przez Jarosław Niemiec | wtorek 15 października 2019 | opinie
Ilekroć związkowiec słyszy o „motywacyjnym systemie płac”, powinien natychmiast strzyc uszami z niepokoju. I zastanowić się, czy przypadkiem nie jest to szukanie kolejnego sposobu na „optymalizację kosztów pracy” i zwiększenie presji ekonomicznej na pracownika.
Zwykle cała motywacja sprowadza się do tego, żeby pracownika wystraszyć, iż można mu coś urwać z pensji. Przy czym pozory motywacji stwarza się za pomocą lepszego opłacania pewnej grupy pracowników, którzy dostają znacznie wyższe stawki lub premie za zaangażowanie, odpowiedzialne stanowiska czy kluczowe znaczenie dla produkcji. Nieważne, jak to nazwiemy, bo w rzeczywistości chodzi o to, żeby zawsze było zróżnicowanie. W takich warunkach łatwo już moralizować, że trzeba więcej pracować, więcej się starać czy angażować.
Zazwyczaj całe to gadanie o motywacji jest w odniesieniu do stanowisk robotniczych i produkcyjnych manipulacją szytą grubymi nićmi. Jest to jednak manipulacja na tyle skuteczna, że sami pracownicy często wierzą w tę gadaninę o motywacji i zaczynają się licytować, czyja praca jest ważniejsza, cięższa i kto zasługuje na większą płacę. Nie trzeba dodawać, że dla zatrudniciela jest to komfort, bo może rozgrywać załogę jak imperator rzymski według zasady „dziel i rządź”. Jest to także swojego rodzaju uzasadnienie oczywistej niesprawiedliwości społecznej, jaką stanowią rażące dysproporcje dochodów. Takie ekonomiczne tabu, które zakazuje wyciągać ręce po majątek tych, co podobno „wcześniej wstawali i ciężej pracowali”. Czy tak jest naprawdę? Czy robotnik może mieć złudzenia, że jeśli będzie ciężej pracował, to zostanie milionerem? Czy ma sens wdawanie się w nieswoją grę pod tytułem „kto więcej zrobi, ten więcej zarobi”, w której to grze jeden z graczy w dowolnym momencie gry zmienia jej zasady?
Sprowadzając rzecz do absurdu: jeżeli jeden zarabia 3 tysiące, a drugi 30 tysięcy, to o ile więcej musi pracować ten, co zarabia 3 tysiące, żeby zarobić 30? 10 razy? A żeby zarobić 300 tysięcy to pewnie ze sto razy. Doba ma tylko 24 godziny, więc będzie trochę trudno. Inny potoczny argument: „Zarabia dużo, bo więcej się uczył”. Czyżby uczył się 10 razy więcej? Czasowo raczej niemożliwe, bo musiałby studiować z pięćdziesiąt lat. Pod względem ilości wiedzy też trochę trudno to wytłumaczyć, bo nawet lekarz nie przyswoi 10 razy więcej wiedzy niż inny człowiek.
Oczywiście można różnicować te kwalifikacje na prostsze i bardziej skomplikowane, ale zawsze jest to pewna wiedza pozwalająca wykonywać prace niezbędne dla społeczeństwa. Zakładając odpowiedzialność za ludzkie życie, jakieś niezwykle ważne funkcje wymagające niezwykłych predyspozycji czy bezwzględnego poświęcenia, można uzasadnić pewne ekstra-płace. Niektóre zawody są z kolei na rynku bardzo pożądane i firmy są gotowe płacić duże pieniądze specjalistom, więc nikt się tego nie będzie czepiał. Natomiast najśmieszniejsze jest, kiedy jakiś rozchwytywany specjalista doradza innym, że „trzeba było zdobyć takie kwalifikacje jak ja, a nie jęczeć, że mało zarabiasz”. Bardzo byłby zdumiony, gdyby nagle rzesza ludzi zdobyła te jego kwalifikacje i na rynku byłoby w kim wybierać – ze specjalisty za 30 tysięcy zrobiłby się wyrobnik za średnią krajową.
Zostawmy jednak w spokoju wąskie specjalizacje. Mamy zwyczajne, powszechnie wykonywane zawody, w których naprawdę nie liczą się żadna kreatywność i nie wiadomo jakie zaangażowanie. Fundamentem przemysłu i usług są solidni rzemieślnicy, a nie wyczynowcy. Osobiście nie chciałbym wchodzić do pola rozdzielni zabezpieczonego przez kreatywnego dopuszczającego elektryka. Wolałbym, żeby zabezpieczał je solidny i powtarzalny do znudzenia rzemieślnik. Podobnie rzecz się ma z innymi. Wszyscy będą szczęśliwi, jeśli budowlaniec odtworzy dokładnie projekt i nic nie kreuje, pracownik produkcyjny w ciągu technologicznym przestrzega procedur technologii i przepisów bhp, a sprzątający po prostu posprząta. A w jaki sposób ma z kolei ciężej pracować czy zaangażować się pracownik ochrony stojący czy siedzący gdzieś na portierni? Bardziej stać czy bardziej siedzieć?
Wdając się dyskusje o motywacji, narzucone nam przez klasę zarządzającą, często zaczynamy się targować w ten sposób. Ten sposób wyniszcza jednak pracowniczą solidarność wewnątrz naszych załóg i zakładów pracy. Naiwna wiara, że klasie menedżerskiej zależy na motywacji, często podbija ego części załogi, która czując się wyróżnioną, staje się rzecznikiem motywacyjnego systemu płac i wprowadza dobry klimat do „optymalizacji kosztów”, co w języku potocznym można przetłumaczyć, że łatwiej jest firmie pojechać po premii i zarobkach.
Na postulaty o równaniu w górę zawsze można wyciągnąć wyświechtany slogan o urawniłowce, komunie, a jak tego mało, to o occie na półkach, Leninie i łagrach. Wtedy traci sens przytaczanie jakichkolwiek argumentów, czy to z psychologii, czy socjologii, czy innych -logii, o tym, że motywację buduje się zgodnie z piramidą potrzeb – od potrzeb bytowych, poprzez poczucie bezpieczeństwa i akceptacji, a dopiero po zaspokojeniu ich można myśleć o samorealizacji, wyróżnianiu się i dodatkowych sprawach. Niestety solidarności nie buduje się dysproporcjami, lecz w miarę równymi relacjami między ludźmi. Wynika z tego jeden podstawowy wniosek. Do pewnego poziomu należy walczyć o płace wedle zasady każdemu według potrzeb, czyli zapewnić pewne przyzwoite minimum, a dopiero wtedy można myśleć o lepszym wynagradzaniu pewnych szczególnych stanowisk czy funkcji. Bo celem związku zawodowego nie jest jak najwyższa średnia, lecz to, by nikt od tej średniej zbyt mocno nie odstawał.
Jarosław Niemiec
przez Monika Kostera | środa 9 października 2019 | opinie
Jacek pracował w banku w dziale marketingu. Opracowywano tam system zwany „ergonomią”, polegający na dokładnym zdefiniowaniu czynności i czasu na nie potrzebnych. Miał dokładnie określone, ile czasu ma zająć przejście z punktu a do b, czas trwania wprowadzania danych do komputera, przeszukiwania bazy danych – w ogóle wszelkich czynności wykonywanych podczas pracy. Liczba ruchów, kroków, gestów mniejszych i większych. Jacek przyzwyczaił się do systemu do tego stopnia, że po zmianie pracy na całkiem inną, w branży księgarskiej, oczekiwał tego samego i czuł się jednocześnie sfrustrowany i w jakiś grzeszny sposób szczęśliwy, gdy nie otrzymał tam takiej instrukcji. Opowiedział o tym przy piwie nowej koleżance z pracy, Joasi. Była przerażona. Spytała, co się stanie z kimś, kto jest po prostu wolniejszy, kto się czasami zagapi, kto ma gorszy dzień. Jacek wzruszył ramionami. Miał kolegów z Amazona i wszystko to było w jakiś sposób fatalnie normalne dla nich – i dla niego. Świat pracy po prostu się „amazonizuje”, co zrobić. „I po nas przyjdzie”, zapewnił ponuro Joasię, która zakrztusiła się piwem.
Joasia jest zszokowana, ale praktyki opisane przez Jacka naprawdę są powszechne, nie tylko wśród pracowników banków i amazonów. Jenny jest profesorem na jednym z brytyjskich uniwersytetów z czołówek światowych rankingów. Kilka lat temu stoczyła wraz z koleżankami i kolegami batalię przeciwko nagrywaniu wszystkich zajęć i udostępnianiu w wewnętrznej sieci uczelni. Wbrew początkowym zapewnieniom przez władze, że nie będzie to obowiązkowe, obecnie nie wyobrażają sobie one, aby mogło być inaczej. Ze strony administracji padły dwa kluczowe argumenty, które zamknęły dyskusje. „Musi być kontrola tego, co dzieje się na zajęciach” i ostateczny – „klienci, którzy nie chodzą z ważnych przyczyn na zajęcia, muszą mieć dostęp do materiałów z zajęć”. Część wykładowców zwolniono, ale ich nagrania nadal umieszczone są w sieci. We wszystkich pomieszczeniach, z wyjątkiem toalet („na razie”, śmieją się koledzy przy piwie) na kampusie zamontowane są kamery.
Od dawna wejście na kampus możliwe jest wyłącznie przy pomocy elektronicznej karty. Początkowo ludzie protestowali – to wbrew akademickim tradycjom, powinna być otwartość, dostęp, przestrzeń! Studenci siedzieli w hallu z plakatami, blokując bramki, jak Greta Thunberg: „Uniwersytet to nie biznes, studenci to nie klienci”. Zostali pozwani do sądu za trespassing. Teraz nikt już tego nie pamięta, wzdycha Jenny. Po ostatniej reorganizacji zablokowano elektronicznie dostęp do pomieszczeń administracji dla wszystkich pozostałych pracowników. E-mail administracji jest pooled, czyli nigdy jednej sprawy nie kontroluje ta sama osoba, każdy e-mail jest kierowany do osoby akurat wolnej od innych obowiązków. Nie można więc liczyć na sympatię ani na ludzki odruch, a poza tym zawsze trzeba wszystko tłumaczyć od nowa. Wprowadza się obecnie system tagowania pracowników, by wiadomo było, gdzie dokładnie przebywają na kampusie w każdym momencie. Jenny przechodzi oszklonymi korytarzami pozbawionymi książek, prywatności, radości, które kiedyś przyciągnęły ją do tej pracy. Za bramką uśmiecha się i podskakuje lekko – już niedługo! Już niedługo emerytura. Pójdzie na wcześniejszą. Jak to jest… jeszcze nie tak dawno myślała, że chce w tym zawodzie pracować do później starości.
To, co przeżywają Jacek i Jenny nie jest, jak na ogół o tym myślą, ich osobistym problemem. Jest to wielki wspólny problem. Jacek chorował na depresję i musiał się leczyć. Jakoś nie myśli jednak o tym, że nie choruje, odkąd zmienił pracę. W momentach przykrej szczerości myśli o sobie, że jest gnuśnym facetem. Jenny uważa, że jest stara, a świat idzie do przodu; ona nie nadaje się już do tej pracy. Nie zastanawia się nad tym, że jeszcze niedawno uczeni pracowali, gdy byli starsi od niej. Uniwersytet to nie sport ekstremalny, wiedzy przybywa, a nie ubywa z wiekiem. Jednak ona jest przekonana, że musi zrobić miejsce młodym, bo nie ma już nic do wniesienia.
Setki, tysiące, miliony pracowników z różnych zawodów, od barmana po profesora, mają podobne myśli w neoliberalnym kapitalizmie. Wszyscy jesteśmy doń niedostosowani. Nie dlatego, że jest coś z nami niedobrze. Dlatego, że coś jest niedobrze z pracą w tym systemie, i to poważnie. Istota ludzka nie jest homo economicusem, zauważa australijski profesor zarządzania Peter Fleming w swojej książce „The death of homo economicus”.
Zaczęło się od taśmy montażowej i pomiarów ruchów, tendencji zwanej „scientific management” przeszło sto lat temu. Sporo intelektualistów zachwyciło się tym sposobem organizacji pracy. Myśleli, że jest ogromnie efektywny – i że dotyczy tylko robotników. Co do pierwszego, mieli rację. Co do drugiego, pomylili się grubo. Jak w latach 70. zademonstrował amerykański aktywista związkowy i dziennikarz Harry Braverman, ten styl organizacji pracy niemal od razu zaczął rozprzestrzeniać się także na inne grupy zawodowe. Tak bowiem działa kapitalizm – jego motorem funkcjonowania jest przejęcie wartości dodanej wytworzonej przez pracownika. Dlatego podział procesu pracy – który, w odróżnieniu od społecznego podziału pracy, bynajmniej nie jest „naturalny” dla społeczności ludzkich – jest nieuchronny. Od czasów Bravermana proces ten zaszedł tam, gdzie w latach 70. nikt nie wierzył, że jest to możliwe, m.in. do szpitali i na uniwersytety. To, co dolega Jackowi, Jenny i milionom pracowników, to nie ich indywidualny feler czy osobista słabość. To jest coś, co łączy wszystkich pracowników w systemie kapitalistycznym – alienacja pracy. Nieodłączna i pogłębiająca się cecha. Efektywna? O, tak. I co z tego?
Wiem, że te ostatnie słowa powyżej to z mojej strony bluźnierstwo. Ale będę bluźnić dalej, i to w dobrym towarzystwie.
Arystoteles mówi o czterech przyczynach istnienia wszelkich rzeczy: materialnej (materialis), formalnej (formalis), sprawczej (efficiens) i celowej (finalis). Rzeczy powstają z materiałów, elementów składowych; istnieje sposób, formalna metoda i plan, według którego działanie jest wykonywane; istnieje czynnik urzeczywistniający działanie – oraz cel ostateczny, jakiemu ma służyć. Te przyczyny nie są redukowalne, czyli każda jest niezbędna do odpowiedzi na pytanie; „dlaczego?”. Amerykański psycholog James Hillman, nawołujący do rozpatrywania psychologicznych zjawisk w szerszym – społeczno-ekonomicznym i ekologicznym – kontekście, zwrócił uwagę w swojej książce poświęconej władzy, opublikowanej w latach 90., że we współczesnym kapitalizmie tylko jedna z tych przyczyn jest brana pod uwagę. To przyczyna trzecia, efektywność. Pozostałe trzy w najlepszym razie marginalizujemy, a argumenty z obszaru efektywności zawsze przeważają nad innymi, np. że działalność niszczy zasoby naturalne, że praca jest wykonywana coraz bardziej byle jak, bez szacunku dla wymogów formalnych, że cel jest niewłaściwy lub wręcz szkodliwy dla ludzi i planety. Wreszcie, ponieważ przyczyny są nieredukowalne, to znormalizowany redukcjonizm sprawia, że działalność, np. ludzka praca, nie ma sensu.
Tymczasem człowiek jest stworzeniem pragnącym sensu jak powietrza. Amerykański profesor zarządzania Karl Weick demonstruje w swoich licznych publicznych, uważanych za przełomowe, jak bardzo ważne jest nadawanie sensu we wszelkim współdziałaniu, także w organizowaniu i w pracy ludzkiej. Odbieranie sensu to niweczenie procesów organizowania. Nic dziwnego, że trzeba ludzi przymuszać coraz bardziej rozbudowanymi regulaminami. Gdzie obietnica, że rynki położą kres biurokracji? Że przepisomania to PRL, a teraz jesteśmy wszyscy wolni jak niemowlęta w przedsiębiorczej Arkadii? Oraz monitorować coraz bardziej orwellowską kontrolą i szpiegowaniem pracowników. Do tego dochodzi też problem kondycji ludzkiej. Bez poczucia sensu człowiek traci człowieczeństwo. Dlatego system powodujący utratę sensu musi odwoływać się do tego, co w nas nieludzkie. Obecna faza alienacji w kapitalizmie to nie tylko nieuchronna konsekwencja mechaniki systemu opartego na zawłaszczaniu przez praconabywcę (zwanego popularnie – o ironio – „pracodawcą”) wartości wypracowanej przez pracownika. To także kulturowa ucieczka od charakterystycznego dla istoty ludzkiej imperatywu sensu. Ponieważ jest go, z pierwszego powodu, coraz mniej w pracy, tej tak typowo ludzkiej działalności, skazani jesteśmy na udawanie, że on nie istnieje w Kosmosie. Alternatywą jest bunt przeciw systemowi, który jakże często obecnie wydaje się niepokonany.
No tak, ale skoro to typowo kapitalistyczny mechanizm, to czemu tak wielu pracowników w czasach PRL pracowało byle jak, bez serca, bez przekonania? W państwowym komunizmie, czyli w systemie, który obowiązywał w krajach bloku wschodniego, praca była na ogół także wyalienowana. Rolę wyzyskującego kapitalisty przyjęło wyzyskujące państwo. Antropolog organizacji i socjolog Michael Burawoy badał etnograficznie zarówno „zachodnie”, jak i „wschodnie” miejsca pracy i zaobserwował te same mechanizmy w działaniu. W fabryce w Chicago, gdzie przez kilka lat prowadził badania, pracownicy bronili się przed monotonią konstruując społecznie swoją pracę jako rodzaj gry. To samo miało miejsce w węgierskiej fabryce badanej przez socjologa w latach 80. Burawoy zauważa, że procesy produkcji, system motywacyjny (akord) i organizacja pracy były w tych fabrykach bardzo podobne. Pracownicy odbierali też swoją rolę podobnie i czuli się pozbawieni wpływu na swoją sytuację pracy.
Niech nas zatem nie dziwi, że współczesny pracownik – podobnie jak legendarny w naszym kraju peerelowski fachowiec-bumelant – jest gnuśny. Profesor Fleming argumentuje, że fatalne morale współczesnych pracowników nie ma nic wspólnego z lenistwem. Ludzie nienawidzą swojej pracy, budzi w nich ona desperację i reakcje patologiczne. Autor przytacza statystyki wskazujące, że przeważająca większość brytyjskich pracowników cierpi na poczucie oderwania od swojej pracy. Podaje wiele przykładów, takich jak historia prawnika, pracownika szacownej londyńskiej firmy, który wypełnił pojemnik na mydło w pracowej toalecie własnymi odchodami. Zrobił to dlatego, bo czuł nieodpartą potrzebę, by zaszkodzić swojej firmie. Inni szkodzą sobie, popełniają samobójstwa, atakują współpracowników, leczą się na kliniczną depresję, kradną, wandalizują firmowe mienie. Fleming zauważa, że dzieje się tak, ponieważ wyalienowana praca przychodzi do nas obecnie w pakiecie z ideologią, kultem pracy, który ma zastąpić wszelkie inne struktury społecznego statusu – rodzinne, religijne, społecznościowe. Gdy te struktury zostają zniszczone, pozostaje tylko praca, i gdy odbywa się ona w kapitalistycznej organizacji – co jest coraz bardziej nieuchronne – ludzie dosłownie szaleją.
Szaleństwo jest systemowe. Banałem jest twierdzenie, że praca odgrywa centralną rolę w procesach kształtowania tożsamości i więzi społecznych. Tymczasem współczesne organizacje wytwarzają formy pracy, które są indywidualizujące, fragmentaryczne i pozbawione autonomii. To właśnie objaw alienacji, czyli, w ujęciu klasyków marksizmu, sytuacji polegającej na niezdolności pracownika do kontrolowania środków produkcji. Karol Marks podkreślał rolę własności i oddzielenia pracownika od procesu tworzenia, od produktów jego pracy i od współpracowników. Filozof i socjolog Herbert Marcuse mówi o kapitalistycznej dynamice wyzysku, która sprzyja produkcji nadwyżki i prowadzi do degradacji pracy i fetyszyzacji konsumpcji. Człowiek w tym systemie nie jest podmiotem swojej pracy, są nim towary, obce rzeczy należące do kogoś innego.
Alienacja jest procesem tworzonym w kapitalistycznym systemie społeczno-ekonomicznym (i w państwowym komunizmie). Nie zwalczy się go ani etycznym pohukiwaniem ani zarządzaniowym moralizatorstwem, ani programami CSR (Corporate Social Responsibility), tudzież naukowo-konsultanckimi dywagacjami nad work-life balance. To proces podstawowy, o wiele bardziej nieuchronny w ramach systemu, niż wszystkie te powierzchowne idee i postulaty. Wiara w skuteczność takich działań jest równie naiwna jak wiara w możliwość zawrócenia Wisły kijem, choćby nawet najbardziej amerykańskim. Jest to słabość systemowa, wbudowana weń. Pozbyć się jej można – i należy – razem z całym systemem. Czy możliwa jest praca niewyalienowana? Wybitny socjolog Zygmunt Bauman twierdził, że tak, że praca jest częścią człowieczego losu, czymś, co może budować, wzbogacać nie tylko w sensie materialnym, czynić życie pełniejszym.
Weźmy dwa przykłady, jeden stary, jeden nowy. Jan był wykwalifikowanym szlifierzem. Pracował w warszawskiej spółdzielni produkującej patelnie i garnki w latach 60. Flagowym produktem spółdzielni były elektryczne czajniki, jak na tamte czasy bardzo nowoczesne, a przy tym ładne i niedrogie. Jan nie należał do zespołu projektującego produkty, ale nieraz wypowiadał się na temat zarówno ich funkcjonalności, jak i kształtu. Inżynierowie liczyli się z jego głosem. Jego szlifiernia stała w osobnym jasnym pomieszczeniu, gdzie był sam sobie królem. Znał swoją pracę doskonale, wiedział wszystko o maszynie, dbał o nią, niektóre elementy wolał czyścić sam (bo sprzątacz może niechcący coś uszkodzić albo przestawić). Mimo że nie był człowiekiem rozmownym, a i ekstrawertyk z niego był słabiutki, często miał uczniów, którzy najpierw obserwowali, a potem stopniowo włączali się w pracę. Jan mówił, że lubi pracować sam, ale lubi też pracować z tymi młodziakami. W końcu dobrym szlifierzem nie da się zostać w szkole. Jan od dawna nie żyje, nie działa też jego dobra spółdzielnia. Ale tamte czajniki nadal się zdarzają w polskich domach. I nadal działają.
Przykład nowy. Spółdzielnia medialna w dużym brytyjskim mieście. Pracownicy są udziałowcami, prócz tego są też inni współwłaściciele – na ogół dawni pracownicy oraz sympatycy. Spółdzielnia płaci wszystkim pracownikom godziwą stawkę, zapewnia urlop, oczywiście stały, bezpieczny etat. Pracownikami są głównie dziennikarze i sprzedawcy, utrzymujący stały kontakt z lokalnymi niezależnymi firmami. Decyzje podejmowane są przy owalnym stole pracowniczym, a najważniejsze, strategiczne kierunki rozwoju wytycza się na walnych zebraniach. Organizacja ma aktywny zarząd i dość tradycyjną strukturę. Redaktorem naczelnym i jednocześnie dyrektorem jest John, reprezentujący spółdzielnię i mający wgląd w całość jej funkcjonowania. Jednak nie podejmuje żadnych decyzji samodzielnie. System pracy jest demokratyczny. Pracownicy są odpowiedzialni za swoje stanowisko pracy i mają wpływ na to, co i w jaki sposób ma być wykonywane. Jest to o tyle radykalne i nieoczywiste, że spółdzielnia od dawna nie otrzymuje pomocy publicznej, a dostęp do grantów jest w obecnej sytuacji w Wielkiej Brytanii silnie ograniczony i w zasadzie mikro-zadaniowy. Jedyne poważniejsze wsparcie finansowe, jakie pismo otrzymało w ostatnich latach, to stypendium od organizacji lewicowej, wspierającej inicjatywy socjalistyczne. Pismo radzi sobie finansowo i statutowo, a do tego gromadzi ludzi, którzy mają podobne lewicowe ideały. Zarówno w sensie programowym, jak i czysto fizycznie – w ich lokalu krzesła i sofy nie bywają puste, a czajnik z herbatą nigdy nie stygnie, mimo że nie ma obowiązku wysiadywania całego czasu pracy w biurze ani nikt tego nie kontroluje.
Peter Fleming proponuje jako remedium na alienację pracy pełną systemową kurację: nacjonalizację wielkich przedsiębiorstw, godziwą stawkę płacy minimalnej, trzydniowy tydzień pracy i defetyszyzację pracy. To poziom makro, ogólnospołeczny, na którym zmiana jest konieczna, aby mogła być naprawdę trwała. Jednak także na poziomie mezo, czyli naszych codziennych miejsc pracy, można już teraz zacząć zwalczać alienację. We wspólnym artykule sugerujemy wraz z Jerzym Kociatkiewiczem i Martinem Parkerem proces dezalienacji miejsc pracy, polegający na wyłączeniu ich z logiki kapitalistycznego zarządzania. Pierwszym warunkiem jest uspołecznienie, faktyczna kontrola nad środkami produkcji przez pracowników (spółdzielnie, akcjonariat pracowniczy, programy uwłaszczenia pracowniczego). Następnie, na podstawie badań etnograficznych przeprowadzonych w organizacjach alternatywnych wobec głównego nurtu, proponujemy wprowadzenie mechanizmów aktywnej partycypacji, demokratyzacji, możliwości organizacji własnej pracy i uczenia się na swoim stanowisku, aktywne eksperymentowanie ze strukturami wspierającymi współpracę i współdecydowanie. A także miejsca pracy, gdzie ludzie mogą czuć się u siebie – gdzie jest ciepło, gdzie mogą sami zorganizować przestrzeń wokół siebie, są współodpowiedzialni za wygląd całości, mogą racjonalizować metody i narzędzia pracy, mają miejsce na koleżeństwo i na odpoczynek. Czyli, słowami jednej z rozmówczyń w moim terenie badawczym, krakowskiej kooperatywy spożywczej, „takie miejsce, gdzie czuję się dobrze”.
prof. Monika Kostera
przez redakcja | piątek 4 października 2019 | klasyka, opinie
I. Budownictwo społeczne
Temat objęty powyższym tytułem jest tak szeroki, iż pokrywa się nieomal z całokształtem sprawy mieszkaniowej, która, oczywiście, nie może być przedmiotem krótkiego referatu, z natury rzeczy oświetlającego jedną tylko stronę zagadnienia, ujmującego temat w sposób możliwie najwęższy.
Zresztą, zobrazowanie klęskowego stanu sprawy mieszkaniowej w Polsce uważam dzisiaj za zbędne. Dane spisu ludności z 1921 r., opracowanie warszawskiego spisu mieszkań z 1919 r., cały szereg zestawień i publikacji, a ostatnio sprawozdanie komisji ankietowej badania warunków i kosztów produkcji oraz wymiany wydane pt. ,,Budownictwo mieszkaniowe” w dostatecznym stopniu stan sprawy oświetlają.
Jeśli pod nazwą „sprawy mieszkaniowej” rozumieć, jak to uważam za jedynie właściwe, sprawę sposobu zamieszkania szerokich warstw ludności, nie może po uwzględnieniu tych prac istnieć dwóch zdań co do tego, że w określaniu istniejących stosunków nazwą klęski mieszkaniowej nie ma najmniejszej przesady.
Należy także uważać za niewątpliwie dowiedzioną konieczność oparcia masowego budownictwa małych mieszkań, których komorne odpowiadałoby możności płatniczej warstwy pracującej inteligencji i robotników, na odpowiednich środkach publicznych. Stwierdzenie przez tę komisję, że ,,bez poprawienia warunków mieszkaniowych, bez umożliwienia danej rodzinie zapewnienia mieszkania nie może być mowy o zdrowym rozwoju życia ekonomicznego, moralnego i politycznego Polski” jest zupełnie dostatecznym dla uznania, drogą prostego sylogizmu, znaczenia społecznego budownictwa mieszkaniowego. Ponieważ poprawienie warunków mieszkaniowych jest możliwe tylko drogą społecznego budownictwa, a poprawienie to jest koniecznością, więc znaczenie tego budownictwa jest oczywiste.
Nie to jednak znaczenie budownictwa społecznego jest tematem niniejszego referatu. Tematem jego są te cechy budownictwa społecznego, które odróżniają go od budownictwa obliczonego na zysk i które powodują jego szczególne znaczenie dla fizycznego i moralnego zdrowia ludności, znaczenie, które by istniało nawet i w tym wypadku, gdyby budownictwo obliczone na zysk było w stanie pod względem ilościowym zadośćuczynić całkowicie potrzebom ludności.
Budownictwem społecznym nazywam każde budownictwo nieobliczone na osiągnięcie bezpośredniego zysku, tzn. budowę domów z myślą o ich mieszkańcach, a nie o komornym, które ma być przez nich płacone.
Budownictwo społeczne może być państwowe lub gminne, może być prowadzone przez instytucje specjalnie do tego powołane (francuskie Offices Publiques dąHabitation à bon marché, włoskie Instituti Autonomi Case Popolare itp.), przez fundacje, jak np. warszawska fundacja Wawelberga i Rotwanda, może wreszcie być budownictwem spółdzielczym lub nawet patronalnym. Budownictwo patronalne, choćby miało na celu ułatwienie produkcji, a tym samym zwiększenie zysków przedsiębiorstw przez danie robotnikom lepszych mieszkań, nie dąży bezpośrednio do osiągnięcia zysku z komornego i dlatego może zachować wiele dodatnich cech innych form budownictwa społecznego.
Wybitny znawca sprawy mieszkaniowej, zmarły w zeszłym roku prof. Eberhardt, skonstatował, że wszelki postęp w dziedzinie mieszkaniowej jest rezultatem budownictwa społecznego. Budownictwo obliczone na zysk, budownictwo domów czynszowych tworzyło właściwie tylko jedną formę, i to najgorszą, sposobu zamieszkania – wielki dom koszarowy. Myślą tego budownictwa było zawsze wykrajanie z określonego terenu drogą odpowiedniego podziału możliwie największej ilości parcel budowlanych i zabudowanie każdej parceli w sposób taki, by na niej można było jak najwięcej mieszkań pomieścić, wreszcie eksploatowanie tych mieszkań w sposób, który by pozwolił na osiągnięcie jak najwyższego komornego.
Z chwilą, gdy budownictwo obliczone na zysk napotkało na przeszkody w tak pojętej działalności, przestało ono produkować uprzednio najbardziej rentowne małe mieszkania. W sposób uproszczony można by stwierdzić, że budownictwo obliczone na zysk przestaje produkować małe mieszkania pod naciskiem inspekcji mieszkaniowej.
Okazało się w tym wypadku, jak w wielu innych, że działalność o charakterze inspekcyjnym, której jedyną bronią są zakazy, jest bezpłodna. Inspekcja mieszkaniowa miała stać się czynnikiem kultury mieszkaniowej. Na próżno jednak takie w niej pokładano nadzieje. Nieoparta o istotną działalność twórczą, nie może ona spełnić tego zadania.
Decydującym czynnikiem podniesienia kultury mieszkaniowej stało się natomiast budownictwo społeczne. Jednocześnie zaś stało się ono twórcą nowych form współżycia ludzkiego.
II. Kultura mieszkaniowa
Podniesienie kultury mieszkaniowej idzie dwiema drogami. Przede wszystkim przez udostępnienie szerokim warstwom ludności wszystkich tych udogodnień, które dotychczas istniały tylko dla ludzi zamożnych. Do nich należą: przeprowadzenie światła elektrycznego, zastosowanie gazu jako opału dla kuchni, urządzenia ułatwiające usunięcie śmieci, umożliwienie korzystania z kąpieli bądź w każdym mieszkaniu, bądź przez urządzenie kąpielowe dla określonych grup mieszkaniowych, woda bieżąca zimna, ewentualnie i gorąca w każdym mieszkaniu, możność użytkowania wody gorącej w odpowiednio urządzonych pralniach, wreszcie ogrzewanie centralne, które w tak wybitnym stopniu zmniejsza trud opalania mieszkań, a jednocześnie ułatwia utrzymanie ich w czystości.
Wszystkie te urządzenia są stosowane nie zawsze i nie wszędzie. Nie ma jednakże budownictwa społecznego, które by niektórych z nich, a często wielu nie stosowało. Wszędzie zaś znajdujemy bezwzględnie zadośćuczynienie tak ważnemu ze względu higieny postulatowi oddzielnego ustępu w każdym mieszkaniu. Nieomal powszechnym jest także przeprowadzenie zasady dwustronnego przewietrzania każdego, nawet najmniejszego mieszkania. Możność otwierania dwóch okien na przestrzał jest może tą cechą, która najbardziej odróżnia budownictwo, które się stosuje do potrzeb zdrowotnych mieszkańca, od oficynowych mieszkań domów czynszowych, których otwarte okna, wychodzące na ciasne podwórko, pozwalały najwyżej na wymianę złego powietrza dwóch naprzeciwko siebie położonych mieszkań.
W trosce o ułatwienie życia i pracy mieszkańcom budowanych dla nich domów budownictwo społeczne zajęło się także w sposób bardzo intensywny zagadnieniem racjonalizacji pracy domowej. Oprócz wspomnianych już urządzeń centralnych dało to szereg bardzo ciekawych rozwiązań budowy i urządzenia kuchni jako miejsca, w którym koncentruje się główna praca domowa. W wielu miastach, z Frankfurtem nad Menem na czele, każde mieszkanie zaopatrzone jest we wszystkie sprzęty kuchenne, dostosowane do budowy kuchni i pozwalające na znaczne oszczędności w jej wymiarach.
Samo udostępnienie urządzeń kulturalnych ludności nie wystarcza dla podniesienia kultury mieszkaniowej. Trzeba przyznać, iż znaczna część osób, która się znajduje w nowych warunkach mieszkaniowych, odbiegających w znacznym stopniu od dotychczasowych, musi być dopiero w odpowiedni sposób nauczona i pokierowana, aby poziom ich kultury mieszkaniowej podniósł się istotnie.
Nie wystarczy posiadać właściwe urządzenie, trzeba umieć użytkować je w odpowiedni sposób. Nauczyć tego może tylko budownictwo społeczne. Konieczne są w tym celu szczegółowe regulaminy i instrukcje, wyraźne nakazy, rzeczywista kontrola nad sposobem wykonywania regulaminów i spełniania nakazów i niestety sankcje karne w razie rażących odstępstw od prawidłowego sposobu użytkowania mieszkań.
Na konieczne kategoryczne stawianie sprawy utrzymania mieszkań może sobie pozwolić wobec mieszkańców jedynie organ, będący dla nich autorytetem, trzeba także, żeby to był autorytet, któremu mieszkańcy poddają się chętnie, trzeba, żeby źródłem władzy i autorytetu bądź byli oni sami, bądź by źródło było przez nich uznane jako całkowicie słusznie uprawnione. Podporządkowanie się tego rodzaju jest zupełne niemożliwe w stosunku do osób, które w jakiejkolwiek formie reprezentują dążenie do zysku.
Istnieje jednak wszędzie, gdzie istnieje budownictwo społeczne, świadczą o tym regulaminy wydane przez administrację domów miejskich, jak np. Hausordnung, wydana przez magistrat wiedeński, lub umieszczane w umowach najmu zawieranych przez instytucje wynajmujące tanie mieszkania, jak np. francuskie Offices Publiques dąHabitation à bon marché. Integralną część umowy najmu stanowią także liczne regulaminy wydawane przez spółdzielnie mieszkaniowe; dotyczą one wszystkich spraw związanych z użytkowaniem mieszkania i umożliwieniem zgodnego współżycia mieszkańców jednego domu lub osiedla. W regulaminach tych np. uwzględniona jest konieczność zachowania ciszy w określonych godzinach dnia i nocy. Istnieją regulaminy tak dalece przewidujące, że wymagają, by maszyny do szycia lub maszyny do pisania używane w mieszkaniach, były umieszczone na miękkich podkładach głuszących dźwięki.
Szczególna waga przypisywana jest utrzymywaniu mieszkań w czystości. Regulaminy zawierają czysto techniczne wskazówki, dotyczące utrzymania w czystości klozetu, sposobu używania wanny, wycierania z kurzu grzejników ogrzewania centralnego itp.
Niektóre umowy najmu zawierają nawet pośredni przymus kąpielowy, stosowany w osiedlach, w których nie ma wanny w każdym mieszkaniu, ale istnieje natomiast zakład kąpielowy przeznaczony do wspólnego użytku. Każdy lokator obowiązany jest przy opłacie komornego wykupić tyle biletów kąpielowych na miesiąc, ile osób mieszka w mieszkaniu. Oczywiście, nikt nie może go zmusić do zużytkowania tych biletów, praktyka jednak wykazuje (przymus taki istnieje w Suresnes pod Paryżem), że kto za bilet do kąpieli zapłaci, ten z niego zwykle korzysta.
W całym szeregu regulaminów znajdujemy bardzo ostre przepisy, dotyczące zapuszczenia mieszkania, a przede wszystkim zaprowadzenia w nim robactwa. Odpowiedni ustęp umowy najmu zawieranej z Office Publique de Habitation à bon marché Departamentu Sekwany brzmi jak następuje: „stwierdzenie obecności pluskiew w mieszkaniu pociąga za sobą natychmiastowe rozwiązanie umowy najmu, przy czym koszty dezynfekcji odniesione zostają podobnie jak wszelkie inne koszty odnowienia lokalu na rachunek lokatora”. Podobne zastrzeżenia zawierają i inne regulaminy.
Powszechnie powtarza się zakaz prania i suszenia bielizny w mieszkaniu wszędzie tam, gdzie w domu lub osiedlu istnieje przeznaczone do tego pomieszczenie.
Walka z zawilgoceniem mieszkania i troska o dobre w mieszkaniu powietrze jest przyczyną pomieszczenia w regulaminach wskazówek i nakazów dotyczących przewietrzania.
Dlatego, by mieszkańcy zrozumieli konieczność właściwego obchodzenia się z mieszkaniem i jego urządzeniami, koszt wewnętrznego remontu wszędzie obciąża lokatorów; istnieją umowy sformułowane w ten sposób, by lokator materialnie zyskiwał na porządnym utrzymywaniu mieszkania. W Belgii schemat umowy ustalony przez „Société Nationale des Habitations et des Logements à bon marché” przewiduje wynajem mieszkań pod warunkiem, że lokator ponosi koszt wszelkich wewnętrznych remontów, ale remonty te dokonywane są wyłącznie przez Zarząd Spółdzielni, która środki uzyskuje drogą podnoszenia z góry określonego odsetka komornego. Zebrane w ten sposób sumy zapisuje się na dobro poszczególnego lokatora, który ma prawo do odebrania pozostałości sum nieużytkowanych na remont jego mieszkania. Dla lokatora porządnie utrzymującego mieszkanie stanowi to pewnego rodzaju przymusową oszczędność.
Troska o właściwe użytkowanie mieszkania dotyczy nie tylko strony technicznej, porządkowej itp., idzie ona dalej: mieszkanie jest mieszkaniem dla rodziny, nie może więc być zamienione na warsztat lub miejsce handlu, o ile w tym celu nie zostało specjalnie przygotowane i wynajęte. W żadnym razie nie może być ono miejscem handlu alkoholem. Pomieszczenia niemieszkalne (np. sutereny) nie mogą być użytkowane dla celów zamieszkania.
Podnajem jest w zasadzie wykluczany przez wszystkie znane mi umowy najmu i regulaminy dotyczące mieszkań budowanych przez instytucje nieobliczone na zysk. Jedynie w razach wyjątkowych, ściśle określonych, przy istnieniu warunków każdorazowo skonstatowanych, władze instytucji i spółdzielni mogą pozwolić na czasowy podnajem, przy czym warunki tego podnajmu podlegają całkowicie ich kontroli.
Wiele regulaminów zajmuje się także sprawami estetyki mieszkań, jednolitego urządzenia ogródków czy ubrania balkonów itp.
Dlatego, aby wszystkie przez regulaminy przewidziane warunki i ograniczenia nie pozostawały martwą literą papierowych kontraktów, wszędzie przewidywana jest odpowiednio zorganizowana wizytacja mieszkań oraz sankcje, jak widzieliśmy wyżej nieraz bardzo ostre, w razie ich nieprzestrzegania.
W Wiedniu wizytacje takie odbywają się stale co najmniej raz na miesiąc przez inspektorów, urzędników miejskich, którzy na odpowiednich blankietach wystawiają lokatorowi stopnie dotyczące stanu, w jakim się znajduje każda poszczególna część mieszkania (podłogi, ściany, sufity, okna, drzwi, wodociąg, piec, zlew, kuchnia, klozet). O ile trzy razy z kolei stopnie te (od 1 do 3) okażą się niedostateczne (1), lokator zostaje skazany na przeniesienie się z nowego domu do starego. Robotniczy zarząd Wiednia oprócz trzydziestu kilku tysięcy nowych mieszkań, które sam wybudował, wykupił, jak wiadomo, cały szereg domów z mieszkaniami robotniczymi, budowanych przed wojną. Uważając, iż niemożliwe jest pozbawiać kogoś dachu nad głową, zarząd miasta sądzi, że lokator, który nie jest w stanie utrzymać w porządku mieszkania zbudowanego z myślą o nim, nie zasługuje na takie mieszkanie i powinien być przeniesiony do ciasnych, nieprzewietrzanych nor, które były budowane jedynie z myślą o zysku; jego zaś mieszkanie zajmie ktoś inny, kto lepiej je potrafi cenić i do kulturalnych warunków już się przystosuje. We Francji Urzędy Tanich Mieszkań wprowadziły wizytacje polecane funkcjonariuszkom, wizytatorkom społecznym (infirmière sociale, dosłownie – pielęgniarka społeczna). Zadaniem ich jest nie tylko badanie sposobu zamieszkania, ale i warunków życia rodzin mieszkających w domach Urzędów. Obowiązkiem wizytatorki jest nie tylko badanie, ale także okazywanie możliwie najdalej idącej rady i pomocy. Spotykamy się tu z próbą połączenia działalności pomocy mieszkaniowej z opieką społeczną.
W spółdzielniach belgijskich wizytacje odbywają się przez komisję wyłonioną z rady spółdzielni, podobnie jak u nas w Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej wizytacje odbywa opiekun wyznaczony przez Radę Nadzorczą dla każdej kolonii.
III. Współdziałanie mieszkańców
Kilka tych przykładów wystarczy dla zrozumienia, jak głęboko budownictwo społeczne wkracza w organizację życia mieszkańców stworzonych dla nich domów. Ale na tym się jego wpływ nie kończy. Mieszkańcy domów społecznych nie są tylko obiektem działalności władz i funkcjonariuszy instytucji. Społeczne budownictwo mieszkaniowe wymaga od wszystkich mieszkańców czynnego współdziałania, powołując z konieczności do życia nowe formy organizacyjne.
Niezbędna oszczędność w budowie możliwie wielkiej ilości mieszkań małych, zmusza do przeniesienia części funkcji spełnianych dawniej w mieszkaniu, poza nie oraz do szukania jak najbardziej ekonomicznego sposobu zadośćuczynienia wspólnym potrzebom mieszkańców.
Niezależnie od tego, czy mieszkania te znajdują się w wielkich domach zbiorowych, czy w osiedlach małych domków jednorodzinnych, wszędzie istnieje i coraz się powiększa ilość tych pomieszczeń, które powstają dla zadośćuczynienia tym wspólnym potrzebom. Sale zebrań czy klubowe, czytelnie i biblioteki, żłobki dla małych dzieci, przedszkola dla większych, cały szereg wspomnianych już urządzeń o charakterze technicznym (pralnie, kąpiele, ogrzewanie itp.), wszystko to wymaga planowości w zadośćuczynieniu tym potrzebom.
Planowość ta jest konieczna zarówno przy projektowaniu osiedli, jak i przy organizowaniu w nich życia.
Organizacja życia w nowych osiedlach wymaga radykalnej zmiany stosunku mieszkańców do zamieszkiwanej przez nich nieruchomości i ze swej strony do tej zmiany się przyczynia.
Początkiem zmiany stosunku lokatora jest sposób otrzymania mieszkania. Charakterystyczną cechą, powtarzającą się w wielu regulaminach dotyczących przydziału mieszkań, jest uzależnienie tego przydziału przede wszystkim od warunków mieszkaniowych, w jakich znajduje się w okresie przydziału kandydat.
Przy jednakowych innych warunkach nowe mieszkanie otrzymuje kandydat, którego mieszkanie jest najgorsze.
Moment finansowy nie gra przy decyzji żadnej roli, albo rolę zupełnie podrzędną. Natomiast przede wszystkim brane są pod uwagę warunki rodzinne mieszkańców.
Przeważająca większość mieszkańców nowego osiedla w wysokim stopniu odczuwa różnicę pomiędzy dotychczasowym sposobem zamieszkania a tym, który udaje im się uzyskać dzięki społecznemu budownictwu. Uczucie wdzięczności za umożliwienie ludzkiego bytowania ułatwia podporządkowanie się bardzo nieraz ostrym regulaminom.
Pomimo to administrowanie wielkimi skupieniami małych mieszkań, mających wspólne urządzenia, nie jest łatwym. Nigdzie nie daje się ono uskutecznić bez stworzenia organizacji lokatorskich.
Wobec tego powstanie takich organizacji spotyka się z zachętą władz, administrujących domami, a niejednokrotnie nawet władze same powołują do życia organizacje mieszkańców.
W wielkich domach wiedeńskich z polecenia magistratu każda klatka schodowa wybiera męża zaufania. Zebranie mężów zaufania powołuje Naczelnego Męża Zaufania dla każdego osiedla.
Inspektorzy domów, którzy są organem bezpośredniego nadzoru ze strony władzy gminnej, obowiązani są do utrzymania stałego kontaktu z mężami zaufania.
Instytucja mężów zaufania bynajmniej nie ogranicza praw mieszkańców do tworzenia komitetów, z którymi, o ile istnieją, inspektorzy (funkcjonariusze miejscy) powinni współdziałać.
Wielkie niemieckie spółdzielnie (np. Spółdzielnia Mieszkaniowa w Duisburgu) przewidują istnienie Komitetów Administracyjnych dla każdej kolonii mieszkalnej. Komitet taki składa się z trzech członków, mianowanych przez Zarząd Spółdzielni po wysłuchaniu opinii lokatorów. Ci trzej członkowie kooptują dwoje dalszych lokatorów. O ile dana kolonia składa się z większej ilości mieszkań, ilość członków komitetu wzrasta w taki sposób, by każde sto mieszkań było reprezentowane przez troje członków.
Wszystkie Komitety połączone stanowią Radę Administracyjną.
Zakres działania zarówno Komitetów, jak i Rady jest bardzo obszerny. Obejmuje on zarówno reprezentację interesów mieszkańców, jak poparcie Zarządu Spółdzielni we wszystkich zarządzeniach mających na celu przestrzeganie warunków najmu i regulaminów.
Między innymi Rada Administracyjna opiniuje o wnioskach Komitetów, dotyczących wymówienia mieszkania.
Poszczególne Komitety regulują także sposób użytkowania urządzeń, które służą dla wspólnego lub kolejnego użytkowania wszystkich mieszkańców.
Zadania organizacji lokatorskich nie są łatwe, szczególniej w spółdzielniach, gdzie celem ich winno być wzmocnienie znaczenia i powagi spółdzielni, obrona jej interesów materialnych i moralnych, a jednocześnie zadośćuczynienie słusznym nieraz pretensjom mieszkańców. Łagodzenie powstających przeciwieństw, w żadnym zaś razie zaostrzanie ich, jest jedyną drogą, którą instytucje te mogą działać.
Pójście po tej drodze jest znacznie ułatwione, jeśli organizacja lokatorów ma cele dalsze, spełnia wobec swych członków inne pożyteczne funkcje poza tymi, które wynikają ze stosunków związanych z administracją domów.
Charakter taki mają stowarzyszenia lokatorów, które obejmują, poza zadaniami administracyjnymi, sferę czynności o charakterze kulturalnym, społecznym, dobroczynnym.
Takimi są przede wszystkim Towarzystwa Wzajemnej Pomocy (Mutuelles), które istnieją we Francji w osiedlach zbudowanych przez Urząd Tanich Mieszkań Departamentu Sekwany. Należenie do tych Towarzystw nie jest wprawdzie obowiązkowe, ale pod wpływem Zarządu instytucji nieomal wszyscy lokatorzy w nich biorą udział.
Składka na Towarzystwo jest pobierana przez administrację jako określony odsetek od komornego i wpłacana do kasy Towarzystwa.
Towarzystwo okazuje materialną pomoc lokatorom w razie wydarzeń losowych, które uzasadniają jej konieczność.
O ile lokator nie zapłaci komornego i Rada Towarzystwa uzna, iż zasługuje on na pomoc, wnosi za niego komorne do kas Urzędu, traktując w zasadzie pomoc taką jak pożyczkę.
O ile istotnie powodem niepłacenia były okoliczności przejściowe, pożyczka zostaje zwrócona i Kasa Wzajemnej Pomocy nie zostaje uszczuplona. W przeciwnym razie, gdy warunki jeszcze się pogorszyły (w razie śmierci, ciężkiej choroby, długotrwałego bezrobocia) pożyczka zostaje zamieniona na zapomogę.
W ten sposób lokatorzy mieszkania osiedla, znający dokładnie sąsiedzkie warunki bytowania, okazują sobie wzajemną pomoc, Urząd zaś ma zapewniony aktualny wpływ komornego, bez którego żadna działalność gospodarcza nie mogłaby się ostać. W wypadkach, w których sąsiedzi-towarzysze uznają, że okazanie pomocy jest niewskazane, Urząd ma rozwiązane ręce i może przystąpić do eksmitowania lokatora, który bez uzasadnionej przyczyny zalega z komornym.
W końcu roku Urząd poddaje badaniu straty, które „Mutuelle” poniosła z powodu niezwróconych pożyczek lub udzielonych zapomóg i część tej straty (zwykle 1/3) pokrywa przez udzielenie Towarzystwu subwencji.
Pewność regularnego otrzymywania komornego ma dla Spółdzielni mieszkaniowych jeszcze większe znaczenie niż dla Urzędów Tanich Mieszkań.
Toteż Warszawska Spółdzielnia Mieszkaniowa, której celem jest dostarczenie możliwie wielkiej liczbie robotników i pracowników mieszkania odpowiadającego wszystkim zasadom społecznego budownictwa mieszkaniowego, uznała za konieczne powołanie do życia organizacji zbliżonej do tej, która istnieje w Departamencie Sekwany.
Stowarzyszenie wzajemnej pomocy lokatorów Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej pod nazwą „Szklane Domy” ma na celu stworzenie podstaw sąsiedzkiego współżycia wszystkich zamieszkujących domy zbudowane przez Warszawską Spółdzielnię Mieszkaniową.
Dla spełnienia swych zadań Stowarzyszenie zajmuje się wszelkimi sprawami dotyczącymi dobrobytu moralnego i materialnego lokatorów Spółdzielni, organizowaniem instytucji, ułatwiających wychowanie dzieci, organizowaniem zabaw, odczytów, koncertów, konkursów itp., ustanawianiem reprezentacji lokatorów w stosunku do administracji domów i władz Spółdzielni, okazywaniem pomocy drogą zapomóg lub pożyczek swym członkom, których wydarzenia losowe (śmierć, choroba, brak pracy) postawiły w trudne położenie materialne, wreszcie ewentualnym administrowaniem domów, które zostaną mu oddane w zarząd przez Spółdzielnię lub innymi sprawami przekazanymi mu przez Zarząd Spółdzielni.
Stowarzyszenie nie dopuszcza na swych zebraniach żadnych dyskusji politycznych i religijnych.
Czyż zaprawdę nie jesteśmy świadkami powstawania nowych form współżycia ludzkiego, które zawdzięczamy całkowicie budownictwu nieobliczonemu na zysk, budownictwu, które mając na celu jedynie zaspokajanie potrzeb lokatorów, nie może tego czynić bez ich udziału i pomocy.
A pomoc wzajemna okazywana w tych nowych osiedlach, czyż to nie początek wymarzonych przez Edwarda Abramowskiego Związków Przyjaźni?
,,Pomoc wzajemna, rozszerzona na wszystkie wypadki życia i wykonywana w małych grupach ludzi znających się osobiście”. „Związek, w którym nie powinno być żadnego biurokratyzmu… czysty typ związku ludzi dobrej woli, czyniących dobro bezinteresownie, nie jak urzędnicy towarzystw dobroczynnych, lecz tak jak pomagają przyjaciele”.
Społeczne budownictwo mieszkaniowe znajduje się ledwie w zaczątkach, ale dziś już są nam widne wszystkie tające się w nim możliwości oraz znaczenie, jakie mieć ono może dla przekształcenia życia ludności osiedli miejskich.
Teodor Toeplitz
Powyższy tekst to cała broszura, wydana przez Komitet Polski Międzynarodowej Konferencji Służby Społecznej, wydana z zasiłku Ministerstwa Pracy i Opieki Społecznej, Warszawa 1928. Od tamtej pory nie była wznawiana, poprawiono pisownię według obecnych reguł.
Teodor Toeplitz (1875-1937) – wybitny działacz spółdzielczy i samorządowy, urbanista, przez wiele lat związany z Polską Partią Socjalistyczną. Współzałożyciel Towarzystwa Urbanistów Polskich. Współtwórca Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej, przewodniczącym Zarządu WSM. Współtwórca i prezes zarządu Społecznego Przedsiębiorstwa Budowlanego – głównego wykonawcy prac budowlanych w WSM i innych spółdzielniach warszawskich, ale także dla spółdzielni mieszkaniowych w Gdyni i Krakowie. W 1929 r. założyciel Polskiego Towarzystwa Reformy Mieszkaniowej, które z jego inicjatywy zorganizowało w 1937 r. pierwszy Polski Kongres Mieszkaniowy (Toeplitz zmarł kilka miesięcy przed Kongresem). Współtwórca Związku Miast Polskich. Wiceprezes Międzynarodowego Związku do Spraw Mieszkaniowych. Autor wielu publikacji fachowych i popularyzatorskich, poświęconych spółdzielczości mieszkaniowej, aspektom socjalno-bytowym mieszkalnictwa robotniczego, problemom urbanistycznym itp.
przez Karol Trammer | wtorek 24 września 2019 | opinie
Wygaszanie popytu było oficjalną strategią Polskich Kolei Państwowych.
Głównym elementem strategii PKP było ograniczanie działalności kolei. Rzucamy światło na będący tego dowodem dokument, który powstał w październiku 1994 r. w Dyrekcji Generalnej Polskich Kolei Państwowych.
Korzyści
„Reguły gospodarki rynkowej nie pozwalają na utrzymanie przy życiu linii kolejowych niedostatecznie obciążonych ruchem, o bardzo słabej frekwencji i nie mających perspektyw rozwojowych, a także szeregu obiektów o niskim lub czasem zerowym stopniu wykorzystania. Kolej musi więc »wyszczupleć«” – można było przeczytać w opracowaniu pod wdzięcznym tytułem „Nasza kolej. Dlaczego i jak ją restrukturyzować”.
Dokument jasno stwierdzał, że duża część infrastruktury kolejowej nie ma co liczyć na remonty. W tej sytuacji mówiono o podziale sieci na linie czarne, białe i zielone. Linie czarne mogły liczyć na remonty, linie białe miały być „remontowane w miarę potrzeb w takim zakresie, aby nie dopuścić do zagrożenia bezpieczeństwa w ruchu pociągów”, natomiast pozbawione remontów linie zielone miały być eksploatowane tylko do czasu fizycznego zużycia. Linie białe i zielone składały się na ponad jedną trzecią sieci kolejowej.
Dokument „Nasza kolej” – powołując się na wewnętrzny dokument „Określenie racjonalnego układu linii kolejowych w Polsce” – stwierdza, że na sieci kolejowej, liczącej w 1994 r. 23,3 tys. km, poza układem racjonalnym jest 6 tys. km linii. „Linie te są predestynowane w pierwszej kolejności do zawieszenia przewozów” – stwierdza Dyrekcja Generalna PKP w swojej broszurze i dodaje: – „Według opinii rady techniczno-ekonomicznej przy dyrektorze generalnym korzyści PKP z tego tytułu mogłyby wynieść nawet około 2 bilionów złotych rocznie”.
Władze PKP zapowiadają „rozwinięcie” dokumentu „Określenie racjonalnego układu linii kolejowych w Polsce” w program redukcji linii kolejowych na lata 1995-2000.
Sukcesy
W broszurze „Nasza kolej” Dyrekcja Generalna PKP wymienia dotychczas osiągnięte „sukcesy”: „Odpowiednio do zmniejszonych przewozów i pracy eksploatacyjnej »wyszczuplała« służba taboru i zaplecza technicznego w porównaniu z 1990 r. W 1993 r. zmniejszono: liczbę lokomotyw elektrycznych z 2511 do 2338, liczbę punktów napraw bieżących taboru z 165 do 127, liczbę lokomotyw spalinowych z 4191 do 3849, liczbę wagonów towarowych z 194,5 tys. do 128,5, liczbę zatrudnionych w służbie taboru i zaplecza technicznego z 115,3 tys. do 72,9 tys.”.
Dyrekcja Generalna PKP z dwóch powodów obawiała się, że „w przypadku programu redukcji linii PKP nie mogą liczyć na sukcesy”. Po pierwsze, „procedury zawieszania przewozów i likwidacji linii są uciążliwe, pracochłonne i długotrwałe i nic nie wskazuje na to, by nastąpiły w tym zakresie w najbliższym czasie istotne zmiany stanu prawnego”. Po drugie, „z dużym prawdopodobieństwem można przyjąć, że Ministerstwo Transportu i Gospodarki Morskiej nie zaakceptuje w pełni programu redukcji linii kolejowych opracowanego przez PKP, ze względu na uwarunkowania społeczne i polityczne”.
Tak się jednak składa, że ani nastawienie ministerstwa, ani czasochłonność procedur nie okazały się szczególnie dotkliwą przeszkodą w realizacji programu redukcji linii kolejowych. Jak bowiem zwrócił uwagę raport Najwyższej Izby Kontroli z 1998 r., Ministerstwo Transportu i Gospodarki Morskiej niejednokrotnie wyrażało zgodę na ograniczenie działalności kolei, pomimo że wnioski PKP nie spełniały warunków koniecznych do uzyskania tej zgody. Jak ponadto wskazuje NIK, ministerstwo akceptowało wnioski spływające z PKP bez analizy ekonomicznej, która uwzględniałaby interes całej gospodarki.
Strategia
Z broszury „Nasza kolej. Dlaczego i jak ją restrukturyzować” jasno wynika, że wygaszanie popytu stało się oficjalną strategią Polskich Kolei Państwowych: „PKP muszą od najbliższego roku realizować określoną strategię przewozów na liniach mało obciążonych i nierentownych. Strategia PKP musi zmierzać do wygaszania popytu na kolejowe przewozy lokalne, a tym samym do przesunięcia tego popytu na transport samochodowy”.
Strategia wygaszania popytu sprowadzała się nie tylko do obniżania atrakcyjności oferty przewozowej, ale również do pogarszania parametrów sieci kolejowej: „Strategia ta polegać powinna na istotnym ograniczeniu liczby kursujących pociągów osobowych na liniach lokalnych, jeśli nie będzie zgody na zawieszenie przewozów, sukcesywnym zamykaniu posterunków ruchu, ograniczaniu do niezbędnego minimum prac utrzymaniowych oraz na organizowaniu w okresie przejściowym autobusowej komunikacji zastępczej”.
Zamykanie posterunków ruchu – czyli degradowanie stacji i mijanek do roli przystanków – prowadziło do zmniejszania przepustowości sieci kolejowej. W coraz mniejszej liczbie punktów pociągi mogły się mijać i wyprzedzać. Władze PKP chwalą się, że w latach 1989-1993 nastąpiło „zmniejszenie liczby czynnych posterunków ruchu w skali sieci o 14,5%”, ale zaznaczają „występowanie pewnych rezerw zbędnych posterunków ruchu”, w związku z czym „dalsza redukcja zbędnych posterunków jest więc możliwa i powinna prowadzić do wzrostu liczby kilometrów przypadających na jeden posterunek ruchu”. Z broszury płynęło jasne wskazanie: „Należy wytypować zbędne posterunki ruchu i stacyjne układy torowe oraz opracować program ich redukcji w następnych latach”.
Pomysłowość
Anonimowi pracownicy Dyrekcji Generalnej PKP, który napisali broszurę „Nasza kolej. Dlaczego i jak ją restrukturyzować”, nie poświęcają zbyt wiele uwagi sytuacji kolei w innych krajach. Co charakterystyczne, w ogóle nie przyglądano się sytuacji kolei w innych krajach Europy Środkowej i Wschodniej. Władze PKP ze szczególnym namaszczeniem spoglądały na wątpliwe osiągnięcia kolei w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej, gdzie sieć kolejowa od 1970 r. do 1990 r. została skrócona z 332 tys. km do 193 tys. km: „Polska to nie USA, mimo szacunku, jaki budzą efekty ekonomiczne osiągnięte przez koleje amerykańskie w latach 70. i 80. w wyniku ich pomysłowości”.
Karol Trammer
Tekst pochodzi z dwumiesięcznika „Z Biegiem Szyn” (nr 5/103 wrzesień-październik 2019); www.zbs.net.pl
Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Tomasz Chmielewski
przez Radosław Stupak | środa 18 września 2019 | opinie
Gdyby na wprowadzaną aktualnie reformę psychiatrii spojrzeć wyłącznie przez pryzmat wielkich haseł czy też słów-kluczy powtarzanych przez osoby lobbujące za zmianami, należałoby być pełnym podziwu i nadziei. Gdyby zestawić to jeszcze z deklaratywną warstwą działalności Kongresu Zdrowia Psychicznego czy szczytnymi celami Fundacji EfKropka, organizacji mocno zaangażowanych w promocję reformy, można by wręcz wpaść w zachwyt, szczególnie, jeśli wziąć pod uwagę częste nawiązania do fińskiego modelu Open Dialogue. Tyle że, jeśli przyjrzeć się bliżej, wizja psychiatrii wprowadzana w życie w ramach reformy nie ma z Open Dialogue wiele wspólnego, a pod pięknymi słowami o psychiatrii środowiskowej zdają się kryć zupełnie inne realne działania. Z wierzchu błyszczy, w środku gnije.
Pomijam tu bardziej podstawowe kwestie, związane z charakterem samej psychiatrii jako instytucji społecznej, czy też pytania o przyczyny lub etiologię zaburzeń psychicznych. Warto tylko krótko wspomnieć, że wiele współczesnych badań wiąże je przede wszystkim z negatywnymi czynnikami społecznymi czy psychologicznymi – ubóstwem, przynależeniem do mniejszości, zaniedbaniem lub wykorzystywaniem w dzieciństwie, byciem ofiarą przemocy i in. Rodzi to pytania o to, czy to przypadkiem nie tymi zjawiskami powinniśmy się przede wszystkim zająć, jeśli na sercu leży nam zdrowie psychiczne Polaków i Polek. Spróbujmy się przyjrzeć, jakie konkretnie rozwiązania i argumenty kryją się pod hasłami o psychiatrii środowiskowej – szczególnie w kontekście schizofrenii.
Podstawowy argument, a jakże, jest finansowy. Podczas debaty eksperckiej (był to ten rodzaj debaty, w którym wszyscy występujący zgadzają się ze sobą i forsują jedną wizję) pt. „W parze ze schizofrenią” (27 marca, 2019), według dr. n. med. Jakuba Gierczyńskiego, MBA, przedstawianego jako ekspert systemu ochrony zdrowia, oparcie farmakoterapii schizofrenii na tzw. długodziałających lekach (LAI), czyli zastrzykach podawanych co np. trzy miesiące, pozwoli zmniejszyć wydatki ZUS-u związane ze świadczeniami dla osób z diagnozą schizofrenii. Aktualnie koszty ZUS przekraczają wydatki NFZ i fakt ten można uznać za niepokojący, choć świadczy on przede wszystkim o nieskuteczności obecnego modelu leczenia zaburzeń psychotycznych. Co jednak kluczowe, Gierczyński zapytany przez osobę z sali o dane, które potwierdzałyby, że szersze stosowanie LAI prowadzi do zmniejszenia wydatków na opiekę społeczną – tuż po tym, jak przywoływał przykłady krajów, w których stosuje się je znacznie częściej niż w Polsce – posłużył się danymi z… kardiologii. Dlaczego przykład z kardiologii miałby mieć zastosowanie w psychiatrii? Zapewne wynika to z tego, że takich danych dla psychiatrii po prostu nie ma. Kraje, których rozwiązania właśnie chcemy skopiować, wydają i na psychiatrię, i na opiekę społeczną więcej, a pomimo wprowadzenia LAI (a może dlatego) – wydatki rosną, a efekty leczenia pozostają bez zmian lub nawet się pogarszają.
Pojawia się tutaj już zasadniczy wątek tego, jak „psychiatria środowiskowa” ma wyglądać według architektów reformy. Otóż ma to być po prostu zastąpienie farmakoterapii stosowanej w szpitalu farmakoterapią stosowaną ambulatoryjnie. W całej „antystygmatyzacyjnej” retoryce promowanie zastrzyków jest na tyle ważne, iż prowadzi wręcz do kuriozalnych stwierdzeń. Należy z nich wnioskować na przykład, że osoby z diagnozą schizofrenii są tak nieodpowiedzialne i nieprzewidywalne, że rodziny muszą kontrolować, czy przyjmują leki, a jedynym rozwiązaniem tej sytuacji są zastrzyki. „Bardzo istotną sprawą jest też dużo lepsza kontrola przyjmowania leku. Podawanie go domięśniowo zdejmuje z rodzin chorych ciężar odpowiedzialności za leczenie farmakologiczne” – przykładów podobnych wypowiedzi, także wprost z ust psychiatrów, można w ostatnim czasie znaleźć wiele. W tekście pod tytułem „Nowe leki ratujące umysł”, którego nie powstydziłby się copywriter, a któremu wiarygodności dodaje prof. Agata Szulc („Dążymy do tego, by przechodzono z opieki szpitalnej na środowiskową, a leki o przedłużonym działaniu bardzo dobrze wpisują się w taki system leczenia i są jego ważnym elementem”) pojawia się też nazwa leku Xeplion. Producentem Xeplionu jest Janssen. I wydaje się, że nie jest przypadkiem, iż właśnie nazwa leku tego producenta tutaj pada.
Dokumentem, na który często powołują się osoby wprowadzające reformę, jest, jak go przedstawiają, opracowany przez Instytut Zarządzania w Ochronie Zdrowia Uczelni Łazarskiego, raport pt. „Schizofrenia – kluczowe aspekty organizacyjne i finansowe. Model opieki psychiatrycznej nakierowany na wartość zdrowotną”. Nie dodają już jednak, że został on sfinansowany właśnie przez Janssen (choć trzeba przyznać, że strona uczelni wyraźnie o tym informuje). Jakie zalecenia płyną z tego raportu? „W celu poprawy skuteczności leczenia zapewnić dostęp do nowoczesnej farmakoterapii, w szczególności do leków długodziałających”. Nie jest to specjalnie zaskakujące, skoro na sprzedaży leków zawierających substancję czynną Xeplionu (pod różnymi nazwami handlowymi, m.in. Invega, Trevicta) – a więc właśnie długo uwalniających się leków – Janssen zarobił w 2016 roku 2,2 mld dolarów, ponad 2,5 mld dolarów w 2017 i prawie 1,5 mld tylko w pierwszej połowie 2018. Takie wyniki sprzedażowe wymagają oczywiście inwestycji w marketing. Jak podsumowuje profesor John Read, jeden z autorów niezależnego raportu opisującego wpływ koncernów farmaceutycznych na brytyjską służbę zdrowia: „Janssen dominuje, jeśli chodzi o szkolenia i sprzedaż, szczególnie odnośnie ich bardzo drogich »leków przeciwpsychotycznych« w zastrzykach (nie bardziej skutecznych niż »przeciwpsychotyczne« tabletki”).
Wszystko to zbiega się w czasie z wydaną w marcu 2019 decyzją o refundacji z budżetu Trevicty produkowanej przez Janssen (jest to ta sama substancja co Xeplion, tyle że w formule pozwalającej podawać zastrzyk co trzy miesiące zamiast co miesiąc). W podsumowaniu uznano, że refundacja jest zasadna. Stało się tak wbrew uwagom mówiącym, iż „pomimo niskiej wiarygodności uzyskanych wyników” (jeśli chodzi o skuteczność – w porównaniu do Xeplionu) oraz pomimo że „wnioskodawca przedstawił również wyniki analizy minimalizacji kosztów, jednak ze względu na zastrzeżenia analityków do przyjętej przez niego metodyki tej analizy analitycy przedstawili swoje obliczenia” (konkretne kwoty utajniono) oraz wbrew akapitowi stwierdzającemu, jak trudno rzetelnie takie koszty oszacować, okraszonym jeszcze na koniec zdaniem: „Powyższe czynniki, mogą wpływać również na niekontrolowane zwiększenie populacji leczonej lekiem Trevicta”.
Jedna dawka Trevicty kosztuje około 2000 PLN, na schizofrenię leczonych jest ok. 200 tys. ludzi w Polsce. Niemal każda wypowiedź medialna na temat reformy związana jest ze wskazywaniem zastrzyków jako jej integralnego elementu. Można też spodziewać się w najbliższym czasie prób poszerzenia wskazań do refundacji o inne diagnozy, w których stosuje się leki przeciwpsychotyczne, np. zaburzenia afektywne dwubiegunowe.
Nie byłoby w tym wszystkim nic złego, gdyby nie fakt, że (jak już to wprost napisał prof. Read) dowody na to, iż LAI są skuteczniejsze od zwykłych tabletek, są w najlepszym wypadku – słabe. Metaanaliza opublikowana w 2018 r. w „Schizophrenia Bulletin” podsumowuje, że LAI nie zmniejszają ryzyka hospitalizacji oraz czasu hospitalizacji, a osoby otrzymujące LAI były w gorszym stanie niż osoby otrzymujące tabletki. Autorzy przypisują jednak te, niezbyt korzystne dla LAI wyniki, naturalistycznemu charakterowi badań. W tym również nie byłoby nic dziwnego, gdyby nie to, że we wcześniejszej metaanalizie z 2014 r. (ale już wyłącznie randomizowanych badań klinicznych), ci sami autorzy brak przewagi LAI nad tabletkami tłumaczyli tym, że… tę przewagę łatwiej dostrzec będzie w badaniach naturalistycznych, które lepiej odzwierciedlają rzeczywiste warunki leczenia.
Mamy więc do czynienia z paradoksem – LAI miały być skuteczniejsze, bo trudniej je pacjentowi odstawić, a odstawienie ma powodować nawroty – a jednak tych nawrotów jest właściwie tyle samo. Nawet inne metaanalizy mówią co najwyżej o małych (choć istotnych statystycznie) różnicach, jeśli chodzi o zapobieganie nawrotom, przy równoczesnym zwiększeniu skutków niepożądanych, np. laktacja u mężczyzn, objawy pozapiramidowe – czyli bolesne skurcze mięśni i/lub problemy z poruszaniem się i/lub mimowolne, czasem dziwaczne ruchy będące skutkiem ubocznym leczenia; podobne jest ryzyko innych skutków ubocznych, czyli w przypadku leków „nowoczesnych” przede wszystkim otyłości i cukrzycy. Można z tego wysnuć wniosek, że wprowadzenie LAI nie wpłynie istotnie na ilość i długość hospitalizacji. Zwiększy natomiast koszty funkcjonowania całego systemu, ponieważ – refundowane z budżetu – LAI są kilkadziesiąt razy droższe od tabletek.
Pierwsze dane z Centrów Zdrowia Psychicznego zdają się to potwierdzać, tj. wzrosła ogólna ilość świadczeń (co można uznać za rzecz pozytywną), jednak ilość hospitalizacji właściwie się nie zmieniła. Jak podaje facebookowy profil pilotażu reformy, od uruchomienia Uniwersyteckiego Centrum Zdrowia Psychicznego w Szpitalu Uniwersyteckim w Krakowie, czyli od 1 października 2018 r., do końca czerwca 2019 r. liczba zrealizowanych świadczeń pomocy psychiatrycznej w Szpitalu Uniwersyteckim wynosiła prawie 70 tys., w tym na oddziałach stacjonarnych ponad 14 tys., na oddziałach dziennych prawie 10 tys., a w ambulatoriach ponad 45 tys. W tym samym okresie przed uruchomieniem UCZP liczba zrealizowanych świadczeń wynosiła prawie 45 tys., w tym na oddziałach stacjonarnych ponad 14,5 tys., na oddziałach dziennych prawie 9 tys., a w ambulatoriach prawie 21 tys.
O tym, że opieranie polityki zdrowotnej na raportach finansowanych przez koncerny farmaceutyczne to niekoniecznie dobry pomysł przekonali się ostatnio Amerykanie. Odnośnie panującej tam „epidemii opioidów”, były wysoki urzędnik FDA, lekarz, pisał w prestiżowym „Journal of the American Medical Association” (JAMA): „Epidemia opioidów pokazała, że źródło finansowania ma znaczenie. Niektórzy występujący z wykładami lekarze przyznali się do szerzenia błędnych informacji, jeden z nich stwierdził »Wygłosiłem niezliczoną ilość wykładów w późnych latach 80. i 90. na temat uzależnień, które były nieprawdą«. Organizacje, które uzyskały znaczące finansowanie od producentów opioidów, to m.in. Federation of State Medical Boards, American Pain Society, American Geriatrics Society i American Academy of Pain Medicine. Wszystkie popierały wypowiedzi i raporty zachęcające lekarzy do przepisywania opioidów na przewlekły ból”.
Może jednak warto jakoś przełknąć te zastrzyki, jeśli przynajmniej zwiększy się dostępność pomocy psychologicznej czy realnych działań środowiskowych? Cóż, może by i tak było, ale jak wynika z informacji umieszczonej na grupie Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Psychologów, w rozporządzeniach dotyczących tworzenia Centrów Zdrowia Psychicznego nie ma ani słowa o wymogach kadrowych dotyczących zatrudnienia psychologów, psychologów klinicznych i psychoterapeutów. Uwagi OZZP w tym zakresie nie zostały uwzględnione. Cóż to za środowiskowy biopsychospołeczny model, w którym zapomina się o psychoterapeutach? Może to dlatego, że nie potrafią robić zastrzyków?
Wypowiadający się na grupie psycholodzy pracujący w już utworzonych CZP, mówią, że właściwie nic się w ich pracy nie zmieniło, poza tym, że przybyło obowiązków, głównie administracyjnych. Jeden z nich podsumowuje to tak: „CZP jest uciążliwe dla pacjenta, potrzebne są dalej skierowania. Nie ma też żadnej dyskusji o problemach w środowisku ani analiz. Psycholog jest w sumie dodatkiem, który ma być i tylko. Nie poprawiła się oferta terapeutyczna. Nastąpiła centralizacja do wielkiego szpitala i nie ma przez to nadzoru nad finansami”. Ktoś inny pisze, że brak wymogów dotyczących psychologów pozwoli w razie czego zastąpić ich tańszymi pracownikami, ktoś jeszcze, że najwyraźniej reforma powstaje nie dla potrzebujących, a dla pracowników administracji, jeszcze ktoś, że najwyraźniej po to, żeby zwiększyć sprzedaż drogich refundowanych leków…
Czy więc nie lepiej, zamiast transferować setki milionów złotych do kasy koncernów farmaceutycznych, byłoby przeznaczyć te fundusze na stworzenie realnej opieki środowiskowej, mieszkania chronione, zwiększenie etatów oraz na podwyżki dla psychologów i pracowników opieki społecznej? Wreszcie, czy zamiast opierać się na wskazaniach opracowanych przez koncerny, nie lepiej byłoby twórców Open Dialogue – podejścia z najlepszymi wynikami na świecie, jeśli chodzi o terapię psychoz, w ramach którego, co ważne, leki przeciwpsychotyczne ogranicza się do minimum i stara ich nie stosować – zaprosić do współtworzenia reformy, zamiast wykorzystywać ich jako kwiatek do kożucha, legitymizujący zupełnie innego rodzaju podejście?
Jak radośnie informuje strona FB Pilotażu Centrów Zdrowia Psychicznego: „Wartość rynku psychiatrycznego urośnie w 2023 roku do 4 mld zł”. Prof. Heitzmann w wypowiedzi wybranej na tytuł artykułu o reformie informuje nas: „Zależy nam na udostępnieniu chorym na schizofrenię leków o tzw. przedłużonej formie uwalniania”. To nie ulega wątpliwości. Ale czy faktycznie zależy nam na skuteczniejszej pomocy ludziom z diagnozą schizofrenii?
Radosław Stupak
przez redakcja | niedziela 15 września 2019 | klasyka, opinie
Sądząc po liczbie publicznych wypowiedzi przedstawicieli agend rządowych, jesteśmy w ostatniej fazie poważnego kryzysu ekonomicznego, który ma kilka nieprzyjemnych cech, a najgorszą z nich jest inflacja. Mówi się nam, że jeżeli chcemy sprostać naszym głównym konkurentom i uzyskać pozycję dogodną do czerpania korzyści z rozwoju światowej gospodarki, ufnie prognozowanych na przyszły rok, to musimy tę inflację zmniejszyć o połowę. Musimy coś zrobić z deficytem w handlu zagranicznym, a nawet zacząć spłacać nasze ogromne długi – wtedy ropa z Morza Północnego znowu zacznie płynąć szerokim strumieniem po naszej szczęśliwej drodze wzrostu gospodarczego.
Ten rodzaj optymizmu wystarczy, aby wpędzić w depresję najdzielniejsze serce. Czy będziemy w stanie zawrócić z tej „szczęśliwej drogi”? Na pewno będziemy w bardziej niebezpiecznej i trudnej sytuacji niż rok temu. Nadal będziemy mieli potrójny kryzys – kryzys zasobów, kryzys ekologiczny oraz kryzys społeczny. Wszystko będzie jeszcze bardziej kruche i wrażliwe.
Jestem pewien, że obecna sytuacja nie ma nic wspólnego z jakąkolwiek wcześniejszą „depresją” czy „recesją” – oczywiście z wyjątkiem objawów takich jak bezrobocie. To nie jest część cyklu, to nie jest „korekta”, „krach giełdowy” czy coś w tym rodzaju – to koniec epoki. Barbara Ward mniej więcej rok temu stwierdziła krótko i dosadnie: „Bal się skończył”.
O jakim balu mowa? Była to uczta głównie dla niewielkiej liczby państw oraz równie niewielkiej (choć rosnącej) mniejszości w tych państwach, a większość ludzi dostarczająca dóbr i usług na potrzeby owej imprezy nie należała do beneficjentów tego wydarzenia. Pozwalaliśmy się omamić trzem złudzeniom:
• Po pierwsze, złudzeniu o istnieniu niewyczerpanych zapasów taniego paliwa i surowców naturalnych.
• Po drugie, złudzeniem było przekonanie o niemal równie niewyczerpanym zapasie robotników chcących wykonywać nudną, powtarzalną i przygnębiającą pracę za nieduże pieniądze.
• Po trzecie, złudzeniem było to, że Nauka i Technika już niedługo uczynią każdego tak bogatym, że na Ziemi nie będzie żadnych problemów, poza jedynym: co zrobić z wolnym czasem i bogactwem.
Te złudzenia, które sprawiły, że bal wyglądał tak jak wyglądał, obecnie rozwiały się niemal zupełnie. Zauroczyły nas one, ale już się budzimy i wokół dostrzegamy sterty śmieci. Jednak nadal jesteśmy częściowo pod wpływem owych złudzeń i większość tego, co mówimy i robimy opiera się na nadziei, że złudzenia wkrótce powrócą i impreza będzie trwała nadal.
Tak naprawdę, to wszyscy wiemy, że te złudzenia nigdy nie powrócą i że impreza skończyła się. Ale ponieważ wymyślenie i stworzenie czegoś nowego, na przykład nowego stylu życia, jest bardzo trudne i kłopotliwe, to wolimy dokonywać ogromnego wysiłku psychicznego, zwanego „wyparciem”.
Ten opłakany stan bez wątpienia nie ogranicza się do Wielkiej Brytanii. Niedawno widziałem relację na żywo ze spotkania na wysokim szczeblu, jakie miało miejsce w Niemczech kilka miesięcy temu – brali w nim udział kanclerz Helmut Schmidt, prezes Niemieckiego Banku Centralnego oraz znani ekonomiści, dyplomaci i dyrektorzy. Na spotkaniu tym nie było najmniejszych oznak chęci powrotu do trendów z lat 50. i 60. XX wieku, jak gdyby obecny kryzys był czymś w rodzaju międzynarodowego wypadku samochodowego i jakby nie było sposobu uniknięcia jego nieuchronnych skutków.
Podobne „wyparcie” można obserwować w innych dziedzinach, jak na przykład nauki przyrodnicze. Tu także „bal się skończył”. Była to impreza szczególnego rodzaju, właściwie orgia nihilizmu, świętowanie bezwartościowych, bezcelowych i bezsensownych teorii naukowych: rodzaj ludzki jest niczym więcej jak tylko kosmicznym zbiegiem okoliczności (który równie dobrze mógł mieć miejsce w innym zakamarku Wszechświata), a ostateczną rzeczywistością jest bezmyślna „materia” lub „energia”. Gdy impreza jeszcze trwała, najbardziej czczonym eksponatem było Drugie Prawo Termodynamiki lub Prawo Entropii, które zakłada, że wszystko „rozpada się” (przynajmniej dopóki nie żywi się pasożytniczo czymś innym), a Wszechświat jako całość czeka nieuchronna śmierć i rozkład.
Theodore Roszak podjął tę dyskusję z naukowcami i zapytał: „Dlaczego robią takie dziwne rzeczy? Przypuszczalnie dlatego, że entropia jest nihilistyczna; pokazuje, że wszystko zmierza w kierunku powszechnej śmierci i rozkładu, i wspiera założenia obcego, bezsensownego dla człowieka wszechświata, który się beznamiętnie i bezosobowo bada oraz manipuluje nim […], żeby móc analitycznie przejść od całości do części, zredukować jakość do ilości i wykluczyć przypadki krańcowe, by założyć radykalny obiektywizm przyrody: jest tak wiele hipotez do udowodnienia. Wszystko to razem wzięte odzwierciedla światopogląd naukowy, jaki znamy na Zachodzie od czasów Galileusza”.
Wszędzie są wskazówki, że nauka osiągnęła kres określonej epoki. Dowody nadchodzą ze wszystkich stron: fizyka i chemia nie mogą liczyć na nic więcej niż „substrat” zjawiska i gdy chodzi o kwestie życia, inteligencji i świadomości, muszą być postrzegane jakby służyły wyższym siłom. Dowody te oczywiście nigdy nie były obce filozofom przyrody i wszystkim, którzy myśleli o sobie jako o ludziach mających coś więcej niż zdrowy rozsądek; teraz jednak przytłacza naukowców ze wszystkich stron: gdy uważnie przyglądają się przyrodzie, odkrywają, że nie można wpasować przyrody w ich materialistyczny warsztat myślenia.
Wynikiem tego jest rosnący strumień publikacji, takich jak „Tajemnice życia roślin” Petera Tompkinsa i Christophera Birda. Donoszą oni o niezliczonych faktach, których nie można wytłumaczyć przy pomocy ortodoksyjnej nauki. Przedstawiają także przy okazji straszne historie prześladowań geniuszy, których odkrycia naukowe były zbyt nieortodoksyjne, aby „główny nurt” mógł je zaakceptować. Dziedzinami największej nietolerancji wydają się być medycyna i rolnictwo.
W doświadczeniach tych tak osobliwe i nie do przyjęcia jest to, że uzyskują one efekty łagodnie, czyli przy minimalnych nakładach energii lub innych substancji. Jest to całkowicie sprzeczne z technologią pochodzącą od nauki ortodoksyjnej, które zwykle jest „gwałtowna” i wymaga wysokich nakładów, zwłaszcza energii.
Dostępna literatura zawiera tak wiele opisów nowych możliwości, np. leczenia ludzi czy uprawy roślin, że można sądzić, iż dyscypliny te są u szczytu wrzenia intelektualnego oraz fermentu i że większość naukowców jest zbyt niecierpliwa, by kontynuować te nowe możliwe kierunki badań. Jednak nic takiego nie ma miejsca, może za wyjątkiem kilku nieustraszonych pionierów. Establishment świata nauki do perfekcji opanował „wyparcie”.
I znowu jest powód do optymizmu. Narasta ciśnienie i obrona oparta na „wyparciu” nie utrzyma się długo. Gdy zrozumiemy nasz kryzys ekonomiczny, wówczas będziemy wiedzieli, co robić i podobnie, gdy zrozumiemy kryzys nauki – znajdziemy sposoby rozwiązania go.
Trzeba oczywiście głowić się nad takimi problemami, jak inflacja i inne przejściowe dolegliwości, które nas dręczą. Ale nie zapewnimy sobie w ten sposób przetrwania. Przetrwanie będzie zależało od naszych zdolności do pokonania „wyparcia”, które broni całkowicie przestarzałych filozofii „rozwoju gospodarczego”.
Ci, którzy zdadzą sobie sprawę, że nadszedł koniec pewnej epoki w ekonomii i nauce, nie będą mieli powodów do „bezkompromisowej rozpaczy”. Gdy stary porządek umrze, nowy będzie już gotowy. Ale odkrycie nowych możliwości będzie wymagało ogromnego nakładu uczciwej pracy.
Ernst Friedrich Schumacher
Tłum. Przemysław Prytek
Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w czasopiśmie „Resurgence” vol. 6 nr 4, wrzesień-październik 1975 r. Następnie niniejszy polski przekład opublikowaliśmy w piśmie „Obywatel” nr 27 w roku 2006.
Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Tomasz Chmielewski