle o oczekiwanie na dalsze ruchy Rosji, a o perspektywę własnych aktywnych działań? Na przykład wiążącą się z udziałem w wyrzucaniu Rosji, osłabionej przez kilka lat przez sankcje i pogrążonej w smucie po śmierci Władimira Putina, do granic z roku 2013… To usprawiedliwiałoby np. zakup gotowych armatohaubic K9 czy nawet bwp K21 z zapasów.

dr Jan Przybylski

Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Charn Lee from Pixabay

Strajk w MZK w Bydgoszczy

Do pracy przyszli, ale na ulice nie wyjechali – w ten sposób pracownicy bydgoskiej spółki MZK walczą o wyższe pensje. Strajk zaczął się w piątek 24 czerwca.

Jak informuje portal bydgoszcz.naszemiasto.pl, protestujący pracownicy MZK zostają w zajezdniach: autobusowej przy ul. Inowrocławskiej i tramwajowej przy ul. Toruńskiej. – Pracownicy, którzy mają w piątek (24 czerwca) popołudniową zmianę, zostają do godz. 2 w nocy – informuje Andrzej Arndt. – Cały czas zatem będziemy tu na miejscu – mówi Andrzej Arndt, przewodniczący Związku Zawodowego Pracowników Komunikacji Miejskiej. Mamy dość traktowania na zasadzie, że „nie ma pieniędzy i już”. Jeden punkt naszych postulatów dotyczący odwołania Andrzeja Wadyńskiego z funkcji prezesa spółki został spełniony, ale drugi dotyczący finansów nie. Mamy nadzieję, że w środę radni nas wesprą i znajdą się środki na podwyżki. Poza tym liczymy też na bydgoszczan. Jeżeli w poniedziałek nie wyjedziemy, to społeczeństwo też zauważy, jak odpowiedzialną pracę wykonujemy dla miasta i liczymy, że nas wesprze.

Od kilku miesięcy w Bydgoszczy toczyły się negocjacje dotyczące tego, jakiej wysokości podwyżki kierowcy powinni dostać. Kierowcy otrzymali wówczas podwyżki w wysokości 200 zł, choć walczyli o 600 zł. Dziś domagają się 1000 zł podwyżki.

Z powodu strajku kursują jedynie linie autobusowe obsługiwane przez jednego z prywatnych operatorów.

 

 

 

Pracownicy Ryanair będą strajkować. Niestety nie w Polsce

W wielu krajach Europy w najbliższych tygodniach strajkować będą pracownicy Ryanair.

Jak podaje agencja Reuters, strajki pracowników linii Ryanair odbędą się w ostatnim tygodniu czerwca i pierwszym tygodniu lipca, czyli na samym początku sezonu wakacyjnego, kiedy ruch lotniczy mocno narasta.

Strajki odbędą się w pięciu europejskich państwach, w następujących dniach – Belgia od 24 do 26 czerwca, Portugalia od 24 do 26 czerwca, Francja od 25 do 26 czerwca, Włochy 25 czerwca, Hiszpania od 24 do 26 czerwca oraz od 30 czerwca do 2 lipca. W tych dniach można spodziewać się dużych utrudnień na lotniskach, a nawet odwołanych lotów z i do danych krajów.

Choć postulaty związkowców nieco się od siebie różnią, zasadniczą kwestią jest zwiększenie płac i poprawa warunków pracy.

W Belgii pracownicy tanich linii zarzucają szefostwu nieprzestrzeganie belgijskiego prawa pracy, a konkretnie kwestii płacy minimalnej oraz wynagrodzania personelu za zadania wykonywane przed i po locie. Podobne zarzuty wobec władz Ryanaira mają pracownicy z Portugalii, Włosi domagają się podwyżek i poprawy warunków zatrudnienia, a Hiszpanie postulują o zwiększenie liczny pracowników.

Podobne akcje planują pracownicy Brussels Airlines, EasyJet, Malta Air i CrewLink.

Więcej pracy dla młodocianych?

Od września 2022 pracownicy młodociani będą mogli wykonywać dotychczas niedostępne dla nich.

Jak informuje pulshr.pl, to jedna ze zmian, jaką zaproponowało Ministerstwo Rodziny i Polityki Społecznej w projekcie rozporządzenia odnoszącego się do zasad zatrudniania pracowników młodocianych.

W Rządowym Centrum Legislacji dostępny jest projekt rozporządzenia w sprawie wykazu prac wzbronionych młodocianym i warunków ich zatrudniania przy niektórych z tych prac. Dokument ten zawiera propozycje nowych zasad zatrudniania młodych ludzi powyżej 16. roku życia a przed osiągnięciem pełnoletniości. W projekcie wykreślono stare zapisy zakazujące młodocianym mielenia mięsa oraz pracy w działach produkcyjnych fabryk przetworów rybnych, które w obecnych warunkach pracy, jakie panują w tych miejscach, uznano za nieuzasadnione. Doprecyzowano też przepis dotyczący zagrożeń wypadkowych przy maszynach rolniczych, ponieważ dotychczasowa treść uniemożliwiała w praktyce obsługiwanie wszystkich maszyn rolniczych i ograniczono je wyłącznie do maszyn szczególnie niebezpiecznych i o skomplikowanej obsłudze (np. kombajny).

Z rozporządzenia wykreślono prace na stanowisku sprzątacza wagonów, konduktorów w autobusach i trolejbusach oraz prac konwojentów z racji tego, że nie stwarzają one zagrożenia dla zdrowia młodocianych.

Kaufland i Lidl znowu biorą dogodną pożyczkę na ekspansję

Europejski Bank Odbudowy i Rozwoju poinformował o wniosku niemieckiej firmy Schwarz Grup ws. udzielenia uprzywilejowanej pożyczki do 175 mln euro. Wniosek oczekuje na finalne zatwierdzenie.

Jak informuje portal dlahandlu.pl, środki z kredytu zostaną przeznaczone na wsparcie ekspansji sklepów formatu Lidl na Bałkanach Zachodnich, w tym Albanii, Bośni i Hercegowiny, Kosowa, Macedonii Północnej i Czarnogóry (75 mln EUR) oraz ekspansji działalności Kaufland w Rumunii i Mołdawii ( 100 mln euro).

W 2016 r. Europejski Bank Odbudowy i Rozwoju (EBOR) pożyczył Grupie Schwarz Group 100 mln euro (ok. 427 mln zł) na wsparcie ekspansji i rozwoju działalności sieci Kaufland w Polsce. Projekt został sklasyfikowany jako inwestycja w oddziaływania środowiskowe i społeczne związane z budową, modernizacją i eksploatacją sklepów i magazynów. Pożyczkę poprzedzało przeprowadzenie due dilligence przez bank w siedzibie centrali Schwarz Group oraz Kaufland Polska, a także wizyty w dwóch sklepach we Wrocławiu.

Niemiecka Grupa Schwarz, do której należą sieci Lidl i Kaufland, ma swoje pieniądze i odnotowała dobry rok finansowy 2021/22. Obroty wzrosły ze 125,3 mld euro do 133,6 mld euro. Sieć hipermarketów Kaufland zwiększyła swoje obroty o 7,4 proc., do 27,3 mld euro. Całkowity obrót grupy w internecie wyniósł 1,7 mld euro. Grupa prowadzi ponad 13,3 tys. sklepów

Podwyżki na kolei

Od lipca 2022 r. 38 tysięcy pracowników PKP PLK otrzyma podwyżkę w kwocie średnio 520 zł do wynagrodzenia zasadniczego.

Jak informuje portal pulshr.pl, uzgodniona podwyżka jest najwyższą w historii PLK i, jak zaznacza Solidarność, prawdopodobnie jedną z najwyższych w spółkach kolejowych.

Zgodnie z podpisanym porozumieniem od 1 lipca 2022 38 tysięcy pracowników PKP PLK otrzyma podwyżkę w kwocie średnio 520 zł do wynagrodzenia zasadniczego. Porozumienie określa najniższą kwotę wzrostu wynagrodzenia zasadniczego na 250 zł. oraz jego maksymalną wysokość ustaloną na poziomie 800 zł. (ewentualna wyższa podwyżka ma zawierać uzasadnienie przesłane do Biura Spraw Pracowniczych Centrali PLK) – informuja związkowcy.

Porozumienie udało się osiągnąć na początku czerwca. 2 czerwca 2022 r. zarząd PKP Polskie Linie Kolejowe z przedstawicielami związków zawodowych podpisali protokół ustaleń w sprawie wdrożenia podwyżki płac.

Korporacje – czas na regulacje

Propozycja Komisji Europejskiej dotycząca należytej staranności firm musi zostać wzmocniona. W połowie czerwca w kilku największych miastach Polski zawisną plakaty „KORPORACJE. CZAS NA REGULACJE”. Kampanię outdoorową organizuje Fundacja Kupuj Odpowiedzialnie.

Po wielu opóźnieniach, 23 lutego 2022 Komisja Europejska opublikowała propozycję dyrektywy w sprawie należytej staranności przedsiębiorstw w zakresie zrównoważonego rozwoju, mającej na celu zapobieganie łamaniu praw człowieka i niszczeniu środowiska w globalnych łańcuchach dostaw oraz wprowadzenie działań naprawczych. Chociaż jest to długo oczekiwany pierwszy krok, obecna propozycja dyrektywy posiada wiele niedociągnięć, które powodują obawy o jej skuteczność. Jest niezwykle istotne, aby Parlament Europejski i Rada Europejska poprawiły tekst dyrektywy w nadchodzącej fazie negocjacji.

Brak regulacji prawnych określających ramy działania firm importujących żywność na rynek europejski, to przyzwolenie na wyzysk pracowników, zatruwanie gleby i wód gruntowych pestycydami, wycinki lasów. Adekwatne regulacje prawne mogą zobowiązać firmy do odpowiedzialności za swoją działalność produkcyjną w całym łańcuchu dostaw. Zmiany standardów działalności międzynarodowych firm są niezbędne, aby ograniczyć ich destrukcyjny wpływ na środowisko i ukrócić praktyki łamania praw człowieka. My – jako konsumenci – mamy na to wpływ i możemy wymagać tego i od naszego rządu i od decydentów korporacji.

CELE KAMPANII:
• Uwrażliwienie konsumentów na konsekwencje działalności międzynarodowych korporacji i ich łańcuchów dostaw.
• Zwrócenie uwagi na obecny brak regulacji prawnych, które stanowiłyby ramy działania firm importujących produkty na rynek europejski i uniemożliwiały im łamanie praw człowieka i dewastację środowiska naturalnego.
• Zwiększenie świadomości społecznej na temat dyrektywy dotyczącej należytej staranności przedsiębiorstw w zakresie zrównoważonego rozwoju.
• Nagłośnienie niedociągnięć ogłoszonej 23 lutego 2022 dyrektywy UE w sprawie należytej staranności przedsiębiorstw w zakresie zrównoważonego rozwoju: przy aktualnym brzmieniu dyrektywy regulacje obejmą de facto zaledwie ok 1% firm.

CZAS i MIEJSCE TRWANIA KAMPANII:
Plakaty i billboardy zawisną na dwa tygodnie od 16 do 30 czerwca 2022 w przestrzeni publicznej Warszawy, Krakowa, Gdańska i Poznania oraz komunikacji miejskiej Warszawy i Krakowa 16 czerwca br. Grafikę do plakatu opracowała Anita Korynek, laureatka konkursu na plakat społeczny ogłoszonego przez Fundację Kupuj Odpowiedzialnie w kwietniu br.

STRONA KAMPANII: https://www.ekonsument.pl/CzasNaRegulacje

Kolejne zakłady walczą o podwyżki

Solidarność skierowała do zarządów MAN Bus i PKC Group Poland pisma, w których domaga się podwyżek.

Jak pisze pulshr.pl, w PKC wynagrodzenia dużej części pracowników są niewiele wyższe niż obecna płaca minimalna. W MAN Bus jest nieco lepiej, ale to z kolei praca wykonywana w ciężkich warunkach – lakierowanie, spawanie, montowanie. Ludzie, jeśli widzą, że nie ma szans na podwyżki, po prostu odchodzą. Nawet tacy, którzy przepracowali w starachowickich zakładach wiele lat.

Obecny poziom płac jest dla pracowników niesatysfakcjonujący, co przekłada się na odejścia z zakładu i poszukiwaniu lepiej płatnej pracy. Trzeba dodać, że wśród odchodzących z firmy są pracownicy z dużym doświadczeniem zawodowym. Duża rotacja pracowników ma negatywne skutki dla zakładu. Uważamy, że podwyżka płacy jest konieczna, a jej jak najszybsze wprowadzenie przełoży się pozytywnie zarówno dla firmy jak i dla jej pracowników – czytamy w piśmie Jan Seweryna ze starachowickiej Solidarności, skierowanym do zarządu MAN Bus. Podobne pismo skierowane zostało do PKC Group.

Szefowie wypisują do nas po godzinach pracy

Blisko jedna czwarta Polaków otrzymuje od swoich przełożonych wiadomości po godzinach pracy.

Jak informuje serwis gazetaprawna.pl, 23,9 proc. pracowników w Polsce otrzymuje od przełożonych e-maile, smsy lub inne wiadomości za pomocą komunikatorów po godzinach pracy w typowo służbowych sprawach. Wynika to z badania przeprowadzonego przez UCE RESEARCH i platformę ePsycholodzy.

85,5 proc. osób odbierających korespondencję odpowiada na nią jeszcze tego samego dnia. 52,8 proc. Polaków otrzymujących wiadomości po godzinach pracy przyznaje, że jeżeli szybko na nie nie odpowiada, to przełożeni ponawiają wiadomości jeszcze tego samego dnia lub dopominają się o udzielenie odpowiedzi. Autorzy badania ocenili, że jego wyniki są dość niepokojące, bo głównie dotyczą młodych osób, a opisane zachowanie jest prostą drogą do wypalenia zawodowego.

Chociaż w firmach to rzeczywistość, wysyłanie podwładnym smsów czy wiadomości za pośrednictwem komunikatorów absolutnie nie powinno mieć miejsca po godzinach pracy. Ci, którzy je otrzymują, mogą odczuwać ciągły niepokój, bo polecenie służbowe może nadejść w każdej chwili – podkreślił, komentując wyniki badania, Michał Pajdak z platformy ePsycholodzy.pl.

Wysyłanie wiadomości do pracownika lub podejmowanie z nim kontaktu telefonicznego poza godzinami pracy nie jest zakazane, ale zatrudniony nie jest wówczas zobowiązany do udzielenia odpowiedzi. Wyjątkiem jest dyżur pracowniczy. W innych sytuacjach powyższe działanie przełożonego może zostać uznane za polecenie pracy w godzinach nadliczbowych, szczególnie, gdy w następstwie kontaktu pracownik musi zrealizować dodatkowe czynności zawodowe. Za takie należy m.in. uznać udzielenie odpowiedzi na e-maila lub rozmowę telefoniczną w sprawach służbowych. Zgodnie z Kodeksem Pracy, musi to zostać zrekompensowane dodatkowym wynagrodzeniem lub czasem wolnym.

 

Nie możemy wszyscy wyjechać

Kilka dni temu prowadziłam niewielkie warsztaty dla lokalnych nastolatków, a tematem naszej dyskusji było to, czy warto pozostać na stałe, po szkole, po studiach w małej miejscowości, w której się urodziliśmy.

Zanim poszłam na to spotkanie, rozmawiałam o nim przelotnie ze znajomą, pracownicą jednej z miejskich instytucji. Powiedziała, że jej piętnastoletnia córka już na etapie edukacji ponadpodstawowej zamierza wybrać się do większej miejscowości – może do Sosnowca, może do Częstochowy – chociaż miasto, w którym mieszkamy, nie jest wcale bardzo małe (prawie 50 tysięcy mieszkańców), a wybrana szkoła to po prostu liceum ogólnokształcące, których mamy na miejscu kilka. Dziewczyna nie opuszcza więc rodzinnego miasta po ukończeniu ósmej klasy dlatego, że chce kształcić się w jakimś specjalistycznym kierunku. Opuszcza je, bo chce żyć w większej miejscowości, mieć dostęp do innych rzeczy na poziomie kultury, gastronomii, zakupów. Trudno ją winić – i pytanie, jak rozmawiać o pozostaniu w takich miejscowościach z jej rówieśnikami.

To nie będzie tekst o Zawierciu, chociaż posługuję się tu przykładem młodzieży zawierciańskiej. To będzie tekst o polskich miastach i miasteczkach mających od tysiąca do pewnie nawet stu tysięcy mieszkańców, z których młodzi ludzie chcą wyjeżdżać (czasem nawet używa się sformułowania „uciekać”) zaraz po otrzymaniu świadectwa dojrzałości czy prawa jazdy.

To nie będzie tekst o Zawierciu, ale na początek kilka danych, które również, niestety, wydają się być dla takich miejscowości uniwersalne. W latach 2002-2021 w Zawierciu ubyło 10,3% mieszkańców. W naszym przypadku to prawie 5 tysięcy osób. Średni wiek mieszkańca to 44,5 roku, jest to zatem miasto ludzi w wieku średnim, a nie miasto młodych (statystyczny mieszkaniec naszego kraju ma 41 lat). Przyrost naturalny wynosi minus 416.

Skoro młodzi nie chcą mieszkać w Zawierciu, które jest miastem niemałym, dość rozległym i oferującym zręby infrastruktury, to jakim cudem mamy ich zatrzymać w Porębie, Sędziszowie, Koniecpolu czy Myszkowie? Rzecz jasna nie za pomocą zapewnień, że w tych miejscowościach znajdą „wszystko to, co w dużym mieście”. To po prostu nieprawda. Sam fakt, że można gdzieś dojechać koleją jest oczywiście ważny, ale codzienne dojazdy do pracy są bardzo męczące. Dlatego opowieści o tym, że można bez problemu mieszkać w Zawierciu, a pracować w Katowicach, Tychach czy Gliwicach, nie spotykają się z wielkim zrozumieniem. Tak, ludzie w ten sposób, z życiowego przymusu, podróżują. Tak, przez półtora roku sama pracowałam w Katowicach – dojazd plus dojście w obie strony to trzy godziny, jeśli pociągi jeżdżą punktualnie. Trzy godziny dziennie, dodane do męczących ośmiu. Trzy stracone godziny, podczas których niby można jeść, czytać czy próbować spać, ale nie każdy dzień oferuje takie hojne możliwości. Dlatego zachęcanie do tak dalekiego i długiego dojazdu jako świetnej oferty, stanowi spore nieporozumienie. Tak samo jak założenie, że w Warszawie „też ludzie dojeżdżają”. Dojeżdżają, ale mają najczęściej kilka środków lokomocji na tej samej trasie. Jeśli zepsuje się pociąg, można autobusami czy wziąć taksówkę. W miejscowościach leżących poza aglomeracją (Zawiercie ma do granic aglomeracji 20 km), pozbawionych komunikacji autobusowej między miastami, PKS-u i jednolitego biletu, pozbawionych wynalazków typu Uber, słowa „pociąg nie jedzie” czy „pociąg się spóźnia” oznaczają „nie dojadę do pracy”. Pozostaje samochód – także jadący dość długo i nietani, zwłaszcza dla jednej osoby.

W pobliskiej Dąbrowie Górniczej funkcjonuje dowcip: „Co jest najlepsze w Dąbrowie?” – „Autobus do Katowic”. I w ten właśnie sposób myślą młodzi ludzie, których komunikacja drenuje z ich miejscowości, przenosi do dużych miast po edukację, pracę, rozrywkę. Pewnego dnia z nich po prostu nie wrócą. Czy częsta komunikacja do dużych ośrodków jest zła? Nie, ale nie rozwiązuje problemów, o których mówimy. Czy pociąg do Katowic powinien jeździć częściej, np. trzy razy na godzinę? Moim zdaniem tak. Czy powinien zabierać stąd rano 90 procent mieszkańców miasta i przywozić ich wieczorem? Na pewno nie. Oprócz wymogu męczących dojazdów ogranicza to tworzenie jakichkolwiek inicjatyw na miejscu. Jeśli cały dzień spędzimy w wielkim mieście, wydamy pieniądze tam, a z lokalnym środowiskiem będziemy się czuli coraz mniej związani.

Na pytanie, czego brak w małych miastach i co skłoniłoby dzieciaki do pozostania na miejscu, odpowiedziały, że kina wielosalowego. Wbrew pozorom nie jest to zła ani głupia odpowiedź. Ale musimy cofnąć się o kilka kroków. Żeby kino wielosalowe powstało, żeby ktoś w nie zainwestował, w mieście muszą być PRACA i pieniądze. Nikt nie otwiera modnych lokali, droższych sieciowych sklepów itp. w miejscowościach, gdzie „asfalt na noc zwijają”. Miasto to zresztą nie tylko oferta sklepów i gastronomii – to także kultura i edukacja, a także niekomercyjna czy bezpłatna rozrywka. Jeśli z małego miasta wyjedzie np. zdolna plastyczka po ASP, to nie jest to tylko jej jednostkowy, personalny zysk (ona „zyskała”, bo „uciekła z dziury”), ale także poważna wyrwa i strata dla całego pokolenia dzieci i młodzieży. Tracimy jako miasto osobę, która mogłaby prowadzić zajęcia plastyczne w domu kultury, kółka zainteresowań czy choćby wystawiać swoje prace w lokalnej galerii (gdyby taka istniała, co nie wszędzie jest oczywiste – ale odpływ twórczych osób z pewnością nie sprzyja jej powstaniu czy utrzymaniu).

Podczas pandemii ponownie popularna stała się stworzona przez Carlosa Moreno koncepcja miasta piętnastominutowego, czyli zorganizowanego w taki sposób, że wszelkie potrzebne usługi (szkoła, praca, sklep) są oddalone o 15 minut pieszo od miejsca naszego zamieszkania. Gdy zaczęliśmy o tym dyskutować z obecnymi na warsztatach nastolatkami, od razu wyszło nam, że Zawiercie i inne niewielkie miasta są w naturalny sposób miastami piętnastominutowymi. Wiele potrzebnych usług ma się w tego typu miejscowościach po prostu niemal pod ręką. To plus, którego młodzież, jako niepracująca, jeszcze nie widzi. Ale ponownie – sednem takiej organizacji miasta, aby było faktycznie piętnastominutowe, jest akceptowalna praca na miejscu. Jeśli trzeba dojeżdżać do niej 50 czy więcej kilometrów, to robi nam się z tego miasto półtoragodzinne.

Jak zatrzymać młodych w małych miastach? Przede wszystkim pracą, na drugim miejscu usługami. Prowincja nie może stać się miastami zombie, pełnymi starszych ludzi i pustostanów po niegdyś ludnych osiedlach, jak w dawnym NRD, gdy wszyscy zaczęli przenosić się na zachód kraju. Powinniśmy także przestać suflować młodym pokoleniom znaną i lubianą retorykę sukcesu i porażki, w myśl której „ucieczka” z małego miasta jest sukcesem, natomiast pozostanie w nim oznacza życiową porażkę. To obraźliwe wobec mieszkańców, którzy nie chcą lub nie mogą się stąd ruszyć.

Zamiast ewentualnie po latach wracać do Reims, lepiej nigdy z niego nie wyjeżdżać.

Magdalena Okraska

Holandia nie ma obsługi kolei

Holenderskiemu przedwoźnikowi NS brakuje nie tylko maszynistów i konduktorów, ale także informatyków, mechaników, pracowników ds. bezpieczeństwa i obsługi oraz pracowników sklepów na stacjach kolejowych. Z powodu braków kadrowych koleje odwołały w sobotę dziesiątki połączeń w całym kraju.

Jak informuje portal pulshr.pl, główny kolejowy przewoźnik pasażerski w Holandii od pewnego czasu boryka się z niedoborem pracowników. Obecnie zaczynają to w coraz większym stopniu odczuwać pasażerowie. Od soboty mniej pociągów kursuje między Utrechtem a Rotterdamem w środkowej części kraju, a także między Groningen i Veendam w północnej Holandii. Z informacji przewoźnika wynika też, że zredukowano również liczbę połączeń na lotnisko Schiphol w Amsterdamie.

 

Kobiety chcą zmieniać pracę

Ponad połowa kobiet planuje zmianę miejsca pracy w ciągu kolejnych dwóch lat, jak wynika z badania firmy Deloitte. Powodem jest nasilający się stres w miejscu pracy oraz wypalenie zawodowe.

Jak informuje portal pulshr.pl, istotne dla takiej chęci zmiany i porzucenia dotychczasowego środowiska pracy są także przypadki dyskryminacji kobiet, które wciąż się zdarzają. Przeprowadzone przez Deloitte badanie „Women @ Work 2022” pokazało niepokojące długoterminowe skutki pandemii. Wskaźniki stresu i doświadczenia nękania lub mikroagresji pozostają wysokie. Ponad połowa kobiet planuje zmianę miejsca pracy w ciągu kolejnych dwóch lat.

Ponadto prawie połowa badanych kobiet oceniła stan swojego zdrowia psychicznego jako zły lub bardzo zły, a jedna trzecia respondentek była nieobecna w pracy z uwagi na takie problemy. Bardzo niepokojący jest odsetek kobiet, które przyznają się do podwyższonego poziomu stresu i poczucia wypalenia zawodowego. Wielu pracodawców ewidentnie nie radzi sobie z tym problemem.

Jak wynika z badania, przypadki zachowań dyskryminujących kobiety zdarzają się coraz częściej. W ciągu ostatniego roku aż połowa kobiet doświadczyła w pracy mikroagresji (codzienne komentarze, pytania, działania, które utrwalają negatywne stereotypy, zazwyczaj dotyczące grup marginalizowanych), a 14 proc. nękania. Z kolei 59 proc. pracowniczek spotkało się z działaniami, które wykluczały je z codziennej pracy.

Zdecydowana większość kobiet, bo aż 93 proc., nadal obawia się, że informowanie o takich wydarzeniach wpłynie negatywnie na rozwój ich kariery zawodowej, co skutkuje tym, że jedynie 23 proc. takich zachowań zostało zgłoszonych pracodawcy.

Pracować cztery dni

Tysiące Brytyjczyków zaczynają eksperyment z czterodniowym tygodniem pracy.

Jak informuje „Rzeczpospolita”, w Wielkiej Brytanii rozpoczyna się pilotaż czterodniowego tygodnia pracy. Na razie, choć liczba pracowników biorących udział w eksperymencie idzie w tysiące, obejmie on relatywnie niewielką grupę ludzi.

3300 pracowników w 70 brytyjskich firmach zaczyna pracę według nowego modelu – cztery dni pracy, to samo wynagrodzenie. Pilotaż ma potrwać sześć miesięcy i organizowany jest przez 4 Week Global we współpracy z thintankiem Autonomy, 4 Day Week Campaign oraz badaczami z Cambridge, Oxfordu oraz Boston College.

W eksperymencie uczestniczą zarówno większe firmy z branży prawnej czy finansowej, jak i małe przedsiębiorstwa takie jak lokale z fish&chips. Naukowcy we współpracy z organizacjami i firmami biorącymi udział w pilotażu będą badać wpływ krótszego tygodnia pracy na efektywność pracy, samopoczucie pracowników a także wpływ nowej organizacji pracy na środowisko czy równość płci.

Strajk w Hutchinsonie zakończony zwycięstwem

Spór zbiorowy trwał w żywieckim Hutchinsonie od końca stycznia tego roku. 26 maja pracownicy rozpoczęli strajk, który po tygodniu zakończył się porozumieniem. Średnio pracownicy otrzymają po 500 zł podwyżki.

O sprawie informuje Tygodnik Solidarność. Do strajku przystąpiła praktycznie cała kilkusetosobowa załoga. Na początku  ze strony pracodawcy były próby zniechęcania, a nawet zastraszania pracowników – relacjonują związkowcy.

– Reakcja na ogłoszony strajk była niesamowita. Praktycznie cała załoga stanęła i widać było chęć walki – powiedział po zakończonym strajku Krzysztof Gaj, lider „Solidarności” w Hutchinsonie. – Nikogo do niczego nie trzeba było namawiać.

Krzysztof Gaj podkreśla, że ludzie z Żywca to zgrana, odważna ekipa, ale dopiero strajk pokazał, że są zdeterminowani i chcą walczyć o swoje.

Zdaniem strajkujących przełomowym momentem było zablokowanie zakładu i zapowiedź pikiet solidarnościowych z innych zakładów przed siedzibą Hutchinsona.

– Szybko doszło do porozumienia, gdy na bramach pojawiły się łańcuchy – powiedział przewodniczący.

Żywiecki Hutchinson to zakład należący do międzynarodowego koncernu produkującego systemy antywibracyjne, zarządzania transferem płynów i rozwiązań w zakresie uszczelnień w przemyśle motoryzacyjnym i lotniczym. W Żywcu produkowane są elementy gumowe m.in. do systemów chłodzenia.

Remigiusz Okraska: Duma, nadzieja, lewica (2010)

W 15. rocznicę śmierci Richarda Rorty’ego przypominamy recenzję jego świetnej książki o lewicy.

***

Gdy współczesny lewicowiec usłyszy cokolwiek o dumie narodowej, zazwyczaj reaguje niczym pies Pawłowa i krzyczy „Precz z faszyzmem!”. Słowo „patriotyzm” przyjmuje spokojniej, bo jedynie dostaje wysypki. Wzmianki o tradycji i historii traktuje w najlepszym razie jako temat zastępczy, podsuwany przez prawicę, by odwrócić uwagę elektoratu od kwestii „naprawdę istotnych”. I w znacznej mierze dlatego lewica znajduje się na równi pochyłej. Tak rzecz widzi Richard Rorty w książce „Spełnianie obietnicy naszego kraju” z roku 1999, niedawno wydanej w Polsce.

Esej Rorty’ego, sam w sobie znakomity i wart uwagi, nabiera dodatkowego wydźwięku za sprawą osoby autora – filozofa liberalnego, optującego za daleko posuniętym pluralizmem, krytycznego wobec „twardych” tożsamości. Tym bardziej wymowne jest zatem, że właśnie on dokonuje krytyki takiej lewicy, która odcina się od wszelkich skojarzeń z przeszłością swojego kraju, z tradycjami, z poczuciem wspólnoty narodowej. W ten sposób nie osiąga ona absolutnie nic – oddaje wiele atutów prawicy, a sama traci zakorzenienie w masach, stając się plemieniem bytującym na wyizolowanych wysepkach. Coraz bardziej namiętnym manifestom skierowanym przeciwko „temu krajowi”, towarzyszy brak jakiegokolwiek oddźwięku społecznego, a lewica z działającej i zmieniającej przeobraża się w krytykującą – zajadle, lecz bezpłodnie.

„Emocjonalne zaangażowanie w sprawy kraju – uczucie palącego wstydu czy zapierającej dech w piersiach dumy z pewnych fragmentów historii bądź z obecnej polityki narodu – to warunek konieczny twórczej i produktywnej dyskusji politycznej. Nie doszłoby do takiej dyskusji, gdyby uczucie wstydu przeważyło nad uczuciem dumy. /…/ Potrzeba zaangażowania występuje u tych, którzy mają nadzieję, że nakłonią naród do podjęcia wysiłku przypomnienia swojemu krajowi, z czego może być dumny, oraz tego, czego powinien się wstydzić. Muszą oni opowiadać inspirujące historie o tych fragmentach czy też postaciach z przeszłości swego narodu, którym państwo winno pozostać wierne” – tak zaczyna się książka. Jej autor zarzuca amerykańskiej lewicy, że całkowicie wykrzywiła perspektywę oglądu przeszłości Stanów Zjednoczonych. Tamtejsi lewicowi intelektualiści postrzegają własny kraj jako swoiste piekło na ziemi, stanowiące nieprzerwane pasmo zbrodni, występków, opresji, wykluczenia i wyzysku.

Oczywiście nie należy udawać, iż w USA nie miało miejsca wiele haniebnych zjawisk ani rezygnować z krytyki ich współczesnych odpowiedników. Kluczową kwestią są jednak proporcje – lewica dzisiejsza wyzbyta jest wiary w możliwość poprawy sytuacji (wspomniane piekło na ziemi zaludnione jest wszak niemal samymi diabłami), pomijając, o czym będzie jeszcze mowa, jakąś wyimaginowaną rewolucję, która przyniesie katharsis. Fundamentem dawnej lewicy była zaś wiara, że można uczynić swój kraj znacznie lepszym, przy czym zależy to od nas samych – zorganizowanego społeczeństwa. Tamta lewica składała się głównie z działaczy – ludzi aktywnych, choćby była to aktywność w sprawach małych i niezbyt widowiskowych. Rdzeń lewicy współczesnej składa się zaś z obserwatorów, którzy z dystansem, a nierzadko wręcz obrzydzeniem, komentują rzeczywistość, bez nadziei na pozytywne przeobrażenia.

Rorty przekonuje, że opoką szeroko pojętych środowisk postępowych była kiedyś tożsamość zbiorowa, ufundowana właśnie na wierze w możliwość reform. Perspektywie indywidualistycznej, towarzyszącej kapitalizmowi i powszechnemu etosowi od zarania USA, lewica przeciwstawiła przekonanie, że można wspólnymi siłami poprawić swój los. Co ciekawe, jak przekonuje Rorty, choć ówczesny progresywizm nierzadko wyrastał z inspiracji chrześcijańskich, to przybrał postać swoistej „obywatelskiej religii”, naznaczonej przekonaniem, iż postawy, procesy i instytucje są „otwarte” na pozytywne zmiany, stanowiąc pewnego rodzaju narzędzia, którymi można się posłużyć znacznie lepiej, niż dotychczas. Z tej układanki znikło pojęcie grzechu, a więc nieusuwalnego błędu, który skazuje dany system polityczny, ekonomiczny i kulturowy na to, by zawsze „służył złu”.

Tego rodzaju „areligijność” zaowocowała także położeniem nacisku na konkretne działania – zdobycze, choćby niewielkie i rozłożone w czasie, polepszały położenie zbiorowości, i to już w perspektywie doczesnej. Tymczasem lewica późniejsza, choć zazwyczaj otwarcie antyreligijna, zdaje się tkwić w przekonaniu, iż Ameryka, kapitalizm, „system” itp., skażone są niemożliwym do wykorzenienia zepsuciem. Nie ma tu miejsca na ewolucję i reformy, co najwyżej na apokaliptyczną rewolucję. Ona zaś jest tak odległym, niemal zaświatowym widmem, że nie staje się obietnicą, dla której warto by pracować już teraz. Pozostaje zgorzkniałe komentowanie rzeczywistości.

Idąc śladem romantyzmu Walta Whitmana i pragmatyzmu Johna Deweya, optymistycznie interpretujących Hegla, Rorty afirmuje wynikającą z tego nadzieję na państwo, które można stale czynić lepszym miejscem do życia; przyszłość jest w tej wizji otwarta, więc jeśli nie wszystko, to wiele jest możliwe. Przeciwstawia się w ten sposób marksowskiej interpretacji Hegla, znacznie bardziej „zamkniętej”, rzekomo wyrażającej wiedzę o tym, „jak będzie” na pewno. Amerykańska myśl postępowa była „realistycznym marzeniem”, które nie kazało na nic czekać, lecz inspirowało do poszukiwań twórczych i działań odważnych, a zarazem silnie zakorzenionych w teraźniejszości. Zamiast wielkich teorii, dominowała wiara w wiele eksperymentów, które metodą prób i błędów pomogą stworzyć lepszy świat. Jest paradoksem, zauważa autor „Spełniania obietnicy…”, że lewica marksowska, która z namaszczeniem powtarzała XI tezę o Feuerbachu, iż dość już było interpretowania świata, a teraz należy go zmienić, tak wiele energii poświęca teoretyzowaniu i pustosłowiu, podczas gdy amerykańska lewica „obywatelska” zajmowała się właśnie wielopłaszczyznową konkretną zmianą społeczną.

Taki sposób myślenia pozwalał jej żądać dużo i wierzyć w jeszcze więcej, a jednocześnie cieszyć się z nawet drobnych osiągnięć i nimi stymulować nadzieję na dalsze zmiany. A także wzmacniać dumę z tego, jacy jesteśmy i jacy być możemy. Natomiast dzisiejsza lewica uważa, że „Ameryce nie da się przebaczyć /…/ oraz że nie da się jej zrealizować /…/. W rezultacie odwracają się plecami do własnego państwa /…/ oraz /…/ [dokonują] wykpienia samej idei tego, że to demokratyczne instytucje mogłyby raz jeszcze zostać zmuszone do służenia sprawie sprawiedliwości społecznej. /…/ Poczucie beznadziejności stało się wśród lewicy modne – pryncypialne, przeteoretyzowane, filozoficzne poczucie beznadziejności. Obecnie /…/ nadzieję, która uwznioślała serca amerykańskiej lewicy przed okresem lat sześćdziesiątych, traktuje się jako symptom naiwnego »humanizmu«”.

Co to była ta dawna lewica? To związkowcy i uczestnicy strajków walczący o poprawę warunków pracy. To urzędnicy państwowi, starający się maksymalnie wykorzystać sensowne przepisy, a blokować stosowanie tych szkodliwych. To politycy różnych szczebli, wytrwale dobijający się o choćby niewielkie przeobrażenia na lepsze. To dziennikarze i intelektualiści, którzy zamiast tego, co „ekscytujące” czy „oryginalne” – brali na warsztat ważne kwestie społeczne i ekonomiczne. Spora część z nich nie tylko nie określała się jako lewicowcy, ale przede wszystkim nie są tak traktowani przez dzisiejsze lewicowe wyrocznie, decydujące o tym, kto jest godny tego miana. Nierzadko byli to prominentni politycy Partii Demokratycznej (z prezydentem F. D. Rooseveltem na czele), innym razem pozornie aideologiczni technokraci, kiedy indziej naukowcy nie odwołujący się do etykietek politycznych; bywali też wśród nich populistyczni patrioci czy osoby określające się jako liberałowie. Wszyscy oni wytrwale pracowali na rzecz takiej Ameryki, której obywatele mogliby rozwijać swój potencjał i realizować marzenia bez względu na wyznanie, rasę, dochody, przynależność klasową itp.

Łączyła ich wspomniana wiara w to, że Amerykę można zmienić na lepsze oraz w skuteczność stopniowych reform. Tak, to była właśnie lewica reformistyczna, jednak Rorty używa tego przymiotnika z aprobatą, jako synonimu zarazem rozsądku, jak i efektywności, czyli dokładnie odwrotnie niż rozmaici krzykliwi doktrynerzy, dla których stanowi on obelgę, symbol zdrady i rejterady. „Powinniśmy odrzucić marksistowskie sugestie, że za lewicowców można uznać tylko tych, którzy są przekonani, że kapitalizm trzeba obalić oraz że wszyscy inni to jacyś mięczakowaci liberałowie, samooszukujący się burżuazyjni reformatorzy” – pisze Rorty. Marksizm jest wedle niego przejawem manichejskiego myślenia w kategoriach „grzechu” i „czystości”, które nie uznaje ani zdobyczy połowicznych i kompromisów, ani odstępstw od „linii politycznej”, a w dodatku podejrzliwie traktuje środowiska, które osiągały swoje zamiary metodą małych kroków, albo w ich działaniach mieszały się postawy godne pochwały z tymi moralnie wątpliwymi.

Tymczasem, pisze Rorty, „jeśli będziemy szukać ludzi, którzy nigdy nie popełnili żadnych błędów, którzy zawsze byli po słusznej stronie, którzy nigdy nie przepraszali za tyranów czy niesprawiedliwe wojny, to znajdziemy niewielu takich bohaterów”. I podaje przykłady: Franklina Delano Roosevelta – prezydenta, który „stworzył podstawy państwa opiekuńczego oraz zachęcał robotników do przyłączenia się do związków zawodowych i w tym samym czasie uparcie odwracał się od Afroamerykanów”, a także Lyndona B. Johnsona, który „pozwolił na rzeź setek tysięcy wietnamskich dzieci, ale równocześnie zrobił więcej dla ubogich dzieci w Stanach Zjednoczonych niż jakikolwiek inny poprzedni prezydent”.

Amerykańska lewica reformistyczna osiągała liczne sukcesy do roku 1964. Data ta jest wedle Rorty’ego momentem przełomowym, który zapoczątkował upadek lewicy w USA. Wówczas to nastąpiła, za sprawą decyzji wspomnianego prezydenta Johnsona, intensyfikacja amerykańskiego zaangażowania militarnego w Wietnamie. Wojna i jej przebieg wywołały, jak wiemy, silny opór znacznej części obywateli, a także „wyłonienie się pokolenia Amerykanów, którzy podejrzewali, że z naszym krajem nie da się nic zrobić – że wojna ta nie tylko nigdy nie będzie mogła zostać wybaczona, ale że dodatkowo uzmysłowiła nam, iż jesteśmy narodem poczętym w grzechu nie do odkupienia”.

To zaś oznaczało na lewicy początek końca wiary w możność stałego ulepszania swojego kraju, a także porzucenie wszelkiej dumy narodowej. W konsekwencji natomiast – rozpad lewicy na „kulturową”, skoncentrowaną na kwestiach obyczajowych, która zdobyła silną pozycję w mediach i na uniwersytetach, oraz stale słabnącą lewicę społeczno-ekonomiczną, która nie tylko musiała stawiać czoła prawicy, ale także zmagać się z obojętnością, niegdyś stanowiącej dla niej wsparcie, lewicy akademicko-medialnej. Ten rozbrat, dokonany w najgorszym momencie – w przeddzień ofensywy neoliberalizmu – zaowocował niemal zupełnym upadkiem lewicy w USA.

Sprawiło to, że młode pokolenie lewicy nie tylko zaczęło wprost nienawidzić własnego kraju i wszystkiego, co kojarzyło się z tradycjami amerykańskimi – nawet jeśli były to tradycje emancypacyjne – ale i rozpoczęło flirt czy to z reżimami „realnego socjalizmu”, czy przynajmniej z myślą komunistyczną. Te fragmenty książki Rorty’ego mogą prawomyślnych czytelników-lewaków przyprawić o zawał serca. Nie tylko bowiem wyraża on nadzieję, że postać Lenina będzie kiedyś lewicy równie obca jak np. Mussolini, lecz także – odwołując się do własnej biografii (m.in. rodzice, którzy sympatyzowali z komunizmem, by po procesach moskiewskich przejść na pozycje lewicy stanowczo krytycznej wobec ZSRR) – składa swoistą deklarację antykomunizmu. Konsekwentnego i pozbawionego różnych „ale” – owszem, potępia wojnę w Wietnamie i uważa, że rządy USA popełniały błędy czy zbrodnie, jednak stanowczo odcina się od demonizowania swojego kraju.

Uważa, że Amerykanie stali po stronie dobra, przeciwko sowieckiej despotii i jej satelitom. Rorty bez hamletyzowania typowego dla wielu tzw. dobrych ludzi z „sercem po lewej stronie” pisze wprost, że „nie widzi większej różnicy między walką z Hitlerem a walką ze Stalinem”, nie uważa też za rzecz naganną, iż różne lewicowe inicjatywy antysowieckie współpracowały z CIA. Dla amerykańskiej lewicy demokratycznej antykomunizm, czyli krytyka zamordystycznych reżimów, był bowiem postawą równie oczywistą, jak walka z niesprawiedliwymi stosunkami władzy i podziałami społecznymi we własnym kraju. „W tym kręgu – pisze Rorty – amerykański patriotyzm, ekonomia redystrybucji, antykomunizm i Deweyowski pragmatyzm naturalnie i bezproblemowo ze sobą współgrały”.

Nie chodzi bynajmniej o to, że Rorty zajmuje pozycję zimnowojennego „jastrzębia”. Przeciwnie – nie odmawiając Ameryce racji moralnych w konflikcie z Blokiem Wschodnim, uznaje, że towarzysząca temu atmosfera oraz błędy popełnione w trakcie zmagań, z Wietnamem na czele, pozwalają zrozumieć reakcję młodego pokolenia lewicy. Uważa wręcz, że „nowa lewica” odegrała istotną rolę w „humanizacji” tego konfliktu, że zapobiegła stałemu podkręcaniu niebezpiecznych nastrojów militarystycznych i totalistycznych w USA. Problem stanowi natomiast to, że słuszna reakcja moralna przekształciła się w aberrację polityczną.

Krytyka poszczególnych działań władz USA przybrała bowiem postać nieomal obsesyjnej niechęci do wszystkiego, co łączy się ze Stanami Zjednoczonymi, ich przeszłością i kulturą. W dziedzinie „emocjonalnej” oznaczało to odrzucenie wszelkiej dumy narodowej i wyrastającej z niej wiary w możność zmiany własnego kraju na lepszy. W dziedzinie idei i strategii zaowocowało natomiast odwróceniem się od kwestii społeczno-ekonomicznych i kontestowaniem posunięć instytucjonalnych (wszak instytucje amerykańskie są nieuleczalnie skażone grzechem).

Dawna lewica była lewicą ekonomiczną, nowa – kulturową. Dawna walczyła, jak znakomicie hasłowo streszcza to Rorty, z egoizmem, nowa – z sadyzmem kulturowym (takimi formami opresji i poniżenia, które nie pozostają w prostej zależności z wyzyskiem ekonomicznym). Dawna chciała ulepszyć cały kraj i objąć skutkami reform ogół obywateli, nowa zajęła się wybranymi grupami, uznanymi za szczególnie pokrzywdzone (mniejszości seksualne i etniczne, kobiety). Dawna wierzyła, że ogólne zmiany systemowe stopniowo poprawią zarówno los grup dotkniętych wykluczeniem ekonomicznym, jak i kulturowym (czyli zniwelują zarazem egoizm, jak i sadyzm), nowa natomiast uważa, że cały system i jego instytucje są na wskroś złe, zatem aby zachować „czystość” można jedynie działać na rzecz wybranych grup na płaszczyźnie wzorców kulturowych i postaw.

Autor „Spełniania obietnicy…” bynajmniej nie twierdzi, że wszystkie cele czy działania „nowej lewicy” są niewłaściwe. Tak jak podkreśla jej zasługi w walce z „przegięciami” władz USA z okresu zimnej wojny, tak też uważa, że w sferze kulturowej dokonała ona wielu pozytywnych zmian. Ogólnie biorąc, Ameryka czasów „politycznej poprawności” jest krajem, w którym żyje się lepiej, krajem, w którym w sferze kultury i obyczajów znacznie sprawniej chroniona jest ludzka godność. Jest krajem, w którym czarnoskórzy są ludźmi, nie zaś „czarnuchami”; w którym ktoś nie jest z założenia gorszy tylko dlatego, że urodził się gejem; krajem, gdzie kobieta jest normalnym pracownikiem, nie zaś obiektem chamskich dowcipów i natrętnych propozycji ze strony pracodawcy czy przełożonego.

Rorty nie zarzuca „nowej lewicy”, że zajęła się kwestiami kulturowymi – wręcz przeciwnie, podkreśla, iż wykonała ona dobrą robotę, uwrażliwiając Amerykanów na taki rodzaj wykluczenia. Ma jej natomiast za złe, że skupia się niemal wyłącznie na tych kwestiach, że zajmowanie się „różnorodnością” i „mniejszościami” stało się swoistym kolekcjonerskim hobby, że zachowuje – w najlepszym razie – dystans wobec problemów socjalnych i ekonomicznych „zwykłych ludzi”, że odrzuca identyfikację z Ameryką i Amerykanami jako takimi, co potęguje wzajemną izolację różnych „elektoratów” lewicy i niemożność zbiorowego działania. I wreszcie, że kultywuje wizję USA jako kraju „szatańskiego”, wskutek czego odrzuca wszelkie konkretne zdobycze, na rzecz mrzonek o zniszczeniu czy upadku „systemu”.

To wszystko owocuje zmniejszaniem sadyzmu kulturowego, przy jednoczesnym znacznym nasileniu – w porównaniu do sytuacji sprzed wojny w Wietnamie – egoizmu ekonomicznego. W sytuacji, gdy wskutek neoliberalizmu i globalizacji wciąż rosną zastępy marginalizowanych Amerykanów, oznacza to, że poparcie wyborcze czy potencjalna populistyczna rewolta zostaną przejęte przez prawicę i jej „szeryfów”. W takiej sytuacji nie tylko nie będzie mowy o reformach socjalnych, lecz pod znakiem zapytania stanie trwałość zdobyczy kulturowych. Wówczas to „postęp, który się dokonał w ciągu ostatnich czterdziestu lat w polepszaniu sytuacji czarnych i śniadych Amerykanów oraz homoseksualistów, zostanie unieważniony. Zadowolona z siebie pogarda dla kobiet ponownie stanie się modna. /…/ Cały ten sadyzm, co do którego lewica akademicka próbowała przekonać swoich studentów, że jest nieakceptowany, powróci. /…/ Jednakże taki powrót sadyzmu nie odwróci skutków egoizmu, albowiem gdy tylko mocny człowiek przejmie władzę, szybko dojdzie do porozumienia z międzynarodówką bogaczy – tak jak Hitler doszedł do porozumienia z niemieckimi przemysłowcami. /…/ Ludzie będą się dziwić, dlaczego było tak mało oporu wobec jego pojawienia się. Będą pytać, gdzie była amerykańska lewica? Dlaczego to tylko prawicowcy tacy jak Buchanan mówili robotnikom o konsekwencjach globalizacji?”.

Autor „Spełniania obietnicy…” kreśli ciekawą analogię z „Rokiem 1984”. Jego zdaniem, utrzymanie obecnych tendencji ekonomicznych doprowadzi do koncentracji majątku w rękach nielicznej kasty „międzynarodowych, kosmopolitycznych bogaczy” – odpowiednika orwellowskiej Partii Wewnętrznej. Na jej usługach będzie Partia Zewnętrzna, składająca się z dobrze sytuowanych „kosmopolitycznych profesjonalistów”. Cała reszta to „robole”, czyli orwellowscy „prole”, zepchnięci na sam dół, bez szans na wydostanie się z tej matni, sprawnie rozgrywani przeciwko sobie i kontrolowani. Ponieważ, pisze Rorty o wspomnianych superbogaczach, „ich prerogatywą są decyzje ekonomiczne, będą oni zachęcać polityków, z lewicy i prawicy, aby zajmowali się sprawami kultury. Celem będzie odwrócenie uwagi roboli, sprawienie, aby 75 procent Amerykanów i dolne 95 procent światowej populacji zajmowało się wrogością etniczną i religijną oraz dyskusją na temat norm seksualnych. Jeśli będzie się trzymało roboli z dala od ich własnej rozpaczy za pomocą kreowanych przez media pseudowydarzeń, włączając w to krótkie i krwawe wojny, superbogacze nie będą mieli się czego bać”.

Zdaniem Rorty’ego, wyjściem z tej sytuacji jest odrodzenie amerykańskiej lewicy. Dokonać tego można podejmując dwa kroki. Po pierwsze, lewica powinna ogłosić moratorium na teorię. Rorty uważa, że lewicowi intelektualiści niepotrzebnie zajmują się coraz bardziej abstrakcyjnymi i hermetycznymi analizami, natomiast umyka im bieżąca rzeczywistość, a przede wszystkim nie potrafią się z nią zmierzyć za pomocą zestawu praktycznych propozycji działań. Radzi on „lewicy kulturowej” z kąśliwą ironią, „aby zapomniała o Baudrillarda teorii Ameryki jako Disneylandu, jako kraju simulacrów, i zaczęła proponować zmiany w prawach rzeczywistego kraju zamieszkanego przez rzeczywistych ludzi znoszących niekonieczne cierpienia, z których spora część może zostać usunięta przez działanie rządu. Nic nie przyczyni się bardziej do zmartwychwstania amerykańskiej lewicy niż zgoda co do konkretnej platformy politycznej, jakiegoś Planu dla Ludu /…/, listy namacalnych reform. Istnienie takiej listy – bez końca powielanej i dyskutowanej, równie znanej profesorom jak robotnikom, pozostającej w pamięci zarówno profesjonalistów, jak i tych, którzy myją im toalety – mogłoby rewitalizować politykę lewicową”.

Rorty nie łudzi czytelników, że zna recepty na wszystkie współczesne problemy – przykładowo, wskazuje na tak trudną kwestię, jak otwartość amerykańskiego rynku pracy dla imigrantów, co zarazem daje nadzieję ludności z biednych krajów, jak i skutecznie podkopuje pozycję „tubylczych” pracowników najemnych. Uważa natomiast, że – co znów zapewne zszokuje czytelników-lewaków – głównym aktorem i zarazem punktem odniesienia polityki prospołecznej powinno być państwo narodowe, nie zaś mrzonki o „globalnej sprawiedliwości”, gdyż „rząd naszego państwa narodowego będzie w przewidywalnej przyszłości jedynym podmiotem zdolnym do zmiany zakresu egoizmu i sadyzmu, które dotykają Amerykanów”.

Uważa także, iż lewica powinna skupić się na wykorzystaniu istniejących instrumentów działania, jak np. instytucje państwowe, mniejszą wagę przykładać natomiast do rozwiązań istniejących głównie w teorii lub na niewielką skalę, typu „demokracja partycypacyjna” czy „samorządność pracownicza”. Nie dlatego, że jest ich wrogiem, lecz z tego względu, iż czas ucieka, a Amerykanom trzeba namacalnych konkretów, nie zaś intelektualnych fajerwerków i „świetnych pomysłów” – w przeciwnym razie na dobre i na wiele lat wpadną w objęcia populistycznej prawicy. Zamiast obietnic „obalenia kapitalizmu” czy „zniszczenia systemu”, zarazem buńczucznych, jak i znamionujących bezsilność, „lewica powinna powrócić do idei stopniowych reform w warunkach gospodarki rynkowej”.

Drugi krok, chyba ważniejszy, bo dotykający fundamentów, polega na tym, że „lewica powinna próbować zmobilizować to, co pozostało z naszej dumy bycia Amerykanami. Powinna poprosić ludzi o to, aby zastanowili się, jak można by osiągnąć kraj na miarę Lincolna i Whitmana”. Bowiem „tylko w ten sposób będzie ona mogła zacząć zawierać sojusze z ludźmi spoza akademii, a szczególnie ze związkami zawodowymi. Amerykanie znajdujący się poza murami świata akademickiego chcą wciąż być patriotami, chcą czuć się cząstką narodu, który może panować nad swym losem i który może uczynić siebie lepszym”.

Czytając książkę Rorty’ego miałem poczucie satysfakcji. Choć dotyczy ona USA, to podobieństwa z Polską są niemal bliźniacze. Również u nas lewica akademicka jest lewicą kulturową, która kwestiami społeczno-ekonomicznymi interesuje się od wielkiego dzwonu, a i wtedy poprzestaje zazwyczaj na ogólnikach o „sprawiedliwości społecznej”, „równych szansach” czy „naśladowaniu krajów skandynawskich”. Zamiast tego drobiazgowo analizuje problemy macierzyńskie lesbijek, „ekonomię feministyczną” i namiętnie dyskutuje o dokonanej przez Žižka interpretacji filmów Hitchcocka. W kwestii stosunku do patriotyzmu jest wręcz żywcem wyjęta z powyższych cytatów ze „Spełniania obietnicy…” – nie ufa ludowym „uniesieniom”, boi się ich jako zaczynu wybuchu ciemnych sił, a narracji, która mogłaby porwać serca, przeciwstawia chłodny, technokratyczny bełkot o zbawieniu przez brukselskich biurokratów. Sięganie ku dorobkowi przeszłości traktuje jako domenę prawicy, oddając jej bez walki tego rodzaju atuty, co jest tym bardziej absurdalne, że lewica w Polsce może się pochwalić znacznie bardziej prestiżowymi antenatami, niż np. konserwatywni liberałowie. Podobnie jest w kwestii nadziei i dumy – jeśli ktoś odwołuje się dziś np. do heroicznego mitu powstania warszawskiego (którego istotną część oddziałów bojowych stanowili działacze podziemnej lewicy), jak czynili to przez wiele lat emigracyjni polscy socjaliści, to jest to PiS i okolice. Zaś lewica zarówno postkomunistyczna („Przegląd”), jak i „nowa” („Krytyka Polityczna”) powtarza najbardziej wyświechtane slogany ze szkoły Dmowskiego o „wykrwawianiu się w szaleńczym zrywie, z góry skazanym na niepowodzenie”.

A później całe to towarzystwo jest szczerze zdziwione, że w Polsce de facto nie ma lewicy. I że dla biednych i wykluczonych bardziej wiarygodni okazywali się przez lata Wrzodak, Rydzyk i Kaczyński niż chłopcy w t-shirtach z Che Guevarą i dziewczęta po gender studies, zaczytani w Lacanie, zachwycający się „wyważonym realizmem” prof. Łagowskiego i niezbyt cierpliwie tłumaczący „prostaczkom”, że od patriotyzmu do mordowania Żydów jest tylko malutki krok, więc lepiej tego dżina nie wypuszczać z butelki.

Richard Rorty zmarł w czerwcu roku 2007, nie miał zatem możliwości ujrzenia późniejszej o kilkanaście miesięcy zwycięskiej kampanii prezydenckiej Baracka Obamy. Kampanii, która odwołała się do nadziei i dumy, do najlepszych amerykańskich tradycji postępowych, ale także do ekonomicznych konkretów i stopniowych reform (już częściowo zrealizowanych, jak w przypadku dostępu do służby zdrowia), czyniąc to w sposób prosty i zrozumiały, umiejętnie mobilizując sympatyków wezwaniami do przebudowy kraju wedle własnych marzeń. Można jednak powiedzieć, że doczekał przynajmniej częściowego spełnienia scenariusza ze swojej książki. Obyśmy i my, w Polsce, mieli choć tyle szczęścia.

Remigiusz Okraska

Richard Rorty, Spełnianie obietnicy naszego kraju. Myśl lewicowa w dwudziestowiecznej Ameryce, Wydawnictwo Naukowe Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, Toruń 2010, przekład Andrzej Karalus i Andrzej Szahaj.

Powyższa recenzja pierwotnie ukazała się w piśmie „Obywatel” nr 51, jesienią 2010 roku.

Stresujemy się jak nigdy wcześniej

Jak informuje pulshr.pl, do odczuwania stresu każdego dnia przyznaje się aż 67 proc. pracowników. Firma ADP przeprowadziła wśród blisko 33 tys. pracowników z 17 krajów na całym świecie cykliczne badanie „People at Work 2022: A Global Workforce View”. Sprawdziła w nim, jak często i z jakiego powodu ankietowani doświadczają stresu w pracy. Dwa główne powody to zwiększona odpowiedzialność będąca skutkiem pandemii oraz długość dnia pracy.

Pandemia, obawa o zdrowie swoje i najbliższych czy niepewna sytuacja na rynku pracy to codzienność, z którą przez dwa lata mierzyli się pracownicy na całym świecie. Z ubiegłorocznej edycji raportu wynika, że w 2020 r. stresu w pracy – przynajmniej raz w tygodniu – w skali globalnej doświadczało aż 62 proc. pracowników. Według najnowszych danych obecnie wskaźnik ten zwiększył się o 5 pkt. proc. i wynosi 67 proc.

Przygnębienie, smutek, rozdrażnienie czy trudności z koncentracją to pierwsze objawy chronicznego stresu u pracowników, na które pracodawcy powinni zwracać szczególną uwagę. To często są pierwsze sygnały związane ze złym samopoczuciem zatrudnionych, spowodowanym nagromadzeniem się stresu w pracy i nie należy ich lekceważyć.

Z danych ADP wynika, że blisko co trzeci Polak (26,85) twierdzi, iż to właśnie nadmierna odpowiedzialność zawodowa sprawia, że żyje w stresie, zaś 23,81 proc. polskich pracowników przyznaje, że wpływ na odczuwany stres ma także długość jego dnia w pracy. Należy jednak pamiętać, że długotrwały stres powoduje spadek produktywności zatrudnianych osób, a w konsekwencji pojawia się chroniczne zmęczenie, które może doprowadzić do wypalenia zawodowego czy depresji.

Strajk w Mostostalu

6 czerwca rozpoczął się już od dawna zapowiadany strajk pracowników spółki Altrad Mostostal, który produkuje rusztowania i szalunki. W Siedlcach pracownicy nie przystąpili do pracy.

Jak informuje portal warszawawpigulce.pl, w poniedziałek o godzinie 6:00 rano w Siedlcach pracownicy firmy produkującej rusztowania i szalunki odmówili wykonywania swojej pracy. To efekt strajku, który Mostostal zapowiadał od wielu tygodni.

Związkowcy z „Solidarności” w Altrad Mostostal strajkują, ponieważ oczekują podwyżki w wysokości 750 złotych miesięcznie. Większość z pracowników zarabia najniższa krajową, inni zaledwie 4 tysiące brutto. A podwyżek jak nie było, tak nie ma.

Pracownicy pojawili się przed siedzibą firmy. Od rana w rękach trzymają transparenty i megafony, przez które wygłaszają hasła. Oczekują podjęcia rozmów na temat wysokości wynagrodzenia.