Pracownicy przeciw liberałom

Pracownicy przeciw liberałom

W Kielcach rozpoczął się protest przeciwko polityce liberalnych władz miasta.

Związek Zawodowy Pracowników Transportu Publicznego w Kielcach rozpoczął protest przeciwko polityce liberalnych władz miasta. Związkowcy informują: W związku z dotychczasowym brakiem reakcji władz miasta i ZTM na nasze wielokrotne pisma, jak również kontynuowanie działań szkodzących spółce, mając na względzie dobro przedsiębiorstwa MPK Kielce, a tym samym ochronę 600 miejsc pracy, Zarząd Związku Zawodowego Pracowników Transportu Publicznego w Kielcach – skupiający 80 procent załogi MPK – jednogłośnie podjął decyzję o ogłoszeniu akcji protestacyjnej w dn. 16.06.2026 r. W ramach protestu w tym dniu zostanie odpowiednio oflagowany i oznaczony zakład oraz będą podejmowane inne działania zmierzające do obrony spółki, w tym niedopuszczenia do jej upadłości.

Ze względu na trwającą od kilku lat całkowitą blokadę medialną spółki w mediach prosimy o śledzenie naszych portali, które są wiarygodnym źródłem informacji o MPK. W tych miejscach będziemy informować o działaniach podejmowanych w ramach prowadzonego protestu. Zachęcamy również do lektury nowego numeru „Pasażera”, który jest już dostępny na naszej stronie internetowej i w autobusach komunikacji miejskiej. Są tam obszernie wyjaśnione przyczyny naszego protestu i kolejnej walki o utrzymanie miejsc pracy.

Poniżej przedstawiamy nasze postulaty. Domagamy się:

Bezwzględnego przestrzegania podpisanego w 2007 roku porozumienia ze spółką, w tym w szczególności punktu dotyczącego prowadzenia dialogu, właściwego wykorzystania środków unijnych jako wsparcia dla spółki oraz respektowania opartej na tym porozumieniu umowy kupna sprzedaży i umowy spółki. My jako sygnatariusze porozumienia, realizujemy i wypełniamy je w 100 procentach, dlatego mamy prawo domagać się tego samego od miasta. […]

Zrekompensowania spółce kosztów poniesionych w związku z obniżeniem przez rząd stawki VAT z 23 na 8 procent poprzez podpisane odpowiedniego aneksu dotyczącego sposobu waloryzacji stawki, co przewiduje paragraf 11 zawartej w 2018 roku umowy między MPK a ZTM. Spółka obecnie z tego tytułu traci kilkaset tysięcy złotych miesięcznie.

Powołania specjalnego zespołu z złożonego z przedstawicieli wszystkich klubów w Radzie Miasta, który przeprowadzi kompleksową finansową kontrolę w MPK, KASP i ZTM. Nie mamy bowiem i nigdy nie mieliśmy niczego do ukrycia – to miasto blokowało audyt w spółce i to wówczas, gdy miało przedstawiciela w radzie nadzorczej, przez co firma straciła miliony złotych.

Natychmiastowego wstrzymania decyzji o budowie nowej bazy – przynajmniej do czasu wypracowania optymalnego rozwiązania, również mając na względzie, że przez najbliższych 6 lat na terenie tej zajezdni nie będą mogły parkować nowo zakupione przez miasto i wprowadzone do ruchu 24 autobusy elektryczne, co będzie generowało dodatkowe koszty dla miasta oraz kieleckich podatników. Nie godzimy się na to, żeby wykorzystywać środki publiczne do szkodzenia spółce, w której miasto ma udziały. Jesteśmy firmą dobrze zarządzaną, konkurencyjną i prowadzącą szeroko zakrojone inwestycje, ale nawet my nie jesteśmy w stanie konkurować ze środkami publicznymi, które miały zgodnie z zawartym porozumieniem i założeniami KPO trafiać do przedsiębiorstw ponoszących straty z tytułu wprowadzonego lockdownu. Wyjaśnienia wymaga także to, dlaczego w ostatnim przetargu zmieniono zasady finansowania kilometrów dojazdowych, przez co ukryto przed kieleckim podatnikiem bardzo duże koszty związane z kilometrami dojazdowymi do bazy. Dziwnym trafem na takiej operacji traci kielecki podatnik, ale korzysta konkurencja, która ma zajezdnię kilkakrotnie dalej usytuowaną niż MPK. W tym kontekście absurdalne wydają się wcześniejsze wypowiedzi władz miasta o tym, że nie ma znaczenia, w którym miejscu znajduje się baza, bo i tak to przewoźnik ponosi koszty.

Zaprzestania działań dyskredytujących spółkę, mieszania się w wewnętrzne sprawy przedsiębiorstwa i oskarżania nas o to, że chcemy respektować zapisy umowy. Domagamy się też zaniechania szkalowania spółki poprzez jednostronny przekaz medialny oparty na kłamstwach i insynuacjach, jak również służący zaprzyjaźnionym portalom do hejtowania przedstawicieli spółki. Ten scenariusz został wymyślony i wprowadzony w 2021 roku i jest kontynuowany do chwili obecnej. Służy on odwróceniu uwagi mieszkańców Kielc od politycznych działań szkodzących spółce i miastu – oraz ich usprawiedliwianiu.

Traktowania MPK Kielce na zasadach partnerskich, a co za tym idzie zaprzestania cenzury medialnej, umożliwienia uczestniczenia w debatach dotyczących przedsiębiorstwa, zorganizowania debaty publicznej służącej wyjaśnieniu spraw zaistniałych w ostatnich latach i jednostronnych zarzutów kierowanych przeciwko MPK.

Wyjaśnienia, dlaczego mimo że miasto w dn. 27.08.2021 r. na walnym zgromadzeniu udziałowców opowiedziało się za przeprowadzeniem audytu w spółce, następnie blokowało go poprzez podejmowanie działań sprzecznych z obowiązującymi przepisami prawa, co przyczyniło się do poniesienia przez spółkę ogromnych strat finansowych.

Odstąpienia od naliczania kar za średni wiek taboru. Skoro miasto odstąpiło od ukarania innego przewoźnika w kwocie około 1,5 miliona złotych za nieterminowe przystąpienie do realizacji zadania w określonym terminie, a w nowym kontrakcie przejmuje na siebie ryzyko wzrostu cen energii, aby nie obciążać nim zewnętrznego operatora, tym bardziej powinno uwzględnić nadzwyczajne okoliczności, które dotknęły MPK podczas realizacji kontraktu inwestycyjnego. Pandemia COVID-19, lockdowny i ograniczenia pracy przewozowej były zdarzeniami niemożliwymi do przewidzenia i pozbawiły spółkę wielomilionowych przychodów. Dodatkowo miasto przerzucało setki tysięcy kilometrów pomiędzy kontraktami, co wiązało się z obniżeniem dochodów rzędu wielu milionów złotych w kontrakcie inwestycyjnym oraz doprowadziło do wyłączenia z ruchu 5 autobusów typu MIG. Stosowanie kar z pominięciem tych faktów jest przejawem nierównego traktowania przewoźników.

Zaprzestania politycznego blokowania scalenia działek przy ulicy Jagiellońskiej, z których zyski ze sprzedaży spółka planowała przeznaczyć na inwestycje.

Jeśli miasto lekceważy i notorycznie łamie podpisane porozumienia, uzgodnienia i umowy, a także nie zamierza zaprzestać wykorzystywania środków publicznych do celów szkodzących finansom MPK Kielce, żądamy wykupienia udziałów w spółce i wzięcia za nią odpowiedzialności. Nie ma naszej zgody na to, aby udziałowiec, jakim jest miasto, wykorzystywał środki publiczne do szkodzenia spółce, łamał podpisane umowy i porozumienia, korzystając z uprzywilejowanej pozycji organizatora transportu. Bieżąca polityka nie może doprowadzić do upadku przedsiębiorstwa z 75-letnimi tradycjami oraz zniszczyć dorobek, który załoga własnym wysiłkiem i wyrzeczeniami wypracowuje od niemal 20 lat.

 

Składki ZUS jako problem społeczny

Składki ZUS jako problem społeczny

Współczesny system składek ZUS został wprowadzony w roku 1999 przez rząd, w którym ministrem finansów był Leszek Balcerowicz, a premierem Jerzy Buzek. System ten można określić jako element neoliberalnej polityki, by wysoko opodatkować trud ludzi pracy. Dzięki temu korporacje, ich właściciele, posiadacze wielkiego kapitału nie muszą łożyć na państwowe systemy podstawowych zabezpieczeń społecznych. Efektem stosowania tego systemu są powiększające się nierówności ekonomiczne oraz zaniżony wzrost gospodarczy.

Niemieckie inspiracje

Polska nie jest odosobniona w tym, bowiem podobne rozwiązania są od dłuższego czasu szeroko stosowane w tzw. krajach bardziej rozwiniętych. Jest to rozwiązanie zwiększające koszty pracy w wielu krajach, na długo zanim Polska zaczęła je wykorzystywać.

Stosowanie takich rozwiązań wymusza na krajach członkowskich Unia Europejska. Jednym z mechanizmów harmonizacji tej polityki jest formularz A1 (uprzednio E101 i E103) pozwalający na wykazanie opłacania „składek społecznych” („social contributions”) w jednym z państw UE, dzięki czemu nie trzeba ich odprowadzać w razie uzyskania dochodów w innym kraju UE (co oznacza wyższą wypłatę netto, czyli „na rękę”). Drugim mechanizmem harmonizacji systemu ubezpieczeń zdrowotnych jest Europejska Karta Ubezpieczeń Zdrowotnych, która pozwala na korzystanie z wybranych usług medycznych na terenie Unii Europejskiej i poza granicami kraju, w którym opłaca się aktualnie składki. W uchwalonym w 2021 r. Krajowym Planie Odbudowy po pandemii COVID rząd Polski został zobowiązany przez Komisję Europejską do pełnego oskładkowania wszystkich umów cywilno-prawnych jako wypełnienie „kamienia milowego” A71G – „ensure that all civil-law contracts are subject to social security contributions”, co miałoby ograniczyć segmentację runku pracy. W ramach KPO zobowiązano Polskę do oskładkowania nawet umów o dzieło, czego jednak nie dokonano. Jednak to nie brak składek, ale ich zbyt duża wysokość jest powodem „segmentacji rynku pracy” i wypychania zatrudnionych na samozatrudnienie i umowy cywilno-prawne zwane śmieciowymi.

Największym problemem ze składkami ZUS jest to, że są odprowadzane wyłącznie od dochodów z pracy. Dzieje się to równolegle do innego mechanizmu ich opodatkowania, czyli podatku od dochodów osobistych PIT (Personal Income Tax). PIT to tzw. podatek progresywny, który dzięki progom podatkowym pozwala niżej zarabiającym otrzymywać wyższą część dochodów na rękę niż osobom lepiej zarabiającym. Natomiast polskie składki ZUS działają dokładnie odwrotnie: lepiej zarabiający płacą ich stosunkowo mniej niż niżej zarabiający. Polski system składkowy ewidentnie w największym stopniu wzorowany jest na podtrzymującym tradycję modelu Bismarcka z XIX w. systemie niemieckim – z podobnymi stawkami i degresywnym górnym limitem, zwalniającym najlepiej zarabiających z opłacania części składek (oraz systemem kas chorych, zlikwidowanych już w Polsce). W innych krajach ma on charakter proporcjonalny – „liniowy”, albo progresywny z wyższymi progami, jak we Francji. Jednak również tam stanowi on o dodatkowym nadmiernym opodatkowaniu pracy. Polskie projekty w rodzaju „jednolitej daniny” obracają się dotychczas w tym samym umysłowym zaklętym kręgu pomysłów opodatkowujących wyłącznie dochody z pracy.

Oskładkowaniu podlegają bowiem wyłącznie dochody czerpane przez ludzi pracy z ich zatrudnienia. Nie płacą składek posiadacze majątków w postaci nieruchomości od dochodów z ich wynajmu czy posiadacze instrumentów finansowych od dochodów z handlu nimi. Nie płacą składek od dochodów z przeniesienia praw do utworów ich autorzy. Składki nie są opłacane od dochodów z umów o dzieło. Także rolnicy nie płacą składek KRUS od dochodów. Składki ZUS nie są opłacane również od dochodów przez elitę tego kraju: prezydenta, premiera, senatorów, posłów, sędziów, prokuratorów i duchownych. Elita ma opłacane świadczenia zdrowotne i emerytalne z budżetu państwa. Od pewnego czasu trwają też prace nad podobnym rozwiązaniem również dla artystów. Rzecz w tym, że wszyscy obywatele powinni tak mieć.

Szczególnym przypadkiem są tutaj osoby prowadzące jednoosobową działalność gospodarczą. One również nie opłacają składek od dochodów, w zamian płacąc zryczałtowane składki w stałej wysokości. Jest to zatem rodzaj podatku pogłównego, jak w średniowieczu. Tu pułapka polega na jego skrajnej degresywności, obciążającej najbardziej osoby z niskimi przychodami. A przede wszystkim, zgodnie z art. 87 ustawy o emeryturach, na braku składek wystarczająco wysokich, aby otrzymać nawet gwarantowane minimalne świadczenie emerytalne. Emerytury „samozatrudnionych” będą głodowe, co określa się obrazowo jako „szok emerytalny”.

Obecny system składek ZUS umożliwia także turystykę ubezpieczeniową, w ramach której obcokrajowcy mogą zatrudniać się na krótki czas za śladowej wysokości dochody, by uzyskać dostęp do bezpłatnych świadczeń, w tym skomplikowanych i kosztownych operacji.

Poglądy i debaty

Głównym argumentem zwolenników obecnego systemu składek jest jego rzekoma stabilność. Przy łatwości, z jaką legislatorzy zmieniają wysokość składek dla różnych grup społecznych, a politycy dysponują dowolnymi środkami podległych sobie funduszy, takie wywody zakrawają na kpinę. Nasuwa się też pytanie, dlaczego w ramach tak rozumianej stabilności finansowej składki ZUS nie są pobierane od konsumpcji, lecz wyłącznie od pracy. Wtedy to nie pracujący dużo, lecz konsumujący dużo płaciliby do systemu więcej – nie ci, którzy dają coś społeczeństwu, a ci którzy z niego zabierają. Coś odwrotnego postulował w ramach teorii sprawiedliwości filozof John Rawls. Z drugiej strony można uznać, że jest to raczej system dysfunkcyjnie sztywny, bo obciąża tylko jeden rodzaj źródeł podatkowych. Elastyczność jest właśnie główną zaletą systemu budżetowego, w którym wielość rozmaitych dochodów z różnych źródeł stanowi silny element stabilności i możliwości dostosowania do zmiennych warunków ekonomicznych. Ponadto w dyskursie pojawia się argument o większej „motywacji do pracy”, co wydaje się działać dokładnie odwrotnie, stanowiąc karę od pracy i zatrudniania jednocześnie, co objawia się zastępowaniem umów o pracę umowami cywilno-prawnymi i samozatrudnieniem.

Cynicznie przedstawiono tę sytuację w pierwszych materiałach projektu edukacyjnego „Lekcje z ZUS” dla szkół: „System ten, zwany systemem zdefiniowanej składki, odporny jest na presję poszczególnych grup pracowników”. Innymi słowy, obecny system składek ZUS skonstruowano tak, by paraliżował protest społeczny i pacyfikował polityczną inicjatywę na rzecz jego zmian. W tej sytuacji nic dziwnego, że jedyną grupą, która podnosi problem zbyt wysokich obciążeń płac pracowniczych, są samozatrudnieni i pracodawcy, w większości liberałowie ekonomiczni. Taki stan rzeczy doprowadził niektórych, m.in. Mikołaja Iwańskiego, do absurdalnego poglądu, że likwidacja składek na rzecz finansowania budżetowego systemu ubezpieczeń stanowi projekt neoliberalny, a nie na odwrót.

W dyskursie publicznym pojawia się też zarzut, że finansowanie wyłącznie z dochodów od pracy przypomina piramidę finansową, czyli schemat Ponziego z malejąca stopą zastąpienia, uzależniający funkcjonowanie systemu od napływu nowych uczestników. Finansowanie z budżetu państwa jest od takich oskarżeń wolne.

Nieobecnym dotychczas w debacie publicznej problemem było natomiast negatywne oddziaływanie opodatkowania wyłącznie pracy.

W kontekście zastępowalności pokoleń warto przyjrzeć się przesłankom dotyczącym podniesienia wieku emerytalnego. Opierają się one na wyliczeniach średniego czasu życia, które wydłużyło się ostatnio głównie ze względu na niższą śmiertelność dzieci. Ta z kolei wynika z niższej ilości urodzeń. Co z kolei ma przełożenie na niższą śmiertelność młodych kobiet w wyniku połogu. Wbrew zideologizowanemu przekazowi, średnia życia ma niewiele wspólnego z liczbą stulatków, którą determinuje liczba urodzeń w danym roczniku w przeszłości.

Finanse

ZUS wypłacał pieniądze w czasie II wojny światowej i największych kryzysów lat 80. i 90. Dlaczego miałby upaść w czasach prosperity gospodarczej, jak wieszczą krytycy? Jedynym wyjaśnieniem może być dysfunkcyjne finansowanie z opodatkowania wyłącznie pracy. O ile Zakład Ubezpieczeń Społecznych należy traktować jako jedno z osiągnięć socjaldemokratycznie zorientowanej ekonomii, o tyle obecny system finansowania go wyłącznie za pomocą opodatkowania dochodów z pracy jest projektem neoliberalnym. W ten sposób posiadacze kapitału zrzucili odpowiedzialność za finansowanie podstawowych usług publicznych na ludzi pracy. Dzięki temu kapitał nie jest zagrożony dokładaniem się do społecznych kosztów kapitalistycznej produkcji.

Nasze składki trafiają głównie do Narodowego Funduszu Zdrowia finansującego ochronę zdrowia oraz do Funduszu Ubezpieczeń Społecznych finansującego renty, emerytury i wypłaty chorobowe oraz wypadkowe. Jest to fikcja prawna, swego rodzaju kreatywna księgowość w postaci stworzenia osobnych funduszy celowych wydzielonych z budżetu państwa i finansowanych wyłącznie z wybiórczych podatków od dochodów z pracy. A przecież fundusze celowe mogą być finansowane z budżetu państwa, z podatków bardziej sprawiedliwych, ekonomicznie optymalnych i efektywnych niż opodatkowanie wyłącznie dochodów z pracy.

W 2024 roku wpływy podatkowe do budżetu państwa wynosiły 544,4 mld. zł. Z czego podatki handlowe (VAT, PCC, akcyzy, cła) to 71%, PIT to 18%, CIT 11% i podatki majątkowe 1%. Jednak całkowite dochody państwa z uwzględnieniem również wpływów składkowych FUS i NFZ wynosiły w sumie 1046,4 mld. zł. Z czego podatki od dochodów z pracy (PIT, FUS, NFZ) to już 57%, podatki handlowe to 37%, CIT to tylko 6%, a majątkowe – niecały 1%. Widać jak działa kreatywna księgowość – w budżecie państwa mamy dochody w większości z podatków handlowych, natomiast sumaryczne dochody państwa to w większości opodatkowanie dochodów ludzi pracy.

Jak działają podatki

Tę sytuację należałoby zmienić przede wszystkim przez obniżenie degresywnych składek ZUS. W pierwszym rzędzie dla zatrudnionych na etat. W zamian należałoby wprowadzić handlowy podatek obrotowy (równolegle do VAT), podatki majątkowe od rozmaitych zasobów (jak nieruchomości podmiotów prawnych, osobno nieruchomości osób fizycznych, osobno inne aktywa wszystkich podmiotów prawnych) oraz wprowadzić dodatkowe wyższe progi stawek CIT.

Dlaczego w ten sposób? Jedną lekcję dotyczącą podatków należałoby zapamiętać przede wszystkim: podatki dochodowe redystrybuują od biednych do bogatych, podatki majątkowe od bogatych do biednych, a podatki handlowe są relatywnie neutralne. Dotyczy to podatków proporcjonalnych, czyli liniowych. Zatem tylko podatki majątkowe obniżają nierówności społeczne, zaś podatki dochodowe przyczyniają się do wzrostu nierówności. Podatki majątkowe zmuszają do bardziej aktywnego i rozważnego inwestowania, tak by uzyskać dochody niwelujące koszt opodatkowania, podatki dochodowe zaś zniechęcają do tego.

Wiedzę tę zawdzięczamy przede wszystkim badaniom, które opublikował w 2013 roku Stephen J. Turnovsky. Oprócz nich jest bardzo wiele badań o podobnych konkluzjach i porównujących wpływ wskazanych podatków na inwestycje i wzrost gospodarczy. Temat jest dobrze przebadany, chciałoby się powiedzieć. Podatki dochodowe mają najgorszy wpływ na inwestycje i wzrost gospodarczy, a majątkowe – najlepszy, co fundamentalnie przeczy potocznym i często powielanym opiniom. To, co jest opodatkowywane, ma większy wpływ na społeczeństwo i gospodarkę, niż to, w jaki sposób.

Akumulacja dochodów jest źródłem powstawania majątków, kapitału, więc tylko ich bezpośrednie opodatkowanie może prowadzić do demokratycznego rozkładu majątkowego. Podatki dochodowe zaś jedynie utrudniają akumulację kapitału, i to głównie tym, którzy tego kapitału nie posiadają. Tylko progi podatkowe w podatkach dochodowych zmniejszają negatywne działanie podatków dochodowych i warto je stosować głównie do wysokich dochodów.

Często podkreśla się powojenną wysokość podatków dochodowych, jednak to ówczesna wysokość podatków majątkowych miała większe znaczenie dla redystrybucji. Warto przy tym odeprzeć powielany szeroko dogmat, że podatki konsumpcyjne najbardziej dotykają ubogich – jest to odwracanie kota ogonem: problemem są tu niskie dochody, a podatki konsumpcyjne najbardziej dotykają tych, którzy konsumują najwięcej, a nie najmniej. Ubogich najbardziej gnębią podatki od ich dochodów z ich pracy, i to one obniżają możliwości konsumpcyjne. Last but not least, opodatkowanie pracy oczywiście wpływa na koszty pracy, powiększając bezrobocie. Zatem jeżeli chcemy żyć w społeczeństwie demokratycznym, równościowym, niezagrożonym oligarchizacją ekonomii i polityki, a jednocześnie szybko się rozwijającym gospodarczo, powinniśmy dążyć do obniżenia podatków od pracy na rzecz podatków handlowych i majątkowych. Składki na ZUS i NFZ stanowią obecnie kluczowy aspekt tej polityki.

Szczególnie w przypadku ochrony zdrowia należy powtarzać pytanie, dlaczego nie jest ona finansowana z budżetu państwa, lecz niemal wyłącznie z opodatkowania pracy. Dlaczego nie jest finansowana tak, jak są wojsko, policja, służba więzienna, sądownictwo, straż graniczna, straż pożarna, edukacja publiczna, drogi, koleje i wiele, wiele innych? Budżetowy sposób utrzymywania publicznych systemów ochrony zdrowia działa np. we Włoszech, Danii, Portugalii, Hiszpanii, Szwecji czy Irlandii. A to jest właśnie rozwiązanie, którego polscy politycy i ekonomiści deklaratywnie starają się uniknąć, lawirując bezustannie pomiędzy niedofinansowaniem systemu a wysokimi kosztami pracy. Z kolei systemy emerytalne powodują generalnie nieznaczne obniżenie nierówności ekonomicznych wśród osób starszych, jednak zanim to nastąpi polski system składkowy przyczynia się do powstania jednych z najwyższych nierówności dochodowych w Europie.

Teraz widzimy, na czym polega problem ze składkami ZUS: na narzuceniu mechanizmu o najbardziej negatywnym oddziaływaniu na gospodarkę i społeczeństwo jako jedynego słusznego sposobu finansowania kluczowych instytucji wsparcia społecznego. Ten system opłacania stworzony został, aby podważyć wiarygodność i doprowadzić do instytucjonalnego demontażu i prywatyzacji, dzięki pogłębiającemu się, mimo historycznie wyjątkowej prosperity gospodarczej, niedofinansowaniu.

Najwybitniejszy badacz systemów ubezpieczeń prof. Nicholas Barr wypowiadał się  jednoznacznie: ubezpieczenia społeczne powinny być finansowane przede wszystkim z systemu budżetowego, czyli z ogółu podatków, a nie ze składek. Wspólnie z noblistą prof. Peterem Diamondem wykazali oni, że system składkowy może być ewentualnie wprowadzony jako dodatkowy, dobrowolny system ubezpieczeń co najwyżej w krajach rozwiniętych o dużych nadwyżkach inwestycyjnych. Czy chcemy, żeby system emerytalny stanowił część systemu wsparcia społecznego – czy zawsze obarczony ryzykiem mechanizm inwestycyjny, istotny element finansjalizacji gospodarki?

Postawię w tym miejscu tezę, że być może kapitalizm nie jest taki zły sam z siebie, a tylko system podatkowy, w jakim funkcjonuje, czyni go takim – utrudniając akumulację kapitału większości i ułatwiając to nielicznym. To nie same środki produkcji, ale system podatkowy jest głównym narzędziem konfliktu klasowego. Jeśli istotą kapitalizmu jest akumulacja kapitału, to czy nie mogłaby przebiegać w mniej skoncentrowany, a bardziej równomiernie rozłożony pośród społeczeństwa sposób?

Stefan Paweł Załęski

Grafika w nagłówku tekstu: Mohamed Hassan from Pixabay

Ponowne uśmieciowienie zatrudnienia

Ponowne uśmieciowienie zatrudnienia

Szybki przyrost zatrudnienia na umowach śmieciowych.

Jak informuje portal Puls HR, dane GUS dotyczące końca roku 2025 obrazują duży wzrost zatrudnienia na umowach śmieciowych. Wedle stanu na 31 grudnia aż 1 500 000 osób w Polsce pracowało wyłącznie w oparciu o umowy zlecenia i podobne pozakodeksowe formy zatrudnienia. Oznacza to w ciągu roku wzrost o niemal 5%.

Najwięcej takich umów jest w sektorze administrowanie i działalność wspierająca. Obejmuje ona m.in. działalność agencji zatrudnienia i pośrednictwa pracy. Oznacza to zwykłe umowy śmieciowe dla pracowników firm, które korzystają z zatrudniania za pośrednictwem agencji. W ten sposób pracowało 326 000 osób w Polsce. Kolejnymi najbardziej uśmieciowionymi branżami są handel oraz naprawa pojazdów samochodowych.

Najbardziej uśmieciowione pod względem liczbowym są rynki pracy w regionie warszawskim stołecznym (201 000 osób) i śląskim (174 000), a najmniej osób pracuje w ten sposób w świętokrzyskim (30 000) i opolskim (31 400).

Gotowi do strajku

Gotowi do strajku

W dużym zakładzie odbędzie się strajk.

Jak informuje portal Tysol.pl, przygotowywany jest strajk w Zakładach Mięsnych Agryf w Szczecinie. Od dłuższego czasu zakładowe struktury „Solidarności” prowadzą spór zbiorowy z władzami firmy. Domagają się podwyżek płac i motywują to m.in. dobrą kondycją finansową i zyskami zakładu.

Póki co zarząd firmy odmawia spełnienia żądań pracowniczych. W związku z tym dzisiaj i jutro prowadzone jest w zakładzie referendum strajkowe. W czwartek ma się odbyć kolejna tura negocjacji związkowców z zarządem w sprawie podwyżek.

Gdy władze firmy nie pójdą na ustępstwa, na 25 czerwca planowany jest dwugodzinny strajk ostrzegawczy. Towarzyszyła mu będzie pikieta przed siedzibą władz firmy.

Kodeks karny a kwestia pracownicza

Kodeks karny a kwestia pracownicza

Praca jako taka w systemie ekonomii neoliberalnej z definicji jest obarczona licznymi patologiami, wyzyskiem oraz niesprawiedliwością i brakiem równowagi między pracownikiem a pracodawcą. Nie jest to „anomalia”, ale jak najbardziej celowy i zamierzony skutek funkcjonowania tego systemu. Przejawia się to chociażby w rosnących nierównościach płacowych i majątkowych, gdzie upośledzony jest zawsze pracownik.

Metody, jakimi realizowana jest ta rosnąca nierówność, są zarówno legalne, forsowane od trzech dekad przez kolejne neoliberalne rządy (umowy cywilnoprawne, likwidacja lub zamrożenie waloryzacji płac minimalnych, wszelkie kruczki prawne pozwalające na różnej maści „potrącenia”), jak i nielegalne, ale w gruncie rzeczy akceptowane zarówno przez rządzących, media, jak i przez wszelkie grupy lobbystyczne.

Jak to wygląda w praktyce? Ano spójrzmy choćby w raport z interwencji Państwowej Inspekcji Pracy za rok 2022:

„W 2022 roku inspektorzy pracy przeprowadzili prawie 60 tysięcy kontroli. Ponad 40% z nich wynikało ze skarg kierowanych do PIP. Inspektorzy potwierdzili zasadność 32,2% zarzutów. Ze sprawozdania z działalności Państwowej Inspekcji Pracy w 2022 roku wynika, że najczęściej skarżono się na kwestie związane z wynagrodzeniem za pracę, stosunkiem pracy i czasem pracy. Rok 2022 przyniósł także wzrost liczby przeprowadzonych kontroli w porównaniu z dwoma poprzednimi latami. […] wśród zgłaszanych problemów wyraźnie dominowały kwestie związane z wynagrodzeniem i innymi świadczeniami wynikającymi ze stosunku pracy. Skargi najczęściej dotyczyły nieterminowej lub całkowitej niewypłacalności wynagrodzenia za pracę, a także sytuacji, w których wypłacane świadczenia były niższe niż określone w umowie o pracę lub ustawowo przyjęte minimalne wynagrodzenie. […] zgłaszano problemy związane z brakiem potwierdzenia na piśmie zawartej umowy o pracę lub nieterminową realizacją tego obowiązku przez pracodawcę. Ponadto kwestionowano brak wydania świadectwa pracy lub opóźnienia w jego wydaniu, a także podnoszono wątpliwości co do jego treści. […] Pracownicy składali skargi z powodu niezgłoszenia albo nieterminowego zgłoszenia do ubezpieczenia społecznego osób zatrudnionych lub wykonujących inną pracę zarobkową. Kolejnym często występującym problemem było niedopełnienie obowiązku opłacania składek na Fundusz Pracy przez pracodawców, a także nieterminowe wywiązywanie się z tego zobowiązania. […] Wśród nieprawidłowości związanych z czasem pracy często pojawiał się zarzut nieprowadzenia lub nierzetelnego prowadzenia ewidencji czasu pracy. Brak odzwierciedlenia faktycznie przepracowanego czasu, niewykazywanie godzin nadliczbowych i pracy w porze nocnej stawały się źródłem konfliktów”.

A teraz podsumowanie raportu z działań PIP w 2025 roku:

„Z danych PIP wynika, że 32 tys. pracowników nie otrzymało wynagrodzenia na czas, a kolejnym 12 tys. pobory zostały wypłacone w niepełnej wysokości. Ponadto 5 tys. pracowników nie dostało wynagrodzenia za pracę w godzinach nadliczbowych lub otrzymali to wynagrodzenie w zaniżonej wysokości. Z kolei 9 tys. pracowników nie otrzymało w terminie (lub w zaniżonej wysokości) ekwiwalentu za niewykorzystany urlop wypoczynkowy, wynagrodzenia chorobowego, czy dodatków za pracę w porze nocnej”.

Dane te pochodzą z zaledwie 57 tysięcy interwencji PIP. Liczba ta jest tak mała, gdyż obecne i poprzednie rządy dość konsekwentnie tną budżet tej instytucji.

Dlatego też przytoczone liczby dotyczące zgłoszeń, inspekcji i kar – to zaledwie wierzchołek góry lodowej. Wynika to właśnie z tego, że PIP od wielu lat jest mocno niedofinansowany, ma za mały personel, a odsetek zgłaszanych przypadków łamania Kodeksu Pracy jest bardzo niski. Wystarczy przejrzeć popularne w social mediach profile czy grupy dotyczące tego typu problemów w pracy, żeby nie mieć wątpliwości, iż rozmawiamy tu o powszechnych i doświadczanych przez większość społeczeństwa patologiach. Tak więc problemy z pracą dotykają milionów ludzi.

Co to oznacza w praktyce? Owe „problemy z pracą” czy „nieprawidłowości w stosunku pracy”? Przecież to terminy oznaczające w gruncie rzeczy głęboką niesprawiedliwość oraz celowe i konsekwentne okradanie milionów ludzi z ich pieniędzy, czasu, zdrowia, praw, godności. Tym bowiem jest niepłacenie pensji na czas, niewypłacanie należności za nadgodziny, zmuszanie do darmowych nadgodzin, niepłacenie składek, fałszowanie umów etc.

Oczywiście, ktoś powie, że nie jest tak źle jak w latach 90., gdy wysoki poziom bezrobocia (dwucyfrowy, a na wielu terenach sięgający nawet 30%) pozwalał pracodawcy na dużo bardziej swobodny drenaż i wyzysk pracownika. Ale z drugiej strony nie ma co się czarować – neofolwarczne stosunki społeczne oraz pełna akceptacja patologii ze strony władz, mediów i pracodawców to stały element nadwiślańskiego krajobrazu świata pracy.

Pracownik oczywiście ma po swojej stronie Kodeks pracy (o ile nie pracuje na śmieciówce, a od kilku lat ich liczba znowu rośnie), wspomnianą PIP czy w ostateczności Sąd Pracy. Tyle że ten ostatni czynnik charakteryzuje się rosnącą dysfunkcją czasową. Jeszcze kilka lat temu średni czas rozpatrywania sprawy to było 4,6 miesiąca. Obecnie terminy pierwszej rozprawy wyznaczane są nawet za 12 miesięcy, w skrajnych (skomplikowanych) przypadkach trwa to natomiast… kilka lat (sic!). Trudno więc mówić o instytucji Sądu Pracy jako faktycznego strażnika interesów kilkunastu milionów pracujących Polaków i Polek. O celowej dysfunkcji PIP już wspomniałem, a sam Kodeks pracy nie jest żadną obroną, jeśli kuleją instytucje, które go mają gwarantować i pomagać w egzekwowaniu jego zapisów.

Praktyka pokazuje, że im wyższe bezrobocie i większy problem ze znalezieniem pracy w danej miejscowości/regionie, tym bardziej pracodawca jest w stanie wyzyskać swoją i tak z definicji lepszą pozycję. W regionach, gdzie są duże miasta i aglomeracje, na korzyść pracownika działają świadomość problemów ze znalezieniem wykwalifikowanego zastępstwa (dla pracodawcy) i tego, że pracownik nie musi się raczej obawiać długotrwałego bezrobocia. Im dalej w prowincję, tym jednak gorzej.

Wróćmy jeszcze do Sądów Pracy. Nawet ten najmniejszy wymiar czasowy oczekiwania na rozprawę – 4,6 miesiąca, to przecież absolutnie nieakceptowalny okres z punktu widzenia życiowych interesów pracownika. Nawet jeśli założymy brak odwołania się pracodawcy od wyroku pierwszej instancji i to, że wyrok ten będzie korzystny dla pracownika (a to pewne nie jest), mówimy o okresie, gdy ktoś przez 4 czy 5 miesięcy nie otrzymuje pensji, ale też nie może podjąć innej pracy. Pracodawcy doskonale zdają sobie sprawę z tego, że Sądy Pracy często sądzą w sposób jawnie wrogi pracownikom i po myśli interesów pracodawców, zwłaszcza tych dużych. Do tego mają też świadomość, że kary nakładane przez PIP są śmiesznie małe – dla dużych firm te kilka tysięcy złotych to praktycznie nic.

Tu dochodzimy do mojej propozycji zmian – o znaczeniu, jak sądzę, strategicznym.

Bowiem po 35 latach neoliberalnego reżimu nad Wisłą, charakteryzującego się hołubieniem wszystkich zachcianek panów pracodawców, uleganiem naciskom wszelkich Lewiatanów itp. może wreszcie stanąć po stronie pracownika? Ostatecznie to nas, pracowników, jest o wiele więcej, a i sama Konstytucja gwarantuje nam, teoretycznie, sprawiedliwość, godne traktowanie i rozliczenie.

Propozycji jak to zrobić jest wiele. Należą do nich chociażby uzwiązkowienie, wzmocnienie finansowe i kadrowe PIP-u, reformę Kodeksu Pracy, wreszcie walkę z patologią umów cywilnoprawnych i zwalczanie fikcji samozatrudnienia. Jasne – wszystko to jest potrzebne. Tyle że to za mało. Może pora już na swoistą propracowniczą „Doktrynę szoku”? Choćby dlatego, że mentalność „Januszów biznesu”, jak i menedżerów wielkiego kapitału jest wciąż mocno osadzona w rzeczywistości zapoczątkowanej w latach 90. Sprowadza się ona do niemal religijnego przekonania, że polskiego pracownika można, a nawet należy wyzyskiwać, traktować jak przedmiot – i to tani oraz łatwo wymienialny.

Sednem mojego pomysłu jest rozszerzenie katalogu środków, do jakich możemy się odwołać przy ochronie praw pracowniczych w oparciu o Kodeks karny.

Rzecz jasna, jak już zresztą wspomniano, sam Kodeks pracy przewiduje sankcję prawną dla większości elementów patologii rynków pracy: umów śmieciowych, niewypłacania należności za nadgodziny, opóźnienia w wypłatach i wiele innych. Ale jak już wiemy, PIP i Sądy Pracy nie są skutecznym i szybkim elementem nacisku na nieuczciwych pracodawców. Może więc, skoro „Janusze biznesu” i menago wielkich korpo nie robią sobie wiele z PIP-u i Sądów Pracy, większe wrażenie zrobi na nich Kodeks karny i wynikające z jego łamania wyroki?

Należy ustawowo rozciągnąć określone paragrafy Kodeksu karnego także na przypadki łamania praw pracowniczych.

Zobrazuję to przykładem – w tej optyce niewypłacenie pensji byłoby zwykłą kradzieżą (art. 278 kk), wypłacenie z opóźnieniem to doprowadzenie do niekorzystnego rozporządzenia mieniem (art. 286 kk), zmuszenie do darmowych nadgodzin to oszustwo i siłowe zmuszenie do wykonania określonej czynności (znowuż 286 oraz dodatkowo 190 kk). Z kolei mobbing czy jakiekolwiek przemocowe traktowanie pracownika oraz prześladowanie w pracy z jakiejkolwiek przyczyny to art. 207 kk (znęcanie się nad osobą zależną). Mamy też do szerszego użycia art. 218 kk, czyli złośliwe naruszanie praw pracowniczych, które można by niejako automatycznie łączyć z innymi w takich sytuacjach.

Idąc dalej: wszelkie, jakże powszechne, przypadki niewydania dokumentów, niezarejestrowania pracowników to nie tylko oszustwo wobec pracownika, ale i samego państwa. A wspomniane patologie związane z czasem pracy to również fałszerstwo (art. 270 kk).

Jak widać – wymieniać tak można długo. Jednak bardziej liczy się konstatacja, że aby skutecznie walczyć z patologiami stosunków pracy konieczne jest (między innymi) radykalne zaostrzenie sankcji prawnych w tej materii.

W praktyce każdy czyn, który stanowi złamanie Kodeksu pracy, może być uznany także za określone przestępstwo, które przewidziane jest w Kodeksie karnym. I to właśnie warunkuje zasadniczą zmianę, gdyż w takich sytuacjach nieuczciwemu pracodawcy grozi już nie tylko śmieszna kara PIP-u czy ciągnąca się nieraz latami sprawa w Sądzie Pracy, ale nagle, w sytuacji, gdy na przykład pracownik zostaje okradziony z jego czasu, pieniędzy, niekiedy wręcz dosłownie z wolności i godności, to za taki czyn przewidziana jest kara pozbawienia czy ograniczenia wolności.

Za ostro? Policzcie, ile darmowych nadgodzin wyrobiliście wy, wasi rodzice, koledzy, ile razy nie dostaliście pieniędzy na czas lub w ogóle, ile razy zostaliście potraktowani w sposób upokarzający, ile razy zwyczajnie was oszukano.

Jeśli ktoś kogoś okradnie na ulicy, to jest to oczywiście traktowane jako kradzież i tak też sankcjonowane w sądzie. To dlaczego pracodawca okradający pracownika z jego pieniędzy ma być w lepszej sytuacji? Czym ludzie wyłudzający kredyty różnią się od pracodawców zmuszających do darmowych nadgodzin, a osoby dokonujące rozboju i zmuszające ofiary do określonego zachowania – od pracodawcy, który stosując szantaż i przymus materialny zmusza np. do pracy w sobotę?

Różnica tutaj istnieje – ale inna niż można by sądzić, patrząc na neoliberalny dyskurs. Otóż o ile „zwykły” oszust, wyłudzacz czy przestępca działa często incydentalnie i jest powszechnie za to krytykowany, o tyle w wypadku patologii rynku pracy mamy do czynienia z dużo bardziej systemowym i stałym działaniu części pracodawców, jak również akceptacją tegoż faktu przez neoliberalny mainstream.

Wyobraźmy sobie sytuację, gdy taki pracodawca nagle musi liczyć się nie z nisko opłacanym inspektorem PIP-u czy sprawą w Sądzie Pracy, która ma termin za rok czy półtora, ale dostaje wezwanie na przesłuchanie w Komendzie Rejonowej, dochodzi do przeszukania w jego mieszkaniu i miejscu pracy (na oczach pracowników), czynności w obecności prokuratora, a w efekcie mają miejsce sprawy karne, wyroki i ich egzekucja. Czy faktycznie „Janusze biznesu” będą gotowi doświadczyć tego? Czy polscy dyrektorzy oddziałów zachodnich korporacji zechcą ryzykować w imię kontynuowania folwarcznych warunków pracy? W 9 na 10 przypadków na pewno nie, a w pozostałych? Cóż, każdy z tych ludzi wiedziałby doskonale, na co się pisze.

Jak w praktyce to mogłoby wyglądać i zostać wdrożone?

Zacznijmy od tego, że absolutnie wszelkie kwestie związane z zatrudnieniem, ewidencją nadgodzin, wypłacaniem pensji i premii, z delegacjami, pracą w weekendy etc. powinny być ewidencjonowane w państwowym systemie, do którego dostęp mają zarówno pracodawca, jak i pracownik. Nie trzeba na nowo wymyślać koła – wystarczyłoby stworzyć dodatkowy segment w znanej aplikacji mObywatel, albo np. nową aplikację mPracownik, podobną do innych tego typu usług elektronicznych.

W takiej aplikacji każdy pracownik w trybie rzeczywistym na bieżąco widziałby wszelkie aktualne kwestie związane z jego pracą, ewidencją czasu pracy, wypłatą pensji czy charakterem stosunku pracy.

Sądzę, że już tylko opcja nadzoru i kontroli skróciłaby wiele patologii. Ale jeśli już by do nich doszło, to powinna istnieć opcja automatycznego zgłoszenia przez aplikację o nieprawidłowości, które równałoby się przekazaniu służbom państwowym zgłoszenia o możliwości popełnienia przestępstwa, np. oszustwa, kradzieży itp. Oczywiście alternatywą byłoby zwykłe powiadomienie odpowiednich służb i instytucji.

Następnie następowałaby weryfikacja zgłoszenia, np. sprawdzenie, że wedle umowy pensja powinna być wypłacana 10 dnia miesiąca, a w danym miesiącu spóźniła się lub w ogóle nie wpłynęła. Dopiero po tym odpowiednie służby mogłyby rozpocząć zwykłe czynności wynikające ze złamania określonego paragrafu Kodeksu karnego – wezwanie na przesłuchanie, zatrzymanie podejrzanego, doprowadzenie do organu śledczego, przesłuchanie, skierowanie wniosku do sądu o ukaranie itp.

Co równie istotne – pamiętajmy, że pracownik jest prawie zawsze upośledzony finansowo, np. nie otrzymuje na czas pensji etc. Konieczny jest więc zapis prawny, wedle którego dług pracodawcy (bo jest to dług, a nie żadna dobra wola pracodawcy) byłby w trybie natychmiastowym odkupiony od pracownika, czyli jeśli np. pracownik X nie otrzymał pensji za ostatnie 2 miesiące to państwo przekazuje mu tę kwotę. Tym samym to państwo stawałoby się wierzycielem nieuczciwego pracodawcy. Oczywistym jest zaś, że państwo jako takie ma wielokroć skuteczniejsze metody szybkiej i pełnej windykacji należnej kwoty. Nie zmieniłoby to faktu normalnego toku i czynności związanych z ukaraniem na drodze karno-sądowej za określone przestępstwo.

Samo rozstrzygnięcie sprawy, zwłaszcza ze względu na oparcie się o łatwą weryfikację (vide wspomniane zaplecze elektroniczne), można by realizować w sposób przyspieszony (vide wydział „elektroniczny” w Lublinie używany do wszelkich windykacji). Ostatecznie spora część materiału dowodowego to zapisy, informacje i logi z systemu (np. nadgodziny itp.), a więc sprawy takie z definicji byłyby w większości rozstrzygane w sposób nakazowy, czyli bez udziału stron – istnieje taka możliwość, gdy wina oskarżonego nie budzi wątpliwości.

Zastanówmy się, jak wielu nieuczciwych przełożonych i pracodawców byłoby gotowych ryzykować odsiadkę, zawiasy, grzywny, prace społeczne, wysokie koszty sądowe oraz informację o karalności w imię niepłacenia pensji czy zmuszania do darmowych nadgodzin, albo fałszowania ewidencji czasu pracy. Te wszystkie patologie są tak powszechne, bo zwyczajnie system na to pozwala. Sankcje za to są małe lub żadne, a nierówność w ramach systemu neoliberalnego dodatkowo to ułatwia. Ci ludzie są tak „hardzi” tylko dlatego, że ze względu na słabe prawo faworyzujące właśnie ich mogą stosować przymus wobec słabszych, czyli pracowników.

Proponowane przeze mnie zmiany mają to zmienić. Zwłaszcza jeśli w wypadku wyroków sądowych wszelkie kwestie związane z zapłatami i kosztami obarczone byłyby statusem natychmiastowej wykonalności i windykacji, także z udziałem aparatu państwowego.

Jestem absolutnie pewien, że opisana metoda nawet dla osób o poglądach społecznych i socjalnych może wydawać się za ostra, a dla pozostałych będzie to już słynne „prześladowanie przedsiębiorców” i powrót komuny. I trudno się dziwić – po ponad 35 latach balcerowiczowskiego neoliberalizmu spora część z nas aż nazbyt chętnie staje po stronie silniejszych, a jednocześnie tych, którzy nas wykorzystują. I choćby dlatego w imię prawdziwej sprawiedliwości pora zastanowić się nad prawnymi i systemowymi rozwiązaniami wspierającymi słabszych, a jednocześnie wielokroć liczniejszych.

I wbrew jękom i żalom neoliberałów – to nie jest żaden „socjalizm”, „komunizm” czy „powrót PRL-u”. To zwyczajna ludzka przyzwoitość. Bowiem jak ponad 100 lat temu powiedział Marszałek Piłsudski: „Nie może być w państwie za wiele niesprawiedliwości względem tych, co pracę swą dla innych dają, nie może być w państwie – gdy nie chce ono iść ku zgubie – za dużo nieprawości”.

Grzegorz Ćwik

Grafika w nagłówku tekstu: Clker-Free-Vector-Images from Pixabay

Złe wieści z gospodarki

Złe wieści z gospodarki

Kiepskie tendencje zachodzą w sferze zatrudnienia i płac.

Jak informuje portal Dla Handlu, kiepskie wieści płyną z polskiej gospodarki w nowej analizie Centrum Analitycznego Gremi Personal. Opracowało ono m.in. National Employment Index. W I kwartale 2026 roku wyniósł on 50 punktów, co oznacza poziom neutralny.

Kryją się za tym jednak liczne złe tendencje. W I kwartale 2026 roku zatrudnienie spadło w całej polskiej gospodarce rok do roku o 51,3 tys. osób, co oznacza spadek o 0,76%. Najwięcej etatów ubyło w branży motoryzacyjnej (3,4% w ciągu roku) i w meblarskiej (3,2%).

Z kolei deklarowane zwolnienia grupowe wzrosły o 25% w porównaniu z analogicznym okresem roku 2025. Firmy zgłosiły chęć zwolnienia w procedurze zbiorowej ponad 11 300 osób.

Źle wygląda także kwestia wynagrodzeń. Wzrosły one co prawda rok do roku o 6,3%. Jednak jest to wzrost najniższy od 5 lat. W latach 2023-2024 średnie podwyżki płac były dwucyfrowe. Szokuje informacja, że aż 68% firm całkowicie zablokowało jakiekolwiek podwyżki, a wręcz pojawiły się niewidziane od dawna przypadki obniżania płac.

Strajk nadchodzi

Strajk nadchodzi

We wrześniu w wielkiej sieci handlowej odbędzie się strajk generalny.

Jak informuje Business Insider, związkowcy w sieci handlowej Dino ogłosili, że we wrześniu odbędzie się strajk generalny. Ma on przybrać postać całkowitego i bezterminowego zaprzestania pracy. Taka decyzja to pokłosie fiaska kilkumiesięcznych prób nakłonienia szefostwa firmy do spełnienia oczekiwań pracowników.

Przed kilkoma miesiącami w Dino Polska powstały struktury związku zawodowego OPZZ Konfederacja Pracy. Wcześniej struktury tego związku powstały m.in. w Biedronce, Kauflandzie, Rossmannie i Aldim.

Po założeniu struktur związkowych nagłośniono fakt, że w firmie nie ma zakładowego funduszu świadczeń socjalnych, na czym spółka oszczędza miliony rocznie kosztem pracowników. Postulat powołania funduszu został zlekceważony przez zarząd firmy. Podobnie jak postulaty dotyczące zwiększenia niskie obsady sklepów oraz podwyższenia mizernych pensji o 900 złotych brutto. W tym czasie Państwowa Inspekcja Pracy wykryła w sklepach Dino ponad 1300 nieprawidłowości, w tym niezapewnianie odpowiedniej temperatury w sklepach zimą.

OPZZ Konfederacja Pracy zorganizowała w Dino Polska strajk ostrzegawczy, a niedawno trzydniowy protest pod siedzibą firmy. Dotychczasowe rokowania z zarządem kończyły się fiaskiem z powodu butnej i lekceważącej postawy władz Dino Polska. Jedyny póki co konkret kilkumiesięcznej walki jest taki, że firma zadeklarowała zwiększenie płac o 300 złotych brutto.

Dino zatrudnia ponad 56 tys. osób. W pierwszym kwartale 2026 roku firma zanotowała rekordowe zyski – ponad 316 milionów złotych. Średnia płaca w Dino wynosi 5,3 tys. brutto, czyli 500 zł więcej niż pensja minimalna.

Najnowsza decyzja związkowców to ogłoszenie pogotowia strajkowego i zapowiedź zorganizowania strajku generalnego we wrześniu. Związkowcy napisali: „Wczoraj zapadła decyzja, że Strajk Generalny odbędzie się we wrześniu. Aktualnie wprowadziliśmy pogotowie strajkowe i będą kontynuowane inne formy protestu, o których będzie głośno! Zapadła też decyzja o utworzeniu Funduszu Strajkowego”. Do września będzie też trwała kampania informacyjna skierowana do klientów sieci oraz pracowników Dino.

Działacze OPZZ Konfederacja Pracy w Handlu zapowiadają także: „Przygotowujemy obecnie ogromną dokumentację dotyczącą masowego łamania przepisów prawa przez Dino i będziemy kierować ją do Prokuratury Krajowej”.

Duże promocje wykańczają małych

Duże promocje wykańczają małych

Producenci mąki, cukru, oleju rzepakowego, nabiału i wędlin apelują o uregulowanie promocji w wielkich sieciach.

Jak informuje Portal Spożywczy, do ministra rolnictwa trafił apel przygotowany wspólnie przez duże ogólnopolskie organizacje branżowe producentów mąki, cukru, oleju rzepakowego, masła i nabiału oraz mięsa i wędlin. Apelują one o ustawowe uregulowanie zasad promocji w sieciach handlowych. Uważają, że wojna handlowa między wielkimi sieciami dewastuje rynek handlu spożywczego w Polsce.

Adam Stępień, Dyrektor Generalny Polskiego Stowarzyszenia Producentów Oleju, mówi Portalowi Spożywczemu: „Łatwo dostrzec po gazetkach promocyjnych największych sieci sklepów, że na rynku oleju rzepakowego coś jest nie tak. Ceny detaliczne, za które oferowany jest olej będący praktycznie w już ciągłej niemal promocji, nie są w żaden sposób skorelowane z realną wartością ekonomiczną łańcucha dostaw, co oczywiście musi odbijać się na opłacalności jego produkcji. Jesteśmy niestety typowym przykładem strategicznego grania na rynku naszym produktem żeby przyciągnąć do siebie konsumentów. Finalnie i on na tym nie zyskuje, bo odpowiednie przychody dystrybutorów kompensują inne towary, które nabył przy okazji tej samej wizyty w sklepie”.

Z kolei Tomasz Parzybut, Prezes Zarządu Stowarzyszenia Rzeźników i Wędliniarzy RP, mówi: „Produkty mięsne są wykorzystywane jako narzędzie do przyciągania klientów do sklepów, a ich ceny bywają obniżane nawet o 50 proc. w stosunku do poziomów rynkowych. Żaden lokalny sklep mięsny nie jest w stanie konkurować z taką polityką cenową. To nie jest zwykła walka o klienta, a mechanizm, który prowadzi do wypierania mniejszych uczestników rynku. Najpierw znikają rodzinne sklepy mięsne, które od pokoleń budowały lokalny handel. Następnie problemy dotykają zakładów mięsnych, które tracą odbiorców i możliwości sprzedaży swoich wyrobów. W efekcie konsumenci tracą dostęp do lokalnych produktów”.

Sygnatariusze apelu do ministra zwracają uwagę, że praktyki sieci handlowych docelowo zagrażają producentom żywności, dostawcom surowców (rolnikom, hodowcom), mniejszym podmiotom handlowym, a ostatecznie także konsumentom.

Michał Gawryszczak, Dyrektor Biura Związku Producentów Cukru w Polsce, dodaje: „W wielu krajach Unii Europejskiej, takich jak Francja, Belgia czy Niemcy, obowiązują regulacje ograniczające sprzedaż towarów poniżej kosztów zakupu lub wykorzystywanie agresywnych promocji, które mogą zaburzać konkurencję na rynku. Rozwiązania te mają chronić zarówno producentów, jak i mniejszych detalistów przed praktykami prowadzącymi do wojny cenowej i wypychania konkurencji z rynku. Uważamy, że podobne mechanizmy powinny zostać rozważone również w Polsce, aby zapewnić uczciwe warunki funkcjonowania wszystkim uczestnikom rynku oraz długoterminową stabilność sektora handlu detalicznego”.

Pociąg przez Piekiełko

Pociąg przez Piekiełko

Polska od kilku lat zwodzi Słowację i Węgry w sprawie uruchomienia pociągów na trasie Kraków – Koszyce – Budapeszt.

Wygląda na to, że przynajmniej do końca obecnej dekady pociągi PKP Intercity nie przekroczą granicy polsko-słowackiej. Tymczasem Słowacja i Węgry już od czterech lat apelują o uruchomienie połączeń Kraków – Tarnów – Nowy Sącz – Preszów – Koszyce – Budapeszt.

Polska jest w tej kwestii sceptyczna

Uruchomienie tych pociągów miało być kolejnym etapem rozwoju oferty na trasie Budapeszt – Koszyce, na której w 2021 r. zwiększono liczbę połączeń z dwóch do siedmiu dziennie. Obecnie ze stolicy Węgier do słowackich Koszyc pociągi EuroCity odjeżdżają o 6:25, 8:25, 10:25, 12:25, 14:25, 16:25 i 18:25.

We wrześniu 2022 r. ówczesny minister transportu Słowacji Andrej Doležal zaprosił ministra infrastruktury w rządzie Prawa i Sprawiedliwości Andrzeja Adamczyka do Starej Lubowli i przedstawił mu propozycję, aby pociągom relacji Budapeszt – Koszyce wydłużyć trasę do Krakowa przez Muszynę, Nowy Sącz i Tarnów. – „Na początku w układzie trzech połączeń dziennie z wizją regularnej oferty w takcie dwugodzinnym” – mówił poświęconemu Europie Środkowej portalowi Port Europa Martin Petro ze słowackiego resortu transportu. – „Projekt popiera strona węgierska, Polska jest w tej kwestii sceptyczna”.

W listopadzie 2022 r. na naradzie środkowoeuropejskich kolei propozycję ponowili przedstawiciele słowackiego przewoźnika Železničná Spoločnosť. Ale polskie władze stały na stanowisku, że połączenie będzie miało sens dopiero po wybudowaniu linii Podłęże – Piekiełko. – „Usprawni ona połączenia w relacji Kraków – Muszyna przez Nowy Sącz i znacznie skróci czas przejazdu w porównaniu z połączeniem przez Tarnów. Wówczas będą mogły być opracowane rozwiązania dotyczące rozkładu jazdy dla połączeń przez Muszynę na Słowację i dalej” – przekonywał w listopadzie 2022 r. Szymon Huptyś, ówczesny rzecznik prasowy Ministerstwa Infrastruktury. Ale już zaledwie miesiąc później, w grudniu 2022 r., ministerstwo ogłosiło zamiar uruchomienia pociągów relacji Kraków – Koszyce – Budapeszt, zastrzegając, że „usługa będzie realizowana najwcześniej od 1 stycznia 2024 r. w przypadku jej akceptacji przez strony współpracujące w uruchomieniu połączenia międzynarodowego”. Połączenia po dziś dzień nie uruchomiono.

W najbliższym czasie nie jest planowane

W październiku 2024 r. sprawą braku pociągów PKP Intercity przekraczających granicę ze Słowacją zajęła się posłanka Koalicji Obywatelskiej i przewodnicząca polsko-słowackiej grupy parlamentarnej Małgorzata Pępek. „Z przykrością należy stwierdzić, iż hamulcowym była tylko strona polska” – napisała w interpelacji do Ministerstwa Infrastruktury. – „Słowackie i węgierskie ministerstwa transportu proponowały uruchomienie trzech par pociągów dziennie na trasie Budapeszt – Koszyce – Muszyna – Kraków i tylko strona polska reprezentowana przez rząd PiS mówiła temu pomysłowi »nie«”.

Po roku rządu Donalda Tuska nic się nie zmieniło: w udzielonej w grudniu 2024 r. odpowiedzi na jej interpelację wiceminister infrastruktury Piotr Malepszak oznajmił, że uruchomienie pociągów PKP Intercity przekraczających granicę polsko-słowacką „w najbliższym czasie nie jest planowane”. Swoją odpowiedź Malepszak zakończył następującymi słowami: „Kształt oferty przewozowej stanowi kompromis pomiędzy oczekiwaniami podróżnych, możliwościami finansowymi organizatora publicznego transportu zbiorowego i uwarunkowaniami związanymi z infrastrukturą kolejową, dostępnością taboru i innymi czynnikami technicznymi po stronie PKP Intercity jak również PKP Polskich Linii Kolejowych, a w przypadku połączeń międzynarodowych zależy także od wielomiesięcznych uzgodnień z partnerami zagranicznymi”. Tyle że akurat w przypadku połączenia Kraków – Koszyce – Budapeszt partnerem, który od kilku lat przeciąga uzgodnienia, jest Polska. Ale nasi południowi sąsiedzi wciąż nie zaprzestali starań.

Ministerstwo rozważa możliwość

Kwestię połączenia Kraków – Koszyce – Budapeszt poruszył w listopadzie 2024 r. słowacki minister transportu Jozef Ráž na odbywającym się w Bratysławie spotkaniu z ministrem infrastruktury Dariuszem Klimczakiem. Gdy słowacki minister zwrócił uwagę na problem niewykorzystanego potencjału kolei w relacjach między obydwoma krajami, delegacja z polskiego ministerstwa zaczęła opowiadać o planowanej linii Podłęże – Piekiełko i o tym jak skróci ona czas jazdy pociągów z Krakowa do Preszowa, Koszyc i dalej w kierunku Budapesztu.

Zapowiedź skrócenia czasu przejazdu nieistniejącego połączenia wywołała lekką konsternację strony słowackiej. O braku zrozumienia w czasie bratysławskich rozmów w listopadzie 2024 r. świadczy przede wszystkim to, że gdy Słowacy mówili o niewykorzystanym potencjale kolei, to Polacy nie podjęli kwestii wykorzystania istniejących możliwości, lecz uciekli w wizje na przyszłość.

Pół roku po spotkaniu w Bratysławie wyglądało jednak na to, że polska strona doszła do refleksji, że z uruchomieniem połączeń PKP Intercity przez granicę polsko-słowacką nie trzeba czekać aż do wybudowania linii Podłęże – Piekiełko. W maju 2025 r. rzeczniczka prasowa resortu infrastruktury Anna Szumańska powiedziała portalowi Twój Sącz, że pod uwagę jest brane uruchomienie połączeń od grudnia 2026 r. lub grudnia 2027 r.: „Ministerstwo Infrastruktury rozważa możliwość uruchomienia przewozów kolejowych na odcinku Kraków – Muszyna – Koszyce od rozkładu jazdy pociągów 2026/2027 lub 2027/2028, po zakończeniu prac na linii kolejowej Tarnów – Muszyna. Połączenie jest wstępnie planowane w liczbie dwóch-trzech par dziennie”.

Prowadzone są zaawansowane prace

Remont na linii Tarnów – Muszyna już dobiegł końca, lecz sygnały płynące obecnie z ministerstwa wskazują na to, że połączenie nie zostanie uruchomione ani pod koniec 2026 r., ani pod koniec 2027 r. Znów bowiem zaczyna zwyciężać podejście, by czekać z tym do powstania linii Podłęże – Piekiełko.
W tej sytuacji posłanka Małgorzata Pępek w lutym 2026 r. wystosowała do resortu infrastruktury kolejną interpelację, pytając o możliwość uruchomienia połączeń PKP Intercity przez polsko-słowacką granicę w Zwardoniu i dalej przez Żylinę, Trenczyn i Trnawę do Bratysławy.

W odpowiedzi na interpelację szefowej polsko-słowackiej grupy parlamentarnej wiceminister Piotr Malepszak oznajmił: „W Ministerstwie Infrastruktury prowadzone są zaawansowane prace nad polepszeniem oferty kolejowej z Polski na Słowację. Ma ona jednak dotyczyć w szczególności ciągu Kraków – Nowy Sącz – Koszyce z możliwością dalszego trasowania do Budapesztu. W tym temacie Ministerstwo Infrastruktury współpracuje z Ministerstwem Transportu Republiki Słowacji, efektem czego jest deklaracja uruchomienia wskazanego połączenia nie później niż w grudniu 2030 r.”.

Jak widać, wciąż nieistniejące połączenie – o którego uruchomienie Słowacja przy wsparciu Węgier od czterech lat apeluje do Polski – zdążyło już stać się argumentem, aby wstrzymać się z wprowadzeniem pociągów PKP Intercity na inną linię przekraczającą polsko-słowacką granicę.

Nikt nie chce tego głośno powiedzieć

Czekanie z uruchomieniem pociągów relacji Kraków – Koszyce – Budapeszt na powstanie linii Podłęże – Piekiełko skutkuje tym, że stworzenie połączeń PKP Intercity przez granicę Polski i Słowacji jest nieustannie odsuwane w czasie.

W 2022 r., gdy Słowacja złożyła Polsce propozycję, zapowiadano, że linia Podłęże – Piekiełko zostanie zbudowana na przełomie 2027 i 2028 r. Obecnie wskazywanym terminem otwarcia jest 2030 r., ale jest już on coraz mniej realny – chociażby ze względu na opóźnienia w przetargach. A trzeba się też liczyć z problemami, które mogą wystąpić podczas budowy nowej linii na wyżynnym terenie. – „Nikt nie chce tego głośno powiedzieć, ale linii nie uda się zbudować przed 2032 r.” – usłyszeliśmy od osoby związanej z przedsięwzięciem.

Gdy nowa linia powstanie, pociągi dojadą z Krakowa do Nowego Sącza w około godzinę. Dziś najszybszy pociąg jedzie między tymi miastami 2 godz. 18 min.

Projekt rozkładu jazdy opracowany w 2022 r. w słowackim ministerstwie zakłada, że istniejącymi liniami pociąg jechałby z Krakowa do Koszyc 5 godz. 9 min., a do Budapesztu 8 godz. 38 min. Natomiast po otwarciu linii Podłęże – Piekiełko możliwe będzie dojechanie z Krakowa do Koszyc w około 3 godz. 50 min., a do Budapesztu w około 7 godz. 20 min.

Doskonały moment

Ta nieco ponad godzina różnicy stała się pretekstem do zablokowania na lata uruchomienia połączenia Kraków – Koszyce – Budapeszt. Najpierw tego pretekstu używali przedstawiciele rządu PiS, którzy zwłaszcza w okresie bliskiej przyjaźni z rządem Viktora Orbána woleli snuć wizje kolei dużych prędkości mającej w nieokreślonej przyszłości połączyć Polskę z Węgrami. Potem pretekst przejęli politycy rządu Donalda Tuska niechętni do podejmowania wspólnych przedsięwzięć zarówno ze Słowacją pod rządami Roberta Ficy, jak i z Węgrami pod rządami Orbána.

W ostatnich miesiącach Węgry kojarzyły się polskim politykom głównie z azylem politycznym udzielonym przez rząd Orbána Zbigniewowi Ziobrze. Tę kwestię minister infrastruktury Dariusz Klimczak zdołał nawet połączyć z zakupem przez PKP Intercity używanych wagonów z Niemiec. – „To są w bardzo dobrym stanie wagony, które mogą jeździć 200 km/h” – mówił w lutym 2026 r. w radiu RMF. – „I to, co ważne dla polityków PiS: mają homologację międzynarodową – na przykład można bez problemu dojechać na Węgry. Więc niech tak ich krytykują, bo nie wiadomo kiedy będą mogli z nich skorzystać”.

W kwietniu 2026 r. doszło w Węgrzech do zmiany politycznej – wybory wygrała partia Tisza, kładąc kres 16-letnim rządom Viktora Orbána. Gdy tylko zostały ogłoszone wyniki, szef Tiszy Péter Magyar zapowiedział, że z pierwszą wizytą zagraniczną uda się do Polski. – „Polska i Węgry znów mogą być bardzo bliskimi przyjaciółmi” – mówił, podkreślając potrzebę nie tylko zacieśnienia współpracy gospodarczej i kulturalnej, ale także rozwoju oferty połączeń kolejowych.

Natychmiast odniósł się do tego minister infrastruktury Dariusz Klimczak, który na portalu X zwrócił się do Pétera Magyara: „Szanowny Panie Premierze elekcie, wspomniał Pan dzisiaj o ustanowieniu bezpośredniego połączenia kolejowego Węgier z Polską. Dziękuję za te słowa i zainteresowanie rozwojem połączeń między naszymi krajami. Bezpośrednie połączenia kolejowe już dziś funkcjonują: dwa z Warszawy i dwa z Krakowa. Obserwujemy jednak spadek liczby podróżnych na tej trasie, podczas gdy liczba pasażerów np. do Wiednia i Pragi wzrasta. Dziś jest doskonały moment, by odwrócić tę tendencję. Chciałbym, aby ta oferta była jeszcze bardziej atrakcyjna zarówno dla polskich, jak i węgierskich pasażerów”.

Ze stolicy do stolicy

Bezpośrednie połączenie Polski, Słowacji i Węgier obecnie zapewnia pociąg InterCity „Batory” relacji Warszawa – Katowice – Ostrawa – Bratysława – Budapeszt oraz kursujące na tej trasie wagony w nocnym pociągu InterCity „Chopin” (przełączane na czeskiej stacji Břeclav do składu EuroNight „Metropol” Praga – Budapeszt). Z Krakowa do Bratysławy i Budapesztu jedzie jeden wagon przełączany na czeskiej stacji Bohumín z pociągu InterCity „Prater” do pociągu „Batory”. Nocne połączenie z Przemyśla i Krakowa do Bratysławy i Budapesztu zapewniają dwa wagony w pociągu Intercity „Carpatia” przełączane na stacji Bohumín do pociągu „Chopin”.

Oparcie oferty na wagonach przełączanych między różnymi pociągami wiąże się z czasochłonnymi manewrami wydłużającymi czas podróży – może być to jedną z przyczyn spadającej liczby podróży koleją między Polską a Węgrami, co polski minister infrastruktury na dzień dobry wytknął Péterowi Magyarowi.

Przełączanie na stacji Bohumín wagonu relacji Kraków – Bratysława – Budapeszt z pociągu „Prater” do pociągu „Batory” zajmuje ponad godzinę (od 12:12 do 13:34). W efekcie podróż z Krakowa do Budapesztu trwa 9 godz. 28 min. To o około godzinę dłużej niż jechałyby proponowane przez Słowację pociągi relacji Kraków – Tarnów – Nowy Sącz – Preszów – Koszyce – Budapeszt. Z kolei przełączanie wagonów relacji Przemyśl – Kraków – Bratysława – Budapeszt między nocnymi pociągami „Carpatia”, „Chopin” i „Metropol” skutkuje dwoma około półtoragodzinnymi postojami w Czechach: na stacji Bohumín (od 0:11 do 1:30) i na stacji Břeclav (od 3:19 do 4:53). W efekcie podróż z Krakowa do Budapesztu trwa aż 11 godz. 33 min. Choć przy nocnych podróżach jak najkrótszy czas jazdy nie jest kluczową kwestią, to jednak jest on aż o trzy godziny dłuższy od tego możliwego do osiągnięcia na trasie przez Koszyce, którą proponuje Słowacja.

Jako że wszystkie pociągi z Polski jadą do Słowacji i Węgier przez Czechy, to obsługują one jedynie południowo-zachodni skrawek Słowacji, na którym leży Bratysława. Wpisuje się to w priorytet kształtowania oferty międzynarodowej, jakim jest – co zaznaczał wiceminister Piotr Malepszak w odpowiedzi na interpelację posłanki Małgorzaty Pępek – „zapewnienie połączenia stolicy kraju ze stolicami krajów sąsiadujących z Polską”. Tyle że Słowacja to kraj cechujący się niezwykle peryferyjną lokalizacją stolicy (wszak granica miasta Bratysława styka się z Austrią i Węgrami). Obecnie funkcjonujące połączenie ze stolicą nie komunikuje więc Polski z większością regionów Słowacji. Proponowane przez naszych południowych sąsiadów pociągi połączyłyby Polskę ze wschodnią Słowacją oraz leżącymi tam Koszycami i Preszowem, drugim i trzecim najludniejszymi miastami tego kraju.

Odcinek Muszyna – Plaveč, którym pociągi z Krakowa do Budapesztu miałyby przekraczać polsko-słowacką granicę, działa w ruchu pasażerskim tylko w zimowe i letnie weekendy, gdy jeździ uruchamiany przez przewoźnika Železničná Spoločnosť pociąg „Beliansky Express” relacji Poprad – Muszyna. Dawniej kursowały tędy takie pociągi jak EuroCity „Józef Bem” relacji Warszawa – Kraków – Koszyce – Budapeszt czy „Tarnovia” i „Prešovčan” relacji Kraków – Koszyce. Międzynarodowe połączenia dalekobieżne nie jeżdżą przez Muszynę od 2009 r. Odcinek Muszyna – Plaveč jest jednym z trzech odcinków łączących polską i słowacką sieć kolejową. Odcinek Zwardoń – Skalité działa tylko w ruchu lokalnym, a na odcinku Łupków – Medzilaborce ruch zawieszono. Granica ze Słowacją to jedyna wewnątrzunijna granica Polski, której nie przekracza żaden pociąg PKP Intercity.

Karol Trammer

Tekst pochodzi z dwumiesięcznika „Z Biegiem Szyn” (nr 3/142 maj-czerwiec 2026)
https://www.zbs.net.pl

Zmowa wyzyskiwaczy?

Zmowa wyzyskiwaczy?

Kilka firm jest podejrzewanych o zmowę w celu oferowania pracownikom jak najniższych płac.

Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów za zgodą sądu i przy wsparciu policji dokonał przeszukań w siedzibach pięciu przedsiębiorstw z powiatu bolesławieckiego i Wrocławia: Toyota Boshoku Poland, Toyota Boshoku Europe, Bader Polska, Gerresheimer Bolesławiec oraz Hoerbiger Automotive.

Działania podjęto na podstawie podejrzenia, że wspomniane przedsiębiorstwa zawarły zmowę w celu zaniżania wynagrodzeń. Zdaniem UOKiK istnieje podejrzenie, że firmy te – wszystkie z sektora produkcji i prowadzące działalność w niewielkiej odległości – zmówiły się przeciwko pracownikom. Zmowa miała obejmować oferowane stawki wynagrodzeń i benefity pozapłacowe, aby były one podobne w tych przedsiębiorstwach. Dodatkowo firmy miały się porozumieć w celu niezatrudniania osób, które wcześniej pracowały w którejś z nich. Takie działania skazywały pracowników na akceptowanie oferowanych stawek, zmniejszały ich pole manewru przy wyborze pracy oraz utrudniały jej zmianę. Dla uczestników zmowy były z kolei korzystne finansowo i pozwalały do minimum zmniejszyć konkurowanie o pracowników.

Prezes UOKiK Tomasz Chróstny mówi mediom: „Przedsiębiorcy działający na lokalnym rynku mają dostęp do tej samej puli pracowników i rywalizują o nich. Dlatego wspólne ustalenia, które mają uniemożliwić lub utrudnić zmianę pracodawcy, stanowią ograniczenie konkurencji. Jest to szczególnie szkodliwe dla lokalnych społeczności, ponieważ nie pozwala na zmianę miejsca pracy, niezależnie od posiadanych lub podnoszonych kwalifikacji”.

Za udział w zmowie grozi kara do 10 proc. rocznego obrotu firmy, a menedżerowie biorący udział w zmowie mogą zostać ukarani grzywną do 2 milionów złotych.

O więcej rąk do pracy

O więcej rąk do pracy

Związkowcy jednej z sieci handlowych walczą o zwiększenie obsady sklepów.

Jak informuje portal Tysol.pl, w sieci „Stokrotka” (kapitał litewski) doszło do kolejnej odsłony konfliktu związkowców z „Solidarności” z szefostwem firmy. Od kilku miesięcy trwa tam spór zbiorowy. Oprócz postulatów podwyżek płac związkowcy domagają się także zwiększenia personelu sklepów – ich zdaniem obecna obsada jest mizerna, skutkuje przeciążeniem zatrudnionych, a także niemożnością brania urlopów w terminach dogodnych dla pracowników.

Związkowcy przygotowali petycję do władz sieci. Napisali w niej m.in.: „Trudno nam zaakceptować redukcję personelu i nieprzedłużanie umów sprawdzonym pracownikom, podczas gdy wyraźnie brakuje rąk do pracy. Jako konsumenci, od których zależą zyski Państwa firmy, apelujemy o zwiększenie liczby personelu na zmianach oraz wstrzymanie redukcji doświadczonej załogi. My, niżej podpisani Mieszkańcy i Klienci Stokrotki wyrażamy głębokie zaniepokojenie spadkiem komfortu zakupów w naszym sklepie. Drastyczne zmniejszenie liczby personelu bezpośrednio uderza w nas – kupujących: ogromne kolejki przy kasach tradycyjnych i ladach; wymuszanie korzystania z kas samoobsługowych; skrajnie przemęczeni pracownicy, którzy fizycznie nie są w stanie rozładować kolejek; redukowanie doświadczonej kadry odbija się na jakości obsługi i płynności zakupów. Powyższe sprawia, że zakupy stają się uciążliwe”.

Związkowcy rozpoczęli zbieranie pod petycją podpisów klientów sklepów sieci „Stokrotka”. Tylko w jednym ze sklepów w Lublinie zebrali ich w cztery godziny 460. Podczas trzydniowej akcji zebrano tamże niemal 1600 podpisów. Akcja ma być wkrótce rozszerzona na inne sklepy sieci, także w innych miastach.

Pół miliona miejsc pracy mniej?

Pół miliona miejsc pracy mniej?

Ponad pół miliona miejsc pracy w UE jest zagrożonych likwidacją.

Jak informuje portal Money.pl za materiałami portalu Politico, Komisja Europejska przedstawi wkrótce raport wskazujący na poważne zagrożenie dla miejsc pracy w krajach UE. Raport zawiera prognozy mówiące, że likwidacja może wkrótce objąć 560 000 miejsc pracy. Przyczynami są wysokie ceny energii, zmiany w przemyśle i transformacja energetyczno-klimatyczna. Portal Politico stwierdza: „Kraje UE narażone są w najbliższych latach na masową utratę miejsc pracy, ponieważ wysokie koszty energii, restrukturyzacja przemysłu i transformacja ekologiczna negatywnie wpływają na gospodarkę – ma ostrzec Komisja Europejska”.

560 tysięcy miejsc pracy w krajach UE może być zagrożonych tylko w roku 2026, nie licząc kolejnych lat. Głównymi czynnikami ryzyka są koszty energii rosnące wraz z „transformacją energetyczną” oraz konkurencyjna presja Chin. Do sektorów najbardziej zagrożonych utratą miejsc pracy należą wedle raportu KE budownictwo, hutnictwo, przemysł chemiczny i transport.

W dłuższej perspektywie tylko w sektorze motoryzacyjnym może być zagrożonych 600 000 etatów. Konkurencja chińska zagraża także „zielonemu przemysłowi” i oznacza ryzyko utraty w Europie 85 000 miejsc pracy w produkcji baterii i akumulatorów oraz około 60 000 w sektorze wytwarzania paneli słonecznych.

Dotychczasowe szacunki unijne prognozowały na koniec roku bezrobocie w wysokości 5,9% dla całej Wspólnoty. Szacunki te już zostały podniesione do 6%.

Czy cwaniacy zapłacą?

Czy cwaniacy zapłacą?

Parlamentarzystka partii rządzącej zwraca uwagę na podatkowy przekręt w wykonaniu sieci franczyzowych.

Jak informuje portal Wiadomości Handlowe, posłanka Małgorzata Pępek z Koalicji Obywatelskiej wystosowała interpelację w sprawie możliwego unikania opodatkowania przez sieci handlowe działające w formie franczyzy.

Posłanka powołała się na raport przygotowany wspólnie przez Stowarzyszenie Ajentów i Franczyzobiorców oraz „Solidarność”. Zwracał on uwagę na fakt, że formuła franczyzy pozwala unikać części opodatkowania. Straty dla budżetu szacowane przez ekonomistów wynoszą około 7,5 miliarda złotych rocznie. Jednym z aspektów tej formuły jest niepłacenie podatku handlowego.

Podatek potocznie zwany handlowym został wprowadzony przed kilkoma laty i obejmuje sieciowe podmioty, które mają miesięczne przychody od 17 milionów złotych wzwyż. Problem w tym, że z takiego opodatkowania wyłączone są podmioty działające jako franczyza – choć są zarządzane centralnie i przynoszą one główne zyski jednemu właścicielowi, udają setki i tysiące niezależnych indywidualnych przedsiębiorstw. W efekcie nie płacą m.in. tego podatku. Posłanka Pępek stwierdza: „Jak podnoszą autorzy raportu, różnice między siecią działającą w modelu scentralizowanym a siecią opartą na franczyzie mają charakter wyłącznie formalnoprawny. W praktyce funkcjonują one w oparciu o te same marki, systemy, dostawy i politykę cenową”.

Ministerstwo Finansów niestety odnosi się negatywnie do postulatów objęcia podatkiem handlowym także sieci franczyzowych. Z odpowiedzi udzielonych posłance Pępek wynika, że obecny stan formalnoprawny i faktyczny nie budzi żadnego zaniepokojenia w ministerstwie, a ono samo używa tych samych wykrętów, jakimi posługują się wielkie sieci franczyzowe w celu udawania, że stanowią zbiór niezależnych podmiotów.

Sny o pociągach

Sny o pociągach

Przeczuwam coś metafizycznego w podróży pociągiem. To stan, w którym jednocześnie jesteśmy w ruchu i pozostajemy w zawieszeniu – między „tutaj” a „tam”. Czas też płynie wtedy inaczej, zwłaszcza gdy nie uciekamy w telefon czy książkę, lecz patrzymy na obraz przesuwający się za oknem. Mam też przeczucie, że nie do końca to doceniamy. W naszej wyobraźni samochód wciąż znaczy wolność, a pociąg – zależność i nudę. I konieczność dostosowania się do cudzego rozkładu.

Bo w międzyczasie Ameryka dała światu kino drogi, w którym zaczęła opowiadać historię o sobie samej. To ten mit wolności opowiedziany jako podróż samochodem w stronę bezkresnego horyzontu. Dziś coraz wyraźniej widać jednak, że był to również mit świata, który przeminął – świata wielkich fabryk, taniej benzyny i przemysłowych miast, z których część stała się własnym nieruchomym pomnikiem.

My tymczasem przeoczyliśmy coś własnego. Polskie kino stworzyło opowieść o kolei. To kino bardziej o wspólnocie niż o indywidualizmie, bardziej egzystencjalne niż przygodowe. A co najciekawsze, nie opisuje ono wyłącznie przeszłości, bo kolej nadal należy w Polsce do nielicznych instytucji, przez pryzmat których można myśleć o państwie, wspólnocie i ruchu.

Ten tekst nie powstałby bez mojego czytania tego, co pisze Karol Trammer. Od lat przekonuje nas, że kolej nie jest tylko środkiem transportu, lecz jednym z najczulszych papierków lakmusowych jakości państwa, wspólnoty i życia poza wielkimi centrami. To jego sposób patrzenia na pociągi, tory, stacje i rozkłady jazdy – nie jak na techniczny detal, ale jak na opowieść o Polsce – podsunął mi myśl, aby spojrzeć podobnie na polskie kino. I tam poszukać historii, które opowiadamy sobie o nas samych.

Człowiek na torze (1956) – reż. Andrzej Munk

„Duszno tu”. Ostatnia kwestia filmu zostaje w głowie dlatego, że dobrze oddaje atmosferę powojennej, stalinowskiej Polski: kraju zajętego odbudową, ale równocześnie pochłoniętego tropieniem sabotażystów i wrogów ludu. W takim świecie brak powietrza nie jest tylko stanem ciała czy przestrzeni. Jest stanem społecznym.

Nieprzypadkowo akcja filmu toczy się właśnie w parowozowni i kolejarskiej rzeczywistości. Kolej była wtedy czymś więcej niż środkiem transportu. Tory, węzły, dworce i parowozownie należały do pejzażu odbudowy, ale też do pejzażu władzy. Pomagały scalać przestrzeń, oswajać nowe granice i opowiadać krajowi historię o jego własnej trwałości. Powojenna Polska bardzo potrzebowała takich opowieści.

Munk umieszcza w tym świecie bohatera z innej epoki: przedwojennego maszynistę, wychowanego w etosie nie tyle pracy, ile służby na kolei. Lokomotywy i tory pozostają te same, lecz język, hierarchie i reguły są już inne. Właśnie w tej szczelinie między ciągłością materii a zmianą systemu zaczyna się najciekawsze napięcie filmu.

Bo „Człowiek na torze” nie rozwija się jak zwykła opowieść o jednym bohaterze. Bardziej przypomina chłodny zapis działania pewnej machiny: przesłuchania, raporty, rekonstrukcje, cudze wersje wydarzeń. Krok po kroku narasta pytanie nie tylko o to, co się stało, ale też o to, kto w takim świecie ma prawo nadać zdarzeniom sens.

I może właśnie dlatego ten film działa do dziś. W świecie kolei jedno przestawienie zwrotnicy albo semafora może doprowadzić do katastrofy albo jej zapobiec. U Munka podobną siłę ma jedno pytanie zadane w porę, jedna odmowa przyjęcia gotowej wersji wydarzeń, jeden gest odwagi. Resztę najlepiej zobaczyć już samemu.

Bal na dworcu w Koluszkach (1989) – reż. Filip Bajon

Jeśli „Człowiek na torze” był stacją początkową tej opowieści o systemie komunistycznym w PRL, to „Bal na dworcu w Koluszkach” wydaje się jej stacją końcową. Polska pod koniec lat 80. nie przypomina już państwa, które dokądkolwiek pędzi. To rzeczywistość chronicznego niedoboru, prowizorki i zbiorowego zmęczenia.

Formalnie wszystko jeszcze istnieje: urzędy i instytucje, plany i rozkłady jazdy. Ale coraz wyraźniej czuć, że ten świat porusza się siłą rozpędu. Nie chodzi już nawet o to, że cały skład wytracił pęd. Coraz trudniej powiedzieć, dokąd właściwie jedzie i po co.

W 1989 roku stało się już jasne, że ten skład ostatecznie zazgrzytał i stanął. Nie wiedzieliśmy jednak, czy stoimy na stacji końcowej, czy tylko na kolejnym, przeciągającym się w nieskończoność postoju, po którym ktoś znowu przestawi zwrotnicę, poda sygnał i każe jechać dalej.

Dlatego węzeł w Koluszkach, niegdyś jedno z serc polskiej kolei, staje się u Bajona scenerią całkowitego, niemal groteskowego bezruchu. Miejsce stworzone do ruchu, przesiadek i podróży, zmienia się w poczekalnię zbiorowego utknięcia.

Obskurna dworcowa poczekalnia pełni u Bajona dokładnie tę samą funkcję, co bronowicka chata w „Weselu” Wyspiańskiego. Staje się mikrokosmosem, w którym zamyka się pełen przekrój polskiego społeczeństwa. Władza, inteligenci i cwaniacy ostatecznie zrównują się i koczują ramię w ramię, zjednoczeni wyłącznie przez systemowy paraliż.

Ponieważ akcja fizycznie stoi w miejscu, cały ciężar opowieści przenosi się na relacje i słowo. Dostajemy zbiór wybitnych, tragikomicznych scenek rodzajowych, gdzie dialogi w zamarzniętej poczekalni są gęste, błyskotliwe i przesiąknięte cynizmem schyłkowego PRL-u.

Są w tym filmie dwie intuicje. Jedna bardzo polska: kiedy system staje, pierwszym odruchem jest niekończące się gadanie. Druga bardziej uniwersalna: w chwilach trudnych i pełnych niepewności to właśnie teatr absurdu i czarny humor pozwalają nam jakoś znieść rzeczywistość, bez konieczności rozumienia jej sensu. Bo czasami go po prostu nie ma.

Wielki Szu (1982) – reż. Sylwester Chęciński

Gdzieś w połowie tej historycznej trasy, między stalinowskim zaduchem a schyłkowym paraliżem, znajduje się stacja pośrednia. „Wielki Szu” to opowieść, w której dworzec i pociąg tracą swój państwowy ciężar na rzecz czegoś znacznie bardziej uniwersalnego i mrocznego – stają się metaforą fatum i nieuchronności.

Ostateczny rachunek jest znany od samego początku. Z chwilą, gdy Szu stawia stopę na peronie dworca w Lutyniu i spotyka Jurka, wszystko zostało już w gruncie rzeczy przesądzone. Tragedia obu bohaterów jest już napisana w rozkładzie jazdy ich własnych, błędnych decyzji. Cała reszta fabuły – kolejne partie pokera, tasowanie kart, oszustwa i ucieczki – to już tylko rozpisana rola, która musi się wydarzyć.

To gorzki rewers optyki Munka. W „Człowieku na torze” przestawienie zwrotnicy mogło jeszcze znaczyć nadzieję i walkę o prawdę. U Chęcińskiego zwrotnice wydają się już ustawione, semafory podane, a rozkład jazdy nieubłagany. Jedynym aktem woli starego mistrza pozostaje próba zatrzymania pociągu Jurka. Szu, rozpoznając w młodszym chłopaku samego siebie, usiłuje ostrzec go, zanim będzie za późno.

To wszystko ma zresztą w sobie coś ze sztuk Davida Mameta. Wielkie stawki zostają tu skondensowane w kilku prostych przedmiotach i gestach. Na stole lądują pieniądze w foliowym worku i książka Immanuela Kanta – jak gdyby Jurek musiał wybrać któryś z porządków: pokusę łatwego zysku albo trudniejszy świat prawa, myśli i miary. Za oknem biją dzwony – jak ostatni sygnał ostrzegawczy, ale Jurek zamyka okno. I w tym jednym geście jest już właściwie wszystko: odrzucenie przestrogi, wybór gry i zgoda na to, by od tej chwili dalej prowadził go ten tor.

To jest także film o przemianie, ale takiej, która nie przynosi ani oczyszczenia, ani wiedzy. Kończy się na Dworcu Centralnym, gdzie Jurek budzi się po swojej ostatniej grze już jako ktoś inny. Nie dlatego, że cokolwiek zrozumiał, lecz dlatego, że przekroczył granicę, zza której nie wraca się do dawnej niewinności. I może to jest ta magia pociągów: między jednym dworcem a drugim można przejechać kawałek kraju i zobaczyć, jak za oknem zmienia się pejzaż. Ale czasem zmienia się wszystko inne.

Inne filmy

To zresztą nie jest kilka przypadkowych tytułów, lecz cała ukryta linia polskiego kina. Pociąg wraca w nim uporczywie: jako studium spotkania i niespełnienia w „Pociągu” (1959), jako przestrzeń zawieszenia między ucieczką a pułapką w „Mniejszym niebie” (1980), jako maszyna losu i punkt rozwidlenia życiorysu w „Przypadku” (1981), wreszcie jako obietnica marzenia, awansu i wyjazdu ku innemu światu w „Pociągu do Hollywood” (1987).

Raz kolej jest figurą nowoczesności, raz fatum, raz zbiorowego bezruchu, raz fantazją o lepszym życiu gdzieś indziej. Ale prawie nigdy nie bywa tylko dekoracją. W polskim kinie pociąg, dworzec i tor należą do najważniejszych języków opowiadania o tym, kim byliśmy, czego się baliśmy i dokąd wydawało nam się, że jedziemy. I ten nasz dzisiejszy świat może bardzo takich historii potrzebować.

„Sny o pociągach” (2025) – Clint Bentley

Ameryka wymyśliła kino drogi, kiedy rozkwitała. Ale mierząc się z myślą o własnym zmierzchu, coraz wyraźniej wraca do symboliki kolei. „Train Dreams” jest tego świetnym przykładem. Zamiast fetyszu samochodu, asfaltu i horyzontu dostajemy opowieść o pamięci i pracy, sensie i stracie. Jakby ruch nie obiecywał już wolności, lecz pomagał lepiej zrozumieć przemijanie.

To ciekawy zwrot. Przez dekady amerykańska wyobraźnia podróży należała przede wszystkim do samochodu. Droga była obietnicą ucieczki, samostanowienia i nowego początku. Pociąg niesie inną opowieść. Nie jedzie tam, gdzie chce pojedynczy człowiek. Porusza się po torach ułożonych wcześniej przez innych. Łączy biografie, miejsca i klasy społeczne. Jest mniej romantyczny, ale bardziej wspólnotowy. Mniej narcystyczny, ale może przez to prawdziwszy.

W tym sensie amerykański powrót do kolejowej wyobraźni spotyka się z czymś, co polskie kino przeczuwało od dawna. Pociąg rzadko jest tylko środkiem transportu. Częściej staje się pytaniem: kto zbudował tory, kto decyduje o rozkładzie, kto może wsiąść, kto zostaje na peronie, dokąd właściwie jedziemy i czy na pewno jeszcze mamy wpływ na kierunek podróży.

Wsiąść do pociągu byle jakiego

A tym, którzy dziś są bardziej o samochodach i motoryzacji, chciałbym zaproponować coś bardzo prostego. Kiedyś, dla próby, wsiądźcie do jakiegoś pociągu, który jedzie do miejsca, gdzie jeszcze nigdy nie byliście.

Tak bez żadnego szczególnego planu. Jak już dojedziecie to wysiądźcie, przejdźcie się, coś zwiedźcie. Może wypijcie kawę, zjedzcie coś i wróćcie. Bez pośpiechu. Bez wielkiego planu. Jest duża szansa, że będzie to tylko mała podróż. Ale mam też przeczucie, że wrócicie z niej trochę inni.

Jak z każdej prawdziwej podróży.

Jakub Wojtakajtis

Zdjęcie w nagłówku tekstu: Drajt form Pixabay.

W upadłości i bez pensji

W upadłości i bez pensji

Upadł duży zakład, a pracownicy nie dostali pensji.

Jak informuje portal WP Finanse, upadł duży zakład w Przemyślu. Pracownicy od dawna zwracali uwagę ba problemy i domagali się interwencji władz publicznych.

Upadłość ogłosiło przedsiębiorstwo Fibris w Przemyślu. To jedyny w Polsce producent płyt pilśniowych wytwarzanych metodą mokrą. Firma istnieje od 67 lat. Zakład od pewnego czasu miał problemy finansowe i narastające zadłużenie – obecnie sięga ono 100 milionów złotych. W marcu wstrzymano produkcję po odcięciu nieopłaconego prądu.

Zakład zatrudniał ok. 350 osób. Nie dostali oni pensji za maj i kwiecień, a za I kwartał 2026 roku wypłacono im tylko część należności. Właśnie ogłoszono upadłość zakładu, a decyzje w sprawie wypłat i ich kolejności będzie podejmował wedle posiadanych środków syndyk masy upadłościowej. Pojawiła się szansa, że część zakładu zostanie wydzierżawiona przez inną firmę i część produkcji zostanie wznowiona. Ale w chwili obecnej 350 osób zostało bez pracy i bez należnych pensji.

Dziecięcy głód

Nowe badania przynoszą pesymistyczny obraz w kwestii żywienia polskich dzieci.

Jak informuje Polska Agencja Pracy, niewesołe dane przynosi raport Banków Żywności zatytułowany „Ukryty głód dzieci”. Dokumentuje on złe tendencje zarówno w kwestii niedożywienia dzieci i młodzieży, jak również w sferze odżywania ich produktami kiepskiej jakości i niezdrowymi.

Główne wnioski raportu przygotowanego przez Banki Żywności mówią, że 23,2% dzieci nie ma w szkole nic na drugie śniadanie. 35% dzieci nawadnia się napojami słodzonymi – a tylko 21,5% wodą. 15,3% ogółu dzieci bywa głodnych często lub zawsze w domu, w drodze do szkoły lub w szkole. 36,2% dzieci wskazuje, że najczęściej ma w szkole „coś słodkiego” (drożdżówkę, batonik, czekoladę), a 7,4% „coś słonego” (np. chipsy) zamiast pełnowartościowego drugiego śniadania. Ponad 18% dzieci nie ma codziennego dostępu do obiadu. Aż 73% dzieci zauważa sytuacje, gdy ich rówieśnicy dzielą się jedzeniem, w tym w sporej części przypadków dlatego, że ktoś inny nie ma nic do jedzenia.

Jednocześnie z głodem i niedożywieniem występuje z powodu niskiej jakości posiłków problem nadwagi i otyłości – Polska jest europejskim liderem pod względem skali zjawiska.

Studenci triumfują w sądzie

Sąd zobowiązał Uniwersytet Jagielloński do opublikowania informacji w sprawie Domu Studenckiego „Kamionka”.

Mijają dwa lata od studenckiej okupacji DS „Kamionka”, której celem było przywrócenie do użytkowania budynków mogących zapewnić dodatkowe miejsca mieszkalne studiującym. W porozumieniu kończącym strajk, władze Uniwersytetu Jagiellońskiego zobowiązały się do przeprowadzenia niezależnej wyceny remontu budynków. Krakowskie Koło Młodych Inicjatywy Pracowniczej od początku kwestionowało rzetelność wykonanej wyceny (https://www.facebook.com/share/p/1JLXhRLPKP/) oraz domagało się upublicznienia zarówno jej, jak i projektu remontu (https://www.facebook.com/share/1GFjFh6hty/), zgodnie z postanowieniami strajkowymi.

Wobec bezczynności UJ, studenci zrzeszeni w Inicjatywie Pracowniczej wystosowali wniosek o udostępnienie informacji publicznej. Zasłaniając się „tajemnicą przedsiębiorstwa”, Uniwersytet odmówił przekazania dokumentów. Nie zgadzając się na brak transparentności, studenci skierowali skargę do sądu. Wydał on wyrok, w którym stwierdzono, że Rektor Piotr Jedynak dopuścił się rażącego naruszenia prawa oraz zobowiązał go do:

1. Wskazania pełnej nazwy podmiotu, odpowiedzialnego za przeprowadzenie wyceny;

2. Przedstawienia na podstawie jakich warunków zamówienia i kryteriów ją wykonano.

Dodatkowo Sąd nakazał wypłacenie przez Uniwersytet Krakowskiemu Kołu Młodych Inicjatywy Pracowniczej zadośćuczynienia w wysokości 100 złotych oraz zwrot kosztów postępowania.

W uzasadnieniu wyroku Sąd wskazuje, że Uniwersytet lekceważył prawa wnioskujących, działał wbrew określonym standardom oraz celowo unikał rozstrzygnięcia sprawy. W szczególności zwrócono uwagę na rażącą bezczynność w rozpatrywaniu wniosku, wystosowywanie błędnych pouczeń, nieuzasadnione przedłużenie terminu odpowiedzi oraz inne oczywiste przykłady naruszenia prawa poprzez arbitralne lub wadliwe stosowanie przepisów.

„Nierozpoznanie części wniosku (…) przez okres 1,5 roku (…) świadczy o rażącym naruszeniu prawa. (…) Uniwersytet nie wskazał żadnych konkretnych przyczyn uniemożliwiających niezwłoczne rozpoznanie wniosku”.

Łamanie prawa w przedmiotowej sprawie studenci podnieśli jeszcze przed wydaniem postanowienia przez Sąd, m.in. podczas wystąpienia na posiedzeniu Senatu UJ. Zostało ono uznane za „atak” i „pomówienie” i spotkało się z oburzeniem części zgromadzonych senatorów, doprowadzając do opuszczenia przez nich sali oraz do naruszenia nietykalności cielesnej jednego ze studentów przez straż rektorską (https://www.facebook.com/share/1bLWbSTNSF/).

Ostatecznie, stało się podstawą do wszczęcia postępowania dyscyplinarnego wobec studenta Uniwersytetu Jagiellońskiego. Próba konfrontacji Kanclerz Moniki Harpuli z bezprawnym ukrywaniem informacji i żądanie ich pilnego udostępnienia, zakończyła się postawieniem zarzutu narażenia jej na „utratę zaufania niezbędnego do wykonywania sprawowanej funkcji”. Tymczasem Sąd potwierdził tę bezprawność, oceniając wystosowane i podpisane przez Kanclerz UJ pisma jednoznacznie:

„pismo z dnia 11 grudnia 2024 r. (…) ocenione być musi jako rażąco naruszające prawo. (…) Pisma z dnia 20 stycznia 2025 r. i 27 stycznia 2025 r. ocenić należy jako mające pozorować działania organu”.

Studenci zrzeszeni w Inicjatywie Pracowniczej mają nadzieję, że wyrok doprowadzi do poprawy standardów transparentności na UJ a kluczowe w sprawie Kamionki informacje zostaną w końcu udostępnione. Tak daleko idąca niechęć uczelni w udostępnieniu warunków zamówienia wykonanej wyceny każe podejrzewać, że mogła ona zostać wykonana nieobiektywnie. Od początku walki o Kamionkę, celem studentów zrzeszonych w Inicjatywie Pracowniczej jest przeciwstawienie się niechęci władz UJ do rozwoju zaplecza socjalnego Uczelni. Budowany na Ruczaju akademik nie jest w stanie sam z siebie rozwiązać problemu niedostępności zakwaterowania dla studiujących, ze względu na fakt, że na UJ-ocie odrzuca się co roku setki wniosków o miejsce w akademikach. Z tego względu remont budynków Kamionki jest jednym z wielu kroków naprzód jakie należy wykonać, by przywrócić w Polsce możliwość sensownego studiowania. Nie zgadzamy się na rezygnację z niego.

Sprawa opisana jest szerzej na stronie internetowej: mlodzi.ozzip.pl/kamionka

O lepsze zarobki

Spór zbiorowy w sprawie podwyżek płac.

Jak informuje Radio Bielsko, w zakładzie spółki Avio Polska w Bielsku-Białej trwa spór zbiorowy i zaostrza się on. Działające w firmie związki zawodowe – Metalowcy i NSZZ Pracowników Avio – domagają się podwyżek płac. Zarząd nie zgadza się na ich postulaty.

Nie udało się osiągnąć porozumienia podczas rokowań. Spisany został protokół rozbieżności. Związki domagają się podwyżki dla każdego pracownika o 800 zł brutto miesięcznie z wyrównaniem od 1 stycznia 2026. Chcą także, aby w regulaminie wynagradzania zapisano zasadę, że co roku płace będą rosły o kwoty ustalone w porozumieniu ze związkami zawodowymi. Zarząd firmy odrzuca te postulaty i oferuje wzrost płac o 294 zł brutto oraz pewien wzrost płac i premie wedle indywidualnej oceny pracowników. Dałoby to w najlepszym razie wzrost o ok. 440 zł brutto.

Brak porozumienia oznacza, że spór zbiorowy może wejść na kolejne etapy przewidziane prawem – strajk ostrzegawczy, negocjacje z udziałem rządowego mediatora, referendum strajkowe i strajk bezterminowy.

Firma zajmuje się produkcją na potrzeby lotnictwa. Zatrudnia około 470 osób.

Ile serwerów ma papież?

Gdy unijni biurokraci dyskutowali z lobbystami na temat opóźnienia oraz „złagodzenia” aktów wykonawczych rozporządzenia o sztucznej inteligencji, papież Leon XIV przygotował dokument, który na problemy z AI patrzy od strony człowieka. Gdy Unia Europejska wytrąca sobie z rąk narzędzia prawne, jedyne w zasadzie, którymi może się posługiwać, Watykan w pełni wykorzystuje swoje narzędzia do przedstawienia porządku etycznego dla świata psutego przez technofeudalizm.

Cyfrowi kapitaliści świetnie wykorzystali możliwości, jakie wynikły z rozwoju technologicznego i braku uregulowania obszarów nowych technologii i sztucznej inteligencji. W imię postępu, wygody i indywidualizacji konsumenckiej, pozwolono im zagarnąć dane użytkowników, owoce pracy, dobra kultury. Te dane zostały wykorzystane zanim pomyślano o dopasowaniu rozwiązań prawnych do nowych czasów. Regulacje wprowadzane są bardzo powoli i nie są w stanie odwrócić utracenia przez społeczeństwa tego, co już zostało zagarnięte i wykorzystane. Rozporządzenie o sztucznej inteligencji jest dobrym przykładem: to akt prawny, który miał uporządkować zastosowanie technologii, debatowano nad nim wiele miesięcy, opublikowano dwa lata temu, a teraz przesunięto wprowadzanie kluczowych przepisów. AI Act już teraz jest regulacją niewystarczająco odnoszącą się do bieżącej sytuacji, ponieważ postęp technologiczny w obszarze, którego dotyczy, jest gwałtowny. Na gruncie prawnym wygranymi są ci, którzy byli pierwsi, są coraz potężniejsi ekonomicznie i mają najlepszych lobbystów i prawników.

Technokratyczny chaos regulacyjny

AI Act zgodnie z założeniami miał obowiązywać w największym zakresie od 2 sierpnia 2026 roku, gwarantując przejrzystość, informacje dla użytkowników i ograniczenie ryzyka w stosowaniu systemów opartych na sztucznej inteligencji. W maju europejscy biurokraci po kilku miesiącach negocjacji postanowili jednak przesunąć wejście w życie tych przepisów, m.in. w odniesieniu do zastosowania AI w pracy do rekrutacji, oceny, premiowania czy zwalniania pracowników. Unia Europejska chce w ten sposób uniknąć „chaosu regulacyjnego” – jednocześnie ten chaos kreując, na trzy miesiące przed zaplanowanym dwa lata temu wejściem przepisów. Opóźnienie ma pomóc biznesowi i jest też określane jako uproszczenie i złagodzenie przepisów. Te przepisy w odniesieniu do świata pracy mogłyby stać się punktem wyjścia do dialogu i wdrażania sensownej automatyzacji. Nawet jeśli porządne wdrożenie przepisów w grudniu 2027 wymaga rozpoczęcia działań już teraz, to unijna logika prawna nie wskazuje na interes obywateli jako nadrzędny.

Podejście unijne jest technokratyczne oraz minimalistyczne w odniesieniu do dbałości o pracę. Fundament etyczny dla rozwoju jest wątły, Unia Europejska nie chciałaby po prostu wypaść z globalnego wyścigu technologicznego. Okazuje się jednak, że owego fundamentu etycznego można szukać w Europie, ale nie w instytucjach UE, lecz w Watykanie.

Przesunięcie pola walki

Encyklika „Magnifica humanitas”, odnoszącą się do sztucznej inteligencji, idzie tam, gdzie unijni biurokraci raczej nigdy nie dojdą.

W dokumencie, całościowo ujmującym problemy z rozwojem sztucznej inteligencji, Leon XIV omawia wyzwania współczesnego świata w wielu odniesieniach. Rozdział IV podejmuje tematy dotyczące negatywnego wpływu AI na pracę, które wybrzmiewają od kilku lat u progresywnych analityków: „obecne podejścia do AI mogą paradoksalnie prowadzić do obniżenia kwalifikacji pracowników, poddawania ich automatycznemu nadzorowi oraz sprowadzania ich roli do sztywnych i powtarzalnych czynności. Konieczność nadążania za tempem technologii może osłabiać poczucie sprawczości pracowników i tłumić ich zdolność do innowacyjnego myślenia, której oczekuje się od nich w miejscu pracy. Właśnie po to, aby uniknąć takiego wynaturzenia, należy projektować systemy skoncentrowane na osobie, a nie jedynie na wydajności.”

Odniesienie do zwiększania się nierówności oraz zyskowności jako najważniejszego celu cyfrowych kapitalistów wskazują, że jest to dokument z zupełnie innego świata, niż wizje rozwoju z Doliny Krzemowej, gdzie bogactwo i wygoda są ważniejsze od współistniejących kosztów bezrobocia technologicznego. „Z pewnością pożądane jest, aby technologia uwalniała człowieka od prac szczególnie uciążliwych, powtarzalnych lub niebezpiecznych oraz oferowała inteligentne wsparcie dla działalności człowieka, jednak zasadą ogólną musi pozostać ochrona miejsc pracy oraz niezastąpionej roli osoby. Cel osiągania większych zysków nie może usprawiedliwiać decyzji, które systematycznie poświęcają zatrudnienie, ponieważ osoba ludzka jest celem, a nie środkiem, a porządek gospodarczy musi pozostawać podporządkowany jej godności i dobru wspólnemu”.

W pewien sposób etyczne odniesienie encykliki i unijne regulacje mogłyby się uzupełniać. To nie jest duchowość kontra racjonalizm. Unia Europejska próbuje kształtować swój świat poprzez stanowione prawa, nie dbając zbytnio o komunikowanie etycznego wymiaru rozporządzeń. Obywatele raczej widzą ścieranie się państw niż wspólny fundament cywilizacyjny, na którym poprzez prawa budowana jest wspólnota europejska. Duch wspólnoty jest natomiast w encyklice. Nie trzeba być częścią Kościoła Katolickiego, żeby zgadzać się z głoszonymi w „Magnifica humanitas” tezami o konieczności ochrony godności pracy, rozwoju technologii, która nie tworzy masowego bezrobocia. Albo ze spojrzeniem na rozwój gospodarczy jako coś, co tworzy wspólnotowy dobrobyt, zmniejsza nierówności i chroni środowisko naturalne. Być może to właśnie jest właściwe pole walki z logiką systemu, który budują nam cyfrowi kapitaliści.

Fundamentalne różnice

A jest to system, który powstawał oczywiście na zupełnie innych fundamentach, niż te omawiane w papieskim dokumencie. Mechaniczny behawioryzm, jako główna zasada organizująca big data, został przeniesiony do wszelkich aspektów zastosowania danych zbieranych cyfrowo. Nie jest istotne, co myślą użytkownik, pracownik, konsument. Ważne jest, które bodźce wywołują jakie zachowania, a co za tym idzie: jakimi bodźcami wywołać zachowania, które przynoszą największe zyski. Można pominąć pytania, dlaczego tak się dzieje i jakie to ma konsekwencje. Konsument żyje w poczuciu pseudodostępności wszystkiego i hiperindywidualizacji, która jest w rzeczywistości przewidywaniem pragnień na podstawie danych i uzależnianiem poprzez dopaminowe cyfrowe strzały.

Firmy mamione są marketingowymi mitami o potędze AI, straszone wypadnięciem z rynku, jeśli nie kupią odpowiedniej technologii, zachęcane hasłami o tym, że AI zastąpi im pracowników. Działa też zasada dilerów: po uzależnieniu systemów od technologii dostępnej cenowo, stawki rosną, być może do poziomu refleksji, że jednak ludzie byliby tańsi. Do tego działa złudzenie technologicznej totalnej kontroli, nadal trwa moda na coraz dalej idący monitoring pracowników. Efekty tego wszystkiego są coraz bardziej widoczne: wzrost nierówności płacowych, zagrożenie bezrobociem technologicznym, dehumanizacja środowiska pracy. Można też odnieść wrażenie, że tech-bros przeczytali esej Davida Graebera „Fenomen gówno wartych prac”, ale zrozumieli z niego tylko tyle, że kapitalizm wytworzył stanowiska, które były bezproduktywne – i robią wszystko, żeby te stanowiska wyciąć. Te prace może wykonywać przecież AI.

Politycy z jednej strony już pokazują objawy uzależnienia od dostawców z firm technologicznych, ale z drugiej strony chętnie zrzuciliby część odpowiedzialności za nieciekawe działania wobec społeczeństwa na AI. Technologia umożliwia coraz więcej, jeśli chodzi o monitoring obywateli, rozwiązania są, potrzebna jest tylko gotowość polityków i nagięte prawo lub jego brak. W sferze militarnej Palantir oficjalnie ogłosił niedawno przejście w wyścigu zbrojeń z atomu na AI. Nawet jeśli wiele z tego to marketingowe mity, a decydenci nie mają za bardzo pojęcia o technologii, to boją się wyjść na idiotów i kupują to, co oferują im wielkie i dobrze zsieciowane politycznie firmy.

Na najwyższym poziomie mamy ideologiczne manifesty, jak ten Palantira, gdzie do twardej neoliberalnej bazy dodana jest nadbudowa w stylu nieco netflixowego faszyzmu lub w rozbudowanej wersji ciemnego oświecenia. Być może samo wyznawanie behawioryzmu nie wystarcza w Krzemowej Dolinie i potrzeba odpowiedzi na pytanie „Dlaczego?”, natomiast wychodzi na to, że jaka baza, taka i nadbudowa. AI ma zagarniać coraz to nowe obszary, uzależniać użytkowników i umożliwiać wystawianie rachunku, jak w wypowiedzi Sama Altmana: „Widzimy przyszłość, w której sztuczna inteligencja jest taką samą usługą, jak prąd czy woda, a ludzie kupują ją od nas według licznika”.

Próba przywrócenia porządku

W tym kontekście Leon XIV jawi się jako przywódca, który nie uległ marketingowym bzdurom opowiadanym w takich miejscach, jak Davos czy w zaciszach gabinetów, gdzie prezentowane są konkretne rozwiązania, które trzeba mieć, żeby nie wypaść z aktualnego wyścigu. Encyklika wygląda jak próba przywrócenia porządku w dyskusji o rozwoju technologicznym. Jeśli ten rozwój sprawia, że coraz więcej ludzi ma coraz gorzej tylko po to, aby coraz węższa grupa zarabiała coraz więcej, to rozmowa musi odbywać się inaczej niż tylko w języku rozporządzeń i dyrektyw.

Sprawiedliwy podział korzyści, człowiek jako odniesienie, ochrona wspólnoty – to są fundamenty, na których powinno być rozwijane prawo. Nieprzypadkowo papież w encyklice odnosi się do wspólnego działania w różnych kierunkach i na różnych obszarach: „Potrzebny jest nowy wspólny wysiłek odpowiedzialnych za politykę, organizacji zrzeszających pracowników, środowiska przedsiębiorców i wspólnoty naukowej, aby w krótkim czasie wypracować odpowiednie i uzgodnione normy oraz zabezpieczenia, również na poziomie międzynarodowym. Organizacje związkowe, które Kościół zawsze wspierał, są wezwane do otwarcia się na nowe formy pracy i na nowych pracowników, by ich reprezentować i bronić w sytuacji, w której – bez odważnych decyzji – rysuje się perspektywa większego ubóstwa i większych nierówności, z rzeszą wykluczonych otoczonych przez maszyny i systemy zautomatyzowane, które zajęły ich miejsce”.

Ogólne wezwanie do działania jest idealistyczne, ale zwrócenie uwagi organizacjom reprezentującym pracowników na konieczność działania w tym obszarze może być pomocne w mobilizacji do działań. Na zmiany odgórne, na poziomie państwowym czy ponadpaństwowym, trudno liczyć, jak widzimy na przykładzie unijnym. Choć są tam również prowadzone dyskusje nad rozporządzeniem dotyczącym stosowania zarządzania algorytmicznego, cyfryzacji i AI w środowisku pracy, ale to pewnie jeszcze kilka lat przepychanek pomiędzy regulatorami i lobbystami. Paradoksalnie, być może łatwiej będzie próbować powalczyć o dobrą automatyzację na poziomie firm. Zajmując się konkretnymi rozwiązaniami w konkretnej organizacji, łatwiej o zaprojektowanie zmian technologicznych w taki sposób, żeby pozwalały na rozwój razem z ludźmi, a nie zamiast ludzi.

Wymaga to na pewno zmiany perspektywy w patrzeniu na technologie oparte na AI i na samą sztuczną inteligencję. Trzeba zerwać z mitem AI jako czegoś potężnego, niewiadomego, niekontrolowalnego, niemal człowieczej natury. Być może ta perspektywa powoli się zmienia.

Sztuczna inteligencja jako zombie

Filozofia umysłu zajmuje się definiowaniem, na jakich zasadach odbywają się procesy myślowe człowieka. Z tego obszaru pochodzi metafora świata zombie – istot, u których pewne impulsy fizykochemiczne wywołują określone zachowania wyglądające tak jak ludzkie, ale niezwiązane z ludzkimi stanami mentalnymi. Stany mentalne to nic innego, jak upraszczając, emocje, odczucia, motywacje, czyli to wszystko, co u człowieka jest w dużym stopniu odpowiedzialne za zachowania. Czyli człowiek, podobnie jak zombie, jest poruszany dzięki impulsom elektrycznym z układu nerwowego, reakcjom fizykochemicznym układu mięśniowego, ale równolegle z tym wszystkim występują określone stany mentalne, których już w kategoriach fizykochemicznych opisywać się nie da.

Spójrzmy przy użyciu tej metafory na sztuczną inteligencję. Działa w oparciu o określone impulsy elektryczne. To obserwowalne dla człowieka działanie często ma symulować ludzki sposób myślenia. Szczególnie widać to w przypadku zaawansowanych systemów typu duże modele językowe, gdzie ich wykorzystanie odbywa się w formie dialogu. Użytkownik może obserwować w tym dialogu zachowania komunikacyjne typowe dla człowieka, ale jest to symulacja pozbawiona owych stanów mentalnych – emocji, odczuć, motywacji, idei. Może dawać człowiekowi-odbiorcy komunikatów poczucie, że rozmawia jak z człowiekiem, ale to rozmowa z owym zombie pozbawionym ludzkich odczuć, który akurat zachowuje się podobnie jak człowiek. Jest to rozmowa z zombie-symulacją człowieka.

Przez lata starano się przedstawić AI jako potężną moc, która przeskoczywszy inteligencję człowieka, może stanowić zbawienie lub zagrożenie dla ludzkości. W rzeczywistości jest to kapitalistyczny wyścig o jak największe zyski. Może czas dostrzec, że ten wyścig jest napędzany przez cyfrowe zombie. Nawet jeśli akurat o zombie nie ma nic w encyklice papieskiej.

Roman Rostek

Grafika w nagłówku tekstu: moritz320 from Pixabay.

Następni do zwolnienia

Jak informuje portal Olsztyn.com.pl, duże zwolnienia zostaną przeprowadzone w zakładzie Classic-Sofa w Lidzbarku w powiecie działdowskim. Firma wytwarza meble i należy do polskiej grupy Szynaka Meble.

Pracę początkowo miało stracić 46 osób. Taka skala zwolnień została zgłoszona do powiatowego urzędu pracy. Zwolnienia miały nastąpić do końca maja. Jednak skala zwolnień będzie znacznie większa. Do końca czerwca zatrudnienie straci łącznie 76 osób. Co gorsza, urząd pracy został poinformowany, że skala zwolnień może jeszcze wzrosnąć.

Szefostwo firmy motywuje zwolnienia malejącym popytem na meble i wskazuje, że w całej branży pojawił się problem spadku sprzedaży, a co za tym idzie – zwolnień.

Poza układem

Biznes wypowiedział zbiorowy układ pracy w przemyśle obronnym i lotniczym.

Jak informuje portal Tysol.pl, przedstawiciele Związku Pracodawców Przedsiębiorstw Przemysłu Obronnego i Lotniczego jednostronnie wypowiedzieli Ponadzakładowy Układ Zbiorowy Pracy dla Pracowników Przedsiębiorstw Przemysłu Obronnego i Lotnictwa. Od 30 lat określał on zasady zatrudnienia i gwarantował korzyści pracownikom tej branży. Taka decyzja oznacza, że układ wygaśnie za pół roku. Przedstawiciele biznesu nie uzasadnili swojej decyzji.

Układ obowiązywał od 20 września 1996. Definiował warunki zatrudnienia, czas pracy, zasady wynagradzania oraz przyznawania innych świadczeń. Jeden z kluczowych zapisów głosił, że podstawową formą zatrudnienia jest umowa o pracę na czas nieokreślony. Na tle innych branż zawierał także lepsze warunki pracy, dotyczące m.in. nadgodzin i czynności wykonywanych w warunkach szkodliwych dla zdrowia. Związkom zawodowym gwarantował udział w określaniu zasad premiowania pracowników dzięki wydatkowaniu części corocznych zysków na ten cel.

Całość ma znaczenie szersze niż tylko branżowe. Przewodniczący Rady Sekretariatu Metalowców NSZZ „Solidarność” Grzegorz Pietrzykowski powiedział portalowi Tysol.pl: „Został wypowiedziany jeden z nielicznych obowiązujących w naszym kraju ponadzakładowych układów zbiorowych pracy. Jeśli spojrzymy na stopień pokrycia układami zbiorowymi polskiego rynku pracy, okazuje się, że mimo wdrożenia przepisów mających na celu promowanie rokowań zbiorowych, ich liczba zmniejsza się, zamiast zwiększać. Polska w tym zakresie jest na szarym końcu, wyprzedziły nas już wszystkie kraje UE”.

Decyzję ostro krytykuje NSZZ „Solidarność” w Airbus Poland. W swoim stanowisku napisali: „Doszło do skandalu, wobec którego nie możemy przejść obojętnie. Wypowiedziano układ, który przez 30 lat stanowił fundament stabilizacji, gwarancję praw pracowniczych i tarczę ochronną dla tysięcy ludzi pracujących w naszym sektorze”. I dodają: „Rządzący nie zrobili absolutnie nic, by go ratować. Żyjemy w kraju, który z pompą wdraża nową ustawę o układach zbiorowych pracy, chwaląc się w mediach, jak to rzekomo wspiera pracowników i realizuje unijne dyrektywy. Unia Europejska jasno nakazuje nam rozszerzać zasięg układów zbiorowych. Co robi polskie państwo? Milczy! Choć ten wypowiedziany PUZP obejmuje także kluczowe spółki z udziałem Skarbu Państwa, rządzący nie zrobili absolutnie nic, by go ratować. Z jednej strony słyszymy piękne hasła o dialogu społeczno-gospodarczym, a z drugiej – państwowi decydenci dają zielone światło na demontaż praw pracowniczych w strategicznym sektorze gospodarki”.

Kliknij, aby nic się nie zmieniło

Slavoj Żiżek w swojej książce „Od tragedii do farsy” przywołuje słowa Kierkegaarda o tym, że nigdy nie możemy być pewni swojej wiary, możemy tylko wierzyć, że wierzymy, oraz podobnie brzmiącą formułę Marksa: „[ancien régime] tylko roi sobie, że sam w siebie wierzy”. Czyni tak po to, aby słusznie zauważyć, że w ramach dzisiejszej liberalnej ideologii jest dokładnie odwrotnie – dzisiaj roimy sobie, że nie wierzymy w naszą ideologię. Wszyscy ostatecznie wierzymy w neoliberalną ideologię. Robimy tak niezależnie od deklarowanych poglądów – od umiejscowienia siebie na popularnej osi politycznej, które to umiejscowienie jak zauważa Dawid Kujawa w swojej książce “W myśl praw geometrii”, staje się swoistym performansem, który ma przede wszystkim eksponować to, co oryginalne w naszych poglądach i wyrażać w ten sposób nas jako indywidua. Inaczej mówiąc, nawet najbardziej radykalne czy oryginalne poglądy znajdują się na mapie współrzędnych wyznaczonych przez nieuświadomionego, determinującego je liberalnego ducha.

Kilka tygodni temu media pisały o wielodniowej transmisji prowadzonej przez influencera o pseudonimie „Łatwogang”, który podczas trwania streama zebrał wiele milionów złotych w celu walki z rakiem u dzieci. Można oczywiście robić wyrzuty systemowi ochrony zdrowia, który nie zapewnia odpowiedniej opieki, że konieczne stają się prywatne inicjatywy. Niedostrzeganie tego, że konieczność prywatnej inicjatywy wynika tylko z tego, że publiczne instytucje są bezsilne, jest już najbardziej skrajnym przejawem opanowania przez ideologię albo po prostu pokazem ignorancji. Ale ideologia panująca w społeczeństwie kapitalistycznym w tym przypadku przejawia się również w czymś innym – mianowicie wiara w autoteliczną wartość pieniądza. Pieniądz jest wartością samą w sobie – odpowiednia jego ilość potrafi rozwiązać każdy problem. Wystarczy zebranie odpowiednio dużej kwoty. Im większe wrażenie robi suma, tym bardziej rozwiązany jest problem.

Pozycja pieniądza jest tak duża, że zakrywa fakt, że przy obecnym rozwoju medycyny nie jesteśmy w stanie wyleczyć dużej części nowotworów, że świat jest w tym aspekcie bezwzględny, jeśli chodzi o cierpienie u dzieci. Aby tę egzystencjalną niesprawiedliwość zakryć, potrzebna jest wiara, że ostatecznie sprawiedliwość istnieje, że istnieje jakiś nadrzędny dobroczyńca, który to naprawi. Potrzeba takiej wiary ma swoje ujście w rzeczywistym świecie, tj. w świecie symbolicznym, świecie ideologii, kiedy Realne jest z gruntu odmienne. W świecie symbolicznym sukces zbiórki znaczy tyle, co rozwiązanie problemu. Kontrowersyjny ze względu na polityczny kontekst, baner fundacji WOŚP głosił przed ostatnimi wyborami parlamentarnymi: „Polacy, pokonajmy to zło!!! WYGRAMY z sepsą”.

Współczesny kapitalizm dokonał perwersyjnego transferu tej boskiej omnipotencji na sam pieniądz. Jak obiecywał Prorok w księdze Izajasza, co później miało się spełnić w Ewangelii w postaci Jezusa: „On wziął na siebie nasze słabości i dźwigał nasze choroby”. W świecie, gdzie „Bóg umarł”, jedyną obiektywną wartością jest wycena giełdowa danego dobra lub waluty, to właśnie wszechmoc i wszechdobro pieniądza leczy całe zło i niesprawiedliwość świata po Upadku.

To, że wiara w pieniądz sam w sobie jest tak metafizyczna jak dawne religie, polega na tym, jak bardzo jest ona abstrakcyjna i oderwana od Realnego, rozumianego jako przeciwieństwo porządku czysto symbolicznego. Pieniądz jest przede wszystkim zastępnikiem uniwersalności (w rozumieniu pojęciowym, nie ekonomicznym). Gotówka jako byt konkretny i pojedynczy jest zawsze czymś mniej niż wartość pieniądza jako taka, która istnieje obok samego papierowego nośnika, a obok tej wartości istnieją również funkcjonalnie z nią powiązane normy postępowania w stylu “należy szanować każdy grosz”. Mają one za zadanie budować podświadomy szacunek wobec nowego bóstwa.

Cała metafizyczność wiary w pieniądz objawia się w tym, że abstrahuje on od warunków materialnych, w których funkcjonuje. Zebranie określonej kwoty samo w sobie nic nie znaczy, jeśli nie ma warunków, które mogłyby „pracować”. Co dałoby na przykład zebranie tysięcy złotych monet na leczenie dżumy w XIX-wiecznej Mandżurii, skoro nie istniały wówczas antybiotyki, a jedyny dostępny lekarz to Europejczyk setki kilometrów dalej? Tadeusz Miciński w „Xiędzu Fauście” daje nam ciekawe świadectwo, że właśnie na nieuleczalnej wtedy dżumie ówcześni lekarze zarabiali sowite pensje, jednocześnie nie robiąc nic, aby wynaleźć lekarstwo.

Wspomniana obsesja na punkcie zbiórek internetowych niebezpiecznie kojarzy się zresztą z tym, co Żiżek nazywa „szaleństwem zbieracza skarbu” i cytuje „Kapitał” Marksa: „Natomiast cyrkulacja pieniądza jako kapitału jest celem samym w sobie, gdyż pomnażanie wartości odbywa się tylko w tym ciągle powtarzającym się ruchu”. Może moc zbiórek internetowych nie polega tylko na tym, że są one organizowane w szczytnym celu, ale również z podświadomej rozkoszy doświadczanej na widok samopomnażającego się kapitału, gdy z kilku złotych wpłacającego robią się miliony efektu końcowego? Czy kapitalizm zaszczepił w nas fascynację nieograniczoną reprodukcją albo przynajmniej w nas tę fascynację rozbudził? Jednak jest coś przyciągającego w obserwowaniu rosnących wykresów giełdowych. Podobny mechanizm działa w popularności gier na smartfony typu „clicker”, gdzie na początku należy klikać na dane obiekty, aby uzyskać monety, a następnie można inwestować w „maszyny”, które same tę wartość wielokrotnie mnożą.

Natomiast w ideologicznej wierze w pieniądz jako taki, właśnie wiara w jego Die absolute Macht przypomina wiarę religijną. Czy dzisiejsze zbiórki prywatnych podmiotów nie mają w sobie czegoś z dawnych nabożeństw? „Wiemy przecież, że całe stworzenie aż dotąd jęczy i wzdycha w bólach rodzenia” – czy odkupienie stworzenia z tej egzystencjalnej niesprawiedliwości, którą widzi człowiek, nie wynika zawsze z zapłaty abstrakcyjnej ceny? Z przelania krwi w religiach starożytnych, z bezkrwawego powtórzenia tego przelania w religii chrześcijańskiej? W tych dawnych formach ideologicznych krew była zawsze tylko ceną za sprawstwo określonych sił wyższych – zdawano sobie sprawę, że krew przelewana jest po to, aby Bóg czy bogowie podjęli określone działania i to od ich woli i sił zależy co dalej – natomiast kult pieniądza jest o tyle irracjonalny, że pomija się możliwości, które posiada. Przypomina to zbieranie określonej sumy jako wznoszenie totemu. Totemizm (jak zauważył Witkacy) nam współczesnym wydaje się właśnie czymś takim nieracjonalnym, czego już dzisiaj nie rozumiemy i pojąć nie możemy, czemu właściwie miał on służyć. Właśnie wiara w moc sprawczą pieniądza jest czymś totemicznym. Nikogo nie interesuje, czy zebrana suma komukolwiek pomoże, ile dzieci będzie mogło zostać wyleczonych, czy posiadamy odpowiednią ilość personelu i technologii, która pozwoli odpowiednio wykorzystać tę wartość pieniężną itd. Media nie śledzą skutków, jakie daje pieniądz w rzeczywistym medycznym, materialnym świecie, w którym ostatecznie może nie dać żadnych zadowalających efektów, ze względu na nieprzewidywalność losu i zawsze niedoskonałą wiedzę medyczną. Nie śledzą też pracy lekarzy, która to praca tak naprawdę może uratować życie, a której nie da się po prostu przeliczyć na pensje – bo to oznaczałoby, że życie człowieka można wycenić. Liczy się tylko totem pieniądza, którego odpowiednia ilość jest sukcesem w samym sobie.

Jednocześnie nie uważam, że uprawnione jest stwierdzenie, że kult pieniądza jest po prostu religią starego typu. Byłoby to spłyceniem. Twierdzę raczej, że istnienie pojęcia abstrakcyjnego, które usprawiedliwia niesprawiedliwość świata jest – żeby spróbować wyrazić to w kantowskiej terminologii – postulatem czystego rozumu, w który wlewa się w różnych epokach różną treść, ale sama treść modyfikuje zarazem formę, w którą się ją wlewa. Forma w tej wierze w pieniądz jest zmodyfikowana np. w ten sposób, że sprawia wrażenie w pełni immanentnej wobec świata, w porównaniu do większości bóstw dawnego typu oraz nie tyle odkupuje świat w pełnym zakresie, ile raczej pozwala człowiekowi wierzyć, że za pomocą pieniądza jest w stanie w pewnym, nawet niewielkim stopniu naprawić świat, obcina więc horyzont zmiany świata. Pozostaje oczywiście w związku z postmodernistycznym zanegowaniem wiary w Wielkie Narracje, tyle że sam pieniądz pozostaje taką Wielką Narracją. I to narracją również w innym sensie. Ponieważ każda wartość ekonomiczna, żeby być wartością potrzebuje ciągłego „dmuchania balonika”, rynki potrzebują ciągle zapewniać o swojej stabilności, żeby kapitał nie odpłynął, a produkty potrzebują zapewniać o swojej luksusowości lub przydatności, żeby zwiększyć swoją cenę.

Często podnoszonym aspektem jest to, że zbiórki charytatywne mają złagodzić społeczne wyrzuty sumienia oraz pokryć dziurę w wydatkach na ochronę zdrowia. Mniej dostrzeganą kwestią jest sam status pieniądza i ideologiczna wiara w jego moc absolutną. Zauważenie pierwszych dwóch, bez zauważenia tego ostatniego jest wciąż pozostawaniem w kręgu wpływu liberalnego sposobu myślenia.

Gabriel Przybyłek

Za krytyczne i pouczające uwagi dotyczące tekstu dziękuję mojej koleżance Ani Borowiak.

Grafika w nagłówku tekstu: Moondance from Pixabay

Bieszczadzka samoobrona zdrowotna

Jutro pod Sejmem protest w obronie szpitala z ostatnim SOR-em w regionie.

28 maja o godzinie 10:00 pod Sejmem odbędzie się protest mieszkańców Bieszczadów w obronie szpitala z ostatnim SOR-em w regionie, któremu grozi zamknięcie.

Zgromadzeni zebrali prawie 6000 podpisów z apelem do premiera, które na szczycie Połonin umieścili w drewnianej skrzyni, skąd podróżują one do Warszawy, gdzie zostaną wręczone premierowi. Premier podczas kampanii wyborczej obiecywał, że zarówno szpital w Lesku, jak i porodówka w Lesku muszą funkcjonować z uwagi na bezpieczeństwo zdrowotne mieszkańców i matek. Jednak porodówka w Lesku została zamknięta pod koniec zeszłego roku, a szpitalowi grozi bankructwo.

Protestujący mieszkańcy i personel szpitala przyjadą do Warszawy wozem taborowym, znanym z Bieszczadzkich scenerii, dodatkowo udekorowanym przez bieszczadzkich artystów i zamierzają wręczyć premierowi podpisy „po bieszczadzku” w zdobionej drewnianej skrzyni, w której zabezpieczyli podpisy.

Protestujący przekonują, że bezpieczeństwo zdrowotne to dla nich kluczowa i podstawowa sprawa, bez której życie w regionie, a także jego rozwój, czy nawet obsługa ruchu turystycznego staną się niemożliwe, dlatego deklarują, że nie opuszczą Warszawy, dopóki nie upewnią się, że premier usłyszał ich głos i zobowiąże się do dotrzymania obietnic złożonych w 2023 roku.

Duszan Augustyn, lider działań na rzecz ocalenia szpitala, mówi: „Zebraliśmy 5677 podpisów z apelem do premiera o uratowanie naszego bieszczadzkiego szpitala. Domagamy się podjęcia specjalnych środków, tak jak w przypadku klęski żywiołowej, które pozwolą na utrzymanie SORu i które zabezpieczą bezpieczeństwo zdrowotne mieszkańców i odwiedzających Bieszczady, Beskid Niski, Sanocczyznę i Pogórze Przemyskie. W ledwie dwa tygodnie pod apelem podpisała się prawie jedna piąta dorosłej populacji regionu. Gdybyśmy prowadzili zbiórkę dłużej, bez problemu zebralibyśmy nawet 20 000 podpisów, mówię, to z pełnym przekonaniem, bo na własne oczy widziałem, że prawie każdy przechodzień chętnie podpisywał się pod apelem. My w Bieszczadach doskonale wiemy, że bez szpitala nasz region zacznie wymierać. Już dziś ograniczony dostęp do usług publicznych sprawia, że młodzi ludzie niechętnie tu wracają i coraz rzadziej decydują się osiedlać w Bieszczadach. Jeśli stracimy szpital, stracimy także seniorów i osoby przewlekle chore, które potrzebują stałego dostępu do opieki medycznej. Ucierpi również turystyka, bo wyjazd w góry czy wypoczynek nad jeziorem będzie wiązał się z realnym ryzykiem, że pomoc medyczna nie dotrze na czas. Szpital w Sanoku, do którego prawdopodobnie trafi większość pacjentów z Leska, już teraz jest przeciążony. Szczególnie nocami oraz w sezonie zimowym i turystycznym pacjenci nie mają pewności, czy zostaną przyjęci bez wielogodzinnego oczekiwania. Dlatego zamknięcie SOR-u w Lesku oznacza nie tylko dłuższy dojazd, ale także dłuższe kolejki w szpitalach w Sanoku, Brzozowie, Przemyślu czy Rzeszowie. Premier był w Lesku w 2023 roku podczas kampanii wyborczej i mówił wtedy wyraźnie, że w takich regionach jak Bieszczady musi być zapewniony przynajmniej minimalny dostęp do opieki medycznej. Jeszcze w tym roku przekonywał również, że porodówka w Lesku, mimo zamknięcia z początkiem roku – nadal funkcjonuje. Dlatego jedziemy do Warszawy, przypomnieć obietnice złożone nam podczas kampanii”.

Zdjęcie w nagłówku tekstu: Autorstwa Lowdown – Praca własna, CC BY-SA 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=63630339

Trzy dni protestu

Od poniedziałku do środy trwa protest związkowców pod centralą sieci Dino.

W poniedziałek rozpoczął się protest związkowców pod siedzibą sieci Dino Polska w Krotoszynie. Protest jest organizowany przez związek zawodowy OPZZ Konfederacja Pracy i ma zwrócić uwagę na odrzucanie przez firmę postulatów związkowców i na skandaliczne poczynania firmy. Wcześniej ten sam związek organizował m.in. protesty i strajk w Kauflandzie, a jego struktury istnieją także m.in. w Rossmannie i Aldim.

Spór w Dino trwa od kilku miesięcy. Po założeniu struktur związkowych nagłośniono fakt, że w firmie nie ma zakładowego funduszu świadczeń socjalnych, na czym spółka oszczędza miliony rocznie kosztem pracowników. Postulat powołania funduszu został zlekceważony przez zarząd firmy. Podobnie jak postulaty dotyczące zwiększenia niskie obsady sklepów oraz podwyższenia mizernych pensji o 900 złotych brutto. W tym czasie Państwowa Inspekcja Pracy wykryła w sklepach Dino ponad 1300 nieprawidłowości, w tym niezapewnianie odpowiedniej temperatury w sklepach zimą.

OPZZ Konfederacja Pracy zorganizowała w Dino Polska strajk ostrzegawczy. Dotychczasowe rokowania z zarządem kończyły się fiaskiem z powodu butnej i lekceważącej postawy przedstawicieli firmy. Jedyny póki co konkret kilkumiesięcznej walki jest taki, że firma zadeklarowała zwiększenie płac o 300 złotych brutto.

Dino zatrudnia ponad 56 tys. osób. W pierwszym kwartale 2026 roku firma zanotowała rekordowe zyski – ponad 316 milionów złotych. Średnia płaca w Dino wynosi 5,3 tys. brutto, czyli 500 zł więcej niż pensja minimalna.

Od poniedziałku do środy trwa protest pod siedzibą Dino Polska w Krotoszynie. Oprócz przedstawicieli OPZZ Konfederacja Pracy pojawili się działacze partii Razem oraz związku zawodowego OZZ Inicjatywa Pracownicza. Ci ostatni relacjonują: „Skandal! Zamiast rozmów, szef Dino nasyła policję na protestujących i próbuje przeganiać związki z terenu firmy powołując się na własność prywatną. Artykuł 25 ustawy o rozwiązywaniu sporów zbiorowych gwarantuje możliwość organizowania akcji protestacyjnych w trakcie sporu. To tylko jeden z ponad tysiąca przykładów naginania prawa przez milionerów w Dino. […] Protest przyjął formę blokady drogi dojazdowej do siedziby Dino. Weszliśmy także do biura firmy, gdzie mieliśmy odbyć rozmowę z zarządem, który został z wyprzedzeniem powiadomiony o dacie i godzinie spotkania. Wcześniej zarząd konsekwentnie unikał wyznaczenia terminu rozmowy, a gdy Konfederacja Pracy zaproponowała termin i zaprosiła do swojej siedziby – żaden z przedstawicieli firmy się nie pojawił. Dziś nie było inaczej. Firma po raz kolejna odmówiła jakiegokolwiek dialogu. Zarząd Dino korzysta w sporze zbiorowym z prawników uznawanych przez Konfederację Pracy za profesjonalnie zajmujących się zwalczaniem związków zawodowych. Ta sama kancelaria zarzuca śmieciowymi aktami oskarżenia związkowców w Amazon czy Jeremias”.

Protest przed siedzibą firmy potrwa do środy do godz. 15. Przybrał on postać pikiety i blokowania dróg.

(zdjęcie w nagłówku tekstu za: https://www.facebook.com/InicjatywaPracownicza)