Kilkuset bez pracy

Kilkuset bez pracy

Masowe zwolnienia w firmie motoryzacyjnej.

Jak informuje portal Nasze Miasto, wielkie zwolnienia ruszają w jednym z oddziałów koncernu Aptiv. Firma ta jest obecna w różnych branżach. Na początku roku zwolniła 200 osób w swoim krakowskim oddziale IT. Teraz dokonuje dużej redukcji zatrudnienia w zakładzie z branży motoryzacyjnej.

W Jeleśni, gdzie działa należący do koncernu Aptiv zakład produkcji wiązek elektrycznych dla producentów samochodów osobowych i ciężarowych, właśnie zaczynają się zwolnienia grupowe. Pracę stracą 392 osoby pośród załogi, która liczy ok. 1300 osób.

Zakład, niegdyś działający pod marką Delphi, istnieje od roku 1994. Jest jednym z największych pracodawców na Żywiecczyźnie. Zwalniani pracownicy dostaną odprawy wynegocjowane przez związki zawodowe. Szefostwo firmy nie chciało nawet rozmawiać o zmniejszeniu skali zwolnień.

Piekło górników

Piekło górników

Jedyna prywatna kopalnia w Polsce zwalnia niemal całą załogę.

Jak informuje portal czecho.pl, masowe zwolnienia zapowiedziano w Przedsiębiorstwie Górniczym Silesia w Czechowicach-Dziedzicach. To jedyna niepubliczna kopalnia węgla kamiennego w Polsce.

Związki zawodowe działające w zakładzie zostały poinformowane o planach zwolnienia 754 pracowników. To niemal cała załoga.

Kopalnia kilkakrotnie zmieniała właścicieli. Niedawno została sprzedana firmie Bumech. Kondycja zakładu była w ostatnich latach kiepska, całość objęto formalnym postępowaniem sanacyjnym. Zaledwie kilka dni temu poinformowano, że przyniosło ono pozytywne rezultaty. Teraz okazuje się, że niemal cała załoga kopalni trafi na bruk. Oznacza to prawdopodobnie koniec zakładu w jej obecnej formie i likwidację działalności wydobywczej. Zatrudnienie utrzyma niewielka grupka osób, które mają obsługiwać podtrzymanie funkcji kluczowych obiektów zakładu oraz wygaszanie działalności produkcyjnej.

Zwolnienia zaplanowano na okres od 18 grudnia do końca marca.

Zdjęcie w nagłówku tekstu: Autorstwa Krzysztof Kwaśny – Praca własna, CC BY-SA 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=17831547

Oszczędności kosztem najsłabszych

Oszczędności kosztem najsłabszych

W kolejnym szpitalu personel pomocniczy ma zostać wypchnięty do firmy zewnętrznej.

Na Facebooku pojawił się apel, będący prośbą do mediów o zainteresowanie się sprawą zmian niekorzystnych dla pracowników pomocniczych Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego nr 3 w Rybniku. Dotychczas zatrudnieni bezpośrednio przez tę placówkę, mają być „przekazani” firmie zewnętrznej. To kolejna w ostatnim czasie taka sytuacja – podobne miały miejsce pod Krakowem oraz we Wrocławiu. Wraca proceder powszechny za poprzednich rządów Tuska. Prezentujemy treść apelu:

Szanowni Państwo

zwracamy się do Państwa w imieniu pracowników najniższego szczebla Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego nr 3 w Rybniku. Jesteśmy grupą ludzi, o której na co dzień nikt nie mówi głośno – opiekunkami medycznymi, salowymi, sanitariuszami i pracownikami transportu wewnętrznego. To my dbamy o higienę oddziałów, o bezpieczeństwo pacjentów, o ich komfort i godne warunki pobytu. To my wykonujemy prace, których nikt nie widzi, ale bez których szpital nie jest w stanie funkcjonować.

Dziś czujemy się jednak całkowicie pozbawieni głosu i sprawczości.

W naszym szpitalu odbywają się narady, protesty i polityczne przepychanki, ale nikt z decydentów nie zaprosił do stołu tych, których zmiany dotkną najmocniej. O przyszłości naszego życia zawodowego i prywatnego rozstrzyga się w ciszy – bez informacji, bez rozmowy, bez szacunku.

Outsourcing jako plan ratunkowy kosztem najbiedniejszych

Według ustaleń, które potwierdzają przełożone, do końca roku planowany jest przetarg na outsourcing całego działu higieny szpitalnej. Oznacza to, że cała nasza grupa zawodowa ma zostać przekazana prywatnej firmie – tak jak miało to już miejsce wcześniej, kiedy przejął nas Impel.

Wiemy, jak wyglądała wtedy „współpraca”:

umowy zlecenia zamiast etatów,

najniższa krajowa,

brak dodatków,

brak stabilności,

brak wsparcia.

Dla wielu z nas dodatki stażowe, świąteczne czy nocne to być albo nie być. Utrata ich oznacza dramat w domowym budżecie, a często wręcz konieczność odejścia z pracy, którą wykonujemy z zaangażowaniem i poczuciem misji.

Nierówności, o których nikt głośno nie mówi

W tym samym czasie lekarze kontraktowi – nierzadko młodzi, bez specjalizacji – otrzymują wynagrodzenia sięgające 87 tysięcy złotych miesięcznie. Często za dyżury, które nie mają nic wspólnego z ratującymi życie procedurami czy ciężką pracą w oddziale. To nie ich pensje mają zostać obniżone, ponieważ – jak słyszymy – „nie przyjdą do pracy, jeśli dostaną mniej niż 50 tysięcy”.

A więc to nie wysoko opłacane kontrakty doprowadziły szpital do zadłużenia?

To nie polityczne decyzje?

Nie nieefektywne zarządzanie?

Okazuje się, że winni są ci, którzy zarabiają najmniej.

Brak dialogu i brak szacunku

Nie byliśmy i nadal nie jesteśmy informowani o planowanych zmianach.

Nie zaproszono nas na żadne zebranie.

Związkowcy rozkładają ręce – ludzi w związkach jest mało, bo wcześniejsze obietnice, z których nic nie wynikło, odebrały pracownikom wiarę.

Dziś znowu mamy poczucie, że zostaliśmy „sprzedani” po cichu.

Czy ktoś nas wysłucha?

My – ludzie, którzy codziennie sprzątają zabrudzone ściany, toalety i łóżka pacjentów, którzy pomagają w podstawowych czynnościach, pracują w nocy, święta, w smrodzie, brudzie, stresie i zmęczeniu – wykonujemy te czynności z empatią i szacunkiem dla pacjenta.

Czy ktoś okaże choć odrobinę szacunku nam?

Prosimy o nagłośnienie tej sprawy

Nie chcemy wojny.

Chcemy rozmowy, rzetelnej analizy i sprawiedliwości.

Chcemy, by opinia publiczna wiedziała, że istnieje ogromna grupa pracowników ochrony zdrowia, która latami była traktowana jak niewidzialna – a dziś, w imię „ratowania szpitala”, ma zostać oddana firmie zewnętrznej kosztem swojego dorobku, stabilizacji i godności.

Prosimy Państwa o pomoc w nagłośnieniu tej sytuacji. Tylko światło mediów może zatrzymać decyzje podejmowane po cichu, wbrew interesowi pacjentów i pracowników.

Pracownicy najniższego szczebla Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego nr 3 w Rybniku

Zwolnienia w motoryzacji

Zwolnienia w motoryzacji

Duże zwolnienia grupowe zapowiedziała jedna z firm z branży motoryzacyjnej.

Jak informuje portal Bankier.pl na podstawie ustaleń lokalnej rozgłośni Radio5, duże zwolnienia zapowiedział Zakład Elektrotechniki Motoryzacyjnej w Ełku. Firma, która działa od 80 lat, zamierza zwolnić z pracy aż 241 osób. Informację o zwolnieniach grupowych otrzymał już urząd pracy w Ełku. Pracę straci 187 pracujących bezpośrednio przy produkcji. Kolejne 30 osób do zwolnienia pracuje pośrednio przy produkcji. Natomiast 24 osoby zostaną zwolnione ze stanowisk administracyjnych. Zwolnienia zostaną przeprowadzone w trzech turach – w lutym, marcu i kwietniu.

Ełcki zakład wytwarza wiązki przewodów niskiego i wysokiego napięcia oraz przewody akumulatorowe. Jest głównie kooperantem wielkich koncernów motoryzacyjnych. Zatrudnia ponad 1000 osób, choć zaledwie ok. 300 bezpośrednio na etatach.

Polski kapitał nie dla pracowników

Polski kapitał nie dla pracowników

Duża polska sieć handlowa nie ma wymaganego prawem funduszu wspierającego swoich pracowników.

Jak informuje Ogólnopolskie Porozumienie Związków Zawodowych, wchodząca w skład tej centrali Konfederacja Pracy, której oddział zrzesza pracowników sieci Kaufland, Biedronka, Dino, Aldi i Rossmann, jedna z tych sieci nie stworzyła Zakładowego Funduszu Świadczeń Socjalnych. Niestety chodzi o jedyną w tym gronie sieć należącą do krajowego kapitału, czyli Dino.

Konfederacja Pracy zwraca uwagę, że pracownicy sieci Dino nie otrzymują nic z Zakładowego Funduszu Świadczeń Socjalnych. Firma prawdopodobnie w ogóle go nie utworzyła. Tymczasem stworzenie funduszu jest ustawowym obowiązkiem każdego przedsiębiorstwa, które zatrudnia co najmniej 50 osób.

Zakładowy Fundusz Świadczeń Socjalnych, finansowany ze środków firmy, ma za zadanie wspierać pracowników i ich rodziny. Może obejmować między innymi dofinansowanie wypoczynku, w tym wczasów pod gruszą i pobytów sanatoryjnych, zapomogi dla osób w trudnej sytuacji życiowej lub zdrowotnej, pożyczki mieszkaniowe na remont lub zakup mieszkania, dofinansowanie kultury i sportu, świadczenia okolicznościowe, w tym paczki świąteczne, wsparcie dla dzieci pracowników w zakresie wypoczynku i edukacji. Ustawowym obowiązkiem jest tego rodzaju wsparcie, a cywilizowany standard to zasięganie opinii przedstawicieli pracowników (związkowców, członków rady pracowników itp.), jak dzielić zebrane środki i czego najbardziej oczekują zatrudnieni.

Dino zatrudnia niemal 55 000 osób.

Zdjęcie w nagłówku tekstu: Autorstwa Łukasz Świerczewski – Praca własna, CC BY-SA 4.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=116790444

Nagła likwidacja zakładu

Nagła likwidacja zakładu

Z dnia na dzień zamknięto odlewnię.

Jak informuje portal Gostyn24.pl, nagle zamknięto odlewnię żeliwa Teriel w Gostyniu. Firma należąca do kapitału niemieckiego przestała działać niemal z dnia na dzień. O zakończeniu działalności zakładu pracownicy dowiedzieli się nagle w środę na spotkaniu z niemieckim prezesem przedsiębiorstwa.

Zwolnieni otrzymują świadectwa pracy, a kilka osób zajmuje się wydawaniem ostatnich zamówień kontrahentom. Pracownicy usłyszeli od szefostwa, że wypłaty za październik otrzymają, gdy na konto firmy wpłyną zaległe kwoty za zamówione produkty. Portal cytuje kilku pracowników: „Pracowałem chyba za długo, teraz nie wiem, co będzie”; „Z dnia na dzień. Jak pies z dnia na dzień…”.

Pracę i źródło utrzymania straciło w ten sposób około 60 osób.

Dwa wieki i po hucie

Dwa wieki i po hucie

Wielki koncern stalowy zamyka hutę w Chorzowie.

Jak informuje portal Money.pl, wielki koncern stalowy ArcelorMittal Poland postanowił na trwałe zlikwidować produkcję w Hucie Królewskiej w Chorzowie. Zakład zakończy działalność po ponad 220 latach nieprzerwanego istnienia. Niegdyś nosił m.in. nazwy Huta Piłsudski i Huta Kościuszko, a obecna nazwa Królewska Huta nawiązuje do dawnej nazwy Chorzowa.

Zakład działa w Chorzowie od przełomu XVIII i XIX wieku. Był jedną z czołowych i symbolicznych inwestycji nadających Górnemu Śląskowi charakter przemysłowy. W grudniu ma ustać praca huty. Zarząd polskich struktur koncernu motywuje tę decyzję kiepskimi realiami rynku produkcji stali w Europie oraz koniecznością dużych wydatków na modernizację zakładu, co w obecnej sytuacji nie zwiastuje szans na odzyskanie tych środków.

W zakładzie pracuje obecnie 270 osób. Mają one od spółki otrzymać propozycje pracy w innych polskich zakładach ArcelorMittal. Oznacza to konieczność dojazdów do pracy, a dla miasta Chorzów nic nie zmienia w kwestii utraty substancji przemysłowej. Sytuacja jest tym poważniejsza, że w ostatnich latach koncern wyłączył wielki piec w Krakowie, a niedawno uczynił to samo z jednym z dwóch wielkich pieców w hucie w Dąbrowie Górniczej.

Zdjęcie w nagłówku tekstu: Autorstwa Teka z polskiej Wikipedii, CC BY-SA 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=2751433

Razem w obronie hutnictwa

Razem w obronie hutnictwa

Związkowcy z Polski, Czech i Słowacji wspólnie apelują o obronę europejskiego hutnictwa.

Jak informuje portal Tysol.pl, związkowcy z Solidarności wraz ze związkowcami z Czech i Słowacji – OS KOVO oraz RO OZ KOVO U.S. Steel Kosice, wspólnie zaapelowali o obronę europejskiego hutnictwa. Apel został przedstawiony na posiedzeniu komitetu SSDC for Steel, który w skali europejskiej koordynuje działania związkowców oraz właścicieli firm z sektora hutniczego.

W apelu czytamy: „Bez podjęcia natychmiastowych i zdecydowanych działań istnieje realna groźba zamykania hut i masowych zwolnień w Europie Środkowej. Niestety, takie negatywne zjawiska już się rozpoczęły, o czym świadczą kolejne informacje o upadłościach, zamknięciach zakładów produkcyjnych i zawieszeniu prac instalacji hutniczych”.

Związkowcy-hutnicy z trzech krajów Europy Środkowej twierdzą, że „Przedsiębiorstwa hutnicze ponoszą skrajnie wysokie koszty energii elektrycznej i gazu oraz uprawnień do emisji CO2, co dramatycznie obniża ich globalną konkurencyjność. Ceny energii dla przemysłu w regionie pozostają około dwukrotnie wyższe niż średnio w latach 2015–2019 i należą do najwyższych w Europie, zaś koszt uprawnień EU ETS wzrósł z ~5 euro/ tonę w 2017 roku do ponad 71 euro/tonę w 2025 roku – obciążając w sposób bezprecedensowy sektor energochłonny”.

Apel zawiera konkretne postulaty do władz unijnych, w tym: natychmiastowe wdrożenie projektu Komisji Europejskiej chroniącego unijny rynek stali przed zagranicznym importem, podjęcie działań ochronnych przed importem stali z Ukrainy, ustanowienie maksymalnej ceny energii elektrycznej na poziomie 50 euro za MWh dla całego wolumenu energii dla odbiorców przemysłowych w UE oraz reformę systemu EU ETS.

Ucywilizować franczyzę

Ucywilizować franczyzę

„Solidarność” domaga się od rządu pilnych działań na rzecz uregulowania zasad franczyzy.

Portal Dla Handlu informuje, że Krajowy Sekretariat Banków, Handlu i Ubezpieczeń NSZZ „Solidarność” wezwał rządzących do jak najszybszego uregulowania funkcjonowania systemów franczyzowych w Polsce. Ich obecna forma pozwala na masowe nadużycia wobec franczyzobiorców i ich pracowników. „Solidarność” wskazuje, że w Polsce ma miejsce dynamiczny rozwój inicjatyw franczyzowych. Za wieloma z nich stoi wielki kapitał zagraniczny. Nie ma w takiej sytuacji mowy o równowadze sił: franczyzobiorcy są stroną systemowo słabszą, a dochodzenie ich praw jest zwykle bezskuteczne. Franczyzowe podmioty chętnie też obchodzą prawo pracy, oferując umowy śmieciowe tam, gdzie zachodzi etatowy stosunek zatrudnienia. Franczyzobiorcy znajdują się nierzadko w specyficznej sytuacji formalnoprawnej jako przedsiębiorcy-pracownicy. Ochrona ich praw jest w obecnej sytuacji niewielka.

„Solidarność” apeluje m.in. o to, aby uznać taką formę współpracy za zorganizowany system działalności. Franczyzobiorca miałby w nim ponosić pełnię odpowiedzialność typowej dla pracodawcy wobec osób zatrudnionych. Z kolei poszczególni franczyzobiorcy mieliby być chronieni przed nadużyciami ze strony samych sieci oferujących prowadzenie działalności w takim modelu.

Miasto przeciw mieszkańcom i pracownikom

Miasto przeciw mieszkańcom i pracownikom

Prezentujemy stanowisko spółki pracowniczej MPK Kielce w sprawie działań liberalnych władz tego miasta.

 

***

 

Stanowisko MPK Sp. z o.o. w przedmiocie planów budowy przez Miasto Kielce zajezdni autobusowej wraz z infrastrukturą towarzyszącą planowanej do realizacji na działkach nr 583/2 i 583/3 obręb 0009 przy ul. Oskara Kolberga w Kielcach.

Na podstawie Porozumienia Społecznego z dnia 30 sierpnia 2007 r. zawartego pomiędzy Załogą ówczesnego MPK a Miastem Kielce doszło do zmian w strukturze własnościowej MPK Kielce.

W wyniku poczynionych ustaleń udziałowcami tej spółki zostali pracownicy działający w formie Spółki pracowniczej KASP posiadającej aktualnie 62,4% udziałów i Miasto Kielce posiadające aktualnie 33,4% udziałów.

Celami działania wspólnie założonej Spółki jest świadczenie usług komunikacyjnych na terenie Miasta Kielce.

Strona pracownicza wywiązała się w całości ze zobowiązań zawartych w umowie prywatyzacyjnej, tj. zainwestowała w spółkę ok. 180 milionów złotych przy wymaganej na te cele kwocie 76 248 000 milionów złotych, utrzymała zatrudnienie oraz spełniła wszystkie inne wymagania wynikające z umowy prywatyzacyjnej.

Kieleckie Autobusy Spółka Pracownicza Sp. z o.o. zgodnie z § 8 umowy sprzedaży udziałów z dnia 6 października 2008 r. oraz na podstawie art. 24 ust. 4 aktu założycielskiego spółki z ograniczoną odpowiedzialnością „Miejskie Przedsiębiorstwo Komunikacji Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością w Kielcach” i Porozumienia Społecznego z dnia 30 sierpnia 2007 r. zawartego pomiędzy załogą a Miastem Kielce, złożyła w dniu 16 czerwca 2023 r. Gminie Kielce ofertę nabycia 10 096 udziałów spółki pod firmą Miejskie Przedsiębiorstwo Komunikacji Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością z siedzibą w Kielcach.

Gmina Kielce odmówiła realizacji obowiązku wynikającego z § 8 umowy sprzedaży udziałów z dni 6 października 2008 r., powtórzonego w art. 24 ust. 4 aktu założycielskiego spółki z ograniczoną odpowiedzialnością „Miejskie Przedsiębiorstwo z ograniczoną odpowiedzialnością w Kielcach”.

Wcześniej Zarząd KASP proponował Miastu Kielce odkupienie udziałów od KASP Miasto Kielce, co również spotkało się z odmową.

Aktualna decyzja Miasta o zakupie działek przy ul. Kolberga w Kiecach i budowie tam nowej zajezdni autobusowej w ocenie MPK jest nieuzasadniona ekonomicznie, a także sprzeczna z treścią przepisu art. 56 § 1 Kodeksu Spółek Handlowych, stanowiącego że: „Wspólnik zobowiązany jest powstrzymać się od wszelkiej działalności sprzecznej z interesami spółki”.

Gmina Kielce, pomimo że jest udziałowcem MPK, to od dłuższego czasu podejmuje działania, które blokują rozwój MPK Kielce.

Miejskie Przedsiębiorstwo Komunikacji Sp. z o.o. zostało niezasadnie pozbawione przychodów z następujących linii autobusowych 15, 17, 36, 40 oraz 13, 23, 24, które aktualnie w wyniku działań Gminy Kielce nie są już obsługiwane przez MPK Sp. z o.o.

W odniesieniu do linii 15, 17, 36 i 40 warto przypomnieć, że zastrzeżenia dotyczące ich przekazania do tańszego kontraktu unijnego były zgłaszane już w 2019 r. przez ówczesną prezes MPK Sp. z o.o. podczas sesji Rady Miasta Kielce. Podkreślała ona, że dokonanie jedynie drobnych korekt i włączenie tych tras w miejsce rzeczywiście zlikwidowanych linii w ramach kontraktu unijnego doprowadziło do znacznego zmniejszenia dochodów Miejskiego Przedsiębiorstwa Komunikacji Sp. z o.o.

Ponadto w okresie prowadzenia procedury przetargowej w 2023 r. na tzw. kontrakt unijny, Gmina Kielce naruszając treść postanowień i załączników do umowy z dnia 16 stycznia 2018 r. zabrała wbrew obowiązującym przepisom linie 13, 23 i 24 z tego kontraktu (tzw. głównego) do kontraktu unijnego, również obsługiwanego przez MPK Kielce. W chwili obecnej linie te obsługiwane są przez innego przewoźnika, co dodatkowo spowodowało znaczne zwiększenie kosztów finansowych dla Gminy Kielce i to W sytuacji gdy MPK Sp. z o.o. zgodnie z zawartą umową z dnia 16 stycznia 2018 powinna obsługiwać te linie. Byłoby to tańsze dla Gminy Kielce oraz korzystniejsze dla pasażerów, którzy jeździliby nowszymi autobusami.

Nadmieniamy również, że w 2022 r. z kontraktu głównego do kontraktu unijnego zabrane zostały także linie OW i OZ. Przerzucanie linii z kontraktu głównego do kontraktu „unijnego” spowodowało nie tylko znaczne zmniejszenie przychodu spółki, ale również całkowite wyłączenie z ruchu pięciu autobusów MINI (10 m), które generują kolejne straty dla przedsiębiorstwa.

Powyżej opisane działania Gminy Kielce wprost łamią postanowienia umowy z 16 stycznia 2018 r. i nakierowane są na osłabienie finansowe spółki, w której Gmina Kielce posiada znaczną ilość udziałów.

W tej sytuacji zakup nieruchomości na potrzeby uruchomienia zajezdni autobusowej autobusów elektrycznych i wybudowania instalacji fotowoltaicznej, pomimo że Miejskie Przedsiębiorstwo Komunikacji Sp. z o.o. posiada dobrze wyposażoną, kompleksową zajezdnię, w tym odpowiednią powierzchnię gruntów i budynków zaplecza technicznego, które dają możliwość na ich powierzchniach dachowych montażu instalacji fotowoltaicznej o odpowiedniej mocy (ponad 3000 m kw.), jest nieuzasadniony ekonomicznie zarówno z punktu widzenia Miasta Kielce jako udziałowca, jak i mieszkańców Kielc jako podatników.

Dodatkowo wbrew interesom spółki MPK Sp. z o.o. oraz podatników Gmina Kielce zaniechała ze skorzystania z uprawnienia przewidzianego w § 3 ust. 2 umowy z dnia 16 stycznia 2018 r. zawartej pomiędzy Gminą Kielce a Miejskim Przedsiębiorstwem Komunikacji Sp. z o.o., zgodnie z którym Gmina Kielce (jako organizator przewozów w komunikacji miejskiej) ma prawo zwiększyć wielkość zadań przewozowych do +10% wyjściowego zakresu rzeczowego (czyli 1 029 700 km rocznie), za wykonanie których Gmina Kielce płaciłaby stawkę 8,51 zł/km zamiast stawki 10,60 zł/km przewidzianej w umowie z BP Tour Regio Sp. z o. o., a tym samym wywołała po stronie podatników (mieszkańców i innych podmiotów płacących podatki w Kielcach) szkodę majątkową przekraczającą już 5 milionów złotych. Równocześnie z tego samego tytułu przychody Miejskiego Przedsiębiorstwa Komunikacji Sp. z o.o. od października 2023 r. są miesięcznie niższe o około 650 000 zł. Do obecnej chwili (listopad 2025 r.) ta kwota wynosi już 17 milionów złotych, natomiast w tym samym okresie czasu zadłużone miasto straciło na operacji przerzucenia linii do droższego kontraktu obsługiwanego przez BP Tour Regio ponad 5 milionów złotych.

We wrześniu 2023 r. w ramach dodatkowych kursów przekazanych do realizacji z tzw. kontraktu unijnego MPK Sp. z o.o. wykonało 76 361 km, jednocześnie w ramach kontraktu głównego nie obowiązywały już żadne ilościowe ograniczenia kursów związane z okresem wakacyjnym. Wobec powyższego dane z września 2023 r. z pełną realizacją zadań z kontraktu głównego i 76361 km z kontraktu unijnego pokazują realną możliwość stałego i ciągłego wymiaru zadań realizowanych przez MPK Sp. z o.o. Innymi słowy Gmina Kielce – Zarząd Transportu Miejskiego w Kielcach ma możliwość comiesięcznego zlecania do MPK Sp. z o.o. zadań w wymiarze co najmniej 76 361 km po cenie 8,51 zł/km netto (76 361* 8,51 649 832,11 zł netto). Niezrozumiałe i zaskakujące jest również to, że po zakończeniu dwuletniej umowy z BP Tour Regio miasto, mimo pism otrzymywanych od MPK, zdecydowało się na przedłużenie umowy na wszystkie trzy zadania z tym operatorem, powodując kolejne straty finansowe dla miasta, zaś z tego tytułu dochód MPK zmniejszy się o 3 miliony złotych.

Przy ul. Jagiellońskiej naprzeciwko MPK, Miasto Kielce i MPK posiadają działki niezabudowane. MPK dwa lata temu zwróciło się do Miasta Kielce (a około rok temu ponowiło prośbę) o ich scalenie i sprzedaż bądź odkupienie przez Miasto lub wspólne zagospodarowanie gruntów na potrzeby komunikacji.

Pomimo upływu tak długiego czasu sprawa w żaden sposób nie została załatwiona.

Przytoczone powyżej fakty bezspornie wskazują, że dobro i interes spółki Miejskiego Przedsiębiorstwa Komunikacji Sp. z o.o. są naruszane przez jej wspólnika – Gminę Kielce. Stan taki jest niezwykle destrukcyjny zarówno dla naszej spółki, która prowadzi inwestycje na wysoką skalę, jak i jej innych wspólników.

W tej sytuacji Zarząd MPK, jak i pracownicy są mocno zaniepokojeni postawą Miasta Kielce. Rodzą się pytania, dlaczego Gmina Kielce, jako udziałowiec spółki MPK Sp. z o.o. działa na jej szkodę, jak również na szkodę Gminy Kielce poprzez zaniechanie jakiejkolwiek współpracy z MPK Sp. z o.o. i inwestowanie ogromnych funduszy (około 30 milionów złotych) w zakup dwuhektarowej działki oraz budowę nowej zajezdni autobusowej, jeżeli rozwój i modernizacja bazy MPK, której wielkość sięga 4 hektarów, byłaby znacznie tańsza i szybsza w realizacji. Zwłaszcza że Miasto posiada również dodatkowy teren przyległy do bazy, który był już wykorzystywany jako parking, a więc jest tam gotowa infrastruktura.

Wnosimy o udzielenie odpowiedzi, czy Gmina Kielce, która posiada 33 procent udziałów w MPK, przeprowadziła szczegółowe analizy ekonomiczne dotyczące porównania kosztów związanych z budową nowej zajezdni autobusowej z innymi wariantami, np. wykupem wszystkich udziałów od spółki pracowniczej, wykupem pakietu większościowego (np. 51 procent udziałów) lub wykupieniu samej bazy bez autobusów (grunty wraz z budynkami)? Dlaczego Gmina Kielce nie chciała wcześniej ani sprzedać udziałów w MPK Sp. z o.o., ani odkupić udziałów od KASP, mając plany związane z budową nowej zajezdni i ogromnymi inwestycjami?

Oczywistym jest, że budowa nowej bazy autobusowej w Kielcach zmierza do osłabienia pozycji finansowej MPK Sp. z o.o., a tym samym Gmina Kielce działa na swoją szkodę, bo obniża wartość posiadanych w MPK Sp. z o.o. udziałów.

Skoro Gmina Kielce nadal ma udziały w MPK Sp. z o.o., to czy nie byłoby zasadnym podejmowanie działań wzmacniających tą spółkę? Dlaczego Gmina Kielce nie podejmuje negocjacji z MPK Sp. z o.o., o które kilkakrotnie zabiegał zarząd spółki w formie pisemnej, w celu zainicjowania wspólnych działań mogących przynieść obopólne korzyści dla Miasta i MPK Sp. z o.o.? Po co inwestować w pustą działkę, skoro MPK ma gotową bazę autobusową w dobrej lokalizacji, w której mniejszym kosztem można zainstalować infrastrukturę do ładowania autobusów elektrycznych, a warsztaty serwisowe i doświadczeni mechanicy są już na miejscu?

Czy Miastu Kielce zależy na doprowadzeniu spółki MPK do upadku? Co stanie się z około 600 pracownikami tej spółki, jeżeli Gmina Kielce nadal będzie atakowała kielecką spółkę, a
promowała przedsiębiorstwa, które podatki płacą w innych miastach? Czy nie byłoby zasadnym zainwestowanie w tę spółkę, aby utrzymać miejsca pracy w Kielcach? Czy Gmina Kielce rozważała/rozważa nabycie pakietu udziałów w MPK Sp. z o.o., tak aby uzyskać większość w tej spółce i w nią inwestować zamiast budować od nowa zajezdnię, co jest rozwiązaniem kilkakrotnie droższym, dłuższym oraz ze szkodą dla pracowników i mieszkańców Miasta, bo to są przecież ich pieniądze, a nie urzędników, którzy powinni zarządzać pieniędzmi publicznymi w sposób jak najbardziej racjonalny, oszczędny i gospodarny?

Dodatkowo zwracamy uwagę na to, że na pismo z dnia 10.06.2025 r. skierowane do Pani Prezydent nie otrzymaliśmy żadnej odpowiedzi pomimo deklaracji ze strony Zarządu Spółki MPK Kielce dotyczącej chęci prowadzenia rozmów, dialogu, współpracy w zakresie organizacji transportu w Kielcach i współpracy między spółką a wspólnikami.

Prezes Zarządu MPK w Kielcach Jerzy Met

Zdjęcie w nagłówku tekstu: Marcin Szymoniak

Czas strajku

Czas strajku

W trzech zakładach firmy z branży motoryzacyjnej zaczął się dzisiaj strajk.

W trzech zakładach firmy Valeo w Małopolsce dzisiaj od rana trwa bezterminowy strajk. Praca stanęła w zakładach w Chrzanowie, Trzebini i Mysłowicach w zakładach produkujących podzespoły dla branży motoryzacyjnej. Strajkować mają pracownicy wszystkich zmian – do skutku i bezterminowo.

Na opuszczone stanowiska skierowano łamistrajków zatrudnionych przez agencje pracy tymczasowej oraz znaczną część personelu biurowego. Szefostwo firmy nie ustępuje wobec żądań pracowników.

Strajk odbywa się po długotrwałych bezskutecznych próbach nacisku na władze firmy. Prowadzi go związek zawodowy Sierpień ’80. Organizowano pikiety i demonstracje, później przeprowadzono referendum strajkowe, a niedawno odbył się dwugodzinny strajk ostrzegawczy w każdym z zakładów i na każdej zmianie.

Pracownicy domagają się podwyżki wynagrodzenia zasadniczego o 1000 zł do podstawy wynagrodzenia dla każdego z pracowników, dodatku stażowego w wysokości 8 proc. minimalnego wynagrodzenia dla pracowników ze stażem do 5 lat oraz 1 proc. za każdy rok pracy powyżej 5 lat oraz podwyżki do 600 zł dodatku za pracę w systemie czterobrygadowym.

Warto wesprzeć fundusz strajkowy – strajkujący nie otrzymują wynagrodzenia za okres strajku. Wpłacić wsparcie można tutaj

Zielone etaty znikają

Zielone etaty znikają

Zwolnienia grupowe w dużej firmie z branży fotowoltaiki.

Jak informuje portal tarnow.naszemiasto.pl, firma Hymon Fotowoltaika z Tarnowa ogłosiła zwolnienia grupowe. Przedsiębiorstwo zajmuje się montażem pomp ciepła i instalacji fotowoltaiki. Działa od 2011, przed kilkoma laty było liderem montażu fotowoltaiki w skali kraju.

Pracę straci aż 40% całej załogi – 72 osoby spośród ogółu 174 zatrudnionych. Redukcje zatrudnienia zostaną przeprowadzone w całym kraju.

Bez dojazdu

Bez dojazdu

Trzy spore ośrodki miejskie stracą dogodne połączenie kolejowe.

Jak informuje portal Nowiny.pl, spółka PKP Intercity wycofuje pociąg IC Porta Moravica z trasy przez Żory, Rybnik i Wodzisław Śląski. Teraz pojedzie on przez Zebrzydowice, a w dodatku jego trasa zostanie skrócona i zakończy się w Krakowie zamiast w Przemyślu. Oznacza to dla mieszkańców trzech sporych miejscowości utratę możliwości dogodnego dojazdu przede wszystkim do Krakowa. W Rybniku, Żorach i Wodzisławiu zamieszkuje w sumie 230 tysięcy osób. W Zebrzydowicach – 5000 osób.

Pociąg był chętnie wybierany przez mieszkańców tych miast. Tylko w Rybniku tygodniowo wsiadało do niego około 450-500 osób. Podobnie było z pozostałymi miastami. Było to w dodatku połączenie poza godzinami szczytu, więc frekwencja jest tym bardziej zadowalająca.

Od 14 grudnia decyzją władz PKP IC trasa zostanie zmieniona. Mieszkańcy stracą możliwość bezpośredniego dojazdu do stacji Kraków Główny.

Mieszkańcy są oburzeni, protestują także władze samorządowe. Powstała nawet petycja domagająca się przywrócenia dotychczasowego przebiegu pociągu. Podpisało ją już ponad 2000 osób.

Strajk zamiast handlu

Strajk zamiast handlu

14 grudnia odbędzie się strajk w dużej sieci supermarketów.

Jak informuje WP Finanse, 14 grudnia na dwie godziny ustanie praca w supermarketach sieci Kaufland. Odbędzie się wówczas strajk ostrzegawczy. To skutek fiaska długotrwałego sporu związków zawodowych z szefostwem sieci.

Związkowcy z Konfederacji Pracy od dawna domagają się podwyżek płac w Kauflandzie. Chcą wzrostu zarobków o 1200 złotych miesięcznie. Związkowcy zapowiadają, że jeśli zarząd firmy się nie ugnie, po dwugodzinnym strajku ostrzegawczym może dojść do strajku bezterminowego i całkowitego zatrzymania pracy.

Zarobki kasjerów w Kauflandzie wynoszą ok. 5300 zł brutto, czyli 3,7 tys. zł netto. Wiele osób jest zatrudnionych na trzy czwarte etatu, a więc otrzymują jeszcze niższe wypłaty. Dotychczasowe kilkumiesięczne negocjacje nie przyniosły żadnych konkretów w sprawie podwyżek. Związkowcy uważają także, iż nasiliły się postawy antyzwiązkowe i pogorszyło się traktowanie tych pracowników, którzy są podejrzewani o przynależność do związków.

Gdy nadchodzący dwugodzinny strajk nie przyniesie rezultatów, związkowcy zamierzają przeprowadzić referendum strajkowe, a po uzyskaniu akceptacji załogi dla takiego pomysłu – strajkować na okrągło i bezterminowo. Wojciech Jendrusiak, przewodniczący Międzyzakładowej Organizacji OPZZ Konfederacja Pracy w Kauflandzie, Biedronce, Dino, ALDi i Rossmann, mówi portalowi WP Finanse: „Problem polega na tym, że takie same, niskie standardy obowiązują w całym handlu, w którym pracuje ok. 2 mln osób. Dlatego musimy dokonać przełomu. Być może w przyszłości trzeba będzie wejść spory zbiorowe we wszystkich sieciach handlowych i jednocześnie zastrajkować, tak na poważnie”.

Koniec spółdzielni, pracy i szycia

Koniec spółdzielni, pracy i szycia

Jeden z najstarszych zakładów w regionie kończy działalność.

Jak informuje portal FashionBiznes, Spółdzielnia Pracy „Tarnowska Odzież”, znalazła się w stanie likwidacji. Przedsiębiorstwo o 80-letnim stażu nie wytrzymało obecnych realiów gospodarczych i upada.

„Tarnowska Odzież” specjalizowała się w szyciu ubrań w stylu klasycznym. Większość produkcja eksportowała, była ceniona za jakość wykonania. Jej produkty trafiały głównie do USA i Francji. Jednak zamówienia zmalały, a koszty produkcji znacznie wzrosły – przede wszystkim materiałów i energii.

Likwidacja spółdzielni oznacza utratę pracy przez jej załogę. 72 pracowników otrzymało już wymówienia w procedurze zwolnień grupowych. To 90% zatrudnionych. Pozostali będą przez jeszcze jakiś czas pracować przy procesie likwidacji załogi. Około 40 zwalnianych ma możliwość ubiegać się o świadczenia przedemerytalne.

Ofert pracy coraz mniej

Ofert pracy coraz mniej

W październiku liczba ofert zatrudnienia była najniższa od czasu szczytu pandemii.

Jak informuje portal Puls HR na podstawie cyklicznej analizy agencji Grant Thornton, w październiku internetowe portale z ofertami pracy zanotowały tylko 253 tysiące ofert zatrudnienia. Oznacza to już piąty z rzędu miesiąc spadku liczby ofert pracy. Co gorsza, ich obecna liczba jest najmniejsza od czasów załamania rynku pracy w szczycie pandemii w roku 2020. Spadek liczby ofert w ciągu zaledwie roku wyniósł 12%.

Największe spadki w ciągu roku zanotowano wśród marketerów (o 19 proc. mniej ofert), pracowników fizycznych (o 18 proc.) oraz w branży finansowej (o 8 proc.). W największych polskich miastach w październiku 2025 przypadało średnio 16,1 ofert pracy na każdy 1000 mieszkańców. Rok temu było ich 18. Liczbowo najgorzej wypada Łódź, gdzie liczba ofert w październiku wynosiła zaledwie 8,2 na 1000 mieszkańców. Największy ubytek wśród dużych miast miał miejsce w Bydgoszczy, gdzie przez rok liczba ofert spadła aż o 18 procent. Niemal taki sam spadek zaliczył Szczecin, a Lublin ma o 13% mniej ofert niż rok temu. Nawet Kraków stracił 9% ofert w ciągu roku.

Socjalny marsz młodych

Socjalny marsz młodych

Młodzi na ulicach Warszawy przeciw „śmieciowemu państwu”. Pierwszy marsz socjalny przeszedł przez stolicę.

W weekend, 15 listopada ulicami Warszawy przeszedł marsz młodych osób pracujących, studiujących i bezrobotnych, sprzeciwiających się polityce socjalnej państwa. Organizatorzy podkreślają, że była to „pierwsza, lecz nie ostatnia” demonstracja i że „przywracają socjalną walkę na ulice”. Za akcję odpowiada Ogólnopolski Związek Zawodowy Inicjatywa Pracownicza.

W tłumie wybrzmiewały hasła: „Śmieciowe państwo, śmieciowe umowy!”, „Gdzie są te akademiki?”, „Januszeksy do roboty!”, „Nie brunatno-narodowa, młoda Polska jest związkowa!”. Uczestnicy protestu zwracali uwagę na rosnącą skalę niestabilnych form zatrudnienia oraz brak realnych alternatyw dla pracy na umowach cywilnoprawnych.

Demonstranci krytykowali wypowiedzi przewodniczącego sejmowego Zespołu ds. Wolnego Rynku, Przemysława Wiplera (Konfederacja), oraz prezesa Rady Przedsiębiorców Adama Abramowicza, którzy utrzymują, że ludzie „wybierają” elastyczne formy zatrudnienia. – To bzdura. Nie jest to wolny wybór, a przymus wynikający z braku stabilnych ofert pracy – podkreślali organizatorzy. Zwracali uwagę, że zdaniem pracodawcy korzystają na obchodzeniu prawa pracy, pozbawiając młodych m.in. płatnych nadgodzin, urlopów, zwolnień lekarskich i innych świadczeń.

Jednym z głównych postulatów marszu był powrót publicznych stołówek na uczelniach. Młodzi związkowcy przypomnieli o zawartym w czerwcu porozumieniu strajkowym z Uniwersytetem Warszawskim, w którym ministra Karolina Zioło-Pużuk zobowiązała się do przedstawienia programu finansowania stołówek akademickich do końca 2025 r. – Czas na fundusz stołówkowy! – apelowano podczas demonstracji.

Uczestnicy wyrazili również solidarność z załogą firmy Valeo z Chrzanowa, która obecnie prowadzi strajk.

Organizatorzy zapowiadają kolejne działania i dalszą walkę o prawa socjalne młodych.

Marny wzrost płac

Marny wzrost płac

Mamy najniższy wzrost płac od czterech i pół roku.

Jak informuje „Rzeczpospolita”, w trzecim kwartale 2025 roku przeciętne wynagrodzenie brutto zwiększyło się rok do roku o 7,5%. Jest to wskaźnik brutto i bez uwzględnienia wzrostu kosztów życia o inflację ogólną i inflację w kwestii najczęściej nabywanych produktów. To najniższy wskaźnik wzrostu płac od czterech i pół roku. Na tak mizerny wzrost płac złożyła się za rządów Tuska mniejsza skala podwyżek w sferze budżetowej, niższa skala podwyżki płacy minimalnej, hamujące tempo wzrostu płac w firmach, osłabiony popyt na pracę.

Jak przewidują analitycy, wkrótce czeka nas dalsze wyhamowanie wzrostu pensji. W roku 2026 część z nich szacuje wzrost płac na poziomie zaledwie 6-6,5% rocznie, a według NBP może to być zaledwie 5,8%. Na takie prognozy wskazuje choćby tylko niespełna 3-procentowy wzrost płac minimalnych i pensji w budżetówce, a także stale pogarszająca się sytuacja na rynku pracy (rosnące bezrobocie, malejąca liczba ofert pracy itp.), skutkująca osłabieniem presji płacowej.

Bajki o sztucznej inteligencji: Nowy wspaniały świat pracy

Bajki o sztucznej inteligencji: Nowy wspaniały świat pracy

Wokół sztucznej inteligencji budowano otoczkę czegoś potężnego, co za chwilę zmieni sposób funkcjonowania całego świata: ludzi, firm, państw, globalnej gospodarki. Z jednej strony prezentowano cudowne możliwości rozwoju, z drugiej – straszono negatywnymi konsekwencjami, z katastrofą i końcem ludzkości włącznie. Większość tych narracji to marketingowe bajki, które mają pomóc korporacjom w zdobywaniu rynków z nowym produktem.

Marketingowe narracje opierają się na sprzedawaniu obietnic. W przypadku sztucznej inteligencji od początku marketing koncentrował się na obietnicach wielkiego kalibru: AI radykalnie zmieni świat. W odniesieniu do pracy wiodący mit to opis nowego wspaniałego świata, w którym sztuczna inteligencja służy człowiekowi pomocą i wykonuje trudne, zabierające czas zadania, dostarcza wiedzy i umiejętności dostępnych niedawno tylko ekspertom. Dzięki temu przyspieszyć ma wzrost gospodarczy, dokonamy przełomowych odkryć w medycynie i nauce, a społeczeństwo będzie coraz bardziej zamożne. Ludzie w pracy będą wykorzystywać nowe narzędzia, pozwalające na podniesienie możliwości kognitywnych na wyższy poziom. Prostota stosowania AI umożliwi pracownikom dostęp do kompetencji zarezerwowanych wcześniej dla ekspertów.

Rozwój technologiczny jako mit marketingowy

Każda przełomowa technologia posługuje się wielkim mitem marketingowym. Robotyzacja miała przynieść świat bez ciężkiej pracy, bo tę będą wykonywać roboty. Ba, większość jakiejkolwiek pracy miała być wykonywana przez roboty, jak w kreskówce o Jetsonach, wzorcowej ilustracji tego mitu z lat 1960-tych, gdzie dzień pracy to tylko dwie godziny. Robotyzacja przyniosła wiele, jeśli chodzi o ograniczenie ciężkiej pracy, ale na pewno kryterium opłacalności zastępowania ludzi jako pracowników jest tu ważniejsze niż bezpieczeństwo pracujących. A przy okazji robotyzacja wpłynęła na wzrost nierówności płacowych, więc ten nowy wspaniały świat jeszcze nie nadszedł (być może nadejdzie, skoro Jetsonowie żyli w latach 2060-tych).

Mieliśmy mit gospodarki opartej na wiedzy, który wiązał rozwój państw z wykształceniem i skończył się sytuacją, w której młodzi absolwenci muszą podejmować pracę poniżej swoich formalnych kwalifikacji, bo praca jest niekoniecznie tam, gdzie ukierunkowało ich kształcenie.

Jednym ze sprytniejszych pomysłów marketingowych było wykreowanie mitu ekonomii współdzielenia, bazującego na pozytywnych potrzebach wspólnotowego dzielenia się dobrami. Finalnie przybrało to kształt drapieżnego biznesowego modelu korporacji platformowych, wykorzystujących pracę osób, których nie chcą uznać za swoich pracowników. Powiązany z tym był mit gospodarki cyfrowej, mającej dać m.in hiperindywidualizację w realizacji potrzeb konsumentów dzięki dopasowaniu oferty na podstawie danych. Tu owocami są cyfrowy nadzór, kradzież danych użytkowników i zindywidualizowana manipulacja.

Wokół sztucznej inteligencji tworzonych jest wiele mitów. Te najważniejsze nie są niczym nowym. Ich ślady można znaleźć w futurystycznych przepowiedniach sprzed kilkudziesięciu lat, jak i w literaturze popularnej czy filmach science-fiction. To mocne ugruntowanie w wytworach popkultury pozwala zresztą na łatwiejsze sprzedawanie obietnic, jak również na straszenie. Wyraźnie widać to w narracjach dotyczących wpływu sztucznej inteligencji na gospodarkę i pracę.

O wpływie AI na pracę bez lukrowania

Tezy o przełomowym znaczeniu sztucznej inteligencji dla świata pracy pojawiają się już od wielu lat. Przeważnie razem z przepowiedniami, jak duży odsetek stanowisk zniknie dzięki automatyzacji opartej na AI. Wspominałem o tych danych w tekście Przyszłość pracy w świecie sztucznej inteligencji, opisującym ten obszar po kilku miesiącach od przedstawienia szerokiej publiczności dużych modeli językowych (LLM) typu ChatGPT.

O ile wówczas alarmistyczne dane o tym, jak duża część stanowisk zniknie, były publikowane raczej w specjalistycznych raportach (zazwyczaj równoważono je informacjami o tym, ile nowych stanowisk AI wykreuje), to od kilku miesięcy takie tezy regularnie trafiają do publikacji głównego nurtu, zastępując narracje o wspaniałych możliwościach nowych aplikacji AI. „AI wykosi wkrótce połowę stanowisk pracy dla białych kołnierzyków” – obwieścił w maju 2025 roku Dario Amodei, szef firmy Antropic, działającej w branży AI. Amodei wprost stwierdził, że firmy powinny przestać lukrować przyszłość, która nadchodzi, bo przyszłość to masowe zwolnienia specjalistów w takich dziedzinach, jak technologia, finanse, prawo czy doradztwo. Pierwsze dwa lata wprowadzania LLM bazowały więc na micie wyrażonym wprost w marketingowej prezentacji Copilota Microsoftu: „To jest najpotężniejsze na Ziemi narzędzie dla produktywności; uwolni ono wszystkich od mordęgi nudnej pracy i wyzwoli kreatywność”. Po dwóch latach tonacja głównych narracji najwyraźniej zaczęła się zmieniać.

Przemiany wywołane technologiami opartymi na sztucznej inteligencji nie dzieją się jednak w sposób tak gwałtowny, jak bywa to przedstawiane i jak chcieliby producenci tych rozwiązań. Alarmistyczne hasła są tonowane nieco przez dane zebrane w badaniu The Budget Lab z Uniwersytetu Yale: o ile zmiany w rodzajach stanowisk na rynku pracy faktycznie następują szybko w ostatnim czasie, to trudno je przypisać wprowadzeniu generatywnej sztucznej inteligencji. Zmiany te są natomiast w swej skali bardzo bliskie temu, co można było obserwować podczas poprzednich przełomów technologicznych, jak wprowadzenie komputerów w 1984 roku czy internetu w 1996. Prowadzi to do konkluzji, że „rynek pracy nie doświadczył zauważalnych zakłóceń od czasu wydania ChatGPT 33 miesiące temu, co osłabia obawy, że automatyzacja AI obecnie ogranicza popyt na pracę kognitywną w gospodarce”.

Uzupełnieniem tej tezy są wnioski z raportu World Economic Forum „Future of the Jobs 2025”. Z jednej strony widać wyraźnie zapotrzebowanie na nowe stanowiska. Najszybciej rośnie popyt na specjalistów big data, inżynierów fin-tech, specjalistów AI i uczenia maszynowego oraz inne osoby o technologicznych specjalnościach, zgodnych z narracjami o zmianie świata pracy. Jeśli jednak spojrzeć na liczby bezwzględne, najbliższa przyszłość świata pracy wygląda zupełnie inaczej.

Top 10 stanowisk według największego wzrostu zatrudnienia netto (czyli kogo poszukuje się w największej liczbie), na podstawie statystyk zatrudnienia i potrzeb pracodawców w roku 2025 przedstawia się następująco:

1. Farmerzy i pracownicy rolnictwa

2. Kierowcy aut dostawczych

3. Programiści aplikacji

4. Pracownicy budownictwa

5. Pracownicy sklepów

6. Przetwórstwo żywności

7. Kierowcy

8. Pielęgniarki i opiekunowie

9. Pracownicy gastronomii

10. Kierownicy

To nie jest obraz nowego wspaniałego cyfrowego świata. Gdyby wyjąć programistów, taka lista równie dobrze mogłaby znaleźć się w raporcie sprzed kilkudziesięciu lat. Z dzisiejszej perspektywy jest to zestawienie zawodów niezbędnych do funkcjonowania scyfryzowanego świata, ale u samych fundamentów. Na dodatek są to te stanowiska, które światowa gospodarka ma do zaoferowania pracownikom, którzy tracą pracę w związku z cyfrową automatyzacją.

AI jako (pozorna) przyczyna zwolnień

Korporacje chętnie wykorzystują wdrażanie AI jako uzasadnienie zwolnień. Nowa technologia ma podnieść produktywność, przyspieszyć procesy, działać szybciej i efektywniej niż ludzie, dzięki czemu można zmniejszyć liczbę zatrudnionych – takie wytłumaczenia sprawiają wrażenie obiektywności i odniesienia do faktów. Jednak gdyby spojrzeć na fakty, może się okazać, że mamy do czynienia z kolejnym mitem, tym razem na potrzeby komunikacji do wewnątrz organizacji.

Vanessa Wingårdh, niezależna badaczka, oglądająca rozwój bańki AI od środka, zestawiła zwolnienia w amerykańskich korporacjach w ostatnim czasie z liczbą pracowników sprowadzonych przez te korporacje na podstawie wiz H-1B, sponsorowanych przez pracodawców. Jej wniosek jest prosty: firmy kłamią, jeśli chodzi o zwalnianie spowodowane wdrażaniem AI. Pozbywają się amerykańskich pracowników (droższych), żeby na ich miejsce przyjąć pracowników z innych krajów (tańszych). Nowa technologia jest tylko komunikacyjnym zaciemnieniem dla rzeczywistych przyczyn zwolnień: chodzi o prymitywne cięcia kosztów.

Paradoksalnie, cięcia kosztów poprzez likwidację stanowisk dotarły już do działów zajmujących się rozwojem AI. Meta zwolniła niedawno kilkuset pracowników z działu Superintelligence Labs, co ma podobno przynieść firmie usprawnienie procesów decyzyjnych oraz większy zakres odpowiedzialności na pozostałych stanowiskach. Z jednej strony firmy z Krzemowej Doliny inwestują więc ogromne środki w rozwój aplikacji AI, ścigając się na rynku, który jest cały czas w procesie tworzenia. Z drugiej strony doszły już do etapu, gdy proste cięcia kosztów są sposobem na pokazanie dobrych wyników inwestorom. Zapewne wynika to też z niesatysfakcjonujących wyników, jeśli chodzi o przychody z nowych produktów.

W twardych danych nie widać bowiem oczekiwanych efektów wdrożeń AI w firmach. Raport State of AI in Business 2025, opracowany w MIT, wskazuje, że pomimo ogromnych nakładów na nowe rozwiązania, firmy korzystające z rozwiązań AI nie mogą mówić o przełomie w swoich działaniach. 95% wdrożeń nie przynosi jeszcze korzyści finansowych. Problemem jest to, że w dużej skali AI jest wykorzystywana głównie na poziomie pracowników, nie przekładając się na przełomowe rozwiązania w procesach, co przyniosłoby obiecywane korzyści.

Mit efektywniejszego pracownika

Wykorzystywanie sztucznej inteligencji przez pracowników wiąże się z różnymi problemami. Na poziomie jednostkowym wdrażanie AI jest sprowadzane do hasła ułatwiania pracy dzięki osobistemu asystentowi, który zredaguje tekst, zrobi wykresy, przygotuje prezentację, odpowie na e-maila i zrobi całe mnóstwo czynności, które wcześniej zajmowały wiele czasu. Dzięki temu pracownicy mają skupiać się na wykorzystaniu wiedzy eksperckiej, czyli tej bardziej wartościowej. W rezultacie indywidualna efektywność wzrośnie – a za nią wyniki ogólnofirmowe. To głosił marketingowy mit.

Firmy tworzące aplikacje AI chcą napędzać ten rynek, dając przykład. Google, Microsoft i Meta wprowadzają polityki wewnętrzne wręcz przymuszające pracowników do wykorzystywania AI w pracy. Presja na pracowników oznacza wewnątrzorganizacyjną ocenę skali stosowania takich aplikacji. Wprowadzana jest np. rywalizacja pomiędzy zespołami o jak najwyższy wskaźnik zastosowania AI. Firmy mają ambitne plany, jeśli chodzi o osiąganie wskaźników w tym obszarze, co dla pracowników oznacza jedno: jeśli chcesz robić karierę w tej branży, musisz korzystać z AI w pracy. Wydaje się to nie mieć słabych stron, ale rzeczywistość organizacyjna zdaje się wyglądać inaczej.

Wielu profesjonalistów odrzuca korzystanie z aplikacji AI po to, aby chronić swą reputację eksperta. Ciekawy eksperyment pokazujący to zjawisko przeprowadzono w jednej z firm programistycznych. Pracownicy mieli oceniać kompetencje autora kodu IT, przy czym część badanych otrzymała informację, że kod był napisany przy pomocy sztucznej inteligencji. W tej grupie ocena kompetencji autora była znacząco niższa niż w przypadku grupy, która ten sam kod oceniała jako napisany tylko przez człowieka. Wielu pracowników uważających się za ekspertów zdaje sobie sprawę z tego zjawiska – i albo w ogóle nie korzystają z oferowanych przez pracodawcę aplikacji AI, albo wykorzystują na boku aplikacje nieautoryzowane, aby nie było to widzialne dla współpracowników.

Niska jakość wytworów AI, ale za to jest taniej

Drugie zjawisko blokujące potencjalne pozytywne efekty z korzystania z AI przez pracowników jest odbiciem tego, co widać w internecie. Pracownicy wykorzystują zakupione przez pracodawców aplikacje do generowania wytworów (raportów, prezentacji, ilustracji) tak kiepskiej jakości, że są one nieużyteczne dla odbiorców albo wymagają poprawiania przez innych. Gdy na niedawnym szkoleniu zapytałem uczestników z różnych firm, czy dostają takie produkty AI od koleżanek i kolegów w pracy, w zasadzie wszyscy podnieśli rękę. Te wytwory tylko udające dobrą pracę, a nie wnoszące nic do realizacji danego zadania, są przeniesieniem wysiłku od twórcy do odbiorcy-współpracownika. Tak jak internet jest zalewany przez AI slop (czyli teksty, obrazki, filmy etc. niskiej jakości, wygenerowane przez sztuczną inteligencję), tak organizacje mają już swój odpowiednik pod nazwą workslop.

Konieczność poprawiania kiepskiej jakości wytworów AI jest czymś standardowym, tłumaczonym często przez producentów tym, że „AI wciąż się uczy”. Zatrudnianie wykwalifikowanych grafików do poprawiania rysunków wygenerowanych automatycznie wydawałoby się w tym kontekście czymś śmiesznym. Ale jeśli poprawiającymi są ci, którzy wcześniej stracili kontrakty, gdy firma korzystająca z ich usług zakupiła licencję na aplikację AI, to jesteśmy już w sferze absurdu. Absurd przestaje być śmieszny, jeśli grafik musi to robić za wielokrotnie mniejsze pieniądze niż wtedy, gdy był zatrudniony jako specjalista odpowiedzialny za tworzenie ilustracji.

Na tym przykładzie widać wyraźnie, kto może zyskać, a kto stracić dzięki AI na takim rynku. W dużej skali to nie przełom, tylko nowe narzędzia, których efektywność nie daje skokowego przyrostu produktywności. Natomiast z całą pewnością umożliwia zejście z kosztów wynagrodzeń: czy to przez proste cięcia zatrudnienia, czy przez płacenie mniej.

„W dobrym scenariuszu AI pozwala na to, żeby więcej ludzi mogło wykonywać eksperckie zadania”, jak stwierdził David Autor z MIT, badający przemiany rynku pracy. Ten dobry scenariusz pomija jeden ważny czynnik: nie będą za to dostawać wynagrodzenia, które eksperci dostawali w czasach przed AI. Dzisiejsi eksperci mogą jutro wykonywać niespecjalistyczną pracę – ale za mniejsze pieniądze. Na większe zarobki dzięki AI mogą liczyć tylko ci specjaliści, których umiejętności nie da się zautomatyzować, a sami będą potrafili wykorzystać nowe narzędzia do wzmocnienia swojej eksperckości. Ci, którzy ekspertami nie są, mogą jutro stracić pracę, jeśli jest rutynowa. A jeśli utrzymają pracę, to niskopłatną. AI może nawet zwiększyć ich efektywność, ale bez wzrostu wynagrodzenia, bo zysk z tego trafi do kieszeni kogo innego. W największym skrócie tak przedstawia się rzeczywistość mitu o wznoszeniu gospodarki na wyższy poziom.

„Jeśli społeczeństwo jako całość stanie się znacznie bogatsze, to myślę, że to po prostu przeważy nad wadami utraty pracy przez ludzi” – stwierdził jeden z tech bros, przedstawiając swoją wizję rozwoju świata. Jego firma produkuje narzędzia AI do automatyzacji pracy, więc nic dziwnego, że jest gotów na takie ryzyko. Problemem dla świata jest to, że tech bros wierzą w ten mit.

Roman Rostek

Grafika w nagłówku tekstu: Gerd Altmann from Pixabay

Strajk po trzykroć

Strajk po trzykroć

W trzech zakładach firmy odbyły się strajki ostrzegawcze.

Od środy do piątku trwał strajk ostrzegawczy w trzech zakładach firmy Valeo w Małopolsce. Objął on zakłady w Chrzanowie (środa), Trzebini (czwartek) i Mysłowicach (piątek). W każdym z zakładów przerywano pracę na dwie godziny na każdej z trzech zmian. Strajkowi towarzyszyły akcje informacyjne.

W firmie produkującej części samochodowe od dawna trwa spór załogi z zarządem. Rozmaite formy nacisku, w tym kilka demonstracji, nie przyniosło rezultatów. Efektem jest strajk, który został przeprowadzony po zgodnym z prawem i mającym wymaganą frekwencję referendum strajkowym.

Pracownicy domagają się podwyżki wynagrodzenia zasadniczego o 1000 zł do podstawy wynagrodzenia dla każdego z pracowników, dodatku stażowego w wysokości 8 proc. minimalnego wynagrodzenia dla pracowników ze stażem do 5 lat oraz 1 proc. za każdy rok pracy powyżej 5 lat oraz podwyżki do 600 zł dodatku za pracę w systemie czterobrygadowym.

Związkowcy prowadzący strajk ostrzegawczy informują, że jeśli zarząd firmy nie spełni żądań pracowników i nie podejmie rozmów, to od 20 listopada zacznie się całodzienny strajk w każdym z zakładów na każdej zmianie – całkowite wstrzymanie produkcji.

Strajk prowadzi związek zawodowy Sierpień ’80. Wspierają go w tym małopolskie struktury partii Razem. W czasie strajku do załogi dołączyli w geście solidarności przyjezdni działacze związku zawodowego Inicjatywa Pracownicza.