Wylogujmy się

Wyobrażenia, w których postrzegamy media społecznościowe jako magiczne narzędzie nawiązywania kontaktów, silnie kontrastują z rzeczywistością, w której okazują się one kloaką złożoną ze złośliwych ataków personalnych i paranoicznego oburzenia. Kusi nas, by ten ogromny rozdźwięk przypisywać nieuregulowanemu kapitalizmowi. Facebook i Twitter nie mają właściwie żadnej konkurencji i żadnego problemu z robieniem tego, co chcą – od manipulowania danymi użytkowników po zapewnianie platformy mowie nienawiści – tak długo, póki jest to w ich interesie. Być może uwolnienie mediów społecznościowych spod prywatnej kontroli pozwoliłoby nam w końcu zdać sobie sprawę, na jakiego rodzaju fantazji się opierają.

Ożywcza myśl stoi za ostatnim artykułem Evana Malmgrena pod tytułem „Socialized media”. Wskazuje on, co mogłaby oznaczać próba powstrzymania ekscesów tych cyfrowych gigantów. Zamiast w sposób sztuczny ponownie wprowadzić pomiędzy nimi współzawodnictwo poprzez kampanię wzbudzania braku zaufania, albo zamiast regulować takie usługi w sposób właściwy dla usług publicznych (lub nawet je znacjonalizować), autor zachęca nas do spojrzenia na „media społecznościowe jak na dobro publiczne” i do przekazania „kolektywnej władzy nad platformami cyfrowymi ludziom, których one łączą”. W takim ujęciu państwo nie powinno występować jako „ostateczny nadzorca” wspólnych zasobów danych, lecz raczej, biorąc pod uwagę ponadnarodową naturę tych korporacji, jako pośrednik w drodze ku powstaniu kooperatyw złożonych z użytkowników.

Jak interesujące nie byłoby zastanawianie się nad różnymi sposobami, które możemy wykorzystać do uspołecznienia monopolu tych platform, Malmgren pozostawia bez odpowiedzi jedno podstawowe pytanie: czy media społecznościowe są w ogóle warte ratowania?

W społeczeństwie socjalistycznym wykorzystywalibyśmy wiedzę naukową i techniczną pozyskaną w kapitalizmie, by produkować na z grubsza tym samym poziomie, ale bez prywatnej własności środków tej produkcji i bez niszczenia planety. W niektórych przypadkach może to oznaczać reorientację i uspołecznienie już istniejących gałęzi przemysłu – np. bankowości – jednak w innych znaczy po prostu ich celową eliminację lub drastyczne zmniejszenie ich zakresu.

Jest na przykład niewyobrażalne, by przemysł samochodowy utrzymał swój obecny rozmiar w warunkach socjalizmu. Z pewnością nie dławilibyśmy siły lokomocji, bo ludzie muszą się przemieszczać, jednak oznaczałoby to poszerzenie i poprawę systemu kolei, a nie zapewnienie każdemu samochodu. W tym przypadku potrafimy dostrzec podstawową manipulację ideologiczną i praktyczną, która odbywa się na ludzkiej świadomości. Przemysł samochodowy nie tylko zdołał przekonać ludzi, że to właśnie samochody reprezentują wolność przemieszczania się, ale także zrobił wiele, by zniszczyć transport publiczny lub zapobiec jego dalszemu rozwojowi. Chociaż w społeczeństwie kapitalistycznym faktycznie możemy potrzebować samochodów, nie potrzeba nam nawet w przybliżeniu tylu z nich, ile mamy. Nie są one produkowane dla ludzi i zrównoważonego transportu, lecz dla zysku.

Być może podobnie jest w przypadku mediów społecznościowych. W kapitalizmie ludzie spędzają większość życia wykonując prace, których nie lubią i odczuwając brak towarzystwa poza nimi, zatem oczywiste jest, że poświęcą większą część swojego „wolnego czasu” nurzając się w krótkich chwilach zalecanej przez lekarzy interakcji „społecznej”. Malmgren ma z pewnością rację, gdy twierdzi, że umieszczenie platform cyfrowych pod demokratyczną kontrolą sprawi najprawdopodobniej, iż staną się mniej uzależniające i będą w mniejszym stopniu manipulować użytkownikiem. Ale gdybyśmy wszyscy pracowali tylko dziesięć godzin w tygodniu, a zatem mieli czas na angażowanie się w bardziej sensowne czynności, to czy naprawdę spędzalibyśmy tyle czasu gapiąc się w ekrany?

Trudne rozmowy

Pytaniem pozostaje, czy negatywny wpływ, jaki „kapitalizm platformowy” wywiera na nasze życie, są specyficzne dla samego kapitalizmu – w takim przypadku, uwolnione od zakusów rynku, platformy te stałyby się uczciwymi społecznymi dobrami; czy też platformy te, tak jak prywatne samochody, są tak nierozerwalnie związane z niszczącymi normami społeczeństwa kapitalistycznego, że po zmianie systemu prawdopodobnie zniknęłyby lub uległy znaczącej redukcji.

Aby dać na to pytanie odpowiedź, zacznijmy od szokującego faktu: w internecie zdarza się niewłaściwe zachowanie. Zdarza się ono oczywiście także w realnym życiu. Ale taka gangrena ma w mediach społecznościowych swoją specjalną odsłonę, która jest właściwa i szczególna tylko dla niej. Z jednej strony chodzi o bezmyślność, która na przykład w przypadku Twittera jest związana z limitem znaków na wiadomość. Pokazuje to jednak także psychopatyczną sprzeczność: obsesję na punkcie tego, jak jesteśmy na takich platformach postrzegani przez innych, w połączeniu z niepokojącym brakiem empatii w stosunku do wielu z tych „innych”, od których jednocześnie domagamy się, w sposób bezpośredni lub pośredni, docenienia nas samych.

Według wielu badaczy takie zachowanie jest aktywnie kształtowane przez media społecznościowe, a nie tylko wyrażane za ich pomocą. Sarah Konrath i jej grupa badawcza przeprowadzili metaanalizę siedemdziesięciu dwóch badań poziomu empatii i odkryli, że jej poziom wśród studentów college’ów jest o 40 procent niższy niż przed dwudziestu laty. Zmianę tę badacze przypisują między innymi „rosnącemu znaczeniu mediów obecnych w naszym codziennym życiu”: „Przy tak dużej ilości czasu spędzanego na interakcji z innymi online, a nie w rzeczywistości, dynamika interpersonalna, taka jak empatia, musi z pewnością podlegać zmianom”.

Takie wyjaśnienie potwierdza studium zamieszczone w magazynie „Cyberpsychology”. Zauważa się w nim, że poprzez kontakt online i wysyłanie wiadomości tekstowych powstają niewielkie związki pomiędzy ludźmi, pomimo starań, by „ocieplić” konwersacje przy pomocy wielkich liter, emotikonów i znaczków imitujących śmiech. Podobnie twierdzi psycholog kognitywny z Uniwersytetu Stanforda Clifford Nass, który uznał, że nasilone użytkowanie tego rodzaju mediów wpływa na „negatywne samopoczucie społeczne”.

Co najbardziej przerażające, ta udzielona z aklamacją zgoda na uznanie prymatu cyfrowej relacji nad zwykłą rozmową międzyludzką tworzy negatywną pętlę zwrotną. Im bardziej przyzwyczajamy się do zdystansowanych i kontrolowalnych interakcji międzyludzkich, tym bardziej prawdziwa rozmowa z innym człowiekiem wydaje się nam nieprzyjemnie spontaniczna i niewygodna, a zatem uznajemy, że należy jej unikać. Według socjolożki Sherry Turkle „prawdziwi ludzie, z ich nieprzewidywalnymi zachowaniami, mogą się wydawać trudni do przełknięcia po tym, jak spędziliśmy mnóstwo czasu w symulowanym świecie”.

Wiele badań potwierdziło także, iż media społecznościowe wzmacniają rosnące poczucie izolacji społecznej. Już w 1998 r. grupa badawcza z Carnegie Mellon ukuła termin „paradoks internetu”, który polega na tym, że im więcej kontaktów online, tym silniejsze poczucie rosnącej samotności. W erze Facebooka i Twittera ten problem stał się tylko wyraźniejszy, chociaż badacze i komentatorzy wahają się powiedzieć, że te platformy powodują samotność. Facebook w mniejszym stopniu przyczynia się do atomizacji, w większym za to jest wspaniałym uzupełnieniem i wzmacniaczem dla rosnącej skali samotności w społeczeństwie.

Czując się samotni, użytkownicy Facebooka w naturalny sposób dążą do otrzymania jakiegokolwiek uznania, którym mogą zostać obdarzeni. Jedno z australijskich badań ujmuje to bez owijania w bawełnę: „Użytkownicy Facebooka mają wyższy poziom narcyzmu, ekshibicjonizmu i cech przywódczych niż osoby, które go nie używają. Właściwie można uznać, że Facebook wynagradza szczególnie potrzebę zaangażowania się w autopromocję i powierzchowne zachowania, którą odczuwają jednostki narcystyczne”.

Paradoksalnie jednak to, że media społecznościowe wzmocniły zachowania samotnicze, nie pozostawia nam wcale więcej czasu na faktyczne bycie samemu: pozwalają nam one upewnić się, że nie pozostanie nam zbyt wiele czasu na siedzenie i pogrążanie się w przedłużającej się refleksji nad sobą. To z kolei znaczy, że nie nakłania się nas do tolerowania nudy (i negocjowania prawa do jej odczuwania), a nuda jest przecież uważana za kluczowy czynnik rozwoju. Oddajmy jeszcze raz głos Turkle, która elokwentnie wyjaśnia ten problem: „pozbawieni samotności, podłączeni do sieci dniem i nocą, doświadczamy »momentów spełnienia«, ale całościowo nasze życie na tym traci”.

Wziąwszy to wszystko pod uwagę musimy przyznać, że dziwne wydaje się twierdzenie Malmgrena, iż „użytkownicy takich platform stanowią idealny podmiot polityczny dla demokratycznego modelu rządzenia”. W jaki niby sposób to, że ludzie z powodu użytkowania tych właśnie platform przywykli do braku namysłu nad sobą, braku empatii i zwyczajnej międzyludzkiej pogawędki, ma wpłynąć na powstanie „idealnego podmiotu politycznego dla demokratycznego modelu rządzenia”? Rządy demokratyczne wymagają funkcjonowania instytucji, które przyzwyczają ludzi do demokratycznego namysłu i takiegoż modelu podejmowania decyzji, czyli procesu wymagającego „ciężkich rozmów”, do których zachęca Jane McAlevey. Czy naprawdę w tym opisie możemy rozpoznać Twittera?

Swędzi i drapie jednocześnie

Ostatnio ukuto nowy termin na określenie nadmiernego korzystania z internetu – uzależnienie behawioralne. Cyfrowi giganci od dawna używają go, by wyrazić to, co jest ich wymarzonym celem.

Uzależnienie behawioralne jest bardzo podobne do uzależnienia od różnych substancji – według Adama Altera „substancje psychoaktywne pobudzają te same części mózgu, a uzależnienie się od nich jest napędzane przez część tych samych podstawowych potrzeb: zaangażowania społecznego, wsparcia, mentalnej stymulacji i poczucia skuteczności działania”. Jednak uzależnienie behawioralne nie jest stygmatyzowane w takim stopniu jak uzależnienie od substancji. To tutaj leży niebezpieczeństwo: posiadamy kategorię marginalizacji społecznej dla ludzi uzależnionych np. od heroiny, i nie potrafimy nawet pomyśleć, że wszyscy, jako uzależnieni od internetu, należymy do pewnego stopnia do tej samej grupy „marginesu”.

Firmy produkujące technologie nie mają takich zastrzeżeń. W świadomy i aktywny sposób projektują swój produkt tak, by stał się „godnym popadnięcia w uzależnienie na jego tle” obiektem obsesji. I tak jak zawsze w świecie neoliberalizmu – zachęca się nas, byśmy brali indywidualną odpowiedzialność za własne nałogi. Ale, jak mówi „etyk-projektant” i dezerter z Silicon Valley, Tristan Harris, „nie bierze się pod uwagę, że po drugiej stronie ekranu znajdują się tysiące ludzi, których praca polega na tym, byśmy uciekali od wszelkiej odpowiedzialności i trzeźwości, jaką potrafilibyśmy zachować”.

Prawdopodobnie nie ma lepszego sygnału, że te platformy w niebezpieczny sposób uzależniają, niż to, że bogaci nie pozwalają swoim dzieciom ich używać. Tacy guru technologii, jak Steve Jobs i Chris Anderson restrykcyjnie ograniczyli swojemu potomstwu czas spędzany w sieci, i choć publiczne szkoły są zarzucane iPadami, które mają za zadanie stworzyć „środowisko przyjazne nauczaniu hybrydowemu” – technologiczne rozwiązanie braków w kadrze nauczycielskiej – to inżynierowie z Silicon Valley chętnie wysyłają dzieci do prywatnych szkół waldorfskich, gdzie zabronione jest używanie gadżetów elektronicznych. Jak wyjaśnia Alter, ludzie ci kierują się znaną dilerom narkotyków zasadą: „Nigdy nie uzależniaj się od własnego towaru”.

Zatem brak empatii, namysłu nad sobą i autentycznego uspołecznienia, charakterystyczne dla osób nadmiernie używających tego rodzaju mediów, mogą być rozumiane jako symptomy swoistego uzależnienia, choroby, której istnienia bogaci są świadomi, a przy tym dostatecznie dobrze sytuowani, by „zaszczepić” przeciw niej swoje dzieci, lecz jednocześnie wystarczająco niedbali, by zarażać nią wszystkich innych.

Należy jednak uzupełnić tę wizję o perspektywę społeczną. Platformy mediów społecznościowych nie tylko tworzą i wzmacniają brak związków międzyludzkich, lecz także, podobnie jak wszelkie narkotyki, obiecują, że zaradzą brakowi związków międzyludzkich i bezduszności społeczeństwa kapitalistycznego.

Jak wyjaśnia Wolfgang Streeck: Przy braku instytucji wspólnych, struktury społeczne muszą być opracowywane indywidualnie i oddolnie. Życie społeczne tworzą jednostki, które budują sieci prywatnych powiązań pomiędzy sobą – na tyle dobrze, na ile umieją, biorąc pod uwagę środki, jakie mają pod ręką. Tworzenie relacji opartych na ludziach i ich powiązaniach owocuje powstaniem pobocznych struktur społecznych, które są dobrowolne i wchodzi się w nie na zasadzie umowy, co czyni je elastycznymi, ale i łatwo psującymi się, a zatem wymagającymi ciągłego „sieciowania”, by utrzymać je w kupie i dostosowywać je wciąż od nowa do zmieniających się okoliczności. Idealnym narzędziem do tego są „nowe media społecznościowe”, produkujące struktury społeczne dla jednostek, zastępujące obowiązkowe formy relacji społecznych dobrowolnymi, a społeczności obywateli – sieciami użytkowników.

Wady mediów społecznościowych nie są zatem ich jednym problemem – mają one także stanowić „rozwiązania” specyficznych historycznie i o wiele istotniejszych problemów społecznych. W sytuacji braku uniwersalnych programów społecznych i tradycyjnych więzi, „życie społeczne w epoce entropii jest z konieczności indywidualistyczne”, a media społecznościowe to idealna struktura, w której ta całkowicie antyspołeczna orientacja może się rozgościć. Łagodzą one izolację i bezduszność, które są charakterystyczne dla społeczeństwa kapitalistycznego, a jednocześnie przyczyniają się do tej izolacji i bezduszności. To tak jak ze swędzeniem i drapaniem – to drugie zapewnia formę ulgi, która ostatecznie tylko pogarsza problem.

Zagrożenie jest blisko

Przekonanie kogoś, że używanie mediów społecznościowych niesie ze sobą rozmaite zagrożenia, nie zajmuje wiele czasu, ale są one zamiatane pod dywan, jako efekty uboczne trendu, który ogólnie jest pozytywny. „Tak, ludzie wypisują głupstwa na Twitterze, tak, być może spędzamy zbyt wiele czasu wysyłając sobie wiadomości, zamiast rozmawiać twarzą w twarz. Ale media społecznościowe sprawiają także, iż jesteśmy dobrze poinformowani i połączeni w sposób, który jest absolutnie nowatorski”. Nawet najbardziej kąśliwi krytycy uważają, by powstrzymać się od ich bezpośredniego potępienia – „tak, oczywiście, w tych mediach są także dobre rzeczy”.

Według Malmgrena „depresja, niepokój, napędzanie nienawiści, strach i teorie konspiracyjne to wszystko akceptowalne (dla platform społecznościowych) rezultaty – tak długo, jak uczucia te są wyrażane, świadomie lub nie, i służą wzrostowi i rozwojowi tych platform”. Choć z pewnością jest to prawdą, sugeruje on na podstawie tego faktu, że wystarczy pozbawić te platformy motywu finansowego i sprawować nad nimi demokratyczną kontrolę, by zapanować nad problemami, które wymienia.

Ale idąca w przeciwną stronę konkluzja jest dwojaka: po pierwsze, bycie przyklejonym do ekranu w celu angażowania się w interakcje „społeczne” jest samo w sobie niepokojące, bez względu na to, czy odbywa się ono w imię zysku, czy czegoś innego; a po drugie, fenomen ten jest bezpośrednim objawem naszej alienacji w kapitalizmie. Innymi słowy – pomnażanie zysku to nie jest jedyny sposób, w jaki media społecznościowe służą kapitalizmowi.

Co więcej, dla lewicy stanowią one nadchodzące zagrożenie: przyciągają ludzi, którzy są naturalnym gruntem dla polityki socjalistycznej, po czym zmieniają ich w bezmyślnych narcyzów ogłaszających pseudopolityczne oświadczenia, napotykających na negatywną pętlę zwrotną, która oddala ich jeszcze bardziej od codziennej ludzkiej rzeczywistości.

Twitter nie jest zatem tylko środkiem do wyrażania siebie dla „patologii psychicznych”, jak to ujął Mark Fisher w „Wyjściu z Zamku Wampirów”. Jest on samym Zamkiem Wampirów, ponieważ wykonuje robotę kapitalizmu, coraz bardziej atomizując ludzi i oddalając ich od możliwości odbycia rozmowy, która skutkowałaby prawdziwym politycznym zaangażowaniem. Im szybciej zdamy sobie sprawę z tego, że te media tak działają, tym szybciej zabierzemy się do pracy, by je rozbroić.

Benjamin Y. Fong

Tłum. Magdalena Okraska

Tekst pierwotnie ukazał się na stronie internetowej magazynu „Jacobin” w listopadzie 2018 r.

Prof. Monika Kostera: Marka większa niż życie

Prof. Monika Kostera: Marka większa niż życie

Mój kolega z Brytanii spostował na facebooku w czerwcu 2018 roku bardzo krótką notkę z BBC informującą o śmierci swojego kolegi z pracy. Został wówczas pouczony przez dział kadr i komunikacji uniwersytetu, że musi dokleić dopisek, który cytuję w całości: „Uniwersytet w Cardiff jest publiczny, a posty na facebooku nie różnią się od wydarzeń telewizyjnych. Proszę nie publikować komentarzy, które mogą zaszkodzić marce uniwersytetu”. Wydarzenie, które mogło zaszkodzić marce, zostało potem wielokrotnie opisane w mediach, nie przynoszę więc koledze zagrożenia relacjonując je tu. W ogromnym skrócie: człowiek odebrał sobie życie. Był oddanym pracownikiem naukowo-dydaktycznym, dbał o swoją pracę, starał się ją wykonać jak najlepiej. To jest dla mnie bardzo ważne – mój dziadek, wykwalifikowany szlifierz, zawsze mówił: jak masz robić byle jak, to nie rób wcale; te słowa o zmarłym dobrym pracowniku, dr. Malcolmie Andersonie, cytuję jako szczególną oznakę honoru, niech spoczywa w spokoju. Miał 48 lat i pracował na wydziale zarządzania. Ostatnie lata spędził pracując w dzień i w nocy, zabierał ze sobą prace studenckie do sprawdzenia, gdy odwiedzał rodzinę, w weekendy wykonywał obowiązki administracyjne, odpowiadał na służbowe e-maile do późnego wieczora.

Jego obciążenie pracą przypomina to, jakie przygniata inne znajome osoby pracujące w neoliberalnej akademii. Jednak, na swoje nieszczęście, dr Anderson starał się wszystko robić tak dobrze, jak umiał. Nie potrafił sobie odpuścić, zostawić, darować sobie. Był coraz bardziej zmęczony, coraz bardziej zestresowany. Tego ostatniego dnia dr Anderson przyszedł do pracy o 6.36 rano, napisał dwa krótkie listy, jeden z pożegnaniem do rodziny, którą kochał, drugi o tym, że jego obciążenie pracą okazuje się być ponad jego siły. W swym typowym w nowych czasach szklanym biurze, w pełni transparentnym budynku, jednym z tych, które dumnie lśnią firmując markę uczelni, zamiast przez szklane drzwi wyszedł szklanym oknem. Spadł na ziemię, krusząc po drodze szklany sufit.

Jakaż to marka jest tak ważna, że trzeba w jej imieniu wstrzymać się od komentowania tej śmierci? Czy jesteśmy w stanie o tym pomyśleć? Jeśli nam się to uda, możemy i my przebić, lecąc wyobraźnią w dół, ku Ziemi i otrzeźwieniu – nie śmierci – pewien sufit pojęciowej niemożliwości, który ogranicza nasze rozumienie obecnej, śmiertelnej fazy kapitalizmu.

Uczymy się bowiem wszyscy o marce jako o czymś solidnym, dobrym, ugruntowanym w długiej i sumiennej pracy, polegającej na rygorystycznym trzymaniu się standardów, troskliwej i stałej dbałości o jakość, zdobywaniu i budowaniu zaufania klientów. To klasyczna wizja strategii marki, znana między innymi z typologii Michaela Portera, która jest podstawą wiedzy z zarządzania, ba, sama jej uczę. Według tej teorii, pochodzącej z lat 80., strategia marki polega na wyróżnianiu się przez organizację w oczach klientów i żądanie za swój produkt lub usługę wyższej ceny. Wymaga to nieustannej koncentracji na wysokiej jakości, m.in. poprzez odpowiedni dobór pracowników i kierowanie nimi w taki sposób, by podnosili stale swoje kwalifikacje i byli autentycznie oddani wysokojakościowej pracy. Takiej, jaką wykonywał dr Anderson.

Mówimy studentom o tym, że markę bardzo ciężko jest wypracować – to dziesięciolecia starań i ciągłej poprawy, ale bardzo łatwo stracić, bo wystarczy chwila braku dbałości, drobne niechlujstwo, małe oszustwo, które zostanie ujawnione – a na konkurencyjnym rynku na pewno zostanie. I to jest mniej więcej to, co przeciętny wykształcony Polak wie na temat marki. Nie wie, a raczej nie rozmyśla na ogół nad tym, że jest to jedna z godnych i sensownych teorii pochodzących z ubiegłego stulecia, gdy zarządzanie też bywało godne i sensowne, a firmom i ludziom żyło się dostanie, często ramię w ramię – co można przyznać niezależnie od tego, czy się lubi kapitalizm, czy nie. Kapitalizm miał swoje jasne chwile i ta teoria opisuje jedną z nich. Marka to zaufanie, zaufanie to ludzie, o ludzi trzeba dbać, bo bez nich nie ma jakości, a bez jakości – równia pochyła do świata bubla, barbarzyństwa i bezmyślności…

No właśnie, tu zaczyna się problem z tym, co widzimy, patrząc w dół na ten fundament naszej wiedzy. Nadmierny blask podłoża powinien nam podpowiedzieć, że to, co widać, nie jest Ziemią, że straciliśmy z nią kontakt. To błyszcząca powierzchnia jakiegoś szklanego sufitu tam w dole ukazuje nam obraz, dzięki któremu możemy sobie dalej bujać w obłokach w naszej ekonomicznej fantazji, zamiast odszukać otrzeźwiającego widoku rzeczywistości takiej, jaka ma miejsce obecnie na naszej planecie. Porter opisuje dobre dekady oświeconego kapitalizmu, gdy „wschodnie zagrożenie” wymuszało w zarządzających szacunek dla postulatów związków zawodowych, gdy liczono się z głosem pracowników, bo istniała alternatywa, której większość mieszkańców Zachodu się bała, ale która jednak skłaniała do respektu wobec dążeń klasy pracowniczej. Socjaldemokratyczne państwo była w stanie zapanować nad korporacjami i obiecywało każdemu coś dobrego. Instytucje i struktury funkcjonowały sprawnie i były dobrze dostosowane do warunków gospodarczych i politycznych, więc obietnice można było spełnić – i wiele krajów Zachodu faktycznie je spełniało.

Tak było wtedy. Potem przyszła rewolucja Margaret Thatcher i Ronalda Reagana, deregulacja, prywatyzacja i menedżeryzacja życia gospodarczego i społecznego, padły mury między Wschodem a Zachodem i ogłoszono koniec historii. Nikt już nie starał się równoważyć interesów, bo już „nie istniała alternatywa”, zapanował monoświat, którego czystość w nowszej historii marzyła się bodajże tylko Stalinowi. Przyszły czasy nieokiełznanych podbojów i procesów konsolidacyjnych, które sprawiają, że wszelkie majaczenie o wolnej konkurencji brzmi obecnie równie żenująco jak przywoływanie ideałów socjalistycznej równości za czasów Andropowa. Przyszła finansjalizacja i przeorientowanie zarządzania z dbałości o długotrwały interes organizacji na chwilowy interes funduszy inwestycyjnych. Markę opisuje dziś nie model Portera, lecz „No Logo” kanadyjskiej aktywistki i autorki Naomi Klein.

Według niej, marka obecnie nie jest gwarantem, symbolem jakości zawartej i tworzonej gdzie indziej – wewnątrz organizacji, czy nawet oferowanej w postaci produktu lub usługi, lecz bytem samym w sobie, wartościowanym finansowo na własnych prawach, w oderwaniu od tych procesów i rzeczywistości, których wyrazem była w poprzednim stuleciu. Tworzy ją funkcja marketingu i „komunikacji” (PR), posługując się twarzami (i innymi, finansowo wartościowymi, częściami ciała) celebrytów, wiecznie wyszczerzoną bielą zębów w wizerunkach reklamowych, przekazami głównonurtowych mediów i szkół biznesu, wreszcie samych konsumentów, którzy są tak zsocjalizowani w kulcie marek, że jest dla nich równie naturalny, jak funkcje fizjologiczne organizmu.

Marka odkleiła cię całkiem od organizacji – można ją sprzedać, podzielić, przejąć itd., itp., niezależnie od przypisanej doń organizacji wraz z całą jej technologią, tradycją czy personelem. Marka ma znaczenie sama w sobie, jest bytem bardziej realnym niż usługa, produkt czy organizacja, którą miałaby wyrażać. W trakcie zebrania strategicznego poświęconego kształtowaniu jakości na Uniwersytecie w Durham, gdzie niedawno pracowałam, wszyscy, bez absolutnie żadnej skłonności do kwestionowania tego, dyskutowali przez kilka bitych godzin wyłącznie o tym, jak na tle innych internetowych wizerunków wypadają internetowe obrazki ich uczelni. Głos proponujący inne kwestie do dyskusji został zignorowany, ale nie tak, jak ignoruje się coś bez sensu czy nie na temat, ale tak, jak nie zwraca się uwagi na coś, co nie istnieje. Brand jest wszystkim, wszystko jest brandem. Na kreowanie tegoż poświęca się gigantyczne sumy, o których, rzecz jasna, nie ma mowy, jeśli chodzi o takie sprawy, jak warunki zatrudnienia i pracy czy nawet stara poczciwa uczciwość kupiecka. Inwestowane są gigantyczne sumy w działania wspierające taki oderwany od jakiejkolwiek treści branding, powstał potężny biznes rankingów, z misterną i drogocenną mechaniką i logiką utrzymania na każdym poziomie, gdzie chleb idzie do działów marketingu, a igrzyska rozgrywane są stale między symbolami różnych marek, staczających drogocenne potyczki na symbolicznych arenach rozkwitających specjalistycznych korporacji lub na łamach właściwych mediów.

Żadnej liczącej się korporacji nie obchodzi już, w jakich warunkach i przez kogo wykonywana jest praca. Żadnej korporacji nie stać na godne płacenie pracownikom. Żadna korporacja nie może sobie pozwolić na zapewnianie dobrych warunków pracy. Nie jest istotne, by zatrzymać przy sobie pracowników, a gdy mówi się o „zatrzymaniu kompetencji”, ma się na myśli własność w sensie prawa autorskiego. Tak pojętej marce służą parametry do jej pomiaru i perfekcjonowania, to ją ma się na myśli wypowiadając z dreszczem magiczne słowo „doskonałość”, to w nią inwestuje się wszelkie wartości, ba, to ona jest wartością, sama w sobie, samą dla siebie.

Wartością większą niż życie dobrego pracownika doktora Malcolma Andersona. Niż życie każdej i każdego z nas. Spójrzmy w dół, poprzez ten szklany sufit pod naszymi stopami, popatrzmy długo i dobrze, a ujrzymy to, co ukrywają błyszczące fasady. Grunt, gleba, proch – stamtąd przychodzimy wszyscy, tam zmierzamy. Między tam a teraz jeszcze dla nas, choć nie dla niego, tymczasem – przestrzeń do życia, do miłości, do kłótni, buntu, wiary, pracy… i pamięci. Pamiętajmy o Malcolmie Andersonie, naszym koledze i współprzechodniu w tych przedziwnych, strasznych i błyszczących czasach. On wiedział to, co i my wszyscy wiedzieć powinniśmy i zapłacił za to cenę, która naprawdę jest najwyższa. Przez szacunek dla niego i dla samych siebie znajmy ją i znajmy wartość, która za nią się kryje.

prof. Monika Kostera

Rok 2049: trzy scenariusze dla związków zawodowych

Rok 2049: trzy scenariusze dla związków zawodowych

Rok 2049: trzy scenariusze dla związków zawodowych

Zmiany klimatu i cyfryzacja kształtować będą oblicze XXI wieku – nie należy jednak lekceważyć zdolności społeczeństwa do współkształtowania swojej przyszłości. To, w jaki sposób ruchy społeczne, takie jak związki zawodowe, federacje biznesowe czy partie polityczne dostosują się do tych trendów, odegra kluczową rolę w tworzeniu modelu społecznego dominującego w połowie wieku.

Myślenie o świecie roku 2049 oznacza wyobrażanie sobie kształtu społeczeństwa, na którego wpływ już dziś mają dwa długofalowe trendy – zmiany klimatu oraz transformacja gospodarki w kierunku cyfrowym, określana przez niektórych mianem czwartej rewolucji przemysłowej. Na pierwszy rzut oka trendy te wydają się od siebie niezależne. Ten pierwszy przychodzi do nas z zewnątrz w formie ograniczeń narzucanych przez naturę. Ten drugi to zmiany wewnątrz systemu, spowodowane przemianami w procesach produkcyjnych. Wydaje się zatem, że z jednej strony powinniśmy poszukiwać rozwiązań prowadzących do redukcji emisji dwutlenku węgla, z drugiej zaś takich, które niwelować będą negatywne skutki społeczne cyfryzującej się gospodarki. Wyzwania te często postrzegane są jako wymagające rozwiązań w tym samym czasie, jednak rzadko łączy się je w jedną, spójną opowieść o zmianach.

Oba te wyzwania mają jednak wspólne źródło – uprzemysłowienie, będące przyczyną zmian klimatu oraz bodźcem kolejnych „rewolucji” w procesach produkcji. W obu przypadkach wystarczy zatem znaleźć odpowiedź na jedno pytanie, a mianowicie to, jak przekształcić modele produkcji tak, by tworzyły bogactwo (pytanie – ile i jak definiowane?) bez niszczenia środowiska oraz z zachowaniem spójności społecznej. Po 200 latach ciągłego wzrostu i rozwoju widać, że do tej pory model nigdy nie był zdolny do działania bez wykorzystywania olbrzymiej ilości zasobów naturalnych oraz tworzenia równie imponujących ilości odpadów. Rzut oka na rok 2049 wymaga od nas zastanowienia się nad przyszłym kształtem modelu przemysłowego, włączając w to kwestie produkcji żywności oraz handlu międzynarodowego.

Pierwszy scenariusz można określić mianem zależności od szlaku. W tej wizji odbijać się będzie suma podjętych w przeszłości decyzji, związanych m.in. z niskimi ambicjami w zakresie ochrony klimatu, konfliktami dyplomatycznymi, istotną rolą lobby przemysłowego, poszerzaniem się skali nierówności i polaryzacji społecznej. W efekcie w roku 2049 jesteśmy świadkami utrzymywania się w globalnej skali dzisiejszych modeli produkcyjnych w związku ze słabością ośrodków politycznych oraz ich niezdolnością do ograniczenia negatywnych kosztów zewnętrznych generowanych przez biznes zysków – być może poza najbardziej skrajnymi przypadkami. W rezultacie obserwujemy powolne osuwanie się naszej planety w odmęty społeczno-klimatycznego chaosu, od którego wolna pozostaje jedynie nieliczna garstka ludzkości. Coraz bardziej autorytarne rządy stawiać będą na konkurowanie ze sobą oraz na podtrzymywanie status quo dla swoich wąsko pojmowanych korzyści. Scenariusz ten wygląda na zupełnie irracjonalny, ale na rzecz jego urzeczywistnienia, niczym w zaproponowanej przez Chrisophera Clarka metaforze dotyczącej I wojny światowej, pracuje niejeden „lunatyk”. Należą do nich przedstawiciele krótkowzrocznych elit politycznych, różnego rodzaju lobby, sprzyjające biznesowi rządy, gotowe płacić dowolną cenę za nawet drobne wzmocnienie wzrostu gospodarczego, liczący na olbrzymie zwroty inwestorzy oraz udziałowcy marzący o wysokich pensjach, premiach i dywidendach. W najlepszym wypadku ich zachowanie nazwać można nierozważnym, w najgorszym – nadającym się do kryminału.

Drugi scenariusz to wizja, w której modele produkcyjne ulegają korekcie w celu zmierzenia się z wyzwaniem klimatycznym oraz zachowania spójności społecznej. W przypadku takiego obrotu spraw mamy do czynienia z czymś, co nie do końca trafnie określa się mianem „zielonego kapitalizmu” i co tak naprawdę powinniśmy nazwać społeczną eko-industrializacją. To opcja, w której modele produkcji generują zyski dla udziałowców, ale zarazem realizowane są z poszanowaniem dla środowiska i wspierają realizację zasad sprawiedliwości społecznej. W roku 2020 będziemy już być może na progu realizacji tego scenariusza dzięki naszej wiedzy o zrównoważonej produkcji, energetyce odnawialnej, recyklingu czy gospodarce o obiegu zamkniętym. Pomimo istnienia niemal powszechnego przekonania co do słuszności pójścia w takim kierunku jego realizacja wydaje się mało prawdopodobna, jako że aktualny model ekonomiczny musi dopiero udowodnić, iż potrafi pogodzić ze sobą zysk, środowisko i jakość życia – do tej pory w przypadku konfliktu między tymi trzema wartościami niemal zawsze wygrywała ta pierwsza. Ani rozwój energetyki wiatrowej i słonecznej, ani wizje zrównoważonego rozwoju i ekonomii cyrkularnej nie były w stanie doprowadzić do redukcji globalnych emisji gazów cieplarnianych, które wciąż rosną wraz ze wzrostem PKB. Jedyne momenty, w których do takich redukcji dochodziło, to okresy recesji. Od roku 2000 mieliśmy tylko dwie tego typu chwile. Fakt ten uzasadnia sceptycyzm wobec realności tego scenariusza.

Trzecia opcja oznacza rozpad dotychczasowego modelu. Jego przyczyną może być nieoczekiwany, olbrzymi kryzys gospodarczy i zmiany związane z wyczerpaniem się źródeł inwestycji, światowy kryzys energetyczny w postaci wzrostu cen ropy do poziomu drastycznie podnoszącego koszty obsługi maszyn czy transportu dóbr, ale także przedłużające się niepokoje społeczne i polityczne. Bylibyśmy świadkami końca modelu, wobec którego już dziś widzimy pewne alternatywy – opcje, które po roku 2020 mogłyby ulec gwałtownemu rozwojowi, takie jak ożywienie spółdzielczości, postawienie na dobra wspólne, demokrację energetyczną, lokalne waluty czy otwarte modele niehierarchicznej współpracy typu peer-to-peer, zastępujące rozwijające się od początku XXI wieku technologiczne oligopole.

Jak, w obliczu tak zarysowanych scenariuszy przyszłości, wyglądać ma przyszłość związków zawodowych w roku 2049? Aby móc odpowiedzieć na to pytanie musimy raz jeszcze spojrzeć na model produkcji, który przyczynił się do ich powstania. Ich przyszłość w dużej mierze zależy od jego dalszych losów. Związki zawodowe stoją zatem w obliczu szeregu możliwości.

Pierwszym – i najbardziej posępnym z ich punktu widzenia – scenariuszem byłby ich zanik. W coraz bardziej rozwarstwionym społeczeństwie ich wiarygodność jako reprezentantów świata pracy mogłaby ulec załamaniu w wyniku zmiany dominującego oblicza zatrudnienia w stronę rosnącej prekarności. Związkom grozić może również stawanie się biernymi wspólnikami destrukcyjnego modelu, który do dalszego rozwoju wymagać będzie wsparcia coraz bardziej autorytarnych rządów.

W drugiej wizji ich rola – paradoksalnie – może ulec wzmocnieniu w związku z potrzebą zachowania spokoju społecznego i znalezienia odpowiedzi na niepokoje związane zarówno z „końcem miesiąca” oraz „końcem świata” – lękami, z którymi związane były protesty francuskich „żółtych kamizelek”. Scenariusz ten oznacza budowanie nowych sojuszy i pozostanie niezwykle ambitny, jako że wymagać będzie połączenia kwestii społecznych (pracy i jej warunków, siły nabywczej czy spójności terytorialnej), klimatycznych (ograniczania emisji gazów cieplarnianych, działań adaptacyjnych, minimalizowania skutków gwałtownych zjawisk pogodowych) oraz przemysłowych (transformacji modeli produkcji, zmniejszania zużycia zasobów naturalnych, ograniczania potrzeby transportu, zwiększania poziomów recyklingu i ograniczania konsumpcji). Czy to możliwe? Czy nasze wzorce produkcji mogą zacząć uwzględniać społeczne i środowiskowe ograniczenia w ich rozwoju? Teoretycznie tak – nie ma tu bowiem żadnych ograniczeń strukturalnych. Największym wyzwaniem w tym scenariuszu jest jednak przekonanie do niego globalnych elit gospodarczych, finansowych i politycznych. Zmiany te oznaczają dla nich konieczność istotnego skoku myślowego. Jego sukces wymaga powstania potężnego sojuszu graczy społecznych i ekonomicznych, obrońców środowiska oraz obywateli, zdolnych do wytyczenia kursu i wykorzystania drzemiącej w nich siły. Porażka w walce o realizację tego scenariusza oznaczać będzie ziszczenie się pierwszej, opisanej przed chwilą alternatywy.

W przypadku opcji trzeciej – załamania się dotychczasowego modelu gospodarczego – związki bądź to zastąpione zostaną przez nowe, bardziej elastyczne i przygodne formy organizacyjne (np. grupy obywatelskie), bądź też będą zdolne do przystosowania swych struktur do bardziej lokalnego, partycypacyjnego, kolektywnego działania. Tworzenie nowych sojuszy pozwoli im na odgrywanie większej niż do tej pory roli w nowych obszarach, takich jak jakość życia, zdrowie, nowe formy zabezpieczeń społecznych mieszkalnictwo czy szkolenia zawodowe. Świat ten byłby bliski ideałom spółdzielczości. Produkcja uległaby reorganizacji w oparciu o model demokratycznych dóbr wspólnych – otwartych systemów, dzielenia się zasobami oraz zarządzania nimi przez lokalną społeczność wytyczającą reguły. W modelu tym nie byłoby już dominacji wielkich, ponadnarodowych korporacji i ich lokalnych oddziałów – dominowałoby mniejsze inicjatywy, sieciujące się ze sobą niczym baskijska grupa Mondragon.

Wspomniane trzy opcje pokrywają się z zestawem możliwości opracowanym przez ekonomistę Alberta Hirschmanna – wyborem między lojalnością, zabraniem głosu oraz rezygnacją. Lojalność związków zawodowych wobec coraz bardziej zawodzącego modelu gospodarczego może oznaczać ich skorumpowanie i klęskę. Szeroki, pełen nowych sił, głośno deklarujący swoje postulaty ruch może kierować i przyspieszać zwrot w stronę nowego, eko-przemysłowego modelu gospodarczego z silnym komponentem społecznym. Rezygnacja z podtrzymywania status quo oznaczałaby ostateczne zerwanie powiązań między uprzemysłowieniem a uzwiązkowieniem, zmieniając – lub zastępując – ruch pracowniczy innymi formami zbiorowej współpracy w nowym, wymagającym dopiero wymyślenia postindustrialnym modelu ekonomicznym.

Christophe Degryse

Tłumaczenie Bartłomiej Kozek

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w piśmie „Green European Journal”. Dziękujemy redakcji za zgodę na przedruk. W przedruku pominięto przypisy.

Zdjęcie w nagłówku tekstu: Greater Boston CLC’s Futures Committee

Piotr Wójcik: Klasy w szkole

Piotr Wójcik: Klasy w szkole

Szkoła to jedno z najważniejszych miejsc we współczesnym społeczeństwie opartym o gospodarkę rynkową. Jej wagę doceniają niemal wszyscy – konserwatyści, liberałowie i socjaldemokraci. Oczywiście wszyscy w inny sposób. Konserwatyści uważają szkołę za najlepsze miejsce zakorzeniania wartości tradycyjnych i patriotycznych w narodzie. Dla liberałów szkoła to jeden z obszarów polityki społecznej, na którą wydali koncesję państwu – dajmy szansę wyedukować się społeczeństwu, a potem niech już ono radzi sobie same. Dla lewicy szkolnictwo publiczne to jeden z kluczowych instrumentów redukowania nierówności szans. Oczywiście wszystkim tym środowiskom ideowym szkoła przynosi srogie rozczarowanie. Konserwatyści muszą się mierzyć z tym, że szkoła w naturalny sposób, jako środowisko młodzieży, staje się ośrodkiem buntu wobec skostniałych struktur i archaicznych wartości. Liberałowie wnet przekonują się, że zaoferowanie możliwości edukacyjnych społeczeństwu nie wystarczy, aby dać każdemu szansę – nie wszyscy będą mogli z niej w równy sposób skorzystać. Natomiast zawód socjaldemokratów polega na tym, że pomimo wysiłków szkoła i tak jest płaszczyzną, na której reprodukują się różnice klasowe i przewagi grup hegemonicznych.

Szkoła jednej klasy

Szkoła nie tworzy równych szans wszystkim z dwóch głównych powodów. Pierwszym są różnice w kapitale kulturowym i materialnym rodzin uczniów. Dzieci z zamożnych domów mają stworzone komfortowe warunki do nauki także poza budynkiem szkoły. Często są dowożone i odbierane samochodem przez rodziców, więc są bardziej wypoczęte i mają więcej sił i czasu na pracę w domu. Są też dobrze odżywione i nie muszą się martwić o trywialne szczegóły egzystencji. Ich rodzice mają zwykle większy kapitał kulturowy, więc zawsze mogą pomóc swoim potomkom w nauce, a jeśli czegoś nie będą wiedzieć, to mogą zatrudnić korepetytora. Dzieci z „dobrych domów” wielu rzeczy uczą się też mimochodem – słuchają dyskusji rodzinnych, mają łatwy dostęp do książek dużo ciekawszych, niż szkolne lektury, dzięki czemu rozwijają zainteresowanie światem. Często są też wciągane przez rodziców do różnych podejmowanych przez nich projektów, społecznych czy kulturalnych, które także są znakomitym polem do nauki. Dzieci z niezamożnych domów, których rodzice nie dysponują odpowiednim kapitałem kulturowym, są tego wszystkiego pozbawione.

Drugim z powodów są specyficzne postawy społeczne reprezentantów poszczególnych klas. Szkoła jest dostosowana zdecydowanie do postaw reprezentowanych przez klasę średnią. Promuje wśród uczniów obowiązkowość, systematyczność, karność i nastawienie na pracę nad sobą, niezbędną do podejmowania rywalizacji. Dzieci z klasy ludowej, których życie jest zdecydowanie mniej stabilne, takich postaw nie mają zakorzenionych, także dlatego, że w codziennych zmaganiach niekoniecznie im się one przydadzą. Żeby przetrwać w swoim środowisku pozaszkolnym, muszą wykształcić w sobie twardy charakter, odwagę i nieustępliwość. Tymczasem w szkole te cechy są bezlitośnie tępione. Żyją więc w pewnym rozkroku – w środowisku pozaszkolnym potrzebny jest im do przetrwania pewien zbiór cech, jednak w szkole jest on dla nich balastem. Więcej czasu spędzają jednak poza szkołą, więc naturalnie przyswajają postawy typowe dla klas ludowych. A w szkole przyjmują postawę obronną – wagary, kultura szkolnego oporu czy tworzenie grup ludzi o podobnym nastawieniu, które często żyją w kontrze do „frajerów” z dobrych domów.

Szkoła zajmuje się też tematami typowymi dla klasy średniej. Dzieci z klasy ludowej wchodząc do niej znajdują się w innym świecie. Historyjki czytane w podręcznikach zupełnie do nich nie trafiają, bo nie odzwierciedlają ich codziennych przeżyć. Nic więc dziwnego, że szybko dochodzą do wniosku, iż szkoła to strata czasu. Zresztą sami nauczyciele to jedna z najbardziej wpływowych grup w klasie średniej – co prawda nie dysponują znacznym kapitałem materialnym, ale bardzo dużym kapitałem kulturowym. Nic więc dziwnego, że tworzą środowisko typowe dla klasy średniej, jednak zupełnie obce dla klasy ludowej. Z tych wszystkich powyższych powodów szkoła, zamiast wyrównywać szanse, często reprodukuje niektóre rodzaje nierówności. Problem w tym, że gdyby jej nie było, nierówności byłyby zdecydowanie większe.

Fikcyjna rejonizacja

Chyba najbardziej kompleksowe opracowanie nierówności w polskich szkołach przedstawił Przemysław Sadura w książce „Państwo, szkoła klasy”. Wyłania się z niej obraz nieustannie reformowanej polskiej szkoły, która choć formalnie stara się wyrównywać szanse, to klasy wyższa i średnia bez trudu znajdują sposoby wykorzystywania swych przewag, za to klasa ludowa jest coraz bardziej zagubiona. A negatywne skutki reform dotykają właśnie ją.

Sadura zaczyna analizować sytuację już od edukacji przedszkolnej. To na tym etapie najłatwiej zakorzenić w dzieciach chęć do nauki. Badania prowadzone przez OECD i IEA pokazują, że dzieci chodzące do przedszkola osiągają później lepsze wyniki w czytaniu i matematyce. Niestety transformacja mocno dotknęła również przedszkola – o ile w 1989 r. było 910 tys. miejsc w przedszkolach, to w 2004 już tylko 683 tys. Od 2006 r. liczba miejsc w przedszkolach zaczęła rosnąć, jednak wciąż daleko Polsce do krajów, w których opieką przedszkolną objęte są niemal wszystkie dzieci powyżej lat 3. W 2014 r. do przedszkola chodziło 74 proc. dzieci w wieku 3-5 lat. Z tej perspektywy negatywnie należy ocenić reformę edukacyjną PiS, która zlikwidowała obowiązek przedszkolny 5-letnich dzieci. Tym bardziej, że z dobrowolnej opieki przedszkolnej korzystają przede wszystkim dzieci z klasy średniej i wyższej. W 2010 r. pełne trzy lata w przedszkolu spędziło 59 proc. dzieci rodziców z wyższym wykształceniem, tylko 14 proc. dzieci rodziców z wykształceniem zawodowym i zaledwie 3 proc. dzieci rodziców z wykształceniem podstawowym.

Kolejnym ważnym aspektem w egalitaryzmie edukacyjnym jest późny etap selekcji na uczniów lepszych i gorszych. W Polsce był on stosunkowo późny dzięki 8-letniej podstawówce. Reforma edukacji z 1999 r. miała go jeszcze opóźnić o rok, dzięki rejonizacji gimnazjów. Jednak szkoły oraz rodzice znaleźli sposoby, by realną selekcję rozpocząć dużo wcześniej. Już w wielu szkołach podstawowych dzielono klasy dla uczniów „zdolnych” oraz „wyrównawcze”. Oczywiście w większości przypadków robiono to nieformalnie, lecz zdarzało się nawet, że rodziców proszono o wypełnienie ankiet, w których mieli opisać swoją sytuację materialną czy zawodową, na podstawie których dzielono klasy. Sam mogę potwierdzić taką praktykę – w podstawówce chodziłem do klasy „f”, do której trafiali niemal wszyscy spadkowicze, za to w klasie „e”, do której chodziły dzieci nauczycieli, spadkowiczów nie było wcale.

Szkoły oraz rodzice nauczyli się także jak obchodzić rejonizację gimnazjów, przez co po reformie realny etap selekcji następował już po 6 latach podstawówki. Miało to miejsce szczególnie w dużych miastach – w miastach mniejszych i na wsiach to zjawisko nie występowało na dużą skalę. Elitarne miejskie gimnazja tworzyły więc osobny nabór uczniów spoza rejonu, w ramach którego trafiali tylko „najzdolniejsi”, czyli dzieci z dobrych domów. Klasa średnia miała zatem możliwość „ulokowania” swoich pociech w szkołach skupiających talenty ze swojego środowiska, a do gimnazjów z gorszych dzielnic trafiały te dzieci z rejonu, które nie miały tyle szczęścia. O ile jeszcze w 2003 r. zróżnicowanie międzyszkolne egzaminów gimnazjalnych wynosiło 15 proc., to już w 2013 r. wzrosło do 24 proc. Gdyby policzyć same miasta powyżej 100 tys., zróżnicowanie międzyszkolne wynosiło w 2013 r. aż 40 proc., co jest już poziomem typowym dla edukacji po progu selekcyjnym. W tym czasie zróżnicowanie międzyszkolne wyników podstawówek wynosiło w dużych miastach jedynie 10 proc. Widać więc jak na dłoni, że rejonizacja gimnazjów w miastach powyżej 100 tys. mieszkańców, a takich mamy ponad 30, była fikcją. A reforma z 1999 r., zamiast opóźnić selekcję o rok, przyspieszyła ją o dwa lata.

Z tej perspektywy ocena reformy PiS, która likwiduje gimnazja, jest ambiwalentna (to już moje zdanie, Sadura ocenia ją jednoznacznie źle). Owszem, dzięki niej skończy się patologia omijania rejonizacji i tworzenia elitarnych gimnazjów w miastach. Pytanie jednak, czy nie byłoby lepsze zostawienie gimnazjów i likwidacja po prostu możliwości omijania rejonizacji. Dzięki temu etap selekcji następowałby dopiero po 9 latach, co bardziej wyrównywałoby szanse.

Czesne jak wypłata

Kolejnym czynnikiem nierówności w edukacji było umożliwienie zakładania szkół prywatnych. Uczniowie takich szkół w Polsce osiągają znacznie lepsze wyniki w badaniach PISA. Jest wiele elitarnych prywatnych szkół w Polsce – chyba najsłynniejsza to Zespół Szkół Bednarska w Warszawie, do którego chodzi duża część dzieci warszawskiej elity (druga część chodzi do innej szkoły prywatnej). W szkołach tych następuje „naturalna” selekcja – są one płatne, więc są dostępne tylko dla dzieci z zamożnych domów. Czesne w Bednarskiej kosztuje 1500 zł za miesiąc – wielu rodziców w Polsce zarabia niewiele więcej. Dzieci z takich prywatnych szkół i gimnazjów mają otwartą drogę do najlepszych liceów i uczelni w Polsce. Kolejny aspekt nierówności to coraz bardziej popularne korepetycje, które wielu nauczycieli wykorzystuje do dorabiania do pensji. Wśród uczniów pobierających korepetycje widać zdecydowaną przewagę dzieci z klas wyższej i średniej. Według badań opisanych przez Sadurę, korepetycje pobierało 69 proc. dzieci wyższej kadry zarządzającej i specjalistów, 52 proc. dzieci pracowników średniego szczebla, 33 proc. dzieci z klasy robotniczej i jedynie 10 proc. dzieci rolników.

Sadura opisuje również, jak specyficzne postawy prezentowane przez przedstawicieli poszczególnych klas pomagają lub przeszkadzają im w osiągnięciu sukcesów szkolnych. Zwraca uwagę, że szkoła została podporządkowana wartościom klas wyższej i średniej. „Warstwy wyższe kontrolują sfery symboliczne, na których oparty jest system szkolny. W ten sposób narzucają mu właściwe sobie wartości, schematy postrzegania i myślenia oraz kody językowe (Bernstein 2003). Uczniowie z warstw uprzywilejowanych mają więc ułatwione uczestnictwo w przekazywanych treściach, łatwiej im też osiągnąć sukcesy szkolne”. Sadura przedstawia też wywiady z uczniami z trzech klas – wyższej klasy średniej, niższej klasy średniej oraz klasy ludowej. Uczniom z niższej klasy średniej szkoła kojarzyła się bardzo dobrze. Cenili w niej jasne zasady, wspieranie etosu systematycznej pracy, nastawienie na rywalizację i osiąganie sukcesów. Czyli za wszystkie wartości typowe dla klasy średniej. Najgorzej wspominali szkołę uczniowie z klas ludowych, którzy często nie potrafili się przystosować do dominujących w niej wartości. Pozytywnie wspominali jedynie relacje w grupie rówieśniczej oraz zajęcia wychowania fizycznego.

Aby rzeczywiście otworzyć możliwości edukacyjne dla klasy ludowej, potrzebna byłaby głęboka zmiana nie tylko administracyjna, ale też programowa. Taka, która przybliżyłaby nauczaną materię oraz promowane postawy do dzieci z klasy ludowej – obecnie w wielu aspektach są to dla nich rzeczy zupełnie oderwane od rzeczywistości. Niestety tu reforma PiS również nie poprawi sytuacji – PiS raczej dąży do tego, by podstawę programową jeszcze bardziej nasycić kwestiami patriotycznymi, karty podręczników bohaterami narodowymi, a listę lektur literaturą z XIX wieku. Taki przekaz trafia może do dzieci starych rodów żyjących od pokoleń w stolicy lub Krakowie, ale raczej średnio do ucznia spędzającego pół dnia na śląskim podwórku. Jedyną nadzieją jest w takiej sytuacji to, że nauczyciele wyjrzą wreszcie poza swoją średnioklasową perspektywę i postarają się dotrzeć do uczniów myślących zupełnie innymi schematami. Przecież wcale nie gorszymi.

Piotr Wójcik

Zdjęcie w nagłówku tekstu Tomasz Chmielewski

Zrób sobie własny wskaźnik [2002]

Zrób sobie własny wskaźnik [2002]

Według raportu opublikowanego w lipcu przez jedną z najbardziej znanych firm konsultingowych Arthur D Little International, palenie może być korzystne dla gospodarki, ponieważ palacze umierają młodo i dlatego w mniejszym stopniu korzystają z usług publicznych niż niepalący. Ci ostatni częściej dożywają wieku emerytalnego, co naraża państwo na kosztowne zasiłki emerytalne i świadczenia opieki lekarskiej – w tym drugim przypadku bardzo niepraktyczne jest to, że korzystają z nich jednostki nieprodukcyjne. Mówi się o tym, że konsultanci pracowali też nad szeregiem innych zagadnień związanych z zagadnieniem wydajności ekonomicznej – prawdopodobne wyniki mają potwierdzać, że rozwój przemysłu budowlanego można osiągnąć przez zniesienie przepisów BHP, ponieważ taniej jest zastąpić martwego pracownika niż opłacać wydatki związane z bezpieczeństwem pracy. Inna propozycja: dzieci, które nie dają sobie rady w szkole, w wieku jedenastu lat powinny być natychmiast wysyłane do prostej pracy fizycznej, nie można tracić pieniędzy na kosztowne wykształcenie, które nie przyniesie odpowiednich korzyści ekonomicznych. Podobno nowym pomysłem na zrównoważenie bilansu płatniczego ma być propozycja, aby przestać wypłacać emerytury i zaoszczędzone w ten sposób pieniądze zainwestować w produkcję broni na eksport.

Nie, nie oszalałem, ani nie bluźnię. Pierwszy raport tej agencji został już zaprezentowany rządowi czeskiemu przez giganta tytoniowego Philip Morris (no dobra, resztę przykładów wymyśliłem – niedługo się okaże, czy przesadziłem). Według niego, przedwczesna umieralność spowodowana paleniem pozwoliła rządowi czeskiemu zaoszczędzić w 1997 roku 147 mln brytyjskich funtów z pieniędzy, które ów rząd – gdyby Czesi np. palili tylko z okazji zawartych umów – musiałby wydać na emerytury. Raport wydaje się mieć na celu przekonanie czeskiego rządu do „szerszego obrazu”, który wygląda mniej więcej tak: palenie jest dobre na poziome makroekonomicznym, więc jakiekolwiek ruchy w celu jego ograniczenia, jak np. opodatkowanie, ostrzeżenia lekarskie, ograniczenia reklamy, są sprzeczne z celami gospodarczymi.

Myślę, że większość ludzi czytając powyższe stwierdzenia pomyśli: to jakiś absurd – cóż, aberracje wydarzają się w każdej populacji od czasu do czasu. Jest mi przykro, ale muszę im powiedzieć, że się mylą. Nie jest to przykład odchylenia, ale „nieubłaganej logiki” stojącej za raportem brytyjskich konsultantów, która po prostu bazuje na treściach nauczanych w większości podręczników ekonomii. Czeszka zajmująca się kampaniami związanymi ze zdrowiem wskazała, że idąc dalej tym tropem powinno się zabijać emerytów w chwili osiągnięcia wieku emerytalnego.

Jeśli każdy z nas weźmie do ręki gazety gospodarcze, to bez trudu odnajdzie podobne wątki. Naturalnym pytaniem podsuwanym przez zdrowy rozsądek jest: czemu, gdzie tkwi błąd? Odpowiedź leży w naszym własnym postrzeganiu tego, co ważne, komunikowaniu tego innym i – bo diabeł tkwi w szczegółach – w sposobach, w jakich mierzymy te rzeczy.

Czym jest wskaźnik i dlaczego jest ważny

Ludzie od zawsze myśleli o wskaźnikach, z podstawowych powodów – dzięki nim każdego dnia staramy się zrozumieć i przewidywać otaczający nas skomplikowany świat. Czasem jesteśmy zmuszeni konstruować bardziej skomplikowane wskaźniki, jednak zazwyczaj posługujemy się znacznie prostszymi: sen i apetyt dziecka da nam wskazówkę co do jego zdrowia, ilość robaków w ziemi powie nam coś o jakości gleby, a ptaki i chmury nad oceanem są oznaką pobliskiego lądu. Mało ludzi ma jednak świadomość, że źródłem wskaźników są wartości (to, na czym nam zależy, o co dbamy). Filtrujemy więc wiele szczegółów w naszym życiu, starając się zwracać uwagę na to, co wydaje nam się ważne i właśnie owe najważniejsze rzeczy staramy się „mierzyć”. Jeśli coś uznajemy za ważne, to znaczy, że ma dla nas wartość. Napotykamy na te wartości w momencie, gdy docierają do nas takie pytania jak: Dlaczego czuję się dobrze/źle w miejscu, w którym pracuję? Dlaczego chciałbym pozostać albo opuścić miejsce, w którym żyję?

Idąc dalej, nie da się nie zauważyć, że nasze środowisko naturalne i kultura ukształtowały różnorodność wartości, które są dla nas ważne. I tak w np. w USA ludzie uważają za „ważne” takie kwestie jak: Czy musimy zamykać nasze domy i samochody? Czy w naszych rzekach pływają łososie (stan Washington)? Inaczej wygląda rzecz np. w Portugalii, gdzie częstszymi pytaniami są: ile mamy kilometrów czystej plaży? Czy kiedy idę ulicą ludzie odnoszą się do mnie przyjaźnie? Natychmiast nasuwa się wniosek, że aberracją jest narzucanie wszystkim jednakowego wskaźnika dobrobytu, bo prędzej czy później musi się to skończyć konfliktem.

Nie wiem dokładnie jak to się stało, ale faktem jest, że nie zauważamy pewnego cyklu: wskaźniki potrafią tworzyć wartości i odwrotnie. Jeśli w naszej świadomości często goszczą takie miary jak indeksy giełdowe, wskaźniki cholesterolu, wydajność spalania benzyny przez samochód (litry na 100 km) czy wreszcie PKB, to większość z nas myśli, że owe miary muszą być istotne – w przeciwnym razie nie słyszelibyśmy o nich tak często. Owo sprzężenie zwrotne sprawia, że właśnie te wskaźniki wydają się ważne, niezależnie od tego, czy dobrze mierzą nasze zadowolenie lub dobrobyt czy też w ogóle się do tego nie nadają. Są wykorzystywane w edukacji, propagandzie i dyskusjach politycznych. Lecz jeśli są wybrane arbitralnie lub źle zbudowane, mogą napełnić nasze mózgi bezużyteczną i mylącą informacją, zniekształcać nasz obraz świata i sprawiać, że przestajemy dostrzegać nasze wartości. Co więcej, w takim przypadku jest dużo trudniej znaleźć naprawdę ważne informacje i przekazać je innym. Tak czy inaczej wpływają na rzeczywistość – wyobraźmy sobie, jak odmiennie wyglądałoby nasze dążenie w kierunku dobrobytu, gdyby zamiast PKB jego głównym wskaźnikiem był stosunek bogactwa najbogatszych i najbiedniejszych 10% społeczeństwa!

Jest jeszcze jedna sprawa. Miary, których używamy, potrafią bardzo szybko zmieniać percepcję ludzi i kreować siły zdolne zmieniać przyszłość. Ogromna ilość podejmowanych decyzji, od szczebla gospodarstwa domowego do poziomu państwa, kręci się wokół wybranych wskaźników, ponieważ większość z nas polega na ich „odpowiedniości”. Jeśli np. niezależnie od całej różnorodności świata najważniejszym indeksem staje się PKB per capita, to kraje zaczynają postępować tak, aby go maksymalizować, do czego świetnie nadaje się między innymi promocja palenia tytoniu.

Zrób to sam

Czy naprawdę dobrym wskaźnikiem zdrowia ludzi jest ilość pieniędzy wydawana na opiekę zdrowotną? Czy o poziomie edukacji świadczy ilość komputerów w szkole? Czy wzrost PKB oznacza to samo, co rozwój gospodarczy, jeśli może następować dzięki zwiększonej przestępczości, handlowi bronią lub rozkwitowi takich dziedzin gospodarczych jak hazard? Czy wzrost oznacza to samo, co rozwój? Idę o zakład, że większości z czytelników tego typu pytania przyszły choć raz do głowy. Niektórzy zdają też sobie sprawę, że większość wskaźników, których się dziś używa, została stworzona w tzw. Pierwszym Świecie i zazwyczaj właśnie jego instytucje dysponują zasobami zdolnymi do zbierania potrzebnych informacji (pieniądze, uniwersytety, infrastruktura). Podejście ich twórców i rodzaje informacji, które są zbierane, mogą być zwyczajnie niedopasowane w stosunku do rzeczywistości nawet tak zbliżonego do Zachodu kraju jak Polska.

Zatem pierwszą zasadą, kiedy czytamy, że coś wzrasta albo spada, powinna być wzmożona uwaga, żeby nie powiedzieć nieufność. Potem najlepiej zadać sobie pytania: czy dany indeks nie jest zbyt ogólny, czy nie nastąpiło wyraźne przekłamanie, czy nie odwraca uwagi od tego, czego bezpośrednio doświadczamy (większość wskaźników gospodarczo-społecznych), czy jego heroldzi nie są zbyt pewni siebie i – w końcu, dla najbardziej dociekliwych – czy wskaźnik nie został oparty na fałszywym obrazie świata.

Obywatelu, jeśli uważasz się za takiego, powinieneś śmiało zastanowić się, czy nie jest możliwe, abyś wymyślił własny indywidualny wskaźnik dobrobytu. Co jest dla Ciebie ważne, w Twoim mieście, regionie, w Polsce? Co jest ważne dla Twojej rodziny? Może następnie warto pogadać o tym z sąsiadami i zastanowić się, jakie są wspólne elementy waszych „linijek”. Podobno sam dialog na ten temat potrafi wiele zmienić…

Nie twierdzę, że jest to proste zadanie, ale ważne jest choćby to, że my sami stajemy się świadomi, co jest nam drogie, co jest możliwe do osiągnięcia, a co nie. Jeśli stwierdzamy, że warto takie ćwiczenie przeprowadzić, powinniśmy wiedzieć o kilku zasadach:

– wskaźniki nigdy nie są doskonałe, ponieważ tylko częściowo oddają rzeczywistość. Nasze mózgi nie „zawierają” rzeczywistości, ale pewne założenia na temat naszego otoczenia, oparte na naszej osobowości, kulturze czy doświadczeniu. Choć dzięki konstruowanym miarom staramy się ograniczyć niepewność, to lepiej pamiętać, że nigdy nie są one doskonałe. Jedna z czołowych postaci XX wieku piszących na ten temat, niedawno zmarła Donella Meadows, napisała kiedyś: „stosowanie złego modelu albo błędnego wskaźnika nie jest jeszcze powodem do wstydu; jest nim kurczowe trzymanie się tego wskaźnika pomimo podważających go dowodów”.

– czasem potrzebujemy „obiektywnych” wskaźników, które mierzą ilość, ponieważ możemy ich użyć do zmierzenia czegoś przez dowolną osobę albo w dowolnym czasie (np. wszystkie miary, które służą nam do ostrzegania przed nadchodzącą powodzią). Zazwyczaj uważamy je za bardziej wiarygodne, co więcej są łatwiejsze do zakomunikowania lub powtórnego przetestowania. Lecz jednocześnie są też bardziej niebezpieczne, bo mają tendencję do zagłuszania.

– wskaźników „subiektywnych”, które mierzą jakość, zazwyczaj nie stosując liczb. Przypomina mi się zasłyszane kiedyś zdanie: „Najpiękniejsze rzeczy w życiu – wolność, harmonia, miłość, nawet piękno naukowej precyzji – nie są rzeczami”.

– wzrost oznacza, że coś staje się większe – rozwój, że coś staje się lepsze. Co dla Ciebie oznacza lepsze życie: nowy samochód czy lepsze powietrze w Twoim mieście, a w kraju – więcej autostrad czy lepiej zorganizowany system komunikacji?

I na koniec: myślenie konsultantów firmy Arthur D Little, jak każde „rozumowanie” będące żonglowaniem fragmentarycznymi danymi, przypomina węża zjadającego swój własny ogon. Badania medyczne potwierdzają, że palenie może być przyczyną niewydolności jajników lub wcześniejszej menopauzy. W związku z tym, niestety, palenie może być przyczyną nie tylko usuwania „zużytych” podatników, ale także może ograniczać produkcję nowych.

Jednak ten fakt nie zrazi krawców posługujących się ową „logiką”. Według niej możesz być tylko urzędnikiem, konsumentem, przedsiębiorcą, pracownikiem bądź podatnikiem; z tej „logiki” wypływają wskaźniki, którymi żonglują ekonomiści, politycy i gazety. Jeśli nie chcemy, aby owi krawcy przycinali nas stosując miary, które uważamy za głupie bądź szkodliwe, musimy zacząć myśleć o miarach własnych i sprawdzić, czy inni ludzie obok nas przypadkiem nie myślą podobnie.

Maciej Muskat

Tekst pierwotnie ukazał się w piśmie „Obywatel” (poprzedniku „Nowego Obywatela”) nr 4, w roku 2002.

W nagłówku tekstu wykorzystano grafikę Marco Melgratiego.

Trudne powroty

Trudne powroty

Rząd obiecał przywrócenie połączeń do dużych miast pozbawionych kolei. Tymczasem część z nich ma poczekać na pociągi jeszcze wiele lat.

W siedmiu polskich miastach, które licząc więcej niż 50 tys. mieszkańców, pozbawione są komunikacji kolejowej, mieszka prawie pół miliona ludzi. – „Są bardzo duże miasta, jak Jastrzębie-Zdrój czy Lubin, które nie mają połączeń” – mówił jesienią 2018 r., przed wyborami samorządowymi, premier Mateusz Morawiecki. – „Chcemy w kolejnych latach odtwarzać różnego rodzaju połączenia kolejowe”.

Wszyscy na to czekają

Już wkrótce pociągi mają wrócić do 73-tysięcznego Lubina, który, jest drugim pod względem liczby ludności polskim miastem pozbawionym połączeń kolejowych. Ostatni pociąg pasażerski odjechał z Lubina w 2010 r. Przed likwidacją połączeń oferta przewozowa kompletnie nie przystawała do potrzeb tak dużego miasta: cztery na dobę pociągi pokonywały 23-kilometrowy odcinek z Lubina do Legnicy w 50-54 min., a ostatni pociąg odjeżdżał z Lubina o godz. 15:46.

Po reaktywacji podróż z Lubina do Legnicy ma trwać 21 min. Pociągi Kolei Dolnośląskich mają na tej trasie jeździć między godz. 5:00 a 23:00. Ogółem z Lubina do Legnicy będzie kursować 12 połączeń na dobę – w szczycie porannym i popołudniowym pociągi będą odjeżdżać nawet raz na godzinę. Większość pociągów z Lubina nie skończy biegu w Legnicy, lecz zapewni możliwość dotarcia bez przesiadki aż do Wrocławia.

– „Wiem od mieszkańców i samorządowców, że wszyscy na to bardzo czekają” – powiedział wojewoda dolnośląski Paweł Hreniak, gdy w lipcu 2017 r. PKP Polskie Linie Kolejowe zleciły remont przecinającej Zagłębie Miedziowe linii Legnica – Lubin – Rudna Gwizdanów. Celem prac jest wprowadzenie dla pociągów osobowych prędkości 120 km/h oraz poprawa przepustowości dla pogodzenia potrzeb ruchu pasażerskiego i towarowego. Niestety, remont – którego przeprowadzenie jest warunkiem zapewnienia mieszkańcom Lubina atrakcyjnej oferty przewozowej – przedłużył się. Przez to termin reaktywacji połączeń, pierwotnie zaplanowanej na grudzień 2018 r., przesunięto na czerwiec 2019 r.

Również w grudniu 2018 r. miała nastąpić reaktywacja kursowania pociągów na łączącej Dolny Śląsk z Wielkopolską trasie Wrocław – Milicz – Krotoszyn. Jednakże z powodu opóźnień w realizacji remontu termin przywrócenia połączeń był już dwukrotnie przesuwany: najpierw na 11 lutego 2019 r., następnie na 25 marca 2019 r. Gdy w końcu to nastąpi, powiat milicki zyska przecinający go przez środek kręgosłup kolejowy z pięcioma stacjami i przystankami.

Bielawskie przyspieszenie

Jeszcze w 2019 r. połączenia kolejowe ma odzyskać Bielawa – z tego położonego u stóp Gór Sowich miasta ostatni pociąg odjechał już w 1977 r. Prawie 40 lat później, wiosną 2014 r., powstała społeczna akcja „Kolej dla Bielawy”: petycja – pod którą zebrano ponad 3 tys. podpisów poparcia dla powrotu pociągów do miasta – trafiła do samorządu województwa dolnośląskiego oraz Kolei Dolnośląskich.

– „30-tysięczne miasto, jakim jest Bielawa, nigdy nie powinno zostać pozbawione połączenia kolejowego. Mimo to pomysłu jego przywrócenia wiele osób na początku nie brało poważnie pod uwagę. Niemniej władze samorządowe patrzyły pozytywnie na ideę reaktywacji linii kolejowych” – mówi Patryk Hałaczkiewicz, inicjator akcji „Kolej dla Bielawy”. – „Bielawa ma szansę dostać mocny impuls rozwojowy: mieszkańcy dostaną bezpieczne i szybkie połączenie z dużymi miastami regionu, z drugiej strony może ożywić się turystyka. Jedyną szansę w mojej opinii na przywracanie takich połączeń są samorządy. PKP nie jest zainteresowane takimi połączeniami”.

Póki zarośnięte tory z Dzierżoniowa do Bielawy należały do PKP, sprawa rzeczywiście stała w miejscu. Problem w tym, że jednocześnie PKP długo były głuche na podejmowane przez samorząd województwa dolnośląskiego próby przejęcia nieczynnej linii.

Zmiana podejścia PKP do przekazywania nieczynnych linii samorządowi stała się jedną z kwestii, którą po wyborach samorządowych Bezpartyjni Samorządowcy postawili jako warunek zawarcia w sejmiku dolnośląskim koalicji z Prawem i Sprawiedliwością. Umowa koalicyjna została podpisana w listopadzie 2018 r. i już w połowie grudnia 2018 r. PKP oddały linię Dzierżoniów – Bielawa samorządowi. – „Pracujemy nad dokumentacją niezbędną do przejęcia kolejnych linii” – oznajmił wówczas marszałek województwa dolnośląskiego Cezary Przybylski z Bezpartyjnych Samorządowców.

W styczniu 2019 r. nowy zarządca linii z Dzierżoniowa do Bielawy – Dolnośląska Służba Dróg i Kolei – ogłosił przetarg na jej rewitalizację, która obejmie wymianę toru z wprowadzeniem prędkości 80 km/h oraz budowę dwóch przystanków w Bielawie. Jak zapowiada DSDiK, prace przywracające przejezdność ciągu Dzierżoniów – Bielawa potrwają do sierpnia 2019 r. i wkrótce potem możliwe będzie przedłużenie do Bielawy relacji dziewięciu pociągów Kolei Dolnośląskich z Wrocławia i Legnicy, które obecnie kończą bieg w Dzierżoniowie.

Duże miasto, mało połączeń

Za około dwa lata pociągi mają wrócić do 60-tysięcznego Mielca, największego na Podkarpaciu miasta bez połączeń kolejowych. Ostatni pociąg pasażerski opuścił Mielec w 2009 r. Od tego czasu na trasie Dębica – Mielec – Tarnobrzeg kursują tylko składy towarowe, a stan techniczny linii pogarsza się: dopuszczalna prędkość wynosi obecnie zaledwie 20-40 km/h.

Samorząd województwa podkarpackiego modernizację linii do Mielca zaliczył do priorytetów Regionalnego Programu Operacyjnym na lata 2014-2020. W ślad za tym w październiku 2018 r. spółka PKP PLK zleciła projekt i wykonanie modernizacji liczącego 32 km odcinka z Dębicy do Mielca oraz przygotowanie projektu przebudowy dalszego 17-kilometrowego odcinka do stacji Padew, gdzie odgałęzia się tor do terminalu przeładunkowego w Woli Baranowskiej na Linii Hutniczej Szerokotorowej. Koszt całego przedsięwzięcia to 187,7 mln zł.

Zakres prac na odcinku Mielec – Dębica obejmuje wymianę toru, remont mostów i przepustów oraz budowę nowych peronów na dziewięciu stacjach i przystankach. Prace mają potrwać do końca 2020 r. W ich efekcie pociągi pasażerskie z Mielca do Dębicy na magistrali Kraków – Rzeszów będą docierały w około 30 min.

Problem w tym, że samorząd województwa podkarpackiego planuje obsługę Mielca niewielką liczbą pociągów. – „Jesteśmy gotowi uruchomić połączenia najwcześniej po zakończeniu pełnej rewitalizacji linii” – mówi Tomasz Leyko, rzecznik prasowy Urzędu Marszałkowskiego Województwa Podkarpackiego. – „Po wykonaniu wszystkich prac rozważymy uruchomienie w relacji Mielec – Dębica trzech-czterech pociągów w dobie”.

Taka oferta – mimo niezłego czasu jazdy i świetnego położenia stacji w centralnym punkcie miasta – raczej nie przekona zbyt wielu mieszkańców Mielca do kolei.

– „Ta linia jest ważna nie tylko dla ruchu pasażerskiego, ale też z punktu widzenia gospodarczego, łączy bowiem dwie strefy ekonomiczne, a także daje połączenie z siecią szerokotorową” – przekonuje podkarpacki marszałek Władysław Ortyl z PiS.

Biała plama

Samorząd województwa podlaskiego – planując uruchomienie połączeń pasażerskich między Białymstokiem a Łomżą – uznał rewitalizację 78-kilometrowego ciągu z Łap przez Śniadowo do Łomży za jedno z priorytetowych zadań Regionalnego Programu Operacyjnego na lata 2014-2020. I wkrótce potem PKP PLK zapowiedziały, że prace na ciągu do Łomży będzie można zrealizować w latach 2019-2020.

Gdy już wydawało się, że Łomża – którą ostatni pociąg pasażerski opuścił w 1993 r. – wkrótce wróci na mapę połączeń kolejowych, spółka PKP PLK jesienią 2018 r. zaskoczyła samorząd województwa sugestią, aby – z uwagi na rosnące koszty inwestycji kolejowych – fundusze zarezerwowane na rewitalizację ciągu z Łap do Łomży przesunąć na sfinansowanie prac na liniach szerokotorowych obsługujących terminale przeładunkowe koło Sokółki i Siemianówki. W tej sytuacji inwestycja mająca na celu przywróceniu połączeń do Łomży zostałaby ograniczona jedynie do zaprojektowania rewitalizacji znajdującego się w najgorszym stanie odcinka Śniadowo – Łomża, zaś same prace remontowe mogłyby się rozpocząć w kolejnej unijnej perspektywie finansowej, czyli dopiero po 2021 r.

„Apeluję o jak najszybsze podjęcie prac związanych z rewitalizacją kolei do Łomży” – napisał prezydent Łomży Mariusz Chrzanowski w liście otwartym do rządu, spółki PKP PLK, samorządu województwa i parlamentarzystów. – „Istniejące od ćwierć wieku zaniedbania doprowadziły do braku inwestorów i degradacji gospodarczej regionu łomżyńskiego, który jest białą plamą na mapie kolejowej województwa, Polski i Europy”.

Potencjalne propozycje

W województwie łódzkim największym miastem, do którego nie da się dotrzeć koleją, jest 58-tysięczny Bełchatów. Miasto zniknęło z mapy połączeń kolejowych w 2000 r., kiedy zlikwidowano ruch pociągów pasażerskich na trasie Piotrków Trybunalski – Bełchatów Miasto. Samorząd województwa łódzkiego na razie jedynie bardzo luźno rozważa przywrócenie połączeń do Bełchatowa, uzależniając to od wybudowania całkowicie nowego odcinka sieci kolejowej, który miałby stanowić wydłużenie istniejącej linii Piotrków Trybunalski – Bełchatów dalej na zachód w kierunku Wielunia.

– „Linia kolejowa Piotrków Trybunalski – Bełchatów jest linią jednotorową, niezelektryfikowaną, a jej stan techniczny nie pozwala na prowadzenie przewozów o charakterze użyteczności publicznej. W związku z tym nie została ona objęta siecią komunikacyjną określoną w »Planie zrównoważonego rozwoju publicznego transportu zbiorowego dla województwa łódzkiego do roku 2020 z perspektywą do roku 2030«” – informuje Małgorzata Kamińska z Urzędu Marszałkowskiego Województwa Łódzkiego, pozostawiając jednak cień nadziei na reaktywację połączeń w przyszłości: „Linia Piotrków Trybunalski – Bełchatów, wraz z koncepcją jej wydłużenia w kierunku Magistrali Węglowej i Wielunia, znalazła się wśród potencjalnych propozycji linii kolejowych rozważanych do objęcia pracami w przyszłej perspektywie finansowej Unii Europejskiej na lata 2021-2027. Możliwość uruchomienia połączeń Piotrków Trybunalski – Bełchatów – Wieluń plan transportowy przewiduje w przypadku modernizacji i rozbudowy tego ciągu”.

Znikają pociągi, znikają mieszkańcy

W grudniu 2018 r. połączenia kolejowe po 19 latach wróciły do Knurowa na Śląsku. Jednak oferta dla 39 tys. mieszkańców tego miasta jest jak na razie symboliczna. Pociągi pojawiają się tu jedynie w soboty i niedziele: Przez Knurów skierowano bowiem tylko weekendowe połączenie relacji Gliwice – Wisła. – „Na obecną chwilę obserwujemy jak kształtuje się zainteresowanie połączeniami weekendowymi. Niewykluczone jest oczywiście rozszerzenie częstotliwości kursów w przyszłości” – mówi Magdalena Iwańska, rzecznik prasowy Kolei Śląskich.

Największym pozbawionym połączeń kolejowych miastem nie tylko w województwie śląskim, ale i w całej Polsce jest Jastrzębie-Zdrój. Jeszcze w latach 90. zbiegały się tu trzy linie kolejowe, na których w granicach miasta funkcjonowało siedem stacji i przystanków.

W 1990 r. z Jastrzębia-Zdroju wyruszały 32 pociągi dziennie, które zapewniały bezpośrednie połączenia nie tylko z Cieszynem, Wodzisławiem Śląskim i Żorami, ale również z Bielskiem-Białą, Gliwicami, Katowicami, Rybnikiem, Raciborzem, Ustroniem czy Wisłą. Ostatnia dekada XX wieku była okresem stopniowego przerzedzania rozkładu jazdy. W końcu w 1997 r. zlikwidowano ostatnie kursy na liniach w kierunku Wodzisławia Śląskiego oraz Cieszyna, zaś w 2001 r. – wraz z likwidacją połączeń na trasie w kierunku Żor – z Jastrzębia-Zdroju odjechał ostatni pociąg. Po paru miesiącach zdemontowano sieć trakcyjną, a po kilku latach rozebrano tory.

Wraz z połączeniami kolejowymi Jastrzębie-Zdrój traciło mieszkańców: w 1995 r. w mieście mieszkało 103 tys. osób., dziś jest niespełna 90 tys. W 2001 r., gdy miasto opuszczał ostatni pociąg, Jastrzębie-Zdrój liczyło 98 tys. mieszkańców.

Naprawiamy błąd

– „Nasi poprzednicy zlikwidowali linie do Jastrzębia-Zdroju. To miasto jest ewenementem w Europie. Teraz naprawiamy ten błąd” – powiedział jesienią 2018 r. minister infrastruktury Andrzej Adamczyk. Jego zastępca Andrzej Bittel, odpowiadający w resorcie infrastruktury za kolej, stwierdził w sejmie, że inicjatywa w kwestii powrotu kolei do Jastrzębia-Zdroju powinna należeć przede wszystkim do samorządu województwa śląskiego, w którego gestii znajduje się regionalny transport pasażerski

Urząd Marszałkowski Województwa Śląskiego ustami rzecznika prasowego Witolda Trólki informuje, że nie zapadła jeszcze decyzja, który z ciągów do Jastrzębia-Zdroju powinien zostać odtworzony: „Odpowiedź na to pytanie może przynieść studium wykonalności, które będzie określało pożądane warianty przyszłej trasy. O wyborze powinno zdecydować kryterium czasu dojazdu. Za przygotowanie dokumentu odpowiedzialna będzie spółka PKP PLK – jego szacunkowy koszt wynosi około 3,2 mln zł. Potrzebne będzie jednak finansowe zaangażowanie jednostek samorządu terytorialnego. W sprawie udziału w kosztach przygotowania tego dokumentu urząd marszałkowski wystąpił do władz Jastrzębia-Zdroju”.

Przed wyborami samorządowymi szef PiS Jarosław Kaczyński przekonywał, że oddane w regionach głosy na jego partię zagwarantują synergię działań rządu i samorządów: „Czy chcemy samorządów, które będą wojowały z rządem? Czy chcemy takich, które będą współpracować ku wspólnemu dobru, by podnosić jakość życia?”.

Kwestia przywrócenia kolei do dużych miast będzie najlepszym sprawdzianem tej współpracy. Tak się bowiem składa, że wszystkie miasta liczące powyżej 50 tys. mieszkańców, które pozbawione są połączeń kolejowych, leżą w województwach, którymi w rozpoczętej kadencji rządzi PiS.

Karol Trammer

Tekst pochodzi z dwumiesięcznika „Z Biegiem Szyn”, nr 2/100 (marzec-kwiecień 2018)
www.zbs.net.pl

Zdjęcie w nagłówku tekstu: Tomasz Chmielewski