Zarządzanie bez podłości?

Zarządzanie bez podłości?

Zapewne każdy z nas spotkał się z niesprawnym systemem zarządzania. Począwszy od nowej dyrekcji, która rozpoczyna od redukcji etatów, poprzez folwarczno-sarmacki styl zarządzania zasobami ludzkimi, aż po hierarchie, gdzie często posłuszeństwo przełożonemu jest cenione wyżej niż litera prawa.

W tak zarządzanych organizacjach często dochodzi do błędów, mobbingu, uchybień czy jeszcze gorszych patologii, jak nepotyzm lub korupcja. Wiele firm czy organizacji funkcjonuje nie tylko pod tyranią rynków finansowych, zysku za wszelką cenę czy presji czasu. Stąd bierze się wiele kłopotów zdrowotnych, a czasem nawet kończy się falą samobójstw. Czy jest jakieś wyjście?

Obok amerykańsko-brytyjskiego modelu zarządzania nastawionego na zysk oraz japońskiego nastawionego na równość i paternalizm, istnieje jeszcze jeden: oparty na modelu sieciowym i samoorganizacji. Tę idee wypromował Frederic Laloux w książce „Pracować inaczej”. Ukazała się też książka polskiego autora Andrzeja Jacka Bliklego „Doktryna jakości. Rzecz o turkusowej samoorganizacji”. Po części model ten zawiera pomysły znane już wcześniej.

Laloux wymienia pięć modeli organizacji, przypisując im poszczególne cechy i barwy. Nas będzie interesować ta ostatnia. Czerwień charakteryzuje się systemem wodzowskim, opartym na lęku i posłuszeństwie – tak zorganizowane są mafia i gangi uliczne. Bursztynowy cechuje się sformalizowaną hierarchią i kodeksami, a oparty jest na tworzeniu podziałów – w taki sposób działają kościoły i armie. Pomarańczowy charakteryzuje się dynamiczną hierarchią, procedurami i kontraktami, premiowana jest skuteczność – to model korporacji. Zielony ma strukturę piramidalną, z podmiotową podstawą (dołem), oparta jest o demokratyczne reguły i decyzyjność – to zasady rodziny lub spółdzielni. Natomiast turkus cechuje się samoorganizacją i partycypacją, zarządzanie oparte jest na wartościach, zaufaniu i odpowiedzialności.

Podstawy zarządzania przedsiębiorstw turkusowych opierają się na czterech regułach dotyczących wykonywanych zadań przez pracowników: 1) robisz to, co potrafisz; 2 ) robisz to wtedy, kiedy jest potrzebne; 3) bierzesz za to odpowiedzialność; 4) możesz zawsze to zmienić, z zachowaniem zasad 1-3. Te cztery punkty zastępują kryteria zadaniowe i zakres prac. Przy założeniu, że nie wszyscy pracownicy potrafią coś zrobić, a są do tego delegowani przez kierownictwo często poza swój zakres obowiązków, jest to słuszny pogląd. Ewentualne różnice zdań rozwiązywane są za pomocą dialogu i argumentacji przy poszanowaniu godności ludzkiej. Przy takim modelu ryzyko popełnienia błędu jest mniejsze niż w większości wymienionych modeli. Gdy jednak taki wystąpi, należy naprawić obszar, w którym wystąpił problem i usunąć ewentualne skutki. Każdy pracuje też nad tym, co robi najlepiej. Każdy ma jakieś talenty. Jeśli ktoś potrafi dobrze obsługiwać klientów, skierujmy go do obsługi klientów. Ktoś dobrze pisze? Niech będzie redaktorem i korektorem. Jeśli ktoś jest analityczny i kreatywny, niech analizuje dane firmy i wymyśla nowe drogi rozwoju itd. Oczywiście każdy z pracowników może zastosować się do czterech punktów i wykonać inne zadanie po uzgodnieniu tego i dyskusji z innymi.

W turkusowych organizacjach panuje odmienny rodzaj komunikacji, przypominający non-violent communication (NVC – porozumienie bez przemocy) Marshalla Rosenberga. Nie jest to język oparty na agresji i manipulacji. To samo dotyczy stosunku załogi do kontrahentów, petentów i klientów. Druga strona powinna być traktowana podmiotowo, a nie przedmiotowo. Dzięki temu buduje się zaufanie nie tylko w obrębie przedsiębiorstwa, ale także poza nim. Jeśli obsługa, dajmy na to, banku inwestycyjnego manipuluje klientami, którzy mają mgliste pojęcie o ekonomii (np. sądzi, że kredyty we frankach szwajcarskich nie niosą żadnego ryzyka), to jest to firma bardzo toksyczna. Jeśli firma w ofercie pracy nie podaje stawki wynagrodzenia, to też nie jest to podejście fair.

W turkusowych organizacjach nie ma wygranych i przegranych. Nie ma sytuacji o sumie zerowej. Przy założeniu, że ludzie działają racjonalnie, stosując teorie gier liczbowych, należy zawsze doprowadzać do sytuacji zwycięzca-zwycięzca i należycie współpracować. Daje to więcej korzyści niż egocentryczne zachowania i wypinanie piersi o medal, podczas gdy konkurentem jest kolega.

Zarządzanie turkusowe nie należy do łatwych, choćby dlatego, że większości ludzi jest wychowywanych w egoizmie i współzawodnictwie, co zauważyła m.in. psychoanalityczka Karen Horney. Aby przejść z modelu współzawodnictwa do współpracy, nie należy: stosować porównań między pracownikami, zespołami i wydziałami; prowadzić rankingów i konkursów; stosować kar i nagród; premiować za wydajność. Powinno się także zrezygnować z poglądu, że ludzie są z natury nieuczciwi i leniwi, a zastąpić to wiarą w człowieka i zaufaniem. Drastyczny system nieustannego dozoru i kontroli też nie zdaje egzaminu, ponieważ traktuje dorosłych jak nieodpowiedzialne dzieci.

Długoletni pracownicy są potrzebni do dawania doświadczenia, swojej wiedzy i umiejętności. Samo odmłodzenie kadr może zapewni chwilowy sukces, ale w dłuższym okresie nierzadko okaże się klapą. To samo dotyczy zbyt dużej rotacji pracowników. Jak bardzo jedno i drugie nie jest efektywne kibice piłki nożnej mogli zobaczyć na przykładzie klubu Arsenal Londyn, a kibice koszykówki w przypadku Chicago Bulls.

W firmach zarządzanych turkusowo nie ma zaawansowanych hierarchii. Zarządzanie odbywa się przez sieć, w której każdy sam dla siebie jest szefem. Inaczej pisząc, każdy jest fraktalem. Nie ma żadnego z góry narzuconego systemu dowodzenia, co swoją drogą przypomina „Żółte kamizelki” we Francji – jeśli przywoływać polityczne skojarzenia. To dlatego piramidalnej strukturze z Macronem na czele tak bardzo ciężko z nimi rozmawiać. Taki jest obraz przestarzałych firm, organizacji, instytucji państwowych. Jak zauważył Slavoj Žižek podczas okupacji Parku Zuccotti przez protestujących w Nowym Jorku w 2011 r.: „Problemem nie jest korupcja, lecz system, który zmusza was do korupcji”.

Nie ma nic złego w zarabianiu pieniędzy czy w tym, że firma chce osiągać zysk. Problem w tym, że ścieżka obecnego systemu prowadzi jednych i drugich (pracodawców i pracowników) na manowce. Jak wskazuje Andrzej Jacek Blikle, ten anachroniczny model dochodzenia do zysków i samorealizacji wygląda mniej więcej tak: Sukces –> Pieniądze –> Dobre życie. Podczas gdy omawiany tutaj model wygląda tak: Dobre życie –> Pieniądze –> Sukces. Krótko pisząc, jeśli dobrze będzie się zarządzało i traktowało własną załogę i klientów, to sukces sam przyjdzie.

Taki model zarządzania może mieć też wady. Po pierwsze, sama teoria jest uboga w aspekty finansowe. „Godny zarobek” może być różnie rozumiany. Może warto byłoby pomyśleć nad starym partycypacyjnym pomysłem pracowników-akcjonariuszy lub jakąś dodatkową kwotą roczną wypłacaną załodze? Po drugie, w czasach robotyzacji i władzy algorytmów, nie wiemy, jaką one mają pełnić rolę. Czy powinny być stosowane umiarkowanie, czy jednak wykonywać taką pracę, która dla ludzi jest mało produktywna. Po trzecie, istnieje ryzyko rozmycia odpowiedzialności w takich organizacjach. Wreszcie po czwarte i chyba najważniejsze – wyzwanie dotyczy zmiany mentalności polskich menedżerów. Niektórzy polscy przedsiębiorcy czy dyrektorzy w instytucjach publicznych mają skłonność do folwarcznego stylu zarządzania. Innym problemem jest to, że model usprawnia biurokrację, lecz nie umniejsza jej wpływów.

Tego typu organizacje w Polsce oczywiście istnieją, ale dopiero raczkują. Może warto byłoby postawić na jakiś system szkolenia, zarówno w sferze instytucjonalnej (Urzędy Pracy mogłyby organizować takie szkolenia), jak i edukacyjnej. Kolejnym aspektem jest zniesienie hierarchii. Spłaszczone struktury winny działać jak kolegium zarządzające w bardzo szerokim porozumieniu z resztą pracowników. Zastosowanie modelu może być szerokie. Od średnich firm, po związki zawodowe i organizacje, aż po partie polityczne (sieciowe kolegia zarządzające zamiast partii wodzowskich). Faza eksperymentalna holistycznego modelu nadal trwa.

Jak twierdził znany działacz „Solidarności” Zbigniew Bujak, „Potrzeba godności jest celem i narzędziem wszystkich rewolucji, buntów, strajków. Znam to pragnienie. Godne podmiotowe traktowanie było źródłem i celem Solidarności”. Aktywistka i dziennikarka Naomi Klein w swojej „Doktrynie szoku” pisała o czasach transformacji ustrojowej w Polsce i alternatywach wobec liberalnego modelu wyjścia z PRL-u: „gdyby państwowe fabryki udało się przekształcić w robotnicze kooperatywy, istniała szansa, że znów staną się one rentowne – zarządzanie przez pracowników mogło być bardziej skuteczne, szczególnie bez dodatkowych kosztów generowanych przez partyjnych biurokratów”.

Piotr Wildanger

Hostessy – wstydliwa lekcja wiedzy o społeczeństwie

Kobiety. Głównie w wieku między 20 a 30 lat. Wzrost około 170 centymetrów. Szczupłe, miłe, dobrze wyglądające… Hostessy, bo o nich mowa, to tysiące kobiet pracujących podczas wielkich wydarzeń, pokazów, targów, kongresów, akcji promocyjnych, koncertów i wielu innych. Znacznie rzadziej widzimy hostów. W tym zawodzie 1 mężczyzna przypada na 50 kobiet. Zatrudniane są przez około 100 agencji działających w kraju. W zdecydowanej większości pracują na podstawie umów cywilno-prawnych. To formalny stan rzeczy. Realny jest bardziej złożony.

Uczestnicząc w setkach wydarzeń biznesowych spotykam na nich wiele hostess i hostów. Od jakiegoś czasu zauważam, że nasze podejście, czyli uczestników i uczestniczek, do hostess pozostawia wiele do życzenia. Nazwałbym to zachowanie poznawczą przezroczystością. Widzimy wykonywanie tej pracy i nadużycia, do jakich w trakcie jej wykonywania dochodzi praktycznie wszędzie, ale jednocześnie zachowujemy się tak, jakbyśmy nie dostrzegali w tym wszystkim aspektu ludzkiego.

Dlatego postanowiliśmy przyjrzeć się temu problemowi wspólnie z Moniką Kulik (koordynatorka), Anią Perlik-Piątkowską, Zuzanną Rudzińską-Bluszcz, Magdą Bigaj i Witoldem Drożdżem, osobami związanymi z Komitetem Dialogu Społecznego KIG i Forum Odpowiedzialnego Biznesu. Przygotowaliśmy raport pt. „Branża hostess w Polsce. Główne problemy i kontrowersje” (do pobrania tutaj). Praca nad nim była dla nas kopalnią wiedzy, ale też lekcją pokory, zawstydzenia i – mamy nadzieję – społecznej wrażliwości.

Przytoczę tu tylko kilka wniosków z raportu. Molestowanie seksualne, niestosowne, niegrzeczne i agresywne zachowania klientów należą do najtrudniejszych i dość powszechnych sytuacji, z jakimi mierzą się młode kobiety w swojej pracy. Co gorsze, nie za bardzo wiedzą, jak mogą reagować, bo jednocześnie skarga ze strony klientów oznacza dla nich poważne kary finansowe. To profesja z ogromną dominacją pracodawcy, gdzie istnieje znacząca uznaniowość w zakresie zmniejszania wynagrodzeń za niewłaściwe wywiązanie się z obowiązków. Powszechny jest także brak wsparcia podczas trudnych rozmów z klientami czy całkowita nieproporcjonalność zobowiązań. Jedna z badanych osób wprost relacjonowała, że za spóźnienie do pracy musi płacić tysiąc złotych kary. Jednak kiedy to agencja odwoła zlecenie w ostatniej chwili, pracownik nie otrzymuje za to żadnej rekompensaty. Dominuje forma umów cywilno-prawnych – umów zleceń, a także umów o dzieło (sic!). Często umowy podpisywane są po wykonaniu pracy. Rozmówczynie opowiadają, że zdarza się, iż nie otrzymują wynagrodzenia w ogóle.

Wspomniałem wcześniej, że w związku z brakiem wiedzy, mamy do czynienia z całym szeregiem krzywdzących stereotypów na temat tej profesji. Jedne kierują uwagę w stronę silnego podtekstu seksualnego i „pracy ciałem”. Co ciekawe, rozmówczynie podają, że spotykają się z formą pogardy także ze strony samych kobiet. Inne stereotypy przedstawiają tę pracę jako łatwą i lekką, a wykonujące ją osoby jako ładne, ale dość głupie. W rzeczywistości większość pracujących w taki sposób to studentki dorabiające dzięki elastycznemu czasowi pracy. Nie każda praca jest aż tak łatwa i bezrefleksyjna. Wykonujący ją muszą umieć nawiązywać kontakty i podtrzymywać relacje z ludźmi, charakteryzować się odpornością na stres, radzić sobie w niełatwych sytuacjach społecznych, czasami posiadać wiedzę specjalistyczną, a nawet kierunkowe wykształcenie. Praca ta wykonywana jest w bardzo trudnych warunkach. Wiele godzin spędzanych na nogach, w niewygodnym obuwiu, w ubraniu nieadekwatnym do temperatury (na przykład kara za ubranie bluzy w pracy wykonywanej obok lodówek).

Nieuczciwe byłoby twierdzić, że wszystko w tym zawodzie jest złe. Niesie on ze sobą także korzyści, jak choćby wskazana już wyżej elastyczność czasowa (praca w weekendy, wieczorami), a także zdarzające się naprawdę dobre wynagrodzenia. Same hostessy mówią, że może to być również szkoła umiejętności przydatnych na późniejszych etapach rozwoju zawodowego, poznawania ciekawych ludzi i miejsc, a nawet wiedzy, szczególnie pracując przy konferencjach i wykładach.

To wszystko jednak wiele mówi o nas jako o społeczeństwie, że wykonywana dorywczo praca nie jest dla tych dziewczyn powodem do szczególnej dumy. Mimo tego, że w wielu przypadkach to pierwsze samodzielnie zarobione pieniądze, to pojawiają się świadectwa ukrywania informacji o formie zarobkowania przed rodzicami. Jedna z kobiet, studentka politechniki, przyznaje, że kiedy otrzymuje z agencji propozycje pracy przy wydarzeniach na jej uczelni, nawet ich nie czyta. Nie chce pokazywać się jako hostessa swoim koleżankom, kolegom i wykładowcom.

To, co wydaje mi się jednym z najpoważniejszych zagrożeń systemowych, to fakt, że dla większości z nich, to pierwsza praca. Doświadczenie tylko kilku z listy toksycznych zachowań może zbudować przekonanie o swoistej normalności tego rodzaju relacji, byciu gorzej traktowaną, arbitralnie ocenianą i karaną, nierzadko oszukiwaną. Wypowiedź badaczki:

„Rozmowy z hostessami uświadomiły mi jak bardzo młode osoby są zagubione na rynku pracy i jak ich brak doświadczenia i wiedzy jest często wykorzystywany przez innych. Hostessy nie wiedzą jak się bronić, bo brak im odpowiedniego przygotowania i odpowiednich narzędzi. Takie osoby łatwo wykorzystywać będąc na bardziej uprzywilejowanej pozycji”.

Naszą intencją nie jest doprowadzanie do zlikwidowania tego rodzaju profesji czy odmawianie prawa do jej wykonywania. Nie mamy jednak wątpliwości, że należy stworzyć uczciwe i godne warunki dla jej wykonywania, zbudować znacznie większą świadomość społeczną wokół bolesnych doświadczeń tysięcy osób, ukrócić całą masę nadużyć i ludzkiej nieuczciwości. Do podjęcia działań w kierunku zbudowania katalogu dobrych praktyk i kodeksu etyki przekonujemy przedstawicieli organizacji marketingowych i eventowych, pracodawców, biznesu i organizatorów wielkich wydarzeń, na rzecz których takie usługi są najczęściej świadczone. Uważamy też, że z punktu widzenia ideowej misji, powinien to być również temat zainteresowania związków zawodowych, a także osób zajmujących się społeczną odpowiedzialnością przedsiębiorstw czy tzw. zarządzaniem zasobami ludzkimi (HR), a więc najbardziej uspołecznionych funkcji wielu przedsiębiorstw i instytucji. Nie chcemy abstrahować od instytucji publicznych, urzędów, uczelni i szkół. Z punktu widzenia nadużyć i skali nieuczciwości związanych z łamaniem praw człowieka, brakiem zapłaty, wadliwymi umowami, nadużywaniem pozycji, liczymy na przyjrzenie się mu przez Rzecznika Praw Obywatelskich, a także Państwową Inspekcję Pracy i inne organy państwa, mające za zadanie ochronę pracowników i ich godności. Konstruktywna interwencja w tej sprawie to także kwestia zadbania o przejrzystość reguł życia społeczno-ekonomicznego.

Konrad Ciesiołkiewicz

Maria Dulębianka: Polityczne stanowisko kobiety [1908]

Maria Dulębianka: Polityczne stanowisko kobiety [1908]

Najznamienniejszym zjawiskiem w ogólnej, tak szybko, nawet gwałtownie dokonywującej się dziś ewolucji ludzkich pojęć jest niezawodnie coraz głębsze uświadamianie się w masach pojęcia równości obywatelskiej.

Jest to najdonioślejsze zwycięstwo obecnej chwili.

Atoli uświadomienia tego ostatnim wyrazem stanie się, a raczej staje się obywatelskie uświadomienie kobiety. Prawda, trzeba było bardzo silnego wstrząśnienia kajdanami wszechniewoli, ażeby i kobietę wyprowadzić z biernego poddaństwa i pchnąć ją do walki. Dziś już do walki pchniętą została. Uczuła nareszcie, że czas i jej stanąć do wspólnej pracy na wielkiej arenie publicznego życia. Że i jej należą się wszystkie obywatelskie prawa, wszystkie bez wyjątku, aby mogła spełniać wszystkie obywatelskie obowiązki.

I oto druga, epokowego znaczenia zdobycz dni naszych. Bo jeżeli przyszliśmy do przeświadczenia, że największym błędem naszej polityki przeszłości, błędem, który nas do upadku przywiódł i w niemocy pogrążył, było usunięcie ludu, uznawanego dzisiaj za fundament narodu, od współudziału w pracach tego narodu, to z równą pewnością twierdzić możemy, że drugim takim błędem dla pomyślności narodu nie mniej złowrogim, jest usuwanie od tej pracy kobiety. Im prędzej tedy błąd ten naprawionym zostanie, im prędzej tak nieopatrznie lekceważone i marnowane siły, których nie mamy za wiele, lekceważyć i marnować przestaniemy, tym prędzej zbliżymy się do urzeczywistnienia naszych narodowych i ogólnoludzkich ideałów. Bo choć zdobędziemy wolność, wolnym narodem się nie staniemy, dopóki połowa ludności praw obywatelskich pozbawioną będzie.

A któryż naród jest w tym stopniu powołany nieść przed innymi kaganiec wolności, jeżeli nie ten, co w tradycjach swych posiada tak wspaniały kult wolnego ducha, i nie ten, co tyle bojów za swoją i cudzą wolność toczył, i tyle bólu, i tyle męki, i tyle tortur przeżył? A przeżywała je z nim razem i kobieta i to jej całkiem szczególnej dostojności dodało. Kobieta polska wcześniej się rozwinęła, wcześniej dojrzała i wcześniej od innych otrzymała chrzest człowieczeństwa. Tedy śmielej niźli każda inna może żądać praw człowieka i dotkliwiej niźli każda inna odczuwać musi wszelką krzywdę i wszelkie bezprawie. Hasło: równe prawa wszystkim mężczyznom, wyższe jest niewątpliwie od kastowych haseł minionej epoki: „prawa szlachcie”, „prawa mieszczaństwu”, „prawa duchowieństwu”, ale zważmy, jaki niedostatek jeszcze i jaką ułomność wykazuje to na płci osobnika gruntujące się uprawomocnienie. O ileż wyższe jest i więcej demokratyczne i więcej ludzkie to hasło nowe, które idzie i rozbrzmiewa dookoła, a tu i owdzie już zwycięstwa święci: równe prawa wszystkim!

W imię hasła tego, z inicjatywy, rzuconej na Zjeździe w Krakowie w r. 1905, stanęły kobiety do nowej pracy. We wszystkich dzielnicach polskich postępowe żywioły jęły organizować swoje szeregi, zakładać związki, stowarzyszenia, pisma, zdobycie praw obywatelskich dla kobiet mające na celu.

Ale oto stało się, że młode te organizacje, zanim zdążyły jeszcze skonsolidować się, wypracować programy, nakreślić plan działania, do działania tego musiały przystąpić natychmiast, a mianowicie w Galicji, aby wziąć udział i stanowisko swoje zaznaczyć w walce o prawa polityczne, przy przygotowującej się w r. 1905 i 1906 reformie wyborczej w Austrii.

Ten pierwszy krok szerszej politycznej akcji kobiecej był nader ważny i nader trudny, dlatego chcę go tu bliżej omówić, aby następnie wyciągnąć wnioski ku pożytkowi dalszej naszej pracy, a także aby wykazać, jaką naglącą koniecznością jest objęcie ruchu naszego w bardzo ścisłe ramy stałej organizacji.

Otóż ważnym był ten pierwszy krok, albowiem przy dokonywującej się reformie wyborczej w Austrii, a dokonywującej się w tak doniosłym momencie historycznym, kobiety nie powinny były być pominięte; powinny były prawa polityczne uzyskać, zwłaszcza, gdy je przed reformą wyborczą w minimalnej mierze już posiadały. Jakimże tedy prawem logiki wówczas, kiedy ogół męskiej ludności prawa zyskiwał, one, najwięcej pokrzywdzone, traciły i te, które już posiadały? Wszystko jedno jakie były te utracone prawa, chodzi o fakt tej eksorbitancji prawnej, o fakt sprzeczności nawet z ustawowymi paragrafami państwa, według których to paragrafów obywatele mogą nowe prawa pozyskiwać, lecz raz pozyskanych nie mogą tracić.

Trudny zaś był ten pierwszy krok dla kobiet, gdyż do życia politycznego niezaprawione przystępowały do niego z całym dyletantyzmem, brakiem doświadczenia, przystępowały prawie po omacku. Popełniły też zaraz na wstępie kardynalny błąd, iż zamiast podjąć akcję samodzielnie, dobyć sił z siebie, pójść jakąś własną drogą, wstąpiły od razu na szlaki partyjne, oddały się pod partyjną komendę, odbierając w ten sposób agitacji swej całą powagę i niezależność.

Rzecz prosta, stronnictwa polityczne, o ile nie mogły ruchu tego stłumić, usiłowały objąć nad nim kuratelę, wyzyskać go dla własnych interesów i podporządkować własnej dyscyplinie; usiłowania uwieńczone zresztą dobrym skutkiem.

Stronnictwo Narodowo-Demokratyczne początkowo, jak wiemy, odnosiło się bardzo nieprzychylnie do zawiązujących się organizacji równouprawnienia kobiet. Naturalnie nieoficjalnie, bo byłoby to dla nas za wiele honoru, lecz poufnie, za pośrednictwem żeńskich parlamentarzy mówiono, nam – jak mówiono i wam tu także: „teraz nie pora na walkę o prawa kobiety, kiedy się toczy walka o prawa narodu”.

Zaiste przyznać trzeba, że może żadne z panujących u nas pojęć nie jest równie bałamutne, mętne, równie nadużywane i równie bezmyślnie interpretowane, jak pojęcie, co jest narodową, a co nienarodową pracą lub walką. Roztrząsane przy każdej okazji, najważniejszej i najmniej ważnej, często pracy i usiłowaniom podejmowanym w najidealniejszych celach, staje się zatrutą strzałą bez pardonu godzącą i w pracę, i w pracownika. Nic też dziwnego, że godziła i w organizującą się pracę kobiety.

Otóż można by spytać, czyż ta kobieta stoi na zewnątrz swego narodu? A prawa jej czyż nie byłyby prawami jej narodu? Czyż do niego nie należy?

Nie przypuszczam złej woli, ale jest jakaś wielka pomyłka w tym twierdzeniu, jakieś wielkie nieporozumienie, a nieporozumienie to podnoszę tu z tym większym naciskiem, ile że mu ulegają i kobiety same, zwłaszcza mniej samodzielnie myślące, a zapatrzone w Stronnictwo Narodowo-Demokratyczne. Pragnąc gorąco pracować dla swego społeczeństwa, nie zawsze i niedokładnie zdają sobie sprawę, co i jak czynić im należy, w ciągłej obawie pozostając, czy dana praca, do której zresztą pociąga je nawet jakieś wewnętrzne przekonanie, będzie dosyć narodową. Raz w raz na różnych zebraniach, zwłaszcza poufniejszej natury, z takim narodowym zakłopotaniem spotkać się można.

Gorzej jeszcze: i te kobiety nawet, które osobiście wyemancypowały się już z więzów niewolniczej przeszłości, skrzętnie powtarzają: „teraz szkoda czasu na walkę o prawa kobiety, potrzebnego na walkę narodową”.

Otóż w jakiż sposób wyizolować tę pracę narodową od wszelkiej innej? Gdzie oznaczyć granicę, u której kończy się praca dla narodu, a zaczyna jakaś praca odrębna, nie dla narodu? Jeżeli praca nad wyzwoleniem kobiety nie jest pracą narodową, to i praca nad wyzwoleniem ludu, nad wywalczeniem lepszej doli rzeszy robotniczej, nad podniesieniem jakiejkolwiek warstwy, jakiegokolwiek stanu ludności byłaby pracą nienarodową, na którą obecnie szkoda czasu. A jeżeli tak nie jest, jeżeli i walka o prawa chłopa i walka o prawa robotnika, o prawa dziecka, o prawa każdej gromadki ludzi jest pracą dla narodu, a jest nią niewątpliwie, bo do podniesienia tego narodu dąży, to jest nią także i walka o prawa kobiety, o jej wyzwolenie. A w jakiż inny sposób można wyzwolić i podnieść lud i w jaki sposób można wyzwolić kobiety, nie wyprowadzając ich z gnębiącej, długowiekowej niewoli. W jakiż sposób dać im możność pracowania dla narodu, gdy się im odmawia prawa tej pracy?

Jeżeli w znaczeniu ogólnym pracą narodową jest każda praca dodatnia dokonywana w narodzie i dla narodu, jakkolwiek bezpośrednio służy danej warstwie lub danemu odłamowi ludności, bo naród nie jest żadną abstrakcją, lecz zrzeszeniem tychże warstw i grup ludzkich i wszystko, co stanowi o szczęściu, wielkości, kulturze i moralności narodu, stanowi o kulturze, moralności itp. każdej odrębnej grupy ludności i wzajemnie, jest niewątpliwie dziedzina ściśle narodowej pracy, tej pracy, która bezpośrednio służy ogółowi, tj. całemu narodowi, a ma na celu obronę jego praw, jego bytu, ochronę jego całości, jego bezpieczeństwa i jego stanowiska na zewnątrz wobec innych narodów. W państwach konstytucyjnych prace te, jak wiemy, wykonują organy polityczne i ustawodawcze, zatem gdy kobiety dopominają się praw politycznych, tedy dopominają się właśnie udziału w tej najistotniejszej pracy narodowej.

Tu zaś, na tej ziemi, gdzie nikt z nas żadnych ludzkich praw nie posiada, my kobiety, żądając równouprawnienia, żądamy współudziału w walce o te prawa narodu, w pracy dla jego przyszłości, żądamy uczestnictwa w odbudowywaniu gmachu narodowego. A żądamy tego, bo mamy prawo sądzić, że ta budowa będzie lepsza i pewniejsza, i silniejsza, gdy i my rękę swą do niej przyłożymy. Bo czujemy się na siłach pracować na wszelkich posterunkach i na wszelkich polach, nie tylko na nieużytkach. Toteż pełne ironii wydają się nam słowa: „teraz szkoda czasu na walkę o prawa kobiety”.

Żeby skończyć z tą kwestią, dodam jeszcze, że jedyne momenty, w których nie szkoda czasu, lecz nie ma czasu na walkę o żadne inne prawa oprócz praw całego narodu, to są momenty czynnych ruchów rewolucyjnych. W tych momentach atoli kobieta staje się niemal więcej równouprawnioną niźli w innych, no i widzieliśmy i widzimy, że z tego równouprawnienia często w bohaterski sposób korzysta.

Takie było pierwotnie względem nas stanowisko Narodowej Demokracji.

Pod wpływem ożywionego ruchu kobiecego w Galicji w ostatnich paru latach, a zwłaszcza pod groźbą skłaniania się licznych grup kobiecych ku stronnictwom radykalnym, oświadczającym się za prawami politycznymi dla kobiet, Narodowi Demokraci zaczęli ustępować, w końcu nawet oświadczyli, że nie są wcale przeciwnikami praw politycznych dla kobiet, i owszem, gotowi je popierać, ale rzecz prosta nie na zasadzie jakiejś powszechności głosowania, bo to przecież dla nas kobiet nie miałoby żadnego sensu, ale na starej, z dawna wypróbowanej a w skutkach niezawodnej zasadzie kurialnej. Poseł Głąbiński, jako przedstawiciel Stronnictwa, zobowiązał się też przemawiać w naszej sprawie w komisji reformy wyborczej w Wiedniu. Zobowiązał się i na tym poprzestał, bo jak się następnie okazało, ani myślał zobowiązaniu temu zadośćuczynić. Natomiast z wielką gotowością, oddajmy mu sprawiedliwość, wniósł jedną z naszych petycji o prawa polityczne do Rady Państwa.

Pomimo tego na pozór już życzliwego stanowiska Stronnictwa Narodowej Demokracji dla naszego ruchu o prawa polityczne, odłam kobiet sympatyzujący z tymże stronnictwem, wbrew wszelkim usiłowaniom nie dał się przecież skłonić do zorganizowania związku równouprawnienia kobiet, lękając się, aby taka organizacja nie stała się zamachem na dobro narodowe.

Natomiast i w Krakowie i we Lwowie organizacje takie zawiązały żywioły radykalniejsze, ciążące ku stronnictwu socjalnej demokracji.

Niestety, kobiety od wieków hodowane do posłuszeństwa, zawsze jeszcze komuś posłuszne być muszą. Z nielicznymi wyjątkami wyłamującymi się spod tej reguły, jedne słuchają SND, drugie słuchają PPSD [Polska Partia Socjalno-Demokratyczna]. Temu też stronnictwu tym razem podporządkowały zupełnie robotę swoją, a zwłaszcza całą akcję około reformy wyborczej.

Byliśmy też świadkami całego szeregu agitacyjnych wieców kobiecych zwoływanych w sprawie tejże reformy wyborczej, na których to wiecach o własnych prawach kobiety mówiły, ale mówiły raczej pobieżnie i okazjonalnie tylko, natomiast i przede wszystkim silnym głosem dopominały się o równe prawa wyborcze dla proletariatu męskiego, który pomimo tak krzywdzącej go jeszcze naówczas ordynacji wyborczej, w prawa polityczne w każdym razie lepiej był wyposażony niźli one same. A czyniły to w przeświadczeniu, że w ten sposób właśnie najlepiej i najskuteczniej służą sprawie ogółu i sprawie ogólnego postępu. Stanowisko pełne idealizmu (wyznać trzeba!), zaprzeczające też kategorycznie charakterystyce kobiety skreślonej przez czcigodnego autora „Duchów” w przemówieniu na Zjeździe: „kobiety odgradzającej się ostrokołem od całego obszaru życia, walczącej o własne wyzwolenie, a obojętnej na niewolę innych”. Ja śmiem twierdzić, że my takich kobiet nie posiadamy wcale w naszym społeczeństwie. I owszem, nasze kobiety wpierw walczyły o prawa dla wszystkich innych, zanim podniosły głos o prawa dla siebie. Dlatego też tak się opóźniły w walce o własne wyzwolenie. Więcej nawet powiedzieć można, dziś właściwie jedne kobiety tylko, te które walczą, walczą o wolność i wyzwolenie wszystkich. Podczas kiedy stronnictwa męskie na pierwszy plan wysuwają swoje interesy i interesy warstw, które reprezentują, kobieta, jak widzimy i w omawianym tu wypadku, w każdej chwili gotowa poświęcić ten własny swój interes dla dobra ogółu.

Ale czy istotnie służyła ona dobru ogółu zaprzestając – choćby tylko chwilowo – walki o prawa własne? Czy istotnie dopominaniem się o te prawa dla siebie przeszkadzałaby w uzyskaniu tychże praw męskiemu proletariatowi, jak to twierdzili socjaliści? Ja sądzę wprost przeciwnie. Im powszechniejsze i szersze jest żądanie, tym pewniejsze do zrealizowania. „Nie można odmawiać jakiejkolwiek warstwie ludności męskiej praw, o które dziś dopominają się już nawet kobiety”. Oto zdanie dające się dziś słyszeć po parlamentach, sejmach europejskich, a zbijające twierdzenie socjalistów. Mówiły dalej kobiety: czym szersze kręgi ludności obejmie reforma wyborcza, tj. im powszechniejsze i równiejsze będą prawa mężczyzn, tym większe widoki uzyskania tychże praw i dla nas. Niezawodnie. Tak przynajmniej należałoby się spodziewać… Zwycięstwo idei demokratyzacji politycznej musi stać się w następstwie zwycięstwem idei równouprawnienia kobiet, ale musi i stanie się o tyle tylko, o ile kobiety o to równouprawnienie walczyć będą. Bez tego nigdy nic nie uzyskają. Bo nigdy bez ich współudziału nie nastąpi moment takiego „optimum” dla sprawy równouprawnienia, żeby im prawa polityczne ofiarowano bez względu na to, czy ich żądają lub nie. Oto niedawno w Londynie minister Asquith oświadczył deputacji kobiet, że nie jest w zasadzie przeciwny nadaniu im praw wyborczych, lecz tylko w takim wypadku, gdyby to było zgodne z życzeniem większości kobiet, o czym wszakże nie jest przekonany.

Również nie jest rzeczą pewną, żeby proletariat męski, zdobywszy prawa dla siebie, zechciał tak chętnie i bez oporu dzielić się nimi z kobietami, jak to one mniemają. Zwracam uwagę, że w krajach, gdzie prawo powszechnego głosowania dla mężczyzn dawno istnieje, walka kobiet nie stała się przez to łatwiejszą. Widzimy, że ani we Francji, ani w Niemczech, ani nawet w większości Stanów Zjednoczonych kobiety praw politycznych nie posiadły dotąd, bo nie walczyły o nie dostatecznie.

To były pobudki, jakimi się kierowały kobiety wybierając taką a nie inną taktykę podczas agitacji o reformę wyborczą w Galicji. Jakie pobudki powodowały kierownikami tej akcji kobiecej do rekomendowania wstrzemięźliwości wyborczej, wiadomo nam wszystkim. PPSD pilnuje przede wszystkim interesów męskiego proletariatu. O interesy kobiet, o ile te nie są ściśle z ich własnymi związane, troszczy się niewiele i pomimo wszelkich w tym kierunku oświadczeń, na razie przynajmniej praw politycznych dla kobiet nie pragnie, przewidując, co przewidują i socjaliści innych krajów, że kobiety, jako żywioły konserwatywniejsze, przyszedłszy do głosu, oddziaływałyby źle i szkodliwie na ruch postępowy.

Pod pewnym względem mają rację, ale tylko pod pewnym. Bo naprzód jest rzeczą niezawodną, że proletariat żeński, tj. ogromna większość kobiet, uzyskawszy prawa wyborcze będzie się solidaryzować z proletariatem męskim. A jeżeli pomiędzy kobietami znajduje się, a znajduje się niewątpliwie, dużo żywiołów wstecznych, reakcyjnych, to tych reakcyjnych żywiołów nie brak również i pomiędzy mężczyznami wszelkich warstw, zwłaszcza między ludem, a i między robotnikami także. A przecież nikomu z PPSD nie przychodzi do głowy, ażeby na tej zasadzie odmawiać im lub też nie żądać dla nich równych praw wyborczych. Zasada jest zasadą. Albo się ją wyznaje, albo nie. Wyznawać ją tylko o tyle, o ile odpowiada naszym chwilowym życzeniom lub naszym chwilowym widokom, jest to oportunizm z najelementarniejszymi pojęciami etyki, a nawet logiki niezgodny, jest to taktyka małej miary. Nie przeszkadza to, że taką taktykę uprawiają szeroko wszystkie nasze stronnictwa. Surowo piętnując ją u drugich, uprawiają stale u siebie. I na tym polu najkrańcowiej przeciwne partie są sobie bliskie, pokrewne i śmiało sobie ręce podać mogą. Konserwatywni i SND zwalczają proletariat w imię dobra ogółu, lękają się żywiołów nieoświeconych, nie patriotycznie usposobionych, lękają się tak nazwanej zarazy socjalistycznej. Socjaliści powstrzymują kobiety od walki o równouprawnienie polityczne również w imię dobra ogółu; i lękają się znowu zarazy wstecznictwa kobiecego. SND mówią do walczącego ludu: najprzód prawa dla narodu, potem dla was. PPSD mówią do kobiet: najprzód zdobędziemy prawa my, potem walczyć będziemy o prawa dla was.

Może to i prawda. Ale w takim razie prawdą może być i jedno, i drugie. Wszelako jedno postępowanie warte drugiego; przyczyny ich jednej natury. Notabene, i jedni i drudzy bardzo chętnie do posług swych zaprzęgają kobiety. Chcąc niecierpliwszym żywiołom skrócić czas oczekiwania tych błogich chwil, kiedy to na walkę o ich prawa kolej przyjdzie, każą im tymczasem sobie pomagać, każą im na rzecz swoją agitować. I kobiety agitują. Agitacja taka, wciągając kobiety do pracy politycznej, z praktycznych względów mogłaby nie być bez korzyści. Mówię „mogłaby”, gdyby kobiety nie usiłowały naśladować agitacyjnej taktyki mężczyzn, namiętnej, bezwzględnej, częstokroć brutalnej bardzo. Taktyki, która bodaj czy nie stanowi właśnie zasadniczej przeszkody, opóźniającej zwycięstwo najpiękniejszych postulatów w ten sposób bronionych.

Wszyscy, którzy mamy oczy otwarte ku prawdzie, a serca wrażliwe na nędzę i krzywdy pracującego ludu, wiemy i czujemy doskonale, iż to, o co walczy dziś ten lud, wcześniej czy później musi być uwieńczone zwycięstwem, że wszystkie twierdze przywilejów muszą runąć jedna za drugą, a przecież wyznać musimy, że hasła, jakimi tę walkę się prowadzi i oręże, jakimi się w niej posługuje, całą wielkość wielkim ideom odbierają. Idee socjalizmu są godne wielkiego ludu, ale taktyka jego przedstawicieli bywa często godną tylko gawiedzi.

Idea narodowości jest siłą potężną, ale nie w rękach drobnych kramarzy ducha, handlujących nią, jak się handluje świętościami pod murami Częstochowy. Patrząc na to – jak niegdyś Diderot wołał do współczesnych – „rozszerzcie wy tego swego Boga, bo taki jakim go czynicie, może bóstwo zohydzić” – tak my mamy ochotę wołać: rozszerzcie wy tego boga narodowości, bo taki jakim go czynicie może narodowość zohydzić.

Nie mówiąc o tym, co się dzieje tu, do jakiego zamętu i rozkiełznania wszelkich pojęć moralnych doprowadzają walki partyjne, bo tu warunki zupełnie wyjątkowe i zamęt nieunikniony, zwracam uwagę na systemy agitacyjne pokojowe, stronnictw politycznych w Galicji, na ten cały szereg nadużyć, gwałtów, fałszerstw dokonywanych przy wyborach i to przez frakcje, jak teraz przy ostatnich, zjednoczone w Radzie Narodowej, które powinny stać się dobrym przykładem tej młodej, świeżo w polityczne życie wchodzącej rzeszy polskiego ludu. Albo z drugiej strony, te najwyższym niesmakiem przejmujące różne alokucje zwracane do tego ludu przez PPSD, te wszystkie suche wierzby wyciągające ramiona po ciała szlachciców, te wizje płonących wsi i dworów szlacheckich i tym podobne bardzo lichego gatunku parabole, rozbrzmiewające w mowach przywódców tego stronnictwa, i często do najwspanialszych przemówień np. takiego Daszyńskiego wprowadzające w jednej chwili atmosferę budy jarmarcznej. Aż trudno zrozumieć, że mówca tej miary i działacz mający do spełnienia takie ważne i piękne zadania, na równie tandetne, ku schlebianiu dzikim instynktom tłumu obliczone frazesy, pozwalać sobie może!

Niezawodnie łatwiej jest podziałać na niski instynkt ciemnego tłumu, bo tylko na ciemny tłum takie środki działać mogą, niźli ten tłum podnieść, uszlachetnić i innymi motywami do walki pobudzić. Więc panowie agitatorzy chwytają z pośpiechu roboty łatwiejsze, ale czyniąc tak, lud ten krzywdzą, bo zamiast budzić w nim człowieka, budzą zwierzę. A krzywdzą go i tym, iż odbierając mu wiarę w siłę walki uczciwej, prawej, honorowej, która jest potęgą wszechmocną, rzucają mu podniecające frazesy, że kiedy przeciwnika nie można zwalczyć, to nie pozostaje nic innego jak spalić go lub powiesić na suchej wierzbie.

Czy do takiej walki stanąć ma kobieta? Ta, od której oczekujemy, że będzie nam zwiastunką pokoju, pogody, harmonii? Że przyjdzie nie rany zadawać, ale rany koić; że wniesie do życia publicznego jakiś element szlachetności, tak odeń dziś jeszcze daleki; że uprawniona nie tylko podniesie liczbę uprawnionych, lecz podniesie ich wartość, ich dostojność obywatelską?

Nie do takiej walki stawać nam, ale przeciwko niej. Nie od powtarzania starych błędów zaczynać nam, ale naprawę wszelakich brać na siebie. Nie w stare łożyska zwracać nowe fale!

Jeżeli mamy dokonać jakichś doniosłych, samodzielnych czynów, musimy za wszelką cenę wyzwolić się z tego dreptania po cudzych szlakach. Musimy się zdobyć na niezależność i sądów, i czynów. Musimy sobie stworzyć własną komendę i własny kierunek. Musimy sobie znaleźć własną drogę. Inaczej z niepełnoletności i poddaństwa i niedojrzałości nie wyemancypujemy się nigdy.

Jakąż ma być ta przyszła droga nasza?

Można by powiedzieć, że dziś, kiedy nie posiadamy jeszcze żadnych praw politycznych, nie pora zastanawiać się, jakimi drogami pójdziemy, gdy je uzyskamy, do jakich celów zdążać będziemy, jakimi środkami się posługiwać, że nie pora jeszcze na kreślenie programów politycznych, ale raczej wszelkie usiłowania skierować należy ku zdobyciu praw i przygotowaniu terenu do przyszłej pracy. I my tak sądziliśmy. I tak sądząc przy omawianiu organizacji równouprawnienia kobiet postanawialiśmy oprzeć ją na zasadzie zupełnej bezpartyjności politycznej, wychodząc z założenia, iż ponieważ nie mamy praw we wszystkich warstwach społecznych, tak niższych jak i wyższych, walką naszą objąć je musimy wszystkie, objąć wszelkie dziedziny interesów i pracy kobiecej i w ten sposób zgrupować około akcji politycznej jak najszersze koła wszelkich kierunków i przekonań.

W myśl tego postanowienia w pierwszych programach stowarzyszeń równouprawnienia kobiet i tu i u nas w Galicji, przyjęty został paragraf politycznej bezpartyjności.

Bardzo prędko atoli okazało się i tu i tam, że kiedy toczy się walka o prawa polityczne, niemożliwe jest stanowisko takiej zupełnej politycznej abstynencji. Cały szereg doświadczeń ubiegłych paru lat przekonał nas o tym bardzo dowodnie. Kiedyśmy mówiły: żądamy tych samych praw, jakie posiadają lub posiądą mężczyźni, odpowiadano nam z ironią: „więc jest wam wszystko jedno, jakie prawa polityczne otrzymują mężczyźni, więcej czy mniej sprawiedliwe, bylebyście wy tylko otrzymały takie same?”.

I w tej odpowiedzi mieścił się pewien zarzut słuszny.

Niezawodnie nam nie było wszystko jedno, jakie prawa otrzymają mężczyźni, i owszem, stawiając żądanie nasze stawiałyśmy je właśnie na zasadzie przygotowującej się naówczas reformy wyborczej, według której było już niewątpliwym, że uzyskają prawa polityczne wszyscy mężczyźni bez wyjątku, tedy tym samym oświadczałyśmy się za tą nową ordynacją wyborczą, żądając rozszerzenia jej i dla kobiet. I nasi oponenci doskonale o tym wiedzieli, ale ponieważ to oświadczenie nasze z powodu braku wszelkiej barwy politycznej miało charakter trochę luźny i nieokreślony, partii politycznych nie mogło ono rzecz prosta zadowolić. Toteż i stowarzyszenia i grupy kobiet chcące wyjść z tej trudności przyłączyły się do najbliższych, tj. najpokrewniejszych przekonaniami stronnictw męskich, bez względu na to, czy te stronnictwa zupełnie lub niezupełnie odpowiadały ich interesom, potrzebom, a nade wszystko ich społecznym, narodowym i humanitarnym ideałom.

I tak widzieliśmy, że jedne grupy przyłączyły się do SND, drugie do ludowców, trzecie do PPSD. Z rozlicznych atoli dyskusji prowadzonych na ten temat, z rozlicznych badań, rozpatrywań, wynurzeń przyszliśmy jednak do przeświadczenia, że żadne z obecnie istniejących stronnictw politycznych psychicznym aspiracjom większości kobiet nie odpowiada w tym stopniu, aby się całkowicie z nimi zjednoczyć chciały lub mogły. W żadnym z nich nie znajdują one urzeczywistnienia istotnie wyższych a szczerych pojęć braterstwa i sprawiedliwości; nie znajdują tej atmosfery prawdy i prawości, gdzie słowo odpowiada czynowi a czyn słowu. Te kobiety nawet – a jest ich większość – które nie posiadają żadnego politycznego uświadomienia, to jedno uświadamiają sobie doskonale, że zasady ciasnego egoizmu klasowego rządzące naszymi stronnictwami wyłączają tę prostą, a przez kobiety wyżej cenioną i powszechnie wyznawaną zasadę: „nie czyń bliźniemu twemu co tobie niemiłe”. Kobieta jako organizacja bądź co bądź subtelniejsza, więcej uczuciowa i więcej etyczna, nie może przystosować się do karbów, jej właściwości psychicznych nie uwzględniających dostatecznie. Ona wchodząc w to życie polityczne musi sobie stworzyć szranki odpowiednie, w których łatwo i chętnie obracać się będzie. Musi, rozpatrzywszy programy wszystkich frakcji obecnych, wszystkie ich za i przeciw, zastanowić się, co może zachować dla siebie, a co jej usunąć należy, aby na miejsce tego usuniętego stworzyć coś nowego, coś lepszego przede wszystkim. Jeżeli ma się stać pożyteczną pracownicą, musi ona wnieść z pracą swoją jakąś nową cyfrę, nową wartość, jakiegoś nowego ducha.

I oto kierunek jej drogi i oto istota jej programu: do życia politycznego wprowadzić czynnik, dotąd jeszcze na międzynarodowym indeksie jako apolityczny pozostający: czynnik etyczny. Jednocząc wszelkie żywioły stojące na tym stanowisku, stworzyć stronnictwo tak silne, aby nie lękało się wyzwać do walki wszystkie ciemne potęgi świata i stawić czoło wielkim ewangeliom politycznym Talleyrandów, Napoleonów, Fryderyków, Bismarcków i im podobnych wielkich i mądrych drapieżników nauczających, że zasady państwa nie potrzebują wcale godzić się z zasadami moralności, że i owszem wszelka moralność musi być podporządkowana wymaganiom polityki; że największą cnotą polityczną jest egoizm narodowy, a największym politycznym rozumem – silna pięść.

Do jakich potworności doprowadzają owe ewangelie politycznego rozumu, wyzute i wyzuwające z wszelkich humanitarnych uczuć, wiemy wszyscy doskonale. Nie patrząc daleko, na zamorskie kolonie, gdzie państwa europejskie w rzekomo cywilizacyjnych celach poczynają sobie jak dzikie barbarzyńskie hordy, dość spojrzeć na to, co się dzieje w Wielkopolsce pod rządami państwa „dobrych obyczajów”. Czyż nie potworne jest to wydzieranie przemocą polskiej ziemi z polskich rąk, to wydzieranie przemocą ojczystej mowy dziecku, co zaledwie z powijaków wyszło!

Jeżeli wieki kultury doprowadziły do równie niecnych rezultatów, takie trujące chwasty wyhodowały, to pola tej kultury głęboko przeorane, a chwasty gruntownie wyniszczone być muszą, a dokonać tego może tylko współudział innych, nowych czynników, bo te, które dotąd czynne były, okazały dostatecznie i niemoc swoją i swoje znużenie.

Tym kategorycznie nowym, świeżym czynnikiem będzie i musi być kobieta. Ona na swoim sztandarze musi położyć hasło i nad realizowaniem hasła tego pracować każdego dnia i na każdym miejscu. „Sprawiedliwość wszystkim – krzywda nikomu i wszystkim równe prawa – nikomu przywilej”.

Z takiego założenia nietrudno wyprowadzić i określić zasadnicze stanowisko, jakie naszym organizacjom zająć należy odnośnie do głównych postulatów narodowych, społecznych i państwowych. Stanowisko tak wyraźne, aby wykluczało wszelkie konflikty pomiędzy prawem a obowiązkiem, pomiędzy dobrem ogółu a dobrem poszczególnych grup i jednostek, pomiędzy postępem a poszanowaniem dziedzictwa historycznego, tj. pomiędzy przeszłością a przyszłością, a na chwilę obecną i każdą sytuację, aby było jasnym drogowskazem naszym czynom.

Pierwszym celem i pierwszym obowiązkiem narodu jest praca nad pozyskaniem wolności obywatelskiej. Ku temu celowi zwracać winien wszystkie swoje siły i wszystkie swoje zabiegi. I polityka, i ekonomia społeczna, i pedagogika narodu, powinny być specjalnie do potrzeb jego przystosowaną. W imię tego dążenia do wolności i ścisłego zjednoczenia powinna być podejmowana każda jego praca.

A czynić tak jest obowiązkiem wszystkich i każdego z osobna. Zatem i każde stronnictwo, i każde stowarzyszenie, i każda instytucja zawiązująca się na naszej ziemi, pełniąc swe cele poszczególne, ku temu naczelnemu usiłowania swe zwrócone mieć winny. Z tym celem w duszy i na oczach pracować muszą i nasze organizacje równouprawnienia, przez podniesienie kobiety dążyć i przyczyniać się do podniesienia narodu. Wywalczać dla niej równouprawnienie na wszelkich polach pracy i życia, aby na wszelkich polach społeczeństwu i postępowi służyć mogły.

My, Polacy, mamy obowiązek i mamy przyczynę ojczyznę naszą kochać jeszcze więcej niźli Francuz kocha Francję, Szwed Szwecję, lub Anglik Anglię. Ale równocześnie im więcej ją kochamy, im więcej pragniemy mieć ją wielką i szlachetną, i wolną, tym więcej strzec ją musimy od skazy wszelkiej. Niech pod dachem tej naszej ojczyzny nie dzieje się krzywda nikomu a będzie sprawiedliwość wszystkim. Niech panuje równe prawo dla wszystkich – dla nikogo przywilej.

Więc nie wyznawajmy egoizmu narodowego, który jak każdy egoizm jest czynnikiem niskim i bezdusznym. Jeżeli sami naród własny kochamy, pozwólmyż innym kochać swój także.

Nie znaczy to, iżbyśmy bez obrony zostawiali i bez walki na łup wydawali jakiekolwiek dobro nasze, ale znaczy, że pilnie rozważać musimy, co jest dobrem naszym własnym, a co dobrem cudzym. I nie znaczy to, abyśmy lekkomyślnie marnotrawili nasze dorobki cywilizacyjne i nasze zdobycze, ale iżbyśmy się nie kusili o zdobywanie tego, co jest cudzą własnością. Silni, nieugięci i oporni względem tych, co nas gnębić usiłują, bądźmy pobłażliwi i wyrozumiali, a do pomocy skłonni słabym, których losy w naszym ręku. Wyznawcy egoizmu narodowego często wprost przeciwne stanowisko zajmują. Silni, despotyczni wobec słabych bywają ulegli, pokorni, do ustępstw i kompromisów skłonni tam, gdzie czują siłę. Nie tylko nie posługiwaliśmy się dosyć egoizmem, który żąda zawsze więcej niźli mu się należy, lecz nie umieliśmy nawet wyzyskiwać należycie tych praw obrony na wszelkich drogach i wszelkimi sposobami, jakie nam do rozporządzenia służyły.

Ale jeżeli chronić się nam trzeba od egoizmu narodowego tak pojętego, to również chronić się nam należy od drugiej ostateczności: lekceważenia i bagatelizowania spraw narodowych, jak to czynią niektóre grupy PPSD w Galicji. A czynią to w moim rozumieniu nie z pobudek uczuciowej natury, nie z powodu jakiejś rzeczywistej obojętności dla swego narodu, jak to skłonne twierdzić przeciwne obozy. Bo przywiązanie do swej ojczyzny nie jest bynajmniej cnotą i nie jest zasługą, lecz właściwością tak głęboko wrodzoną człowiekowi, jak wrodzoną jest matce miłość do dziecka. Niezawodnie można bardzo kochać wszystkie dzieci, a jednak swoje własne kocha się więcej, głębiej, inaczej. Tak i w znaczeniu narodowym można się uczuciowo czuć bliskim wszystkim narodom, a jednak najbliższym swojemu. Jest to prawo ludzkiej natury, czasem i przestrzenią ograniczonej, a nie ulegają mu zaledwie wyjątkowe jednostki. Tedy ta pozorna, powiedzmy teoretyczna obojętność narodowa, dawniej całego stronnictwa PPSD, dziś tylko pewnego jej odłamu, wynika z fałszywego podłoża i jednostronnie snutych rozumowań, a nade wszystko ze sztucznego bodaj w pierwszej fazie rozwoju ruchu socjalnego i ograniczenia zakresu aspiracji rzesz robotniczych do postulatów natury ekonomicznej. Niezawodnie dla tego, który cierpi niedostatek, często głód, a pozbawiony bywa najniezbędniejszych warunków znośnego bytu, kwestia chleba staje się koniecznie kwestią pierwszorzędną, do walki najsilniej pobudzającą. Atoli nie ulega wątpliwości, że z chwilą, kiedy kwestia ta o tyle o ile złagodzoną zostaje, powstają inne postulaty walki, w miarę budzących się i rozwijających potrzeb intelektualnych i moralnych, które również zaspakajane a nie tłumione być powinny.

Odbierając jednostce uczucia narodowe ubożymy ją niezawodnie. Tłumimy jej indywidualność, odbieramy jej jeden z zasadniczych elementów psychicznego bytu, jakim jest to czucie się cząstką całości, to uczucie przynależności do niej, oparcia na jej sile, a podpieranie jej siłą własną, to braterstwo tyczące towarzyszy spod jednego znaku. Tych węzłów nic nie zastąpi. Daremnie mówić robotnikowi: twoja ojczyzna to proletariat całego świata. Jest to abstrakcja. Zapewne wspólność pracy i wspólność celów walki to także węzły, ale luźniejsze, gdy na odległość zasnute. Powiedzmy człowiekowi, nie mającemu żadnej rodziny: twoja rodzina to społeczeństwo, w którym pracujesz, kiedy on od tej pracy powraca w puste, zimne, samotne ściany. Albo przerzućmy polskiego robotnika, jednego z tych, co mu to ojczyzną międzynarodowy proletariat, między proletariat angielski lub hiszpański, obcy językiem i obyczajem, i zobaczmy jak on się tam w tej międzynarodowej ojczyźnie czuć będzie. A potem dalszy eksperyment: pchnijmy za nim kilku jego druhów-rodaków, a ujrzymy, iż momentalnie, jak rozdzielone cząsteczki rtęci, spłyną się w jedną całość, w jedną odrębną grupę. Jest to prawo powinowactwa chemicznego. Dobrze to marzyć o międzynarodowej ojczyźnie, żyjąc wśród swojej.

„Proletariusze wszystkich krajów, łączcie się” było takim samym hasłem do wspólnej, wzmożonej i przez to skuteczniejszej walki o lepsze warunki bytu, jakim dziś jest hasło: kobiety wszystkich krajów, łączcie się, aby wzmożonymi siłami walczyć o wyzwolenie. Ale wspólna, solidarna walka w danej chwili nie wymaga zrywania węzłów ze swoim narodem, jak to długo sądzono, ani nie wyklucza przywiązania do kraju rodzinnego. Przeciwnie, kto nie umie być dobrym dzieckiem swej matki, dobrym synem swego narodu, nie będzie dobrym towarzyszem żadnej korporacji, żadnej zbiorowości, nie będzie pożyteczną, dzielną jednostką żadnej całości.

Widzimy też, że właściwie nigdzie PPSD nie przeciwstawia się narodom, do których należy, jak to czyni często jeszcze nasza plus catholique que le pape. Na ostatnim kongresie PPSD we Lwowie uważano za potrzebne tłumaczyć się z rzekomego przewinienia, że na Śląsku partia zmuszona była występować pod firmą polskiej partii socjalistów. Nie wiem, czy podobny fakt, w podobnych okolicznościach i warunkach mógłby zdarzyć się również we Francji, w Niemczech lub w którymkolwiek innym kraju. Ale gdyby nawet kwestia narodowości była dla nas obojętną, gdyby nawet fizycznie było możliwe, a praktycznie dla spraw lepszego bytu robotnika pożyteczne, wyzucie się z więzów narodowości i gdyby się z niej wyzuwali robotnicy wszystkich innych krajów, to i tak jeszcze polski robotnik przez samą godność, ambicję i dumę czynić tego nie może i nie powinien.

Nam, kobietom, należy pracować nad przyśpieszeniem takiego momentu psychologicznego, w którym by sprawami ludzkimi rządziły nie egoizmy narodowe czy klasowe, ale szlachetniejsze czynniki honoru i sprawiedliwości. Strzec nie tylko interesów narodu, lecz strzec jeszcze usilniej jego cnoty, jego honoru, jego prawości, pamiętając, że z dwojga złego godniejszym jest narodu krzywdy ponosić, niźli krzywdy wyrządzać.

A jeżeli do stosunków politycznych i narodowych pragniemy wprowadzić tę samą etykę opierającą się na poszanowaniu wszelkich praw bliźniego, jaka obowiązuje w stosunkach osobistych, to tenże sam czynnik musi być dla nas decydującym w każdej dziedzinie, więc i w dziedzinie spraw społecznych.

Nie mogąc tu rozpatrywać poszczególnych zagadnień społecznych zaznaczę najogólniej, że w walce klas słabsi i pokrzywdzeni znajdować w nas mają bezwzględnych obrońców. Bo choć szeregi nasze organizujemy do walki o równouprawnienia kobiety, jako najwięcej pokrzywdzonej w obecnym tak politycznym, jak i społecznym ustroju, to przecież równie blisko na sercu leżeć nam będzie sprawa wyzwolenia ludu i rzesz robotniczych ze wszelkiego materialnego lub moralnego ucisku. Wyznawcy równości i braterstwa, popierajmy wszystko to, co dąży do zatarcia i zniesienia wszelkich różnic stanowych i klasowych pomiędzy ludźmi, a uczyni naród zbiorowiskiem równych obywateli pracujących w różnych zawodach, wedle swoich uzdolnień i upodobań.

Dziś stronnictwa poszczególne zwalczają często przywileje przeciwników w tym celu tylko, aby te przywileje pozyskać dla swoich. I tak: stronnictwo ludowe, mówiąc nawiasem najsympatyczniejsze ideowo i taktycznie – mówi do włościan: „teraz wy musicie ująć ster rządów w swoje ręce; teraz wam należy buława przewodnictwa narodu”, czyli mówi: teraz wy musicie być uprzywilejowanymi. PPSD mówi do robotników: „teraz wy pójdziecie na czele, jako głowa narodu, a inteligencja, jako ciury, za wami” (dosłowne przytoczenia z przemówień partyjnych wodzów.) SND mówi zaś: „Polska to my” – reszta to nie-Polacy, pół-Polacy, jeżeli nie zgoła nieprzyjaciele narodu.

Tak się dziś jeszcze zwalcza przywileje.

Każde z tych stronnictw dla siebie też anektując wszelkie cnoty i zasługi, wszystko złe niepodzielnie przypisuje i oddaje tym, co stoją poza jego szeregami. Dla narodowego demokraty tylko narodowy demokrata może być porządnym człowiekiem; dla ludowca tylko ludowiec, dla socjalisty tylko socjalista. Tymczasem w rzeczywistości wiemy, że we wszystkich stronnictwach znajdujemy ludzi dobra swego narodu nade wszystko pragnących i takich, którym oprócz dobra własnego wszystko obojętne, bo ludzie wszystkich warstw są sobie dosyć podobni, z jednej gliny ulepieni. Widzimy tak samo u chłopa, gdy się dorobił sporego kawałka, ziemi ten sam arystokratyzm, tę samą dumę, tę samą skłonność do ucisku i wyzysku słabszych, mniej zamożnych, jak i w sferach najzamożniejszych. Widzimy, jak najzapamiętalszy przeciwnik kapitalizmu z chwilą, gdy zdobędzie majątek, staje się typowym kapitalistą. Widzimy też na odwrót, jak potomkowie herbowych rodów popadłszy w ubóstwo, stają się, przy sprzyjających okolicznościach, całkiem porządnymi demokratami, przemysłowcami, nawet robotnikami. Anormalne stosunki wyrabiają anormalnych ludzi, tedy nie przeciwko ludziom, lecz przeciwko anormalnym stosunkom walczyć nam trzeba. Dla samej opozycji nie zwalczajmy nikogo, żadnego stronnictwa, żadnego przeciwnika i owszem, oddajmy każdemu, co mu się należy, ale zwalczajmy do upadłego wszystko to, co staje na przeszkodzie ku postępowi i uregulowaniu stosunków ludzkich na zasadzie sprawiedliwości.

Więc z całą energią zwalczajmy kapitalizm, jako pierwszą przyczynę wszelkich anormalności społecznych, a przede wszystkim przyczynę upośledzenia klas pracujących. Obecny ustrój kapitalistyczny poniża i degraduje pracę: obracając ją w swoją pokorną służebnicę i staje się jej samowładnym panem.

Najmniej uspołecznieni z nas i najmniej humanitarni przyznać musimy, że stosunek ten kapitału do pracy z brutalnego panowania siły nad prawem wynikający, jest antyspołeczny i antyetyczny. Że stosunek ten powinien i musi stać się wręcz odwrotnym, panem musi stać się praca ludzka – jej sługą kapitał.

Zwalczajmy militaryzm jako największą klęskę narodów, rujnującą je ekonomicznie i moralnie, a stanowiącą najcięższe okowy dla ogólnej cywilizacji.

Nic i to, że bojownicy wolności ludu wolność z militaryzmem godzić pragną. Że socjaliści niemieccy wznoszą okrzyki na cześć armii, że socjaliści francuscy wyprzysięgają się na wyścigi wszelkich słów, myśli i uczynków antymilitarnych, że nawet nasze stronnictwo ludowe oświadcza się przeciwnikiem antymilitaryzmu – my, kobiety, gdy wejdziemy do parlamentów musimy militaryzm zwalczać.

Ale nad militaryzm i nad kapitalizm, wrogiem większym, bo bliskim i codziennym, jest nam każda krzywda, każdy ucisk, każdy fałsz i każda nieprawość, przeciwko tym wrogom wielką i wytrwałą wieść nam krucjatę.

Więc mając takie zadania organizujmy się szybko, zgodnie, jednolicie. Niech nas nie dzielą małostki i drobne spory, a łączą wielkie cele.

Pamiętając słowa: „pierwszy krok do zrzucenia niewoli jest odważyć się być wolnym, pierwszy krok do zwycięstwa jest poznać własną siłę”.

Odważmy się być wolnymi, poznajmy naszą siłę!

Maria Dulębianka
___________________________
Powyższy tekst Marii Dulębianki to cała broszura z serii „Biblioteka Równouprawnienia Kobiet”, Warszawa 1908. Poprawiono pisownię według obecnych reguł. Broszura była napisana przez autorkę działającą w Galicji na potrzeby wydania w Królestwie Polskim podczas pewnej liberalizacji politycznej w toku rewolucji 1905 roku, stąd formuła niektórych jej fragmentów.

Park utraconych wartości (o kulisach planów zmniejszenia Świętokrzyskiego Parku Narodowego)

Park utraconych wartości (o kulisach planów zmniejszenia Świętokrzyskiego Parku Narodowego)

26 kwietnia 2019 roku na stronie Kancelarii Prezesa Rady Ministrów ukazał się projekt rozporządzenia Ministra Środowiska w sprawie zmniejszenia powierzchni Świętokrzyskiego Parku Narodowego [Przypis nr 1]. Z treści dokumentu wynika, że z granic parku mają być usunięte trzy działki o łącznej powierzchni około 5 ha. Na tym terenie znajduje się m.in. Klasztor Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej. Minister środowiska uzasadniając swój plan stwierdza, że teren ten utracił walory przyrodnicze, oraz że zaszła potrzeba uregulowania spraw własności gruntów. Sprawa wzbudziła poważne kontrowersje i zastrzeżenia, o czym licznie informowano w mediach [2, 3, 4]. Zdaniem przyrodników i działaczy społecznych, twierdzenie o utraconych walorach przyrodniczych nie znajduje potwierdzenia w danych terenowych i w rzeczywistej przyrodniczej randze terenu. Zgodnie z Ustawą o ochronie przyrody, zmniejszenie powierzchni parku narodowego może nastąpić jedynie w przypadku „bezpowrotnej utraty wartości przyrodniczych i kulturowych jego obszaru” [5]. Tymczasem żaden z tych warunków nie został spełniony. W ustawie nie ma też mowy o zmniejszaniu powierzchni parku z uwagi na „konieczność aktualizacji przebiegu granic tego Parku” [6] – jak uzasadnia minister środowiska w swojej odpowiedzi na interpelację posła Artura Gierady w tej sprawie [7].

Tożsamość i wartości

Święty Krzyż, czyli Łysiec lub Łysa Góra, to jeden z głównych szczytów Pasma Łysogórskiego w Górach Świętokrzyskich. To właśnie od tego miejsca bierze się nazwa samych gór i całego regionu. Już w latach 20. XX wieku dostrzeżono ponadprzeciętne walory przyrodnicze i kulturowe tego miejsca. Okazały się one na tyle cenne, że powołano tu w 1924 roku rezerwat przyrody, który stał się nieodłączną i konieczną częścią powołanego w 1950 roku Świętokrzyskiego Parku Narodowego. To właśnie Łysiec z klasztorem, gołoborzem i wierzchowiną jest obok Łysicy najważniejszym elementem przyrodniczym i kulturowym Parku oraz kluczową częścią tożsamości regionalnej o wartości unikatowej w skali całego kraju. Tak jak trudno sobie wyobrazić Tatrzański Park Narodowy bez Giewontu, Słowiński Park Narodowy bez skansenu w Klukach czy Wigierski Park Narodowy bez klasztoru Kamedułów, tak nie sposób sobie wyobrazić Świętokrzyskiego Parku Narodowego bez Łyśca zwanego Świętym Krzyżem. A przecież każde z tym miejsc poddane jest silnej presji ze strony człowieka, podobnie, a nawet bardziej niż Łysiec z klasztorem.

Wierzchowina na Łyścu zasługuje na odrębny program prezentacji turystycznej i odrębny projekt zagospodarowania z wydzieleniem powierzchni dokumentacyjnych. Jest to najważniejsza powierzchnia w Górach Świętokrzyskich z punktu widzenia środowiska naturalnego i kulturowego.

Ta powierzchnia jest skarbnicą historii od pradziejów oraz informacji przyrodniczych dotyczących przeszłości geologicznej Gór Świętokrzyskich.

W opinii specjalistów masyw Łyśca jest częścią krajobrazu kulturowego o wysokiej, ponadlokalnej randze. Jest to miejsce wciąż nie do końca poznane archeologicznie i skrywa wiele tajemnic przeszłości, sięgającej czasów sprzed państwowości polskiej i sprzed chrześcijaństwa. Tym samym klasztoru nie można traktować jako jedynej i najważniejszej dominanty kulturowej. Jest to jeden z elementów większej unikalnej całości. Sam klasztor jest wpisany do rejestru zabytków. Również sam masyw Łysej Góry (Łyśca) został objęty szczególną formą ochrony poprzez wpis do rejestru zabytków jako Rezerwat Archeologiczny „Łysa Góra”, chroniący sanktuarium pogańskie na terenie szczytu i plateau podszczytowym ograniczone około 2,5 km wałem kamiennym z 300-metrową strefą ochronną z systemem wczesnośredniowiecznych dróg i podejść. Te uwarunkowania prawne nakładają wymóg specjalnego traktowania obiektów na Łyścu i bardzo przemyślanych ingerencji architektonicznych i prawnych. 19 listopada 2015 roku wpisano do rejestru zabytków całe otoczenie Rezerwatu Archeologicznego „Łysa Góra”, obejmując ochroną w zasadzie cały masyw Łyśca. Ten sam obszar został uznany rozporządzeniem Prezydenta RP z dnia 15 marca 2017 za Pomnik Historii [8, 9].

O wartościach tego miejsca tak napisał kielecki regionalista dr Cezary Jastrzębski, jeden z najlepszych specjalistów w tej dziedzinie: „W waloryzacji przyrodniczo-krajoznawczej Świętokrzyski Park Narodowy ŚPN znajduje się w grupie obszarów najatrakcyjniejszych w skali kraju (Harabin 2000). Pod względem przyrodniczym jest również najcenniejszym terenem przyciągającym turystów w województwie świętokrzyskim (Jastrzębski 2003). Przedmiotem zainteresowania odwiedzających są nie tylko unikatowe walory środowiska naturalnego, ale też wyjątkowe elementy dziedzictwa kulturowego, których symbolem jest dawne opactwo benedyktyńskie na Łysej Górze, zwanej też Łyścem lub Świętym Krzyżem” [10].

Poza wartościami kulturowymi wierzchowina Łyśca ma wysokie walory geologiczne pozwalające na poznanie procesów formowania się najstarszych gór w Europie. Ale to walory przyrodnicze budzą najwięcej kontrowersji.

Czy zostały utracone?

Kluczem do zmniejszenia powierzchni Świętokrzyskiego Parku Narodowego ma być twierdzenie, że teren, o którym mowa, utracił walory przyrodnicze. Tu duże znaczenie ma legendarna już wypowiedź dyrektor ŚPN Jana Reklewskiego. W rozmowie z Gazetą Wyborczą Kielce powiedział on, że: „Te wyłączone grunty od setek lat i tak podlegają urbanizacji. Nie przedstawiają istotnej wartości przyrodniczej, nie ma tam przedmiotów ochrony cennych dla parku. Cenne gatunki tam nie występują” [11].

Wypowiedź ta budzi poważne wątpliwości. Po pierwsze, nie zachodzą tam procesy urbanizacyjne, lecz antropogeniczne, a to nie to samo. Rzeczywiście presja ludzi na przyrodę tego miejsca jest duża, a epizodycznie bardzo duża. Samo wybudowanie tam klasztoru i jego istnienie przez wieki odcisnęło piętno na otaczającej przyrodzie. Jednak niekoniecznie zubażając ją. Na pewno pojawiły się gatunki i siedliska odmienne od związanych z naturalnymi lasami, ale to nie znaczy, że mniej cenne i mniej unikalne. Istnieje wiele siedlisk i gatunków związanych ściśle z obecnością człowieka i jego sposobem gospodarowania, które jednocześnie są zagrożone wymarciem lub występują bardzo rzadko. Wiele z nich wymaga podejmowania tzw. czynnych zabiegów ochrony przyrody. Tak jest właśnie na Łyścu. Wierzchowina Łyśca otoczona jest lasami i jest wykorzystywana jako miejsce migracji, odpoczynku i żerowania gatunków rozmnażających się w sąsiadujących z nią lasach. To tzw. strefa ekotonowa, ważna dla wielu organizmów. Również twierdzenie, że nie ma tu „przedmiotów ochrony” parku nie jest prawdziwe.

Ponadto park narodowy utworzono na tym terenie w połowie XX wieku, a więc nie „setki lat temu”. Oznacza to, że przyrodnicy i regionaliści dostrzegli tam ponadprzeciętne walory kulturowe i przyrodnicze występujące POMIMO wielowiekowej obecności klasztoru w tym miejscu.

Poważne zastrzeżenia budzi stwierdzenie, że „cenne gatunki tam nie występują”. Jest to oczywista nieprawda, o czym poniżej.

Jako przyrodnik działający w kieleckim Stowarzyszeniu MOST postanowiłem sprawdzić, na ile twierdzenia dyrektora ŚPN są zgodne z prawdą. Wystąpiłem do dyrekcji ŚPN o zgodę na przeprowadzenie niezależnych badań przyrodniczych. Zgodę otrzymałem. Już w pierwszych dniach inwentaryzacji okazało się, że na terenie przeznaczonym do wyłączenia z granic parku znajduje się chronione siedlisko przyrodnicze (łąka świeża) wymienione w tzw. Dyrektywie Siedliskowej. Rośnie tam także rzadka w Polsce, a w województwie świętokrzyskim znana jedynie z kilku stanowisk roślina – zanokcica północna, wymieniona w Czerwonej liście roślin i grzybów Polski oraz w Polskiej Czerwonej Księdze Roślin jako narażony na wyginięcie (kategoria zagrożenia: V, VU), której stanowiska w zorganizowany sposób zadeptywano [12] oraz gatunek nietoperza – mopek zachodni wymieniony w Dyrektywie Siedliskowej, i popielica szara wymieniona w Polskiej Czerwonej Księdze Zwierząt. Ponadto znane jest stąd stanowisko rzadkiego i zagrożonego gatunku ślimaka – bezoczka podziemna. Z danych literaturowych wynika, że stwierdzono tam także szereg gatunków chrząszczy uznanych za bardzo rzadko występujące i zagrożone, w tym takie, które mają tu np. jedno z trzech swoich stanowisk w kraju. Warto podkreślić, że tylko jeden z tych gatunków został wykazany w operacie wykonanym przez Świętokrzyski Park Narodowy. Operat ten stał się dla ministra podstawą do twierdzenia o utraconych walorach terenu.

Niestety badania nie mogły być kontynuowane. O pierwszych stwierdzeniach cennych gatunków i siedlisk informowałem na portalu społecznościowym z konta Stowarzyszenia MOST. Na tej podstawie dyrektor ŚPN cofnął pozwolenie na prowadzenie badań. W wypowiedziach medialnych dyrektor Reklewski stwierdził, że musiał cofnąć zgodę, ponieważ badania były nierzetelne i prowadzone pod z góry założoną tezę. Pojawiły się też zarzuty, że publikowanie wyników badań, zanim zostały one zakończone, podważa ich wiarygodność.

W piśmie z 24 lipca 2019 r dyrektor ŚPN Jan Reklewski wstrzymał zgodę na wykonanie badań.

Swoją decyzję w piśmie dyrektor Reklewski argumentuje następująco: „Trudno sobie wyobrazić, aby w ciągu jednego tygodnia udało się przeprowadzić kompleksową inwentaryzację przyrodniczą badanego terenu”.

Tymczasem nigdzie nie informowałem, że wykonałem pełną inwentaryzację. Relacjonowanie działalności naukowo-badawczej Stowarzyszenia na portalu społecznościowym nie miało charakteru całościowego raportu z badań. Informowałem jedynie o stwierdzeniach kolejnych cennych siedlisk i gatunków. Stąd argumentacja dyrektora jest nieuzasadniona i nie posiada żadnych podstaw.

Dyrektor Reklewski w rozmowie z 27 lipca 2019 z kielecką „Gazetą Wyborczą” w jeszcze dziwniejszy sposób argumentował swoją decyzję: „Powstały podejrzenia, że (badania) prowadzone są pod z góry założoną tezę”.

Rzeczywiście, znając uwarunkowania przyrodnicze Łyśca, trudno mi było przyjąć, że teren „utracił” wartości przyrodnicze i jest bezwartościowy dla Świętokrzyskiego Parku Narodowego. Jak w każdych badaniach naukowych, tak i w tych przyjąłem hipotezę. Taką, że teren jest prawdopodobnie słabo rozpoznany i prezentuje większe wartości niż te, o których mówi dyrektor Reklewski. Na tym polega praca naukowa, że się zakłada jakąś hipotezę, a potem ją weryfikuje.

Dyrektor Świętokrzyskiego Parku Narodowego może wstrzymać lub cofnąć zgodę na badania w dwóch przypadkach.

Regulamin udostępniania ŚPN do badań naukowych mówi: (Załącznik nr 2 do Zarządzenia nr 11/2018 Dyrektora Świętokrzyskiego Parku Narodowego Z siedzibą w Bodzentynie z dnia 19.02.2018 r.) mówi, że: „Pkt 10. Dyrektor Parku może wstrzymać wydanie zgody na prowadzenie badań naukowych w ŚPN osobie/instytucji, która nie złożyła sprawozdania z realizacji innego projektu realizowanego w ŚPN.

Pkt 12. W określonych przypadkach (konieczność i zasadność prowadzenia badań w Parku, stopień ingerencji w przyrodę Parku, zaproponowana metodyka badań) wydanie decyzji, może być poprzedzone dodatkowym opiniowaniem ,,Wniosku’’ (przez Radę Naukową Parku, specjalistów w danym zakresie z Rady Naukowej Parku lub spoza Rady Naukowej)” [13].

Ani jedna, ani druga okoliczność nie dotyczy wydanej zgody. W pierwszym przypadku nigdy wcześniej Stowarzyszenie MOST nie prowadziło samodzielnych badań w ŚPN, stąd nie składało raportu. W drugim przypadku dyrektor nie wymagał metodyki badań, wydając swoją zgodę. Swoją drogą Rada Naukowa ŚPN nie opiniowała wydanej zgody i o niej nie wiedziała.

Co więcej, żadna umowa ani żaden przepis nie zobowiązują Stowarzyszenia MOST do zachowania tajemnicy w zakresie ustaleń prowadzonych badań na terenie Świętokrzyskiego Parku Narodowego. Wręcz przeciwnie – jako badania niezależne i realizowane w ramach kontroli obywatelskiej powinny być ogłaszane publicznie.

Wygląda raczej na to, że wstępne wyniki rozpoczętych badań nie były zgodne z tezą głoszoną przez dyrektora Reklewskiego.

Prawdopodobnie właśnie to spowodowało, że dyrektor Reklewski postanowił uniemożliwić prowadzenie dalszych niezależnych badań, których nawet wstępne rezultaty podważyły opinie jego i ministra środowiska. W swoim piśmie dyrektor wskazał, że do prowadzenia dalszych badań niezbędny jest nowy wniosek zawierający pełne metodyki badań, biogramy ekspertów, ich afiliacje oraz poświadczenie dorobku naukowego. Dyrektor oczekuje też zaopiniowania tych dokumentów przez naukowca z tytułem naukowym nie niższym niż doktor habilitowany. Pomimo złożonego zażalenia na tę decyzję, dyrektor ją podtrzymał.

Nieścisłości

Podstawowa wątpliwość dotyczy prawdziwych motywów powstania pomysłu o zmniejszeniu Świętokrzyskiego Parku Narodowego o te akurat działki. Na stronie zakonu oblatów można prześledzić historię licznych imprez z udziałem polityków Prawa i Sprawiedliwości organizowanych na Łyścu. Spotykał się tu z zakonnikami między innymi minister środowiska Henryk Kowalczyk [14]. Wiadomo też, że od lat 90. oblaci starali się przejąć na własność całość zabudowań klasztornych wraz z ich otoczeniem. Należy tu dodać, że kasata zakonu Benedyktynów na Świętym Krzyżu i sprzedaż dóbr klasztornych na Świętym Krzyżu na rzecz Królestwa Polskiego w XIX wieku zostały zatwierdzone decyzjami Stolicy Apostolskiej. Obecnie stanowią one zatem, przejętą za obopólną zgodą, własność państwa polskiego. Za wyjątkiem części, którą oblaci przejęli w posiadanie decyzją sądu o zasiedzeniu.

Rzeczywista motywacja podjętych działań legislacyjnych stanie się jaśniejsza, gdy prześledzimy działania oblatów na Świętym Krzyżu. Intensyfikacja działań podejmowanych przez zakonników na rzecz przejęcia szczytu i plateau nastąpiła na początku XXI wieku. W 2003 roku wykonano sztuczne przebicie z kruchty do pozostałych pomieszczeń. Utworzono tam zaplecze gastronomiczne dla turystów. W 2006 roku w związku z obchodami tzw. Świętokrzyskiego Millenium, usypano sztuczną skarpę pod ołtarz na przedpolu klasztoru. Wykonano schody i podjazd od bramy klasztornej ku kościołowi. Działka u podnóża klasztoru została przekształcona w miejsce wydarzeń religijnych. Na terenie tym wprowadzono obiekty o charakterze religijno-propagandowym, np. tzw. dąb Jana Pawła II czy zgrupowanie krzyży upamiętniające nienarodzonych w latach 1956–2006. Wysypywano tu gruz. Nie jest pewne, czy na te działania uzyskano zgody Świętokrzyskiego Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków. Pismo o udostępnienie informacji publicznej w tych sprawach zostało złożone. Znane są też inne zamierzenia budowlane oblatów, związane z ich rosnącymi potrzebami wynikającymi z planów rozwoju turystyki religijnej. Na niektóre z nich zgody nie wydał Konserwator Zabytków i zablokował je.

Od lat na Świętym Krzyżu oblaci organizują duże wydarzenia religijne, na które przybywają politycy PiS, ale też np. motocykliści, o czym także pisałem [15]. Punktem kulminacyjnym miało być wydarzenie planowane na 14 września 2019 roku. Oblaci planowali imprezę na 120 000 pielgrzymów. Dyrektor ŚPN Jan Reklewski zapytany przeze mnie w piśmie o to, czy informowano go lub konsultowano z nim te plany, odpowiedział, że nie. Trudno sobie zatem wyobrazić aby i inne, mniejsze, kilkutysięczne procesje były z nim konsultowane. Na szczęście na skutek presji medialnej do wydarzenia tego nie doszło. Oblaci wycofali się z niego, powołując się na względy bezpieczeństwa publicznego i ochrony przyrody [16].

Wyraźnie widać, że działalność oblatów i ich samodzielność w dysponowaniu terenem Świętokrzyskiego Parku Narodowego rosną od kilkunastu lat. Do pełnej swobody potrzeba im już tylko wyłączenia terenu z granic parku narodowego. Wtedy nie będą musieli niczego z nikim konsultować. Klimat polityczny jest sprzyjający.

Zresztą rozmach zakonników wykracza poza wspomniane działki. Skierowali oni 18.03.2019 roku pismo do prezydenta Kielc z wnioskiem o uruchomienie dodatkowych linii autobusowych relacji Kielce – Święty Krzyż i Święty Krzyż – Kielce. Prezydent Kielc w swoim piśmie z 1.04.2019 odmówił uruchomienia takich linii z uwagi na zbyt wysoki koszt ich utrzymania. Odesłał natomiast Oblatów do gmin Bieliny i Nowa Słupia. Prezydent uznał, że jeśli gminy te i oblaci będą uczestniczyć w utrzymaniu linii, to będzie to możliwe.

Z analizy ruchu turystycznego w Świętokrzyskim Parku Narodowym wynika, że większość turystów wybiera właśnie Łysiec jako cel wycieczki. To właśnie uroczystości organizowane przez zakonników przyciągają tu nawet kilkanaście tysięcy wiernych dziennie. W związku z organizacją imprez religijnych zezwala się na teren ŚPN wjazdu autokarom, motocyklom i autom osobowym. To turystyka religijna, a nie krajoznawczo-przyrodnicza. Teren parku ma chronić wartości przyrodnicze i kulturowe. Miejsca kultu religijnego mogą w jego granicach funkcjonować, ale to dobro przyrody jest tu priorytetem.

Wspomniany wcześniej dr Cezary Jastrzębski, analizując ruch turystyczny w ŚPN, stwierdza jednoznacznie: „Turystyka alternatywna a nie masowa powinna pozostawać głównym trendem funkcji turystycznej parku” [17].

Kolejna nieścisłość dotyczy stanu zbadania przyrodniczego działek przeznaczonych do wyłączenia z granic ŚPN. Po pierwsze wspomniana inwentaryzacja przyrodnicza rozpoczęta przeze mnie, tylko w ciągu kilku dni jej trwania wykazała daleko większe wartości przyrodnicze terenu niż operat zamówiony przez dyrekcję Świętokrzyskiego Parku Narodowego. Dyrektor ŚPN w swoim piśmie z dnia 23.08.2019 stwierdza, że działki były inwentaryzowane, ale nie stwierdzono ich wysokiej wartości przyrodniczej. Minister środowiska w swojej odpowiedzi na interpelację posła Gierady podtrzymuje to twierdzenie. Teren został albo źle zinwentaryzowany, albo jego walory przyrodnicze wzrosły znacznie w ciągu ostatnich kilku lat. Zaskakuje także postawa dyrektora Parku – nagłe wstrzymanie niezależnych badań w sytuacji, gdy już w pierwszych dniach oględzin stwierdzane są cenne gatunki, stoi w sprzeczności z jego misją i funkcją. Warto dodać, że dane o wartościach przyrodniczych terenu zostały tu zebrane w tym samym czasie przez naukowców z Gdańska w czasie trwania ogólnopolskiego obozu chiropterologicznego oraz przez botanika. Większość cennych stwierdzeń została udokumentowana.

Trzecia nieścisłość dotyczy twierdzenia ministra Kowalczyka zawartego w tej samej odpowiedzi na temat przyczyn utraty walorów przyrodniczych terenu. Minister stwierdza, że walory te zostały utracone „na przestrzeni setek lat” wskutek funkcjonowania klasztoru benedyktynów oraz więzienia. Z jakiego zatem powodu w 1924 roku utworzono tam rezerwat przyrody, a w 1950 roku park narodowy? Trudno tego dociec. Jasne jest jednak, że tak masowy ruch turystyczno-religijny, jaki odbywa się tam teraz bez żadnej kontroli, doprowadzi w końcu do zniszczenia wartości przyrodniczych. Organy za to odpowiedzialne to Ministerstwo Środowiska i dyrekcja Świętokrzyskiego Parku Narodowego. Zresztą, skoro minister środowiska i dyrektor ŚPN mówią w oficjalnych pismach o „utracie” wartości przyrodniczych tego miejsca, to powinni dysponować materiałami, które można porównać. W latach 2012–2014 wykonano inwentaryzacje przyrodnicze terenu ŚPN na potrzeby projektu planu ochrony dla parku. Nigdzie jednak ani minister Kowalczyk, ani dyrektor Reklewski nie podają, z jakimi wcześniejszymi danymi porównano zgromadzony materiał. Czyli nie wiadomo na podstawie jakich dokumentów snują wniosek o „utracie” wartości przyrodniczej Łyśca.

Czwarta nieścisłość dotyczy sposobu interpretacji prawa. Na etapie opracowywania projektu planu ochrony dla Świętokrzyskiego Parku Narodowego zidentyfikowano na Łyścu szereg zagrożeń dla przyrody Parku. Są to między innymi: zanieczyszczenie hałasem, światłem i zaśmiecanie. Wszystkie te presje związane są między innymi z organizacją imprez masowych. Poprzednia dyrekcja Parku zaproponowała rozwiązania w postaci wprowadzenia limitu odwiedzających to miejsce. W ramach konsultacji społecznych tego zapisu zgłoszono szereg uwag, także wspierających te rozwiązania. Pojawiły się również głosy, głównie ze strony struktur kościelnych, że takie limity są niekonstytucyjne, bo ograniczają swobodny dostęp do miejsc kultu religijnego. Co jednak z konstytucyjnym prawem ochrony dziedzictwa przyrodniczego i zasadą zrównoważonego rozwoju? Co z ustawą o ochronie przyrody, która mówi, że park narodowy jest najwyższą formą ochrony przyrody, a organy odpowiedzialne za park mają go chronić przed rozmaitymi presjami? No i co z głosem środowisk przyrodniczych i eksperckich wyrażonych na etapie konsultacji społecznych, które wspierały rozwiązania zaproponowane przez poprzednią dyrekcję? Należy tu podkreślić, że limitowanie ruchu turystycznego nie jest ograniczaniem czy uniemożliwianiem dostępu do miejsc kultu religijnego, lecz wprowadzeniem zasad, które pozwolą zarówno wiernym korzystać z miejsca kultu, jak i przyrodzie na funkcjonowanie w niepogorszonym stanie. To jest właśnie realizacja konstytucyjnej zasady zrównoważonego rozwoju, której nie chce przestrzegać minister Kowalczyk.

Piąta nieścisłość dotyczy zapisu z ustawy o ochronie przyrody, zgodnie z którym wartości przyrodnicze nie tylko zostały utracone, ale zostały utracone „bezpowrotnie”. Przypominam, że mówimy o terenie leżącym w lesie, pośród starych drzewostanów, na terenie objętym rozmaitymi formami ochrony przyrody i kultury. Jest to obszar występowania wielu chronionych gatunków, w tym rzadkich i zagrożonych. Nie przebiega tu autostrada, nie ma lotniska ani elektrowni jądrowej czy kopalni. Wystarczy limitować ruch turystyczny i nie dopuszczać do dewastacji przyrody w trakcie imprez masowych, a ta nadal będzie tu świetnie funkcjonować. Argument o „bezpowrotnej” utracie walorów przyrodniczych nie ma najmniejszego uzasadnienia.

I chyba ostatnia nieścisłość. Omawiany teren leży także w granicach obszaru Natur 2000 „Łysogóry”. Skoro teren ten utracił wartości przyrodnicze, to dlaczego nie wyłączyć go także z granic Natury 2000? Przypominam, że występuje tam siedlisko przyrodnicze będące przedmiotem ochrony tego obszaru oraz gatunki wymienione w obu dyrektywach: ptasiej i siedliskowej. Zgodnie z unijnym prawem, jeśli brak wystarczających danych o przyrodzie, należy zaniechać wszelkich działań, które mogą jej zaszkodzić. Unijna zasada przezorności, wyrażona w preambule Dyrektywy Siedliskowej w Ustawie o ochronie środowiska zdefiniowana została w następujący sposób: „Kto podejmuje działalność, której negatywne oddziaływanie na środowisko nie jest jeszcze w pełni rozpoznane, jest obowiązany, kierując się przezornością, podjąć wszelkie możliwe środki zapobiegawcze”.

Wystarczy więc tylko możliwość pojawienia się szkody w środowisku, aby zaszła konieczność przeciwdziałania jej. Warto przypomnieć, że zasada przezorności jest jedną z kluczowych w prawodawstwie Unii Europejskiej. Pojawiła się już w 1993 r. w Traktacie Maastricht, a następnie w Traktacie o funkcjonowaniu Unii Europejskiej: „Polityka Unii w dziedzinie środowiska opiera się na zasadach ostrożności, działania zapobiegawczego i usuwania zanieczyszczeń u źródła, a także na zasadzie »zanieczyszczający płaci«” [18].

Co to oznacza? Przede wszystkim to, że brak jest wystarczających merytorycznych przesłanek, aby stwierdzić, iż działki na Łyścu utraciły wartość przyrodniczą. Po drugie, nawet jeśli utraciły, to twierdzi tak obecny dyrektor parku, a nie PIĘCIU jego poprzedników, którzy uważali, że teren jest cenny przyrodniczo. I po trzecie, zgodnie z zasadą przezorności, nie należy podejmować żadnych działań w tym miejscu, póki nie przeprowadzi się tam badań naukowych. Zarówno przyrodniczych, jak i archeologicznych i geologicznych. W obecnej sytuacji tylko niezależne, profesjonalne badania mogą dać pełną odpowiedź na pytanie, czy teren utracił wartości przyrodnicze i kulturowe. No i oczywiście, gdyby polski rząd zechciał wyłączyć ten teren z granic obszaru Natura 2000, musiałby się narazić na nieuchronny konflikt z Komisją Europejską.

Jaki będzie finał?

Trudno oprzeć się wrażeniu, że w przypadku Świętokrzyskiego Parku Narodowego nie chodzi o dobro przyrody, ochronę konstytucyjnych praw i prawo w ogóle. Podejmowane od lat działania zakonników jednoznacznie wskazują, że chcą zrobić z Łyśca centrum pielgrzymkowe na wielką skalę. Ich działania, w tym przedsięwzięcia budowlane, budzą poważne wątpliwości z punktu widzenia zachowania dziedzictwa kulturowego i przyrodniczego w dobrym stanie – wystarczy wspomnieć o planach zgromadzenia w ciągu dwóch dni na 5 hektarach aż 120 000 osób [19]. Za ochronę tego dziedzictwa w tym miejscu odpowiedzialni są zarówno dyrektor parku narodowego, jak i minister środowiska. Działania zakonników na Łyścu, coraz śmielsze i realizowane z coraz większym rozmachem, wiążą się z aneksją unikatowej przestrzeni przyrodniczej i kulturowej, która wykracza poza jakiekolwiek barwy polityczne, światopoglądy i religie. To przestrzeń, której wyjątkowa specyfika i znaczenie dla Polski kształtowały się znacznie dłużej niż obecność Kościoła Katolickiego i oblatów na tych ziemiach. Właśnie z tego powodu Łysiec z całym splotem unikalnych uwarunkowań geologicznych, archeologicznych, historycznych i przyrodniczych znalazł się w granicach Świętokrzyskiego Parku Narodowego i aby podkreślić tę rangę, cały region wziął od niego nazwę. Wyłączenie Łyśca z klasztorem, dziedzictwem archeologicznym i znaczeniem przyrodniczym utworzy wyrwę nie tylko przestrzenną, ale także społeczną i kulturową. Nie wspominając o przyrodniczej. Bo przecież wielkie imprezy masowe realizowane w sercu parku narodowego mają i będą miały destrukcyjny wpływ na składniki przyrody i środowiska na terenach przylegających. Bez wątpienia dojdzie do erozji wszelkich walorów na tym terenie, co przecież z czasem może rodzić pokusę wyłączania kolejnych działek z granic ŚPN jako tych, które rzekomo od setek lat podlegają „procesom urbanizacyjnym” – jak tego chcą minister Kowalczyk i dyrektor Reklewski.

Jeśli dojdzie do wyłączenia tych 5 ha z klasztorem z granic ŚPN, to administrować nimi będzie miejscowy starosta. Można sobie wyobrazić sytuację, w której działki zostaną odsprzedane oblatom za przysłowiowy grosz. Biorąc też pod uwagę centralistyczne skłonności tego rządu, można snuć fantazje o ministrze środowiska, który jednoosobowo decyduje o losach parków narodowych. Podobną próbę widzieliśmy ostatnio w przypadku projektu ustawy o lokowaniu kopalni węglowych bez udziału społecznego.

Obecnie sytuacja polityczna w kraju jak nigdy wcześniej sprzyja zabiegom oblatów i daje im ogromne nadzieje na pełen sukces. Rząd i jego urzędnicy posługują się prawem i faktami instrumentalnie. Głos społeczny nie jest wysłuchany. Pomimo dwóch petycji – jedną podpisało około 3 000 [20] osób, a drugą ponad 11 000 osób [21] – i pomimo protestu na Łyścu, w którym udział wzięło około 100 osób [22], minister środowiska brnie w kierunku realizacji bezprawnej i szkodliwej koncepcji. Wpisuje się to w logikę i ciąg podobnych zdarzeń w całym kraju. W rzeczywistości prawo ochrony przyrody nie obowiązuje, a instytucje ochrony przyrody to atrapy. Wartości, które zostały utracone na Łyścu wcale nie dotyczą przyrody.

Łukasz Misiuna

Przypisy:

1. https://bip.kprm.gov.pl/kpr/form/rejestr3373137946,dok.html (dostęp: 11.10.2019)
2. https://oko.press/rzad-zmniejszy-swietokrzyski-park-narodowy-na-korzysc-kosciola-skorzystaja-zakonnicy-straci-przyroda/ (dostęp: 11.10.2019)
3. https://obywatel3.macmas.pl/2019/06/03/oblaci-w-lesie-rzad-zmniejszy-swietokrzyski-park-narodowy-na-rzecz-kosciola/ (dostęp: 1.10.2019)
4. http://ecopress.pl/art/oblaci-w-ogrodzie-kto-zniszczyl-przyrode-swietokrzyskiego-parku-narodowego-4340/ (dostęp: 11.10.2019)
5. http://prawo.sejm.gov.pl/isap.nsf/download.xsp/WDU20040920880/U/D20040880Lj.pdf (dostęp: 11.10.2019)
6. http://orka2.sejm.gov.pl/INT8.nsf/klucz/ATTBFXHH8/%24FILE/i32082-o1.pdf (dostęp: 11.10.2019)
7. https://www.sejm.gov.pl/Sejm8.nsf/InterpelacjaTresc.xsp?key=BDHBLH (dostęp: 11.10.2019)
8. https://www.facebook.com/notes/andreas-%C5%BCelazny/jak-przerwa%C4%87-milczenie-owiec/2206229499484610/ (dostęp: 19.10.2019)
9. http://prawo.sejm.gov.pl/isap.nsf/download.xsp/WDU20170000663/O/D20170663.pdf (dostęp: 20.10.2019)
10. http://cepl.sggw.pl/sim/pdf/sim23_pdf/187_SIM23.pdf (dostęp: 20.0.2019)
11. https://kielce.wyborcza.pl/kielce/7,47262,24819600,rzad-skurczy-park-narodowy-aby-dac-zakonnikom-zabudowania.html?fbclid=IwAR0SqaoB0TiDXLBfbpSb70z6uJ6tT5v4riLHPgRjzXuva8DDOONBDjGnNHE (dostęp: 11.10.2019)
2. https://www.facebook.com/NaszeKielce/photos/pcb.2407589805993712/2407588742660485/?type=3&theater (dostęp: 20.10.2019)
3. http://www.swietokrzyskipn.org.pl/wp/wp-content/uploads/2013/03/Regulamin-udostepniania-Zalacznik-nr-4-do-zarzadzenia-2015.pdf (dostęp: 20.10.2019)
4. https://kielce.wyborcza.pl/kielce/7,47262,23409028,minister-przyjechal-na-swiety-krzyz-zakonnicy-nadzieja-jest.html?disableRedirects=true (dostęp: 20.10.2019)
5. https://oko.press/120-000-pielgrzymow-spacyfikuje-swietokrzyski-park-narodowy-przyrodnicy-lapia-sie-za-glowe/ (dostęp: 11.10.2019)
6. https://oblaci.pl/2019/07/24/swiety-krzyz-oswiadczenie-misjonarzy-oblatow-w-zwiazku-z-planowana-akcje-modlitewna-polska-pod-krzyzem/ (dostęp: 19.10.2019)
7. http://cepl.sggw.pl/sim/pdf/sim23_pdf/187_SIM23.pdf (dostęp: 20.10.2019)
8. http://www.europarl.europa.eu/factsheets/pl/sheet/71/polityka-w-dziedzinie-srodowiska-ogolne-zasady-i-podstawowe-ramy (dostęp: 20,10.2019).
9. https://oko.press/120-000-pielgrzymow-spacyfikuje-swietokrzyski-park-narodowy-przyrodnicy-lapia-sie-za-glowe/ (dostęp: 20.10.2019)
2o. https://oko.press/protest-przeciwko-przekazaniu-czesci-swietokrzyskiego-parku-narodowego-kosciolowi-katolickiemu/ (dostęp: 20.10.2019)
2 . https://secure.avaaz.org/pl/community_petitions/Prezes_Rady_Ministr_Sprzeciw_wobec_zmniejszenia_Swietokrzyskiego_Parku_Narodowego/ (dostęp: 20.10.2019)
22. https://kielce.wyborcza.pl/kielce/7,35260,24950545,duzy-protest-w-obronie-swietokrzyskiego-parku-narodowego-zdjecia.html (dostęp: 20.10.2019)

Rewolucji nie będzie (o słabościach i szansach sejmowej Lewicy)

Rewolucji nie będzie (o słabościach i szansach sejmowej Lewicy)

Wynik wyborów 13 października ze zrozumiałych względów ucieszył kibiców tej części sceny politycznej, która sytuuje się na lewo od Grzegorza Schetyny. W warunkach czteroletniej parlamentarnej banicji, powrót jakkolwiek rozumianej lewicy do Sejmu z wynikiem 12 proc. jest dla większości z nich powodem do zadowolenia. Nie kryją go np. Michał Sutowski i Kaja Puto z Krytyki Politycznej. Optymizmu na razie nie studzi fakt, że 49 posłanek i posłów, którzy uzyskali mandaty z listy SLD, stanowią formację zdecydowanie niejednorodną i czują się skazani na siebie wyłącznie z braku lepszego wyjścia. Nie wiadomo jeszcze, czy Razem, zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami, powoła własne koło poselskie. Trzecia siła w Sejmie okaże się zapewne słabo przewidywalna, bo pomijając wspólny progresywizm „światopoglądowy”, jest podzielona różnicami w zapatrywaniach gospodarczych i społecznych, rozciągających się od Sasa do Lasa. Wystarczy przytoczyć przykład Joanny Scheuring-Wielgus z Wiosny, która rozpoznawalność zyskała jako przyboczna Ryszarda Petru.

Tuż po ogłoszeniu wyników wyborczych świeżo upieczona posłanka Marcelina Zawisza z Razem oświadczyła, że w imię „porozumienia ponad podziałami” Lewica będzie współpracować politycznie ze wszystkimi siłami parlamentarnymi oprócz Konfederacji. Cóż, nie zabrzmiało to jak „twarda” ani „wyrazista” lewica. Oznacza to bowiem deklarację, że nowa siła weszła do Sejmu celem trwania od kompromisu do kompromisu z nadzieją na utrzymanie się na powierzchni, a w nagrodę liczy na możliwość maksymalnego wydłużenia okresu widzialności w mediach. Owszem, zawsze można argumentować, że lepsze to niż nic. Jednak otrzymaliśmy tym samym kolejny sygnał, że „inna polityka”, o potrzebie której partia Zawiszy jeszcze niedawno przekonywała, mimo wszystko nie jest możliwa. Czy da się ją zastąpić wizerunkową wyrazistością? Wszystko zależy od tego, jakim oczekiwaniom Lewica ma sprostać.

Wszelkie powody do satysfakcji mają ci, których zadowala scenariusz minimum – „lewicowy głos” w Sejmie na czteroletnim kontrakcie, do weryfikacji. Rozczarowanie czeka tych, którzy chcą autentycznego przełomu – alternatywy wobec duopolu PO-PiS, a taką właśnie obietnicą kusili w kampanii „trzej tenorzy” z Lewicy. Część lewicy chciałaby tego dokonać proponując silny zwrot socjalny w kierunku rozbudowanego państwa dobrobytu bez naruszania podstaw kapitalizmu, bo pisowskie 500+ i szybki wzrost płacy minimalnej to za mało – do korekty III RP z jej społecznie niewydolnym rynkiem trzeba jeszcze odbudowy usług publicznych. Istnieje nadto pilna potrzeba sprawiedliwego rozkładu obciążeń podatkowych, co niemiłościwie panująca nam władza obłudnie lekceważy – to w skrócie.

Część druga wzdraga się przed wszelkim „socjalizmem”, chce za to rozbijać duopol przy pomocy walki z patologią wszechwładzy Kościoła, domagając się legalnej aborcji, pełni praw dla osób LGBT i rzetelnej edukacji seksualnej w szkołach, zamiast prób jej kryminalizacji. Walczyć o to warto, na razie jednak nikt nie wyjaśnił, jak walczyć o to skutecznie. W tej kadencji „światopoglądówka” oczywiście nie wypali i nie wypali w ogóle, jeżeli Lewica tylko te hasła weźmie na sztandary. Społeczeństwo nie zgodzi się na pełne przewartościowanie tożsamościowe, jeżeli ci, którzy je proponują, nie uzyskają wiarygodności na obszarze zdolności do systemowego zaspokojenia bardziej fundamentalnych ludzkich potrzeb – kłania się dolna część piramidy Maslowa. Na tym zaś polu przeskoczyć Prawo i Sprawiedliwość będzie wyjątkowo trudno – przynajmniej przy zachowaniu politycznego business as usual. PiS-u nie przelicytuje się w świadczeniach i wysokości płacy minimalnej – to już sprawdzone. Nawet partia Razem, najbardziej socjalna część Lewicy, jest przeciwna pomysłowi podniesienia najniższego wynagrodzenia do poziomu 4 tys. brutto w 2023 r., uznając ten wzrost za niebezpiecznie „skokowy”…

Propozycja przebudowy instytucjonalnej i renesansu usług publicznych jest dobra i potrzebna. Skuteczna odpowiedź na strukturalne wyzwania smuty peryferyjnego kapitalizmu musi wieść przez odtowarowienie stosunków społecznych i przełamanie nieludzkiej zasady indywidualnego kupowania sobie życia na wolnym rynku. Optymistyczne założenie jest oczywiście takie, że myślenie w kategoriach dobra wspólnego, wyrażonego w usługach, z których korzysta się zbiorowo, jeszcze kogokolwiek interesuje. Prof. Małgorzata Jacyno słusznie zauważa, że polityka pseudospołeczna prowadzona przez rządy Szydło i Morawieckiego raczej alienuje i utrwala rynkową atomizację społeczeństwa, niż przywraca poczucie wspólnoty: „Masz, obywatelu, kasę i sobie kup”. Mimo że oznacza to dodatkowe środki dla potrzebującej części Polaków, mamy do czynienia z podejściem w istocie neoliberalnym, zwłaszcza że nie towarzyszy temu odstąpienie od de facto regresywnego systemu podatkowego.

Teoretycznie więc jest duże pole do popisu dla ugrupowania, które chce odnowę upadłych usług publicznych, przede wszystkim służby zdrowia, opieki żłobkowej i transportu publicznego, potraktować poważnie. Problem w tym, że aby mieć się czym pochwalić na tym polu, trzeba już sprawować władzę. Tymczasem również obecna władza się do tego sposobi: przemówienie Jarosława Kaczyńskiego podczas wieczoru wyborczego każe podejrzewać, że partia rządząca szuka właśnie drogi wyjścia z pułapki myślenia w najkrótszej perspektywie czasowej. Znaczy to, że jeżeli ktoś realnie wykona pierwszy krok na drodze do budowy „nowoczesnego państwa dobrobytu”, to prawdopodobnie będzie to właśnie PiS. Sprawdzianem będzie dalszy los programu Mieszkanie+, który dotychczas okazał się niewypałem. Ekipa premiera Morawieckiego dobrze ogarnia samą administrację, dlatego udało jej się załatać dziurę VAT-owską. Jednak już stan systemu opieki zdrowotnej i epicka „deforma” szkolnictwa wystawiają jej kolejne złe świadectwo.

Czy potrafią wskoczyć szczebel wyżej niż fiskalizm, czyli opanować zarządzanie dynamicznymi sieciami zespołów ludzkich i planowanie gospodarcze w agresywnym otoczeniu rynkowym, gdzie wielki kapitał tylko czeka, by utuczyć się na państwowych pieniądzach? Na razie warto przyjąć ostrożne założenie, że chcą się tego nauczyć, bo chcą dalej rządzić. Koniec końców PiS posiada wszelkie środki, by wyprzedzić na tym polu Lewicę: oprócz pieniędzy publicznych i zaplecza, o jakim ich adwersarze mogą tylko pomarzyć, ma nadal niewyczerpane pokłady wiarygodności pochodzącej ze znienawidzonego przez liberałów „rozdawnictwa”. Adrian Zandberg mówi: zamiast Mieszkania+ publiczny deweloper. Pięknie. Tylko nie czarujmy się: PiS może wkrótce powiedzieć to samo – czemu nie? Znacznie łatwiej hegemonowi Kaczyńskiemu niż beniaminkowi Zandbergowi przyjdzie sprzedanie ludziom tego pomysłu jako kolejnej obietnicy wyborczej, a prawie nikt nie będzie chciał wtedy słuchać, że PiS go komuś podprowadził. Lewica, ponieważ nie sprawuje władzy, może więc w nadchodzącej kadencji jedynie zgłaszać nowatorskie projekty ustaw, łudząc się, że PiS je łaskawie „przyklepie”, zamiast odesłać w niebyt, by po roku zaproponować zbliżone jako swoje. Jeżeli do tego dojdzie, Lewica zostanie trwale zepchnięta do narożnika światopoglądowego, gdzie – z szacunkiem dla powagi wyzwań na tym polu – czeka ją los sejmowej ciekawostki.

Istnieje też i inna, całkiem prozaiczna bariera, która Lewicy utrudniać będzie obranie konsekwentnie socjalnego kierunku. Ile wśród 49 posłów i posłanek jest osób rzeczywiście wiarygodnych w deklaracjach, że ludzie liczą się bardziej niż zyski? W Sejmie zasiądzie sześcioro członków i członkiń Razem. Spójrzmy prawdzie w oczy: tylko Zandberg i Maciej Konieczny konsekwentnie poruszali się po kursie socjalnym, regularnie i zdecydowanie w swych wypowiedziach broniąc praw pracowniczych, praw prześladowanych lokatorów i podkreślając, że prawa ludzi są zawsze ważniejsze od interesów kapitału. „Duńczyk” był widoczny na pikietach w obronie poniewieranych pracowników i spotykał się z robotnikami budowlanymi w sprawie ciężkich warunków ich pracy. Konieczny dwa dni po wyborach uczestniczył w blokadzie eksmisji. Czy reszcie można wierzyć, że ich to obchodzi? Poza szeregami razemitów, chyba tylko Wandę Nowicka i Hannę Gill-Piątek można posądzać o inklinacje socjalne. Dla Wiosny to obcy temat, SLD nauczyło się go tylko markować w mediach, trzymając się zawsze w „bezpiecznej” odległości od biednych ludzi. Trzeba chyba uczciwie przyznać rację Rafałowi Wosiowi, gdy pisze, że niezamożni, nadal stosunkowo zaniedbywani przez socjal-prawicę, raczej nie będą mieli w Lewicy swojej autentycznej reprezentacji.

Co z historycznym wyzwaniem w postaci sprawiedliwej transformacji energetycznej i dekarbonizacji? Temat wydaje się wymarzony dla nowej progresywnej formacji parlamentarnej, niestety pozostaje ona podzielona na tle stosunku do atomu. Tymczasem problem polityki klimatycznej jest coraz chętniej podejmowany przez środowiska liberalne, więc posłowie i senatorzy KO będą coraz śmielej proponować zielone inicjatywy. Oto kolejne pytanie: czy Lewica może skutecznie pójść w kierunku przejęcia elektoratu liberalnego poprzez odebranie go skostniałej Platformie? Duża część Wiosny i SLD nie miałaby nic przeciwko temu. Scenariusz ten zyskał na wiarygodności dzięki ujawnieniu dostrzegalnych przepływów elektoratu między KO i KW SLD oraz pełnego podobieństwa przekonań politycznych wyborców obu komitetów.

Biorąc jednak pod uwagę skłonność lewicowych liderów do wizerunkowego odróżnienia się od Grzegorza Schetyny i zachowania własnej marki, strategia „zastąpienia” KO może się okazać przeciwskuteczna. Trzeźwo zauważa publicysta Klubu Jagiellońskiego, że progresywni liberałowie to tylko kropla w morzu – przytłaczająca część tej formacji marzy wyłącznie o powrocie swojskiej, przedpisowskiej III RP na pełnych obrotach. Nie chce niczego więcej, żadnych fundamentalnych zmian w sposobie uprawiania polityki i myśleniu o społeczeństwie, wykraczających poza wizję świata popularyzowaną w TVN. Bardziej więc prawdopodobne jest, że Robert Biedroń i Włodzimierz Czarzasty, grając na liberałów, doprowadzą tylko do dezercji z własnych szeregów w kierunku KO. Niewykluczone zatem, że kierunek ten siłą rzeczy doprowadziłby do „oczyszczenia” sejmowego składu Lewicy i umocnienia się opcji bardziej socjalnej. I dobrze.

Niedobrze jednak, że wśród polskich socjaldemokratów pokutuje pewien szkodliwy mit. Opiera się on na założeniu, że popychanie Polski w kierunku inkluzywnego państwa dobrobytu ma być w istocie ukoronowaniem westernizacji, postępującej od 1989 r., a zablokowanej przez neoliberalizm, który nas zdradził, bo zatrzymał na Wschodzie. Że kiedy Razem zasiądzie w ławach sejmowych, będzie zwyczajnie dysponowało gotowymi rozwiązaniami z zakresu welfare state sprawdzonymi w Europie Zachodniej. Zrobi tylko kopiuj-wklej, a ludzie zobaczą, że to lepsze niż 500+ i będzie można odtrąbić zwycięstwo.

Tymczasem to nie tak. Tego „sprawdzonego modelu” już na Zachodzie zwyczajnie nie ma. Od 40 lat jest sukcesywnie demontowany wszędzie, z Niemcami na czele. Kapitalizm po prostu raz za razem przychodzi po swoje, choć wskutek tego i tak ma dziś najgorsze wyniki makroekonomiczne od prawie stulecia. W tym układzie nie da się nie kwestionować kapitalizmu. Masowe protesty – w ciągu minionego roku chociażby „żółte kamizelki” – nic nie dają, bo establishmentowa lewica zachodnioeuropejska, do której niestety aspiruje polska Lewica wywodząca się z zamożnej części społeczeństwa, nie ma żadnego interesu w odwróceniu tej tendencji. Chce tylko trwać przy swoim ciągle kurczącym się kawałku politycznego tortu, a Jeremy Corbyn jest jedną jaskółką, która wiosny nie czyni.

Jeżeli polscy socjaldemokraci chcą mieć przed sobą przyszłość, muszą zerwać z tą mitologią. Zamiast posiłkować się fantazjami o „Europie socjalnej”, lepiej spojrzeć w oczy prawdzie w krajowych realiach. Lewica ma tu obiektywnie trudniej, bo ręce ma związane warunkami strukturalnymi, sprawiającymi, że każdy krok w kierunku wyjścia z bagna neoliberalizmu, może powodować dalsze w nim grzęźnięcie. Do tego jeszcze przy byle okazji prawica każe przepraszać za Katyń. Zandberg nie dokona cudu z mównicy sejmowej, ani z poziomu mainstreamowych mediów. To już sprawdzone: parlamentaryzm podporządkowany widoczności w popularnych kanałach, skutecznie „wyczyści” pole aktywności partii z jakichkolwiek prób zerwania z polityką płaszczenia się przed kapitałem. Tego nawet PiS nie ośmieli się zrobić, co wymownie widać po kapitulacji Morawieckiego w sprawie opodatkowania gigantów internetowych. Choćby socjalne skrzydło Lewicy chciało i stawało na głowie, to za pośrednictwem istniejących mediów nie przekona większości ludzi, że może ich reprezentować i walczyć o ich przyszłość.

Kilkukrotnie pisałem o tym, czego rozpaczliwie potrzebuje lewica, m.in. w krytycznych tekstach o RSS Piotra Ikonowicza i o Razem. Nie zbuduje ona własnej bazy społecznej dla śmiałego projektu politycznego bez stworzenia nowych kanałów komunikacji ze społeczeństwem. Żeby działać skutecznie, powinny one być ściśle połączone z działalnością w ruchu pracowniczym i lokatorskim na terenie całego kraju i w ruchu na rzecz sprawiedliwej dekarbonizacji (bo bez sprawiedliwości społecznej ona zwyczajnie nie nastąpi). Chodzi raczej o trwałą obecność na bazarach i osiedlach niż o okresową zbiórkę podpisów na stołecznym Placu Zbawiciela. Chodzi o obecność, którą ludzie mogą odczuć jako zrozumienie i wsparcie, o powrót do tradycyjnie rozumianej polityki klasowej. Trudne do wyobrażenia, prawda? Rzeczywiście bezpieczniej jest robić to, co podchwycą „Gazeta Wyborcza” i „Newsweek”, z nadzieją nabicia sobie punktów na kolejne wybory. Tymczasem tworzenie „innej polityki” wymaga, owszem, długoterminowego trybu, przekraczającego cykl wyborczy – czego właśnie RSS zrozumieć do tej pory nie chciał. Innymi słowy, jest to ogromne i ryzykowane wyzwanie, które wyłącznie wąska grupa w szeregach Lewicy będzie skłonna podjąć – jeżeli w ogóle ktokolwiek ośmieli się rozumować w tych kategoriach.

Nie oznacza to rzecz jasna, że obecność w Sejmie można lekceważyć. Można ją wykorzystać właśnie do stymulowania oddolnych ruchów społecznych, tym bardziej, że aby się rozwijać, potrzebują one czegoś, co dookreśli ich działalność pod kątem politycznego sprawstwa – programu i projektów legislacyjnych. Jeżeli Lewica chce się w annałach zapisać jako lewica, jeżeli w ogóle chce zrobić różnicę, musi robić śmiałą i dalekowzroczną politykę sprawiedliwości społecznej. To ryzykowne, ale na innych warunkach nie przechodzi się do historii. Na dzień dzisiejszy istnieje zaplecze w postaci dużych organizacji związkowych jak OPZZ, dzięki którym można dotrzeć do setek tysięcy bardzo potrzebujących pracowników sektora budżetowego. Istnieją mniejsze, bojowe, mniej zbiurokratyzowane związki zawodowe, m.in. Inicjatywa Pracownicza. To nie wystarczy, ale widoczna determinacja we wspieraniu związkowców nie tylko z samych ław sejmowych może stanowić dobry punkt wyjścia. Otwarcie w grze o serca ludzi pracy.

Paweł Jaworski

Sukces sportowy mierzony dekadą

Sukces sportowy mierzony dekadą

Dobrze zarządzana dyscyplina sportowa to nie taka, w której odnosimy sukcesy, lecz taka, w której jesteśmy w stanie powtórzyć sukces po dokonaniu zmiany pokoleniowej. Na ustach wszystkich byli niedawno koszykarze, którzy dokonali największego osiągnięcia od lat 60., zajmując 8 miejsce na mistrzostwach świata. Czas pokaże, w jakim stopniu związek sportowy jest w stanie zagospodarować zainteresowanie mediów, kibiców i sponsorów.

Sukces koszykarzy bardzo przypomina sytuację siatkówki i piłki ręcznej sprzed kilkunastu lat. Siatkarze w 2006 roku, po długiej nieobecności w światowej czołówce, zajęli drugie miejsce na mundialu. Natomiast szczypiorniści dokonali tego samego rok później, sprawiając gigantyczną sensację. Przez lata siatkarze i piłkarze ręczni prześcigali się w odnoszeniu sukcesów i dostarczaniu nam ogromnych emocji, pozwalając zrekompensować niepowodzenia w piłce nożnej. Jednak podobieństwa szybko się skończyły. Dalsza historia tych dyscyplin to dwie zupełnie odmienne drogi. Którą z nich podąży koszykówka?

Siatkówka, czyli jak wykorzystać sukces

Gdy w 2006 roku kadra Raula Lozano pięła się w turniejowej drabince, kraj ogarnęła siatkomania. Był to pierwszy poważny drużynowy sukces polskiego sportu w XXI wieku. Srebrny medal przywieziony z Japonii stał się początkiem pasma sukcesów, jakie odnosiła polska siatkówka przez kolejne lata. Dekadę po zdobyciu srebrnego medalu Polacy byli mistrzami świata i powtórzyli ten sukces na kolejnym turnieju. W kadrze doszło do zmiany pokoleniowej. Sebastiana Świderskiego, Piotra Gruszkę i Łukasza Kadziewicza zastąpili Mateusz Bieniek, Fabian Drzyzga i Bartosz Kurek.

Wychowanie następców było możliwe dzięki tytanicznej pracy, jaką wykonał Polski Związek Piłki Siatkowej i wspierający go sponsorzy. Decyzję o profesjonalizacji podjęto już w 1998 roku. Wtedy Polkomtel, operator sieci komórkowej Plus, stał się sponsorem tej dyscypliny. Z czasem ambasadorem siatkówki zostały także Orlen i Polsat. Dzięki temu powstała profesjonalna liga, co pozwala przyciągnąć do kraju najlepszych zawodników, pojawił się program szkolenia młodzieży, porządna i rozproszona po kraju infrastruktura oraz regularne turnieje wysokiej rangi i transmisje w telewizji.

Sukces z 2006 wykorzystano umiejętnie i po latach znów mogliśmy się cieszyć osiągnięciami naszej kadry. Co ważne, nikt nie odwrócił się od siatkówki nawet po serii rozczarowań na Igrzyskach Olimpijskich. Efekt jest taki, że w tym roku w męskiej siatkówce jednocześnie odnosiliśmy sukcesy na dwóch różnych turniejach, w czasie gdy podstawowy skład spokojnie trenował w zupełnie innym miejscu. Zakończone niedawno mistrzostwa Europy pokazały, jak dobrze zarządzana jest siatkówka. Z pewnością wiele osób czuło niedosyt po zakończeniu mistrzostw. Jednak trzeba mieć na uwadze, że zarówno męska, jak i żeńska kadra dokonały największego osiągnięcia na arenie europejskiej od 2009 roku. Równo 10 lat po złocie siatkarzy i brązowym medalu siatkarek, gdy obie drużyny przeszły całkowitą metamorfozę, byliśmy w stanie awansować do pierwszej czwórki. Niestety, piłka ręczna poszła inną drogą.

Jak zaprzepaścić sukces

W 2007 roku wszyscy nad Wisłą nagle wszyscy wiedzieli o istnieniu takiej dyscypliny jak piłka ręczna. Kadra Bogdana Wenty okazała się czarnym koniem rozgrywanego w Niemczech turnieju – egzotyczna jak na tamte czasy drużyna dotarła aż do finału. Ten srebrny medal, tak samo jak w przypadku siatkarzy, stał się początkiem złotej ery dyscypliny. Kolejne występy naszej kadry cieszyły się ogromną popularnością ze względu na niesamowite emocje, jakie towarzyszyły zmaganiom. Odrabianie 11-bramkowej straty w meczu ze Szwecją czy wiekopomny rzut Artura Siódmiaka w spotkaniu z Danią tylko nakręcały popularność dyscypliny. Do światowej czołówki należały zarówno męska, jak i żeńska kadra. Nasze panie dwukrotnie zajęły 4. miejsce na mistrzostwach świata.

Jednak Związek Piłki Ręcznej w Polsce nie podołał zadaniu. Jeden z czołowych polskich zawodników, Karol Bielecki, mówił wprost, że „po nas nie będzie nikogo”, zarzucając związkowi bierność i brak zrozumienia dla realiów rządzących sportem. Boleśnie przekonaliśmy się o tym, że miał rację. Zarówno siatkarze, jak i szczypiorniści rozpoczęli złotą erę dyscypliny od niespodziewanego sukcesu na mistrzostwach świata – srebrnego medalu. 12 lat po tym sukcesie siatkarze drugi raz z rzędu dzierżą tytuł mistrzostw świata, a szczypiorniści w ogóle nie biorą udziału w imprezach dużej rangi. Kadra piłkarzy ręcznych nie grała ani w ubiegłorocznych mistrzostwach Europy, ani w tegorocznych mistrzostwach świata, które ponownie zorganizowali Niemcy wspólnie z Duńczykami. Naszych reprezentantek również zabrakło na wielkich imprezach.

Jest to najgorszy możliwy scenariusz. W jaki sposób mamy wychować i przygotować następców Artura Siódmiaka, Bartłomieja Jaszki i Krzysztofa Lijewskiego, skoro nawet nie mamy szansy na to, by zbierać doświadczenie? Związek Piłki Ręcznej, w przeciwieństwie do Związku Siatkówki, nie spełnił swojego zadania. Co zrobi Polski Związek Koszykówki z sukcesem kadry Mike’a Taylora?

Koszykówka, czyli…?

Wiele osób twierdziło, że po zwycięstwie nad Chinami i Rosją czas na zwycięstwo nad USA. Otóż nie. Czas na długoterminowe umowy sponsorskie, program szkolenia młodzieży, inwestycje w najniższe klasy rozgrywkowe i program wsparcia dla regionalnych trenerów, na których spoczywa najcięższe zadanie. Muszą zachęcić młodzież do koszykówki, odpowiednio rozwinąć zdolności zawodników i wyselekcjonować najlepiej rokujące osoby. Przed PZ-kosz ambitne zadanie. Wiele dzieci pod wrażeniem dokonań kadry ruszy do hal sportowych, aby być jak Mateusz Ponitka, Aaron Cel i Łukasz Koszarek. Tylko od związkowych działaczy zależy to, jak szybko zejdą z parkietu.

Gdy młodzi zawodnicy wejdą w dorosłość, będą musieli ocenić, czy uprawianie koszykówki jest warte świeczki. Jeżeli otrzymają stabilność finansową, godne warunki treningów i perspektywę dalszego rozwoju, możemy być spokojni o następców. Jednak jeżeli natrafią na ścianę nie do pokonania, za kilka lat będziemy mogli tylko oglądać powtórki takich akcji jak ta, w której zakrwawiony Mateusz Ponitka upadając na ziemię podaje piłkę do Aarona Cela, ten składa się do rzutu i pakuje piłkę do kosza, dając drużynie trzy punkty i pewne prowadzenie w meczu o ćwierćfinał mistrzostw świata.

Koszykówka jest dziś dokładnie w tym samym miejscu, co siatkówka i piłka ręczna w 2006 i 2007 roku. Jeżeli PZ-kosz chce iść drogą ZPRP, nie musi robić nic. Natomiast jeżeli chce iść drogą PZS, musi natychmiast zacząć tytaniczną pracę, znaleźć sponsorów nie dla kadry, lecz dla dyscypliny, czyli dla wszystkich drużyn, klas rozgrywkowych i programów szkolenia młodzieży. Tylko od związku zależy, czy Enea i japoński koncern Suzuki będą zainteresowani taką pracą, jaką od lat firmy Plus, Orlen i Polsat wykonują dla siatkówki. Związek powinien też zadbać o odpowiednią ilość imprez wysokiej rangi rozgrywanych w naszym kraju. Mundial zorganizowany wspólnie z Litwą, gdzie koszykówka urasta do miana drugiej religii, może być kołem zamachowym dalszego rozwoju dyscypliny i utrzymania popularności.

Skoro coś jest możliwe w jednej dyscyplinie, to dlaczego miałoby być niemożliwe w innej? Może warto wymieniać się doświadczeniami i ogrzewać mniej popularne dyscypliny w blasku tych, w których celebrujemy zwycięstwa? Czwórmecz, czyli występ czterech polskich reprezentacji – siatkówki, koszykówki, piłki ręcznej i halowej piłki nożnej – rozgrywany w jednym miejscu i czasie, wsparty okrągłym stołem dla gier zespołowych, to coś, czego potrzebujemy. Infrastruktura dla tych czterech dyscyplin jest identyczna. System porządnych hal rozsianych po kraju może służyć każdej z nich. Łatwiej też zaszczepić siatkówkę czy piłkę ręczną tam, gdzie sprawnie działa inna z tych dyscyplin. Wielosekcyjne kluby sportowe z dobrym zapleczem mogą się okazać kluczem do sukcesów w przyszłości. Przykładem może być Gdynia, gdzie pod jedną nazwą zintegrowano aż sześć drużyn z czterech dyscyplin. Prezydent miasta, Wojciech Szczurek skomentował to następująco: „To historyczny dzień dla gdyńskiego sportu. Rodzi się żółto-niebieska potęga. Łączymy siły, by osiągać jeszcze większe sukcesy. To nie tylko zespoły ligowe, ale także setki trenujących dzieci i młodzieży”.

Nic nie stoi na przeszkodzie, aby przy wsparciu krajowych związków sportowych model zaczerpnięty z Barcelony stał się standardem, który napędzi polski sport zespołowy.

Mateusz Perowicz