Rozproszeni

W newsletterze zaprzyjaźnionego terapeuty życzenia przyszły takie: Święta? Tym, którzy potrafią je obchodzić, niczego nie będę życzył, tylko pogratuluję. A pozostałym – zestresowanym, zagonionym, stojącym w korkach i kolejkach – życzę opamiętania, opamiętania, opamiętania, spokoju i radości.

Polska przedświąteczna. Jaka jest? Po mojemu – rozproszona. Każdy widzi to, na co patrzy.

Jeśli patrzysz na Fundację Świętego Mikołaja, na akcję Szlachetna Paczka albo na maleńką Kępa Cafe, gdzie właśnie zapraszają się na wspólne oglądanie filmów o fabrykach w Chinach, to myślisz o Polsce ze spokojem. Wypełnia Polska te upiorne formularze wnioskując o granty, robi Polska potrzebne rzeczy.

Jeśli patrzysz do gazety „Dziennik”, to widzisz, że wielkie zmiany w biznesie – excusez le mot – burdelowym. W okresie przedświątecznym cztery razy więcej klientów w czymś, co nazywa się u nas eufemistycznie agencjami towarzyskimi. Cztery lata temu, gdy prowadzono porządne badania, takich rzeczy nie było. Ale od zeszłego roku zmiany. Zwłaszcza przed Wigilią kolejki panów w wieku 35-45 lat. Polska sfrustrowana rozładowuje napięcie.

Jeśli patrzysz w stronę TVN24, to widzisz, że jeden z jej prezenterów, Bogdan Rymanowski, dostał właśnie nagrodę dziennikarza roku. Jeśli patrzysz w stronę „Gazety Wyborczej”, to widzisz, że jeden z jej wice-naczelnych, Piotr Pacewicz, napisał, że mu się ten wybór nie podoba, bo p. Rymanowski głownie napuszcza na siebie zaproszonych rozmówców, żeby mu się ładnie konflikt przełożył na wzrost oglądalności. Jeśli znów patrzysz do tefałenu, to widzisz, że stacja odwołuje swój codzienny program, w którym dziennikarze komentują, co się w Polsce od rana zdarzyło. Odwołuje, bo akurat do komentowania była zaproszona kobita z „Wyborczej”. No a przecież ten Pacewicz taki be.

Już nie masz ochoty patrzeć i idziesz posłuchać sobie radia. W „Trójce” Polska świąteczna jak trzeba. Trebunie Tutki z Twinkle Brothers śpiewają pyszne Pieśni chwały, w których Jamajka z Giewontem brzmią jak dwie siostry syjamskie, żeby nie powiedzieć bracia bliźniacy. Potem nawet Mozarta można posłuchać, bo Trójka konserwatywnieje na stare lata. Albo możesz tam wylicytować świąteczne zestawy. Sławni i piękni dają jakieś rzeczy, które ty możesz nabyć, jeśli jeszcze nie wystraszyłeś się kryzysu i nie składasz do skarpety, a kasa pójdzie na paczki dla dzieci, które potrzebują. Trochę to głupie, ale można i tak zbierać pieniądze. Jeden zestaw jest od Dalajlamy. Zdjęcie z podpisem i coś tam, coś tam. Ręce trochę opadają, ale i tak nie jest najgorzej.

No ale za jakiś czas zaglądasz do newsletterów, które przez czas słuchania przyszły z sieci i widzisz, że kolejny dziennikarz, Sylwester Latkowski – który od lat drąży temat zabójstwa szefa policji, Marka Papały (za co go darzę szacunkiem) – obwieszcza publiczności, że właśnie wysłał do p. Rymanowskiego SMS o treści: Pacewicz upadł na głowę. Przepraszam za niego. I dzierga dla niezorientowanych: ostatnio Bogdan Rymanowski stał się obiektem ataków „Gazety Wyborczej”

Chłopcy, chciałoby Ci się powiedzieć do nich – opamiętajcie się co nieco. No ale jesteś bez kontaktu w zasadzie. Możesz, owszem, mailować, esemesować czy blogować – ale czy to co da? U nas jak się już ktoś okopie na swojej pozycji, to chyba tylko potężne trzęsienie ziemi może go na inną pozycję przemieścić. No chyba, że jakaś rewolucja by była, to też.

A o rewolucji zobaczysz sobie, jak popatrzysz do „Gazety Stołecznej”. Miasto, które urzęduje częściowo w dawnym Pałacu Branickich na Miodowej, ma w końcu spadkobiercom Branickich ten pałac oddać. Już się po wszystkich możliwych sądach pociągali przez lata wolnej Polski, w końcu zmęczeni siedli do negocjacji z przedwojennymi właścicielami i na sam koniec nawet się z nimi umówili, że oddadzą.

Już, już masz ochotę się ucieszyć (ci, co mnie czytają, zrozumieją: coś działa!), ale potem patrzysz na komentarze pod tą informacją. A za czyją kasę Braniccy zbudowali sobie ten pałac. Jasne, że za kasę ukradzioną wyzyskiwanym milionom Polaków. To skandal, żeby ukradzione narodowi dobra zwracać złodziejom. W Polsce wraca feudalizm, ale nie na długo, bo rewolucja tuż. Tak pisze cor-tex.

Rewolucja to jest poważna rzecz, myślisz. Jak ona jest tuż, a ty się nawet nie orientujesz, że taki jest stan faktyczny, to możesz się obudzić z ręką w nocniku. Ale – myślisz – rewolucje nie spadają z nieba na pstryk. Zwykle coś je zapowiada. Ale na wszelki wypadek patrzysz jednak, co tam widać w „Wyborczej”.

Rano nie pisali jeszcze o rewolucji tylko, że – cytuję tytuł – prezydent spadł z pomostu, co miało w skrócie wskazywać na wynik kolejnej rundy never ending story między pałacem premierowskim i prezydenckim. (No, nie czytają mnie premier z prezydentem, nie wiedzą, że należy wspólnie zasnąć w sejmie). Swoją drogą, ci z „Wyborczej” piszą o tych pomostach i spadaniu, a potem się oburzają, że poseł Palikot lata z wibratorem albo ze świńskim łbem na tacy. No, od kogo się uczył tego luzackiego stylu, który podobno jest jaki jest, bo publika to uwielbia?

Wracając do rewolucji… Patrzysz, a już o 15:54 coś jednak jest na rzeczy: Rewolucja w TVP. LPR i Samoobrona przejęły telewizję. Zawieszeni Urbański oraz… Ludzie PiS bronią Urbańskiego: ta decyzja była nielegalna… Może trzeba lecieć na barykady? – myślisz. Kogoś gonić, kogoś siekać, jak by napisał wieszcz?

Ale kogo? I po co? I kiedy?

Przecież trzeba na bazar, kupić kiszoną kapustę i grzyby do barszczu. Bigos nastawić, bo musi się przegryźć.

To idziesz na bazar. I widzisz tam dużo różnych rzeczy – a to jemiołę, a to srebrne świerki w doniczkach, a to wesoło migające chińskie lampki choinkowe, a wśród tego wszystkiego wielkie reklamy gazety „Fakt”.

Dostaje fortunę na fikcyjne biura! To o euro-pośle Marcinie Libickim, który jest szefem komisji do spraw petycji w euro-parlamencie, ma zwykle dobre notowania w dziennikarskim światku i chwali się, że w Wielkopolsce ma aż sześć biur. A tu „Fakt” donosi, że miesięcznie na prowadzenie biur poseł dostaje około 15 tysięcy euro, a biura są zamknięte na głucho, od wielu miesięcy nikt nie widział tam żywej duszy, a w miejscu, gdzie polityk powinien przyjmować wyborców i wysłuchiwać problemów potrzebujących, jest hurtownia z alkoholem.

To Ci przypomina, że do świątecznego obiadu przydałoby się jakieś wytrawne białe wino. Ale zaraz o tym zapominasz, bo „Fakt” straszy: Ludzie zostaną bez mieszkań! Koniec mieszkań za grosze, bo właśnie Trybunał Konstytucyjny orzekł, że sprzedając spółdzielcze mieszkania z dużymi bonifikatami, uwzględniono interes spółdzielców, ale zapomniano uwzględnić interes spółdzielni (ciekawe, że to nie jest to samo), więc już się tak sprzedawać nie będzie. A jak ktoś już kupił? Z tymi bonifikatami? – To będą zabierać? – pytają się nawzajem starsze panie przy stoisku ze śledziami. Jedna odpowiada, że będą zabierać, druga, że przecież mówili że jest państwo prawa, no to chyba nie. A trzecia pani łapie się za serce i płacze. Pan wzywa pogotowie.

Pójdziemy wszyscy do stajenki? Przybiegniemy do Betlejem…

Jeśli popatrzysz na wigilijny stół, to zobaczysz, że jeszcze masz się czego trzymać. W całym tym rozproszeniu – trzymaj się, Polsko.

Polska gnuśnych herosów

Był taki czas, całkiem niedawno, gdy „Gazeta Wyborcza” była świętością, a wyroki ferowane na jej łamach oznaczały dla wielu poważne kłopoty. Osobiście znam kilka osób, które zaprezentowane tamże jako szwarccharaktery, miały spore problemy, z utratą pracy włącznie. Był to czas, gdy krytykowanie tejże gazety i jej twórców stanowiło akt odwagi, ograniczony zazwyczaj do mediów tak niszowych, że na ich tle sceptyczne wobec Michnika publikacje „Tygodnika Solidarność” czy nieistniejącego już dziennika „Życie”, jawiły się jako opinia magnatów medialnych.

Krytyka ta, dodajmy, miała niemal wyłącznie prawicową proweniencję. Miłość prawie całej lewicy wobec Agora S.A. była tak wielka i tak groteskowa, że jeszcze teraz śmieję się na wspomnienie znalezionego niegdyś w Internecie tekstu jednego z młodych gniewnych, krytycznych i radykalnych publicystów, funkcjonującego w środowiskach „Krytyki Politycznej” i „Ha-Artu”. Oznajmił on, że do „Gazety” stracił zaufanie, gdy nachalnie poparła inwazję na Irak w roku 2002. Doprawdy, wielka jest lewicowa wrażliwość społeczna i jeszcze większy krytycyzm środowisk – bowiem nie była to postawa odosobniona – które w tejże samej gazecie przez ponad dekadę nie dostrzegały promowania chamskiego, antyspołecznego liberalizmu gospodarczego…

Od tamtej pory sporo się zmieniło. Dziś krytyka „Wyborczej” jest nie tylko powszechna i masowa – wystarczy wspomnieć „Rzeczpospolitą”, „Dziennik”, „Wprost”, a momentami nawet TVN – ale i znacznie bardziej ostra, bezpardonowa, pozbawiona wielu hamulców, które niegdyś wynikały ze zwyczajnego strachu o własną skórę i o skutki publicznej infamii. Odważnych „antymichnikowców” mamy obecnie tylu, że przypominają się słowa marszałka Piłsudskiego, który podczas defilady weteranów Legionów z okazji obchodów 10-lecia odzyskania niepodległości miał ponoć powiedzieć: „Żebym ja was, kurwa, tylu miał, kiedyśmy z Oleandrów wychodzili”. Ano właśnie – aż dziw bierze, że w kraju zamieszkiwanym przez tylu krytyków Michnika, jego gazeta osiągnęła tak ogromną sprzedaż i jeszcze większy wpływ na świadomość społeczną.

Mniejsza o większość. Mnie po drodze nigdy nie było z tymi, którzy „Wyborczą” krytykowali z pozycji, jak je nazywam, idiot-prawicowych – mam na myśli tych, którzy środowisko „Gazety” oskarżają o „brak patriotyzmu” (tak jakby monopol na patriotyzm mieli klerykalni nacjonaliści) oraz specjalistów od tropienia strasznych rzeczy, które Umęczonemu Narodowi Polskiemu uczyniła matka Michnika i jego brat. Dziś jednak nawet ta forma krytyki środowiska „Wyborczej”, która od dawna była mi bliska, przedostała się do głównego nurtu debaty publicznej. Choćby w postaci zbyt naiwnej i idealistycznej, lecz wartościowej książki Davida Osta „Klęska »Solidarności«”, oskarżającej „lewicę laicką”, że po roku 1989, mówiąc wprost, wypięła się na dawne ideały i na tych, którzy wynieśli ją na szczyty. Obecnie pomstowanie na „Gazetę Wybiórczą” nie jest już ani potrzebne, ani ciekawe, ani twórcze – koń, jaki jest, każdy widzi.

Z wrodzonej przekory, a także z niechęci wobec coraz niższego poziomu owej krytyki, chciałbym się Adamem Michnikiem zachwycić. Zresztą, trafnie kiedyś zauważył jeden z autorów „Obywatela”, że kto wie, czy za autorem „Kościoła, lewicy i dialogu” jeszcze nie zatęsknimy. Bo z Michnikiem można się nie zgadzać, ale Michnik to jest ktoś. Gdy nas opuści, to z kim się nie zgadzać będziemy? Z Lisem Tomaszem? Wolne żarty. Równie dobrze mógłbym się nie zgadzać z jamnikiem sąsiadki – tyle samo ma on poglądów i argumentów wartych przemyślenia i odparcia.

No więc chciałbym się Michnikiem zachwycić, lecz nie mogę. Przeczytałem właśnie w „Polityce” wywiad, którego J. Żakowskiemu udzielił redaktor naczelny „Gazety Wyborczej”. To nie moja wina, lecz obu rozmówców, że leitmotivem wywiadu uczynili porównanie realiów po roku 1989 z tymi, które towarzyszyły odzyskaniu przez Polskę niepodległości 90 lat temu. Właśnie na tym tle szczególnie wyrazista jest nędza Michnika i jego środowiska.

W rozmowie z Żakowskim dominują dwa tony. Ogromne zadowolenie z kształtu Polski po roku 1989, nawet jeśli czasem łaskawie przyznające, że niekoniecznie wszystko poszło idealnie (och, tego chyba nikt nie wymagał). Oraz równie wielkie oburzenie, że są tacy, którzy III RP wtykają szpilki, gdyż to nie ludzie – to wilki. Gdyby chodziło o, dajmy na to, Balcerowicza Leszka, machnąłbym ręką – niechże technokrata rozpływa się w zadowoleniu i sarka na krytykę. Ale Michnik, do ciężkiej cholery, jest intelektualistą! Mamy prawo wymagać odeń czegoś więcej niż banałów, że jest super, jest super, więc o co ci chodzi.

Nie ma sensu rozważać, czy Polacy po 1918 r. lepiej poradzili sobie z nową Polską niż my po 1989. To sprawy nieporównywalne i kto jak kto, ale Michnik – erudyta i historyk – powinien sobie z tego doskonale zdawać sprawę, nawet gdy chodzi o wywiad dla „tygodnika opinii”, czyli mówiąc po ludzku i nazywając rzecz po imieniu, dla gazety o treściach lekkich, łatwych i przyjemnych. Nawet jednak, gdyby uznać, że „transformacja ustrojowa” wypadła o niebo lepiej niż „odbudowa państwa”, to w tym wywodzie pojawia się coś, co budzi we mnie dezaprobatę.

Otóż intelektualista powinien być krytyczny i niezadowolony. Nie krytykancki i nie malkontencki, ale przenikliwie sceptyczny. Bo międzywojnie też miało oczywiste osiągnięcia, a wręcz nikt o zdrowych zmysłach, nawet jeśli jest liberałem, nie powie, że Władysław Grabski czy Eugeniusz Kwiatkowski posiadali mniej powodów do satysfakcji niż Leszek Balcerowicz. Ale nie zmienia to faktu, że ówcześni intelektualiści – a to z nimi, nie zaś z ministrami finansów czy gospodarki należy porównywać Michnika – byli do głębi niezadowoleni i krytyczni. Nie jako urodzeni malkontenci, bo przecież potrafili wychwalać realne osiągnięcia, lecz jako intelektualiści właśnie. Intelektualista powinien wiedzieć więcej, myśleć ostrzej, wybiegać w dalszą dal niż reszta, wzorem Wieszcza sięgać tam, gdzie wzrok nie sięga.

Intelektualista był w międzywojniu rozczarowany. Nie tym, że nie zrobiono niczego dobrego. Tym, że zrobiono za mało – bo intelektualiście zawsze jest za mało. Kogokolwiek byśmy nie wzięli spośród ówczesnych „intelektualistów zaangażowanych”, jakiej drogi politycznej by on nie obrał, wszyscy byli niezadowoleni. Czy związali się z ludowcami, czy z PPS-em, czy wiernie trwali przy Piłsudskim, czy zajęli się mrówczą pracą w apolitycznych instytucjach społecznych, czy wycofali z życia publicznego w przekonaniu, że już zrobili swoje, „reaktywowali Polskę” – mieli oni przekonanie, że można było więcej, lepiej, szybciej. Popularność „Przedwiośnia” Żeromskiego wzięła się właśnie stąd, że trącił on najważniejszą strunę serc „zaangażowanych intelektualistów”, niezależnie od ich politycznych afiliacji – strunę niezadowolenia z Polski. Gdy poznajemy biografie ówczesnych odpowiedników Michnika, właśnie ta kwestia stanowi wspólny mianownik pokolenia, które śniło i marzyło o nowej Polsce i ją ujrzało.

Powie ktoś, że byt określa świadomość, a zatem Michnik jest zadowolony, gdyż jemu osobiście się powiodło po roku 1989. Znam teorie, wedle których pan Adam dał się w 1968 roku wsadzić do pudła, ponieważ wiedział, że 30 lat później będzie mógł przeliczać judaszowe srebrniki płynące szerokim strumieniem w ślad za akcjami Agora S.A. Autorów takich wywodów pozwolę sobie odesłać do Tworek, bo tam jest ich miejsce. Trop ten, rozpatrywany poważnie, tj. bez personalno-finansowych wyliczeń, jest zresztą błędny. To przecież nie jest tak, że w roku 1925 czy dekadę później realia II RP krytykowali wyłącznie ci, którzy zajadali czerstwy chleb z margaryną i marmoladą. Żeromski, aczkolwiek biedujący przez sporą część życia, w momencie pisania „Przedwiośnia” był już człowiekiem jeśli nie zamożnym, to na pewno pozbawionym trosk materialnych. Podobnie jak wielu jemu podobnych, którzy wskutek zasobów rodzinnych, piastowanych stanowisk czy indywidualnych talentów byli wówczas całkiem nieźle urządzeni. A mimo to chcieli Polski innej – lepszej.

U Michnika tego wszystkiego natomiast nie ma ani śladu. Nie ma krytycyzmu, nie ma nawet cienia idealizmu, nie ma autorefleksji. Jest tylko gnuśne samozadowolenie i przeraźliwie egocentryczne (w tej manierze Michnika zdystansował tylko Wałęsa) analizowanie głosów krytycznych wobec status quo. Owszem, mamy tu polemiczną pasję, która co i rusz przejawia się w postaci gromów na nacjonalizm, populizm, antydemokratyzm itd. Jest tylko jeden problem. Różnica między II a III RP polega m.in. na tym, że to, co kiedyś było radykalne i postępowe, obecnie jest drobnomieszczańskie. To za sprawą m.in. „Gazety Wyborczej”, ideologią gospodyń domowych i szkolnych lizusów jest pomstowanie na Kaczorów, Giertycha, IPN, populizm i faszyzm.

Dzisiejsze Panie Dulskie są zwolenniczkami podatku liniowego, są przeciwne „utrzymywaniu roszczeniowych darmozjadów”, są entuzjastkami otwarcia granic dla światowego kapitału i kolejnych sieci hipermarketów, wierzą w nowoczesną wersję socjaldarwinizmu, wedle której biedny jest z definicji głupi i leniwy, to one przodują w wyśmiewaniu szkolnych mundurków, nie lubią „grzebania w teczkach” i „kampanii nienawiści”, z zainteresowaniem śledzą nowoczesne, billboardowe kampanie wyborcze i czytają „tygodniki opinii”. A ich guru upadł tak nisko, że z zadowoleniem stoi na czele tej Rodziny Gazety Michnika.

Terror tragizmu i patosu

Kupujący ukrzyżowaną figurkę, aby ubierać ją jak laleczkę Barbie wprawdzie należą do naczelnych, ale mam nadzieję, że to dalecy krewni homo sapiens i nie musimy się z nimi przyjaźnić. Nie widać granicy, której wolny rynek i wolne media nie przekroczą w pogoni za zyskiem.

Na drugim biegunie jest absurdalne żądanie, aby wojownicy, ratownicy i wszyscy, którzy znaleźli się w niebezpieczeństwie, zachowywali się dostojnie, stosownie do powagi sytuacji. Ludzi nie szokuje krwawa przemoc, w której pławią się co wieczór przed telewizorem, natomiast gorszy ich, gdy chirurg lub strażak zaklnie.

Bardzo często ludzie odważni mają skłonność do żartowania z zagrożeń. Być może odporność na duże obciążenia psychiczne i fizyczne ma związek z umiejętnością rozładowywania napięcia. Nie znam się na tym, ale nie mam zaufania do specjalistów, którzy w każdej sytuacji zalecają: rozluźnij się, skoncentruj się, myśl pozytywnie. Rozluźnianie się nie jest wskazane, kiedy wyleci stopień na skale, a zamiast koncentrować się, lepiej zawierzyć komputerkowi w mózgu, który potrafi błyskawicznie coś wymyślić. Może myślenie pozytywne ma jakieś zalety, ale mnie pomaga najczarniejszy humor. Kiedy pomyślę, że co najwyżej mnie zabiją, a moi wrogowie na pogrzebie będą musieli udawać, że im ogromnie smutno, to zaraz mi lepiej.

Nie jestem wyjątkiem. Znajomą na Orlej Perci paraliżował strach, że córka spadnie. – „Postanowiłam, że jeśli Magda spadnie, to zepchnę w przepaść Staszka i sama skoczę. Miałam już świetny plan i zaraz zaczęło mi się w górach podobać”. Ratownicy tatrzańscy zaśmiewali się z nieboszczyka, którego wykopali z lawiny. Zła pogoda przerwała akcję ratunkową i szli do Dolinki za Mnichem już tylko na poszukiwanie zwłok. Z daleka zobaczyli sterczącą ze śniegu uśmiechniętą główkę w kolorowej czapce i jedną rączkę, która do nich radośnie machała na powitanie.

O takich zdarzeniach opowiada się tylko we własnym gronie, ponieważ żyjemy pod terrorem tragizmu i patosu. Krzysztof Wyszkowski ostrzegał mnie, że jeśli będę opowiadać jak w obozie internowanych było miło i wesoło, to ludzie uznają mnie za agentkę. Było różnie, ale miło i wesoło też. W listach z więzienia, które dostawały rodziny, były wzniosłe myśli o samotności, chociaż polityczni siedzieli nie w karcerach, lecz w przepełnionych celach. W więzieniu brak jest bliskich osób, ale nie towarzystwa i raczej marzy się o samotności. Tylko Andrzej opowiada o pięknej przyrodzie Syberii, o mrozach, buranach, upałach i kwitnącym stepie na wiosnę. Wszyscy mówią tylko o mrozach, chociaż na dalekiej północy upał jest bardzo uciążliwy. Nigdzie tak nie marzyłam o skrawku cienia, jak na wędrówce za kręgiem polarnym, gdzie słońce grzeje całą dobę. Mówi się o mrozach, bo taki jest kanon opowieści o tragicznych losach zesłańców i łagierników.

Przymus dramatycznego, patetycznego tonu zniekształca rzeczywistość. Kto łamie ten nakaz, nie narzeka, chociaż jest chory, represji i krzywd nie przedstawia w najczarniejszych barwach, ten jest niewiarygodny, a jego zasługi czy cierpienia nie istnieją. Trwa więc swoisty konkurs na to, „kto miał gorzej”. Inne nacje, np. Anglicy, kultywują odmienną modę. W dobrym tonie jest bagatelizowanie przeżytych trudów, cierpień i zagrożeń, ceniona jest dzielność, zaradność, odporność.

Podobno Polacy też kiedyś tacy byli, a przynajmniej chcieli za takich uchodzić. Zastanawiałam się, co się z nami stało. Być może jedną z przyczyn jest to, że już od kilku pokoleń przegrywali ludzie prawi i dzielni, wygrywali dekownicy i zdrajcy. Zwycięzcy wkładają laurowe wieńce, a pamięć o bohaterach niszczą. Spod propagandy, która zastępuje nam historię, wyziera słabo skrywany cynizm: śmierć frajerom. Czasem dosłownie. Historia rotmistrza Pileckiego jest najlepszym tego przykładem.

Dziwaczne poplątanie cynizmu z postulatem patetycznego heroizmu wymazało z polskiej historii czasy PRL. Została czarna, a raczej szara dziura, nicość, jak nazywa ten czas Bronisław Wildstein. Patos zastrzeżony był dla władzy. Ryszard Siwiec, który spalił się na stadionie X-lecia PRL został nie bohaterem, lecz wariatem. Na bohaterskie czyny nie było miejsca, a sprzeciw był nieefektowny. Kiedy ktoś odmawiał składki na Wietnam albo pójścia na pochód, ludzie wzruszali ramionami: co to da, a człowiek się narazi. Kiedy teraz słyszę od ważnych ludzi III RP, jak walczyli o Polskę, nawet ci w KC PZPR i SB, a już na pewno wszyscy TW, to zastanawiam się, czy żyliśmy w tym samym kraju. 70 procent ankietowanych zadeklarowało oddanie życia za niepodległość. Oddaliby życie, ale premię kwartalną albo awans to już raczej nie.

Dlatego lepiej dla wszystkich, aby PRL została czarną dziurą, nicością. Kto powie, że fajnie i wesoło było na wczasach w tych góralskich lasach, ten z nostalgią wspomina młodość, albo jest komuchem, któremu było dobrze. Ci, którym było dobrze, stawiają pomniki Gierkowi i awanturują się, kiedy ktoś im przeszkadza. Pierwszymi wrogami III RP są historycy z IPN, którzy wyciągają z historii PRL „jakieś brudy”. Dwa pokolenia odarto z godności likwidując polski przemysł jakby był kupą złomu. Z czarnej dziury wychylają się tylko dzieła TW, które jakimś cudem zachowały wartość. Młodzież wyciąga z dziury śmieszne gadżety. Dla świetlanej przyszłości przyszłych pokoleń wymazano 45 lat historii Polski.

Innej Polski nie będzie

90. rocznica obchodów odzyskania niepodległości to zwyczajowa okazja do przemyśleń o losach państwa. Przemyśleń nieco schizofrenicznych, jak cała nasza rzeczywistość. Paradoks polega na tym, że obchodzimy 90. rocznicę odzyskania niepodległości przez byt czysto dziś symboliczny, nazwany II Rzeczpospolitą, gdy tymczasem większość struktur instytucjonalnych, nie mówiąc o kształtach granic, dziedziczymy po państwie, które tak deklaratywnie, jak i w zamierzeniu tradycjom II RP w znacznym stopniu przeczyło. Stąd pewna nieusuwalna sztuczność rekonstrukcji tradycji historycznych sprzed 1945 roku.

Innej Polski, niż po-PRL-owska nie będzie – na mocy samych wydarzeń historycznych. Bo też w dziejach naszego narodu/państwa jest tak, że każda radykalna zmiana ustrojowa odbywała się w ciągu ostatnich stuleci na skutek ingerencji zewnętrznej i pośród wydarzeń, które nie bez przesady można nazwać katastroficznymi. My zaś pozostaniemy już „państwem bez właściwości”, jeżeli miarą charakteru państwowotwórczego uczynić czytelne dla żyjących pokoleń, heroiczne na ogół mity założycielskie. Co jest zaś mitem założycielskim III RP? „Solidarność”? Jeśli tak, to mit to dość wykoślawiony i mocno niepełny, a przynajmniej dyskusyjny. „Okrągły Stół”? Tu sprawa ma się na ogół jeszcze gorzej. A później już tylko szare lata partyjniactwa i ideowej bylejakości, ucieczki w konsumpcję lub wygnania w biedę. I jeszcze tylko wejście do Unii i śmierć Jana Pawła II, do tego fajerwerk IV RP i znów cisza i spokój.

Mam zresztą dziwne wrażenie, że mimo raz po raz ponawianych lustracyjnych bojów, w Polsce istnieje cicha zmowa pokoleń, w którą włączeni są tak 20-, jak i 60-latkowie, by tak naprawdę niczego nie ruszać i nie zmieniać, by raczej żyć i pozwolić żyć innym w tym, co jest i jakie jest. Starsi zyskują dzięki temu święty spokój lub inne formy rekompensaty za swoją przemilczaną czy zmarnowaną przeszłość, młodsi: szansę pracy i jako takiego wynagrodzenia czy startu w dorosłość. I stąd m.in. zgoda na patologie życia gospodarczego, instytucjonalnego czy prawnego. Na partyjne i medialne status quo, które wszelki radykalizm czy nonkonformizm (lewicowy, prawicowy, liberalny czy jaki tam chcecie) skutecznie pacyfikuje i deprawuje: za granty, artykuły w wysokonakładowej prasie, nagrody dziennikarskie i księgarskie, itp. małe przyjemności, które sprawiają, że człowiek czuje się spełniony i mniej myśli, czy aby nie wdepnął w… Matrix. I dlatego do IPN czy innych okołopaństwowych, w tym medialnych, instytucji zatrudniani są chłopcy z prawicowym i neokonserwatywnym certyfikatem jakości, a pryszczaci rewolucjoniści nie wstydzą się brać kasy od cyników z SLD. W końcu trzeba jakoś żyć, by wyartykułować swoje subtelnie ocenzurowane i wygładzone racje.

Dlatego, jeśli o mnie chodzi, jestem z tą Polską coraz doskonalej pogodzony, choć – paradoksalnie – coraz mocniej wobec niej zdystansowany. Innej Polski mieć nie będę i nawet nie chcę, bo jak napisałem powyżej – jak znam świat, a przynajmniej tę jego okolicę – najpierw musiałbym przeżyć jakiś mało sympatyczny konflikt zbrojny. Z drugiej strony: ta Polska wcale mi się specjalnie nie podoba, czy ściśle: zdaje sobie sprawę z jej ułomności. Pięknie tą kwestię opisał Wasilij Rozanow, w odniesieniu do przedrewolucyjnej Rosji, na kartach „Apokalipsy naszych czasów”. Pozwolę sobie na cytat: „Na przykład »chcę urodzić ślicznego i mądrego chłopczyka«, a rodzi się »z sześcioma palcami, przygłupi i z nieoczekiwanymi wadami«. To samo stało się z naszą planetą. Jakby coś ją przestraszyło, gdy była brzemienna i urodziła »nie po Bożej myśli«, lecz »nieco inaczej«. I tak to, »co boskie« zmieszało się z tym, co »inaczej«”.

Pomijając metafizykę, która dla Rozanowa bywała swego rodzaju zabiegiem stylistycznym, zza której nieustannie przebijają rosyjskie sprawy, przekaz jest czytelny także na naszym gruncie. Miała być Polska „śliczna i mądra”, trochę taka jak w piosence Maryli Rodowicz, wyśpiewanej na okolicznościowym festynie medialnym z okazji obchodów 90-lecia odzyskania niepodległości, a urodziła się „z sześcioma palcami, przygłupia i z nieoczekiwanymi wadami”. Polska upośledzona i schizofreniczna właśnie, która właściwie nikomu specjalnie nie odpowiada (choć każdy ma po temu inne powody), no ale już jest i taką ją przekażemy następnym i następnym pokoleniom, z nadzieją, że one będą w stanie wprowadzić sensowne korekty. Oczywiście pod warunkiem, że nie ulegną presji warunków, koterii i zależności, w jakich im także przyjdzie żyć.

Choć w sumie to ciekawe, jakich mężów stanu, jakich poetów, jakich filozofów, społeczników, kapłanów, generałów, jakich ludzi urodzi ta Polska, gdy nie będzie się jej przeszkadzać, gdy nie będą tu spadać bomby przez lat sto czy dwieście, gdy nikt na mapach nie będzie na nowo zaznaczał granic, a gąsienice czołgów nie zachrzęszczą po skorupach porcelany. Może z brzydkiego kaczątka wyrośnie piękny łabędź, a mądrzy, dumni i majętni Polacy będą spierać się o sprawy, które dziś spowite są dla nas tajemnicą.

Dreams come true

Łączę się z artystą moim ukochanym w podobnym zdziwieniu sobą, ilekroć siadam do komputera, żeby wystukać kolejny felieton.

Może zabieram głos, bo jestem człowiekiem dialogu? A dialog – teraz, w Polsce, tuż po obchodach rocznicy niepodległości zwłaszcza – to przecież ważna rzecz. Co i rusz ktoś do rządowego Centrum Dialog idzie, chce iść, nie dochodzi. Duży ruch wokół tego dialogu.

Na stronie internetowej Centrum Partnerstwa Społecznego Dialog wisi tekst – motto zapewne, bo wisi na głównej i blisko początku. Uwaga:

Dialog społeczny jest fenomenem ostatnich dziesięcioleci w wielu państwach Europy i świata.  W większości krajów europejskich stale rozbudowywane są mechanizmy doskonalące prowadzenie negocjacji i konsultacji rządów z przedstawicielami głównych grup społecznych. Dzięki nim możliwe jest współdecydowanie partnerów społecznych w sprawach kluczowych dla swoich państw i dla nich samych. Mechanizmy dialogu umożliwiają budowanie szerokiego konsensusu społecznego wokół wartości i kwestii fundamentalnych dla państw i obywateli. Partnerzy społeczni wspólnie z rządem starają się o wypracowanie rozwiązań, które czynią z ich krajów obszar konkurencyjny ekonomicznie, a także przyjazny społecznie.

No. Jest dobrze. Więc co znowu każe mi zabrać głos?

Ostatnio widziałam w telewizorze jednego partnera społecznego – Janusza Śniadka z „Solidarności”, jak wspólnie z rządem – Michałem Boni – rozmawiał. Dziennikarka – Monika Olejnik – też rozmawiała, wtrącając w połowie każdego kolejnego zdania obu panów wciąż to samo: no ale niech mi pan powie…

Pan partner społeczny próbował powiedzieć, że dialog uprawiany w Komisji Trójstronnej jest fikcją, bo co tam mróweczki w zespołach ustalą, to potem i tak z ustaleń wylatuje. Pan rząd mówił na to, że to nieprawda i że pan partner społeczny kłamie i że powinien mieć szacunek dla stanowiska przeciwnika. Pani dziennikarka wciąż wtrącała swoje: no ale niech mi pan powie – raz do jednego, raz do drugiego. Najczęściej do partnera społecznego jednak. Miał jej powiedzieć, czy jest ten dialog, czy nie. Mówił, co i rusz, że nie ma, ale wtedy wtrącał się pan rząd, że pan partner społeczny kłamie, no i pani dziennikarka znów zaczynała swoje no ale niech mi pan powie…

***

Gdy byłam małą dziewczynką, miejska komunikacja była siecią stałą i bezpieczną. Z mojej Pragi, przez lata jeździłam do miasta, czyli do Warszawy, ósemką, a na drugi koniec, do babci – dwudziestką-szóstką. Z biletem z cienkiego papieru w kieszeni, wiedziałam, gdzie wsiadam i gdzie wysiadam. Dzisiaj mam w kieszeni stos kartonu z hologramami i zwykle nie wiem, czy dojadę, gdzie chcę. Miejska komunikacja żywo reaguje na różnorodne, przeciw-komunikacyjne, jak powiedziałby profesor Bralczyk, potrzeby rozrośniętego miasta.

Jedzie prezydent do premiera albo prezydentowa do księgarni – autobus przystaje, żeby przepuścić kawalkadę z ciemnymi szybami, wyjącą klaksonami. Przyjeżdża dwóch obcych premierów i nie daj Boże gdzieś składają kwiatki – autobus jedzie objazdem i nie wiem, gdzie się zatrzyma. Festyn z okazji różowej, zielonej, albo fioletowej wstążki – autobusy i tramwaje zmieniają trasy. Byle deszczyk – wszystko staje w korkach. Ktoś przepycha projekt budowy biurowca koło starego parku – przez dwa lata kwartał ulic pozbawiony komunikacji. Sypie się stary wiadukt, zamkną go na trzy lata i każą iść pod ziemię, bo mamy przecież metro. Szczyt europejski na równi z demonstracją związkowców, paradą wolności czy świętem niepodległości powodują wycofanie się autobusów i tramwajów ze swoich tras.

Starsza pani z laską, młoda pani z wózkiem, pan w średnim wieku z nogą w gipsie i ja – z głupim nawykiem znajdowania sensu – nie czujemy się wtedy w miejskiej komunikacji ani pewnie, ani bezpiecznie. Można nawet powiedzieć, że nie czujemy się u siebie.

W peerelu, który zamykał ludzi do wiezienia za niesłuszne poglądy, albo po prostu pozbawiał ich możliwości kariery i awansu za niezapisanie się do partii – komunikacja miejska zmieniała trasy chyba tylko raz w roku. Na 1 maja, kiedy szedł pochód ludu pracującego miast i wsi. Coś kazało zachowywać pozory dbałości o prostego człowieka, krzywdzonego, owszem, ale na innych polach. Dzisiaj, lud wyposażony w kartkę do demokratycznego głosowania co cztery lata, na co dzień przeganiany jest z miejsca na miejsce w zależności od potrzeb.

Priorytety. Peerelowski system – zaprowadzony siłą, dla dobra zwykłych ludzi – miał je szczytne i wypisane na sztandarach, choć ich nie realizował. Świętująca dwudziestolecie, a właściwie dziewięćdziesięciolecie Niepodległa w ogóle je ma? Może priorytetem jest rozwój? Albo promowanie, czy tam nieskrępowane przejawianie się różnorodności? No a może ten dialog? Czy ja wiem?

***

Od jednego z najważniejszych polskich reżyserów słyszałem osobiście, że komuna liczyła się z jego opinią, choć się z nią nie zgadzała. Obecna władza zgadza się z nim w pełni, ale się z nim nie liczy – opowiada Władyslaw Pasikowski, ten od „Psów”. Od kilku lat chodzi ze scenariuszem filmu o Jedwabnem i nie dostaje na niego pieniędzy, choć zebrał od kogo trzeba same najlepsze recenzje. I dialoguje z szefową od państwowych pieniędzy na polskie filmy.

Powinni usiąść z tą szefową w Centrum Dialog. Albo w telewizorze, u pani Olejnik. Po połowie każdego zdania mówiłaby: no ale niech mi pan powie…

***

Waglewski, w tej samej piosence:

Dreams come true. Srutu tutu tu. Jak miewasz się z tym, co wiesz? Módlmy się za nich. I za nas też

Anty-socjal

Toczący się właśnie spór o tzw. emerytury pomostowe to dobra okazja, by zastanowić się nad tym, jak powinna wyglądać polityka na serio prospołeczna i czym się ona różni od może efektownego, lecz nieefektywnego szastania finansami publicznymi, które koniec końców skutecznie obrzydzi wszelki „socjalizm”. A wręcz zaowocuje skrajnie liberalną reakcją, jak to miało miejsce w latach 70., gdy neoliberalni propagandyści celnie wypunktowali błędy popełnione przez apologetów państw opiekuńczych.

Wyjaśnię od razu, że jestem zwolennikiem – i to wielkim – emerytur pomostowych, choć z nieco innych powodów niż te, które legły u podstaw tego rozwiązania. Przyczyną wprowadzenia takich emerytur były w krajach rozwiniętych głównie względy medyczne. Istnieje całkiem sporo zawodów, które wiążą się ze znacznie szybszymi ubytkami zdrowotnymi niż u osób wykonujących inne prace. To zresztą „oczywista oczywistość” – wystarczy odrobina wyobraźni, aby pojąć, że wysiłek górnika nie jest podobny do siedzenia na biurowym fotelu. Podobnie jest nie tylko z pracami w ciężkich, szkodliwych, nienaturalnych warunkach, ale także w sytuacjach, w których narażeni jesteśmy na ponadprzeciętny stres: inna jest praca kierowcy samochodu dostawczego, inna zaś szofera karetki pogotowia. A ludzie nie tylko żołądki, ale też systemy nerwowe mają statystycznie równe.

Sęk w tym, że o ile istnieją zawody, w których przypadku nie ma wątpliwości, że wcześniejsza emerytura nie jest żadnym przywilejem, lecz powinna stanowić elementarne prawo, o tyle przyznanie go innym grupom zawodowym stanowi dobry argument przeciwko emeryturom pomostowym. Bo między bajki można włożyć opowieści, że praca nauczyciela, mającego około 2 miesięcy odpoczynku w skali roku, jest szczególnie uciążliwa w porównaniu choćby z osobą prowadzącą po całych dniach, niemal bez wyjeżdżania na urlop, punkt handlowy czy usługowy. Do tego dochodzi nie mniej ważny, lecz rzadko dyskutowany problem zróżnicowania w obrębie danej branży. Skala stresu i ryzyka jest odmienna w przypadku policjanta z wydziału przestępczości zorganizowanej czy choćby z tzw. prewencji, niż u brzuchatych panów z drogówki czy umundurowanej sekretarki na komendzie. Inna jest praca górnika dołowego, a inna też formalnego górnika, który jednak pod ziemię zjeżdża na godzinę w ciągu zmiany, prowadzić pomiary czy kontrolować stan robót. Jeśli dziś emerytura pomostowa przysługuje również temu drugiemu „górnikowi”, a na emeryturę przejść może każdy policjant z 15-letnim stażem pracy, to rozwiązanie takie nie ma nic wspólnego z troską o słabszych i poszkodowanych, lecz stanowi kreowanie uprzywilejowanej warstwy, która niczym sobie na takie traktowanie nie zasłużyła.

Gdyby mieć na uwadze jedynie te aspekty problemu, byłbym skłonny poprzeć odebranie uprawnień do wcześniejszych emerytur znacznej części zawodów dziś posiadających takową możliwość, a w wielu pozostałych uzależnić ich przyznawanie od orzeczeń lekarskich. I nie byłoby w tym niczego liberalnego – wręcz przeciwnie, wyłącznie chęć eliminacji drastycznych nierówności w traktowaniu różnych grup pracowników najemnych. Ale szczególnie w polskich realiach istnieje czynnik, który sprawia, że być może należałoby się zastanowić nad rozciągnięciem prawa do emerytur pomostowych na wiele kolejnych zawodów, znacznie więcej niż obecnie.

Mam na myśli charakter naszego rynku pracy. To prawda, że w zamożnych krajach pracuje się statystycznie dłużej niż w Polsce. I że myśli się tam o podniesieniu wieku emerytalnego. Ale, po pierwsze, w tych krajach bezrobocie wynosi 3 czy 6 procent, co oznacza, że zwolnieni z pracy w okolicach 50-tki nie są w sytuacji beznadziejnej, zwłaszcza, iż bezrobocie znacznie rzadziej niż u nas dotyka całe rodziny czy regiony. Działa tam także sprawna, państwowa opieka nie tyle socjalna, co aktywizacyjno-zawodowa, wsparta w dodatku rozmaitymi oddolnymi strukturami integracyjnymi, samopomocowymi, kształceniowymi itp. Tamtejszy nowoczesny rynek pracy jest na różne sposoby okiełznany instytucjonalnie oraz oswojony za pośrednictwem różnych podmiotów społecznych. Tymczasem w Polsce jest dokładnie odwrotnie – u nas utrata pracy już po 40-tce oznacza w bardzo wielu zawodach oraz w nie-metropolitalnych regionach po prostu wypadnięcie za burtę podczas sztormu. Tacy ludzie przegrywają konkurencję z młodymi, dynamicznymi, bardziej sprawnymi i wytrzymałymi. Nie istnieje też żaden sensowny system wsparcia zawodowego (przekwalifikowanie) i – co nie mniej ważne – psychologicznego. W sytuacji, gdy bezrobocie wynosi wciąż ok. 10%, a w wielu regionach jest dwukrotnie wyższe, redukcje zatrudnienia wśród osób w wieku średnio-starszym oznaczają prawdziwy dramat społeczny i osobisty. Ale nie tylko redukcje – na dzikim rynku pracy, w gospodarce szybkich przeobrażeń, którym nie towarzyszy dynamiczna zmiana sposobów wsparcia od państwa, samo nadążanie osób mających pracę za nowymi wymogami nie jest łatwe w przypadku 40-50-latków. W takich sytuacjach emerytury pomostowe dla ogółu pracujących mogłyby funkcjonować jako swego rodzaju szalupa ratunkowa, korzystniejsza z punktu widzenia kondycji społeczeństwa niż bezrobocie i towarzyszące mu patologie. Ale właśnie jako szalupa ratunkowa, chroniąca przed zatonięciem, nie zaś jako wygodny przywilej dla wybrańców, niedostępny innym, choćby znajdowali się w gorszej sytuacji – i właśnie tak należałoby skonstruować ów system.

Oczywiście wiem, że byłoby to kosztowne, nie sądzę jednak, że aż tak bardzo. Po pierwsze, ludzie niekoniecznie rezygnują z pracy, gdy mogą to uczynić – pracują nadal choćby dlatego, że zarabiają więcej niż otrzymają emerytury albo dlatego, że lubią pracować, czy też z przyzwyczajenia i chęci utrzymywania kontaktów międzyludzkich. Po drugie, bo bezrobocie też jest z punktu widzenia państwa kosztowne, podobnie jak z punktu widzenia prywatnego biznesu (więcej osób bez dochodów to mniej klientów).

Przy okazji emerytur pomostowych pojawia się jednak problem znacznie szerszy. Gdy myślę o ideałach lewicowych czy prospołecznych, mam przed oczami obraz takiego społeczeństwa, w którym troszczymy się o równe szanse i warunki bytowania dla wszystkich, a pomoc kierujemy do naprawdę słabszych, aby podciągnąć ich w górę. Tymczasem obserwując rozmaite środowiska wymachujące symbolicznym „czerwonym sztandarem”, mam wrażenie, że chodzi im o coś zupełnie innego – o to, by każda grupa, która określi się jako słabsza i pokrzywdzona (bez konieczności uzasadnienia tegoż), mogła bez pardonu wyrwać z budżetu dowolne środki, bez oglądania się na inne grupy. Każdy strajk, każda „eskalacja żądań”, zasługują w oczach takich środowisk na wsparcie. W moich nie zasługują.

Znam grupy zawodowe pracujące w trudniejszych i mniej stabilnych warunkach niż nauczyciele, którzy oprócz zagospodarowania dwóch miesięcy wakacji i przepracowania 18 godzin pensum (tak, wiem, zdarza się, że pracują nie 18, lecz 35 godzin – tylko co z tego?) muszą sprawdzić klasówki w domu czy przygotować się do zajęć. Z drugiej wszakże strony, wiem, że ci sami nauczyciele zarabiają przeciętnie mniej niż słabiej wykształcone pielęgniarki, które w nieskończoność „eskalują protesty płacowe”, a przede wszystkim znacznie gorzej niż lekarze zatrudnieni na trzech „etatach” (każdy po 2-3 godziny) w placówkach państwowych i prywatnych, regularnie „odchodzący od łóżek pacjentów”, bo pensja rzędu 8-15 tysięcy złotych nie pozwala im „żyć godnie”. Wiem też i to, że wśród nauczycieli są stale dokształcający się poloniści i historyczki, muszący zapanować nad „trudną młodzieżą”, ale są też wuefiści, którzy od lat prowadzą zajęcia wedle znanego systemu „mata” – przychodzi taki facet, rzuca piłkę i mówi: mata i grajta, ale się nie pozabijajta. Wiem też, że w nocy pracują nie tylko niektórzy hutnicy i kolejarze, ale także np. część sprzedawców, dziennikarzy i taksówkarzy. Ponadprzeciętny stres towarzyszy nie tylko pracy policjanta, ale także niektórym działaniom pracowników prywatnych agencji ochroniarskich. I tak dalej. Tym niemniej, bardzo krytycznie oceniam stosowanie zasady „dziel i rządź” i napuszczanie jednych grup zawodowych na inne, aby przypadkiem nie powiedziały jednym, silnym głosem, że domagają się tego i tego, i potrafiły wspólnie to wywalczyć. Dlatego poza wyjątkowymi przypadkami nie odmawiam prawa do strajku pielęgniarkom, zaś skargi nauczycieli na swą ciężką pracę staram się zrozumieć mimo wspomnianych wątpliwości.

Coraz częściej jednak nachodzi mnie myśl, że w systemie, który istnieje w Polsce, najsłabsi i najbardziej potrzebujący pomocy nie tylko jej nie otrzymują, ale nawet nie stają się przedmiotem zainteresowania rozmaitych środowisk, które teoretycznie zajmują się ich wspieraniem. Nie mówię nawet o grupkach, które na „wywalczaniu” tego i owego budują własną popularność i próbują ugrać swoje trzy grosze – sztandarowym przykładem może tu być znany z niedawnej bezcelowej okupacji biura poselskiego Tuska związek zawodowy „Sierpień ‘80”, coraz bardziej wyspecjalizowany w żerowaniu na różnych problemach społecznych i robieniu sobie autoreklamy ich kosztem. Niestety, na tę grę pozorów dają się nabierać także grupy i osoby, których szczerość poglądów prospołecznych nie ulega wątpliwości. Gdyby na serio potraktować ich deklaracje, okazałoby się, że w Polsce 80% społeczeństwa, analizowanego wedle dowolnego kryterium (branże, regiony czy wysokość dochodów), wymaga natychmiastowego wsparcia z budżetu.

Skala biedy i marginalizacji jest w naszym kraju znaczna, ale jeśli ktoś uważa, że pomóc należy niemal wszystkim, to w efekcie nie pomoże nikomu. Nie tylko dlatego, że nie udźwignie tego żaden budżet, nawet bardziej zasobny niż polski i nawet wtedy, gdy wszystkich „burżujów” obłożymy podatkiem dochodowym w wysokości 99%. Przede wszystkim nie uda się to dlatego, że wsparcie bazujące na ideałach równości i sprawiedliwości ma sens wyłącznie wtedy, gdy trafia do naprawdę potrzebujących. W przeciwnym razie zamiast wcielenia w życie tychże ideałów, mamy nowe przywileje i promowanie cwaniactwa. Tymczasem słabość, ale także wygodnictwo różnych środowisk prospołecznych w Polsce polega na tym, że nikt nie zastanawia się, komu i jakiego wsparcia należałoby udzielić.

Polscy lewicowcy uwielbiają powoływać się na skandynawski system socjalny. Ja też go cenię, bo zapewnia najwyższy poziom życia na świecie i stabilizację społeczną. Ale ten system działa sprawnie bynajmniej nie dlatego, że na prawo i lewo rozdaje zasiłki. Owszem, zdarzają się tam patologie i nadużycia, ale jednocześnie całość bazuje na uczciwości beneficjentów pomocy, rzetelnych analizach ich sytuacji, a także na sprawnej kontroli. Tymczasem każdy, kto zetknął się z polską tzw. pomocą społeczną lub wie, co kryje się za oficjalnymi wskaźnikami bezrobocia i biedy, wie, że u nas spora część zapomóg trafia w kieszenie nie biedaków, lecz cwaniaków, a znaczna ilość formalnie bezrobotnych ma pracę na czarno i zarabia nierzadko lepiej niż „etatowcy”. Efekt jest taki, że ci, którzy naprawdę potrzebują wsparcia, otrzymują ochłapy, bo tyle zostaje po „równym” rozdzieleniu dostępnej puli.

Taki system to nie socjalizm – to idiotyzm. Zamiast umożliwić przezwyciężenie biedy, on tę biedę konserwuje – wsparcie jest o wiele za małe i niedostosowane do tego, żeby wyrwać kogokolwiek z zaklętego kręgu wykluczenia i wegetacji. W najbliższym numerze „Obywatela” będziemy pisali o tym, jak w Polsce wygląda kwestia mieszkań komunalnych. W teorii miały one zapewniać ubogim dach nad głową i stabilizację bytową, twardy grunt pod nogami. W praktyce jednak raz przyznany lokal jest zajmowany przez daną osobę do końca życia, nawet jeśli w międzyczasie wzbogaciła się ona znacznie. Albo kupuje go ona za 3% wartości rynkowej, bo władze miejskie tylko taki pomysł – sprzedaż za grosze – mają na zagospodarowanie tych zasobów. W tym czasie setki rodzin czekają na jakikolwiek kąt, bo nie stać ich na zakup żadnego, a inni, trochę zamożniejsi, zadłużają się na 40-letni lichwiarski kredyt, by kupić 35 metrów kwadratowych własnego „em”. To ma być wsparcie potrzebujących i sprawiedliwość? Nie, to absurd do kwadratu i rażąca niesprawiedliwość.

Gdy lewica na całym świecie dokonuje analiz, prowadzi badania, tworzy projekty, pyta fachowców – u nas nie odczuwa takiej potrzeby. Zamiast tego prześciga się w wykrzykiwaniu żądań i przebieraniu nóżkami, kto pierwszy poprze kolejny „bojowy protest”. Zamiast solidnej, merytorycznej pracy nad określeniem źródeł biedy i wykluczenia, mamy buńczuczne oświadczenia i „solidaryzowanie się ze słusznymi postulatami”, jakie by one nie były. Nie jest ważne, kto najbardziej potrzebuje pomocy i w jakiej formie – serca wszelkiej maści „wrażliwców społecznych” najłatwiej, wręcz automatycznie, można podbić głośnym i emocjonalnym wrzeszczeniem. Jest tylko jeden problem – ci naprawdę słabi, biedni i wykluczeni, rzadko kiedy mają siłę, by głośno wrzeszczeć…

„Radykalizm” tych, którzy popierają każdy protest bez analizowania jego sensu, przyczyn i skutków, przypomina małego, słabego psa, który zza ogrodzenia szczeka ile sił, ale po wypuszczeniu za furtkę podkula pod siebie ogon i zmyka przed własnym cieniem. Prawdziwi radykałowie nie muszą się licytować w wydawaniu bojowych oświadczeń i w ultra-rewolucyjnej propagandzie. Wystarczy im, że robią rzeczy sięgające sedna problemów. Niedawno odwiedziła Polskę obywatelka Argentyny, Rosa, pracownica fabryki ceramicznej Zanon, w której robotnicy przejęli władzę i sami prowadzą produkcję, osiągając lepsze wyniki (wielkość produkcji i wysokość zysków) niż w czasach, gdy zakładem zarządzał „pan i władca” prywatny właściciel, inwestor zagraniczny. Zacytuję fragment wywiadu, którego Rosa udzieliła „Obywatelowi” (ukaże się on w nr 44), a który znakomicie kontrastuje z mentalnością polskich radykalnych pyskaczy. Na pytanie Piotrka Bielskiego, jak ocenia rządy centrolewicowego prezydenta Argentyny, Rosa odpowiedziała tak: „Kirchner osłabił silny w Argentynie ruch bezrobotnych. Wprowadził zasiłki, dzięki czemu »kupił« sobie część z nich. Jesteśmy przeciwni wypłacie zasiłków i bierności – jesteśmy za tym, żeby dążyć do stworzenia możliwości pracy dla każdego”. Rosa opowiada też, że bez pardonu wyrzucono z fabryki tych, którzy kradli wspólne mienie lub bumelowali.

Jeśli polskie środowiska prospołeczne zaczną kiedyś mówić takim właśnie głosem, jak Rosa – nie zaś głosem napuszonych „bojowych deklaracji”, to może nie tylko zmierzą się z sednem problemów, ale nawet i zdobędą poparcie pozwalające się z nimi zmierzyć skutecznie.

Po Coca-Cola błogo, różowo

Bynajmniej nie zawdzięczam tej sztuki kontaktom z zaświatami. Zdobyłem dwa roczniki „Tygodników Powszechnych” z lat 1986-1987. Arcyciekawa lektura, bo można się z niej na własne oczy przekonać o absurdach schyłkowego PRL, łgarstwach Jerzego Urbana i ówczesnych smutkach i radościach przeciętnego polskiego inteligenta.

Niemal w rozrzewnienie wpędził mnie jeden z felietonów Kisiela na temat McDonalda. Znakomity publicysta, którego nazwisko przez wszystkie przypadki odmienia się jeszcze dziś, choć tyleż nabożnie, co rzadko, tyle z atencją, co bez głębszych przemyśleń, niemal czołobitnie podkreśla w tym tekście zalety McDonalda. Mówi, że schludnie, czysto, że obsługa mało gada a szybko robi, że nie ma kolejek, że niedrogo a smacznie, że bez względu na to, gdzie on, Kisiel, akurat przebywa, to jedzenie smakuje zawsze tak samo, a przy tym gadać z nikim nie trzeba, bo człowiek je, czyta sobie tę załganą zachodnią prasę i jest mu błogo, jak tylko może być błogo Polakowi wypuszczonemu z PRL-owskiego półświatka na wielki świat.

Bynajmniej, nie ironizuję, niemal dosłownie, choć bez takiego talentu referuję zachwyty i uniesienia Kisielewskiego. Każdy, kto pamięta jeszcze cokolwiek z Polski Ludowej, wie, że tego typu zachwyty nad Zachodem stanowiły wtedy w Polsce chleb powszedni i były w dobrym tonie. I nawet ci, co nie jeździli wówczas nigdzie, albo tylko na wczasy do Bułgarii, wiedzieli, że na Zachodzie panuje dolce vita. I niechby tylko skończyć z komuną, to u nas, dzięki Wielkiemu Bratu, Papieżowi, Wałęsie oraz na mocy rekompensaty wielowiekowych krzywd moralnych też tak zaraz będzie. Trudno zatem dziwić się Kisielowi, który mimo że miał głębszy ogląd i zrozumienie tych spraw, to i tak przygnębiony polską rzeczywistością tamtych lat pod niebiosa zachwalał dobrobyt a la McDonald. „Po Coca-Cola błogo, różowo” – można zażartować złośliwie a posępnie, cytując Adama Ważyka.

Czasem odnoszę wrażenie, że w Polsce żyje kilka roczników, 30-, 40-, 50-latków, mniej lub bardziej świadomych epigonów Kisiela. Nie naśladują go w tym, co było w nim dobre, rzetelne, nonkonformistyczne i prawe, ale w tym, co dotyczy „naiwnego liberalizmu”. Stefan Kisielewski był dzieckiem swoich czasów. Mimo najszczerszych chęci, nie mógł – przynajmniej na papierze, bo co działo się w głowie, tego nie wiem – opisać zachodniego kapitalizmu, prymatu globalnych koncernów z całym bagażem zagrożeń i słabości, jakie generują i jakie są ich udziałem. Niedogodności ekonomiczne i kulturowe realnego socjalizmu były dlań tak dojmujące, że przy nich każda wzmianka o słabościach zachodniego systemu musiała jawić się jako szyderstwo, głupstwo lub dzieło aparatu propagandy. Bo też reżimowe media czasów PRL pełne były krokodylich łez, wylanych nad losem bezdomnych z Włoch, bezrobotnych z Niemiec i pobitych pałami przez policję w Anglii. A wtedy z konieczności i z przekory nie brano tego serio. Bo Zachód miał być i był owym rajem na ziemi, do którego nie wpuszczają nas źli Sowieci i ich tutejsi namiestnicy.

Dziś mamy już McDonalds’a, zachodnie banki (niemal wyłącznie zachodnie), zachodnie koncerny motoryzacyjne, karty kredytowe, czekoladki, kremy, papier toaletowy, owoce cytrusowe, hipermarkety, sprzęt RTV i AGD, itp. Ale czy wciąż nam po Coca-Cola błogo, różowo? Jaki dziś traktować ten w jakiś sposób naiwny, kisielowy liberalizm/kapitalizm? Wszak za niego także trzeba zapłacić sporą cenę. I rzecz nie w tym, że jak mówi stare, polskie przysłowie: „bez pracy nie ma kołaczy”.

Sedno sprawy kryje się w tym, że znamy już nie tylko fasadę, ale wiemy też, a przynajmniej podejrzewamy, co dzieje się za kurtyną. Wiemy, dlaczego obsługa w McDonalds jest taka szybka i „grzeczna”; nie zachwyca nas już tak bardzo, że jedzenie (nie tylko w McDonald) niemal wszędzie smakuje tak samo; że programy telewizyjne, wykupione na licencję stanowią kiepską zwykle kliszę zachodnich produkcji. Wiemy już, że choć Wałęsa, Papież i straty moralne poniesione w ciągu wieków, to zachodni pracodawca nikomu wyższej pensji nie wypłaci, skoro opłaca mu się płacić znacznie mniej. Wiemy, że Wielki Brat może i nas kocha, ale i tak przy offsecie traktuje jak pierwszego lepszego idiotę. Wiemy, że Zachód to nie tylko dobrobyt, ale i bieda i konflikty społeczne, a tzw. wolny rynek nie rozwiązuje problemów jak dobra wróżka, za dotknięciem swej czarodziejskiej różdżki. Po prostu – o czym przekonujemy się na szczęście na własnej skórze – inna jest skala i rodzaj problemów, inne wyzwania, inne sposoby opisywania rzeczywistości, inne strategie.

Dlatego śmieszą mnie epigoni Kisiela, co każdą krytykę kapitalizmu i liberalizmu zbywają stwierdzeniem: no przecież mamy już McDonaldy.

Żadnych Szwajcarów, proszę

Politycy potrafią skompromitować co tylko się komu zamarzy. Właśnie kompromitują ideę referendum.

Co się mamy wzorować na jakichś Szwajcarach, którzy mają średnio 50 referendów w roku. Wiadomo do czego ich to doprowadziło: skrajna bieda i totalny brak bezpieczeństwa narodowego.

U nas, prezydent chce rozpisać referendum w kwestii szpitali i ZOZ-ów, ale zdaje się, że nie bardzo wie, o co ma Naród zapytać. Zaś politycy poza-prezydenccy oraz biegający od jednych do drugich dziennikarze, wrzeszczą, że to populizm i nie wypada mieć w liberalnej Europie takich pomysłów. Demokracja demokracją ale porządek musi być, prawda?

Platforma próbuje przepchnąć swoją wersje reformy służby zdrowia w sejmie i szuka większości. PiS odmawia współpracy. Co nazywa się u nas demokratycznym uprawianiem polityki.

Tylko nasz pomysł jest znakomity, wierzę w to głęboko – mówi do telewizora minister urzędujący, Ewa Kopacz. Ich pomysł jest zły, wierzcie mi – mówi do tego samego telewizora minister były, profesor Religa. Dlaczego mamy wierzyć jednej pani albo drugiemu panu? Dlatego, że nie ma innego wyjścia.

Dlatego, że świat przepisów i finansów, które dotyczyłyby służby zdrowia, jest tak skomplikowany, że normalny człowiek nie może się w tym połapać. Musi komuś uwierzyć, jeśli chce być zwolennikiem jednej albo drugiej opinii.

Może jeszcze stanąć po stronie zdrowego rozsądku. Ale jak? Rozsądek prosi o jakieś argumenty. Chciałby wiedzieć. Co jest plusem jednego rozwiązania, a co minusem? Co jest plusem drugiego rozwiązania, a co minusem? Dlaczego właściwie rząd za pieniądze podatników nie może uczciwie przedstawić im argumentów za jednym i za drugim rozwiązaniem? Przecież zwykle każde rozwiązanie ma plusy i minusy.

Czy naprawdę nie ma w wielki gmaszysku w Alejach Ujazdowskich nikogo, kto potrafiłby rozumem ogarnąć kwestię służby zdrowia z takiej właśnie perspektywy? Żeby uczciwie przedstawić argumenty Narodowi?

Bierze się, proszę panów, flipchart i kolorowe flamastry. Zaprasza się licealistów tuż przed maturą, którym szare komórki pracują na pełnych obrotach i są w stanie realnie ocenić plusy i minusy każdego projektu, przejrzawszy wcześniej dorobek pisany ekspertów. Się to kręci byle kamerą. A potem bardzo się prosi prezesa publicznej telewizji, żeby w ramach czasu przeznaczonego dla premiera albo prezydenta puścił to zamiast orędzia na stojąco lub siedząco, z flagą lub bez. W godzinnym programie telewizyjnym.

Ale premier z prezydentem wolą się bić na referendum. Mają czas.

Premier Tusk stara się uchodzić za fajnego, choć odpowiedzialnego za Polskę faceta, któremu jest nawet przykro, że tak się musiał z prezydentem nieładnie bawić w samoloty do Brukseli. Ale mówi też: na referendum w sprawie prywatyzacji czy komercjalizacji szpitali się nie zgodzę.

Jeszcze niedawno starał się uchodzić za fajnego, choć odpowiedzialnego za Polskę faceta, ale mówił, że nie zgodziłby się nigdy na referendum w sprawie tarczy antyrakietowej.

W kwestii euro w ogóle nic nie było o fajnych facetach ani o referendum, tylko datę wprowadzenia nowej waluty premier podał. Chociaż jak jeszcze nie był premierem, to zapewniał, że Platforma będzie dążyła do referendów w ważnych społecznie sprawach.

Czekam aż Premier powie, że tak mu się odmieniło przez posła Palikota: że jak Naród sobie wybiera takich posłów, to rzeczywiście trudno mu zaufać w kwestii zdrowia czy bezpieczeństwa.

Ciekawe, czy premier już na to wpadł?

Jeśli nie wpadł, to może dlatego, że czyta właśnie „Doktrynę szoku” Naomi Klein i martwi się, co to będzie jak Naród też przeczyta i w końcu zrozumie, co się kryje za niewidzialną ręką rynku.

Cała nadzieja premiera w tym, że u nas ludzie mało czytają. Co innego Szwajcarzy.

Dwa (niestety) w jednym

Moim prywatnym – przyznaję – perwersyjnym hobby stało się kolekcjonowanie we własnej głowie absurdów polityczno-ideowych. Czytając gazety, słuchając wypowiedzi, przeglądając strony internetowe i fora dyskusyjne, nie mogę się oprzeć wrażeniu, że jakaś złośliwa siła wyższa postanowiła tak wymieszać różne pomysły, postawy i stanowiska, by przypominały groch z kapustą. A w polskich warunkach postanowiła w owym garncu namieszać wyjątkowo mocno.

Weźmy kilka kwestii.

Lustracja – jej zwolennik jest automatycznie określany jako prawicowiec, nierzadko skrajny. Dlaczego jednak osoba o poglądach lewicowych miałaby popierać zdrajców donoszących na własnych kolegów oraz umundurowanych bandziorów, którzy owe donosy wykorzystywali do niszczenia niezależnych inicjatyw społecznych? Lewica w perspektywie historycznej była za jawnością, za demokracją, za niezależnymi, oddolnymi działaniami społeczeństwa. Była po stronie słabych, krzywdzonych, przeciwko zamordystycznym watażkom i ich pomagierom. To raczej prawica lubowała się w elitaryzmie, zakulisowych zagrywkach, w polityce opartej na intrygach, nie miała zaufania wobec demokracji i spontanicznych inicjatyw społecznych.

Antykomunizm – znów jest to postawa postrzegana jako prawicowa. Co ma zrobić zwolennik takiej lewicy, która zawsze była antykomunistyczna, krytycznie oceniała bolszewików, rewolucję październikową, ZSRR, PRL, a nierzadko za takie poglądy zapłaciła wysoką cenę – śmierci w komunistycznym więzieniu, jak Kazimierz Pużak, lub wieloletniej emigracji, jak Adam Ciołkosz? Co wspólnego komunistyczny zamordyzm, oparty na odebraniu wszelkich swobód obywatelskich oraz na wszechwładzy partyjnych „samych swoich”, ma wspólnego z lewicowymi ideałami wolności, demokracji, równości?

Ekologia – ta dla odmiany jest przedstawiana jako lewacka oraz oparta na „lekceważeniu życia ludzkiego kosztem jakichś żyjątek”. Doprawdy, nie wiem, co ochrona środowiska, w którym żyją wszak także ludzie, ma wspólnego z lekceważeniem interesów człowieka. A co ochrona cennych obszarów przyrodniczych czy krajobrazu ma wspólnego z materialistyczną lewicowością? I dlaczego obrona tej części dziedzictwa – wszak w tych konkretnych realiach przyrodniczych żyje i kształtuje się wspólnota narodowa – jest sprzeczna z wartościami deklarowanymi przez prawicę?

Wolny rynek – ideologia typowo liberalna, uwielbiana jednak przez prawicę, nierzadko tę „twardą”. Co jednak wspólnego ma z etosem wspólnotowym wychwalanie indywidualizmu, który nader często przybiera postać egoizmu i wojny wszystkich ze wszystkimi (konkurentami)? Czy wydajność ekonomiczna jest ważniejsza niż inne aspekty „zdrowego” bytowania wspólnoty, których kosztem nierzadko się ona zwiększa? Czy wolnorynkowi konserwatyści wiedzą, że mało kto tak wielbił kapitalizm, jak Karol Marks? Oczywiście chciał on jego obalenia, ale jednocześnie uważał, że kapitalizm jest potężnym taranem, który znakomicie rozbija dawne społeczeństwo i niszczy „zacofane” struktury, wszystko przekształcając w materialną wymianę.

Swobody obyczajowe – postulat typowo liberalny, stawiający w centrum uwagi indywidualne preferencje i zachcianki, bez oglądania się na wolę i postawę większości. Tymczasem dziś nikt bardziej nie przejmuje się jednostkową ekspresją i prawami różnych małych grupek niż lewica – ta sama lewica, która dawniej miała na uwadze interes większości, problemy dotyczące mas, a np. homoseksualizm uważała w najlepszym razie za nieistotną ekstrawagancję.

Można wyliczankę ciągnąć długo, ale po co? Oczywiście bez trudu można wyjaśnić część przyczyn tego pomieszania z poplątaniem. Choćby zjawiskami historycznymi – pojawienie się i ekspansja komunizmu sprawiły np., że lewica zaczęła być kojarzona z zamordyzmem zamiast z demokracją, a w sytuacji całkowitego braku swobód gospodarczych prawica uznała, że lepszy nadmiar rynku niż nadmiar państwa w gospodarce. Wszystko to jednak nie zmienia faktu, że dziś najpopularniejsze są takie „zestawy” poglądów i postaw, które trudno zrozumieć nie tylko na gruncie polityki, ale także logiki.

Nie wystarczy krytykować Jaruzelskiego i stan wojenny – trzeba jeszcze wychwalać Pinocheta i zamordyzm jego junty. Nie wystarczy uznać masakry w kopalni „Wujek” za godną najwyższego potępienia – trzeba też popierać Margaret Thatcher i jej rozprawę z angielskimi górnikami, której efektem było kilkadziesiąt tysięcy bezrobotnych i zapaść całych regionów. Nie wystarczy poprzeć ujawnienia i rozliczenia agentów SB – należy jeszcze dopatrywać się ich podstępnych działań w każdym współczesnym zjawisku społecznym. Nie wystarczy uznać, że zależność, a raczej poddaństwo Polski względem ZSRR było haniebne i szkodliwe – trzeba jeszcze wielbić USA, przyklaskiwać wszelkim ich działaniom a niedostatecznie gorliwych nazywać wyłącznie „ruskimi agentami”. Nie wystarczy krytyka PRL-owskich absurdów gospodarczych – konieczny jest jeszcze bałwochwalczy kult wolnego rynku, popieranie prywatyzacji wszystkiego i wiara w to, że pracowici i odpowiedzialni sobie świetnie radzą, a reszta to lenie, swoiści „podludzie”, którymi nie warto się przejmować lub w najlepszym razie zostawić na łasce Caritasu i datków Romana Kluski. Nie wystarczy krytykować prześladowań Kościoła w PRL-u – trzeba jeszcze być dewotą i uznawać, że Kościół ma rację zawsze i wszędzie, zaś wszelkie jego postulaty są korzystne dla Polaków. Nie wystarczy uznać, że pewna doza konserwatyzmu zabezpiecza społeczeństwo przed szkodliwym chaosem – trzeba jeszcze uznawać prezerwatywy za wynalazek samego Szatana, a wprowadzenie obowiązkowych zerówek traktować jak przejaw wielkiego spisku przeciwko rodzinie. Nie wystarczy traktowanie z przymrużeniem oka niektórych dziwactw środowisk ekologicznych – trzeba jeszcze popierać wylewanie betonu gdzie się da. Nie wystarczy dystans wobec „Gazety Wyborczej” i krytyka jej roli na polskim rynku mediów – trzeba jeszcze z wypiekami na twarzy śledzić neokonserwatywne łgarstwa „Rzeczpospolitej” i zachwycać się najgłupszą nawet opinią, jeśli tylko jest krytyczna wobec Michnika i spółki. Nie wystarczy uznanie wartości państwa narodowego i obrona jego prerogatyw – trzeba jeszcze średnio co półtora roku rozdzierać szaty z okazji kolejnego domniemanego rozbioru Polski przez „eurosodomę” lub „Unię Jewropejską”.

Z drugiej strony: nie wystarczy negatywnie oceniać dyskryminację obywateli ze względu na preferencje seksualne – należy jeszcze zachwycać się „kulturą gejowską”, a prześladowania tej grupy, choćby były urojone, uznawać za kluczowy problem ludzkości. Nie wystarczy krytykować kapitalizm i domagać się solidarności społecznej – trzeba jeszcze czcić Jacka Kuronia (partyjny wspólnik Balcerowicza) i uznawać Kazię Szczukę za modelowy przykład lewicowej wrażliwości. Nie wystarczy uznać, że wolny rynek generuje nierówności społeczne – trzeba zachwycać się gomułkowskim czy PRON-owskim zamordyzmem, bo wtedy „każdy miał pracę i mieszkania dawali”. Nie wystarczy być przeciwnikiem polityki USA – trzeba jeszcze wychwalać najbardziej wariackie i antypatyczne inicjatywy, jeśli tylko są przeciwne „imperializmowi amerykańskiemu” oraz wierzyć, że zamachu na WTC dokonał Bush do spółki z Mossadem. Nie wystarczy uważać, że ochrona środowiska to istotne wyzwanie – trzeba jeszcze jako nieodłączną część proekologicznych inicjatyw traktować promowanie wojowniczego feminizmu oraz wierzyć w to, że nikt tak nie służy „zielonym” ideom, jak „Gazeta Wyborcza”, bo przecież między reklamami samochodów zamieściła tekst Wajraka, że to niefajnie, gdy owe samochody z reklam pojadą akurat przez Dolinę Rospudy. Nie wystarczy nie być klerykałem – trzeba jeszcze wygłaszać opinie o współczesnej wszechmocnej Inkwizycji, wierzyć, że każdy ksiądz to złodziej lub pedofil, no i postrzegać o. Rydzyka jako demiurga polskiej rzeczywistości. Nie wystarczy niechęć wobec wojowniczego nacjonalizmu i grzebania w etnicznych życiorysach – trzeba jeszcze węszyć wszędobylskie spiski skrajnej prawicy, wzmianki o narodzie traktować jako zapowiedź powtórki z Auschwitz oraz z zapałem przekonywać, że „patriotyzm to idiotyzm”. Nie wystarczy dystans wobec „silnego państwa” i „odnowy moralnej” – trzeba jeszcze wisieć u brukselskiej klamki i uważać, że dobry pan komisarz ucywilizuje tutejszy ludek za pomocą głaskania po główce i prawienia morałów. Nie wystarczy krytyczne spojrzenie na „tradycyjne wartości”, a zwłaszcza na ich prawicową karykaturę – trzeba jeszcze wierzyć, że rodzina to przeżytek, że nic tak nie poszerza horyzontów jak palenie marihuany, a zakazy są po to, aby je łamać. Nie należy też wierzyć w ani jedno zdanie z „Gazety Polskiej”, a szczególnie z książek Cenckiewicza, za to Żakowskiego i Kingę Dunin trzeba traktować jako źródło prawdy objawionej i krynicę mądrości.

Ten kraj jest nasz i wasz. Głupota, dogmatyzm i pomieszanie pojęć plują nam w twarz.

Dla kogo Polska?

Raz po raz wraca kwestia świętowania 1 maja. I tak poseł Jarosław Gowin z Platformy Obywatelskiej zastanawia się na łamach „Dziennika”, czy 1 maja nie zastąpić \wolnym dniem 6 stycznia (święto Trzech Króli). Pracownicze święto o lewicowej proweniencji widać niezbyt pasuje do III RP. I widocznie stanowi przeżytek w świecie pełnym dobrodziejstw ekonomicznego darwinizmu.

Do niedawna byłem przekonany, że Święto Pracy jest bezpieczne jako święto państwowe. Ale coraz częściej mam co do tego obawy. Prawoskrętne, liberalne elity polityczne nie mają wszak żadnego interesu w pielęgnowaniu pamięci o tym święcie. Jest im obce: ideowo i mentalnie. Szczególnie widać to w rozsianych po Internecie wypowiedziach młodszych przedstawicieli ugrupowań politycznych. Kult neoliberalnej ekonomii i pieniądza, chwała rosnącego PKB, stały się dogmatami, których niemal się nie kwestionuje w politycznym i gospodarczym mainstreamie. Kwestia wyzysku, mobbingu, braku terminowych wypłat, ograniczania praw pracowniczych kosztem biznesu, to tematy tabu: ośmieszane lub zbywane wzruszeniem ramion. Oczywiście, niszowe środowiska lewicy będą protestować, ale coraz łatwiej wyobrazić mi sobie sejmową większość, która znosi 1 maja jako święto państwowe.

Z drugiej strony: lewica sama ponosi odpowiedzialność za ten stan rzeczy. Po pierwsze: obchody pierwszomajowe w gronie towarzyszy z SLD/SdPL to zwykle partyjne agitki, pełne taniego sentymentalizmu wobec czasów PRL. I chyba nikt uczciwie myślący nie jest w stanie wzruszać się nadto dobrobytem czasów Edwarda Gierka czy szczerym, ideowym socjalizmem towarzysza Gomułki. Owszem, zawsze można przespacerować się z alterglobalistami czy młodymi lewakami, przymykając oko na piewców Trockiego czy osobników w koszulce z „Che”. Bo już tak jest na tym łez padole, że nie zawsze można sobie wybrać sojuszników. I w tej akurat kwestii wolałbym stanąć w szeregu z lewakiem-trockistą, niźli z Jarosławem Gowinem i jego politycznymi krewnymi i znajomymi. Nie przekonuje mnie nawet argument z jeszcze jednego kościelnego święta podniesionego do rangi imprezy ogólno-państwowej. Świąt katolickich w kalendarzu mam dość – 1 maja tylko raz w roku. I doprawdy, nie samą religią żyje człowiek. Potrzeba jeszcze pracy i chleba. I choćby jednego dnia, w którym można o tym mówić publicznie, z nadzieją, że puszczą to w mainstreamowych mediach.

Swoją drogą, miałem Jarosława Gowina za człowieka konsensusu, który szanuje idee inne od własnych. Okazuje się jednak, że ze swoim katolickim konserwatyzmem świetnie wpisuje się w neoliberalny program własnej partii. Gdy jego koledzy od rana do wieczora powtarzają mantry o prywatyzacji, on swoją wypowiedzią, sugerującą zniesienie Święta Pracy, stwarza im zaplecze ideologiczne. W sumie: intelektualista, więc właściwy człowiek na właściwym miejscu z właściwym poglądem na określone sprawy. Święto Trzech Króli – no cóż, katolickie święta nikomu w Polsce nie wadzą, są poniekąd ideowo neutralne, przejrzyste, oswojone; Święto Pracy jak widać coraz częściej staje kością w gardle. I myślę, że nie w tym rzecz, iż jest „przeżytkiem” PRL-u. Bynajmniej, raczej przeszkadza swoją nieznośną aktualnością.

Do najbliższego 1 maja jeszcze kilka miesięcy. Byłoby dobrze, gdyby – jeśli ataki na Święto Pracy zaczną się nasilać – środowiska lewicowe rozpoczęły debatę na temat tego dnia i jego znaczenia we współczesnej Polsce. Przebić się do mainstreamu z własnymi argumentami, wymóc na posłach SLD jasne deklaracje, przypomnieć Polakom, po co im właściwie to święto. Ostatecznie to oni mogą okazać się największymi sojusznikami lewicy w tej materii. Owszem, w znacznej mierze nie ze względów ideowych, ale choćby dlatego, żeśmy polubili majowy długi weekend. Nie oszukujmy się: rzadko kto grillując będzie rozmyślał o kwestiach socjalnych, prawach pracowniczych i sprawiedliwości społecznej. Rzecz nie w tym, by zjadaczy chleba przerabiać – że tak szumnie powiem – w niebieskich proletariuszy (co wychodząc z fabryk trzymają skrzydła jak skrzypce). Rzecz w tym, by dać ludziom w długi weekend po prostu odpocząć, a przy okazji powiedzieć coś ważnego o Polsce z naszych, lewicowych pozycji. Bo to nie jest tylko kraj dla Jarosława Gowina, ani dla jego politycznych kumpli z PO, którym nawróceni na neoliberalizm Trzej Królowie mieliby przynieść w darze mirrę, kadzidło i złoto.

Bajki robotów – rzecz jasna, pacyfistów

Rozgorączkowane Duchy Wojny i Cynizmu tego lata zatrzymały się dłużej nad Gruzją. Ale krążą wokół nas od zawsze. Jeśli nawet oddalą się na trochę od Ameryki, gdy Obama wygra wybory i zakwestionuje strategię osi zła Busha Juniora, przysiądą zapewne na dłużej gdzieś nad Rosją. Gruzja to ledwie preludium.

Są bajki, które karmią Ducha Wojny. Ja pokarmię Ducha Pokoju. To ważne, jakie bajki sobie opowiadamy. Oto bajka:

Któregoś popołudnia przylecieli z Kosmosu Obcy. We trzech. Mieli wielkie błękitne oczy i byli zupełnie łysi.

Mieli pełne plenipotencje, żeby w imieniu Wszechświatowego Porządku zrobić u nas kontrol: ustalić, czy wciąż zabijamy się nawzajem, a jeśli tak, to pomóc nam w zaprzestaniu tego procederu, który w całym Kosmosie był już bardzo nie en vogue. Pomyśleli, że jak odsapną po podróży, pójdą szukać kompetentnych.

Długo szukać nie musieli – ledwie siorbnęli popołudniowej herbaty i już dostali jądrową rakietą od tłuściutkich pułkowników z pewnej wojskowej bazy, którym wyszło na radarach, że Obcy przypuścili atak na Ziemian.

Strzepnęli więc z siebie popiół po wybuchu, bo rakietom się nie kłaniali i nic się ich nie imało, i połączyli się telepatycznie z ONZ i firmą Google, która w swoich archiwach przechowuje prawie wszystko o każdym pojedynczym obywatelu naszego świata.

– Sondaż zrobimy ogólnoziemski – zawołali wszyscy trzej jednocześnie. – Pytanie będzie tylko jedno. Proste, żeby każdy zrozumiał. Ano takie:

Czy chcesz, żeby obok twojego domu toczyła się wojna – z zabijaniem twojej rodziny przy pomocy bomb z powietrza, rozwalaniem sąsiadów z karabinów maszynowych z ziemi i podpalaniem sklepów warzywniczych oraz mięsnych w sposób dowolny.

ONZ jakoś się nie mógł zebrać, ale chłopaki w szortach od Googla szybko się uwinęli i już po śniadaniu były wyniki sondażu.

No i prawie nikt nie chciał, żeby wojna była koło jego domu. Jak już, to u dalekich sąsiadów, ale lepiej, żeby w ogóle nie. Bo to głupota jest i marnotrawstwo wszystkiego.

Tylko kilka setek biznesmenów, co dobrze zarabiali na wojnie oraz pułkowników z generałami, co ich do wojny wychowali, no i parę setek specjalistów od prania mózgów powiedziało, że wojna jest wszystkim bardzo potrzebna.

– No to dobrze – powiedzieli trzej Obcy jak jeden mąż. – Tym generałom z biznesmenami i tymi od prania mózgów trzeba dać jeden stan w Ameryce. No, jakoś się dogadacie, który. I niech się tam między sobą zabijają, jak potrzebują. A reszta niech siada do obiadu, bo życia szkoda.

Dopilnowali czego tam było trzeba i polecieli do Wszechświatowego Porządku zdać relację.

I wszyscy żyli długo i szczęśliwie. No, poza tymi w tym jednym stanie. Ale to już inna historia.

Powstań!

Dyskusje na temat celowości polskich powstań ożywają ostatnio szczególnie intensywnie, bo i sama celebracja rocznic zrywów niepodległościowych jest bardziej huczna i uroczysta niż niegdyś. Akcja rodzi reakcję – im więcej szumu wokół powstania warszawskiego, tym więcej komentarzy o „bezsensownym szafowaniu życiem Polaków”, „szaleńcach, którzy posłali kwiat młodzieży na pewną śmierć”, „samobójczej polityce” itd. Jest to tym bardziej zrozumiałe, gdy historię zaprzęga się do bieżących interesów i politycznych gierek. Nie trzeba być ani przeciwnikiem powstań, ani zwolennikiem „realizmu politycznego”, by odczuwać niestosowność sytuacji, w której w pierwszym szeregu składających hołd powstańcom widzimy posłów i senatorów kiepskiej konduity. Na myśl przychodzi wówczas znany aforyzm Bernarda z Chartres – „Jesteśmy karłami na ramionach olbrzymów”, tyle że nabiera on zupełnie odmiennej wymowy niż w oryginale.

Tym, co zwraca uwagę, jest nasilenie krytyki powstań ze strony środowisk, które dotychczas raczej nie przejawiały takich skłonności. Wywody spod znaku „politycznego realizmu”, niechętne wobec tradycji powstańczej, były przez długie lata domeną grup i myślicieli konserwatywnych, a zwłaszcza endeckich. Stanowiły wręcz żelazny punkt tych doktryn. Endekom nie podobała się w zasadzie żadna „gwałtowna” akcja polityczno-militarna, od powstania kościuszkowskiego, przez listopadowe i styczniowe, rewolucję 1905 r., Legiony, po powstanie warszawskie. Wedle tej koncepcji, zagrożenia można przeczekać przycupniętym niczym zając pod miedzą, a wolność wymodlić lub wyżebrać gabinetowymi intrygami. Nawet gdyby było to realne, pozostaje jeszcze styl.

Nie miejsce tu na pastwienie się nad endecką wizją historii. Ważniejsze jest natomiast to, że dziś krytyką „szaleńczych” i „romantycznych” zrywów powstańczych coraz częściej zajmują się ludzie nie mający nigdy do czynienia z endeckimi koncepcjami, a nawet wrodzy im. Wątpię jednak, aby oznaczało to triumf logiki zawartej w „realnej polityce”. Mamy raczej do czynienia z triumfem drobnomieszczaństwa, z kolejnym wydaniem „małej stabilizacji”, a także z komfortową sytuacją, w której o nic nie trzeba się bić, bo nie dość, że wszystko mamy podane na tacy, to w dodatku zapomnieliśmy, na czym miałaby polegać ryzykowna walka.

Przeciw tradycji powstańczej można znaleźć wiele argumentów, które noszą znamiona sensu. Fakty mówią zresztą same za siebie – klęski, represje, zniszczenia materialne, a przede wszystkim strata tysięcy ludzkich istnień, nierzadko rzeczywiście najlepszych z najlepszych w danym okresie dziejowym. Zapewne podczas każdego z powstań popełniono liczne błędy – od samej decyzji o rozpoczęciu walki, przez wybór jej momentu, przeszacowanie atutów własnych i niedoszacowanie tych przeciwnika, a na sposobie prowadzenia działań kończąc. Analizowane chłodnym okiem, po upływie czasu, spora część powstańczych działań wydaje się pozbawiona sensu. Sądzę jednak, że tradycja powstańcza nie tylko jest warta ocalenia i możliwa do obrony. Jest ona także wartościowa. Z dwóch powodów.

Pierwszy jest mniej ważny. Przede wszystkim, nieuczciwe jest przedstawianie historii Polski jako pasma klęsk militarnych. To nie tylko powstanie wielkopolskie, z ironią i zarazem wyższością nazywane „jedynym zwycięskim”, przełamuje ten schemat. To także powstania śląskie, które trudno uznać w ostatecznym rozrachunku za klęskę. Wręcz przeciwnie – mając na uwadze sytuację wyjściową, układ sił w regionie, a także mizerne wsparcie ze strony władz polskich, należy uznać II i III Powstanie za znaczny sukces. Nie inaczej było z równie „szaleńczym” i „lekkomyślnym” stworzeniem Legionów, których siła militarna i znaczenie wojskowe nie należały do oszałamiających, jednak zupełnie inaczej należy ocenić wymiar propagandowy „na zewnątrz”, a także z punktu widzenia kształtowania świadomości Polaków żyjących od ponad wieku w trzech oddzielonych organizmach państwowych. Do równie „romantycznych” zrywów, choć nie zbrojnych, które przyniosły przynajmniej połowiczne zdobycze należy też zaliczyć rok 1956, wskutek czego nacisk zamordyzmu zelżał. Jeszcze bardziej widać to w przypadku Sierpnia ’80, bo jego pozytywnego wymiaru nie kwestionuje nawet większość endeków, pomijając komunistycznych kolaborantów z okolic „Grunwaldu”, PAX-u itp.

W tym aspekcie ważną rolę odgrywa również moment formułowania ocen i przestróg. Łatwo dziś, znając całokształt wydarzeń i ich przebieg, wskazywać błędy i wytykać potknięcia popełnione 150 czy 50 lat temu. Uzbrojeni w drobiazgowe analizy historyków, chłodno rozważający różne „za” i „przeciw”, zapewne jesteśmy w stanie formułować lepsze diagnozy niż te, które dominowały, gdy podejmowano decyzje odnośnie do interesujących nas wydarzeń. Mało który ze zwolenników-uczestników przegranych powstań miał tak wielką wiedzę i możliwość równie zdystansowanej analizy, jak te, którymi dziś dysponuje ktoś, kto choć trochę interesuje się przebiegiem i realiami ówczesnych wydarzeń. Z tego rodzaju ocen, a zwłaszcza moralizowania, wynika niestety równie niewiele, co z refleksji starca, który u schyłku życia już wie, że popełnił w młodości wiele błędów, które zaważyły na jego późniejszych losach.

Jednak znacznie ważniejszym argumentem jest w moim odczuciu nie to, co mieści się w sferze faktów, logiki i analiz, lecz w wymiarze moralnym czy wręcz emocjonalnym. Zdaję sobie sprawę, że to sfera śliska, bowiem „realiści” poddają krytyce właśnie nadmiar emocji, a niedostatek chłodnego spojrzenia podczas podejmowania decyzji o rozpoczęciu powstań. Mnie interesuje jednak nie to, co już było i czego nikt nie jest władny zmienić. Interesuje natomiast to, co z przeszłością można zrobić dzisiaj.

Gdy Piłsudski pisał w liście do Feliksa Perla w 1908 r., że nie potrafi żyć w panującej wedle niego w Polsce „wychodkowej atmosferze”, trafnie wskazywał na kluczowy problem związany z wartością „myśli powstańczej”. Powstania wybuchały w Polsce być może w momencie najmniej odpowiednim z militarnego punktu widzenia. Wybuchały jednak nieprzypadkowo wtedy, gdy z jednej strony rozmaicie pojmowany i uwarunkowany realizm opanowywał umysły większości, z drugiej zaś aktualny wróg czerpał korzyści z takiego stanu rzeczy. Wówczas garstka, która nie mogła znieść „wychodkowej atmosfery”, jałowego czekania, dzielenia włosa na czworo, nieustannego rozważania „za” i „przeciw”, robiła coś faktycznie „szaleńczego”. Owszem, nierzadko przegrywali z kretesem, kosztem wielkich ofiar. Ale uchylali okno i wpuszczali nieco świeżego powietrza.

Gdy dziś głosy potępienia pod adresem powstań dobiegają ze środowisk innych niż te tradycyjnie sceptyczne wobec takich postaw, nie mogę się oprzeć wrażeniu, że dawno nikt nie uchylił okna. Widać to wszędzie. Badania socjologiczne pokazują, że Polaków nie interesuje nic poza czubkiem własnego nosa, co w sytuacji, gdy jesteśmy społeczeństwem „zacofanym” oznacza nie egoistyczny indywidualizm, lecz apoteozę „życia rodzinnego”. Nie angażują się w życie publiczne, znajdując tysiące wymówek. Nie robią nic dla dobra wspólnego, za to mnóstwo energii trawią na wymyślanie karkołomnych teorii, z których wynika, że „nikomu nie warto ufać, bo wszyscy chcą mnie wydymać”. Mają pełne gęby frazesów podczas internetowych pyskówek, ale w sferze publicznej nie potrafią zareagować na nawet najbardziej dotkliwe przykłady chamstwa. Owszem, przy wódce każdy Polak jest odważny – nienawidzi polityków i szefa z pracy, ale to przecież on wybrał tych pierwszych i to on pokornie przytakuje temu drugiemu. I oczywiście nie odmówi sobie ani jednej butelki, aby sfinansować niezależną partię czy związek zawodowy, który nauczyłby szefa moresu. Gdy od takich ludzi słyszę, że powstania to „szaleństwo”, myślę sobie, że faktycznie jest to realizm –  żywego trupa.

Jeszcze jedna przyczyna wydaje mi się tkwić u podstaw „nie-endeckiego” krytycyzmu wobec powstań. Dziś, przy wszystkich swoich wadach i niedogodnościach, przy istniejących obszarach biedy i patologii, Polska stanowi na tle poprzednich epok niemal eldorado. Pokolenie dzisiejszych dwudziesto-, czterdziesto-, a nawet sześćdziesięciolatków nie jest sobie w stanie wyobrazić, czym jest wojna, zagrożenie bytu jednostkowego i zbiorowego przez wrogie, obce państwo, czym jest powszechna i nieustanna świadomość potencjalnej utraty życia. Dziś nawet prawicowi fani Ernsta Jüngera i lewicowi miłośnicy „Che” Guevary to na ogół ciepłe kluchy, które co najwyżej na internetowych forach „walczą” ze „zgnilizną moralną” lub z „faszystowskim zagrożeniem” aż leje się krew, o przepraszam – kilobajty.

Bez wątpienia część decyzji o wybuchu powstań była pozbawiona sensu, a jeszcze więcej błędów popełniono w ich trakcie. Ale nawet wielka ilość przelanej krwi nie skłania mnie do potępienia powstań. Ich przeciwnicy zawsze przywołują argument, który mówi, co by było, gdyby – gdyby przeżyli, gdyby nie zginęli, gdyby nie zburzono tego czy tamtego. Ale to pytanie można odwrócić – po co mieliby przeżyć? Po to, żeby zażywali atmosfery wychodka? Żeby wraz z innymi respondentami CBOS-u czy OBOP-u najbardziej cenili „życie rodzinne” i kredyty na zakupy w Castoramie i Ikei? Żeby obserwowali, jak historyczne obiekty, których nie zburzyły wojny, zamieniane są w banki i autosalony, bo taka ponoć jest „konieczność ekonomiczna”? Po to, żeby klepali po całych dniach na klawiaturze wezwania do obrony demokracji przed „Kaczorami” lub do obrony „Kaczorów” przed krwiożerczym Tuskiem? Żeby emocjonowali się tym, iż Krasowski i Michalski napisali coś brzydkiego o Lisickim i Ziemkiewiczu lub odwrotnie, a oni wszyscy napisali o Michniku, który z kolei dał im odpór piórami Żakowskiego i Andermana? Żeby w każdych kolejnych wyborach głosowali na „mniejsze zło”? Żeby „wywieszali flagę i kibicowali naszym” pod dyktando globalnego koncernu piwowarskiego? Żeby…?

Zawsze, gdy słyszę antypowstańcze slogany, utrzymane w duchu tzw. realizmu, przypominają mi się słowa dwóch piosenek. Pierwszą wykonywał punkowy zespół Ulica, który w piosence „Romantyczność”, inspirowanej tak samo zatytułowanym wierszem Mickiewicza, śpiewał: „Głos namiętności wyżej cenię / Niż mędrców milczenie / Bo beznamiętni nigdy / Nie zmieniają historii”. Ale jeszcze bardziej celny wydaje się fragment piosenki Staśka Wielanka, poświęconej lwowskim i warszawskim nieletnim łobuzom, którzy w godzinie próby równie „szaleńczo” i „krótkowzrocznie” zrobili to, co każdy porządny człowiek zrobić wówczas powinien, choć akurat po nich niekoniecznie się tego spodziewano. „Na Łyczakowskim i Powązkach / Leżą pamięcią otulone / Strącone kulą w pierwszych lotach / Orlęta ledwie opierzone. / Najpierw w wojenkę się bawili / A potem spadła groza święta / Baciary, antki w jednej chwili / Pozamieniali się w Orlęta”. I jeśli ktoś zapyta o sens powstań – „po co nam to było?”, odpowiem: właśnie po to.

Wolność czy bezpieczeństwo?

Rzecz nie tylko w jednostkowej ocenie tych wartości, ale i w ich znaczeniu cywilizacyjnym. W pewnym sensie wszelkie ideologie i ich odmiany – liberalizm, konserwatyzm, socjalizm itd. – a także ustroje polityczne, od totalitaryzmu przez autorytaryzm po różne formy demokracji, są wtórne wobec pytania o to, któremu z tych czynników przyznać naczelną rolę.

O ile idea wolności kojarzy się na tym gruncie z zasadą odpowiedzialności (by nawiązać do tytułu jednej z ważniejszych analiz współczesności, pióra Hansa Jonasa), gdzie większą uwagę zwracamy na jednostkowy aspekt życia w świecie, o tyle ideę bezpieczeństwa można skojarzyć z zasadą współodpowiedzialności, wiążącej nas niemal nieskończoną ilością zależności z otaczającą rzeczywistością. Byłoby hipokryzją lub naiwnością twierdzić, że między wolnością a bezpieczeństwem jako wartościami cywilizacyjnymi nie istnieje konflikt. Wprost przeciwnie: w kwestiach społeczno-politycznych w pewnym stopniu odzwierciedlały go różnorakie konflikty i (tymczasowe) sojusze między liberalizmem, konserwatyzmem i socjalizmem. O ile liberalizm ze swej istoty jest apologią wolności, o tyle w przypadku socjalizmu wydaje się, że większe znaczenie ma kwestia bezpieczeństwa.

Rzecz jednak nie sprowadza się do polityki, jeśli rozumieć ją jako dziedzinę doraźności, której horyzonty zamykają się – w najlepszym przypadku – w dziesięcioleciach. Konflikt/dychotomia między zasadą wolności a zasadą odpowiedzialności staje się o wiele ciekawszy i widoczniejszy, jeśli rozpatrywać go na gruncie cywilizacji i gwałtownych przemian, jakie stały się udziałem świata w czasach współczesnych i wiążą się przede wszystkim z narodzinami nowych systemów ekonomicznych, rozwojem nauki i techniki oraz ich umasowieniem. Podam banalny, ale dość dobrze oddający rzecz przykład: rozwojowi cywilizacji towarzyszy powstanie nowych środków przemieszczania się znacznych grup ludności. Kolej, lotnictwo, samochody, tramwaje, autobusy: linie kolejowe, autostrady, trakcje, kontrola lotów.

Tak, tu właśnie pojawia się istotne dla naszego świata słówko: kontrola. Coraz większy rozwój technologiczny wymusza coraz bardziej skrupulatne i wyrafinowane formy kontroli i obostrzeń. Setki lat temu pijany szlachcic mógł wsiąść na konia i ruszyć w drogę, po leśnych duktach, hen, przed siebie, sam lub w towarzystwie swej kompanii, nie spotykając się z żadnymi poważniejszymi konsekwencjami ze strony państwa/społeczeństwa. Dziś pijany kierowca rozpędzonego do 150 km na godzinę pojazdu, jadący nie tym pasem, co trzeba, to osobnik nieodpowiedzialny, łamiący prawo. Zasada wolności w świecie zdominowanym przez technologię (którą – paradoksalnie – człowiek stworzył po to, by w znacznym stopniu wyzwolić się spod władzy żywiołów) musi ustąpić przed zasadą odpowiedzialności: dla naszego własnego dobra.

Istnieje termin dla opisania – w szerszej skali – zjawiska, które powyżej przedstawiłem obrazowo: „niepewność wytworzona”: nowoczesność, w tej wersji, w jakiej uczestniczymy, jest niewyzwalalna (to chyba neologizm?) z twardego brzemienia kontroli. Na poziomie społecznym czy obywatelskim możemy się – i mamy prawo – domagać wolności, ale na o wiele głębiej zakorzenionym poziomie technologii, która stała się naszą faktyczną naturą, jesteśmy skazani na różne formy opresji/kontroli: od zakazu przechodzenia na czerwonym świetle, przez konieczność kasowania biletów w tramwaju, po używanie komputera. Oczywiście, możemy pytać o zakres dotykających nas obostrzeń, ale tylko idealiści albo piewcy powrotu do natury mogą twierdzić, że możemy się bez nich obyć. Nawiązując twórczo do klasycznej zasady liberalizmu: nasza wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się bezpieczeństwo ogółu. A że żyjemy w coraz bardziej zglobalizowanym świecie musimy liczyć się z tym, że ów ogół jest coraz szerszą i coraz bardziej zatomizowaną masą, w której partycypujemy w duchu współodpowiedzialności (o tyle trudnej, że trudno czuć się współodpowiedzialnym za wybory milionów ludzi). To, co piszę, nie jest zresztą szczególnie odkrywcze: warto sięgnąć po znakomite, marksizujące studium Bronisława Baczki o Janie Jakubie Rousseau, „Samotność i wspólnota”, by zobaczyć jak ten nie lubiany przez wielu myśliciel trafnie analizował rodzący się handel na wielką skalę i mieszczańską konsumpcję – chcecie mieć coraz więcej, po coraz niższej cenie, ale pamiętajcie, że dzieje się to kosztem eksploatacji innej części świata. I kiedyś wy także, jako ludzie Zachodu, będziecie ponosić tego konsekwencje. Chcecie coraz więcej wolności, rozumianej jako nieskrępowany dostęp do coraz liczniejszych i lepszych dóbr, chcecie wolności od przymusu, ale czy zastanawiacie się, jakie może to przynieść konsekwencje w rzeczywistości tak niestabilnej i ostatecznie ograniczonej w swych możliwościach (materialnych)?

Gdybym był moralistą, mógłbym w tym miejscu wygłosić płomienny apel o większą ascezę technologiczną i konsumpcyjną. Ale nie jestem naiwny: ludzie cywilizacji, w której żyję, chcą coraz lepszych środków komunikacji, coraz szybszych i komfortowych sposobów przemieszczania się, coraz bogatszej oferty konsumpcyjnej. Wszystko to, niezależnie od najpiękniejszych haseł i najszczytniejszych idei oraz odwołania do szacownych wartości, generuje jednak nowe zagrożenia i wymusza nowe formy kontroli, zapewniającej bezpieczeństwo cywilizacyjne kosztem nie tylko jednostkowej wolności. Antyutopie opisują właśnie taki świat; możemy twierdzić, że się na niego nie zgadzamy, możemy szukać kozłów ofiarnych, ale nie zmieni to faktu, że sami ten świat współtworzymy. Kwestie socjalizmu, liberalizmu, konserwatyzmu są ostatecznie wtórne wobec tego zagadnienia, choć często nie-wprost je rozważają: jeśli więcej wolności, to za jaką cenę? Jeśli więcej bezpieczeństwa, to w imię jak daleko posuniętej kontroli, procedur i obostrzeń?

Płacimy cenę za to, że – zwykle w dość perwersyjny sposób, bośmy niedoskonali – „czynimy sobie ziemię poddaną”. Czy jednak bylibyśmy w ogóle zdolni postępować inaczej?

Bezradność Obywatelska

To było w sierpniu 1988. A zaraz potem komuniści zgodzili się na rozmowy Okrągłego Stołu.

„- W piątek 19 sierpnia kilku naszych młodych działaczy zaczęło na stoczni rozdawać ulotki – wspomina Alojzy Szablewski, ówczesny przewodniczący „Solidarności” w Stoczni Gdańskiej. – Wezwali Lecha Wałęsę, ten przyjechał i wtedy zapadła decyzja, że w poniedziałek 22 sierpnia rozpoczynamy strajk. Zarządziłem, że dokładnie o siódmej przerywamy pracę i opanowujemy most pontonowy na stoczni. Udało się, po godzinie strajkowało już trzy tysiące ludzi. Potem wysłałem stoczniowców, uzbrojonych w rurki, aby przejęli bramy. Pogonili esbeków. Ustroiliśmy bramy i kontrolowaliśmy sytuację.

Stoczniowcy przedstawili wtedy dyrekcji zakładu tylko jeden postulat – legalizację „Solidarności”. Do protestu przyłączyły się inne gdańskie zakłady. Strajk z sierpnia 1988 osobiście wspierało wielu znanych opozycjonistów m.in. Jacek Kuroń, Adam Michnik i obaj bracia Kaczyńscy. Władze uległy, wyszły z propozycją rozmów. 31 sierpnia Lech Wałęsa po raz pierwszy spotkał się z generałem Czesławem Kiszczakiem. Postawił warunek: legalizacja „Solidarności”, a Kiszczak: wygaszenie fali strajków. Strajki w całym kraju zakończyły się w pierwszej połowie września. Rozpoczęły się przygotowania do Okrągłego Stołu” (powyższy opis to skrót artykułu Macieja Sandeckiego z trójmiejskiej „Gazety Wyborczej”).

Dzięki temu strajkowi mamy od niemal dwudziestu lat swoje państwo. Państwo upartyjnione, zbiurokratyzowane i marnotrawiące pieniądze podatników.

To moje państwo nawet nie zapytało swoich obywateli o to, czy chcą włączyć się w światowe szaleństwo zbrojeniowe i straszy obywateli, że jeśli nie będziemy mieli tarczy, to nas wrogowie zniszczą. Moje państwo nazywa to polityką.

Moje państwo nie potrafi z obywatelami rozmawiać. Moje państwo uważa, że wie lepiej. Moje państwo nie potrafi przedstawić obywatelom listy dziesięciu najważniejszych problemów społecznych do rozwiązania.

Nie potrafi przeprowadzić uporządkowanej, publicznej debaty nad każdym z tych problemów. Nie potrafi przedstawić uczciwie całego spektrum możliwych rozwiązań – od prawa do lewa.

Nie potrafi powiedzieć obywatelom: musimy przestać wyszarpywać sobie wszystko. Musimy przestać się siłować. Musimy zastanowić się jak zrobić, żeby możliwie wiele osób zaakceptowało rozwiązanie problemów.

Moje państwo.

Moje państwo zaraz wepchnie nas w wojnę na Kaukazie, tak jak wepchnęło polskich żołnierzy do Iraku i Afganistanu.

Moje państwo jest właśnie takie.

A ja mam strasznego moralnego kaca. Bo kiedy kończył się Okrągły Stół, miałam nadzieję i wierzyłam, że po komunie państwo będzie nasze, dbające o dobro obywateli. I teraz się czuję jak kretynka. Lepiej by mi było, gdybym nie brała kiedyś serio solidarnościowych marzeń.

Rozmawiam dziś w Internecie o tym państwie. A to w na stronie salon24.pl, a to na stronie tekstowisko.com.

Delilah: mówimy NIE instytucjom, które w biały dzień i w świetle prawa robią nas w bambuko. Ale w sumie co z tego, że mówimy NIE?

Grześ odpowiada: no nic.

Ja pytam: nie sądzicie, że to pewien kłopot, że możemy tak sobie mówić NIE i nic z tego nie wynika? Kłopot – dla demokracji – fundamentalny.

Ano kłopot – mówi Delilah. – Ale co z tym fantem można począć?

Ja na to: No właśnie. Jedna wielka Bezradność Obywatelska.

Nie ma darmowych obiadów

Slogan mówiący, że nie ma darmowych obiadów, przypisywany Miltonowi Friedmanowi, zrobił wśród liberałów oszałamiającą karierę. Przypominaniem o braku darmowych obiadów tłumaczą właściwie wszystko. Publiczna powszechna edukacja? A skąd, nie ma darmowych obiadów, rachunki za bezpłatną szkołę regulujesz w podatkach. Publiczna bezpłatna służba zdrowia? Bzdura, nie ma darmowych obiadów, zapłaciłeś za to fiskusowi. Władze lokalne położyły nowy chodnik – to złodzieje, którzy ściągnęli z nas haracz, z tego połowę zagarnęli, za resztę wybudowali byle jaki chodnik i jeszcze domagają się wdzięczności. I tak dalej – wszystko, co publiczne, nie jest wedle liberałów darmowym obiadem, lecz posiłkiem, za który zapłaciłeś pod przymusem, odprowadzając podatki.

Oczywiście na poziomie ogólnym jest to prawda. Usługi publiczne opłacamy z własnych podatków i nie są one całkowicie bezpłatne. Jednak w liberalnej propagandzie kryje się fałszywy wniosek, że gdyby nie płacenie podatków, to każdy z nas byłby w stanie za owe usługi i dobra zapłacić z własnej kieszeni prywatnemu wykonawcy. O tym, że jest to bzdura, można się przekonać z kalkulatorem w ręku. Jeśli weźmiemy przeciętnego podatnika, który zarabia np. 2 tys. PLN miesięcznie, to ogół jego podatków – bezpośrednich, w postaci składek społecznych (np. zdrowotnej) oraz pośrednich (opodatkowanie nabywanych usług i produktów) wyniesie w zależności od sytuacji danej osoby od kilkuset do tysiąca złotych, czasem nieco więcej. Ten sam przeciętny podatnik ma jednak dwójkę dzieci w wieku szkolnym, które spędzają na lekcjach w lepiej lub gorzej wyposażonej szkole jakieś 100 godzin miesięcznie (co przy godzinowej stawce choćby 5 zł na osobę daje 500 zł za jedno dziecko). Ten sam podatnik korzysta z porad lekarza, powiedzmy, że w skali 4-osobowej rodziny raz czy dwa w miesiącu. Korzysta też z innych usług gwarantowanych przez państwo lub samorząd lokalny – większość z nich wydaje się nam tak oczywista, że nawet ich nie zauważamy. A są to rzeczy kosztowne – począwszy od uzbrojenia terenu, na którym powstał nasz dom lub mieszkanie, przez stworzenie chodników, jezdni, linii kolejowych, skwerów i parków, przez zatrudnienie policjantów, a kończąc na infrastrukturze do odbioru sygnału telewizyjnego czy radiowego. Gdybyśmy za każde z tych dóbr musieli zapłacić osobno, z własnej kieszeni, to nawet otrzymując wypłatę w kwocie nieopodatkowanej, nie bylibyśmy w stanie zgromadzić środków na to wszystko. Tym bardziej, że na inwestycje budżetowe przeznacza się nie tylko podatki „personalne”, lecz także te od firm, wpływy z ceł itd.

Jasne, nie każdy podatnik ma dwójkę dzieci, nie każdy jeździ koleją, a niektórzy nawet mają końskie zdrowie i nigdy nie leżeli w szpitalu. Tyle że na taką osobę przypada niepracująca matka trojga dzieci, częsty użytkownik drogi (np. taksówkarz) lub osoba, która zachorowała na białaczkę, a koszt leczenia wyniósł 200 tysięcy złotych. Po pierwsze zatem, rezygnacja z systemu zbiorowego i przejście na indywidualne opłaty pozostawiłyby wiele osób na lodzie – i to wcale nie tylko tych niezaradnych, leniwych i biednych, bo wspomniane leczenie białaczki może dotknąć każdego i zrujnuje nawet osobę całkiem zamożną. Po drugie, oferowanie pewnych usług na skalę masową oraz w perspektywie wielopokoleniowej, pozwala znacznie obniżyć ich koszty. Prywatna firma musiałaby tworzyć wszystko od zera, dogadując się z innymi firmami w kwestiach spornych (kto np. sfinansuje skrzyżowanie dwóch prywatnych chodników?), po jej upadku w kolejnym pokoleniu należałoby zaczynać od nowa itd. A brak finansowania takich inwestycji z podatków skutkowałby niepewnością usługodawców – jeśli pokolenie wstecz zebrała się grupa chętnych na opłacenie budowy drogi, to nie ma żadnej pewności, że wśród ich dzieci będzie wystarczająco dużo chętnych, aby zgromadzić kwotę na rozbudowę, remonty czy stworzenie trasy dojazdowej.

Darmowych obiadów zatem faktycznie nie ma, bo za wszystko ktoś kiedyś zapłacił. Ale zarazem system finansów publicznych i powszechnych podatków gwarantuje przynajmniej minimalny wkład do obiadowego kotła. Liberałowie zresztą doskonale o tym wiedzą. Ich pomstowanie na darmowe obiady, które kosztują nas wszystkich miliony złotych, dotyczy dość specyficznie i wycinkowo pojmowanych sfer rzeczywistości. Kosztowne obiady to wedle nich szkoły publiczne, zasiłki dla biednych czy bezrobotnych, system ubezpieczeń emerytalno-rentowych, dotacje do państwowych kopalń czy nierentownych kolei. W tych kwestiach zawsze słyszymy od nich, że dość już utrzymywania darmozjadów, że trzeba ludzi nauczyć odpowiedzialności za siebie, że jeśli coś jest nierentowne, to znaczy, iż niepotrzebne, więc zlikwidujmy to i będzie po problemie. Dziwnym trafem jednak, to samo środowisko ideowo-polityczne i jego kibice milczą w kwestii tych usług publicznych, które są kosztowne, lecz przydatne im lub po prostu, nie wiedzieć czemu, uznane za słuszne i godne uznania.

Pomijając skrajną i niewielką grupkę liberalnych ortodoksów, zwących się libertarianami, którym zdarza się krytykować wszelkie budżetowe wydatki (jest to więc utopia, ale spójna logicznie i uczciwa), liberałowie są ślepi na jedno oko. Widzą nierentowne koleje i kopalnie, widzą publiczne szkoły i zasiłki dla bezrobotnych, ale tak się dziwnie składa, że ich czujnemu oku uchodzi całe mnóstwo innych publicznych wydatków, nierzadko większych, albo takie rodzaje szkód i ubytków, za które ich sprawcy nie chcą płacić z własnej kieszeni. Weźmy tylko dwa wymowne przykłady specyficznego pojmowania „darmowości” przez liberałów.

Szczególnie przeze mnie lubiany, bo wyjątkowo bezczelny przykład takich postaw to postulaty tzw. środowiska lekarzy. Jest o nich głośno średnio raz na pół roku, gdy straszą „odejściem od łóżek pacjentów”, gdyż zarobki w służbie zdrowia nie pozwalają im „żyć godnie”. Na czele tego towarzystwa stoi niejaki Krzysztof Bukiel, związany ze skrajnie liberalnym środowiskiem Unii Polityki Realnej. Postulaty tej części lekarzy są chyba najbardziej jaskrawym przypadkiem liberalnej hipokryzji. Z jednej strony, narzekają na niskie pensje w państwowej służbie zdrowia, które znacząco odbiegają podobno od „stawek rynkowych”. Krytykują również to, że państwo w znacznym stopniu kontroluje służbę zdrowia w wymiarze własnościowym, zamiast sprywatyzować sporą część usług leczniczych.

Myliłby się jednak ktoś, kto sądzi, że „środowisko lekarskie” chciałoby zwolnić się z państwowych etatów i rozpocząć prywatną praktykę w nowo zbudowanych, równie prywatnych klinikach, gdzie mogliby ze sobą do woli konkurować o pacjentów. Wręcz przeciwnie. Ideał wygląda wedle nich tak: najpierw państwo funduje przyszłemu lekarzowi 6-letnie darmowe studia, które są znacznie bardziej kosztowne niż np. studia historyka czy botanika. Później zatrudnia absolwenta owych studiów w państwowym szpitalu za „stawkę rynkową”, czyli od 6 do 12 tysięcy złotych miesięcznie, bo takie kwoty zdaniem protestujących lekarzy pozwalają „żyć godnie”. To nie koniec zabawy. Oprócz tego państwo nie powinno się zbytnio wtrącać w realia etatu lekarza, gdyż on samodzielnie powinien określać, kiedy w pracy jest, kiedy zaś go nie ma. A nie ma go wtedy, gdy prowadzi „praktykę prywatną”. Polega ona na tym, że państwo za grosze sprzedaje lub dzierżawi część szpitala, przychodni lub drogiego publicznego sprzętu prywatnej spółce lekarskiej. I bynajmniej nie po to, żeby na wolnym rynku konkurowała ona o klientów. Skądże – państwo ma podpisać z tą spółką kontrakt gwarantujący wykonanie w skali roku odpowiedniej, tzn. opłacalnej dla jej właścicieli, liczby porad i zabiegów, finansowanych w całości z funduszy publicznych.

Jednak niektórym do „godnego życia” i to nie wystarczy – są tacy lekarze, którzy oprócz pensji w państwowej placówce oraz drugiego etatu na kontrakcie w „prywatnej” przychodni finansowanej z NFZ, prowadzą jeszcze gabinet całkowicie prywatny, np. u siebie w domu. Tam co prawda są już w zasadzie zdani na wolny rynek i konkurencję o klientów (choć nierzadko niemal zmuszają pacjentów szpitalnych do prywatnych wizyt), ale niekoniecznie chcą to robić wedle zasad obowiązujących inne podmioty gospodarcze. Jeśli kobiecina handlująca warzywami i owocami w jako tako korzystnie zlokalizowanym „zieleniaku” musi mieć kasę fiskalną i drobiazgowo rejestrować sprzedaż „owoców krajowych” lub „południowych”, po 3-6 zł za kg, to pan lekarz nie ma obowiązku rejestrować opłat za wizytę rzędu 200-300 zł, gdyż to naruszałoby jego osobistą godność oraz dobre imię „zawodu zaufania publicznego”.

Wyłania się z tego obraz koszmarnej układanki, w której państwo płaci za wszystko, na nic nie ma wpływu, a cały zysk trafia w prywatne ręce. Noam Chomsky trafnie nazwał kiedyś taki system „uspołecznianiem kosztów i prywatyzowaniem zysków”. I taki system nie przeszkadza liberałom, choć zapewnia 2-3 darmowe obiady jednej osobie. Jeśli liberałowie walczą w tej kwestii z „socjalizmem”, czyli z państwem i jego polityką zdrowotną, to tylko wtedy, gdy krytykują „zbyt niskie” stawki w państwowym szpitalu, „za małe” środki z NFZ na prywatne kontrakty oraz „zbyt wolne” przekazywanie za grosze publicznego mienia prywatnym spółkom lekarskim. Mówiąc inaczej, zamiast walczyć z darmowymi obiadami, oni domagają się większych porcji!

Innym ciekawym przykładem tej ślepoty czy cwaniactwa, jest dotowanie transportu samochodowego. Pamiętajmy, że liberałowie bardzo nie lubią nierentownych kolei. Problem w tym, że trasy drogowe są znacznie bardziej nierentowne, a mimo to domagają się ich rozbudowy za państwowe pieniądze. Dlaczego za państwowe – ano dlatego, że na świecie niemal nie istnieją autostrady zbudowane całkowicie prywatnie. Żadna firma nie weźmie się za takie przedsięwzięcie bez przynajmniej kredytowych gwarancji rządowych, a i to jest rzadkością, bo najczęściej państwo musi wprost, z budżetu, zapłacić za taką budowę, a następnie – jak w przypadku szpitali – oddać za śmieszne pieniądze autostrady w zarząd prywatnym firmom, by mogły zarabiać na pobieraniu opłat.

Ale nie tylko w tym tkwi problem. Otóż liberałowie skrzętnie przemilczają fakt, że już istniejące drogi są skrajnie nierentowne. Częste są głosy, że to skandal, iż kierowcy płacą tak wysoką akcyzę w cenie paliwa, a państwo buduje tak mało autostrad w zamian. Celowo przemilcza się tu fakt, jak ogromne wydatki są konieczne, aby utrzymać już istniejącą infrastrukturę transportu kołowego. Zupełnie w tych wyliczeniach pomija się także i to, że motoryzacja indywidualna bazuje na ogromnej ilości darmowych obiadów – kierowcy nie tylko nie finansują z akcyzy całości wydatków na budowę i remonty dróg, ale niemal w ogóle nie partycypują w finansowaniu innych kosztów motoryzacji. A te koszty są – nomen omen – kosztowne. Jeśli po stronie „winien” kierowców uwzględnimy nie tylko budowę i remonty dróg, ale też np. wykup ziemi pod nowe trasy, naprawę budynków niszczejących pod wpływem drgań wywołanych ruchem samochodowym, koszty korozji wywołanej opadami deszczów skażonych spalinami, wydatki na leczenie chorób spowodowanych tym, co wydostaje się z rury wydechowej (m.in. astma, część alergii, niektóre odmiany raka, różne schorzenia dróg oddechowych i układu krążenia), to otrzymamy kwoty zawrotne.

Mój redakcyjny kolega, Olaf Swolkień, przygotował niedawno raport poświęcony polityce transportowej. Wkrótce ukaże się on naszym nakładem, a teraz zacytujmy fragmenty dotyczące kosztów generowanych przez kierowców: „Według badań prowadzonych przez uniwersytet w Karlsruhe i instytut INFRAS w Zurychu, w krajach »starej« Unii koszty zewnętrzne transportu wynoszą około 7-8% PKB. Jak pisał publicysta Krzysztof Jasiński, »według szacunków tej samej organizacji koszty zewnętrzne transportu w Polsce są niemal 2 razy wyższe, co oznacza, że co siódmą złotówkę wypracowaną w kraju (około 150 mld zł) zużywamy na dofinansowanie transportu«. Dla porównania: całkowite przewidywane wpływy z akcyzy od paliwa silnikowego to w roku 2008 około 25 miliardów zł”. Dla jasności dodam, że ok. 96% owych kosztów transportu przypada na motoryzację. Kolejny cytat z raportu: „Niemiecki znawca tych problemów, Lutz Ribbe, zbadał jak wyglądają wydatki i wpływy z komunikacji samochodowej dla Wrocławia [pod koniec lat 90. – przyp. R. O.]. Okazało się, że »Miasto Wrocław wydaje 16% swojego budżetu na komunikację samochodową. Po drugiej stronie może zaksięgować wpływy z komunikacji samochodowej w wysokości 3% budżetu miasta. A więc Wrocław gotów jest wydać 13% swojego budżetu na ruch drogowy, nie otrzymując za to od niego ani grosza«”. No i ostatni cytat, aby pokazać, jakie są koszty nie tylko finansowe, ale i „osobowe” tej ponoć bardzo rentownej motoryzacji: „według badań brytyjskich i angielskich, jeżeli Twoje dziecko mieszka w pobliżu drogi o dużym natężeniu ruchu /…/, to ma 6 razy większą szansę na nowotwór mózgu, rdzenia kręgowego, białaczkę, chłoniaka lub »tylko« astmę”.

Jak widać, istnieją bardzo, ale to bardzo obfite darmowe obiady dla części społeczeństwa, zaś nierentowne koleje (których pasażerowie czy firmy spedycyjne też przecież płacą podatki w cenie owej usługi!) są po uwzględnieniu wszelkich kosztów znacznie mniej deficytowe i o wiele słabiej obciążające wspólną kasę niż transport samochodowy. Czy jednak liberałowie domagają się likwidacji darmowych obiadów w dziedzinie motoryzacji? Czy chcieliby budować autostrady za pomocą dobrowolnej zrzutki kierowców? Czy promują kolej lub tramwaje, które po dokładnym wyliczeniu są znacznie mniej kosztowne niż całokształt poruszania się samochodami? A może zechcieliby w czynie społecznym łatać drogi, w których ich samochody zrobiły dziury?

Skądże znowu – dla nich darmowe obiady i socjalizm to dofinansowany pociąg, który zamiast kompletu 300 pasażerów wiezie ich tylko 60. Natomiast 5-osobowy samochód z jedną osobą, dofinansowany z budżetu na różne sposoby co najmniej 10 razy bardziej, uważają za wyraz ciemiężonego wolnego rynku, rentownego tak, że bardziej już chyba nie można. Darmowe obiady są według nich wtedy, gdy budżet dotuje PKP (zresztą śmiesznymi kwotami w porównaniu choćby z Czechami), natomiast gdy minister Religa chciał wprowadzić podatek, dzięki któremu kierowcy finansowaliby wreszcie leczenie ofiar wypadków (czyli płacili za własne czyny), wówczas miłośnicy płatnych obiadów dostali z oburzenia piany na ustach. A przecież powinni cieszyć się, że ktoś chce od nich wyegzekwować opłatę za niewielką część posiłku, który w menu figuruje jako „motoryzacja indywidualna”.

Tego rodzaju przykłady swoistej schizofrenii liberałów można mnożyć. Choćby ich krytyka dotacji dla nierentownych małych gospodarstw rolnych ze „ściany wschodniej”, przy jednoczesnych zachwytach nad hipermarketami, które oferują tanią żywność. A przecież gros produktów rolnych w hipermarketach pochodzi z wielkich farm otrzymujących gigantyczne dotacje, znacznie większe niż te dla drobnych gospodarstw. Inny przykład to pomstowanie na złe dotacje dla państwowych kopalń, które gwarantują krajowi bezpieczeństwo energetyczne, przy jednoczesnym wychwalaniu ulg podatkowych dla „zagranicznych inwestorów”, którzy zajmują się tak istotną działalnością, jak np. produkcja karmy dla psów albo chipsów dla ludzi. Każdy bez trudu, po chwili namysłu, znajdzie takich absurdów jeszcze sporo.

Co z tego wynika? Ano dwie kwestie. Po pierwsze, rzeczywiście nie ma darmowych obiadów – tyle tylko, że to nie „socjaliści” (czyli zwolennicy aktywnej polityki gospodarczej i socjalnej państwa) powinni o tym pamiętać, gdyż oni mają tego pełną świadomość, postulując abyśmy wspólnie finansowali różne wydatki. Powinni o tym natomiast pamiętać liberałowie, którzy bardzo lubią krytykować darmowe obiady i jednocześnie chętnie je konsumują.

Drugi ważny wniosek jest natomiast taki, że teorie i wywody mówiące o możliwości zlikwidowania darmowych obiadów, są nie tylko bzdurne, ale zawierają postulat cofnięcia rozwoju ludzkości o co najmniej kilka stuleci, jeśli nie do epoki jaskiniowej, bo to właśnie wtedy wszyscy osobiście płacili w taki czy inny sposób za każdy produkt i usługę. Dziś poważna dyskusja nie toczy się między wizjami rozwoju społecznego a zwolennikami cywilizacyjnego regresu, lecz na temat tego, za co chcemy wspólnie płacić. Za dobrej jakości powszechną opiekę medyczną czy za „godne życie” lekarzy na trzech etatach? Za zasiłki dla ludzi, którzy nie z własnej winy stracili pracę i środki utrzymania czy za zwiększanie produkcji spalin i skutki tego procederu? Za porządną edukację wszystkich polskich dzieci czy za dotowanie „zagranicznych inwestycji”, aby ich właściciele mogli szybko, niewielkim kosztem i bez ryzyka zarobić jak najwięcej?

Rzeczywiście, nie ma darmowych obiadów – są tylko płatne obiady. A my – społeczeństwo-podatnicy – musimy zdecydować, czy płacimy za niesmaczne i niezdrowe, czy za pożywne i wartościowe.

Chrześcijaństwo i społeczeństwo nadziei

Z czym kojarzy mi się polski katolicyzm? Z apoteozą gospodarczego liberalizmu, często zapożyczonego od amerykańskich neokonserwatystów, z politycznym triumfalizmem, niemal wprost proporcjonalnie rosnącym do regresu w sferze oddziaływań społecznych, z kuriami przypominającymi twierdze, ze sprowadzaniem etyki do kwestii rozporka, z kompletną obojętnością (by nie powiedzieć wrogością) wobec zagadnień ekologicznych i znaczną mizerią w sferze troski o losy gorzej sytuowanych i ubogich. Czy w Polsce, kraju ponoć tak katolickim, istnieje chadecja? Czy ktoś tu słyszał o chrześcijańskim socjalizmie? Nie. Religię jako akt społeczno-polityczny mają u nas dla siebie środowiska narodowo-katolickie. Owszem, traktują ją z całą konsekwencją także politycy pokroju Marka Jurka, ale oni przypominają dziś bardziej „kustoszy Tradycji”, niż ludzi realnie oddziaływujących na sferę publiczną polityków.

W pewnym sensie polski katolicyzm wydaje się martwy i wycofany z przestrzeni publicznej. Myślę o pewnego rodzaju intelektualnym prymitywizmie, który zakłada, że religia jest albo dla nacjonalistów (i wtedy pejoratywnie nazywa się ją zwykle „fundamentalistyczną”), albo dla miłośników „społeczeństwa otwartego”, co czyni ją miłą, a przynajmniej znośną w oczach epigonów Oświecenia. Ostatecznie da się ją pogodzić z tzw. wolnym rynkiem, czyli – w praktyce – z ekonomicznym darwinizmem i egoizmem, wyznawanym przez część lepiej sytuowanych Polaków na dorobku. Na ostatni rodzaj katolicyzmu made in III RP składa się niemal równorzędnie Biblia, Tradycja i koncepcja państwa jako nocnego stróża. Bo, wedle tej wizji, co z państwa jest, od złego pochodzi…

Nie wynika to jednak z natury religii katolickiej, ale z polskiej traumy historycznej. Tu bowiem każda forma odwołania się do państwa, niemal każda forma etatyzmu traktowana jest jako relikt PRL-u. A każde odwołanie do troski o dobro wspólne (definiowane inaczej niż często-gęsto sprowadzone do czystej formułki wezwania: „Bóg, honor, ojczyzna”), jakim jest np. środowisko naturalne i dbałość o nie, uważane – zgodnie z najgorszą, krótkowzroczną (bo nie chcę nikogo oskarżać o złą wolę) manierą – za formę straszliwego lewactwa. Nic też dziwnego, że w rodzimym dyskursie publicznym skrzętnie pomija się niedawne, pro-ekologiczne wypowiedzi Benedykta XVI. Polscy katolicy – en masse – by nie narażać się na wysiłek przemyślenia własnych poglądów wolą przemilczeć to, co jest dla nich w niedawnych) wypowiedziach papieskich niewygodne. A etyka chrześcijańska – powtórzę – jest traktowana przede wszystkim jako zbiór przypisów dotyczących tego, co w łóżku wolno, czego nie wypada i z kim. Można odnieść przykre wrażenie, że jesteśmy tu po prostu zakładnikami współczesnej pop-kultury, tyle że ze zmienionym znakiem. Kler zaś, który mógłby podpowiedzieć coś więcej, koncentruje się zwykle na odzyskiwaniu kościelnego majątku, fraternizacji z klasą polityczną wszelkich nurtów i życiu w błogim przeświadczeniu, że wszystko jest w najlepszym porządku. A jeśli nie jest, to znaczy, że winni są jacyś „oni”. Z tym że „oni” znaczy co innego dla abp Życińskiego, a co innego dla duchownych z miasta Torunia, co innego dla ojców paulinów z Częstochowy, a jeszcze co innego dla abp Dziwisza.

Czy istnieje dziś w polskiej polityce autentyczny ruch religijny, poza nurtem narodowo-katolickim? Wątpię. Nawet jeśli traktować z dobrą wolą deklaracje aktywu PiS czy PO, w obu tych partiach widać daleko idące dwój-myślenie, które ostatecznie każe się domyślać, że religia jest tu pewnym szacownym zabytkiem (czasem szczerze przyjmowanym), który jednak nie obliguje do poważniejszych przemyśleń natury politycznej. I nie chodzi tu bynajmniej o kwestię aborcji, w której politykom najłatwiej pogodzić się z hierarchami, bo nie narażają żadnych wiążących dla siebie interesów. Czy słyszeliście o tym, by ktokolwiek liczący się w polityce tworzył dziś w Polsce programy w oparciu o solidaryzm społeczny, wywiedziony z Katolickiej Nauki Społecznej? Czy pamiętacie, jak najważniejsze ugrupowania polityczne odnosiły się do nauczania Jana Pawła II w sprawie wojny w Iraku? Czy wreszcie słyszeliście, by pro-ekologiczne wezwania Benedykta XVI rozeszły się szerszym echem w polskiej debacie publicznej? Pewnie nie. Nadmienię, że np. tekst Cezarego Michalskiego, poświęcony tej kwestii, został w zasadzie gruntownie przemilczany. Bo i opinie Ojca Świętego w tej kwestii są w Polsce niemal dla wszystkich niewygodne: Nowej Lewicy nie pasują do jej obrazu Kościoła, kręgom około-kościelnym do ich dziwacznie bojaźliwego (a czasem cynicznego) światopoglądu, zgodnie z którym ekologia to zło wcielone i narzędzie Żydów, masonów i lewaków.

Powtórzę: w kwestii religii w kraju tak bogatym w tradycje religijne panuje zadziwiający prymitywizm. Możesz być katolikiem-nacjonalistą, możesz być katolikiem-liberałem, możesz być wreszcie katolikiem z „Arki Noego”: bylebyś nie traktował zbyt serio państwa (boś etatysta i lewak), albo kwestii ekologicznych (boś lewak i ewentualnie z Unii się urwałeś), albo samej doktryny (bo widać nie było cię w „Arce Noego”). Mówiąc uczenie: jest dziś w Polsce, tak w życiu politycznym, jak i religijnym kilka paradygmatów, których przekroczyć nie wolno. A przynajmniej dla świętego spokoju nie wypada.

Tym bardziej zachwycił mnie tekst mowy Baracka Obamy, opublikowanej w pierwszym numerze reaktywowanej „Res Publiki Nowej” („RPN”, wiosna/lato 2008, 192/rok XXI); mowy zatytułowanej „Wezwanie do odnowy” (Call to Renewall), wygłoszonej przezeń 28 czerwca 2006 roku. Jest to przejrzysty intelektualnie, treściwy głos na rzecz pełnoprawności religii w życiu publicznym współczesnej Ameryki, aprobujący wielość wyznań na gruncie państwa multi-kulturowego. Ten tekst znacznie poszerza horyzonty rozumienia współczesnej polis, która w pewnym sensie w swojej egzystencji cofnęła się do czasów przed-chrześcijańskich, podporządkowując intuicję religijną polityce (wspomnijmy na los Sokratesa!). Co ciekawe – i na to zwróciłem uwagę z polskiej perspektywy – religia jest dla Obamy polityczna w sensie społecznym, nie odwrotnie. To znaczy: jest polityczna przez zmiany (z reguły zmiany na lepsze, co on sam zauważa), jakich dokonuje w świecie.

Nie zamierzam w tym miejscu referować wspomnianego tekstu obecnego kandydata Demokratów na prezydenta, zainteresowani mogą sięgnąć po „Res Publikę”. Zwrócę tylko uwagę na ważną, a zapoznaną z polskiej perspektywy kwestię, którą porusza, gdy wspomina, m.in. Martina Luthera Kinga: „Twierdzę /…/, że zwolennicy świeckości mylą się, żądając od osób wierzących, by przed wkroczeniem w sferę publiczną zostawiły swą religię na progu domu. Frederick Douglas [wybitny czarny abolicjonista – przypis tłumacza], Abraham Lincoln, William Jennings Bryant [trzykrotny kandydat na urząd prezydenta USA – [przypis tłumacza], Dorothy Day [katolicka działaczka na rzecz ubogich – przypis tłumacza], Martin Luther King – jak i większość wielkich reformatorów w amerykańskiej historii – nie tylko byli motywowani wiarą, ale także używali religijnego języka dla poparcia swej sprawy. Mówienie, że w debatach publicznych ludzie nie powinni odwoływać się do »prywatnej moralności« jest absurdem. Nasze prawo z definicji stanowi kodyfikację moralności w znacznej mierze ugruntowanej w tradycji judeochrześcijańskiej. Co więcej, jeśli my, progresiści, odrzucimy część tych uprzedzeń, mamy szansę na nowo odkryć wartości, wpływające na moralny i materialny kierunek rozwoju naszego kraju, podzielane zarówno przez osoby religijne, jak i świeckie. Możemy dojść do wniosku, iż wezwanie do poświęceń na rzecz następnych pokoleń, potrzeba myślenia w kategoriach »ty«, a nie tylko »ja«, znajduje oddźwięk w kongregacjach religijnych w całym kraju”.

Ważność tego opisu nie polega tylko na tym, że człowiek, określający się mianem „progresisty” wskazuje na ważność religii w życiu publicznym, ale że widzi jej społeczne konsekwencje (a może i źródła?): realną możliwość budowy choć odrobinę lepszego świata. Tu rodzi się oczywiście problem: na ile doczesny, lepszy świat dla wszystkich jest kwestią zainteresowania chrześcijan, a na ile mrzonką (herezją). Dziś, jak sądzę, zbyt wielu gorliwych katolików w Polsce uważa, że bezpieczniej uciec się do eschatologii i (słusznej) nadziei na Powtórne Przyjście, niż zająć się wykluczonych i pokrzywdzonych realiami III RP. Jest to forma społecznego kwietyzmu, pozwalająca z czystym sumieniem zająć się robieniem własnych interesów, bez specjalnie głębokiej refleksji (co najwyżej ograniczonej do pomstowania na post-komunistów) nad meandrami współczesnej Polski. A zawsze znajdzie się taki pleban, co ewentualne smutki rozgrzeszy, w zamian za nowy dach na kościele. Bo choć wierni już w większości nie wierzą i do świątyni chodzą pro forma, to jednak nie wypada, by im na głowy cokolwiek padało… Są bowiem tacy księża, którzy już nie wierzą w Boga, ale wciąż wierzą, że nie powinno się psuć dobrego nastroju parafianom.

A mowa Obamy przypomniała mi czytaną niegdyś książkę Martina Luthera Kinga: „Dlaczego nie możemy czekać”. Zacytuję jej fragmenty: „Zaczyna się Rok Pański 1963. Widzę młodego czarnego chłopca. Siedzi na schodkach, które prowadzą do pełnej robactwa czynszowej kamienicy w Harlemie. Korytarze cuchną śmieciami. Chłopiec co dzień obraca się w świecie pijaków , bezrobotnych i szmaciarzy. Chodzi do szkoły, do której uczęszczają głównie Murzyni i niewielu Portorykańczyków. Jego ojciec jest bezrobotny. Matka – służąca – mieszka i pracuje na Long Island. Widzę młodą czarną dziewczynkę. Siedzi na progu zmurszałego drewnianego domku jednorodzinnego w Birmingham. Ktoś inny nazwałby to budą. Ściany aż proszą się o pomalowanie, a połatany dach grozi zapadnięciem. Pół tuzina małych mniej lub bardziej rozebranych dzieci biega po domu. Dziewczynka musi występować w roli matki. Nie może dłużej chodzić do pobliskiej szkoły, gdzie uczą się tylko Murzyni, ponieważ jej matka zginęła niedawno w wypadku samochodowym. Sąsiedzi twierdzą, że mogłaby żyć, gdyby karetka, która miała ją zabrać do szpitala – szpitala przeznaczonego tylko dla Murzynów – nie przyjechała tak późno”.

I tu skończę ten tekst, by uniknąć nadmiaru patosu: możliwe jest chrześcijaństwo i możliwe społeczeństwo nadziei. Tylko nie jestem pewien, czy akurat tutaj, gdzie niemal wszyscy zdają się być przeniknięci Dobrą Nowiną (z poprawką na lyberalizm) aż do mdłości.

Antenka

Parlamentarzyści postanowili, że sejmowa sala numer 14 będzie salą imienia Bronisława Geremka. Mam lepszy pomysł.

Już po pogrzebie Profesora, pytano polityków o jego najważniejsze dla nich przesłanie. Był zawsze pełen kultury, nie przekraczał granicy dobrego smaku; umiał różnić się pięknie; miał mocne, socjaldemokratyczne przekonania, ale też wielką odpowiedzialność za państwo – tak trzej przedstawiciele różnych opcji podsumowali w TVN24 swoje kontakty z Profesorem. To było na końcu jego drogi.

A bliżej początku?

W 1986 roku, w pokoiku zaprzyjaźnionego Pallotyna na Grochowie, robiłam z profesorem Geremkiem wywiad dla podziemnej „Karty”. U Pallotynów, żeby była mniejsza szansa na podsłuch.

Autoryzowaliśmy go potem w ajencyjnym – tak się wtedy mówiło na prywatny – warzywniku na Miodowej, w którym pracowałam jako sklepowa, bo takie były dziwne losy dziennikarzy. Od siebie z Piwnej Bronisław Geremek miał trzy kroki.

Naprzeciwko był kościół Kapucynów, ten z ruchomą szopką. Na półce w sklepie – importowane mule, po które przychodziła czasem Joanna Szczepkowska, ta, co potem obwieściła, że skończył się nam komunizm. Na ladzie kalafiory, pomidory, rzodkiewka. Bronisław Geremek, w bereciku z „antenką” pochylał się ku mnie przez tę ladę, tuż obok worków z kartoflami. Poważnie stawialiśmy przecinki, dopisywaliśmy jakieś fragmenty zdań.

Ombutsmen, ombutsmen, ombutsmen – powtarzał wciąż i wciąż w tej rozmowie u Pallotynów. Tak tę rozmowę pamiętam, choć w ostatecznym tekście znalazły się inne wątki. Nawet nie wiedziałam wcześniej, kto to taki ten ombutsmen. A to po prostu rzecznik praw obywatelskich. Człowiek i instytucja, która gwarantuje mi obronę w tych momentach, w których demokracja niebezpiecznie przystaje, jakby się zastanawiała: ku anarchii podążyć, czy może raczej ku tyranii.

I w jednym i w drugim przypadku prawa pojedynczego człowieka są zagrożone, zaniedbane, pozostawione samym sobie. Jak dziś.

Dlatego myślę, że zamiast tworzyć w sejmie salę imienia profesora Geremka, lepiej stworzyć tam Komisję Praw Obywatelskich. Która będzie oceniać każdy nowy i stary akt prawny pod kątem przestrzegania praw obywatelskich. Zauważać skutki i zagrożenia, jakie prawo niesie pojedynczemu obywatelowi.

Wystarczy dziesięć osób. Niezależnych. Na czas pracy w Komisji zawieszających swoją partyjną działalność.

 

Konstytucja mówi, że Przyrodzona i niezbywalna godność człowieka stanowi źródło wolności i praw człowieka i obywatela. Jest ona nienaruszalna, a jej poszanowanie i ochrona jest obowiązkiem władz publicznych. Należałoby potraktować poważnie ten artykuł.

I, może, znaleźć zdjęcie Profesora w tym bereciku z „antenką”. Powiesić przy stole prezydialnym nowej komisji. Żeby wychwytywała wszystko to, co zagraża zwykłemu Obywatelowi.

Bo Rzeczpospolita Polska jest dobrem wspólnym wszystkich obywateli. To pierwszy artykuł naszej Konstytucji. Czy ktoś jeszcze dziś o tym pamięta? W sejmowej sali numer 14, 15, 16?

Polityka (bardzo) seksualna

W starym dowcipie oficer pyta szeregowego, z czym mu się kojarzy kolor biały. – Z d… – odpowiada. Oficer zdziwiony pyta: a czerwony? – Też z d… Dlaczego? – drąży temat przełożony. – Bo mnie się wszystko kojarzy z d… Ideologom i politykom dzisiejszej prawicy i lewicy też się prawie wszystko kojarzy właśnie z tym.

Gdy lewica do postulatów socjalnych dołączyła obyczajowe, jakaś logika w tym tkwiła. Można uznać, że wyzysk i dominacja nie dotyczą wyłącznie sfery ekonomicznej, lecz także kulturowej. Nawet gdy zniesione zostały formalno-prawne zakazy i bariery, dyskryminujące rozmaite postawy kulturowe czy mniejszości seksualne, zapewne w nawykach i obyczajowości pozostały ślady dawnych postaw. Kwestia dyskusyjna, czy to skutek trwałości tradycyjnej kultury, czy np. biologicznych skłonności człowieka, a więc jak z tym problemem sobie radzić, jeśli w ogóle można – ale fakt pozostaje faktem: jakaś forma dystansu, a czasem także aktów nietolerancji, mniej lub bardziej dotkliwych, istnieje mimo zmian przepisów czy treści programów nauczania.

Można zatem uznać, że warto się pochylić nad owym zjawiskiem. Nie mówię wcale o tym, że wszyscy mają się nawzajem uwielbiać. Na paranoję zakrawa mi fakt, gdy w kilku krajach tradycyjny etos chrześcijański zostaje poddany krytyce jako homofobiczny, choć wynika on wprost z przesłania Biblii. Ale nie da się ukryć, że oprócz licznych chrześcijan, którzy uważają homoseksualizm za grzech i odmawiają zgody na zrównywanie postaw homoseksualnych z tradycyjnymi, są też takie środowiska, które zamiast argumentów lubują się w wyzwiskach od „pedałów”, chcą gejów i lesbijki wygnać lub przymusowo leczyć.

Bez trudu można zrozumieć, że czy to religijne (chrześcijaństwo) czy kulturowe dziedzictwo danej zbiorowości nie zawiera wielu „nowomodnych” i „postępowych” wątków i postaw, a osoby kultywujące takie postawy mają prawo żyć w przekonaniu (nawet jeśli fałszywym), że „nowinki” zagrażają wartościom, które są im bliskie. Nie ma zatem nic zaskakującego w tym, że chrześcijanie krytykują choćby śluby homoseksualistów, a rozmaici niereligijni konserwatyści protestują przeciwko adopcji dzieci przez pary jednopłciowe. Na pewno to, co nazywamy moralnością, jest jednym z elementów tożsamości religijnej i etnicznej, a naruszenie kodeksu etycznego zbiorowości skutkuje zmianami w jej łonie lub przynajmniej potencjalną możliwością takich przeobrażeń. Strach czy dystans wobec zmian jest postawą naturalną i nie można od nikogo wymagać, by sprawnie, szybko i bezboleśnie zagłuszył rozmaite wątpliwości.

Można więc uznać, że debata związana z kwestiami seksualnymi jest zjawiskiem całkowicie naturalnym – i w przypadku obrońców tradycyjnej moralności, i wtedy, gdy inni ją krytykują w imię wyartykułowania problemów środowisk, którym owa moralność sprawia jakieś problemy. Jednak skala, jaką osiągnęło to zjawisko, nie wydaje mi się już zjawiskiem naturalnym, a skutki tego dla debaty publicznej i działań społeczno-politycznych są opłakane. Szczególnie w Polsce, gdzie po niemal pół wieku PRL-owskiej „zamrażarki” wszystkie tendencje ideowe z „wolnego świata” są przyjmowane bezrefleksyjnie, zaś ich wyznawcy cechują się bardzo dużym zapałem.

Gdyby potraktować wypowiedzi liderów i ideologów sceny politycznej jako odzwierciedlenie postaw ogółu Polaków, to można by wywnioskować, że mało ważne są dla nas problemy ekonomiczne, wizje rozwoju, kwestie ustrojowe i wiele innych tradycyjnych elementów polityki, zaś nic nas tak nie martwi i nie ekscytuje, jak to, co można nazwać zbiorczo moralnością. I zapewne tak po części jest, jak w samospełniającym się proroctwie – skoro politycy i ideolodzy epatują nas kwestiami związanymi z seksualnością, to w efekcie przeciętnie aktywny politycznie Polak zaczyna postrzegać świat przez ich pryzmat. Stajemy się jak szeregowiec z cytowanego dowcipu – wszystko kojarzy się nam z d…

Zobrazuję to kilkoma przykładami, które skłoniły mnie do niniejszych przemyśleń. Są one chyba wystarczająco wymowne, aby zastanowić się nad tym, czy wszystko jest w porządku z dzisiejszymi sporami ideowymi oraz ze sposobem konstruowania tożsamości poszczególnych opcji politycznych.

Pewnego dnia na konserwatywnym forum dyskusyjnym natrafiłem na wątek, który w tytule miał „bojkot McDonald’sa”. Zmęczony prymitywizmem polskich konserwatystów, którzy debatują głównie o wspomnianej „moralności” oraz o obniżaniu podatków, pomyślałem, że może wreszcie dostrzegli nieco więcej. Bojkot McDonald’sa to, wydawałoby się, temat dla konserwatystów wymarzony – kto jak kto, ale właśnie oni powinni wieszać psy na ekspansji tandetnej oferty, ujednoliconej w skali świata, która wypiera tradycyjne, lokalne nawyki żywieniowe, a wraz z nimi całą kulturę kulinarną. Na to, że skrytykują sieć fast foodów za wyzysk personelu i XIX-wieczne stosunki pracy, nawet nie liczyłem – wśród polskiej prawicy przesłanie katolickiej nauki społecznej jest popularne mniej więcej tak samo, jak capoeira lub origami. Liczyłem natomiast na to, że wreszcie ktoś dostrzegł, iż ekspansja prymitywnej kultury konsumpcyjnej w jej zunifikowanej formie, po prostu szkodzi narodowemu etosowi. Jak myślicie, za co jednak McDonald’s miał być bojkotowany? Za to, że podobno jest czy chce być firmą tzw. gay friendly, czyli przyjazną homoseksualistom.

Innym razem kolega poinformował mnie o losach naszego znajomego. Ten wieloletni lewicowy działacz, uczestnik setek inicjatyw, zapalony społecznik, skazany w procesie sądowym za wspieranie strajku jednej z grup pracowniczych, od dawna zajmujący się pomocą rozmaitym grupom wykluczonych i sponiewieranych Polaków, udał się ni z tego ni z owego na tzw. paradę równości. Nigdy nie zajmował się taką tematyką, a jego lewicowość dotyczyła kwestii socjalnych, nie obyczajowych – zajmowanie się tymi drugimi wręcz krytykował. Co go skłoniło do takiej decyzji? Podobno to, że w swoim środowisku został do tego stopnia zaszczuty jako „homofob”, że dla świętego spokoju postanowił zamienić flagę czerwoną na tęczową i paradować w jednym pochodzi m.in. z tolerancyjnymi ultraliberałami, którzy bez mrugnięcia okiem likwidowali całe zakłady czy wręcz branże, nie troszcząc się ani minuty o ofiary tego procederu, czyli tysiące pracowników.

Rodzima prawica wojowała kiedyś z billboardami reklamowymi. Fajna sprawa, pomyślałem – co wspólnego ma bowiem z konserwatyzmem ten szpetny proceder? Co dobrego z punktu widzenia tożsamości kulturowej wynika z faktu, że zabytkowe starówki wielu polskich miast wprost zaklejone są krzykliwymi billboardami, nierzadko w dodatku powielającymi grafikę i hasła powstałe o tysiące kilometrów stąd? Jaką wartość prezentują wielkie tablice ustawione wzdłuż dróg, szpecąc krajobraz? Co wspólnego z dbałością o pamiątki przeszłości mają takie zjawiska, jak wieszanie wielkich płacht reklamowych na Kościele Mariackim i murach Wawelu? Można by spodziewać się, że konserwatyści będą wrogiem takiego estetycznego śmietnika. Przeciwko czemu jednak protestowali? Przeciwko billboardom reklamującym bieliznę, na których modelka miała odsłonięte jakieś 20% biustu. Bo dzieci patrzą! Jasne, że patrzą – patrzą też na Wawel obwieszony płachtami reklamowymi. Niech się dzieci uczą, po co są zabytki kluczowe z punktu widzenia tożsamości narodowej – po to, żeby prywatne firmy mogły traktować je jako miejsce ekspozycji, napędzającej im klientów. Wawel obwieszony reklamową tandetą to ucieleśnienie ideałów konserwatywno-liberalnych – jest przeszłość i tradycja, jest też rynek i zysk…

Niedawno na jednym z lewicowych portali internetowych dwójka publicystów prowadziła dyskusję o „lewicowej homofobii”. Autorzy przekonywali czytelników, bez żadnych konkretów, że w środowiskach lewicy wręcz roi się od osób niechętnych homoseksualistom i że jest to skandal. W dyskusji pod tekstem kilkanaście osób z przeróżnych środowisk lewicowych i lewicujących napisało niezależnie od siebie, że taka diagnoza jest zupełnie bzdurna, bo nie o żadną homofobię chodzi. Zwracali uwagę, że problem dyskryminacji gejów i lesbijek jest marginalny, choć mocno wyolbrzymiany, a w kraju takim jak Polska istnieje całe mnóstwo problemów pilniejszych, poważniejszych i dotyczących znacznie większych grup społecznych. Wszyscy uczestnicy dyskusji twierdzili, że nie przeszkadza im równe traktowanie osób homoseksualnych, natomiast są przekonani, iż mamy do czynienia z mnóstwem innych, dużo poważniejszych problemów, dotyczących osób, za którymi – inaczej niż za gejami i lesbijkami – nie ujmują się np. duże liberalne media. Jak widać, nie chodzi tu o żadną homofobię, lecz o inny wybór priorytetów. Czy to coś zmieniło w postawie autorów wstępnej diagnozy? A skądże, jeden z dwójki autorów uznał, że takie właśnie stawianie sprawy to kłująca w oczy homofobia, będąca, jak widać, palącym problemem lewicy czy wręcz stawiająca lewicowość owych dyskutantów pod dużym znakiem zapytania.

Tego typu przykładów z lewicy i prawicy mógłbym podać znacznie więcej. Stawianie w centrum dyskusji problematyki związanej z seksualnością – mniejszości seksualne, identyfikacja płciowa (feminizm), postawy wobec seksu (edukacja seksualna, antykoncepcja itp.) – jest powszechne. Jeszcze bardziej niż w polityce – gdzie czasami trzeba zejść na ziemię, tj. zniżyć się do problemów, którymi żyje elektorat, a ten częściej styka się z brakiem łóżek w szpitalach niż np. z gejami i ich rozterkami – widoczne jest to w środowiskach ideotwórczych. Dla głównego nurtu myśli lewicowej „nowoczesna” postawa wobec kwestii okołoseksualnych i stawianie ich w centrum uwagi, stanowi papierek lakmusowy lewicowości. Z kolei główny nurt prawicy ocenia moralną kondycję każdego człowieka i całego społeczeństwa niemal wyłącznie przez pryzmat postaw dotyczących seksualności, bagatelizując wiele innych zjawisk i postaw składających się na to, co można nazwać godnym życiem. Jeśli weźmiemy dwa najbardziej rozpoznawalne czasopisma obu opcji, czyli „Frondę” i „Krytykę Polityczną”, to jak na dłoni widzimy prawicę i lewicę seksualną. „Fronda”, która kiedyś była pismem bardzo szeroko i nieszablonowo omawiającym rozmaite kwestie kulturowe, od jakiegoś czasu koncentruje się na problematyce obyczajowej i okołoseksualnej. Nie proponuje w tej mierze niczego nowego czy świeżego, a jedynie niemal dosłownie skopiowane trendy i opinie amerykańskich neokonserwatystów, powtarzane do znudzenia i przesytu. „Krytyka Polityczna” z kolei od początku reprezentowała „lewicę obyczajową”, a sporadycznie pojawiające się tam wątki socjalno-ekonomiczne giną wśród takich kwestii, jak kino feministyczne czy homoseksualne skłonności literatów. Również tutaj trudno o oryginalność, bo nie sposób za taką uznać kopiowania i nachalnego epatowania pomysłami zachodniej Nowej Lewicy o niemal już półwiekowym rodowodzie. O przepraszam, oryginalnym wkładem w debatę jest ze strony tego środowiska temat prostytucji w obozach zagłady, bo i taka tematyka pojawia się w „KP”…

O czym świadczy natrętne wałkowanie tematyki seksualnej? Można doszukiwać się różnych przyczyn – od obsesji po odwracanie uwagi od dużo ważniejszych kwestii – ale nie w tym rzecz. Ważniejsze jest dostrzeżenie oczywistego, choć w tym kontekście jakby zapomnianego faktu, że jednak nie wszystko kręci się wokół d… Co więcej, kręci się wokół niej coraz mniej. Można uznać, że na Zachodzie w latach powiedzmy 60. nałożyły się na siebie dwie tendencje: rozwój i stabilizacja ekonomiczna oraz wyczerpanie się dotychczasowych wzorców kulturowych. Nie trzeba się było martwić o pracę, poziom życia był wysoki i stale rósł, a jednocześnie zderzyły się oczekiwania młodzieży z postawami pokolenia ich rodziców. W takiej sytuacji na scenę weszły nowe trendy i postawy – nowolewicowy bunt, oparty głównie o kwestie obyczajowo-kulturowe. Wkrótce wywołał on reakcję obronną środowisk konserwatywnych, które też jednak dostosowały się do nowych czasów i ich wyzwań. Ta kulturowa wojna była tyleż uzasadniona, co nieunikniona. Sęk w tym, że obecnie jest ona anachroniczna. Dziś spory zdominowane przez kwestie obyczajowe są dla ich uczestników być może ważne, a zapewne wygodne (pozwalają być w centrum uwagi, bez zajmowania się problemami trudniejszymi i mniej popularnymi), ale nie są one kluczowe z punktu widzenia wyzwań, przed jakimi stajemy.

Dziś, po kilku dekadach neoliberalnej globalizacji, to nie prawa gejów, antykoncepcja czy zapłodnienie in vitro dotykają sedna problemu. W gospodarce nastąpiło niejako cofnięcie się do czasów sprzed epoki stabilizacji gwarantowanej przez politykę państw dobrobytu z lat tzw. złotej trzydziestki (1945-1975). Pojawiły się jednak nie tylko stare problemy społecznych skutków nieskrępowanego kapitalizmu, ale także rozliczne nowe zjawiska – wyczerpywanie się kluczowych surowców, dewastacja środowiska naturalnego i jej skutki, dynamiczny rozwój technologii ingerujących w same granice człowieczeństwa (klonowanie, eksperymenty genetyczne) i w ogóle życia (modyfikacje genetyczne roślin i zwierząt), stale rosnąca i nierzadko wymuszana mobilność społeczna, konflikty religijno-etniczne, destrukcja tradycyjnych struktur władzy i atrofia społeczeństwa obywatelskiego.

To wszystko sprawia, że żyjemy w sytuacji rosnącego chaosu i niepewności, a współczesne lub prognozowane problemy przypominają te, które zapełniały karty najstraszliwszych dystopii. Już dziś mamy do czynienia z ogromnymi możliwościami kontroli i manipulacji ludzkim zachowaniem, technologia przekształca przyrodę na skalę niespotykaną w historii ewolucji, do absurdu doprowadzono kwestię własności prywatnej (za posiadanie „nielegalnych kopii” piosenek czy filmów w domowym komputerze można trafić za kratki), automatyzacja skutkuje malejącym zapotrzebowaniem na pracę człowieka (przynajmniej tę tradycyjnie pojmowaną) i jego coraz większym wyobcowaniem z procesu produkcji, co rodzi coraz większe problemy materialne i psychologiczne. I tak dalej – tych wyzwań jest mnóstwo. Właśnie w takich realiach należałoby oczekiwać od polityków i ideologów pogłębionej debaty, nowych wizji i strategii. A oni mydlą nam oczy gejami i lesbijkami, pigułkami antykoncepcyjnymi, „gołymi babami”, zapładnianiem takim i owakim, „brakiem zgody na dewiacje” i „zwalczaniem heteronormatywności”.

Kwestie moralności i seksualności nie są nieistotne. Ale prawica seksualna i lewica seksualna są jak szeregowy ze starego dowcipu. A może raczej jak Maks z filmu „Seksmisja”, do którego Albercik rzekł w pewnym momencie: „Nasza cywilizacja legła w gruzach, a tobie tylko dupy w głowie”.

Kto nie strajkuje, niech nie je

Ilekroć oglądam medialne migawki i relacje z polskich strajków, tylekroć mam wrażenie, że temat ten próbuje się upchnąć w kąt lub przedstawić strajkujących w nienajlepszym świetle. Zwykle jest to rozhisteryzowana tłuszcza, albo nieporadnie wypowiadający swe racje ludzie, którzy nie budzą w odbiorcy ni krzty sympatii. A jako tzw. głos ulicy słyszymy zwykle poirytowanych i wściekłych ludzi, zmęczonych protestem pocztowców, kolejarzy, kierowców MPK, pielęgniarek czy nauczycieli. Ci, którzy podejmują się strajków, to roszczeniowcy, związkowa sitwa lub nieudacznicy, wrzód na zdrowym ciele organizmu. Interesujące, jak ta retoryka, choć o wiele bardziej subtelna, przypomina to, co o strajkujących ludziach „Solidarności” w czasach PRL-u mówiła oficjalna propaganda (a w pewnym okresie także część solidarnościowych elit). Tyle że wtedy częściej używano terminu „warchoły”, który dziś, w III RP wypadł z obiegu, może i dlatego, że zbyt wyraźnie przypominałby pewne podobieństwa w ideologii wyznawanej przez nomenklaturę.

Strajk jest zawsze rozsadnikiem istniejącego ładu, zjawiskiem budzącym niepokój strażników istniejących struktur, jest także czynnikiem anarchizującym istniejące status quo. I desperackim wołaniem o sprawiedliwość, a przynajmniej o zachowanie ducha tej sprawiedliwości w życiu społecznym i ekonomicznym. I właśnie ten ostatni element zwykle zostaje usunięty w cień w większości współczesnych przekazów medialnych. Ludzi domagają się podwyżek, zachowania uprawnien, próby wynegocjonowania lepszych warunków pracy czy też – najbanalniej w świecie – zachowania etatu. Oficjalna ideologia III RP, skutecznie zaszczepiona społeczeństwu, przedstawia tego typu kwestie z dobrodusznym politowaniem lub jawną pogardą. Marks miał rację: panujące idee są ideami panujących. A panujący chcą mieć święty spokój: myślę zarówno o „stu najbogatszych Polakach”, zagranicznym kapitale, jak i politycznych krewnych i znajomych tych państwa ze wszystkich partii liczących się na naszej scenie politycznej. Z drobnym zastrzeżeniem: jedynym przyjacielem strajkujących jest aktualna (w danym momencie) opozycja. I kilka lewicowych partii kanapowych, które z zasady nie mają większego poparcia wśród gorzej opłacanych mas: resztki klasy robotniczej czy szerszej rzeszy pracowników najemnych.

Zresztą, kto dziś może sobie pozwolić na strajk? Większe centrale związków zawodowych, reprezentujące resztkę haniebnie – wedle rozumienia neoliberałów czy nekonów – nie sprywatyzowanych zakładów pracy. Na marginesie została większość „transformowanych” Polaków, utrzymujących się na tzw. rynku pracy. Tu trzeba jasno przyznać, że spora w tym zasługa samych związków zawodowych, które przez lata kompletnie nie radziły sobie z nowymi wyzwaniami w rodzaju sieci hipermarketów, albo cynicznie realizowały własną politykę, politykę upolitycznionych, sfraternizowanych z biznesem sitw związkowych. W ramach politycznych wojen posyłano na bitwy swoich związkowców, by np. utrudnić życie aktualnie rządzącym. Za grosz w tym suwerennej, dalekowzrocznej wizji.

Kryzys lewicy w Polsce jest nie tylko kryzysem politycznym, ale – w dużej mierze – także kryzysem dzisiejszego ruchu związkowego, hybrydy post-solidarności i post-PRL-u. Nowa, obyczajowa lewica zaś podsuwa nową wizję protestu: marsze tolerancji. Abstrahując od kwestii obyczajowych, różnica jest taka, że marsze protestu osłania policja, zaś w czasie „klasycznych strajków” protestujący mają siły porządkowe przeciwko sobie. W zasadzie mają przeciwko sobie wszystkich: od „stu najbogatszych Polaków”, przez rządzących, po fotoreporterów i gryzipiórków, niepomiernie zdziwionych, że są jeszcze takie dwunożne, nieopierzone zwierzęta, ze złością i gniewem w oczach wegetujące na obrzeżach nowego, wspaniałego świata. A gdy to chamstwo zwali się do Warszawy, to już w ogóle jest płacz i zgrzytanie zębów.

Jak dotąd pamiętam tylko jeden incydent, gdy media pozytywnie odniosły się do długotrwałych strajków pielęgniarek: gdy za czasów rządów PiS przed siedzibą Rady Ministrów siostry rozbiły „białe miasteczko”. Wielce byłem zdziwiony, jak długo, szczegółowo i z jaką empatią większość mediów potrafi relacjonować strajkowe wydarzenia, jak umie współczuć, sympatyzować i pochylać się z troską. Wtedy to właśnie Sławomir Sierakowski stworzył jedną ze swych wielkich wizji, wieszcząc rychły sojusz inteligencji i ludu pracującego, jak z czasów „Solidarności”, w imię obalenia kaczofaszyzmu. Miała to być nowa jakość, co z niejakim zachwytem odnotowała część wybitnych publicystów. Owszem, była. Jak wszystko w czasach mediokracji – miała swoje pięć minut. I ani chwili dłużej. Bal maskowy (bo trudno to nazwać karnawałem) szybko się skończył ku chwale rosnącego PKB. Trzeba odnotować zresztą, że wśród zwolenników PiS, którzy histerycznie reagowali wówczas na białe miasteczko, reakcje wobec strajkujących diametralnie się zmieniły już w czasach rządów PO. Strajkujący ludzie, niczym kolektywny chłopiec do bicia czasów III RP, zaczął po prostu otrzymywać cięgi i pieszczoty od kogo innego. Ale zasadniczo ich pozycja nie uległa zmianie: są na kolanach. Tyle że obecnie łatwiej wstać, otrzepać pył polskiej ziemi i udać się za chlebem na obczyznę.

Kłopot w tym, że ktoś tu musi zostać, by obsługiwać „stu najbogatszych Polaków”, dać zarabiać ludziom z show-bizu, utrzymywać klasę polityczną itp. Kto zatem zostaje, a wie, że nie samą myślą żyje człowiek, niech pamięta to hasło: kto nie strajkuje, niech też i nie je.

Michał Anioł fruwa jak żaba z SB

Agent, nie – mówię – ale piszą, że jego sklepienie Kaplicy Sykstyńskiej jest „pomostem” pomiędzy Kościołem rzymsko-katolickim a wiarą żydowską, zawiera zawoalowane symbole żydowskie i coś tam niemiłego wobec papieża.

Rabin Benjamin Blecha, profesor talmudyzmu na nowojorskim Yeshiva University oraz Roy Doliner, przewodnik wycieczek po Watykanie, którzy napisali o tym książkę „The Sistine Secrets: Unlocking the Codes in Michelangelo’s Defiant Masterpiece” (już na liście bestsellerów „New York Times”, zaraz pewnie będzie i u nas) zwracają uwagę, że Michał Anioł, malując na sklepieniu tylko postaci ze Starego Testamentu, stawiał nam pytanie: dlaczego zapominamy o naszych prawdziwych korzeniach (http://wiadomosci.onet.pl:80/1495172,2679,1,tajne_przeslanie_michala_aniola,kioskart.html). Autorzy dostrzegli też na malowidłach kształty hebrajskich liter, z których każda ma sekretne znaczenie. Sugerują, że drzewo życia widoczne na freskach, to nie jabłoń, lecz – zgodnie z żydowską tradycją – figowiec. Twierdzą też, że na sklepieniu ukryta jest krytyka papieża Juliusza II, który to wszystko zamówił, ale ponieważ Michał Anioł zdegustowany był papieską korupcją, namalował proroka Zachariasza na jego podobieństwo, a widocznemu za nim aniołowi kazał czynić wyjątkowo obsceniczny gest nad jego głową.

Marco Bussagli, profesor historii sztuki rzymskiego uniwersytetu, uważa, że ujawnianie antykatolickich i antychrześcijańskich treści wskazuje, iż syndrom Dana Browna uderza ponownie. W dobre imię katolicyzmu – jak rozumiem.

Autorzy książki z kolei uważają, że cała Kaplica Sykstyńska zbudowana została według tych samych proporcji, co Świątynia Jerozolimska i jest zagubionym mistycznym przesłaniem powszechnej miłości, zawartym tam, byśmy je odczytali.

Choć nie oni pierwsi próbują zobaczyć to, co – być może – ukryte. O Kaplicy Sykstyńskiej już w 1950 roku Joaquin Diaz Gonzalez, dyplomata wenezuelski, napisał broszurę, w której utrzymywał, że w układzie postaci w Sądzie Ostatecznym ukryty jest zarys twarzy Dantego. Zobaczył tam również obraz Jezusa na krzyżu. W 1990 roku Frank Meshberger wykazywał w „Journal of the American Medical Association”, że centralna scena ukazująca Boga i Adama wyciągających do siebie ręce odwzorowuje kształt mózgu i rdzenia kręgowego. W roku 2000 dr Garabed Eknojan wypatrzył w malowidle kształt nerki.

Każdy odczytuje to, co może.

Wśród terapeutów rodzinnych popularna jest relacja z eksperymentu Humberto Maturany, chilijskiego biologa, który – jako stypendysta Massachusetts Institute of Technology – w latach 50. XX wieku odkrył, że żaba widzi tylko muchy lecące z lewej strony na prawą i nigdy nie zobaczy tych, które lecą odwrotnie. Brakuje jej w siatkówce odpowiednich receptorów.

To wskazywać może, że nasza percepcja rzeczywistości nie jest tak klarownie fotograficzna, jak się wielu z nas zdaje. Rozpoznajemy to, do rozpoznawania czego jest zdolny nasz „aparat”, percepcja jest w pewnym sensie złudzeniem a organizm okazuje się być zamkniętym systemem informatycznym, który nie czerpie informacji bezpośrednio z zewnątrz, a tylko poprzez ich przetworzenie. W skrócie: to, co organizm postrzega, jest uwarunkowane naturą jego własnej struktury.

Gdyby żaba miała w siatkówce receptory umożliwiające jej reagowanie na muchy lecące z prawej do lewej, to by wiedziała, że takie muchy istnieją. A tak?

Wyobrażam sobie, że ci, którzy widzą tylko z prawa na lewo lub wręcz przeciwnie, z pewnością nie mieliby żadnych trudności z udowodnieniem że Michał Anioł mógł być tajnym agentem SB, STASI, Mossadu lub KGB. I mogliby przekonywać, że to właśnie od Michała Anioła zaczął się dramat polskiej pokłóconej „Solidarności”, sterowanej w roku 1980 – i dziś także – przez SB, w osobie Wałęsy. Tak jak dziś przekonuje do tego Andrzej Gwiazda, którego uwielbiałam w Sierpniu za trzeźwe widzenie sytuacji, a którego za nic nie mogę zrozumieć dziś.

No tak. Każdy rozumie to, co może.