O zaległe pensje

O zaległe pensje

O zaległe płace walczą pracownicy dużej firmy.

Jak informuje portal Tysol.pl, pracownicy firmy Aquinos Bedding Poland w Łodzi protestowali przed siedzibą firmy. Domagali się zaległych wynagrodzeń za kwiecień. Nie zostali wpuszczeni na teren zakładu.

Ponad 300 pracowników nie otrzymało dotychczas pensji za kwiecień. W dodatku od stycznia są na tzw. postojowym, co oznacza, że ich zarobki wynoszą 80% pensji. Zakładowa „Solidarność” interweniowała w tej sprawie w Państwowej Inspekcji Pracy oraz złożyła wniosek do Funduszu Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych o wypłatę zaległych wynagrodzeń.

Protest pracowników wsparły struktury Ziemi Łódzkiej „Solidarności”. Szefostwo zakładu twierdzi, że wypłaci zaległe pensje do 10 czerwca po sprzedaży aktywów firmy. Aquinos Group to jeden z największych europejskich producentów mebli tapicerowanych i materaców.

Będzie strajk?

Będzie strajk?

Sukcesem zakończyło się referendum strajkowe.

Jak informuje związek zawodowy Inicjatywa Pracownicza sukcesem zakończyło się prowadzone przez ten podmiot referendum strajkowe w zakładzie firmy Jeremias w Gnieźnie. Wzięła w nim udział odpowiednia liczba osób, aby było ważne – frekwencja wyniosła 67%. Z tego aż 72,3% pracowników zagłosowało za strajkiem, a przeciw było 24,6%.

Oznacza to poparcie dla ewentualnej akcji strajkowej w zakładzie. Spór związkowców z zarządem dotyczy podwyżek pensji (o 800 zł), dłuższej przerwy w pracy (30 minut), krótszego okresu rozliczenia nadgodzin oraz sprawiedliwych norm i premii.

Jeremias jest producentem kominów i systemów kominowych, europejskim potentatem w tej branży. Należy do kapitału niemieckiego, posiada w Polsce siedem zakładów produkcyjnych. W trakcie sporu zbiorowego związkowców z zarządem firmy ten ostatni zwolnił z pracy z zakładu w Gnieźnie po 16 latach zatrudnienia Mariusza Piotrowskiego – przewodniczącego komisji zakładowej związku a jednocześnie społecznego inspektora pracy, a wcześniej pracę stracił Dariusz Modrzejewski, pracownik lakierni, który zgłaszał naruszenia zasad BHP.

O pracę trudniej

O pracę trudniej

Coraz trudniej o pracę, szczególnie dla osób młodych oraz 50+.

Jak informuje Portal Samorządowy, nowy raport przygotowany dla Polskiej Agencji Rozwoju i Przedsiębiorczości wskazuje na negatywne tendencje na rynku pracy. Coraz większa konkurencja o miejsca pracy panuje wśród młodych pracowników oraz osób w wieku 50+, a czas szukania nowej pracy wydłużył się dla wszystkich.

Raport wskazuje, że w marcu 2025 roku do urzędów pracy zgłoszono 84,5 tys. nowych ofert zatrudnienia. To spadek rok do roku o niemal 13 procent. W tym czasie o 7,7 tys. wzrosła natomiast liczba zarejestrowanych bezrobotnych. W województwie podkarpackim na jedną ofertę zatrudnienia przypada aż 34 bezrobotnych.

Szczególnie trudna jest sytuacja młodych i starszych pracowników. Stopa bezrobocia rejestrowanego wśród osób poniżej 25 lat sięga 10,9%. Oznacza to, że jest ponad dwukrotnie wyższa niż średni krajowy poziom bezrobocia. Z kolei badania przeprowadzone wśród starszych pracowników pokazują, że 63% bezrobotnych w wieku powyżej 50 lat uważa na podstawie swoich doświadczeń, że taki wiek jest główną przeszkodą w znalezieniu zatrudnienia.

Ogólnie najtrudniejsza sytuacja jest w województwach warmińsko-mazurskim i podkarpackim, gdzie stopa bezrobocia wynosi ponad 8%.

Wydłuża się także czas poszukiwania pracy. Najgorzej jest w produkcji przemysłowej, gdzie poszukiwanie pracy zajmuje średnio 6,3 tygodnia, podczas gdy w roku 2022 było to 5,6 tygodnia. Średni czas rekrutacji na stanowiska specjalistyczne i menedżerskie wynosi obecnie 5,4 tygodnia, a w 2022 r. było to 4,5 tygodnia. W handlu detalicznym obecny wskaźnik to 6 tygodni wobec 4,6 tygodnia przed trzema laty.

(Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Tomasz Chmielewski)

Polska po I turze

Polska po I turze

Komentarz powyborczy na szybko. Najpierw sprawy natury systemowej, później opinia o wynikach poszczególnych kandydatów.

Pierwsza tendencja, jaką widać wyraźnie, to blamaż obecnego rządu. Po zaledwie półtora roku istnienia ma on większość społeczeństwa przeciwko sobie i jest to wyraźny szybki zjazd sympatii i poparcia. A był to rząd ze sporym kredytem zaufania, nadziejami i oczekiwaniami zmian na lepsze. Właściwie nie posiada on już mandatu do rządzenia i należy dążyć do przyspieszonych wyborów, szczególnie gdyby kandydat neoliberalnego rządu na prezydenta przegrał w II turze.

Druga tendencja jest taka, że w Polsce narasta fala sprzeciwu wobec elitarnego liberalizmu. Nie jest on tożsamy z liberalizmem gospodarczym. Stanowi raczej syntezę poczynań liberalnej oligarchii politycznej, kręgów wielkobiznesowych oraz liberalnej agendy kulturowej. Opcja krytyczna wobec niego otrzymała ponad 50% poparcia, gdy agenda przeciwna jakieś 40%, nie licząc Zandberga, który się temu podziałowi nieco wymyka. To spór trudniejszy do opisania niż dotychczasowe podziały i standardowe etykietki, a zarazem jest to spór zarysowujący się coraz bardziej w skali świata.

Określiłbym go jako wojnę silniejszych i słabszych – silniejszych i słabszych wieloaspektowo. Ten konflikt nie przebiega po liniach lewicy i prawicy, socjalności i liberalizmu itp. Przebiega raczej po liniach bogatsi i biedniejsi, „rozwinięci” i „zacofani”, wielkomiejscy i prowincjonalni, modni i niemodni, globalni i lokalni, decyzyjni i pozbawieni sprawczości, więksi i mniejsi itp., itd. Łatwo ten podział przeoczyć, a przede wszystkim wyszydzać wywodami typu „nie powiesz chyba że Janusz Biznesu z firmą na prowincji jest słabszy niż doktorantka ze stolicy czy przeciętny korpoludek z Krakowa czy Wrocławia”. Otóż rzecz w tym, że rozmaite kapitały, szanse, możliwości i atuty działają razem i jest to działanie inne niż gdyby tylko postawić przeciwko sobie kapitały finansowe przykładowych ludzi w danym momencie ich życia. Po stronie umownej prawicy są dzisiaj nie tylko wprost biedni/biedniejsi, choć już wcześniej dokonał się właśnie taki klasowy transfer z lewa na prawo, sprzeczny z tym, co było dawniej. Po jej stronie są także ci, którzy mają mniej/gorzej na innych płaszczyznach: symbolicznej, kulturowej, terytorialnej, lajfstajlowej, pod względem szans na rozwój itp., itd.

„Lud” nie ma dzisiaj wiele wspólnego z kanonicznymi lewicowymi czytankami, ale ma wspólny mianownik w postaci obiektywnego bycia słabszymi czy przynajmniej subiektywnego czucia się takimi – a polityka i nastroje społeczne to nie tylko fakty i dane, ale także emocje. A emocje są takie, że jeśli masz 50 lat i nawet jako taki biznesik na prowincji, to w sensie wymiernych aktywów masz w tej chwili więcej niż 30-letni wielkomiejski „aktywista” czy „nowoczesny” korpoludek niewysokiego szczebla, ale pod wszelkimi innymi względami możesz mieć gorzej lub czuć się gorzej oraz być bombardowany pouczeniami ze strony takiej hiperelity, z którą „aktywista” i „nowocześniacy” mają więcej wspólnego niż ty z tą samą hiperlitą. A gdy ten prowincjonalny biznesik to podupadający sklepik czy jednoosobowa naprawa laptopów, to ich właściciele są kilka pięter niżej niż ciut starszy naukowiec, bardziej doświadczony pracownik korpo czy zawodowy działacz z dużego NGO. Czytanie dzisiejszego podziału społecznego po liniach wyłącznie dochodów w danym momencie czy teoretycznego stanu posiadania (środki produkcji) nie mówi nam o świecie wszystkiego. I nie tylko w Polsce, także w USA czy we Francji, gdzie te linie podziałów na lud i elitę z jej otoczeniem nie są lewicowo-prawicowe czy praca najemna kontra własny biznes, lecz przemieszane z innymi atutami i formami wykluczenia. Kto tego nie widzi, będzie ślepy i będzie przegrywał.

To bardzo ładnie widać zresztą w polskich wynikach wyborów wśród robotników. Nawrocki dostał poparcie ponad 35% z nich, Mentzen 23%, Trzaskowski już tylko 17%, za to Braun niemal 11%, a Zandberg niespełna 3%. I mniej więcej tak samo jest wtedy, gdy zastosujemy inne klucze tematyczne z podobnej działki: wykształcenie, prowincję/wielkomiejskość itp.

Liberalna hiperelita jest odrzucana przez szeroki front słabszych. Nie pomogą tu zaklęcia mówiące, że robotnicy mają „fałszywą świadomość”, skoro głosują na libertariańskiego Mentzena, że „brunatna fala” coś tam coś tam, że spora część kobiet „zbłądziła na manowce”, bo głosuje na Nawrockiego, Mentzena czy Brauna. To jest jedynie wyraz politycznej i poznawczej bezradności podlanej paternalistycznym mędrkowaniem i niezrozumieniem tego, co się dzieje i dlaczego. Nawiasem mówiąc, skoro już jesteśmy przy „brunatnej fali”, to warto pogratulować tzw. antyfaszystom. To jedyny w świecie zawód, w którym możesz świetnie zarabiać, efekty twojej roboty są coraz gorsze, ale i tak, zamiast z niej wylecieć za marne wyniki – dostajesz kolejne zlecenia. Antyfaszyzm, czyli oficjalna ideologia współczesnej neoliberalnej oligarchii, to swoiste perpetuum mobile.

To wszystko nie oznacza, że Trzaskowski na pewno nie wygra w II turze. Liberalna hiperelita rzuci ogromne środki wszelakie, aby wygrał, nie cofnie się przed żadną prowokacją, kłamstwem itp. Po drugie, front „prawicowego” (piszę w cudzysłowie, bo w Polsce jest on obecnie faktycznie prawicowy, ale choćby sąsiednie Słowacja i Czechy przypominają, że to nie takie etykietki są kluczowe dla obecnego podziału społecznego) wkurzenia nie jest jednolity i wyniki jego kandydatów nie sumują się w prosty sposób. Ale mówię o tendencji i to o tendencji globalnej czy w „świecie zachodnim”. W nim hiperlita jest coraz bardziej odrzucana i coraz mocniej kontestowana przez szeroki front ludzi wykluczanych wieloaspektowo: nie tylko wprost finansowo czy zawodowo, ale także symbolicznie, kulturowo, terytorialnie itp. I to jest kluczowy trend polityczny nadchodzących czasów, zasadnicza linia podziałów. Nie lewice i prawice, nie socjal i wolnorynkizm itp., raczej obiektywne i nie mniej tym razem ważne subiektywne poczucie bycia słabszym, przegrywającym, marginalizowanym na różnych frontach lub którymś z nich.

No a teraz pora na personalia.

Trzaskowski – dostał fangę prosto w paniczowatą buźkę. Nie pomogła mu partia władzy, nie pomogła wieloletnia rozpoznawalność, nie pomogła wielka forsa, nie pomogło wsparcie 90% mediów publicznych i tych zwanych „wolnymi” (ich „wolność” świetnie widać właśnie w takich momentach, gdy jawnie i nachalnie stają po stronie neoliberalnej oligarchii), nie pomogło ujawnione kilka dni przed wyborami bezprawne skręcanie wyborów nielegalnym wspieraniem kampanii tego kandydata wielką forsą wydawaną na promocję internetową i na ataki na kontrkandydatów. Facet zrobił wynik mizerny jak na tyle aktywów, a tym bardziej gdy wiemy, że inni kandydaci neoliberalnej koalicji wypadli marnie i to nie oni odebrali mu głosy, jak było choćby w poprzednich wyborach z niezłym wynikiem Hołowni.

Nawrocki – niby to wynik tylko taki, jakie mniej więcej poparcie ma PiS. Ale dla faceta po pierwsze do niedawna szerzej nieznanego, po drugie mającego ostrą prawicową konkurencję, a po trzecie i najważniejsze zaatakowanego tak, jak potrafi tylko liberalna oligarchia. Przetrwał, wytrwał, prawie dogonił mydłka ze stołecznego ratusza, a przed II turą jest w ofensywie. W dodatku Nawrocki grał na swoich zasadach – on nie głosił niczego, w co by nie wierzył, nie lawirował. Tymczasem Trzaskowski, podobnie jak PO wcześniej, zrobili szmatę z własnych poglądów i wieloletniej narracji, idąc w antyimigranckość, antyukraińskość, obronę granicy, udawany twardy kurs wobec Niemiec, schowanie elitarnej „ekologii” i liberalnej obyczajówki itp. Co zresztą też znamionuje szerszą zmianę nastrojów społecznych.

Mentzen – nie zrobił wyniku, o jakim marzył, nie było mijanki z Nawrockim, na którą grała hiperelita liberalna i którą wieściło wielu analitycznych mózgowców o zawsze nietrafionych prognozach i zawsze dobrze za nie opłacanych. Ale zrobił wynik naprawdę konkretny, najwyższy w dziejach swojej formacji w jakichkolwiek wyborach, a w dodatku to jego narracja jest na topie i to właśnie on zrobił to, co od wielu lat zapowiadała lewica: zmienił dyskurs. Ja się z tym dyskursem nie zgadzam, ale obiektywnie to oni mają sukces.

Braun – papierek lakmusowy tego, jakie są nastroje, jak bardzo ludzie są wkurzeni na kształt świata. Może i wkurzeni ślepo i głupio, ale także na tym polega demokracja, a jeśli taka postać robi ponad 6% de facto z niczego, a przegania dwójkę kandydatów lewicy, w tym kandydatkę lewicy rządzącej, oraz marszałka sejmu i czarnego konia poprzednich wyborów, to mówi to samo za siebie, a załamywanie rąk i zaklęcia o brunatności są jedynie wyrazem bezradności w ogóle, a tym bardziej na tle tego, że Braun z takim wynikiem to dopiero trzeci pod względem poparcia kandydat mocno prawicowy.

Hołownia – totalna porażka, blamaż. Od popularności, niemal wizji bycia rozgrywającym i zdetronizowania Tuska/PO na liberalnej flance, po wynik poniżej progu wyborczego dla partii, a i to w momencie, gdy oprócz Polski 2050 był kandydatem PSL. To cena zapłacona za kunktatorstwo, bycie nieodróżnialnym od Trzaskowskiego, układ z PO, udział w marnych rządach, utratę efektu nowości i dołączenie do neoliberalnej oligarchii. W pełni zasłużona klęska, przypieczętowana w dodatku „przekazaniem” od razu głosów Trzaskowskiemu, czyli pełną wasalizacją. Cry, Szymon, cry.

Zandberg – i dobrze, i źle. Jak na kandydata partii z sondażowym poparciem 1-2%, partii obiektywnie słabej i ubogiej, jest to wynik niewątpliwie dobry. Tym lepszy, że uzyskał poparcie wyższe niż konkurentka z lewicy, która miała o wiele więcej aktywów od niego. To dobry punkt wyjścia do ofensywy i ugruntowania zauważalnego poparcia dla samodzielnej partii Razem. Z drugiej strony oczywiście jak na dekadę istnienia partii te niespełna 5% poparcia to wynik dość mizerny. Wystarczy porównać go z tym, co w podobnym czasie zrobiła Konfederacja, a tym bardziej gdy Zandberg nie miał bardzo silnej konkurencji z lewej. W dodatku kandydat największe poparcie zyskał w kręgach silnych i sytych, co stawia na głowie sens takiej lewicowości, a do tego część owego poparcia to chwilowy owczy pęd niestabilnych ludzi młodych i powtórzenie „efektu Zandberga” z roku 2015, później roztrwonionego, co jest dość słabym fundamentem pod budowę czegoś większego. Ale obiektywnie niezła robota na tle dotychczasowej mizerii tej partii. Oczywiście ten sukces został osiągnięty narracją i priorytetami, które tej partii tacy jak ja doradzali już dawno temu: dużo o socjalu, gospodarce i realnych problemach, a mało o obyczajówce i niszowych dziwactwach – no ale wtedy przez ludzi tej samej partii, która teraz to zrobiła, byliśmy masowo obrzucani błotem, a dzisiaj nas za to oczywiście nikt nie przeprosi i nie przyzna racji.

Biejat – wynik mizerny w ogóle, nawet poniżej sondażowych notowań Nowej Lewicy, a na tle wyniku Zandberga jest to wręcz blamaż. I trudno się dziwić, bo przestrzeń dla takich poglądów jest znikoma, gdy z jednej strony jest Trzaskowski, w którym nadzieje mogą lokować zarówno mniej bystrzy progresywiści obyczajowi, jak i skręcające w prawo, ale wciąż „nowoczesne” nieco progresywne mieszczaństwo (które już tak bardzo nie chce otwierania granic, Ukraińców, woke, ekologii i czego tam jeszcze, a Biejat wciąż chce), a z drugiej jest Zandberg, czyli opcja jako tako socjalna + wciąż nieprawicowa kulturowo. W dodatku to nie jest problem samej Biejat, bo ta partia przecież nie ma nikogo znacznie lepszego do wystawienia, lecz samej oferty partyjnej – dla kogo to w ogóle jest w tych czasach i dla kogo będzie, gdyby Razem jednak zaczęło orbitować w sondażach wokół progu wyborczego zamiast kręcić się w okolicach 1-2%.

Wyniki Hołowni i Biejat to zresztą prawdopodobnie wstęp do całkowitego zmarginalizowania ich formacji w koalicji rządowej. Tusk z jednej strony potrzebuje ich do większości, ale wie, że niemal nic nie znaczą, a oni jeszcze bardziej potrzebują Tuska, aby nie być zupełnym marginesem, a on to wykorzysta. Czyli będzie to rząd już zupełnie neoliberalno-hegemoniczny.

Remigiusz Okraska

Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Tomasz Chmielewski

Zmiany przeciw pracownikom

Zmiany przeciw pracownikom

Biedronka zmieniła zasady premiowania pracowników na niekorzystne dla nich.

Jak informuje portal Wiadomości Handlowe, sieć handlowa Biedronka zmieniła zasady premiowania swoich pracowników. Zdaniem związkowców z „Solidarności” działającej w Biedronce, nowy system premiowania jest niekorzystny dla pracowników. Związek zawodowy zbiera do 16 czerwca podpisy pracowników pod petycją o przywrócenie poprzedniego systemu premiowania.

Nowy system działa od początku roku. Zdaniem związkowców poprzedni był „bardziej zrozumiały i dawał realne, odczuwalne wsparcie finansowe”, a jego zasady były sprawiedliwe i motywujące do pracy. Związkowcy twierdzą, że „Z naszej codziennej pracy, rozmów ze współpracownikami oraz własnych doświadczeń wynika, że obecny system premiowania nie spełnia swojej roli. Premie są niskie, często nieprzekraczające 250 zł brutto miesięcznie, a osiągnięcie wyższej kwoty jest bardzo trudne lub wręcz niemożliwe. Wielu z nas nie rozumie, od czego dokładnie zależy wysokość premii, co powoduje poczucie niesprawiedliwości i braku wpływu na wynagrodzenie”.

Związkowcy domagają się przywrócenia starego systemu premiowania pracowników oraz rozmów z przedstawicielami zatrudnionych na temat ewentualnych zmian w zasadach przyznawania premii tak, aby odzwierciedlały one oczekiwania pracowników.

Zapracowany jak Polak

Zapracowany jak Polak

Polacy znajdują się w czołówce UE pod względem najdłuższego czasu pracy.

Jak informuje portal Money.pl na podstawie nowych danych Eurostatu, Polska należy do tych unijnych państw, w których średni tygodniowy czas pracy jest najdłuższy.

Średni tygodniowy czas pracy wynosi obecnie w Polsce 38,9 godzin. Tymczasem średnia unijna to 36 godzin. Polska jest trzecia na tym mało chwalebnym podium. Wyprzedają nas Grecy z 39,8 godzinami oraz Bułgarzy z 39.

Najkrótszy średni tygodniowy czas pracy jest w Holandii, gdzie wynosi 32,1 godzin. Drudzy są ex aequo Duńczycy, Niemcy i Austriacy, gdzie wynik wynosi 33,6 godzin.

Najdłużej pracuje się w UE w rolnictwie, leśnictwie i rybołówstwie – 41,5 godz. tygodniowo. Drugie jest górnictwo i przemysł wydobywczy – 39,1 godz., a trzecie budownictwo z wynikiem 38,9 godz. Najkrócej pracują osoby zajmujące się najemnie gospodarstwem domowym – 26,7 godzin tygodniowo, oświatą – 31,9 godz., a także sztuką, rozrywką i rekreacją – 33 godz.

W analizach Eurostatu uwzględniani są pracownicy pełnoetatowi oraz osoby pracujące na niepełny etat.

Kraków bezrobocia

Kraków bezrobocia

Szybko rośnie skala zwolnień grupowych w Krakowie.

Jak informuje Dziennik Polski, krakowskie firmy w ciągu zaledwie miesiąca – od 1 kwietnia do 5 maja – zgłosiły zamiar przeprowadzenia zwolnień grupowych dotyczących ponad 1000 pracowników. Wraz z wcześniejszymi tego rodzaju zamiarami od 1 stycznia do początku maja zwolnienia grupowe mają w tym mieście objąć 2900 osób. To więcej niż w Krakowie zwolniono z pracy w całym roku 2024.

Wśród zwolnień ogłoszonych niedawno aż 725 osób straci pracę w dwóch korporacjach, które zajmują się rachunkowością, usługami księgowymi i doradztwem podatkowym. Duże zwolnienia, 139 osób, planuje firma zajmująca się remontami samochodów. Firma z branży IT planuje zwolnić 74 osoby.

Choć bezrobocie w Krakowie jest niskie i wynosiło na koniec marca 2,2%, to w ciągu roku wzrosło z poziomu 2%. O tyle samo wzrosło ono przez rok w województwie małopolskim i wynosi tam obecnie 4,4%.

Walka o bezpieczeństwo

Walka o bezpieczeństwo

13 maja 2025 roku pod Ministerstwem Infrastruktury odbył się protest dyżurnych ruchu. Uczestniczyli w niej przedstawiciele Związku Zawodowego Dyżurnych Ruchu (prowadził pikietę i przemawiał przewodniczący Aleksander Motyka), Ogólnopolskiego Porozumienia Związków Zawodowych, Federacji Związków Zawodowych Maszynistów Kolejowych, a także innych grup zawodowych (np. rewidenci taboru).

O co walczą dyżurni ruchu? Zależy im na zwiększaniu bezpieczeństwa ruchu kolejowego i eliminowaniu wszelkiego rodzaju zagrożeń. Sprzeciwiają się wprowadzaniu zmian w przepisach prawnych, które dokładają kolejnych obowiązków, przy jednoczesnym ograniczaniu zasobów ludzkich. Związkowcy wprost piszą: „niedopuszczalnym jest, aby czynności, które dotychczas wykonywało kilku a nawet kilkunastu pracowników przypisywać do wykonania jednej osobie, ponieważ prowadzi to wprost do sytuacji, w której dany pracownik jednej z tych czynności nie wykona, lub popełni tragiczny w skutkach błąd”.

Czego dyżurni ruchu domagają się od ministra?

1. powołania i wznowienia prac Zespołu do spraw Bezpieczeństwa w Transporcie Kolejowym (z udziałem przedstawicieli Departamentu Kolejnictwa Ministerstwa Infrastruktury, Zarządcy Infrastruktury, Przewoźników, Urzędu Transportu Kolejowego, Państwowej Komisji Badania Wypadków Kolejowych oraz zainteresowanych związków zawodowych)

2. wypracowania zasad i zawarcia porozumienia trójstronnego (strony: Ministerstwo Infrastruktury, PKP Polskie Linie Kolejowe S.A. i związki zawodowe), regulującego zasady konsultacji i uzgadniania wszelkich zmian wpływających na warunki pracy oraz powodujących zwiększanie zakresu obowiązków dyżurnych ruchu i innych pracowników związanych z bezpieczeństwem i prowadzeniem ruchu kolejowego, w tym zespołów utrzymaniowych, z co najmniej trzymiesięcznym wyprzedzeniem.

3. wprowadzenia rozwiązań prawnych bezwzględnie zakazujących dopuszczania do ruchu na terenie polskiej sieci kolejowej lokomotyw i innych pojazdów trakcyjnych , nie posiadających urządzeń rejestrujących obraz przedpola jazdy, lub posiadających takie urządzenia, ale niesprawne.

4. podjęcia działań (we współpracy z Ministerstwem Pracy, Centralnym Instytutem Ochrony Pracy i stroną społeczną) dotyczących wprowadzenia zmian w przepisach określających maksymalną liczbę monitorów ekranowych, przewidzianych do obsługi i nadzoru na danym stanowisku pracy, a także zobowiązania pracodawców do przeprowadzenia audytu dotyczącego obciążenia pracą na stanowiskach dyżurnych ruchu LCS (lokalne centra sterowania) i dużych stacji.

5. wznowienia w trybie pilnym prac nad rozwiązaniami prawnymi regulującymi czas pracy personelu kolejowego, ze szczególnym uwzględnieniem stanowisk pracy związanych bezpośrednio z prowadzeniem i bezpieczeństwem ruchu pociągów.

6. przeprowadzenia rewizji procedur awaryjnego prowadzenia ruchu pociągów nakładającego na pracowników zespołów utrzymaniowych, obowiązki układania i zabezpieczania drogi przejazdu.

7. wprowadzenia bezwzględnego zakazu obarczania pracowników posterunków ruchu czynnościami innymi niż tymi związanymi bezpośrednio z bezpieczeństwem i prowadzeniem ruchu kolejowego.

8. zobowiązania pracodawców, by przy wdrażaniu czy tworzeniu nowych wewnętrznych regulacji poprzedzali je wykonaniem rzetelnych chronometraży, mających na celu określenie realnego czasu i możliwości wykonywania przez pracownika czynności służbowych z uwzględnieniem czasu przemieszczania się, pory roku, warunków pracy w porze jasnej i ciemnej, w zgodzie z przepisami BHP, orzecznictwem sądowym i zasadami określonymi w materii układowej. Wprowadzenia bezwzględnego zakazu wykonywania prac w czynnych torach w pojedynkę, bez asekuracji w czasie i miejscu ich wykonywania.

9. publicznego raportu Ministra Infrastruktury w temat stanu bezpieczeństwa polskich kolei i obciążenia pracowników, zwłaszcza bezpośrednio związanych z prowadzeniem ruchu kolejowego.

Powyższe postulaty protestujących zostały przedstawione w petycji Związku Zawodowego Dyżurnych Ruchu PKP, skierowanej do Dariusza Klimczaka, ministra infrastruktury. Petycję poparły związki zawodowe: NSZZ Solidarność 80, Federacja Związków Zawodowych Pracowników Automatyki i Telekomunikacji PKP, Federacja Związków Zawodowych Maszynistów Kolejowych.

 

Pięć minut kosztem pięciu miast

Pięć minut kosztem pięciu miast

Od połowy czerwca 2025 r. pociąg InterCity „Brda” łączący Warszawę z Toruniem i Bydgoszczą przestanie jeździć przez Nowy Dwór Mazowiecki, Ciechanów, Mławę, Działdowo, Iławę, Jabłonowo Pomorskie, Wąbrzeźno i Kowalewo Pomorskie. Tą nietypową trasą podróż z Warszawy do Bydgoszczy zajmuje 3 godz. 58 min. To czas przejazdu o nieco ponad godzinę dłuższy niż osiągany na trasie przez Kutno i Włocławek, którą jeżdżą pozostałe pociągi łączące Warszawę z Toruniem i Bydgoszczą. Na tę trasę od czerwca 2025 r. zostanie skierowany również pociąg „Brda” – będzie miał jednak mniej postojów niż reszta kursujących nią pociągów.

Pociąg InterCity „Brda” bez zatrzymania pokona 178 km między Warszawą a Włocławkiem, przejeżdżając bez postojów przez Sochaczew, Łowicz i Kutno. Na dalszym odcinku pominie również Aleksandrów Kujawski i Solec Kujawski. Choć między Warszawą a Bydgoszczą pociąg zatrzyma się tylko dwa razy (we Włocławku i Toruniu), to w mieście docelowym obsłuży trzy stacje (Bydgoszcz Wschód, Bydgoszcz Leśna i Bydgoszcz Główna).

Z Warszawy do Bydgoszczy „Brda” będzie jechać 2 godz. 42 min., a więc tylko pięć minut krócej niż najszybszy pociąg ze wszystkimi postojami pośrednimi. Nieco większą różnicę uda się uzyskać przy jeździe z Bydgoszczy do Warszawy – w tym kierunku pociąg InterCity „Brda” będzie jechał 2 godz. 38 min., czyli 12 min. krócej od najszybszego pociągu ze wszystkimi postojami.

Pojawienie się pociągu relacji Bydgoszcz – Toruń – Włocławek – Warszawa bez postojów między tymi miastami to kolejny etap wprowadzania połączeń InterCity obsługujących tylko duże ośrodki. Od 2024 r. pociągi „Esperanto” i „Prząśniczka” obsługują relację Białystok – Warszawa – Łódź bez postojów między tymi miastami. Z Białegostoku do Warszawy pociągi te docierają w 1 godz. 30 min. – o 21 min. szybciej od składów zatrzymujących się po drodze w Łapach, Szepietowie, Czyżewie, Małkini, Łochowie, Tłuszczu i Wołominie.

Karol Trammer

Tekst pochodzi z dwumiesięcznika „Z Biegiem Szyn” (nr 3/136 maj-czerwiec 2025)
https://www.zbs.net.pl Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Tomasz Chmielewski

 

Pracy mniej

Pracy mniej

Sieć marketów remontowo-budowlanych zapowiedziała liczne zwolnienia z pracy.

Jak informuje Business Insider, znaczne zwolnienia zapowiedziała polska część sieci Castorama. Program restrukturyzacji ma objąć 2% polskiej załogi. Oznacza to zmiany zatrudnienia dla niemal 260 osób.

Na pewno pracę straci 80 z nich. Pozostałym mają zostać zaproponowane inne posady w tej samej sieci – ale niekoniecznie na tych samych warunkach płacy, godzin i miejsca pracy itp. Oznacza to prawdopodobnie większe zwolnienia niż zakładane.

Czas populizmu

Widmo krąży po świecie – widmo populizmu. Wszystkie potęgi ancien régime’u połączyły się dla świętej nagonki przeciw temu widmu. Przewodnicząca Komisji Europejskiej i „postępowi” miliarderzy, Macron i Tusk, amerykańscy demokraci i niemieccy policjanci. Gdzie jest taka partia opozycyjna wobec (neo)liberałów, która by nie była okrzyczana za populistyczną przez swych przeciwników będących u władzy, przy pieniądzach i wpływach, w „wolnych mediach”, „niezależnych instytucjach” oraz „organizacjach pozarządowych”?

Powyższa parafraza pierwszych zdań niemodnego dzisiaj Manifestu, autorstwa niemodnych brodaczy, to nie tylko prowokacyjna igraszka słowna. To także rozpoznanie faktu, że władcy obecnego porządku nienawidzą populistów tak, jak niegdyś nienawidzili socjalistycznego ruchu robotniczego. Że sztandar populizmu bywa dzisiaj dla poniewieranych i wykluczonych tak samo pełen nadziei, jak niegdyś był sztandar czerwony. Ten sam, który w starej pieśni „płynął ponad trony” dawnych panów i władców, niosąc „zemsty grom, ludu gniew”.

Te analogie nie są oczywiście doskonałe, stuprocentowe. Byłoby dziecinne zestawiać tak odległe realia jeden do jednego. Ani populiści nie są doskonali i pozbawieni wad, zresztą nie były ich pozbawione rozmaite odłamy czy postaci dawnych radykalizmów. Ani sytuacja nie jest identyczna jak wtedy. Ani dążenia czy sposoby artykulacji oczekiwań jednych i drugich nie są bliźniacze.

Kustosze lewicowej tradycji obraziliby się za porównanie jej do teraźniejszych „faszystów”. A niejeden z populistów gorliwie odżegnałby się od skojarzeń z dawnymi socjalistami. Ale już dzisiejszy liberalny głuptas lub cwany propagandysta związany z tym obozem wypowiedzieliby jednym tchem „zagrożenia dla liberalnej demokracji”: komunizm, socjalizm, faszyzm, populizm.

Pewne jest, że populizm jest znienawidzony przez elity. I że jest – lub bywa – próbą artykulacji głosu słabych, wkurzonych, wykluczonych, odartych z godności i nadziei. Ma on niejedno imię i niejeden postulat, a pojemny worek z napisem „Populiści” to często tyleż bezradność poznawcza liberałów, ile ich iście goebbelsowska zagrywka, aby wszystkich przeciwników opluć jednako, bez oglądania się na spore różnice między opluwanymi.

W tym numerze „Nowego Obywatela” przyglądamy się oplutym. Bez uprzedzeń. Bez idealizowania. Bez uproszczeń. W wielu krajach, piórem wielu autorów i rozmówców wywodzących się z różnych opcji i środowisk. Nie twierdzimy, że każdy populista jest aniołem i zbawcą i że wszyscy oni mają zawsze rację. Ale zarazem nie mamy nic wspólnego z bezmyślnością/jednomyślnością i zadowoleniem liberałów, gdy coraz większe rzesze społeczeństwa odrzucają ich narrację i gdy wciąż rośnie sumaryczna fala poparcia dla populistów.

Populizm wywołuje strach elit, a do jego zwalczania rzucono ogromne siły polityczne, medialne i finansowe. I pewne jest, znów parafrazując dawny Manifest, że klasy ludowe, współcześni ciemiężeni i wykluczeni, nie mają w dzisiejszym świecie nic do stracenia prócz swych kajdan. Do zdobycia mają cały świat. A przynajmniej chleb i godność w swoich krajach.

PS. Jeśli „Nowy Obywatel” ma się nadal ukazywać i poruszać tematy, jakich wcale lub prawie nie znajdziecie w innych mediach, potrzebne jest Wasze wsparcie – spójrzcie proszę tutaj: https://obywatel3.macmas.pl/pomoc/

80 lat Uniwersytetu Łódzkiego. Dziecko robotniczej Łodzi czy elitarna akademia?

80 lat Uniwersytetu Łódzkiego. Dziecko robotniczej Łodzi czy elitarna akademia?

Uniwersytet Łódzki wchodzi w jubileuszowy rok w cieniu starych sporów i nowych napięć. Historia uczelni robotniczej Łodzi spotyka się dziś z logiką rankingów, punktów i mierzalnej efektywności. W tle toczy się mniej widoczna, ale kluczowa rozmowa o tożsamości akademii: czy zdoła ona oprzeć się pokusie forsowanego przez Ministerstwo projektu „uczelni badawczej” i pozostać otwarta nie tylko dla elit?

24 maja 1945 r. Rada Ministrów uchwaliła dekret powołujący do życia Uniwersytet Łódzki. Rzecz jasna, jak to zwykle bywa z proklamacjami tego rodzaju, ówczesny rząd nie tyle stwarzał nową uczelnię, ile raczej potwierdzał pewien stan faktyczny – sankcjonował proces, który rozpoczął się wraz z początkiem marca, tj. dwa miesiące przed wejściem w życie aktu kapitulacji Niemiec.

Początków Uniwersytetu Łódzkiego upatrywać można zresztą jeszcze w czasach przedwojennych w powstałym w 1928 r. łódzkim oddziale Wolnej Wszechnicy Polskiej: warszawskiej uczelni kojarzonej z tradycjami lewicowymi, od początku otwartej dla słuchaczy o żydowskim pochodzeniu oraz osób spoza kręgu elit. Dość wspomnieć, że w Łodzi na przełomie 1936 i 1937 r., gdzie WWP prowadziła kilka kierunków studiów, m.in. filozofię, historię czy studia ekonomiczno-społeczne, ponad 35% wszystkich studentów pochodziło z rodzin pracowników fizycznych lub rolników. Jak pisano w tym okresie w kręgach endeckich, Wolna Wszechnica miała trudnić się „masową produkcją proletariatu inteligenckiego”, oferując „półinteligentom” zdobywanie „pozorów wyższego wykształcenia” (tygodnik „Myśl Narodowa” z 3 marca 1935). Wraz z końcem wojny rektor właśnie tej uczelni, prof. Teodor Vieweger, objął rolę pierwszego rektora pierwszego uniwersytetu państwowego robotniczej Łodzi.

Dwa dni przed proklamacją wspomnianego dekretu prof. Vieweger zginął w wypadku samochodowym. W połowie lipca jego funkcje przejął prof. Tadeusz Kotarbiński, etyk i logik, przedstawiciel szkoły lwowsko-warszawskiej – dziś unieśmiertelniony w brązie patron Uniwersytetu Łódzkiego, stojący na cokole przy drzwiach wejściowych Rektoratu. Jak na początku lat 50. pisał historyk prof. Marian Serejski, Uniwersytet w tym okresie „wkroczył zdecydowanie na tory normalnej szkoły akademickiej i ukształtował się na jej wzór” („Pierwsze pięć lat humanistyki na UŁ”).

Podkreślę przy tym, że przed ustawą o szkołach wyższych z 1951 r. uczelnie cieszyły się względną autonomią – nie istniały w każdym razie ścisłe wytyczne czy odgórne instrukcje, poprzez które władze centralne miałyby narzucać szkołom wyższym ich „oblicze społeczno-ideologiczne”. Z tej perspektywy pierwsze lata Uniwersytetu Łódzkiego możemy postrzegać w kategoriach otwartego procesu negocjowania jego charakteru. Uwidacznia to już choćby skład Komitetu Organizacyjnego. W źródłach z tego czasu powtarza się informacja, że większość jego członków „była znana z działalności w ruchach liberalno-postępowych lub wyraźnie lewicowych” (J. Chałasiński, „Początki Uniwersytetu robotniczej Łodzi”, s. 52), w rzeczywistości jednak historie „ojców (i jednej matki) założycieli” tej Uczelni były znacznie bardziej skomplikowane. I tak na przykład dr Jan Oko – profesor z Wilna, twórca filologii klasycznej w Łodzi, tj. mojej własnej Katedry i kierunku – jeszcze w 1939 r. sympatyzował z faszyzmem, pisząc peany na cześć Mussoliniego, „wielkiego wychowawcy swojego narodu” („Mussolini a pomniki starożytnego Rzymu” z „Kuriera Wileńskiego”). Tym samym u początku Uniwersytetu ścierały się ze sobą różne wrażliwości czy wizje powojennej akademii jako takiej: uczelni robotniczej, otwartej nie tylko dla wąskich elit; szkoły „miejskiej”, silnie osadzonej w kontekstach lokalnych i odpowiadającej na potrzeby społeczności Łodzi; uniwersytetu przedwojennego, elitarnego, „liberalno-mieszczańskiego”.

Wykluwająca się z tych napięć łódzka Uczelnia stała się przestrzenią ogólnopolskiego eksperymentu. Tak na przykład w 1946 r. wprowadzono do senatu – bodaj po raz pierwszy w Polsce – przedstawicieli społeczności studenckiej (niestety, decyzję po dwóch latach cofnięto z powodu nacisków Ministerstwa). W tym samym okresie w łódzkim czasopiśmie „Kuźnica” toczone były także debaty dotyczące m.in. idei autonomii uniwersyteckiej w perspektywie reform socjalistycznych.

Jak zauważył Michał Serejski, za rektoratu prof. Kotarbińskiego Uniwersytet Łódzki „wkroczył na tory” trzeciej z wyszczególnionych wizji, tj. uczelni elitarnej. Przy czym nie musiał być to proces podyktowany świadomą decyzją czy wypracowaną w toku debaty strategią. Dalszy bieg historii uczelni wyznaczyła raczej „pamięć instytucjonalna”, sięgająca czasów sanacji. Mam na myśli przyzwyczajenia kadry dydaktyczno-naukowej i wzorce pracy oraz nauczania, jakie większość z nich mniej lub bardziej świadomie reprodukowała przez kolejne lata. Nie oznacza to również, że dwa pozostałe kierunki na zawsze zniknęły z horyzontu strategii, celów czy tożsamości właściwych dla uniwersytetu i społeczności, które przez kolejne 80. lat będą go współtworzyć.

Przede wszystkim nie sposób oddzielić łódzkiej uczelni od kontekstów lokalnych, miejskich. Od samego początku ponad połowa osób studiujących pochodziła z województwa łódzkiego. Przyjazd studentów spoza regionu oznaczał zaś nie tylko przyrost tzw. kapitału społecznego, lecz także inwestycje w infrastrukturę (plan budowy miasteczka akademickiego przygotowano już w 1947 r.). Jednocześnie przemysłowa Łódź, posiadająca w II poł. XIX i na pocz. XX w. „charakter miasta półkolonialnego, pozbawionego całego szeregu instytucji właściwych wielkim miastom, a zwłaszcza instytucji kulturalnych”, staje się sprawdzianem dla marksistowskich wyobrażeń o roli nauki – zmierzających do „ścisłego powiązania działalności uniwersytetów z całością procesów społecznych w okresie przebudowy ustrojowej” (Jan Szczepański, „Uniwersytet Łódzki na tle potrzeb kulturalnych miasta Łodzi”, 1952). Otwartą kwestią pozostaje, czy UŁ wywiązał się z tego zadania. Dość wspomnieć jednak, że biblioteka akademicka, której zręby powstały już w lutym 1945 r., pięć lat później liczyła ponad 80-tysięczny księgozbiór, dostępny dla wszystkich mieszkańców.

Oprócz nowych obiektów, projektów rewitalizacyjnych czy działalności kulturalnej, obecność Uniwersytetu w mieście wyrażała się poprzez procesy demokratyzacji jego życia społecznego. Sztandarowym przykładem jest, rzecz jasna, trwający 28 dni i angażujący ponad 8 tys. osób okupacyjny strajk studencki – pokłosie sierpnia 1980 r., powstanie, które z protestami łódzkich pracowników dzieliło postulaty, klimat społecznego niezadowolenia czy formy oporu. Zaangażowanie osób studiujących w protesty w Łodzi sięga zresztą daleko wstecz: jego przejawy odnaleźć można już w latach 50. i źródłach dotyczących na przykład strajków tramwajarzy (zob. „Opowiedzieć Uniwersytet. Łódź akademicka w biografiach…”, 2015).

O ile Łódź XIX-wieczna zawdzięczała swój rozwój pracownicom i pracownikom fabrycznym, w XX wieku (zwłaszcza pod koniec tego stulecia) stała się miastem studenckim sensu stricto. W wypadku miasta postindustrialnego, które po roku 90. borykało się ze spadkiem produkcji przemysłowej, wysokim bezrobociem, niekorzystnymi trendami demograficznymi i innymi społecznymi kosztami tzw. transformacji ustrojowej Planu Balcerowicza, obecność tak wielu szkół wyższych stanowiła ratunek – a przynajmniej ważny punkt zaczepienia zarówno dla dalekosiężnych planów strategicznych, jak i bardziej ulotnych wyobrażeń i lokalnej tożsamości. Powojenna historia miasta w dość oczywisty sposób krzyżuje się więc z rozwojem samego Uniwersytetu – w kontekście przemian ustrojowych można zaś powtórzyć słowa prof. Stanisława Liszewskiego, byłego rektora UŁ: „Łódź akademicka to jest wszystko, co najlepsze mogło się przytrafić Łodzi”.

Uniwersytet Łódzki kończy 80. lat. Nadchodzi tym samym okres obchodów jubileuszowych i podsumowań – mam nadzieję, że także refleksji nad tożsamością wspólnoty akademickiej i kierunkiem jej dalszego rozwoju.

W dotychczasowych debatach dostrzegam napięcia, jakie zarysowały się już u jego początku. Z jednej strony słyszę o uczelni elitarnej – aspirującej do miana „uczelni badawczej” w rozumieniu ustawy ministra Jarosława Gowina z 2018 roku. W tym modelu na pierwsze miejsce wysuwa się ambicja stania się silnym i konkurencyjnym ośrodkiem naukowym. Z drugiej strony mówi się o uczelni młodej, awangardowej, inkluzywnej, „dziecku robotniczej Łodzi”, zrodzonym w okresie powojennym dzięki oddolnym wysiłkom lokalnych działaczy oświatowych.

Co istotne, tak jak w okresie powojennym kierunki rozwoju UŁ zdeterminowały dawne nawyki i wzorce pracy akademickiej, tak i dziś horyzont akademickiej „normalności” wyznacza ideologia neoliberalizmu lat 90., wywierająca na uczelnie wyższe wolnorynkową presję opłacalności czy krótkoterminowej „racjonalności” ekonomicznej, tym samym gubiąca dalekosiężne cele czy wartości (pisał o tym na początku b.r. dr Aleksander Ostapiuk). I podobnie jak miało to miejsce w okresie powojennym, realna autonomia akademii słabnie pod naciskiem forsowanych przez Ministerstwo modeli przemian („adaptacji”) uczelni wyższych. Zamiast bezpośrednich nacisków przymus sprawowany jest jednak poprzez subwencje, przyznawane, jak wiadomo, w oparciu o kategorie oraz rankingi, w większości oparte o kryteria ilościowe (liczbę publikacji), premiujące aspiracje elitarne (model uczelni badawczej), nie cele dydaktyczne czy wspieranie przez akademię demokracji i wartości społecznych.

Kryteria oceny działalności akademickiej w ostatnich latach stały się celem samym w sobie. Pogoń za tego rodzaju wskaźnikami nie może jednak przesłaniać nam fundamentalnych wartości, które definiują społeczności akademickie. Dość wspomnieć trzy filary Uniwersytetu Łódzkiego, zapisane w jego dokumentach strategicznych: kategorie wolności, odwagi i niezależności. Zobowiązują nas one do szerszego spojrzenia na rolę akademii i docenienia wizji uniwersytetu otwartego: inkluzywnego, wspierającego; uniwersytetu, którego władze będą opierać się pokusie forsowanego przez ministerstwo projektu „uczelni badawczej” i doceniać nie tylko przyrost punktów za publikacje, lecz także wysiłki wkładane przez pracowników w dydaktykę czy budowanie lokalnych społeczności. Nie zapominajmy przy tym o silnych związkach uczelni z ich miejskim otoczeniem. Przy czym ostatni postulat stanowi obustronne zobowiązanie, angażujące także władze miejskie. Jeżeli chcą one, aby miasta, którymi zarządzają, cieszyły się renomą „akademickich”, same także muszą dać coś od siebie: budować miejskie akademiki, zapewniać dobry i tani transport zbiorowy czy we współpracy z władzami uniwersytetów oferować młodym pracownikom tanie mieszkania.

Bo jak pisano w „Dzienniku Łódzkim” z lutego 1946 r., „Trzeba gdzieś mieszkać, aby móc pracować. Muszą się znaleźć mieszkania dla nauczycielstwa uniwersyteckiego, a w mieszkaniach – elementarne zaopatrzenie”.

dr Jan Skarbek-Kazanecki

Grafika w nagłówku tekstu: Tumisu from Pixabay

Przeciw imigranckiemu dumpingowi

Przeciw imigranckiemu dumpingowi

Pracownicy zakładów mięsnych są zwalniani, a w ich miejsce zatrudnia się tańszych imigrantów.

Jak informuje Gazeta Wyborcza, związkowcy w szczecińskim zakładzie Agryf protestowali wczoraj przeciwko zwolnieniom. Pracę na etatach tracą osoby z długim stażem i doświadczone, a w ich miejsce zatrudniani są przez agencję pracy tymczasowej imigranci z Ukrainy i krajów azjatyckich.

Niedawno w zakładzie doszło do zwolnienia 24 osób z działu wykrawania szynki. Zarząd firmy tłumaczył to jego nierentownością. Związkowcy twierdzą jednak, że w ich miejsce przyjmowani są do pracy ludzie zatrudniani przez agencję pracy tymczasowej. Różnica jest taka, że zwalnia się pracowników etatowych z długim stażem pracy, a w ich miejsce są przyjmowani imigranci.

Przeciwko temu związkowcy z „Solidarności” pikietowali w środę przed zakładem. Twierdzą, że zachowanie władz firmy jest haniebne. Zatrudnienie tracą osoby o wieloletnim stażu. W ich miejsce przychodzą tańsi pracownicy – imigranci zatrudniani przez agencje pracy tymczasowej. W dodatku pracują oni po 12-14 godzin dziennie, co jest niebezpieczne. W ocenie związkowców firma jest w dobrej kondycji i nie ma potrzeby ani zwolnień, ani stosowania takiego dumpingu kosztowego.

Agryf należy do koncernu Animex, który obecnie jest własnością chińskiej WH Group. To posiadacz marek m.in. Krakus, Morliny i Berlinki. Szczeciński zakład wytwarza m.in. szynkę Krakus i kiełbasę krakowską. W ciągu dwóch lat zatrudnienie etatowe w Agryfie zmniejszyło się z 1200 do 900 osób, a w tym czasie 100 osób zaczęto zatrudniać przez agencje pracy tymczasowej.

Zapaść w automoto

Zapaść w automoto

W ciągu roku nastąpił w Polsce wielki spadek produkcji samochodów.

Jak informuje „Rzeczpospolita”, mamy fatalny trend w sektorze produkcji samochodów. Dane GUS mówią, że w marcu 2025 wyprodukowano w polskich fabrykach nieco ponad 10 tysięcy samochodów. To wobec tego samego miesiąca roku 2024 oznacza spadek aż o połowę. Jeszcze gorzej wygląda to dla I kwartału roku 2025. Wytworzono w nim niespełna 24 tys. aut. Wobec I kwartału poprzedniego roku oznacza to spadek aż o 70 procent. Ten spadek jest tym większy, że już rok 2024 nie był dobry dla tej branży. Wyprodukowano w nim w Polsce 216 tys. samochodów, podczas gdy w roku 2023 było to niemal 300 tys.

Spadek produkcji samochodów przekłada się na mniejsze zatrudnienie nie tylko w zakładach wytwarzających gotowy produkt końcowy. To także spadek zamówień i produkcji, czyli ubytek miejsc pracy także w firmach wytwarzających części i podzespoły na potrzeby fabryk samochodów. Oznacza to zwolnienia grupowe, a nawet zamykanie całych zakładów z tej branży.

Wznowienie likwidacji

Wznowienie likwidacji

Ministerstwo Infrastruktury dało zielone światło dla likwidacji linii kolejowej Racibórz Markowice – Olza. Linia koliduje z planami budowy drogi regionalnej Racibórz – Pszczyna, czyli nowego przebiegu drogi wojewódzkiej 935. Chodzi o węzeł drogowy w raciborskiej dzielnicy Brzezie, który został zaprojektowany bez uwzględnienia linii kolejowej.

Proces likwidacji linii spółka PKP Polskie Linie Kolejowe wszczęła w lipcu 2015 r., ale został on przerwany po deklaracji rządu Prawa i Sprawiedliwości o wstrzymaniu postępowań likwidacyjnych. Wiceminister Piotr Malepszak w udzielonej 7 marca 2025 r. odpowiedzi na interpelację posłów PiS zapewnił: „W Ministerstwie Infrastruktury nie toczy się postępowanie administracyjne, wszczęte na wniosek zarządcy infrastruktury, w sprawie wyrażenia zgody na likwidację linii kolejowej Racibórz Markowice – Olza lub jej odcinka. Do Ministerstwa Infrastruktury nie wpłynęło również powiadomienie o zamiarze likwidacji tej linii przez zarządcę”.

Tymczasem już 17 lutego 2025 r. resort dostał pismo, w którym spółka PKP PLK prosi o zgodę na likwidację linii. W odpowiedzi udzielonej spółce 25 marca 2025 r. dyrektor departamentu kolejnictwa Tomasz Warsza oznajmił: „Minister infrastruktury wyraża akceptację w odniesieniu do zasadności wznowienia procesu likwidacji linii kolejowej Racibórz Markowice – Olza na odcinku niezbędnym w zakresie poprowadzenia drogi regionalnej Racibórz – Pszczyna”. Będzie to oznaczało, że ciągłość linii zostanie przerwana i jej reaktywacja w przyszłości stanie się niemożliwa.

Linia Racibórz Markowice – Olza przestała być wykorzystywana w 2012 r. po zakończeniu wydobycia węgla w Pszowie. Linia mogłaby jednak zapewnić dodatkowy dojazd do najintensywniej wykorzystywanego w ruchu towarowym przez granicę polsko-czeską przejścia Chałupki-Bohumín. Ponadto tuż przy nieczynnej linii znajduje się obsługiwana ciężarówkami duża kopalnia kruszyw.

Karol Trammer

Tekst pochodzi z dwumiesięcznika „Z Biegiem Szyn” (nr 3/136 maj-czerwiec 2025)
https://www.zbs.net.pl Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Karol Trammer

Adieu, monsieur Bonżur!

Adieu, monsieur Bonżur!

18 maja odbędzie się pierwsza tura wyborów prezydenckich. Na rozstrzygnięcie wyborów, czyli tego, kto zostanie prezydentem Rzeczypospolitej Polskiej, przyjdzie nam zapewne poczekać do drugiej tury, gdyż żaden z głównych kandydatów raczej nie zgromadzi takiej większości, czyli ponad pięćdziesięciu procent, aby wygrać w pierwszej turze. Na podstawie sondaży można zasadnie przewidywać, że w drugiej turze spotkają się Rafał Trzaskowski oraz Karol Nawrocki.

Kto wygra wybory bardzo trudno przewidzieć, gdyż różnica w oddanych głosach na pewno nie będzie wielka. Choć obaj główni konkurenci zapewniają o swojej „obywatelskości”, niezależności od głównych sił politycznych, do których przynależą, formalnie, jak Trzaskowski, lub nie, jak Nawrocki, to jasnym jest, że reprezentują Platformę Obywatelską oraz Prawo i Sprawiedliwość. W wyborach prezydenckich idzie jednak o to, aby uzyskać głosy nie tylko swojego partyjnego elektoratu, ale także głosy wyborców innych partii oraz głosy oddawane na kogoś innego w pierwszej turze. Te przepływy nigdy nie są oczywiste, a to one są decydujące. Można przypuszczać, że wyborcy lewicowo-liberalni (Hołownia, Lewica) oddadzą swój głos na Trzaskowskiego, uznając go za tzw. mniejsze zło niż Nawrockiego. Nawrocki może liczyć na głosy kandydatów prawicowych, choć nie do końca jest przewidywalne, jak zachowają się wyborcy Sławomira Mentzena: czy będą głosowali bardziej bazą, tj. kwestiami ekonomicznymi, tutaj wolnorynkowymi, czy nadbudową, czyli światopoglądem. Nawiasem mówiąc zapewne obaj kandydaci w drugiej turze będą walczyli o głosy Konfederatów, zapewniając o swoim wolnorynkowym podejściu. Dodatkowo Trzaskowski będzie zapewne mówił o „umiarkowanym” podejściu względem tzw. obyczajówki – w tym sensie jego wykonany w czasie debaty gest odłożenia na bok tęczowej flagi podarowanej mu przez Nawrockiego, choć pewnie spontaniczny, nie był tak błędny, jak może się wydawać (pytanie, czy uda mu się przekonać konfederatów, że nie jest „Tęczowym Rafałem”?). Moim zdaniem większość wyborców Mentzena zagłosuje jednak na Nawrockiego i to te głosy zapewnią mu wygraną.

Śledząc kampanię wyborczą, jednocześnie spekulując nad rozstrzygnięciem uwarunkowanym m.in. dobrze lub źle prowadzoną kampanią, można powiedzieć o kilku kwestiach ujętych w perspektywie zmediatyzowania pola polityki.

Można tutaj poruszyć szereg zagadnień, jak np. rola memów czy debaty telewizyjne.

Memy to forma komunikacji internetowej o charakterze ironicznym, będąca szybkim komentarzem do rzeczywistości, która może wpływać na ukształtowanie wizerunku danego polityka poprzez skuteczne wyśmianie go, np. jego nieautentyczności. Przykładowo Trzaskowski został „Bonżurem”, a memy dotyczące jego podróży „telekomunikacją” miejską w Warszawie skutecznie pokazały, iż kreowanie się na zwykłego Warszawiaka nie bardzo ma sens. Polityk chce nas przekonać, że jest jednym z nas, lecz nie jest, gdyż w istocie jest „resortowym dzieckiem”.

W tym ujęciu wpisanie Trzaskowskiego w scenariusz panicza z bogatego domu, w przeciwieństwie do Nawrockiego jako „chłopaka z osiedla”, jest z pewnością na korzyść tego drugiego, albowiem większość ludzi nie miała zapewnionego startu takiego jak prezydent stolicy.

Ponadto przeczytanie w jednej z debat przez Krzysztofa Stanowskiego fragmentu książki „Rafał”, dotyczącego niezwykłej odwagi Trzaskowskiego wśród rekinów i walki z węgorzem, spowodowało, iż stał się raczej obiektem memiarskich drwin niż poważnego traktowania. Memy, jak kiedyś reklama, poprzez humor są w stanie związać nas z określonym wizerunkiem, analogicznie jak miało to miejsce w przypadku Bronisława Komorowskiego jako poczciwego, „bigosującego” wuja.

Rola debat telewizyjnych także nie jest bez znaczenia, szczególnie że były stosunkowo chętnie oglądane.

Pokazują one, że po pierwsze, klikalność i popularność w internecie nie przekłada się automatycznie na dobry występ w telewizji. Najlepszym chyba tego przykładem jest Sławomir Mentzen. Konfederacja jest partią internetowo bardzo sprawną, być może nawet najsprawniejszą w tym medium, gdyż potrafią stworzyć merytorycznie treściwy, zabawny oraz zapadający w pamięć tik-tokowy przekaz. Telewizja to jednak nie to samo, co internet, nagrywanie filmików i, koniec końców, kontrola przekazu.

Po debacie w Końskich, zorganizowanej przez sztab Trzaskowskiego, a przeprowadzonej przez TVP, stracił on pięć punktów procentowych, a tyle samo zyskał Nawrocki. Trudno rzecz jasna przesądzić, skąd taki spadek, jakie czynniki wchodzą w grę, ale z pewnością Trzaskowski wyglądał na zmęczonego, pozbawionego energii i refleksu oraz zestresowanego. To swoją drogą ciekawe, że politycy tak obeznani z mediami wciąż się denerwują, choć tego zdenerwowania nie było widać np. u Szymona Hołowni czy Marka Jakubiaka. Ten pierwszy jest wychowany przed kamerami, drugi z kolei, jak każdy, kto ma przemyślane poglądy i autentycznie wierzy w to, co mówi, szybko analizuje wypowiedzi innych i kontruje je ze swojego punktu widzenia. Podobnie jest z Adrianem Zandbergiem, który znakomicie, bo merytorycznie, wypada w debatach.

Myślę, że Trzaskowski zdaje sobie sprawę, iż jego przekaz nie jest spójny, i choć zapewne ma przećwiczone odpowiedzi na kłopotliwe pytania, to podskórnie czuje, że jest to nieprzekonujące – być może nawet dla niego samego. Widać, że w trudnych momentach, jak chociażby ten z flagą LGBT postawioną przed nim przez Nawrockiego, nie potrafi zareagować: gdyby naprawdę wspierał to środowisko, przyjąłby flagę i odpowiednio to skomentował, co przecież nie jest jakoś kłopotliwe – można było to świetnie obrócić na swoją korzyść. Zresztą gestu takiego można było się spodziewać, by przypomnieć tylko postawienie przez Andrzeja Dudę proporczyka z logiem PO przed Bronisławem Komorowskim w czasie walki o prezydenturę nieomal dekadę temu. Świetnie zachowała się Magdalena Biejat, która nie wstydziła się tęczowej flagi, a dzięki temu gestowi, jej poparcie wzrosło, gdyż okazała się autentycznie przywiązana do swoich wartości.

Pewnym kłopotem dla Trzaskowskiego okazała się także informacja, iż w jego sztabie, także przed debatą w Końskich, znalazła się znana psycholog Natalia de Barbaro, która miała go do tego występu przygotowywać. Psychologowie współpracują z politykami, jednak ujawnienie takiej informacji nie robi dobrego wrażenia, gdyż przedstawia Trzaskowskiego jako kogoś, kto tej pomocy potrzebuje, tj. nie jest na tyle silny, aby sobie poradzić samodzielnie. Oczywiście w pewnym sensie nie ma w tym nic złego, ale jednak pozostawia pewną wątpliwość względem siły jego charakteru, nawet jeśli tylko na poziomie emocji a nie racjonalności.

Ponadto należy docenić zorganizowanie debaty przez TV Republikę, która – zaryzykowałbym takie stwierdzenie – przełamała hegemonię mediów lewicowo-liberalnych. Brak udziału Trzaskowskiego w tej debacie nie zrobił dobrego wrażenia na Polakach, gdyż prawie 45 procent negatywnie oceniło decyzję o odmowie uczestniczenia w niej. Uważam, że Trzaskowski nie przyszedł, bo wiedział, że w mediach innych niż sprzyjające PO po prostu nie da sobie rady.

Jak medialnie „ustawić” starcie obu głównych kandydatów, aby wygrał Nawrocki?

Nawrocki musi stać się przedstawicielem całej opozycji, wszystkich tych, którzy nie chcą „domknięcia systemu”, by użyć sformułowania Grzegorza Schetyny zdradzającego rolę prezydenta z PO. Wszystkich ludzi niezadowolonych z obecnych rządów, a tych jest większość, która dodatkowo rośnie, niż zadowolonych. Trzaskowski musi zostać pokazany tym, kim jest: przedstawicielem liberalnych elit, którym zależy tylko na władzy (czytaj: dostępie do środków finansowych), podwładnym Donalda Tuska, słabo radzącym sobie prezydentem Warszawy, post-polityczną wydmuszką PR-ową bez własnego zdania i poglądów. Kimś, kto tak jak typowy przedstawiciel bezkrytycznego uwielbienia dla Unii Europejskiej, jest w gruncie rzeczy marionetką w rękach przedstawicieli tzw. starej Unii, co świetnie widać przy okazji m.in. obecnych planów rozwoju systemu przemysłu zbrojeniowego w krajach Unii.

dr Michał Rydlewski

Grafika w nagłówku tekstu: Mohamed Hassan from Pixabay

Na ratunek zakładom

Na ratunek zakładom

Związkowcy z zakładów Cegielskiego alarmują w sprawie trudnej sytuacji przedsiębiorstwa.

Jak informuje portal Defence24.pl, rośnie niepokój w zakładach im. H. Cegielskiego w Poznaniu. Związkowcy uważają, że w firmie dzieje się źle i apelują do posłów z regionu o interwencję w tej sprawie.

Niepokój związkowców budzi po pierwsze sytuacja finansowa przedsiębiorstwa, po drugie natomiast brak zamówień zbrojeniowych. Firma nie ma płynności finansowej, a wynagrodzenia zostały zamrożone. Brak zamówień ze strony sektora zbrojeniowego skutkuje brakiem dochodów. Firma, zamiast obiecywanego rozwoju, przeżywa stagnację.

We wrześniu 2023 roku, tuż przed wyborami, zakłady Cegielskiego włączono do struktur Polskiej Grupy Zbrojeniowej. Planowano nowe kontrakty związane z rozwojem polskiej obronności. Miało to tchnąć w zakłady nowe życie. Po wyborach i zmianie władzy nic z tego nie wyszło. Kontrakty z PGZ nie napłynęły, nowej produkcji zbrojeniowej brak.

Przedstawiciele NSZZ „Solidarność” i Związku Zawodowego Metalowców alarmują, że w firmie dzieje się źle. Zaprosili posłów z Poznania i Wielkopolski na spotkanie omawiające sytuację w zakładzie. Weszli także w spór zbiorowy z władzami przedsiębiorstwa.

(zdjęcie w nagłówku tekstu: Autorstwa Radomil talk – Praca własna, CC BY-SA 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=1633303)

Hutnicy walczą razem

Hutnicy walczą razem

Sześć największych związków zawodowych w hutnictwie szykuje demonstrację w obronie tego sektora.

Jak informuje portal Tysol.pl, 21 maja odbędzie się przed gmachem Sejmu demonstracja hutników w obronie tej branży i miejsc pracy w niej. Ponad podziałami organizuje demonstrację 6 największych związków zawodowych z tego sektora.

Protest organizują Krajowa Sekcja Hutnictwa NSZZ „Solidarność”, FZZ Metalowców i Hutników w Polsce, PZZ „Kadra”, OZZZ Pracowników Ruchu Ciągłego, „Solidarność 80” i WZZ „Sierpień 80”. Na konferencji prasowej ich przedstawiciele poinformowali w Katowicach o przyczynach protestu.

Szef hutniczej „Solidarności” Andrzej Karol powiedział: „W ciągu pięciu lat ceny energii dla przemysłu energochłonnego w Polsce wzrosły o 80 proc. Nasz przemysł nie jest gotowy, aby konkurować nawet w obrębie Unii Europejskiej, nie mówiąc już o krajach spoza UE”. Jego zdaniem skutkuje to zwolnieniami grupowymi – od roku 2024 było ich w polskim hutnictwie ponad 1200, a spodziewane są kolejne. Zlikwidowano także połowę mocy produkcyjnych w hutnictwie rur stalowych.

Związkowcy oczekują pilnych działań rządu w celu ochrony tego sektora. – „Potrzebne nam są pilne regulacje, ochrona rynku, zwrócenie uwagi rządzących na problemy hutnictwa. Stal jest nam potrzebna. Nie ma Polski bez stali” – mówiła Anastazja Karwat, przewodnicząca Sekcji Hutnictwa Ogólnokrajowego Zrzeszenia Związków Zawodowych Pracowników Ruchu Ciągłego.

Manifestacja w obronie hutnictwa odbędzie się 21 maja w Warszawie o godz. 12.00 pod Sejmem.

Kombinują przy ulgach?

Kombinują przy ulgach?

Poseł Michał Moskal krytykuje rząd za chaotyczne plany zmian w ulgach przejazdowych, które mogą uderzyć w kieszenie najbiedniejszych Polaków.

Poseł na Sejm RP Michał Moskal, wraz z posłami Andrzejem Adamczykiem, Mariuszem Błaszczakiem, Dariuszem Stefaniukiem i Anną Gembicką, złożył interpelację poselską (nr 9461) do Ministra Infrastruktury Dariusza Klimczaka z PSL, ostro krytykując rząd za chaotyczne i nieprzejrzyste plany zmiany systemu ulg przejazdowych na kolei i w autobusach. Interpelacja, zgłoszona 22 kwietnia 2025 r., ujawnia brak analiz, konsultacji i odpowiedzialności w pracach resortu, co może prowadzić do pozbawienia zniżek najbiedniejszych Polaków, w tym emerytów, osób z niepełnosprawnościami i rodzin wielodzietnych, korzystających z ulg w drodze do szkoły, uczelni czy lekarza.

Ulgi przejazdowe to zniżki na bilety kolejowe i autobusowe, przysługujące ustawowo różnym grupom społecznym, takim jak studenci, emeryci, osoby z niepełnosprawnościami, weterani, żołnierze czy rodziny wielodzietne. Najczęściej obejmują one zniżki od 37% do 95%, w zależności od grupy, i są zapisane w różnych ustawach. Umożliwiają one tańsze podróże, często kluczowe dla najuboższych, którzy korzystają z transportu publicznego, by dotrzeć do pracy, lekarza, szkoły czy uczelni. Według informacji medialnych, Ministerstwo Infrastruktury planuje „uproszczenie” systemu, ograniczając ulgi do dwóch poziomów – jednej wysokiej (ok. 50%) i jednej niższej – bez jasnych szczegółów, kto na tym straci.

„Rząd pod wodzą PSL-owskiego ministra Dariusza Klimczaka szykuje zmiany, które mogą być ciosem w kieszenie najbiedniejszych. Emeryci, studenci, osoby z niepełnosprawnościami, którzy dzięki ulgom jeżdżą na wizyty lekarskie czy do szkoły, mogą stracić dostęp do tańszych biletów. To skandaliczne, że resort działa w chaosie, bez analiz i konsultacji” – powiedział poseł Michał Moskal.

Interpelacja wskazuje na brak przejrzystości w planach resortu, który nie określił, które grupy stracą dotychczasowe zniżki, ani kiedy zmiany wejdą w życie – w 2025 czy 2026 r. Poseł Moskal krytykuje również przekazanie prac nad projektem departamentowi budżetu zamiast departamentowi kolejnictwa, co świadczy o braku koordynacji.

„Pytam, kto z kierownictwa Ministerstwa Infrastruktury pilotuje projekt zmian w ulgach przejazdowych – czy sam Minister Klimczak, czy jego podległy wiceminister? Brak jasności w tej sprawie to dowód na chaos i lekceważenie potrzeb najsłabszych grup społecznych” – stwierdził poseł Moskal.

Poseł Moskal pyta w interpelacji, dlaczego ministerstwo nie przedstawiło szczegółów zmian, czy analizowano wpływ na grupy zależne od ulg (emeryci, osoby z niepełnosprawnościami, rodziny wielodzietne), kiedy odbędą się konsultacje publiczne i jak rząd uzasadni obniżenie zniżek w dobie rosnących kosztów życia. Zwraca też uwagę na brak działań zapobiegających wykluczeniu transportowemu i pyta o alternatywne rozwiązania, które nie ograniczałyby uprawnień beneficjentów.

„W czasie galopującej inflacji rząd powinien wspierać najuboższych, a nie odbierać im ulgi na przejazdy do lekarza czy szkoły. Ministerstwo Infrastruktury działa po omacku, narażając Polaków na wykluczenie transportowe. To polityka antyspołeczna, za którą zapłacą najsłabsi” – podkreślił poseł Moskal.

Interpelacja nr 9461 została opublikowana na stronie Sejmu RP i jest dostępna pod tym linkiem: https://www.sejm.gov.pl/Sejm10.nsf/InterpelacjaTresc.xsp?key=DG3AHC

Poseł Moskal wzywa rząd do wycofania się z chaotycznych planów, przeprowadzenia szerokich konsultacji społecznych i przedstawienia analiz, które zagwarantują, że żadna grupa nie straci dotychczasowych ulg.

„Nie pozwolimy, aby rząd po cichu odbierał Polakom prawo do tańszych podróży. Najbiedniejsi zasługują na wsparcie, a nie na kolejne obciążenia” – podsumował poseł Moskal.

(zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Tomasz Chmielewski)

Zwalniają w IT

Zwalniają w IT

Zwolnienia grupowe zapowiedziała firma z branży IT.

Jak informuje portal Biznes.o2.pl, zwolnienia grupowe zapowiedziała firma Atos. Działa ona w branży IT i w całej Polsce zatrudnia ponad 4000 osób. Teraz postanowiła zwolnić 58 osób w oddziale w Bydgoszczy. Pracownicy mówią, że skala zwolnień może być większa i wynieść 200 osób. Firma jest jednym z największych pracodawców w Bydgoszczy.

Na pewno wypowiedzenia dostanie 58 osób, tyle zgłoszono do urzędu pracy jako otrzymujące wypowiedzenia do końca kwietnia. W firmie panuje jednak strach przed dalszymi zwolnieniami. Pracownicy relacjonują mediom, że nagle otrzymują informacje o zwolnieniu. Dotyczy to także pracowników, wobec których nie było do niedawna żadnych zastrzeżeń, a teraz przedstawiane są im obszerne wykazy rzekomych słabości i błędów.