przez redakcja | poniedziałek 30 czerwca 2025 | aktualności
Najnowsza prognoza PKO BP przewiduje malejące tempo wzrostu płac.
Jak informuje portal Bankier.pl, nowa prognoza ekonomistów PKO BP przewiduje hamowanie wzrostu płac w Polsce. Analitycy przewidują, że w 2025 średni wzrost płac rok do roku nieco przekroczy 8%. Natomiast w roku 2026 ma wynieść 6-7%. Taki wzrost nominalny będzie jeszcze uszczuplany przez inflację.
Takie tendencje mają wynikać z kilku czynników. Po pierwsze, z niewielkiego wzrostu płacy minimalnej. Rząd planuje kilkuprocentowe jej podniesienie. Zarówno płace minimalne, jak i wzrost pensji w budżetówce ma wynieść wedle propozycji rządu 3%, ale nawet gdyby w trakcie negocjacji ze stroną społeczną wyniósł nieco więcej, to i tak będzie mizerny. Po drugie, maleje w Polsce podaż pracy, czyli mniej jest wolnych miejsc pracy i ofert zatrudnienia, a to hamuje presję płacową i konieczność konkurowania o pracowników za pomocą lepszych płac. Wedle analityków PKO BP większy ruch w zatrudnianiu będzie miał być może, ale nie na pewno, dopiero pod koniec 2025 roku.
przez Małgorzata Greszta | niedziela 29 czerwca 2025 | opinie
Szpital jest miejscem urzeczywistniania się socjalistyczno–biblijnej egalitarnej utopii – połowicznie, bo tylko w grupie pacjentów. Król kładzie się do łóżka nagi – bez rzeczy, bez autorytetu. Istnieje co prawda bardzo wątpliwy system nadawania wybranym statusu vipowskiego, ale w rzeczywistości nie wpływa on znacząco na opiekę.
Pewna elegancka kobieta, w dość dobrej jeszcze kondycji fizycznej, spała na jedwabnej poduszce i odtwarzała Brahmsa na spotifaju. Trudno powiedzieć, czy chodziło o bunt przeciwko odebraniu jej kontroli, czy o pogardę i wstręt dla innych chorych, czy o lęk przed śmiercią. Jedwabie szybko zabrudziły się płynami ustrojowymi, duszące perfumy wymieszały z wonią moczu, a Brahmsa zagłuszyły jęki bezdomnego pacjenta z sali obok. Przegrała batalię o władzę nad tą wspólną i jednakową dla każdego rzeczywistością, ale szybko wyszła. Prawdopodobnie ma jeszcze trochę czasu, żeby przygotować się na ostateczną miarę i wagę swojego dobytku i pożegnanie z siłą. Nie pamiętam jak ta kobieta miała na imię, nie nawiązałam z nią relacji, ale z ciekawością ją obserwowałam. Stała się dla mnie jakimś symbolem.
Ciało
Nigdy wcześniej nie dotykałam nagiego ciała zupełnie obcego człowieka. Robiłam kurs przez internet – wątpliwy tryb nauki, ale braki kadrowe są tak duże, że nie stanowiło to problemu. Funkcja opiekuna medycznego to nie są skomplikowane czynności. Małe ryzyko popełnienia błędu śmiertelnego w skutkach, raczej wyłącznie fizyczny wysiłek, ale sypiać zaczęłam dopiero po tygodniu. Pamiętam pierwsze zdania, które powiedziała do mnie starsza opiekunka: „Popatrz, pani krwawi z dróg rodnych. Szybko. Musimy założyć nowego pampersa bo zaraz śniadanie”. No to założyłyśmy. Udawałam, że to dla mnie chleb powszedni. To była Pani Maria, emerytowana inżynier. Ciągle prosiła o papierosy. Leżała pod tlenem – patowa sytuacja. Sama wtedy paliłam, więc wiem jak jej tego brakowało.
Gdy maszyna ludzka kładzie się w łóżku, jest w położeniu przeciwko życiu. Im bardziej zawęża się perspektywa – do czterech ścian sali, ruchu gałek ocznych – tym bliżej śmierci. Martwota to brak ruchu. Im więcej lataniny, harmidru wokół, tym więcej życia. Jeden z pacjentów nazywał mnie „muszką”. Jego uwaga skupiała się na biegu, w jakim byłam bez ustanku – w opozycji do jego położenia. Z biegiem czasu perspektywa się zawęża. Wszystko odnosi się do rzeczywistości szpitalnej, do tego, co dzieje się na tej odizolowanej wyspie. Tu są inne prawa, obyczaje, to inna strefa psychiczna – graniczna.
Szpital jest żałosny, upokarzający, obrzydliwy, piękny i prawdziwy. Powstrzymując się przed wymiotami, które wywołują zapachy kału, krwi, ropy, można jednocześnie dotykać najbardziej ważkich pojęć ontologicznych. Smród chorującego ciała jest mistyczny – może być. W majestacie śmierci wszystko się rozpada, unieważnia, traci wartość. Thomas de Quincey, który napisał „Ostatnie dni Emmanuela Kanta”, uważał, że portretować ludzi należy, gdy się starzeją, bo nie zostaje już czasu i siły na grę w pozory. Kiedy słabną możliwości poznawcze, sypią się wszystkie obudowy, pancerze: klasowe, kulturowe, społeczne. Intelektualne tuzy czasem maleją w mgnieniu oka.
To, co w zasadzie jest oczywiste i przewidywalne, wywołuje szok. Człowiek u swojego kresu staje goły, zwykły, bezwzględnie równy w swojej marności wobec innych chorych i starych. I wtedy widać właściwie tylko sumę wyrządzonego zła i dobra, pokory lub buty, tego, czy się świat uniosło – czy nie. Ci lepiej sytuowani mają czasami trochę lepszą opiekę, dodatkowe dyżury pielęgniarskie albo częstszą zmianę pampersa w zamian za obdarowywanie personelu słodkimi tortami. Ale odchody ludzkie zawsze śmierdzą tak samo, a brak kontroli nad swoim ciałem upokarza i zawstydza każdego bez wyjątku. Każdemu jednakowo zakłada się cewnik i wkłucie dożylne.
Szpitale są wyspami cierpienia w rzeczywistości, w której kłamliwie zapewnia się nas, że za odpowiednią cenę można się od niego wykupić. Są syntezą prawdy o sobie samym i życiu – miażdżącą. Dorobek cywilizacyjny jest właściwie woalem zakrywającym ostateczną istotę bytu. Życie w zdrowiu jest trwaniem w iluzji i samooszukiwaniem, chroniącym przed okrucieństwem prawdy wypchniętej poza świadomość. Konfrontacja z nią odbywa się często na granicy szaleństwa, jest upokorzeniem.
Adrenalina
To była interna, nie oddział psychiatryczny, ale w powietrzu wisiały obłęd i panika. Jedni zarażali się od drugich. Kadra od pacjentów. Chorobę po prostu ciężko unieść, ciężko zachować jasność umysłu, chociaż neurolog nie stawia żadnej diagnozy. Ludzie – zwłaszcza z karetek, przyjeżdżają w szoku. Dramatycznie się boją i cierpią. Różnie sobie z tym radzą, niektórzy biją, plują, bluzgają. Zawsze jest co najmniej jeden taki pacjent na oddziale. Wedle egzystencjalistów, każde cierpienie emocjonalne sprowadza się do lęku przed śmiercią – bojaźni i drżenia. Tkwiący w podświadomości strach przed roztrwonieniem życia, zniweczeniem go, można uznać za przyczynę wszelkich zaburzeń psychicznych.
Lęk tanatyczny to jedno. Szpital jest instytucją totalną. Ręka podniesiona na pielęgniarkę może być wyrazem braku zgody na proceduralne ubezwłasnowolnienie. Zniesione są tu wszelkie hierarchie obowiązujące na zewnątrz. Zastępuje je hierarchia władzy nad życiem. Kolejno najpierw ustawia się lekarzy jako posiadających największą sprawczość, a następnie – wedle sprawczości właśnie – resztę kadry medycznej. Później jest wielka przepaść i pacjenci – niemal zupełnie pozbawieni władzy i siły. Szpital sankcjonuje tę stratę, jest nią napędzany. Stanowi ona usprawiedliwienie jego istnienia i potwierdza zasadności panujących reguł.
Każdy oddział szpitalny jest osobnym organizmem – chorym. Ciało medyczne: pielęgniarskie, lekarskie, opiekuńcze, krąży wokół łóżek pacjentów jak krew wokół toczonych chorobą organów. Właściwie choruje cały budynek. Chore jest powietrze, chora jest cała aparatura. I tak od dyżuru do dyżuru choruje każdy, kto przekroczy próg szpitala. To się po prostu jakoś chłonie. Dopóki się tam jest, dopóki czuje się ten zapach.
Anormalne funkcjonowanie uzasadnia uzależnienie od adrenaliny. Połowa opiekunów mówi, że jest tu na jakiś czas, że nie da rady tak pracować do końca życia, kręgosłup nie wytrzyma. Ja przeciążenie czułam jeszcze miesiąc po odejściu z pracy. Pacjenci mówili: „dziecko, zawołaj kogoś, przecież ty masz rączki jak gałązki”. Chciałabym nie mieć, ale takie rzeczywiście mam. Nie dawałam rady z pacjentami, którzy ważyli dwa, trzy razy tyle, co ja. Na adrenalinie człowiek może naprawdę dużo – oczywiście do czasu. I dlatego to się jakoś kręci. Albo się tam idzie pracować już od niej uzależnionym, albo to przychodzi w trakcie. Może nie każdemu, ale to powszechne.
W dniu, gdy przyjechałam do kadr podpisać umowę, zatrudniano młodego chłopaka. Wyglądał jak przerośnięty maturzysta. Był w moim wieku. Zaprzyjaźniliśmy się. Jeździłam z nim potem do poradni odwykowej, szukałam ośrodków zamkniętych. Opowiadał, jak było na detoksie, kogo poznał, że kolegę Chady, mokotowskich. Ciągle coś opowiadał, był pogodny, trochę dziecinny. Na oddziale były pacjentki urodzone jeszcze przed wojną. Nie mieściło im się w głowie, że będzie je dotykał młody chłopak. Być może to był tylko wstyd, ale mogły to być też traumy okupacyjne. Hela, gdy tylko widziała, że Mateusz się zbliża, wrzeszczała: „Wynoś się, gnoju, won”. W końcu oddziałowa kategorycznie zakazała mu wchodzenia na jej salę. Któregoś dnia mi powiedział: „Gdy cię nie było, to Hela mnie zawołała i przytuliła”. Ciężko było się na niego gniewać, nie lubić go. Nie wiem, czy najpierw były narkotyki czy szpital, ale to się świetnie uzupełnia. To wszystko, co dzieje się w szpitalu, może zastępować używki – albo odwrotnie.
Pracownicy nie mają wsparcia psychologicznego, nie są uczeni radzenia sobie ze stresem. Kiedy byłam zatrudniana w marcu 2024 roku, nie musiałam przedstawiać ani zaświadczeń ani o niekaralności, ani o niefigurowaniu w rejestrze przestępców seksualnych. Okazanie takich dokumentów jest konieczne do podjęcia pracy np. w bibliotece. Taki stan rzeczy ukazuje zasadniczy problem: braku ludzi. Kiedyś w windzie pielęgniarka powiedziała mi, że dojeżdża z lubelskiego – a pracowałyśmy w Warszawie.
Hierarchie
Pracownicy funkcjonują w systemie konserwatywnej hierarchii, która nosi znamiona być może pańszczyźnianej jeszcze przemocy. Zwierzchność przy okazji służy wentylowaniu psychiki z frustracji i zmęczenia.
Kadra niższego stopnia nie ma przywileju prowadzenia rozmów z pacjentami. Tylko zwięzłe treści, czasem przemycane półuśmiechy i współczujące spojrzenia. Łatwo zostać oskarżonym o miganie się od obowiązków, opóźnianie pracy, działanie na niekorzyść ogółu. Czas dla chorych jest reglamentowany. Lekarzy zazwyczaj zna się z imienia i nazwiska, pielęgniarki i opiekunki czasem z imienia – gdy się je usłyszy albo zapyta. Do obowiązku lekarza należy prowadzenie empatycznego dialogu z pacjentem, do obowiązku kadry niższej – nie. Nie ma na to czasu.
Kiedy pacjent mówi po imieniu, to nobilitacja. Nigdy nie czułam się tak szanowana za wykonywaną pracę jak wtedy, gdy pacjenci żegnali się ze mną po zakończeniu dyżuru. Po imieniu. Wychodziłam tylnymi drzwiami i słyszałam zza pleców jak pacjentka woła: „Do widzenia, pani Małgosiu!”. Ona dalej w szlafroku, ponuro zaciąga się papierosem, ja już po cywilnemu, wracam do świata zdrowych, ale wciąż czuję działanie adrenaliny, dopaminy, endorfiny. Już za ogrodzeniem robi się tak lekko, życie jest proste, problemy wcześniej poważne – trywialne. Ta praca ustawia obserwatora w szlachetnym dystansie. To nie tylko zmiana perspektywy, ale także chemia mózgu – triada szczęścia. Wydzielające się podczas dyżurów hormony często przesądzają o pozostaniu w zawodzie, pomagają znieść więcej i więcej, pracować na drugi etat, wytrzymać poniżanie.
Pierwszego dnia przyszłam za pięć siódma na dyżur, a o siódmej dziesięć, po ekspresowej rozmowie z oddziałową, poszłyśmy z Władzią na sale robić swoje. Władzia miała ze sto pięćdziesiąt centymetrów wzrostu i mniej więcej tyle samo kilometrów pokonywała w drodze do pracy. Twarda baba, z silnym temperamentem i pogodą ducha. Przedsiębiorcza – nie mogła się oduczyć oszczędzania na rękawiczkach, za co regularnie dostawała reprymendy od pielęgniarek. To chyba było silniejsze od niej. Mówiła, że bardzo wcześnie musiała zacząć pracować, że w domu było sporo gęb do wykarmienia, bieda. Jedni ją kochali za to, że przytuliła, potrzymała za rękę, pocieszyła. Inni kompletnie nie tolerowali i wnosili skargi na „rażące nieprzestrzeganie procedur higieny i niestosowne uwagi”. Dawno by przez to wyleciała, ale nie było nikogo na jej miejsce. Największą kosę miała z łapówkarzami, z pacjentami, których rodziny obdarowywały pielęgniarki prezentami, albo po prostu z tymi, po których na pierwszy rzut oka widać było pozycję społeczną. Nie uznawała podziałów na lepszych i gorszych – i bardzo mi tym imponowała. Miała swoją godność klasową i chociaż czasem trochę przesadzała, to trzymałam jej front.
Minął rok, ale wciąż pamiętam imiona pacjentów. Olę, dwa lata starszą ode mnie, chorowała na marskość wątroby. Nie miała już nawet zębów, gdy woziłam ją na gastroskopię. Pana Krzysztofa, emerytowanego kompozytora. Bardzo cierpiał, miał martwicę, owrzodzenia. Jasię, Anielcię, Piotrka. Wszyscy nie żyją. W ciągu dwóch miesięcy umarło osiem osób.
Największym ciężarem tej pracy są wydarzenia pozamedyczne. Inżynieryjny punkt widzenia nauki w zderzeniu z nagłą emanacją lęków tkwiących w podświadomości, doprowadza do wielu klęsk komunikacyjnych. Szpital jest punktem kontrolnym, czasem ostatnim, zazwyczaj pobyt tam ma znaczenie fundamentalne, strategiczne z perspektywy ogółu życia człowieka. Śmierć jest paroksyzmem życia, jak pisał de Chardin. Szpital jest kondensacją prawdy i istoty trwania. W mgnieniu oka okazuje się, że środowiska i klasy są sztuczne, poglądy polityczne są sztuczne, maniery, tytuły, wiedza – to ostatecznie jest wszystko nic nie warte i zmyślone. Gdy się już człowiek tego wyzbędzie, gdy to uleci, gdy się położy w białej pościeli, to zostaje tylko spojrzenie i to, co jest w oczach. Rdzeń, prawda.
Małgorzata Greszta
PS. Imiona zostały zmienione ze względu na ochronę prywatności.
Zdjęcie w nagłówku tekstu: Engin Akyurt from Pixabay.
przez redakcja | sobota 28 czerwca 2025 | aktualności
Znany podmiot z branży hurtowej zwolni kilkaset osób.
Jak informuje portal Wiadomości Handlowe, duże zwolnienia planuje spółka Makro Polska. To jedna z największych firm hurtowych w Polsce. Po ubiegłorocznych zwolnieniach ponad 100 osób Makro planuje teraz znacznie większe redukcje zatrudnienia i ograniczenie skali działalności.
Spółka planuje likwidację swoich czterech obiektów hurtowych spośród 29, jakie posiada w Polsce. Do końca września zostaną zlikwidowane hurtownie firmy w Rybniku, Słupsku, Toruniu i Zabrzu. W efekcie pracę straci 400 osób zatrudnionych dotychczas w tych obiektach. Niewykluczone, że skala zwolnień będzie jeszcze większa, gdyż zmniejszenie skali działalności oznacza prawdopodobieństwo zmniejszenia skali działań w centrali firmy.
Zdjęcie w nagłówku tekstu: Autorstwa Mateuszgdynia – Praca własna, CC BY-SA 4.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=53992361
przez redakcja | piątek 27 czerwca 2025 | aktualności
Ponad sto osób straciło pracę w zakładach Diory.
Jak informuje portal Money.pl, wczoraj 115 pracowników zakładu Diora w Świdnicy otrzymało wypowiedzenia z pracy w procedurze zwolnień grupowych. Spółka od niedawna znajduje się w stanie upadłości.
Decyzję o zwolnieniach podjął syndyk masy upadłościowej. Świdnicka Diora, producent głośników, została 5 czerwca postawiona w stan upadłości. Zakład należy do państwa – publicznej Agencji Rozwoju Przemysłu. Za rządów PiS został znacząco dofinansowany i zmodernizowany. Jego kłopoty zaczęły się po wybuchu wojny na Ukrainie – stracił wtedy wielu kontrahentów ze wschodu.
Prezes firmy Maciej Rojek twierdzi, że zdecydował się na ogłoszenie upadłości zakładu, ponieważ Agencja Rozwoju Przemysłu od dłuższego czasu nie reagowała ani na prośby o wsparcie, ani na sugestie pozyskania prywatnego inwestora. Jego zdaniem ARP po zmianie władzy zdecydowała w 2024 r. o kontrolowanej likwidacji spółki. W rozmowie z „Gazetą Wrocławską” mówił: „Dostali na to prawdopodobnie pozwolenie z Ministerstwa Aktywów Państwowych. Ostatecznie jednak pismo o tym, że Diora zostanie zlikwidowana, przysłano mi dopiero w maju, czyli ponad miesiąc temu. Kondycja finansowa nie pozwalała już dłużej czekać i musiałem zawiadomić sąd o upadłości”.
Prezes firmy twierdzi, że ma ona około 2 milionów złotych i żadnych większych zobowiązań poza pracowniczymi, więc zatrudnionym zostaną zapewnione wszelkie przewidziane świadczenia. Informuje, że zakładem jest zainteresowanych trzech prywatnych inwestorów. Obecnie posiada zamówienia na kwotę kilku milionów złotych.
Zdjęcie w nagłówku tekstu pochodzi ze strony internetowej Diory.
przez redakcja | piątek 27 czerwca 2025 | aktualności
W jednym z zakładów w Bielsku-Białej odbył się dzisiaj strajk ostrzegawczy.
Jak informuje portal bielsko.biala.pl, dzisiaj w godzinach 13-15 odbył się strajk ostrzegawczy w zakładzie firmy Marelli w Bielsku-Białej. Kilkadziesiąt osób zaprzestało pracy w ramach trwającego od dawna sporu między związkami zawodowymi a szefostwem firmy.
Pora protestu została ustalona tak, aby mogli w nim wziąć udział pracownicy pierwszej i drugiej zmiany. Szefostwo zakładu znacznie skróciło pierwszą zmianę, aby storpedować protest. Mimo to wzięła w nim udział znaczna część pracowników obu zmian.
Pod koniec 2024 „Solidarność zażądała podwyższenia miesięcznych płac o 750 zł brutto od 1 stycznia. W toku protestu obniżyła je do 375 zł brutto od 1 lipca. Mimo to zarząd firmy odrzuca żądania związkowców. Grzegorz Maślanka, szef zakładowej „Solidarności”, powiedział portalowi bielsko.biala.pl: „Odpuszczamy sześć miesięcy, oczekiwaną kwotę podwyżki wynagrodzenia obniżyliśmy o połowę, ale mimo naszej woli współpracy, nie ma jej po stronie pracodawcy. Proponują nam 158 zł brutto średnio na pracownika”.
We wtorek odbędą się kolejne negocjacje związkowców z przedstawicielami władz firmy.
przez redakcja | czwartek 26 czerwca 2025 | aktualności
Kolejne zwolnienia grupowe zapowiedziała spółka Agora.
Jak informuje portal Money.pl, spółka Agora, wydawca „Gazety Wyborczej”, ogłosiła zamiar zwolnień grupowych. Pracę straci 49 osób.
Dotychczas byli oni zatrudnieni przy druku „Wyborczej”. Teraz spółka zamierza zlikwidować swoją działalność poligraficzną. Druk dziennika należącego do Agory zostanie zlecony publicznemu podmiotowi Polska Press, wydawcy gazet regionalnych. Spółka planuje w ten sposób zaoszczędzić rocznie ok. 6 mln złotych.
Zwolnienia będą miały miejsce w lipcu i sierpniu. Poprzednie zwolnienia grupowe w Agorze miały miejsce w początkach roku 2024 i objęły 190 osób.
przez redakcja | wtorek 24 czerwca 2025 | aktualności
Wielki niemiecki koncern likwiduje swój zakład w Polsce.
Jak informuje portal Nasze Miasto, szefostwo zakładu produkcyjnego niemieckiego koncernu Henkel poinformowało dzisiaj o likwidacji fabryki w Raciborzu. Pracownicy zakładu dowiedzieli się o tym nagle podczas porannego spotkania z władzami firmy. Następnie nakazano im opuszczenie zakładu.
Pracę straci cała załoga zakładu – 159 osób. Proces likwidacji produkcji potrwa do listopada. W zakładzie w Raciborzu wytwarzane są m.in. proszek Persil i płyn Silan. Część produkcji odbywa się w nowej hali, otwartej w 2018 roku. Koncern Henkel działa w Polsce od roku 1990. Ma w naszym kraju jeszcze dwa zakłady produkcyjne – w Stąporkowie i Dzierżoniowie. Produkty z Raciborza trafiały nie tylko na polski rynek, lecz także do pozostałych krajów Europy Środkowo-Wschodniej.
przez redakcja | wtorek 24 czerwca 2025 | aktualności
Kopalnia Bogdanka chce przenieść sprzątające kobiety do firmy zewnętrznej. Ich obronę zapowiadają górnicy.
Jak informuje portal Tuba Łęcznej, spółka Lubelski Węgiel Bogdanka odmawia przedłużenia umów o pracę z kobietami zatrudnionymi do sprzątania obiektów zakładu. Mają one zostać przeniesione do spółki-córki. Oznacza to dla zatrudnionych utratę części uprawnień i uposażeń. Sprawa dotyczy około 100 kobiet zatrudnionych obecnie w Sekcji Porządkowo-Czystościowej. Ich zatrudnienie przez LWB ma zakończyć się 30 czerwca. Po tym terminie mają zostać przeniesione do osobnej spółki.
Związkowcy z Bogdanki są przeciwni takiej decyzji. Uważają, że oznacza ona pogorszenie dotychczasowych warunków zatrudnienia. Jarosław Niemiec ze związku „Przeróbka”, znany także z łamów Nowego Obywatela, uważa, że od 1 lipca kobiety będą zarabiały najniższą krajową, ale stracą dodatkowe świadczenia, które gwarantowały im warunki zatrudnienia wywalczone przez związki w całej Bogdance. Chodzi o premie coroczne, premie barbórkowe oraz tzw. flapsy, czyli dodatek pieniężny na posiłki regeneracyjne. Związkowcy zapowiadają walkę o prawa sprzątających kobiet. Deklarują wejście w spór zbiorowy z zarządem firmy. – „Sprzeciwiamy się takiemu rozwiązaniu i żądamy zawarcia porozumienia o zabezpieczeniu praw i interesów pracowniczych tego działu. Zarząd jednak to ignoruje, dlatego złożyliśmy pismo wszczynające spór zbiorowy” – powiedział Jarosław Niemiec portalowi Tuba Łęcznej.
Żądania w sprawie utrzymania dotychczasowych warunków zatrudnienia sprzątających kobiet wyartykułowały wspólnie Związek Zawodowy „Przeróbka”, Związek Zawodowy Górników, NSZZ „Solidarność” i Związek Zawodowy „Kadra”.
przez Michał Szymański | poniedziałek 23 czerwca 2025 | opinie
W mowie potocznej przyjęło się powiedzenie, że najbardziej lubimy te melodie, które już znamy. Patrząc na powyborczy dyskurs nietrudno przyznać mu rację. Środowiska samozwańczego obozu demokratycznego, a przede wszystkim wspierające je media, zamiast spojrzeć w lustro i zastanowić się nad swoim blamażem, rozpoczęły poszukiwania winnych porażki ich kandydata – wiceszefa Platformy Obywatelskiej, Rafała Trzaskowskiego. Po miesiącach niezwykle brutalnej (zwłaszcza w jej ostatnich tygodniach) kampanii środowiska zgromadzone dookoła koalicji rządowej zostały skonfrontowane z niesprzyjającym wynikiem. Podawane razem z zamknięciem komisji wyborczych exit polls, które wskazywały na niewielką przewagę kandydata obozu rządzącego wydawały się jego otoczeniu na tyle miarodajne, żeby ogłosić zwycięstwo. Przez dwie godziny Rafał Trzaskowski miał możliwość poczuć się Prezydentem Rzeczpospolitej, choć w dość wyraźny sposób czuł się tak już dużo wcześniej. Rzeczywistość okazała się jednak odmienna i już następnego ranka oddawał ją kursujący po internecie obrazek siedzącego w ławie sejmowej Jarosława Kaczyńskiego z podpisem „Kogo należy wystawić, aby wygrać z bezideowym kandydatem Koalicji Obywatelskiej? Kogokolwiek”.
Okres wyborczy rozciągnięty od etapu prekampanijnego, kiedy to komentatorzy próbują przewidzieć ewentualne kandydatury, aż po zaprzysiężenie nowej głowy państwa (i idące razem z nim ogólne zmęczenie debatą na ten temat), zawsze stanowi znakomitą okazję do przyjrzenia się mechanizmom debaty publicznej. To właśnie wtedy słyszymy o tym, jakie cechy kandydatów mogą przyciągać potencjalnych wyborców. Jak zagłosują duże miasta, a jak zagłosuje „Polska powiatowa”. O tym, kto bardziej nadaje się na urząd prezydenta Rzeczpospolitej – nieważne jak bardzo efemeryczne byłyby argumenty przemawiające za takimi stanowiskami (na myśl przychodzi anegdotka z „Tygodnika Powszechnego” o Rafale Trzaskowskim, który już jako dziecko był zapowiadany przez kolegów na stanowisko prezydenta). To wtedy dowiadujemy się o „ciemnych kartach” z życiorysów kandydatów, a przynajmniej tych, którzy stanowią na tyle duże zagrożenie dla największych obozów, że trzeba wytoczyć przeciwko nim jakieś oskarżenia. Jednak to dzień ostatecznych wyników jest tym, na który czekam z utęsknieniem, bo znów przychodzi usłyszeć starą dobrą melodię o tym, jak to demokracja ponoć nie działa.
Media różnych formatów – począwszy od wielkich telewizji, przez opiniotwórcze magazyny, aż po internetowe konta różnorakich osobistości – z oburzeniem zareagowały na zwycięstwo kandydata wspieranego przez Prawo i Sprawiedliwość. Rozpoczęła się, trwająca po dzień pisania tego tekstu, obława na wszystkich „niewykształconych”, „nieodpowiedzialnych” i „bogobojnych” Polaków, którzy odważyli się nie oddać głosu na kandydata rządowego. A czemu jest to znana melodia? Ponieważ po każdych wyborach, w których triumf odnosiło stronnictwo dowodzone przez Jarosława Kaczyńskiego – czyli wszystkich od ponad dekady, nie licząc ostatnich wyborów do parlamentów krajowego oraz europejskiego – słyszymy, że model demokratyczny nie spełnił swojego zadania, a reżim większości znowu stanowi element hamulcowy zmiany cywilizacyjnej. To wtedy rozgoryczone głosy liberalnego komentariatu w mniej lub bardziej świadomy sposób dokonują przetworzenia myśli Janusza Korwin-Mikkego, że demokracja jest złym ustrojem, ponieważ „dwóch facetów spod budki z piwem ma większą siłę niż profesor akademicki”.
Z jakiegoś powodu analiza powyborczych statystyk dotyczących grup wiekowych, miejsca zamieszkania i poziomu wykształcenia wyborców zdaje się zawsze poświęcać najwięcej czasu i uwagi temu ostatniemu elementowi. Mowa jest wtedy o niedojrzałości rodzimej demokracji, która wciąż ciągnie w stronę autokracji, a zebrani w studiach eksperci i goście mogą deliberować na temat potrzeby edukacji społeczeństwa, które to podobno zbyt łatwo nabiera się na populistyczne chwyty stosowane przez przeciwników obozu demokratycznego.
Warto zwrócić też uwagę na gravitas, z jakim cały czas oddziałuje teza sformowana w trakcie poprzedniej kampanii parlamentarnej. To właśnie wtedy Donald Tusk i jego koalicjanci mianowali się obozem demokratycznym, twierdząc, jakoby ich szeroki front stanowił zamknięty zbiór ugrupowań szanujących społeczeństwo obywatelskie i instytucje demokratyczne – nietrudno zauważyć, że znajdujące się poza tym zbiorem Prawo i Sprawiedliwość oraz Konfederację konsekwentnie przedstawiano jako zagrożenie dla demokracji, stawiając zbiór bliżej niedookreślonych i niedoprecyzowanych zarzutów, zwłaszcza pod adresem tych pierwszych. PIS, który wedle doniesień liberalnych mediów miał w razie swojej przegranej wyprowadzać wojsko na ulice, oddał władzę (nie licząc krótkiego okresu politycznej apopleksji albo teatru, kiedy to na premiera desygnowano Mateusza Morawieckiego i kazano mu utworzyć jakikolwiek rząd) i przeszedł do opozycji. Nie tworzono wówczas narracji dotyczącej systemowej niesprawiedliwości – politycy byłego rządu powtarzali jak mantrę, że wygrali (co patrząc na liczbę głosów było prawdą), ale nie doszukiwali się drugiego dna i oddali rządy Tuskowi. Budzi więc pewien niesmak, gdy środowiska przychylne obecnej władzy określają się na spektrum, które po jednej stronie formułuje zarzut oszustwa wyborczego, a na drugim jego krańcu wyraża rozczarowanie demokracją, która pozwala na zwycięstwo kogoś spoza kręgu ich sympatii.
Karolowi Nawrockiemu udało się, na przekór wszystkim prognozom, zdobyć głosy większości Polaków pomimo dalece nieuprzywilejowanej pozycji. PiS mimo kontroli nad narracją Telewizji Republika czy wPolsce24 póki co nie odbudował siły przekazu, jaką dawała mu kontrola nad publiczną telewizją za czasów swoich rządów. Do tego dochodzi niespotykana dotąd skala zarzutów i oskarżeń wysuwanych pod adresem Nawrockiego – zwieńczona wyjątkowo dywersyjnym i prawdopodobnie „odwrotnie skutecznym” wystąpieniem premiera na antenie Polsat News, w którym powoływał się na patocelebrytę skazanego za pomówienia. To wszystko składa się na obraz bardzo trudnej kampanii, która pomimo wieszczenia zwycięstwa Rafałowi Trzaskowskiemu przyniosła wynik szokujący dla wielu. Czy był on jednak tak szokujący i zaskakujący? Czy pierwsza tura wyborów, w której wyborcy mogli głosować w zgodzie ze swoim sumieniem, dająca 60% poparcia kandydatom spoza struktur rządowych, nie dawała wyraźnego znaku, że kredyt zaufania, który pozwolił objąć Donaldowi Tuskowi stanowisko Prezesa Rady Ministrów, właśnie się wyczerpał? Okres dwóch tygodni między pierwszą a drugą turą był zresztą bardzo ciekawy ze względu na zmianę narracji środowisk KO w stosunku do Konfederacji.
W sytuacji, gdy polityczna arytmetyka wymagała skapitalizowania głosów prawicy albo przynajmniej spacyfikowania ich zapału do oddania głosu w drugiej turze, Konfederacja na chwilę stała się w pełni poważanym graczem i próżno było doszukiwać się po stronie komentariatu głosów sprzeciwu odnośnie do wchodzenia w dialog ze skrajną prawicą. Na moment Sławomir Mentzen stał się w ich oczach (przynajmniej publicznie) pragmatycznym i dojrzałym politykiem, z którym trzeba wspólnie rozmawiać i realizować polską rację stanu. Po wyborach nie ma już tego problemu. Domniemany elektorat Mentzena, który zagłosował na Nawrockiego, „udowodnił” liberałom, że tamci stoją po złej stronie historii i nie dojrzeli jeszcze do dobrych wyborów (mówiąc zarówno metaforycznie, jak i bezpośrednio, biorąc pod uwagę popularność Mentzena wśród młodych wyborców).
Co w takim razie pozostało? W 2016 roku Slavoj Žižek jako zdeklarowany przeciwnik Donalda Trumpa głosił w mediach, że jego wygrana jest czymś niedobrym, ale potrzebnym. Porażka z takim przeciwnikiem powinna skłonić obóz Demokratów do refleksji nad prowadzoną przez nich polityką. To właśnie opisywana przez Žižka postać Trumpa – który zrodził się ze wszystkich bolączek niezaleczonych przez panujący establishment – miała być inspiracją dla zmian i ponownego obrania ideowego azymutu. Ta przewrotna myśl zakładała, że kolosalna porażka Demokratów długofalowo może dać ich obozowi nowy podmuch w żagle i skierować ich w stronę wyborców, którzy na nich głosują, ale z każdym dniem czują się coraz mniej reprezentowani przez swoich reprezentantów. Dalece dyskusyjnym jest to, czy środowisko amerykańskich Demokratów wzięło sobie do serca słowa Žižka, ale pewnym jest, że ekstrapolując to samo zagadnienie na polski grunt widzimy jak obóz władzy gotów jest doszukiwać się skutków swojej porażki wszędzie poza łazienkowym lustrem.
Cezary Tomczyk mówiący niepewnie na antenie TokFM: „może trzeba było rozliczać szybciej?”. Adrianowi Zandbergowi zebrało się za brak jednoznacznego poparcia dla Rafała Trzaskowskiego, a fakt, że zaproponował on poparcie Trzaskowskiego, gdyby ten wpłynął na premiera i doprowadził do przegłosowania ustawy o ochronie zdrowia, wygodnie przemilczano. Liberalne ośrodki opiniotwórcze założyły, że Trzaskowskiemu głosy wyborców Zandberga po prostu się należą i nawet estymacje zakładające, że przytłaczająca większość wyborców lidera Partii Razem oddała głos na wiceszefa Platformy nie jest w stanie zatrzymać cyklicznego obwiniania Partii Razem za porażkę PO – zbyt mali i nieistotni, by z nimi rozmawiać, ale bardzo istotni, gdy przychodzi czas na szukanie winnych.
Zapowiadana przez premiera rekonstrukcja rządu, której najgłośniejszym elementem jest ewentualna zmiana w fotelu Ministra Sprawiedliwości – z obecnie pełniącego tę funkcję Adama Bodnara na Romana Giertycha – pozwala nam się domyślać, że rząd chce w ten sposób wykonać ukłon w stronę najbardziej oddanego elektoratu i zapowiedzieć, że rozliczenia władzy Prawa i Sprawiedliwości nie ustaną, a wręcz przybiorą na sile. Ten sam Roman Giertych, pomimo deeskalacyjnych wypowiedzi premiera, nie porzuca obranej przez siebie ścieżki mobilizowania wyborców do składania protestów wyborczych, które w jego ocenie doprowadzą do zmiany Prezydenta-elekta. Powołano również rzecznika rządu, który stanowić ma remedium na zdiagnozowany przez Koalicję Obywatelską problem – brak skutecznej komunikacji z Polakami i powstałe w ten sposób niepowodzenia w przekazywaniu wszystkich sukcesów, jakie odnosi ten rząd (warta odnotowania jest również myśl głoszona przez jednego z posłów KO, że rząd powinien mieć trzech rzeczników – po jednym dla każdej grupy wiekowej).
Rozwiązanie to wskazuje, że kurs obecnej władzy pozostaje bez zmian. To nie brak sukcesów, to brak komunikacji. To wyborcy nie dostrzegają znakomitych rezultatów obecnego gabinetu, a część tych wyborców najwyraźniej potrzebuje przypomnienia, że jest dobrze, ponieważ nie rządzi Prawo i Sprawiedliwość. W jaki sposób ma to jednak pomóc w dalszej drodze obozu Koalicji Obywatelskiej, która dopiero co była świadkiem, że lewicowy kandydat spoza rządu zdobył więcej głosów niż ich lewicowa koalicjantka? Jak dalsze rozliczenia mają się do rozłamu Trzeciej Drogi, w której to osoba Szymona Hołowni zaczęła swoim kolegom z PSL-u bardziej ciążyć niż im pomagać? Jak ma się to do ogólnego marazmu rządu, który od czasu dojścia do władzy nie jest w stanie zaproponować Polakom jakiejkolwiek wizji przyszłości naszego kraju?
Koalicja Obywatelska i jej sojusznicy zapewne czują wiatr zmian i widzą, że ugrupowania prawicowe zyskują na sile w całej Europie, a kontynuacja dalszego rządzenia w oparciu o azymut obrany 15 października 2023 – „wygrajmy wybory, a potem się zobaczy” – nie przyniesie im długofalowo niczego poza porażką w kolejnych wyborach parlamentarnych. Zmiana w komunikacji ze społeczeństwem jest tylko formalnym zabiegiem, który w żaden sposób nie zmienia stylu realnie sprawowanej władzy. Odtrąbienie z dumą spadających wskaźników inflacyjnych nie znaczy już dzisiaj nic, bo Polacy zauważyli, że cena produktów w sklepach nie jest tak bardzo skorelowana z inflacją, jak mówiono za czasów poprzedniej władzy. Obietnice dotyczące budowy Centralnego Portu Komunikacyjnego są pozbawione jakiegokolwiek zapału – ale jak mogło go nie brakować, gdy rolę pełnomocnika rządu w tej sprawie piastuje Maciej Lasek, wcześniejszy krytyk całego przedsięwzięcia. Pojawiające się cyklicznie stwierdzenie, że program 800+ stanowi osiągnięcie tego rządu jest równie miałkie, co chwalenie się najbezpieczniejszą granicą na wschodzie – wszystko to przez pryzmat stanowisk, jakie Koalicja Obywatelska zajmowała w czasach bycia w opozycji. Brakuje odwagi do jakichkolwiek przedsięwzięć, które wykraczają poza doraźne administrowanie aparatem państwa.
Nie pomagają również głosy koalicjantów, którzy po zweryfikowaniu społecznego poparcia próbują zaznaczyć swoją podmiotowość poprzez wychodzenie z bardziej radykalnymi postulatami. Szymon Hołownia nastawił się na formalną procedurę w sprawie odpolitycznienia spółek Skarbu Państwa – jego ugrupowanie złożyło już drugi projekt ustawy i intensywnie go promuje. Nie sposób jednak nie odczuć, że odpolitycznienie spółek skarbu państwa nie jest już tak nośnym sloganem, gdy sprawuje się władzę od ponad półtora roku i gdy zdążyło się już dokonać przetasowania obsadzonych tam za czasów l’ancien regime ludzi na swoich protegowanych. Tam, gdzie przejawia się inicjatywa – jak w przypadku powołania zespołu ds. deregulacji początkowo sygnowanego nazwiskiem właściciela InPostu Rafała Brzoski, który z końcem maja wypisał się z uczestnictwa – działania wydają się jak strzelanie na oślep. Program mieszkaniowy nie leży w strefie zainteresowania rządu, a jakiekolwiek dyskusje dotyczące wprowadzenia podatku katastralnego kończą się na argumentach pokroju „nie zabraniajmy Polakom się bogacić”. W swoim krótkim wystąpieniu po ogłoszeniu oficjalnych wyników wyborów prezydenckich Donald Tusk zapewnił, że „bierzemy się do roboty” (po półtora roku rządów…), ale nie wiem, czy nawet jego najbliżsi współpracownicy byliby w stanie spójnie przekazać, na czym ta robota będzie polegać.
Przeciwnik zawsze jest na zewnątrz, a biblijna przypowieść o drzazdze w oku bliźniego nie wychodzi z mody. Elity w swoim przekonaniu nie potrzebują niczego zmieniać, a za wszelkie błędy odpowiadają niewyedukowane masy głosujące na populistów. Pochwała merytokracji i głęboka wiara środowisk liberalnych w swoją wyższość zarówno intelektualną, jak i kulturową sprawia, że klasistowskie wybryki, na które pozwala sobie chociażby profesor Markowski, mówiący o połowie społeczeństwa pracującej na klasy transferowe z drugiej połowy (nie jest zaskoczeniem, że koreluje on ten podział na wyborców Trzaskowskiego i Nawrockiego), nie są jedynie kontrowersyjnymi słowami radykała. Są wypowiedzianym na głos, pełnym resentymentu stosunkiem do wyborców, którzy nie przyjmują tej samej, liberalnej optyki. Nawet posługując się taką perspektywą nietrudno dostrzec w niej poważną niespójność. Skoro niewykształcona i zaściankowa, według nich, Polska powiatowa zdołała wykreować narrację pozwalającą na zwycięstwo ich kandydata, to czy nie byłoby zasadnym uznanie, że Polska dużych miast, wykształcona i obyta w świecie posiada znacznie więcej kapitału intelektualnego, który będzie w stanie zaoferować coś lepszego?
Okazało się, że nie, bo środowisko Trzaskowskiego jako metodę przyjęło skręt w prawo i papugowanie przemielonych postulatów Nawrockiego i Mentzena, licząc, że nieco wyalienowani lewicowcy i tak zagłosują na niego, bo z dwojga złego lepiej w tę stronę. Ale czy ktokolwiek zagłosował na Trzaskowskiego dopiero po tym, gdy rzucił hasłem o odebraniu świadczeń socjalnym Ukraińcom? Wątpię. Ci, którzy podpisują się pod takimi postulatami, słyszeli je już dużo wcześniej i nie potrzebują Trzaskowskiego oraz jego „umiarkowanej” wiarygodności, żeby mieć na kogo głosować. Po co kupować Maxi Colę, kiedy w lodówce jest zimna Coca Cola? Hiperelity, niczym dowolna postać inteligenta z filmów Barei, będą żyły oblężone przez chamstwo do następnych wyborów, które najpewniej przegrają, a potem znowu sezon emigracji i tych samych melodii…
Michał Szymański
Grafika w nagłówku tekstu: john dunbur from Pixabay
przez redakcja | poniedziałek 23 czerwca 2025 | aktualności
Jak informuje łódzka „Gazeta Wyborcza”, upada spółka Texton ze Zgierza. To przedsiębiorstwo włókiennicze istniało od roku 1992. Zajmowało się produkcją włókniny dla przemysłu meblowego, a z czasem poszerzyło działalność o tkaniny dla branż sanitarnej, kaletniczej, budowlanej, ogrodniczej. Teraz firma upada.
Pracę w Textonie stracą 182 osoby, a cały zakład ulegnie likwidacji. Nieruchomości zostaną wystawione na sprzedaż. Przyczyną upadłości jest znaczny wzrost kosztów, m.in. energii, oraz napływ tańszej włókniny z Chin na polski rynek. Władze spółki w obliczu jej nierentowności zdecydowały się na likwidację, a nie upadłość, aby zabezpieczyć interesy pracowników.
Taka forma zakończenia działalności ma zapewnić wypłatę wszelkich odpraw i ekwiwalentów należnych zatrudnionym. Wśród nich są osoby z nawet 30-letnim stażem w zakładzie.
przez redakcja | poniedziałek 23 czerwca 2025 | aktualności
Polski Komitet EAPN wzywa rząd RP: Najwyższy czas ratyfikować Zrewidowaną Europejską Kartę Społeczną!
Zgromadzenie Ogólne Polskiego Komitetu EAPN 16 czerwca przyjęło uchwalę w sprawie ratyfikacji Zrewidowanej Europejskiej Karty Społecznej.
Dwadzieścia lat temu Polska podpisała Zrewidowaną Europejską Kartę Społeczną. Inicjatorem tego działania była ówczesna wicepremierka Izabella Jaruga-Nowacka. Karta została przyjęta w Radzie Europy w 1996 roku. Jak dotąd podpisało i ratyfikowało ją 36 państw. Osiem państw, w tym Polska do dzisiaj nie ratyfikowało tego dokumentu.
Zrewidowana Europejska Karta Społeczna oprócz wzmocnienia praw społecznych (zapisanych w dotychczasowej Europejskiej Karcie Społecznej) obok zwiększenia ochrony dzieci, macierzyństwa i praw osób starszych, dodała też nowe prawa związane z prawami pracowniczymi oraz kwestiami skutecznej polityki mieszkaniowej i ochrony przed ubóstwem. Polski Komitetu EAPN zwraca szczególnie uwagę, na art. 30 i 31 Karty.
Artykuł 30 dotyczący prawa do ochrony przed ubóstwem i marginalizacją społeczną, nakłada na państwa obowiązek przyjęcia ogólnego i skoordynowanego podejścia do walki z ubóstwem i wykluczeniem. Istotną kwestią jest promowanie rzeczywistego dostępu osób i rodzin zagrożonych lub znajdujących się w trudnej sytuacji do podstawowych zasobów i usług, z obszarów takich jak: zatrudnienie, mieszkanie, szkolenie, kształcenie, kultura oraz pomoc społeczna i opieka medyczna. Wymaga to nie tylko tworzenia mechanizmów wsparcia, ale ciągłego przeglądu sytuacji.
Artykuł 31 odnoszący się do prawa do mieszkania wskazuje na precyzyjne i wyraźne ujęcie tej tematyki w zakresie praw społecznych. W zapisach tego artykułu zobowiązuje się państwa do podjęcia działań w trzech głównych obszarach:
• Popierania dostępu do mieszkań o odpowiednim standardzie (co obejmuje m.in. bezpieczeństwo prawne zajmowania lokalu, dostęp do podstawowych usług, odpowiednią infrastrukturę, warunki sanitarne).
• Zapobiegania i ograniczania bezdomności w celu jej stopniowego likwidowania. Wymaga to zarówno działań prewencyjnych, jak i zapewnienia schronienia oraz wsparcia dla osób bezdomnych.
• Uczynienie kosztów mieszkań (czynszów, opłat) dostępnymi dla osób, które nie mają wystarczających zasobów, np. poprzez systemy dodatków mieszkaniowych, budownictwo socjalne czy regulację rynku.
– Już w 2002 roku w „Strategii Polityki Społecznej. Praca i zabezpieczenie społeczne 2002-2005” zapowiedziano nie tylko podpisanie, ale i ratyfikowanie Zrewidowanej Karty. Ostatecznie w 2005 roku Polska podpisała dokument, w czym bardzo pomogła inicjatywa ówczesnej Ministry Polityki Społecznej, Izabeli Jarugi-Nowackiej. Niedługo potem zmieniły się rządy, ale w 2008 roku, w ramach Trójstronnej Komisji ds. Społeczno-Gospodarczych powołano zespół, który miał zająć się przeglądem przepisów i przygotowaniem do ratyfikacji zrewidowanej Karty. Do dziś jej nie ratyfikowano – mówi Cezary Miżejewski, Wiceprzewodniczący Polskiego Komitetu EAPN.
Ratyfikacja Karty wraz z protokołem skargowym mogłaby w znaczący sposób zmotywować władze publiczne w Polsce do działań w zakresie praw społecznych i przeciwdziałania ubóstwu.
Polski Komitet EAPN konsekwentnie od 2015 roku wzywa do ratyfikacji Karty.
Polski Komitet EAPN (Polski Komitet Europejskiej Sieci Przeciwdziałania Ubóstwu) powstał w 2007 r. jako platforma współpracy 15 organizacji pozarządowych działających w obszarze szeroko rozumianej pomocy społecznej. Od 2024 r. jest zarejestrowanym związkiem stowarzyszeń. Należy do międzynarodowej sieci EAPN. Jest koalicją rzeczniczą, której cel stanowi złagodzenie, ograniczenie i rozwiązanie problemu ubóstwa w Polsce.
przez redakcja | niedziela 22 czerwca 2025 | aktualności
Ledwo doczekali się części zaległych pensji, a już trafiają na bruk.
Jak informuje Express Ilustrowany, fatalne wieści nadchodzą z firmy Aquinos Bedding Poland w Łodzi. Od dwóch miesięcy nie otrzymywali oni pensji. Obecnie wypłacono im zaległe wynagrodzenia tylko za kwiecień. W ślad za nimi poszły jednak zwolnienia z pracy dla przeważającej części załogi.
Zwolnienia grupowe mają objąć 143 osoby. Pracę utrzyma 120 osób. Jednak także ich losy są niepewne. Budynek firmy jest zamknięty, pilnuje go wynajęta firma ochroniarska, produkcja jest wstrzymana.
Wszyscy pracownicy – ci zwalniania i ci utrzymujące zatrudnienie – nie otrzymali dotychczas pensji za maj. Osoby zwolnione wcześniej, zimą, nie otrzymały dotychczas należnych odpraw finansowych.
Firma należy do portugalskiego właściciela i produkuje wysokojakościowe materace.
przez redakcja | niedziela 22 czerwca 2025 | aktualności
Podjęto decyzję o likwidacji dużego zakładu i miejsc pracy w nim.
Jak informuje Polska Agencja Prasowa, zapadła decyzja o likwidacji Huty Szkła „Marta 2” działającej w Chełmie i Dubecznie w woj. lubelskim. Pracę straci w efekcie cała załoga – 211 osób.
Huty szkła już w ubiegłym roku sygnalizowały kłopoty z powodu rosnących cen energii, głównie gazu. W roku 2023 otrzymywały rządowe wparcie. W 2024 roku miała miejsce seria upadłości takich zakładów. Jednym ze znajdujących się w kłopotach była „Marta 2”. Odnotowała ona w 2024 roku stratę w wysokości półtora miliona złotych. Zgromadzenie wspólników podjęło decyzję o likwidacji zakładu. Firma działała od roku 1996 i produkowała opakowania szklane.
Oznacza to utratę pracy przez 211 osób. Oddział huty w Dubecznie był jednym z największych zakładów pracy w powiecie.
przez redakcja | środa 18 czerwca 2025 | aktualności
Wczoraj odbył się strajk ostrzegawczy w jednym z sosnowieckich zakładów.
Jak informuje „Dziennik Zachodni”, wczoraj odbył się dwugodzinny strajk ostrzegawczy w zakładzie produkcyjnym firmy Marelli w Sosnowcu. Dwugodzinny strajk objął pracowników dwóch zmian. Został zorganizowany ponad podziałami wspólnie przez „Solidarność” i związek branżowy wchodzący w skład OPZZ. Zakład produkuje lampy samochodowe i tłumiki. Marelli ma w Sosnowcu dwa zakłady, zatrudnia w nich ponad 1200 osób.
Strajk jest odpowiedzią na brak efektów długotrwałych negocjacji płacowych. Pracownicy od 8 miesięcy domagają się podwyżek płac. Wielu z nich zarabia ustawową stawkę minimalną, pozostali niewiele więcej, a płace stoją w miejscu. Związkowcy reprezentujący pracowników domagali się podwyżki o 5 zł brutto za godzinę pracy.
Od października szefostwo firmy nie reaguje na te żądania. W trakcie negocjacji związkowcy zeszli z żądaniami podwyżek do 2 zł za godzinę, ale zarząd nie przyjmuje tego żądania, oferując jedynie niewielką premię jednorazową. W kwietniu związki rozpoczęły formalny spór zbiorowy z zarządem. – „To, co proponuje pracodawca, nie jest akceptowalne dla załogi. Doszliśmy do momentu, w którym więcej ustępstw z naszej strony nie będzie. Nasze postulaty są jasne i uzasadnione” – powiedziała „Dziennikowi Zachodniemu” Justyna Kłos, przewodnicząca „Solidarności” w Marelli.
23 czerwca odbędzie spotkanie mediacyjne. Związkowcy nie wykluczają kolejnych, dłuższych strajków.
przez redakcja | wtorek 17 czerwca 2025 | aktualności
Związek Zawodowy Maszynistów składa zawiadomienie w sprawie dewastacji PKP Cargo.
W związku z planowanymi masowymi zwolnieniami w spółce PKP CARGO S.A. w restrukturyzacji, Rada Krajowa Związku Zawodowego Maszynistów Kolejowych w Polsce przyjęła 13 czerwca 2025 roku uchwałę nr 244/06/25, na mocy której Prezydent ZZM został upoważniony do złożenia zawiadomienia do Prokuratury o podejrzeniu popełnienia przestępstwa.
Zawiadomienie dotyczy działań członka Zarządu PKP CARGO S.A. w restrukturyzacji ds. operacyjnych Sebastiana Millera. W ocenie Związku, zapowiedziane przez Zarząd decyzje – obejmujące zwolnienie 839 maszynistów, 232 rewidentów taboru i 169 członków drużyn manewrowych – prowadzą do trwałego ograniczenia zdolności operacyjnych spółki oraz mogą mieć bezpośredni wpływ na funkcjonowanie systemu transportowego i bezpieczeństwa narodowego.
Związek zwraca uwagę, że skala planowanych zwolnień nie ma uzasadnienia operacyjnego ani ekonomicznego, a skutki wdrożenia tego scenariusza mogą okazać się nieodwracalne – zarówno dla PKP CARGO w restrukturyzacji, jak i dla kluczowych obszarów interesu publicznego, w tym zdolności logistycznych Sił Zbrojnych RP.
– „Nie będziemy biernie przyglądać się sabotażowi, który rozgrywa się na naszych oczach. PKP CARGO to nie jakaś przypadkowa firma przewozowa i nie zabawka dla przypadkowych menedżerów! To element strategicznej infrastruktury państwa. Gdy za wschodnią granicą toczy się wojna, a napięcia rosną w całym regionie, niszczenie zdolności operacyjnych spółki to igranie z bezpieczeństwem narodowym. Naszym obowiązkiem jest reagować – jasno, stanowczo i natychmiast” – skomentował Leszek Miętek, Prezydent ZZM.
Związek informuje, że formalne zawiadomienie do Prokuratury zostanie złożone niezwłocznie.
przez redakcja | poniedziałek 16 czerwca 2025 | aktualności
Od 1 lipca wzrosną ceny ogrzewania z ciepłownictwa systemowego.
Jak informuje Portal Samorządowy, od 1 lipca pójdą w górę ceny ogrzewania z sieci ciepłowniczej. Wzrost cen wyniesie od kilku do kilkudziesięciu procent, w zależności od miasta, technologii, rodzaju paliwa itd.
Informację o podwyżkach podała Izba Gospodarcza Ciepłownictwo Polskie, zrzeszająca właścicieli ciepłowni działających w Polsce. 1 lipca kończy się okres ochronny dotyczący podwyżek cen ciepła. Ustanawiała go ustawa wprowadzona przez poprzedni rząd w dniu 15 września 2022 roku, a przedłużona w ubiegłym roku. Stanowiła ona, że maksymalna cena dostawy ciepła nie może być wyższa niż obliczona cena dostawy ciepła na dzień 30 września 2022 r. powiększona o 40% wzrostu. Takie rozwiązanie chroniło odbiorców przed znacznymi podwyżkami.
Podwyżki w tej sytuacji zapowiadane są w już 56% wszystkich systemów ciepłowniczych zrzeszonych w Izbie Gospodarczej Ciepłownictwo Polskie. Wyniosą one od kilku do kilkudziesięciu procent.
Inny powód podwyżek to zmiany unijnych regulacji dotyczących dotacji na modernizacje ciepłownictwa. Prezes Elektrociepłowni Ciechanów, Małgorzata Niestępska, powiedziała Portalowi Samorządowemu: „Jako Elektrociepłownia Ciechanów korzystaliśmy jeszcze ze środków unijnych, w których poziom dofinansowania w ramach dotacji był duży – jeśli chodzi o sieci ciepłownicze – nawet 85 proc. W tej chwili nowe rozporządzenie unijne ograniczyło te możliwości finansowania do 30-40 procent”. W takiej sytuacji znacznie większa część inwestycji będzie musiała zostać sfinansowana ze środków własnych elektrociepłowni, a najprostszym i najmniej ryzykownym sposobem zgromadzenia środków są podwyżki taryf dla odbiorców.
Ciepło systemowe jest w Polsce wykorzystywane przez około 15 milionów odbiorców.
przez Michał Rydlewski | niedziela 15 czerwca 2025 | opinie
Etnologowie twierdzą, że opis oraz interpretacja są kluczem do poznania kultury, tj. uczynienia możliwym do zrozumienia sensów praktyk, które podejmują badane wspólnoty. Ich zdaniem każdy taki opis oraz interpretacja są w nieunikniony sposób także opisem samego opisującego, gdyż zazwyczaj nieświadomie, tj. milcząco dla własnej świadomości poznawczej, opisujący narzucają swoje przesądy, imputują coś opisywanym, co wcale nie musi się okazać prawdą z punktu widzenia czy doświadczenia tych ostatnich. Z tego powodu mówią o konieczności podjęcia próby podzielenia tego doświadczenia poprzez badania terenowe, zbliżenie się do świata życia tych ludzi tak bardzo jak się da, aby zobaczyć świat z ich punktu widzenia.
Jedną z praktyk kulturowych, którą polscy etnografowie opisywali z dużym zacięciem, była praktyka religijna polskiego ludu znana pod nazwą religijności ludowej czy religijności typu ludowego. Każdy, kto studiował etnologię czy socjologię, stykał się z klasykami polskiej myśli etnologicznej opisującymi wierzenia polskiego ludu. Szczególną rolę odegrały ustalenia skądinąd wybitnych polskich socjologów: Floriana Znanieckiego oraz Stefana Czarnowskiego. Sumując ustalenia tych i innych badaczy można podać najistotniejsze cechy religijności ludowej.
Pierwsza z nich to sensualizm, czyli wrażliwość na zmysłowy kontakt z obiektem kultury, który jest nie tyle symbolem świętości, ile świętość się w nim zawiera (to naleciałość myślenia magicznego). Druga to socjomorfizm, czyli przenoszenie na święte postaci wyobrażeń i ról społecznych znanych z rzeczywistości wioskowej. Trzecia to rytualizm wyrażający się w skrupulatnym przestrzeganiu sekwencji działań (ujawnia się tutaj tradycjonalizm), które jednak były, zdaniem badaczy, duchowo powierzchowne ze względu m.in. na słabą znajomość doktryny. Czwarta to uczuciowość, a nawet swoisty sentymentalizm i gorliwość we wspólnotowym i ostentacyjnym przeżywaniu rytuału. Piąta cecha to wspólnotowość, albowiem religijność ludowa wyraża się we wspólnocie – czy to narodowej („nacjonalizm wyznaniowy”) czy lokalnej (np. parafialnej, wioskowej) – a indywidualne przeżycie jest czymś wtórnym.
Nie trzeba nawet sięgać do profesjonalnej literatury etnologicznej, aby wyobrazić sobie oraz zrozumieć obraz świata kształtowany przez ten typ religijności. Wystarczy przeczytać „Konopielkę” Edwarda Redlińskiego lub obejrzeć znakomity film na jej podstawie.
Choć etnologiczne opisy trafnie rozpoznawały cechy dystynktywne tego typu religijności, pomijały coś niezwykle istotnego, wręcz fundamentalnego, co wybrzmiało w słowach Ludwika Stommy: „Do samego kościoła zagląda większość etnografów tylko po to, aby zauważyć, że na św. Szczepana (26 XII) sypią w niektórych okolicach ziarno z chóru. Reszta wydaje się redundantna nieistotna dla chłopskiej egzystencji. Jakby rzeczywiście nie chcieli etnografowie przyjąć do wiadomości dosyć oczywistego faktu, że «ten prosty naród wierzy» i że ma to istotne konsekwencje dla jego kultury”.
Do tego „oczywistego faktu” etnografowie, będący prawie zawsze inteligentami posługującymi się pozytywistyczno-scjentystyczną aparaturą pojęciową, docierali z trudem, o ile w ogóle byli nim zainteresowani.
Przyjmowali oni wobec religijności ludowej postawę mniej lub bardziej krytyczną, niekiedy wręcz ją piętnując lub wyśmiewając jako zabobon, wskazując na odejście od doktryny, jej synkretyzm z ludowymi kategoriami kulturowymi i pogańskimi naleciałościami. W efekcie uzyskaliśmy obraz religijności ludowej jako fasadowej, w ostateczności karykaturalnej i nieprawdziwej, gdyż nie przeżywanej z odpowiednią głębią. Zamiast przeżycia mamy do czynienia raczej z pustym gestem rytualnym spajającym lud w sensie wspólnotowo-społecznym niż dający jakoby jednostce kontaktu z transcendentnym Bogiem.
Czy interpretacja ta jest trafna? Czy ludowa wiara faktycznie jest tak powierzchowna i pozbawiona przeżycia wewnętrznego? Czy nie pobrzmiewa w etnograficznym opisie pycha inteligenckiej wyższości nad nie dość wykształconym ludem?
Bardzo trafnej krytyki etnograficznych opisów religijności ludowej dokonała Izabela Bukraba-Rylska w artykule „Religijność ludowa i jej niemuzykalni krytycy”. Mówiąc najkrócej, zdaniem tej socjolożki wsi opozycja powierzchowność – głębia, jest poznawczo wątpliwa. Słusznie bowiem pyta: dlaczego na przykład wrażliwość na zmysłowy konkret miałaby być czymś gorszym niż zdolność do symbolicznego traktowania tajemnicy wiary? Dlaczego silna emocjonalność, właściwa dla przeżywania katolickich obrzędów, zasługiwać musi na krytykę, jeśli czas misterium jest momentem rzeczywistego uobecnienia, a nie jedynie przypomnienia zbawczej obecności Boga? Z jakiego powodu zakładać, że intelektualizm i osobiste doświadczenie sacrum są czymś lepszym niż wspólnotowe, mocno przeniknięte uczuciem przeżywanie tajemnic wiary?
Bukraba-Rylska, w czym nie jest odosobniona, trafnie zwraca uwagę, że mamy do czynienia z obrazem jednostronnym, powierzchownym i będącym wynikiem dążenia do infantylizowania oraz deprecjonowania religijności ludowej – i że te wszystkie zabiegi wynikają ze światopoglądu samych badaczy.
Inaczej przedstawia się jakoby powierzchowna i rytualna wiara z perspektywy badaczy terenowych.
Na przykład Anna Niedźwiedź sprzeciwia się przekonaniu, że w religijności ludowej, traktowanej jako masowa, nie istnieje przeżycie wewnętrzne, duchowe. Wręcz przeciwnie, na podstawie rozmów z badanymi, słuchając tego, co mają oni do powiedzenia, stwierdza, że przedstawiciele tego typu religijności mają bardzo głębokie życie duchowe wynikającą właśnie z bezpośredniości powodującej intensywność przeżyć.
Mówić krótko, by przywołać tytuł pięknego tekstu Michała Łuczewskiego, Czarnowski zbłądził. Zbłądził, gdyż, jak wielu innych badaczy, był typowym polskim inteligentem, który, co widoczne jest także dzisiaj, nie rozumie ludu, gdyż nie jest z nim w relacji równości, lecz w relacji hierarchii. Zgodnie z ideałami Oświecenia ma cywilizować barbarzyński lud. Nie interesuje go, dlaczego lud jest taki, a nie inny, liczy się bowiem to, jaki być powinien – a powinien być tym, jak on go sobie wyobrazi. Trafnie zauważa Łuczewski, iż opisy wiary ludu przypominają raczej klasyczny dyskurs kolonialny niż bezstronną analizę. Odzwierciedlają przesądy samych badaczy, a nie badanych, tworząc karykaturę z ich przeżywanego świata. Łuczewski krok po kroku rozbraja utarte przekonania dotyczące religijności ludowej, pokazując jak od środka, z punktu widzenia badanych, są one przeżywane, oddając tym samym sprawiedliwość doświadczeniu konkretnego człowieka.
Przykładem jest jeden z bohaterów tekstu Łuczewskiego, Michał, o którym autor mówi, iż nie jest jedynie świadkiem „religijności ludowej”, lecz świadkiem Chrystusa. Dzięki obcowaniu z tym typem religijności sam badacz się nawraca, przyznając, iż procesem rozumienia w terenie, jakiego doświadcza badacz, jest konwersja religijna, która staje się w jego przypadku rzeczywistością, a nie metaforą.
To przykład tego, jak żywe doświadczenie wiary, jakoby nieobecne w tym modelu religijności, może przemienić podmiot zakorzeniony przecież w zdystansowanym oglądzie naukowym, któremu jednak umykałoby to, co najważniejsze. Co więcej, ten naukowy i jakoby bezstronny opis, chełpiący się swoją znajomością doktryny, może nie tylko fałszować obraz żywej wiary, ale wręcz ją unicestwiać.
Znakomicie zobrazował tę kwestię Roman Brandstaetter jako opis inteligenckiego grzechu w imię prawdy. W jednej z refleksji zawartej w „Kręgu Biblijnym” wspomina wieczorne lektury Pisma Świętego. Był wtedy dzieckiem odkrywającym dopiero piękno wiary, a jego przewodnikiem był dziadek, który uczył go obcowania ze Słowem. Czytaj powoli, nie połykaj liter, wejdź w siebie – radzi chłopcu. Po latach uzna on te wspólne chwile za najpiękniejsze momenty dzieciństwa, które znajdują swoje odzwierciedlenie w pierwszych wersach wspomnianej książki: „Nikt z nas nie posiada przepisu na dobre i właściwe przeżywanie Pisma Świętego ani nikt nie może nikomu takiej recepty przekazać. Każdy musi sam dla siebie zdobyć tę umiejętność, zwłaszcza, że jest ona zawsze równoznaczna z szukaniem tego, co pragniemy znaleźć w księdze, która udziela nam odpowiedzi na dręczące pytania. Ponieważ w zależności od naszych niepokojów i trosk stawiamy Świętej Księdze różne pytania, każdy z nas powinien ją na swój własny sposób czytać, przeżywać i wsłuchiwać się w udzielane przez nią nauki”.
Słowem, do tajemnicy Boga zawartej w Piśmie wiedzie wiele dróg, i nie jest On tylko tym, kogo trzeba czcić, lecz w którym trzeba mieszkać. W jednym z tekstów „Kręgu Biblijnego”, pt. „Wieczór pod lampą gazową”, Brandstaetter przywołuje namysł nad fragmentem z Drugiej Księgi Kronik, dotyczącej króla Manasesa, który zgrzeszył oddając cześć posągom pogańskich bóstw. Ale to nie jedyny jego grzech, gdyż znacznie poważniejszym było, poprzez swoje czyny, odebranie wiary innym, tj. swojemu ludowi. Są grzechy, mówi Dziadek, które ludzie popełniają w imię prawdy i ku chwale prawdy – i to one są najcięższe.
Jak to uzasadnia? Opowiada następującą przypowieść. W mieście Safed, w północnej Galilei, mieszkał pobożny Żyd imieniem Abraham. Pewnego dnia, gdy, jak codziennie, modlił się w synagodze, usłyszał kazanie jednego z bogobojnych i słynących z mądrości rabbiego, który na wspomnienie chwały Izraela, przypomniał dawny zwyczaj składania chlebów z Świątyni Pańskiej. Abraham słysząc lament rabbiego zapłakał nad smutnym losem swojego ludu i ślubował pobożnie składać raz w tygodniu dwa chleby. Wkładane po kryjomu do świętej arki bochenki znikały, co traktował on z radością jako dowód, iż Pan przychylnym okiem spojrzał na jego dary i spożył je ze smakiem. Wzruszony dziękował, że Bóg wysłuchuje jego gorących modlitw.
Pewnego dnia, składając swoje dary Panu, usłyszał za sobą głos stojącego za nim rabbiego, który zapytał go, co czyni i czy wie, co dzieje się z jego chlebami. Odpowiedział, zgodnie ze swoim przekonaniem, iż Pan okazuje mu łaskę spożywając jego ofiarę. Głupcze – pouczył go rabbi – przecież Bóg jest niewidzialny, nieskończony i nieograniczony ciałem, nie posiada żadnych cielesnych właściwości, tym bardziej ust, do których wkładałby twoje bochenki i trawiącego je żołądka. Jesteś prostakiem i nieukiem. Co więcej: dopuściłeś się grzechu. Twoje chleby zaś zjada nieuczciwy dozorca, którego przyłapałem na tym uczynku, chcąc dowiedzieć się, któż jest taki szalony, aby wkładać bochenki do arki.
Abraham zapłakał, zrozumiawszy, iż czcząc Pana wedle swojej najlepszej woli, zabluźnił przeciw Niemu swoim nieuctwem i głupotą. Rozgniewał Pana, który odwrócił oblicze od jego darów. Zgnębiony i rozczarowany opuścił świątynię i wrócił do domu.
W nocy do rabbiego przyszedł Bóg i powiedział: „Chciałeś wyprowadzić z błędu pobożnego człowieka, ale w swoim zacietrzewionym dążeniu do prawdy zapomniałeś o tym, że nie jest ważne, czy Ja, Pan Zastępów, spożywam te chleby, czy spożywa je nieuczciwy sługa boży. Albowiem ważne jest tylko, że Abraham, człowiek prostego serca, wierzył, iż Ja, Bóg, posiliłem się jego chlebem. A ty co zrobiłeś? Zabiłeś wiarę pobożnego człowieka! Kto zabija wiarę człowieka nawet w imię prawdy, winien jest śmierci, bo czyni tak, jakby zabił samego człowieka. Dlatego umrzesz, rabbi”.
Najczęściej ta prosta wiara jest postrzegana jako rzekomo nieskażona pogłębioną refleksją teologiczną, w związku z czym pozbawiona głębi intelektualnej, a zatem, prosty wniosek, nieprawdziwa. Wniosek to jednak nie tyle prosty, ile prostacki, gdyż polegający na wywyższeniu i zuniwersalizowaniu własnej postawy, jak gdyby tylko jedna droga biegła do Pana. Co więcej, w Ewangelii Św. Mateusza Chrystus mówi, że aby wejść do Królestwa Niebieskiego trzeba być jak dziecko, co oznacza między innymi, że tak jak ono trzeba stać się ufnym w nierefleksyjnym trybie (to wszak uczeni w piśmie mieli problemy z uwierzeniem).
Typowy polski inteligent, gardzący religią chrześcijańską, a szczególnie jej ludową wersją, uwielbia w internecie poinformować o podsłuchanych przez siebie strzępkach rozmów, najczęściej na cmentarzu we Wszystkich Świętych. W ogóle zrobiła się jakaś modą na podsłuchiwanie innych ludzi, by wyłowić jakieś sformułowanie i inteligencko zinterpretować językowy obraz świata. Szkoda że nie potrafi zobaczyć tej ulotnej chwili misterium nad grobami bliskich. Potrafi on jedynie wyśmiewać coś, czego nie pojmuje jego ograbiony z sacrum oraz ograniczony umysł uformowany przez nowoczesność, „religijną niemuzykalność”, indywidualizm i Rozum.
Jak trafnie zapytuje Magdalena Zowczak, autorka znakomitej „Biblii ludowej” opowiadającej o interpretacji wątków religijnych w kulturze ludowej: „Dlaczego etnolodzy tak otwarci na myślenie mityczne czy magiczne, kiedy dochodzi do opisu tzw. ludowej religijności, wciąż powtarzają pejoratywne zabarwione określenia, zapożyczone od socjologów z minionej epoki: utylitaryzm, socjomorfizm, rytualizm, sensualizm, które stanowią powtórzenie odwiecznych zarzutów kierowanych przeciw katolicyzmowi przez protestantów czy prawosławnych?”.
Dlaczego nie dostrzec w religijności ludowej pierwocin magicznego doświadczenia świata? Intymnego kontaktu z sacrum, rekompensującego, a być może nawet przewyższającego poznanie intelektualne? Te pytania wybrzmiewają jeszcze wyraźniej, jeśli uświadomić sobie, że spora część dzisiejszych polskich posthumanistów o proweniencji tzw. lewicowej z lubością oddaje się powrotowi do magii w postaci „nowego animizmu”, ożywiania dawnych mitycznych wyobrażeń. Czynią zatem to, co było udziałem prostego ludu, który czuł kontakt z sacrum, a którego nie czują już oni, gdyż nazbyt się odczarowali. Lud wydaje się infantylny wierząc w „Boże stópki” (ślady Jezusa odciśnięte w kamieniach), ale rzeka mająca swoją ludzką czy zwierzęcą osobowość jest do przyjęcia. Samych siebie jednak za te przekonania nie piętnują, lecz wywyższają, co zdradza ich ideologiczność oraz obecność struktury długiego trwania w postaci postkolonialnej mentalności rzutującej nawet na ich obraz współczesnej polskiej religijności oraz osób wierzących.
Bardzo mądrze pisał Dariusz Czaja, krakowski etnolog podróżujący po włoskim Południu, jak nietrafnym określeniem jest opisywanie miejskiej procesji religijnej poprzez pojęcie jakoby zwietrzałego z treści „folkloru religijnego”: „Zwykliśmy czasem pytać – z troską albo trwogą – czy w tego rodzaju obrzędach wspólnotowych jest jeszcze dzisiaj pełnia przeżycia, czy są to już tylko wydrążone formy przywołujące pamięć niegdysiejszej świetności. Czy dzisiejsza procesja to tylko martwy skansen marionetek poruszanych sznurkami tradycji, czy forma żywa? Nie wiem jak gdzie indziej, ale w Monte Sant’ Angelo wątpliwości te okazują się całkiem puste w środku. I jeśli nawet nie do końca wiadomo, co jest istotną treścią tego przeżycia (kto jest tak mądry, by nam to metodycznie wyłożyć?), to niezbędność tego corocznego spektaklu jest tutaj faktem. Spróbujcie tym wszystkim ludziom powiedzieć, że w przyszłym roku procesja się nie odbędzie! Co było – ma trwać, mówi ten korowód, a siła, z jaką to zaświadcza, nie pozwala wątpić w prawdziwość tego przekonania. W tym pochodzie ze śpiewem i chorągwiami nie ma nic z dewocyjnej ostentacji, nic z ducha religijnego tryumfalizmu. Jest natomiast coś swojskiego, naturalnego i zwykłego. Jest spokojna pewność, że dawne gesty są po to, by je powtarzać. Że jest tak, jak ma być. I że będzie tak jak jest”.
Religijność ludowa nie jest zachętą do braku religijnego namysłu, nie jest cyklicznie powtarzaną pustą formą. Jest inną formą doświadczenia sacrum, tj. jako namacalnego konkretu, realnego przeżycia zamiast intelektualnej abstrakcji. Inną – nie oznacza gorszą, do czego przecież zawsze przekonują nas etnologowie.
Uczuciowa siła tego religijnego przeżycia z całą mocą objawia się w tzw. ludowej sztuce nieprofesjonalnej, tworzonej przez osoby przesiąknięte ludowym typem religijności. Heródek, jeden z bohaterów „Sztuki zwanej naiwną” Aleksandra Jackowskiego, tworzący z wielkiej religijnej potrzeby, ustawiał wyrzeźbione przez siebie anioły na łące i siadał między nimi, tworząc własną, namacalną realność Nieba. Wzruszają szaty Chrystusa, które malował własną krwią. Ujmuje Józef Lurka, który rzeźbiąc „Zaparcie Św. Piotra” ćwiczył wyraz jego twarzy – płakał, czując swoją i Piotra małość w obliczu samotnego i upokorzonego Jezusa. W rzeźbie przedstawiającej pożegnanie Jezusa przez Marię dał jej twarz własnej matki.
Z uczucia wydobywa się głos być możne znacznie głębszy niż pochodzący z umysłów teologów: religio oznacza więź z Bogiem, tu i teraz obecną oraz przeżywaną, konkretną i prawdziwą jak krzesło, na którym siedzę. Bóg nigdy nie był bliżej człowieka.
dr Michał Rydlewski
Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Magdalena Okraska
przez redakcja | piątek 13 czerwca 2025 | aktualności
W czwartek 12 czerwca, w 3 tygodniu strajku okupacyjnego, protestujące studentki i studenci uczestniczyli w konferencji w Ministerstwie Nauki i Szkolnictwa Wyższego poświęconej kwestii stołówek i akademików. Ze względu na to, że tylko 10 osób otrzymało przepustki, reszta strajkujących pozostała pod gmachem Ministerstwa, uczestnicząc w spotkaniu zdalnie.
Podczas spotkania protestującym udało się uzyskać konkretne deklaracje ze strony resortu. Wiceministra Karolina Zioło-Pużuk pisemnie zobowiązała się do:
1. podjęcia prac i przedstawienia programu finansowania publicznych stołówek na uczelniach do końca 2025 r.;
2. przeprowadzenia rozmowy z rektorem Uniwersytetu Jagiellońskiego w sprawie remontu DS Kamionka;
3. organizowania cyklicznych rozmów ze stroną związkową, których priorytetowym tematem mają być represje wobec studentów i studentek Uniwersytetu Jagiellońskiego;
4. prowadzenia aktywnych działań mających na celu przekonywanie władz polskich uczelni do inwestycji w akademiki.
Porozumienie podpisały przedstawicielki strajkujących zrzeszonych w OZZ „Inicjatywa Pracownicza”, wiceministra Zioło-Pużuk, pełnomocnik MNiSW ds. studenckich Daniel Kość oraz przewodnicząca Parlamentu Studentów RP Julia Bednarska-Leśniak.
Protestujący zwracają uwagę na brak zaangażowania ze strony władz uniwersyteckich i samorządu studenckiego. Przykładem był reprezentant samorządu studentów UW, który opuścił obrady przed ich zakończeniem, przez co nie był świadkiem podpisywania porozumienia przez strajkujących i wiceministrę. Poparcia dla protestujących udzielił natomiast Julian Srebrny z NSZZ „Solidarność” na UW.
Kolejnym celem protestujących są negocjacje z przedstawicielami władz Uniwersytetu Warszawskiego. Strajkujący podkreślają, że ich metody – jak okupacje w DS Jowita, DS Kamionka oraz na UW – przynoszą efekty i mają świadomość, że strajk jest skutecznym narzędziem wywierania nacisku.
Protest w okupowanym budynku Zarządu Samorządu Studentów (ul. Krakowskie Przedmieście 24) trwa.
przez redakcja | czwartek 12 czerwca 2025 | aktualności
Sąd uznał, że lider związku zawodowego został zwolniony bezprawnie.
Jak informuje portal Tysol.pl, Sąd Okręgowy w Poznaniu przywrócił do pracy Sebastiana Starczewskiego – przewodniczącego komisji zakładowej „Solidarności” w Fabryce Sprzętu Okrętowego „Meblomor” w Czarnkowie.
Starczewski został zwolniony dyscyplinarnie z pracy w październiku 2024. Szefostwo firmy zarzucało mu niesumienne i niestaranne wykonywanie obowiązków, nieprzestrzeganie zasad współżycia społecznego, niewykonywanie poleceń przełożonych. Związkowcy, w tym zwolniony, od początku odrzucali takie zarzuty. Przekonywali, że wyrzucenie lidera komisji zakładowej z pracy to zemsta za jego zaangażowanie w obronę praw pracowników Meblomoru.
Do takiej opinii przychylił się Sąd Okręgowy w Poznaniu. Nakazał zarządowi firmy udzielenie Starczewskiemu zabezpieczenia poprzez nakazanie dalszego zatrudniania związkowca do czasu prawomocnego zakończenia postępowania. Za każdy dzień zwłoki w wykonaniu postanowienia sądu będzie liderowi komisji zakładowej przysługiwało 500 zł od pracodawcy.
Wielkopolskie struktury „Solidarności” napisały: „Od początku wiedzieliśmy, że został zwolniony niesłusznie i nie odpuściliśmy. Wszyscy razem – z determinacją i solidarnością – walczyliśmy o sprawiedliwość. To zwycięstwo pokazuje, że warto się nie poddawać i że wspólnie możemy osiągnąć bardzo wiele”. Do zarządu Meblomoru trafiło ponad 100 listów od związkowców z różnych zakładów z żądaniem przywrócenia Starczewskiego do pracy. Sprawę nagłaśniano także za pomocą plakatów, ulotek i obwoźnego billboardu w Czarnkowie.
przez redakcja | czwartek 12 czerwca 2025 | aktualności
W kolejnym publicznym przedsiębiorstwie ruszają zwolnienia grupowe.
Jak informuje „Gazeta Wyborcza”, syndyk masy upadłościowej ogłosił zamiar zwolnień grupowych w odlewni Chemar w Kielcach. Urząd Pracy został już poinformowany o planach 78 osób z całej 88-osobowej załogi. Pracę stracą pracownicy produkcji odlewniczej (45 osób), nadzoru produkcji (12), kontroli (11), administracji biurowej (8), utrzymania produkcji (2).
Dla pracowników to szokująca wiadomość. Wcześniej mowa była o zwolnieniu maksymalnie 15 osób w procesie restrukturyzacji zakładu. Odlewnia Chemar należy do państwa – jej właścicielem jest Agencja Rozwoju Przemysłu. Zakład zajmuje się głównie odlewnictwem staliwa. W roku 2019 został przejęty przez Agencję Rozwoju Przemysłu. Firma została dokapitalizowana.
W kwietniu 2025 roku sąd ogłosił upadłość firmy. Zarządza nim syndyk masy upadłościowej. Chęć zakupu zakładu i kontynuowania produkcji zgłosiły dotychczas dwa podmioty, w tym jeden mający już w woj. świętokrzyskim w Jędrzejowie duży nowoczesny zbudowany od podstaw zakład produkcji profili aluminiowych. Chciał on połączyć potencjał obu zakładów. Deklarował nie tylko utrzymanie zatrudnienia, ale także wprowadzenie trzyzmianowego systemu pracy i zwiększenie załogi firmy o 50 osób. Syndyk odrzucił tę ofertę.