Połowiczna likwidacja

Połowiczna likwidacja

Michelin likwiduje zakład produkcji opon ciężarowych w Olsztynie.

Jak informuje serwis money.pl, Michelin rozpoczął likwidację zakładu opon ciężarowych, a produkcję przeniesie do Rumunii. Powodem mają być wysokie koszty produkcji. Zakład opon ciężarowych ma przestać działać do końca roku. Pracuje w nim 430 osób.

Fabryka nie zostanie jednak całkowicie zamknięta. Wszyscy pracownicy dotychczas zatrudnieni w zamykanym zakładzie mają zostać w mieście i otrzymać propozycję pracy w pozostałych zakładach koncernu. Przedstawiciel firmy zaznaczył, że „każda z osób pracujących w zakładzie opon ciężarowych dostanie propozycję pracy na adekwatnym stanowisku odpowiadającym jej kompetencjom i doświadczeniu w innych zakładach – czy to produkcji opon do aut osobowych, czy do maszyn rolniczych, oczywiście w Olsztynie”.

Warunki zaproponowane pracownikom zakładu opon ciężarowych w innych zakładach nie mają być gorsze niż obecne.

Grecja strajkuje

Grecja strajkuje

W środę w Grecji odbywa się ogólnokrajowy strajk generalny. Uczestnicy domagają się podwyżek wynagrodzeń ze względu na wzrost kosztów życia.

Jak pisze pulshr.pl, w Atenach nie działają tramwaje ani metro, w kraju nie kursują też statki ani promy. W strajku uczestniczą też kierowcy autobusów i taksówkarze.

Organizator strajku, największy związek zawodowy GSEE, podkreśla, że pracownicy greckich usług transportowych zarabiają mniej niż ich odpowiednicy w innych krajach europejskich. „Nie możemy żyć godnie” – takie hasło przyświeca środowemu strajkowi.

Rząd Kyriakosa Micotakisa, który otrzymał reelekcję w ubiegłym roku, zapowiedział zwiększenie minimalnego wynagrodzenia do 950 euro do 2027 r. i średniego wynagrodzenia o ponad 25 proc. do 1500 euro.

We wtorek w Grecji strajkowali dziennikarze, którzy również domagają się polepszenia warunków pracy.

Co czwarty na bruk

Co czwarty na bruk

Firma produkująca łopaty do turbin wiatrowych zwalnia jedną czwartą załogi.

Jak informuje Business Insider, firma Goleniów LM Wind Power Blades należy do amerykańskiego koncernu General Electric. Obecnie zatrudnia ponad 800 osób w Goleniowskim Parku Przemysłowym. Ale wkrótce będzie to już tylko 600 pracowników, a możliwe są także dalsze zwolnienia.

Informacja o zamiarze dokonania zwolnień grupowych przekazana została już do Powiatowego, a także Wojewódzkiego Urzędu Pracy. LM jest jednym z największych pracodawców w okolicy. Dla Goleniowa to kolejny problem. W ubiegłym roku około 130 osób zostało zwolnionych z goleniowskiej fabryki mebli IKEA. Załogę zredukowała też fabryka opakowań blaszanych Eviosys.

Coraz mniej firm szuka pracowników

Coraz mniej firm szuka pracowników

Na portalach rekrutacyjnych pojawia się coraz mniej ogłoszeń o pracę.

Jak informuje Business Insider, w marcu 2024 r. pracodawcy na 50 największych portalach rekrutacyjnych w Polsce opublikowali około 262,6 tys. nowych ogłoszeń o pracę. To spadek o 19 proc. w stosunku do analogicznego miesiąca 2023 r. Autorzy raportu firmy analitycznej Grant Thornton wskazują, że ogłoszeń jest mniej niż w poprzednich latach. W 2023 r. w marcu ofert było 325 tys., w 2022 r. – 360 tys., a w 2021 r. – 277 tys. Obecna sytuacja jest zatem najgorsza od trzech lat.

Z badania wynika, że w marcu największy spadek liczby ofert pracy w ujęciu rocznym zanotowano w branży informatycznej – pracodawcy opublikowali tu aż o 50 proc. mniej ofert niż rok temu. Duży spadek widoczny jest też wśród pracowników finansowych oraz HR (po -43 proc.). Natomiast jedyny wzrost dynamiki ofert w marcu zanotowano wśród ogłoszeń dla pracowników fizycznych (+2 proc. r/r).

SUV-y precz z ulic?

SUV-y precz z ulic?

Ponad połowa nowych samochodów kupowanych w Europie to SUV-y. Nie jest to dobra wiadomość.

Jak pisze wyborcza.biz, w 2023 r. sprzedaż SUV-ów w Europie sięgnęła 51 proc. udziałów w rynku. Choć auta te cieszą się wielką popularnością, jednocześnie mają sporo wad. Niszczą nawierzchnię dróg, są paliwożerne, charakteryzuje je podwyższona emisja dwutlenku węgla. Apetyt takich aut na paliwo i prąd wynika z większej masy i wyższego oporu powietrza w czasie jazdy. SUV-y potrzebują także więcej miejsca podczas jazdy ulicą i przestrzeni na parkowanie. Miejsca parkingowe często okazują się zbyt małe, więc zajmowane są np. dwa, poza tym czasem problemem może być nawet szerokość pasów, przestrzeń na węższych uliczkach. Za wzrostem tych gabarytów nie idzie żadne uzasadnienie funkcjonalne. Z badania przeprowadzonego w 2020 r. przez brytyjski portal CarGurus, zajmujący się sprzedażą samochodów, wynika, że współczesne auta są większe aż o 55 proc. w porównaniu z tymi z lat 70.

Przede wszystkim jednak SUV-y nie są zbyt bezpieczne w ruchu ulicznym. IIHS, amerykańska instytucja badająca bezpieczeństwo w transporcie, sprawdziła, jak w zależności od typu nadwozia samochodu rośnie lub maleje ryzyko potrąceń. W przypadku SUV-ów prawdopodobieństwo potrącenia pieszego podczas skręcania na skrzyżowaniu w lewo jest dwukrotnie większe niż w przypadku zwykłych osobówek, a w trakcie skręcania w prawo ryzyko jest aż o 63 proc. wyższe. Również obrażenia po potrąceniu przez SUV są większe i bardziej dotkliwe – wynika to nie tylko z masy pojazdu, ale także jego wysokości, co oznacza uderzenie pieszego w miejsca bardziej wrażliwe.

Zachodnie miasta, np. Paryż, wprowadzają znaczące opłaty za parkowanie autami o wadze powyżej 1,6 tony, również elektrycznymi.

Jadwiga Staniszkis: Granice destrukcji (2004)

Jadwiga Staniszkis: Granice destrukcji (2004)

Dzisiaj zmarła prof. Jadwiga Staniszkis. Przypominamy wywiad z Nią, opublikowany w piśmie „Obywatel” (poprzedniku „Nowego Obywatela”) nr 21, w roku 2004.

Granice destrukcji – z prof. Jadwigą Staniszkis rozmawia Andrzej Zybała

Co było dla Pani najwyraźniejszym dzwonkiem alarmowym, wskazującym, że sposób w jaki wchodzimy w nowe realia po roku 1989, może stać się w przyszłości przyczyną poważnych turbulencji społecznych?

Jadwiga Staniszkis: Już na początku lat 90. spostrzegałam, że stopniowo zanika kreatywność, następuje unieruchomienie czynników produkcji, ale także ludzi, pomysłów. W pewnym momencie przestaliśmy szukać i wykorzystywać rozwiązania czy nisze, które pasowałyby do naszego stadium rozwoju. Jednocześnie następowało coś, co nazwałam później przemocą strukturalną. Była to taka stop-klatka, czyli zatrzymywanie pewnych działań, bo wprowadzano standardy systemowe, które w sposób ewidentny nie leżały w interesie ówczesnej fazy rozwoju Polski. Skutkowało to licznymi ograniczeniami w kreowaniu innowacyjnych rozwiązań naszych problemów, będących spadkiem po komunizmie.

Byłam zaskoczona, jak wielka luka powstała między racjonalnością skali mikro, w której żyjemy, a balcerowiczowską racjonalnością w skali makro. Plan Balcerowicza, co było widać choćby z perspektywy gospodarstwa domowego, to duszenie inflacji poprzez hiperinflację, co niszczyło pieniądz w gospodarce, przy świadomości, że nie ma kapitalizmu bez pieniędzy. Wprowadzona wtedy tzw. wymienialność złotego uzależniła nas od importu kosztem miejsc pracy. Odrzucono politykę przemysłową i administracyjnie utrudniano adaptację firm państwowych do reguł rynku. Dano zielone światło uwłaszczeniu nomenklatury.

Ale na początku wydawało się, że to, co robiono było bardziej przejawem niewiedzy w kwestii tego, jak powstawał prawdziwy kapitalizm, niż jakiegoś systemowego podejścia o charakterze doktryny. Z czasem widać było jednak, że mamy do czynienia z oddziaływaniem globalizacji i integracji, które są wprawdzie różnymi procesami – będącymi nawet w kolizji ze sobą – ale dodatkowo okazywało się, że gdy w obrębie jednego procesu pojawiają się pozytywne zjawiska, to są one wygaszane przez drugi proces. To było szokujące. Później na podstawie rozmów i lektur przekonałam się, że wiele skutków postkomunistycznego transformowania Polski było niezamierzonych. Ci, którzy wprowadzali reformy nie dostrzegli na czas, że przemiany będą miały aż tyle negatywnych skutków.

Kluczową postacią jest tu Leszek Balcerowicz, który sprawiał wrażenie, że wie, co mówi i co proponuje.

Niewątpliwie on był świadomy tego, co robił. Uważał jednak, że nie ma sensu chronić czynników produkcji w skali gospodarki narodowej. Chciał, aby one pracowały w szerszej, globalnej skali, ale nie docenił kosztów społecznych. A potem, kiedy już prawdopodobnie je dostrzegł, nie potrafił się wycofać. Nie był na tyle odważny, aby powiedzieć: pomyliłem się. Nie miał pragmatyzmu polegającego na tym, że nie stosuje się podręcznikowych rozwiązań. Trzeba kluczyć, szukać innowacyjnych podejść odpowiadających specyfice danej sytuacji. Nie docenił rozwiązań instytucjonalnych, w tym różnych horyzontów racjonalności. Mam wrażenie, że poraziła go logiczność myślenia, na bazie którego zrodziła się transformacja. Ona obiecywała szybkie, sprawne załatwienie problemów Polski w oparciu o racjonalność rynków szerszej skali, które miały same z siebie uzdrowić sytuację. Pamiętam, iż na bazie pierwszych doświadczeń transformacji napisałam gdzieś, że intelektualiści u władzy są niebezpieczni. Podtrzymuję to.

Na ile to, co się stało było skutkiem wspomnianej przemocy strukturalnej, płynącej z niektórych środowisk zachodnich, a na ile stanowiło skutek braku pomysłu na Polskę?

To, co opisałam wcześniej, to był pomysł na Polskę. Ale on nie miał szans racjonalnie zadziałać, bo ówcześni przywódcy poruszali się po omacku. Nie znali historii gospodarczej. Stąd wzięło się przecenianie liberalizmu gospodarczego. Co więcej, nadano mu niezwykle prostacką formę, ponieważ okrojono go z kontekstu historycznego. Do tego sporą rolę odegrał snobizm pewnych środowisk, uleganie pseudoautorytetom, lobbystom. Było też przekonanie, że muszą być koszty społeczne, co uznawano za normalne. Rozluźniło to morale. No i mało było wrażliwości społecznej. Natomiast przemoc strukturalna była skutkiem braku zdolności do właściwej oceny naszej sytuacji, braku odwagi myślenia o nas samych jako podmiocie w procesach historycznych. Stąd taka duża gotowość do literalnego przejmowania zewnętrznych rozwiązań, które były racjonalne, ale dla post-industrialnej fazy kapitalizmu. Te rozwiązania w istocie nie pasowały do naszej sytuacji, a wręcz zaostrzały problemy, bo ów brak korespondencji między przyjętymi instytucjami a naszym stadium rozwoju utrudniał formowanie kapitału krajowego i zwiększał chaos.

Jeden z posłów na początku lat 90. zapytał pracownika Międzynarodowego Funduszu Walutowego, dlaczego ta instytucja zaaplikowała nam taką ostrą kurację wstrząsową. Tamten odpowiedział, że oni tylko proponowali, czyli z naszej strony nie było próby negocjowania warunków planu stabilizacyjnego.

U nas ich propozycje traktowano jak polecenie. Obrazowało to nieumiejętność funkcjonowania autonomicznie. Natomiast naszą szansą była wówczas kreatywna samoorganizacja oparta na rozumieniu wewnętrznej sytuacji. Pojawiały się przecież wartościowe inicjatywy, jak oddolny ruch finansowy w postaci Spółdzielczych Kas Oszczędnościowo-Kredytowych (SKOK) czy akcjonariat pracowniczy. Do dziś zresztą to prości ludzie, broniąc miejsc pracy, starają się ratować substancję przemysłową. Gdy przyjrzymy się ścieżkom integracji krajów zachodnich, to okazuje się, że one wykorzystywały swój wewnętrzny kapitał instytucjonalny, wnosiły swoje rozumienie tego, czym jest porządek społeczny. My również mamy własną specyfikę, od której nie można uciekać, bo niczego tą drogą nie da się osiągnąć. W naszej tradycji – związanej w dużej mierze z nurtem tomistycznym – porządek społeczny jest mniej zakorzeniony w formalnych instytucjach społecznych, a bardziej wyraża się w oddolnych, spontanicznych inicjatywach z silnym motywem „przywracania sprawiedliwości”. Ale można było to podejście również twórczo wykorzystać, co być może mogłoby przyczynić się do stworzenia jakiegoś polskiego modelu. W sumie tworzono jednak instytucje, które pozostawiały ludzi z poczuciem obcości.

Niektórzy intelektualiści zachodni oczekiwali, że nasze doświadczenie pokojowego zwycięstwa nad komunizmem zrodzi nowe pomysły na porządek społeczny. Później można było słyszeć głosy rozczarowania z tamtej strony, mówiące, że nam chodziło tylko o osiągnięcie zachodniego poziomu życia.

Uważano u nas, że jedno i drugie można osiągnąć metodami Balcerowicza. Ale nie zachowano pewnej sekwencji zmian, stadiów reformowania. Moim zdaniem, jeśli chciano naśladować Zachód, to lepiej było skoncentrować się raczej na okresie powojennym, kiedy konstruowano tam porządek społeczny i gospodarczy na następne dziesięciolecia. Wówczas w większym stopniu niż u nas na początku lat 90. uwzględniano interesy różnych grup społecznych, kompleksowo prowadzono restrukturyzację całych gałęzi, istniała też większa wola do szukania kompromisowych rozwiązań, opierając się na korporacyjnym dialogu między organizacjami pracodawców i pracowników. Należało w Polsce szukać współczesnych form tamtych rozwiązań.

Ale wydawało się początkowo, że Europa Zachodnia nie będzie forsowała u nas takich wstrząsowych kuracji. Powstał przecież Europejski Bank Odbudowy i Rozwoju (EBOiR), który miał być przeciwwagą dla anglosaskich strategii Banku Światowego.

Tak, ale to były za małe pieniądze i tym samym nie mogło mieć odpowiedniej skali. W końcu to też uległo polityzacji i poszło w kierunku budowania doraźnych koalicji. Z czasem EBOiR skoncentrował się na Rosji.

Wyrażała Pani opinie, że nie mieliśmy szans na wybranie drogi środka. Z jednej strony był model szybkiego imitowania zachodnich rozwiązań, a z drugiej – tylko Białoruś, która wybrała autorytarną formę niezależności od otoczenia.

Sama również nie doceniłam niektórych rozwiązań, które mogły współtworzyć taką odrębną ścieżkę przekształcania Polski. Na przykład na początku byłam przeciwna akcjonariatowi pracowniczemu. Obawiałam się, że to rozwiązanie pójdzie w kierunku silnej redystrybucji dochodów, czyli szybkiego spieniężania majątku produkcyjnego, ale okazało się, że jest to swoista tama przeciwko różnym typom rabunkowych prywatyzacji. Pracownicy w imię obrony miejsc pracy umieli zdobyć się na ograniczenie krótkoterminowych korzyści celem długoterminowej perspektywy stabilności. Podobnie szansą była ochrona takich rozwiązań, jak choćby kółka rolnicze. Taka forma samoorganizacji odpowiadała warunkom na wsiach, gdzie mamy do czynienia z małymi gospodarstwami, którym nie są niezbędne własne maszyny. Zostały one zresztą kupione do kółek z pieniędzy rolników. Ostatecznie kółka rolnicze zostały zawłaszczone przez lokalną nomenklaturę, a powinny służyć całej wsi. Zresztą tu uwidocznił się bardzo poważny problem, który jest widoczny w całym społeczeństwie. Mam na myśli słabą zdolność do współpracy w imię zbiorowych celów. To wywraca wiele rzeczy, które można było tworzyć. Sieci współpracy na wsiach mogły chociażby przeciwstawić się supermarketom poprzez tworzenie odpowiadających im zasad i form dystrybucji płodów rolnych.

Myśmy zachłystywali się swobodą, prawami obywatelskimi, a zaniedbaniu uległy konkretne instytucje, w których ta wolność mogłaby się wyrażać w sposób twórczy i konstruktywny.

Zastanawiam się, czy część źródeł niepowodzeń naszej transformacji nie leży w dość zniekształconej modernizacji, którą przechodziła Polska po wojnie. Znaczna część ludności wiejskiej była transferowana w realia dużych zurbanizowanych ośrodków bez uświadomienia, że to jest zupełnie inna forma życia, której trzeba się nauczyć.

Tak, to miało swoje znaczenie, ale można również sięgnąć jeszcze głębiej, bo do przełomu nominalistycznego z XIV wieku, który odbył się wewnątrz chrześcijaństwa. Wówczas na Zachodzie zaczęło się myślenie o porządku społecznym jako formie zastępowania rzeczywistości nową realnością, czyli instytucjami, prawem, procedurami. Był to początek kształtowania się metafizyki państwa, czyli wiary w nową racjonalność wyrażającą się w instytucjach społecznych. Towarzyszyło temu również przesunięcie problemu wartości ze sfery abstrakcji na poziom indywidualnego sumienia i odpowiedzialności, co wykształciło pewien typ etycznego indywidualizmu. Wynikało to z odrzucenia tomistycznej koncepcji mówiącej o tym, że porządek społeczny jest formą przywracania sprawiedliwości, wartości. U nas nie było tych procesów. Nie powstała metafizyka państwa, a więc nie mamy zbyt silnej tradycji kreowania instytucji i procedur społecznych jako narzędzi służących rozwiązywaniu swoich problemów.

W każdym razie w Polsce mamy teraz problem polegający na tym, że nie patrzymy na porządek społeczny w kategoriach formy. Forma jest dla nas tylko pewnym automatycznym refleksem czy cieniem materii. Prawo traktuje się u nas jako instrument władzy, a nie jako coś, co ma własną logikę. Nie odróżniamy prawa i procedur jako pewnych zasad zbiorowego działania. Nie powinniśmy odbierać prawa w kategoriach statusowych, oznaczających, że człowiek panuje nad człowiekiem. Prawo jest niezbędną formą dzisiejszego współżycia.

Jako członek Unii Europejskiej stykamy się z tym problemem. Tam mamy do czynienia z zarządzaniem wielopasmowym w poszczególnych politykach, gdzie wyznacza się standardy po to, aby koncentrować energię i aby rządzić nie na zasadzie rozkazów. Chodzi o tworzenie procedur w skali Unii, które będą penetrowały społeczeństwo głębiej od tego, co może stworzyć rząd. Tworzenie procedur jest tym typem władzy, który wymyka się tradycyjnemu myśleniu. Jest to władza niejako bez hierarchii i bez wyraźnych aktorów. U nas postrzega się władzę w taki sposób, w jaki ona już nie funkcjonuje. Powiedzmy dla przykładu, że u nas, gdy ludzie widzą samolot, to instynktownie pytają, gdzie jest pilot. A tu nie o to chodzi.

U nas instytucje rozumiane są często jako coś, co przeszkadza, ogranicza. W to wkomponowuje się mit romantycznej wolności. Tymczasem wydaje się, że punktem odniesienia do organizacji dzisiejszego społeczeństwa jest wizja autostrady, gdzie bez przestrzegania wspólnych reguł giną wszyscy.

Tak. My nie mieliśmy zbyt głębokiego doświadczenia państwa rozumianego jako weberowska biurokracja. Nie mieliśmy więc poczucia, że zużywamy pewną formę rządów i wypracowujemy nową, lepiej odpowiadającą danym realiom…

…Finlandia jednak do początków XX wieku w ogóle nie miała niepodległości, a mimo to dzisiaj ma sprawne, nowoczesne państwo, które jest dobrze przystosowane do globalnych warunków…

…ale Finowie mają silny moment indywidualnej odpowiedzialności. Wartości są zakorzenione na poziomie jednostek, wiedzą jak współpracować ze sobą dla wspólnych celów i tworzyć instytucje dla przetrwania. To jest właśnie ten wspomniany wyżej nominalizm, czyli świadomość, że forma i materia to są dwie różne dynamiki. Etyczność istnieje w jednostkach, a porządek społeczny oparty jest na procedurach i regułach. To jest kręgosłup, a instytucje polityczne są często tylko uzupełnieniem.

Wielokrotnie wskazywała Pani na destrukcyjną rolę tego modelu prywatyzacji, który został przyjęty w Polsce. Racjonalnie można go zrozumieć tylko uwzględniając wysoki współczynnik korupcji. W jakim stopniu motywy korupcyjne zdecydowały o tym procesie?

Oczywiście korupcja w znacznym stopniu decydowała o charakterze tego procesu, ale warto się przyjrzeć też legalnym mechanizmom. Na przykład zdecydowano o przydzieleniu menedżerom pewnego darmowego pakietu akcji. Sprawiło to, że dążyli do sprzedaży przedsiębiorstw bez uwzględnienia szerszego interesu. Uważali, że zawsze lepiej dostać te 15 procent akcji nawet w złej prywatyzacji, niż nie dostać nic. Tym bardziej, że każda następna ekipa rządowa mogła danego menedżera pozbawić stanowiska. Dlatego dążyli do sprzedaży za wszelką cenę…

…ale gdy weźmiemy pod uwagę sprzedaż zewnętrznym inwestorom choćby banków czy TP SA, to jest to w swojej istocie tak absurdalne, że trudno to zrozumieć bez motywów korupcyjnych.

Zgadza się i to pociągało za sobą drastyczne konsekwencje w postaci choćby rozbicia łańcucha kooperantów. Na przykład przejęcie TP SA przez francuski Telecom łączy się z upadkiem Fabryki Kabli Ożarów, bo nowy właściciel wprowadził do użytku swoje kable i zrezygnował z zakupów w Ożarowie. Problem polega na tym, że w Polsce mało kto myśli systemowo czy całościowo, widząc zależności różnych wymiarów i sfer. Gospodarka jest właśnie taką organiczną całością, w której poszczególne elementy są współzależne. W wielu dziedzinach mamy do czynienia z daleko posuniętą fragmentaryzacją, w której ginie całość obrazu.

Co musi się stać, aby otrząsnąć się z tego poczucia niemocy, żeby zahamować negatywny bieg wydarzeń w kluczowych sferach?

Po pierwsze musi nastąpić przebudowa państwa, aby ograniczyć skutki wspomnianej fragmentaryzacji, która sprawia, że różne zasoby funkcjonują w różnych logikach, co przesądza o irracjonalnej alokacji środków. Dlatego powinno być więcej instytucji reprezentujących całościowy interes kraju. Interesujący jest pomysł Ryszarda Tupina, który zaproponował wprowadzenie Prokuratorii Generalnej, ale nie tradycyjnie rozumianej, lecz takiej, która będzie np. reprezentowała interes całości wobec instytucji międzynarodowych. Ponadto trzeba odejść od logiki branżowej, czyli myślenia wąskimi interesami, które nie tworzą żadnej całości, a generują przypływy finansowe, często o korupcyjnym charakterze. Konieczne jest myślenie o władzy jako zdolności skupiania energii dla strategicznych celów i umiejętność koordynowania – w imię całości – pajęczyn sieciowego państwa i gospodarki.

Potrzebne są również zmiany polityczne, w tym stworzenie wyraźnego ośrodka władzy. Konieczne jest dopasowanie naszej administracji do pasmowej struktury administracji unijnej, aby na bieżąco negocjować procedury, wstawiać w nie nasz interes, to znaczy interes całości kraju. Obok tego trzeba stworzyć ośrodek myślenia strategicznego…

…a czy nas jeszcze stać na myślenie strategiczne w kategoriach interesu Polski?

…oczywiście kategoria kraju jako całości zanika, bo państwo jest rozrywane wąskimi interesami, ale trzeba starać się zatrzymać ten proces i odbudować to, co jeszcze można. Funkcjonujemy w szerszym europejskim organizmie i musimy wypracować takie zasady funkcjonowania w nim, aby było to zgodne z interesem ludzi żyjących na naszym terytorium, aby nie płacili nadmiernej ceny…

…ale coraz bardziej problematyczna jest też kategoria: ludzie żyjący na danym terytorium.

Jest oczywiście rozwarstwienie, ale wydaje mi się, że nawet ci, którzy realizując swoje prywatne interesy przyczyniali się do tego rozwarstwienia, teraz spostrzegają, że tracą, albo mogą stracić na zupełnym zaniku pewnego wspólnego interesu publicznego. Okazuje się bowiem, że bez zapewnienia dynamiki wewnętrznej w postaci choćby odpowiedniego poziomu popytu wewnętrznego, pieniądze odpłyną stąd, a gospodarka zwiędnie. Nawet oligarchowie z Ameryki Łacińskiej myśleli w kategoriach rynku narodowego, na którym działają, co jakoś spajało kraj jako całość. Sądzę, że obecnie daje się zauważyć u wielu Polaków potrzebę odbudowy. Również korporacje zagraniczne zaczynają rozumieć, że są pewne granice wyniszczenia państwa, po przekroczeniu których wszyscy tracą. Mogą być zatem zainteresowani naprawą tej sytuacji.

Wymagałoby to moralnego przewartościowania.

Tak, ale wymaga też intelektualnego przewartościowania. Umożliwiłoby to powrót do patrzenia systemowego i konstatacji, że życie społeczne jest wielowymiarowe, że są negatywne strony funkcjonowania państwa w przestrzeni czysto komercyjnej. Państwo istnieje tak długo, jak długo reprezentuje interes całości, w ramach której – w tym w jej skali i czasie – funkcjonuje. Państwo to nie są tylko symbole i instytucje, ale to jest proces i może zanikać, nawet jeśli formalnie wydaje nam się, że istnieje. I to ma konsekwencje społeczne. Jeśli ludzie nie mają nowoczesnych instytucji, które sami generują i są ubezwłasnowolnieni psychicznie, to wszystko się rozpada. Co więcej, za odpaństwowieniem idzie potem odspołecznienie.

Mówi Pani także, iż w Polsce już nie ma władzy.

Formalnie wciąż mamy, ale ona nie panuje. Dba już tylko o swoje interesy i walczy o własne przetrwanie. Natomiast nie mamy systemu rządzenia. Władza nie jest zdolna do rozwiązywania najpoważniejszych problemów.

Dziękuję za rozmowę.

Warszawa, październik-listopad 2004 r.

Komponent regionalny

Komponent regionalny

Kto na szybkiej kolei zyska, a kto straci? Jak kolej dużych prędkości wpływa na rozwój regionów i ich dostępność komunikacyjną.

Tak jak komponent lotniczy Centralnego Portu Komunikacyjnego jest traktowany jako zagrożenie dla lotnisk regionalnych, tak komponent kolejowy – zakładający budowę linii dużych prędkości – bywa uznawany za zagrożenie dla rozwoju istniejących linii kolejowych.

Lokalne społeczności, gdy dowiadują się o planie wytyczenia szprychy przez swoją małą ojczyznę, odbierają to jako zagrożenie dla lokalnych tkanek, a nie infrastrukturę, która może zapewnić im szybki dojazd do dużych miast.

Efekt tunelu

W dokumencie „Europejska perspektywa rozwoju przestrzennego” Komisja Europejska już w 1999 r. przestrzegała przed efektem tunelu, który tworzy się, gdy koleje dużych prędkości, łącząc duże aglomeracje, przecinają tereny peryferyjne bez zapewniania połączeń ich mieszkańcom. Wygląda na to, że planiści komponentu kolejowego CPK mieli w tyle głowy powyższe zagrożenie. W wybranym już wariancie przebiegu najważniejszej szprychy – czyli rozwidlającej się linii dużych prędkości z Warszawy przez Łódź do Wrocławia i Poznania – zaplanowano kilka stacji pośrednich zarówno w mniejszych miastach, jak i w gminach wiejskich.

Na wlocie do aglomeracji łódzkiej od strony Warszawy powstać ma stacja w Brzezinach. Do tego liczącego 12 tys. mieszkańców miasta powiatowego obecnie nie da się dojechać pociągiem – zbudowanie szprychy będzie więc oznaczać, że Brzeziny uzyskają dostęp do kolei. Stacja – która ma być zlokalizowana niecałe 2 km od centrum miasta – umożliwić ma dojazd do centrum Łodzi w 10 min. (samochodem jedzie się około 30 min., a autobusem około 50 min.).

Jak wynika z wariantu inwestorskiego, stacja Brzeziny będzie jedyną – oprócz terminalu kolejowego na lotnisku – pośrednią stacją pasażerską na linii dużych prędkości między Warszawą a Łodzią. Wycofano się bowiem z wcześniej rozważanego stworzenia stacji Bolimów i Łyszkowice, choć linia ma biec tuż przy tych miasteczkach, a szybkie połączenia zapewniłyby obszarom między Łodzią a Warszawą, które leżą w oddaleniu od istniejących linii kolejowych, poprawę dostępności do obydwu tych miast.

Rewolucja na peryferiach

Na zachód od Łodzi zaplanowano stację pasażerską w gminie wiejskiej Wodzierady, która liczy 3,7 tys. mieszkańców. Kolejną gminą wiejską, w której wariant inwestorski przewiduje stworzenie stacji, jest licząca 2,5 tys. mieszkańców gmina Czajków – leży ona w województwie wielkopolskim na granicy z województwem łódzkim. Z Czajkowa do Poznania jest 170 km, a do Łodzi 105 km. Peryferyjność tego rejonu pogłębia to, że znajduje się on pośrodku dużej białej plamy w sieci kolejowej – z Czajkowa do najbliższych stacji kolejowych jest około 30 km. Dlatego powstanie stacji pasażerskiej na linii dużych prędkości byłoby rewolucją nie tylko dla gminy Czajków, ale też sąsiednich gmin Brąszewice i Klonowa w województwie łódzkim. Kolej dużych prędkości może bowiem zapewnić dojazd stąd do Łodzi i Wrocławia w mniej niż godzinę.

Przyjęty przez CPK wariant przebiegu odgałęzienia od Sieradza do Poznania przewiduje budowę stacji pasażerskich w Błaszkach w powiecie sieradzkim i Nowym Mieście nad Wartą w powiecie średzkim.

Stacje pośrednie na liniach dużych prędkości nie będą oczywiście odpowiedzią na potrzeby mobilności w skali lokalnej, związane z dojazdem do miejscowych szkół, sklepów, urzędu gminy czy ośrodka zdrowia. Za to otwierają dostęp do miejsc pracy i nauki w dużych miastach, co pozwala w nich pracować czy studiować bez wyprowadzania się ze swojej małej ojczyzny.

Atrakcyjny adres

W Niemczech efekt w postaci wzrostu liczby ludności przyniosło wybudowanie na linii dużych prędkości Frankfurt nad Menem – Kolonia stacji w Montabaur, 15-tysięcznym mieście leżącym pośród wzgórz Westerwald na peryferiach landu Nadrenia-Palatynat. Pociągami InterCityExpress można stąd dojechać w około 40 min. do Frankfurtu nad Menem i Kolonii. Od otwarcia stacji w 2002 r. miastu Montabaur przybyło 2 tys. mieszkańców, a przy tym – jak wskazały statystyki kolei Deutsche Bahn – jest to miasto, w którym odnotowano największy w całych Niemczech odsetek mieszkańców posiadających roczny bilet sieciowy na kolej BahnCard 100.

Obok stacji Montabaur powstał nowy kwartał zabudowy, na który składają się dworzec autobusowy, centrum handlowe, budynki mieszkalne i biurowce, w których siedziby ma między innymi kilka dużych firm branży informatycznej. Małe miasto z szybkim dojazdem koleją do dwóch aglomeracji – kolońskiej i frankfurckiej – okazało się być atrakcyjnym adresem.

Dziś już mało kto pamięta, jakie emocje budziła decyzja, że na linii dużych prędkości Kolonia – Frankfurt nad Menem powstaną stacje Montabaur oraz Limburg Süd na obrzeżach 36-tysięcznego miasta Limburg an der Lahn. To, że część mknących 300 km/h pociągów InterCityExpress stanie po drodze, by zabrać pasażerów z mniejszych miast, nazwano na łamach tygodnika „Der Spiegel” drogim kuriozum i zapłatą dla samorządów, aby nie piętrzyły trudności podczas budowy linii. Dziennikarze wieszczyli, że Montabaur i Limburg Süd będą stacjami-widmo, a dziś korzysta z nich po 2-3 tys. pasażerów dziennie.

Nikt nie myślał

Emocje towarzyszyły też budowie stacji pośrednich na liniach dużych prędkości we Francji – zlokalizowane z dala od dużych miast stacje ochrzczono mianem dworców buraczanych.

Takie stacje powstały już w 1981 r. na pierwszej francuskiej linii dużych prędkości Paryż – Lyon. Na tym ciągu stacje pośrednie – Le Creusot TGV i Mâcon-Loché TGV – powstały tylko w granicach jednego departamentu: Saône-et-Loire. Decydujący był bowiem lobbing lokalnych polityków, którzy zażądali stacji pośrednich, gdy w kontekście kolei dużych prędkości jeszcze nikt nie myślał o mieszkańcach mijanych peryferii. Przez wszystkie inne departamenty po dziś dzień pociągi TGV łączące Paryż z Lyonem mkną 300 km/h bez postojów.

Skutkiem jest paradoks zniekształcający mapę kolejową. Mianowicie z Paryża do pierwszej, oddalonej aż o 300 km, stacji Le Creusot TGV jedzie się około 1 godz. 20 min. Dużo szybciej niż do leżącego 170 km od Paryża miasta Auxerre, dokąd podróż zwykłym pociągiem zajmuje 1 godz. 50 min. Auxerre jest stolicą departamentu Yonne, przeciętego szybką koleją Paryż – Lyon bez zapewnienia stacji pośredniej.

Przy planowaniu kolejnych linii dużych prędkości zaczęto zwracać większą uwagę na zapewnienie lepszej do nich dostępności poprzez bardziej równomierne rozłożenie stacji. Widać to na otwartej w 2007 r. linii łączącej Paryż ze Strasburgiem. Została ona tak zaplanowana, aby – poza stołecznym regionem Île-de-France – każdemu mijanemu departamentowi zapewnić stację pasażerską.

W departamencie Marne powstała stacja Champagne-Ardenne TGV. Znajduje się ona w miejscowości Bezannes na przedmieściach liczącego 179 tys. mieszkańców miasta Reims, z którego dociera do dworca linia tramwajowa. Na stację wjeżdżają także pociągi regionalne dowożące pasażerów z sąsiedniego departamentu Ardennes.

Stacja Meuse TGV powstała na obszarze wiejskim, by zapewnić dostęp do szybkich pociągów społeczności departamentu Meuse. Na pociągi TGV pasażerów dowożą autobusy z trzech największych miast departamentu: Verdun (17 tys. mieszkańców), Bar-le-Duc (15 tys.) i Commercy (5 tys.), które leżą w promieniu 30 km od stacji.

Stacja Lorraine TGV znajduje się przy granicy departamentów Meurthe-et-Moselle i Moselle. Połączenie z oddalonymi o około 30 km od stacji ich stolicami – Nancy (104 tys. mieszkańców) i Metz (121 tys.) – zapewniają linie autobusowe.

Szybkość kontra dostępność

We Francji duża część stacji pasażerskich na liniach dużych prędkości powstała w oddaleniu od większych miast. Nawet jeśli jednym z zadań danej stacji jest obsługa miasta. Wiąże się to z dylematem, który spółka CPK przedstawia w opisie planowania przebiegu szprych: „Chęć wytyczenia linii kolejowej w pobliżu centrum danej miejscowości i maksymalizacja korzyści wynikających z atrakcyjnej lokalizacji stacji łączy się często z koniecznością inwestycyjnej ingerencji w obszary gęsto zabudowane. Z kolei odsuwanie linii od głównych ośrodków osadniczych na danym terenie powoduje zmniejszenie dostępności przestrzennej, a co za tym idzie – ograniczenie roli kolei w zaspokojeniu potrzeb przewozowych”.

We Francji od początku rozwoju kolei dużych prędkości prymat nadano szybkości, a nie dostępności. Tego skutki obserwować można na przykładzie 147-tysięcznego Aix-en-Provence. Dworzec w tym mieście jest obsługiwany tylko przez pociągi regionalne. Natomiast składy TGV – jadące 30 min. do Marsylii, godzinę do Lyonu, trzy godziny do Paryża – stają 15 km za miastem: na stacji Aix-en-Provence TGV, do której można się dostać autobusem lub samochodem (przy stacji jest płatny parking na 2910 miejsc).

W Niemczech standardem jest włączanie linii dużych prędkości w istniejące węzły. Dzięki temu pociągi dużych prędkości – choć wymusza to wolniejszy przejazd przez węzeł – zatrzymują się na dworcach w centrach miast. Nie tylko dużych jak 215-tysięczny Erfurt, ale i średnich jak 70-tysięczna Fulda. Dzięki temu pociągi dużych prędkości stają na tych samych dworcach co pociągi regionalne – umożliwia to skomunikowania między tymi połączeniami.

We Francji taką możliwość dają z kolei pozamiejskie dworce, które przybrały formę dwupoziomowych węzłów na przecięciu linii dużych prędkości z liniami regionalnymi. Na przykład na stacji Valence TGV, zbudowanej na odcinku Lyon – Marsylia, można się przesiąść do pociągów regionalnych, które kursują prostopadłą linią Grenoble – Valence (samo liczące 64 tys. mieszkańców miasto Valence leży 11 km od stacji Valence TGV).

Taki węzeł przesiadkowy mógłby powstać chociażby na przecięciu szprychy Warszawa – Łódź z linią Łowicz – Skierniewice. Jednak w Polsce, przynajmniej na obecnym etapie, nie zaplanowano tego typu stacji.

Dylemat zjazdu

Kompromisem między dostępnością a szybkością może być prowadzenie linii dużych prędkości poza miastami, ale przy tym zapewnianie łącznic, którymi część pociągów zjeżdża z szybkiej linii, by zatrzymać się na dworcu w mieście, a potem wraca na trasę high-speed. W Niemczech tak jest obsługiwany 42-tysięczny Coburg, a we Francji 90-tysięczne Poitiers.

Plany spółki CPK zakładają, że tak ma też wyglądać obsługa Sieradza, Kępna, Jarocina i Środy Wielkopolskiej – według aktualnych wariantów, powstać mają łączniki, które pozwolą pociągom opuścić linię dużych prędkości i zatrzymać się w tych miastach przy istniejących dworcach.

Na etapie tworzenia oferty przewozowej rodzi to jednak kolejny dylemat – związany z tym, że postój na stacji umiejscowionej na linii dużych prędkości zajmuje mniej czasu niż zjechanie do miasta. Na przykład obsłużenie Coburga wydłuża czas jazdy pociągu ICE o około kwadrans. Stacje wymagające opuszczenia linii dużych prędkości zazwyczaj są więc mniej hojnie obdarzane postojami niż stacje wybudowane na tych liniach. Do Coburga zajeżdża osiem pociągów ICE dziennie, a na zlokalizowanej bezpośrednio na szybkiej linii stacji Limburg Süd staje około 30 pociągów ICE.

Regiony dużych prędkości

Linie dużych prędkości wcale nie muszą być obsługiwane wyłącznie pociągami najwyższych kategorii. W Niemczech – w przeciwieństwie do Francji – szybkie linie służą również połączeniom regionalnym.

Na działającym od grudnia 2022 r. odcinku kolei dużych prędkości Ulm – Wendlingen pociągi regionalne kursują co godzinę, zatrzymując się na zbudowanej specjalnie dla nich stacji Merklingen-Schwäbische Alb (składy ICE przejeżdżają przez nią bez postoju). Stacja powstała w liczącej 2 tys. mieszkańców gminie Merklingen. Pociągi regionalne relacji Ulm – Wendlingen osiągają prędkość 200 km/h. Docelowo, po otwarciu kolejnego odcinka linii dużych prędkości, od Wendlingen do Stuttgartu, przez Merklingen mają zostać skierowane połączenia RegionalExpress Friedrichshafen – Ulm – Stuttgart – Karlsruhe, co bardziej włączy szybką linię w sieć regionalną landu Badenia-Wirtembergia.

W Bawarii linia dużych prędkości łącząca Monachium z Norymbergą jest włączona w sieć kolei regionalnej już od 2006 r. Obok składów InterCityExpress kursują nią pociągi RegionalExpress relacji Norymberga – Ingolstadt – Monachium, które na szybkiej linii zatrzymują się na stacjach Kinding i Allersberg w gminach liczących po kilka tysięcy mieszkańców. Dodatkowo na linię wjeżdża kolej miejska S-Bahn, dogęszczając ofertę ekspresów regionalnych na odcinku od Norymbergi do stacji Allersberg. Występuje tu duża rozpiętość prędkości: składy ICE mkną 300 km/h, ekspresy regionalne osiągają 190 km/h, a pociągi S-Bahn rozpędzają się „tylko” do 160 km/h.

Jak zatrzymać pociąg?

Plany spółki CPK przewidują, że liniami dużych prędkości – na których pociągi dalekobieżne mają rozpędzać się do 250 km/h – będą też kursować pociągi regionalne osiągające prędkość 160 km/h.

Stworzony w spółce CPK horyzontalny rozkład jazdy – zarys oferty przewozowej na czas po zbudowaniu szprych – przewiduje wprowadzenie połączeń RegioExpress, które na przykład na Mazowszu miałyby zapewnić dojazd z Płocka do Warszawy w niecałą godzinę. Dla Wielkopolski przewidziano pociągi RegioExpress łączące Poznań z południowym wschodem regionu: Kaliszem, Ostrowem Wielkopolskim, Ostrzeszowem i Kępnem. Dla województwa łódzkiego zaplanowano pociągi z Łowicza oraz Skierniewic, które wjeżdżając na linię dużych prędkości, zapewniłyby dojazd do Łodzi w pół godziny, po drodze zatrzymując się tylko na stacji Brzeziny.

Finalnie decyzja o wprowadzeniu połączeń regionalnych na linie dużych prędkości będzie należeć od samorządów województw. Muszą one mieć na uwadze, że linie dużych prędkości będą zasilane prądem zmiennym o napięciu 25 kV, a nie – jak istniejąca sieć kolejowa – prądem stałym 3 kV. Oznacza to, że do obsługi połączeń RegioExpress – które mają jeździć zarówno klasycznymi liniami, jak i liniami dużych prędkości – konieczny będzie zakup taboru dwunapięciowego.

Nie zawsze jednak ruch regionalny na linii dużych prędkości gwarantuje dużą do niej dostępność. W Niemczech w czerwcu 2024 r. ruszą pociągi RegionalExpress relacji Norymberga – Coburg – Erfurt. Od Coburga do Erfurtu będą one jechać aż 87 km bez postoju, gdyż między tymi miastami na linii dużych prędkości nie powstała żadna stacja pasażerska. Kontrowersje budzi to zwłaszcza w 39-tysięcznym Ilmenau, którego linia biegnie skrajem. W układzie torowym stacji technicznej Ilmenau-Wolfsberg została nawet zachowana rezerwa pod perony – wciąż jednak ich nie wybudowano.

Ucieczka z raju

Ilmenau leży przy ciągu, którym od 2017 r. kursują pociągi ICE łączące Berlin z Monachium. Na ciąg składają nowe odcinki zapewniające prędkość 300 km/h, jak również linie zmodernizowane do prędkości 160-200 km/h. Wraz ze skierowaniem pociągów nową trasą czas jazdy z Berlina do Monachium skrócił się z 6 godz. 11 min. do nawet 3 godz. 49 min. – tyle jedzie najszybszy pociąg ICE Sprinter, który jedyny postój ma w Norymberdze.

Warunkiem znaczącego skrócenia czasu podróży między Berlinem a Monachium było przeniesienie pociągów ICE na nowy ciąg z wijącej się doliną Soławy linii kolejowej, na której obowiązują prędkości 80-120 km/h. Z połączeniami ICE musiały pożegnać się miasta leżące na tej linii – nie tylko liczące po 20-30 tys. mieszkańców Naumburg, Saalfeld i Lichtenfels, ale też 111-tysięczna Jena. Dla mieszkańców było szokiem, że z dnia na dzień tracą wszystkie pociągi ICE, które kursując co godzinę w relacji Monachium – Berlin – Hamburg, zapewniały im bezpośredni dojazd do trzech największych miast Niemiec. Na dworcu Jena Paradies, znajdującym się 350 metrów od miejskiego rynku, setki ludzi żegnały pociągi ICE – nazajutrz pomknęły one 300 km/h linią dużych prędkości wybudowaną 30 km od Jeny.

Efekt starorzecza

Wśród zjawisk związanych z kolejami dużych prędkości można obok efektu tunelu wskazać efekt starorzecza. Przejawia się w tym, że szybkie linie – mimo że wytyczone są przez słabiej zaludnione tereny – wysysają połączenia dalekobieżne z klasycznych linii biegnących przez duże miasta.

Efektu starorzecza obawiają się władze województwa kujawsko-pomorskiego. – „Kolej dużych prędkości nie interesuje nas jako przedsięwzięcie tranzytowe, ale jako projekt, z którego skorzystają wszyscy mieszkańcy Kujaw i Pomorza” – mówił w maju 2023 r. kujawsko-pomorski marszałek Piotr Całbecki, a na początku marca 2024 r. wraz z innymi samorządowcami podpisał się pod deklaracją na rzecz rozszerzenia planów CPK o dodatkową linię dużych prędkości, która miałaby połączyć Warszawę ze Szczecinem przez Toruń i Bydgoszcz.

Co prawda, plany CPK uwzględniają poprowadzenie przez Kujawy i Pomorze szprychy z Warszawy do Trójmiasta, ale wytyczono ją w oddaleniu od Torunia i Bydgoszczy. Ma biec w rejonie Lipna, Golubia-Dobrzynia i Wąbrzeźna, czyli miast powiatowych liczących po około 12 tys. mieszkańców, na obrzeżu których planuje się wybudować stacje pasażerskie. Linia dużych prędkości ma też obsługiwać Grudziądz – plany zakładają jej włączenie w węzeł grudziądzki, co pozwoli szybkim pociągom zatrzymywać się w tym 90-tysięcznym mieście na istniejącej stacji.

Jednakże departament planowania rozwoju i innowacji samorządu województwa kujawsko-pomorskiego przedstawił wizję, w której – jeśli Toruń i Bydgoszcz znajdą się poza siecią dużych prędkości, a mniejsze miasta uzyskają szybkie połączenia z innymi regionami – „Grudziądz, Wąbrzeźno, Golub-Dobrzyń, Lipno wpadają w orbitę wpływów Trójmiasta i Warszawy”.

Przedstawiciele CPK podczas konsultacji regionalnych podkreślali, że w planach jest wybudowanie w rejonie Włocławka łącznika, którym część szybkich pociągów zjedzie z linii dużych prędkości na istniejącą linię, aby obsłużyć największe miasta województwa kujawsko-pomorskiego: Włocławek, Toruń i Bydgoszcz. Planiści CPK zaznaczyli też, że linię dużych prędkości będzie można włączyć w system połączeń regionalnych i uruchomić pociągi RegioExpress jadące z Grudziądza do Wąbrzeźna i dalej istniejącą linią przez Kowalewo Pomorskie do Torunia. Taka podróż z Grudziądza do Torunia Głównego miałby trwać 45 min. (obecnie pociągi regionalne pokonują tę relację w około 1 godz. 10 min.).

W dyskusjach nad CPK czasem zapomina się, że szprychy mają być częścią polskiej sieci kolejowej, a nie oddzielnym systemem czy czymś, co istniejącą sieć ma zastąpić.

Karol Trammer

Tekst pochodzi z dwumiesięcznika „Z Biegiem Szyn” (nr 2/129 marzec-kwiecień 2024) http://www.zbs.net.pl

Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Tomasz Chmielewski

Wielkie zwolnienia w niemieckich hutach

Wielkie zwolnienia w niemieckich hutach

Niemiecki koncern hutniczy Thyssenkrupp zwolni nawet 5000 pracowników.

Jak pisze „Tygodnik Solidarność”, Thyssenkrupp zamierza zlikwidować prawie co piąte miejsce pracy z 26 923 etatów, które były na listach płac koncernu jeszcze pod koniec ubiegłego roku. Chodzi głównie o zamknięcie wielkiego pieca w Duisburgu.

Huta w Duisburgu jest liderem na rynku stali w Niemczech. To w niej właśnie powstaje do 11,5 miliona ton stali. Według raportu, do którego dotarła gazeta „Handelsblatt”, dyrektor generalny Miguel Lopez zaproponował zmniejszenie rocznych mocy produkcyjnych do 6,5 miliona ton.

Redukcja zatrudnienia jest z tym nierozłącznie związana. Nie wiadomo jeszcze dokładnie, ile miejsc pracy zostanie konkretnie w Duisburgu zlikwidowanych, ale ta huta będzie najsilniej dotknięta reorganizacją. Obecnie pracuje tam 13 000 osób.

Przemysł ucieka

Przemysł ucieka

Amerykański koncern zwolnił w Polsce prawie 140 pracowników.

TE Connectivity Industrial z polską siedzibą w Nowej Wsi Lęborskiej przenosi się do Maroka. Z tego powodu zwolnił wszystkich pracowników.

Jak informuje portal propertynews.pl, TE Connectivity to amerykańska firma z siedzibą w Szwajcarii, obecna na rynku od ponad 75 lat. Koncern projektuje i wytwarza ponad 500 tys. artykułów, które łączą poszczególne komponenty i chronią przepływ energii elektrycznej i danych w produktach wykorzystywanych w różnych dziedzinach życia. W Polsce spółka działała od 2002 roku.

Zakład w Nowej Wsi Lęborskiej zatrudniał około 140 osób, a kolejnych około 250 osób pracowało w firmie zewnętrznej wykonującej zlecenia dla TE Connectivity Industrial Poland.

Większość nie chce handlu w niedziele

Większość nie chce handlu w niedziele

Utrzymuje się spore poparcie dla zakazu handlu w niedziele.

Na zlecenie PulsHR.pl Ogólnopolski Panel Badawczy Ariadna przeprowadził badanie opinii na temat zakazu handlu w niedzielę. Za utrzymaniem obecnego zakazu jest 35 proc. badanych. Częściej są to kobiety (37 proc. wobec 33 proc. mężczyzn). Za pozwoleniem na handel w każdą niedzielę jest natomiast 27 proc. przebadanych. W tym przypadku jednak częściej za takim rozwiązaniem opowiadają się mężczyźni (29 proc. wobec 24 proc. kobiet).

23 proc. popiera wprowadzenie dwóch handlowych niedziel w miesiącu. Aż 16 proc. ankietowanych nie ma w tej kwestii zdania.

Co zdaniem Polaków powinni otrzymać pracownicy sklepów w zamian za pracę w niedzielę? Tu zdecydowanie wygrywa wyższe wynagrodzenie, na które wskazało 56 proc. badanych. Wolne dni w zamian za pracę w niedzielę popiera 23 proc. badanych, a 12 proc. nie ma zdania.

Wiele wskazuje na to, że dyskusja na temat utrzymania zakazu handlu lub liberalizacji przepisów towarzyszyć będzie nam w najbliższych miesiącach. Do konsultacji trafił projekt ustawy nowelizującej ustawę o ograniczeniu handlu w niedziele i święta. Zaproponowane przez posłów Polski 2050 zmiany zakładają wprowadzenie dwóch niedzieli handlowych w miesiącu.

Prawa pracownicze w szkole

Prawa pracownicze w szkole

Właśnie wystartowała Kampania #OstatniDzwonek. „Solidarność” chce dzięki niej poprawić sytuację młodych ludzi na rynku pracy.

Jak informuje „Tygodnik Solidarność”, kampania #OstatniDzwonek jest prowadzona przez Komisję Krajową NSZZ „Solidarność” we współpracy z Krajową Sekcją Oświaty i Wychowania oraz Krajową Sekcją Młodych. Jej rdzeniem są propozycje zmian w podstawie programowej szkół podstawowych i średnich, które związek wysłał do Ministerstwa Edukacji Narodowej. „Solidarność” chce do podstawy dodać coś, co przez lata było traktowane po macoszemu. Chodzi o prawa pracownika i wiele zagadnień dotyczących świata pracy, jak funkcjonowanie związków zawodowych, układów zbiorowych pracy czy budowanie świadomości, że prawa pracownika to bardzo ważne prawa człowieka.

Komisja Krajowa NSZZ „Solidarność” oraz Krajowa Sekcja Oświaty i Wychowania NSZZ „Solidarność” przy wsparciu Europejskiej Konfederacji Związków Zawodowych dokonały szczegółowej oceny podstawy programowej kształcenia ogólnego. Punkt po punkcie, wnikliwie przeanalizowano treści nauczania doradztwa zawodowego, wiedzy o społeczeństwie oraz przedmiotu biznes i zarządzanie. Analiza wyłoniła obraz edukacji ukierunkowanej w sposób jednoznaczny na promowanie wolności gospodarczej i indywidualizmu. Próżno szukać w niej wiedzy na temat świata pracy rozumianego jako system naczyń połączonych, gdzie nie tylko docenia się rolę przedsiębiorcy, ale także wkład pracowników.

Propozycje dotyczące uzupełnienia podstawy programowej kształcenia ogólnego o treści związane z szeroko rozumianą pracą obejmują doradztwo zawodowe, wiedzę o społeczeństwie i przedstawione w nowy sposób wiadomości z biznesu i zarządzania.

W panoptykonie pozytywności

W panoptykonie pozytywności

Byung-Chul Han w zbiorze esejów „Społeczeństwo zmęczenia i inne eseje” stawia społeczeństwu późnej nowoczesności przejmującą diagnozę: jesteśmy zbyt martwi, by żyć oraz zbyt żywi, by umrzeć. Chorzy, cierpiący na szereg zaburzeń i fobii, wypaleni, zmęczeni, pozbawieni życia i sensu – oto nasz społeczny obraz.

Jak to się stało, że doprowadzono nas do takiego stanu?

Han wskazuje na neoliberalny kapitalizm, który uprzedmiatawia człowieka, czyniąc z niego towar, przy czym owe utowarowienie nie jest przez niego odczuwane jako zagrożenie dla tożsamości, lecz możliwość jej stworzenia. To właśnie poprzez nową formę utowarowienia neoliberalne Ja stwarza swoją tożsamość. naiwnie wierząc, iż jest ona autentyczna i oryginalna. Samotny, wylękniony, cierpiący i zdezorientowany człowiek, upatruje ratunku w tym, co go zabija: pozytywności.

Han opisuje społeczeństwo poprzez dodawanie przymiotników, a pozytywność jest jednym z kluczowych. I to na nim się skupię.

Społeczeństwo pozytywności jest odwrotnością oraz jednoczesnym zastąpieniem społeczeństwa dyscyplinarnego w Foucaultowskim rozumieniu. To już nie tyle szpitale, więzienia, koszary czy fabryki są jego widomym znakiem, gdyż miejsce dyscypliny zajmuje społeczeństwo osiągnięć, przejawiające się w fitness klubach, biurowcach, bankach, lotniskach, centrach handlowych i laboratoriach genetycznych. Mieszkańców tego segmentu społeczeństwa nie nazwiemy już podmiotami posłuszeństwa, lecz podmiotami osiągnięć lub podmiotami sukcesu. To neoliberalny człowiek-przedsiębiorstwo, menedżer samego siebie.

Różnica pomiędzy społeczeństwem dyscyplinarnym a społeczeństwem osiągnięć polega na tym, że to pierwsze określa negatywność zakazu, gdzie dominuje fraza „nie wolno”, związana z przymusem. Społeczeństwo osiągnięć coraz bardziej wyzbywa się negatywności, gdyż znosi ją postępująca deregulacja. Pozytywną frazą społeczeństwa osiągnięć jest nieograniczone mogę. Yes, we can. W miejsce zakazu, nakazu czy reguły wchodzą projekt, inicjatywa, motywacja.

Mogłoby się wydawać, i zapewne większości społeczeństwa tak się wydaje, iż przejście od społeczeństwa dyscyplinarnego do społeczeństwa osiągnięć, od społeczeństwa negatywnego do społeczeństwa pozytywnego, emancypuje z dotychczasowych ograniczeń kulturowych: symbolicznej sfery kultury (Jerzy Kmita) czy sfery publicznej (Richard Sennett), których – właśnie – należy przestrzegać. Negatywność jest opresyjna, zniewala moje Ja, jest gorsetem, który krępuje, słowem: kultura jest przemocą. W imię obrony przed nią należy stworzyć nową jego formę: formę pozytywną, w której każdy może wszystko, samemu (jakoby) wybierając przedmiot swego pożądania.

Społeczeństwo pozytywności to społeczeństwo transformacyjne/metamorficzne, gdyż mogę związane jest ze zmianą siebie samego: wszak na siłowni mogę zmienić ciało, w laboratorium genetycznym mogę zmienić biologiczną przyszłość, a dzięki innym, niewymienionym przez Hana praktykom, mogę zmieniać swoją duszę (psychoterapia, coaching, mindfulness etc.).

Zdaniem Hana fałszywe jest stwierdzenie, że emancypacja z dotychczasowych, faktycznie w pewien sposób opresyjnych wzorów kulturowych (wszak kultura jest gorsetem, lecz gorsetem koniecznym, nie mówiąc już o tym, że nie ma kultury bez pewnej dawki przemocy), przyniesie jednostce więcej wolności. Han w wielu miejscach swoich esejów wskazuje, iż wcale nie jesteśmy bardziej wolni, wręcz przeciwnie, mamy jeszcze mniej wolności. Dlaczego tak jest?

Zdaniem Hana dlatego, że pomimo różnicy pomiędzy społeczeństwem dyscyplinarnym a społeczeństwem pozytywności, można dostrzec pewne podobieństwo: otóż społeczną nieświadomość cechuje dążenie do maksymalizacji produkcji i wydajności podmiotu, choć w odmiennej skali. W społeczeństwie dyscyplinarnym negatywne schematy zakazu szybko docierają do swoich granic i uniemożliwiają dalszy wzrost. Nie jest to funkcjonalne wobec kapitalizmu i nieskończonej konsumpcji. Zdaniem Hana pozytywność możności jest dużo bardziej wydajna niż negatywność powinności. Przełączenie z nie mogę na mogę i uwewnętrznienie tej możności jest ujarzmieniem jeszcze bardziej wyzyskującym siły jednostki w służbie neoliberalnego kapitalizmu. Nowo ujarzmiany podmiot nie jest karany, chory ani nie potrzebuje edukacji. Panoptykon jest wszędzie: nie ma wyjścia ani wejścia, ścian i murów. To obóz bez drutów, bo i tak nie ma gdzie uciekać.

Podmiot funkcjonuje w panoptykonie, gdyż nie tylko musi, albowiem nie ma dokąd uciec, ale także chce, np. chce się rozwijać i osiągać, uczyć się szybciej, więcej, nieustannie, wyeliminować wszystko, co wyklucza nie-rozwój: jest kwintesencją ideologii postępu, którego światopoglądowe zaplecze stanowi transhumanizm (i niektóre postaci posthumanizmu), zamieniający człowieka w maszynę. Zdaniem Hana to nie postęp, lecz regres, gdyż wypala podmiot, nie tylko duchowo, umysłowo, psychicznie, lecz także cieleśnie/somatycznie, czego przykładem zabieranie snu koniecznego dla zdrowia: życia 24/7.

Jeśli neoliberalny kapitalizm zabiera nam sen i wszystko to, co nie wydaje się ujarzmionej jednostce produktywne, i z czego powinna się ona tłumaczyć i czego wstydzić, także przed samą sobą, nie może dziwić, że takie pojęcia, jak nuda, brak aktywności, bezinteresowna kontemplacja – są podejrzane i należy je piętnować.

To moim zdaniem kolejna logiczna ciągłość pomiędzy jednym a drugim społeczeństwem: piętnuje ona wszelkie niebieskie ptaki, leni i bumelantów oraz dezerterów ze społecznej rzeczywistości, którzy nie chcą się dostosować do norm produktywności i rozwoju. Należy piętnować każdego, kto nie działa. Działanie jest fetyszem, a jego brak krępujący jednostkę, która nie wie, co ze sobą począć, najlepszym przykładem uwewnętrznionego strażnika z wszechobecnego panoptykonu. We współczesnym „obozie pracy” i produktywności, w jakim wszyscy się znajdujemy, każdy z nas jest więźniem i strażnikiem jednocześnie. Kto nie jest zdolny do pracy, musi umrzeć. Wszyscy zamieniamy się w żywe trupy, aby nie zostać „przegrywem”.

W eseju „Głęboka nuda” Han stwierdza, iż nadmiar pozytywności objawia się także jako nadmiar podniet, informacji i impulsów, zmieniając radykalnie strukturę i ekonomię uwagi. W efekcie tej zmiany postrzeganie staje się fragmentaryczne i rozproszone, co jest doskonale widoczne na przykładzie multitaskingu, czyli umiejętności zarządzania czasem i uwagą. Zdaniem Hana multitasking nie jest umiejętnością, którą posiada wyłącznie człowiek żyjący w społeczeństwie informacji i pracy epoki późnej nowoczesności, gdyż jest ona szeroko rozpowszechniona u dziko żyjących zwierząt. W tym sensie to technika uwagi, która jest niezbędna do przeżycia w dziczy. Zajęte jedzeniem zwierzę musi jednocześnie poświęcać uwagę innym zadaniom: trzymać na dystans konkurentów do zdobyczy, stale uważać, żeby podczas jedzenia samemu nie zostać zjedzonym, strzec swego potomstwa i mieć na oku ewentualnych partnerów. W naturze zwierzę jest zmuszone do tego, by dzielić uwagę pomiędzy różne czynności. Z tego względu nie może sobie pozwolić na kontemplacyjną zadumę, ani przy jedzeniu, ani podczas kopulacji. Nie może kontemplacyjnie zgłębiać tego, co przed nim, gdyż równocześnie musi obserwować teren w tle. Zdaniem Hana najnowsze zmiany struktury postrzegania coraz bardziej przybliżają ludzkie społeczności do życia w stanie naturalnym. W tym sensie są one regresem, a nie postępem cywilizacyjnym. Jest tak dlatego, gdyż podmiot zatraca umiejętność doświadczania świata. Musi się go ponownie nauczyć dzięki technikom typu mindfulness, za które rzecz jasna musi zapłacić. Kapitalizm kradnie nam życie, a następnie, aby je przeżywać, każe za to płacić.

Reanimując vita contemplativa, Han podkreśla, że kulturowe osiągnięcia ludzkości, do których należy także filozofia, zawdzięczamy głębokiej kontemplacyjnej uwadze. Aby być twórczymi, musimy funkcjonować w środowisku, w którym możliwa jest głęboka uwaga, a ta w coraz większym stopniu wypierana jest przez nadpobudliwość. Szybka zmiana koncentracji, przenoszenie skupienia pomiędzy różnymi zadaniami, źródłami informacji i procesami to przykładowe objawy rozparcelowanej uwagi.

Faktycznie żyjemy w dziczy, w której kapitalistyczną władzę i technologiczny nadzór utożsamiono z wolnością.

dr Michał Rydlewski

Zdjęcie w nagłówku tekstu: Alex Barcley z Pixabay

Wielkie zwalnianie

Wielkie zwalnianie

Pracę w polskim oddziale Nokii straci nawet 800 osób.

Według informacji portali money.pl i bankier.pl, przez Polskę przetacza się fala zwolnień w wielkich zakładach. Do niepokojącego trendu dołącza Nokia, która planuje zwolnić w naszym kraju ok. 800 osób. Zwolnienia grupowe są częścią planu restrukturyzacyjnego, który zaplanowany został w Nokii do 2026 r.

Sposób komunikacji o planach firmy nie podoba się związkowcom. „Firma wszystko trzyma w tajemnicy, co zostało wprost potwierdzone przez panią dyrektor ds. personalnych na zebraniu kadry kierowniczej z pracownikami. W odpowiedzi na pytanie jednego z pracowników o aktualny status zwolnień powiedziała ona, że nie będzie podawać informacji na ten temat do wiadomości ogółu pracowników, a dostęp do nich mają tylko te osoby, dla których jest to konieczne” – mówi w rozmowie z serwisem bankier.pl Patryk Wójcicki, przewodniczący Związku Zawodowego Związkowa Alternatywa w Nokia Solutions and Networks sp. z o.o.

Jak wynika z relacji rozmówcy serwisu, firma miała zwolnić osobę objętą ochroną prawną.

Dawid wygrał z Goliatem

Dawid wygrał z Goliatem

Działaczka związkowa wygrała z Amazonem proces o przywrócenie do pracy.

Jak informuje TokFM, działaczka Inicjatywy Pracowniczej, w 2021 roku zwolniona dyscyplinarnie przez światowego giganta, ma zostać na mocy decyzji sądu przywrócona do pracy w Amazonie.

Magda Malinowska pracowała w Amazonie w podpoznańskich Sadach przez sześć lat. Jest członkinią związku zawodowego Inicjatywa Pracownicza. Została zwolniona dyscyplinarnie na początku listopada 2021 roku. Stało się to po tekście z „Gazety Wyborczej”, w którym Malinowska opowiadała o warunkach pracy w Amazonie i wyśrubowanych normach. Tekst powstał po tym, jak na terenie zakładu we wrześniu tego roku zmarł 49-letni mężczyzna, Dariusz. Amazon zwolnił związkowczynię pod fałszywymi pretekstami, mimo że była społeczną inspektorką pracy i posiadała ustawową ochronę związkową.

W piątek 5 kwietnia zapadł prawomocny wyrok w sprawie Malinowskiej. Jak przekazała działaczka związkowa, sąd okręgowy w Poznaniu uznał apelację Amazona w całości za bezzasadną. „Pozwany pracodawca nie wykazał w sprawie, by powódka dopuściła się jakiegokolwiek zarzutu wskazanego w piśmie rozwiązującym umowę o pracę” – poinformowano.

Nasz wywiad z Magdaleną Malinowską o realiach pracy w Amazonie przeczytasz tutaj: https://obywatel3.macmas.pl/2019/05/12/wyciskani-jak-cytryny-rozmowa-z-agnieszka-mroz-i-magda-malinowska/

Zielony Ład ma minusy

Zielony Ład ma minusy

OPZZ przyjęło stanowisko w sprawie zagrożeń społecznych i gospodarczych wynikających z polityk Europejskiego Zielonego Ładu i zażądało rewizji jego postanowień.

Jak informuje Ogólnopolskie Porozumienie Związków Zawodowych, szefostwo tej dużej centrali zwróciło uwagę na skalę wyzwań, jakie stoją przed naszym krajem oraz na konieczność prowadzenia sprawiedliwej i zrównoważonej transformacji, która obok czynników środowiskowych uwzględnia koszty społeczne.

Dyskusja wokół Zielonego Ładu rozgorzała w ostatnich tygodniach w związku z trwającymi protestami rolników, którzy zwracają uwagę na kwestie importu żywności, ale też na trudności związane z implementacją polityk klimatycznych w swojej branży.

Prezydium OPZZ nawołuje do rewizji polityk Zielonego Ładu ze względu na ich negatywny wpływ na sytuację materialną społeczeństwa, groźbę utraty wielu miejsc pracy oraz skalę wyzwań stojących przed licznymi branżami, szczególnie przemysłu i transportu. Polityki te stawiają społeczeństwa Polski i Europy w nierównej sytuacji względem reszty świata, szczególnie największych emitentów gazów cieplarnianych, Chin oraz USA, które mocno dotują swoje gospodarki oraz energetykę.

Szefostwo OPZZ nie pomija kwestii przyczyn polityk klimatycznych. Nawołuje jednak do odpowiedzialnej transformacji, która gwarantuje dobrej jakości, godne miejsca pracy i rozsądne, stopniowe przemiany regionów związanych z tradycyjną energetyką. Wzywa także do silniejszego dialogu o transformacji energetycznej i oczekuje większego wpływu społeczeństwa na dotyczące go zmiany. Brak tych czynników prowadzi do widocznych napięć i niezadowolenia.

Jak czytamy w stanowisku: „Prezydium OPZZ wskazuje, że Polska i Europa potrzebują godnych i dobrej jakości miejsc pracy we wszystkich sektorach. Powinno to stanowić fundamentalny cel procesu transformacji. Pracownicy branż, które są wygaszane, muszą mieć pewność, że znajdą zatrudnienie, w którym będą mogli wykorzystać swoje nabywane przez lata doświadczenie i umiejętności. To samo dotyczy tych pracowników, którzy nie mieli możliwości zdobycia specjalistycznego wykształcenia lub ukończenia studiów. Osoby zatrudnione dotychczas w przemyśle powinny móc znaleźć zatrudnienie w innych gałęziach gospodarki, które są potrzebne także w ramach samej transformacji.

W razie potrzeby należy umożliwić pracownikom odpowiednie przeszkolenie, aby byli gotowi na nowe wyzwania zawodowe. Dodatkowo, niepewna sytuacja międzynarodowa wymaga szczególnej uwagi w kontekście przemysłu ciężkiego i zbrojeniowego. Krajowa energetyka oparta na własnym surowcu gwarantuje niezależność i bezpieczeństwo, o którym w obecnych czasach nie możemy zapomnieć. Konieczne dziś jest zachowanie zdolności produkcyjnych oraz odpowiednio wykwalifikowanej kadry w celu zapewnienia możliwości tego typu produkcji.

Osoby, których miejsca pracy ulegają zmianom w wyniku transformacji, muszą mieć pewność, że nie grozi im pogorszenie ich sytuacji i że są pod ochroną państwa. Powinny także mieć większy wpływ na decyzje dotyczące ich przyszłości. Właśnie dlatego w Programie OPZZ na lata 2022-2027 zawarliśmy oczekiwanie, zgodnie z którym zmiany wynikające z celów klimatycznych muszą zostać przeprowadzone z uwzględnieniem konsekwencji społecznych, aby wziąć pod uwagę w sposób rzeczywisty sprawiedliwy wymiar transformacji klimatycznej. Zdaniem OPZZ transformacja musi zostać oparta o rzetelne analizy skutków społecznych i gospodarczych, precyzyjnie zaplanowana i monitorowana z udziałem strony społecznej. Tej jasności i pewności wciąż brakuje. Prezydium OPZZ wyraża pełną solidarność z protestującymi rolnikami, którzy borykają się z istotnymi trudnościami związanymi ze spadkiem cen produktów rolnych, wynikającym m.in. z nadmiernego importu spoza Unii Europejskiej. Oczekujemy takiej polityki rządu, która umożliwi rolnikom prowadzenie opłacalnej działalności gwarantującej bezpieczeństwo żywnościowe kraju, przy jednoczesnym akceptowalnym dla społeczeństwa poziomie cen”.

Konfrontacja studentek i studentów z Ministrem Nauki

Konfrontacja studentek i studentów z Ministrem Nauki

4 kwietnia na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza odbyło się otwarte spotkanie z ministrem nauki i szkolnictwa wyższego, Dariuszem Wieczorkiem. W wydarzeniu udział wzięli studenci i studentki zrzeszeni w OZZ Inicjatywa Pracownicza – ci sami, którzy w grudniu ubiegłego roku zorganizowali okupację zagrożonego sprzedażą publicznego akademika DS Jowita. Mimo zapewnień, do tej pory ministerstwo nie weszło z nami w dialog, wobec czego sami zabraliśmy głos na początku spotkania, odczytując list, z gwizdami samorządowców w tle. Czy „nie będziemy rozmawiać ze związkami zawodowymi” to nowa taktyka parlamentarnej lewicy?

„My nie będziemy na ten temat rozmawiać. Nie będziemy tworzyć jakichś nowych bytów, nie będziemy tworzyć jakichś nowych instytucji. Jest ustawa o szkolnictwie wyższym i o samorządach studenckich mogą rozmawiać, czy o środowisku studenckim mogą rozmawiać tylko samorządy, przedstawiciele i samorządy studenckie, a nie żadne związki zawodowe. Bo związki zawodowe są od ochrony pracowników, a nie od studentów”.

Szokująca wypowiedź Dariusza Wieczorka jest nieuzasadnionym atakiem na związki zawodowe aktywnie uczestniczące w życiu akademickim. Zebrani na sali, oprócz nas, byli przede wszystkim członkowie samorządu studenckiego i instytucji takich jak „forum juwenaliów”. Przypominamy, że samorząd, zaproszony przez ministra do sejmu oraz przez rektorkę do konsultacji w sprawie projektu remontu Jowity, od początku sprzeciwiał się jej zachowaniu jako publicznego akademika! Minister lubi mówić o swoich imperialnych planach nowelizacji Ustawy, ale nie wtedy, kiedy potrzebują tego studenci i studentki.

Skandaliczna wypowiedź ministra pokazuje, jak niewielki wpływ na poprawę naszych warunków ma huczna zmiana rządu. Minister dumnie deklarował w okupowanej Jowicie, że po 15 października „możemy ufać władzy”, jednocześnie jawnie zaprzeczając dziś własnemu zobowiązaniu do uwzględnieniu nas w dialogu z ministerstwem. Stwierdzenie, że po naszym wyjściu „w końcu można przejść do prawdziwych problemów studentów” to obelga dla każdego, kto w ostatnim roku akademickim dołożył własnej ciężkiej pracy, żeby temat akademików lub stołówek, w ogóle zaistniał w debacie publicznej. W dniu wizyty w Jowicie, w audycji radiowej, minister powiedział „Chciałbym powiedzieć studentom: będziecie mieli duży wpływ na to, jak będą funkcjonowały uczelnie w Polsce”. Z Pana błogosławieństwem lub nie, mamy i będziemy mieli taki wpływ.

„Ja nie chcę weryfikować, ilu z tych ludzi jest w ogóle studentami waszej uczelni czy waszych uczelni tutaj w Poznaniu. Natomiast to jest bardzo niebezpieczne i w mojej ocenie trzeba zdecydowanie to potępiać i krytykować”.

Studentki i studenci już zrzeszają się w związkach zawodowych, dlatego powinni mieć pełne prawo do uczestnictwa w negocjacjach dotyczących swoich warunków nauki. W obecnym świecie nie jesteśmy „tylko studentkami” albo „tylko pracownikami” – zmuszeni łączyć pracę ze studiami, zmagamy się z problemami zarówno na rynku pracy, jak i w ramach akademii. Niezależnie od tego jak bardzo próbują zdyskredytować nas władze – czy to uczelniane, czy państwowe – my, studentki-związkowczynie i studenci-związkowcy istniejemy. Niedopuszczalnym jest negowanie naszego zaangażowania, insynuując, że w ogóle nie jesteśmy studentami. Tworzenie sztucznego podziału między klasą pracującą a osobami uczącymi się służy wyłącznie rozmyciu naszej narracji i rozbiciu naszego oporu.

Zarzuty, jakoby działalność związkowa studentek i studentów była powiązana z obecnie trwającą kampanią samorządową, są kłamstwem. Inicjatywa Pracownicza jest związkiem zawodowym niezależnym od partii politycznych, rządu oraz pracodawców.

Potrzebujemy alternatywnej reprezentacji studenckich interesów – studenckiej masy pochodzącej z klasy pracującej, a nie tylko kilku procent tych najbardziej uprzywilejowanych. W rynkowym systemie, w którym fabryką stało się całe społeczeństwo, uniwersytet przyjął służebną formę wobec biznesu. Współczesne szkolnictwo wyższe taśmowo wytwarza wykwalifikowanych pracowników, którzy już w czasie studiów są wyzyskiwani przez chętnie zatrudniających ich – zwolnionych z ZUS – przedsiębiorców. Kończąc naukę na uniwersytetach, trafiamy do pracy w wielkich korporacjach i przedsiębiorstwach, które otrzymują wykwalifikowanych pracowników – przygotowanych do mnożenia zysków zarządów oraz szefów – wykształconych za pieniądze publiczne, studentów oraz ich rodziców. Zarówno w czasie studiów jak i długo po ich ukończeniu tworzymy polski prekariat. Śmieciowe warunki pracy, niestabilność zatrudnienia i brak mieszkania to stworzone przez współczesny kapitalizm przy pomocy państwa warunki, w jakich żyjemy. Odpowiedzialność za taki stan rzeczy muszą spoczywa na pozwalającym na to rządzie, i władzach uczelni. Wrogość ze strony Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego powoduje, że dziś jeszcze bardziej potrzebujemy na uniwersytetach organizacji, która podejmie naszą realną sytuację, która będzie mówić o problemach nieuprzywilejowanej większości z rodzin pracujących. Pracujących na zmywakach, a nie w bankach i na wysokich szczeblach w korporacjach. Chcemy studiować bez względu na zasobność naszych portfeli. Chcemy mieć realny wpływ na program zajęć. Nie uczymy się tylko po to, żeby zapewniać zyski przedsiębiorcom. Jako studenci-pracownicy i przyszli pracownicy musimy mieć głos tu i teraz. Tylko niezależne związki zawodowe mogą nam go dać!

Studencka Inicjatywa Mieszkaniowa

Producent dżinsów zamyka zakład

Producent dżinsów zamyka zakład

Tylko do połowy czerwca potrwa produkcja w zakładzie Levi Strauss w Płocku.

Do końca listopada zakład zostanie całkowicie zamknięty. Koncern ogłosił tę decyzję nagle. Motywuje ją stale rosnącymi cenami energii. Pracę straci 650 osób.

Zakład koncernu Levi Strauss działa w Płocku od 1992 roku. Do niedawna nic nie wskazywało na zamiary zamknięcia tutejszego oddziału firmy. – „Stało się to nagle. Raczej spodziewaliśmy się redukcji etatów czy zmniejszenia produkcji. Niestety, zapadła decyzja o zamknięciu” – mówi Agnieszka Słoniec z zakładowej „Solidarności”, do którego to związku należy niemal połowa pracowników.

Przewodniczący Zarządu Regionu Płockiego NSZZ „Solidarność”, Andrzej Burnat, dodaje: „Wiele osób pracuje w fabryce od dziesięcioleci. To osoby, które mają ponad 50 lat. Im bardzo trudno będzie znaleźć nową pracę. Dlatego, mimo że warunki pracy w zakładzie w ostatnich latach były trudne, dla nich zamknięcie fabryki to jest dramat”.

O studenckim zrzeszaniu się, czyli postulat studenckich związków zawodowych

O studenckim zrzeszaniu się, czyli postulat studenckich związków zawodowych

***

Pozorna reprezentacja studentek i studentów na polskich uczelniach

Żądamy, by przedstawiono projekt zmiany ustawy Prawo o szkolnictwie wyższym i nauce ze szczególnym naciskiem na art. 106. [Akcje protestacyjne i strajki w uczelni] umożliwiający studentom i studentkom zrzeszonym w związkach zawodowych podjęcie strajku w razie naruszenia interesów lub praw studentów i studentek. Żądamy konsultacji tego projektu ze wspierającym działania okupujących Ogólnopolskim Związkiem Zawodowym „Inicjatywa Pracownicza” [1].

Obecnie studentki i studenci zrzeszeni w związkach zawodowych tworzą byt, do którego nikt nie chce się przyznać. Władze uniwersytetów mówią „Chcemy rozmawiać ze studentami, a nie widzimy ich tu – jest jedynie jakiś związek”. Związki – zgodnie z obowiązującą ustawą – głoszą, że reprezentują jedynie pracowników i pracownice. Jednak dane mówią jasno, że ponad 60% studentek i studentów w Polsce pracuje [2]. Wchodzący na rynek pracy, zatrudniani są najczęściej w branżach, w których dominują prekarne formy zatrudnienia, takich jak usługi, gastronomia czy handel. Przeważającą formą umowy „oferowaną” studiującym jest umowa cywilnoprawna, którą – na szczęście, coraz mniej skutecznie – sprzedaje się jako świetną opcję dla każdego ze statusem studenta. Mimo że prawo w teorii umożliwia osobom zatrudnionym na umowach cywilnoprawnych zrzeszanie się w związkach zawodowych, to w praktyce charakterystyka śmieciowego zatrudnienia stanowi realną przeszkodę w działalności związkowej. Na taką sytuację składają się m.in. wysoka rotacja i tymczasowość zatrudnienia. Coraz mniej młodych pracuje w „tradycyjnych”, dużych zakładach pracy – rozdrobnienie zakładów, rozbicie ich na tysiące mniejszych firm-podwykonawców, zatrudniających po parę osób oraz rosnąca popularność samozatrudnienia również grają w tym istotną rolę. Pracując podczas studiowania, nie wiążą przyszłości z konkretnym zakładem pracy. Jak mówią wyniki badania przeprowadzanego na Uniwersytecie Warszawskim „Ile kosztują Cię studia?” [3], niemal połowa studiujących (49%) pracuje w sektorach i branżach niezwiązanych ze swoim kierunkiem kształcenia. 13% badanych nie potrafiło jasno określić, czy ich praca jest powiązana z docelowym obszarem zatrudnienia. Wobec tego, mimo pozostawania w faktycznych stosunkach pracy, studentki i studenci nie są w świetle prawa grupą zdolną do zrzeszenia się w związkach zawodowych.

Z kolei z perspektywy władz uniwersyteckich często wskazuje się na fakt, że przede wszystkim studiujemy, nieraz przeciwstawiając studia i pracę. Akademia skutecznie wypiera obecne trudne położenie tworzących ją studiujących, powtarzając frazes: „albo pracujesz, albo studiujesz”. W ten sposób, wokół faktycznie nieuprzywilejowanej już grupy studentów i studentek pozbawionych wsparcia materialnego i zmuszonych do pracy zarobkowej w trakcie studiów, gęstnieje atmosfera niechęci. Ich pozycja w negocjacjach swoich grupowych interesów z uczelnią jest wyraźnie osłabiona. Ledwie znajdują czas by studiować, nie są w stanie angażować się w działalność polityczną w dwóch strukturach jednocześnie. Dbając o swoją sytuację bytową, podstawę studiowania, wybierają aktywność w związkach zawodowych, jeśli w ogóle znajdują czas na tego rodzaju działanie. Ta sytuacja jest czymś stosunkowo nowym. Poprzednie pokolenia z większą łatwością korzystały z infrastruktury socjalnej i zabezpieczeń społecznych gwarantowanych przez państwo. Natomiast w obliczu dzisiejszych kosztów życia, głównie stale rosnących cen najmu w miastach uniwersyteckich, studiowanie przyjmuje odmienną formę, szczególnie dla młodych z rodzin pracujących. Nie spotykają się oni ze zrozumieniem ze strony uczelni – w imię równości traktowani są w sposób identyczny jak lepiej usytuowani koledzy i koleżanki. Problemy podnoszone przez pracujących studiujących mają konkretne uzasadnienie w materialnej rzeczywistości, jednak organy władzy odwracają od nich wzrok.

Na kanwie tych doświadczeń podczas okupacji wykuł się nasz postulat umożliwienia studentom i studentkom zrzeszonym w związkach zawodowych podjęcie strajku w razie naruszenia interesów lub praw studenckich. Żądanie to ma na celu nie tylko umożliwić legalną akcję strajkową (pojmowaną jako przerwanie wykonywania obowiązków studenckich; nie mylić z protestem), a również legitymizować fakt, że studentki i studenci z uwagi na podejmowanie pracy zrzeszają się w związkach zawodowych. Nie jest to abstrakcją – dzieje się to już teraz, niezależnie od ujęcia studentów-związkowców w oficjalnych ramach prawnych. Związki zrzeszające studentki i studentów powinny być traktowane jako spójny element środowiska akademickiego, któremu należą się klasyczne uprawnienia typowe dla organizacji związkowych, takie jak: lokale, urządzenia techniczne, godziny związkowe czy konsultacje zmian przepisów z decydentami.

Oprócz samego faktu podejmowania pracy, jednym z decydujących o powstaniu takiego żądania czynników jest alarmujący brak reprezentacji studentek i studentów w życiu uniwersyteckim. Obecnie jedynymi ciałami mającymi za zadanie reprezentować społeczność studencką są:

– samorządy studenckie;

– Parlament Studentów Rzeczypospolitej Polskiej.

Powyższe ugrupowania odgrywają rolę zbywania uzasadnionych uwag studentek i studentów. Władze uczelni z zadowoleniem wskazują na istnienie grup, których sztandarową funkcją jest bycie głosem studiujących. W rzeczywistości same samorządy niejednokrotnie występują przeciwko interesowi społeczności studenckiej – zazwyczaj w kuluarach. Czasami ma to jednak miejsce również publicznie. Dobrym przykładem jest przedrukowane w naszej książce stanowisko Samorządu Studentów UAM, w którym ciało to wprost oświadcza:

Jako Samorząd pozostajemy do dyspozycji. Zarazem nie możemy poprzeć postulatu utrzymania „Jowity” i nie możemy godzić się na taki charakter akcji protestacyjnych. [4]

Nie zaskakuje nas to. Samorządy są w swoich założeniach i w praktyce narzędziem pacyfikacji jakiegokolwiek sprzeciwu studentów i studentek. Są przy tym o wiele bardziej efektywne niż znane starszym pokoleniom ZOMO. Na pierwszy rzut oka samorząd studencki (składający się z różnie nazywanych jednostek wydziałowych i organu centralnego) ma potencjał, by zaważyć na losach uniwersytetu. Ustawa narzuca proporcję studentów i studentek wraz z doktorantkami i doktorantami w najwyższym organie uczelni, senacie, jako łącznie minimum 20% składu. Wybiera ich samorząd, zgodnie z własną ordynacją. Jednocześnie ustawa [5] daje samorządowi wręcz absurdalną prerogatywę: Samorząd studencki jest wyłącznym reprezentantem ogółu studentów uczelni (Art. 110). Tak prezentuje się potencjał tej instytucji do napędzania zmian. Dopełnia ją Parlament Studentów Rzeczypospolitej Polskiej, czyli instytucja znana z estetycznej oprawy graficznej w mediach społecznościowych i współpracy z siecią Starbucks. Czemu więc przez ponad 30 lat samorządy studenckie i Parlament nie zapisały się na kartach historii niczym istotnym? Jak to możliwe, że przez te wszystkie lata nie wykorzystały one swojego prawa do zorganizowania strajku?

Pytanie należy postawić inaczej: dlaczego te instytucje tak wiernie służą władzom uczelni, władzom państwowym oraz tak chętnie wysługują się prywatnym korporacjom? Odpowiedź jest prosta: pieniądze i prestiż. Samorząd jest przestrzenią do networkingu i zdobywania zaszczytów oraz doświadczeń, w którą czas angażować się mają jedynie uprzywilejowani. Normą jest, że wszyscy reprezentanci studentów w senacie są jednogłośni w związku z politycznymi sojuszami. Co więcej, będą oni chwytać się brzytwy, byle utrzymać swoją pozycję i nie dopuścić do niej kogoś o przeciwnych interesach. Trudno oczekiwać, że ciała finansowane przez władze uczelni będą skore do przeciwstawiania się ich decyzjom. To nie przypadek, że frekwencja w uczelnianych wyborach samorządowych rzadko przekracza kilka procent [6]. Absolutnym szczytem absurdu jest wspomniany wcześniej PSRP, o którym rzadko który student w ogóle słyszał, mimo że organizacja dostaje coroczne milionowe dotacje z ministerstwa, za które starcza nawet na całkiem hojne wynagrodzenie dla jego liderów. Oczywiście, tak jak do wszelkich rzeczywiście decyzyjnych ciał, wybory bynajmniej nie są powszechne. Członków PSRP deleguje każdy samorząd centralny, senatorów i członków kolegium elektorów wybiera parlament (najchętniej po cichu, o trzeciej nad ranem). Geniusz idei samorządu leży jednak w jego zdolności do legitymizacji wszelkich, nawet jawnie antyspołecznych, decyzji władz. Zamknięto wam akademik? Przecież wasi reprezentanci się na to zgodzili, przyznali, że remont się nie opłaca. Jeśli się nie zgadzacie, po prostu wystartujcie w wyborach – wtedy będziecie mogli się wypowiedzieć! Zresztą, jak możecie podważać dobrą wolę waszych reprezentantów? Przecież zorganizowali dla was juwenalia.

Problem z narracją

Fakt, że do Inicjatywy Pracowniczej wstępują studentki i studenci w celu walki o lepsze warunki bytowe, jest bezprecedensowy. OZZ IP dopuszczała członkostwo osób zatrudnionych na umowach cywilnoprawnych jeszcze przed narzuconą przez Trybunał Konstytucyjny zmianą ustawy z 2019 roku, wskazując na niuans, którego centrale związkowe i ustawodawca nie dostrzegali [7]. Dotychczas jednak osoby uczące się na uniwersytetach nie szukały odpowiedzi na swoje problemy w związkach zawodowych. Nieliczni szli do wcześniej wspomnianych organów, a znacząca większość po prostu starała się przebrnąć przez proces edukacji wyższej, zdobyć dyplom i wtedy zacząć prawdziwe, dorosłe życie. Obecnie obserwujemy załamanie się pewnego kontraktu, według którego studiujący wylewali swoje żale w zamkniętych gronach znajomych lub w sekcjach internetowych komentarzy, nie zakłócając regularnego rytmu życia uniwersyteckiego.

Koła Młodych OZZ IP od początku zrzeszały również studiujących. Na początku były to rozproszone osoby z różnych uczelni, które współdziałały z uczącymi się w szkołach ponadpodstawowych oraz pracującymi, lecz nie pobierającymi nauki. Z czasem grono studiujących urosło na tyle, że umożliwiło to rozpoczęcie kampanii nakierowanej na problemy studenckie. Zainteresowanie problematyką przybiera na sile, a przeciętna studiująca nie jest w stanie wymienić składu samorządowego. Nie bierze się to znikąd – samorządy studenckie są dla studiujących tym, czym nazwiska przewijające się na Pudelku dla przeciętnego obywatela. W obliczu kryzysu mieszkaniowego, młodzi nie zwracają się ku oficjalnym, zbiurokratyzowanym ciałom, a w stronę samoorganizacji.

Wyzwanie, jakie przed nami stoi, to też przełamanie stereotypów o związkach zawodowych. Powszechnie kojarzone są ze starszymi ludźmi (najczęściej z mężczyznami, mimo że odsetek zrzeszonych kobiet jest większy niż mężczyzn) [8], pracą w ogromnej fabryce, a nieraz również reliktem przeszłości, który swoje już wywalczył. Sam minister Dariusz Wieczorek zdawał się nie do końca rozumieć, o co chodzi okupującym, gdy usłyszał ich postulat związany ze strajkiem studenckim. Podobnie jak władze uczelni, śpiesznie deklarował konsultacje z samorządami studenckimi – ponownie wykluczając samych stawiających opór – oraz… centralami związkowymi. Polski ruch związkowy niejednokrotnie utożsamiany jest z trzema gigantami (NSZZ Solidarność, OPZZ, FZZ), co zniekształca tym samym narrację na korzyść owych centrali. Mniejsze, niezależne związki zawodowe, nie istnieją w świadomości zarówno polityków, jak i mediów. Działa to na niekorzyść jednostek zakładowych w konkretnych miejscach pracy, jak i studentek i studentów, którzy obecnie reprezentowani są tylko przez związek zawodowy nienależący do żadnej z central.

To związkowcy? Czy studenci?

Bolączką – nie tylko narracyjną – było tłumaczenie zainteresowanym, w tym mającym dobre chęci, że student nie stoi w opozycji do związkowca. Reprodukowano dobrze nam znaną, fałszywą dychotomię pracowania-studiowania, w której będąc członkinią związku zawodowego, nie byłaś pełnoprawną studentką. Miało to na celu nie tylko izolowanie protestujących od procesów decyzyjnych, ale również nastawienie reszty społeczności studenckiej przeciwko okupacji. „To nie są wasi ludzie, tylko jacyś związkowcy, zadymiarze, podmioty zewnętrzne”. Absurdem jest niedopuszczanie studentek i studentów do debaty o stanie polskich uczelni, argumentując to ich członkostwem w organizacji związkowej.

Za przełomowe można uznać włączenie związku w prace zespołu rektorskiego ds. badania potrzeb materialnych studentek i studentów na Uniwersytecie Warszawskim. O badanie wnioskowano przy okazji akcji protestacyjnej zorganizowanej przez studiujących zrzeszonych w Warszawskim Kole Młodych IP [9]. W styczniu 2024 r. zwołano pierwsze zebranie zespołu, na którym uczelnia stwierdziła jasno: do konsultacji i współtworzenia badania zaprasza ze strony studenckiej – oprócz samorządu – OZZ Inicjatywa Pracownicza.

Prawo musi dogonić rzeczywistość, która jest jasna: studentki i studenci zrzeszają się w związku zawodowym, działając na korzyść całej społeczności studenckiej i uniwersyteckiej.

Gabriela Wilczyńska

Tekst pochodzi z książki „Jowita zostaje. Historia 10 dni ruchu studenckiego”, wydanej przez Wydawnictwo Heterodox we współpracy z OZZ Inicjatywa Pracownicza. Całość książki jest bezpłatnie dostępna tutaj: https://ozzip.pl/publikacje/ksiazki-i-broszury/item/3023-jowita-zostaje-historia-10-dni

Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Jarosław Jan Hemmerling

Przypisy:

1. List otwarty do Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego, oficjalna strona internetowa OZZ Inicjatywa Pracownicza, www.ozzip.pl/dokumenty/item/3001-list-otwarty-minister-nauki-sim-ip [dostęp 16.01.2024].
2. Raport Portfel Studenta 2023, Warszawski Instytut Bankowości, 2023.
3. O. Łukaszewska, A. Ochwat i in. Ile kosztują Cię studia?, Uniwersytet Warszawski, rok akademicki 2022/23, s. 12.
4. Fragment oświadczenia Samorządu Studentów UAM z dnia 13.12.2024r. www.amu.edu.pl/wiadomosci/aktualnosci/ogolnouniwersyteckie/oswiadczenie-parlamentu-samorzadu-studentow [dostęp: 17.01.2024].
5. Ustawa z dnia 20 lipca 2018 r. o szkolnictwie wyższym i nauce (Dz.U. 2018 poz. 1668 ze zm.).
6. Post na Facebooku Samorządu Studentów Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza, w którym wymieniona jest frekwencja na poszczególnych wydziałach; kilka przykładów: Wydział Studiów Edukacyjnych: 4,81%, Wydział Anglistyki: 8,04%, Wydział Filologii Polskiej i Klasycznej: 9,55%. Źródło: https://t.ly/OZ-81 [dostęp: 6.02.2024].
7. Wyrok Trybunału Konstytucyjnego z 2 czerwca 2015 r. (K 1/13) uznał ograniczające przepisy o związkach zawodowych za niekonstytucyjne.
8. Związki zawodowe w Polsce, CBOS, 2021 r., s. 2.
9. List otwarty Studia nie tylko dla bogatych, oficjalna strona internetowa OZZ Inicjatywa Pracownicza, www.ozzip.pl/dokumenty/item/2986-list-otwarty-studia-nie-tylko-dla-bogatych [dostęp: 17.01.2024].

Miasto zwolnień grupowych

Miasto zwolnień grupowych

Kolejny stargardzki zakład zwolni pracowników. Pracę traci aż 71 osób.

Jak informuje portal Stargard News, zakład Eltwin prowadzi zwolnienia grupowe. Pracę straciła większość załogi. „W dniu 25 marca 2024 roku rozpoczynamy procedurę zwolnień grupowych, którą planujemy zakończyć w dniu 26 marca 2024 roku. To bardzo trudne dni w historii naszej spółki. W ostatnich miesiącach obserwowaliśmy ciągły spadek zamówień oraz ogólne spowolnienie działań operacyjnych. Nasi klienci to głównie wytwórcy pomp ciepła. W chwili obecnej branża ta przechodzi duże spowolnienie, z uwagi na wiele czynników, tj. wysokie ceny prądu, czy też ogólna sytuacja na rynku budowlanym i rynku OZE” – pisze w komunikacie dyrektor zakładu.

Zarząd spółki podjął decyzję o przeprowadzeniu zwolnienia grupowego pracowników w liczbie 71 osób. Niedawno w tym samym mieście inna firma zapowiedziała zwolnienie 90 osób.

Pocztowcy protestują

Pocztowcy protestują

2 kwietnia przed główną siedzibą Poczty Polskiej w Kielcach kilkaset osób protestowało przeciwko planowanym zwolnieniom.

Jak informuje portal emkielce.pl, w regionie pracę mogłoby stracić ponad 200 osób. Protestujący przekonują, że tak duża redukcja etatów przyczyni się do utraty konkurencyjności przedsiębiorstwa.

– „Walczymy o swoje miejsca pracy. Jednym ze sposobów na redukcję etatów ma być m.in. system naturalnych odejść, polegający na nieprzedłużaniu umów zawartych na czas określony. Spowoduje to jednak, że pracownicy, którzy są zatrudnieni na czas nieokreślony, będą musieli wykonywać poza swoimi obowiązkami dodatkowo prace innych osób, a w konsekwencji obsługiwać nawet trzy rejony, co jest fizycznie niemożliwe” – wyjaśnia Dorota Lipka, przewodnicząca NSZZ „Solidarność” pracowników Poczty Polskiej w Kielcach.

Pocztowcy zapowiadają również zorganizowanie ogólnopolskiej pikiety w Warszawie. W całej Polsce zwolnionych ma zostać nawet 10 tysięcy osób. Obecnie w Poczcie Polskiej zatrudnionych jest 63 tysiące osób. Redukcja dziesięciu tysięcy pracowników spowoduje, że zabraknie pracowników do dostarczania przesyłek czy obsługi klientów przy okienkach.