przez Remigiusz Okraska | wtorek 13 października 2009 | Felietony - Remigiusz Okraska
Czy wróg mojego wroga staje się moim przyjacielem, sojusznikiem? W działalności społeczno-politycznej stajemy wobec takiego dylematu bardzo często. Nierzadko w związku z niekorzystną sytuacją. Ot, choćby obecnie, gdy trwają rządy neoliberałów. Oczywiście na PO można się oburzać o to, że minister obiecał swoim kolegom jakiś intratny zapis w ustawie. Są to jednak sprawy drugorzędne. Jasne, że takie sytuacje należy piętnować, choćby w imię dobrego samopoczucia, które daje status obywatela państwa nie będącego republiką bananową. Jednak „afera hazardowa” to tzw. małe miki w porównaniu z wyprzedażą za śmieszne pieniądze publicznych przedsiębiorstw, tym razem już nie „resztówek” ani „komunistycznego skansenu”, lecz firm nowoczesnych i bardzo dochodowych, jak KGHM. „Afera hazardowa” to również nic ważnego w porównaniu z planami demontażu publicznej służby zdrowia, zwanego jej komercjalizacją. Bo ustawę, na mocy której Rysiek, Zdzisiek czy Heniek zarobią nawet wiele milionów, można zmienić za kilka lat. Nikt natomiast tak łatwo nie odzyska kontroli nad sprzedanym KGHM, nie odbuduje stoczni przekształconych w eldorado deweloperów, nikt na powrót nie stworzy publicznej służby zdrowia, jeśli przehandlowana zostanie sieć budowanych przez wiele dekad placówek medycznych.
Stąd też, w takich sytuacjach pojawia się idea, że sprzymierzyć się można choćby z diabłem, byle tylko wraz z nim powstrzymać negatywne zjawiska. Obecnie mowa na przykład o nieformalnym sojuszu – a być może nawet przyszłej koalicji rządowej – PiS i SLD przeciwko poczynaniom „platformersów”. Taki sojusz nie jest całkowicie nierealny, a na pewno byłby mniejszym złem niż trwający liberalny skok na dobro wspólne. Jednak trudno ów scenariusz traktować poważnie w kategoriach innych niż doraźne. Oba ugrupowania nie tylko są zakładnikami podziałów historycznych, ale także własnych „frakcji”. W przypadku SLD różnej maści kamerdynerów „Gazety Wyborczej” i „salonu”, natomiast w PiS-ie – silnego środowiska konserwatywnych neoliberałów, czyli durnowatych facecików, którzy w kwestii prywatyzacji niczym nie różnią się od PO, a jedynie chcą wolny rynek „wzbogacić” o pomstowanie na gejów, aborcję i wszelkiej maści „bezbożników”. Inna rzecz, że „zdolność koalicyjną” PiS-u już widzieliśmy w praktyce, a zawdzięczamy jej to, że „Polska Solidarna” w wykonaniu liberałki Zyty Gilowskiej i rozmodlonego – też liberalnego gospodarczo – bawidamka Marcinkiewicza, zakończyła się oddaniem Platformie władzy z co najmniej dwuletnim wyprzedzeniem.
Tego rodzaju faktyczne lub urojone przegrupowania w ramach politycznej „bieżączki”, dają asumpt do snucia teorii o potrzebie głębszego, ideowego przełomu. W jego ramach miałoby się dokonać zbliżenie różnych osób i środowisk „prosocjalnych” ponad dotychczasowymi tradycjami ideowymi i afiliacjami organizacyjnymi. Niedawno w różnych środowiskach pewnym echem odbiła się deklaracja europosła PiS, Tadeusza Cymańskiego, który skrytykował dominację liberałów w swoim ugrupowaniu, wezwał do powrotu do haseł „solidarnych”, a podobno nawet zadeklarował, że nie wstydziłby się, gdyby za poglądy prospołeczne został nazwany socjalistą. Domorośli stratedzy zaczęli już nawet obliczenia: Cymański i fatamorganowa „socjalna” frakcja PiS-u + „przaśno-betonowe” skrzydło SLD (Napieralski i spółka) + resztki Samoobrony + Radio Maryja + jakieś lewackie grupki, które niezbyt mocno akcentują postulaty obyczajowe = Wielki Front Obrony Przed Liberałami. Marzenia ściętej głowy, w dodatku raczej pustej.
Niejednokrotnie w „Obywatelu” pokazywaliśmy, że gdy porzuci się polityczne etykietki, to podobne poglądy w wielu ważnych sprawach społeczno-gospodarczych głoszą osoby sytuujące się od Sasa do Lasa. Szczególnie w Polsce, gdzie scena polityczna jest całkowicie zaburzona historią ostatnich 5-6 dekad, trudno o normalność – brak tu zarówno konsekwentnej lewicy, jak i prospołecznej, solidarystycznej prawicy, a nasze „ekstrema” w postaci ugrupowań populistycznych miotają się od lewej do prawej ściany niczym obłąkane (jak Samoobrona czy Polska Partia Pracy). Dlatego też, jeszcze bardziej niż w „normalnych” politycznie krajach, ludzi o poglądach nieliberalnych gospodarczo można spotkać w Polsce niemal w każdy ugrupowaniu. Gdyby nie podziały historyczne oraz oczywiście ambicje personalne, nietrudno wyobrazić sobie porządną socjaldemokrację z Kołodką, Bugajem i Ikonowiczem oraz prospołeczną chadecję z Romaszewskim, Olszewskim i Januszem Wojciechowskim, które wspólnie tworzą prospołeczną koalicję rządową. A z pozycji radykalnie socjalnych krytykują ich, lecz w kluczowych kwestiach po cichu wspierają populiści z partii pod wspólnym kierownictwem Leppera, Ziętka i Gabriela Janowskiego. A Donald Tusk gra w tym czasie w piłkę w Sopocie, wozi kolegom paczki do więzienia i wraz z Jarosławem Kaczyńskim organizuje sympozja pod hasłem „Zaczęło się w Gdańsku, skończyło w Belwederze – blaski i cienie konserwatywnego liberalizmu”.
Taki scenariusz jest jednak zupełnie nierealny. Długo by pisać o przeszkodach personalnych, środowiskowych, historycznych i innych, zresztą oczywistych dla każdej rozgarniętej osoby. Cymański może nie wstydzić się słowa „socjalista”, ale wstydzi się jego elektorat, zaś Radio Maryja czy „Gazeta Polska” nie nagłośnią takiej kandydatury, bo popieranie kogokolwiek z „socjalizmem” na ustach oznaczałoby mentalną wojnę domową wśród słuchaczy i czytelników, nawet jeśli byłby to socjalista „nasz” i „pobożny”. Dlatego nie zaistnieje tego rodzaju sojusz nawet doraźny, mogący dać szansę dużemu elektoratowi socjalnemu na stworzenie siły czy to obronnej wobec obecnej dominacji liberałów, czy w dłuższej perspektywie wręcz ofensywnej, mogącej nie tylko np. uratować KGHM przed prywatyzacją, ale choćby stworzyć silny koncern stoczniowy, zarabiający na produkcji statków tak, jak zarabiają wspierane przez państwo koncerny niemieckie czy japońskie.
A tym bardziej nie zaistnieje podobny sojusz na płaszczyźnie ideowej, nie nastąpi żaden przełom w tej kwestii. Tego rodzaju sojusz nie zaistnieje dlatego, że wspólny wróg i podobnie negatywna ocena jakichś zjawisk to zdecydowanie za mało, aby stworzyć trwałą płaszczyznę współpracy i porozumienia. To banał, ale warto go napisać: potrzebny jest nie wspólny wróg, lecz wspólny pozytywny cel, nie jedność w nienawiści, lecz podobne, choć niekoniecznie identyczne definiowanie lepszej przyszłości i wartości umożliwiających jej stworzenie.
Kiedyś myślałem podobnie, jak dzisiaj czynią to lewicowcy przyklaskujący prawicowemu „socjałowi” Cymańskiemu. Że wróg jest wspólny i że przeciwko niemu warto się zjednoczyć nawet z diabłem. Jesienią roku 1999 współorganizowałem nawet w Wałbrzychu tzw. Kongres Opozycji Antysystemowej, który zgromadził kilkadziesiąt osób z całej Polski, z przeróżnych mikro-środowisk, od anarchistów i trockistów, po neopogan-nacjonalistów i monarchistów-konserwatystów, wszystko to wsparte silną reprezentacją radykalnych ekologów. Na łamach gazetek tych środowisk publikowałem teksty o „sojuszu ekstremów” i o jedności niezbędnej w obliczu wspólnego wroga. Bo oczywiście mieliśmy wspólnego wroga: neoliberalną globalizację, NATO kilka miesięcy wcześniej bombardujące Serbię, planowany akces do Unii Europejskiej, którą w bezbrzeżnej naiwności 23-latka uważałem wówczas za twór znacznie gorszy niż polityczna mafia rodzimego chowu. Oczywiście nic z tego nie wyszło, zarówno dlatego, że zero pomnożone przez zero nadal daje zero, jak i właśnie wskutek tego, że wspólny wróg to za mało.
Po latach uważam, że była to inicjatywa całkowicie chybiona i niepotrzebna. I to bynajmniej nie dlatego, że wskutek udziału w niej stałem się bohaterem kilkudziesięciu, jeśli nie kilkuset donosów (z „Gazetą Wyborczą” na czele), bo przecież „współpracowałem z faszystami”, lecz z uwagi na to, że większość uczestników owego spotkania nie wyciągnęła z niego żadnych sensownych wniosków i jeśli nie stali się zwykłymi apolitycznymi drobnomieszczanami, to zazwyczaj, poza nielicznymi przypadkami, pogrążali się coraz bardziej w swych ideologicznych szajbach, zamiast się z nich choć częściowo wyzwolić. Nie wstydziłem się wówczas spotkać z tymi ludźmi (bo tylko faktyczni mentalni faszyści, nawet jeśli zwący się anarchistami czy wolnomyślicielami, uważają, że z kimś nie należy w ogóle rozmawiać), tak jak nie wstydzę się, że jakiś Domosławski wycierał sobie mną gębę w weekendowym wydaniu organu orędowników „planu Balcerowicza” (wstydziłbym się raczej, gdyby mnie ów organ chwalił za cokolwiek).
Natomiast wstydzę się swojej naiwnej wiary w to, że chciałem cokolwiek zbudować z ludźmi, z którymi niewiele mnie łączyło. Tamten „sojusz” nie miał sensu właśnie dlatego, że rozmawialiśmy o wspólnym wrogu, zamiast zapytać się nawzajem o to, jak wyobrażamy sobie wspólny ład po – oczywiście czysto hipotetycznym, bo aż tak oderwani od rzeczywistości nie byliśmy – owego wroga pokonaniu. Albo chociaż o to, dlaczego nie podobają nam się wspomniane bombardowania Serbii przez NATO – czy dlatego, że to zwykłe barbarzyństwo i militarystyczna hucpa, czy z powodu umiłowania „męża stanu” Miloševicia, czy może z uwagi na to, że operacja na Bałkanach była nie w smak rosyjskiej ambasadzie w Polsce i jej tutejszym podwykonawcom. Kto pyta – nie błądzi. Kto nie pyta – traci czas.
Zrozumienie tej prostej prawdy – że wspólny wróg to za mało – zajęło mi jeszcze kilka lat. W duchu takiego „porozumienia ponad podziałami” utworzyliśmy „Obywatela”, który początkowo był właśnie zbieraniną – tyle że personalną, nie organizacyjną – wszelkich możliwych ekscentryków ideowych, błąkających się po obrzeżach przeróżnych środowisk. Choć tym razem większy nacisk położyliśmy na podobieństwa – czy to ideowe, czy „techniczne” (jak np. różne postulaty ekologiczne) – to nadal dominowało nie to, co chcielibyśmy osiągnąć, lecz krytyka tego, czego nie lubimy. Fikcję „wspólnej sprawy” spod znaku niechęci wobec neoliberalizmu, niszczenia środowiska i oligarchizacji życia publicznego musieliśmy jednak porzucić, gdy okazało się, że kilku naszym ex-kolegom przeszkadza nie tyle dziki kapitalizm, co upadek „starego dobrego” realnego socjalizmu, że lekarstwa na rządy oligarchów upatrują nie w przywróceniu demokracji, lecz w (re)sentymentalnych westchnieniach za „mężami stanu” pokroju Gomułki, Jaruzelskiego i Miloševicia, że zły nie jest współczesny system finansowy, lecz „głupota ludzi, którzy biorą kredyty”. I tak dalej. Kto nie pyta, ten błądzi…
Wróg mojego wroga nie jest moim przyjacielem. Wspólnota wrogości to zdecydowanie za mało, a sojusze „ekstremów” to w najlepszym przypadku sojusze chwilowe, taktyczne, czasem potrzebne dla rozwiązania konkretnego problemu, nic więcej. Takie stanowisko nie oznacza sekciarstwa i wiary w jedyną słuszną drogę. Nadal uważam, że etykietki „lewicy” i „prawicy” więcej zaciemniają niż rozjaśniają, zwłaszcza w polskich realiach, a w przypadku rozmaitych „ideowców” i „ortodoksów” zazwyczaj maskują niejasne interesy i powiązania lub przerośnięte ego, jeśli nie poważniejsze problemy natury psychologicznej. Nadal sądzę, że ważniejsze są faktyczne postawy i poczynania niż slogany i deklaracje. Nadal wydaje mi się, że człowiek pewny swoich przekonań nie powinien bać się ich konfrontować z racjami innych ludzi, a takich konfrontacji boi się jedynie smutny, zakompleksiony tchórz i miernota, nawet jeśli pozujący na rewolucyjnego herosa lub elitarnego twardziela. Nadal podtrzymuję pogląd, że należy rozmawiać ponad podziałami i że ideowo-polityczne „dziewictwo” jest na rękę wyłącznie specjalistom od wcielania w życie zasady „dziel i rządź”. Nadal mam w dupie donosicieli rozliczających mnie z opublikowania tekstu „faszysty” lub „komunisty” – jeśli „faszysta” lub „komunista” mają coś mądrego i inspirującego do powiedzenia, to będę to publikował, wbrew wszelkim paniom Dulskim, szczególnie tym, które wolnością słowa i pluralizmem wycierają sobie usta, lecz trzęsą portkami, aby nie naruszyć jakiegoś tabu własnego środowiska.
Ale dziś pytam przede wszystkim nie o to, przeciwko komu i czemu występuje dana osoba lub grupa. Dziś interesuje mnie, co proponuje w zamian, do jakich wartości się odwołuje. Dlatego moim sojusznikiem będzie raczej umiarkowany chadek, który uznaje, że społeczeństwo ma prawo stanowić o sobie i wybrać do parlamentu zwolenników podwyższenia podatków, niż radykalny socjalista-etatysta, który przekonuje, że w sumie za Lenina i Trockiego nie było tak źle, a demokracja nie jest przecież dla „wrogów ludu”. Dlatego bliższy jest mi taki członek „rozmemłanych” Zielonych 2004, który potrafi odłożyć na bok – jako kwestię drugorzędną – przekonanie o konieczności zagwarantowania gejom prawa do zawierania małżeństw, lecz w umiarkowany sposób promuje rozwiązania ekologiczne, niż radykał, który sugeruje, że problemy ekologiczne rozwiązałaby eugenika. Dlatego wolę kogoś, kto był przez całe życie w PZPR, lecz wspierał samorząd pracowniczy w 1956 r. i „struktury poziome” w 1980 r., niż styropianowego etosiarza, który w podziemiu wydawał broszurki Hayeka i Friedmana a po wyborach 1989 uznał, że robotnicy głosujący na niego to roszczeniowe bydło spod znaku homo sovieticus, bo nie potrafili zostać biznesmenami zanim zlikwidowano ich zakład pracy. I dlatego wolę będącego moim przeciwieństwem prawicowego, ultrakatolickiego i w ogóle „kołtuńskiego” związkowca „Solidarności” z Podkarpacia, który uważa, że prywatne nie musi być lepsze niż państwowe i że rynek nie załatwia wszystkich problemów, niż „lewicowego”, bliskiego mi w sensie gustów kulturowych faceta z warszawki, który kiedyś był w PPS-ie, a dziś na łamach „Wyborczej” czy „Polityki” szydzi z „socjalu”, bo to przecież passé, to nie w stylu Zapatero i Blaira. Dlatego wolę feministkę, która angażuje swój czas i energię w inicjatywy tworzące klimat kulturowy bardziej przyjazny matkom i ich dzieciom, niż prawicowych mędrków, którzy na zmianę „bronią życia poczętego” i chcieliby kobiety wygnać do kuchni, bo tak twierdzi ich guru Korwin-Mikke. Dlatego z dwojga złego wolę karierowiczów z „Krytyki Politycznej”, którzy lansują się w gazecie Michnika, ale przynajmniej werbalnie optują za gospodarczym „modelem skandynawskim”, niż „niezłomnych” radykałów, którzy temuż Michnikowi zarzucają nie wspieranie Balcerowicza, lecz świństwa w wykonaniu przyrodniego brata lub matki, a głosują na PO w nadziei na obniżenie „złodziejskich i socjalistycznych” podatków.
Okazjonalne sojusze różnych, nierzadko znacząco odmiennych środowisk, będą się zdarzały – i bardzo dobrze, bo w rozwiązaniu konkretnego problemu jest to postawa sensowniejsza niż sekciarska „czystość ideologiczna”. Natomiast jeśli miałyby się zdarzyć poważniejsze, bardziej trwałe, ideowe przegrupowania i przełomy, to nie w oparciu o krytykę czegokolwiek, np. liberalizmu gospodarczego, lecz na bazie spójnej i wspólnej wizji alternatywnej. Tadeusz Cymański i jemu podobni nie staną się socjalistami wskutek deklaracji, że państwo powinno zwiększyć wydatki socjalne i mniej prywatyzować, bo to jeszcze nie jest socjalizm. Socjalistą stałby się Cymański, gdyby uznał, że ideałem, do którego należy dążyć m.in. przy pomocy polityki socjalnej, jest egalitaryzm społeczny, a w sferze gospodarczej – uznanie, że prywatna własność środków produkcji nie jest jedyną skuteczną, że to nie doraźny zysk jest miarą rozwoju ekonomicznego, że gospodarka ma służyć potrzebom ogólnospołecznym. Ale nawet gdyby Cymański stał się takim właśnie umiarkowanym socjalistą, to wcale nie znaczy, że wartościowymi dlań partnerami są tacy „socjaliści”, którzy tęsknią za gomułkowskim zamordyzmem lub wielbią Che Guevarę, a papierkiem lakmusowym lewicowości czynią nienawiść wobec Kościoła i drobnych kupców albo uwielbienie dla mniejszości seksualnych i inżynierii społecznej.
Myśląc o sojuszach i przełomach ideowych, powinniśmy na margines debaty odłożyć niechęć wobec liberalizmu, Balcerowicza, prywatyzacji, Michnika itd., itp. Powinniśmy natomiast pytać, co nas łączy i jakie mamy punkty odniesienia. Czy jesteśmy za autentyczną demokracją i samorządnością obywateli, czy też po prostu chcemy odsunąć liberałów od władzy przy użyciu dowolnych środków, nawet za cenę zamordyzmu. Czy jesteśmy za wolnością słowa dla wszystkich, również dla naszych wrogów, czy jedynie domagamy się tej wolności dziś, gdy jesteśmy słabi, a gdybyśmy byli silni, to zamknęlibyśmy cenzurą usta naszym krytykom. Co nam najbardziej przeszkadza w Unii Europejskiej – nadmierna biurokracja dla zwykłych ludzi i liberalizowanie reguł dla wielkich koncernów czy jej „bezbożność” i zmniejszanie zakresu suwerenności państw członkowskich (dzięki czemu w Polsce np. uratowano Dolinę Rospudy przed jakże suwerennym zabetonowaniem). Jak wyobrażamy sobie silne państwo – jak niezależną na arenie międzynarodowej Szwajcarię, która pyta obywateli o zdanie w tysiącach spraw i wciela ich wolę w życie, czy jak Wielką Brytanię z czasów Thatcher, która za pomocą państwowej policji krwawo tłumiła strajki związkowych górniczych „warchołów”, żeby swoim kolesiom z firm naftowych i gazowych zrobić miejsce na rynku energetycznym. Jaki jest nasz ideał sprawiedliwego i egalitarnego społeczeństwa – taki, jak demokratyczna Finlandia i Szwecja, czy w postaci tęsknot za „polską drogą do socjalizmu” spod znaku Gomułki i Moczara. I jeszcze wiele takich pytań powinniśmy zadać sobie i potencjalnym sojusznikom zanim staniemy się faktycznymi sojusznikami.
Oczywiście można tych pytań nie zadawać, łudząc się wspólnotą celu z ludźmi złączonymi z nami krytyką czegoś lub kogoś i wierząc, że droga na skróty zaprowadzi nas w sensowne miejsce. Nie zaprowadzi – w ten sposób trafimy w miejsce, w którym można jedynie szukać straconego czasu.
przez Anna Mieszczanek | piątek 18 września 2009 | Felietony - Anna Mieszczanek
Mają problem: dali obywatelom ulgi podatkowe i teraz Toyota, Honda oraz Mitsubishi sprzedają coraz więcej samochodów hybrydowych i z napędem elektrycznym. Środowisko – naturalne – zadowolone, przestraszeni za to niewidomi. Ponieważ te samochody jeżdżą cicho.
Gdyby u nas dali takie ulgi – zresztą może już nawet dali, kto to wie, przecież w naszych przepisach podatkowych nie orientuje się chyba nawet ministerstwo finansów – też byśmy pewnie kupowali takie samochody. I polscy niewidomi mieliby taki sam problem, co japońscy.
Co w tej sytuacji robią Japończycy? PAP podaje, że
Rząd japoński poinformował we wtorek o powołaniu grupy ekspertów – przedstawicieli przemysłu motoryzacyjnego, związków niewidomych oraz organizacji konsumenckich – mającej znaleźć rozwiązanie. Sugeruje się wyposażanie samochodów elektrycznych w urządzenie emitujące dźwięk podobny do tego, jaki wydają samochody z tradycyjnymi silnikami spalinowymi. Inny pomysł to jakiś charakterystyczny dźwięk podobny np. do telefonów komórkowych. Jest też mowa o wyposażaniu takich samochodów w czujniki radarowe, które wykrywałyby pieszych i automatycznie uruchamiały dźwiękowe sygnały ostrzegawcze… Na razie eksperci zbierają opinie różnych środowisk, a konkretne propozycje mają przedłożyć pod koniec roku.
Co w podobnej sytuacji zrobiliby polscy politycy?
Najpierw przyleciałby do jakiegoś studia telewizyjnego poseł na „P” z modelem samochodu hybrydowego w skali 1:2, nasadzonym na głowę. Machając rękoma wystawionymi przez atrapę przedniej szyby, krzyczałby, że prezydent nie rozumie słowa „hybrydowy” i że to skandal, który powinna zbadać specjalna sejmowa komisja.
Potem wystąpiłby do narodu minister na „B” i mając za plecami prezentację komputerową wielkości boiska do siatkówki, przekonywałby naród, że w strategii na najbliższe 30 lat problem ten został przewidziany, ale ponieważ od kupowania samochodów hybrydowych nie rozwiąże się problem emerytur dla przyszłych pokoleń, przeszedłby do promocji kolejnej kontroli zwolnień lekarskich w ZUS-ie.
Poseł brat prezydenta zarzuciłby mu następnego dnia działanie wbrew interesowi narodowemu i zażądał poddania się okresowym badaniom lekarskim przez lekarzy orzeczników z ZUS.
W czasie tych kontr-merytorycznych zabaw słownych związki zrzeszające osoby z upośledzeniem wzroku wysłałyby kilka memoriałów do ministerstw, komisji sejmowych oraz premiera, ale żaden z adresatów nie znalazłby czasu na odpowiedź, bo czasy, gdy odpowiadano w terminie wynikającym choćby z KPA na supliki obywateli, dawno się skończyły, tylko obywatele się zagapili i wciąż coś tam posyłają bez sensu.
Na zakończenie kampanii mającej na celu rozwiązanie palącego problemu społecznego wystąpiłby w imieniu organizacji pracodawców jeden pan Jeremi na „M”, który ostatnio chce zabrać renty wdowom (co jest moim ulubionym ostatnio motywem felietonowym) i zażądałby podejścia do kwestii merytorycznie, co wyrażałoby się prawnym zakazem poruszania się osób niewidomych po ulicach w godzinach 00:00 – 24:00.
Dlaczego Japończycy mogą powołać grupę złożoną z ekspertów, przedstawicieli przemysłu, związków niewidomych oraz organizacji konsumenckich, żeby te cztery grupy razem szukały rozwiązań? Co takiego jest w tych Japończykach, że szukają rozwiązania problemu racjonalnie?
I co takiego jest w nas, że zwykle nie potrafimy nawet problemu porządnie zdefiniować, tylko od razu dzielimy się na kilka obozów, z których każdy ma swoje zdanie, najczęściej nijak nie związane z kwestią stanowiącą problem.
Że ja przesadzam? Że u nas nic takiego by się jednak nie mogło zdarzyć?
Otwieram gazetę, w której 16 września 2009 czytam:
Stewardesa LOT-u wyprosiła dwoje niewidomych z samolotu. Przepisy zabraniają zabierania na pokład więcej niż dwóch niepełnosprawnych – o sprawie pisze „Rzeczypospolita”. – „Załoga naprawdę nie miała innego wyjścia” – tłumaczy Andrzej Kozłowski, rzecznik PLL LOT. – „W samolotach obsługujących linie krajowe obowiązuje tzw. instrukcja operacyjna wydana przez EuroLOT (regionalnego przewoźnika należącego do LOT – red.). Zakazuje ona zabierania na pokład więcej niż dwóch niepełnosprawnych. Decydują o tym względy bezpieczeństwa. /…/ Między polskimi miastami latają niewielkie maszyny. Na ich pokładzie jest tylko jedna stewardesa. W razie zagrożenia mogłaby mieć problem z obsługą dużej grupy niepełnosprawnych.
Jaka powinna być pointa tego tekstu?
Mózg mi się zlasował. I dlatego pointy nie będzie.
przez Joanna Duda-Gwiazda | piątek 18 września 2009 | Felietony - Joanna Duda-Gwiazda
Logicznie myślący wiedzą, że upadek komunizmu zawdzięczamy Lechowi Wałęsie. To on przekonał Jaruzelskiego, polskiego szlachcica z kresów, w głębi serca patriotę, że Polska powinna być niepodległa, demokratyczna i kapitalistyczna. Polacy jednoczą się ponad podziałami, aby pokazać Europie, że komunizm obalili ludzie honoru, obradujący przy Okrągłym Stole, a nie Niemcy, rozwalając mur berliński. Niemcy nie mówią całej prawdy. Największy w historii kawałek muru odłupał mój mąż z Kazikiem Michalczykiem przy pomocy zakrzywionej rury. Pewnie dostaną zaproszenie na rocznicę do Berlina. Z Niemców nikt śmiać się nie będzie, ale boję się, że wkrótce Polacy będą pośmiewiskiem Europy, ponieważ wiedza o pierestrojce wydaje się na świecie dość powszechna. Nie wpadłabym na to, gdybyśmy nie wybrali się w Góry Fogaraskie w Rumunii.
We francuskim przewodniku turystycznym przeczytałam: „Odkryto, że rewolucja [w 1989 roku] stanowiła manipulację zmontowaną z błogosławieństwem Moskwy”. „Oglądaliśmy komedię nagrań w »procesie« małżonków Ceausescu, Targu Mures i dyskryminację mniejszości węgierskiej”. Moim zdaniem, Ceausescu został zamordowany, ponieważ w oparciu o Chiny uniezależnił się od Moskwy i spłacił zagraniczne długi. Autorzy przewodnika sugerują, że kluczową rolę w tych wydarzeniach odegrał Iliescu „wysoko stojący w hierarchii komunista, wyszkolony w Moskwie przez KGB, panujący nad siecią byłej Securitate, tajnej policji”. „Szczyt barbarzyństwa został osiągnięty, kiedy »czarne twarze« wystąpiły przeciwko tak zwanym »chuliganom« (w istocie przedstawicielom sił demokratycznych, które nie zaakceptowały oszukańczej »rewolucji«), manifestującym na uniwersyteckim placu”.
Dalej już poszło gładko jak w Polsce. W pierwszych demokratycznych wyborach w maju 1990 roku wygrał Iliescu i wprowadził Rumunię do świata zachodniego. Rumunia weszła do Rady Europy w październiku 1993, z akceptacją NATO przystąpiła do programu Partnerstwo dla Pokoju na początku 1994, uzyskała status partnera stowarzyszonego z UZE (Unią Zachodnioeuropejską, wstępny krok do UE). Skończyło się też jak w Polsce. W 1996 r. Iliescu przegrał wybory, ale kraj był już dogłębnie skorumpowany. Nieliczna warstwa nowobogackich i obszary nędzy, zniszczone fabryki, ugory.
Zadziwiły mnie rewelacje francuskich oszołomów, wyznawców spiskowej teorii. Kogo chcemy oszukać świętując w kolejnych odsłonach zwycięstwo Lecha Wałęsy nad komunizmem? UZE odkryliśmy studiując traktat z Maastricht przed referendum i nikt nam nie wierzył. We Francji nie jest to tajemna wiedza. Oszołomy wszystkich krajów łączcie się!
Pożytki z wędrówek po górach są zaskakujące. Najpierw cieszę się, że na miesiąc uciekam z miasta. Kiedy wracam, winda na dziesiąte piętro jest ósmym cudem świata, a gorący prysznic zamiast mycia końca nosa w lodowatej wodzie wprawia mnie w stan zachwytu. Niestety, po kilku dniach pławienia się w luksusach nieuchronnie następuje twarde lądowanie. Dzwoni telefon, kupuję gazety, z telewizora wyłania się wiecznie żywy Stefan Niesiołowski. Dziura w budżecie, „Rosomak” rozleciał się na minie-pułapce, katarski inwestor okazał się kiełbasą wyborczą. Na Westerplatte wszyscy podkreślają, że Lech Wałęsa reprezentuje wartości, na których budujemy wspólny europejski dom. Nigdy więcej wojny pod warunkiem, że potrafimy rozchmurzyć Putina. Jak to zrobić, najlepiej wie Wałęsa. Niemcy mają swojego bohatera Schroedera, biznesmena budującego z Rosjanami podmorski rurociąg. Putin zaleca Polakom model niemiecki.
Wymyśliłam sposób łagodzenia skutków zderzenia z cywilizacją. Najpierw miękkie lądowanie, czyli kilka dni w Beskidach. Też góry i problemów nie brakuje. Jesienne maliny tak obrodziły, że właścicielka zachęca, aby sobie zebrać za darmo, bo już nie może więcej usmażyć. Krowa jest cielna i sąsiadka martwi się, że nie będzie twarożku. Dwa koguty pobiły się o kilka kur. Jajko tych kur kosztuje 50 groszy. W Gdańsku za jajko kury z wolnego wybiegu płacę prawie złotówkę.
Są też inne problemy. Wysypisko nie może przyjąć śmieci przywiezionych przyczepką. Śmieci wolno odbierać tylko od przedsiębiorców z licencją. Policja nie wie, gdzie wyrzucić śmieci, aby nie zapłacić mandatu. Wszyscy wiedzą, a policja nie wie. Jak się dowie i zacznie sypać mandatami, na śmieciach wyrośnie mafia, jak w Neapolu. Problemem zainteresowała się lokalna telewizja, ale propozycja, aby odbierać śmieci od wszystkich i jeszcze płacić parę groszy za kilogram, nie zyskała uznania. Przed wysypiskiem ustawiłaby się kolejka ludzi z reklamówkami, workami i przyczepami pełnymi śmieci i kraj byłby czysty.
Z kolei w Komańczy zwiedziliśmy zakład produkujący brykiety z siana i trocin. Trociny są w tartakach kłopotliwym odpadem, a bele siana zalegają latyfundia prominentów z Warszawy, którzy muszą kosić łąki, aby dostać unijne dotacje. Surowca jest obfitość, ale biznes rozkręca się powoli, chociaż właściciel jest pomysłowym projektantem. Brykiety z trocin obciążone są 22-procentowym VAT-em, brykiety z siana, jako produkt rolniczy, VAT-em minimalnym. Korzystnie byłoby do siana dodawać trociny, ale to zmienia kwalifikację produktu. Kwadratura koła, bo albo cena za wysoka, albo wartość kaloryczna za mała. Na obniżkę VAT-u nie ma co liczyć, bo premier łata dziurę budżetową. I tak w Komańczy skończyły się wakacje od polityki.
przez Remigiusz Okraska | piątek 18 września 2009 | Felietony - Remigiusz Okraska
Niedawno w obiegu publicznym pojawił się ponownie postulat tzw. parytetów na listach wyborczych do Sejmu i Senatu. Odgórne ustalenie proporcji kandydatów do parlamentu wedle kryterium płci zostało podniesione przez Kongres Kobiet, który zgromadził przedstawicielki wielu środowisk ponad podziałami partyjnymi i ideologicznymi. Postulat ten pozytywnie skomentował prezydent Lech Kaczyński, co na prawicowych forach internetowych zostało przyjęte z dezaprobatą, jako ideologiczna zdrada, bo to wszak postulat „lewacki”.
Fałszywy jest argument, jakoby ewentualne wprowadzenie parytetów na listach wyborczych było zmuszaniem wyborców do czegokolwiek. Parytet nie oznacza przecież obowiązku głosowania na kobiety. Wyborcy spośród zaproponowanych kandydatów mogą wybrać samych mężczyzn, czyniąc tak z jakiegokolwiek powodu (bo bardziej im ufają, bo uważają, że polityka to „męska sprawa”, bo nie wierzą w kompetencje kobiet itd.). Wyborca nadal swobodnie będzie dawał upust swoim wyobrażeniom na temat tego, kto i dlaczego powinien go reprezentować. Kobiety dzięki parytetowi nie otrzymają nawet najmniejszej gwarancji sukcesu w wyborach – dostaną natomiast szansę. I to jest właśnie sedno sprawy.
Przeciwnicy parytetów często używają argumentu, że dlaczego akurat kobiety, a nie na przykład łysi, rudowłosi czy okularnicy. A czy z faktu posiadania łysiny wynikają jakieś konsekwencje ogólnospołeczne? Bo z faktu, iż to kobiety np. rodzą dzieci, takie konsekwencje jak najbardziej wynikają. Inna jest choćby sytuacja kobiet na rynku pracy, w inny sposób niż mężczyźni korzystają one ze służby zdrowia, co innego jest dla nich – z uwagi na dzieci – ważne w funkcjonowaniu instytucji, w przestrzeni publicznej itp. Można zatem uznać, że zwiększenie szans na bardziej liczną reprezentację kobiet w organach władzy sprawi, iż lepiej zostaną wyartykułowane i zaakcentowane problemy typowe dla tej grupy – a jest to grupa, która stanowi ponad połowę społeczeństwa, nie zaś nieliczna, marginalna garstka.
Nie wiem, czy większa reprezentacja kobiet w parlamencie polepszy funkcjonowanie władzy państwowej, czy przyczyni się do poszerzenia spektrum problemów społecznych, które Sejm i Senat raczą dostrzec, czy zmieni kulturę polityczną itd. Nie wiem nawet, czy sprawi, że problemy dotykające głównie kobiet byłyby silniej akcentowane w sferze publicznej. Nie istnieje wszak żadna gwarancja, że „dodatkowe” posłanki i senatorki reprezentowałyby interesy kobiet, nie zaś swoich partii, sponsorów kampanii wyborczych, rozmaitych lobby i grup społecznych, które stanowią ich zaplecze polityczne. Jednak samo prawdopodobieństwo odniesienia sukcesu we wspomnianej kwestii sprawia, że gra jest warta świeczki. Ale przede wszystkim sama idea parytetów, nie tylko w kwestii płci, wydaje się warta rozważenia jako pomysł na stworzenie podobnej pozycji startowej dla różnych grup.
Przeciwnicy parytetów często argumentują, że jest to sztuczna ingerencja, w dodatku szkodliwa, gdyż dyskryminuje lepszych a wspiera gorszych. Przekonują, że gdyby wprowadzić parytety, to z list wyborczych wypadnie iluś tam świetnych kandydatów, których jedyną winą będzie to, że są mężczyznami, zaś ich miejsce zajmą osoby, które są mierne, a ich jedyną zaletą będzie płeć żeńska. Zapewne w jakiejś części przypadków tak się stanie, choć patrząc na realia list wyborczych – nierzadko nie wyczerpujących możliwości wystawienia maksymalnej ilości kandydatów albo bazujących na swoistej łapance – mam wrażenie, że to raczej wydumany problem. Jednak sam ten argument jest zarazem naiwny, jak i wymowny. Przypomina on do złudzenia skrajnie liberalne gawędy o tym, że jeśli państwo nie ingeruje w wolny rynek, wówczas wygrywają na nim najlepsi przedsiębiorcy, na czym korzystają wszyscy klienci.
Jest to oczywista bzdura, bo nie uwzględnia nierównej pozycji startowej. Wielki koncern wcale nie musi oferować produktów lepszych i tańszych niż jego niewielki konkurent. Wystarczy, że ma nieporównanie większe środki na reklamę lub na tzw. wrogie przejęcia, by ten drugi nie mógł dotrzeć do klientów, zaś oni nie będą mieli możliwości dowiedzieć się o tym, że gdzieś czekają na nich dobre i niedrogie wyroby.
Podobnie jest na płaszczyźnie jednostkowej – nawet przeciętnie rozgarnięty potomek zamożnej rodziny ma o wiele większe szanse rozwoju, siłę przebicia i widoki na tzw. karierę niż znacznie zdolniejsze i pracowitsze dziecko, którego ojciec jest bezrobotnym, a matka ekspedientką w spożywczym. Gdyby zostawić ów problem w sytuacji „naturalnej” i nie wyrównywać szans obu tych dzieci, to oczywiście jeden z dziesięciu ubogich, lecz zdolnych uczniów złapie Pana Boga za nogi, czyli zyska prywatne stypendium filantropa lub zostanie dostrzeżony przez fundację prowadzoną przez zamożne przedsiębiorstwo. Ale pozostałych dziewięciu zostanie „straconych”. Zamiast rozwijać swoje pasje, z czego skorzysta też – choćby mimochodem – całe społeczeństwo, jako odbiorcy ich dzieł materialnych lub symbolicznych, będą oni robili coś zupełnie innego, nie mając szans wyrwać się ze swego tzw. naturalnego otoczenia.
Ano właśnie, natura. Przeciwnicy parytetów, tj. ci z nich, którzy wyznają poglądy liberalno-prawicowe, lubią się powoływać na naturę i na to, że odgórne ingerowanie w skład personalno-płciowy list wyborczych jest z ową naturą sprzeczne. To temat na osobne rozważania, ale poglądy tego rodzaju są dość kuriozalne. Sama bowiem natura jest trudna do zdefiniowania, bo nie dość, że człowiek jest istotą cokolwiek „plastyczną” i potrafi się dostosować do wielu warunków (stąd zresztą nasz ewolucyjny sukces), to w dodatku w dziejach ludzkości funkcjonowały z powodzeniem rozmaite style życia i postawy. Oczywiście istnieje pewien zestaw zachowań, które są bardziej perspektywiczne niż inne, ale ich wachlarz jest na tyle szeroki, że nie ma tu jednego i jedynego wzorca. Sukces odnoszą zarówno indywidualistyczno-hedonistyczni Amerykanie, jak i kolektywistyczno-skromni Japończycy, całkiem nieźle mają się katoliccy monogamiści oraz islamscy Arabowie z czterema żonami.
Zresztą, gdyby człowiek chciał być „naturalny”, to cała nasza cywilizacja wyglądałaby zgoła inaczej. Historia ludzkości to raczej historia przezwyciężania natury i jej „wytycznych”. Nie przezwyciężymy ich całkowicie nigdy, nie byłoby to też zapewne wskazane (wszak biologiczny aspekt człowieczeństwa nie wziął się z przypadku i jest równie ważny, jak kultura), ale ludzie mówiący o bazowaniu na naturalnych wzorcach są bardzo krótkowzroczni. Prawicowa część zwolenników owej natury lubi na przykład podkreślać, że sprzeczny z nią jest homoseksualizm, bo nie występuje wcale – lub jedynie rzadko – w przyrodzie, a z racji swej „bezpłodności”, jest skazany na porażkę jako strategia gatunkowa. Jednocześnie te same środowiska nie chcą dostrzec faktu, że gdybyśmy mieli bazować na naturalnych rozwiązaniach, wówczas musielibyśmy zalegalizować eutanazję, bo natura nie zna czegoś takiego, jak sztuczne podtrzymywanie życia. Ba, nie zna nawet specjalnej troski o osobniki stare i nie potrafiące się samodzielnie utrzymać. Podobnie jest z aborcją – niemal nie istnieje u zwierząt mechaniczne przerwanie ciąży (choć zdaje się, zdarza się wśród wilków), ale już czymś całkiem nomen omen naturalnym jest porzucanie czy zabijanie części potomstwa, gdy nie istnieją możliwości porządnego wykarmienia wszystkich młodych. Natura preferuje silnych i sprawnych, reszta się nie liczy. Trudno zatem dosłownie wzorować się na naturze, a ja osobiście jestem wręcz szczęśliwy, że nie muszę żyć w świecie, w którym bez pardonu zabija się „zbyt liczne” potomstwo, starców czy osoby niepełnosprawne.
Notabene, religijni prawicowcy nie chcą dostrzec, że całe chrześcijaństwo jest pierwszym tak radykalnym w dziejach zakwestionowaniem natury i dowartościowaniem kultury, jest pochwałą ideałów przeciwko nagiej biologicznej sile i wynikającym z niej rzekomym „koniecznościom życiowym”. Prawicowcy zresztą miotają się w tej kwestii między sprzecznościami. Z jednej strony, mają skłonność do traktowania człowieka w kategoriach idealistycznych, tak jakby ludzie byli eterycznymi duchami, pozbawionymi biologicznych potrzeb i instynktów. Stąd choćby prawicowe lekceważenie ekologii, pod pretekstem, że chroni ona „jakieś żabki i kwiatki” – tak jakby człowiek nie potrzebował do życia tego samego ekosystemu, dzięki któremu istnieje środowisko naturalne „żabek i kwiatków”. Z drugiej zaś strony ta sama prawica wzywa do przestrzegania „praw naturalnych” i przekonuje, że ingerencje w biologię ludzką są „wbrew naturze” itd. A przecież nieporównanie więcej ludzi umiera wskutek chorób cywilizacyjnych, będących m.in. efektem lekceważenia zasad ochrony środowiska, niż wskutek eutanazji, nawet tam, gdzie jest ona legalna.
Wróćmy jednak do parytetów. Jak wspomniałem, nie jestem pewien, czy parytet na listach wyborczych cokolwiek zmieni na lepsze z punktu widzenia społeczeństwa i samych kobiet. Wiem natomiast, że różne „nierównościowe” formy wsparcia poszczególnych grup rzeczywiście są „wbrew naturze”, ale jednocześnie metodą prób i błędów czynią życie ludzi bardziej znośnym i godnym. Dzięki „parytetowi”, jakim są dotacje z PFRON-u – nie dostają ich wszak ani „normalni” pracownicy, ani łysi, rudowłosi i okularnicy – osoby niepełnosprawne mają szanse na samorealizację, pracę i poczucie akceptacji, zamiast w zapomnieniu, goryczy i frustracji nie opuszczać czterech ścian własnego mieszkania przez kilkadziesiąt lat (chcielibyście tak żyć, zdrowi i sprawni mądrale?). Dzięki „parytetowi” w postaci stypendiów socjalnych, ubożsi studenci mogą w normalnych warunkach zdobyć wykształcenie i wzmocnić szanse rozwojowe całego społeczeństwa. Dzięki „parytetowi” w postaci dodatkowych norm i przepisów, kobiety w ciąży nie dźwigają w pracy dużych ciężarów, co chroni je przed poronieniem. I tak dalej. Tak naprawdę, jesteśmy otoczeni przez setki i tysiące przeróżnych parytetów, czyli form odgórnego wyrównania szans wielu grup społecznych – a wszystko to „wbrew naturze”.
Tam, gdzie nie sięga się po argumenty „naturalne”, często mowa natomiast o „porządku kulturowym”. Skoro kobiety nigdy nie pchały się tłumnie do władzy, skoro w tak wielu kulturach i epokach rządzili mężczyźni, to widocznie „tak powinno być”. Jest w tym argumencie nieco racji. Jednak, po pierwsze, nie bierze on pod uwagę wspomnianych skutków parytetu, który może, lecz nie musi zwiększyć udział kobiet we władzy, a nawet gdy to uczyni, to na określony czas, po jakim decyzja wyborców może być zgoła odmienna. Po drugie zaś, lekceważy kwestię pewnego wzorca publicznego – może kobiety „nie pchały się do władzy” nie dlatego, że nie chciały lub nie potrafiły jej sprawować, lecz z takiego samego względu, z jakiego w społeczności kultywującej od lat i powszechnie kanibalizm trudno o licznych adeptów wegetarianizmu.
Mam sporo sympatii dla takiego konserwatyzmu, który wyraża się nie w ideologicznych formułkach, lecz w tzw. zdrowym rozsądku, w ostrożności wobec pochopnych i nazbyt głębokich zmian. Zwłaszcza po doświadczeniach XX-wiecznych totalitaryzmów i ich inżynierii społecznej, a także w obliczu współczesnych wyzwań (jak manipulacje genetyczne, klonowanie, sprzężenie technologii z biologią człowieka itp.) powinniśmy nieufnie odnosić się do silnych ingerencji w istniejący porządek. Ale zarazem nie należy zapominać, że dzisiejszy świat pozostawia sporo do życzenia. Idea tego konkretnego parytetu – zwiększenia udziału kobiet na listach wyborczych – nie wydaje mi się żadnym istotnym zagrożeniem, bo trudno tu wskazać potencjalne wielkie szkody, które mogłyby wyniknąć z faktu, że liczba posłanek i senatorek wzrośnie np. z 15 do 30% ogółu reprezentantów społeczeństwa.
Nie zawsze parytety są dobrze pomyślane i sensownie wprowadzone w życie, nie zawsze należy forsować „nowinki” na siłę i w błyskawicznym tempie (tworzenie kultury wbrew naturze to proces rozłożony na lata i dekady). Ale warto bronić samej idei wsparcia różnych grup i wyrównania ich szans, wbrew sloganom o „właściwym porządku”, „sprawdzonych zasadach”, „naturze” itp. Nawet jeśli powątpiewamy w społeczne korzyści takich rozwiązań, to warto je docenić z czysto indywidualnego punktu widzenia. Choć wielu z czytających te słowa nie stanie się nigdy kobietami, to żaden z nich nie ma pewności, iż kiedyś nie będzie ubogi, niepełnosprawny, schorowany, stary itp. Oczywiście, jak mówi znane porzekadło, lepiej być pięknym, młodym i bogatym, ale aż tyle szczęścia ma bardzo niewiele osób, a i te – do czasu. W interesie większości leży zatem, żeby idei parytetów nie wyrzucać na śmietnik. Istnieje bowiem ryzyko, że wówczas na jak najbardziej realnym śmietniku znajdziemy się kiedyś my sami.
przez Krzysztof Wołodźko | piątek 14 sierpnia 2009 | Felietony - Krzysztof Wołodźko
Kiedy myślę o stabilności (europejskich) demokracji, przypominają mi się złudzenia sprzed II wojny światowej, gdy za cenę kolejnych ustępstw na rzecz Adolfa Hitlera „ratowano pokój”. I przypomina mi się ta niefrasobliwa, czasem wręcz fanatyczna miłość zachodnich intelektualistów do Związku Radzieckiego, ojczyzny światowego proletariatu, którego prawdziwym obliczem były już wówczas wielki głód na Ukrainie i rozsiane po Sowietach wyspy gułagów. Dalszy ciąg tej historii znamy nieźle, lekcję odebraliśmy na własnej skórze…
Przedwojenne sprawy nie sprowadzają się jedynie do polityki. Można zaryzykować publicystyczną tezę, że cywilizacja zachodnia (de facto państwa, które nadają jej ton) cierpi na pewien rodzaj ospałości, a może nawet pogrążona jest w drzemce, ukołysana własnym dobrobytem i jego złudzeniami, przekonaniem o własnej wspaniałości i szlachetności. Jaka jest ta szlachetność, Polacy mogli się przekonać już w czasach Wielkiej Emigracji, gdy na życzenie carskich ambasadorów inwigilowano ich, odmawiano bytności na terytorium państw zachodnich, czy tworzono swoiste „kordony sanitarne” jak najdalej od Paryża, pozwalano, by polscy emigranci wegetowali w nędzy. Byli niechcianymi gośćmi, intruzami. Zapatrzony we własne sprawy i interesy Zachód uważał ich za kłopotliwy balast, zarzewie rewolucji, potencjalne źródło niepokojów. I na dobrą sprawę niewiele się z upływem czasu zmieniło: od „dziwnej wojny” po Jałtę okazywaliśmy się sojusznikiem niechcianym i traktowanym po macoszemu. Bo Zachód miał swoje sprawy.
Dziś uważamy się za pełnoprawną część tzw. Europy. Na ile to racja, a na ile wciąż jesteśmy krajem peryferyjnym, to temat na osobną dyskusję. Wydaje się jednak, że swoisty „europocentryzm”, cywilizacyjny egoizm ma się dziś wcale dobrze. Jest w tym pewna dwuznaczność: z jednej strony Zachód opiera się na hasłach tolerancji, multikulturalizmu, swobód obywatelskich, demokracji, czyli wpływu ogółu na formę i treść sprawowanych rządów, z drugiej zaś strony sprawia wrażenie niemal kompletnie wyjałowionego etycznie, tak w sferze biznesu, jak i polityki. Przynosi to konkretne, nader wymierne skutki, nie tylko dla Trzeciego Świata: od rabunkowej gospodarki zasobami, sprowadzenia znacznej części ludzkości do taniej, wręcz niewolniczej siły roboczej, przez polityczne i ekonomiczne manipulacje, po tak „banalne” przykłady jak seks-turystyka, gdy poczciwy europejski mieszczuch zrzuca maskę kulturalnego człowieka i okazuje się zwykłym zboczeńcem, wykorzystującym swoją pozycję i możliwości finansowe do najgorszych bezeceństw. Bo też logika dobrobytu, konsumpcji jako sensu życia nie tyle jednostek, co społeczeństw, ma obok radosnej, a przecież i pożytecznej strony – swój straszny cień. Tę ohydną, nade wszystko właśnie etyczną senność na którą nie ma dziś bodaj skutecznego antidotum.
Oczywiście, obraz ten jest o wiele bardziej złożony: kwestie ekonomiczne, cywilizacyjne przenikają się z geopolityką. Obawa przed islamizacją Europy czy radykalnym islamem, który – czy do końca słusznie? – jawi się jako świat bezwzględnie przestrzeganych wartości wobec „zgniłego Zachodu”, to jedna ze znanych publicystycznych i literackich klisz. Ale tu, w Polsce, sensowniej jest myśleć o innych zarzewiach potencjalnych kłopotów. Niemiecki rewizjonizm historyczny, dotyczący II wojny światowej, przenikający powoli do kultury masowej („Walkiria” z Tomem Cruisem), silne tendencje szowinistyczne na Ukrainie, bynajmniej niewygasłe ambicje imperialne Rosji, które stanowią jeden z jej czynników państwowotwórczych: wszystko to może kiedyś doprowadzić do nowej katastrofy.
Jednym z europejskich złudzeń, zaznaczmy raz jeszcze, jest to dziwaczne, choć poniekąd zrozumiałe przekonanie, że każdy okres historyczny, przynoszący względne uspokojenie, przyniesie wreszcie „pokój wieczysty”. Zresztą, jest to po części złudzenie stare jak ludzkość. Ulubionym zajęciem fałszywych proroków było utrzymywanie Izraela w przekonaniu, że nie grozi mu żadne poważne zło: wewnętrzne, ni zewnętrzne. Dlatego prorok Jeremiasz wołał: „mówią Pokój, Pokój!, lecz nie ma pokoju!”.
Dziś woła się powszechnie: dobrobyt i postęp, lecz czyj dobrobyt i za jaką cenę, o tym mówi się rzadziej. Utrzymuje się iluzje zjednoczonej Europy i euroatlantyckich „wojen o demokrację”, po tym, jak rozgrywano interesy zainteresowanych państw kosztem tragedii bałkańskiej, a szczytne idee amerykańskich krucjat czuć z daleka pieniędzmi, ropą i/lub polityczną hegemonią mocarstwa. Nie dotyczy to bynajmniej jedynie aktualnych spraw. Wiele lat temu arcybiskup Romero – później zamordowany – pisał do prezydenta Cartera: „Jestem bardzo zaniepokojony wiadomością, że rząd Stanów Zjednoczonych rozpatruje sposoby udzielenia pomocy wojskowej Salwadorowi, uwzględniając wysyłanie sprzętu wojskowego i doradców… Jeśli wiadomość ta jest prawdziwa, to Pański rząd nie przyczynia się do wprowadzenia większej sprawiedliwości i pokoju, lecz, przeciwnie, popiera niesprawiedliwość i represje wobec zorganizowanego ludu, który bardzo często walczy o respektowanie najbardziej elementarnych praw człowieka”.
Bo też na końcu iluzji tego pięknego świata, który jeśli walczy, to walczy o pokój i dobrobyt, zawsze jest człowiek, często najsłabszy i najuboższy, bezsilny wobec możnych tego świata, ekonomicznych i cywilizacyjnych struktur. Zarówno ten, co jest najsłabszy w łonie kobiety, jak ten, co stoi z kijem lub kamieniem wobec uzbrojonych po zęby „stróżów ładu” lub rewolucjonistów, ten, co psychicznie nie wytrzymał wyścigu szczurów i ta kobieta, która w „latających fabrykach” korporacji przez kilkanaście godzin dziennie za grosze przyszywa sympatyczne loga korporacji, które później nosimy na sobie jako obywatele „lepszego świata”. Obywatele syci na ogół, choć wciąż pragnący więcej i więcej, bez pytania o faktyczne koszta życia w złotej klatce.
To wszystko jest nasz świat, nasza cywilizacja: samolubna, egoistyczna, krótkowzroczna. I jakże zawsze zdziwiona, gdy w końcu bomby zaczynają wybuchać pod jej niebem.
przez Anna Mieszczanek | piątek 14 sierpnia 2009 | Felietony - Anna Mieszczanek
Nie rozumiałam, o co mu chodzi, ale w końcu mi się przypomniało. Przecież raz do roku przylatują do nas ci łysi z wielkimi oczami z Kosmosu, żeby w imieniu Wszechświatowego Porządku zrobić u nas kontrol. Nasz premier też ostatnio robił kontrol. Sprawdzał w ZUS-ie, czy Polacy nagle tacy chorzy, czy tylko im lekarze wystawiają lipne zwolnienia z dobrego serca. Bo każdy ma swój plan kontroli. I oni tam w Kosmosie też mają, no i co – raz muszą przylecieć, żeby nas sprawdzić. Kontrolowanie wszystkiego, co się rusza oraz całkowity brak zaufania nie jest w końcu polskim wynalazkiem – taki świat, można powiedzieć. A nawet – taki Wszechświat.
No więc wykorzystali ten maszt Bono i przyjechali. Ja już tych z Kosmosu mam serdecznie dosyć i już nie mam siły im tłumaczyć, że u nas wszystko jest OK i tylko wygląda, że jest dziwne i jakby na odwrót. Jak byli rok temu – jakoś zawsze w sierpniu przylatują (zobacz tutaj) – to jeszcze jakoś wytrzymywałam. Ale teraz?
No bo oni się zachwycili, że jak tylko Bono machnął flagą „Solidarności”, to zaraz siedemdziesiąt tysięcy gardeł na stadionie jęknęło z zachwytem: Tak, tak! To my! Wspaniali Polacy!
No, a potem ci z Kosmosu czytają gazety i tam jest o jednej pani z Poznania, co pięć lat mieszka sama, samiuteńka bez prądu i wody, w kamienicy, co ją już dawno sprzedali i właściciel podniósł czynsz, więc wszyscy się wynieśli, a pani nie ma dokąd, to została. Chodzi pani o kulach na swoje piętro, zawał miała, ale samorząd jakoś jej nie chce pomóc, bo mówi, że ma dobrze.
Potem ci z Kosmosu wzięli inną gazetę i przeczytali, że po wakacjach dzieci nie dostaną w szkołach obiadów, bo rząd ma kryzys i tnie koszty gdzie najłatwiej.
No, albo o Helu przeczytali, który się zaraz zapadnie w morze od nadmiaru samochodów na centymetr kwadratowy półwyspu. Czytają, czytają i nie mogą załapać, że to już tak od dwudziestu lat i nikt nic nie może zrobić, chociaż to park krajobrazowy, bo przecież dbamy o środowisko i mamy przepisy. Ja im tłumaczę, że przepisy u nas nie są po to, żeby ktoś egzekwował ich przestrzeganie, tylko po to, żeby były, jak się Unia zapyta, czy są. Policja czy miejskie straże mają przecież ważniejsze rzeczy na głowie. Muszą się liczyć z obywatelem i to im zajmuje bardzo dużo czasu. No i kupili im nowe mundury, w których się odparzają, więc naprawdę mają co robić. Smarują się maściami po tych odparzeniach. To dużo czasu zajmuje w końcu.
Więc mówię tym z Kosmosu, że u nas tak już po prostu jest, że na pokaz to jesteśmy cacy, a na co dzień jest do kitu, tak że tylko uciekać stąd.
To oni mówią, że my tu mamy jako naród schizofrenię i że trzeba nas leczyć.
To ja na to, że żadna schizofrenia, tylko elity zwariowały i wmówiły narodowi, że teraz ma być ostry kapitalizm z państwowym sterowaniem, sprzedaje się ile można, miedź czy srebra, co tam kto zauważy, byle wyżywić coraz więcej dziewczynek z pieczątkami i chłopców z placu skarbowego oraz pracowników dawnych służb, bo przecież ktoś ich musi wykarmić, a jak nie my – to kto?
To oni mówią, że przecież jak jest źle, to można do sądu.
A ja ostatnio byłam w jednym sądzie i sama widziałam te sterty pism dowodowych i procesowych, co ich normalnym językiem nie opiszesz, i parę kobitek, co w tych stertach buszowały jak w zbożu, próbując znaleźć cokolwiek. Na płacz mi się zebrało. Jedna jedyna toga walała się samotna pod biurkiem z nieczynną drukarką.
Nasza ciotka Temida jest szalona – mówię tym z Kosmosu. No i strasznie niedoinwestowana. Dlatego tylko dzieci zabiera mamom, jak uzna, że mamy się nie nadają, a tata za stary. Jedna Róża, co się właśnie urodziła – tak miała. A teraz jeszcze jeden pan pracodawca, co mówi o sobie „Lewiatan”, chce żeby nie tylko sąd zabrał mamom dzieci, ale i rząd wdowom renty, gdyby mąż jakiś umarł. I jak posłowie klepną, to sąd zabierze. I też będzie git. Potem pan Tymochowicz w „Dzienniku” znowu nada do wierzenia narodowi, że nie powinniśmy zazdrościć celebrytom wielkich pieniędzy, co je dostają za nic, a my się tylko możemy oblizać, bo oni się umieli sprzedać, a my nie. I że my mamy popracować nad tym, jak się sprzedać.
To wtedy ci z Kosmosu nastawiają te swoje wielkie niebieskie oczy i jak to oni… Że rekomendują nam zmianę ordynacji wyborczej. Że jak obywatel będzie wybierał konkretną osobę w jednomandatowym okręgu, to będzie lepiej. I że powinna być przez rząd zainicjowana, tfu tfu, debata, żeby nową umowę społeczną zawrzeć, bo stara nie działa i nie wiadomo co by ludzie chcieli finansować za swoje podatki, żeby chociaż nie szkolenia z mówienia miłym głosem dla pracowników ZUS-u i że nie można tak wszystkiego sprzedawać i tylko wciąż narodowi dokładać formularzy i zabierać świadczeń, bo się naród na śmierć zamęczy i wtedy nawet cztery ZUS-y nie nadąża z drukowaniem pieniędzy na renty, a minister Boni chyba się zapłacze, że mu tu nikt nie pasuje do wizji nowoczesnej Polski.
Teraz siedzą mi jeszcze koło biurka i w kółko mówią, że nie powinnam być taka sprzeczna wewnętrznie, że raz mi się podoba, a raz nie i że trzeba u nas wreszcie wprowadzić jakiś porządek.
No to jak ja im mam wytłumaczyć, że tu już nikt nie ma na nic siły, a najbardziej ja. Kompletny brak porozumienia międzygalaktycznego.
Przeczytali jeszcze w gazecie jedną znaną dość panią socjolog, co powiedziała, że: „Jeżeli politycy będą wykonywać ruchy pozorne, to ludzie zdeterminowani – tak jak ja – rzucą się do walki, by pokazać, że rządzący nami są pacanami. I powinni zrobić miejsce dla kogoś innego”.
– Matko jedyna! Jak już światli ludzie nauki chcą się brać do walki z pacanami, to my wracamy do siebie – powiedzieli. I odlecieli.
Wcale nie wiem, czy jak przyjadą za rok, też się zgodzę im Polskę tłumaczyć. Co najwyżej machnę im flagą z napisem na „S”, jak Bono w Chorzowie. A co!
przez Joanna Duda-Gwiazda | piątek 14 sierpnia 2009 | Felietony - Joanna Duda-Gwiazda
Dlaczego bronicie żabek a nie ludzi? Chodzi oczywiście o Dolinę Rospudy, gdzie zjawiliśmy się dość efektownie, bo z namiotem w tęgie mrozy. Wszyscy to zauważyli i PiS musiał się tłumaczyć, dlaczego rekomenduje Andrzeja Gwiazdę do Kolegium IPN.
Obrońcom agentów źle kojarzyła się obrona żabek, ale to mogę zrozumieć. Natomiast nie rozumiem, dlaczego to pytanie zadają polscy patrioci na każdym publicznym spotkaniu. Dlaczego interesy ponadnarodowych korporacji, żądających wygodnego transgranicznego transportu, uznano za polską rację stanu? Może chodzi tylko o to, że skoro sąsiedzi żądają – to zastaw się, a postaw się, więc pokażemy im, że nie jesteśmy zapyziałą prowincją Europy.
Wyremontowanie drogi między wsią Marcinkowice a przysiółkiem Łęg, na której moja siostra demoluje swój samochód, do polskiej racji stanu się nie zalicza. Ta droga z gigantycznymi dziurami stanowi wyzwanie, terenowy tor przeszkód dla quadów, które są ostatnio najmodniejszym prezentem na pierwszą komunię. Przyjęcia na pierwszą komunię organizuje się teraz na 100 osób w eleganckich lokalach. Część społeczeństwa jest zamożna, biedniejsi biorą pożyczkę w banku. Z łezką w oku wspominam wiosenny czas pierwszych komunii w zgrzebnych czasach PRL. Z otwartych okien w bloku dochodziły chóralne śpiewy dorosłych, którzy raczyli się czymś mocniejszym. Przed blokiem chłopcy ścigali się wożąc na taczkach z budowy koleżanki-aniołki w białych szatkach. Przynajmniej wszyscy bawili się dobrze i tanio. Teraz aniołki już po cywilu rozjeżdżają quadami polne drogi, łąki i zagajniki.
We Francji ochrona krajobrazu i obrona środowiska naturalnego jest oczkiem w głowie samorządów lokalnych. W Polsce też tak będzie – pociesza mnie koleżanka z Francji. Może doczekam. Po spotkaniu w Bielsku-Białej nocowaliśmy we wsi Brenna niedaleko Skoczowa. Za oknem szumiał górski potok, wokół lasy, samochodów niewiele. Wójt nie jest entuzjastą dobrej szosy przez przełęcz do sąsiedniej doliny – turyści nie przyjadą, przejadą przez Brenną. Ma rację. Schroniska na alpejskich przełęczach straciły klientów, kiedy pobudowano przelotowe szosy.
Ten nietypowy wójt wydaje pisemko pod ciekawym tytułem „Antidotum”. Z tej gazetki dowiedzieliśmy się, że „Głos Ziemi Cieszyńskiej” opublikował artykuł pod tytułem „Kontrowersyjny ks. Popiełuszko”. „Kontrowersyjny”, słówko-wytrych, nigdy nie jest używane w stosunku do osób, które mieszczą się w głównym nurcie polityki. Na przykład biskup Gocłowski nie jest kontrowersyjny, chociaż mieszkańcy gdańskiej diecezji byli zgorszeni jego udziałem w pogrzebie gangstera „Nikosia” i brakiem nadzoru nad finansami firmy Stella Maris.
Dlatego nie martwię się, że Andrzej Gwiazda jest „kontrowersyjny”. Na promocji naszej książki w Warszawie pewien patriota powiedział: „Nie dajcie się zmarginalizować do roli obrońców żabek”. Funkcjonowanie na marginesie życia publicznego to nasza specjalność. I tak wróciliśmy do biednych żabek, które dobrzy ludzie zbierają do koszy w czasie wiosennej wędrówki żab do zbiorników wodnych i przenoszą na drugą stronę drogi.
Zastanawiam się, jak patrioci chcą wychować patriotyczną młodzież, tępiąc odruchy współczucia, troskę o ojczystą przyrodę, szersze zainteresowanie przyszłością świata.
W gazetce „Antidotum” znalazłam też przedruk z „Rzeczpospolitej” artykułu Marka Nowakowskiego. Podtytuł – „Chamostan rośnie w siłę, jego kodeks postępowania staje się niepisaną normą” – zapowiadał ciekawy tekst. Znany pisarz bije na alarm: „Miałkość, małość zyskały pierwszeństwo”, piętnuje „zamęt światopoglądowy”, a także „małpią, powierzchowną europeizację”. Zgadzałam się z autorem, który jako antidotum proponuje powrót do historii, tradycji, woli wspólnego działania. Gdy Nowakowski wyjaśnił dokładniej, co zagraża polskiej młodzieży, przestałam rozumieć, o co mu w ogóle chodzi:
W Parlamencie Europejskim prym wiodą ludzie o rodowodzie lewackim, apostołowie marksizmu, maoizmu, trockizmu, wielbiciele Che Guevary i Czerwonych Brygad. Działają na frontach globalizacji, ekologii, katastrofy klimatycznej, pomocy dla głodujących w „trzecim świecie”, obrony Palestyńczyków. Bezbronna polska młodzież bawi się w parady feministyczne czy gejowskie, protesty w Dolinie Rospudy, wdrapywanie na wysokie kominy. Te zabawy są wyrazem pogoni za sukcesem materialnym, kariery za wszelką cenę, mirażem słodkiego życia.
Miraże słodkiego życia po wdrapaniu się na wysoki komin? Pomoc dla dzieci w Afryce umierających z głodu, którą organizują również polscy misjonarze, to spuścizna po lewactwie Czerwonych Brygad? Jaki jest związek między paradą gejów a Doliną Rospudy?
Marek Nowakowski piętnując „zamęt światopoglądowy” powinien pierwszy uderzyć się we własną pierś. Być może takie propozycje „porządkowania światopoglądu” wynikają ze zwykłej niewiedzy. Nawet wybitni humaniści nie wiedzą, że między anarchistami i trockistami jest większa przepaść niż między Karolem Marksem a Miltonem Friedmanem i nie znają polskiej tradycji w ochronie przyrody. Gdyby polski król nie chronił Puszczy Białowieskiej, hrabia Zamojski nie wykupił Tatr, gdyby Polacy nie lubili bocianów, bożych krówek i jaskółek, nie byłoby w Polsce żadnych problemów z żabkami i bocianami. Młodzież studiowałaby historię zamiast przywiązywać się do drzew.
Na szczęście hasło „bij Żyda” wypadło z kanonu tradycyjnych cnót polskiej prawicy, bo byłoby to w obronie Palestyńczyków…
przez Remigiusz Okraska | piątek 14 sierpnia 2009 | Felietony - Remigiusz Okraska
Ostatnio w mediach coraz częściej zaczyna się pojawiać temat tzw. kapitału społecznego. Głównie za sprawą tego, że wyraźny staje się problem jego braku. Dotychczas wydawało się – przynajmniej umysłom prostym – że wystarczy, aby Polacy masowo nabywali wyższe wykształcenie (mniejsza o to, w jakiej jakości uczelniach i w jakim celu), „bogacili się” (choćby na kredyt i poprzez nabywanie bzdurnych gadżetów) i ślepo naśladowali zachodnie wzorce (w wersji prawicowej oczywiście z zastrzeżeniem, że bez aborcji, feminizmu i praw gejów), byśmy „dogonili Zachód”. Tymczasem okazuje się, że nie wystarczą dyplomy, forsa, coraz większe telewizory i bardziej „wybajerowane” komórki ani przeszczepione wzorce techniczne i instytucjonalne, abyśmy ów Zachód dogonili naprawdę. Bo na „dobre życie” składa się mnóstwo elementów, w tym sporo takich, które są niematerialne lub przynajmniej niemierzalne, a w dodatku tworzą się przez wiele lat.
Co więcej, te pozornie nieistotne sprawy, które pospołu tworzą klimat kulturowy, niejednokrotnie okazują się niezwykle ważne także dla kwestii jak najbardziej wymiernych. Bo dziś już truizmem na gruncie nauk społecznych jest stwierdzenie, że długofalowy rozwój ekonomiczny zależy w niemałej mierze nie tylko od zasobów finansowych, od substancji przemysłowej czy od innowacji technologicznych, ale także od tego, czy ludzie sobie ufają, czy chętnie współpracują, jak postępują wobec siebie nawzajem, jakie wartości dominują w danej zbiorowości itd.
Problem kapitału społecznego to twardy orzech do zgryzienia dla adeptów myślenia materialistycznego – czy to w liberalno-darwinistycznej, czy też w postmarksowskiej wersji. Bo oto okazuje się, że nie wszystko da się wyliczyć, zapisać w rubrykach ksiąg handlowych i statystyk, że nie wszystko można racjonalnie zaplanować, że nie istnieją takie „obiektywne” mechanizmy, które działają zawsze i wszędzie. Innymi słowy – „mędrca szkiełko i oko” nie załatwia sprawy.
Ale jest to problem również dla sztampowej prawicy konserwatywnej, która przekonuje, że wystarczy podlać wolny rynek sosem tzw. wartości, które społeczeństwu przekażą publicyści „Rzeczpospolitej” lub goście „Warto rozmawiać”, a wyegzekwuje szeryf w typie Rudolpha Giulianiego (oczywiście w jego „wersji” z czasów, gdy prawacy jeszcze nie kojarzyli, że „Rudy” popiera aborcję i prawa gejów). Dlaczego bowiem w „postępowej” Szwecji, o której ze zgrozą mówią polscy konserwatyści jako o współczesnej Sodomie i Gomorze, jest znacznie niższa przestępczość niż w rynkowo-konserwatywnych Stanach Zjednoczonych? Dlaczego w Berlinie, zamieszkanym – znów przywołajmy wizję z prawicowych horrorów – przez rozwydrzonych „socjalem” Niemców i rzesze imigrantów, jest nieporównanie mniej strzeżonych osiedli niż w naszej „białej” Warszawie, zlokalizowanej w ponoć konserwatywnej i katolickiej Polsce? No i wreszcie, co wykazały klasyczne już badania Roberta Putnama nad kapitałem społecznym we Włoszech, dlaczego w tymże kraju ludzie bardziej sobie ufają i chętniej współpracują w północnych, nowoczesnych i zurbanizowanych regionach, za to na prowincjonalnym i „niepostępowym” Południu istnieje deficyt takowych postaw, zaś efektem „tradycyjnego stylu życia” są tam wszechobecne i niemożliwe od lat do wykorzenienia struktury mafijne?
O tym, że w Polsce z kapitałem społecznym jest kiepsko, wiadomo już dość dobrze. Takie wnioski płyną z badań np. w ramach „Diagnozy Społecznej”, której kolejne edycje pokazują, że raczej nędznie wygląda u nas kwestia wzajemnego zaufania i że Polacy niechętnie angażują się w życie wspólnotowe (co gorsza, bardzo niska jest tego rodzaju aktywność ludzi młodych, więc przyszłość rysuje się w niezbyt różowych barwach). Jeśli bywa z tym nieco lepiej, to jedynie na rudymentarnych płaszczyznach, jak niewielkie grupy: rodzina, sąsiedztwa, najbliżsi współpracownicy zawodowi itp. Będziemy o tym szerzej pisali w najbliższym „Obywatelu”, a już dziś pozwolę sobie zacytować krótki fragment tekstu Rafała Bakalarczyka, który omawiając badania porównawcze państw Europy, stwierdza, iż „Polska w 2004 r. plasowała się na ostatnim miejscu pośród krajów, które zostały uwzględnione w badaniu, zarówno pod względem sondaży zaufania, jak i udziału w tym, co określamy mianem społeczeństwa obywatelskiego”.
Zaczyna się również mówić wprost, że taki stan rzeczy może powodować poważne problemy, a dokładniej: stanowić znaczącą barierę w rozwoju Polski. Taką tezę postawił prof. Janusz Czapiński, jeden z „szefów” wspomnianej „Diagnozy Społecznej”, w kwietniowym wywiadzie dla „Polityki”, który odbił się tu i ówdzie pewnym echem. Oczywiście znajdą się tacy – i ja sytuuję się wśród nich – którzy nie do końca ufają „suchym” analizom. O tym jednak, że z kapitałem społecznym jest w Polsce krucho, przekonuje mnie już dość długie, bo kilkunastoletnie zaangażowanie w rozmaite inicjatywy społeczne, organizacje pozarządowe itp. oraz obserwacje z codziennego życia. Trzeba naprawdę wyjątkowej sytuacji, a najczęściej wyjątkowego nieszczęścia, aby nasi rodacy poczuli się wspólnotą i zrobili coś razem, solidarnie.
Ale nawet i to przestaje wystarczać. Niedawno przypadkiem znalazłem wymownego internetowego „njusa”, gdy przez Kotlinę Kłodzką przetaczała się fala powodziowa. Portal Onet.pl donosił: „Mieszkańcy Kłodzka opowiadali, że starają się bez paniki przygotować do kolejnych podtopień. Zabezpieczali workami z piaskiem przerwany wał, swoje domy i sklepy. Z jednej strony twierdzili, że fala, która przeszła przez miasto ma się nijak do tej z 1997 r., kiedy to woda w centrum miasta sięgała 12 metrów. Z drugiej – przyznawali, że wtedy choć było strasznie trudno, ludzie byli ze sobą solidarni, bardzo sobie pomagali. – Teraz moja rodzina napełnia worki z piaskiem i układamy wał, żeby chronić nasz dobytek. Inni patrzą. Nikt nie pomoże. A są i tacy, którzy zachowują się jak turyści. Chodzą i robią zdjęcia – powiedziała rozgoryczona młoda mieszkanka Kłodzka”.
Jeśli mamy problem, to warto zastanowić się, gdzie tkwią jego przyczyny. Standardowe odpowiedzi są dwie. Pierwsza mówi, że to skutek „komuny”. Częściowo się zgodzę. PRL-owski „socjalizm”, który bazował na tłamszeniu autentycznego zaangażowania społecznego za pomocą przejęcia go przez państwo i wpuszczenia w kanały dogodne dla autorytarnej władzy, na pewno zrobił swoje w tej kwestii. Warto porównać bardzo wysoki poziom kapitału społecznego w krajach skandynawskich, gdzie rozwiązaniom socjalnym w gospodarce towarzyszy silny etos demokratyczny z mizernym poziomem tegoż kapitału w postkomunistycznej Polsce.
Ale „komuna” nie tłumaczy wszystkiego, bo wystarczy wspomnieć, że po kilku jej dekadach wydarzyło się to, co Andrzej Gwiazda trafnie nazwał „społeczeństwem nadobywatelskim”, mając na myśli hiperaktywność społeczną w czasach Pierwszej „Solidarności” z lat 1980-81. Inna rzecz, iż „Solidarność” była wyłomem nie tyle w braku kapitału społecznego, ile stanowiła przezwyciężenie jego „brudnej” postaci – bo PRL-owski „etos” kombinatorstwa, „załatwiania” i „znajomości” jest raczej łagodniejszym wydaniem klimatu kulturowego rodem z południa Włoch niż wyrazem pozytywnych więzi społecznych, jakie znamy z północy tamtego kraju i z wielu innych państw europejskich.
Wspomniany wysoki poziom kapitału społecznego w krajach skandynawskich wiąże się bezpośrednio z drugą ze zwyczajowo przywoływanych przyczyn deficytu zaufania i aktywności obywatelskiej w Polsce. Otóż rozmaici doktrynerzy liberalnej prawicy mają zawsze tę samą odpowiedź: winny jest „socjalizm”, czyli rzekomo nadmierna ingerencja państwa w życie społeczne. Po co obywatele mają się starać, skoro urzędnik-biurokrata coś za nich zrobi? Jest to oczywiście bajka, bo każdy z krajów bardziej „socjalistycznych” – Niemcy, Francję, kraje skandynawskie – cechuje znacznie wyższy kapitał społeczny i o wiele lepsze wskaźniki zaangażowania w życie zbiorowe. Tamtejszy „socjalizm” nie tylko nie niszczy aktywności społecznej, lecz wręcz ją wzmacnia, bo w Skandynawii ruch stowarzyszeniowy – owszem, dość silny już wcześniej, głównie dzięki inicjatywom o lewicowym charakterze – nie stracił siły, lecz rozkwitał wraz z rozwojem państwa dobrobytu. Jeśli ludzie mają zapewnioną stabilizację materialną, a w „obiegu” intelektualnym i kulturowym powszechne są wzorce dowartościowujące współpracę i dobro ogólne, to zaangażowanie społeczne jest czymś oczywistym.
Skąd się zatem wzięła polska nieufność oraz obojętność względem działań na rzecz dobra wspólnego, pomijając wspomniane już przyczyny związane ze spuścizną PRL-u? Wydaje mi się, że spory wkład w to zjawisko miała propaganda liberalna, w tym także ta konserwatywno-liberalna, której po roku 1989 nastąpiła prawdziwa erupcja. Paradoksalnie, choć po części była to reakcja – w pewnej mierze uprawniona i zrozumiała – na kilka dekad przymusowego i sztucznego komunistycznego kolektywizmu, to wzmocniła tendencje pozostałe po PRL-u. Wzmogła nieufność i niechęć wobec instytucji publicznych, wpoiła dystans wobec dobra wspólnego, na piedestale postawiła wąsko pojmowany indywidualizm.
Można tu wskazać dwa nurty. Pierwszy to, nazwijmy go tak, UPR-owski. O ile ugrupowanie Janusza Korwin-Mikkego jest na płaszczyźnie stricte politycznej błazenadą i całkowitą porażką, o tyle „korwinizm” odniósł całkiem spory triumf w sferze idei. Zbiegło się to oczywiście ze światową ofensywą liberalnego neokonserwatyzmu, ale on sam, bez „upeerowskiego” wsparcia, nie przeorałby tak mocno myślenia polskiej prawicy. Ten „konserwatyzm” miał w Polsce łatwiej nie tylko z uwagi na zniechęcenie wobec komuny, ale także z tego powodu, że krajowa prawica prezentowała mizerny poziom wiedzy o własnych tradycjach. Dlatego można było jej wmówić, że Thatcher czy Reagan są swoistym prawicowym metrem z Sévres, a niemal każda państwowa ingerencja w gospodarkę czy życie publiczne – to wredny socjalizm.
UPR-owscy pyskacze trafili na podatny grunt w kraju, w którym mało kto z prawicowców posiada świadomość na przykład tego, że zanim w Wielkiej Brytanii na scenę wkroczył thatcheryzm, przez wiele dekad dominował tam o wiele bardziej „socjalny” konserwatyzm. Nie był on w dodatku efektem żadnej zdrady czy rozmiękczania tej doktryny wskutek dominacji wzorców lewicowych, lecz wyrastał z samego rdzenia brytyjskiej doktryny konserwatywnej, której jednym z ojców był Benjamin Disraeli – twórca doktryny One Nation Conservatism, która m.in. promowała interwencjonizm gospodarczy państwa oraz „socjal” w celu łagodzenia napięć i konfliktów klasowych.
Co ciekawe, „korwinizm” wymieszany z neokonserwatyzmem to historia, która sięga korzeniami jeszcze PRL-u. Znakomitej analizy liberalnego „skrętu” opozycji antykomunistycznej pod wpływem właśnie „korwinistów”, dokonał wrocławski działacz opozycji Jan Koziar, w swym niestety mało znanym, bo niskonakładowym opracowaniu „Zerwany sojusz. Świat pracy na bocznych torach”, wydanym już w roku 1992. Autor ten bardzo obrazowo opisuje ideową infiltrację kręgów opozycyjnych przez „korwinistów”. Formułuje przy tym tezę, że w „dziele” zdrady środowisk pracowniczych stali się oni partnerem tzw. lewicy laickiej.
Ano właśnie. Drugim ze środowisk, które odpowiada za dewastację etosu dobra publicznego, a w efekcie za osłabienie kapitału społecznego, jest grupa, którą można by określić mianem środowiska dawnej Unii Wolności i „Gazety Wyborczej”, z ich wszystkimi przybudówkami i odnogami. Są to ludzie, o których wspomniany Andrzej Gwiazda powiedział kiedyś, że na przełomie lat 70. i 80. wydawali pismo „Robotnik”, by dekadę później robotników traktować wyłącznie jako roszczeniową hołotę, przeszkadzającą w robieniu interesów. Bo też o ile „korwiniści” są raczej liberalnymi ideowcami, o tyle „michnikowcy” są liberałami dlatego, iż doktryna ta znakomicie pasowała jako uzasadnienie interesów, które na „transformacji ustrojowej” zrobili oni i ich wspólnicy. Trudno zresztą o wyznawanie spójnego zestawu poglądów podejrzewać środowisko, w którym funkcjonują zarazem konserwatywny liberał Piotr Wierzbicki i ex-działacz Polskiej Partii Socjalistycznej, Wojciech Orliński. Spoiwem tego środowiska nie jest idea, lecz forsa, wspólnota interesów klasowych. Nawiasem mówiąc, przesądza to o bezpłodności – wbrew rojeniom różnych „strategów” – wszelkich wysiłków na rzecz skierowania „Gazety Wyborczej” w lewo. Oczywiście, gdy wymaga tego interes grupowy czy nastroje społeczne, jest ona w stanie „lewicować” i zatroskać się „nierównościami społecznymi”, ale wszak nie podetnie gałęzi, na której siedzą twórcy i wydawcy, czyli finansowa oligarchia i jej nieźle płatni chłopcy na posyłki.
W każdym razie tam, gdzie konserwatywni liberałowie atakowali dobro wspólne z pobudek ideowych, tam liberałowie indyferentni lub „postępowi” obyczajowo czynili to w imię partykularnego interesu własnej grupy. Obie grupy odniosły w swym dziele sukcesy. „Gazeta Wyborcza” zainfekowała egoistyczno-liberalną propagandą szerokie kręgi społeczne, w tym elity państwowe pierwszych kilkunastu lat III RP. Natomiast „korwiniści” podobny triumf mają na koncie w odniesieniu do prawicy. W efekcie, gdy dominująca pozycja szeroko pojętego środowiska lewicy laickiej została nadszarpnięta wskutek uwikłania w aferę Rywina, kawałek tortu rządu realnego i rządu dusz zyskała liberalna prawica.
Oczywiście korwiniści-ortodoksi, ale też liberalne buldogi z „Gazety Wyborczej”, jak Witold Gadomski, potrafią pomstować na „socjalistów” z PiS lub na „zbyt ostrożnych” liberałów z PO, ale nie zmienia to faktu, że po roku 1989 w zasadzie żadna ekipa rządząca i żadne środowisko – poza może pewnymi działaniami rządu Olszewskiego oraz w okresie „pierwszego Kołodki” – nie prowadziła polityki prospołecznej i mającej na celu dobro wspólne. Nawet gdy czasami posługiwano się hasłami solidaryzmu, jak w czasach „Polski Solidarnej” PiS-u czy w okresie AWS-u, to w praktyce przybierało to postać ministerialnej nominacji dla Zyty Gilowskiej, obniżenia podatków najbogatszym lub, co trafnie przypomniał niedawno Cezary Michalski, liberalnej apoteozy „rodziny na swoim”.
Cała debata publiczna została po roku 1989 zdominowana przez hasła liberalne, przybierające postać nie tylko krytyki interwencjonizmu państwa w gospodarkę czy regulacji podatkowych, ale także zohydzania wszystkiego, co wspólne i publiczne. Ten zapał tyleż neofitów, co i wyrachowanych cwaniaków przybierał postaci tak skrajne i groteskowe, jak np. krytyka pomysłów prywatyzacji za pomocą akcjonariatu pracowniczego. Tego rodzaju uwłaszczenie robotników krytykowano jako rozwiązanie socjalistyczne – a krytykę taką na polskim gruncie prowadzili wyznawcy wspomnianego Reagana, który był… zwolennikiem akcjonariatu pracowniczego.
Wszystko, co nie-prywatne, było wedle takich teorii szkodliwe, ale także moralnie złe i podejrzane. Wszelkie odwołania do idei dobra wspólnego utożsamiano z komunizmem. Artykułowanie interesów dużych grup społecznych – jak pracownicy najemni – przedstawiano jako roszczeniowość i złodziejstwo. Kto sobie nie radził, wrzucony na głęboką rynkową wodę – był nieudacznikiem, leniem i półgłówkiem. Kto sobie radził dobrze – choćby za pomocą metod quasi-bandyckich czy moralnie nagannych – był wzorcem do naśladowania. Nie było słusznych protestów społecznych: gdy strajkowali nauczyciele, media biły na alarm, że okradają lekarzy; gdy strajkowali lekarze, wmawiano nam, że okradają emerytów; gdy emeryci upominali się o wyższe świadczenia, słyszeliśmy, że próbują żerować na młodzieży i pracujących. I tak w kółko.
Ważne było tylko to, co nie wykraczało poza czubek własnego nosa (w wersji prawicowej: poza czubki nosów członków „rodziny na swoim”), wszelkie działania publiczne, które wychodziły poza nieszkodliwe pięknoduchostwo i „charytatywę” (pozwalającą maskować skutki demontażu systemu zabezpieczeń socjalnych), były frajerstwem i naiwniactwem. Jeśli ludzi chwalono za to, że się zrzeszają, to tylko wtedy, gdy mogli razem coś wyrwać. Dlatego na sympatię mediów mogli liczyć lokatorzy walczący z realnymi lub urojonymi patologiami spółdzielczości mieszkaniowej, ale już nie protestujący i oddolnie zrzeszeni lokatorzy dawnych mieszkań zakładowych, które sprzedano za grosze – wraz z ubezwłasnowolnionym „żywym towarem” – prywatnym „biznesmenom”.
Nic dziwnego, że po 20 latach takiego prania mózgów, mamy ogromny deficyt kapitału społecznego. Polska jest krajem mizernego zaangażowania obywatelskiego – jest ono zresztą jeszcze mniejsze niż obrazują to statystyki, bo znaczna część tzw. organizacji pozarządowych to de facto prywatne biznesy i firmy rodzinne. Polska jest krajem powszechnej nieufności wobec siebie wzajem („na pewno chcą mnie wyrolować”) na niemal każdym poziomie życia społecznego i zawodowego. Polska jest krajem, gdzie animowanie jakichkolwiek wysiłków wspólnotowych – choćby na poziomie mieszkańców jednej klatki schodowej – jest o wiele trudniejsze i bardziej czasochłonne niż w większości krajów europejskich, łącznie z tymi, gdzie – jak biadolą nasi konserwatyści – w zaniku są więzi społeczne.
Dziś okazuje się, że to wszystko znacznie ogranicza nasze szanse rozwojowe również na jak najbardziej przyziemnej, ekonomicznej płaszczyźnie. W Republice Egoistów każdy zyska mniej niż zyskałby wtedy, gdyby była to Republika Współpracy. A to, co w ogóle zyska, będzie funkcjonowało w nieprzyjaznym otoczeniu – wśród nieżyczliwych i zawistnych ludzi, w zdewastowanej przestrzeni publicznej, na strzeżonych osiedlach i za zamkniętymi na siedem zamków drzwiami mieszkań „rodzin na swoim”. Cena głupoty i krótkowzroczności jest wysoka. Ale na pewno jest to w tym przypadku cena uczciwie regulowana przez wolny rynek, któremu z taką ochotą postanowiono w Polsce służyć.
przez Krzysztof Wołodźko | czwartek 16 lipca 2009 | Felietony - Krzysztof Wołodźko
Jadąc przez kraj, łatwo można przeanalizować wybory konsumpcyjne Polaków. Nie trzeba nawet zerkać na billboardy, wystarczy zatrzymać się przy drodze. Opróżnione butelki, paczki po papierosach, opakowania po prezerwatywach (rządy miłości znaczy się), wszystko to składa się na krajobraz Polski przydrożnej. Najłatwiej zaobserwować to na prowincji, szczególnie gdy w pobliżu mieści się dyskoteka czy poczciwy GS. Ale z kolei na wielkomiejskich chodnikach nie brak petów, psich odchodów no i ulotek. Bo przynajmniej w Krakowie tyleż stylowe, co mało pojemne kosze na śmieci nie są w stanie przyjąć obfitości ulicznego marketingu.
Gdy Polacy debatują o demokracji, życiu publicznym i sferze społecznej, często myślą o tym, co obejrzeli w telewizji, wyczytali w prasie lub Internecie. I zwyczajowo dotyczy to „onych”: polityków i/lub dziennikarzy. Korupcja, brak troski o dobro wspólne, tumiwisizm, zła wola – wszystko to wciąż „oni”, niemal jak za Polski Ludowej. Gdy już mówią o Polsce, czynią to na tak wysokim diapazonie i dyskutują o sprawach tak abstrakcyjnych, że można odnieść wrażenie, iż wykonują pompatyczny gest Piłata. Prokurator Judei także wypowiadał złote myśli, co w niczym nie zmieniło losów cieśli z Nazaretu. Szczególna cecha występująca wśród Polaków: nieumiejętność logicznego połączenia szacunku dla polskiej ziemi/przyrody, schludności w sferze publicznej z elementarnym patriotyzmem.
Warto wspomnieć, że kwestię polskiego patriotyzmu opisał niegdyś Jerzy Szacki, zauważając, iż najłatwiej przychodzi nam podniosłe świętowanie, apele ku czci, odsłanianie pomników i tablic, nadawanie ulicom nazwisk bohaterów narodowych (różnych w zależności od epoki), ale znacznie gorzej radzimy sobie z kultywowaniem i szacunkiem dla tradycji lokalnych, małych, swojskich. Jakbyśmy lepiej czuli się w stadzie, pod musztrą, ale na co dzień woleli nie wychylać się z inicjatywą. Znamienny materiał w tej kwestii, świadczący jak faktycznie traktujemy swoją kulturę, znalazłem niedawno na stronie internetowej „Obywatela”. Smutna lektura tutaj.
Te dwie kwestie: braku szacunku dla przestrzeni publicznej w jej wymiarze materialnym (choć to ona przesądza, jak wygląda nasze otoczenie) i niemożności zorganizowania przestrzeni kulturowej wokół nas, pokazują całą mizerię współczesnej polskości. Bo co z tego, że będziemy sobie wycierać gęby patriotyzmem, polskością i wieloma innymi szlachetnościami, jeśli równocześnie będziemy ślepi na fakt, że Polska nie fruwa pod obłokami, ale jest zupełnie ziemskim krajem. Że nie kończy się za naszą furtką, posesją, drzwiami samochodu, drzwiami mieszkania itp. Polak w tramwaju, autobusie, choćby pod nogami walała mu się gazeta albo puszka, nie schyli się i jej nie podniesie. Choćby jego pies srał na środku zatłoczonego chodnika, on pójdzie dalej z dumnie podniesioną głową, jakby Pimpek czy Atos właśnie zasadził fiołki na betonie.
Są tacy, co mówią, że zewsząd czyhają na Polaków wrogowie: Żydzi, Niemcy, Rosjanie. Kto wie, może nawet schludni Czesi, ze świetnie zorganizowaną, państwową jak najbardziej infrastrukturą kolejową, z solidnymi, bynajmniej nie prywatnymi autostradami. Zastanawia mnie, czy to Żydzi, Niemcy, Rosjanie nasyłają na Polaków zorganizowane grupy bałaganiarzy, czy – z innej beczki – te opryskliwe panie w urzędach to Żydówki, Niemki, Rosjanki; czy niesolidni fachowcy też są pochodzenia nie-polskiego? I prześladują nas, uciemiężonych Polaków, wszelkimi plagami życia społecznego, niby Amerykanie zrzucający stonkę w czasach słusznie minionych. A może to jednak coś w nas, coś przykrego, jakaś nie-wykorzeniona cecha po zaborach, która wciąż nie pozwala nam pojąć, że Polska, ta zwykła, codzienna, banalna jest „nasza”. Że nie ma już „onych”, ale jesteśmy przede wszystkim „my” i nikt tu za nas, dosłownie i w przenośni, porządku nie zrobi.
Żeby to zrozumieć, trzeba jednak lat edukacji, edukacji patriotycznej, osadzonej w tożsamości zarówno lokalnych wspólnot, jak szacunku dla polskości jako takiej. Ten model edukacji z powodzeniem wprowadzano w II Rzeczpospolitej. Tak dochowaliśmy się pokolenia Kolumbów. Ale tamto państwo poczuwało się do swoich obowiązków, gdy dzisiejsze stosuje taktykę: „mieć jak najmniej problemów na głowie”, czyli sprywatyzować wszystko. I tu zaczyna się nowy kłopot: dzisiejszy system edukacji, na szczeblu niższym i wyższym, jest zdolny stworzyć co najwyżej klasę technokratów i menedżerów na usługach globalnych korporacji, choć zdaje się, że za punkt honoru stawia sobie wyhodować lumpenproletariusza z ambicjami kulturalnymi na poziomie wypicia kubka lury ze Starbucksa.
A poza tym: żubr występuje przy drodze. I sporo tych żubrów spotkacie w te wakacje na drogach.
przez Anna Mieszczanek | czwartek 16 lipca 2009 | Felietony - Anna Mieszczanek
Komunikat zamieszczony na stronie www.com.plus.eu podaje, że zrozumiała jest dla Komanda Plus niemożność ustalenia w hipotece praw własnościowych. Willa ta bowiem została już kilkanaście lat temu przejęta przez tę tajną – do dziś – organizację, stworzoną w celu wspierania liderów i grup, których zadaniem jest stałe monitorowanie działań rządów, ze szczególnym uwzględnieniem przedsięwzięć, w które zaangażowane są pieniądze podatników. Grupa powstała w Brukseli dzięki dotacjom z funduszy europejskich, którymi dysponuje program Transparent i Miłość, z siedzibą na Antylach Holenderskich dla zmylenia przeciwnika.
Działania grupy przyczyniły się do ujawnienia tak wielu nieprawidłowości i na tyle poprawiły sytuację w obszarze monitorowanych działań, że dziś, w obliczu poważnego kryzysu spowodowanego niemożnością wyjaśnienia kwestii praw właścicielskich willi pod Krakowem, grupa postanowiła zakończyć działalność, ujawniając jednocześnie swoje istnienie.
Rzecznik prasowy grupy Komando Plus informuje jednocześnie, że planowane przez grupę na najbliższy czas działania, mające przeciwdziałać dalszej petryfikacji systemu politycznego, jako to:
1. wprowadzenie jednomandatowych okręgów wyborczych, żeby ludzie mieli jakiś wpływ, 2. likwidacja ZUS, no bo tego już się nie da wytrzymać, 3. zdecydowane wzmocnienie i poddanie społecznej kontroli władzy sądowniczej, bo ktoś przecież musi, do cholery, rozstrzygać te wszystkie spory. oraz 4. pozostawienie w spokoju telewizji publicznej bez reklam w środku filmów,
nie wymagają już nadzoru ze strony Komanda Plus, zostaną zrealizowane przez Rząd RP nie-na-uchodźstwie w najbliższym czasie, a w każdym razie tak ocenia to dziś kierownictwo grupy.
Jednocześnie kierownictwo grupy Komando Plus zapewnia, że wszelkie przeszkody na drodze do realizacji podanych wyżej działań zostaną przez grupę starannie przeanalizowane, a następnie podjęte zostaną odpowiednie działania.
Kontakt z grupą dla chętnych liderów i grup: zrobmycoswreszcie@com.plus.eu
przez Joanna Duda-Gwiazda | czwartek 16 lipca 2009 | Felietony - Joanna Duda-Gwiazda
Nowe plecaki są ciężkie, wisi z nich mnóstwo dziwnych troczków i nie chcą stać, więc trzeba rzucać je w błoto.
Z mojej praktyki filozoficznej wynika, że przed wycieczką w nowe wysokie góry dobrze jest poprawić sobie nastrój. Zawsze trochę się boję, czy dam radę. Kiedyś na wykładzie prof. Wolniewicza, zawodowego filozofa, dowiedziałam się, że jedynym źródłem poczucia religijnego jest lęk przed śmiercią albo piękno i potęga dzikiej przyrody. Niezupełnie zgadzam się z profesorem, ponieważ przeczucie Boga wydaje mi się stałą cechą ludzkiej natury, ale jest tu jakaś analogia ambiwalentnych uczuć: lęku i uwielbienia.
Podbudowana filozoficznie, nadal zwyczajnie się boję, czy nie spadnę na słabo zabezpieczonych szlakach i nie wiem jak poczuć się macho, bo wtedy wszystko się udaje. Nawet komercyjni uzdrowiciele duszy zalecają podobną filozofię. W wersji dla ubogich brzmi ona tak: myśl zawsze o pieniądzach i tylko o pieniądzach, a będziesz ich miał dużo. Dla ambitniejszych zamiast pieniędzy wstawia się słowo „sukces”. Nie jest to zła rada przed wakacjami, bo trzeba myśleć jak zaopatrzyć się w pieniądze i jak ich nie stracić, czyli nie dać się okraść, co w podróży może się zdarzyć.
Plecak szyje się mozolnie, a mnie myślenie o pieniądzach wpędza w jeszcze większą frustrację. Nie martwię się o pieniądze, bo w górach do życia potrzebna jest mi woda. Pieniądze mogłyby się przydać tylko do rozpalenia ogniska, jeśli zabraknie benzyny do juwla. Myślę o pieniądzach, których biednym ludziom brakuje na najskromniejsze choćby wakacje.
Na takie zmartwienie żadna filozofia nie ma recepty. W lipcowym numerze miesięcznika „Niezależna Gazeta Polska” Andrzej pisze o tajdze: „tajga wyżywi”, „step wyżywi” – ale teraz za darmo na Sybir nie wożą. Trzeba mieć na bilet i strzelbę, bo żywienie się dzikimi roślinami jest marne. Kiedy byliśmy na Syberii, Andrzej zachęcał mnie do jedzenia swoich pyszności, zajadał się dzikim czosnkiem, ale mnie tylko dzika truskawka, kłubienika, wydawała się jadalna.
Przeglądam dalej miesięcznik porządnej, chrześcijańskiej polskiej prawicy w poszukiwaniu jakiegoś sposobu na smutki egzystencjalne, ale nie smutki Sartre’a czy innych egzystencjalistów, tylko ludzi, którzy nie mają pieniędzy na bilet. Znalazłam artykuł „Polityczna poprawność niszczy brytyjskie kino”. Dramaty społeczne zawsze były mocną stroną brytyjskiego kina, ale autorka twierdzi, że pojawiły się dopiero po zwycięstwie Partii Pracy w 1997 roku. W epoce Margaret Thatcher filmy brytyjskie jeszcze sławiły tradycję, patriotyzm, brytyjski styl życia i cywilizacyjną misję imperium. Podobno dramaty społeczne, niszczące brytyjskie kino, wyrażają światopogląd „liberalnej klasy średniej, wciąż oglądającej się na »Kapitał« Marksa, antyamerykańskiej i zdecydowanie probrukselskiej”.
Trochę skomplikowana ta figura światopoglądowo-polityczna – przez prawe ucho do lewej nogi. Na szczęście autorka na przykładach wyjaśnia, o co jej chodzi. Jako czołówkę filmów poprawnych politycznie wymienia „Orkiestrę”, „Trainspotting” i „Goło i wesoło”. Jej zdaniem, w tych filmach „ekrany zaroiły się od typów spędzających większość czasu w pubie, których jedyną aktywnością jest bicie żon i dzieci i którzy za swą nędzną wegetację winią kapitalizm, Margaret Thatcher i wszystkich świętych, ale palcem nie ruszą by zmienić sytuację na lepsze”.
Nie bronię „Trainspottingu”, chociaż pewnie jest to też dramat społeczny. Wyszłam z kina po obejrzeniu narkomana bardzo artystycznie nurkującego w kiblu. Gust mam trochę staroświecki, ale to nic dziwnego, ponieważ do klasy średniej się nie zaliczam, ani tej liberalnej, poprawnej politycznie, ani niepoprawnej. Nie te pieniądze, czytanie „Kapitału” nic mi nie pomoże.
„Orkiestrę” i „Goło i wesoło” obejrzałam z zapartym tchem, a po latach jeszcze raz w telewizji. Wzruszyły mnie opowieści o ludziach w małych miasteczkach północnej Anglii, gdzie wszyscy stracili pracę po zamknięciu hut i kopalń. Stracili źródło utrzymania, sens życia, ale nie poddali się, ratowali godność, odnaleźli radość wspólnego działania. Jeśli autorka pisze, że nie ruszyli nawet palcem, to nie wiem, czy widziała te same filmy, co ja. W „Goło i wesoło” ruszali nie tylko palcem.
W pierwszej chwili poczułam zazdrość. Oto pogląd na świat prosty jak drut. Nawet w komunizmie czasami winien był sekretarz albo politruk. A tu nic, żadnych okoliczności łagodzących. Źle ci się wiedzie, to wyjdź z pubu, nie bij żony i rusz palcem.
Zazdrość mnie opuściła, kiedy za chaotycznym atakiem na tych, „którzy za swą nędzną wegetację winią kapitalizm”, dostrzegłam strach przed buntem. Autorka pociesza się, że te filmy „szeroka publiczność najoczywisciej ignorowała” i chociaż poprawne politycznie, „do multipleksów nie miały wstępu”.
Niewielka to pociecha. Nie widziałam jeszcze demonstracji wychodzącej z kina. A jak się lud zbuntuje, to i z kościoła wychodząc burdy będzie wzniecać i szkody czynić. To już nawet widzieliśmy. Ciężki jest los intelektualistów broniących burżujów przed Marksem. W razie czego burżuje wyjadą na Seszele, a oni zostaną sam na sam ze swoim strachem przed ulicą. A u mnie odwrotnie, tradycyjnie pozostał mi strach przed policją.
W lecie rewolucji nie będzie, bo nikomu nie chce się fatygować w upały. Wracam do szycia plecaków. Wyjeżdżamy.
przez Remigiusz Okraska | czwartek 16 lipca 2009 | Felietony - Remigiusz Okraska
Histeria wokół niedawnych wyborów szefa Parlamentu Europejskiego nie była niczym szczególnie nadzwyczajnym – naród pozbawiony realnych sukcesów, chwyta się czego się tylko da. Nie ma już Papieża-Polaka, więc pozostają pomniejsze sukcesy. Nie spełnił jednak oczekiwań Bokser-Polak, nie zawojowali Europy Piłkarze-Polacy nawet z pomocą Holendra, Kierowca-Polak i Narciarz-Polak też wypadają słabiej. Ba, Hydraulik-Polak również już nie cieszy się takim powodzeniem jak niedawno, bo mamy kryzys. Nic dziwnego, że narodowa duma znalazła nową nadzieję – jest nią Polityk-Polak.
Żarty żartami, ale mnie wcale nie jest do śmiechu. Wręcz przeciwnie. Popularność Jerzego Buzka to wymowny dowód, że moi rodacy mają silne natężenie ciągot masochistycznych. Wydawałoby się, że nie trzeba wsadzać ręki do ogniska, aby wiedzieć, iż można się sparzyć. Wydawałoby się chociaż, że gdy raz się sparzy, to drugi raz się ręki w ogień nie włoży. Nic z tych rzeczy.
Nie interesuje mnie przy tym rytualny i jałowy spór między zwolennikami PiS a PO, w którym chodzi już wyłącznie o stadne identyfikacje – krytykujący Buzka „pisowcy” wychwalaliby go, gdyby europosłem i szefem PE został jako człowiek tej partii, nie zaś z ramienia konkurencji. Dla mnie to bez znaczenia – Buzek mógłby mieć poparcie Polskiej Partii Wszystkiego Najlepszego, a i tak byłby kimś, kogo popularność sprawia, że mam mdłości i wstydzę się za swój kraj.
Nie ukrywam, mam do tej postaci stosunek emocjonalny. Bo mam dobrą pamięć. I pamiętam ten wielki, ideologiczny przekręt w wykonaniu ekipy nowego szefa PE. Tych cynicznych łotrów, którzy wycierali sobie gęby solidarnością i antykomunizmem, a całą treść ich rządów stanowiły egoizm i rozbijanie wszelkich podstaw solidarności, przy których to wyczynach człowiek zaczynał tęsknić za postkomunistami, choć nigdy wcześniej ich nie popierał. Nie mogę wprost pojąć, że ktoś taki jak Buzek uchodzi za polityka, któremu można zaufać. Bo za dobrze pamiętam, kiedy w Polsce dokonano trzecioświatowej (o przepraszam, wzorowanej na cywilizowanym kraju o nazwie Chile) reformy emerytalnej. Tej samej, o której niedawno pisano, że okazała się – i jeszcze bardziej okaże – fiaskiem. I wszyscy się oburzali zaledwie 2-3 miesiące temu, że „oszukano nas” – oszukano, owszem, a nawet ktoś konkretny oszukał. Jerzy Buzek i jego rząd.
Kojarzy mi się ów „mąż stanu” również z czymś, co jest bardziej namacalne i mniej ulotne niż wyimaginowane zyski z II filara i OFE. Mianowicie z tym, co miałem okazję obserwować na własne oczy. Z zamykaniem śląskich i zagłębiowskich kopalń. Część z nich była rentowna lub na granicy zyskowności, do kilku innych wkrótce, gdy węgiel okazał się nie taki znowu „stratny”, zaczęto za ciężkie pieniądze przebijać chodniki z tych zakładów, które ocalały przed „reformatorską” pasją awuesowskich „fachowców”. Oczywiście, wiem, że „budżet” i „podatnik” na tym oszczędzili w skali kilku lat – mnie jednak bardziej interesuje, ile budżet długofalowo dołoży (albo i nie, bo budżet nie ma sumienia i serca) do śląskich dzielnic nędzy, do takich miast jak choćby Bytom; interesuje mnie nie abstrakcyjny podatnik, lecz żywi ludzie.
Budżet i podatnik to zresztą twory cokolwiek kapryśne i obrotowe. Pamiętam bowiem, że rządowy kumpel Buzka, niejaki Wąsacz, raczył był wówczas sprzedać nierentowne polskie huty – pół roku później, gdy wróciła koniunktura na stal, były już rentowne i przyniosłyby budżetowi zysk, ale tego wszak awuesowscy „fachowcy” nie przewidzieli. Och, tak, wiem, państwo nie jest od tego, żeby produkować stal. Polskie państwo jest wyłącznie od tego, żeby obywateli – tych samych, co to są podatnikami – zmuszać do transferowania pieniędzy do kieszeni OFE. Oczywiście rentownych – kosztem naszych emerytur.
Więc pamiętam „cztery reformy”. Pamiętam, jak w apogeum owego „reformowania” górnictwa organizowaliśmy pikiety na katowickim rynku przeciwko wyczynom „solidarnego” rządu, a „Solidarność”, której śląsko-dąbrowska centrala mieściła się sto metrów stamtąd, po raz drugi w swej historii roztaczała parasol ochronny nad neoliberalnymi działaniami „swoich”. Owa „Solidarność” zapewniła wtedy dostęp do koryta swemu szefowi, niedawnemu kandydatowi z listy ultraliberalnej PO – pokażcie mi drugi taki związek zawodowy na świecie… I pomniejszym jego klonom, jak choćby Marek Kempski – chyba jedyny na świecie „związkowiec”, który bazując na poparciu regionalnej górniczej „bazy” wychwalał „reformy” Thatcher i likwidację brytyjskiego górnictwa w jej wykonaniu. Pamiętam też, jak się skończyło to pasmo fachowych sukcesów rządu AWS – skokiem bezrobocia, a na Śląsku zapaścią całych miasteczek i dzielnic, wzrostem patologii, plagą kradzieży węgla z pociągów itp. Modelowy solidaryzm i konserwatyzm…
Choć dla kogoś o prospołecznych poglądach zabrzmi to jak herezja, wolę już nawet Balcerowicza niż Buzka. Balcerowicz to technokrata maniakalny, ale szczery, jeśli roztaczający jakieś miraże, to raczej z powodu fanatycznej wiary w ich realność, nie zaś z wyrachowania. Natomiast ekipa Buzka zrobiła coś gorszego, o czym już wspomniałem – dokonała wielkiego ideologicznego przekrętu. To miało być solidarne państwo. To miała być polityczna reprezentacja ludzi pracy. Takich, jakimi ludzie pracy w większości w Polsce są – raczej konserwatywni obyczajowo, patriotyczni, bardziej zainteresowani pielgrzymkami czy rodziną niż feministycznymi czy proaborcyjnymi spędami. I właśnie dlatego zostali tak sprawnie – nazwijmy to po imieniu – wydymani przez cynicznych graczy.
Droga AWS-u do władzy i jej sprawowanie to była istna orgia ideologicznej „ściemy”. Intronizacja Chrystusa-Króla na przemian ze związkowymi manifestacjami, odrzucenie „bezbożnej” Konstytucji wymieszane ze sloganami o „rodzinie na swoim”, spoty z patriotyczną symboliką i obrazkami robotników. A gdy już Buzek, Krzaklewski, Wąsacz i reszta dostali władzę, gdy już ta władza okrzepła, wówczas narodowo-katolickie frazesy zostały, ale towarzyszyły im zamykane kopalnie, pałowane pielęgniarki i traktowani gumowymi kulami robotnicy radomskiego „Łucznika”. Był to wręcz „typ idealny” tego samego zabiegu, jakim z powodzeniem posługiwali się przez lata amerykańscy neokonserwatyści. Mobilizowali niższe warstwy społeczne jako ich rzekomi obrońcy przed „zgnilizną moralną”, „wynaturzeniami”, „zagrożeniami tradycyjnych wartości”, by po wygranych wyborach prowadzić politykę szkodliwą właśnie dla plebejuszy – robotników, emerytów, rolników, drobnych firemek – a korzystną dla wielkiego biznesu. W Polsce Chrystus-Król stał się wspólnikiem – ciekawe, co On na to – szefów OFE, a w cieniu walki z „bezbożną Konstytucją” zamykano kopalnie i wyrzucano z nich ponadprzeciętnie zazwyczaj pobożnych górników.
Wydawałoby się, że to jednorazowy numer. Pamiętam, w jakiej niesławie odchodził Buzek i spółka. Tymczasem zaledwie trzy lata później ten sam Buzek został posłem europarlamentu, osiągając najlepszy wynik w całej Polsce – ponad 170 tys. głosów. Myśmy wszystko zapomnieli… – jak pisał poeta. Gdy dziś ten sam Buzek urasta wręcz do rangi bohatera narodowego, to trudno o jakiekolwiek optymistyczne refleksje. Nasuwa się natomiast refleksja bardzo gorzka. Taka mianowicie, że Polacy całkowicie zatracili instynkt klasowy. Bo można oczywiście zrozumieć, że dla obywateli-wyborców ważne są również wartości etyczne i religijne, nie tylko kwestie materialne. Że Polacy są zbiorowością raczej konserwatywną. Że lewica kojarzy im się tylko z komuną i postkomuną, z Jaskiernią i Sekułą. Ale jeśli nie pamiętają po zaledwie kilku latach, jak pod płaszczykiem obrony wartości zostali cynicznie wykorzystani w sferze materialnej przez facetów, których religijność i „solidaryzm” były czystą pokazówką, to oznacza to jedynie tyle, że nie potrafią elementarnie zadbać o własne interesy. Można zrozumieć, że w polskich realiach „plebejusze” popierają prawicę – problem w tym, że nie jest to prawica solidarystyczna i prospołeczna, lecz neoliberalna.
To, że Buzek jest prominentnym kandydatem partii będącej wyrazicielem interesów wielkiego biznesu i finansowych oligarchów, posiada wielki sens w kontekście jego dotychczasowych „dokonań”. To, że otrzymuje on tak wielkie poparcie ze strony wyborców i obywateli, którzy na jego wyczynach sporo stracili, to brak jakiegokolwiek instynktu samozachowawczego, to nieumiejętność analizy własnych interesów nawet na poziomie przedszkolaka.
Remigiusz Okraska
przez Krzysztof Wołodźko | czwartek 18 czerwca 2009 | Felietony - Krzysztof Wołodźko
Z tamtych czasów pamiętam wiszące w Poznaniu plakaty z Tadeuszem Mazowieckim. I zmęczenie Rodziców ogólnym brakiem wszystkiego, oprócz nadziei na zmianę. Jako dwunastolatek odbywałem wtedy przyspieszony kurs zainteresowania polityką. Ukazujący się wówczas „Świat Młodych” zaczynałem nie od lektury komiksów na ostatniej stronie, lecz od opisów „okrągłego stołu”, na poły propagandowych agitek opisujących jak ładnie i z kulturą oraz w poczuciu odpowiedzialności za kraj dogaduje się władza z opozycją. Także dla mnie, młodego Polaka, w imię lepszej przyszłości. Nie miałem zielonego pojęcia o „zdradzie w Magdalence”, „koncesjonowanej opozycji”, nie miałem pojęcia, że wszystkie te wydarzenia poddane zostaną krytycznemu osądowi. Nie wiem, czy spotkałem się wtedy z hasłem „Gwiazda miałeś rację”. Mój Ojciec radosny szczebiot Joanny Szczepkowskiej, że w Polsce właśnie skończył się komunizm skwitował z sarkazmem, że komunizm w Polsce skończył się w 1956 roku i że właściwie na szczęście nigdy go tu nie było.
Wszystko zmieniało się szybko. W mojej rodzinnej szkole nauczyciele masowo przepisywali się z ZNP do nauczycielskiej „Solidarności”. Znarowiła się tylko moja Matka, zresztą bezpartyjna i jak niemal każdy pro-solidarnościowa, stwierdzając gorzko w domu, że dla lepszych paczek nie będzie się wygłupiać. W rocznicę odzyskania niepodległości na szkolnej gazetce ściennej, oczywiście za zgodą dyrektora, partyjnego aktywisty, który następnie z PZPR przepisał się do PSL, zawiesiła tekst „Pierwszej Brygady”. Zresztą później dyrektor został wójtem, a szkołę, którą wcześniej kierował, zamknął, tłumacząc to koniecznością dopięcia budżetu gminnego. Wielka zmiana na prowincji dokonywała się po cichu, bez fajerwerków.
Polityczne emocje były na dalszym planie, skoro większość czasu i tak trzeba było poświęcać na zmaganiach z realiami gospodarczymi. Owszem, żyło się radośniej i weselej, bo najpierw węższym, później szerszym strumyczkiem napływały dobrodziejstwa zachodniego dolce vita. Dochodziło do takich absurdów, że w GS-ie bez problemu można było kupić Hubę-Bubę, gumę w kształcie papierosów, napój coca-colo podobny w puszkach, ale chleb wciąż był na zapisy, a masło podejrzanie śmierdziało farbą malarską. W 1991 roku dostałem pierwszy paszport z pieczątką „na wsje strany mira”.
Skąd ten mało interesujący dla osób postronnych opis? Zastanawia, na ile Polacy w owym czasie przeżywali wielką zmianę w podobny, nieco dziecinny, a z pewnością prozaiczny sposób. Dla wielu Polaków zmiana nie była wydarzeniem heroicznym, pełnym patosu, ale czymś nader przyziemnym, z konieczną dawką konformizmu, egzystencjalnego banału, z postaciami nie do końca kryształowymi i nie do końca ześwinionymi. W tamtym czasie nie było takie oczywiste, kto gdzie stoi, podział na my/oni w realiach „zwykłej Polski” nie był wcale taki przejrzysty i oczywisty. Rzeczywistość przypominała raczej kopnięte butem mrowisko, w którym każdy, zdezorientowany, targa w swoją stronę słomkę żywota, a co z tego będzie: kto mógł wiedzieć? Nie każdy SB-ek został milionerem, nie każdy solidarnościowiec gołodupcem, choć faktem jest, że ci, co wiedzieli więcej, mogli też więcej. W tym sensie beneficjentami transformacji potencjalnie musieli zostać lepiej poinformowani, ci z lepszymi koneksjami, którzy lepiej się wkomponowali w polityczno-ekonomiczno-towarzyski misz-masz owych czasów. Dlatego Wałęsa ma dziś swój Instytut a Anna Walentynowicz żyje skromnie i zupełnie na uboczu. Dlatego Jerzy Urban jest dziś pełną gębą burżua, a wielu budowniczych Nowej Huty, sentymentalnie i biograficznie związanych z PRL, bynajmniej nie opływa w dostatki. Ba, zdecydowanie lepiej od wielu z nich mają się dziś Mieczysław Gil czy Stanisław Handzlik z pierwszej „Solidarności” ówczesnej Huty im. Lenina, co rzecz jasna można traktować jako objawienie się tzw. sprawiedliwości dziejowej, które to pojęcie, jak wiemy, zaczerpnięto z arsenału terminologicznego marksistów.
Stąd też, obserwując dziś spory o wydarzenia około-czerwcowe i ich konsekwencje ma się wrażenie, że w znacznej mierze debatują spóźnieni prorocy, prorocy po fakcie. Wynika z tego pewnego rodzaju iluzoryczność wszystkich tych fet i potępieńczych swarów, ich zmistyfikowanie na potrzeby (anty)mitu założycielskiego. Zresztą na tym polega dwuznaczna potęga (anty)mitów, że to, co jest tylko perspektywą, przedstawiają jako żelazne fakty. 4 czerwca dla większości Polaków był tylko preludium zmian, albo jednym z wielu wydarzeń w ciągu zachodzących przemian, gdy w rzeczywistości faktycznym (anty)świętem powinien być np. dzień, w którym zadekretowano lub zaczęto wcielać w życie reformy Balcerowicza, bo to one w większym stopniu niż wydarzenia stricte polityczne przesądziły o późniejszych losach obywateli naszego państwa, nierzadko o ich „być albo nie być”. I o tym, jak być, czyli, bardzo często, ile mieć. Ile mieć dla siebie z tamtych dni i lat. A komu i jak wychodzi bilans, to już chyba temat na osobną historię…
przez Anna Mieszczanek | czwartek 18 czerwca 2009 | Felietony - Anna Mieszczanek
Nieustające. Czyśmy 20 lat po 1989 roku bardziej wolni, czy bardziej zniewoleni. Jedni się cieszą i świętują. Inni – ja też – marudzą i się zastanawiają jak to się stało, że mi wypili moje kakao. Jeśli ktoś nie jest ciekawy albo już mu nosem to solidarnościowe kakao wychodzi – niech użyje swojej realnej wolności i kliknie sobie del.
***
Przeczytałam w salonie24 tytuł „Wyłącz system” – tak pisał do mnie Dom Spotkań z Historią, który na Krakowskim Przedmieściu namawiał ludzi, żeby wspominali ‘89 rok. Nie bardzo rozumiałam, w jaki sposób wspominanie ma wyłączyć jakiś system. Przecież tamten, peerelowski, mimo wszystko, został już dawno wyłączony. A ja bym chętnie wyłączyła system, któryśmy sobie sami, na gruzach poprzedniego, zbudowali. System, który z listy wartości wymazał słowo „solidarność” i zastąpił je słowem „zysk”. System marginalizujący kolejne grupy społeczne. System, w którym zwykły, pojedynczy człowiek jest tylko piątym kołem u wozu rozpanoszonej biurokracji. Prawdę mówiąc, tak już jestem znudzona tymi nieustającymi kontrowersjami wokół naszych narodowych świąt, że przyszedł mi do głowy pomysł niemal niegodziwy. Żeby zrobić sobie rok bez świętowania naszej polskości. OK: Boże Narodzenie, Wielkanoc. Może jeszcze Boże Ciało. I więcej nic. Koniec. Pracujemy i nie defilujemy. Oraz nie wręczamy sobie – i nie oddajemy co rychlej – medali. Żyjemy zwyczajnie. Co najwyżej w co drugą niedzielę piszemy na kartkach po 50 razy zapomniane słowo na „S”. Tak jakby nam to pani w szkole zadała za karę. Ale my wiemy, że to nie kara. Przyglądamy się temu słowu w niedzielnym – dla jednych kościołowym dla drugich po prostu wolnym od pracy – skupieniu. Zastanawiamy się: przeżytek to już, czy jeszcze cos żywego? Mury runęły czy dalej rosną? Łańcuch kołysze się u nóg czy nie?
***
Moja pointa oficjalnych obchodów 4 czerwca miała smak gorzkiej czekolady. W Polsacie oglądałam transmisję koncertu z Placu Teatralnego, bo zapowiedział się nie tylko Janerka Lech, ale wręcz Klauss Mitffoch. Po pół godzinie – teleobywatele dostali przerwę na reklamy, choć koncert trwał nadal. Po kwadransie – następne reklamy – koncert szedł swoją ścieżką. Minęła 22.00 i transmisja się urwała. Ot tak, bez zakończenia. Marek Niedźwiecki, który całość prowadził, coś tam chyba jeszcze mówił ,ale już leciały napisy i nie było dźwięku. I zaraz kolejne reklamy.
Jesteśmy wreszcie we własnym domu – jak się mawiało w ‘89 – pomyślałam. Jesteśmy w nim bardzo potrzebni. Przecież ktoś musi oglądać reklamy, prawda? To bardzo ważna, obywatelska, rola. Więc o co ci chodzi?
***
Wciąż podtrzymuję pomysł niedzielnego wpatrywania się w magiczne słowo na „S”. Można to nawet rozszerzyć o czytanie Programu Samorządnej Rzeczpospolitej, przyjętego przez pierwszy zjazd „Solidarności”. Nie ma go w Internecie? A to szkoda. Bo to był wyraz marzenia delegatów na zjazd o kształcie wolnej Polski.
***
Komunizm jest dziś szybko zapominany, a wiedzy o nim nie przekazuje się młodemu pokoleniu (chyba że w formie burleski à la „Miś” Barei). Jednym z powodów jest zbiorowe nieczyste sumienie tych, którzy przez doświadczenie komunizmu przeszli.
Ale zapominany jest także moment – chwilowego – oczyszczenia. Czyli piękne święto „Solidarności”, z buntem w imię godności i konfliktem między władzą a społeczeństwem (jakże celnie!) wyrażonym przede wszystkim w kategoriach moralnych, a nie tylko politycznych czy materialnych. Ta gwałtowna, podjęta w Sierpniu 1980 roku i mobilizująca miliony próba odzyskania godności rozpoczęła się, jak setki wcześniejszych strajków, od żądań ekonomicznych. Ale potem, w drugiej fazie, gdy ryzykowano już w imię wartości (czyli solidarności z załogami zakładów, gdzie wcześniejsze porozumienia zostały zerwane) dokonał się przełom. Doświadczenie moralne (ryzyko w imię wartości) stało się równocześnie doświadczeniem poznawczym. A kategorie etyczne – „dobro – zło”, „prawda – kłamstwo”, zostały uaktywnione jako język publiczny.
To w tym języku określono oś konfliktu, odpowiadając na własne wykluczenie z rządzenia wykluczeniem komunistycznego aparatu z domeny racji moralnej… właśnie to odwołanie się do mitu „dobra” walczącego ze „złem” decydowało o „rewolucyjnym” charakterze „Solidarności”… To w tym języku wyrażono też w 1980 roku wizję „gospodarki etycznej” i solidarnościową antypolityczną utopię (z państwem i społeczeństwem obywającymi się bez pośrednictwa polityki, bo operującymi według tego samego systemu wartości)…
To święto „Solidarności” zakończył stan wojenny. Przyjęty wtedy przez komunistów model represji miał przede wszystkim na celu niszczenie w ludziach „Solidarności” … przekonania o własnej racji moralnej. A tym samym niszczenie fundamentu solidarnościowego „mówienia wartościami”.
…Gdy zniknął mit racji moralnej, zniknął również język, w którym ludzie przeżywali doświadczenie „Solidarności”. Najpierw stało się tak na skutek łamania w stanie wojennym, a potem – za sprawą pierwszych lat transformacji rozmijających się radykalnie z solidarnościową utopią i pokazujących, że uwłaszczony aparat komunistyczny de facto wygrał, zaś wielkoprzemysłowa klasa robotnicza jest głównym przegranym. Wróciło – znane z lat poprzednich – milczenie i trudność wyrażenia zbiorowego doświadczenia.
…Być może, gdyby w Polsce zastosowano amerykański model demokracji, z silnym ładunkiem wspólnotowości (ale też indywidualizmu), naciskiem na samorządność „politycznego społeczeństwa” i aspekt moralny, los „Solidarności” byłby inny. Jednak model „obywatelstwa” w formule liberalnej, a nie republikańskiej, odwołujący się do abstrakcyjnych praw, a nie do wspólnoty, rozmijał się z solidarnościową utopią. Późniejsze republikańskie próby okazały się już karykaturą”
(Jadwiga Staniszkis na konferencji „Solidarność i upadek komunizmu”, 3 czerwca br., http://www.dziennik.pl/dziennik/europa/article398021/Solidarnosc_mit_i_amnezja.html)
***
Jest jeszcze śledź w śmietanie – metafizyczne danie – jak słusznie zauważył Wojciech Młynarski. Polacy to jednak dziwny naród. Nawet śledzia umetafizycznią.
Ja w tym widzę naszą szansę. Na to, żeby pamięć rzeczywiście wyłączyła system.
przez Remigiusz Okraska | czwartek 18 czerwca 2009 | Felietony - Remigiusz Okraska
Jest takie powiedzonko, popularne wśród prawicy, że lewica dość często trafnie rozpoznaje problemy, lecz proponuje złe środki zaradcze. Nie będę się w tym miejscu wdawał w ocenę prawdziwości owego bon motu. Zaproponuję inny: współczesna prawica, oddająca hołdy tyleż Panu Bogu, co Panu Dolarowi, nawet jeśli przypadkiem trafnie rozpozna jakiś problem, to pewne jest, że zaproponuje takie jego rozwiązanie, które być może miałoby sens, ale co najmniej 200 lat temu.
Szczególnie zabawne – choć to czarny humor – efekty przynosi to wtedy, gdy tego rodzaju prawica zaczyna „analizować” zjawisko tzw. rozkładu rodziny. Pomijam w tym miejscu sam sens owej diagnozy, bo pogłoski o zapaści życia rodzinnego są mocno przesadzone, podobnie jak mocno przesadzony w swym idealizmie jest obraz rodziny w „starych dobrych czasach”. Ważniejsze od tych opowiastek, śmiesznych dla każdego, kto choć otarł się o nauki społeczne, jest co innego – zdefiniowanie zagrożeń czyhających na życie rodzinne. Otóż wedle prawicy, nic tak nie zagraża rodzinie, jak ingerencja państwa.
Argument żelazny, to oczywiście podatki. Prawica rynkowa jest święcie przekonana, iż gdyby nie obowiązek płacenia podatków, wówczas każde małżeństwo miałoby co najmniej czwórkę dzieci i bez trudu utrzymywało je na odpowiednim poziomie. Że jest to bzdura, można stwierdzić przy pomocy kalkulatora w 3 minuty. Już tu kiedyś pisałem i nie chce mi się powtarzać, że nawet gdyby przeciętni małżonkowie odprowadzali w postaci podatków pośrednich i bezpośrednich po 1500 czy 2000 zł miesięcznie, to w przypadku konieczności sfinansowania z pensji wszystkich usług – od szkolnictwa i opieki medycznej po opłaty za przejście każdym chodnikiem, z którego zechce się skorzystać (wszak gdyby nie były one publiczne, lecz prywatne, to właściciel pobierałby opłatę za użytkowanie!) pochłonęłyby one znacznie większe kwoty.
Mniejsza jednak o ekonomię, choć i tu warto byłoby prawicowców zapytać, dlaczego w „socjalistycznej”, „bezbożnej” i „aborcyjnej” Szwecji jest wyższy przyrost naturalny niż w liberalnej, rozmodlonej i „chroniącej życie” Polsce. I bynajmniej nie jest to kwestia wysokiej rozrodczości imigrantów – jak lubi sobie tłumaczyć problem prawica – bo stanowią oni zaledwie ok. 5% społeczeństwa, a jeszcze mniej ci z krajów o „płodnej” kulturze i stylu życia. Jakim cudem Szwedzi, płacący wysokie podatki, a w dodatku liberalni obyczajowo i dysponujący prawem do legalnej aborcji, w ogóle się jeszcze rozmnażają, w dodatku sprawniej niż Polacy? Przecież gdyby prawicową bajkę potraktować serio, Szwecja powinna być krajem opustoszałym, za to w Polsce średnia ilość potomstwa powinna oscylować w okolicach czworga dzieci na rodzinę, a w USA wynosić co najmniej sześcioro. Oczywiście dodam dla jasności, że przyrost naturalny jest wypadkową bardzo wielu cech, w tym tak nieuchwytnych jak „klimat kulturowy” – w każdym razie sprowadzanie go do wysokości podatków niczego na serio nie wyjaśnia, a na każdy przykład „za” można bez trudu znaleźć taki kraj, który podważy ową rzekomą zależność podatkowo-rozrodczą.
Tym jednak, co szczególnie uderza w prawicowych połajankach, jest sprzeciw wobec „ingerencji państwa w życie rodzinne”. Ingerencje te są straszliwe, bo dotyczą np. objęcia 6-latków obowiązkiem szkolnym (nazywa się to „odrywaniem dzieci od matek”), przymusowych szczepień i innych okrucieństw. U nas i tak nie jest jednak najgorzej, bowiem w takiej właśnie Szwecji, totalitarne państwo obiera potomstwo rodzicom, gdy owi rodzice dzieci biją, należą do jakiejś paranoicznej sekty albo lubują się w narkotykach. A przecież polski prawicowiec wie, że rodzina święta rzecz, państwo zaś to potwór-Lewiatan, który żywi się ciałami małolatów oderwanych od matki-alkoholiczki albo od ojca – adepta sekty „Niebo”.
W tym wszystkim uderzają nie tylko ideologiczne klapki na oczach, ale przede wszystkim niezrozumienie podstawowego problemu czasów nowożytnych. Oczywiście, że państwo czy jego biurokracja popełniają błędy, rozrastają się w sposób niekontrolowany, mają zakusy na kontrolowanie dziedzin, w których są zupełnie niepotrzebne. Piszę to nie pro forma, aby mieć alibi, gdy ktoś skontruje moje wywody jakimś drastycznym przykładem nadużycia biurokracji wobec rodziny, lecz dlatego, że faktycznie tak bywa, a my, obywatele, powinniśmy przeciwdziałać nadmiernym zakusom „urzędasów” na nasze życie. Jednak rozrost państwa, choć czasem przesadny, nie jest dopustem bożym ani efektem tajemniczych knowań „lewaków”. Stanowi on odpowiedź na zniszczenie tradycyjnych form życia nie przez socjalizm, lecz przez kapitalizm.
Gdyby prawica rynkowa czytała coś więcej niż „Najwyższy Czas!”, „Frondę” i dzieła von Misesa, to mogłaby przeżyć szok podczas lektury tego, co o skutkach kapitalizmu pisali 150 lat temu Marks i Engels. Twórcy „socjalizmu naukowego”, choć kapitalizm krytykowali bez pardonu i wieszczyli jego śmierć, wychwalali go właśnie za to, czego rynkowa prawica nie cierpi. Cieszyli się bowiem, że dynamika procesów rynkowych, niehamowanych żadną ingerencją, rozbija w proch i pył „świętą rodzinę” czy „idiotyzm życia wiejskiego”, że – jak głosi słynna sentencja Marksa – „wszystko, co stałe, rozpływa się w powietrzu”.
Gdyby ta sama prawica zechciała czasami myśleć w sposób, który wykracza poza schematy Korwina-Mikkego, być może zastanowiłaby się, dlaczego pierwszy nowoczesny system przymusowych ubezpieczeń społecznych (na wypadek chorób, wypadków przy pracy, inwalidztwa i starości) wprowadzili nie socjalistyczni radykałowie, nie intelektualiści zapatrzeni w utopijne wizje, lecz tak trzeźwy i odległy od rewolucyjnych pomysłów polityk, jak Otto von Bismarck. Oczywiście częściowo można to tłumaczyć naciskiem ruchu robotniczego i chęcią rozładowania radykalnych nastrojów społecznych, ale u podłoża owego pomysłu legła znacznie bardziej poważna i długofalowa refleksja. Kanclerz Niemiec zrozumiał wiele dekad temu to, czego do dziś nie są w stanie pojąć zapalczywi chłopcy-korwinowcy.
Otóż Bismarck dostrzegł, że za sprawą ekspansji kapitalizmu po dawnym ładzie społecznym nie został ślad. To właśnie dynamika tego systemu gospodarczego sprawia, że wspólnoty naturalne tracą siłę i znaczenie, że przestają zapewniać człowiekowi oparcie i schronienie, że dawne mechanizmy obronne już nie wystarczają w społeczeństwie masowym. Dlatego też, aby zapobiec stale rosnącej skali krzywd i wykluczenia, a także aby uchronić społeczeństwo przed rozpadem i chaosem, konieczne jest wkroczenie państwa i przejęcie przez nie ról, które dawniej spełniały rodziny, sąsiedztwa, parafie, cechy itp. Nie ma przy tym znaczenia, czy dawne realia oceniamy jako lepsze, czy jako gorsze – rzecz w tym, że pozostały po nich smętne resztki. Wzdychanie dziś za „starymi dobrymi czasami” wspólnot lokalnych, wielodzietnych rodzin, sąsiedzkich kręgów itp., które obywały się bez pomocy państwa, może być szlachetne, ale w sensie społecznym jest dokładnie tak samo przydatne i twórcze, jak westchnienia za „twardym, prawdziwym życiem” w epoce jaskiniowej.
Wiara w to, że gdyby nie ingerencja państwa, życie rodzinne rozkwitałoby w najlepsze, znamionuje nie tylko myślenie życzeniowe, ale również całkowite oderwanie od rzeczywistości. Widać to zresztą w Polsce jak na dłoni. Gdy prawicowi doktrynerzy narzekają, że wskutek wysokich podatków, libertynizmu oraz spisków gejów i lesbijek rodzi się w Polsce niewiele dzieci, badania socjologiczne wskazują, że potencjalni rodzice narzekają na coś zgoła odmiennego. Na brak przedszkoli tanich i położonych w pobliżu mieszkania lub miejsca zatrudnienia. Na niemożność pogodzenia wymogów rynku pracy z macierzyństwem. Na niedostępność – bez morderczych kredytów spłacanych do emerytury – mieszkań, w których byłoby można kultywować „wartości rodzinne” itp. Innymi słowy, Polacy narzekają na to, na co nie narzekają np. wspomniani Szwedzi, którzy te problemy mają rozwiązane. Ale facetów, którzy w „Rzeczpospolitej” publikują tyrady przeciwko „spiskom wymierzonym w rodzinę”, biorąc za jeden taki płaczliwy tekścik honorarium równe przeciętnej miesięcznej pensji 3/4 „głów rodziny” w Polsce, trudno podejrzewać o jakikolwiek związek z realiami.
O tym, jak w kapitalizmie nieskrępowanym ingerencją straszliwego państwowego Lewiatana wyglądało „życie rodzinne”, świetnie pisał już w roku 1937 Feliks Gross – działacz socjalistyczny i jeden z niewielu polskich humanistów, którzy zyskali światową renomę naukową. W PPS-owskim miesięczniku „Światło” (nr 6/1937), ten znakomity socjolog tak pisał w tekście „Rodzina robotnicza”: Rewolucja przemysłowa XIX stulecia zniszczyła dotychczas panujące systemy wytwórcze, upadł dotychczasowy ustrój gospodarczy. Z powstaniem fabryk zjawia się i proletariat fabryczny. Dotychczas rzemieślnik był właścicielem warsztatu, dzień cały spędzał u siebie w domu oraz z rodziną, gdyż i warsztat w domu się znajdował. Teraz warsztaty zaczynają się gwałtownie wyludniać, zapełniają się hale fabryczne. Przemysł ściąga do pracy wszystkich, zarówno mężczyzn, jak i kobiety czy dzieci. /…/ Przy produkcji koronek w Nottingham w 1860 roku, dzieci 9 i 10-letnie pracowały od 2, 3, 4 rano do 10, 11, 12 w nocy, w przemyśle ceramicznym od 6 rano do 9 wieczorem. /…/ Niskie zarobki zmuszały całą rodzinę do pracy fabrycznej. Pracował więc ojciec, matka, a najczęściej i starsze dzieci. W tym stanie rodzina ulegała automatycznie procesom rozkładowym. Czas pracy dochodził często do 16 godzin na dobę, niskie zarobki zmuszały do zatrudniania rodziców i dzieci. /…/ Jak mogło wyglądać w takich warunkach życie robotnicze? Rodzina stała się tylko zespołem „odświętnym” – w święta i niedziele widywali się za dnia dzieci, mąż i żona. /…/ Stronnictwa reakcyjne zarzucają z reguły natrętnie ruchowi robotniczemu, że „rozbija” rodzinę. /…/ Otóż stwierdzić możemy, że sam rozwój przemysłu i wyzysk przyczynił się do rozluźnienia więzów rodzinnych – a zdobycz praw ochronnych w stosunku do pracy kobiet i młodocianych, o przedłużenie wieku szkolnego itd., a więc zdobycze ruchu robotniczego, wzmocniły jej węzły.
Warto pamiętać o tych słowach, gdy jakiś prawicowo-rynkowy doktryner zacznie dowodzić, że „państwowy moloch” rozbija rodzinę. Warto mu wówczas przypomnieć, że gdyby nie ingerencja państwa w XIX-wieczny kapitalizm – tak bardzo wychwalany przez to towarzystwo – rodzina byłaby dzisiaj mniej więcej tak potężną instytucją, jaką są w XXI wieku cechy rzemieślnicze.
przez Joanna Duda-Gwiazda | sobota 23 maja 2009 | Felietony - Joanna Duda-Gwiazda
Zdumiewające fakty, szokujące opinie pchały się pod pióro niemal nachalnie i dopóki ich nie opisałam, rosły stosy nie załatwionych papierów, nie oddzwonionych telefonów, nie wyprasowanych koszul. Od pewnego czasu wydajność producentów absurdów przekroczyła moje możliwości percepcji. Nie wiem co wybrać i jak to skomentować. Oto kilka próbek.
Komisja sejmowa do sprawy nacisków na wymiar sprawiedliwości przesłuchiwała prokuratora na okoliczność zorganizowania konferencji prasowej. Prokurator cytował chronologicznie wypowiedzi dziennikarzy i polityków szkalujących prokuraturę. Wyglądało to na zorganizowaną nagonkę, której celem było zaniechanie śledztwa, a przynajmniej jego utrudnienie. Prokuratura odwołała się do opinii publicznej. Trochę pomogło, po konferencji prasowej nacisk zelżał. Komisję sejmową te zeznania bardzo zdenerwowały. Chciała wykryć naciski, ale nie te, o których mówił prokurator, jakieś inne. Przewodniczący, poseł Karpiniuk, wpadł w trudny do zdefiniowania stan ducha i umysłu. Kompromitował się na wszystkie możliwe sposoby, ponieważ, jak twierdził, jest przewodniczącym i może mówić i robić, co zechce. W serwisach informacyjnych królował komentarz – przesłuchiwany prokurator reagował emocjonalnie, groził komisji skargą za naruszenie jego dóbr osobistych, a Jacek Kurski został wykluczony ze składu komisji.
Reagowanie emocjonalne jest najcięższym zarzutem, ale poprawne złe emocje zasługują na najwyższą pochwałę. Na przykład używanie rynsztokowych wyzwisk w słusznym gniewie na szarganie narodowych świętości i pozycji Polski na świecie, jest dowodem przynależności do sfer wyższych. Podobnie jest z tolerancją. Jest to cnota najwyższa, ale wiadomo, że nie ma tolerancji dla wrogów tolerancji.
Najdoskonalszym produktem nowej logiki jest Lech Wałęsa, pogromca komunizmu, Logo Polski i przemian w Środkowo-Wschodniej Europie. Opanował zasady nowej dialektyki perfekcyjnie. Jako klasyk jest często cytowany – „za, a nawet przeciw”, „plusy dodatnie, plusy ujemne”, „nie chcę, ale muszę”. Wałęsę lubimy i szanujemy ponad podziałami. Kto nie pała miłością do Wałęsy, grzeszy emocjonalnym stosunkiem do naszego dobra narodowego. Nie wierzycie? – to posłuchajcie.
„Dziennikarz: Ale w tych podsumowaniach widać, że nie pała pan miłością do swojego bohatera. Paweł Zyzak: Nie zgadzam się, nie zawarłem w nich ocen moralnych. Dziennikarz: Czyli lubi pan Wałęsę? Jest to dla pana postać pozytywna? Paweł Zyzak: Nie mam do niego stosunku emocjonalnego. Odnoszę się do Wałęsy z szacunkiem jako do człowieka i byłego prezydenta mojego kraju. Zaletą mojego wieku jest natomiast to, że mogę na niego spojrzeć chłodnym okiem”.
Zaletą mojego wieku i wieku Wałęsy jest to, że nie musimy patrzeć na siebie chłodnym okiem. To znaczy on nie musi, a ja owszem, powinnam, a nawet muszę. Wypowiedzi Wałęsy nikogo nie szokują – przecież to nasz milusiński, a „Kaczory to obciach”. Na szczęście tyle demokracji jeszcze zostało, że mogę na Wałęsę w ogóle nie patrzeć, tzn. wyłączyć telewizor, kiedy mówi coś o mnie, albo o prezydencie mojego kraju. Nie muszę też chodzić na akademie ku czci Wałęsy, chociaż jest to bardzo źle widziane. W stosunku do Wałęsy naród powinno połączyć jedno uczucie – wdzięczności za obalenie komunizmu. Kiedyś organizowano akademie wdzięczności za pokonanie faszyzmu, ale też nie chodziłam. W Radzie Mędrców Europy Lech Wałęsa jest symbolem wyzwolenia z komunizmu i tak być powinno. To jedna z nielicznych decyzji premiera, którą popieram bez zastrzeżeń.
Jeśli jesteśmy przy Europie, muszę się przyznać do nieuctwa. Dopiero z okazji kongresu Europejskich Partii Ludowych w Warszawie dowiedziałam się, że PO należy do tego klubu. Byłam przekonana, że to „L” znaczy Liberalny, czyli postępowy ekonomicznie i światopoglądowo. Kiedy politycy omawiali szczytne ideały, świetlane perspektywy i znaczące osiągnięcia, lud roboczy na ulicach Warszawy dawał upust swoim emocjom. Pewnie też nie wiedział, że obradują jego przyjaciele. Może chodzi o to, że Platforma reprezentuje interesy ludu jako ogółu, tzn. akcjonariuszy, biznesmenów, urzędników, aktywistów z organizacji pozarządowych, a lud roboczy to przypadek szczególny? Może ludem roboczym zainteresują się partie zielonych, bo to gatunek wymierający?
Gdy pojawiła się informacja o świńskiej grypie, zadzwoniła moja siostra: „Nie wiesz, o co chodzi? Przy ptasiej grypie chcieli sprzedać szczepionkę z magazynów koncernu Dicka Cheneya, ale tym razem mówią, że szczepionkę trzeba wyhodować”. – „Może chodzi o wyeliminowanie meksykańskiej wieprzowiny z amerykańskiego rynku?” – próbowałam zgadywać i czekałam na reportaże z niechlujnych ferm w Meksyku, widoki stosów padliny i służb sanitarnych w ubraniach kosmitów. Zamiast tego pojawili się dwaj robotnicy meksykańscy i powiedzieli: „Wszyscy, którzy pracowali na amerykańskiej fermie świń, po powrocie do domu zachorowali”. Zrozumiałam, że to ferma w USA, chociaż niekoniecznie. Tej informacji nie powtórzono i żaden dziennikarz nigdy nie zapytał, gdzie znajduje się źródło epidemii, jak chorują świnie, czy zostały wybite i jakie straty ponieśli hodowcy. Prezydent Meksyku mówił tylko o wielkich stratach w branży turystycznej. Jak udało się osiągnąć taką cenzurę?
Dlaczego nikt się nie dziwi, chociaż wszyscy widzą to samo, co ja?
przez Krzysztof Wołodźko | środa 20 maja 2009 | Felietony - Krzysztof Wołodźko
Transformacja ustrojowa dała wielu Polakom poczucie, że teraz wszystko będzie już dobrze. Rządzić będą nasi, polityka nie będzie sztuką samą dla siebie na usługach sprawujących władzę, wolne/niezależne media zagwarantują jawność i powszechną dostępność do życia publicznego, instytucje państwowe będą przyjazne obywatelom, a rynek, uwolniony od absurdów tzw. realnego socjalizmu, da możliwość wolnej konkurencji, podniesie jakość usług, towarów, pracy i płacy. Jednym słowem: powróci normalność.
Oczywiście, co to jest tzw. normalność, to już temat na osobną dyskusję między różnymi opcjami ideowo-polityczno-ekonomicznymi. W każdym razie, o czym Polaków zapewniano, wreszcie będą mogli dyskutować o tym wszystkim otwarcie, publicznie i bez skrępowania. Oczywiście, byli i tacy, którzy twierdzili, że to zbyt piękne, aby mogło być prawdziwe i że coś tu skrzeczy, ale tych, niezależnie, czy byli z prawa, czy z lewa, sprawnie spacyfikowano, etykietkując jako oszołomów i mniej lub bardziej grzecznie wypraszając poza nawias tzw. opinii publicznej.
Gdy dziś mówimy o III RP, tego entuzjazmu jest już jakby mniej. Cenzurę PZPR-owską zastąpiły różne formy cenzur środowiskowych. Każdy mainstreamowy, opiniotwórczy tytuł i medium elektroniczne mają własną ulicę Mysią. Cenzorów zastąpili reklamodawcy, presja towarzyska, zależności polityczne, czasem tępy duch sekciarstwa. Bo cenzura nie polega jedynie na tym, że przemilcza się rzeczy niewygodne, ale i na tym, by odpowiednio zinterpretować fakty, aby nie sprawiały niepotrzebnych kłopotów. A że ludzie lubią być oszukiwani i lubią mieć słuszne poglądy na wszystko, to każdy znajdzie tu coś dla siebie, co utwierdzi go w jego racjach. Jednym zdaniem: oto Hyde Park w krzywym zwierciadle.
Co do polityki, to i owszem, kto chce i lubi może brać udział w wyborach, referendach. I są to wydarzenia niepomiernie bardziej demokratyczne niż „wybory” i „referenda” czasów PRL. Ale i tu wskazać można na liczne mankamenty: sposób finansowania partii, który kilku najważniejszym ugrupowaniom daje szansę na największy udział w politycznym marketingu (nazywanym czasem dla niepoznaki „debatą publiczną”), koteryjność ugrupowań partyjnych, nawet tych największych, medialno-polityczne zblatowanie. Tu dodam, że osobiście jestem zwolennikiem takiej sytuacji, sięgającej korzeniami XIX wieku, w której każde ugrupowanie miałoby własny, utrzymywany ze swoich środków, jawnie określający się tytuł prasowy. PO mogłoby wydawać „Biuletyn Obywatelski”, PiS „Gazetę Prawych”, a SLD i PSL zwyczajowo „Trybunę” i „Zielony Sztandar”. Dziś jest zaś tak, że poważne pisma i media elektroniczne udają bezstronność i obiektywizm, choć kładę dolary przeciw orzechom, że same w tę iluzję nie wierzą.
Zresztą, owa bezstronność i niezależność instytucji publicznych w Polsce to istne targowisko hipokryzji: od KRRiTV po spółki skarbu państwa. Po każdych wyborach słyszymy te same śpiewki o przywracaniu właściwych proporcji, bezpartyjnych fachowcach czy – jak ostatnio – dożynaniu watah. A to przecież jedne wilki w owczej skórze zastępują inne, im podobne niewiniątka. I zawsze niezależni publicyści (tyle że różnych opcji) podnoszą rejwach i krzyk, że znów psują nam państwo. Ale czy można zepsuć coś, co już nie działa? Oczywiście, stuprocentowa apolityczność instytucji państwowych i jej biurokracji to utopia. Ale po co łgać ludziom w żywe oczy, że np. w IPN nie mają swoich sympatii politycznych, albo że sympatia „GW” czy PO wobec Wałęsy motywowana jest olbrzymim szacunkiem dla tej persony? Myślałby kto, że obiektywizm i niezależność sądów to jakiś polski fetysz, ba, naczelna wartość narodowa, gdy jest to po prostu listek figowy chorego na trąd nepotyzmu, układzików, korupcji, kolesiostwa i stadnego myślenia człowieka.
Dlaczego o tym piszę? Bo zastanawia mnie, czy przy okazji budowania III RP nie stracono z oczu człowieka. I nie chodzi o to, żeby dać mu za darmo kiełbasę i co tydzień wysyłać z Belwederu lub URM-u umyślnego z pytaniem, czy aby mu czego nie brak. Ani żeby robić za „gęby za lud krzyczące”. Jak lud chce, niech sam krzyczy, także na ulicach. Nawet lepiej, gdyby krzyczał sam, niż mieliby to robić w jego imieniu różni „zawodowi rewolucjoniści”.
Zastanawia mnie natomiast, czy dzisiejszą Polskę zbudowano dla ludzi, czy znów dla tzw. elit: politycznych, biznesowych, medialnych, a także kościelnych. Oczywiście są to już elity znacznie bardziej cywilizowane i humanitarne, często z solidarnościowym rodowodem, z pięknymi kartami w życiorysach. Te elity, mówiąc w dużym skrócie, pod sejm kontraktowy podjeżdżały trabantami, w wyciągniętych swetrach, w niemodnych, rogowych oprawkach okularów, a odjeżdżały porządnymi samochodami, w dobrych garniturach, „obznajomione” z meandrami polityki. I już mniej czułe na los tych na dole, na których plecach, często też sinych od milicyjnych pał, wybiły się na dobrobyt, po drodze często-gęsto przepijając bruderszafty ze swoimi dawnymi przeciwnikami. I tak już zostało. Dziś już nieliczni ludzie z tamtej epoki, jak Zbigniew Romaszewski, mają odwagę i chęć, ale też moralne prawo, by mówić językiem „ideałów Sierpnia”, językiem wspólnych wartości. Językiem, w którym czuć coś więcej, niż obecność pieniądza.
Elity zawsze wiedzą lepiej. Trywialnym, ale nigdy nie dość wartym przypominania przykładem jest fakt, że żaden z projektów Obywatelskiej Inicjatywy Ustawodawczej (i tak potraktowanej po macoszemu przez ustawodawców) nie został ani w większym stopniu nagłośniony przez media, ani nie znalazł uznania w oczach większości parlamentarnej kilku kadencji. Nie dość zatem, że współczesny Polak jest dość leniwy na niwie publicznej i swoje pasje obywatelskie ogranicza co najwyżej do niezobowiązującej paplaniny/stukaniny. Nie dość, że traktowany jak mięso wyborcze i konsument marketingu politycznego, któremu przed wyborami do europarlamentu zamiast rzeczowej dyskusji podrzuca się durne filmiki, to non stop odbiera od własnego państwa ten jeden podstawowy komunikat: obywatelu, stulcie lepiej gębę! Ale koniecznie idźcie na wybory…
przez Anna Mieszczanek | środa 20 maja 2009 | Felietony - Anna Mieszczanek
Zrewitalizowała go sprawna ekipa, którą wynajęła –wybrana przez Ciebie! – administracja samorządowa.
No dobra, powiem jak jest naprawdę: jeszcze nie zrewitalizowała, tylko ma właśnie w planach. W ostatniej chwili się dowiedziałeś, bo komuś tam przysłali przez pomyłkę informację o tym, co ma się dziać. Lokalna gazeta o tym napisała i alarmuje*. Park Skaryszewski. Warszawa – Saska Kępa.
Gdy wybierałeś swój samorząd – jeśli w ogóle wybierałeś – to sądziłeś, że będą podejmować decyzje dla wspólnego dobra. A oni ci mówią, że koniecznie trzeba wyciąć 250 starych drzew w parku, bo po rewitalizacji na alejkach musi się zmieścić ciężki sprzęt do sprzątania, więc korzenie starych drzew przeszkadzałyby w ułożeniu odpowiedniej nawierzchni.
Do tej pory mogłeś sądzić, że park jest po co innego niż po to, żeby alejkami jeździł ciężki sprzęt sprzątający.
Błąd.
Park jest po to, po co może być potrzebny urzędnikowi. A urzędnik, wiadomo, swój rozum ma. Na pewno jest szkolony za europejskie pieniądze w sprawnej realizacji zadań związanych z obsługą mieszkańców, więc wie.
No ale Ty, Czytelniku, też jesteś trochę szkolony, parę organizacji pozarządowych już zaliczyłeś, więc robisz z tego użytek. Skrzykujesz ludzi. Sprawdzacie, czy wymagane były konsultacje społeczne. Jeśli były, ale właśnie minął termin – piszecie wniosek o przywrócenie terminu. Drugi wniosek – o uwzględnienie opinii mieszkańców, którzy korzystają z parku. Piszecie też parę komunikatów prasowych i rozsyłacie e-mailami po lokalnych redakcjach. Gdy redakcja przyśle kogoś, to tłumaczycie jak normalnym ludziom, że do parku chodzi się, żeby odpocząć w cieniu starych drzew, a nie po to, żeby słuchać jazgotu maszyny sprzątającej.
Potem idziecie do burmistrza albo innego ważnego rządzącego dzielnicą i mówicie do niego to samo, co do kamery. On swoje – że musi wjechać sprzęt i że posadzą przecież nowe drzewa, które już za 40 lat będą tak samo piękne, jak te ścięte.
Sprawdzacie, kogo i co jeszcze można zaskarżyć, może nawet robicie zrzutkę i wynajmujecie prawnika, żeby popisał wnioski gdzie tam trzeba.
Tak mija wiosna, lato i jesień, nadchodzi zima. Drzewa jeszcze stoją, Ty nie możesz już patrzeć na segregatory pełne Twoich pism do urzędu i urzędowych odpowiedzi na te pisma. Półki odmawiają współpracy. Nawet Twoja własna drukarka nie chce już drukować kolejnego wniosku o wzięcie pod uwagę opinii społecznej…
Więc w końcu dajesz spokój. Przychodzi wiosna – drzewa wycinają. Całą starą aleję, stanowiącą oś parku. Wkrótce potem znani publicyści ubolewają na łamach, że społeczeństwo obywatelskie nam się nie zbudowało, że ludzie nie chcą się angażować.
Ale w końcu: ile można? – pytasz sam siebie. Ile czasu i własnej energii można tracić, żeby coś, co dla normalnego człowieka jest oczywiste – ochronić przed inwazją szkolonych biurokratów w służbie samorządowej. Kto ma na to siłę?
***
Teraz będzie cytat. Ze strony Laboratorium Monitoringu Budżetu**. O konferencji z listopada 2008.
Marek Ziółkowski, wicemarszałek Senatu RP podkreślił, że „demokracja posiada słabości, których nie można usunąć w całości”. Są to m.in. biurokracja, struktury oligarchiczne, zakulisowe podejmowanie decyzji. Demokracja często ograniczona jest do sfery instytucjonalno-politycznej. – „Innowacje demokratyczne mogą zwiększyć świadome uczestnictwo obywateli we władzy” – podkreślił Ziółkowski. Dużo prościej zastosować nowe rozwiązania w samorządach, niż na szczeblu centralnym. Wśród innowacji demokratycznych naukowcy obecni na konferencji wymienili m.in. przedsięwzięcia demokracji deliberatywnej, technologiczne panele, partycypacyjne zarządzanie budżetem, losowo-amerykańską selekcję. Narzędzia te wprowadzane od kilkunastu lat m.in. w Danii i Stanach Zjednoczonych pozwalają na większe zaangażowanie obywateli i rozwiązywanie lokalnych konfliktów. – Większość z tych rozwiązań jest do wprowadzenia na poziomie samorządowym, np. myślenie o tym, żeby ludzie partycypowali w wydawaniu budżetów lokalnych…
Socjolog, Radosław Markowski, mówił o europejskich innowacjach w demokracji, m.in. o – skandynawskich głównie – próbach wprowadzania modelu demokracji deliberatywnej, gdzie próbuje się na serio poznać rozkład opinii obywateli na konkretny temat, a potem wypracować wspólne – mimo różnic w poglądach – stanowisko, które stanie się rekomendacją dla władz samorządowych.
Jego zdaniem, bardzo dobrym pomysłem jest też zastosowanie w Polsce testów dla kandydatów do pełnienia funkcji w samorządzie stosowanych w procesie selekcji przedstawicielstwa, tzw. cywilokracji. Chodzi o testy mierzące z jednej strony umiejętności merytoryczne i poprawnego rozumowania kandydatów na przedstawicieli, a z drugiej test określający etyczne standardy kandydata.
Mierzyć naszym samorządowcom umiejętności merytoryczne i poprawnego rozumowania? Yes, yes, yes!
Czytajcie ludzie Markowskiego***. Tekst jest długi, ale inspirujący. Deliberatywnie.
* http://miasta.gazeta.pl/warszawa/1,95190,6592470,Chca_wyrabac_250_drzew_z_Parku_Skaryszewskiego.html
** http://www.lmb.lgo.pl/node/43
*** http://www.samorzad.pap.pl/palio/html.run?_Instance=cms_samorzad.pap.pl&_PageID=6&_media_id=21553&_filename=RM_innowacje_doc&_mimetype=application/msword&_CheckSum=-1031189798
przez Remigiusz Okraska | środa 20 maja 2009 | Felietony - Remigiusz Okraska
Wydawałoby się, że najbliższe wybory są mało istotne w porównaniu z np. dwoma ostatnimi wyścigami do polskiego parlamentu – tymi z lat 2005 i 2007. Tymczasem ilość pytań o to, „kogo popieram”, „co zrobi »Obywatel«” itd., jest znacząco większa niż wówczas. Na pewno jest to zrozumiałe ze względu na profil naszego pisma – jego czytelnicy i sympatycy rekrutują się spośród przeciwników gospodarczego liberalizmu, a zatem dominacja rządzących liberałów z PO niepokoi ich znacznie bardziej niż gdyby rządził ktokolwiek bardziej prospołeczny.
Ale mnie z kolei niepokoi ten sposób myślenia, który towarzyszy autentycznej – co do tego nie mam wątpliwości – trosce o to, jak odsunąć owych liberałów od władzy. Coraz bardziej bowiem utwierdzam się w przekonaniu, że ani te, ani kilka najbliższych wyborów niczego istotnego nie zmienią. Owszem, lepiej byłoby odsunąć PO od władzy, gdyż bez wątpienia szykuje ona wiele szkodliwych posunięć. Co by tu jeszcze spieprzyć, panowie? – jak śpiewał artysta. Ano spieprzą jeszcze zapewne to i owo: skomercjalizują do reszty służbę zdrowia, kto wie, czy podobny los nie spotka szkolnictwa, w ramach tzw. partnerstwa prywatno-publicznego wielkie firmy, w tym zagraniczne koncerny, będą „kręciły lody” za pieniądze budżetowe, w kolejce jest jeszcze liberalizacja kodeksu pracy, pogłębianie przepaści cywilizacyjnej między kilkoma ośrodkami wielkomiejskimi i subregionami a prowincją (gdyby były inne plany, to zamiast budowy „szybkich kolei” i autostrad między aglomeracjami, reanimowano by lokalne linie kolejowe i takież drogi), dalsze urynkowienie systemu emerytalnego itd. Strach się bać – mnie też przeraża taka wizja.
Nie potrafię jednak uznać, że jakimś istotnym zwrotem mogą stać się któreś wybory. Nie podzielam też wiary moich różnych znajomych w bunt społeczny, który radykalnie zmieni wizje, cele i mechanizmy polskich społeczno-gospodarczych. Siła neoliberałów bierze się ze słabości alternatyw wobec nich, a te z kolei są słabe, gdyż słabe jest społeczeństwo. Oczywiście łatwiej byłoby je umocnić, gdyby nie rządzili liberałowie i gdyby nie rozmontowywano kolejnych elementów tkanki społecznej – bo wszak do tego sprowadza się pochód neoliberalizmu – ale oni rządzą dlatego, że już dziś nie sposób stworzyć trwałej bazy społecznego poparcia dla innej polityki.
Być może za jakiś czas będzie ją stworzyć jeszcze trudniej. Ale być może jedynym sposobem, aby ona jednak powstała, jest mozolna, długotrwała praca, pozbawiona emocji związanych z wyborami, oszczędnie gospodarująca niewielkimi zasobami – nie tylko kadrowymi czy finansowymi, ale także zasobami emocji, bo nic tak nie niszczy ludzkiej aktywności, jak obietnice triumfów i następujące po nich spektakularne klęski.
Choć PO i podobne jej ekipy neoliberałów z lewa i prawa – dość wspomnieć SLD czy niesławnej pamięci AWS – są lokalną emanacją ogólnoświatowej tendencji, to jednak polska specyfika ma wpływ na taki rozwój wydarzeń, jaki obserwujemy. Ta specyfika to natomiast nieistnienie w naszym kraju zorganizowanego społeczeństwa. Neoliberalizm wszędzie działa podobnie i prowadzi do jednakich następstw. Jeśli jednak w USA możliwy jest triumf Obamy, jeśli w Wielkiej Brytanii po wieloletnich ekscesach thatcheryzmu (także tego w wykonaniu New Labour) – a pamiętajmy, że jego twórczyni wsławiła się wyjątkowo kretyńskim stwierdzeniem, że „nie ma czegoś takiego, jak społeczeństwo” – nadal istnieją tysiące aktywnych inicjatyw obywatelskich, jeśli we Francji czy w Niemczech demonstracje przeciwko zamachom na dobro wspólne gromadzą nie setki, lecz setki tysięcy ludzi, jeśli w Skandynawii niemal nikt nie traktuje serio bredni o konieczności prywatyzacji i „deregulacji”, to widać jak na dłoni, że reakcje na tenże neoliberalizm są rozmaite. A polska reakcja jest z nich najgłupsza.
To nie jest żaden przypadek. Jedna sprawa to tzw. charakter narodowy. Z górą sto lat temu trafnie opisał go Aleksander Świętochowski w lapidarnym stwierdzeniu, że Polacy są narodem, który dla odzyskania niepodległości rzuci się na komendę tłumnie, aby wypić wodę z Wisły, ale za żadne skarby nie chodziliby w tym samym celu regularnie przez rok, aby codziennie wypijać z niej szklankę. Nie jestem zwolennikiem kurczowego trzymania się „pracy organicznej”, która poza swym logicznym i rozsądnym aspektem bywa mocno podszyta cynizmem, tchórzostwem i lenistwem intelektualnym. Pewne jest jednak, że same wielkie zrywy, wielkie hasła i wielkie ofiary nie wystarczą, gdy nie towarzyszy im – przed i po – wytężona, mozolna, regularna, choć mało widowiskowa praca.
Przede wszystkim wynika to wprost z ludzkiej psychiki, która nie jest w stanie długofalowo funkcjonować na najwyższych obrotach w kwestii zaangażowania w życie publiczne. Na tym „przejechali” się wszyscy rewolucjoniści. Rozmaite buntownicze zrywy były w swej większości romantyczne, piękne i wyzwalały w ludziach ogromne pokłady szlachetnych uczuć, ale po nich następował albo marazm, albo na ich fali wypływały przeróżne kanalie, którym bez większego sprzeciwu pozwalano robić rzeczy daleko odbiegające od haseł wyjściowych. Tylko tam, gdzie grunt był przygotowany i gdzie istniała sieć inicjatyw umożliwiających mniej spektakularną kontynuację owych buntów – lub gdy buntownicy zadbali o jej szybkie stworzenie – owe rewolucje nie zamieniały się w swoje przeciwieństwo lub nie kończyły nostalgicznymi wspominkami o bardzo krótkim okresie „burzy i naporu”.
W Polsce tego wszystkiego brak. Rozumieli to także krytycy Świętochowskiego, którzy w swej większości uważali, że jakkolwiek „praca organiczna” nie wystarczy, to jednak te wszystkie pozornie niewielkie sprawy – spółdzielnie, kółka rolnicze, kursy kształceniowe, niszowe wydawnictwa, kółka dyskusyjne itp. – nie są przeciwieństwem, lecz dopełnieniem Wielkich Rzeczy. Jeśli rewolucja ma nie stać się nieudolną błazenadą lub – co gorsza – szkodliwą i zbrodniczą jatką pogarszającą sytuację, powinna wyrastać z setek małych „ewolucji”. Jeśli spojrzymy na to, kto w Polsce przed I wojną światową lub w II RP tworzył zręby różnych mikroinicjatyw społecznych, to zobaczymy tam wielu radykalnych wizjonerów, którzy o lata świetlne odlegli byli od drobnomieszczańskiej ideologii „pracy organicznej”.
Być może udałoby się przeorać „zrywową”, niechętną wobec systematycznej pracy mentalność Polaków, gdyby nie PRL. Nie mam ochoty na znęcanie się nad truposzem, ani nad jego coraz mniej licznymi nekrofilskimi zwolennikami, ale jeśli dziś nurtuje nas problem mizernej aktywności społeczeństwa, to nie sposób uniknąć krytyki powojennego 45-lecia, nawet gdybyśmy uznali, że tylko to obciąża komunistyczne władze. Centralizm polityczny, zamordyzm, faktyczne upaństwowienie wszelkich form aktywności, fasadowość wielu instytucji – musiały oduczyć ludzi autentycznego zaangażowania w życie publiczne, zwłaszcza, że reżim nie ulegał stałej liberalizacji, lecz okresowo „zaostrzał kurs” wobec inicjatyw choć trochę niezależnych i samodzielnych. Żeby nie było tak antykomunistycznie sztampowo, dodam, że pewne negatywne zjawiska w tej kwestii miały miejsce również wraz z rosnącym autorytaryzmem sanacyjnej ekipy w międzywojniu.
PRL zrobił jednak coś więcej niż tylko stłumił rozwój autentycznego społeczeństwa obywatelskiego. Izolacja od świata i zachodzących w nim przeobrażeń sprawiła, że to, co na Zachodzie trwało lata i było rozłożone w czasie, nam spadło na głowę nagle i w wielkim stężeniu. Pozytywnych rozwiązań i mechanizmów nie mieliśmy czasu się nauczyć, zaś wobec negatywnych zjawisk nie wypracowaliśmy mechanizmów obronnych. Efektem jest dzisiejszy stan życia publicznego, cechującego się mizernym poziomem kapitału społecznego (niemal nikt nikomu nie ufa), ucieczką w konsumpcyjną prywatność, ogromną podatnością na najgłupsze trendy popkultury, ostentacyjnym wręcz „olewactwem” wszystkiego, co wykracza poza czubek nosa i próg „własnego M”. Oczywiście na taki stan rzeczy złożyło się wiele zjawisk, nie tylko spuścizna PRL-u. Swoje zrobiła „zdrada elit” opozycyjnych, które wypięły się na masy popierające je swego czasu. Ale nie bądźmy dziećmi – w krajach Zachodu elity też nie raz i nie dwa zdradzały masy, a mimo to nie są one do tego stopnia zdemobilizowane, jak w Polsce. Ktoś inny powie z kolei, że przyczyną mizernej aktywności Polaków jest niezamożność, konieczność walki przede wszystkim o przetrwanie. Bądźmy jednak poważni – stokroć silniejsze ruchy i inicjatywy społeczne niż w Polsce istnieją choćby w Brazylii czy Argentynie, przy których my jesteśmy może nie rajem finansowym, ale na pewno znajdujemy się kilka pięter wyżej pod względem stabilizacji społecznej i tej zwykłej, życiowej. Poza tym, gdy słyszę, że większości Polaków nie stać na 5 złotych miesięcznej składki, na niezależny kwartalnik za 7 czy 10 złotych albo na bilet autobusowy lub litr benzyny, by dojechać na demonstrację, to pukam się w czoło, bo na moim niezamożnym osiedlu w jeszcze bardziej niezamożnym mieście natrafiam niemal za każdym razem, gdy wynoszę śmieci, na kolejne pudło po nowym wielkim telewizorze.
Czy emigranci z przedmieść Paryża są o wiele bogatsi od Polaków, by mieć środki na udział w życiu politycznym? Czy niemiecki urzędnik pracuje znacząco krócej od polskich „budżetowców” i dlatego ma czas na aktywność społeczną? Czy na polskich studentach ktoś wymusza zainteresowanie niemal wyłącznie alkoholem, muzyką i podróżami, więc dlatego nie mogą się zdobyć na choćby takie inicjatywy, jakie podejmują ich rówieśnicy ze Szwecji, Hiszpanii czy USA? Czy nad Polską ciąży jakieś fatum, które sprawia, że ludzie po zawarciu małżeństwa i dorobieniu się dzieci ograniczają swoją aktywność do grillowania z podobnymi małżeństwami? Czy jakiś zły duch sprawił, że akurat Polakom tyłki przyrosły do krzeseł i za szczyt aktywności społecznej uchodzą tutaj jałowe pyskówki w Internecie?
Nie chodzi o to, by obwiniać kogoś personalnie i rozliczać z tego, co robi lub czego zaniechał. Nie ma też sensu pojawiająca się czasem u różnych „weteranów” aktywności społecznej nuta cynizmu połączonego z rozczarowaniem, która prowadzi ich do wniosków, że „mają to, na co zasłużyli”, „chcą być kopani w tyłek, to proszę bardzo”, „wybrali liberałów, to niech teraz płaczą, gdy są wywalani z pracy” itd. Problem tkwi w czymś innym. W tym mianowicie, że dopóki nie odtworzymy tkanki publicznego zaangażowania, dopóty nie ma co marzyć o istotnych zmianach, a już na pewno nie o tym, że wykroczą one poza chwilowy triumf. Społeczeństwo, które nie jest zorganizowane, nie dysponuje własnymi kanałami komunikacji i forami debaty, nie ma nawyków brania przynajmniej części spraw we własne ręce, nie obawia się podnieść głowy – zawsze padnie łupem inwazji kolorowych billboardów, kampanii tandetnych obietnic, zagrywek spin-doktorów itp. I będzie święcie przekonane, że miły, wygadany facet w fachowo dobranym krawacie chce dobrze właśnie dlatego, że dobrze wygląda. Nawet jeśli tacy ludzie zagłosują czasem na „partię protestu”, to ich sympatia potrwa tylko do czasu, aż oligarchiczne media nie przypuszczą na nią zmasowanego ataku pod byle pretekstem. A wymyślić pretekst, który trafi w gusta bezkrytycznej, tabloidowo-telewizyjnej publiczności, jest doprawdy nietrudno.
Nie ma drogi na skróty. Dziś i jutro najważniejsze nie są wybory do któregoś z ciał przedstawicielskich, nie mają większego znaczenia doraźne polityczne pyskówki, nie ma żadnego sensu emocjonowanie się kolejnymi Inicjatywami Zbawczymi Dla Polski. Nie pomogą nam żadni Oni, żaden Wódz, Geniusz i Wybawiciel. Jeśli nie nauczymy się pomagać sobie sami, krok po kroku, dzień za dniem, ziarnko do ziarnka – to nie pomoże nam nikt.
przez Anna Mieszczanek | wtorek 28 kwietnia 2009 | Felietony - Anna Mieszczanek
Stojąc tuż nad moim łóżkiem, krzyczała w przestrzeń ile sił w płucach: „Mieszczanek!!! Do zabiegowego!!!”. O siódmej kończyła swój szpitalny dyżur i do tego czasu musiała pobrać komu tam trzeba krew do badania i napisać ładny raport z nocnego dyżuru. Laboratorium zaś musiało wyrobić się z wynikami badań przed obchodem o ósmej. Obchód musiał być o ósmej, żeby lekarze mogli odpowiednio szybko podiagnozować i poleczyć pacjentów przy pomocy swojej kosmicznej technologii Szpitala Najlepszego w Rankingach i żeby zdążyli wyjść przed 14, bo inaczej spóźniliby się do swoich drugich prac w prywatnych przychodniach i klinikach. Stąd ta piąta trzydzieści pięć.
Większość z tych miłych zapewne na co dzień kobiet, krzyczących skoro świt – ale i w ciągu dnia, przez korytarz – „Mieszczanek!!!” – miała na szczęście talent do wkłuwania się w pochowane głęboko żyły, wybaczone im więc bywało szybko owo uprzedmiotawiające pokrzykiwanie. Choć to wybaczanie nie wykluczało z kolei niezbyt głębokiej – z powodu chwilowego otumanienia na szpitalnym łóżku – ale jednak refleksji o tajemniczym sposobie, w jaki instytucje, mające z definicji pomagać i służyć człowiekowi, gdzie tylko mogą, traktują go jak powietrze lub zbędny element zakłócający pracę systemu.
W naszym, zachodnim społeczeństwie, możemy wyodrębnić pewną klasę instytucji, które stwarzają większe ograniczenia niż inne – pisał pół wieku temu w klasycznej pracy o szpitalach, przytułkach, domach opieki, więzieniach i zakonach amerykański socjolog Erving Goffman. Ich ograniczający charakter symbolizują często fizyczne bariery, uniemożliwiające kontakt ze światem zewnętrznym: zamknięte drzwi, wysokie mury, zasieki z drutu kolczastego. … Nazywam je instytucjami totalnymi…
Między „totalną instytucją” a „systemem totalitarnym” rozciąga się zwykle całkiem spora przestrzeń. W systemach totalitarnych życie ludzi podporządkowane jest całkowicie wszechobecnej kontroli ze strony władzy, która wyznacza standardy i normy zachowania, określa status socjalny obywateli, ustala kierunki, obszary i granice aktywności publicznej oraz kształtuje wzorce życia osobistego. W „totalnej instytucji” bywa podobnie. Ale choć całe życie ich mieszkańców toczy się w jednym i tym samym miejscu i podlega tej samej władzy…; choć we wszystkich fazach codziennej działalności ich członkowie pozostają w bezpośrednim towarzystwie dużej liczby innych członków…; choć cały ich dzień jest ściśle zaplanowany…; choć plan ten narzucony jest z góry przez system formalnych rozporządzeń, a jego przestrzegania pilnuje zespół nadzorców…; choć poszczególne czynności są przymusowe i stanowią część jednego planu ogólnego, którego celem jest realizacja oficjalnych zadań danej instytucji… – jednak istnieją poza nią spore enklawy wolności. Z instytucji totalnej można się po pewnym czasie wydostać. Ale warto obserwować reguły w niej działające.
***
Nowicjusz przychodzi do instytucji totalnej z ukształtowaną już osobowością i powiązaniami ze środowiskiem, które pozwalały mu istnieć. Więzi te zostają przecięte już w początkowych fazach pobytu w instytucji, kiedy to jego osobowość zostaje poddana systematycznemu, choć często niezamierzonemu procesowi degradacji. Procesy deprywacji osobowości, w których jest ona systematycznie znieważana, są w naszych instytucjach totalnych powszechne. … Następuje dzięki nim usunięcie elementów warunkujących identyczność podwładnego, pozbawia się go bowiem przedmiotów, z którymi mógłby się utożsamić. Typowym przykładem jest tu przechowywanie jego rzeczy osobistych w magazynie, do którego nie ma dostępu. … Namiastką tego, co zostało mu odebrane są przedmioty, które otrzymuje od instytucji. … Efektem tego jest standaryzacja i depersonalizacja. Ograniczona zostaje również niezbędna dla osobowości jednostki separacja od współtowarzyszy. … Zbiorowa realizacja codziennych zajęć według narzuconego z góry planu pozbawia ich możliwości swobodnej decyzji.
Ja, mniej więcej równocześnie z założeniem szlafroka, przydzieleniem mi osobistego termometru i podaniem pierwszej kroplówki, przestałam być panią Anną Mieszczanek, panią Anną, panią Anią czy nawet zwykłą Anną. Zostałam nazwiskiem, przekręcanym kreatywnie na najdziwniejsze sposoby, co w sumie rozumiem, bo nazwisko mam takie, że żaden Amerykanin go nie wymówi. Choć mogło być gorzej. Mogłam jeszcze zostać numerem pesel, który i tak podawałam przy kolejnych badaniach, za co byłam chwalona jako dobry pacjent – że pamiętam.
Ludzie są tu materiałem, z którego coś się wytwarza, a więc nabierają poniekąd charakteru przedmiotów nieożywionych. Podobnie jak wyprodukowanie w fabryce jakiegoś artykułu musi pozostawić ślad na papierze, wskazujący kto i co z nim zrobił, co jeszcze należy zrobić i kto ponosił za niego ostatnio odpowiedzialność, tak i przedmiotom-ludziom, przechodzącym przez poszczególne ogniwa w systemie szpitala … musi towarzyszyć łańcuch dokumentów informacyjno-diagnostycznych, w których szczegółowo opisuje się co pacjentowi już zaaplikowano i kto był za niego ostatnio odpowiedzialny.
Sześcioosobowa sala. Najpierw pięcioosobowa. Ale któregoś dnia wparowały – z hukiem jak to zwykle, bez „dzień dobry” i bez chwili choćby spojrzenia na nas – dwie salowe z łóżkiem. Bez słowa ścieśniły nasze łóżka, przesuwając dziarsko co tam trzeba razem z lokatorkami i dostawiły szóste. Szafki szóstej nie było, więc nasza nowa towarzyszka dostała dla siebie tylko krzesełko, na którym miała zmieścić swoje osobiste zasoby.
Salowe to dobre kobiety. Poproszone – zwykle pomagały. Kubek pożyczyły. Wodę dały zagotować. Zawartość popielniczki z nielegalnej, choć koedukacyjnej palarni w męskiej toalecie wyrzuciły, a i papierosa potrafiły pożyczyć, jak się komuś skończyły i nie mógł kupić, bo przecież w szpitalnym kiosku nie ma. Tak samo jak siostry w białych fartuchach. Jak już się wkłuwały, to z determinacją. Jak leciały wieszać kroplówki, to nieważne – śniadanie czy obiad. – „Siostra poczeka?” – popiskiwał pacjent niesubordynowany. – „No, jeśli dla pani ważniejszy od leczenia w szpitalu jest obiad, to poczekam” – wygłaszała zwłaszcza jedna z nich i zamierała w niemym oczekiwaniu na reakcję.
Jedną z najważniejszych cech instytucji totalnych jest podział na personel i podwładnych. … Każda z tych grup ocenia członków drugiej grupy na podstawie ciasnych i wrogich stereotypów. Personel uważa, że podwładni są zatwardziali, zdradzieccy i spiskują, ci natomiast przypisują personelowi pogardliwość, wywyższanie się, despotyzm i nikczemność. … Personel czuje się wyższy i prawy, natomiast podwładni, przynajmniej w niektórych przypadkach, uważają się za niższych, nędznych i winnych. … Dystans społeczny jest tu szczególnie duży, a często wręcz oficjalnie nakazany. Nawet rozmowy między przedstawicielami jednej i drugiej grupy prowadzone są z określoną intonacją głosu.
Święte słowa. Gdyby siostra poszarpująca nas co czas jakiś i pokrzykująca szczególnie donośnie (to co, że ze szczególnym talentem do wyłapywania schowanych żył) wiedziała, że mówimy o niej Siostra-Kapo – lepiej nie wyobrażać sobie, co by mówiła na nasz temat w lokalu z dumną wywieszką „Pokój socjalny pielęgniarek”.
***
Święta były. Siostra gospodarcza zamknęła na kluczyk oddziałowy magazyn, poszła świętować i cały oddział nie miał w toaletach papieru. Ech, te nieustające reminiscencje peerelowskie…
Drugiego dnia Świąt o czwartej po południu podano kolację, bo dziewczynka, która ją rozwoziła, miała dwie godziny drogi do domu, a przecież też chce poświętować, chyba rozumiemy… Po kolacji szybki obchód lekarza dyżurnego. Zamykając drzwi, mówi miło: „Dobranoc paniom”. Krzyczę za nim: „Panie doktorze, proszę się nie wygłupiać, jeszcze nie ma piątej po południu”. – „ Ano tak” – mówi zafrasowany – „ano tak”. I zamyka za sobą drzwi.
Do procesu degradacji … nowicjusz musi się w pewien sposób przystosować. … Może przyjąć taktykę „wycofania się z sytuacji”. Przestaje się wówczas interesować czymkolwiek poza tym, co go bezpośrednio otacza i nie zwraca uwagi na obecność innych. … Można przyjąć taktykę „buntu”. Podwładni świadomie prowokują wówczas władze instytucji i odmawiają wszelkiej współpracy z personelem. … Jednym z typowych sposobów przystosowania jest „zadomowienie”. Wycinek świata, jaki stwarza instytucja, zostaje wówczas utożsamiony przez podwładnego z całością. Stara się on zbudować sobie – w ramach możliwości stwarzanych przez instytucję – stabilną, dającą względne zadowolenie egzystencję. … Kolejnym sposobem adaptacji do warunków życia w instytucji totalnej jest „konwersja”. Podwładny-konwertyta stara się grać rolę podwładnego doskonałego, … przyjmuje postawę zdyscyplinowaną i moralistyczną. … Większość podwładnych w większości instytucji totalnych stosuje „taktykę zimnej kalkulacji”. Polega ona na oportunistycznej kombinacji różnych elementów adaptacji wtórnej: konwersji, zadomowienia, i lojalności wobec współtowarzyszy, zależnie od okoliczności. Daje ona najwięcej szans na ewentualne wyjście z instytucji bez szkód fizycznych i psychicznych.
A jednak trafił mi się lekarz prowadzący, który przyniósł mi książeczkę z obrazkami i pokazywał cierpliwie te tajemnicze przewody w środku człowieka, które u mnie się pochorowały. Jak nie do końca rozumiałam, brał kartkę i rysował jeszcze jedną wersję.
Na własne uszy słyszałam też, jak lekarz z sąsiedniej sali mówi do swoich pacjentek: „Chodźcie dziewczyny, zaprowadzę was na to USG, żebyście się nie pogubiły”.
Jedna Siostra kończąca dyżur zajrzała do naszej sali któregoś wieczoru i powiedziała: – „Dobranoc, do jutra!”. Jak człowiek.
No i zrobili mi mnóstwo poważnych badań na super sprzęcie, postawili diagnozę, choć było naprawdę trudno, zaordynowali leczenie.
A także – co ważne – już po dziesięciu dniach moje nazwisko było wykrzykiwane w poprawnej formie, co mogło tylko dobrze rokować na przyszłość. Choć do końca nie sprawdziłam. Po 14 dniach znalazłam się w domu. Opuściłam moją Najlepszą w Rankingach Instytucję Totalną.
***
Może zaplanuję warsztat komunikowania się z pacjentami i zaproponuję dyrektorowi, żeby przeszkolił personel? Gdyby zechciał, uczylibyśmy się tam mówić pacjentom „dzień dobry”, budzić po ludzku o siódmej rano i zapamiętywać imiona.
Póki nie zrobię tego warsztatu, nie będę mogła pójść solidaryzować się z Siostrami do najbliższego Białego Miasteczka.
To lepiej zrobię, bo zawsze mnie ciągnie.