Dramatycznie brakuje u nas kierowców

Północna Izba Gospodarcza bije na alarm, podkreślając, że w Polsce brakuje nawet 150 tysięcy kierowców zawodowych. Izba obawia się, że niedługo nie będzie miał kto wozić węgla i produktów spożywczych do sklepów, nie mówiąc już o autobusach i komunikacji miejskiej.

Jak informuje Portal Samorządowy, przyczyną jest podkupywanie kierowców z sektora publicznego przez prywatnych przewoźników. Brakuje kierowców na trasach krajowych, międzynarodowych, w komunikacji miejskiej. Niewesoło jest w transporcie towarowym i autokarowym. Mocno odczuwalny jest odpływ kierowców z Ukrainy.

Prezes Stowarzyszenia Ekonomiki Transportu Paweł Rydzyński skomentował, że zapotrzebowanie na kierowców zawodowych w Polsce szacuje się nawet na ponad 100 tys. osób. Najbardziej brakuje kierowców w spedycji międzynarodowej, ale widać również poważne braki w strukturach samorządowych i spółkach zajmujących się np. komunikacją miejską. Większość to wprawdzie zapotrzebowanie na kierowców ciężarówek, ale przedsiębiorstwa transportu publicznego też borykają się z niedoborem kadr.

Widzimy wyraźny odwrót od jazdy na długich trasach. Wielu kierowców zraziło się do takiej pracy w czasie pandemii. Część z nich porzuca publiczny transport zbiorowy na rzecz komercyjnego, co wynika w dużej mierze z kwestii zarobkowych.

W ubiegłym roku właśnie niewystarczający poziom wynagrodzeń był przyczyną protestu m.in. w gdyńskiej komunikacji miejskiej. Ostatnie miesiące to nasilenie bardziej radykalnych działań protestacyjnych ze strony kierowców w różnych miastach. W Bydgoszczy niedawno zakończył się dwutygodniowy strajk.

Eksperci Północnej Izby Gospodarczej wskazują, że przepaść powiększa się właściwie z tygodnia na tydzień. Twierdzą, że nie przybywa nowych kierowców, a ci, którzy pracują, coraz częściej rezygnują z długich tras międzynarodowych na rzecz krajowych.

Będzie zakaz tworzenia nowych domów dziecka

Projekt nowelizacji ustawy o wspieraniu rodziny i systemie pieczy zastępczej zakłada m.in. zakaz tworzenia nowych domów dziecka – powiedziała wiceministerka rodziny i polityki społecznej Barbara Socha.

Jak informuje Portal Samorządowy, propozycja nowych przepisów to wynik dwuletnich prac i środowiskowych konsultacji. Projekt nowelizacji zakłada wprowadzenie zasadniczego zakazu tworzenia nowych placówek opiekuńczo-wychowawczych typu socjalizacyjnego, interwencyjnego oraz specjalistyczno-terapeutycznego, a także regionalnych placówek opiekuńczo-terapeutycznych i interwencyjnych ośrodków preadopcyjnych.

Nowelizacja ustawy ma na celu m.in. przyspieszenie procesu deinstytucjonalizacji, czyli odejścia od umieszczania dzieci w domach dziecka na rzecz pieczy zastępczej. Chcemy go przyspieszyć, dlatego proponujemy większe bariery w tworzeniu nowych domów dziecka, wprowadzamy zakaz tworzenia nowych – podkreśliła Socha.

Socha zaznaczyła, że nie spodziewa się „zawirowań parlamentarnych”, gdyż w jej opinii projekt ten jest pozytywnie oceniany przez wszystkie siły polityczne w parlamencie oraz stronę społeczną. Nowelizacja ma stworzyć dzieciom warunki zbliżone do tych w rodzinach naturalnych – dodała.

W projekcie nowelizacji ustawy zaproponowano także wprowadzenie systemu teleinformatycznego obejmującego wykaz dzieci umieszczonych w pieczy zastępczej oraz osób, które osiągnęły pełnoletność, przebywając w pieczy zastępczej. Rejestr ten będzie zawierał również m.in. wykaz osób posiadających negatywną oraz pozytywną wstępną kwalifikację do pełnienia funkcji rodziny zastępczej lub prowadzenia rodzinnego domu dziecka, wykaz kandydatów zakwalifikowanych do pełnienia funkcji rodziny zastępczej lub prowadzenia rodzinnego domu dziecka, wykaz rodzin zastępczych, wykaz rodzinnych domów dziecka. To będzie narzędzie dla sądów rodzinnych, które pozwoli się łatwo zorientować, jakie są miejsca w pobliżu danego powiatu, jeśli w danym powiecie nie będzie miejsc w pieczy zastępczej.

W nowelizacji ustawy zawarto także zgłaszaną w trakcie konsultacji społecznych kwestię możliwości powrotu do dotychczasowej rodziny zastępczej, rodzinnego domu dziecka, placówki opiekuńczo wychowawczej albo regionalnej placówki opiekuńczo-terapeutycznej przez osobę, która opuściła już te formy pieczy i rozpoczęła proces usamodzielniania, jednak z różnych powodów chciałaby tam wrócić.

Czy jesteśmy gotowi na koniec świata?

Tylko co trzeci Polak ma zgromadzone w domu zapasy żywności i wody pitnej na kryzysową sytuację, jeszcze mniej ma w domu np. agregat prądotwórczy lub inne, alternatywne źródło energii na wypadek blackoutu.

Jak wynika z badania przeprowadzonego dla Warsaw Enterprise Institute i Defence24.pl, a cytowanego przez portal pulshr.pl, Wybuch pandemii w 2020 roku, a teraz wojny za wschodnią granicą spowodowały jednak, że coraz więcej osób przygotowuje sobie plan awaryjny.

Z marcowego badania Maison & Partners dla Warsaw Enterprise Institute i Defence24.pl wynika, że Polacy są kiepsko przygotowani do sytuacji kryzysowych. Choć ponad połowa trzyma w domu baterie, powerbanki, przynajmniej 1 tys. zł w gotówce, apteczkę zawierającą podstawowe leki i środki opatrunkowe oraz świece i zapałki, to tylko co trzeci zgromadził zapasy żywności i wody pitnej. Zaledwie co 10. ma agregat prądotwórczy lub inne, alternatywne źródło energii. Jeszcze mniej, bo tylko 3 proc. Polaków, ma przygotowany tzw. plecak przeżycia na wypadek nagłej sytuacji kryzysowej.

To samo badanie pokazuje również, że Polacy nie wiedzą, jak się w takiej sytuacji zachować. Zaledwie 30 proc. ma przemyślane sposoby łączności z bliskimi, a tylko 14 proc. – wiedzę na temat lokalizacji najbliższych punktów zbiórki i schronów. Połowa dorosłych obywateli deklaruje też, że nie wie, jak zachować się w wypadku wojny lub ataku terrorystycznego.

Wśród podstawowych zasad bezpieczeństwa, o których warto pamiętać, jest m.in. to, żeby zawsze mieć do połowy zatankowany bak w samochodzie i pewną ilość gotówki, gdyby np. z powodu długotrwałego braku prądu przestały działać bankomaty i stacje benzynowe. Absolutną podstawą przygotowania do zagrożeń i sytuacji kryzysowych jest jednak odpowiednie zabezpieczenie i wyposażenie własnego domu.

Dom to jest w ogóle fundament naszego bezpieczeństwa, więc dobrze jest go przygotować. Trzeba mieć na minimum 14 dni zapasy wody, żywności, leków, chemii gospodarczej, kosmetyków, karmy dla zwierząt, jeśli je mamy – wymienia ekspertka Agnieszka Kordalewska. – Jest pewien problem z wodą, która jest ciężka i zajmuje dużo miejsca. Każdy z nas codziennie zużywa średnio ok. 5 litrów wody, więc jeśli mamy czteroosobową rodzinę, to przez 10 dni zużycie wynosi ok. 200 litrów. Prawdopodobnie nie będziemy w stanie zgromadzić aż takich zapasów. W domu poza miastem jeszcze tak, ale w mieszkaniu w mieście to jest spory problem. To zaś oznacza, że musimy znaleźć źródło wody, wszystko jedno, fontannę, staw, cokolwiek, i sposób na to, żeby tę wodę awaryjnie uzdatnić. Przykładowo w sytuacji zagrożenia przyniesiemy sobie wodę ze stawu i uzdatnimy ją filtrem do wody albo tabletkami do uzdatniania wody.

Nowy dodatek węglowy

996,60 zł zostanie zlikwidowane i zastąpione 3 tys. zł bezpośredniego wsparcia w dodatku węglowym – poinformowała we wtorek ministerka klimatu i środowiska Anna Moskwa. Na wypłatę dodatku węglowego rząd przeznaczy ok. 11,5 mld zł.

Jak informuje portal wnp.pl, warunkiem otrzymania dodatku węglowego będzie wpis lub zgłoszenie źródła ogrzewania do Centralnej Ewidencji Emisyjności Budynków. Wsparcie finansowe wspomoże budżety domowe, dla których głównym źródłem ciepła jest węgiel lub paliwa węglopochodne. Na wypłatę dodatku węglowego rząd przeznaczy ok. 11,5 mld zł.

Dodatek będzie wypłacany w wysokości 3 tys. zł na odbiorcę, na każde gospodarstwo domowe, które jest zarejestrowane w Centralnej Ewidencji Emisyjności Budynków lub złożyło wniosek ze wskazaniem źródła ogrzewania opartego o węgiel – powiedziała Anna Moskwa, ministerka klimatu i środowiska. Nie ma żadnych kryteriów dochodowych, czyli każdy, kto taki piec ma, taki wniosek może złożyć – dodała.

Dodatek będzie przysługiwał gospodarstwom domowym, dla których głównym źródłem ogrzewania jest kocioł na paliwo stałe, kominek, koza, ogrzewacz powietrza, trzon kuchenny, piecokuchnia, kuchnia węglowa lub piec kaflowy na paliwo stałe – zasilane węglem kamiennym, brykietem lub peletem, zawierającymi co najmniej 85 proc. węgla kamiennego.

Wąskotorowy dopływ

Kolej wąskotorowa może być lekarstwem na korki w rejonie Piaseczna.

Spółka PKP Polskie Linie Kolejowe wybrała wykonawcę studium rozbudowy węzła warszawskiego. Wśród kwestii, którymi za 4,3 mln zł ma zająć się firma BBF, jest analiza stworzenia dodatkowych ciągów kolejowych w stołecznej aglomeracji. Jak wskazano w warunkach przetargu, jeden z takich ciągów mógłby powstać w oparciu o kolej wąskotorową Piaseczno – Tarczyn – Grójec – Nowe Miasto nad Pilicą.

Zainteresowanie rozwojem

Linia o prześwicie toru 1000 mm przestała być wykorzystywana w ruchu pasażerskim na przełomie lat 80. i 90. Najpierw z początkiem 1988 r. zlikwidowano pociągi do Nowego Miasta nad Pilicą, ograniczając kursowanie do odcinka Piaseczno – Grójec, który jednak w 1991 r. także został pozbawiony połączeń. Pod koniec oferta była szczątkowa – jedyny pociąg ruszał z Grójca o 5:43, a z powrotem z Piaseczna odjeżdżał o 15:30. Pokonanie 28-kilometrowego dystansu trwało aż 57 min.

Obecnie kolejka wąskotorowa funkcjonuje tylko jako atrakcja turystyczna: ruch odbywa się w weekendy na liczącym 15 km odcinku Piaseczno – Tarczyn (stacja Tarczyn znajduje się we wsi Ruda oddalonej 3 km od tego miasta). Dalszy odcinek w kierunku Grójca i Nowego Miasta nad Pilicą jest nieprzejezdny.

Do Grójca pociąg turystyczny ostatni raz dotarł w 2010 r. Nie znaczy to jednak, że w tym mieście zapomniano o kolei. – „Gmina Grójec deklaruje zainteresowanie rozwojem infrastruktury kolejowej na swoim terenie” – podkreśla Daria Bobrowska-Wachniewska z Urzędu Gminy i Miasta Grójec. – „Jesteśmy otwarci na wszelkie koncepcje, dzięki którym mieszkańcy będą mogli cieszyć się udogodnieniami komunikacyjnymi. Sądzimy jednak, że najlepszym rozwiązaniem byłaby budowa kolei normalnotorowej”.

Władze Grójca liczyły, że do miasta uda się doprowadzić normalnotorową linię w ramach Kolei Plus i zgłosiły do programu koncepcję budowy 40-kilometrowego ciągu Warszawa – Grójec. Grójecki ratusz ogłosił przetarg na wstępne studium planistyczno-prognostyczne – zaplanowano wydanie na ten cel 500 tys. zł, lecz firmy konsultingowe złożyły oferty opiewające na kwoty od 1,1 mln zł do 3,4 mln zł. W tej sytuacji z udziału w Kolei Plus zrezygnowano.

Leżący 30 km od granic Warszawy Grójec to najbliżej leżący stolicy ośrodek powiatowy bez kolei – dawny wąskotorowy szlak okrąża go od wschodu i południa. Z będącego centralnym punktem miasta Placu Wolności do stacji Grójec jest 1,7 km. Obecnie miasto zagęszcza się między centrum a wschodnią granicą – głównie na tej przestrzeni powstaje nowa zabudowa. W tej sytuacji, zdaniem Darii Bobrowskiej-Wachniewskiej, nie jest potrzebna zmiana przebiegu kolejki: „Ze względu na stały rozwój naszego miasta nie ma konieczności zbliżenia linii wąskotorowej do centrum Grójca”.

Ambitny cel

Kolej wąskotorowa z Piaseczna do Nowego Miasta nad Pilicą należy do czterech gmin: Piaseczno (68% udziałów), Grójec (30%) oraz Belsk Duży i Błędów (po 1%). Przejęły one kolejkę od PKP w 2014 r. Ówczesny burmistrz Piaseczna Zdzisław Lis mówił wtedy: „Chcemy wykorzystać tory, żeby nie tylko wozić turystów w weekendy, ale żeby także w dni powszednie dojeżdżali pasażerowie z Grójca. Naszym ambitnym celem jest, żeby docelowo kolejka jeździła aż do Nowego Miasta nad Pilicą”.

Już w 2011 r. Grzegorz Helbrecht i Joanna Baran z warszawskiej Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego przeprowadzili badanie wśród mieszkańców miejscowości położonych wzdłuż wąskotorówki między Tarczynem a Piasecznem. 79% badanych wskazało, że chciałoby korzystać z kolejki w codziennych dojazdach, widząc w tym rozwiązanie problemu korków – grzęzną w nich też autobusy podmiejskie.

Biegnąca równolegle do wąskiego toru szosa Grójec – Piaseczno jest jedną z bardziej obciążonych dróg na Mazowszu: na wlocie do Piaseczna średnio na dobę przejeżdża nią 22,6 tys. samochodów. W części z nich jadą osoby chcące dostać się do stacji kolejowej w Piasecznie, by ruszyć z niej pociągiem do Warszawy. W marcu 2023 r. na tej trasie do Kolei Mazowieckich dołączyć ma Szybka Kolej Miejska. Zwiększenie liczby połączeń przyciągnie kolejnych pasażerów, w tym tych podjeżdżających autami. – „W otoczeniu stacji kolejowej zorganizowaliśmy około 400 miejsc parkingowych” – mówi burmistrz Piaseczna Daniel Putkiewicz. – „Zwiększanie liczby miejsc wiązałoby się z koniecznością wykupu terenów i budową wielopoziomowych parkingów”.

Wąskotorowy renesans

Władze Piaseczna są chętne do współpracy z firmą, która będzie opracowywać studium dla PKP PLK. Piaseczno to nie tylko samorząd posiadający większościowy pakiet udziałów kolei wąskotorowej, ale też gmina borykająca się z problemem rosnącego ruchu samochodowego.

Od 2000 do 2020 r. liczba mieszkańców gminy miejsko-wiejskiej Piaseczno wzrosła z 52 tys. do 86 tys. – stała się tym samym czwartą po Warszawie, Radomiu i Płocku najludniejszą gminą w województwie mazowieckim. Wąski tor przechodzi przez rozbudowującą się zachodnią część gminy i biegnie do centrum Piaseczna, mijając po drodze przystanek Piaseczno Wiadukt zlokalizowany nad normalnotorową stacją Piaseczno – daje to możliwość stworzenia wygodnego węzła przesiadkowego.

Wąskotorówka może stać się atrakcyjnym dopływem linii kolejowej łączącej Piaseczno z Warszawą. I wcale nie musi być powolna. W Austrii czy Czechach koleje wąskotorowe obsługują codzienne przewozy i choć cechują się węższym rozstawem szyn niż kolejka piaseczyńska, osiągają prędkości 60-80 km/h.

– „Podniesienie parametrów wymagać będzie dużych nakładów w infrastrukturę i tabor. Wydatki inwestycyjne to tylko jedno z wyzwań. Aby myśleć o transporcie publicznym z wykorzystaniem linii wąskotorowej, należy zapewnić finansowanie utrzymania linii i taboru” – mówi burmistrz Putkiewicz, a jego zastępca Robert Widz dodaje: „Istotne jest, aby za samym stwierdzeniem potrzeby wykorzystania linii szły korzystne rozwiązania, które umożliwią renesans kolei lokalnych – nie tylko w aglomeracji warszawskiej”.

Wykorzystanie wąskich torów do codziennej obsługi transportowej jest coraz poważniej rozważane w kolejnych regionach. Samorząd województwa łódzkiego wybrał wykonawcę strategii dla linii wąskotorowej Rogów – Rawa Mazowiecka – Biała Rawska, a na Pomorzu zlecone zostało studium rozwoju Żuławskiej Kolei Dojazdowej.

Karol Trammer

Tekst pochodzi z dwumiesięcznika „Z Biegiem Szyn” (nr 3-4/119, maj-sierpień 2022)
http://www.zbs.net.pl

Zdjęcie w nagłówku tekstu: Wistula – Praca własna, CC BY-SA 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=16688120

Państwo mocno dofinansuje leki? Raczej nie

W raporcie Polskiego Instytutu Ekonomicznego zaproponowano, aby chorzy płacili z własnej kieszeni tylko 400 zł za leki rocznie, resztę miałby dokładać „płatnik publiczny”.

Jak informuje portal Rynek Zdrowia, do ministra zdrowia wpłynęła interpelacja dotycząca współpłacenia za leki refundowane i ograniczeń nierówności w dostępie do nich.
Autorzy interpelacji odwołują się do raportu Polskiego Instytutu Ekonomicznego „Współpłacenie za leki w Polsce. Jak ograniczyć nierówności w dostępie do leków?”.
– PIE proponuje wprowadzenie górnego limitu dopłat do leków refundowanych, a mianowicie aby pacjent w ciągu 12 miesięcy w ramach współpłacenia za leki refundowane płacił z własnej kieszeni tylko pierwsze 400 zł – przypominają autorzy interpelacji. Dodają, że po przekroczeniu tej sumy resztę kwoty współpłacenia pokrywałby płatnik publiczny. Jednak, jak zaznacza PIE, proponowana kwota 400 zł jest wartością poglądową.

Autorzy opracowania wskazali, że produkty farmaceutyczne są najbardziej niedofinansowaną częścią opieki zdrowotnej w Polsce, w naszym kraju jest też najwyższe obciążenie obywateli wydatkami na leki w UE. Dodali także, iż ze względu na planowany w najbliższych latach wzrost publicznych nakładów na ochronę zdrowia (7 procent PKB do 2027 roku), wprowadzenie limitu mogłoby odbyć się bez ograniczania wydatków w innych obszarach ochrony zdrowia.

Wiceminister zdrowia Maciej Miłkowski odpowiada, że „raport nie był konsultowany z Ministerstwem Zdrowia, a co za tym idzie, nie ma w nim nawet próby uwzględnienia punktu widzenia MZ”. Twierdzi, że ministerstwo nie prowadzi obecnie prac nad takim rozwiązaniem.

Depp vs Heard: Mężczyzna, kobieta i psychiatria przed sądem

Jeszcze niedawno jednym z głównych dań, którymi byliśmy faszerowani przez media, była sprawa sądowa Amber Heard i Johnny’ego Deppa. Te same media serwowały nam też od razu deser w postaci „krytycznych komentarzy”. Na przykład komentarz Stawiszyńskiego w „Tygodniku Powszechnym”, który właściwie zainspirował mnie do napisania tego tekstu, sprowadzał clou tego fenomenu do faktu, że „tłumy” odkrywają, iż sławni i bogaci też miewają problemy ze sobą i brzydko się zachowują – tak jakby było to jakieś novum – a niesprawiedliwie wydające wyroki „tłumy” powinny być w zasadzie wdzięczne, że ktoś niesie za nie ciężkie brzemię wielomilionowych majątków. Wiele z tych komentarzy było więc potrawami z taśmy do sztampowej seryjnej produkcji śmieciowego żarcia wprost z fabryki przemysłu kulturowego. Jednak zdarzały się też bardziej wnikliwe głosy. Zwracały one uwagę na wpływ tego procesu na społeczne postrzeganie kobiet, które padły ofiarą przemocy.

Na pewien kluczowy aspekt, który umknął chyba większości komentujących, można byłoby tutaj jednak zwrócić uwagę. Mianowicie, obie strony próbowały wykorzystywać diagnozy psychiatryczne do dyskredytowania przeciwnika i podważania jego wiarygodności. Prawnikom Deppa udało się jednak jego problemy psychiczne przedstawić w zasadzie jako okoliczność łagodzącą, skutki trudnego dzieciństwa – wzbudzało to więc raczej współczucie, które działało na jego korzyść. W przypadku kobiety, Heard, aktywował się za to stereotyp „agresywnej, nieobliczalnej i zmyślającej wariatki”. Niezależnie od tego, kto w tym przypadku był bardziej „winny”, o ile w ogóle można tego typu zagmatwane, cyrkularne sytuacje wzajemnej przemocy rozpatrywać w kategoriach „winy”, mogliśmy zaobserwować, jak przemocowy charakter mogą mieć same diagnozy psychiatryczne.

Heard postawiono m.in. „zarzut” osobowości z pogranicza (Borderline Personality Disorder, BPD). Sama ta nazwa ma jeszcze psychoanalityczne korzenie. „Pogranicze” odnosiło się pierwotnie do granicy między „neurozą” (a więc „łagodniejszymi” zaburzeniami) a „psychozą” (a więc czymś znacznie cięższym i poważniejszym, głębszą patologią). Osoby borderline miałyby więc być zbyt zaburzone, aby kwalifikować się do przegródki neuroz, lecz wciąż na tyle osadzone w rzeczywistości, że nie można było ich określić jako „psychotyczne”. W wydanej niedawno książce „Sexy But Psycho: How the Patriarchy Uses Women’s Trauma Against Them” (Seksowna, ale psychiczna: Jak patriarchat wykorzystuje traumę kobiet przeciwko nim) brytyjska psycholożka Jessica Taylor, wpisując się w długą linię feministycznej krytyki psychiatrii (która w Polsce, w dominującym wydaniu, ogranicza się niestety do hasłowo ujętego i rytualnie odsądzanego od czci i wiary Freuda, którego „pokonanie” oznacza właściwie możliwość odtrąbienia sukcesu i zamknięcia sprawy) pokazuje, jak również współcześnie na psychiatrię patrzeć można jak na instytucję, której celem jest regulowanie kobiecości według norm stworzonych przez mężczyzn. Te normy z jednej strony patologizują kobiety za „nieracjonalną” rzekomo nadmierną emocjonalność, a z drugiej za autoagresywne skierowanie wypartych pod wpływem patriarchatu emocji przeciwko sobie. Z jednej strony za „rozwiązłość”, a z drugiej za „oziębłość”. Kulturowo diagnozy tego rodzaju mogą więc pełnić podobną funkcję do określania buntujących się kobiet mianem „czarownic”, a psychiatria pełniłaby rolę podobną inkwizycji.

W ten sposób, jak pokazują również autorki opublikowanym już w 2005 r. w czasopiśmie „Feminism & Psychology” artykule „Women at the Margins: A Critique of the Diagnosis of Borderline Personality Disorder” reakcja na przemoc staje się objawem choroby. Pozwala to ową reakcję podważyć jako nieracjonalną. Natomiast jej źródło przypisać zreifikowanemu stygmatyzującemu zaburzeniu. A samą przemoc ukryć, choć bowiem znaczna część kobiet zdiagnozowanych jako borderline to ofiary przemocy seksualnej, to fakt ten pominięty jest w kryteriach diagnostycznych, znika więc z pola widzenia. Uzasadniony traumą seksualną lub innym nadużyciem i przemocą brak zaufania wobec męskich figur czy innych postaci w pozycji siły staje się więc wtedy nieracjonalnym objawem choroby. Z tego też powodu część kobiet domaga się zmiany diagnozy borderline np. na Complex PTSD (Złożony Zespół Stresu Pourazowego), bo w tej diagnozie rola traumy jest przynajmniej uwzględniona. Nadal jednak zrozumiała reakcja na nadużycie jest patologizowana.

Choć BPD wywodzi się z psychoanalizy, to w oficjalnych systemach diagnostycznych znalazło się dopiero w 1980 r. wraz z wprowadzeniem DSM III, które, w odpowiedzi m.in. na antypsychiatryczną krytykę, która doprowadziła też do depatologizacji homoseksualizmu, miało psychiatrii zapewnić nimb prawdziwej „naukowej” „medyczności” i „obiektywności”. Robert Spitzer, który przewodniczył pracom nad DSM III, w opublikowanym niedawno wywiadzie z rozbrajającą szczerością, śmiejąc się, przyznał np. że „osobowość unikająca” to właściwie to samo, co „fobia społeczna”, ale po prostu grupa pracująca nad zaburzeniami osobowości chciała mieć taką własną kategorię i stąd w klasyfikacji pojawiły się dwa bardzo podobne konstrukty. Gdzie indziej mówił też, że DSM III był wielkim sukcesem, ponieważ „wygląda bardzo naukowo. Jak otworzysz, to wygląda, jakby musieli coś wiedzieć”, co wiele mówi na temat tego, ile ów nimb naukowości ma faktycznie wspólnego z nauką.

Współcześnie w najważniejszych naukowych psychiatrycznych czasopismach na świecie można już spotkać się z określaniem obowiązującej aktualnie wersji DSM mianem ideologii, a stojących na ich straży psychiatrów z American Psychiatric Association określa się mianem sekty. DSM głośno i wyraźnie krytykuje także jeden z twórców Acceptance and Commitment Therapy (ACT), czyli tzw. trzeciej fali CBT (terapii poznawczo-behawioralnej), pracując nad „Gwiazdą śmierci” – programem badawczym nazwanym tak ze względu na jego długotrwały i monumentalny charakter, ale też zapewne dlatego, że jego celem ma być unicestwienie DSM i stworzenie nowego podejścia do ujmowania ludzkich problemów.

Różnica między „fobią społeczną” a „osobowością unikającą” jest jednak głębsza na poziomie tego, jak te konstrukty są zazwyczaj rozumiane. Zaburzenia osobowości najczęściej przedstawia się jako głębokie patologie, niezwykle trudne do zmiany trwałe wzorce zachowania, ciężko poddające się terapii. Mieć „zaburzoną osobowość” to tak jakby rdzeń czyjejś podmiotowości określić jako nieprawidłowy i patologiczny. Określenie „borderka” funkcjonuje już zaś niemal jak obelga. W Internecie spotkać się można z wieloma stygmatyzującymi opisami przypadków (także publikowanymi przez specjalistów na poczytnych portalach), ludźmi ostrzegającymi się przed „borderami” i sugerującymi, że wszystko jest lepsze od związku z taką osobą, a od „bordera” najlepiej jak najszybciej uciekać gdzie pieprz rośnie.

Diagnozy mogą również wprost decydować o ludzkim życiu i wolności, co w przypadku spraw sądowych, takich jak ta Deppa i Heard, staje się brutalnie widoczne. Widoczne staje się także to, jak subiektywne i nienaukowe są owe diagnozy. Psychiatra, który diagnozował Deppa na podstawie jego roli w filmach, przyciśnięty konkretnymi pytaniami przez prawnika Deppa wykazującymi absurdalność jego opinii, był wyraźnie zdezorientowany i zszokowany. Pytającym wzrokiem patrzył w stronę sędziego, oczekując, że ten stanie po jego stronie i zwolni go z obowiązku odpowiedzi. Cały „naukowy” i „medyczny” autorytet „eksperta” prysł w jednym momencie, a lekarz nie był przygotowany na to, że ktoś może podważać jego subiektywne opinie prezentowane jako obiektywne fakty. Psychiatrzy bowiem nie są przyzwyczajeni do sytuacji, w której ktoś kwestionuje ich opinie. Szczególnie w szpitalach psychiatrycznych, każda odmienna opinia nazwana może zostać „brakiem wglądu”. Pacjenci szybko uczą się więc, że z psychiatrami nie prowadzi się dyskusji, bo najlepsze co można w ten sposób osiągnąć, to zwiększone dawki leków, pasy lub dłuższe pozbawienie wolności.

Will Hall, psychoterapeuta i doktorant na Maastricht University, autor przetłumaczonego na kilkanaście języków poradnika bezpiecznego odstawiania leków, napisanego częściowo na podstawie własnych doświadczeń jako osoby, u której zdiagnozowano schizofrenię, komentował wystąpienie psychiatry z procesu Deppa: „Czy ktoś jeszcze spotkał tego faceta? A jego lojalnych kolegów? A ich przytakujący personel? Naśladujących go uczniów? Bo ja zdecydowanie tak. Raz za razem”.

Jessica Taylor proponuje więc inne podejście zamiast etykietek, które więcej skrywają niż wyjaśniają oraz wprowadzają podział na „my” (zdrowi, lepsi) i „oni” (chorzy, inni). Te etykietki nawet u personelu potęgują tylko poczucie bezsilności wobec problemu, które ostatecznie prowadzić może do frustracji i mniej lub bardziej otwarcie wyrażanej agresji, a pacjentom odbierać poczucie sprawstwa i podmiotowości oraz prowadzić do identyfikowania się z diagnozą, która staje się czymś w rodzaju „skażonej tożsamości”. Typowy „opis przypadku”, taki jak:

„X była maltretowana i wykorzystywana przez całe dzieciństwo i wczesną dorosłość. Zdiagnozowano u niej zaburzenia przywiązania, zaburzenie osobowości typu borderline i agorafobię. Trudno wejść z nią w relację, odmawia rozmów z personelem, zaprzecza doświadczeniom wykorzystywania i wykazuje problematyczne zachowania”

można byłoby zastąpić następującym:

„X była maltretowana i wykorzystywana przez całe dzieciństwo i wczesną dorosłość. Często się boi, zmaga się z reakcjami na traumę i czuje się przytłoczona oferowaną przez nas pomocą. Bardzo boi się małych przestrzeni i pokoi. Nie chce rozmawiać o nadużyciach i nie jest jeszcze gotowa do rozmowy. Nie ufa specjalistom i często wycofuje się, gdy ludzie wnikają zbyt głęboko lub sprawiają, że czuje się zagrożona”.

Według Taylor już takie proste przeformułowanie, nazwanie problemów w sposób bliższy temu, co faktycznie przeżywać może skrzywdzona osoba, sprawia, że biorący udział w jej szkoleniach psychiatrzy i psychologowie zaczynają z większą empatią odnosić się do pacjentki, przestają postrzegać ją jako beznadziejny przypadek i kogoś, z kim woleliby unikać kontaktu. Odzyskują też wiarę w to, że można jej jednak pomóc.

dr Radosław Stupak

Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Jills from Pixabay

Są nowe stawki zasiłku dla bezrobotnych

Od 1 czerwca 2022 r. najniższy możliwy zasiłek to 949,40 zł netto przez pierwsze trzy miesiące. Zasiłki dla osób, które miały powyżej 5 i powyżej 20 lat pracy wyniosą odpowiednio 1186,73 zł netto i 1424,15 zł netto przez pierwszy kwartał.

Jak informuje portal pulshr.pl, wysokość zasiłku jest uzależniona od stażu pracy i dzieli się na trzy stawki: 80 proc., 100 proc. i 120 proc. Przez pierwsze trzy miesiące zasiłek jest wypłacany w wyższej kwocie.

Stawki zasiłku dla bezrobotnych od 1 czerwca 2022 r. są następujące:

80 proc. (mniej niż 5 lat stażu pracy) – w okresie pierwszych trzech miesięcy: 1 043,30 zł brutto / 949,40 zł netto. W okresie kolejnych miesięcy posiadania prawa do zasiłku: 819,30 zł brutto / 745,56 zł netto.

100 proc. (od 5 lat do 20 lat stażu pracy) – w okresie pierwszych trzech miesięcy: 1 304,10 zł brutto / 1 186,73 zł netto. W okresie kolejnych miesięcy posiadania prawa do zasiłku: 1 024,10 zł brutto / 931,93 zł netto.

120 proc. (co najmniej 20 lat stażu pracy) – w okresie pierwszych trzech miesięcy: 1 565,00 zł brutto / 1 424,15 zł netto. W okresie kolejnych miesięcy posiadania prawa do zasiłku: 1 229,00 zł brutto / 1 118,39 zł netto.

Są dwa okresy pobierania zasiłku. Pierwszy wynosi 180 dni i dotyczy osoby bezrobotnej, która rejestruje się w urzędzie pracy na obszarze powiatu, którego stopa bezrobocia w dniu 30 czerwca roku poprzedzającego dzień nabycia prawa do zasiłku nie przekraczała 150 proc. przeciętnej stopy bezrobocia w kraju.

Drugi okres wynosi 365 dni i przysługuje, jeśli:

– osoba bezrobotna rejestruje się w urzędzie pracy na obszarze powiatu, którego stopa bezrobocia w dniu 30 czerwca roku poprzedzającego dzień nabycia prawa do zasiłku przekraczała 150 proc. przeciętnej stopy bezrobocia w kraju;

– osoba bezrobotna rejestrując się w urzędzie pracy ma powyżej 50. roku życia oraz posiada co najmniej 20-letni okres uprawniający do zasiłku;

– osoba bezrobotna rejestrująca się w urzędzie pracy ma na utrzymaniu co najmniej jedno dziecko w wieku do 15 lat, a małżonek jest także osobą bezrobotną i utracił prawo do zasiłku.

 

Pracownicy Amazona myślą o strajku

Pracownicy Amazona żądają podwyżek. Ze względu na rosnące koszty życia i zwiększone zapotrzebowanie na pracę w firmie, chcą zwiększenia stawek z 22 na 28 zł za godzinę.

Jak informuje Głos Wielkopolski, pracownicy Amazona weszli w spór zbiorowy z pracodawcą.

Jako związek zawodowy postanowiliśmy wejść w spór, ponieważ przeciąga się przegląd wynagrodzeń. W tym roku nie było żadnych podwyżek, narasta niezadowolenie w zakładzie. Amazon deklaruje, że będzie dokonywał przeglądu wynagrodzeń, ale niedawno ogłoszono, że proces się przedłuża – mówi Agnieszka Mróz z Inicjatywy Pracowniczej.

Obecnie szeregowi pracownicy zarabiają 22 zł na godzinę. Teraz domagają się podwyżki o 6 zł. Obecnie trwa tzw. prime week, czyli okres promocji. Dla pracowników oznacza to dodatkowe godziny pracy, które nie są liczone jako nadgodziny.Pracownicy pracują nawet 50 godzin w tygodniu. Nie jest to liczone jako nadgodziny. Mamy trzymiesięczny okres rozliczeniowy. Wtedy, kiedy jest mniej pracy, Amazon sobie nas przerzuca na czas, kiedy jest więcej zamówień – tłumaczy Mróz.

Inicjatywa Pracownicza złożyła pismo z żądaniami podwyżek o 6 zł. Teraz pracownicy spodziewają się serii rozmów i mediacji. W ten sposób rozpoczyna się procedura sporu zbiorowego. Do tej pory nie odbyły się jeszcze oficjalne rozmowy z pracownikami, ale pracodawca ma 14 dni na zrealizowanie postulatów. Jeśli tego nie zrobi, to konieczne będą dalsze kroki i rozmowy.

Kobiety są częściej mobbingowane w miejscu pracy

W czasie pandemii blisko 23 proc. kobiet w Polsce doświadczyło mobbingu w pracy. Ofiarami nękania są głównie Polki z najniższym wykształceniem.

Jak informuje portal Wirtualne Media, mobbingu doświadczają głównie pracownice z podstawowym lub gimnazjalnym wykształceniem – 40 proc. Rzadziej dotyka to kobiet, które zdobyły średnie wykształcenie – 22,7 proc., wyższe – 22,5 proc., a także zasadnicze zawodowe – 18,6 proc.

Jednak żaden poziom edukacji nie chroni kobiet przed tego typu przemocą. Najczęściej o mobbingu mówią kobiety z miejscowości mających od 200 tys. do 499 tys. mieszkańców (26,7 proc.). Polki mieszkające na wsi oraz w mniejszych miejscowościach stanowią 20,5 proc. Według badania, mobbing w miejscu pracy najrzadziej spotyka Polki z miast liczących powyżej 500 tys. ludności – 18,3 proc.

 

Uber korumpował naukowców?

Z poufnych dokumentów Ubera wynika, że firma sowicie opłacała znanych naukowców, którzy w zamian tworzyli przychylne raporty, pokazujące mediom i politykom, jak korzystny dla ludzi i gospodarki jest model biznesowy firmy. W aferę zamieszani są m.in. znani francuscy ekonomiści.

Jak informuje portal moto.pl, akta Ubera, które zdobył dziennik „The Guardian”, ujawniły lukratywne umowy z kilkoma czołowymi naukowcami, którym zapłacono za publikowanie badań na temat korzyści płynących z modelu biznesowego, na jakim opiera się firma Uber. Raporty zlecono w momencie, gdy Uber miał kłopoty z działalnością w największych miastach na całym świecie.

Jeden z raportów francuskiego naukowca, który w zamian za jego stworzenie poprosił Ubera o opłatę konsultacyjną w wysokości 100 tys. euro, został m.in. zacytowany w raporcie „Financial Times” z 2016 r. Kwota ta trafiła głównie do prof. Augustina Landiera z Toulouse School of Economics. Jednak w pracach nad raportem brał udział także David Thesmarem, inny wybitny profesor z czołowej francuskiej szkoły biznesu, École des Hautes Études Commerciales de Paris. Choć pieniądze oficjalnie wypłacono za usługi konsultingowe, to tak naprawdę chodziło o sporządzenie raportu przychylnego dla Ubera.

W raporcie szczegółowo opisano strukturę wynagrodzenia kierowców pracujących dla Ubera. Według niego mieli oni zarabiać średnio 19,90 euro za godzinę. W raporcie jednak nie wspomniano o tym, że podana kwota nie uwzględnia znacznych kosztów, takich jak wynajem samochodu, ubezpieczenie i paliwo. W ten oto sposób w świat poszła informacja, że „większość kierowców Ubera zarabia 20 euro za godzinę, co jest ponad dwukrotnością płacy minimalnej”.

Dokumenty pokazują, że opłacone raporty miały być argumentem dla polityków, jak się okazuje niekiedy także często powiązanych z Uberem, do zmian przepisów, które firma do tej pory musiała omijać lub łamać.

Czy kontrolować ceny?

Kiedy miliony głodują, a kilka firm osiąga rekordowe zyski, „wolny rynek” najwyraźniej sobie nie radzi. Argumenty za kontrolą cen są wówczas mocniejsze niż kiedykolwiek.

Zamiast zająć się kryzysem związanym z kosztami życia poprzez próby położenia kresu korporacyjnej chciwości, Bank Anglii i rząd torysów kontynuują próby przeciwdziałania rosnącej inflacji za pomocą pogarszania warunków życia i pracy zwykłych ludzi. W jednym tygodniu rząd ogłosił plany zniesienia ograniczeń w wysokości premii dla bankierów, jednocześnie wprowadzając przepisy ułatwiające firmom zatrudnianie pracowników tymczasowych w celu złamania toczących się strajków. Gdy bankierzy cieszą się z hojnego prezentu, Bank Anglii prognozuje istotne pogorszenie sytuacji w pozostałej części brytyjskiej gospodarki – ponieważ wyższe ceny, słabszy wzrost gospodarczy i zaostrzone warunki finansowania utrudniają gospodarstwom domowym i firmom spłatę lub refinansowanie zadłużenia.

To, co Bank pomija w swojej prognozie, to jego własna rola w tworzeniu tych warunków. Podwyżki stóp procentowych zwiększą bezrobocie, osłabią klasę pracującą i obniżą wzrost płac – w błędnym przekonaniu, że złagodzi to inflację. Jednak dane Banku Rozrachunków Międzynarodowych wykazały, że w ciągu ostatnich kilku dekad znacznie spadła korelacja między płacami a cenami. Wynika to po części z drastycznego spadku poziomu członkostwa w związkach zawodowych od lat 80. i z wprowadzenia drakońskich przepisów antyzwiązkowych.

W rzeczywistości płace nie nadążają za inflacją i realnie spadają najszybciej od czasu, gdy zaczęto archiwizować takie dane. W rezultacie gospodarstwa domowe są zmuszone do zaciągania większego zadłużenia, aby związać koniec z końcem – w tym samym czasie, gdy koszty kredytów rosną, a zdolność do spłaty maleje. Raport Fundacji Josepha Rowntree wykazał, że od października ubiegłego roku zaległości w zakresie wszystkich długów osobistych wzrosły ponad dwukrotnie: z 1,8 miliarda funtów do 3,8 miliarda funtów. Mimo to banki „cisną”, by konsumenci pożyczali więcej, aby mogły nadal czerpać zyski z odsetek od pożyczek i kart kredytowych.

Wraz z gwałtownym wzrostem cen żywności, spowodowanym głównie wzrostem kosztów energii i kosztów produkcji rolników, niektóre supermarkety uciekły się do przyczepiania do bloków sera i masła zabezpieczeń przed kradzieżą. To skłoniło byłego kanclerza skarbu w brytyjskim gabinecie cieni, Johna McDonnella, do wezwania do „radykalnej restrukturyzacji” naszej gospodarki poprzez wprowadzenie kontroli cen. Majstrowanie przy cenach przez duże korporacje w Wielkiej Brytanii doprowadziło do 73-procentowego wzrostu marż/zysku, co odpowiada za aż 50% obecnego poziomu inflacji.

Istnieje historyczny precedens ze strony rządów w Wielkiej Brytanii, Stanach Zjednoczonych i wielu innych krajach w zakresie kontroli państwowej nad cenami w podobnych okresach niestabilności. Aby uzyskać lepsze wyobrażenie o tym, jak działa kontrola cen i jak może być stosowana dzisiaj, powinniśmy zbadać jej wcześniejsze zastosowanie, ale także wziąć pod uwagę różnice w warunkach ekonomicznych panujących w tamtych czasach.

Siła monopolu i mity wolnego rynku

To nie rolnicy czerpią zyski z rosnących cen masła i sera – w większości przerzucają tylko zwiększone koszty rosnących cen paliw i surowców. Tylko w tym roku cztery największe firmy energetyczne mają dzięki swoim super-zyskom zapewnić inwestorom wykup akcji o wartości około 38 miliardów dolarów. Według IPPR grupa zaledwie 25 firm niefinansowych odpowiada za około 30,5 miliarda funtów wzrostu zysków w sektorze przedsiębiorstw od początku pandemii. Ale to spekulowanie na tle monopolistycznego ustalania cen nie jest niczym nowym.

W 1971 r. John Kenneth Galbraith, profesor ekonomii na Harvardzie i były zastępca szefa Urzędu ds. Administracji Cen (OPA) podczas II wojny światowej, napisał artykuł dla „New York Timesa”, w którym domagał się kontroli cen. Artykuł został napisany w odpowiedzi na rodzący się wówczas wzrost inflacji i był w opozycji do pojawiających się zaleceń monetarystów. Monetaryści, w tym najbardziej znany Milton Friedman, opowiadali się za podwyżkami stóp procentowych i cięciami wydatków rządowych w celu zwiększenia bezrobocia i spowolnienia wzrostu płac.

Friedman twierdził, że ceny są zbyt skomplikowane, aby rządy mogły je regulować, dlatego należy je pozostawić rynkom. Według Galbraitha monetaryści postrzegali inflację jako chorobę, którą trzeba było przegnać, połykając bardzo gorzki lek. Uważali, że inflacja z lat 70. była wynikiem utrzymywania zbyt niskiej stopy bezrobocia i zbyt szybkiego wzrostu podaży pieniądza. Jednak dla Galbraitha inflacja bardziej niż chorobę przypominała chroniczny stan spowodowany starością.

Gdy amerykański kapitalizm osiągnął dojrzałość, konkurencyjne rynki zostały zastąpione przez kilka wielkich korporacji. Ten brak konkurencji dał wielkim korporacjom możliwość ustalania cen na sztucznie zawyżonych poziomach. Po upadku systemu walutowego z Bretton Woods w 1971 r. wartość dolara gwałtownie spadła, zwiększając koszty importu dla amerykańskich konsumentów i korporacji. Wielkie korporacje z monopolistyczną władzą podniosły ceny, aby utrzymać marże zysku, a w odpowiedzi silne związki zawodowe wynegocjowały wyższe płace. Embargo OPEC na ropę naftową z 1973 r. dolało oliwy do ognia, wywołując niesławną „spiralę płacowo-cenową”.

Monetaryści wykorzystali chaos niestabilnych kursów walutowych i gwałtownie rosnących cen ropy, aby złożyć narrację o winie za inflację bezpośrednio na barkach pracowników i związków zawodowych, z korzyścią dla wielkich korporacji. Odnieśli sukces w ideologicznej krucjacie na rzecz wyższych stóp procentowych, a stopa funduszy Rezerwy Federalnej osiągnęła 15% do 1980 roku. W rezultacie gospodarka amerykańska doświadczyła dwóch kolejnych recesji i przez cztery lata pozostawała w stagnacji.

Bezrobocie osiągnęło 10,8%, nim rozpoczęło się ożywienie gospodarcze, co miało więcej wspólnego z napływem tanich towarów z Azji i wzrostem zadłużenia prywatnego, niż z sukcesem podwyżek stóp procentowych. Dla Galbraitha błędem monetarystów było przekonanie, że ceny są determinowane przez wolny rynek – podczas gdy w rzeczywistości garstka dużych, monopolistycznych firm była w stanie je narzucać. Z tego samego powodu przekonanie monetarystów, że rządy nie są w stanie skutecznie kontrolować cen, jest całkowicie błędne.

Kontrolowanie cen w czasach wojny i pokoju

Myśliciele monetarystyczni, tacy jak Milton Friedman, argumentowali, że jeśli rządy będą próbowały ustalać ceny, spowodują zniekształcenia sygnałów rynkowych, prowadząc do nieoptymalnej produkcji dóbr poprzez błędną alokację inwestycji. Jeśli ceny będą zbyt niskie, dostawcy nie będą się czuli zachęceni do zwiększania inwestycji w moce produkcyjne, ponieważ to rosnące ceny i perspektywa wyższych zysków zachęcają firmy do inwestowania w produkcję.

Wynika z tego, że jeśli ceny zostaną ustalone na zbyt niskim poziomie, pogłębi to niedobory podaży, ponieważ dostawcy nie będą w stanie zareagować na rosnący popyt. Twierdzi się, że wolne od ingerencji rządu ceny ustabilizowałyby się na dłuższą metę, ponieważ podaż wzrosłaby, aby dopasować się do popytu. Wtrącanie się w ten skomplikowany mechanizm, jak argumentują monetaryści, doprowadziłoby do chaosu gospodarczego i znacznych niedoborów – tylko że historia twierdzi inaczej.

Podczas II wojny światowej prawie wszystkie kraje rozwinięte stosowały kontrolę cen i żaden nie doświadczył drastycznego załamania podaży. W rzeczywistości w latach 1939-1944 Stany Zjednoczone podwoiły swoje PKB per capita, produkcja przemysłowa potroiła się, a ogromne ilości materiałów wojennych zostały wyprodukowane przy jednoczesnym podniesieniu standardu życia cywilów – przekleństwo dla doktryny monetarnej. Aby zrozumieć, dlaczego kontrola cen była tak skuteczna podczas wojny, Galbraith szukał odpowiedzi w wywołanym przez wolny rynek chaosie krachu finansowym w 1929 r. i późniejszej depresji. Odkrył, że w przedwojennej epoce Wielkiego Kryzysu ceny towarów takich jak stal nie spadały wraz ze spadkiem popytu. Wskazywało to, że nie podaż i popyt utrzymują wysokie ceny, lecz sprawia to pewien rodzaj siły rynkowej posiadanej przez producentów. Pisał o tym w 1952 r.: „Oligopol nie był już wyjątkiem… to była reguła. Tam, gdzie kilka dużych firm zdominowało branżę, tak jak miało to miejsce w przypadku stali, aluminium, ropy, chemikaliów, farmaceutyków i wielu innych, ceny były już kontrolowane. Rynki te poddają się regulacji cen w znacznie większym stopniu niż wcześniej sądzono”.

Wprowadzenie kontroli cen nie odbyło się jednak bez problemów. Początkowo liczba towarów, które wymagały regulacji, rosła zbyt szybko, aby odpowiednie instytucje mogły to skutecznie śledzić. Problem został jednak rozwiązany przez wprowadzenie w kwietniu 1942 r. Ogólnej Regulacji Cen Maksymalnej, która nakładała na sprzedawcę obowiązek uzasadnienia podwyżki cen, a nie na rząd uzasadnienia ustalenia ceny danego towaru. Rozporządzenie to było wymierzone w główne czynniki sprawcze inflacji – na przykład firmy energetycznych – a nie w rolników, którzy podnieśli ceny w odpowiedzi na własne rosnące koszty produkcji.

Współczesna inflacja

Zidentyfikowanie przez Galbraitha motoru narzucania cen przez duże korporacje jako podstawowego źródła inflacji dostarcza nam dziś bezcennych informacji. W swojej analizie sytuacji inflacyjnej w latach 70. zidentyfikował silne związki zawodowe i silne korporacje jako motory wzrostu cen – aczkolwiek częściowo w odpowiedzi na globalne wydarzenia gospodarcze. Jednak dzisiaj związki zawodowe mają znacznie mniejszą władzę niż w czasach, gdy Galbraith pisał te słowa w 1971 r. – a mimo to inflacja ma przekroczyć 10% do końca roku.

Jedynymi sprawcami tych nadmiernych wzrostów cen są zatem wielkie korporacje, które mają większą władzę niż kiedykolwiek i wykorzystują ją do ustalania wysokich cen, wywierania presji na obniżkę płac i przenoszenia rekordowych zysków za granicę, aby uniknąć podatków. Pomimo niskiego poziomu bezrobocia, wzrost płac ogólnie pozostaje poniżej poziomu inflacji. Oznacza to słabszą dzisiaj niż w przeszłości siłę przetargową pracowników oraz transfer bogactwa od pracowników do firm i ich akcjonariuszy.

Istnieją pewne podobieństwa między dniem dzisiejszym a następstwami II wojny światowej, takie jak zakłócenia łańcucha dostaw i opóźnienia w ponownym uruchomieniu produkcji, które doprowadza do wzrostu kosztów. Są też pewne podobieństwa do lat 70., gdy rosnące ceny ropy podniosły koszty dla konsumentów i producentów. Ale w przeciwieństwie do tych wydarzeń inflacyjnych, dziś gospodarstwa domowe nie mają oszczędności, które mogłyby zabezpieczyć przed inflacją, i nie mają silnego ustawodawstwa unijnego, które umożliwiłoby im skuteczne negocjowanie wyższych płac. Większość oszczędności jest obecnie w rękach bogatych, przy czym dolne 80% gospodarstw domowych w Wielkiej Brytanii ma na kontach 500 funtów lub mniej – podczas gdy związki zawodowe działają na podstawie coraz bardziej restrykcyjnego ustawodawstwa dotyczącego układów zbiorowych, które hamuje akcje protestacyjne.

Jedynym czynnikiem, który pozostał podobny do stanu z dzisiaj i faktycznie wzrósł, jest monopolistyczna potęga dużych korporacji w kwestii ustalania cen. W związku z tym argumenty za kontrolą cen nigdy nie były silniejsze. Jasne jest, że nie istnieje dziś żadna spirala płacowo-cenowa powodująca inflację, jeśli kiedykolwiek istniała – istnieje natomiast spirala cen i zysków.

Rae Deer

Tłum. Magdalena Okraska

Tekst pierwotnie ukazał się w internetowym wydaniu magazynu Tribune w lipcu 2022.

Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Darko Djurin from Pixabay.

Dodatkowy obowiązek pracodawcy ważny dla pracownika

Pracodawcy będą musieli informować o warunkach zatrudnienia w znacznie szerszym zakresie niż do tej pory.

Jak informuje portal msn.com.pl, nowy urlop dla pracowników (mowa o urlopie opiekuńczym), dłuższy urlop rodzicielski, dwa dni zwolnienia od pracy z powodu siły wyższej – to tylko niektóre zmiany w Kodeksie pracy, które powinny zacząć obowiązywać już od sierpnia. Warto pamiętać również o tym, że pracodawcy będą musieli informować o warunkach zatrudnienia w szerszym zakresie niż do tej pory – co zwiększy przewidywalność warunków pracy i zapewni większą przejrzystość.

O czym pracodawcy będą musieli informować pracownika na piśmie? Nie później niż w ciągu 7 dni od dopuszczenia pracownika do pracy, pracodawca będzie musiał m.in. poinformować o:

dobowej i tygodniowej normie pracy obowiązującej danego pracownika,

dobowym i tygodniowym wymiarze czasu pracy,

przysługujących pracownikowi przerwach w pracy, a także dobowym i tygodniowym odpoczynku,

zasadach dotyczących pracy nadliczbowej (wraz z informacją o sposobie rozliczania nadgodzin),

o innych niż określonych w umowie składnikach wynagrodzenia czy ewentualnych świadczeniach materialnych i warunkach ich uzyskania,

wymiarze płatnego urlopu wypoczynkowego, obowiązującej procedurze rozwiązania stosunku pracy, prawie pracownika do szkoleń zapewnianych przez pracodawcę (o ile firma takie szkolenia prowadzi),

terminie, miejscu, czasie i częstotliwości wypłacania wynagrodzenia za pracę (jeśli w firmie nie ma regulaminu pracy),

układzie zbiorowym pracy lub innym porozumieniu zbiorowym, którym pracownik będzie objęty, a w przypadku zawarcia porozumienia zbiorowego poza zakładem pracy przez wspólne organy lub instytucje, o nazwie takich organów lub instytucji.

To zresztą nie wszystko. Oprócz tego, jeśli pracownik pracuje w trybie zmianowym, pracodawca będzie musiał go poinformować również o zasadach dotyczących przechodzenia ze zmiany na zmianę. Z kolei w przypadku kilku wykonywanych miejsc pracy pracownik będzie musiał otrzymać informację o zasadach przemieszczania się między tymi miejscami.

Kołobrzescy kierowcy już w sporze zbiorowym

W poniedziałek 11 lipca 2022 r. Związek Zawodowy Kierowców Związkowa Alternatywa, działający w spółce Komunikacja Miejska w Kołobrzegu, poinformował o wejściu w spór zbiorowy z pracodawcą i rozpoczęciu działań protestacyjnych. To wynik braku porozumienia w sprawie podwyżek wynagrodzeń.

Kierowcy wyliczyli, że obecnie ich wynagrodzenie zasadnicze jest niższe od godzinowej płacy minimalnej i wynosi 17,76 zł brutto za godzinę (licząc płacę minimalną jako 3010 zł podzielone na 168 godzin, co daje 17,92 zł). Postulowali więc, by od lipca br. wspomniane wynagrodzenie wynosiło 17,92 zł za godzinę plus 25 proc. tej kwoty, a od stycznia 2023 r. chcieli otrzymywać minimalną stawkę godzinową powiększoną o 50 proc.

Dzisiaj pojawiły się utrudnienia w ruchu, które w kolejnych dniach będą narastać. Jeśli nie dojdzie do porozumienia, związek planuje rozpoczęcie akcji strajkowej 21 lipca – zakomunikowała Związkowa Alternatywa Kierowców w Kołobrzegu. Zagroziła jednocześnie, że wejdzie w spór zbiorowy, w ciągu kilku dni przeprowadzi referendum strajkowe, a 21 lipca (wtedy startuje największa wakacyjna impreza w Kołobrzegu, czyli Sunrise Festival) komunikacja publiczna w Kołobrzegu zostanie zablokowana.

Jeśli dojdzie do strajku w czasie festiwalu, to straty miasta będą wielokrotnie wyższe od kwot oczekiwanych przez kierowców – zwrócili uwagę związkowcy.

11 lipca poinformowali, że związek wszedł właśnie w spór zbiorowy z pracodawcą, jednocześnie rozpoczynając działania protestacyjne. Część kierowców podjęła decyzję o rozpoczęciu strajku włoskiego.

Kołobrzeg nie jest wyjątkiem. Niezadowolenie kierowców z wysokości pensji dotyczy wielu innych miast np. Bydgoszczy, Gdyni czy Warszawy. Przed tygodniem Związek Zawodowy Pracowników Komunikacji Miejskiej w RP wystosował apel do włodarzy miast o poważne potraktowanie postulatów płacowych.

Chcemy krócej pracować

Wizja skróconego dnia czy tygodnia pracy lub wydłużenia urlopu jest atrakcyjna w sumie dla 80 proc. Polaków.

Jak pisze pulshr.pl, z danych Eurostatu wynika, że Polacy są jednym z najdłużej pracujących narodów w Unii Europejskiej. Średni tygodniowy czas pracy w naszym kraju wyniósł 39,7 godzin. Dłużej pracowali tylko Grecy (średnia 40,1 godziny) oraz Rumuni (39,8 godziny). Średnia dla wszystkich krajów członkowskich wyniosła 36,2 godziny pracy tygodniowo. Najkrócej w Unii Europejskiej, bo poniżej 36 godzin tygodniowo, pracują Szwedzi (35,4 godziny), Irlandczycy (35,8 godziny), Francuzi (35,8 godziny) oraz Luksemburczycy (35,8 godziny).

Zdecydowana większość z nas chce pracować krócej – czy to przez skrócenie dnia albo tygodnia pracy, czy przez dodatkowe dni wolne w roku.

Najbardziej zachęcająco brzmi dla pracowników czterodniowy tydzień pracy, za którym opowiada się 29 proc. osób. Na drugim miejscu są dodatkowe dni wolne w roku, które zadowolą 28 proc. pracowników, a 23 proc. zatrudnionych za optymalne uznaje skrócenie dnia pracy o jedną godzinę dziennie – wynika z badania Barometr Polskiego Rynku Pracy.

Kolej Plus na granicy

Rządowy program przywracania połączeń nie rozwiąże problemu rozbicia dzielnicowego polskiej kolei.

Z 33 koncepcji zakwalifikowanych na listę podstawową programu Kolej Plus zaledwie trzy dotyczą linii, które przekraczają granice województw.

Między województwami

Spośród linii biegnących na pograniczu regionów najwyżej na liście wyników znalazł się ciąg Skarżysko-Kamienna – Końskie – Opoczno – Tomaszów Mazowiecki, łączący województwa świętokrzyskie i łódzkie. Z programu Kolej Plus ma zostać sfinansowane tylko opracowanie projektu modernizacji i elektryfikacji. – „Na tę chwilę trudno określić termin, w którym modernizacja zostanie fizycznie zrealizowana” – przyznał marszałek województwa świętokrzyskiego Andrzej Bętkowski. Modernizacja i elektryfikacja nie jest jednak sprawą pilną, gdyż kursowanie pociągów pasażerskich z prędkością 80 km/h przywrócono na tej trasie w grudniu 2021 r., a z końcem 2022 r. jej obsługę rozpoczną kupione przez Łódzką Kolej Aglomeracyjną składy dwunapędowe, które wjeżdżając na tę niezelektryfikowaną linię, będą przełączały się z silnika elektrycznego na silnik spalinowy.

Na listę podstawową trafiła również rewitalizacja przebiegającej na pograniczu województw śląskiego i opolskiego linii Racibórz – Głubczyce – Racławice Śląskie. Koszt przywrócenia do życia tej zamkniętej w 2000 r. linii oszacowano na 535 mln zł. 15-procentowy wkład samorządów powinien więc wynieść 80 mln zł. Tymczasem burmistrz Głogówka Piotr Bujak w Radiu Opole oznajmił: „Nie stać gmin i powiatów na wygenerowanie wkładu własnego na wymaganym dla programu poziomie”.

Ostatni z ciągów przekraczających granice wojewódzkie, który znalazł się na liście podstawowej, to odcinek Jasło – Gorlice na pograniczu województw podkarpackiego i małopolskiego. Trasa wykorzystywana jest przez składy PKP Intercity łączące Kraków z południowym Podkarpaciem oraz kursujące tylko w weekendy pociągi Polregio i Kolei Małopolskich. Koncepcja obejmuje modernizację 28-kilometrowego odcinka wraz z budową łącznicy ułatwiającej zajeżdżanie pociągów do centrum Gorlic.

Już widać, że program Kolej Plus nie przyniesie znaczących efektów, jeśli chodzi o poprawę powiązań między regionami. A przypomnijmy, że w uchwale rządu z grudnia 2019 r., która ustanowiła program, zaznaczono, że jednym z jego celów jest „uruchomienie nowych połączeń między sąsiadującymi województwami na liniach, po których obecnie nie kursują pociągi”.

Pozostanie luka

Spółka PKP Polskie Linie Kolejowe przy ostatecznym wyborze koncepcji nie zwracała uwagi na to, jak poszczególne linie zgłoszone do programu Kolej Plus wiążą się w dłuższe ciągi, mogące wypełnić luki na styku regionów. W oczy rzuca się to na pograniczu województw wielkopolskiego i lubuskiego.

Wielkopolska zgłosiła do programu rewitalizację linii Szamotuły – Międzychód, dzięki której leżący na zachodnim skraju województwa powiat międzychodzki ma wrócić na mapę połączeń kolejowych (po przywróceniu linii do życia ma nią kursować 12 pociągów dziennie z Międzychodu do Poznania).

Sąsiednie województwo lubuskie zgłosiło natomiast rewitalizację 29-kilometrowej linii Skwierzyna – Międzychód. Linia ta jest wykorzystywana w ruchu towarowym na liczącym 21 km odcinku od Skwierzyny do Wierzbna, gdzie znajduje się magazyn ropy naftowej PGNiG (według regulaminu sieci PKP PLK, na tym odcinku szynobusy już dziś mogłyby jeździć 60 km/h). Koncepcja zakładająca podniesienie prędkości, odnowę peronów i udrożnienie dojazdu do Międzychodu od strony województwa lubuskiego znalazła się jednak tylko na liście rezerwowej.

Choć spółka PKP PLK w wewnętrznych analizach początkowo wiązała zgłoszone do Kolei Plus koncepcje dla linii Szamotuły – Międzychód oraz Międzychód – Skwierzyna jako dające możliwość stworzenia nowego ciągu między Poznaniem a Gorzowem Wielkopolskim, to teraz wygląda na to, że luka o długości 8 km między wielkopolskim Międzychodem a lubuskim Wierzbnem pozostanie nieprzejezdna.

W głąb sąsiedniego regionu

Z programu Kolej Plus wypadła biegnąca na pograniczu Wielkopolski i Dolnego Śląska linia Kępno – Syców – Oleśnica. Została ona zamknięta w 2002 r., ale w latach 2016-2017 spółka PKP PLK zrealizowała remont, który pozwolił na przywrócenie ruchu składów towarowych z prędkością 40 km/h. Samorząd województwa dolnośląskiego zgłosił linię do Kolei Plus, mając na celu udrożnienie trasy Wieluń – Wieruszów – Kępno – Oleśnica – Wrocław dla ruchu pasażerskiego. Chodziło o zapewnienie połączenia do stolicy Dolnego Śląska z powiatów wieluńskiego i wieruszowskiego w województwie łódzkim oraz z powiatu kępińskiego w województwie wielkopolskim. Obszary te są silnie związane z Wrocławiem, do którego z Wieruszowa jest bliżej niż do Łodzi, a z Kępna aż o połowę bliżej niż do Poznania. Nie znajduje to jednak odzwierciedlenia w istniejącej sieci połączeń kolejowych.

Na odcinku Wieluń – Wieruszów – Kępno, choć infrastruktura pozwala na osiąganie prędkości 90-100 km/h, pociągi regionalne nie kursują. Przeszkodą jest granica województw łódzkiego i wielkopolskiego. Rozwiązanie problemu braku połączeń na stykach regionów przynieść miał zawarty w programie Kolej Plus komponent organizacji przewozów. Sprowadzał się on do zmiany ustawy o publicznym transporcie zbiorowym. Wchodząca w życie w kwietniu 2020 r. nowelizacja zniosła formalne utrudnienia i miała zachęcić samorządy do uruchamiania pociągów na trasach wbiegających do innych regionów. „Zmiana umożliwi organizowanie przez zainteresowane samorządy województw przewozów w głąb sąsiedniego województwa” – zapowiadał nieco dziś już zapomniany fragment uchwały o Kolei Plus, którego efektami rząd jakoś się nie chwali.

Samorząd województwa dolnośląskiego wycofał koncepcję dotyczącą odcinka Kępno – Oleśnica, gdy spółka PKP PLK poinformowała, że planuje jego modernizację poza programem Kolej Plus. Przedsięwzięcie ma mieć szeroki zakres – zapowiadana jest pełna wymiana infrastruktury wraz z przebudową mostów i wiaduktów w celu uzyskania prędkości 120 km/h, a także elektryfikacja (wymagająca budowy dwóch podstacji trakcyjnych). Jesienią 2021 r. zakładano, że koszt prac wyniesie 360 mln zł, lecz już wiosną 2022 r. pojawiła się kwota 723 mln zł. Spółka PKP PLK zastrzega przy tym, że podjęcie tej inwestycji będzie zależeć od dostępności funduszy z Krajowego Planu Odbudowy. Realizacja inwestycji finansowanych z tego unijnego źródła będzie musiała zakończyć się do sierpnia 2026 r.

Kolejowy program odbudowy?

Z KPO ma również zostać sfinansowana modernizacja przebiegającej przez granicę województw śląskiego i małopolskiego linii Żywiec – Sucha Beskidzka. W programie Kolej Plus trafiła ona bowiem na listę rezerwową. Linia jest czynna, ale z powodu złego stanu infrastruktury pociągi nie mogą przekraczać prędkości 30 km/h, a ruch odbywa się tu tylko w weekendy, ferie i wakacje. Modernizacja linii łączącej Żywiec z ciągiem Zakopane – Kraków jest istotna choćby ze względu na fakt, że Żywiecczyzna, mimo że leży w granicach województwa śląskiego, to stanowi część historycznej Małopolski i jest silnie związana z Krakowem. Jak wynika z opracowania samorządu województwa małopolskiego, w roku akademickim 2015/2016 około 1,5 tys. osób studiujących na krakowskich uczelniach było z powiatu żywieckiego.

Życie na granicy

Kolejne transgraniczne połączenie zostało zgłoszone do programu Kolej Plus przez powiat działdowski. Mowa o koncepcji rewitalizacji linii Działdowo – Lidzbark – Brodnica. Brak ruchu na tej trasie stanowi dotkliwą lukę w sieci połączeń kolejowych. Linia mogłaby połączyć liczącą 29 tys. mieszkańców Brodnicę z magistralą Trójmiasto – Warszawa, zapewniając dojazd do stolicy w konkurencyjnym dla samochodu czasie niespełna trzech godzin. Składające wniosek władze powiatu działdowskiego zwracały ponadto uwagę na potencjał linii związany z możliwością powiązania południowo-zachodnich Mazur z Toruniem.

Leżący w województwie warmińsko-mazurskim powiat działdowski – granicząc od południa z województwem mazowieckim oraz od zachodu z województwem kujawsko-pomorskim – dostrzega potrzeby związane z dojazdami do sąsiednich regionów, lecz nie był w stanie wygospodarować pieniędzy na opracowanie wstępnego studium planistyczno-prognostycznego. W tej sytuacji koncepcja rewitalizacji linii Działdowo – Brodnica wypadła z programu Kolei Plus.

Starostwo w Działdowie nie otrzymało wsparcia ze strony samorządów województw warmińsko-mazurskiego oraz kujawsko-pomorskiego. Nie wykazują one zainteresowania przywróceniem do życia łączącej je linii Działdowo – Brodnica, z której połączenia regionalne zniknęły pod koniec 2004 r. Od tego czasu oba regiony spina jedynie główny ciąg Olsztyn – Toruń. Pokazuje to, że samorządy wojewódzkie, koncentrując się na połączeniach istotnych z punktu widzenia stolic regionów, zapominają o potrzebach mieszkańców innych obszarów, zwłaszcza leżących na peryferiach.

Brakujący fragment

Samorząd województwa warmińsko-mazurskiego od początku był sceptycznie nastawiony do programu Kolej Plus, zaznaczając w oficjalnych stanowiskach, że „większe szanse na pozyskanie dofinansowania mają bogatsze samorządy kosztem tych mniej rozwiniętych”. Mimo to władze Warmii i Mazur zgłosiły do Kolei Plus swoje koncepcje. Jedna z nich dotyczyła rewitalizacji 28-kilometrowego odcinka Szymany – Chorzele. Stanowi on brakujący fragment między zmodernizowanym ciągiem Olsztyn – Szczytno – Szymany Lotnisko a obecnie przywracanym do życia odcinkiem Ostrołęka – Chorzele w województwie mazowieckim. Spółka PKP PLK w wewnętrznej analizie złożonych wniosków odnotowała nawet, że zrealizowanie tej koncepcji nie tylko pozwoli na scalenie ciągów objętych inwestycjami z Regionalnych Programów Operacyjnych w dwóch województwach, ale także odtworzy najkrótszą trasę z Olsztyna do Białegostoku Nawiasem mówiąc, PKP Intercity ogłosiło, że ma w planach uruchomienie połączeń Olsztyn – Szczytno – Ostrołęka – Białystok. Pozostaje jednak pytanie, kiedy parametry infrastruktury na styku województw warmińsko-mazurskiego i mazowieckiego pozwolą na uruchomienie takich pociągów.

Ostatecznie bowiem władze Warmii i Mazur nie zleciły opracowania wstępnego studium planistycznego-prognostycznego dla odcinka Szymany – Chorzele i koncepcja wypadła z Kolei Plus.

Bez efektu sieciowego

W rządowej uchwale ustanawiającej program Kolej Plus zaznaczono, że jego celem „jest uzupełnienie sieci kolejowej o połączenia miejscowości o populacji powyżej 10 tys. osób, które nie posiadają dostępu do kolei pasażerskiej lub towarowej, z miastami wojewódzkimi”. Spółka PKP PLK w wytycznych naboru doprecyzowała nawet, że dofinansowaniem z programu mogą zostać objęte tylko ciągi prowadzące do miast, w których znajduje się urząd wojewódzki lub sejmik województwa.

Przez ten wymóg część istotnych linii znalazła się na straconej pozycji. Nieczynna linia Skoczów – Bielsko-Biała, która nie prowadzi do wojewódzkich Katowic, trafiła jedynie na listę rezerwową. Nie pomogło to, że wnioskujące do Kolei Plus stowarzyszenie gmin i powiatów Aglomeracja Beskidzka argumentowało, że rewitalizacja tego ciągu poprawi powiązanie Śląska Cieszyńskiego z Krakowem, a więc stolicą sąsiedniego województwa.

Część samorządów skupiła się jedynie na wymogu połączenia do stolicy województwa, ignorując możliwości rozwoju sieci połączeń w większej skali. Na listę podstawową trafiła zgłoszona przez samorząd województwa wielkopolskiego koncepcja reaktywacji połączeń do Śremu, ograniczająca się do rewitalizacji 20-kilometrowego odcinka z tego miasta do Czempinia na linii Wrocław – Poznań. To starczyło do spełnienia wymogu skomunikowania z miastem wojewódzkim. Tymczasem nieczynna linia w Śremie w drugą stronę wybiega w kierunku węzła w Jarocinie, gdzie zbiegają się linie z Poznania, Gniezna, Ostrowa Wielkopolskiego, Krotoszyna i Leszna.

Linia Jarocin – Gostyń – Leszno również została zgłoszona do programu Kolej Plus i również znalazła się na liście podstawowej. Koncepcja rewitalizacji nie obejmuje jednak całej linii, lecz sprowadza się tylko do fragmentu między Gostyniem a Lesznem.

Nieobjęte programem Kolej Plus odcinki Śrem – Jarocin i Gostyń – Jarocin pozostaną nieprzejezdne. Ich udrożnienie pozwoliłoby skomunikować Śrem i Gostyń ze wschodnią Wielkopolską, zapewniając przy tym efekt poprawy spójności sieci kolejowej poprzez odtworzenie powiązań między węzłami.

Minister infrastruktury Andrzej Adamczyk nie traci jednak dobrego samopoczucia. W czerwcu 2022 r. na Kongresie 590 stwierdził: „Polska jest uważana za wzór w rozwoju spójnej sieci komunikacyjnej”.

Karol Trammer

Tekst pochodzi z dwumiesięcznika „Z Biegiem Szyn” (nr 3-4/119, maj-sierpień 2022); http://www.zbs.net.pl. Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Tomasz Chmielewski.

Szykuje się protest w Kołobrzegu

Związek Zawodowy Kierowców Związkowa Alternatywa, działający w komunikacji miejskiej w Kołobrzegu, rozpoczął przygotowania do akcji strajkowej. Jeśli do 21 lipca pracodawca nie spełni postulatów związkowców, transport publiczny w Kołobrzegu zostanie sparaliżowany.

Jak informuje portal pulshr.pl, związkowcy domagają się podwyżki wynagrodzeń zasadniczych od lipca o 25 proc., a od stycznia o kolejne 30-35 proc.. Celem związku jest wprowadzenie stałego mechanizmu wypłat, uzależnionego od poziomu płacy minimalnej.

Nasz związek postuluje, by od lipca bieżącego roku wynagrodzenie zasadnicze wynosiło 17,92 zł za godzinę plus 25 proc. tej kwoty, a od stycznia, aby kierowcy otrzymywali minimalną stawkę godzinową powiększoną o 50 proc. Ten mechanizm mógłby obowiązywać przez lata – stawki za godzinę rosłyby bowiem wraz ze wzrostem płacy minimalnej – wyjaśniają protestujący.

Związkowa Alternatywa podkreśla, że pomimo pierwszych przychylnych deklaracji miasta i władz spółki, ostatecznie propozycje zostały odrzucone.

Jeśli ta decyzja pilnie nie zostanie zmieniona, to nasz związek wejdzie w spór zbiorowy, w ciągu kilku dni przeprowadzi referendum strajkowe, a 21 lipca komunikacja publiczna w Kołobrzegu zostanie zablokowana. To ważny dzień, ponieważ wtedy właśnie rusza największa wakacyjna impreza w Kołobrzegu, czyli Sunrise Festival – piszą związkowcy w komunikacie.

Jedna trzecia Polaków nie pojedzie na wakacje

54 proc. Polaków planuje wakacyjny wyjazd w okresie lipiec – wrzesień, 76 proc. chce spędzić urlop w kraju, jednocześnie samodzielne organizowanie wakacji deklaruje ponad 80 proc. respondentów. Natomiast 33 proc. pozostanie w domach w okresie od lipca do września. – wynika z badania firmy Research Partner.

 

Według Research Partner ciekawe dane przynosi analiza kierunków wakacyjnych podróży. Ankietowani, którzy zdecydowali się na wyjazd czerwcowy, w znakomitej większości spędzali urlop w Polsce (aż 87 proc.). Jedynie 17 proc. zdecydowało się na wyjazd zagraniczny (wyniki nie sumują się do 100 proc., gdyż część badanych spędzała wakacje zarówno w kraju, jak i zagranicą – poinformowano.

Zaznaczono, że trendy zmieniają się w przypadku potencjalnych późniejszych wakacji. 76 proc. badanych deklaruje spędzenie urlopu w kraju, a 25 proc. zagranicą. Badani deklarują, że wakacje organizują samodzielnie – wskaźnik ten przekracza 80 proc. w przypadku całego badanego okresu – pokazały dane Research Partner.

 

Europa przeciw betonozie?

Fundusze unijne nie będą wspierać nieprzyjaznych klimatowi rewitalizacji miast w Polsce – podała Komisja Europejska.

Jak informuje serwis 300gospodarka.pl, fundusze unijne nie będą wspierać nieprzyjaznych klimatowi rewitalizacji polskich miast i miasteczek. Poszło o skandaliczną rewitalizację Leżajska, czyli klasyczną betonozę.

Przytaczając nowo podpisaną umowę z Polską, Komisja Europejska odpowiedziała na Twitterze bezpośrednio na zdjęcia, które ilustrowały artykuł portalu 300gospodarka o pseudorewitalizacji rynku w Leżajsku. Remont rynku trwał przez dwa lata i dopiero co się zakończył. Doprowadził m. in. do całkowitego usunięcia zieleni, zarówno drzew, jak i żywopłotów i trawników. Został w około połowie opłacony przez Regionalny Program Operacyjny Województwa Podkarpackiego na lata 2014-2020 – który z kolei otrzymał pieniądze z unijnego Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego.

Zarówno mieszkańcy Leżajska, jak i działacze miejscy z całej Polski, są oburzeni nowym wyglądem centrum Leżajska.

Związki zawodowe: przeszłość dla przyszłości

Czy poznanie historii walk pracowniczych daje nam nadzieję na dobrą kondycję związków zawodowych w przyszłości?

Zorganizowany ruch pracowniczy ma obecnie w USA swoje pięć minut. Tylko w ciągu ostatniego półrocza bariści z ponad 200 kawiarń Starbucks stworzyli oficjalne struktury związkowe, pracownicy działu IT z „The New York Times” utworzyli największą jednostkę związkową pracowników technologii cyfrowych w kraju, a także, pomimo sprzeciwu ze strony największego na świecie detalisty, pracownicy „centrum realizacji” w Staten Island przegłosowali utworzenie pierwszego w Stanach Zjednoczonych związku zawodowego w Amazonie.

To tylko kilka historii ze świata pracy, które trafiły do wiadomości głównego nurtu. Po dziesięcioleciach ustępowania pola, amerykańscy pracownicy wydają się rozpoczynać walkę z niewystarczającymi na życie płacami, niskimi świadczeniami i skonsolidowaną władzą korporacji.

To jeden ze sposobów interpretacji nawału ostatnich wydarzeń. Sceptycy mogą wskazywać na dane, które pokazują, że związki zawodowe w USA w 2021 r. mają mniej oficjalnych komisji zakładowych niż rok wcześniej, albo że w zeszłym roku poziom uzwiązkowienia nadal obniżał się według tej samej trajektorii spadkowej, jaką widzimy od dziesięcioleci. Inni twierdzą, że bezzębne amerykańskie prawo pracy w połączeniu z międzynarodowymi korporacjami (na przykład Starbucks obsługuje ponad 9000 lokalizacji w samych Stanach Zjednoczonych) oznacza, że poszczególne grupy pracowników prawdopodobnie nie osiągną zwycięstwa w swojej walce bez znaczących zmian w federalnym prawie pracy lub bez masowych akcji protestacyjnych – lub bez obu tych rozwiązań naraz.

Mimo tego, zmiana nastawienia do świata pracy jest namacalna. W 2010 roku, gdy pracowałem dla związku w Oregonie, organizującego opiekunów osób niepełnosprawnych, poszedłem do kina, aby obejrzeć „Waiting for Superman”, pozornie liberalny film o edukacji publicznej, który oczerniał związki zawodowe nauczycieli. Dużo mnie kosztowało, żeby nie wstać i nie krzyczeć w stronę ekranu. (Sprawa była dla mnie zarówno osobista, jak i polityczna: moja mama była wieloletnią nauczycielką w szkole publicznej i członkinią związku). W tamtych czasach nie było niczym niezwykłym słyszeć od liberałów, że związki chronią „kiepskich pracowników” lub szefują im skorumpowani cwaniacy. Konserwatyści zaś chcieli je całkowicie zlikwidować.

Obecnie jest inaczej. Badania opinii publicznej pokazują, że zdecydowana większość Amerykanów opowiada się za związkami zawodowymi, a prezydent demokrata wyraził w sposób nie budzący wątpliwości swoje poparcie dla organizowania się pracowników. Nawet republikanie podjęli temat, proponując projekt ustawy, która stworzyłaby alternatywne, przyjazne dla firm organizacje pracownicze – to co prawda zagrywka niewątpliwie cyniczna, ale stanowi ukłon w stronę rosnącej potęgi pracowników.

Zwrotowi na rzecz świata pracy sprzyjają dziennikarze, z których część zresztą należy do nowej fali uzwiązkowienia pracowników mediów. Autorzy tacy jak Steven Greenhouse, Sarah Jaffe, Dave Jamieson, Edward Ongweso Jr. i Kim Kelly ożywili uśpiony do niedawna przekaz propracowniczy, pisząc fachowe reportaże z ważnych miejsc walki robotniczej. W publikacjach tak różnych, jak „The New York Times”, „Huffington Post”, „Vice” i „Teen Vogue” czytelnicy mogą dziś znaleźć teksty solidaryzujące się z walką pracowników, a nawet chwalące związki zawodowe – choć wcześniej uprzedzenia i interesy często skłaniały te redakcje do wspierania kapitału. Nietrudno sobie wyobrazić, że praca tych reporterów zainspirowała kilka inicjatyw związkowych.

W książce „Fight Like Hell: The Untold History of American Labor” („Walka z piekła rodem: nieopowiedziana historia amerykańskiego świata pracy”) Kim Kelly przedstawia historyczny kontekst walk o sprawiedliwość pracowniczą, których była świadkiem i relacjonowała od lat. Niektóre z historii opisanych w książce Kelly mogą być bliskie osobom, które znają historię oporu świata pracy w USA (strajki pracowników przemysłu odzieżowego na Manhattanie, organizowanie się robotników rolnych w Kalifornii, strajk federalnych kontrolerów ruchu lotniczego), ale autorka koncentruje się na inicjatywach nie tak znanych, których głosy, czy to ze względu na ich marginalizowaną tożsamość, czy zawody, były aktywnie tłumione, jeśli nie całkowicie zapomniane.

Walki pracownic seksualnych czy więźniów otrzymują tu pełne rozdziały, podobnie jak walka osób niepełnosprawnych (to grupa, która obejmuje, jak wskazuje Kelly, około 25% wszystkich dorosłych w Stanach Zjednoczonych). Chociaż nacisk kładzie się na historię, ich wyzwania są wciąż aktualne. Chociaż osadzeni w placówkach penitencjarnych w Północnej Karolinie i Massachusetts (i gdzie indziej) z powodzeniem tworzyli związki zawodowe w latach 70. XX wieku, to prawo zostało im odebrane przez Sąd Najwyższy już w 1977 roku. Wielu niepełnosprawnych pracowników wciąż otrzymuje wynagrodzenie niższe niż minimalne: Kelly wykazuje, że przeciętna niepełnosprawna kobieta w USA zarabia około połowy kwoty zarobków przeciętnego pełnosprawnego mężczyzny.

To poczucie ciągłości między walkami robotników w przeszłości i obecnie jest jednym z najważniejszych aspektów książki Kelly. W rozdziale o pracownikach przemysłu odzieżowego historia młodej ukraińskiej imigrantki-związkowczyni, Clary Lemlich, na Manhattanie z początku XX wieku, poprzedzona jest opowieścią o losach Rosy Flores, strajkującej szwaczki z Chicany w Teksasie, mającej miejsce 60 lat później, co prowadzi do opisu relacji współczesnych robotników w przemyśle odzieżowym w południowej Kalifornii, nadal harujących się za niskie pensje w strasznych warunkach. Przeszłość nie jest martwa. Bo to nawet nie jest przeszłość.

Kilka dni temu, spacerując po dzielnicy Beacon Hill w Seattle, zaledwie kilka mil od biura związku, gdzie dwóch filipińskich pracowników wytwórni konserw, Silme Domingo i Gene Viernes, zostało zamordowanych za działalność propracowniczą w 1981 r., pomyślałem, jak niewiele epizodów z dziejów świata pracy trafia do narracji głównego nurtu – co jest dziwne, gdy się nad tym zastanowić, ponieważ ogromna większość Amerykanów to klasa robotnicza. Niedługo potem otrzymałem telefon od sprzedawcy w sklepie z narzędziami, który chciał uzyskać informacje na temat możliwości organizowania się w związkach. Widział, że pracownicy Starbucksa to zrobili i pomyślał, że może on i jego współpracownicy też by mogli.

Organizowanie się jest zaraźliwe. Czy jest dla nas zaskoczeniem, że klasa posiadająca woli, abyśmy zapomnieli o własnej historii? Czytając książkę Kelly zastanawiałem się, kto z obecnej fali związkowej zostanie uwieczniony przez historyków świata pracy – którzy bariści, którzy pracownicy magazynów, które stewardesy i kasjerki. Ale to złe pytanie, uznałem. Lepiej zastanowić się nad ruchami, które będą inspirować ci nowi pracownicy-organizatorzy. Lepiej pomyśleć o tym, kto będzie następny.

Alex Gallo-Brown

Tłum. Magdalena Okraska

Tekst pierwotnie ukazał się na stronie internetowej „Yes! Magazine” w maju 2022 r. Tytuł polskiego przekładu pochodzi od redakcji „Nowego Obywatela”.

Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. jotoler from Pixabay