Pociągiem do Pyrzowic, Tarnowskich Gór i Poręby

Pociągiem do Pyrzowic, Tarnowskich Gór i Poręby

Pierwsze regularne pociągi pasażerskie dojechały w niedzielę rano do stacji Pyrzowice Lotnisko. Po wielu latach powraca linia Tarnowskie Góry-Częstochowa, z możliwością dalszych przesiadek.

Jak informuje wnp.pl, to efekt odbudowy linii kolejowej nr 182 Tarnowskie Góry – Zawiercie przez PKP Polskie Linie Kolejowe i uruchomienia tam kursów przez Koleje Śląskie. Od momentu wprowadzenia nowego kolejowego rozkładu jazdy, czyli od niedzieli, odbudowaną linią kolejową nr 182 jeździ codziennie 10 par pociągów Kolei Śląskich. Wykonują one kursy na nowej linii S9 tego samorządowego przewoźnika, w relacji Częstochowa – Zawiercie – Tarnowskie Góry.

KŚ podają czasy przejazdów z Częstochowy do lotniska poniżej 60 minut, a z Tarnowskich Gór 17 minut. Na odcinku Zawiercie – Częstochowa pociągi linii S9 jeżdżą jako przyspieszone z postojami w Myszkowie, Poraju oraz Częstochowie Raków.

Co ważne, pociąg powrócił dzięki linii nr 182 do takich miejscowości, jak Siewierz, Mierzęcice i Poręba – a te nie widziały kolei od wielu lat.

Zmodernizowano lub zbudowano osiem przystanków kolejowych z 11 peronami (m.in. na stacjach Tarnowskie Góry, Siewierz, Poręba i Zawiercie). Powstały nowa stacja Pyrzowice Lotnisko i mijanka techniczna w Miasteczku Śląskim. Prace zakończono w ostatnich tygodniach.

Studenci okupują akademik Jowita w Poznaniu

Studenci okupują akademik Jowita w Poznaniu

Studentki i studenci zdecydowali się na kolejny krok w obronie akademika Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Po proteście wrócili do budynku i rozpoczęli okupację.

Jak informują organizatorzy protestu, pokojowa okupacja ma na celu wyrażenie sprzeciwu wobec decyzji władz UAM w sprawie „Jowity”, ale również ogólnej polityki zarządzania uniwersytetami w Polsce. Uczestniczki i uczestnicy liczą, że przyciągnie to uwagę mediów i rozpocznie dyskusję o socjalnych problemach studentek i studentów.

Akademik Jowita w październiku 2023 roku nie przyjął nowych studentów. Wcześniej co roku stawał się domem dla ponad 300 studentek i studentów z Polski i zza granicy. W kwietniu rektorka UAM ogłosiła planowaną sprzedaż budynku oraz działki.

Obecny kryzys mieszkaniowy dotyka szczególnie młode osoby z mniej zamożnych domów, dla których miejsce w akademiku to często jedyna szansa na rozpoczęcie studiów. Pozbawianie ich możliwości zamieszkania w DS Jowita, który znajduje się w centrum Poznania, w bliskiej odległości od wielu wydziałów, jest krokiem skandalicznym i niezrozumiałym dla społeczności studenckiej.

Studenci i studentki podkreślają również rosnące zaniepokojenie elitaryzacją uczelni wyższych w Polsce. Zdaniem protestujących, obecne zmiany w polityce edukacyjnej przyczyniają się do utrudniania dostępu do edukacji wyższej dla szerszych grup społecznych. Coraz wyższe opłaty za akademiki, brak skutecznych programów stypendialnych, publicznych stołówek oraz ograniczone możliwości wsparcia finansowego sprawiają, że uczelnie stają się miejscem dostępnym jedynie dla nielicznych. W kontekście braku zaplecza socjalnego, uczestniczki i uczestnicy wyrażają obawy dotyczące ograniczonych środków przeznaczonych na pomoc materialną. Brak skutecznych programów pomocy socjalnej oraz niewystarczające stypendia powodują, że wiele osób studiujących boryka się z trudnościami finansowymi, co może wpływać negatywnie na ich wyniki akademickie oraz samopoczucie.

Działania okupacyjne zostaną przeprowadzone pokojowo, z zachowaniem zasad obowiązujących we wspólnocie akademickiej. Uczestniczki i uczestnicy liczą, że przyciągnie to uwagę mediów i rozpocznie dyskusję o socjalnych problemach studentek i studentów.

Prosto do Świeradowa

Prosto do Świeradowa

Po 27 latach Świeradów-Zdrój i Mirsk wracają na kolejową mapę Polski. To kolejna już linia zrewitalizowana i przywrócona do użytkowania w ramach programu walki z wykluczeniem komunikacyjnym, realizowanego przez Samorząd Województwa Dolnośląskiego.

Jak informuje serwis jelonka.com, jedna z najstarszych linii kolejowych na Dolnym Śląsku zostanie przywrócona do życia wraz z nowym rozkładem jazdy, który zacznie obowiązywać od najbliższej niedzieli. To piękna i malowniczo położona trasa kolejowa między Gryfowem Śląskim a Świeradowem-Zdrojem. Przejazd między tymi miejscowościami potrwa około 30 minut, a każdego dnia na 17-kilometrowej trasie kursować będzie dziewięć par komfortowych szynobusów Kolei Dolnośląskich, które zatrzymają się także na przystankach: Proszówka, Mirsk, Mroczkowice i Krobica.

Koszt rewitalizacji tej linii to około 60 mln zł, z czego około 40 mln zł pochodziło ze środków unijnych. W finansowaniu inwestycji udział wziął także budżet państwa oraz samorządy Gryfowa Śląskiego, Mirska i Świeradowa-Zdroju.

Z przywrócenia połączenia do Świeradowa-Zdroju ucieszą się z pewnością turyści, narciarze i kuracjusze, ponieważ dotychczas dojazd w Góry Izerskie transportem publicznym był bardzo utrudniony. Co więcej, po zakończeniu podróży pociągiem, z dworca kolejowego w Świeradowie-Zdroju autobusami bezpłatnej komunikacji miejskiej w maksymalnie 20 minut chętni dojadą do każdego wybranego hotelu bądź sanatorium.

– Każdego roku odwiedza nas milion turystów. Pociąg rozwiąże wiele problemów komunikacyjnych i znacznie ułatwi dostęp do takich wielkich atrakcji, jakimi są nasze Góry Izerskie czy sam Świeradów-Zdrój – mówi Roland Marciniak, burmistrz Świeradowa-Zdroju.

Od przyszłego tygodnia Koleje Dolnośląskie zyskają kolejne połączenie z czeskim systemem kolejowym. Gminne autobusy, które bezpłatnie kursują między Świeradowem-Zdrojem i Novym Mestem, zostaną ujęte w rozkładzie jazdy czeskich kolei państwowych jako przedłużenie linii Liberec – Nove Mesto. Być może pasażerów niedługo czekają także kolejne nowości.

Niemieccy maszyniści strajkują

Niemieccy maszyniści strajkują

Od czwartku popołudniu do piątku wieczorem zastrajkują w Niemczech maszyniści. Strajk obejmie także pociągi do Polski.

Jak informuje portal wnp.pl, niemiecki związek maszynistów GDL podał w komunikacie, że w czwartek od godziny 18.00 wstrzymany zostanie ruch pociągów towarowych, a od godziny 22.00 pociągów pasażerskich. Strajk będzie trwać do piątku do 22.00.

Niemieckie Koleje (Deutsche Bahn) przewidują, że możliwe będzie utrzymanie utrzymanie zaledwie 20 proc. połączeń. Dotyczy to także pociągów dalekobieżnych w ramach połączeń międzynarodowych. „Opracowujemy plan awaryjny, ale nie będziemy w stanie przyjąć wszystkich pasażerów, którzy będą chcieli podróżować pociągami w najbliższych godzinach” – czytamy w komunikacie opublikowanym przez DB.

Maszyniści domagają się skrócenia czasu pracy z 38 do 35 godzin tygodniowo i średniej podwyżki płac w wysokości 555 euro miesięcznie.

Niemieckie koleje proponują niższe podwyżki i wypłatę jednorazowego dodatku, nie chcą się natomiast godzić na krótszy tydzień pracy.

Pracownicy PKP Cargo dostaną podwyżki

Pracownicy PKP Cargo dostaną podwyżki

Średnio o 430 zł na rękę wzrosną od stycznia przyszłego roku płace zasadnicze pracowników PKP Cargo.

Jak informuje „Tygodnik Solidarność”, porozumienie w tej sprawie „Solidarność” i dwie inne organizacje związkowe zawarły z pracodawcą 1 grudnia. Związkowcy uzgodnili z pracodawcą, że podwyżka nie może być niższa niż 400 zł i wyższa niż 450 zł. – Zagwarantowaliśmy w porozumieniu podniesienie stawek zasadniczych średnio o 430 zł. Do tego dojdą jeszcze pochodne od wynagrodzenia, takie jak dodatki stażowe, czy dodatki za pracę w niedziele i święta – mówi Jan Majder, przewodniczący „Solidarności” w PKP Cargo. W zależności od stanowiska pochodne stanowią od 60 do przeszło 100 proc. stawki zasadniczej pracownika.

PKP Cargo to największy w Polsce przewoźnik kolejowy. Spółka zatrudnia blisko 15 tys. pracowników.

Mięso i ser wcale nie takie dobre

Mięso i ser wcale nie takie dobre

Inspekcja Jakości Handlowej Artykułów Rolno Spożywczych poinformowała o wynikach kontroli sprzedawanych luzem mięs, wyrobów mięsnych oraz serów żółtych. Produkty bywały źle opisane, prezentowane jako coś innego lub przypisane niewłaściwemu krajowi pochodzenia.

Jak informuje portal farmer.pl, nieprawidłowości było sporo, szczególnie w zakresie rzetelnego oznakowania produktów. Celem działań było sprawdzenie zgodności produktów z obowiązującymi przepisami oraz deklaracją producenta lub sprzedającego. Kontrole przeprowadzono w 144 sklepach na terenie całej Polski, spośród których w 83 wykazano nieprawidłowości.

Według informacji Inspekcji, badania laboratoryjne pod względem parametrów fizykochemicznych objęły 193 partie produktów, z których 33 partie (17,1 proc.) zakwestionowano. W 24 partiach mięsa drobiowego stwierdzono zawyżoną zawartość wody wchłoniętej. W przypadku 4 zakwestionowanych partii przetworów mięsnych stwierdzone nieprawidłowości dotyczyły przede wszystkim zaniżonej zawartości tłuszczu. W zakwestionowanych 5 partiach serów stwierdzono zaś niezgodną z deklaracją producenta zawartość soli.

Najwięcej nieprawidłowości stwierdzono w zakresie znakowania produktów. Spośród 433 ocenionych partii 169 (39 proc.) zakwestionowano. W przypadku mięsa czerwonego zakwestionowane zostały 63 partie (42,3 proc.). Stwierdzone nieprawidłowości dotyczyły m.in.: braku wskazanego kraju pochodzenia wraz z flagą państwa pochodzenia, wskazywania pochodzenia niezgodnie z prawdą (np. podano „Polska” wraz z wizerunkiem polskiej flagi, podczas gdy mięso pochodziło z Hiszpanii lub Niemiec), a także podawania deklaracji pochodzenia niezgodnie z przepisami (np. stosowanie deklaracji „kraj pochodzenia” zamiast „miejsce chowu:…”, „miejsce uboju:…”, stosowanie zbyt małej czcionki, podawanie jedynie flagi państwa pochodzenia).

Spośród skontrolowanych 87 partii mięsa drobiowego zakwestionowano 40 partii (46 proc.). Stwierdzone nieprawidłowości dotyczyły m.in.: podawania niepełnej lub niezgodnej z przepisami nazwy (np. „filet z kurczaka” zamiast „filet z piersi kurczaka”, „ćwiartka” bez wskazania gatunku drobiu, brak wskazania klasy jakości handlowej), a także braku wskazania kraju pochodzenia wraz z jego flagą lub podawania deklaracji pochodzenia niezgodnie z przepisami.

Jeśli chodzi o przetwory mięsne, kontrolą objęto 90 partii, z których 39 (43,3 proc.) zakwestionowano. Stwierdzone nieprawidłowości dotyczyły m.in.: braku obowiązkowych informacji (nazwy opisowej, wykazu składników, danych producenta) lub podawania ich w niewłaściwy sposób (np. w nazwie opisowej nie wskazano wszystkich gatunków użytego mięsa).

W przypadku serów kontrolą objętych zostało 107 partii, z których 27 (25,2 proc.) zakwestionowano. Stwierdzone nieprawidłowości dotyczyły m.in.: braku obowiązkowych informacji (pełnej nazwy opisowej, wykazu składników z uwzględnieniem alergenów, danych producenta) oraz rozbieżności między informacjami udostępnianymi konsumentom w sklepie a deklaracjami producentów (np. w składzie wyszczególniono barwnik niedeklarowany przez producenta).

W 7 sklepach stwierdzono 20 partii produktów z przekroczonymi datami minimalnej trwałości/terminami przydatności do spożycia. Ponadto, w 2 sklepach stwierdzono 23 partie przeterminowanych towarów innych niż te, które były objęte tematyką kontroli. W 13 sklepach stwierdzono zaś wagi o nieaktualnych cechach legalizacji.

Jak informuje IJHARS, w wyniku stwierdzonych nieprawidłowości, na podstawie przepisów ustawy o jakości handlowej artykułów rolno-spożywczych, inspektorzy wydali 80 decyzji administracyjnych, w tym 78 decyzji nakładających kary pieniężne na łączną kwotę 148,3 tys. zł, a także nałożyli 20 mandatów karnych na łączną kwotę 4 800 zł oraz wydali 57 zaleceń pokontrolnych.

Roboty robią chipsy, człowiek sprząta

Roboty robią chipsy, człowiek sprząta

30 ton chipsów – to dzienna produkcja fabryki PepsiCo w dolnośląskiej miejscowości Święte.

Jak pisze portal wnp.pl, proces jest w pełni zautomatyzowany i zrobotyzowany. Fizyczna praca ludzkich rąk potrzebna jest tylko w dwóch szczególnych przypadkach. W tej chwili w zakładzie pod Środą Śląską przerabia się do 80 ton ziemniaków na dobę, z których maksymalnie powstanie 30 ton chipsów. Taka różnica wynika z dużej zawartości wody w ziemniaku, którą trzeba odparować przed smażeniem pociętych cienko plastrów. Tylko 20-23 proc. masy ziemniaka to tzw. sucha masa.

Cała produkcja jest tu automatyczna. Wszystkie najbardziej powtarzalne czynności wykonują maszyny: wkładanie paczek chipsów do kartonów i samo składanie tych kartonów czy ustawianie ich na palecie. Maszyna wkracza także przy pakowaniu i wyłapuje „brzydkie” chipsy. Jednak nie wszystkie, bo ważne, by konsument miał przekonanie, że je produkt, który powstał z prawdziwego ziemniaka.

Jedną z rzeczy, której nie automatyzujemy w 100 proc., jest mycie linii. Tu potrzebny jest nadzór pracownika. Dzięki temu wiemy, że dostrzeżone zostaną wszelkie ewentualne zabrudzenia i zostaną usunięte. Nawet najlepsze automaty nie są w stanie dotrzeć podczas mycia do najgłębszych zakamarków – mówi menedżer z fabryki PepsiCo i dodaje, że praca ludzi niezbędna jest także przy załadunku ciężarówek.

Jednak nawet fabryka, gdzie maszyny „rządzą”, potrzebuje ludzi. Obecnie zatrudnionych jest niespełna 250 osób, ale w przyszłości ma być ich 450. Wynika to z planów uruchomienia kolejnych linii produkcyjnych.

Nowy rząd nie podniesie teraz kwoty wolnej

Nowy rząd nie podniesie teraz kwoty wolnej

W kampanii wyborczej Koalicja Obywatelska umieściła podniesienie kwoty wolnej od podatku do 60 tyś. zł wśród swoich 100 konkretów na pierwsze 100 dni rządów. Już zapowiada, że to nie nastąpi.

Jak informuje portal pulshhr.pl, zapowiadana podczas kampanii wyborczej kwota wolna od podatku w wysokości 60 tys. zł nie będzie obowiązywała w 2024 roku. „Kwotę wolną od podatku w wysokości 60 tys. zł zobaczymy najwcześniej w 2025 roku. A być może nigdy, a przynajmniej nie wcześnie i nie w formie zaproponowanej przez Koalicję Obywatelską” – pisał na przykład w tym tygodniu portal oko.press.

Koalicja Obywatelska twierdzi, że w 2024 r. wejdzie w budżet zaplanowany przez rząd Mateusza Morawieckiego, wobec czego nie może wprowadzić kwoty wolnej w następnym roku. Lider KO Donald Tusk w trakcie kampanii wyborczej w początkach września br. zapowiadał w Tarnowie, że „podniesienie kwoty wolnej od podatku do 60 tys. zł to konkret, który przeprowadzimy w ciągu pierwszych 100 dni”. Teraz twierdzą, że „są na to cztery lata”.

System, w którym nie da się żyć

System, w którym nie da się żyć

Lektura książki Gabora Maté i jego syna Daniela „Mit normalności. Trauma, choroba i zdrowienie w toksycznej kulturze” to wyprawa jednocześnie ku swemu wnętrzu oraz ku światu, w którym żyjemy. Nie przesadzę, choć możliwe, że tak zostanie to odebrane, gdy powiem, iż lektura ta była dla mnie przeżyciem zarówno intelektualnym, jak i transcendentalnym. Czy jest to lektura łatwa? Nie. Książka dotyka najgłębszych traum indywidualnych i społecznych oraz wynikających z nich chorób, nierówności, rasizmu, opresji każdego rodzaju, jaki tylko można sobie wyobrazić. Jednak Maté, jak to dobry lekarz, podaje czytelnikowi znieczulenie. W kroplówce dostaniemy to, co najlepszego i najcenniejszego jeden człowiek może podarować drugiemu. Wielką empatię, wrażliwość i ciepło oraz płynące z nich wsparcie.

Nieeleganckie słowo na „K”

Uczestniczyłam ostatnio w dużym kongresie ekonomicznym. Otwierała go wystąpieniem pewna aktywistka działająca w licznych organizacjach na rzecz przeciwdziałania zmianom klimatu, kwestiom uchodźczym czy nierówności problemom ekonomicznych. Jej przemówienie było bardzo emocjonalne. Biedaczka nieledwie rwała włosy z głowy. Założenie przemowy było następujące: „Nie wiem”. Wyrażała bardzo ekspresyjnie swój lęk i rozpacz, mówiąc jednocześnie o uwalniającym poczuciu przyznania się do własnej niewiedzy. Ta ostatnia dotyczyła rozwiązań problemów, jakie trapią obecnie całe społeczności i poszczególne jednostki na całym świecie. O ile retorycznie było to bardzo sprawne zagranie, i ogólnie udane wystąpienie, to czegoś mi zabrakło. Rozumiem, że można nie wiedzieć, co robić dalej. Ale, umówmy się, działając na tak wielu frontach nie można nie wiedzieć i nie powiedzieć, co jest przyczyną tych zjawisk.

Z szeroko otwartymi oczami i w poczuciu zadziwienia obserwowałam, jak prelegentka gimnastykuje się, by powiedzieć, nie mówiąc. Padały omówienia pięć razy na około, coś w stylu: „Musimy zrewidować wpływy ekonomiczne na społeczeństwo” i inne podobne figury, których nie powstydziłby się żaden mistrz w łyżwiarstwie. Te potrójne toe-loopy były chyba wymagane, by nie nazwać tutejszego systemu ekonomicznego – kapitalizmu.

Przez brak skonkretyzowania i wskazania tego, co w świetle badań naukowców z praktycznie każdej dziedziny jest niepodważalnym faktem, miałam wrażenie, że aktywistka ta została zaproszona jako „dyżurna społeczniczka”. Osoba, która pogada, pogada, a potem zabierzmy się za poważne sprawy. Jak choćby to, jak generować większy wzrost. Biznes jak zwykle. Rozpiszemy granty, obsadzimy się w kapitułach, poklepiemy po plecach i cacy.

Przywiodło mnie to wydarzenie do refleksji nad swego rodzaju tabu, gdy chodzi o mówienie o kapitalizmie.

Niejednokrotnie zauważyłam, że samo wymienienie tej nazwy sprawia, że od razu jestem na cenzurowanym a atmosfera robi się cokolwiek niezręczna. Nawet jeżeli jest to wypowiedź w neutralnym kontekście. W takich sytuacjach czytam reakcje otoczenia, jak pytania w rodzaju „Co ci znowu nie pasuje?”, „A czego ty się wiecznie czepiasz?”. Nawet jeśli akurat nie czepiam się niczego.

Myślę, że takie tabu językowe służy temu, by umacniać przekonanie o bezalternatywności dla systemu. Przedstawieniu go nie jako konstruktu ludzkiego, którym jest, ale jakiejś arbitralnej, zapewne też naturalnej rzeczywistości, która jest niemożliwa do zmiany.

Jest więc kapitalizm trochę jak Ten, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać z cyklu powieści o Harrym Potterze. Co wspólnego z tym ma omawiana książka? To, że Gabor Maté nie boi się wymówić imienia Czarnego Pana. I my nie trwóżmy serc! Zauważmy, że w powieściach wymówienia imienia Voldemorta unikano, aby go nie przywołać. Dlatego też uważam, że jesteśmy, w swoim nieszczęsnym położeniu, bezpieczni. Bo on już tu od dawna jest. Jest wodą, w której pływamy, by posłużyć się przyrodniczą metaforą. Nie ma więc najmniejszego powodu, aby obawiać się jego przybycia. Bitwa o Hogwart jednak wciąż trwa. I książka Gabora i Daniela Maté stanowić może cenny oręż.

Ten przydługi wstęp zakończę cytatem z wybitnej pisarki – Ursuli K. Le Guin, który warto sobie przypominać w chwilach ogólnego zwątpienia: „Żyjemy w kapitalizmie. Jego moc wydaje się nam nieunikniona. Ale tak samo było z boskim prawem królów. Każda ludzka władza może jednak być odparta i zmieniona przez człowieka”.

W głąb istoty rzeczy

Przyznam, że nigdy, gdy chodzi o pisanie tekstów, nie stałam przed tak ogromnym wyzwaniem. Po pierwsze dlatego, że książka zrobiła na mnie tak ogromne wrażenie, że najchętniej bym ją przepisała słowo w słowo, co byłoby oczywistym pogwałceniem praw autorskich, bo nie sięgnęlibyście wtedy po nią, i jej nie kupili. Po drugie zaś dlatego, że ma ona ponad 500 stron i nie ma tam absolutnie żadnych pustych przebiegów. Liczba zagadnień idzie w dziesiątki, przytoczonych badań i wywiadów – w setki. Dlatego też, chcąc nie chcąc (z naciskiem na to drugie) ograniczę się do szerszego omówienia tylko dwóch, wybranych subiektywnie przeze mnie, zagadnień pojawiających się na kartach książki. Będą to choroby psychiczne oraz inne niż mainstreamowe rozumienie tak zwanej ludzkiej natury.

Maté kreśli obraz kompletny i spójny. Przygląda się najpierw pojęciu, które ustawia w centrum swoich rozważań, jako źródło cierpienia ludzkiego w przeróżnych jego formach i postaciach. Jest to u niego trauma. Wyjaśnia ją w skrócie, jako rozłam wewnątrzpsychiczny, rozdarcie duszy na kawałki. Później przechodzi do przyglądania się temu, co przyczynia się do powstania traumy, na każdym etapie rozwoju człowieka. Oraz temu, jak jest to związane z systemem, który wywiera ogromną presję nie tylko ekonomiczną, lecz także związaną z brakiem poczucia bezpieczeństwa, opresją patriarchatu, klasizmu i rasizmu, rozpadu więzi społecznych, alienacji człowieka i komercjalizacji każdej sfery życia. Analizuje to najpierw na poziomie jednostek, przechodząc później na poziom ogólny, życia politycznego, mediów i reklamy, korporacji. W ostatniej części książki proponuje zaś swoje rozwiązania i drogi ku zdrowieniu tak indywidualnemu, jak i społecznemu.

Gdy myślę o przewodniej zasadzie, według której „zrobiona” jest ta książka, to przychodzą mi do głowy myśl stoicka i „Rozmyślania” Marka Aureliusza. Wspólną cechą opisu wszystkich zjawisk, od traum i chorób, przez nałogi, po problemy społeczne, tak licznie wymieniane w książce, jest dążenie do zobaczenia ich istoty. Najgłębszego źródła ich powstania oraz ich natury i tego, w jakiej są one relacji z człowiekiem, rodziną, społeczeństwem, systemem. Przenikliwość i precyzja, z jakimi Maté rzuca światło na każde opisywane zjawisko, jest onieśmielająca. Wszystko poparte jest bardzo bogatą literaturą fachową, lecz także przykładami zaczerpniętymi z jego praktyki klinicznej – wypowiedziami osób zmagających się z danym problemem.

Największą siłą tej książki jest pokazanie, że większość trudności, których doświadczamy, nie jest wcale „prywatną” sprawą, a tym bardziej kwestią prywatnej odpowiedzialności każdego z nas. Jest efektem życia w toksycznej kulturze, która ciężko nas doświadcza. A także to, że człowiek – jego ciało i umysł – nie są od siebie rozłączne, lecz stanowią całość i tak należy myśleć o chorobie i zdrowieniu. Natomiast cały świat jest systemem naczyń połączonych, które także nieustannie na siebie oddziałują.

U nich działa!

Co autor miał na myśli, opatrując książkę tytułem „Mit normalności”? Moim zdaniem „Mit normalności” oznacza, że większość stanów (chorób i zaburzeń), które dotykają ludzi, podobnie jak większość problemów społecznych (nałogi, ubóstwo, rasizm) próbuje się wyjaśniać tak, jak to zwykle w kapitalizmie bywa. Jako że są to koszty, a nie zyski, należy je przerzucić na ludzi, którzy ich doświadczają: na ich genetykę, na nierównowagę substancji w ich mózgach, na słabość ich charakterów, na cokolwiek. A potem umyć ręce i powiedzieć: „Poza tym – niezależnym od nas X, Y, Z – wszystko jest w normie”. U nas działa! – tak zdają się mówić, niczym specjaliści IT poproszeni o pomoc, luminarze wolnego rynku, miliarderzy i politycy, a nawet lekarze, którym też obrywa się srogo na kartach książki.

Tymczasem problemy te są uwarunkowane społecznie. Co więcej, są wołaniem, dramatycznym krzykiem rozpaczy, który powinien rozpalić wszystkie czerwone światełka ostrzegawcze. System nie działa. Czy też może, korygując to stwierdzenie, działa według swoich założeń. Czyli generuje wzrost wskaźników ekonomicznych. Koszt jest jednak zatrważający, prowadzący do wielkiego cierpienia ludzi i całej planety.

Przychodzi mi do głowy stwierdzenie filozofa i ekologa, Edwarda Abbey’ego, który powiedział: „Wzrost dla samego wzrostu jest ideologią komórek rakowych”. I rzeczywiście, ta samobieżna machina chciwości jest antytezą człowieczeństwa i właśnie dlatego implikuje powikłania, takie jak choroby, uzależnienia, wyniszczenie środowiska naturalnego itp., siejąc ogólne spustoszenie.

Czy jesteśmy źli z natury? Naturalnie, że nie!

Natura ludzka. Apologeci kapitalizmu i wolnego rynku bardzo chętnie i często argumentują, że człowiek jest z natury pazerny, samolubny, ukierunkowany przede wszystkim na własną indywidualną korzyść. Stawia to system w bardzo wygodnym położeniu, bo promuje on, by nie powiedzieć: wymusza, takie właśnie zachowania. Zagarnąć do siebie, „nachapać się”, jak mawia moja mama, gdy odpowiada na pytanie, po co ludzie idą do polityki.

Czy rzeczywiście jesteśmy z natury samotnikami, wrogo nastawionymi wobec innych przedstawicieli naszego gatunku? Nigdy tak nie uważałam. Wiem, że upadkiem człowieczeństwa jest opowiadanie czy opisywanie memów, ale mam nadzieje, że będzie mi to wybaczone. Jest taki mem z uniwersum Star Wars. Przedstawia ducha Anakina Skywalkera, który ukazuje się Kylo Renowi. Ren mówi: chciwość to ludzka natura. Anakin odpowiada, korygując padawana: Czy gdy widzisz słonia żonglującego w cyrku, to zakładasz, że żonglowanie jest naturą słonia?

Maté ostrożnie podchodzi do formułowania prawd objawionych czy definicji natury człowieka, bo jak słusznie zauważa, jest to kwestia zbyt skomplikowana, by tak ją zawęzić. Jak w wielu innych przypadkach, uważa, że jest to spektrum o trudnych do zarysowania granicach. Jednak jedno mówi bardzo stanowczo: Nie jesteśmy z natury źli. Jesteśmy tylko uwarunkowani.

Zapadła mi w pamięć taka informacja: gdyby cały czas, w którym istnieje nasz gatunek przedstawić jako jedną godzinę, to czas, w którym żyjemy w takiej czy innej cywilizacji – trwałby sześć minut. Co z tego wynika? Odpowiedzi na pytanie o to, jaka jest nasza natura, nie odnajdziemy przyglądając się naszym zachowaniom dzisiaj, 100 czy 1000 lat temu. Maté sięga do społeczności łowców-zbieraczy, w której żyliśmy przez 54 minuty z naszej godziny. I odkrywa, że wszelkie badania nad tymi społecznościami i ich zwyczajami mówią, że były to grupy, w których troska, opieka i wsparcie były wartościami nadrzędnymi nad indywidualną korzyścią. Człowiek nie przeżyłby sam. Podobna hierarchia wartości panowała w społecznościach rdzennych, plemionach, które tak uparcie i wcale nie skrycie „cywilizowaliśmy” wiadomym kosztem i wiadomymi środkami.

Słuchaj dzieweczko! Ona nie słucha

„Zdaje mi się, że widzę… gdzie? Przed oczyma duszy mojej”. Ten cytat z „Hamleta” jest mottem „Romantyczności” Adama Mickiewicza. Utwór opisuje bohaterkę, która doświadcza halucynacji i urojeń, co współczesna medycyna zdiagnozowałaby zapewne jako jedną z licznych odmian psychozy. Gabor Maté poświęca tej grupie rozpoznań stosunkowo niewiele miejsca, jeśli spojrzeć na liczbę stron przeznaczonych w książce opisywaniu na przykład depresji. Jednak przedstawia podejście bardzo klarowne i wyczerpujące. Psychozy są najcięższymi i najmniej poznanymi pod względem ich etiologii zaburzeniami z całej, bardzo długiej, listy diagnoz psychiatrycznych. Natomiast, jak ją nazywa w rozbrajający sposób Maté, „tak zwana schizofrenia” jest niekiedy nazywana „królową wszystkich chorób psychicznych” – cóż za zaszczytne miano!

Warto zwrócić uwagę właśnie na opis takich problemów zdrowotnych. Problemów, których nie rozumiemy, których manifestacji się boimy i których przyczyn nie znamy, a w każdym razie nie znamy do końca. Maté stoi zresztą na stanowisku, że nie znamy przyczyny biologicznej ŻADNEGO zaburzenia psychicznego, a diagnozy służą jedynie lekarzom do opisu zbioru objawów, jakie zawierają się pod daną etykietką. Wyjaśnia to całkiem zabawnie na przykładzie choroby afektywnej dwubiegunowej. Skąd wiemy, pisze, że ktoś ma ChAD? Bo ma wahania nastrojów. A dlaczego ma wahania nastrojów? Bo ma ChAD.

Jak przekonuje Maté, nie odkryto nigdy żadnego genu odpowiedzialnego za choroby psychiczne. Są co najwyżej duże zbiory genów, które odpowiadają za pewną podatność, ale nie determinują niczego. Jak natomiast postrzega źródła problemu Gabor Maté? Upatruje ich głównie w czynnikach środowiskowych. W przeżytej traumie. Takie przeżycia, jak zaniedbanie, znęcanie, uzależnienia w domu rodzinnym, parentyfikacja, czyli sytuacja, gdy to dziecko pełni wobec rodziców role opiekuńcze, molestowanie seksualne – są poważnymi determinantami nie tylko zaburzeń z grupy psychoz, ale wszystkich chorób i to nie tylko tych nękających umysł, ale też na przykład nowotworów czy chorób autoimmunologicznych. Zdaniem autora – mówiąc kolokwialnie – im bardziej obrywamy, tym mocniej to w nas rezonuje. Dlatego im dotkliwsze rany, tym później poważniejsze zaburzenia. Przytacza stosowne badania naukowe, które tego dowodzą, ale nawet gdyby tego nie zrobił, to i tak rozpoznałabym w tym głęboki sens.

Maté zauważa także, iż jako społeczeństwo nie chcemy tego wyjaśnienia przyjąć do wiadomości, mimo intuicji i wyników badań potwierdzających jego prawdziwość. Działa tu prosty mechanizm. Trzeba byłoby wówczas przyznać, że nasza toksyczna kultura i nasze społeczeństwo wytwarzają warunki, w których – w bardzo dosłownym sensie – można oszaleć. Jest to brzemię wstydu, którego nie chcemy i przed którym się bronimy.

Co więcej, autor wyjaśnia, że choć zachowanie osób w kryzysie psychotycznym jest pozbawione sensu, to już na emocjonalnym i symbolicznym poziomie urojenia, jakich te osoby doświadczają, są zawsze zakorzenione w ich biografii i czytane z tej perspektywy dają się wyjaśnić, a wręcz stają się logiczne i wtedy są kluczem do poprawy stanu zdrowia, a nawet do uzdrowienia. Jest to głęboko humanistyczne podejście, które skojarzyło mi się z wierszem, od którego zaczyna się ta część tekstu. Mam wrażenie że do Gabora Maté, naukowca i lekarza, bardziej pasowałby termin „uzdrowiciel”. Bo nieraz daje wyraz temu, że to czucie i wiara silniej mówią do niego, niż mędrca szkiełko i oko. A w każdym razie że popiera połączenie obu tych perspektyw na równych warunkach.

Nadzieja stara jak świat

Remedium, jakie proponuje doktor Maté, może być dla wielu rozczarowaniem. Bo nie jest to ogólnoświatowa rewolucja antykapitalistyczna. Przynajmniej nie taka, jak ją zwykle sobie wyobrażamy (jeśli to robimy, rzecz jasna), lecz coś o wiele mniej spektakularnego.

Maté proponuje nam introspekcję i wgląd w siebie. Potraktowanie traumy czy jej skutku – choroby – jako czegoś, co nie jest zewnętrznym gromem z jasnego nieba, ale czegoś, co spotyka nas jako skutek naszych doświadczeń. A także, co ważne, czegoś, co kryje w sobie potencjał do uleczenia nas i do rozwoju – osiągnięcia pełni człowieczeństwa, jak mówi.

Przemożnym zaś siłom, gnębiącym nas od zewnątrz, proponuje on przeciwstawić relacje, bliskie więzi miłości, przyjaźni, solidarności i współpracy. Współczucie dla siebie i dla innych, rozwijanie empatii. W zasadzie Maté postuluje powrót, oczywiście nie dosłowny, lecz na poziomie wartości, do wspólnot, które tworzyliśmy, zanim staliśmy się tacy genialni i cywilizowani. Czyli do postawienia na więzi, opiekę nad sobą nawzajem i dawanie sobie wsparcia, a nie tratowanie się nawzajem w pędzie donikąd.
To tyle? W zasadzie tyle. Ale nie powiedziałabym, że tylko.

Natalia Bała

Grafika w nagłówku tekstu: Mohamed Hassan z Pixabay.

Kolejna trasa kolejowa wraca na mapę

Kolejna trasa kolejowa wraca na mapę

Po wielu latach pociągi wrócą do Powodowa. Podróżni zyskają dojazdy m.in. do Poznania; zapewnione będą też połączenia do Zespołu Szkół Rolniczych w Powodowie.

Jak pisze Portal Samorządowy, dzięki realizowanym inwestycjom pociągi mogą dojechać do kolejnych miejscowości, które często przez lata były pozbawione komunikacji publicznej. Tak jak w Powodowie, gdzie stosunkowo niewielki zakres prac umożliwi przywrócenie połączeń, a w efekcie zdecydowanie ułatwi codzienne dojazdy mieszkańców i uczniów. Spółka podała, że prace ruszyły z końcem listopada. Do obsługi podróżnych przystosowywany jest m.in. przystanek Powodowo.

Prezes PKP Polskich Linii Kolejowych SIreneusz Merchel wskazał, że „odcinek między Wolsztynem a Powodowem już wkrótce, po wielu latach, powróci na mapę tras wykorzystywanych w regularnym ruchu”.

Spółka podała, że na prace, które zapewnią możliwość wznowienia przejazdu pociągów pasażerskich, PKP Polskie Linie Kolejowe przeznaczą ok. 1,1 mln zł ze środków budżetowych. Inwestycja jest planowana do końca br. Termin wznowienia połączeń pasażerskich do Powodowa jest uzależniony od przewoźnika. Spółka wskazuje jednak, że ma być to możliwe już z początkiem 2024 roku.

800 Plus jednak od stycznia

800 Plus jednak od stycznia

Grudzień to ostatni miesiąc wypłat świadczenia 500 Plus. Wbrew pozorom to dobra wiadomość. Od 1 stycznia 2024 r. kwota wzrośnie do 800 zł.

Jak informuje Portal Samorządowy, ZUS, który wypłaca to świadczenie, sam zmieni jego wysokość. Dlatego nie trzeba składać dodatkowego wniosku.. Nastąpi to automatycznie i obejmie wszystkich, którzy według stanu na 1 stycznia 2024 r. mają prawo do świadczenia w okresie świadczeniowym, który trwa od 1 czerwca 2023 r. do 31 maja 2024 r.

7 sierpnia 2023 r. Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej Andrzej Duda podpisał nowelizację ustawy o pomocy państwa w wychowaniu dzieci. To oznacza, że od 1 stycznia 2024 r. wysokość świadczenia wychowawczego (tzw. 500+) będzie wynosiła 800 zł na każde dziecko, do ukończenia przez nie 18 roku życia. Od 1 stycznia 2024 r. kwota świadczenia wychowawczego dla wszystkich uprawnionych zostanie podniesiona z 500 zł do 800 zł. Dla rodziców i opiekunów oznacza to, że na ich konta będzie wpływać rocznie więcej środków na utrzymanie dziecka. W przypadku jednego dziecka będzie to o 3600 zł więcej, dwojga – 7200 zł, trojga – 10 800 zł.

Opony zimowe obowiązkowe?

Opony zimowe obowiązkowe?

Mieszkańcy Podhala mają dość nieprzygotowanych turystów, którzy – jeżdżąc na niewłaściwych oponach – powodują zatory i kolizje.

Jak pisze serwis autokult.pl, temat obowiązku używania opon zimowych w górach powraca jak bumerang wraz z pierwszymi opadami śniegu. Górale liczą w tej kwestii na nowy rząd.

Choć trudno w to uwierzyć, wciąż nie brakuje kierowców, którzy wybierają się na zimowy wypoczynek nieprzygotowanym pojazdem. I nie chodzi tu wcale o specjalistyczny ekwipunek, lecz absolutne podstawy, takie jak opony zimowe. Górale oczywiście cieszą się z napływu turystów. Nie ukrywają jednak, że nie rozumieją bezmyślnych kierowców.

Apelują o nakaz stosowania opon zimowych w ich regionie. Podhalańskie samorządy zgłaszały już takie pomysły w poprzednich latach, lecz ewentualne nakazy nie spotkały się z akceptacją ówczesnej władzy. Mieszkańcy Zakopanego i okolic liczą, że nowy rząd przyjmie inne stanowisko.

Konieczność zastosowania odgórnego, regionalnego nakazu wynika z faktu, że w Polsce nie ma obowiązku zmiany opon. Policja może ukarać kierowcę jedynie za zły stan opon (np. wytarty bieżnik), a nie ich rodzaj.

Ludzie giną w pracy

Ludzie giną w pracy

Niemal 3 mln osób na świecie umiera rocznie z powodu wypadków i chorób związanych z pracą, z czego 330 tys. w wypadkach przy pracy.

Jak wynika z raportu Międzynarodowej Organizacji Pracy (MOP) przy ONZ, Większość zgonów spowodowanych pracą – 2,6 mln rocznie – wynika z chorób nią spowodowanych. W pierwszej trójce chorób, których pracownicy nabawiają się wskutek niewłaściwych warunków pracy są choroby układu krążenia, nowotwory złośliwe i choroby układu oddechowego. Te trzy schorzenia stanowią ponad trzy czwarte czynników powodujących przedwczesną śmierć spowodowaną pracą. MOP szacuje również, że 395 milionów pracowników na całym świecie doznało urazów w pracy, nie skutkujących zgonem.

Dane statystyczne pokazują, że śmierć przy pracy ponosi 51,4 na 100 tys. dorosłych pracujących mężczyzn i 17,2 na 100 tys. kobiet. Najwięcej zgonów związanych z pracą ma miejsce w Azji i na Pacyfiku – 63 proc. wszystkich wypadków na świecie, ale – podkreśla MOP – wynika to z faktu, że pracuje tam najwięcej ludzi.

Do największej liczny wypadków przy pracy dochodzi w rolnictwie – co trzecia śmierć przy pracy zdarza się właśnie w tym sektorze. Do najbardziej niebezpiecznych należą też budownictwo, leśnictwo i rybołówstwo oraz produkcja przemysłowa – łącznie w tych pięciu sektorach gospodarki ginie rocznie ok. 200 tys. osób, co stanowi 63 proc. wszystkich śmiertelnych wypadków.

Aby zwiększyć globalne wysiłki na rzecz zapewnienia bezpiecznego i zdrowego środowiska pracy, MOP wprowadziła nowy plan, Globalną Strategię Bezpieczeństwa i Zdrowia w Pracy na lata 2024-2030. Celem jest priorytetowe traktowanie dobrostanu pracowników zgodnie z zaangażowaniem MOP w sprawiedliwość społeczną i promowanie godnej pracy na całym świecie – czytamy na stronie organizacji.

Rajd po Romie

Rajd po Romie

W podróż do starożytnego Rzymu przygotowaliśmy się – my, czyli doktoranci Będzimir i Wilkomir – bardzo solidnie. Tak przynajmniej sądziliśmy. Wkuwaliśmy łacinę i ćwiczyliśmy wymowę, wcielając się a to w Cezara, a to Cycerona, a to w Piłata. Bazowaliśmy na wymowie podsłuchanej przez pierwsze tempochody jeszcze z początków chrononautyki. Mimo to w przeddzień podroży wstecz nasza opiekunka z Akademii zdecydowała o opóźnieniu misji. Postanowiła zapobiegliwie najpierw wrzucić w chronoport roboty lingwistyczne najnowszej generacji, aby zarejestrowały wszelkie możliwe odmiany łaciny w Wielkim Mieście i nas dokształciły, abyśmy nie wrócili na tarczy po jednym dniu badań. Co, zważywszy do czego służą tarcze tam, gdzie się wybieraliśmy, mogłoby być dla nas doświadczenie naprawdę chudym, żeby nie powiedzieć mizernym.

Efekt robozwiadu był porażający. Od wielości wariantów, w zależności od miejsca i klasy społecznej, zagotowały się robosom twarde dyski. Sztuczna Inteligencja wciąż nie radziła sobie z wmieszanymi wedle uznania niegramatycznymi wstawkami, wtrętami z greki, rozmaitych języków italskich, bliskowschodnich, celtyckich i Jowisz jeden wie, jakich jeszcze. Im bardziej chciała, tym bardziej się nagrzewała. Aby dojść z tym do ładu, musielibyśmy opóźnić misję o rok. Tu wstaw: stres, stres, każdy dzionek z energometrami zaciśniętymi w garści, obaj czujemy jak zmieniamy się w meduzy, co z naszym doktoratem, z latającym seminarium, z zaplanowanymi konferencjami? Wyglądało więc na to, że polecimy z podręcznymi translatorami zakamuflowanymi jako naszyjniki (bo przecież nie możemy się obnosić z rzeczami z przyszłości). Mówić językiem literackim jeszcze mogliśmy, trudno było się jednak spodziewać, że usłyszymy odpowiedzi w tak czystej łacinie, że bez problemu ją zrozumiemy.

Plan wypalił. Przynajmniej w tej mierze. Wylądowaliśmy jako przybysze z jakiegoś tam wschodu, cali w tanich paciorkach i naszyjnikach, dzięki którym od razu było widać, że nie mówimy uliczną łaciną. Nie przewidzieliśmy jednak kolejnych trudności. Pierwszego dnia w okolicach Forum Romanum dostaliśmy mdłości, czując smród ofiar składanych ze zwierząt. Reszta dnia minęła nam na spacerach po lasku, żeby uzupełnić energię. Niestety, mdlejący Będzimir zaraz padł ofiarą małego ulicznika, który ukradł mu nieodzowny naszyjnik. Nie zaryzykowałem pogoni: w pobliżu kręciło się jeszcze kilka osób, które dziwnie nam się przyglądały. Ani chybi kolejni rabusie. Pod wieczór zabrałem nadal słabującego kolegę do naszego wehikułu, kryjącego się pod postacią poczciwego osiołka. Potem daliśmy z kopyta i wróciliśmy w nasz alegre, tłusty wiek XXI.

Śledząc nagranie z naszej misji profesor stwierdziła, że wie już, dlaczego tyle osób dziwnie nam się przyglądało. Nasze dalekowschodnie rysy i prawie dwa metry wzrostu, a przy tym tandetny strój, nie mogły pozostać niezauważone w basenie Morza Śródziemnego w czasach Spartakusa – i to niekoniecznie w wyrozumiały sposób, w jaki patrzysz na turystę z pipidówka, niemającego pojęcia, że jeśli jesteś w Rzymie, to powinien zachowywać się jak Rzymianin. Byliśmy po prostu podejrzani. Mogli nas nawet wziąć za jakichś uciekinierów ze szkoły gladiatorów i kłopoty gotowe. Nie chcielibyśmy skończyć, walcząc przeciw sobie z siecią, trójzębem i innym żelastwem. Musieliśmy więc zmodyfikować plany. Mirek dostał nowy naszyjnik i wróciliśmy do późnorepublikańskiego Rzymu, siedemdziesiąt lat przed Chrystusem, ucharakteryzowani na zamożnych, ale nudnych podróżnych.

Wynajęliśmy pokój w wysokim budynku nieopodal Palatynu. Świetna lokalizacja, blisko do łaźni i do nie całkiem ohydnej toalety publicznej. Nasz gospodarz, niejaki Caius, okazał się tak towarzyskim człekiem, że nie musieliśmy się za bardzo wysilać, żeby znaleźć lokalne osoby służące nam za informantów. Właził prawie bez pukania, a już na pewno bez skrępowania rano, po południu i wieczorem. Po czym zaczynał rozmowy – a właściwie monologi, z których dowiedzieliśmy się wszystkiego o jego życiu seksualnym, prawdziwym lub wyobrażonym. A przy okazji też trochę o rzeczach, które nas interesowały, czyli o obyczajach wtedybylców i tubylców. Kto w sąsiedztwie robi najlepsze garum, gdzie można dostać za bezcen szparagi, gdzie pod cmentarzem można spotkać całkiem zacne kurtyzany albo u kogo najlepiej obstawiać walki gladiatorów. Wilkomir próbował traktować poważnie wszystko, co Caius nam opowiadał, tak jak uczyliśmy się na seminarium z etnografii. Jednak gdy pojawiły się w opowieściach uganiające się po ulicach za naszym gawędziarzem oszalałe z miłości nimfy wieczornice, to postanowił jednak troszkę odpuścić. Caius nie wyglądał bynajmniej jak Apollo ani nie wysławiał się jak takowy. Jak widać, niepotrzebna nowoczesna technologia i mass media, żeby ludzie byli wprawnymi mitomanami.

Cały czas mieliśmy problemy z poziomem energii. Trudno nam było nie tracić rezonu i spokojnie chadzać po ulicach, na których tyle było osób otwarcie się prostytuujących lub ewidentnie cierpiących na rozmaite choroby, a pozbawionych jakiejkolwiek opieki zdrowotnej. Na szczęście łatwo było się doenergetyzować – nie brakło zakątków uroczych przyrodniczo, poza tym całkiem korzystnie działały na nas termy i wieczorki poetyckie. Niestety, kiedy zbyt często kierowaliśmy kroki do łaźni, to od nadmiaru pary i skoków temperatur zaczęły szwankować nasze naszyjniki. Musieliśmy więc mocno podkreślać naszą cudoziemskość z jednej strony, a z drugiej wytężać uwagę, żeby zrozumieć, o czym się mówi. Warto było, bo tu ludzie rozmawiali naprawdę o ciekawych rzeczach. Udało nam się w łaźni zaprzyjaźnić z kilkoma amigami, którzy nas zabierali w ciekawe miejsca, między innymi właśnie na spotkania z niespełnionymi literatami. Z poezji, mimo naszyjników, rozumieliśmy zero z wykrzyknikiem, ale to było cudne zero. Jeszcze cudniejsze były wino i muzyka. Jeden taki wieczór i zapas energii na tydzień. Nawet z Caiusem w środku, budzącym nas o śmierdzącym świcie, żeby poopowiadać o tym, jak łapała go lubieżnie za poślad Salacia. Nic to. Zdobywaliśmy wiedzę i układaliśmy nasze mapy społecznych sensów.

Wilku zaczął zakochiwać się w jakiejś Egipcjance, która układała naprawdę mało ambitne rymy (nieprawda, to była ciekawa aliteracja). Miru odróżniał już bez pudła kilka rodzajów cienkiego wina, mimo że rozwodnione smakuje głównie, jak wiadomo, wodą (są różne zdania na ten temat). I wtedy z nieba spadł nam pożar miasta. Zobaczyliśmy w akcji osławioną „straż pożarną” Marka Licyniusza Krassusa. Tego pogromcę Spartakusa i członka triumwiratu, który zachwiał republiką i którego moglibyśmy nazwać – wedle dawnej przestarzałej nomenklatury – milionerem. Zainteresował nas przede wszystkim jego biznesowy modus operandi. Okazało się, że faktycznie po wybuchu pożaru do płonących domów przyjeżdżali jego strażacy, aczkolwiek w nieodłącznym towarzystwie skryby. Ów szybko sporządzał akt sprzedaży płonącego budynku – nieszczęśnicy dotknięci pożarem godzili się sprzedać ją za bezcen Krassusowi – a dopiero wtedy straż pożarna przystępowała do działania.

W toku naszych badań ustaliliśmy jednak, że niektóre pożary były także wywoływane na zlecenie Krassusa. Organizacja owej „straży pożarnej” bardzo nas zainteresowała. Ciekawe, jakie przemiany przeszła po roku 53 p.n.e., gdy Krassus zginął podczas wyprawy wojennej przeciw Partom, gdy schwytali go i wlali mu do gardła płynne złoto, którego tak pożądał. Czy jakiś utalentowany przedsiębiorca go zastąpił? Radzi bylibyśmy sprawdzić, tyle że nie to było celem naszych badań. My chcieliśmy poznać proces nadawania sensu – i naprawdę fascynująca okazała się dla nas reakcja ludzi na to, co się działo. Skoncentrowaliśmy się na tym, jak doszło do tego, że ludzie zaakceptowali Krassusową „straż pożarną” na długo przed zorganizowaniem prawdziwych rzymskich brygad strażackich (czyli wigilów, powołanych do pomp za cesarza Augusta, którzy faktycznie walczyli z ogniem, a nie na nim zarabiali).

Przez lata badacze myśleli, że Rzymianie akceptowali strażaków-piromanów Krassusa właśnie dlatego, że nie było takich służb wcześniej. Jednak dziś już wiemy, że to nieprawda: w starożytnym Egipcie istniały zorganizowane grupy strażackie z prawdziwego zdarzenia, gaszące pożary. Możliwe było jednak, że ludność Wiecznego Miasta nie wiedziała o tym, bo gdzie Rzym, gdzie Egipt. I to właśnie nas interesowało, a także: jak na to wszystko reagowali zwykli ludzie.

Na samym początku miejscowi byli oburzeni działaniami Krassusa. Caius wparadował nam do pokoju cały spieniony i perorował długo o upadku Rzymu i smutnym końcu cnoty. Gdzie wyznaczanie granic i umiaru pragnieniom? Pytał retorycznie zarzucając nieistniejący róg nieistniejącej togi na bardzo istniejące pulchne ramię. Tak samo w łaźni – wszyscy potępiali działania niegodne rzymskiego męża. Gdzie virtus, gdzie fides? Ale potem reakcje łagodniały, zmieniły się w lekkie narzekanie. I pewnego dnia po pożarze już nikt nie dziwił się temu, że straż pożarna zajmuje się napychaniem portfela swojemu szefowi – i tak już zostało. Gdy pytaliśmy o to ludzi, reagowali nerwowo, ale w stosunku do nas, nie do Krassusa. „Człowiek sukcesu, dba o porządek, organizuje igrzyska, a wy się czepiacie?!”. Czy człowiek naprawdę jest w stanie znormalizować wszystko? Tak, widzieliśmy na własne oczy, jak to się odbywało. Czy jest to nieuchronne? Tego nie wiemy, nie umieliśmy bowiem zaobserwować tego momentu, gdy z niedopuszczalnego zmieniło się w normalne. Nie wiemy, kiedy dokładnie to się stało. Nie wiemy, czy coś mogło to powstrzymać, zmienić. Na pewno nie nasze pytania.

Zaczęliśmy bowiem włóczyć się po nocy i zaczepiać ludzi na ulicy. W sumie niezbyt mądrze, ale myśleliśmy, że czegoś się w ten sposób dowiemy, złapiemy jakiś ważny moment. Złapaliśmy jednak głównie guzy i siniaki. Wyglądaliśmy na zamożnych, a poruszaliśmy się bez choćby jednego człowieka obstawy i bez żadnego niewolnika. Sama myśl o niewolniku zbijała nam energię do poziomu meduzy, więc radziliśmy sobie, jak umieliśmy. I tak, nasze intensywne rozpytywanie na ulicach Wiecznego Miasta zakończyło się w efekcie kilkoma srogimi laniami. „Wiecie, co, Wilkomirze i Będzimirze – powiedziała nasza profesor – cieszmy się, że skończyło się tylko na guzach. Mogli wziąć was za szpiegów, torturować albo zakopać żywcem”. Cóż, praca antropologa ma swoje blaski i cienie.

Ostatnim naszym wspomnieniem z Rzymu był widok płonącego budynku, w którym mieszkaliśmy u Caiusa. Czasem zastanawiamy się, czy to nie my węszeniem dookoła sprowadziliśmy nieszczęście na erotomana gawędziarza i jego sąsiadów. Lecz to musi przebadać już kto inny, w ramach innego grantu.

prof. Monika Kostera, Adam Węgłowski

Poprzedni odcinek cyklu można przeczytać tutaj: Etnografia przeszłości w przyszłości: Pierwsze spotkanie 

Zdjęcie w nagłówku tekstu: Николай Егошин z Pixabay

13 tysięcy za szczęście

13 tysięcy za szczęście

Według raportu „Szczęście w pracy Polaków” przygotowanego przez agencję pracy Jobhouse i Great Digital współczynnik szczęścia w 2023 r. wyniósł 6,8 w 10-punktowej skali. Abyśmy czuli się szczęśliwi, musimy dobrze zarabiać.

Jak pisze portal pulshr.pl, ludzie spędzają sporą część swojego życia w pracy. W Polsce, jak wskazują dane Eurostatu, są to 43 godziny tygodniowo, czyli więcej niż standardowy etat. Dlatego też zadowolenie z pracy to czynnik, który znacząco wpływa na jakość życia. Tymczasem według raportu „Szczęście w pracy Polaków”, który został przygotowany przez agencję pracy Jobhouse i Great Digital, współczynnik szczęścia w 2023 roku jest nieco mniejszy niż rok temu, gdy wyniósł 6,9 w 10-puntowej skali. Obecnie wynosi on 6,8. Najwyższy był w 2021 roku, kiedy poziom szczęścia w pracy Polaków wyniósł aż 7,9 pkt.

Z raportu wynika, że pięć najważniejszych czynników, które decydują o szczęściu w pracy Polaków, pozostaje bez zmian od zeszłorocznej edycji.

Na pierwszym miejscu nadal znajduje się wynagrodzenie, które wskazało aż 91 proc. badanych – to nieco więcej niż w ubiegłym roku (89 proc.). Ile powinna zatem zdaniem badanych wynosić pensja pozytywnie wpływająca na poczucie szczęścia w pracy? Według danych z tegorocznego badania jest to kwota 13 200 zł netto. Respondenci wskazywali jednak, że obecnie ich średnia zarobków wynosi 9 700 zł netto. Te dwie kwoty dzieli zatem 4 500 zł. Raport wyraźnie wskazuje, że Polacy doceniają swoją pracę i chcą być za nią należycie wynagradzani.

Następnie respondenci podkreślili rolę takich aspektów, jak współpracownicy, na których można liczyć (81 proc.), przyjazna atmosfera pracy (80 proc.), relacje z przełożonym (75 proc.) oraz możliwości rozwoju, jakie oferuje praca (75 proc.).

Konferencja Znaki Harmonii już za kilka dni

Konferencja Znaki Harmonii już za kilka dni

1 i 2 grudnia br. w Krakowie odbędzie się konferencja Znaki harmonii | Creatio continua VI. „Nowy Obywatel” jest patronem spotkania.

Jak informują organizatorzy, O naszym świecie myślimy dziś pod znakiem kryzysu i upadku. Załamanie klimatu, wojny i wewnętrzne konflikty zdają się być znakami “apokalipsy”. 🌏🌪💥
Chcemy zacząć inaczej. Zacząć od wspólnego szukania znaków harmonii. W ekologii, ekonomii, (geo)polityce i duchowości. 🙏
Nie zamykając oczu na konflikt i cierpienie poszukamy znaków obiecujących bardziej harmonijne relacje z przyrodą, innymi i Bogiem. Znaków bardziej harmonijnej polityki, pracy, życia.🕊🌏
Wspólnie z nami myśleć będą wybitni polscy i europejscy intelektualiści i myślicielki, ekspertki i praktycy. Gośćmi spotkania będą m.in.
🟢 Andrzej Leder, autor “Prześnionej rewolucji” i najnowszej książki “Ekonomia to stan umysłu”
🟢 Hanna Suchocka, pierwsza kobieta Premier RP
🟢 Jan Śpiewak, działacz społeczny
🟢 Bartłomiej Radziejewski, założyciel think zine’u Nowa Konfederacja
🟢 Agata Bielik-Robson, polska filozofka, autorka m.in. „Marrańskiej Paschy”
🟢 siostra Helen Alford Przewodnicząca Papieskiej Akademii Nauk
Społecznych
🟢 Maurice Glasman, członek Izby Lordów
🟢 Jonathan Cruddas, członek Izby Gmin
🟢 Luigino Bruni, dyrektor papieskiego programu Ekonomia Franciszka, czy
🟢 John Milbank, najwybitniejszy współczesny anglikański teolog

Wstęp wolny. Liczba miejsc ograniczona❗️
Rejestracja👉 https://forms.gle/S7qBhXVQfj1Zmqiz8

Wydarzenie na fb: https://www.facebook.com/events/1401646083769938

Pracujemy rekordowo

Pracujemy rekordowo

W III kwartale br. w Polsce pracowało 16,87 mln osób, najwięcej w historii badań. To o ponad 180 tys. osób więcej niż rok wcześniej.

Według informacji serwisu rp.pl, bezrobocie w Polsce jest dość niskie, a zatrudnienie w gospodarce jest na relatywnie wysokim poziomie. Pracuje prawie 17 mln Polaków. Potwierdza to badanie BAEL. Bezrobocie w listopadzie br. wynosi tyle samo, co w październiku, czyli równe 5 proc.

Stopa bezrobocia określana jest jako udział zarejestrowanych bezrobotnych wśród ludności aktywnej zawodowo (z wykluczeniem osób odbywających czynną służbę wojskową oraz pracowników jednostek budżetowych prowadzących działalność w zakresie obrony narodowej i bezpieczeństwa publicznego). Wskaźnik ten publikowany jest przez GUS (Główny Urząd Statystyczny). Należy pamiętać, że uwzględnia on jedynie zarejestrowanych bezrobotnych, przez co nie jest on w pełni miarodajny.

Nie będzie osiedla w otulinie parku

Nie będzie osiedla w otulinie parku

Wojewódzki Sąd Administracyjny w Gliwicach oddalił skargę rady miejskiej w Chorzowie na rozstrzygnięcie nadzorcze dotyczące planów budowy osiedla w otulinie Parku Śląskiego.

Jak informuje Portal Samorządowy, nie będzie budowy osiedla w otulinie Parku Śląskiego w Chorzowie – tak zdecydował Wojewódzki Sąd Administracyjny w Gliwicach. Nie do samej inwestycji odnosił się jednak sąd, a do legalności aktów prawnych, które ją dopuszczały. Chodzi o uchwałę radnych z Chorzowa, którzy taką inwestycję u siebie chcieli mieć.

Uchylona uchwała dopuszczała możliwość budowy osiedla wraz z przedszkolem w tzw. otulinie Parku Śląskiego. Oznacza to, że rozstrzygnięcie nadzorcze pozostaje w mocy, a deweloper – firma Atal – nie ma prawa budować osiedla w okolicach parku.

Zgodnie z miejscowym planem zagospodarowania przestrzennego, teren ulicy Targowej w Chorzowie przeznaczony jest pod cele handlowe i usługowe. Ustawa lex deweloper, czyli ustawa o ułatwieniach w przygotowaniu i realizacji inwestycji mieszkaniowych oraz inwestycji towarzyszących, dopuszcza możliwość budowania osiedli w takich miejscach, ale po uprzedniej zgodzie rady miasta. Uchwała została przyjęta przez radnych Chorzowa w marcu 2023 r. Niespełna miesiąc później została jednak unieważniona przez nadzór prawny wojewody śląskiego.

Termika chce zwalniać związkowców

Termika chce zwalniać związkowców

OPZZ Konfederacja Pracy sprzeciwia się zwolnieniu z pracy trzech osób objętych ochroną związkową.

Jak pisze związek zawodowy:

Nie ma zgody dla zwolnień osób objętych szczególną ochroną!

Oburzające jest, że tak duża firma świadcząca usługi dla Piekarni HERT ma standardy rodem z lat 2000 w kwestii przestrzegania prawa pracy. Od samego początku kiedy ww. organizacja związkowa powstała, część Zarządu organizacji odczuła niezadowolenie pracodawcy z tego faktu, co skutkowało np. zaprzestaniem otrzymywania premii i innych dodatków przez osoby reprezentujące związek zawodowy.

Zgodnie z art. 12 Konstytucji RP ten najwyższy akt prawny zapewnia wolność tworzenia i działania związków zawodowych, dlatego tym bardziej bulwersujące jest, że w 2023 roku duży lokalny pracodawca, dopuszcza się działań wymierzonych wprost w związek zawodowy, nie zważając na przepisy powszechnie obowiązujące.

Część Zarządu Organizacji Zakładowej nr 01-072 OPZZ Konfederacja Pracy w Termika Sp. z o.o. jest objęta szczególną ochroną związkową na podstawie art. 32 ustawy o zawiązkach zawodowych o czym pracodawca został powiadomiony. W związku z powyższym pracodawca bez zgody Zarządu ww. organizacji nie może rozwiązać umowy o pracę powyższym osobom. Zwolniono również osobę w wieku przedemerytalnym i z tego tytułu objętą szczególną ochroną.

Zdecydowanie oburzające jest, że pomimo świadomości konieczności wyrażenia zgody przez Zarząd organizacji na rozwiązanie umowy z chronionymi osobami (o czym świadczy wręczenie Zarządowi Zawiadomienia zakładowej organizacji związkowej o zamiarze rozwiązania z pracownikiem umowy o pracę bez wypowiedzenia), w sposób rażący naruszacie Państwo przepisy nie czekając nawet na stanowisko związku zawodowego – tego samego dnia wręczyliście wszystkim 3 osobom z Zarządu Organizacji Zakładowej nr 01-072 OPZZ Konfederacja Pracy rozwiązania umowy o pracę bez wypowiedzenia.

Żądamy natychmiastowego wycofania się ze swoich naruszających przepisy działań, wycofanie rozwiązania umów o pracę 3 chronionym przedstawicielom Zarządu organizacji związkowej i rozpoczęcie rzeczywistego dialogu z Zarządem Organizacji Zakładowej nr 01-072 OPZZ Konfederacja Pracy.

Czekając na autobus

Czekając na autobus

Mazowiecki samorząd przymierza się do uruchomienia regionalnych linii autobusowych. Oferta nie będzie tak atrakcyjna jak w innych województwach – Mazowsze nie chce czerpać z ich doświadczeń.

Termin uruchomienia wojewódzkich linii autobusowych wciąż jest przesuwany. Najpierw była mowa o trzecim, a następnie o czwartym kwartale 2023 r. Teraz zastępca dyrektora kancelarii marszałka województwa mazowieckiego Marta Milewska mówi o przyszłym roku: „Realny termin to pierwszy kwartał 2024 r. Obecnie projekt jest na etapie przygotowywania dokumentacji przetargu mającego na celu wyłonienie operatora świadczącego usługi przewozowe”.

Kwestia autobusów

Już samo to, że władze Mazowsza zaczęły zapowiadać uruchomienie linii autobusowych jest sporą zmianą. Wcześniej udawano bowiem, że zadanie to nie dotyczy samorządu wojewódzkiego. – „Kwestia transportu samochodowego, czyli autobusów bądź busów, to jest kwestia samorządów na poziomie powiatowym lub gminnym” – mówił pięć lat temu mazowiecki marszałek Adam Struzik, przecząc ustawie o publicznym transporcie zbiorowym, która wskazuje, że to samorządy wojewódzkie są odpowiedzialne za uruchamianie linii autobusowych na trasach przekraczających granice powiatów.

Nigdy nie doczekały się uruchomienia linie autobusowe Warszawa – Pułtusk – Maków Mazowiecki – Ostrołęka i Warszawa – Wyszogród – Płock, uwzględnione w uchwalonym w 2014 r. przez sejmik planie zrównoważonego rozwoju publicznego transportu zbiorowego

W 2018 r. pojawił się pomysł, aby o przewozy autobusowe swoją działalność rozszerzyły Koleje Mazowieckie. Radny sejmiku Krzysztof Strzałkowski z Platformy Obywatelskiej przekonywał, że może być to lekarstwo na mającą miejsce przed pięcioma laty falę zamykania działalności przez sprywatyzowane przedsiębiorstwa PKS na terenie województwa mazowieckiego.

Choć koncepcja wypłynęła od polityka koalicji rządzącej regionem, to administracja szukała powodów, aby jej nie wprowadzić w życie. Marta Milewska z kancelarii marszałka województwa przekonywała, że zaangażowanie Kolei Mazowieckich w przewozy autobusowe nie jest możliwe: „Po pierwsze do wykonywania przewozów drogowych potrzebna jest licencja, której Koleje Mazowieckie nie posiadają, co jest oczywiste, gdyż są spółką kolejową, a nie autobusową. Zadaniem głównym spółki jest wykonywanie przewozów kolejowych. Po drugie niezbędny jest też odpowiedni tabor autobusowy, którego Koleje Mazowieckie dzisiaj również nie posiadają”.

Nie miały znaczenia takie szczegóły jak to, że od 2012 r. Koleje Mazowieckie zlecają wykonywanie pod swoją banderą przewozów autobusowych między stacją Modlin a portem lotniczym. I na podobnej zasadzie przewoźnik kolejowy – bez licencji drogowej i bez własnych autobusów – mógłby zlecać realizację połączeń także na innych trasach.

Trzeba dać możliwości transportu

Marszałek Adam Struzik potrzebował dwóch lat na przekonanie się do połączeń autobusowych. Pod koniec 2020 r., gdy radni uchwalali budżet województwa na rok 2021, przewodniczący sejmiku Ludwik Rakowski z PO zgłosił poprawkę, aby w planowanych wydatkach uwzględnić rezerwę 5 mln zł na wykonanie analiz i przygotowań niezbędnych do zainicjowania regionalnych połączeń autobusowych oraz ewentualne utworzenie podmiotu mającego realizować to zadanie.

– „Trzeba dać możliwość transportu mieszkańcom tych części województwa, które nie mają dostępu do sieci kolejowej” – przekonywał wówczas na łamach „Z Biegiem Szyn” Rakowski. – „Przewozy autobusowe powinny zostać skorelowane z koleją, dając możliwość dojazdu do stacji obsługiwanych przez Koleje Mazowieckie”.

Poprawka, którą zgłosił przewodniczący sejmiku, nie tylko została nazwana przez Struzika bardzo ciekawym projektem, ale nawet włączono ją w pakiet autopoprawek budżetowych zarządu województwa. I choć zaplanowana kwota nie została wydana, a wojewódzki operator autobusowy ostatecznie nie powstał, to w 2021 r. utworzono zespół ds. organizacji przewozów autobusowych. Przeprowadził on konsultacje z powiatami i gminami. Równocześnie Mazowieckie Biuro Planowania Regionalnego przeanalizowało istniejącą sieć transportową. Na tej podstawie określono jej największe białe plamy.

Obszary wykluczenia

Samorząd województwa mazowieckiego zaplanował uruchomienie linii autobusowych tylko na trzech obszarach regionu: na Ziemi Zawkrzeńskiej (Żuromin – Mława; Żuromin – Bieżuń – Sierpc, Żuromin – Lutocin – Sierpc), na Siedlecczyźnie (Węgrów – Liw – Kałuszyn – Mrozy; Liw – Kotuń; Sokołów Podlaski – Małkinia; Ceranów – Małkinia) oraz na Ziemi Radomskiej (Przytyk – Wieniawa; Omięcin – Orońsko – Ruda Wielka; Przysucha – Szydłowiec).

– „Planowane relacje zostały wybrane wspólnie z lokalnymi samorządami na podstawie wskazania obszarów wykluczenia komunikacyjnego” – mówi Marta Milewska, informując, że linie docierać będą do stacji kolejowych. – „Zakładana częstotliwość linii waha się od czterech do ośmiu kursów dziennie, które zostaną skoordynowane z godzinami przyjazdów i odjazdów pociągów”.

Oferta nie będzie atrakcyjna. Pod pojęciem czterech kursów kryją się bowiem dwa kursy tam i dwa kursy z powrotem. Na przykład obsługa linii Żuromin – Mława sprowadzać ma się do dwóch kursów z Żuromina rano oraz dwóch kursów z Mławy po południu.

Przyjęta przez władze regionu koncepcja zakłada, że przewozy będą realizować zewnętrzne firmy wyłaniane w przetargach. Jednym z wymogów ma być zapewnienie niskopodłogowych autobusów spełniających normę emisji spalin Euro 5. Nie myśli się o tym, aby linie autobusowe były zintegrowane taryfowo z Kolejami Mazowieckimi: „Z uwagi na fakt, iż jest to projekt pilotażowy, przejazdy będą objęte oddzielną taryfą biletową” – oznajmia wicedyrektor Milewska.

Mazowiecki samorząd do zaangażowania się w komunikację autobusową dojrzewa od kilku lat – mimo to nie wykorzystał tego czasu na przygotowanie atrakcyjnego systemu transportowego, który od początku zapewniałby jak najsilniejszą integrację transportu w regionie. Choćby czerpiąc z doświadczeń innych województw, które w zgrywaniu kolei i autobusów są już znacznie dalej niż Mazowsze.

Integracja po łódzku

Na terenie województwa łódzkiego sieć regionalnych linii autobusowych działa od 2019 r. Połączenia funkcjonują na 42 trasach, obejmując wszystkie powiaty. Kursy są realizowane na zlecenie i z dofinansowaniem samorządu województwa łódzkiego przez przewoźników PKS Skierniewice, Tomaszów Mazowiecki, Opoczno, Bełchatów, Sieradz, Łęczyca oraz firmę Connect Bus. Linie dają możliwość dojazdu do miejscowości, do których nie docierają pociągi: na przykład sprzed dworca kolejowego w Sieradzu można dojechać między innymi do Warty, Poddębic, Złoczewa czy Lututowa. Część kosztów łódzki samorząd pokrywa z dotacji uzyskanej z rządowego Funduszu Rozwoju Przewozów Autobusowych.

Między wojewódzką siecią autobusową i Łódzką Koleją Aglomeracyjną funkcjonuje częściowa integracja taryfowa – nie obejmuje wszystkich linii autobusowych, a biletów na łączone przejazdy nie da się kupić w kasach biletowych, lecz tylko u drużyn konduktorskich, w internetowym systemie sprzedaży Koleo, a także u kierowców autobusów (ale tylko na podróż do Łodzi). Na poszczególnych liniach autobusowych połączeń jest po kilka dziennie, a większość kursuje tylko w dni robocze.

Województwo łódzkie właśnie wchodzi jednak na nowy etap integracji połączeń kolejowych i autobusowych.

Łódzka Kolej Autobusowa

Łódzka Kolej Aglomeracyjna we wrześniu 2023 r. odebrała 20 hybrydowych autobusów Solaris – niskopodłogowe pojazdy mają po 27 miejsc siedzących i 43 miejsca stojące. Koszt ich zakupu wyniósł 31,9 mln zł (z czego 27,1 mln zł pokryła dotacja uzyskana przez samorząd województwa łódzkiego z rządowego programu Polski Ład).

Pierwsza linia autobusowa Łódzkiej Kolei Aglomeracyjnej – oznaczona numerem ŁA1 – wystartowała z dniem 12 listopada 2023 r. Połączyła leżącą na linii kolejowej Łódź – Zduńska Wola – Sieradz stację Łask z Zelowem, liczącym 7,5 tys. mieszkańców miastem położonym na północy powiatu bełchatowskiego. Linia ŁA1 zapewnia również dojazd do centrum Łasku z dworca leżącego na skraju miasta.

Spod dworca kolejowego w Łasku autobusy odjeżdżają w dni robocze 14 razy na dobę (w soboty, niedziele i święta 10 razy dziennie) – od 4:33 do 23:28. W szczycie porannym i popołudniowym kursują raz na godzinę, a poza szczytem co około dwie godziny. Rozkład jazdy ułożono tak, aby w Łasku zapewnić synchronizację większości kursów linii ŁA1 z godzinami przyjazdów i odjazdów pociągów do i z Łodzi oraz do i z Sieradza.

Do końca 2023 r. przejazdy linią ŁA1 będą bezpłatne, a następnie zostanie ona wpięta w taryfę Łódzkiej Kolei Aglomeracyjnej. – „Warunkiem atrakcyjności podróży zintegrowanej są proste rozwiązania taryfowe. Podróż będzie odbywała się na jednym bilecie w ramach taryfy kolejowej z możliwością korzystania z ulg” – mówi Joanna Osińska z ŁKA. – „W zdalnych kanałach dystrybucji oraz w biletomacie na pokładzie autobusu będzie możliwy zakup biletu do dowolnej stacji kolejowej obsługiwanej przez ŁKA. Jeśli natomiast podróż zostanie rozpoczęta pociągiem, odprawa będzie możliwa przez drużynę konduktorską”.

Łódzka Kolej Aglomeracyjna chce również zadbać o to, aby połączenia autobusowe były uwzględnione w wyszukiwarkach połączeń kolejowych.

Realizacją przewozów autobusowych pod banderą ŁKA zajmie się PKS Skierniewice – w przetargu ogłoszonym przez przewoźnika kolejowego zdobył on kontrakt, w ramach którego do końca 2028 r. ma zapewniać kierowców, utrzymywać pojazdy i w razie potrzeby podstawiać autobusy zastępcze.

Jak poinformował samorząd województwa łódzkiego, do końca 2025 r. ma zostać dostarczonych kolejnych 13 autobusów dla ŁKA, „by jeszcze lepiej zintegrować sieć połączeń autobusowych z siecią połączeń kolejowych”.

Małopolska dowozi

Koleje Małopolskie są jedynym w Polsce przewoźnikiem kolejowo-drogowym. Sieć Autobusowych Linii Dowozowych Kolei Małopolskich tworzą 34 linie. Najdłuższą trasę ma linia A23, która pokonuje prawie 100 km z Tarnowa przez Tuchów, Gorlice i Uście Gorlickie do Wysowej-Zdroju w Beskidzie Niskim. Jedną z częściej kursujących linii jest A6, która co godzinę – 9 min. po przyjeździe pociągu Kolei Małopolskich z Krakowa – rusza spod dworca kolejowego w Wieliczce do Łapanowa przez Gdów. Stworzono nawet jedną linię międzynarodową: autobusy A15 łączą Bukowinę Tatrzańską, Poronin i Zakopane ze słowackim miastem Trstená.

Część linii autobusowych nie pełni funkcji dowozowej, lecz – tak jak kursująca z Myślenic do Krakowa linia A1 – zapewnia bezpośredni dojazd do stolicy województwa z obszarów nieobsługiwanych przez kolej.

Autobusowe Linie Dowozowe Kolei Małopolskich obsługiwane są 65 pojazdami: 12 należy do przewoźnika kolejowego (zatrudnia on 25 kierowców autobusów), a 43 – w tym mniejsze busy kursujące na mniej obleganych liniach – są udostępniane wraz z kierowcami przez firmy zewnętrzne wyłonione w przetargach.

– „Jesteśmy w trakcie rekrutacji kolejnych kierowców, a flota własnych autobusów cały czas się powiększa” – mówi Peter Jančovič, pełnomocnik zarządu Kolei Małopolskich. – „W trakcie dostawy jest obecnie siedem fabrycznie nowych autobusów Iveco. W tym roku zamierzamy nabyć jeszcze cztery używane autobusy, w tym przegubowe. W następnych latach planowane jest nabycie około 15-20 fabrycznie nowych autobusów”.

Liczba pasażerów Autobusowych Linii Dowozowych Kolei Małopolskich wciąż się zwiększa. – „W ciągu ostatnich 12 miesięcy mniejsze pojazdy zostały zastąpione dużymi autobusami na 10 liniach” – mówi Jančovič, wskazując na takie linie jak A2 Myślenice – Wieliczka, A3 Limanowa – Bochnia, A7 Proszowice – Podłęże czy A8 Dobczyce – Wieliczka.

Stabilny biznes

Koleje Małopolskie, choć rozwijają własny segment autobusowy, nie chcą rezygnować ze zlecania realizacji części przewozów podwykonawcom. – „Współpraca z zewnętrznymi firmami jest przede wszystkim korzystna w sytuacji, kiedy nie ma ekonomicznego sensu organizowanie własnego zaplecza, na przykład ze względu na małą skalę przewozów na danym obszarze” – mówi Jančovič. – „Własnymi siłami chcemy realizować 50-60% pracy eksploatacyjnej, dając też szansę nawet mniejszym lokalnym firmom na prowadzenie stabilnego biznesu we współpracy z Kolejami Małopolskimi”.

Spółka stawia swoim podwykonawcom szereg wymagań odnośnie zapewnianych przez nich pojazdów – nie mogą być one wyprodukowane przed 2008 r., muszą spełniać normę emisji spalin Euro 5 oraz posiadać klimatyzację i elektroniczne tablice kierunkowe. Pojazdy muszą być pomalowane w barwy Kolei Małopolskich.

Autobusy Kolei Małopolskich czekają na pasażerów opóźnionych pociągów. – „Kiedy skomunikowanie jest ujęte w rozkładzie jazdy, autobus oczekuje na opóźniony pociąg do 15 min. od planowanej godziny odjazdu. Czas ten wydłuża się w sytuacji zgłoszonych przesiadek dotyczących ostatniego połączenia w dobie” – wyjaśnia Jančovič. – „W Kolejach Małopolskich działa dyspozytura autobusowa, z którą dyspozytor kolejowy, drużyny konduktorskie i kierowcy ustalają postępowanie w przypadku opóźnienia”.

Wciąż nie jest możliwy zakup w autobusie biletu na całą podróż z przesiadką na pociąg. Od sierpnia 2023 r. działa jednak Małopolski Bilet Zintegrowany – dostępny jest on w automatach, aplikacji mobilnej oraz u drużyn konduktorskich w pociągach. W wersji obejmującej obszar całego województwa dostępne są bilety 24-godzinne (50 zł), 72-godzinne (99 zł), tygodniowe (170 zł), miesięczne (365 zł), jak również grupowy bilet sobotnio-niedzielny (129 zł).

Małopolski Bilet Zintegrowany jest honorowany w krakowskiej komunikacji miejskiej oraz w granicach województwa małopolskiego w Polregio, Kolejach Śląskich i w Kolejach Małopolskich, włącznie z Autobusowymi Liniami Dowozowymi. – „W następnych etapach planowane jest rozszerzenie o kolejnych organizatorów na terenie całego województwa małopolskiego” – zapowiada Jančovič.

Koleje Małopolskie są operatorem połączeń autobusowych, a ich organizatorem – tak samo jak w przewozach kolejowych – jest samorząd województwa małopolskiego. Źródłem finansowania jest budżet województwa, wsparcie z Funduszu Rozwoju Przewozów Autobusowych (w 2023 r. małopolski samorząd pozyskał z niego 6,9 mln zł), jak również dopłaty lokalne. W kosztach funkcjonowania Autobusowych Linii Dowozowych Kolei Małopolskich partycypuje jedna trzecia samorządów lokalnych objętych siecią tych połączeń – dofinansowanie gmin i powiatów nie jest warunkiem funkcjonowania połączeń na danym terenie, jednakże wpływa na uatrakcyjnienie oferty przewozowej.

Dolnośląski autobus jak pociąg

Połączenia autobusowe rozwijane są również przez Koleje Dolnośląskie. W tym regionie zaangażowanie samorządów gminnych i powiatowych jest decydujące. Przyjęto bowiem zasadę, że połowę kosztów funkcjonowania komunikacji autobusowej Kolei Dolnośląskich na danej trasie pokrywa samorząd województwa, lecz na drugą połowę muszą wspólnie złożyć się miejscowe samorządy lokalne.

W oparciu o tę zasadę już ponad rok, od września 2022 r., kursują autobusy Kolei Dolnośląskich na trasie Kłodzko – Lądek-Zdrój – Stronie Śląskie. Z początkiem września 2023 r. kolejowe autobusy pojawiły się na kolejnych dwóch trasach: Syców – Oleśnica oraz Góra – Rawicz.

Z Góry autobus do Rawicza odjeżdża osiem razy dziennie – około 10 min. po jego przyjeździe pod rawicki dworzec wyrusza pociąg Kolei Dolnośląskich do Wrocławia.

Zapowiadane było też uruchomienie linii Chocianów – Przemków – Głogów, a także linii Legnica – Złotoryja – Lwówek Śląski – Jelenia Góra, która wypełniłaby rozciągającą się w środkowej części regionu największą białą plamę w sieci połączeń Kolei Dolnośląskich. Nie powiodło się to ze względu na brak chęci miejscowych gmin i powiatów, aby dofinansowywać przewozy.

Na Dolnym Śląsku przewoźnik kolejowy sam nie realizuje przewozów autobusowych, lecz zleca to zewnętrznym podmiotom w ramach oddzielnych kontraktów na każdą z tras. Autobusy pomalowane są w barwy Kolei Dolnośląskich i zapewniany jest kolejowy standard obsługi pasażerów. Bilety sprzedają i sprawdzają konduktorzy – dbają oni też o zapewnienie skomunikowań z pociągami w przypadku opóźnień. Możliwe jest poza tym przewożenie rowerów (dla porównania w autobusach dowozowych Kolei Małopolskich nie jest to dozwolone).

Autobusy Kolei Dolnośląskich kursują równolegle do nieczynnych linii kolejowych, formalnie pełniąc funkcję zastępczej komunikacji autobusowej. Dzięki temu połączenia te są nie tylko uwzględnione w rozkładzie jazdy pociągów i wszystkich wyszukiwarkach połączeń kolejowych, ale także w pełni objęte kolejową taryfą biletową. Możliwy jest więc zakup jednego biletu kolejowego na całą podróż (np. Wrocław – Syców, Wałbrzych – Lądek-Zdrój czy Poznań – Góra), choć część trasy pokonuje się autobusem.

Na tory, wzdłuż których obecnie kursują autobusy Kolei Dolnośląskich, docelowo – w perspektywie kilku lat – ma wrócić ruch kolejowy. Jednym z zadań połączeń realizowanych pod marką KDA (Koleje Dolnośląskie Autobusy) jest włączenie mieszkańców w sieć transportu regionalnego i pobudzenie popytu już w okresie poprzedzającym reaktywację połączeń kolejowych.

Plan na zintegrowany transport

W województwie mazowieckim podobne rozwiązanie mogłoby zostać wprowadzone na trasach Małkinia – Ostrów Mazowiecka, Siedlce – Sokołów Podlaski, Skierniewice – Mszczonów – Tarczyn – Czachówek Południowy i Góra Kalwaria – Pilawa, a więc wzdłuż linii kolejowych, które czekają na reaktywację ruchu pociągów. Rozważyć można by też uruchomienie wojewódzkich połączeń autobusowych na trasach Zegrze Południowe – Pułtusk – Maków Mazowiecki – Przasnysz oraz Kozienice – Głowaczów – Dobieszyn, czyli tam, gdzie w ramach programu Kolej Plus przewiduje się budowę nowych linii kolejowych.

Pytanie tylko, czy samorząd województwa mazowieckiego, po tym jak w końcu uruchomi pierwsze swoje połączenia autobusowe, będzie następnie chciał rozwijać ten segment transportu publicznego o kolejne trasy i obszary regionu.

Uchwalony w kwietniu 2022 r. „Regionalny plan transportowy województwa mazowieckiego w perspektywie do 2030 roku” wymienia uruchomienie regionalnej komunikacji autobusowej wśród najważniejszych działań: „Uzupełnieniem dla transportu kolejowego będzie zintegrowany z nim transport autobusowy”. Dla realizacji tego celu dokument zakłada zakup przez samorząd województwa mazowieckiego od 40 do 100 autobusów. Czy władze Mazowsza jeszcze pamiętają o tych zamiarach?

Karol Trammer

Tekst pochodzi z dwumiesięcznika „Z Biegiem Szyn” (nr 6/127 listopad-grudzień 2023)
https://www.zbs.net.pl

Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Karol Trammer