Rekordowa podwyżka minimalnej

Rekordowa podwyżka minimalnej

Prawie 4 mln Polaków od 1 stycznia będą zarabiać więcej. Wchodzi w życie największa w III RP podwyżka pensji minimalnej.

Według informacji portalu pulshr.pl, od 1 stycznia minimalne wynagrodzenie za pracę wzrośnie do 4242 zł, a stawka godzinowa wyniesie 27,70 zł. To pierwsza w tym roku podwyżka płacy minimalnej. Kolejną zaplanowano na lipiec.

Zgodnie z ustawą o minimalnym wynagrodzeniu za pracę, jeżeli prognozowany na następny rok wskaźnik cen towarów i usług konsumpcyjnych ogółem wynosi co najmniej 105 proc. – ustala się dwa terminy zmiany wysokości minimalnego wynagrodzenia oraz wysokości minimalnej stawki godzinowej: od 1 stycznia i od 1 lipca. Na początku 2024 r. płaca minimalna wzrośnie do 4242 zł brutto, a od 1 lipca wyniesie 4300 zł. Jednocześnie minimalna stawka godzinowa wzrośnie odpowiednio do 27,70 zł od 1 stycznia i do 28,10 zł od 1 lipca.

Kwota minimalnego wynagrodzenia za pracę od 1 stycznia 2024 roku, czyli 4242 zł, oznacza wzrost o 752 zł w stosunku do kwoty obowiązującej od 1 stycznia 2023 r. (3490 zł), czyli o 21,5 proc.

Strajk ostrzegawczy w Kauflandzie

Strajk ostrzegawczy w Kauflandzie

W sobotę w południe rozpocznie się strajk ostrzegawczy pracowników sieci Kaufland na terenie całej Polski. Organizuje go Konfederacja Pracy.

Przebieg mediacji 7 grudnia, oraz prezentowane przez spółkę Kaufland stanowisko wobec postulatów, które zgłosiliśmy w ramach procedury sporu zbiorowego, jest tego rodzaju, że organizacja związkowa uznała przeprowadzenie strajku ostrzegawczego za uzasadnione i konieczne. Pracodawca otrzymał zawiadomienie o terminie przeprowadzenia strajku ostrzegawczego, jest prawnie zobowiązany do umożliwienia pracownikom podjęcie akcji w godzinach jego trwania. Prawo do strajku jest prawem człowieka, gwarantowanym przez prawo krajowe i międzynarodowe – stwierdzają związkowcy w zamieszczonej na Facebooku informacji o strajku.

Strajk ostrzegawczy odbędzie się 30 grudnia 2023 r. w godzinach 12-14. OPZZ Konfederacja Pracy zachęca do udziału w nim wszystkich pracowników niezależnie od przynależności związkowej. Akcja strajkowa odbywa się tuż przed kolejną rundą mediacji, planowaną na 4 stycznia, w czasie której związek zawodowy liczy na wynegocjowanie podwyżek, zwiększenia zatrudnienia i odpisów na Zakładowy Fundusz Świadczeń Socjalnych (związkowcy twierdzą, że odpisy na ZFŚS są niższe niż nakazują przepisy). Postulowana przez związek podwyżka to 1200 zł miesięcznie na pracownika.

– Zainteresowanie strajkiem jest ogromne. W trakcie mojego dyżuru prawniczego odbieram telefony z całej Polski, także z miast, w których do tej pory nie było Konfederacji Pracy. No to teraz już będzie. Nie tego spodziewał się pewnie zarząd Kauflandu.
To, co jednak rzuca się w oczy, to ogromna brutalność w stosunku do pracowników. Traktowanie ich jak przedmioty, które są od kilku dni otwarcie i jawnie zastraszane. Dyrektorzy regionalni jeżdżą kolejno po marketach i twierdzą, że żadnego sporu zbiorowego nie ma, a strajk jest nielegalny. Kłamią zupełnie otwarcie, bo przecież w zeszłym miesiącu odbyło się w ramach tego sporu spotkanie mediacyjne w siedzibie spółki we Wrocławiu z udziałem mediatora wysłanego przez Ministerstwo Rodziny i Polityki Społecznej. Słyszymy także, że Kaufland jest właścicielem marketu i nie wyraża zgody na strajk (sic!). Wiemy, że menedżerowie bezpośrednio, wprost i otwarcie straszą zwolnieniami, za co grozi im odpowiedzialność karna. Pomijając, jak bardzo jest to łamanie prawa, to może warto zapytać: AŻ TAK BARDZO SIĘ PRZESTRASZYLIŚCIE?
Po latach eksploatacji, upokarzania, traktowania jak balastu, ludzie podnoszą głowy, tworzą wspólnotę. Mają dość. W trakcie redagowania tego posta zadzwoniła do mnie pracownica Kauflandu z drżącym głosem, mówiąc że pracuje 18 lat w markecie i nie chce zarabiać płacy minimalnej, bo to ciężka, fizyczna praca za trzy osoby. Dzisiaj mieli spotkanie z dyrektorem regionalnym, który straszył „konsekwencjami”. Po tym spotkaniu kolejne osoby stwierdziły, że przystąpią do strajku. Okazuje się, że bardziej boją się ci, co straszą, niż ci, co są straszeni – pisze w portalu społecznościowym Grzegorz Ilnicki z OPZZ Konfederacja Pracy, prawnik zajmujący się prawem pracy i pomocą pracownikom.

 

Zakaz sprzedaży energetyków jest już pewny

Zakaz sprzedaży energetyków jest już pewny

Od 1 stycznia 2024 r. zakazana jest sprzedaż napojów energetycznych dzieciom i młodzieży do 18. roku życia.

Jak pisze portal prawo.pl, ustawa z dnia 17 sierpnia 2023 r. o zmianie ustawy o zdrowiu publicznym oraz niektórych innych ustaw, opublikowana 28 sierpnia, wprowadza zakaz sprzedaży napojów z dodatkiem tauryny i kofeiny (czyli energetyków lub napojów energetycznych) osobom poniżej 18. roku życia, a także na terenie szkół i innych placówek oświatowych i w automatach. Ustawa określa co uznaje się za napój z dodatkiem kofeiny lub tauryny. Według tej definicji jest to napój będący środkiem spożywczym, ujęty w Polskiej Klasyfikacji Wyrobów i Usług, w którego „składzie znajduje się kofeina w proporcji przewyższającej 150 mg/l lub tauryna, z wyłączeniem substancji występujących w nich naturalnie”.

Ustawa nakłada na  producentów lub importerów napoju z dodatkiem kofeiny lub tauryny obowiązek oznaczenia opakowania jednostkowego wyrobu widoczną, czytelną oraz umieszczoną w sposób nieusuwalny i trwały informacją o treści „Napój energetyzujący” lub „Napój energetyczny”.

W ustawie zaproponowano także przepisy karne, które określają, że podmiot sprzedający napoje z dodatkiem kofeiny lub tauryny osobom poniżej 18. roku życia, na terenie szkół, jednostek systemu oświaty oraz w automatach będzie podlegał karze grzywny do 2000 zł.

Tej samej karze będzie podlegał kierownik zakładu handlowego lub gastronomicznego, który nie dopełnia obowiązku nadzoru i przez to dopuszcza do popełnienia w tym zakładzie tego wykroczenia. W tym przypadku sąd będzie mógł orzec przepadek napojów z dodatkiem kofeiny lub tauryny, chociażby nie stanowiły one własności sprawcy.

Cała Polska na etacie

Cała Polska na etacie

Jest wstępne porozumienie Rady Unii Europejskiej i Parlamentu Europejskiego w sprawie przepisów o domniemaniu etatu. Ma ono dotyczyć osób, które zarabiają dzięki aplikacjom typu Uber lub Glovo, ale w Polsce zmiany mogą objąć także zleceniobiorców lub osoby samozatrudnione.

Jak informuje Business Insider, w Polsce nie ma w tej chwili domniemania etatu, ale coraz więcej firm wykorzystuje elektroniczne narzędzia do realizacji usług. Trudno też wyobrazić sobie, że nowe rozwiązanie obejmie np. tylko pracowników Ubera lub Glovo. Pracodawcy liczą się więc z tym, że dyrektywa może doprowadzić do nowelizacji Kodeksu pracy i wprowadzenia domniemania etatu dla wszystkich osób na kontraktach B2B, jeśli spełniają wymogi przewidziane dla umów o pracę.

Zgodnie ze wstępnym porozumieniem Rady UE i PE domniemanie ma obowiązywać, jeśli zatrudnienie danej osoby (np. kierowcy, kuriera, tłumacza, programisty) spełni dwa z pięciu kryteriów wskazanych w dyrektywie. Same kryteria nie zostały jeszcze podane, ale zapewne chodzi np. o to, czy platforma internetowa nadzoruje wykonywanie pracy lub ustala odgórnie zasady wynagradzania itp.

Domniemanie będzie „uruchomiane” przez samego pracownika (np. kierowcę zarobkującego poprzez aplikację), jego przedstawicieli (czyli w domyśle związki zawodowe) oraz przez właściwe organy z ich własnej inicjatywy (w Polsce zapewne przez Państwową Inspekcję Pracy).

Trzy zrzeszenia pracodawców – Konfederacja Lewiatan, Pracodawcy RP i Federacja Przedsiębiorców Polskich – apelują do rządu o spowolnienie prac nad unijnymi przepisami i ponowne przemyślenie tych rozwiązań.

Do Karpacza pociągiem już w marcu

Do Karpacza pociągiem już w marcu

Trwa remont torów na nieczynnej od 23 lat trasie z Jeleniej Góry do karkonoskiego kurortu.

Jak informuje wrocławski oddział portalu wyborcza.pl, trasa kolejowa z Jeleniej Góry do Karpacza została przejęta przez dolnośląski samorząd od Polskich Kolei Państwowych za zgodą Ministerstwa Infrastruktury. Dolnośląska Służba Dróg i Kolei zleciła w przetargach remont tej linii.

Remont jest dofinansowany z Unii Europejskiej w ramach programu Fundusze Europejskie dla Dolnego Śląska (FEDŚ) na lata 2021-2027. W przyszłym roku województwo chce wydać na ten cel 37,8 mln zł z własnych środków i 50 mln zł z funduszy europejskich.

Pociągiem Kolei Dolnośląskich do Karpacza pojedziemy najprawdopodobniej w marcu 2024 roku. Pasażerowie z Wrocławia będą musieli przesiąść się w Jeleniej Górze z pociągu elektrycznego na spalinowy.

Pomiędzy Jelenią Górą a Karpaczem pociągi KD będą zatrzymywać się na przystankach: Łomnica Średnia, Łomnica Dolna, Łomnica, Mysłakowice Polna, Mysłakowice, Mysłakowice Orzeł, Miłków, Karpacz. Spółka planuje zakup hybrydowych 35 pociągów elektryczno-spalinowych. Mogłyby pojechać również np. do Świeradowa-Zdroju, a w przyszłości do Lądka-Zdroju i Stronia Śląskiego.

Ruch pasażerski na trasie do Karpacza zlikwidowano w 2000 r.

Zakopane znowu skomunikowane

Zakopane znowu skomunikowane

22 grudnia, po zakończeniu zasadniczej przebudowy trasy kolejowej, wróciły bezpośrednie pociągi do Zakopanego.

Według informacji Portalu Samorządowego, podróż pociągiem z Krakowa do Zakopanego zajmuje ok. 2 godzin i 30-40 min. Trasa jest przygotowana do prędkości pociągów maks. 100 km/h dla linii Skawina – Sucha Beskidzka i Sucha Beskidzka – Chabówka oraz maks. 120 km/h dla linii Chabówka – Zakopane.

Na trasie m.in. zmodernizowano ponad 100 km torów oraz stworzono 130 nowych rozjazdów, 300 obiektów inżynieryjnych, tj. mostów i przepustów. Powstała także nowa łącznica kolejowa w Chabówce, dzięki której nie będzie już konieczności zmiany kierunku jazdy, a czas podróży do Zakopanego skrócił się o blisko 15 minut.

Modernizacja kolejowej zakopianki prowadzona jest w ramach projektu „Prace na liniach kolejowych 97, 98, 99 na odcinku Skawina – Sucha Beskidzka – Chabówka – Zakopane”. Na realizację przeznaczono przeszło 1,4 mld zł netto. Projekt jest współfinansowany przez Unię Europejską ze środków Funduszu Spójności w ramach Programu Operacyjnego Infrastruktura i Środowisko.

Ludzie wolą robić swoje

Ludzie wolą robić swoje

Z badania firmy Red Hat wynika, że tylko 6 proc. pracowników jest otwartych na zmiany technologiczne i procesowe. Wolą „robić swoje”, a nie używać narzucanych im zmian i technologii.

Jak informuje portal pulshr.pl, niechęć wynika m.in. z tego, że ludzie uważają, iż „nie mają czasu” na wdrażanie automatyzacji (45 proc.) i są przytłoczeni zbyt skomplikowanymi lub zbyt technicznymi zmianami (40 proc.). Wolą też „robić swoje”, a nie używać procesów lub technologii, które są im narzucane (39 proc.).

Tylko 16 proc. ankietowanych liderów IT stwierdziło, że ludzie są niechętni zmianom, ponieważ nie widzą korzyści płynących z automatyzacji  w całym przedsiębiorstwie.

Wcale nie chcemy jeździć autem

Wcale nie chcemy jeździć autem

Zdecydowana większość Polaków oczekuje zwiększenia liczby połączeń w ramach transportu publicznego w swojej okolicy, a jedna trzecia deklaruje chęć rezygnacji z własnego samochodu na rzecz dobrze funkcjonującej komunikacji publicznej.

Jak pisze portal transport-publiczny.pl, badanie pracowni PBS prowadzone na zlecenie Multiconsult Polska pokazuje pilną potrzebę inwestycji w transport publiczny, wyrażaną przez mieszkańców wszystkich województw reprezentujących wszystkie grupy wiekowe. I chociaż poszczególne rozwiązania komunikacyjne mają różną liczbę zwolenników w zależności od regionu kraju, to respondenci są zgodni co do tego, że inwestycje są konieczne. Z koniecznością zwiększenia liczby połączeń zgadza się zdecydowana większość mieszkańców zarówno wsi, mniejszych miast (87%), jak i ośrodków powyżej 100 tys. mieszkańców (78%). W niektórych regionach liczba wskazań sięga nawet 100% (warmińsko-mazurskie).

W Polsce od początku lat 90. obserwujemy ograniczanie liczby połączeń regionalnych. Wbrew oczekiwaniom, powstałej luki nie byli w stanie wypełnić prywatni przewoźnicy, którzy operują wyłącznie tam, gdzie potoki pasażerskie gwarantują ekonomiczne uzasadnienie dla ich działania. W rezultacie obecnie ok. 10 tysięcy miejscowości w Polsce nie ma żadnego dostępu do transportu publicznego. Tylko w latach 2016-2020 długość krajowych linii komunikacji autobusowej zmniejszyła się o jedną trzecią.

Negatywna opinia na temat stanu komunikacji publicznej dominuje wśród mieszkańców najmniejszych miejscowości (48% negatywnych wskazań). Najgorzej stan komunikacji publicznej w swojej okolicy oceniają mieszkańcy województw świętokrzyskiego (56% negatywnych odpowiedzi), opolskiego (50%) i lubuskiego (45%). Jednocześnie, ponad 40% respondentów byłaby skłonna rozważyć rezygnację z własnego samochodu, na rzecz dobrze funkcjonującej komunikacji publicznej w swojej okolicy, a niemal jedna trzecia (30%) jest zdecydowanie przekonana do takiego pomysłu. Co ciekawe, odsetek osób, które gotowe byłyby porzucić komunikację indywidualną jest równie wysoki także na mniej zurbanizowanych terenach.

Poznańscy związkowcy żądają podwyżek

Poznańscy związkowcy żądają podwyżek

Pracownicy teatru, miejskich żłobków oraz Centrum Kultury Zamek w Poznaniu nie zgadzają się na niewielkie podwyżki zaproponowane przez miasto. Żadają 900 zł.

Jak infomuje na swojej stronie Inicjatywa Pracownicza, poznańskie komisje prowadzące rozmowy z miastem w sprawie podwyżek na 2024 r., odrzuciły propozycję wzrostu płac o 350 zł. Żądają najmniej 900 zł brutto miesięcznie / osobę, ponad to, co wynika ze wzrostu płacy minimalnej od 1 stycznia nadchodzącego roku.

Przypomnijmy: wcześniej, 1 grudnia, Zarząd Poznania zaproponował związkom zawodowym podwyżkę w łącznej wysokości 200 zł brutto. Była to najgorsza propozycja od wielu lat. Choć obecnie władze samorządowe deklarują więcej, w dalszym ciągu nie zadowala to wspólnej delegacji Inicjatywy Pracowniczej. Powołując się na obietnice przedwyborcze Platformy Obywatelskiej, która posiada większość w Radzie Miasta Poznania, związek żąda więcej. Lider PO, Donald Tusk, deklarował podwyżki dla budżetówki w wysokości 20%.

Uregulować franczyzę, ale jak?

Uregulować franczyzę, ale jak?

Do Sejmu trafił projekt ustawy o franczyzie i franczyzobiorcach. Jest do niego wiele uwag ze strony najbardziej zainteresowanych.

Jak informuje portal wiadomoscihandlowe.pl, jedna z organizacji zrzeszających pracowników tej części handlu zamierza nawet wystąpić do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej w kwestii statusu prawnego franczyzobiorców. Ustawa ma wprowadzić do kodeksu cywilnego pojęcie franczyzy jako umowy nazwanej. To w głównej mierze regulacja kwestii, które są często odmiennie interpretowane przez franczyzodawców – niejednokrotnie na niekorzyść franczyzobiorców przez sieci handlowe.

Regulacji wymaga m.in. czas poprzedzający podpisanie umowy pomiędzy dwiema stronami. Nowa ustawa ma nakładać obowiązek przekazania projektu umowy na 14 dni przed jej podpisaniem, tak aby przedsiębiorca miał szansę na zapoznanie się z nią i ewentualne konsultacje prawne.

Uwagę do projektowanych przepisów prawnych zgłosiła Solidarność, która uważa, że „dominacja i uprzywilejowana pozycja franczyzodawców widoczna jest szczególnie w sektorze handlu, gdzie zawarte umowy mają często narzucone korporacyjnie restrykcyjne zapisy uniemożliwiające w praktyce swobodę prowadzenia działalności gospodarczej przez franczyzobiorców”.

Taka twarda i mało swobodna forma franczyzy może zdaniem związkowców nosić znamiona ukrytego stosunku pracy. Kolejnym argumentem na potwierdzenie tego ma być fakt, iż franczyzobiorca przekazuje franczyzodawcy całość pieniędzy pochodzących ze sprzedaży towarów lub usług w celu ich rozliczenia i przekazania mu wynagrodzenia.

Kwestia tego, czy franczyzobiorca jest pełnoprawnym partnerem biznesowym dla sieci, czy tak naprawdę wykonuje dla niego zadania, jakie zwyczajowo wynikają ze stosunku pracy, budzi wątpliwości nie tylko u działaczy Solidarności.

Wspomniane Stowarzyszenie Ajentów i Franczyzobiorców uważa, że zgodnie z przyjętą praktyką praca występuje wtedy, gdy jest ona wykonywana w miejscu i czasie wyznaczonym przez pracodawcę. A tak też jest często w przypadku franczyzobiorców, którzy mają minimalny, a w wielu przypadkach zerowy wpływ na podstawowe parametry działalności, np. godziny otwarcia placówki. Zdaniem stowarzyszenia o tym, czy umowa między stronami ma charakter stosunku pracy, nie decyduje nazwa umowy, lecz jej faktyczny charakter i sposób wykonywania pracy.

Jednym z działań stowarzyszenia ma być zachęcenie organizacji pracowniczych do wystąpienia do Europejskiej Agencji Pracy o przeprowadzenie kontroli warunków pracy w polskim sektorze handlowym. Zwłaszcza w sieciach sprzedaży detalicznej organizowanej w formule tzw. polskiej franczyzy. Podobne badania ELA prowadzi w innych sektorach.

Studium w londyńskiej słocie

Studium w londyńskiej słocie

Przez tych kretynów Mira i Wilka, przez których spłonął dom ich gospodarza w terenie badawczym [zobacz poprzedni odcinek cyklu: Rajd po Romie], rozkręciła się histeria wokół etyki badań i nie pozwolono nam wyruszyć w teren zgodnie z planem. Zaczęliśmy z rocznym opóźnieniem, bo trzeba było pozaliczać wszystkie te szkolenia i dokształty. Wreszcie spojrzano na nas, nasze twarze były okrągłe i życzliwe, a mieliśmy na nich wypisane sympatycznym atramentem: Nie podpalimy Londynu, obiecujemy! My, czyli doktoranci: Luba i Biezrząd. Nie sfajczymy średniowiecznego Londynu, bo wybierzemy się do wiktoriańskiego – dopowiedzieliśmy. – Do Londynu Oscara Wilde’a, Kuby Rozpruwacza i Sherlocka Holmesa.

Wyższa instancja zgodziła się, lecz też nie od razu zaczęliśmy nasze badania. Najpierw polecieliśmy razem z profesorem Drogodziejem, który miał nas moralnie przysposobić. Wiecie, lepiej nie rzucać się w oczy w obcej dla nas rzeczywistości. Nie mogą nas przesadnie zdziwić handlarze sztucznymi nosami dla syfilityków, ani kukiełkowe przedstawienia pokazujące małżeńskie mordobicie, ani „freak show” z udziałem nieszczęsnego Człowieka Słonia, ani wystawy „dzikusów” z dalekich krajów pokazywanych w zaimprowizowanych egzotycznych wioskach. Grunt to zachować flegmę, umiar i zimny osąd badacza. Cóż tam fryzjerzy, w ramach dodatkowej działalności wyrywający klientom zęby. Cóż tam Armia Zbawienia, pożyczająca bezdomnym „łóżka” wyglądające jak trumny. Cóż tam błagające o parę groszy bose sieroty w dzielnicach biedy. Nie możemy zmienić ich historii, to jak predestynacja. Etyka, etyka przede wszystkim!

Zwłaszcza w etycznym Londynie królowej Wiktorii, pani jednej czwartej Ziemi. Niestety, Luba zachowywała się może etycznie, ale jak furiatka. Chociaż…. Gdyby spojrzeć na to z innej perspektywy, to może raczej zachowywała się adekwatnie – bo ciekawe, jak by się czuł szanowny współdoktorant Dudu, gdyby musiał się codziennie pętać koszmarnym gorsetem i wbijać stopy we wnyki zwane w wiktoriańskich czasach trzewikami dla kobiet. I jeszcze łatwopalne krynoliny i ten arszenik, używany na policzki zamiast pudru! Dudu przyznaje, że czułby się miseravelmente.

Dlatego już po kilku próbnych dniach Drożek zabrał nas z powrotem, zarządzono naradę i ustalono, że mamy wrócić w innych rolach. Biezrząd jako artysta malarz i Luba jako jego muza. Muza może sobie chodzić bez gorsetu, ale pod warunkiem, że nie bez stanika po ulicy. Zaś artysta malarz nie musi przesiadywać na arcynudnych wieczorkach dobroczynnych dla bezgranicznie nudnej wiktoriańskiej burżuazji. Oboje odżyliśmy w naszych nowych wcieleniach. Dudu maluje okropnie, ale nikt nie zagląda mu w sztalugi, więc wystarczy natchniona poza i szalik zarzucony niedbale przez ramię. Pod pretekstem wchodzenia w rolę Luba natychmiast nauczyła się palić papierosy (ciekawe, jak szybko się oduczy). A kiedy spróbowaliśmy też absyntu i poszwendaliśmy się po ulicach ze znajomym artystą opiumistą Johnem Loverem, wpadliśmy na szalony pomysł, by równolegle do badań spróbować wytropić Kubę Rozpruwacza.

Prasa wciąż rozpisywała się o atakach przypominającym zbrodnie nieuchwytnego mordercy sprzed kilku lat. Groteskowy (i nieetyczny) pomysł pewnie wyparowałby nam z głów razem z używkami, ale nim do tego doszło, nabawiliśmy się kłopotów. W jakimś zaułku artysta John opiumista zniknął, a my, czyli Dudu i Luba, zgubiliśmy drogę. Nie trzeba było dużo, żebyśmy zaczęli się wyzywać używając sformułowań rodem z leciwego Monty Pythona. Dudu pohukiwał okrutnie, jakby miał zmienić się w doktora Hyde’a. Luba zaś, jakby chcąc na dobre wydobyć się z wiktoriańskiego konwenansu, zamarkowała kilka uderzeń starożytnego jiu-jitsu, które ćwiczyła na zajęciach z wuefu.

– Proszę się nie bać, droga pani, ten łotr nikogo już nie skrzywdzi – usłyszeliśmy głos za plecami – Holmesie, mam na muszce naszego ptaszka!

– Watsonie, nie rozpraszaj się, to elementarne. Pilnuj zbója! – odparł rzeczony Holmes.

– Tak, nikogo już nie skrzywdzisz, Rozpruwaczu – potwierdził Watson, grożąc Dudu rewolwerem.

– Ja Kubą Rozpruwaczem? – zdziwił się Dudu.

– Widzieliśmy, jak grubiańsko zaatakował pan tę damę, a ona nieporadnie próbowała się bronić – odparł Watson. – Nas pan nie zmyli.

– Na żartach się nie znacie czy co? Co z angielskim poczuciem humoru? – oburzył się Dudu.

– Ja damą wymagającą pomocy? – rozdrażniła się Luba. – I niby nieporadnie się broniłam? Mam biało-czerwony pas z sześcioma złotymi pagonami w jiu-jitsu, ty stary pierniku!

– Dżitsu? – wyszedł z mroku Sherlock Holmes. – Ja znam tylko baritsu, miła pani. Faktycznie nie wygląda pani na damę. Skłonny jestem jednak pomóc pani, jeśli wyrazi pani chęć zostania w przyszłości guwernantką albo chociaż pomocą w jakimś szanowanym domu.

– Żebyś się, k…a, nie zdziwił – odparła hardo Luba. Dudu szturchnął ją łokciem w bok. Typek zwany Watsonem szturchnął go kolbą pod żebro. Energia spadała nam drastycznie, czuliśmy jak spływa jednocześnie smętnie i gracko, niczym londyński deszcz po ulicznych kamieniach.

– Jak widzę, woli pani zostać w przyszłości awanturnicą? – łypnął Holmes.

– Już nią jestem – odpowiedziała Luba.

– Nie mamy zatem czego tu szukać, drogi doktorze – rzucił Holmes do Watsona – wracajmy na Braker Street zająć się sprawą Błękitnego Karakułu.

– Zaraz, zaraz – wtrącił Dudu – A nie na Baker Street? I nie w sprawie Błękitnego Karbunkułu?

– A, zawsze się mylę, przepraszam – zmieszał się Holmes.

– Ale przecież Holmes i Watson to postacie literackie. Wy nie istniejecie – rzuciła Luba.

– I nigdy się nie mylicie. Mimo że nie istniejecie. – dodał posępnie Dudu, rozcierając obolałe żebra.

– Ech, kolejni nie dali się nabrać – westchnął z rezygnacją Watson. – Nawet do tego się nie nadajemy, Sherlocku. Trzeba wracać do starego fachu, choć nie ma już przed nim przyszłości.

– O, to ciekawe – podchwycił Dudu – Macie panowie fach bez przyszłości? Nawet nie wiecie, jakie to powszechne w pewnych… hm… kręgach. Poprosimy o kilka szczegółów.

– Tak, bardzo chętnie posłuchamy waszej historii – podchwyciła Luba – Co takiego robiliście, zanim staliście się parą nieistniejących detektywów?

– Okropnie leje. Może chodźmy do mojego studia, mam tureckie papierosy, dostaliśmy od naszego przyjaciela Oscara. I nalewkę od przecudnej Constance… – rozmarzył się Dudu. Należy mieć na uwadze, że niby kolegował się z boskim Oscarem, ale bezczelnie podrywał jego żonę. Z drugiej strony należy też mieć na uwadze, że Oscar aniołem małżeńskim bynajmniej nie był. Co racja, to racja.

Studio było małe, jak na ówczesne standardy wręcz spartańskie. Ale było ciepło i sucho. Goście nieco się zdziwili, że gospodarz sam podaje im trunki, a jego bezczelna muza tymczasem rozpiera się w największym pluszowym fotelu z papierosem. Po służbie nie ma śladów. Wyjaśniliśmy im, że teraz w Paryżu taka moda.

Opowiedzieli nam, że pracowali w rezydencji pewnego Lorda mieszkającego na obrzeżach Londynu. Obaj zatrudnieni zostali w dużym parku. Obowiązki Watsona ograniczały się do płoszenia włóczęgów oraz dokarmiania żołędziami wiewiórek, które uwielbiały córeczki Lorda. Holmes miał bardziej prominentną posadę. Zatrudniony został jako pustelnik mieszkający w grocie na terenie parku. Musiał zapuścić długie włosy, wąsy, brodę i paznokcie. Jako odzienie dostał zgrzebny wór, zabrano mu też buty. Tak miał się prezentować, przynajmniej w godzinach wizyt gości w parku. Właściwie dopiero do snu mógł włożyć ciepłe pantofle. Dostał za to od Lorda wysłużoną Biblię, pęknięte okulary i starożytną klepsydrę. Plus tyle chleba i kości z pańskiego stołu, ile zdoła schrupać. Miał też obowiązkowo dokształcać się w chrześcijańskiej doktrynie, by udzielać gościom porad moralnych. Siedział za pniem przerobionym na stół i opowiadał kocopoły, które goście chcieli usłyszeć. Dwa weekendy w miesiącu miał wychodne – wtedy zastępował go „Watson”, aczkolwiek nie jako pobożny pustelnik, lecz mnich mający za sobą straszną historię rodem z gotyckiej powieści, który złożył śluby milczenia.

– To były całkiem godne warunki, jak na dzisiejsze czasy – stwierdził Holmes smutnym tonem. – Ale po kilku wizytach półgłówków z wyższych sfer, którzy za moje bieda-rady wciskali mi w ręce po kilkadziesiąt funtów, nabrałem ochoty na inne życie. A że do snu lubiłem czytać opowiadania o Sherlocku Holmesie, to pomyślałem, że mógłbym z moim druhem stworzyć taką trupę, grupę, jakby to nazwać…

– Aktorską? – podpowiedział Dudu.

– Raczej rekonstrukcyjną – westchnął Watson.

– Ale nie wyszło? – spytała Luba, zaciągając się papierosem, jak na paryską muzę przystało.

– Nie. Bo na co komu detektyw, który nie rozwiąże żadnej sprawy? Tułamy się po ulicach, czasem ktoś tak się uśmieje, że w zamian za naszą interwencję dostaniemy parę pensów. Ale przyjdzie mi chyba wrócić do groty pustelnika – smutno pokiwał głową Holmes. – Przynajmniej nauczyłem się fragmentów Biblii i mam przekonujący głos.

– Miałem nadzieję, że gdyby udało nam się schwytać Rozpruwacza, coś by to zmieniło, dało nam rozpoznawalność, popularność i pieniądze. Wiecie, prasa napisałaby o nas, że oto pojawili się prawdziwi Holmes i Watson. Sensacja! Ale nic z tego – głos Watsona załamał się. – A ja już mam dość tych cholernych wiewiórek. Jadły lepiej ode mnie…

– A może wasz Lord zatrudniłby was jako ogrodowych Holmesa i Watsona? – rzucił Dudu z błyskiem w oku i miną człowieka, który wpadł na genialny pomysł.

– I jakich życiowych porad mielibyśmy udzielać? Jak rozpoznawać typy błota z całej Anglii? – rozdrażnił się Holmes.

– Może goście opowiadaliby wam zmyślone zbrodnie, a wy byście je rozwiązywali? – rzucił Dudu.

– Albo chociaż dzieci Lorda lubiłyby się z wami bawić? – dodała Luba. – Lubią wiewiórki, to pewnie są miłe i ekologicznie świadome.

– Taaaaa, świadome. Ech…. Ej, a może porwiemy dzieci Lorda i potem je uwolnimy jako Holmes i Watson? – ożywił się Watson. – Nawet jak nas złapią, zdobędziemy sławę.

– To nie jest takie głupie, Watsonie – Holmes zmrużył figlarnie oko. – Zgarniemy okup jako porywacze, a potem jako bohaterowie uwolnimy dziewczęta i dostaniemy kolejną nagrodę. Po takim numerze na pewno już nie zginiemy!

Dudu i Luba dyskretnie zmienili temat na pogodę, co, jak wiadomo, zawsze wszystkich Anglików zajmuje najbardziej, czy to w archaicznych czasach królowej Wiktorii, Monty Pythona czy we współczesnej Ludowej Republice Brytyjskiej.

Lepiej w raporcie nie wspominać, jak sprowadzili na złą drogę dwóch biedaków, w tym jednego pobożnego pustelnika. Z drugiej strony taki sam był on pobożny, jak pustelnik, jak Holmes, więc nie czujemy, że zrobiliśmy coś złego. Właściwie tylko wyrównaliśmy szanse. Czyli dokonaliśmy natychmiastowej redystrybucji, na tej samej zasadzie co inny wielki Brytyjczyk, romantyczny poeta John Lennon nazywał instant karma. My tylko pojawiliśmy się na drodze życiowej tych osób jak zwierciadło redystrybucji czy karmy, i hop! część majątku bezsensownie zawłaszczanego przez Lorda z wiewiórkami przeskoczyło do poszarpanych chlebaków dwóch biedaków z ludu. Na nasze oko, biedacy chętnie rozdystrybuowali dalej co im tam wpadło, ochoczo zostawiając grosz w pubach i w kieszeniach londynianek, które nie chciały być guwernantkami.

Spędzaliśmy dalej pożytecznie i nie całkiem niemiło czas przeznaczony na projekt Londyn. Poznaliśmy troszkę obyczaje środowiska przegranych artystów i kabaretów za trzy grosze (i dla poprawienia bilansu energetycznego czasami też spotykaliśmy prawdziwych ludzi kultury). Luba nieraz miała pożytek ze swojego jiu-jitsu, bo nie były to często środowiska najlepiej wychowane ani też anty-patriarchalne. Aż, pewnego razu, wracając razem z pubu Lamb and the Flag, słabo oświetlonymi uliczkami w strugach nieuchronnego deszczu, natrafiliśmy na pościg.

– Co tu się dzieje? – spytał Dudu jednego z gapiów zgromadzonych jak zwykle tam, gdzie policja krzyczy, żeby się nie gromadzić.

– Gonią Kubę. Teraz już im nie ucieknie – z zadowoleniem pokiwał głową zaczepiony jegomość.

– O ja cię… – powiedział Dudu – ale historia. Widziałem jakąś uciekającą postać – Widzieliśmy, prawda Luba?

– Tak, pędził tam. I gadał sam do siebie.

– Ale co? Co mówił? – zainteresował się jegomość. – Trzeba powiedzieć o tym policjantom!

Luba milczała. – Chyba nie pamiętam.

Dopiero w domu zdradziła Dudu, że skłamała. Dobrze słyszała, co gadał „Kuba Rozpruwacz”.

– Co takiego? – Dudu aż podskoczył.

– Halo, katedra profesora Drogodzieja? Czy ta kontrola badań terenowych jest potrzebna? Podróże w czasie są dobre dla ambitnych świrniętych doktorantów, nie, cholera, dla recenzentów!

prof. Monika Kostera, Adam Węgłowski

Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Kev z Pixabay

Platforma to miejsce pracy

Platforma to miejsce pracy

Negocjatorzy z Parlamentu Europejskiego i Rady Europy osiągnęli wstępne porozumienie w sprawie projektu ustawy mającej na celu poprawę warunków pracy osób pracujących za pośrednictwem platform internetowych.

Dyrektywa dotycząca pracy za pośrednictwem platform ma na celu zapewnienie prawidłowej klasyfikacji statusu zatrudnienia osób wykonujących pracę za pośrednictwem platform internetowych oraz wprowadzenie pierwszych w historii unijnych przepisów dotyczących zarządzania algorytmicznego i wykorzystania sztucznej inteligencji w miejscu pracy.

Obecnie co najmniej 5,5 mln osób wykonujących pracę za pośrednictwem platform internetowych można błędnie sklasyfikować jako osoby samozatrudnione (tzw. samozatrudnienie fikcyjne). Nie korzystają one z ważnych praw pracowniczych i ochrony socjalnej.

Nowe przepisy wprowadzają domniemanie istnienia stosunku pracy, które powstaje w przypadku wystąpienia dwóch z pięciu przesłanek. Lista ta może być rozszerzana przez państwa członkowskie. Domniemanie może zostać podjęte przez pracownika, jego przedstawicieli oraz właściwe organy z własnej inicjatywy. Domniemanie to można obalić, jeśli platforma udowodni, że stosunek umowny nie jest stosunkiem pracy.
​
Obecnie osoby wykonujące pracę na platformie nie mają dostępu do informacji o tym, jak działają algorytmy i jak ich zachowanie wpływa na decyzje podejmowane przez zautomatyzowane systemy. Dzięki nowym przepisom platformy będą udostępniać te informacje pracownikom i ich przedstawicielom.

Dzięki nowym przepisom platformy nie będą mogły podejmować bez nadzoru człowiekaniektórych ważnych decyzji, takich jak zwolnienia i decyzje o zawieszeniu konta. Tekst ustawy zapewnia także większy nadzór człowieka nad decyzjami systemów, które bezpośrednio wpływają na osoby wykonujące pracę na platformie.

Nowe przepisy zabraniają platformom przetwarzania niektórych rodzajów danych osobowych, takich jak osobiste przekonania, prywatna wymiana informacji ze współpracownikami, gdy pracownik nie jest w pracy, a dyrektywa wprowadza więcej ochrony w obszarze ochrony danych.
​
Aby uzgodniony tekst mógł teraz wejść w życie, będzie musiał zostać formalnie przyjęty zarówno przez Parlament, jak i Radę.

Analiza Komisji Europejskiej z 2021 r. wykazała, że działa już ponad 500 cyfrowych platform pracy, a sektor ten zatrudnia ponad 28 milionów osób, a liczba ta ma osiągnąć 43 miliony do 2025 r. Cyfrowe platformy pracy są obecne w różnych sektorach gospodarki. Są to na przykład kierowcy przewożący pasażerów, dostawcy żywności, ale także osoby zatrudnione online w takich usługach, jak kodowanie i tłumaczenie.

Złota rączka dla seniora

Złota rączka dla seniora

W Sosnowcu będzie działał od wiosny program „Złota Rączka”. Każdy senior będzie mógł skorzystać z pomocy raz na miesiąc.

Jak informuje sosnowieckie wydanie „Gazety Wyborczej”, program jest przeznaczony dla osób, które ukończyły 65. rok życia i mieszkają w Sosnowcu. Dzięki programowi tzw. złota rączka bezpłatnie wykona podstawowe prace: wymieni żarówkę, naprawi przeciekający kran, wyreguluje drzwi, podłączy pralkę czy też wykona inne naprawy, które nie wymagają specjalistycznych uprawnień ani natychmiastowej interwencji.

Potrzebę wizyty złotej rączki senior będzie zgłaszał na specjalną infolinię. Pełna lista usług będzie dostępna tuż przed startem programu.Realizatorem zadania byłaby Sosnowiecka Spółdzielnia Socjalna S3, która promuje zasady ekonomii społecznej poprzez zatrudnianie głównie osób z niepełnosprawnościami.

Rolnicy protestują, kierowcy stoją

Rolnicy protestują, kierowcy stoją

Kierowcy samochodów ciężarowych czekali 14 grudnia około 118 godzin na przekroczenie granicy przez przejście w Medyce . Kolejka spowodowana jest protestem rolników z organizacji „Oszukana wieś”.

Jak informuje Portal Samorządowy, trwa rozpoczęty 23 listopada br. protest rolników z organizacji „Oszukana wieś” przed przejściem granicznym w Medyce. 20 godzin oczekują kierowcy przed przejściem w Krościenku, na którym dopuszczono odprawy w ruchu towarowym pojazdów o masie całkowitej nieprzekraczającej 7,5 tony. Samochody osobowe i autokary odprawiane są na tych przejściach na bieżąco.

Na Podkarpaciu blokowane jest również przejście w Korczowej, tam protestują przewoźnicy. Jak przekazała PAP Anna Długosz z policji w Jarosławiu, tylko na terenie powiatu jarosławskiego w kolejce do przejścia w Korczowej czeka ponad 660 ciężarówek. Kolejka kierowców TIR-ów, głównie z Ukrainy, czekających na przekroczenie granicy, sięga już niemal granic Rzeszowa.

W piątek do protestujących w Medyce mają przyjechać wiceministrowie rolnictwa, m.in. Stefan Krajewski i Michał Kołodziejczak. Rolnicy póki co przygotowują się do spędzenie Wigilii na proteście.

Rolnicy w Medyce protestują od 23 listopada br. Domagają się m.in. dopłaty do kukurydzy, niepodnoszenia podatku rolnego oraz chcą dodatkowych pieniędzy na kredyty płynnościowe. Rolnicy przepuszczają 5 ciężarówek na godzinę. Bez kolejki przepuszczane są również m.in. transportu humanitarne i wojskowe.

Bunt ajentów sieci Duży Ben

Bunt ajentów sieci Duży Ben

Sieć sklepów z alkoholem Duży Ben, powołując się na nierentowność części placówek, zamierza od stycznia obniżyć wynagrodzenia ajentów o 20-30 proc.

Jak informuje portal dlahandlu.pl, większości ajentów zostanie obniżone wynagrodzenie minimalne o 20-30 proc w stosunku do wynagrodzenia z 2023 roku – mimo podwyżek płac minimalnych. Jednocześnie sieć Duży Ben planuje przejście na model sklepów własnych, jeśli franczyzobiorcy nie podpiszą zaktualizowanych umów do końca grudnia.

Duża grupa rozważa w tej sytuacji pozew zbiorowy i walkę z franczyzodawcą w sądach. Większość z nas nie zamierza podpisywać nowych umów na skrajnie niekorzystnych warunkach – wskazuje ajent, który pragnie zachować anonimowość.

Ajenci sieci diagnozują, że Duży Ben otworzył bardzo dużą liczbę sklepów, nie patrząc na trafność lokalizacji. Większość jest niedochodowa, a ich utrzymanie przerzucane jest na ajenta. To powrót do najgorszych wzorów handlowych sprzed lat i zarządzania strachem. Dodatkowo z centrali sieci odeszli ważni menadżerowie budujący tą sieć od początku, niezgadzający się z nową polityką.

Duży Ben to sieć sklepów oferująca szeroki zakres napojów alkoholowych. Sieć jest rozwijana przez Grupę Eurocash. Na mapie handlowej działa 400 takich placówek. Dyrektorem generalnym sieci jest Michał Florkiewicz, który wcześniej związany był z siecią Carrefour. W 2022 r. Grupa Eurocash informowała, że ekspansja Dużego Bena zajmuje wysokie miejsce na liście jej celów biznesowych. Do 2025 roku sieć miałaby liczyć 750-780 marketów, a docelowo w ciągu kilku lat 1000.

Asfalt pochłonie spaliny?

Asfalt pochłonie spaliny?

Orlen testuje asfalty pochłaniające zanieczyszczenia powietrza. To może być rewolucja.

Jak informuje Portal Samorządowy, w Orlen Asfalt testowana jest technologia wykorzystania do budowy i remontów dróg asfaltu i kruszyw odzyskanych ze starych nawierzchni, która pozwoli oszczędzać ponad 400 mln zł rocznie.

Orlen poinformował we wtorek, że Centrum Badawczo-Rozwojowe, we współpracy z Politechniką Gdańską, opracowało innowacyjną nawierzchnię asfaltową pochłaniającą zanieczyszczenia powietrza. To rozwiązanie sprawdzi się zwłaszcza na terenach zurbanizowanych, gdzie stężenie szkodliwych związków generowanych przez transport kołowy oraz w wyniku spalania paliw konwencjonalnych w instalacjach grzewczych jest najwyższe. To innowacyjne rozwiązanie, które przyczyni się do redukcji smogu pochodzącego m.in. ze spalin samochodowych. Taką technologią jest nowy ekologiczny asfalt opracowany na Wydziale Chemicznym Politechniki Gdańskiej we współpracy z Centrum Badawczo-Rozwojowym Orlen, który jest współwłaścicielem technologii.

Koncern wskazał, że oprócz substancji emitowanych przez pojazdy, ekologiczny asfalt zredukuje też poziom rakotwórczych związków pochodzących z ogrzewania domów paliwami konwencjonalnymi. Orlen podkreślił, że badania laboratoryjne, wykonywane w komorze reakcyjnej Politechniki Gdańskiej na próbkach nawierzchni z ekoasfaltem, potwierdziły redukcję m.in. tlenków azotu (NOx) i lotnych związków organicznych (LZO) na poziomie 40 proc., a rakotwórczego benzo(a)pirenu na poziomie 25 proc.

Spółka poinformowała, że obecnie trwają testy nowego materiału na doświadczalnym odcinku drogowym o długości 1 km, ułożonym w miejscowości Kajkowo koło Ostródy. Zaznaczono, że lokalizacja testowego fragmentu została wybrana ze względu na bliskość drogi ekspresowej S7 oraz otoczenie gospodarstw domowych emitujących zanieczyszczenia z kotłów grzewczych. Orlen dodał, że badania potrwają 12 miesięcy, a dane będą zbierane za pomocą czujników do pomiaru poziomu zanieczyszczeń, umieszczonych bezpośrednio przy drodze, jak i z próbek pobranych z nawierzchni i przekazanych do laboratorium. Uzyskane wyniki będą podstawą do decyzji o wdrożeniu ekologicznego asfaltu do produkcji.

Unliveable system

Unliveable system

Reading Gabor Maté and his son Daniel’s book 'The Myth of Normal. Trauma, Illness and Recovery in a Toxic Culture’ is an expedition both towards the inner self and the world we live in. I am not exaggerating, although it may be perceived as such, when I say that I found the book, both an intellectual and a transcendental experience. Is it an easy read? No. The book touches on the deepest individual and social traumas and the resulting illnesses, inequalities, racism, oppression of every kind imaginable. However, Maté, like a good doctor, gives the reader an anaesthetic. In one drip we get the best and most precious thing one human being can give to another. Great empathy, sensitivity and warmth and the support that flows from them.

The inelegant 'C’ word

I recently attended a large economic congress. It opened with a speech by an activist working in numerous organizations on climate change, refugee issues and economic inequality. Her speech was very emotional. The poor woman was almost tearing her hair out. The premise of the speech was: „I don’t know”. She expressed her fear and despair very expressively, while talking about the liberating sense of admitting her own not knowing. This last one was about solutions to the problems currently plaguing entire communities and individuals around the world. While rhetorically it was a very skilful performance, and an overall successful speech, there was something missing for me. I understand that one may not know what to do next. But, let’s face it, dealing on so many fronts, it is impossible not to know and say what is causing these phenomena.

With eyes wide open, and with a sense of amazement, I watched the speaker exercise to speak, rather than to say She said things like: „We need to revise economic influences on society” and other similar stunts that no champion skater would be ashamed of. These triple toe-loops were probably required in order not to call the economic system by its name – capitalism.

By failing to be concrete and point out what, in the light of research by academics in virtually every field, is an indisputable fact, I got the impression that this activist had been invited in as a 'token social worker’. A person who will talk, talk, talk and then let’s get down to the serious stuff. Such as how to generate more growth. Business as usual. We’ll distribute grants, sit down in our chairs, pat each other on the back and be done with it.

The event brought me to reflect on a kind of taboo when it comes to talking about capitalism.

I’ve noticed more than once that the mere mention of the name immediately invites censure and the atmosphere becomes somewhat awkwardeven if said in a neutral context. In such situations, the reactions of those around me include „What’s wrong with you again?”, „What are you always picking on?” Even if I’m not picking on anything.

I think that such a linguistic taboo serves to reinforce the conviction that there is no alternative to the system. It presents the system not as a human construct that it is, but as some arbitrary – even a natural reality – that is impossible to change.

Capitalism, then, is a bit like He Who Must Not Be Named from the Harry Potter novels. What does the book in question have to do with this? It is the fact that Gabor Maté is not afraid to speak the name of the Dark Lord. And let’s not scare our hearts out! Let us note that in the novels, the pronounce of Voldemort’s name was avoided so as not to evoke him. Therefore, I believe that we are, in our unfortunate position, safe. For he has been here for a long time. He is the water in which we swim, to use a natural metaphor. So there is not the slightest reason to fear his arrival. The battle for Hogwarts, however, is still ongoing. And Gabor and Daniel Maté’s book can provide a valuable weapon.

I will conclude this lengthy introduction with a quote from the eminent writer Ursula K. Le Guin, which is worth recalling in moments of general doubt: „We live in capitalism. Its power seems inevitable to us. But so did the divine right of kings. Every human power, however, can be repelled and changed by human beings”.

Into the essence of things

I must admit that I have never faced such a huge challenge when it comes to writing. Firstly, because the book has impressed me so much that I would most like to quote it word for word, which would be an obvious violation of copyright, and then you wouldn’t reach for it, and you wouldn’t buy it. Secondly, because it is over 500 pages long. The number of issues goes into tens, the studies and interviews cited into hundreds. Therefore, willingly or unwillingly (with emphasis on the latter), I will limit myself to a broader discussion of only two – subjectively selected by me – issues appearing on the pages of the book. These will be mental illness and a different understanding of so-called human nature from the mainstream.

Maté paints a complete and coherent picture. He first looks at the concept, which he places at the centre of his reflections, as the source of human suffering in its various forms and guises. For him, this is trauma. He explains it briefly as an intra-psychic break-up, a tearing of the soul into pieces. He then goes on to look at what contributes to trauma, at each stage of human development and how it relates to a system that creates enormous pressure, not only economically, but also related to insecurity, the oppression caused by patriarchy, classism and racism, the breakdown of social bonds, the alienation of the human beings and the commercialisation of every sphere of life. He analyses this first at the level of individuals, moving later to the general level, to political life, media, advertising, and corporations. In the last part of the book, he proposes his solutions and the paths towards both individual and social healing.

When I think of the guiding principle by which this book is 'made’, Stoic thought and Marcus Aurelius’ 'Meditations’ come to mind. A common feature of the description of all the phenomena, from traumas and illnesses to addictions to social problems, so many of which are mentioned in the book, is the desire to see their essence. The deepest source of their origins and their nature and how they relate to the human being, the family, society, the system. The perspicacity and precision with which Maté sheds light on each phenomenon he describes is intimidating. Everything is backed up by a great deal of professional literature, but also by examples drawn from his clinical practice—the statements of people struggling with a particular problem.

The greatest strength of this book is to show that most of the difficulties we experience are not at all a 'private’ matter, let alone a matter of private responsibility for each of us. It is the result of living in a toxic culture that is hard on us. And it is also the fact that the human being – his body and mind – are not disconnected from each other, but are a whole, and illness and recovery should be thought of as such. The whole world, meanwhile, is a system of interconnected vessels that also constantly interact.

It is working for them!

What did the author mean when he titled his book 'The Myth of Normal’? In my opinion, 'The Myth of Normal’ means that an attempt is made to explain most of the conditions (diseases and disorders) that afflict people, as well as most of the social problems (addictions, poverty, racism) as usual under capitalism. Since these are costs, not profits, they have to be passed on to the people who experience them: their genetics, the imbalance of substances in their brains, the weakness of their characters, whatever. And then wash one’s hands off it and say: 'Apart from this – independent of us X, Y, Z – everything is normal’. It works for us! This is what the luminaries of the free market, the billionaires and politicians say here, and even the doctors, who are also severely criticized in the book.

Meanwhile, these problems are socially conditioned. What’s more, they are a cry, a dramatic cry of despair that should set off all the red warning lights. The system is not working. Or perhaps, correcting this statement, it is working according in accordance with its designs. That is, it is generating growth on economic indicators. The cost, however, is appalling, leading to great suffering for people and the planet as a whole.

A statement by the philosopher and environmentalist, Edward Abbey, comes to mind, who said: „Growth for growth’s sake is the ideology of the cancer cell”. And indeed, this self-propelled machine of greed is the antithesis of humanity and is precisely why it leads to complications such as disease, addiction, environmental devastation, etc., wreaking general havoc.

Are we evil by nature? Naturally not!

Human nature. Apologists of capitalism and the free market very readily and often argue that human beings are by nature greedy, selfish, oriented primarily towards their own individual benefit. This puts the system in a very comfortable position, because it promotes, not to say forces, just such behaviour. To hog the limelight, to „laugh all the way to the bank”, as my mother used to say when answering the question of why people go into politics.

Are we really by nature loners, hostile to other members of our species? I have never thought so. I know it is a downfall of humanity to tell or describe memes, but I hope I will be forgiven. There is a meme from the Star Wars universe. It depicts the ghost of Anakin Skywalker appearing to Kylo Ren. Ren says: greed is human nature. Anakin replies, correcting the padawan: When you see an elephant juggling in a circus, do you assume that juggling is the nature of an elephant?

Maté is cautious about formulating revealed truths or definitions of the nature of man because, as he rightly points out, it is too complex a matter to be so narrowly defined. As in many other cases, he believes it is a spectrum with boundaries that are difficult to draw. However, he says one thing very emphatically: we are not by nature evil. We are only conditioned.

I remembered this: if all the time in which our species has existed were to be represented by one hour, then the time we live in one civilization or another would be six minutes. What follows from this? The answer to the question of what our nature is will not be found by looking at our behaviour today, 100 or 1,000 years ago. Maté goes back to the hunter-gatherer community in which we lived for 54 minutes out of an hour. And he discovers that all the research on these communities and their habits tells us that these were groups in which concern, care and support were overriding values over individual benefit. Humans would not survive on their own. A similar hierarchy of values prevailed in the indigenous communities, the tribes, which we have so persistently and not at all secretly 'civilized’ at known cost and by known means.

“Silly girl, listen!” But she doesn’t listen.
Methinks, I see… Where?
— In my mind’s eyes.

This quote from 'Hamlet’ is the motto of 'Romanticism’ by Adam Mickiewicz. The poem describes a heroine who experiences hallucinations and delusions, which modern medicine would probably diagnose as one of the many varieties of psychosis. Gabor Maté devotes relatively little space to this group of diagnoses, if one looks at the number of pages devoted in the book to describing, for example, depression. However, he presents a very clear and comprehensive approach. Psychoses are the most severe and least understood disorders in terms of their aetiology out of a whole, very long, list of psychiatric diagnoses. By contrast, as Maté coruscatingly calls it, 'so-called schizophrenia’ is sometimes referred to as 'the queen of all mental illnesses’— what an honourable title!

The description of just such health problems is worth noting. Problems that we do not understand, whose manifestations we fear and whose causes we do not know, or at any rate do not fully know. Maté’s position, by the way, is that we do not know the biological cause of ANY mental disorder, and that diagnoses only serve doctors to describe the set of symptoms contained under a given label. He explains this quite amusingly using the example of bipolar affective disorder. How do we know, he writes, that someone has ChAD? Because he has mood swings. And why does she have mood swings? Because he has ChAD.

As Maté persuades us, no gene responsible for mental illness has ever been discovered. At most, there are large sets of genes that are responsible for a certain susceptibility, but do not determine anything. How, on the other hand, does Gabor Maté see the sources of the problem? He sees them mainly in environmental factors. In the trauma experienced. Experiences such as neglect, abuse, addictions in the family home, parentification, i.e. a situation in which the child takes on a protective role in relation to the parents, sexual –abuse. These are serious determinants not only of psychosis, but of all illnesses, and not only those affecting the mind, but also cancers and autoimmune diseases, for example. According to the author the more we are bruised, the more strongly it resonates in us. Therefore, the more severe the wounds, the more serious are the disorders later on. He cites relevant scientific studies that prove this, but even if he didn’t, I would still recognize a profound sense in this.

Maté also notes that, as a society, we are unwilling to acknowledge this explanation, despite the intuition and research findings supporting its veracity. A simple mechanism is at work here. We would then have to admit that our toxic culture and our society produce conditions in which – in a very literal sense – one can go mad. It is a burden of shame that we do not want and from which we defend ourselves.

Furthermore, the author explains that, although the behaviour of people in psychotic crisis makes no sense, already on an emotional and symbolic level the delusions these people experience are always rooted in their biography. Read from this perspective, such behaviour can be explained and even become logical and are then the key to recovery and even healing. This is a profoundly humanistic approach, which I associate with the poem with which this part of the text begins. I have the impression that for Gabor Maté, scientist and physician, the term 'healer’ would be more appropriate. Because he sometimes gives expression to the fact that it is „feeling and faith that speak more strongly to him than the sage glass and eye”. Or, in any case, that he favours a combination of both perspectives on equal terms.

Hope as old as time

The remedy that Dr Maté proposes may come as a disappointment to many. For it is not a worldwide anti-capitalist revolution. At least not the kind we usually imagine it (if we do, of course), but something much less spectacular.

Maté offers us introspection and insight into ourselves. To treat trauma or its effect – illness – as something that is not an external bolt from the blue, but something that happens to us as a result of our experiences. And also, importantly, something that harbours the potential to heal us and to develop us to reach the fullness of humanity.

And to the overwhelming forces oppressing us from the outside, he proposes to foster relationships, close bonds of love, friendship, solidarity and cooperation. Compassion for oneself and for others, the development of empathy. In essence, Maté is advocating a return, not literally of course, but at the level of values, to the communities we created before we became so brilliant and civilized. That is, to put a premium on bonds, caring for each other and giving each other support, rather than trashing each other in a rush to nowhere.
So much for that? So much, in fact. But I wouldn’t say just that.

Natalia Bała

Ikea wycofa produkcję z Polski?

Ikea wycofa produkcję z Polski?

Lasy Państwowe wycofały się z przestrzegania zasad produkcji drewna, jakie gwarantował międzynarodowy certyfikat FSC. Koncern IKEA ma w Polsce 16 fabryk, ale potrzebuje drewna certyfikatem.

Jak informuje portal biznes.interia.pl, przez ćwierć wieku agencja rządowa Lasy Państwowe uczestniczyła w certyfikacie Forest Stewardship Council (FSC). We wrześniu br. podjęto decyzję o wyjściu z międzynarodowego systemu.  FSC zrzesza blisko 90 organizacji zajmujących się produkcją drzew. Mowa tu zarówno o wycinaniu, jak i odpowiednim zarządzaniu lasami. Brak uczestnictwa w programie, który wymaga konkretnych rozwiązań w zakresie polityki leśnictwa, oznacza dla dotychczasowych klientów na polskie drewno szereg utrudnień.

Wśród nich jest m.in. Ikea Industry Polska, posiadająca w naszym kraju 16 zakładów produkcyjnych i zatrudniająca ok. 10 tys. pracowników. Jak wskazuje w rozmowie z serwisem wnp.pl prezeska spółki, Małgorzata Dobies-Turulska, 15 z 17 regionalnych dyrekcji Lasów Państwowych zrezygnowało już z zasad uwzględnionych w certyfikacie FSC. Producenci mebli muszą kupować drewno ze źródeł stosujących się do zaleceń wspomnianej organizacji, aby ich towary trafiły do sklepów na zachodzie Europy.

 

Zwolnienia w Boschu

Zwolnienia w Boschu

Dostawca wyrobów i technologii dla branży motoryzacyjnej – Bosch planuje zwolnienia. Do 2025 roku w dwóch niemieckich zakładach chce zmniejszy zatrudnienie o 1500 miejsc pracy.

Jak pisze pulshr.pl, firma Bosch chce do 2025 roku zwolnić do 1500 pracowników w dwóch niemieckich zakładach – w Feuerbach i Schwieberdingen. Zmiany mają zajść w obszarze rozwoju, administracji i sprzedaży w dziale napędów.

Bosch przekazał, że będzie chciał osiągnąć cel poprzez przenoszenie pracowników do innych działów. Innym zaproponuje wcześniejsze emerytury lub dobrowolne zwolnienia. Spółka zaznaczyła, że prowadzi rozmowy z radą zakładową w sprawie szczegółów.

Wojna, jakiej nie znamy

Wojna, jakiej nie znamy

Książek o II wojnie światowej i okupacji są setki. Wydawałoby się, że trudno o coś nowego. Oczywiście w dziedzinie drobiazgowych analiz zapewne czeka jeszcze sporo nowych odkryć, syntez czy interpretacji dokonanych przez historyków. Ale gdy mamy na myśli czytelnika „zwykłego”, nieśledzącego naukowych dyskusji, to białych plam historii drugowojennej zostało raczej niewiele. Szczególnie po zmianie ustrojowej, która pozwoliła opisać szereg tematów, wątków i postaci spychanych wcześniej na margines czy w zupełną niepamięć.

Sięgałem zatem po książkę Otylii Toboły z ostrożnością. Sięgałem właściwie tylko z powodu tego, że los rzucił mnie w pobliże okolic, którym poświęcone jest „Lutyńskie tango i inne historie wojenne z Zaolzia”. Po przeczytaniu sądzę jednak, że będzie ona ciekawa także dla odbiorców spoza regionu – czy to interesujących się II wojną światową w ogóle, czy to szukających dobrej, wciągającej lektury z pogranicza beletrystyki i literatury faktu. Te 500 stron czyta się niemal jednym tchem, a po zakończeniu nie ma się poczucia, że to tylko „kolejna książka o II wojnie”.

Autorka to dziennikarka radiowa i telewizyjna, scenarzystka, szczególnie zainteresowana tematyką historyczną, długo związana z działem audycji polskich w Radiu Czechosłowackim, a później Czeskim w Ostrawie. Pochodzi z Zaolzia i od lat dokumentuje relacje tamtejszych świadków historii. „Lutyńskie tango” wydane w roku 2023, dwie dekady po pierwszej edycji, to już trzecie wydanie, tym razem poprawione i rozszerzone. Ukazało się ono jednocześnie z pierwszym czeskim, co ze względu na tematykę wydaje się bardzo dobrym rozwiązaniem.

Wspólnym mianownikiem zebranych tu tekstów jest, rzecz jasna, Zaolzie. Spora część epizodów opisanych przez Tobołę dzieje się na pograniczu polsko-czeskim Śląska Cieszyńskiego, czyli na terenie o mieszanym składzie ludnościowym i powikłanej historii dotyczącej przynależności państwowej tego obszaru. Nierzadko wybrzmiewają tu reminiscencje przedwojennej przeszłości – polsko-czeskiego konfliktu narodowościowego po I wojnie, administracyjnych szykan wobec Polaków w międzywojniu, odzyskania Zaolzia przez Polskę w 1938. Nie chodzi tylko o ludnościowo-terytorialny kontekst opowieści, lecz także o wpływ takich wydarzeń na przebieg relacji w trakcie II wojny oraz na indywidualne i grupowe strategie przetrwania hitlerowskiego koszmaru. Ale są tu perypetie nie tylko regionalne. Autorka śledzi bowiem wojenne i okupacyjne losy tych polskich mieszkańców Zaolzia, których ówczesna straszliwa rzeczywistość rzuciła z dala od ich małej ojczyzny. Nierzadko rzuciła na śmierć, a upamiętnienie mogło przyjść dopiero po wielu latach, jak w przypadku zaolziańskich ofiar terroru sowieckiego, w tym masakr w Katyniu i innych miejscach kaźni zgotowanej przez Stalina. Ale i zbrodnie hitlerowskie wobec Polaków nie zawsze udawało się łatwo, szybko i z należnym szacunkiem upamiętnić w Czechosłowacji.

Na książkę Toboły składa się wiele tekstów. Czasami bardzo krótkich, czasami długich, będących zapisem relacji uczestników czy świadków wydarzeń, stanowiących efekt żmudnych śledztw dziennikarskich i docierania do rozproszonych tropów, historii prostych oraz bardzo zawikłanych, tragicznych oraz mających happy end. Wszystko to napisane lekko, przystępnie, wciągająco, prostym językiem, z gawędziarskim zacięciem.

Pierwsza część, poświęcona hitlerowskiej napaści we wrześniu 1939, jest krótka i stanowi jedynie przedsmak znacznie bardziej zaawansowanych historii. Część druga, poświęcona realiom okupacji na Zaolziu, to już kawał poważnej literatury. Ukrywanie się przed prześladowcami i konfidentami. Tworzenie struktur podziemnego ruchu oporu. Sabotaż. Szpiegostwo na rzecz aliantów. Partyzantka – pierwszy antyniemiecki oddział zbrojny na terenie całej Czechosłowacji założył 17-letni Polak, Karol Pszczółka. Tortury w wykonaniu gestapowców. Zdrady i ofiary donosów. Odpowiedzialność zbiorowa. Bohaterstwo i lekkomyślność. Czujność i łatwowierność. Morderstwa w zaciszu więziennych cel oraz publiczne egzekucje. Konspiracyjne działania w beskidzkich lasach i wsiach oraz w cieniu wielkiego przemysłu i w podziemiach kopalń. Czyta się to naprawdę jednym tchem.

Nie są to jednak wyłącznie typowe wojenne historie, jakich napisano i spisano już wiele. W książce Toboły relacjom o koszmarze lat wojny i okupacji towarzyszy często szersze tło, dotyczące życia polskiej społeczności na Zaolziu. Jak wtedy, gdy zanim poznamy długi i egzotyczny szlak bojowy Janka Lachety z Mostów koło Jabłonkowa, otrzymujemy ciekawy wgląd w amatorski ruch narciarski Polaków. Tytułowe „Lutyńskie tango” to z kolei kapitalna opowieść o chłopaku z Lutyni Dolnej, Władku Opiole, którego losy autorka odtwarza z iście detektywistyczną pasją. Uzdolniony, amatorsko muzykujący już przed wojną, w jej trakcie ukrywa się pod Pragą. Przypadkowo odnaleziony zbiór jego listów wysyłanych stamtąd do rodziców, trafia po latach do autorki książki, która idzie tym tropem. Po dziesięcioletnim (sic!) dziennikarskim śledztwie Toboła poznaje losy chłopaka: powrót w rodzinne strony, aresztowanie, próbę ucieczki udaremnioną wskutek donosu jednego z cieszyńskich przedsiębiorców, śmierć w publicznej egzekucji. Natrafia też na zupełnie nieoczekiwaną pamiątkę po zamordowanym – nagranie, którego dokonał w czasie wojny w Pradze i które ukazało się na płycie gramofonowej, aby po latach w rodzinnych stronach autora zyskać nowe życie w polskich środowiskach muzycznych.

Dla czytelnika spoza regionu ciekawe będą wątki charakterystyczne dla Śląska Cieszyńskiego. Na przykład antagonizm polsko-czeski i to, jak przejawiał się on przed wojną, w jej trakcie i po klęsce III Rzeszy. Choć, jak w przypadku Emana Pastuszka, przyjaciela wspomnianego Władka Opioły, zdarzały się też przypadki zupełnie inne – chłopak, będący synem polskiego działacza narodowego, w czasie okupacji ożenił się z córką czeskiego działacza narodowego, szczerze przez Polaków nielubianego. Zaangażowany w działania antyniemieckie, uratował życie brawurową ucieczką z kopalni Dąbrowa i szczęśliwie doczekał końca wojny. Jego teściowi, zasłużonemu dla sprawy czeskiej na tym terenie, czescy komuniści po wojnie „podziękowali” pokazowym procesem i skazaniem na długoletnie więzienie.

W sferze relacji polsko-czeskich mamy tu jednak głównie opowieści o wiele mniej optymistyczne. Ich swoistą kwintesencją jest zamykający zbiór tekst o losach kilku postaci z Gródka. „W życiu Józefa Łupińskiego zdarzyło się prawie wszystko, co mogło spotkać Polaka z Zaolzia jego pokolenia. Był rozdział o skutkach czechizacji i skutkach polskiego odwetu, był przedsmak grozy sowieckiej zbrodni i pełnia grozy niemieckiego zniewolenia, a także gorzkie paradoksy lat powojennych…”. Te „paradoksy” to na przykład potraktowanie człowieka, który spędził ponad cztery lata w hitlerowskich miejscach kaźni i przymusowej morderczej pracy tak, że komunistyczne władze czechosłowackie chciały go po wojnie znowu uwięzić i odnotowały, że jest „nielojalny pod względem państwowym i politycznym”. Przy czym autorka nie idealizuje i nie przemilcza w tym rozdziale także nagannych postaw polskich.

Wśród tekstów zgromadzonych w książce szczególnie warta uwagi wydaje mi się opowieść o Józefie Burku. Nauczyciel z Łąk poświęcił wiele lat, mnóstwo wysiłku oraz upór porównywalny niemal z biciem głową w mur, aby po wojnie oddać sprawiedliwość i upamiętnić bohaterskiego żołnierza Armii Krajowej, Jana Gawlasa. Okazało się, że powojenna narracja komunistyczna, ale także regionalna niechęć czeska wobec Polaków, szczególnie tych aktywnych na polu działalności narodowej (Gawlas był przed wojną działaczem młodzieżowych organizacji polskich), stają temu na przeszkodzie. Burek poruszył niebo i ziemię, aby oddać sprawiedliwość bohaterowi, wbrew komunistom, którzy powtarzali… hitlerowską wersję wydarzeń. Dopiął swego i zamknął sprawę, którą miał udokumentowaną w zielonej teczce.

Ale Burek miał też teczkę żółtą. W niej katalogował zapis starań o ukaranie konfidenta gestapo, Edwarda Gałuszki. Człowiek ten swoimi donosami wysłał do więzień i na śmierć licznych polskich konspiratorów z terenu Zaolzia, zdradzając przyjaciół i ludzi, którzy jemu, Polakowi i lekarzowi, zaufali. Komunistyczne władze Czechosłowacji uniewinniły go, argumentując w sposób wręcz groteskowy, że udokumentowana jest jego współpraca z gestapo „tylko” przy zdekonspirowaniu obywateli Polski, a zatem państwo czechosłowackie nie żywi żadnych pretensji wobec takiego osobnika. Konfident wkrótce wyjechał na Słowację, gdzie wiódł żywot szanowanego lekarza. Uniknął wszelkiej odpowiedzialności, a nawet konfrontacji z osobami, które znały prawdę o jego przeszłości, jak autorka książki, która deptała mu po piętach. I która po roku 1989 dowiedziała się, że bezkarność dawnego konfidenta gestapo wynikała z tego, iż pod swoje skrzydła wzięła go w tej samej roli komunistyczna bezpieka czechosłowacka, w pełni świadoma jego dawnych przewin. To znowu historia niemal kryminalna i czyta się ją z wypiekami na twarzy.

Autorka „Lutyńskiego tanga” nie pomija ciemnych kart – zdrada, zaprzaństwo, donosicielstwo i kolaboracja nie ominęły niektórych miejscowych Polaków, którzy w godzinie próby okazali się ludźmi marnymi. Ich czyny i nazwiska zostały na zawsze utrwalone dzięki wysiłkowi dziennikarki. Ich podłość kontrastuje na kartach książki z takimi pomnikowymi postaciami, jak np. agent D 05 – Jan Łaboj z Nawsia, który był jednym z najlepszych i znakomicie zakonspirowanych polskich agentów, m.in. przekazującym aliantom niezwykle cenne informacje o niemieckich zakładach lotniczych w Dessau. Albo z „Chłopcami z oddziału Strzały”, którzy dokonali napaści na znienawidzonych gestapowskich katów biesiadujących w gospodzie w Żywocicach. Po tym zamachu Niemcy dokonali zbrodniczej pacyfikacji wsi, m.in. egzekucji 36 przypadkowych mężczyzn. Czechosłowaccy filmowcy chcieli wykorzystać osoby związane z tamtymi wydarzeniami do stworzenia nieprawdziwego przesłania, jakoby wśród partyzantów byli także Czesi. Zmanipulowany film powstał i został wyemitowany w latach sześćdziesiątych. Cała sprawa miała nieoczekiwany finał, w ramach którego sprawiedliwość dziejowa przejawiła się następująco: „W 1997 roku kontrowersyjny film o Żywocicach zniszczyła powódź stulecia, która zalała piwnice budynku w Ostrawie-Przywozie, gdzie ostrawskie studio Telewizji Czeskiej miało archiwum filmowe” – pisze Otylia Toboła.

Nie mniej ciekawa jest część poświęcona wojennym losom Zaolziaków z dala od rodzinnych stron. Oprócz wspomnianych już perypetii Janka Lachety, mamy tutaj kilka historii o długiej, trudnej i ryzykownej poniewierce na uchodźstwie i frontach walk z hitlerowcami. Tutaj także przejawia się mało w Polsce znana specyfika regionalna. Autorka dociera na przykład do jednego z bohaterów słynnej książki Melchiora Wańkowicza o bitwie pod Monte Cassino. Jan Gazur urodził się w rodzinie trzynieckiego hutnika i w sierpniu 1943 został objęty poborem do niemieckiego wojska. Rodzice podpisali bowiem volkslistę. Nie z powodu utożsamiania się z Niemcami. Ze strachu. Zrobili tak po tym, gdy najstarszy z synów za dwukrotną odmowę sygnowania takiego dokumentu został wysłany na przymusowe roboty do Niemiec, a całą rodzinę straszono wysiedleniem. I tak oto dwudziestotrzylatek trafił na front w niemieckim mundurze i wysłano go do wsparcia hitlerowców broniących Monte Cassino. Gazur, który do Niemców nie odczuwał żadnej sympatii, a w przeddzień wysłania do walki dowiedział się o śmierci swojego brata z ich rąk w obozie koncentracyjnym, przy pierwszej okazji zdezerterował do polskich oddziałów i dalszy jego szlak bojowy wiódł już po stronie aliantów.

Koleje losu rzucały Polaków z Zaolzia nie tylko na zachód, ale także na wschód. Otylia Toboła, gdy tylko zmiana ustrojowa umożliwiła podjęcie tego wątku, zaczęła opisywać śmierć i prześladowania miejscowych Polaków z rąk sowieckich. Brała udział m.in. w pierwszej wizycie czeskich filmowców w Katyniu wiosną 1990 roku. „Tak natrafiliśmy na ślad kolejnego rodaka zamordowanego w Katyniu. Do tej pory na zaolziańskiej liście figurowały czterdzieści trzy takie osoby” – pisze Toboła. W innym z tekstów o kolejnym sowieckim miejscu kaźni czytamy: „Pod pozycją 39 widniało nazwisko starszego posterunkowego Antoniego Szajera. Z rosyjskich dokumentów wynika, że w Miednoje leżą także zwłoki jego zastępcy Antoniego Gałgonka i trzystu innych policjantów związanych z Zaolziem”. W efekcie, jak czytamy w jeszcze innym z tekstów, „Las w Miednoje jest największym zaolziańskim cmentarzem wojennym”.

Autorka „Lutyńskiego tanga” kończy ten rozdział następująco: „…w trawie pod jednym z wysokich krzyży położyłam trzy małe kamyczki, które wieczorem przed wyjazdem wyjęłam z koryta Olzy. Przywiozła je do tej upiornej ziemi, przetkanej tysiącami grobów, gdzie przyszło spocząć także Polakom z Zaolzia. Daleko od szumu fal naszej rzeki…”.

Polecam lekturę książki i tym, którzy są nad Olzą, i tym z daleka od szumu jej fal.

Remigiusz Okraska

Otylia Toboła, Lutyńskie tango i inne historie wojenne z Zaolzia, wydanie trzecie, poprawione i rozszerzone, Kongres Polaków w Republice Czeskiej, Czeski Cieszyn 2023.

W nagłówku tekstu zamieszczono zdjęcie pomnika ku czci osób zamordowanych przez hitlerowców w pacyfikacji wsi Żywocice. Fot. Remigiusz Okraska.

Artykuł zrealizowany w ramach projektu dofinansowanego z środków Kancelarii Prezesa Rady Ministrów w ramach konkursu Polonia i Polacy za Granicą 2023.