przez redakcja | sobota 15 marca 2025 | aktualności
Duże zwolnienia w fabryce łożysk.
Jak informuje portal Wirtualna Polska, zwolnienia grupowe odbędą się w Fabryce Łożysk Tocznych w Kraśniku. O problemach zakładu mówiło się od kilku tygodni, związki zawodowe apelowały do rządu o zajęcie się ta sprawą. Niestety bez efektów. Właśnie ruszają zwolnienia grupowe.
Pracę straci 81 osób. Początkowo władze firmy zamierzały zwolnić nawet 120 osób, jednak negocjacje ze związkami zawodowymi sprawiły, że ostatecznie ma to być o 39 osób mniej. W zakładzie pracuje obecnie 1056 osób, więc skala zwolnień jest spora.
O zwolnieniach został już poinformowany Powiatowy Urząd Pracy w Kraśniku. Fabryka Łożysk Tocznych to kluczowy zakład w mieście i okolicy. Został utworzony w roku 1938 na potrzeby produkcji amunicji. Od roku 1948 produkuje łożyska toczne. Firma była publiczna do roku 2013, gdy za rządów Platformy Obywatelskiej sprzedano ją chińskiemu koncernowi Tri-Ring Group. W momencie sprzedaży zakład zatrudniał 2000 osób, obecnie o połowę mniej.
Zdaniem związkowców zwolnienia dotyczą głównie ludzi zatrudnionych w najbardziej energochłonnych działach zakładu. Ich zdaniem mogą to być przymiarki do likwidacji lub zmniejszenia produkcji w hartowni i kuźni. Już obecnie firma sprowadza z Chin materiał wyjściowy do produkcji, czyli stal łożyskową, motywując to tym, że energia jest w Chinach tańsza o 300 proc.
przez redakcja | czwartek 13 marca 2025 | aktualności
350 osób straci pracę w zakładzie w niewielkim mieście.
Jak informuje TVN24, 350 osób straci pracę w zakładach sodowych Qemetica w Janikowie nieopodal Inowrocławia. Zakład zawiesza działalność. O jego problemach pisaliśmy niedawno: 6 lutego wstrzymano produkcję, ale wtedy jeszcze nie zwalniano z pracy. Zdaniem dyrekcji firmy rynek europejski jest zalewany przez sodę tureckiej firmy Cimer, która oprócz działania w realiach mniej restrykcyjnych norm produkcyjnych i środowiskowych prawdopodobnie także korzysta z taniego rosyjskiego węgla, którego do UE nie można importować z powodu sankcji. Oznacza to dla europejskich producentów sody walkę z nieuczciwą konkurencją. Turecki producent przejął już 30% rynku sody w Polsce. W dodatku firma ucierpiała na znacznym wzroście cen energii, niezbędnej do produkcji.
Teraz podjęto decyzję o zwolnieniu z pracy 350 osób. „Próbowaliśmy wszystkiego. Od miesięcy prowadziliśmy rozmowy z naszym rządem i unijnymi instytucjami, apelując o cła wyrównawcze na turecką sodę, produkowaną z rosyjskich surowców i ochronę przed drastycznie rosnącymi kosztami energii. Alarmowaliśmy o zagrożeniu dla tysięcy miejsc pracy i kluczowej infrastruktury regionu. Nie możemy czekać dłużej – rynek i realia kosztowe zmusiły nas do tej decyzji. Każdy miesiąc to strata kilkunastu milionów złotych. Potrzebujemy konkretnego wsparcia decydentów. Jednak dotychczas takich konkretów jeszcze nie ma” – powiedział TVN24 Kamil Majczak, prezes zarządu Grupy Qemetica.
Zakład pozostanę w „stanie hibernacji”. Oznacza to wstrzymanie produkcji, ale bez likwidacji urządzeń i sprzedaży całości. Jeśli zmienią się realia, firma zapowiada wznowienie produkcji.
Qemetica Soda Polska odgrywa kluczową rolę w łańcuchu dostaw dla polskiego przemysłu. Firma jest jednym z najważniejszych producentów sody kalcynowanej, stanowiącym istotne ogniwo w utrzymaniu dyspozycyjności rezerw paliwowych w magazynach ORLEN. To z kolei ma ogromne znaczenie dla zapewnienia bezpieczeństwa energetycznego kraju. Qemetica jest jedynym producentem tego asortymentu w Polsce oraz drugim co do wielkości producentem w Europie.
Zwolnienie 350 osób to tragedia dla małego miasta i okolicy – oznacza zarówno wielki wzrost bezrobocia, jak i brak wpływów z podatków. Burmistrz Janikowa Bartłomiej Jaszcz mówi: „To bardzo trudny moment dla naszego miasta. Dotyka nie tylko pracowników, ale również pośrednio tysięcy innych osób w regionie. Zakład sodowy przez dekady stanowił jeden z filarów lokalnej gospodarki. Naszym priorytetem jest teraz pomoc naszym mieszkańcom”.
przez redakcja | czwartek 13 marca 2025 | aktualności
Znacząco wzrastają opłaty za pobyt w sanatoriach.
Jak informuje Portal Samorządowy, od 1 maja 2025 roku znacznie wzrastają opłaty za pobyt w publicznych sanatoriach. Chodzi zarówno o turnusy lecznicze, jak i o rehabilitacyjne. Narodowy Fundusz Zdrowia podnosi stawki za zakwaterowanie i posiłki w takich placówkach.
Wzrosną one o 20-30% w zależności od standardu. Przykładowo, cena za jednoosobowy pokój wyniesie niemal 41 złotych zamiast obecnych 32,6 zł. Będzie to dotkliwe szczególnie dla najbardziej chorych, wymagających długiego leczenia, czyli długiego pobytu w sanatoriach. W skali miesiąca za samo miejsce noclegowe oznacza to wydatek większy o ok. 250 zł.
Rosną także stawki za wyżywienie w sanatoriach. Choć same zabiegi są bezpłatne po skierowaniu przez lekarza do sanatorium, to pacjent ponosi koszty noclegu, wyżywienia, dojazdu do uzdrowiska, opłaty klimatyczne, opłaty za wybrane zabiegi przyrodolecznicze i rehabilitacyjne oraz koszty związane z dodatkowymi badaniami diagnostycznymi. Dla wielu uboższych pacjentów są to koszty trudne do udźwignięcia.
przez redakcja | środa 12 marca 2025 | aktualności
Rząd Węgier narzucił handlowi limity marż na podstawowych produktach.
Jak informuje TVP Info, rząd Węgier wprowadził ograniczenie marż w handlu i limity w tej kwestii. To odpowiedź na wzrost cen produktów.
Nowe regulacje obejmują 30 grup produktów. Dotyczą głównie dóbr pierwszej potrzeby, przede wszystkim wyrobów spożywczych. Marża, jaką handlowcy będą mogli osiągać na nich wobec cen hurtowników/producentów, wyniesie zaledwie 10%. Lista produktów objętych limitami marży obejmuje m.in. jajka, mięso, mąka i wybrane produkty mleczne. Premier Orbán powiedział, że niedopuszczalne są w okresie drożyzny i wzrostu kosztów życia na przykład 40-procentowe marże handlowe na jajkach oraz 80-procentowe na maśle czy śmietanie.
Inflacja rok do roku wyniosła na Węgrzech w lutym 2025 około 5,6%, jednak produkty spożywcze zdrożały mocniej – o około 20%.
Limit marż w handlu wprowadzono do końca maja. Po tym terminie zapadną decyzje, czy takie ograniczenia zostaną utrzymane.
przez redakcja | środa 12 marca 2025 | aktualności
Sąd Apelacyjny uznał, że jeden z głośnych strajków był legalny.
Jak informuje Radio Łódź, sąd apelacyjny orzekł właśnie, iż w pełni legalny był strajk pracowników łódzkiego Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej. To potwierdzenie wyroku sądu okręgowego z jesieni 2024.
Strajk miał miejsce wiosną 2022 roku. Pracownicy domagali się podwyżek płac i polepszenia warunków zatrudnienia. Po fiasku wielu negocjacji i nie mogąc się doczekać spełnienia swoich oczekiwań, podjęli akcję strajkową.
W odpowiedzi na strajk, władze miasta rządzonego przez koalicję PO i lewicy skierowały do sądu wniosek o stwierdzenie legalności protestu. W opinii ich i dyrekcji MOPS przedłużająca się akcja strajkowa pracowników socjalnych miała negatywny wpływ na funkcjonowanie ośrodka. A nawet, jak twierdzono, strajk stanowił „zagrożenie dla życia i zdrowia mieszkańców miasta”.
Na wniosek władz miasta w lipcu 2022 roku Sąd Okręgowy w Łodzi wydał postanowienie o zakazie prowadzenia strajku do czasu prawomocnego zakończenia postępowania sądowego o ustalenie, czy protest jest legalny. Po wydanym postanowieniu sądu strajkujący zostali wezwani do powrotu do obowiązków służbowych.
Jesienią 2024 sąd okręgowy uznał, że strajk był legalny, a strajkujący mieli pełne prawo go podjąć. Od tej decyzji odwołał się obecny dyrektor MOPS, Piotr Kowalski, choć nie pełnił on tej funkcji w czasie strajku. Obecnie sąd apelacyjny podtrzymał decyzję o legalności strajku, a w uzasadnieniu wyroku napisano, że taka decyzja ta to sygnał dla pracodawców w sektorze publicznym o konieczności respektowania praw pracowników, w tym prawa do strajku.
przez Michał Rydlewski | środa 12 marca 2025 | opinie
Fotografia jako artefakt, czyli coś stworzonego przez człowieka, jest medium pomiędzy zewnętrznym światem, jego materialnym utrwaleniem a patrzącym podmiotem. Znaczenie fotografii nie jest dane w samej fotografii, ale jest w oku patrzącego. Oczywiście, na pewnym poziomie możemy opisać, co na nim jest, co ono przedstawia (semiotycy nazywają to denotacją), ale jego sens wiąże się z poziomem konotacji, czyli znacznie kulturowo głębszych odniesień. Dopiero wtedy widzimy więcej niż tylko prosty opis. Wtedy zdjęcie wydaje się do nas przemawiać, uderza nas swoim wyrażeniem czegoś istotnego, pewnej prawdy, np. o francuskim państwie, a niekiedy może wręcz streszczać określone stulecie czy wyrażać dany światopogląd.
Przykładowo znane zdjęcie Chrisa Niedenthala „Czas apokalipsy” może być widziane jako dokument, albowiem w kinie „Moskwa” znajdującym się w Pałacu Kultury i Nauki był wyświetlany ten film, o czym informuje nas widoczny na zdjęciu plakat, ale także jako symbol stanu wojennego, gdyż w tym czasie było robione zdjęcie dodatkowo utrwalające transporter opancerzony „skot” i kilku zomowców.
W takim ujęciu można powiedzieć, że ta sama fotografia może funkcjonować na dwóch polach: dokumentu oraz symbolu, realizmu i tego, co dodane przez wyobraźnię patrzącego, a nawet całej patrzącej wspólnoty, która ten symbol dostrzega. „Czas apokalipsy” staje się symbolem, wręcz metakomentarzem, do zupełnie innej rzeczywistości niż Wietnam, w którym toczy się miejsce akcji filmu.
Jeden z najwybitniejszych teoretyków fotografii, Roland Barthes, stworzył kategorię punctum, czyli tego, co w zdjęciu przyciąga uwagę patrzącego: nakłuwa i niepokoi, gdyż jest tajemnicze w tym sensie, że nie możemy jasno powiedzieć, dlaczego właśnie to nas przyciąga. Punctum może być wszystko, co jest na zdjęciu i wcale nie musi być to coś, co było intencjonalnie fotografowane, lecz znalazło się tam przypadkiem. Punctum jest subiektywne, wręcz intymne, tylko dla twoich oczu, chciałoby się powiedzieć. Możesz je zobaczyć od razu, gdy spojrzysz na wykonane zdjęcie, a może ono uderzyć niespodziewanie po latach, sprawiając, że punctum staje się jednocześnie punktem opowieści o najbliższym świecie przeżywanym, np. rodziny i własnej tożsamości.
Z tego względu wyrzucając stare albumy, gardząc rodzinnymi fotografiami-pamiątkami, popełniamy zbrodnię, gdyż mordujemy możliwość rozpoznania dawnego świata, który zawsze jakoś nas formuje. Tracimy tym samym możliwość opowieści o naszych bliskich oraz koniec końców o samych sobie. Jako nastolatek możesz nie lubić rodzinnych fotografii i albumów, ale jako człowiek dorosły widzisz w nich to, czego nie widziałeś wtedy: dzięki twojemu „nażyciu się” dostrzegasz więcej, tj. nowe znaczenia i wymiary, a nawet jakieś prawdy o życiu. Jednak aby je dostrzec, fotografie, jako materialne artefakty muszą istnieć, gdyż bez nich nigdy nie uruchomi się proces nadawania nowych znaczeń, widzenia na nowo. Nasze fotografie, czy tego chciał ich twórca czy nie, opowiadają nam świat oraz nas samych. Trzeba tylko tę opowieść, w przypadku medium obrazowego, jakim jest fotografia, zobaczyć.
Taką piękną historię opowiada nam Pedro Meyer. To znany hiszpańskojęzyczny fotograf pochodzenia żydowskiego.
W diaporamie cyfrowej, czyli szeregu wyświetlanych zdjęć z podłożoną muzyką i komentarzem, zatytułowanej „I Photograph to Remember” opisuje życie swoich rodziców: Lisy i Ernesto. Czyni to na podstawie rodzinnych zdjęć: od początkowych, kilku okolicznościowych, jak zdjęcie zaręczyn, po w większości robione przez niego. Pedro od bardzo młodego wieku fotografuje, rodzina jest przyzwyczajona, że on i aparat to jedno, co sprawia, że znika poczucie dziwności i sztuczności, gdy jesteśmy fotografowani. Fotograf, który zawsze wprowadza dystans, tutaj jest członkiem rodziny, co daje mu możliwość utrwalania sytuacji w ich oryginalnym i naturalnym kontekście. Życie jest pokazywane takim, jakie jest. To ono jest tematem opowieści Meyera.
Widzimy na zdjęciach zmienianych co kilkanaście sekund, lecz trwających wystarczająco długo, żeby dobrze im się przyjrzeć, koleje życia rodziców Pedra: przede wszystkim ich wielką miłość, czułość, przywiązanie do siebie, radość z bycia razem, cieszeniem się każdą chwilą spędzaną wśród kochających się ludzi. Meyer pokazując nam fotografie opowiada historię rodziny, opisując wydarzenia większej i mniejsze wagi, czasami także całkiem zabawne, a wynikające z dużego poczucia humoru ojca.
Najbardziej przejmująca część opowieści Meyera rozpoczyna się już w czwartej minucie, kiedy ojciec Pedra, mężczyzna już w sile wieku, dowiaduje się o swojej chorobie nowotworowej. Fotografie pokazują napiętą i skupioną twarz Lisy, gdy rozmawia przez telefon z centrum medycznym. Za nią stoi wyczekujący na diagnozę ojciec. Pedro mówi, że wygląda tak, jakby czekał na wyrok na swoje życie. Potem pojawia się zdjęcie portretowe ojca zrobione, gdy dowiedział się, że został mu około miesiąca życia. W jego oczach jest wszystko, co można sobie wyobrazić, gdy człowiek dowiaduje się, że jego życie dobiega końca. Widzimy, jak Lisa i Ernesto przytulają się, ile jest w tym dotyku czułości, oddania, ale także strachu. Jak w chwili ogromnego bólu i samotności jedynym, co daje ukojenie, jest miłość drugiej osoby, która ratuje przed rozpaczą świadomości końca.
Od tego momentu projekt Meyera opowiada o umieraniu, które jest przecież częścią życia. Obserwujemy powolny, postępujący krok po kroku procesu umierania ojca, a później mamy Pedro, która także zachoruje na raka. Ten proces ma swoje tempo, ale nie tak szybkie, jak zapowiadają to lekarze, bo ci ludzie są silni i chcą żyć, bo życie to ich wzajemna miłość, wobec której diagnoza medyczna jest śmieszna, tak jak ironią losu jest fakt, że Ernesto żyje dłużej niż lekarz informujący go, iż został mu tylko miesiąc życia (przeżył trzy lata więcej). Ernesto, choć boi się śmierci, akceptuje jej nadejście. Nie wygnał jej z horyzontu własnej egzystencji, ale stawił jej czoła – i to czyni go człowiekiem w obliczu sytuacji granicznej. To raczej Pedro wydaje się bezbronny, bo nie ma słów, języka, aby powiedzieć ojcu „to coś”. „Co miałem mu powiedzieć?” – pyta. „Żeby nie umierał?”.
Nie umiemy mówić o śmierci, bo uczyniliśmy ją czymś albo estetycznym, albo zupełnie wygnaliśmy z życia. Nie umiemy w jej obliczu powiedzieć tym, których kochamy, tego, co naprawdę ważne, co sprawia, że wszyscy cierpimy, bo nie ma nic gorszego niż odchodzenie w samotności. W tym sensie żyjemy w kulturowej dziczy, jak zdiagnozował przed dekadami ten stan podejścia do śmierci historyk Philippe Ariès.
Jest piękny moment w opowieści Meyera. Ojciec prosi go, jako fotografa i syna jednocześnie, żeby zrobił mu zdjęcie. „Co mam zrobić?” – pyta ojciec. „Cokolwiek chcesz” – mówi syn. „Dobrze, to chcę latać”. Pedro fotografuje starego, umierającego ojca z rozłożonymi jak ptak ramionami. Może to nie tylko metafora? Może Ernesto naprawdę jest ptakiem, tak jak one wolnym? Może właśnie takimi powinno czynić nas życie pełne miłości?
Z czasem ojciec słabnie coraz bardziej, a czułość żony jest wprost proporcjonalna do utraty przez niego sił: całują się i przytulają nieustannie. Lisa troskliwie opiekuje się mężem, codziennie wychodząc z nim na spacer. Na jednej z fotografii widzimy podtrzymywanego przez nią i pielęgniarkę Ernesto, który nie ma już sił, aby iść tylko o własnych. Przed nimi, na zdjęciu, Pedro utrwalił coś jeszcze: uczące się chodzić dziecko, które matka trzyma za ręce. Na jednym zdjęciu widzimy początek i koniec, które są do siebie bliźniaczo podobne. Początek i koniec dzieli tylko czas. W innym momencie swojej opowieści Pedro fotografuje noworodka urodzonego w tym samym szpitalu, w którym jest jego umierający ojciec. Rozmazana dłoń dziecka wskazuje na ruch ku dłoni matki bądź pielęgniarki. Bezbronność jest słowem, które dobrze oddaje oba różne i jednocześnie podobne momenty. Na początku i na końcu wyciągamy ku komuś dłoń, aby pomógł nam żyć oraz towarzyszył w umieraniu.
Motyw trzymania się za ręce przewija się w całej diaporamie wiele razy. Dotyk zastępuje słowa, mówi więcej niż słowa, szczególnie jeśli te słowa nie istnieją, albo nie są w stanie czegoś wypowiedzieć. A może po prostu za bardzo ufamy w słowa? Rak oraz guz mózgu powodują, że Ernesto przestaje widzieć i słyszeć oraz mówić – zostaje tylko dotyk. To zmysł, który zastępuje komunikację poprzez inne, które uważamy za znacznie ważniejsze. Czy słusznie? Na jednej z fotografii widzimy ojca ściskającego dłoń syna (drugą ręką Pedro robi zdjęcie). Ściska tak mocno, że dłoń Pedro staje się niebieska.
Fotografie Meyera pokazują bez żadnej estetyzacji umieranie, odsłaniając to, co krępujące i ukrywane: degradację ciała, jego absolutną bezradność względem elementarnych potrzeb, jak toaleta; słabość, marność, a nawet brzydotę. Jest kilka takich zdjęć, które można potraktować jako pokazujące zbyt wiele, np. gdy widzimy bezbronnego ojca w łazience. Można nawet się moralnie oburzyć, że pokazują to, czego nikt nie chce oglądać. Często mówimy: „Zapamiętajcie mnie takim, jakim byłem przed chorobą, kiedy byłem zdrowy”. Ale to tylko efekt naszego lęku przed końcem, skutek zdziczałej kultury nakazującej nam odwracać wzrok od nieestetycznego ciała umierającego człowieka, który staje się tym, czym nie jest: biologiczną masą podłączoną do maszyn. Jest bowiem czymś więcej i to widać tylko w punctum.
Ponadto pojawia się pytanie, dlaczego pamiętać człowieka tylko wtedy, kiedy jest zdrowy. Choroba i umieranie to także części życia. Może właśnie wtedy okazanie miłości drugiemu człowiekowi jest najwyższą próbą człowieczeństwa? Nie ma co uciekać od tego momentu, bo wtedy umiera coś więcej niż człowiek, ginie bowiem wiara w człowieczeństwo. Może właśnie w tych chwilach ta miłość może się dopełnić? Może ona wybrzmieć właśnie z ogromną mocą w drobnym na pozór, wydawałoby się, geście trzymania za rękę, bo czasami ludzie nie potrzebują słów. Pedro zauważa także, iż personel medyczny robi to inaczej niż bliska osoba. Dotyk dotykowi nierówny, nawet jeśli wygląda tak samo, bo liczy się to, czego nie widać: emocje, coś, co różni nas od maszyn.
Gdy obserwujemy zmagania ojca z chorobą, chwile, gdy wydaje się, że koniec jest bliski oraz zaskakujące momenty polepszenia jego stanu zdrowia, Pedro otrzymuje informację, aby udać się do innego szpitala, gdyż jego mama miała krwotok mózgowy spowodowany guzem mózgu. Co więcej, okazuje się, że ona też ma raka. Od tego momentu fotograficzna opowieść Pedra skupia się na Lisie. Pedro musi zdecydować o operacji mamy, której wynik jest nieprzewidywalny. Widzimy fotografię, gdy personel ścina jej włosy, przygotowując do operacji. Pedro mówi, że nie może pozbyć się skojarzeń ze zdjęciami z obozów koncentracyjnych. W jednym i drugim przypadku, pomimo oczywistych różnic, człowiek zostaje uprzedmiotowiony, a człowieka nie można sprowadzić do jego biologiczności, zredukować do ciała. Może zdjęcia pomogą mi zrozumieć, co teraz się dzieje, mówi Pedro, gdy fotografuje wywożoną na blok operacyjny mamę.
Następna fotografia przedstawia mamę po dziesięciu dniach od operacji, i jak twierdzi Pedro, mama wygląda jak królowa. Chodzi nie tylko o elegancki ubiór. Z jej oczy bije siła. Lisa wraca do formy, żartuje, maluje się, a włosy odrastają.
Guz mózgu nie daje jednak o sobie zapomnieć i w efekcie połowa jej ciała zostaje sparaliżowana. Z godziny na godzinę jest coraz gorzej, a fotografia pokazuje nam żegnającego się z mamą Pedra, który trzyma ją za rękę. Kolejna pokazuje już zmarłe ciało zawinięte w biały materiał. Widać tylko twarz.
Pedro i rodzina nie mówią ojcu o śmierci żony, uważając, że nie ma to sensu. Ale, jak mówi Pedro, on w jakiś sposób to wiedział. Przestał jeść, trzymając godzinami jedzenie w ustach. Siedział godzinami i dłonią głaskał w powietrzu wyimaginowaną postać Lisy. Analizując tę fotografię z wyciągniętą dłonią moglibyśmy zapytać: co przedstawia? Co robi na niej ten mężczyzna? Gdybyśmy nie znali historii miłości Ernesto i Lisy, tj. całego kontekstu, w którym widzimy zdjęcia, moglibyśmy jedynie powiedzieć, oto chory i tracący kontakt z rzeczywistością mężczyzna porusza dłonią w powietrzu. Kontekst sprawia, że widzimy, jak czule dotyka zmarłą żonę. Zmarłą jednak tylko dla nas, bo nie dotyka się kogoś, kogo nie ma obok ciebie.
Ernesto umiera w dziewięć tygodni po żonie, jakby nie miał siły już walczyć, albo po prostu nie było już takiej potrzeby. W tych okolicznościach lepszym może być tylko spotkanie się w innym świecie. Bo miłość jest silniejsza niż śmierć i nie ustaje nawet po śmierci, jest czymś, co istnieje pomimo różnicy tego i tamtego świata, łącząc niewidzialną więzią żywych i umarłych.
Patrząc na te wszystkie fotografie, mówi Pedro, przypominam sobie, jak moja mama pytała: dlaczego nie możemy być tak blisko siebie przez całe życie?
Właśnie, dlaczego? Pewnie każdy z nas słyszał i nierzadko się zastanawiał nad słowami wielu umierających ludzi, co istotne, zaskakująco zgodnych, którzy żałowali, że za mało czasu poświęcali na życie, miłość, bliskość. Niby wszyscy to wiemy, a jednocześnie tak trudno zacząć, w tym sensie, żyć naprawdę, jakbyśmy nie do końca wierzyli, że jesteśmy śmiertelni. Usuwając z horyzontu naszego życia śmierć, usunęliśmy także samo życie, które ma sens wtedy, kiedy jest w nim miłość. Miłość przekracza bowiem granice światów, analogicznie jak przekracza je gest Ernesto głaszczącego Lisę, która jest przy nim mimo fizycznej nieobecności.
Patrząc na fotografie i całą opowieść Meyera o swoich rodzicach, można dojść do wniosku, że przedstawiają one nie tylko umierających ludzi, lecz streszczają także czas miłości, bliskości i czułości, który być może odchodzi. Patrząc na te fotografie widzimy to, co tracimy.
dr Michał Rydlewski
Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Tomasz Chmielewski
przez redakcja | poniedziałek 10 marca 2025 | aktualności
Maleje liczba dostępnych wolnych etatów na polskim rynku pracy.
Jak informuje Business Insider, pogarszanie się kondycji gospodarczej w Polsce widać m.in. w spadku liczby wolnych etatów. Nie wynika to z ich „zapełnienia”, lecz wręcz przeciwnie – bezrobocie rośnie, a maleje liczba wolnych miejsc pracy.
Według danych GUS liczba tzw. wolnych etatów wyniosła na koniec roku 2024 tylko 91 tysięcy. W ciągu kwartału był to spadek o 20,3%, a rok do roku 6,3%. Spadek w ujęciu rocznym pokazuje, że problem dotyczy kondycji gospodarki, a nie tylko wahań sezonowych w zapotrzebowaniu na pracę w różnych zawodach.
W ujęciu branżowym wskaźnik wolnych miejsc pracy najmocniej wzrósł w branży budownictwo, natomiast bardzo mocno zmalał w ciągu roku w sferze informacja i komunikacja. Najwyższy wskaźnik wolnych miejsc pracy jest w woj. dolnośląskim, a najniższy w świętokrzyskim. Najwięcej pod względem liczbowym wolnych miejsc pracy – niemal 20 tys. – jest w sektorze przetwórstwo przemysłowe, ale obejmuje on liczne branże i zawody.
przez redakcja | poniedziałek 10 marca 2025 | aktualności
Narasta spór związkowców z szefostwem jednej z sieci handlowych.
Jak informuje portal Tysol.pl, narasta spór „Solidarności” z szefostwem sieci handlowej Stokrotka. Związkowcy są w sporze zbiorowym z władzami firmy. Domagają się zwiększenia obsady sklepów oraz podwyżek płac.
„Solidarność” chce podniesienia płac o 800 złotych brutto z wyrównaniem do stycznia. Wedle związkowców powinna wzrosnąć o 200 złotych także premia absencyjna. Zdaniem związku, minimalna liczba etatów w sklepie sieci Stokrotka powinna wynosić dwa pełne etaty.
Związkowcy przekonują, że firma zamiast polepszać warunki zatrudnienia, wręcz je pogarsza. Dzieje się tak z powodu zmiany wyceny punktowej pracy i podniesienia progów wydajności. W ocenie związkowców skutek może być taki, że pracownicy logistycznej części sieci Stokrotka otrzymają wynagrodzenia niższe niż w ubiegłym roku.
W sieci narasta niezadowolenie z warunków pracy – pisaliśmy o tym tutaj: https://obywatel3.macmas.pl/2025/01/22/maja-juz-dosc/
przez redakcja | niedziela 9 marca 2025 | aktualności
Nowy raport unaocznia duży strach przed zwolnieniami grupowymi.
Portal Salon24 omawia najnowszy raport agencji badawcze LiveCareer, zatytułowany „Zwolnienia grupowe pod lupą”. Wskazuje on kilka negatywnych tendencji.
Aż 28% ankietowanych Polaków wyraża strach przed zwolnieniem z pracy w najbliższym czasie w procesie zwolnień grupowych. 26% ankietowanych przynajmniej raz straciło pracę wskutek zwolnień grupowych. 19% badanych wskazało, że w ciągu ostatnich pięciu lat obecny pracodawca co najmniej raz przeprowadził zwolnienia grupowe. 12% widziało kilkakrotnie w ciągu pół dekady taki proceder w swoim miejscu pracy.
Tego rodzaju obawy rozkładają się nierówno w kontekście płciowym. Ponad jedna trzecia mężczyzn obawia się utraty pracy wskutek zwolnień grupowych. Wśród kobiet jest to odsetek znacznie niższy, wynoszący 20%.
Wśród tych, którzy obawiają się bycia ofiarą zwolnień grupowych ponad jedną trzecią stanowią osoby, który pracodawca zapowiedział przeprowadzenie grupowych redukcji w przedsiębiorstwie. Kolejne 44% obawiających się zwolnień grupowych jest przekonanych, że do nich dojdzie z powodu kondycji finansowej firmy, w której pracują, a 28% z powodu niskiego popytu na ich usługi i produkty. 14% z tej grupy sądzi, że pracują w branży szczególnie narażonej na zwolnienia grupowe.
Wśród ankietowanych na potrzeby raportu 66% uważa, że obowiązujące odprawy dla zwalnianych grupowo są za niskie. W wieku powyżej 59. roku życia uważa tak aż 75% osób. 70 proc. badanych oczekuje dodatkowej pomocy państwa dla osób zwalnianych grupowo.
Tylko 22% obawiających się zwolnień grupowych ocenia swoje szanse na znalezienie nowej pracy jako wysokie. W sumie 23% uważa, że te szanse są niskie lub bardzo niskie.
przez redakcja | sobota 8 marca 2025 | opinie
Związki zawodowe Przeróbka oraz Kadra działające w Lubelskim Węglu „Bogdanka” odczytały 5 marca 2025 roku na posiedzeniu Komisji Sejmowej ds. Energetyki, Klimatu i Aktywów Państwowych list otwarty. Prezentujemy jego treść.
Wielce Szanowni Państwo Posłanki i Posłowie
Chcemy zwrócić państwa uwagę, na problemy, z którymi przyjdzie się kiedyś nam zmierzyć niezależnie od tego, kto będzie w danej chwili rządził. One nas dopadną. Nie ma chyba przesady w stwierdzeniu, że sprawiedliwa transformacja będzie nas dużo kosztować, ale jeszcze więcej będzie nas kosztować jej brak. Dzisiejsze, potoczne pojmowanie sprawiedliwej transformacji, sprowadza się do prymitywnego utożsamiania jej z dekarbonizacją, co jest nieprawdziwe i nieuczciwe. To nieprawda, że energetyka węglowa jest problemem i należy ją szybko zlikwidować. Zanim to nastąpi, należy zabezpieczyć bezpieczeństwo energetyczne, gospodarkę, miejsca pracy i dobrostan społeczny. Bez tego nie mam mowy o sprawiedliwej transformacji. O jakiejkolwiek transformacji. To będzie destrukcja polskiej gospodarki i miejsc pracy. Na to nie możemy zgodzić się ani my, ani społecznie odpowiedzialni politycy.
Uwagi o tym, dlaczego nie mamy szans na sprawiedliwą transformację
Jeśli za transformację energetyczną bierze się państwo, które dotąd nie potrafiło rozwiązać problemu skupu butelek, to musi się to skończyć katastrofą. Dlaczego? Bo transformacja energetyczna to największy po 1989 roku systemowy proces, który zmieni strukturę gospodarki, zatrudnienia i społeczeństwa, a nie ma na to planu, pomysłu ani pieniędzy. Nie podjęto nawet do tej pory rozmów pomiędzy interesariuszami, co jest warunkiem niezbędnym, gdyż podstawą przeprowadzenia transformacji jest pakt społeczny zabezpieczający jej cele i kierunki.
Wystarczy choćby rzut oka na cele sprawiedliwej transformacji, co do których panuje powszechna zgoda, żeby uzmysłowić sobie, że są one niemożliwe do osiągnięcia przy okazywanym przez polskie władze lekceważeniu, braku odpowiedzialności i kompletnym braku aktywności. Nie mówiąc już o realnym kosztorysie.
W założeniach Zielonego Ładu kierunkami i celami transformacji są:
[…] Ochrona, zachowanie i poprawa kapitału naturalnego UE oraz ochrona zdrowia i dobrostanu obywateli przed zagrożeniami i negatywnymi skutkami związanymi ze środowiskiem. Transformacja ta musi przebiegać zarazem w sprawiedliwy i sprzyjający włączeniu społecznemu sposób: na pierwszym miejscu należy stawiać ludzi i nie wolno tracić z oczu regionów, sektorów przemysłu i pracowników, którzy będą borykać się z największymi trudnościami. Proces ten pociągnie za sobą głębokie zmiany, dlatego kluczowe znaczenie dla skuteczności nowych polityk i ich akceptacji będzie miało czynne zaangażowanie i zaufanie społeczeństwa. Potrzebny jest nowy pakt, który zjednoczy obywateli w ich różnorodności, i w ramach którego władze krajowe, regionalne i lokalne, społeczeństwo obywatelskie i sektor przemysłowy będą ściśle współpracować z instytucjami i organami doradczymi UE (Komisja Europejska 2019).
W podobnym tonie wypowiadają się autorzy opracowań dotyczących polskiej transformacji:
Sprawiedliwa transformacja ma zapewnić nowe miejsca pracy dla osób, które odejdą lub utracą pracę w górnictwie, energetyce konwencjonalnej i branżach pokrewnych. Nie ulega bowiem wątpliwości, że zmiany w sektorze energetycznym w kierunku gospodarki niskoemisyjnej, czyli transformacja energetyczna, będą niosły za sobą znaczące przesunięcia na rynku pracy, w strukturach produkcji tworzących łańcuchy wartości z przemysłami tradycyjnymi, szczególnie w regionach węglowych, gdzie koncentracja tego rodzaju działalności jest największa. Będzie to oznaczać pojawienie się negatywnych skutków społecznych, a w miejscach niejako wyrosłych na węglu i energetyce konwencjonalnej wręcz zmiany tożsamości kulturowej wynikającej z dotychczasowej, często ponad 150-letniej ścieżki rozwoju społeczno-gospodarczego regionów węglowych (Drobniak 2022, s. 18).
Sprawiedliwa transformacja jest to proces restrukturyzacji z niezrównoważonej gospodarki w stronę ekologicznej i społecznej równowagi przy jednoczesnym tworzeniu nowych, zielonych miejsc pracy oraz wspieraniu ludzi i wspólnot lokalnych, które mogą być defaworyzowane w tym procesie. Proces sprawiedliwej transformacji ma na celu w pełni zaangażować pracowników i wspólnoty dotknięte tymi zmianami w procesy decyzyjne, tak, aby zapobiec poświęcaniu czyjegokolwiek dobrobytu społecznego i ekonomicznego w transformacji (Szpor i Kiewra, 2018).
Na założeniach się kończy, bo nie ulega wątpliwości, że takie procesy wymagają decydującej roli państwa i określonych środków. Tego nie mamy, za to mamy jasno kreślone konkretne potrzeby i uwarunkowania, z którymi przyjdzie się zmierzyć całemu regionowi, w którym funkcjonuje LW Bogdanka S.A. Za ilustrację niektórych z tych uwarunkowań i potrzeb niech posłużą dane dotyczące Lubelszczyzny zawarte w opracowaniu ośrodka badawczego Coop Tech Hub na temat tylko jednej z wielu koniecznych ścieżek transformacji, jaką jest spółdzielczość pracownicza. Okazuje się, że tylko sfinansowanie trzyletniego zatrudnienia (okres przejściowy) wyniesie niemal 800 mln w ciągu trzech lat, przy czym mowa tu tylko o gwarancjach płacy.
Żaden scenariusz transformacji nie zakłada zamknięcia kopalń i elektrowni z dnia na dzień. Pomijając kwestie techniczne i ekonomiczne, taki pomysł spotkałby się z ogromnym oporem społecznym. I nic dziwnego – przyjmując, że każdy zwolniony trafiłby do urzędu pracy, liczba zarejestrowanych bezrobotnych zwiększyłaby się o 22% w ośrodku lubelskim, o 38% w wielkopolskim, o 40% w łódzkim, o 47% w małopolskim, o 54% w śląskim i o 80% w dolnośląskim, a dla wszystkich 62 powiatów skok liczby bezrobotnych wyniósłby 46%. Warto jednak podkreślić, że rynki pracy 62 wspomnianych powiatów są bardzo różne. We wrześniu 2021 roku stopę bezrobocia poniżej wskaźnika dla całego kraju (5,6%) występowała w 33 powiatach sześciu ośrodków, w tym w 11 była niższa niż 4% – a rekordzistami były śląskie powiaty Katowice (1,8%), bieruńsko-lędziński (2,3%) oraz Tychy ex aequo z wielkopolskim powiatem kolskim (po 2,6%). Z drugiej strony ponad 8-procentowe bezrobocie występowało w 6 powiatach, a najwyższe było w powiatach Lubelskiego: lubartowskim (10,5%), chełmskim (10,8%) i włodawskim (14,3%). Oznacza to, że społeczny koszt i ryzyko likwidacji miejsc pracy dla 1000 mieszkających w Katowicach górników mogą być mniejsze niż likwidacja 100 górniczych miejsc pracy zajmowanych przez mieszkańców powiatu włodawskiego. Tym bardziej, że zwalniani będą ludzie z zakładów pracy o różnych wiekowych strukturach zatrudnienia (możliwość przejścia na emeryturę zamiast bezrobocia), a przyszłe zapotrzebowanie na pracowników na poszczególnych rynkach pracy będą bardzo zróżnicowane geograficznie.
Przy założeniu równomiernego redukowania zatrudnienia w ośrodku lubelskim aż do całkowitego zaprzestania wydobycia węgla (plan wykraczający poza aktualne założenia projektu TPST), co roku w okresie 2022-2035 pracę traciłoby ok. 243 osoby mieszkające w powiecie łęczyńskim, ok. 44 w chełmskim, po ok. 26 w Lublinie i powiecie lubelskim, po ok. 22 w lubartowskim i włodawskim, ok. 19 w świdnickim oraz ok. 10 w parczewskim, łącznie ok. 410 osób rocznie. Przez 14 lat transformacji przejściem na emeryturę zakończy pracę 534 pracowników (9% wszystkich pracowników ośrodka).
Rynek ma potencjał do wchłonięcia do 2 057 (36%) zwalnianych za sprawą demografii oraz do 3 488 (61%) zwalnianych za sprawą kreacji nowych miejsc pracy. W przyjętym modelu wsparcia będą wymagali wyłącznie pracownicy mieszkający w powiecie łęczyńskim: 2 650 osób (78% zwalnianych mieszkańców tego powiatu), 117 mieszkańców powiatu chełmskiego (19%) oraz 87 – włodawskiego (29%). Łącznie wsparcia będzie potrzebowało 50% zwalnianych górników LWB. W zależności od roku, wsparcia wymagało będzie od 152 do 235 pracowników ośrodka (od 37% do 57% zwalnianych)
Wsparcie zmiany zawodu oraz pokrycie pełnych kosztów pracy dla wspieranych dotkniętych transformacją pracowników ośrodka wahałyby się od 43,3 mln zł do 64,8 mln zł rocznie, a łącznie przez 14 lat sięgnęłyby kwoty 796,3 mln zł, z czego 3% stanowiłyby koszty szkoleń zawodowych i pozyskania nowych kwalifikacji, a 97% finansowanie trzyletniego okresu zatrudnienia. Środki te, wydane na zmianę zawodu i zakładanie spółdzielni, pozwoliłyby uniknąć zapaści ekonomicznej i społecznej w powiatach dotkniętych transformacją. Warto podkreślić, że ich wydatkowanie trwałoby przez półtorej dekady i pomogłyby rozwiązać problem potencjalnego wzrostu strukturalnego bezrobocia we wszystkich ośmiu powiatach ośrodka lubelskiego. Przyjmując, że analogiczne programy wsparcia objęłyby wszystkich wymagających wsparcia w sześciu ośrodkach górniczych, to wydatki dla ośrodka lubelskiego stanowiłyby 15% łącznych kosztów takiego systemowego rozwiązania lub 5% polskiego udziału w JTF (Bielecki, Erbel, Komuda, Szczerba, Zygmuntowski 2022).
Żeby jednak można było realizować spółdzielczy model zatrudnienia, należy mieć możliwość jakiejkolwiek działalności i świadczenia pracy w regionie. Tu bardziej adekwatne koszty wykazuje przykład transformacji niemieckiego regionu Cottbus, w którym stworzenie nowych miejsc pracy wymagało budowy infrastruktury przemysłowej. Koszt budowy zakładu naprawy taboru kolejowego, który przejął 2 tys. pracowników likwidowanej elektrowni węglowej, wyniósł miliard euro. Koszty społeczne transformacja energetycznej obejmującej 20-tysięczny region oszacowano na 40 mld euro. Tymczasem polski rząd mówi o kwocie 4 mld zł na co najmniej pięciokrotnie większą społeczność.
Należy założyć, że koszt transformacji zabezpieczającej miejsca pracy będzie składał się właśnie z tych dwóch składowych, odtworzenia infrastruktury miejsca pracy i zabezpieczenia stosunku pracy.
Zgodnie z założeniami Zielonego Ładu, potrzeby społeczne i pracownicze harmonijnie łączy tworzenie miejsc pracy również w sektorach realizujących potrzeby lokalne i społeczne: budowa i utrzymanie infrastruktury lokalnej, sieci kolejowej, rekultywacja i utrzymanie zasobów środowiskowych, usługi opiekuńcze i kulturalne dla ludności. Zatem należy zaliczyć je do inwestycji publicznych i przyjąć odpowiedni poziom stałego udziału środków publicznych finansujących tę działalność. Jednak osią gospodarki muszą być większe ośrodki przemysłowe i techniczne.
Wstępem do jakiejkolwiek dyskusji powinno być określenie kosztów transformacji, oparte na założeniu, że sprawiedliwa transformacja dla pracowników, ich rodzin i regionu polega na zastąpieniu miejsc pracy redukowanych w górnictwie stabilnymi miejscami pracy o porównywalnym standardzie ekonomicznym. Problemem do rozwiązania pozostaje nie czy, ale jak obliczyć koszt odtworzenia porównywalnego miejsca pracy w regionie w zamian za zredukowane miejsce pracy w górnictwie?
Wycena miejsc pracy powinna obejmować:
– koszty organizacji miejsca pracy,
– dochód pracownika,
– koszt społeczny i demograficzny (więzi rodzinne, lokalne, kulturowe, migracja),
– koszty przekwalifikowania.
Warunki wyjściowe winny być określone na podstawie mapowania terenu i zasobów regionu, infrastruktury – istniejącej i tej, którą należy zbudować oraz potrzeb komunikacyjnych i infrastrukturalnych (kolej, drogi, media) dla lokalnej gospodarki, których budowa i utrzymanie przynosi bezpośrednio tworzenie miejsc pracy, a także potrzeb bytowych lokalnej społeczności. Są to z punktu widzenia przyszłości pracowników i mieszkańców koszty, które należy wykazać, żeby pokazać realne możliwości wykonania celu społecznego sprawiedliwej transformacji.
Rząd zachowuje się, jakby proces transformacji był czymś nowym i niespodziewanym, tymczasem procesy te realizowane są w Europie od kilkunastu lat i był czas i możliwości, aby się przygotować. Przede wszystkim uczciwie określić, jakie cele mają być realizowane i jakie środki należy na to przeznaczyć. Wydaje się, że wszystko to celowo przemilczano. Dlaczego? Prawdopodobnie dlatego, że w myśl założeń transformacji Polska jest absolutnie nieprzygotowana i państwa po prostu na nią nie stać. Stan ustaleń i realizacji powyższych założeń na dziś wynosi zero, gdyż państwo polskie po raz kolejny uchyla się przed realizacją swoich obowiązków wobec społeczeństwa, które zostały zawarte i podpisane w Zielonym Ładzie. Nie realizuje zatem żadnej transformacji. Należy to nazwać destrukcją. Brak podjęcia rozmów i prac nad paktem społecznym ze wszystkimi interesariuszami, jest tu najpoważniejszym naruszeniem i złamaniem zasad sprawiedliwej transformacji.
Związki zawodowe i samorząd zostały pominięte i oszukane. Mamy prawo i podstawy do generalnego protestu przeciwko łamaniu zasad transformacji, a także przeciwko oszustwu, jakim w wykonaniu polskich władz stał się Zielony Ład.
Transformacja energetyczna, bez ustaleń i porozumień społecznych, bez zabezpieczenia podstawowych celów społecznych, nie jest sprawiedliwą transformacją w myśl podpisanych porozumień na szczeblu unijnym i nie ma prawa być realizowana!
Bibliografia
Komisja Europejska (2019 Europejski Zielony Ład
https://eur-lex.europa.eu/resource.html?uri=cellar:b828d165-1c22-11ea-8c1f-01aa75ed71a1.0016.02/DOC_1&format=PDF
Drobniak A. [red.] (2022): Sprawiedliwa transformacja regionów węglowych w Polsce Impulsy, konteksty, rekomendacje strategiczne, Wydawnictwo Uniwersytetu Ekonomicznego w Katowicach
Szpor A. i Kiewra D. (2018), Transformacja węglowa w Subregionie Konińskim, Warszawa, Instytut Badań Strukturalnych. https://www.cire.pl/pliki/1/2019/ibs_research_report_1.pdf
Bielecki W., Erbel J., Komuda Ł., Szczerba M., Zygmuntowski J (2022): Spółdzielcza Transformacja. Operacjonalizacja sprawiedliwej transformacji dla regionów węglowych w Polsce https://www.hub.coop/publikacja/spoldzielcza-transformacja-sprawiedliwa-transformacja-operacjonalizacja/
przez redakcja | środa 5 marca 2025 | aktualności
Wyrokiem sądu przywrócono do pracy bezprawnie zwolnionego związkowca.
Jak informuje portal Tysol.pl, sąd uznał, że bezprawne było zwolnienie z pracy lidera zakładowej „Solidarności”, Mariusza Kwietniowskiego, z firmy Viessmann Technika Grzewcza w Legnicy. Nakazał przywrócenie go do pracy.
Kwietniowski został zwolniony 3 października 2023 roku. Stało się tak miesiąc po założeniu zakładowych struktur „Solidarności”, których Kwietniowski został wybrany przewodniczącym. Wcześniej do jego pracy nie było żadnych zastrzeżeń.
„Solidarność” wsparła zwolnionego działacza. W jego obronie organizowano pikiety, nagłaśniano całą sprawę, poinformowano Państwową Inspekcję Pracy, a ostatecznie skierowano sprawę do sądu pracy. Akcentowano, że szefostwo firmy dokonało naruszenia ustawy o związkach zawodowych, która chroni liderów organizacji związkowych przed zwolnieniem bez zgody związku.
Sąd uznał, że decyzja o zwolnieniu Mariusza Kwietniowskiego była niezgodna z prawem, a Viessmann Technika Grzewcza sp. z o.o. musi przywrócić go do pracy. Przewodnicząca składu orzekającego, sędzia Liliana Staszewska, powiedziała: „Sąd uznał, że rozwiązanie umowy o pracę bez wypowiedzenia w tym przypadku było bezzasadne, ponieważ nie zostały spełnione wymagane przesłanki. Pracodawca miał obowiązek wykazać winę pracownika, ciężkie naruszenie podstawowych obowiązków pracowniczych oraz szkodę lub jej realne zagrożenie. Żaden z tych warunków nie został spełniony”.
Mariusz Kwietniowski po usłyszeniu korzystnego wyroku powiedział: „Dziękuję wszystkim, którzy mnie wspierali – moim kolegom z Solidarności, pracownikom Viessmanna, a także ludziom dobrej woli, którzy nie pozwolili na to, by niesprawiedliwość zwyciężyła”.
przez redakcja | środa 5 marca 2025 | aktualności
Związki zawodowe domagają się przyspieszenia prac nad ustawą o czasie pracy maszynistów.
Jak informuje Portal Kolejowy, przedstawiciele 10 związków zawodowych skierowali apel do posłów, senatorów i premiera w sprawie przyspieszenia prac legislacyjnych nad Ustawą o czasie pracy maszynistów. Ich zdaniem brak regulacji dotyczących czasu pracy maszynistów zagraża bezpieczeństwu ruchu kolejowego.
Związkowcy piszą: „W państwa rękach leży los prawdopodobnie najdłużej procedowanej ustawy w dziejach polskiej kolei. Projekt Ustawy o czasie pracy maszynistów, mimo że przeszedł etap konsultacji społecznych (październik 2020 – luty 2023), obecnie nie jest procedowany w ramach rządowej procedury legislacyjnej”.
Ich zdaniem zapewnienie odpowiedniego poziomu bezpieczeństwa w transporcie kolejowym powinno być priorytetem, zwłaszcza w obliczu coraz częstszych sytuacji zagrażających bezpieczeństwu na polskich torach. „Brak specjalnych regulacji dotyczących czasu pracy maszynistów, w przeciwieństwie do np. kierowców czy pilotów, może budzić obawy o przemęczenie pracowników i związane z tym ryzyko dla bezpieczeństwa ruchu kolejowego”. Ich zdaniem uchwalenie ustawy wyeliminowałoby zagrożenia wynikające z naruszania limitów czasu pracy oraz niewystarczającego odpoczynku u maszynistów.
Zdaniem związkowców brak takich ustaleń sprawia, że każdy z przewoźników kolejowych stosuje dowolne, uznaniowe rozwiązania korzystne dla interesów firm, bez zwracania uwagi na bezpieczeństwo pasażerów, ładunków i pracowników kolei.
Apel podpisali: Federacja Związków Zawodowych Maszynistów Kolejowych, Związek Zawodowy Administracji PKP, Niezależny Samorządny Związek Zawodowy „Solidarność ‘80”, Związek Zawodowy Kontra, Związek Zawodowy Dyżurnych Ruchu PKP, Niezależny Samorządny Związek Zawodowy „Solidarność”, Związek Zawodowy Dyspozytorów PKP, Międzyzakładowy Związek Zawodowy Rewidentów Taboru, Federacja Związków Zawodowych Kolejarzy, Związek Zawodowy Pracowników Warsztatowych.
(zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Tomasz Chmielewski)
przez redakcja | poniedziałek 3 marca 2025 | aktualności
Liczba ofert pracy dla bezrobotnych jest najniższa od 10 lat.
Jak informuje „Dziennik Gazeta Prawna”, wedle stanu na koniec stycznia 2025 roku w urzędach pracy była rekordowo niska w ostatnich latach liczba ofert pracy dla bezrobotnych.
Do urzędów pracy w całej Polsce wpłynęło w styczniu 54 000 ofert pracy dla osób zarejestrowanych jako bezrobotne. To wyjątkowo niska liczba. Ostatnio, gdy ofert było tyle samo lub mniej, miało to miejsce aż 10 lat temu. Rok do roku jest to spadek o 8%, a wobec stycznia wcześniejszych lat jeszcze większy.
W styczniu 2025 zmalała nie tylko liczba ofert w urzędach pracy, dostępnych na koniec miesiąca. Wspomniany wskaźnik nie jest doskonały, gdyż nie obejmuje ofert, z których w ciągu miesiąca skorzystano i dlatego na koniec stycznia już nie były dostępne. Jednak także ogólna liczba ofert, które wpłynęły od zatrudniających do urzędów była w styczniu 2025 niska. Wyniosła ona 89,4 tys. To o 10,6% mniej niż w styczniu 2024. Ubytek ofert pracy dotyczy zarówno sektora prywatnego (o 8,2% rok do roku), jak i publicznego (o 23,6%).
Jeszcze gorsze są te wieści, gdy odniesiemy je do liczby bezrobotnych. W styczniu 2025 na jedną ofertę pracy przypadało 15,9 bezrobotnego. Rok temu w styczniu wskaźnik ten wynosił 14,3.
przez redakcja | poniedziałek 3 marca 2025 | aktualności
Większość Polaków jest przeciwko przywróceniu handlu w niedziele.
Jak informuje portal Dla Handlu, wedle najnowszych badań UCE Research i Shopfully zwolennicy utrzymania zakazu handlu w niedziele przeważają nad chcącymi przywrócenia handlu w niedziele. W dodatku odsetek zwolenników likwidacji zakazu znacznie zmalał.
Utrzymania obecnie obowiązującego zakazu handlu w niedziele w sklepach bazujących na najemnej sile roboczej chce 47% ankietowanych. Zwolennikami likwidacji zakazu jest obecnie 41% osób. Aż 11,5% ankietowanych nie ma zdania.
Takie wskaźniki oznaczają zauważalne zmiany wobec poprzedniej edycji badania opinii w tej sprawie. Wówczas, we wrześniu 2024 roku, 52,6% ankietowanych chciało przywrócenia handlu w niedziele, a przeciwnych likwidacji zakazu było 38,9%. Liczba przeciwników zakazu spada sukcesywnie od dłuższego czasu.
Najwięcej zwolenników handlu w jest wśród młodych w wieku 18-24 lat (53,7% tej grupy), dobrze zarabiających z dochodami 7000-8999 zł netto miesięcznie (52% tej grupy), mieszkańców miast powyżej 500 tys. ludności (49,1%). Najwięcej przeciwników handlu w niedziele jest wśród osób w wieku 55-64 lat (58,9% tej grupy), z niskimi dochodami netto na poziomie 1000-2999 zł (51,3%) oraz osób z miejscowości do 5 tys. mieszkańców (54,7%).
przez Karol Trammer | niedziela 2 marca 2025 | opinie
Co dalej z pojedynczymi pociągami PKP Intercity, które zjeżdżają z głównych linii, aby obsłużyć małe i średnie miasta?
„Dylemat Flisaka” – takiego określenia zaczęto używać w spółce Centralny Port Komunikacyjny podczas prac nad horyzontalnym rozkładem jazdy, czyli docelową koncepcją sieci połączeń kolejowych. Dylemat odnosi się do oferty dalekobieżnej dla małych i średnich miast: czy ma być zapewniana pojedynczymi pociągami PKP Intercity umożliwiającymi bezpośredni dojazd do największych miast, czy też ma opierać się na jeżdżących częściej pociągach regionalnych, lecz docierających tylko do węzłów, na których będzie można przesiąść się do pociągów dalekobieżnych trasowanych głównymi liniami.
Nie tylko metropolie
Dylemat wziął swoją nazwę od pociągu TLK „Flisak”, który od grudnia 2021 r. kursuje w relacji Katowice – Częstochowa – Łódź – Płock – Trójmiasto. Jeździ nietypową trasą przez Sierpc, Rypin, Brodnicę, Grudziądz, Kwidzyn i Sztum, dzięki czemu włączył w sieć połączeń dalekobieżnych tych sześć miast powiatowych – w tym Grudziądz, który liczy 89 tys. mieszkańców i był jednym z największych miast nieobsługiwanych przez PKP Intercity, oraz Rypin, do którego od 2000 r. wcale nie dało się dotrzeć koleją.
Uruchomienie pociągu „Flisak” wpisało się w realizowaną za rządu Prawa i Sprawiedliwości politykę obejmowania siecią PKP Intercity miast leżących poza głównymi magistralami. Niemal co roku pociągi dalekobieżne były witane w kolejnych miejscach. W grudniu 2016 r. na mapie połączeń PKP Intercity znalazły się Starogard Gdański, Chojnice, Złotów i Wałcz, w 2017 r. Hrubieszów, w 2019 r. Żary i Żagań, w 2020 r. Gostynin, Płock, Prudnik, Nysa, Ząbkowice Śląskie, Dzierżoniów i Świdnica, a w 2021 r. – oprócz miast na trasie „Flisaka” – również Hajnówka i Bielsk Podlaski.
Włączanie nowych miast w sieć PKP Intercity zwykle odbywało się poprzez skierowanie pojedynczego pociągu łączącego duże aglomeracje nietypową trasą biegnącą liniami drugorzędnymi. Na przykład pociąg InterCity „Staszic” relacji Szczecin – Warszawa, zamiast jechać przez Poznań, odbija w Stargardzie na linię przez Recz, Kalisz Pomorski, Tuczno, Wałcz i dalej kieruje się do stolicy przez Piłę, Bydgoszcz, Toruń i Włocławek. Ze Szczecina do Warszawy „Staszic” jedzie 7 godz. 29 min., a więc ponad dwie godziny dłużej niż pociągi InterCity kursujące standardową trasą przez Poznań. Jadący dłuższą trasą „Staszic” nie tylko jednak zapewnia dostęp do połączeń dalekobieżnych na południowym wschodzie województwa zachodniopomorskiego, ale jest też jedynym pociągiem umożliwiającym podróż bez przesiadki ze Szczecina do Torunia czy Włocławka.
Zjechanie z głównej magistrali wcale nie musi przy tym przekładać się na pogorszenie demograficznego potencjału połączenia. Pociąg „Staszic” między Stargardem a Kutnem, a więc na tej części trasy, która nie biegnie podstawowym ciągiem, zatrzymuje się w 12 miejscowościach liczących łącznie 771 tys. mieszkańców. Pozostałe pociągi InterCity, które ze Szczecina do Warszawy kursują standardową trasą przez Poznań, stają między Stargardem a Kutnem w 11 miastach liczących w sumie 749 tys. mieszkańców.
Rola pociągów PKP Intercity kursujących nietypowymi trasami nie zawsze sprowadza się do zapewniania połączeń dalekobieżnych w małych miastach, ale też do oferowania podróży bez przesiadki między dużymi miastami. Na przykład omijający Warszawę pociąg InterCity „Koziołek” relacji Lublin – Poznań to jedyne bezpośrednie połączenie Lublina z Łodzią i Radomia z Poznaniem.
Polska polityka kształtowania sieci połączeń dalekobieżnych zyskała uznanie w Niemczech. Wydawane przez związek pasażerów Pro Bahn czasopismo „Der Fahrgast” odnotowało, że liczba podróżnych PKP Intercity od 2014 r. do 2023 r. wzrosła z 25,5 mln do 68 mln, zwracając przy tym uwagę, że przewoźnik „ze względu na brak sztywnych tras oferuje bezpośrednie połączenia w wielu relacjach” i „obsługuje nie tylko metropolie, ale na zlecenie rządu dociera też w najdalsze zakątki kraju”.
Ze wschodu na zachód
Gdy w 2017 r. pociągi PKP Intercity dotarły do Hrubieszowa – czyli najbardziej wysuniętego na wschód polskiego miasta – rząd PiS mógł szczycić się tym, że zerwanie z polityką zaniedbywania ściany wschodniej odnosi się także do kolei.
Ze wschodniego krańca Polski jeżdżą pociągi InterCity „Górski” (Hrubieszów – Zamość – Krasnystaw – Lublin – Warszawa – Poznań – Szczecin – Świnoujście) oraz InterCity „Hetman” (Hrubieszów – Zamość – Biłgoraj – Stalowa Wola – Kraków). Od grudnia 2024 r. „Hetman” kursuje nową trasą przez Mielec, dzięki czemu to 57-tysięczne podkarpackie miasto zostało włączone w sieć połączeń PKP Intercity. Wiceminister infrastruktury Piotr Malepszak obwieścił to podczas konferencji prasowej na mieleckim dworcu, przejmując od poprzedników z rządu PiS pałeczkę w sztafecie doprowadzania połączeń dalekobieżnych do kolejnych miast.
Dzięki skierowaniu „Hetmana” trasą przez Mielec czas podróży z Zamościa do Krakowa skrócił się z 5 godz. 11 min. do 3 godz. 55 min. Skrócono nie tylko czas jazdy, ale także relację pociągu – do grudnia 2024 r. docierał on aż do Wrocławia. Skrócenie trasy „Hetmana” do Krakowa zostało na Zamojszczyźnie źle przyjęte. „Szokujące zmiany w trasie pociągu InterCity »Hetman«” – alarmował portal Roztocze.net, a politycy wystosowali do wiceministra Piotra Malepszaka list otwarty: „Skrócenie trasy pociągu do relacji Hrubieszów – Kraków jest katastrofalnym w skutkach rozwiązaniem dla naszego regionu” – pisali posłowie i samorządowcy z Zamojszczyzny. – „Poprzedni rząd rozwijał połączenia kolejowe w naszym regionie i zasadnym byłoby utrzymanie tego stanu rzeczy”.
Na Zamojszczyźnie widać, że dla małych i średnich miast ważna jest nie tylko obecność na mapie połączeń PKP Intercity, ale też to, aby przekładała się ona na możliwość bezpośredniego dojazdu do dużej liczby celów. – „Zamojszczyzna ma dość nietypowy rozkład ciążeń komunikacyjnych w ruchu międzywojewódzkim. Poza dominującym kierunkiem do Warszawy bardzo wyraźnie zaznaczony jest też kierunek do Krakowa, Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropolii i Wrocławia. O ile na trasie do Krakowa dominują studenci, o tyle już wśród jadących na Górny i Dolny Śląsk zwiększa się udział pasażerów z wyższymi peselami, dla których przesiadki są bardziej odstraszające” – mówi Bartosz Sojda z portalu LubelskaKolej.net. – „Wystarczył miesiąc, aby objawiła się pełna gama przyczyn, dla których przesiadki odstraszają pasażerów: kilkukrotne nieutrzymanie skomunikowania dla jedynego połączenia w dobie, improwizowane zmiany miejsca przesiadki z powodu opóźnień czy chaos na dworcu Kraków Główny”.
PKP Intercity albo nic
Pociągi InterCity „Hetman” i „Górski” to jedyne połączenia kolejowe obsługujące 16-tysięczny Hrubieszów. Na linii Zamość – Hrubieszów nie kursują bowiem pociągi regionalne. To wcale niejedyny przypadek, że pociągi PKP Intercity łatają luki w sieci połączeń regionalnych.
Zwykle są to białe plamy na pograniczu regionów. Przez jedną z takich plam kursuje pociąg TLK „Miechowita” relacji Kraków – Częstochowa – Poznań. Jest on wytrasowany odcinkiem Wieluń – Wieruszów – Kępno, biegnącym przez peryferie województw łódzkiego i wielkopolskiego, których władze od lat nie dostrzegają potrzeby kursowania tędy pociągów regionalnych. W tej sytuacji „Miechowita” to jedyny pociąg pasażerski pojawiający się w Wieruszowie, stolicy powiatu na południowo-zachodnim skraju województwa łódzkiego.
Pociąg TLK „Flisak” granicę województw kujawsko-pomorskiego i mazowieckiego przekracza linią Brodnica – Rypin – Sierpc. „Flisak” to jedyne połączenie kursujące tą linią. Kujawsko-pomorski samorząd na grudzień 2026 r. zapowiada reaktywację połączeń regionalnych, ale tylko na leżącym w granicach tego regionu odcinku Brodnica – Rypin. Pociągami regionalnymi nadal więc nie będzie dało się pojechać z Rypina w kierunku Sierpca, Płocka czy Kutna. Przy takim nastawieniu samorządów wojewódzkich do połączeń w głąb sąsiednich regionów rozstrzygnięcie „Dylematu Flisaka” na korzyść podróży pociągiem regionalnym z przesiadką na pociąg dalekobieżny może nie być łatwe.
Na pozbawionym połączeń regionalnych odcinku Magistrali Węglowej biegnącym na styku województw kujawsko-pomorskiego i wielkopolskiego jedynym kursującym pociągiem jest InterCity „Zielonogórzanin” relacji Zielona Góra – Poznań – Warszawa. Ze stacji Piotrków Kujawski w powiecie radziejowskim i ze stacji Babiak na północy powiatu kolskiego można tym pociągiem w mniej niż dwie godziny dotrzeć zarówno do Warszawy, jak i Poznania.
Popyt na objeździe
Trasa pociągu InterCity „Zielonogórzanin” to pozostałość po objeździe funkcjonującym w latach 2017-2019 podczas modernizacji magistrali Poznań – Warszawa. Wszystkie pociągi łączące te miasta jeździły wtedy trasą przez Gniezno, Inowrocław Rąbinek oraz Magistralę Węglową. Po zakończeniu prac pociągi wróciły na stałą trasę, ale dzięki pozostawieniu jednego z nich Gniezno i Inowrocław zachowały bezpośredni pociąg do Warszawy, a Piotrków Kujawski i Babiak w ogóle jakiekolwiek połączenia kolejowe.
Dzięki utrzymaniu takich pojedynczych połączeń nie dochodzi do zupełnego porzucenia popytu pobudzonego dużą liczbą pociągów w miejscowościach, przez które biegła trasa objazdowa.
Pozostałością po objeździe jest także trasa pociągów InterCity „Czechowicz” i „Inka”, które z Lublina do Warszawy jadą przez Lubartów, Parczew, Radzyń Podlaski, Łuków i Siedlce. Tędy w latach 2017-2019, w czasie modernizacja magistrali Lublin – Warszawa, kursowały wszystkie pociągi. Dzięki temu powiaty lubartowski, parczewski i radzyński otrzymały pociągi do Warszawy, a Siedlce i Lublin uzyskały bezpośrednie połączenie. Jako że odcinek z Lublina do Łukowa jest niezelektryfikowany, pociągi „Czechowicz” i „Inka” są prowadzone lokomotywami spalinowymi SU160 – także na zelektryfikowanej części trasy od Łukowa do Warszawy, na której składy te wytrasowane są z prędkością 155-160 km/h. Także pociąg „Hetman” jest prowadzony lokomotywą SU160 na całej trasie z Hrubieszowa do Krakowa, również na zelektryfikowanym odcinku od Dębicy. Z jednej strony eliminuje to czasochłonne zmiany lokomotyw, ale z drugiej strony zmniejsza dostępność taboru spalinowego na odcinki niezelektryfikowane.
Co dwa-trzy, to nie jeden
Mała ilość taboru spalinowego w PKP Intercity jest barierą dla zwiększania oferty dalekobieżnej w miastach, do których nie biegną linie zelektryfikowane. Największe z nich to Gorzów Wielkopolski (115 tys. mieszkańców), Grudziądz (89 tys.) i Suwałki (68 tys.).
Niedobory taboru spalinowego spółka PKP Intercity łata wypożyczonymi z Czech lokomotywami typu 754 oraz składami SN84 i SD85 dzierżawionymi od Stowarzyszenia Kolejowych Przewozów Lokalnych, które sprowadziło je z Niemiec i Holandii.
Poprawę sytuacji przynieść ma 35 składów spalinowo-elektrycznych, które PKP Intercity zamówiło w koncernie Newag. Ich dostawy mają rozpocząć się na przełomie 2026 i 2027 r. W koncernie Pesa trwa też produkcja dla PKP Intercity 16 lokomotyw spalinowo-elektrycznych. Dwunapędowy tabor pozwoli uruchomić kolejne pociągi, które między dużymi aglomeracjami zostaną wytrasowane bocznymi liniami. Według zapowiedzi Ministerstwa Infrastruktury, będzie to między innymi połączenie Szczecin – Trójmiasto wytrasowane nie przez Koszalin i Słupsk, lecz przez Drawsko Pomorskie, Złocieniec, Szczecinek, Człuchów, Chojnice.
Flota składów spalinowo-elektrycznych pozwoli również zwiększyć liczbę pociągów na trasach dziś obsługiwanych pojedynczymi połączeniami PKP Intercity. Pojawić ma się między innymi pociąg relacji Trójmiasto – Warszawa kursujący przez Sztum, Kwidzyn, Grudziądz, Brodnicę, Rypin, Sierpc i Płock. Relacja ta będzie częściowo pokrywała się z trasą pociągu „Flisak” – przestanie być on więc jedynym połączeniem PKP Intercity na tym ciągu. Przyjęty rozporządzeniem ministra infrastruktury plan transportowy określa, że powinny tędy jeździć dwa-trzy połączenia dalekobieżne dziennie.
Dostęp (bez)pośredni
Plan transportowy resortu infrastruktury w ogóle nie przewiduje istnienia na sieci połączeń dalekobieżnych ciągów obsługiwanych przez tylko jedno połączenie na dobę. Jako minimalny poziom oferty przewozowej w ruchu dalekobieżnym wyznaczane są dwa-trzy połączenia na dobę. Jasno wskazywanym przez plan transportowy rozwiązaniem „Dylematu Flisaka” jest więc zwiększenie liczby połączeń PKP Intercity na najsłabiej obsługiwanych liniach.
Jednocześnie plan transportowy wśród przesłanek kształtowania sieci połączeń dalekobieżnych wymienia „minimalizację wykluczenia transportowego przez zaplanowanie połączeń do jak największej liczby powiatów”.
Spółka Centralny Port Komunikacyjny w ramach prac nad horyzontalnym rozkładem jazdy idzie dalej, wskazując, że efektem jego wdrożenia ma być „dostęp do kolei dalekobieżnej dla każdego powiatu”, natychmiast jednak dodając, że dostęp ten może być zapewniony „bezpośrednio przez pociąg dalekobieżny lub przez skomunikowany pociąg regionalny albo autobus”.
Co więcej, pracownicy CPK – spółki aspirującej do bycia wiodącym ośrodkiem kształtowania kolejowej oferty przewozowej – wprost rozstrzygają „Dylemat Flisaka” na niekorzyść pociągów dalekobieżnych zjeżdżających z głównych magistral, aby głębiej dotrzeć w regiony. Jeden z punktów prezentacji CPK na temat horyzontalnego rozkładu jazdy, która jest przedstawiana na roboczych spotkaniach, brzmi bowiem tak: „Nie wszędzie zasadne jest organizowanie połączeń dalekobieżnych: lepsze są częste pociągi regionalne co 1-2 godz. niż pojedyncze w dobie pociągi dalekobieżne”.
Takie postawienie sprawy oznacza, że na części tras liczba połączeń dalekobieżnych zmniejszyłaby się z jednego do zera. Przy czym wcale nie ma pewności, że samorządy wojewódzkie uruchomią pociągi regionalne zapewniające dojazd do głównych magistral.
Karol Trammer
Tekst pochodzi z dwumiesięcznika „Z Biegiem Szyn” (nr 2/135 marzec-kwiecień 2025)
https://www.zbs.net.pl Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Karol Trammer
przez redakcja | sobota 1 marca 2025 | aktualności
Firma produkująca bieliznę kobiecą zamyka swój polski zakład.
Jak informuje portal Nasze Miasto, we Włocławku kończy działalność zakład szwalniczy niemieckiej firmy Naturana. Wytwarzano tam bieliznę kobiecą, głównie biustonosze. Naturana działała we Włocławku przez 33 lata. Teraz zagrożonych jest 100 miejsc pracy.
Naturana niedawno zlikwidowała swoje szwalnie w Portugalii i Rumunii. Teraz zdecydowała o zamknięciu swojego ostatniego europejskiego zakładu – we Włocławku. Zatrudnia w nim ok. 100 kobiet, głównie starszych, które będą miały największy problem ze znalezieniem nowej pracy w niewielkim mieście. Zwolnienia ruszą w najbliższych dniach, a całość likwidacji produkcji potrwa do sierpnia.
Anna Jackowska, dyrektor powiatowego urzędu pracy, powiedziała portalowi Nasze Miasto: „Tam są zatrudnione w większości kobiety, które często są w wieku przedemerytalnym. Pracowały tam czasami od początku istnienia tej firmy w Polsce, więc jest to dla nich całe życie zawodowe. Firmy szwalnicze w Polsce i tutaj – na naszym terenie – też cierpią na problemy finansowe i związane z dostępnością materiałów oraz z kosztami. Dlatego znalezienie alternatywnego zatrudnienia dla pracowników szwalni nie będzie proste. Przekwalifikowanie się może być bardzo trudne”.
Jakimś światełkiem w tunelu może być informacja, że być może zakład zostanie przejęty przez jedną z polskich firm odzieżowych. Podobno mają trwać rozmowy w tej sprawie – o sprzedaży zakładu i wyposażenia oraz utrzymaniu produkcji o podobnym profilu.
przez redakcja | sobota 1 marca 2025 | aktualności
Zaostrza się spór pracowników z właścicielami zakładów mięsnych.
Jak informują portal Tysol.pl oraz strona internetowa szczecińskiej „Solidarności”, zaostrza się protest załogi zakładów mięsnych HKFoods w Świnoujściu. Od kilku miesięcy trwa spór o wysokość płac. Reprezentująca pracowników „Solidarność” domaga się zauważalnych podwyżek zarobków. Związek wszedł w spór zbiorowy z szefostwem firmy.
Negocjacje prowadzone w styczniu nie przyniosły rezultatów. Zarząd firmy zaoferował podwyżki niewielkie. W dodatku propozycja podwyżek nie obejmuje wszystkich pracowników. Władze firmy zamierzają przyznawać podwyżki wynagrodzeń głównie kadrze kierowniczej i według uznania, bez jasno określonych kryteriów. Pracownicy postrzegają takie działania jako niesprawiedliwe i mogące prowadzić do faworyzowania wybranych osób. Podkreślają, że system wynagrodzeń powinien być przejrzysty i sprawiedliwy, a obecne propozycje pracodawcy pogłębiają poczucie nierówności w zakładzie.
4 marca mają się odbyć kolejne negocjacje, tym razem z udziałem ustawowo wyznaczonego mediatora. Zakłady HKFoods należą do kapitału fińskiego i zajmują się przetwórstwem boczku.
przez redakcja | piątek 28 lutego 2025 | aktualności
W Świdniku rozpoczął się strajk w zakładach lotniczych.
Jak informuje Polska Agencja Prasowa, dzisiaj wybuchł strajk w spółce Iscot Polska. Działa ona na terenie zakładów lotniczych PZL-Świdnik. Spółka odpowiada za logistykę, obsługę transportu wewnętrznego, magazynów i rozdzielni w zakładach lotniczych. Iscot Polska to oddział włoskiej firmy, która z kolei jest spółką zależną koncernu Leonardo, posiadającego obecnie zakłady w Świdniku.
Do strajku przystąpiła większość z 280-osobowej załogi. Stawili się oni w miejscu pracy, ale odmówili wykonywania zadań zawodowych. Domagają się podwyżki o 500 zł brutto od stycznia br. i 200 zł brutto od października dla osób z niższymi pensjami. Z kolei zarabiający powyżej 5300 zł chcą podwyżek o nie mniej niż 450 zł od stycznia i 200 zł od października.
Dzisiejszy strajk to kolejna odsłona konfliktu płacowego w PZL-Świdnik. Wcześniej związkowcy z Iscot Polska, po fiasku negocjacji płacowych, przeprowadzili wśród załogi referendum strajkowe. Wzięło w nim udział 213 osób na 271 uprawnionych do głosowania, a 96% uczestników referendum opowiedziało się za strajkiem. Z kolei na początku lutego pracownicy wzięli urlop na żądanie i nie stawili się w pracy w ramach protestu przeciwko brakowi podwyżek. Ponieważ podwyżki nie nastąpiły, dzisiaj rozpoczęli bezterminowy strajk. Rozmowy z szefostwem firmy zaplanowano na poniedziałek.
Zakłady lotnicze w Świdniku produkują m.in. śmigłowce dla Wojska Polskiego.
(zdjęcie w nagłówku tekstu: Autorstwa MAx 92 – Praca własna, CC BY-SA 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=27505897)
przez redakcja | piątek 28 lutego 2025 | aktualności
Centrala związkowa OPZZ apeluje do rządu o pilne działania w sprawie wsparcia fabryki łożysk.
Jak informuje Ogólnopolskie Porozumienie Związków Zawodowych, szefostwo tej centrali związkowej zwróciło się z wnioskiem o pilne spotkanie z ministrem rozwoju i technologii Krzysztofem Paszykiem w sprawie dramatycznej sytuacji Fabryki Łożysk Tocznych-Kraśnik S.A. OPZZ apeluje o natychmiastową interwencję i podjęcia działań ratunkowych dla przedsiębiorstwa, które zmaga się z rosnącymi kosztami energii i surowców oraz grożącymi zwolnieniami grupowymi.
OPZZ z niepokojem obserwuje pogarszającą się sytuację FŁT Kraśnik S.A., zwłaszcza po zakończeniu programu „Pomoc dla przemysłu energochłonnego”, który zapewniał wsparcie dla przedsiębiorstw dotkniętych wysokimi cenami energii. Wygaszenie ustawy regulującej pomoc dla przemysłu energochłonnego z końcem 2024 roku powoduje, że FŁT Kraśnik S.A. stanęła w obliczu poważnych problemów finansowych i organizacyjnych.
Sytuacja jest tym bardziej dramatyczna, że zarząd spółki planuje zwolnienia grupowe obejmujące co najmniej 120 pracowników, co stanowi poważne zagrożenie dla lokalnej społeczności. Decyzja ta zapadła pomimo uzyskanej pomocy państwowej w wysokości około 904 tys. zł. Pracodawca uzasadnia redukcję zatrudnienia wzrostem kosztów energii, surowców oraz spadkiem zamówień.
Mirosław Grzybek, przewodniczący Federacji Związków Zawodowych Metalowców i Hutników, organizacji członkowskiej OPZZ, podjął już działania mające na celu powstrzymanie zwolnień. Federacja zażądała od zarządu spółki wycofania się z planowanych redukcji i podjęcia dialogu na temat alternatywnych rozwiązań. Federacja podkreśla, że zwolnienia nie mają uzasadnienia ekonomicznego ani społecznego i mogą prowadzić do osłabienia całej branży.
OPZZ zauważa, że problemy FŁT Kraśnik S.A. są elementem szerszego kryzysu dotykającego cały sektor energochłonny. Wpływają na niego m.in. wysokie ceny energii i koszty zakupu uprawnień do emisji CO2.
W obliczu zagrożenia dla miejsc pracy i lokalnej gospodarki OPZZ apeluje o pilną interwencję ministra rozwoju i technologii oraz wyznaczenie terminu spotkania, aby omówić możliwe działania ratunkowe. OPZZ oczekuje podjęcia konkretnych kroków, które pozwolą uchronić spółkę przed upadkiem i zapewnić stabilność zatrudnienia.
przez redakcja | środa 26 lutego 2025 | aktualności
Duża firma likwiduje miejsca pracy.
Jak informuje portal lm.pl, koncern Husqvarna zapowiada zwolnienia grupowe w swoich dwóch zakładach. Znany producent sprzętu do pielęgnacji terenów zielonych, pilarek itp., redukuje zatrudnienie w zakładach w Golinie (powiat jarociński) i Zagórowie (pow. słupecki). Zakłady te należą do koncernu od roku 2021, gdy kupiła je od innej firmy. Niedługo trwało utrzymanie zatrudnienia w nich.
Właśnie zapowiedziano, że pracę straci 60 osób ze 150 ogółem zatrudnionych. Zwolnienia będą trwały przez cały rok 2025. Część produkcji zostanie przeniesiona do innych zakładów firmy oraz zlecona zewnętrznym podwykonawcom.
Firma motywuje swoją decyzję globalnym spowolnieniem w przemyśle budowlanym, co miało się odbić na jej skali sprzedaży.