Zbawienna ludzka słabość

Adam był młodym ambitnym pracownikiem firmy szkoleniowej. Był to czas transformacji, lata 90., złote czasy dla takich firm i jej pracowników. Adam miał wiele marzeń i talentów, wierzył, że szkolenia są potrzebne w czasach przemian, tak ludziom, jak i firmom oraz całej gospodarce. Opublikował książeczkę o tym, jak najlepiej szkolić i jak korzystać ze szkoleń wspomagających przestawienie gospodarki na warunki rynkowe. Książeczka dobrze się sprzedawała – zarówno szkoleniowcy, jak i kursanci, których w tamtych czasach były rzesze przeogromne, chętnie po nią sięgali. Adam zaczynał mieć nazwisko. Była przed nim wielka przyszłość – wszyscy mówili, że daleko zajdzie. Pewnego razu jego firma dostała zlecenie szkolenia dla pracowników kopalni. Mieli być kształceni z marketingu. Adam z entuzjazmem udał się na Śląsk. Przywitał go smutny ośrodek wczasowy, zdewastowane pokoje, zapuszczone korytarze, niedoglądany od dawna teren zielony wokół budynków wczasowiska. W sali konferencyjnej poszarzałe twarze sztygarów i szeregowych pracowników, charakterystyczny zapach słabo przetrawionego alkoholu, zaczerwienione białka oczu, wpatrzone w niego z wyrazem być może beznadziei, może zmęczenia, może po prostu smutku. I on, Adam, mający poprowadzić dla nich szkolenie z nowoczesnych metod marketingu. Wziął głęboki oddech… I opowiadał im o reklamach, ale bardzo szybko przeszedł do opowieści o serialach: Dynastii, Dallas, potem wszyscy razem przeszli do Borewicza i tak upłynął cały szkoleniowy dzień. W autokarze do domu Adam czuł, że coś w nim pękło. Patrzył na zniszczony i zaniedbany krajobraz wokół. W głębi trzewi miał wrażenie, jakby coś go paliło i szarpało, jakby miał z siebie coś wyrzucić, wyrzygać sumienie… Kilka dni później przyszły wyniki ocen kursantów. Jego kurs został oceniony najwyżej ze wszystkich. Szczególnie dużo punktów zebrał za „przydatność praktyczną”. Adam złożył wymówienie z firmy i nie zajmuje się już szkoleniami. Został księgowym.

Na jego miejsce przyszedł Adonis, młody, ambitny, pełen entuzjazmu. Gdy wysłano go, by prowadził szkolenia dla pracowników likwidowanej fabryki porcelany, przeżył to ciężko. Wszak miał oczy, miał serce, widział, co się dzieje. Jednak przekonał siebie, że jeśli nie on, to ktoś inny zagarnie tę kasę, ktoś gorszy, głupszy od niego. Napili się później z kolegami wódki i pośmiali z „zarządzania karierą” brygadzistek, które kończyły przyzakładową zawodówkę. Dziś Adonis jest sławny, zamożny, ma własną firmę, chętnie wspiera organizacje pozarządowe działające w słusznej sprawie. Jest wzorem dla innych. Adam nie jest żadną z tych rzeczy. Jest dobrym księgowym.

Adam i Adonis studiowali razem. Koledzy mówią o Adamie, że był za słaby, nie dał rady, pękł. A przecież mógł tak pięknie poszybować – po takim starcie… Adamowi to nie przeszkadza, ma co robić i ma wielu innych przyjaciół. Adonis ma depresję, łyka piguły, gnębi go coś, nie wie co, pewnie wypalenie zawodowe, pewnie zbyt ciężko pracuje, ma zbyt mało czasu dla siebie. Dawni znajomi mówią o nim głównie z zawiścią, nie ma przyjaciół starych ani nowych. Jeden jest rzetelnym fachowcem nikomu nieznanym, drugi słynną gwiazdą. Jednak żaden nie jest wielkim draniem ani bohaterem.

Bohaterowie się zdarzają. Zdarzają się i dranie. Większość z nas, ludzi, znajduje się gdzieś pomiędzy, jak Adam i Adonis. W efekcie dużo zależy od nas, zwykłych ludzi. Nie jest tak, że naśladujemy bohaterów czy drani – w większości nie stać nas na to inaczej, niż w marzeniach (i w komciach na fejsbuku). Pożyczamy od nich język, uzasadniamy tym językiem nasze wybory. To bardzo dużo, ale nie wszystko. Serce ludzkiej sprawczości jest gdzieś indziej. Dla sporej ilości osób jest taki próg, którego nie widać i o którym w czasach postoświeceniowych w ogóle mało wiemy, ale który w jakimś momencie daje znać o sobie. Niektórzy nazywają to sumieniem. Częściej jednak słyszy się o tym obecnie jako o rodzaju słabości. Myślę, że jedno i drugie jest prawdą. To coś daje znać o sobie w momencie, kiedy czuje się, że coś bardzo kruchego trzaska w środku i nie da rady iść dalej w tę samą stronę. Tak jak Adam, można „nie dać rady” i zawrócić. Można też, jak Adonis, zebrać się w sobie i brnąć lub nawet energicznie kroczyć dalej. Raz przekroczona, ta kruchość nie regeneruje się. Jest wiotka i delikatna, ale wrażenie spotkania z nią jest mocne, wyraźne. Adam pamięta tamtą podróż autokarem wyraźniej, niż cokolwiek innego, dobrego i złego, co spotkało go w pracy. Adonis często czuje tamten lepki mrok, choć robi wszystko, by nie kojarzyć go z niczym konkretnym, co się wydarzyło. Został obraz pod powiekami – do zapicia lub zamedykalizowania.

Serce ludzkiej sprawczości jest w naszej słabości i kruchości. Świadomość istnienia tego czegoś, kruchości czy sumienia, to rodzaj wrażliwości. Wrażliwość można rozwijać, można też niszczyć. Można marginalizować, można na wrażliwości innych wygrywać, gdy pokona się własną.

Alisia była kiedyś młodą osobą z otwartą, wrażliwą twarzą. Miała oczy szeroko otwarte, łatwo było ją zranić i łatwo ucieszyć. Miała wielu przyjaciół, także w korpo, gdzie pracowała od ukończenia studiów. Między innymi było to dwoje przyjaciół na śmierć i życie, takich, dla których oddałaby serce i którym pomagała, jak umiała: Anastazja i Andrzej. Jednak korporacja nie sprzyjała tej wrażliwości. Alisia obserwowała i uczyła się. Po kilku porażkach, coś w niej się przełamało. Teraz pora na nią, teraz pora na sukces. Wiedziała, że będzie z tym problem, więc gdy jej stara szefowa odchodziła z pracy, ona na pożegnanie przyszła nakrzyczeć na nią. Stała nad jej biurkiem i czerwona na twarzy wrzeszczała, że co ona teraz biedna zrobi, kto będzie ją popierał i pisał pozytywne opinie.

Szybko znalazła innych szefów mogących przejąć tę rolę, choć w zasadniczo inny sposób. Nowi szefowie byli lodowaci, socjopatyczni, skuteczni jak maszyny i pod względem poziomu empatii podobni do maszyn. W firmie coraz częstsze były czystki i diaboliczne rozgrywki. Pozycja Alisi rosła. Gdy wyleciała Anastazja, osoba z poważną przewlekłą chorobą, znakomita profesjonalistka, ale potrzebująca do funkcjonowania stosunkowo mało stresującej atmosfery, cała firma huczała o tym, jak bardzo jest winna sama sobie, nieudaczna, pozbawiona przebojowości, po prostu psychicznie słaba. Anastazja potwornie irytowała szefostwo tą swoją rozlazłością – i to całkowicie zrozumiałe, że trzeba się było jej pozbyć. Alisia uczestniczyła gorliwie w tych rozmowach. Po kilku latach poleciał Andrzej. Z Andrzejem był ten problem, że był fachowcem w zasadzie nie do zastąpienia i to irytowało menedżerów. Zawsze spokojny i pogodny, nie nadawał się do pracy w nowoczesnej firmie. Alisia żałowała kolegi, ale nie powiedziała słowa w jego obronie. W ogóle nic nie powiedziała. Przecież inaczej nie mogła. W tym momencie sama była już szefową wysokiego szczebla, osobą zamożną, a w miejscu pracy zatrudnione były liczne osoby z jej rodziny bliższej i dalszej. Alisia czasami spotyka Andrzeja w swej ulubionej kawiarni. Żali mu się wtedy na to, jak jest niezrozumiana, jak jej ciężko i jaką okropną ma depresję. Nigdy nie spytała jak Andrzej, jedyny żywiciel rodziny, poradził sobie po zwolnieniu. Nigdy nie spytała, co z Anastazją. Czy żyje jeszcze.

Łatwo jest moralizować, łatwo mówić, że Alisia jest zdrajczynią bez kręgosłupa, albo że jest po prostu głupia. Pewnie jest karierowiczką, osobą głęboko zakłamaną. Ale pewnie jest też rzeczywiście głęboko nieszczęśliwa. To nie na złudzenie musi brać prochy. Nie złudzenie sprawia, że nie może spać i że zabija ją kręgosłup, którego niby nie ma. Jako teoretyczka zarządzania nie muszę jednak moralizować. Mogę szukać kontekstu. Mogę zajmować się tym, co profesor antropologii społecznej Tim Ingold nazywa „supełkami”, czyli refleksją naukową polegającą na rozplątywaniu ludzkich sytuacji w miejscu i czasie. Mogę, z jednej strony, pamiętać, że Alisia była kiedyś młodą osobą z okrągłą buzią i otwartymi szeroko oczami. Z drugiej strony, może mnie interesować to, w jakim środowisku dojrzewała jako człowiek i jako pracowniczka korporacji, menedżerka. Poza tym pewnie rzeczywiście nie mogła inaczej. W jej korpo, podobnie jak w przeciętnej neoliberalnej organizacji, jest coraz mniej przestrzeni na wrażliwość. Jeśli ktoś upiera się przy niej, może odejść, jak Adam, lub wylecieć, jak Andrzej i Anastazja. Nie da się wrażliwcom awansować. Coraz trudniej jest w ogóle utrzymać się w środku.

W jednej ze swoich najnowszych książek, „Sugar Daddy Capitalism”, profesor zarządzania Peter Fleming pisze o tym, jak w miejscach pracy neoliberalny kapitalizm wydobywa z ludzi wszystko to, co w nas najgorsze. Człowiek nie jest aniołem, ale nie jest też diabłem. Ma w sobie coś z obu, ma też potencjał, by rozwijać w sobie jedną bądź drugą stronę. Neoliberalne miejsca pracy systemowo wspierają te osoby, które potrafią zdobyć się na promowanie swojej diabelskiej strony. Psychopaci mają na wejściu ogromną przewagę, dlatego jest ich obecnie tak wielu wśród dyrektorów wyższych szczebli. Niezdolność lub brak chęci do pokonywania ograniczeń wynikających z wrażliwości prowadzi do marginalizacji, ostracyzmu, sprawia, że kariera pracownika cierpi, że nie jest on szanowany. Bezwzględność jest wymogiem neoliberalnej kariery – bardziej, niż wcześniej, ponieważ neoliberalny kapitalizm zaciera granice między pracą a tym, co osobiste i nie istnieje przestrzeń, w której można swoją wrażliwość ochronić. W ostateczności każde niepowodzenie jest sprowadzane do osobistego feleru, osobistej słabości, niezdolności do radzenia sobie w rynkowej konkurencji – „zbyt wielkiej” wrażliwości. W działaniu obowiązuje bezosobowa efektywność. Jednak jednocześnie intensywna deformalizacja współczesnych organizacji – czyli zastępowanie relacji opartych o role organizacyjne nieformalnymi, indywidualnymi więziami pomiędzy pracownikami – a także indywidualizacja – akcentowanie osobistego wkładu zamiast grupowych sukcesów – odzierają pracowników z osłon, jakie kiedyś dawały im role i przepisy. Każe im stale wykazywać entuzjazm, szczerość, autentyczność. Odarty z ról pracownik jest zdany na osobistą łaskę innych, którzy nie chcą lub nie umieją być łaskawi, bo byłaby to z ich strony niebezpieczna słabość. Wrażliwość rzeczywiście jest groźną lekkomyślnością, wystawianiem się razem ze swoją najbardziej wewnętrzną prywatnością na działanie bezwzględnego świata, gdzie wszystko ma swoją cenę, wszystko można kupić, sprzedać, lub – jeśli jest „niczyje” – zabrać. Jeśli ktoś podstawia pod nos komuś swoją słabość, to obowiązkiem wynikającym z neoliberalnej kultury jest wykorzystać to. Na tym polega spryt i dorosłość. To powinno słabeusza nauczyć, a za tę cenną nauczkę powinien, w ostateczności, być wdzięczny.

To miejsce pracy, jego twarde reguły awansu i jego nieformalna kultura z zasadą „poznaj łaskę pana”, nauczyło Alisię mieć w pogardzie swoją wrażliwość, swoją czułość. To neoliberalna praca wyrobiła w niej odporność na sumienie, na empatię, umiejętność oderwania się od swoich reakcji współczucia, buntu i odrazy. To doświadczenie z pracy popchnęło Adonisa w objęcia narcyzmu. Ba, nawet szefowie Alisi kiedyś byli ludźmi, śmiali się do omdlenia, flirtowali, zabiegali o przyjaźń i uznanie innych. Zdarzało im się pokazywać swoją delikatność, także innym osobom, także w pracy. Ale szybko się uczyli, jak należy działać w dorosłym świecie. Wrażliwości można się oduczyć.

A przecież jest ona nam bardzo potrzebna, jak przekonuje profesor socjologii Magdalena Szpunar w swoich najnowszych publikacjach. W książce poświęconej stanowi współczesnego społeczeństwa badaczka pisze, że empatia jest niezbędna do rozwoju wrażliwości. Konieczna jest umiejętność wczuwania się w sytuację drugiego człowieka i pozwolenie – tak psychologiczne, jak i społeczne – na reagowanie zgodne z wrażliwością. Magdalena Szpunar podkreśla, że wrażliwość nie ogranicza się jednak do tego współodczuwania i reagowania, ale staje się motorem i motywatorem poszukiwania zrozumienia Drugiego, a równocześnie powstrzymania się od moralizowania i oceniania. Daje energię do budowania mostów między ludźmi. Te mosty są nam bardzo potrzebne. Może dziś bardziej, niż kiedykolwiek – nie dlatego, że nasze czasy są szczególnie brutalne, ale dlatego, że istniejące w wielu systemach społecznych instytucjonalne bufory zmiękczające społeczne skutki podziałów i kategoryzacji, takie jak choćby uniwersytet, karnawał, misteria przejścia, zostały obecnie wyeliminowane bądź wyjałowione w swej roli źródeł liminalności. Jesteśmy zdani na nasze ostre i chłodne podziały. Jeśli nie zaczniemy dbać o naszą wrażliwość, która jest strażnikiem sumienia, to historia ludzkości zbliży się do końca – i nie będzie do happy end.

Wrażliwość jest reakcją wywołującą potencjalnie współreakcję. Delikatność wobec wrażliwości to czułość, o której pięknie mówiła w swoim przemówieniu noblowskim Olgę Tokarczuk. Papież Franciszek jakiś czas temu mówił o rewolucji czułości – odwadze do tego, by spotkać Drugiego z życzliwością i wrażliwością. To słowo bardzo zasługuje, by wejść do codziennego słownika zarządzania. Musimy z czułością odważyć się uszanować i zrozumieć wrażliwość. Myślę, że nie jest nam do tego potrzebna wiedza o gigantach, dobrych czy złych. Musimy znaleźć i rozwinąć wiedzę o ludzkiej słabości. Także w korporacjach, w miejscach pracy, wśród pracowników i wśród szefów, w codziennym życiu, którego żaden Netflix nie przedstawi. Bądźmy wrażliwi, chrońmy naszą kruchość przed pustką. Bądźmy wobec naszych wrażliwości wzajemnie czuli. Podajmy sobie ręce i w ten sposób pokonajmy „nie można inaczej” naszą solidarnością – odpalmy wielką rewolucję czułości. Bądźmy ludźmi.

prof. Monika Kostera

Pociąg do reaktywacji

Pociąg do reaktywacji

Od ostatniej reaktywacji połączeń dokonanej przez Koleje Mazowieckie minęło 10 lat. Tymczasem kolejne miasta i powiaty chcą powrotu kolei.

1 stycznia 2020 r. minęło 15 lat od rozpoczęcia działalności przez Koleje Mazowieckie. W materiale rozesłanym mediom spółka chwali się, że „pojawienie się na torach nowego przewoźnika oznaczało pozytywną zmianę w pasażerskim transporcie kolejowym na Mazowszu”. Jedną z pozytywnych zmian było odwrócenie trendu ograniczania sieci połączeń: niemal do samego końca funkcjonowania na Mazowszu spółki PKP Przewozy Regionalne, a wcześniej niepodzielonych jeszcze na spółki Polskich Kolei Państwowych, z kolejnych linii w województwie znikały pociągi. Jednym z elementów renesansu kolei, o którym tak lubiła mówić pierwsza prezes Kolei Mazowieckich Halina Sekita, było przywracanie połączeń. Od ostatniej reaktywacji dokonanej przez mazowieckiego przewoźnika minęło jednak już ponad 10 lat.

Wszędzie tam, gdzie to możliwe

Kolei Mazowieckich pociąg do reaktywacji zatrzymał się w czerwcu 2009 r. po dojechaniu do Góry Kalwarii. Wcześniej, w 2007 r., połączenia wróciły na trasy Płock – Sierpc oraz Radom – Przysucha – Drzewica. Pierwszą reaktywacją przeprowadzoną pod banderą Kolei Mazowieckich był powrót pociągów na linię Nasielsk – Płońsk – Raciąż – Sierpc w czerwcu 2006 r. Wszystkie reaktywacje miały miejsce w czasach, gdy Kolejami Mazowieckimi kierowała Halina Sekita. Na początku działalności spółki zadbała ona między innymi o zapewnienie spółce taboru niezbędnego do reaktywacji ruchu na niezelektryfikowanych liniach Nasielsk – Sierpc i Płock – Sierpc: sprowadzonych z Niemiec używanych szynobusów VT627 i VT628.

Pierwsze lata funkcjonowania Kolei Mazowieckich dały nadzieję, że odbudowa mocno przerzedzonej na przełomie XX i XXI wieku sieci połączeń będzie – obok zakupów taboru – znakiem firmowym samorządu województwa mazowieckiego i stworzonej w tym regionie spółki kolejowej.

Na przełomie 2019 i 2020 r. minęło nie tylko 15 lat od rozpoczęcia działalności przez Koleje Mazowieckie, ale również aż 18 lat od objęcia przez Adama Struzika funkcji marszałka województwa mazowieckiego. Polityk Polskiego Stronnictwa Ludowego często wskazuje Koleje Mazowieckie jako jeden z głównych sukcesów swoich rządów w największym polskim regionie. Tak mówił, gdy spółka w 2018 r. zawarła kontrakt z firmą Stadler na dostawę 71 elektrycznych zespołów trakcyjnych Flirt: „Rozwój Kolei Mazowieckich ma strategiczne znaczenie, jeśli chodzi o rozwój całego Mazowsza. Jesteśmy regionem policentrycznym, dlatego dobre skomunikowanie w obszarze metropolitalnym, jak i na granicach województwa ma niezwykle istotne znaczenie”.

Choć Adam Struzik mówi, że Koleje Mazowieckie są czynnikiem rozwoju całego województwa, to w kolejnych częściach regionu niewykorzystywane przez spółkę tory coraz bardziej rzucają się w oczy mieszkańcom oraz lokalnym władzom. Tym bardziej, że przywracanie ruchu kolejowego ma być znakiem firmowym województw, w których rządzi PSL – tak wynika ze słów szefa partii Władysława Kosiniaka-Kamysza. Jesienią 2019 r. oznajmił on, że należy reaktywować połączenia na liniach pozbawionych pociągów pasażerskich: „Trzeba puścić pociągi wszędzie tam, gdzie jest to możliwe”.

Tymczasem samorząd województwa mazowieckiego – na czele którego już od prawie dwóch dekad stoi jeden z czołowych działaczy PSL – od ponad 10 lat nie przywrócił do życia żadnego połączenia kolejowego.

Czas reaktywacji

Na prymusa w reaktywacjach wyrosło województwo dolnośląskie. W tym regionie tylko w 2019 r. ruch przywrócono na ponad 90 km linii – pociągiem znów da się dojechać do Milicza, Lubina czy Bielawy.

W czerwcu 2019 r. połączenia kolejowe wróciły do liczącego 73 tys. mieszkańców Lubina, który od wycofania pociągów w 2010 r. był drugim co do wielkości polskim miastem pozbawionym połączeń kolejowym (pierwszą lokatę na tej niechlubnej liście od 2001 r. zajmuje 90-tysięczne Jastrzębie-Zdrój w województwie śląskim). Najpierw reaktywowano połączenia na linii Legnica – Lubin, następnie w grudniu 2019 r. przywrócono ruch na dalszym odcinku z Lubina w kierunku Głogowa. W efekcie trzy największe ośrodki Zagłębia Miedziowego – Legnica, Lubin i Głogów – znów są skomunikowane koleją. Reaktywację ruchu na tym ciągu poprzedziła modernizacja, którą w latach 2017-2019 zrealizowała spółka PKP Polskie Linie Kolejowe, mając na celu wprowadzenie prędkości 120 km/h i poprawę przepustowości tej linii, ważnej nie tylko z punktu widzenia przewozów pasażerskich, ale także transportu towarów.

Pod koniec 2019 r. pociągi wróciły również do liczącej 30 tys. mieszkańców Bielawy. W grudniu 2018 r. samorząd województwa dolnośląskiego przejął od PKP nieczynną linię biegnącą do tego miasta z pobliskiego Dzierżoniowa. W styczniu 2019 r. Dolnośląska Służba Dróg i Kolei – instytucja zarządzająca drogami wojewódzkimi oraz przejętymi przez samorząd liniami kolejowymi – ogłosiła przetarg na rewitalizację 6-kilometrowej linii Dzierżoniów – Bielawa. Prace remontowe trwały od marca do października 2019 r.

Na mapę połączeń kolejowych Bielawa wróciła 15 grudnia 2019 r.: z miasta położonego pod Górami Sowimi wyrusza 11 pociągów dziennie, z których większość zapewnia bezpośrednie połączenie z Wrocławiem. Do Bielawy pociągi wróciły po aż 42 latach – miasto zostało bowiem pozbawione połączeń kolejowych w 1977 r.

Również w grudniu 2019 r. pociągi wróciły na trasę Głogów – Wschowa – Leszno. Ta 45-kilometrowa linia – biegnąca przez województwa dolnośląskie, lubuskie i wielkopolskie – była pozbawiona połączeń od 2011 r. Gdy samorządy wreszcie porozumiały się w kwestii wspólnego finansowania przewozów, spółka PKP PLK przeprowadziła szybki remont fragmentów linii znajdujących się w złym stanie.

Możliwość podjęcia działań

Urzędnicy samorządu województwa mazowieckiego zapewniają, że także w tym regionie pociąg do reaktywacji jeszcze się rozpędzi. Jak informuje Marta Milewska, rzeczniczka prasowa marszałka województwa, w planach samorządu jest reaktywacja połączeń na trasach Małkinia – Czyżew, Ostrołęka – Chorzele oraz Pilawa – Góra Kalwaria – Czachówek – Mszczonów – Skierniewice (obecnie jest ona wykorzystywana w ruchu pasażerskim tylko na krótkim odcinku od węzła Czachówek do Góry Kalwarii przez pociągi łączące to miasto z Warszawą).

Powrót pociągów na te ciągi samorząd uzależnia od ich zmodernizowania przez PKP PLK. Modernizacja linii Skierniewice – Pilawa planowana jest na lata 2022-2025. Finansowana z Regionalnego Programu Operacyjnego Województwa Mazowieckiego rewitalizacja linii Ostrołęka – Chorzele już się rozpoczęła. Trasa ma być przejezdna w 2022 r. – „Założenia oferty uwzględniające liczbę uruchamianych pociągów, ich relacje i możliwości skomunikowań zostaną sformułowane przed zakończeniem prac remontowych” – mówi Milewska.

W przyjętym w listopadzie 2014 r. uchwałą sejmiku wojewódzkiego „Planie zrównoważonego rozwoju publicznego transportu zbiorowego dla województwa mazowieckiego” lista zamierzeń w zakresie wznawiania przewozów jest nieco dłuższa i obejmuje także takie linie jak Siedlce – Sokołów Podlaski czy Ostrołęka – Małkinia. W kwestii reaktywacji połączeń dokument ten używa jednak jakże niezobowiązującego zaklęcia, że samorząd „przewiduje możliwość podjęcia działań”.

Prawie pięć lat po uchwaleniu planu transportowego z wnioskiem o podjęcie działań zwróciły się do samorządu województwa mazowieckiego władze powiatów ostrowskiego i ostrołęckiego. Ich starostowie w połowie 2019 r. skierowali pismo do marszałka Adama Struzika, w którym domagają się uruchomienia połączeń na linii Ostrołęka – Małkinia: pociągi pasażerskie przestały nią kursować w 1993 r. i od tego czasu jest wykorzystywana tylko przez składy towarowe. Na linii Ostrołęka – Małkinia leży licząca 23 tys. mieszkańców Ostrów Mazowiecka. To największe w województwie mazowieckim miasto powiatowe, do którego nie da się dojechać pociągiem. Marta Milewska z samorządu województwa: „W sprawie linii Ostrołęka – Małkinia została wysłana do spółki PKP PLK prośba o przekazanie informacji dotyczących czasu, w jakim zarządca infrastruktury kolejowej, uwzględniając kwestie formalno-prawne, byłby w stanie przygotować infrastrukturę liniową i punktową do obsługi pasażerskich połączeń kolejowych”.

Linia Ostrołęka – Małkinia znajduje się w nienajgorszym stanie technicznym: dla składów towarowych obowiązuje na niej prędkość 60 km/h, która dla szynobusów mogłaby zostać podwyższona bez konieczności przeprowadzania generalnego remontu. Ważnym atutem linii z punktu widzenia ruchu pasażerskiego jest dobre położenie zarówno przystanku Ostrów Mazowiecka Miasto (1,5 km od centrum), jak i stacji Ostrów Mazowiecka (w pobliżu węzła drogi ekspresowej S8 z drogami wojewódzkimi 627 i 677). Atutem tej niezelektryfikowanej linii jest ponadto bliskość Tłuszcza, gdzie stacjonują wszystkie szynobusy Kolei Mazowieckich.

Czekając na kolej

Na powrót kolei liczą również Kozienice. – „Miasto Kozienice, położone w odległości około 90 km od Warszawy, pozostaje bez połączenia kolejowego. To często jest hamulcem rozwojowym dla wielu przedsięwzięć. Stworzenie połączenia kolejowego, bardzo pozytywnie wpłynie na rozwój Kozienic” – mówi burmistrz tego 18-tysięcznego miasta Piotr Kozłowski. Jego wizja nie opiera się jednak na istniejących liniach, lecz na nierealistycznej koncepcji budowy nowej linii kolejowej, która miałaby połączyć miasto z magistralą Warszawa – Radom. Tymczasem wzdłuż zachodniej granicy Kozienic biegną wykorzystywane w ruchu towarowym tory łączące linię Radom – Dęblin z elektrownią w Świerżach Górnych. W podkozienickim Janikowie od tego ciągu odbija nieczynna dwukilometrowa odnoga do centrum Kozienic – pociągi pasażerskie przestały nią kursować w 1969 r. Odtworzenie tej odnogi umożliwiłoby uruchomienie pociągów zarówno do Radomia przez Pionki, jak i do Warszawy przez Dęblin, Pilawę i Otwock. Z Kozienic do Radomia pociągi przyspieszone mogłyby dotrzeć w około 40 min., a do Warszawy w około 1 godz. 40 min.

Przywrócenia pociągów od lat nie mogą się doprosić mieszkańcy gmin Zaręby Kościelne i Szulborze Wielkie, które choć leżą na magistrali Warszawa – Białystok, to od 2009 r. pozbawione są połączeń. Przez świeżo zmodernizowane przystanki przemykają bez postojów pociągi PKP Intercity, a składy Kolei Mazowieckich z Warszawy kończą bieg w Małkini – 20 km przed granicą województwa mazowieckiego. Już od dekady samorząd wstrzymuje się z podjęciem decyzji o wydłużeniu relacji części pociągów przez Zaręby Kościelne i Szulborze Wielkie do Czyżewa, pierwszej stacji na terenie województwa podlaskiego. Wymówką są kolejne etapy modernizacji magistrali Warszawa – Białystok, która ma potrwać do 2023 r. – „Reaktywację połączeń na odcinku Małkinia – Czyżew zakłada się po zakończeniu modernizacji stacji Czyżew, gdy możliwa będzie tu niezakłócona zmiana czoła składu pociągu” – mówi Marta Milewska. I dodaje, że na przeszkodzie przywracania połączeń stoją też pieniądze: „Dodatkowe połączenia to dodatkowe koszty, na pokrycie których konieczne jest zabezpieczenie środków w budżecie województwa”.

Gdy rzeczniczka marszałka Adama Struzika wypowiadała powyższe słowa, on sam po posiedzeniu sejmiku w połowie grudnia 2019 r. chwalił się przyjęciem rekordowo wysokiego budżetu regionu na 2020 r. – „To najlepszy budżet w 21-letniej historii województwa mazowieckiego. Ten budżet tylko potwierdza, że sytuacja finansowa Mazowsza jest stabilna”.

Karol Trammer

Tekst pochodzi z dwumiesięcznika „Z Biegiem Szyn” (nr 1/105 styczeń-luty 2020); www.zbs.net.pl

Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Tomasz Chmielewski

Tak rodził się polski kapitalizm

Tak rodził się polski kapitalizm

Książka Rafała Wosia „Zimna trzydziestoletnia. Nieautoryzowana biografia polskiego kapitalizmu” to jedna z zaledwie kilku pozycji, jakie po 1989 r. krytycznie podjęły zagadnienie polskiej transformacji ustrojowej, w wyniku której wprowadzony został w Polsce kapitalizm, a raczej jego najbardziej ortodoksyjna odmiana.

Jeżeli istnieje coś wspólnego dla wszelkich definicji krytycznego myślenia, to z pewnością to, że oparte jest ono o mechanizm stawiania zasadniczych pytań, bez których nie tylko nie można wyciągnąć właściwych wniosków, ale w dodatku ich brak uniemożliwia jakąkolwiek realną zmianę. Jest to o tyle ważne, że tych pytań w Polsce po 1989 roku nie stawiano lub były w różny sposób skutecznie zagłuszane. Woś przygląda się polskiej transformacji gospodarczej właśnie z tej pozycji, krytycznego podejścia, które przejawia się w szukaniu odpowiedzi na niełatwe pytania o genezę polskiego ustroju gospodarczego oraz przedstawieniu ogromnych kosztów społecznych tej zmiany, które odczuwamy do dzisiaj.

Taka perspektywa była przez długi czas marginalizowana przez elity, które stały za zmianą ustrojową. Z oczywistych względów skłania to do postawienia pytania, co zadecydowało o takim stosunku twórców III Rzeczpospolitej do najważniejszych kwestii społeczno-gospodarczych, a także o charakterze wprowadzanych zmian i sposobie ich wdrażania. Dlaczego jako jedyny kraj w regionie zdecydowaliśmy się na taką, a nie inną wersję kapitalizmu?

Woś uważa, że proces zmian ustrojowych z końca lat 80. obarczony był przede wszystkim deficytem demokracji. Projekty reform, a potem same reformy były wynikiem uzgodnień w zaciszu gabinetów, co przeczy zasadzie transparentności w demokratycznym państwie prawa. W ciągu zaledwie dwóch dni zmieniono ustrój gospodarczy, uchwalając przez sejm (w dodatku sejm kontraktowy, nie posiadający legitymacji demokratycznej) pakiet 10 ustaw, w żaden sposób nie konsultowany ze społeczeństwem. Jak pisze Woś: „Nie będzie przesady w stwierdzeniu, że dialog społeczny był przez elitę reformującą kraj traktowany jako potencjalne utrudnienie”.

Wprowadzane zmiany dodatkowo uniemożliwiały lub znacznie utrudniały budowanie społeczeństwa obywatelskiego, czego przykładem będzie ustawa o związkach zawodowych, poważnie utrudniająca samoorganizację świata pracy. Decydenci, którzy niegdyś walczyli z reżimem w strukturze związku zawodowego „Solidarność”, po zdobyciu władzy zaczęli zwalczać samorządność pracowniczą. Gdyby tego było mało, rząd Mazowieckiego wysyłał policję przeciwko strajkującym i protestującym grupom zawodowym. Na ulice ludzie wychodzili z powodu niezgody na brak możliwości partycypacji w budowie nowego porządku, którego architekci wcale nie zamierzali słuchać głosu obywateli. Głosem krytycznym mówiła nie tylko „ulica”, ale także część inteligencji, w osobie choćby prof. Tadeusza Kowalika. Warto zacytować słowa Wosia o Jacku Kuroniu, uważanego przez środowiska liberalne za lewicowca: „Wielu działaczy dawnej opozycji protestuje […]. Inni, jak Jacek Kuroń, popierają nowy antypracowniczy kurs Solidarności”.

Przemiany ustrojowe, polegające na zmianie stosunków własnościowych, spowodowały, w imię wychwalanej własności prywatnej, wyprzedawanie polskiego majątku. Szczególnie mocno dotyczyło to przemysłu. Te niezwykle ważne aspekty zmian przełomu lat 80. i 90. opisuje Woś: „…czerwiec 1990 – pierwsza fala protestów społecznych […] Rząd Mazowieckiego decyduje się na siłowe rozwiązanie kryzysu. Tylko wicepremier rządu Janicki z ZSL w geście protestu podaje się do dymisji. […] lipiec 1990 – z inicjatywy rządu Mazowieckiego zostaje uchwalona ustawa prywatyzacyjna. Sankcjonuje ona uwłaszczenie nomenklatury oraz otwiera drzwi do sprzedaży majątku narodowego inwestorom zagranicznym”.

W konsekwencji ludzie tracili pracę, a państwo nic w zamian im nie oferowało, poza tandetnymi hasłami typu „wolny rynek to dla przedsiębiorczych ludzi prawie raj”. A skoro ma być raj, to najlepiej jeśli państwa na tym rynku nie będzie w ogóle. Od teraz problemy bezrobocia, wyzysku, warunków pracy i zasad bezpieczeństwa pracy to w zasadzie domena graczy rynkowych, państwo ma się ograniczać do roli gwaranta bezpieczeństwa publicznego, a więc bezpieczeństwa postrzeganego prymitywnie, bo jedynie w postaci bezpieczeństwa fizycznego, ale już nie np. bezpieczeństwa na rynku pracy.

W obliczu procesu prywatyzacji pracodawcą staje się kapitał prywatny, często zagraniczny, nakierowany zazwyczaj na doraźny i szybki zysk, a taki kierunek musi prowadzić do maksymalizacji przychodów i minimalizacji kosztów. Biorąc pod uwagę wejście do polskiej gospodarki ogromnych podmiotów ekonomicznych, pracownik wystawiony przez państwo na ich łaskę musiał gromadzić w sobie ogromne pokłady negatywnych emocji, których upust za pewien czas da o sobie znać. Brak jawności oraz debaty nad wprowadzanymi reformami gospodarczymi stworzył podatny grunt dla rozmaitych teorii spiskowych, które funkcjonują do dzisiaj i są instrumentalnie rozgrywane przez niektóre ugrupowania polityczne. Właściwie nie ma w tym nic dziwnego: teorie spiskowe zawsze stanowią wypadkową braku jawności i transparentności ośrodków decyzyjnych oraz niedostatecznego poziomu wiedzy dotyczącej mechanizmów sprawowania władzy.

Ta postać deficytu demokracji przyniosła ogromne konsekwencje społeczne. Deficyt demokracji, skorelowany z wzrastającymi napięciami społecznymi, przybrał postać tykającego ładunku wybuchowego, z czasem zaczyna rozsadzać III RP. Należy stwierdzić po 30 latach istnienia nowej Polski, że jednym z jej fundamentów był ogromny deficyt demokracji, a każda debata na ten temat była marginalizowana. Najbardziej wymownym faktem świadczącym o tym, że ten margines to jednak większość społeczeństwa i nie można go już dłużej zamiatać pod dywan, był wynik wyborów w 2015.

Opowieść o polskim kapitalizmie Rafał Woś zaczyna od przemian roku 1989, skupiając się na przedstawieniu jego głównych autorów, wcześniej walczących w formule „Solidarności” z reżimem komunistycznym. Dla autora najważniejsze jest ukazanie ówczesnych decydentów politycznych w roli osób stanowiących o kształcie polskiej transformacji gospodarczej. Obraz będący wynikiem tej analizy jest w swej istocie zaprzeczeniem obrazu, który od 1989 r. dominuje w ogólnopolskich mediach (publicznych i prywatnych), co nie oznacza, że głosów takich jak Wosia wcześniej nie było, bo oczywiście były. Problem polega na tym, że największe media, odpowiedzialne za kształtowanie światopoglądu, a właściwie cały establishment zdecydowanie takie głosy zwalczał, sięgając po koronny argument w postaci zarzucania takim głosom populizmu.

Zaskakująco na tym tle wypada narracja i program polityczny „Samoobrony” Andrzeja Leppera, które przypomina Woś. Zaskakująco w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Lepper skutecznie mobilizuje tę część społeczeństwa, która bardzo wiele straciła na przemianach własnościowych. Mobilizuje ją przeciwko Balcerowiczowi, który miał w zwyczaju pozostawianie ofiar przemian samym sobie. Znamienne, że Balcerowicz nie potrafi rozmawiać z drugą stroną przy pomocy argumentów, łatwo zaczyna się złościć, przy okazji robiąc się z tej złości purpurowym. Woś pisze, iż „Krytyk Balcerowicza z definicji musi być ignorantem. A już na pewno spieranie się z nim to strata czasu”.

To właśnie w programie ugrupowania Leppera znalazły się postulaty prowadzenia polityki społecznej przez państwo czy rozumienie suwerenności jako niezależności od ponadnarodowych korporacji. Niestety, popularność Andrzeja Leppera doprowadza do akcji przeprowadzonych niemal równolegle przez „Gazetę Wyborczą” oraz PiS (seks-afera i afera gruntowa), których skutkiem była cywilna śmierć Leppera, od tej pory uważanego przez opinię publiczną za osobę skompromitowaną.

W tym samym czasie establishment polityczny zamyka oczy na ogromne koszty społeczne podejmowanych decyzji, a jednocześnie narracja, którą upowszechnia, jest mniej więcej taka: „wprowadziliśmy wolny rynek, czyli przestrzeń, gdzie człowiek może w najbardziej pełny sposób się realizować, a jeżeli komuś się nie powiodło nawet przy stworzeniu tak przychylnych warunków, to oczywiście jest to przykre, ale nie ma lepszego rozwiązania, nie ma lepszego sposobu na pomoc ludziom, a my nic więcej nie możemy dla nich zrobić, nawet jeśli byśmy chcieli”. Czyli, mówiąc inaczej, ktoś, kto sobie nie poradził w brutalnym kapitalizmie, niech zdycha, bo widocznie jest za słaby i niegodny funkcjonowania w tak wspaniałej rzeczywistości.

Cała ta machina trzymała się bardzo dobrze aż do momentu, gdy kosztów społecznych nie można już było przykryć nieuprawnioną narracją o sukcesie gospodarczym. To, że prędzej czy później niezadowolenie społeczne zostanie w ten czy inny sposób zinstytucjonalizowane, było oczywiste. Niezadowolone społeczeństwo, nieznające wartości demokratycznych, których nie szanowali ojcowie założyciele, dało władzę populistom. A oni zrobili coś, co wcześniej nie miało miejsca – uczciwie trzeba im to oddać i wyciągnąć z tego wnioski. Mianowicie pierwszy raz w historii III RP społeczeństwo zobaczyło, że transfer społeczny i redystrybucja dochodów są możliwe i że nie jest wcale tak, iż Polska jest biednym krajem, którego na to nie stać. Zamiast wyciągnąć z tego lekcję i przestać wielbić wolny rynek, opozycja parlamentarna już ma odpowiedź, a pobrzmiewa ona w dość eufemistycznych sloganach, że wszystko, co robi PiS, jest złe. Swoją drogą to nieco zaskakujące, żeby opozycja nie miała do zaoferowania nic ponadto. A może zaskakujące tylko na pierwszy rzut oka? Może są gorliwymi uczniami swoich okrągłostołowych nauczycieli?

À propos tezy, zgodnie z którą liberałowie legitymizują obecny stan, traktując go jako najlepszy z możliwych, a mianowicie, że Polska jest za biedna np. na podniesienie płacy minimalnej, warto przypomnieć, że w USA 32% pracowników to tzw. pracujący biedni. Natomiast jeśli spojrzeć na poziom PKB, to jest on najwyższy na świecie. Problemem więc nie jest biedne państwo, lecz niesprawiedliwy podział owoców wzrostu gospodarczego. Z identyczną sytuacją mamy do czynienia w Polsce, gdzie ojcowie założyciele o proweniencji liberalnej panicznie lamentowali, że program 500 plus rozsadzi budżet, podczas gdy sami dokonywali nieporównanie większego w swej skali transferu kierowanego do największych podmiotów ekonomicznych, stawiając Polskę na ostatnim miejscu w Europie biorąc pod uwagę wysokość opodatkowania korporacji.

Rafał Woś wobec tego w pełni zasadnie pyta zatem, dlaczego intelektualiści tacy jak Michnik, Mazowiecki, Kuroń, Kaczyńscy, Tusk, Balcerowicz, Geremek, Tischner, a także działacze wywodzący się z klasy robotniczej, jak Frasyniuk czy Wałęsa, z tak zadziwiającą łatwością, bez specjalnie głębszych przemyśleń, oddali polską gospodarkę zagranicznemu kapitałowi, który mógł wybrać najlepsze kąski ze stołu naszej gospodarki, oraz technokratom pokroju Balcerowicza, dla których wprowadzenie książkowego modelu neoliberalnej gospodarki było ważniejsze niż jego korekta, którą uzasadniał ogromny kryzys społeczny, skutkujący pozostawieniem za burtą polskiego życia społeczno-ekonomicznego znacznej części społeczeństwa. Może tutaj należy szukać rodowodu absencji połowy społeczeństwa w życiu demokratycznym państwa? Rafał Woś pisze: „Nie ma odpowiedzi na pytanie, jak ten chrześcijański personalista (czytelnik Maritaina i Mouniera), chadek typu Ludwika Erharda […] mógł stać się patronem radykalnie niesolidarnej transformacji?”; „Dlaczego syn komunistycznego aparatczyka, jeszcze ok. 20 roku życia deklarujący się jako marksista, staje się w czasach transformacji najbardziej gorliwym zwolennikiem skrajnie antyspołecznej terapii szokowej?”.

Autor przywołuje licznych ekspertów ekonomicznych związanych z politykami przełomu roku 1989, co wyklucza tezę o braku orientacji w mechanizmach rządzących gospodarką przez wspomnianych polityków, uważanych przez niemałą część społeczeństwa za tuzy intelektu. Co ważne, ekonomiści ci prezentowali różne paradygmaty ekonomii, a więc nie można im zarzucić braku wiedzy związanej choćby ze skutkami wprowadzanych reform. Jeśli zatem dysponowali niezbędną wiedzą ekonomiczną i wiedzą o konsekwencjach wprowadzenia poszczególnych modeli, na których oparta będzie transformacja ustroju gospodarczego, to dlaczego wybrali kierunek najbardziej dewastujący społeczeństwo? Dlaczego spośród różnych narzędzi wybrali walec, który rozjechał demokrację? Zdrowy rozsądek zapewne wykluczyłby powyższy wybór, a zatem czy kluczową rolę odegrały tutaj emocje? A może interesy? Albo ugruntowana w głowach intelektualistów przez ekonomistów przybyłych z Zachodu wizja amerykańskiego snu? Woś pisze: „W dojrzałym procesie politycznym taka sytuacja w ogóle nie powinna mieć miejsca. Sachs oraz pośrednio Soros skorzystali z tej samej ścieżki, którą w następnych latach będą szli inni lobbyści, mając w pierwszej fazie przemian wręcz nieograniczony dostęp do nieopierzonych solidarnościowych decydentów”.

Pytania, które mało kto odważył się wprost zadać architektom Polski po 1989 r., to właśnie najmocniejsza strona książki Wosia. Pytania oraz próba odpowiedzi, ale próba nie obarczona piętnem znajomości ani interesownością, co powodowałoby jej stronniczość lub nieobiektywność. Odpowiedź musi uwzględniać wszystkie istotne elementy, przy czym na tle powyższej książki można je ująć w postaci kontekstu społecznego, ekonomicznego i politycznego. Odpowiedź osadzona w takim kontekście pod względem merytorycznym nawet nie może zostać porównana z twierdzeniami tzw. głównego nurtu, że „nie było innej drogi”. Taka odpowiedź środowisk liberalnych i prawicowych otwiera i jednocześnie zamyka dyskusję na temat polskiej transformacji gospodarczej.

Ta książka jest dla mnie ważna jeszcze z jednego powodu. Przez pewien czas pracowałem w markecie za stawkę 3 zł za godzinę. Gdy w Stanach Zjednoczonych wybuchł kryzys, polski rząd w poszukiwaniu oszczędności obniżył mi stypendium naukowe, a jednocześnie (co w ramach modelu, który faworyzuje wielki biznes, jest paradoksalnie naturalne) z tak zgromadzonych oszczędności dokapitalizował banki, których kadra zarządzająca miała środki na wypłacanie sobie premii, a która to kadra menedżerska do tego kryzysu doprowadziła. Jak zatem widać, dla twórców III RP oraz ich uczniów w postaci kolejnych premierów i prezydentów, bardzo ważne były wartości. Ale jakie? Egoizm, kult rywalizacji w postaci wyścigu szczurów, rozbicie solidarności społecznej, dewastacja społeczeństwa obywatelskiego czy święte i nienaruszalne prawo własności to fundamenty nowego ładu. Zabrakło natomiast miejsca na zdecydowanie bardziej ludzkie wartości o znaczeniu społecznym, jak wrażliwość czy solidaryzm. To wszystko stanowiło dla mnie asumpt do przyjrzenia się tej sytuacji, szczególnie gdy premier Tusk wychodząc na kolejną konferencję jedyne co miał do powiedzenia w sprawach gospodarczych, to tyle, że właściwie nic nie może zrobić. Czy naprawdę nic? Z kolei przyzwolenie na upowszechnienie umów śmieciowych czy specjalnych stref ekonomicznych, gdzie funkcjonują ponadnarodowe korporacje nie płacące w Polsce podatków i gdzie istnieją zmowy płacowe, przyszło jemu i podobnym z lekkością.

Osobie, która interesuje się zagadnieniami transformacji gospodarczej roku 1989, „Zimna trzydziestoletnia” przynosi wiele nowych informacji, szczególnie nowe spojrzenie na twórców nowego ładu gospodarczego, sposób wprowadzanych zmian oraz skalę skutków wprowadzonego modelu gospodarczego. Obraz tych skutków jest przytłaczający. I nie może być inny, skoro w ramach nowego ładu uprzywilejowuje się tylko jedną grupę, którą stanowi biznes (głównie wielki), a większość społeczeństwa zostaje pozostawiona sama sobie, za burtą liberalnego okrętu. Którego kapitanowie jedyne co mają im do zaproponowania, to skrajnie fałszywe i po ludzku bardzo krzywdzące stwierdzenia, w tym najbardziej powszechne, mówiące, że jeśli ktoś nie radzi sobie na wolnym rynku, to sam jest sobie winny.

Marek Hałubiec

Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Magdalena Okraska

Polish Jazz po latach, czyli dlaczego warto wymagać więcej

Polish Jazz po latach, czyli dlaczego warto wymagać więcej

W 2015 roku doszło do przejęcia katalogu legendarnej wytwórni płytowej Polskie Nagrania przez firmę Warner – jednego z największych światowych wydawców. Ta transakcja wywołała sporo kontrowersji. Jedni uważali, że państwo niepotrzebnie odsprzedało prawo do cennych dóbr kultury, inni wyrażali nadzieję, że duża wytwórnia doprowadzi do wydania reedycji wielu białych kruków sprzed lat. Najwięcej emocji budziła seria płytowa „Polish Jazz”, w której katalogu znajduje się absolutna klasyka polskiej muzyki – płyty Komedy, Namysłowskiego, Stańki czy Urbaniaka. Część z nich była poszukiwana przez kolekcjonerów z całego świata, niektóre osiągały niewyobrażalne ceny na aukcjach internetowych. Nic więc dziwnego, że Warner wkrótce zaczął wydawać reedycje płyt z kultowej serii (udostępnił je także w serwisach streamingowych). Na tym jednak nie koniec. Seria Polish Jazz doczekała się kontynuacji i obecnie ukazują się jej kolejne części. Warto pokusić się o dotychczasowy bilans tej aktywności.

W jednym z weekendowych wydań „Dziennika Gazety Prawnej” ukazał się artykuł Konrada Wojciechowskiego pod tytułem „Scena XXL”, prezentujący polskie zespoły jazzowe występujące w dużych składach. Jednym z bohaterów tekstu był Piotr Damasiewicz – lider grupy Power of the Horns, która pod koniec 2019 r. wydała płytę zatytułowaną „Polska”. Album zdobył duże uznanie krytyki, a wielu komentatorów uznało go za jedną z najlepszych płyt roku. Jak wynika z artykułu w Dzienniku, Damasiewicz prowadził rozmowy także z Warnerem. „Była szansa – pisze Wojciechowski – na wydanie »Polski« w słynnym katalogu »Polish Jazz«, ale rozmowy z dużą wytwórnią nie przyniosły zadowalających rezultatów. Kiedy wydawca usłyszał przyjemną dla ucha solówkę Gerarda Lebika na saksofonie tenorowym w utworze »Billy«, bardzo zapalił się do wydania tego materiału. Ale kiedy posłuchał pozostałych kompozycji, znów okazało się, ze POTH robi muzykę zbyt wysublimowaną”.

Wiadomość ta bardzo mnie zdziwiła. „Polska” wcale nie jest płytą nieprzystępną jak na jazzowe standardy. Owszem, jest gęsta, rozimprowizowana, pełna nieoczywistych dźwięków, ale też niepozbawiona chwytliwych tematów i wciągającej dramaturgii. Poza tym w podstawowym katalogu Polish Jazz znajdziemy sporo znacznie trudniejszych albumów, w tym tak kanoniczne pozycje jak „Astigmatic” Krzysztofa Komedy czy „Twet” Tomasza Stańki. Przede wszystkim jednak dziwi fakt, że katalog Polish Jazz zamknięto przed jedną z najbardziej spójnych i dojrzałych płyt roku, mocno osadzoną w tradycji, a przy tym nowoczesną. Dodajmy do tego, że zespół Damasiewicza to absolutny dream team, z takimi osobowościami jak saksofonista Maciej Obara czy kontrabasista Ksawery Wójciński. Wydawałoby się, że to właśnie dla takich płyt wznowiono serię Polish Jazz. A jednak nie – duży wydawca za podstawowe kryterium uznał najwidoczniej potencjał komercyjny. Ostatecznie płyta ukazała się nakładem niezależnej wytwórni Astigmatic Records.

Kilka miesięcy wcześniej miała miejsce dość kuriozalna sytuacja. Mała, ale ceniona w środowisku obserwatorów nowej muzyki wytwórnia Szara Reneta otrzymała od koncernu Warner pismo z wezwaniem do zaprzestania naruszania praw autorskich. Wezwanie to dotyczyło płyty (a właściwie kasety, bo na takim nośniku ukazuje się większość wydawnictw Szarej Renety) grupy Lounge Ryszards zatytułowanej „Polish Jazz vol. 420”.

Tytułowe nawiązanie do legendarnej marki miało charakter ewidentnie ironiczny, o czym można było się przekonać już patrząc na zdjęcie z okładki lub czytając tytuły utworów, np. „Lidl Zapomnienia w Piekle” czy „Zielony jak Cegła” (pisownia oryginalna). Muzyka prezentowana przez Ryszardów to dość agresywne improwizowane utwory bazujące na hałasie i krzykach – rzecz dość hermetyczna i kierowana raczej do innego odbiorcy niż typowy jazz. Dodajmy do tego, że kaseta ukazała się w nakładzie 50 sztuk (dla zainteresowanych – jest już wyprzedana). Trudno zatem uznać, że Warner faktycznie poniósł z tego tytułu jakieś szkody. Sprawę celnie skomentował na Facebooku dziennikarz muzyczny Bartek Chaciński: „Bardzo szanuję markę Polish Jazz i właśnie dlatego uważam, że powinna raczej szukać nowych wykonawców i utrzymywać z nimi ciepłe relacje niż straszyć sądem”. Trudno się nie zgodzić.

Te dwie sytuacje pokazują, że w relacjach między właścicielami marki Polish Jazz a środowiskiem muzycznym coś zgrzyta. Oczywiście, prywatna firma ma prawo wydawać co chce i prowadzić negocjacje z artystami według swoich kryteriów. Oczywiście może także dbać o prawa autorskie w sposób, który uzna za najwłaściwszy. Oddajmy też sprawiedliwość – pod szyldem Polish Jazz ukazują się naprawdę dobre płyty. Warner wypromował na przykład piekielnie zdolnego młodego saksofonistę Kubę Więcka. Nie zmienia to jednak faktu, że reaktywowana seria nie jest tym, czym mogłaby być, czyli katalogiem najciekawszych płyt jazzowych obrazującym pełne spektrum nurtów.

W ramach kontynuacji serii, czyli od 2016 r., ukazało się jak dotąd osiem płyt. Czy to dużo? Raczej nie. Złośliwie można zauważyć, że to niewiele więcej niż liczba pozycji w designerskiej serii ciuchów opatrzonych logo Polish Jazz (koszulkę z białym nadrukiem można mieć już za niecałe 500 zł). Tymczasem polski jazz jest dzisiaj w znakomitej kondycji. Starsi, jak wspomniany Maciej Obara czy Wojciech Mazolewski, zyskują międzynarodową rozpoznawalność. Młodsi, jak choćby Kamil Piotrowicz, śmiało rozpychają się łokciami. Na rynku ukazuje się mnóstwo jazzowych płyt, z których większość wydają niewielkie wytwórnie, jak For-Tune, Audio Cave, Multikulti, Astigmatic czy Alpaka. Duży jest też rozrzut stylistyczny. Wśród nowości znajdziemy zarówno bezpieczny salonowy jazz dla zachowawczego słuchacza, jak i śmiałe eksperymenty z większym polem dla swobodnej improwizacji. Muzycy potrafią prowadzić zaskakujące dialogi z jazzową tradycją, śmiało przekraczają granice gatunku, coraz chętniej sięgają też po inspirację polską muzyką tradycyjną. Ten żywioł raczej nie znajduje odbicia w katalogu Polish Jazz.

A teraz wyobraźmy sobie rzeczywistość alternatywną. Właścicielem marki Polish Jazz jest któraś z państwowych instytucji kultury. Ktoś wpada na pomysł, aby ferment w młodym polskim jazzie i ciągły popyt na klasykę gatunku wykorzystać do promocji polskiej kultury na świecie. W tym celu powołuje program pod nazwą Polish Jazz, zilustrowany legendarnym logotypem. Powołane zostaje grono eksperckie wyłaniające najlepszych młodych wykonawców, którym państwo zapewnia promocję na wybranych rynkach zagranicznych, organizuje branżowe prezentacje, funduje stypendia. W ramach konkursu wyłaniane są płyty, którym „przyznane” zostają kolejne numery serii Polish Jazz. Tym samym przestaje ona być własnością jednego wydawcy, a staje się katalogiem prezentującym najciekawsze wydawnictwa (także wydane przez małe wytwórnie lub własnym sumptem przez samych artystów), które również mogą liczyć na wsparcie finansowe i pomoc w dystrybucji. Przy okazji pod szyldem Polish Jazz ukazują się archiwalia gigantów jazzu (w archiwach radiowych kryje się jeszcze mnóstwo skarbów). Seria spotyka się z dużym zainteresowaniem. Hasło „następcy Komedy” budzi zainteresowanie w środowisku jazzowym na całym świecie. Oddolny ferment artystyczny zostaje przez mądrą politykę publiczną i z pomocą dobrze rozpoznanych zasobów rozwinięty i wykorzystany do promocji budowania wizerunku Polski.

Piszę tę historię alternatywną nie po to, żeby płakać nad rozlanym mlekiem (w istocie nie wiemy, czy taki program by powstał i czy by wypalił), ale żeby pokazać, iż marka Polish Jazz jest czymś więcej niż tylko znakiem towarowym. Formalnie należy do Warnera, ale trochę jakby do nas wszystkich. Stoi za nią potężny kawał historii muzyki, ale też wspomnień, skojarzeń, obrazów (legendarne okładki) czy choćby barwnych życiorysów. Od dysponenta szyldu, za którym stoi kawał polskiego dziedzictwa, należy oczekiwać więcej. Warner jest korporacją działającą dla zysku, warto jednak wywierać społeczną presję na odważniejszą politykę wydawniczą i budowanie bardziej partnerskich relacji z artystami.

Choć w serii Polish Jazz ukazują się dziś naprawdę dobre płyty, a wśród nich co najmniej jedna (Multitasking Kuby Więcka) na pewno przejdzie do historii gatunku, to trudno oprzeć się wrażeniu, że znak ten służy dziś bardziej do metkowania płyt, które i tak by się pod szyldem Warnera ukazały niż do tworzenia nowej jakości. A przecież marka Polish Jazz mogłaby być przewodnikiem po współczesnym polskim jazzie, Warner mógłby wychwytywać zdolnych debiutantów, inicjować międzypokoleniowe spotkania, rejestrować najciekawsze koncerty. Może problem w tym, że nikt takich oczekiwań dostatecznie głośno nie formułuje. Może to najwyższy czas zacząć to robić.

Maciej Łata

Warto przeczytać także tekst o sprzedaży polskiego dziedzictwa fonograficznego firmie Warner: Polskie nabrania.

Kamieni kupa. O utracie wartości kulturowych na Łyścu

Kamieni kupa. O utracie wartości kulturowych na Łyścu

Ministerstwo Środowiska planuje zmniejszenie Świętokrzyskiego Parku Narodowego. Argumentem przemawiającym za taką decyzją ma być rzekoma utrata wartości przyrodniczych na około 5 hektarach terenu parku. Te 5 ha to trzy działki, na których zlokalizowany jest między innymi klasztor Zgromadzenia Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej. Trwa spór między przyrodnikami a ministerstwem środowiska i dyrekcją Świętokrzyskiego Parku Narodowego o to, czy teren faktycznie utracił walory przyrodnicze, a jeśli tak, to w jakim stopniu i z jakiego powodu. Całkowicie w cieniu tego sporu pozostaje stan wyjątkowych zabytków kultury na Łyścu, które ulegają powolnemu, ale stopniowemu pogorszeniu. Świętokrzyski Wojewódzki Konserwator Zabytków nie umie stwierdzić, czy wydał zgodę na zniszczenie zabytków na Łyścu w Świętokrzyskim Parku Narodowym.

Na Łyścu, jeszcze nadal w granicach Świętokrzyskiego Parku Narodowego, znajduje się skała, której wiek ocenia się na 490-500 mln lat. Geolodzy mówią, że jest to „kręgosłup” najstarszych gór w Europie – Gór Świętokrzyskich. Klasztor benedyktyński na Łyścu pochodzi z lat 1102–1138, a pozostałości prasłowiańskiego wału kultowego datuje się na IX-X wiek. Wiele jednak wskazuje, że ośrodek kultu istniał tu znacznie wcześniej.

Na terenie Świętokrzyskiego Parku Narodowego oblaci czują się od lat jak u siebie. Właściwie zaciera się obecnie granica pomiędzy tym, kto tu jest właścicielem, a kto nie, i jak wygląda podział kompetencji i odpowiedzialności za zachowanie w dobrym stanie najwyższych wartości przyrodniczych i kulturowych. W ostatnich kilkunastu latach na terenie Łyśca doszło do istotnych zmian w zagospodarowaniu terenu objętego rozmaitymi formami ochrony przyrody i ochrony konserwatorskiej.

Stowarzyszenie MOST wystąpiło z pismem do Świętokrzyskiego Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków z pytaniami o to, czy zostały wydane wymagane prawem zgody na niektóre z inwestycji zrealizowanych w ostatnich latach. Pytania dotyczyły budowy sztucznego nasypu i ołtarza, zespołu drewnianych krzyży oznaczonych jako „miejsce pamięci nienarodzonych 1956–2006”, nasadzenia dębu Jana Pawła II, hałdy gruzu, kamiennej rampy, schodów i drogi wiodącej do klasztoru.

Konserwator Zabytków odpowiedział na pytania w piśmie FOK.O.1331.20.2019 z dnia 10.12.2019.

W odpowiedzi czytamy, że tylko na pierwszą z inwestycji konserwator odnalazł zgodę na jej realizację.

W odniesieniu do pozostałych inwestycji konserwator napisał:

„Tutejszy Urząd nie posiada wiedzy w jakim czasie doszło do realizacji wskazanych […] działań, jak również na podstawie przeanalizowanych danych nie jest w stanie z całą pewnością stwierdzić, że takie pozwolenia nie istniały”. Podpisano: Świętokrzyski Wojewódzki Konserwator Zabytków mgr inż. Anna Żak-Stobiecka.

W ciągu 7 minut ustaliłem terminy i wykonawców dla dwóch wymienionych działań na Łyścu. Dla żadnego z nich konserwator zabytków nie potrafił ustalić terminu, wykonawcy ani tego, czy wydał na nie zgodę.

Ciekawe, że Konserwator Zabytków w swoim piśmie FOK.O.1331.17.2019 z dn. 25.10.2019 poinformował mnie, że wydał oblatom zgodę na realizację zadania na Łyścu pod nazwą „Siedziska z zadaszeniem w klasztorze na Świętym Krzyżu”. Inwestycja miała być zrealizowana pod nadzorem archeologicznym. W kolejnym piśmie FOK.O.1331.20.2019 Konserwator poinformował mnie, że prowadzi postępowanie wyjaśniające „w oparciu o nieprawidłowości w utrzymaniu obszaru wpisanego do rejestru zabytków ujawnione podczas oględzin w dniu 7.11.2019”. Ostateczna odpowiedź Konserwatora miała być związana z ustosunkowaniem się oblatów do „zidentyfikowanych nieprawidłowości”.

Jak widać, czynności wyjaśniające nie powiodły się.

Zabytki kultury

Zgodnie z ustawą o ochronie przyrody, aby zmniejszyć obszar parku narodowego, należy wykazać, że obszar ten utracił swoje przyrodnicze i kulturowe walory. Kluczowy jest tu spójnik „i”. Jeżeli na danym terenie występują zarówno przyrodnicze, jak i kulturowe wartości, to aby zmniejszyć park narodowy, należy wykazać utratę obu rodzajów tych walorów. Nie tylko przyrodniczych. Nie tylko kulturowych. Przyrodniczych i kulturowych. Projekt rozporządzenia ministra środowiska w sprawie zmniejszenia obszaru Świętokrzyskiego Parku Narodowego zupełnie pomija stan wartości kulturowych na Łyścu.

Tymczasem klasztor na Łyścu jest wpisany do rejestru zabytków. Również sam masyw Łysej Góry (Łyśca) został objęty szczególną formą ochrony poprzez wpis do rejestru zabytków jako Rezerwat Archeologiczny „Łysa Góra”. Chroni on sanktuarium pogańskie na terenie szczytu i w strefie podszczytowej 300-metrową strefą ochronną. 19 listopada 2015 roku wpisano do rejestru zabytków całe otoczenie Rezerwatu Archeologicznego „Łysa Góra”, obejmując ochroną w zasadzie cały masyw Łyśca. Ten sam obszar został uznany rozporządzeniem Prezydenta RP z dnia 15 marca 2017 za Pomnik Historii.

Te uwarunkowania prawne nakładają wymóg specjalnego traktowania obiektów na Łyścu i bardzo przemyślanych ingerencji architektonicznych i prawnych.

Pierwszy kościół romański został tu ufundowany w latach 1102-1138 przez Bolesława Krzywoustego. Nazwa „Święty Krzyż” pojawiła się po tym, jak Władysław Łokietek ofiarował kościołowi relikwie drzewa świętego krzyża w 1306 roku. W okresie jagiellońskim było to najważniejsze sanktuarium w Królestwie Polskim.

W 1819 roku na mocy bulli papieża Piusa VII klasztor skasowano. Ziemie wraz z budynkami sprzedano, aby sfinansować inne przedsięwzięcia kościelne. Kasata zakonu Benedyktynów na Świętym Krzyżu i sprzedaż dóbr klasztornych na Świętym Krzyżu na rzecz Królestwa Polskiego w XIX wieku zostały zatwierdzone decyzjami Stolicy Apostolskiej. Obecnie stanowią one zatem, przejętą za obopólną zgodą, własność Państwa Polskiego. Za wyjątkiem części, którą oblaci przejęli w posiadanie decyzją sądu o zasiedzeniu.

Krótko znajdował się tu zakład dla tzw. księży zdrożnych. Od 1886 roku było tu najcięższe carskie więzienie na ziemiach polskich, zwane Polskim Sachalinem.

W okresie międzywojennym także znajdowało się tu ciężkie więzienie. Od 1936 roku zakon prowadzili tu Oblaci. Niemcy w czasie II wojny światowej prowadzili tu obóz dla jeńców. Od 1950 roku obiekt znajduje się w zarządzie dyrekcji Świętokrzyskiego Parku Narodowego. Aż do dziś. Od lat 90. oblaci zaczęli intensywnie zabiegać o uzyskanie ziem i części budynków klasztoru na Świętym Krzyżu (Łyścu) będących w zarządzie ŚPN. W 2002 r. Komisja Majątkowa, w której skład wchodzili przedstawiciele MSWiA oraz Kościoła, uznała, że zakon nie ma podstaw, by żądać zwrotu budynków. Obietnice przywrócenia Kościołowi klasztoru składali minister środowiska Jan Szyszko i poseł Przemysław Gosiewski.

Zbytki popkultury

Historia starań przejęcia przez oblatów klasztoru na własność od państwa polskiego sięga lat 30. XX wieku. Informują o tym tablice umieszczone w klasztorze. Starania te były nieskuteczne.

Od lat 90. znacznie przybrały na sile starania oblatów, aby przejąć klasztor. Od tego czasu zakonnicy forsują wersję, jakoby chcieli „odzyskać utracone, należne mienie”. Trzeba tu pamiętać, że oblaci nigdy nie byli właścicielami całego klasztoru i przyległych działek.

Obecność muzeum Świętokrzyskiego Parku Narodowego w zabudowaniach klasztornych skutecznie uniemożliwiała przejęcie klasztoru przez zakonników. Mimo to nie ustali oni w swoich zamierzeniach.

Ingerencja w pierwotny ład architektoniczny na Łyścu rozpoczęła się od tzw. odtworzenia drogi krzyżowej. Pierwotnie istniały tu zabytkowe kapliczki. Nowe „instalacje” w niczym do nich nie nawiązują i mają raczej charakter odpustowej cepeliady. Pozwolenie na ich powstanie zostało wydane czasowo. To, co zostało zrealizowane, znacznie różni się od projektów zamieszczonych na witrynie internetowej OO. Oblatów. Inwestorem przedsięwzięcia nie byli oblaci, a gmina Nowa Słupia. Ówczesny dyrektor Świętokrzyskiego Parku Narodowego nie zgodził się, aby kapliczki stanęły na terenie znajdującym się w zarządzie parku.

W roku 2002 oblaci doszli do porozumienia ze Świętokrzyskim Parkiem Narodowym. Na jego mocy otrzymali w użytkowanie pomieszczenia znajdujące się pod budynkami klasztornymi. W podziemiach klasztoru przebito sztuczne przejście łączące zabytkowe podziemia. Przy okazji odnaleziono tu ślady osadnictwa sprzed okresu powstania klasztoru. W ten sposób zniszczono też zimowisko nietoperzy. Zadanie przeprowadzono pod nadzorem archeologicznym, ale bez nadzoru przyrodniczego. Wszystko po to, aby stworzyć zaplecze gastronomiczne dla pielgrzymów. Działanie to rozbudziło fantazje zakonników o wielkim centrum turystycznym. Postanowili, że w podziemiach powstanie rozbudowane zaplecze kuchenne. W tym celu planowano wykuć wielką komnatę w litej skale. Nowa kuchnia oblatów miała znajdować się pod… Kaplicą Oleśnickich. Okazało się jednak, że taka inwestycja groziłaby zawaleniem się budynków nad kuchnią. Dopiero ta perspektywa odwiodła zakonników od planu. Ogromne koszty inwestycji nie stanowiły problemu.

Punktem kulminacyjnym był rok 2006, kiedy oblaci zorganizowali huczne obchody fikcyjnego wydarzenia. Na podstawie mitu, a nie faktu historycznego mówiącego, że w 1006 roku klasztor ufundowała Dąbrówka, żona Mieszka I, zakonnicy zaplanowali obchody tysiąclecia życia monastycznego na Łyścu, nazwane „Świętokrzyskim Millenium”. Z tej okazji na obszarze parku narodowego, na terenie porośniętym przez chronione siedliska, wybudowano sztuczną skarpę i ołtarz. Ołtarz rozebrano, ale skarpa w funkcji sceny istnieje nadal. Wtedy też posadzono tzw. Dąb Jana Pawła II i postawiono krzyże upamiętniające nienarodzone dzieci, a wokół nich nasadzono rozmaite gatunki roślin ozdobnych w niczym nienawiązujących do naturalnych w parku gatunków i zbiorowisk.

Te i inne działania w tym okresie miały na celu uczynienie z Łyśca centrum pielgrzymkowego. Jak się okazuje, nie sposób dziś dociec, które z działań zakonników były legalne i zostały zrealizowane za zgodą konserwatora zabytków, a które przeprowadzono bez zgód i konsultacji, stawiając konserwatora wobec faktów dokonanych.

W 2017 roku oblaci wymyślili budowę… nowego skrzydła klasztoru. Miał to być budynek trzykondygnacyjny. Zaplanowano także dwa poziomy podpiwniczenia. Miała także powstać sala „konferencyjna”. Oblaci chcieli rozbudować obiekt, ponieważ ich zdaniem jest on zbyt mały na ich potrzeby. Zbyt mała przestrzeń dla zakonników miała być skutkiem… zbyt grubych murów. Wojewódzka Rada Ochrony Zabytków oraz Narodowy Instytut Dziedzictwa odrzuciły tę koncepcję „przebudowy”.

Jedynie w czasach PRL na Łyścu dokonano poważniejszych niż wymienione zniszczeń przyrody i krajobrazu Świętokrzyskiego Parku Narodowego. Zbudowano tu wieżę radiowo-telewizyjną dominującą nad całością szczytu oraz przeszklony budynek zwany „akwarium”, który był barem dla turystów. Ten obiekt rozebrano.

Wszystko wskazuje na to, że urzędnicy odpowiedzialni za zabytki i przyrodę w Świętokrzyskim Parku Narodowym nie są w stanie chronić ani jednych, ani drugich wartości. Dyrektor ŚPN uważa, że teren nie ma wartości przyrodniczych, bo zaszły tu procesy urbanizacyjne. Konserwator zabytków nie potrafi odpowiedzieć na pytanie, na co wydawał zgodę, a na co nie. Minister środowiska twierdzi, że obszar od setek lat tracił swoje wartości.

Działania oblatów w ostatnich kilkunastu latach jednoznacznie pokazują, że chcą oni uczynić z Łyśca, jego zabytków i przyrody prywatną własność. Chcą tu rozwijać wielkie centrum turystyczno-pielgrzymkowe przewyższające skalą wszystko, co w Polsce podobne. Zdumiewa ta chęć zawłaszczenia i podporządkowania sobie wszystkiego wokół. Zdumiewa brak pohamowania żądzy posiadania, zarabiania pieniędzy, uzyskiwania wpływów politycznych i swoboda w łamaniu prawa.

Można by pewnie pomyśleć, że to splot niefortunnych zdarzeń, chaos wynikający z wielu zadań, brak danych itp. Wszystko jednak układa się w smutną całość. Organy państwa polskiego wycofują się i używają swoich kompetencji po to, aby usankcjonować postępującą degradację świata przyrody i kultury na Łyścu.

Te oba światy (kultury i natury) dobrze funkcjonowały na Łyścu od paru tysięcy lat. Dylemat Kultura czy Natura rozwiązał się tu poprzez rozstrzygnięcie: Kultura i Natura. Jedna z drugą na Łyścu przeplatały się spontanicznie, tworząc wyjątkową, unikalną konstrukcję struktury, funkcji i wartości. Polem wspólnym dla obu tych bytów były zawsze mistycyzm, duchowość i kontemplacja: zarówno Ducha, jak i Natury, przy czym w końcu trudno było jedno od drugiego oddzielić (bo też może i nie da się ich oddzielić). Jedno przez drugie było wspierane i wzajemnie się chroniło, czego rezultatem jest unikalny kompozyt przyrodniczo-kulturowy, materialno-duchowy, ludzko-zwierzęcy i roślinny. Monumentalna architektura pradziejów i pierwotnej przyrody zainspirowała ludzi (zagubionych pomiędzy obu bytami) do stworzenia architektury własnej duchowości.

Obecnie na Łyścu jesteśmy w sytuacji, w której państwo abdykowało ze swojej roli obrońcy najwyższych i unikalnych wartości. To także sytuacja, w której w ordynarny sposób zakonnicy chcą rozerwać pierwotny splot świata duchowego z jego biologicznymi podstawami.

Wniosek jest też taki, że oblaci mogą dowolnie niszczyć zabytki na Łyścu. Konsekwencją tego będzie to samo, co w przypadku zniszczeń w świecie przyrody. Strach urzędników państwowych przed instytucją kościelną powinien trwożyć obywateli i samych urzędników.

Łukasz Misiuna

Zdjęcie w nagłówku tekstu: Stragan z chińszczyzną w sercu Gór Świętokrzyskich w Świętokrzyskim Parku Narodowym na Łyścu, fot. Łukasz Misiuna.

 

Przeczytaj poprzednie teksty autora na ten temat:

Oblaci w lesie. Rząd zmniejszy Świętokrzyski Park Narodowy na rzecz Kościoła?

Park utraconych wartości (o kulisach planów zmniejszenia Świętokrzyskiego Parku Narodowego)

F-35 w Polsce – jak zrobić to dobrze?

Ekspertyza zespołu powołanego przez Polskie Lobby Przemysłowe, zawierająca propozycje do umowy offsetowej w związku z pozyskaniem samolotu wielozadaniowego F-35

Nasze prace podejmujemy zatroskani trudną sytuacją polskiego przemysłu obronnego. Zakup zagranicą samolotu F-35, systemów Wisła, Himars, rakiet do systemu Narew oraz realizacja programów Kruk i Orka wiązać się będzie z przekazaniem znacznych kwot zagranicznym producentom i dlatego powinny być skompensowane znacznym offsetem [1], a zwłaszcza transferem najnowszych technologii do naszego przemysłu i jego zaplecza badawczo-rozwojowego w celu wzmocnienia i modernizacji polskiego potencjału obronnego.

1. Przeprowadzona przez ekspertów uczestniczących w pracach nad niniejszą ekspertyzą analiza nowego PMT – Planu Modernizacji Technicznej na lata 2021-2035 z uwzględnieniem 2020 r., wykazała, że duża część spośród 16 programów modernizacji Sił Zbrojnych RP, zwłaszcza programów: Harpia (zakup samolotów F-35), Kruk (zakup śmigłowców uderzeniowych), Wisła (zakup systemu obrony powietrznej średniego zasięgu), Orka (zakup okrętów podwodnych) i Himars (zakup artylerii rakietowej dalekiego zasięgu) oraz prawdopodobny zakup eskadry samolotów F-16 – jak wszystko na to wskazuje – realizowana będzie z małym lub jedynie symbolicznym udziałem polskiego przemysłu. Jednocześnie duże środki budżetowe (przewidywana wartość PMT to około 524 mld PLN) na ich realizację zostaną przekazane producentom zagranicznym, głównie amerykańskim, kosztem zamówień w polskim przemyśle obronnym i jego zapleczu badawczo-rozwojowym. Dlatego tak ważne będzie przy realizacji tych programów wynegocjowanie satysfakcjonującej, maksymalnie korzystnej dla naszego przemysłu obronnego oferty offsetowej, kompensującej te wielkie wydatki, a zwłaszcza umożliwiającej pozyskanie najnowszych technologii wojskowych, w tym podwójnego zastosowania (dual-use technologies). Byłby to istotny impuls w modernizacji naszej gospodarki, zapewnienie jej zdolności mobilizacyjnych i realizacji Strategii Odpowiedzialnego Rozwoju, zwłaszcza, że w najbliższym czasie rozwój polskiej gospodarki ma opierać się przede wszystkim na innowacyjności.

2. Zadaniem rządu powinno być nie tylko kupowanie uzbrojenia, ale również właściwe dbanie o rozwój rodzimego przemysłu obronnego i jego zaplecza badawczo-rozwojowego, w tym również nadzorowanych przez Ministerstwo Obrony Narodowej spółek Skarbu Państwa wchodzących w skład naszego narodowego koncernu – Polskiej Grupy Zbrojeniowej S.A. Sprawia to, że należy dołożyć wszelkich starań, aby w przyjętych programach PMT w przypadku zakupu uzbrojenia zagranicą w jak największym stopniu zaangażowane były polskie firmy zbrojeniowe. Szczególnie dotyczy to programu Harpia, ponieważ biorąc pod uwagę zakup samolotów F-35, ich uzbrojenia, niezbędnej infrastruktury towarzyszącej i pakietu szkoleniowego, związane z tym wydatki będą niezwykle wysokie. Do tego dojdą znaczne wydatki na realizację pozostałych ww. programów. W przypadku braku związanego z nimi offsetu lub niewielkiej jego skali, doświadczymy znacznego pogorszenia stanu sektora przemysłu obronnego w Polsce, który jest nieodłączną częścią systemu bezpieczeństwa państwa, co doprowadzić może w konsekwencji do upadłości wielu ważnych dla obronności państwa przedsiębiorstw i ośrodków badawczo-rozwojowych. Poza tym doprowadziłoby to do bezpowrotnego utracenia pracującej w nich wysokokwalifikowanej kadry inżynierów, techników i doświadczonych pracowników. Stanowią oni największy kapitał naszego sektora obronnego. Tym bardziej, że planowanie znacznego zwiększenia wydatków na modernizację armii dopiero w pięcioletniej perspektywie jest silnie obciążone ryzykiem niepełnego wykonania ze względu na możliwość spowolnienia gospodarczego lub nawet zaistnienia kryzysu. Niektórzy ekonomiści, w tym zagraniczni, uważają nawet, że nie można wykluczyć wybuchu światowego kryzysu gospodarczego podobnego, a nawet głębszego od tego, jaki miał miejsce w 2008 roku, ponieważ nie zostały zlikwidowane jego strukturalne przyczyny [2]. Poza tym z historii gospodarczej wynika, iż w okresie głębokiej recesji produkcja zbrojeniowa realizowana w kraju może spełniać funkcję efektu mnożnikowego, ułatwiającego jej przezwyciężenie.

3. Uważamy, że współpraca przemysłowa przy zakupie F-35 nie powinna się ograniczać jedynie do pozyskania tego samolotu; polski przemysł zbrojeniowy i jego zaplecze badawczo-rozwojowe w ramach kompensacji za wydane sumy na zakup F-35 powinny stać się częścią łańcucha dostaw dla głównego producenta tego samolotu, firmy Lockheed Martin, i ewentualnie jego kooperantów (przede wszystkim Pratt&Whitney, ewentualnie BAE System). W negocjacjach offsetowych z Lockheed Martin strona polska powinna postulować:

– zwiększenie oferty offsetowej przy zakupie kolejnych baterii systemu „Patriot” w ramach programu Wisła (w naszej ocenie offset związany z pozyskaniem dwóch pierwszych baterii był niezmiernie skromny, znacznie poniżej oczekiwań strony polskiej); chodzi tu także o technologie mogące mieć zastosowanie w realizacji systemu obrony przeciwlotniczej krótkiego zasięgu (program Narew),

– przekazanie Wojskowym Zakładom Lotniczym nr 4 technologii i kompetencji niezbędnych do serwisu i naprawy silników samolotów F-16 i F-35,

– przekazanie dla WSK „PZL-Kalisz” S.A. technologii i kompetencji do produkcji określonych zespołów i podzespołów silników dla samolotów F-35 i F-35,

– przekazanie polskiemu przemysłowi stoczniowemu elementów systemów i technologii służących uzbrojeniu i wyposażeniu budowanych w naszym kraju okrętów wojennych w ramach programu Miecznik.

4. W kontekście współpracy polskiego przemysłu zbrojeniowego i lotniczego z dostawcą amerykańskich bojowych samolotów najnowszej generacji, należy sięgnąć po narzędzia oraz procedury kooperacyjne, które zostały wypracowane i z powodzeniem zastosowane w ostatnich latach przez rządy Danii oraz Norwegii w toku pozyskiwania samolotów F-35. Szczególnie doświadczenia norweskie związane z udziałem przemysłu obronnego tego kraju w globalnej sieci dostaw dla koncernu Lockheed Martin są w naszym przekonaniu warte wykorzystania w ramach polskiego programu pozyskania samolotów bojowych najnowszej generacji. Rząd Królestwa Norwegii uzależnił wybór danego typu samolotu bojowego od charakteru i skali zaangażowania przez jego producenta w norweski przemysł obronny. W rezultacie takiego konsekwentnego podejścia władz norweskich, zakłady Kongsberg są aktualnie niemal wyłącznym dostawcą podzespołów i komponentów o kluczowym znaczeniu dla produkcji F-35 (np. pylonów dla pocisków rakietowych). Co więcej, lotniczy pocisk uderzeniowy JSM tego producenta został opracowany specjalnie dla F-35, a sam samolot dostosowany do przenoszenia tych pocisków w wewnętrznych komorach uzbrojenia.

5. W przypadku zakupu maszyn F-35 pamiętać trzeba, że jako maszyny V generacji nie są to już samoloty w klasycznym rozumieniu, ale efektory niezwykle złożonego kompleksu rozpoznawczo-uderzeniowego, które operować mogą jedynie w przestrzeni informacyjnej wygenerowanej przez ten system. Kwestią absolutnie fundamentalną jest więc takie negocjowanie warunków dostawy, by zapewnić możliwość autonomicznego, wynikającego z decyzji narodowych, ich użycia. Zatem elementem kluczowym jest zbudowanie narodowego modułu zabezpieczenia ich działań (na przykład biblioteki celów), co również musi być elementem transakcji kompensacyjnych. Byłaby to unikalna szansa rozwoju segmentu zaawansowanych technologii (high tech), a także skokowego zwiększenia zdolności w zakresie C5ISR.

6. W związku z wstrzymaniem dostaw samolotów F-35 dla Turcji po nabyciu przez nią rosyjskich zestawów przeciwlotniczych S-400, należy poczynić starania, aby jej miejsce w łańcuchu dostawców komponentów samolotu F-35 zajęła Polska jako bliski sojusznik USA na wschodniej flance NATO. Byłoby to rozwiązanie bardzo korzystne dla polskiego przemysłu obronnego i lotniczego. Stworzyłoby szansę pozyskania nowoczesnych technologii od strony amerykańskiej.

7. Przy negocjowaniu oferty offsetowej trzeba przede wszystkim dążyć do zapewnienia transferu technologii do Polski co najmniej w takim stopniu, jaki jest niezbędny do samodzielnej eksploatacji samolotów F-16 i w możliwym stopniu wielozadaniowych samolotów najnowszej generacji, jakimi są F-35. Jest to szczególnie pożądane w sytuacjach kryzysowych lub w razie konfliktu zbrojnego. Wymaga to podzielenia się przez producenta określonymi kompetencjami w zakresie eksploatacji i ewentualnie napraw nabytego samolotu. Oznacza to, po pierwsze, potrzebę wynegocjowania odpowiedniego pakietu szkoleniowego obejmującego także jego personel techniczny, a po drugie – udostępnienie i długoterminowe zapewnienie na miejscu w Polsce najważniejszych części zamiennych do tego samolotu, autoryzowanych przez amerykańskich producentów F-35 i włączenie polskich przedsiębiorstw do ich produkcji oraz, jak wyżej stwierdzono, zapewnienie im – w dłuższej perspektywie – kompetencji i technologii do serwisowania i napraw technicznych pozyskanego samolotu. Nie powinna się powtórzyć sytuacja, z jaką ostatnio mamy do czynienia, kiedy to duża liczba posiadanych przez Polskę samolotów F-16 jest niezdolna do lotów i czeka na bardzo drogie części zamienne zza oceanu lub naprawy, które mogą być wykonane wyłącznie w Stanach Zjednoczonych, w zakładach, które w pierwszej kolejności remontują liczne samoloty sił powietrznych USA.

8. F-35 to coś więcej niż samolot, to system walki, z jakim Polska nigdy dotychczas nie miała do czynienia. Aby wyzyskać pełne możliwości F-35 musi być dla niego stworzone od podstaw środowisko techniczno-operacyjno-szkoleniowe nowego typu. Pożądanym rozwiązaniem, które rekomendujemy, jest w pierwszym etapie zwiększenie kompetencji Centrum Serwisowania Samolotów F-16 w WZL Nr 2 S.A. w Bydgoszczy, a w następnym etapie zbudowanie autoryzowanego przez koncern Lockheed Martin – w oparciu o potencjał Wojskowych Zakładów Lotniczych nr 2 i nr 4 oraz Instytutu Technicznego Wojsk Lotniczych – Polskiego Centrum Obsługowo-Serwisowego dla będących na wyposażeniu naszych Sił Powietrznych wielozadaniowych samolotów F-16 oraz transportowych C-130, a w przyszłości także dla F-35. Przy czym zdolności takiego Centrum powinny dotyczyć całego obsługiwanego i serwisowanego samolotu i pełnego okresu jego eksploatacji. Ponadto w związku z przewidywanym zakupem samolotów F-16 przez Słowację i Bułgarię zdolności serwisowania tych samolotów proponujemy umieścić w Polsce. W tych krajach bowiem zakupy są zbyt małe, by tam budować takie zdolności.

9. Natomiast jeśli chodzi o pakiet szkoleniowy, to powinien on obejmować zarówno personel latający, jak i personel techniczny. Powinien on gwarantować stronie polskiej przeszkolenie pilotów samolotów F-35 do poziomu gotowości bojowej NATO. Określona część z nich w ramach pakietu szkoleniowego powinna być wyszkolona jako instruktorzy F-35. Dużym zagrożeniem tego projektu jest brak możliwości pozyskiwania kandydatów na pilotów samolotów wielomanewrowych dla Sił Zbrojnych RP. Wiąże to się z bardzo wysokimi wymaganiami zdrowotnymi oraz właściwościami psychofizycznymi, jakie muszą spełniać kandydaci na pilotów. Trudno bowiem pozyskać w dzisiejszym młodym pokoleniu osoby spełniające te rygorystyczne warunki. Stąd przy przeszkoleniu na samoloty F-35 w pierwszej kolejności powinni być zakwalifikowani piloci w pełni wyszkoleni, z dużym doświadczeniem z samolotów F-16. I tu pojawia się następny problem z uzupełnieniem kadr do eskadr F-16.

Podobny problem dotyczy wysoko wykwalifikowanego personelu technicznego, który po specjalistycznym przeszkoleniu w USA i kilkuletniej służbie w Siłach Powietrznych RP odchodzi do dynamicznie rozwijającego się lotnictwa cywilnego w Polsce i za granicą. Dotyczy to również pilotów. Na dzisiejszym konkurencyjnym rynku pracy Siły Powietrzne RP nie są atrakcyjnym pracodawcą dla bardzo wysoko wykwalifikowanych specjalistów o wąskiej specjalności (piloci i inżynierowie specjalności lotniczej). Wymaga to zmiany funkcjonujących w nich systemów motywacyjnych.

10. Ważna jest także kwestia przygotowania polskiego przemysłu do absorpcji wynegocjowanego offsetu, a także zapewnienia dyfuzji do cywilnej gospodarki pozyskanych technologii podwójnego zastosowania. Chodzi o to, jakie należy poczynić inwestycje i jak przygotować kadrę menedżersko-techniczną oraz pracowników naszych przedsiębiorstw by ewentualny offset skonsumować, w tym wdrożyć pozyskane w jego ramach technologie. Polskie firmy zbrojeniowe rozumieją potrzebę wysiłku po swojej stronie i wiedzą, z jakimi wyzwaniami transformacyjnymi przyjdzie im się mierzyć. Pożądana jest tu współpraca Biura Offsetowego MON z Polską Grupą Zbrojeniową S.A. i wyłonioną w tym celu reprezentacją prywatnych polskich firm realizujących zamówienia w zakresie obronności i uczelni technicznych oraz instytutów współpracujących z Siłami Zbrojnymi, co wymaga opracowania stosownych procedur i organizowania regularnych spotkań. Tylko wtedy możliwa będzie pełna absorpcja technologii i zdolności pozyskanych w ramach offsetu związanego z zakupem samolotu F-35.

11. Ministerstwo Obrony Narodowej dążyć powinno do intensyfikacji współpracy z pozostałymi państwami NATO realizującymi równocześnie program pozyskania samolotów F-35. Mowa tutaj przede wszystkim o następujących sojusznikach: Belgii, Danii, Holandii, Norwegii i Wielkiej Brytanii. Należy bowiem pamiętać, że taka współpraca zainicjowana już na etapie pozyskiwania samolotów, sprzyjać będzie w przyszłości pogłębianiu interoperacyjności i kompatybilności sił powietrznych państw NATO użytkujących F-35. Jednocześnie współpraca Polski z tymi państwami w trakcie procesu wprowadzania do służby zakupionych samolotów oraz osiągania przez nie odpowiedniego stanu gotowości operacyjnej stwarzać będzie dogodne warunki dla wymiany doświadczeń i pozyskiwania wiedzy od sojuszników.

12. Równoczesne pozyskiwanie samolotów F-35 przez znaczną część państw NATO stwarza polskiemu sektorowi produkcji obronnej i lotniczej optymalne warunki dla włączenia się we współpracę rozwojową i produkcyjną z partnerskimi zakładami w takich państwach, jak Belgia, Holandia czy Norwegia. Polskie przedsiębiorstwa mogą dzięki takiej współpracy stać się trwałym, ważnym elementem europejskiego konglomeratu firm pracujących na rzecz budowy, obsługi i modernizacji samolotów F-35.

13. Naszym zdaniem Polska w zakresie rozwoju przemysłu obronnego powinna wzorować się na Korei Południowej, Turcji i Izraelu. Niegdyś wszystkie te państwa miały bardzo niewielkie i zacofane przemysły zbrojeniowe, jednak konsekwentna polityka kolejnych rządów zmierzająca do jak najszerszego transferu nowoczesnych technologii militarnych z zagranicy do przedsiębiorstw własnego sektora obronnego zaowocowała po kilku dekadach realnymi sukcesami. Dziś oferują one szeroki asortyment nowoczesnego uzbrojenia i sprzętu wojskowego zarówno dla rodzimych sił zbrojnych, jak i na eksport. Ich dokonania w tej materii są godne podziwu. Czynnikiem sine qua non, który umożliwił skokowy postęp technologiczny przemysłów zbrojeniowych tych państw była ponadpartyjna wola i determinacja polityków tych krajów oraz świadomość, jak ważne dla bezpieczeństwa państwa w długim okresie czasu oraz dla nowoczesności gospodarki jest posiadanie prężnego, rozbudowanego i zaawansowanego technicznie krajowego przemysłu zbrojeniowego. Tej woli, determinacji i świadomości nie brakowało także politykom rządzącym w Polsce w okresie międzywojennym. W II RP kolejne rządy kładły niewątpliwie wielki nacisk na wszechstronny, kompleksowy rozwój tego sektora gospodarki i na pozyskiwanie najnowocześniejszych podówczas technologii od sojuszników z Zachodu, czego najlepszym przykładem był rozwój Centralnego Okręgu Przemysłowego, zainicjowany przez Eugeniusza Kwiatkowskiego.

Mając powyższe na uwadze apelujemy do polskich władz oraz do polityków opozycji o stanowcze, zdecydowane i konsekwentne – ponad podziałami politycznymi – wspieranie rozwoju polskiego przemysłu zbrojeniowego oraz o położenie znacznie większego nacisku niż dotychczas na konieczność transferu nowoczesnych technologii do polskiego sektora obronnego czy to w ramach transakcji offsetowych, czy to na innej drodze. Jeżeli zaniedbamy i zlekceważymy tę kwestię, to przyszłe pokolenia mogą nam tego nie wybaczyć.

Podsumowanie:

Realizacja Programu Modernizacji Technicznej na lata 2021-2035 przewiduje wydatki w wysokości około 524 mld PLN. Środki te powinny zostać wykorzystane:

a) w polskich zakładach przemysłu obronnego i ich łańcuchach dostaw, lub, gdy jest to niemożliwe lub nieefektywne,

b) w oparciu o umowy offsetowe kompensujące realizację zamówień przez podmioty zagraniczne.

Wybór optymalnych rozwiązań technicznych musi być połączony z doborem optymalnego mechanizmu współpracy z dostawcami – optymalizującym wpływ gospodarczy, a nie koszt jednostkowy. Długoterminowa i holistyczna perspektywa – uwzględniająca rozwój polskiego przemysłu i całej gospodarki – przyjęta przy wydatkowaniu tak znacznych środków finansowych pozwoli na:

a) bezpośredni rozwój zakładów przemysłu obronnego w Polsce, jak również zapewnienie odpowiedniego zaplecza badawczo-technicznego,

b) transfer technologii, szczególnie dual-use (podwójnego zastosowania), dających podstawy do wzrostu konkurencyjności polskiego przemysłu – zarówno obronnego jak i cywilnego,

c) rozwój polskich łańcuchów dostaw oraz uzyskanie efektu spillover w przemyśle i w efekcie

d) wzrost ilości inwestycji i tempa rozwoju gospodarczego Polski.

Polskie Lobby Przemysłowe, Warszawa, 15 listopada 2019 r.

 

Przypisy:

1. Offset jest integralną częścią przemysłowej polityki obronnej i jednym z instrumentów kształtowania gospodarczych podstaw bezpieczeństwa. Offset to umowa kompensacyjna, na postawie której podstawie zagraniczny kontrahent sprzedający dany produkt zobowiązuje się skompensować brak zamówienia tego produktu w rodzimym przemyśle danego kraju transferem technologii wytworzenia i serwisowania tegoż produktu, w kraju kupującego. Ustawa z dnia 26 czerwca 2014 r. o niektórych umowach zawieranych w związku z realizacją zamówień o podstawowym znaczeniu dla bezpieczeństwa państwa definiuje zobowiązanie offsetowe jako zobowiązanie zagranicznego dostawcy wobec Skarbu Państwa i offsetobiorcy, polegające w szczególności na przekazaniu technologii lub know-how, wraz z przeniesieniem autorskich praw majątkowych lub praw do korzystania z utworu na podstawie udzielonej licencji, zapewniające wymaganą przez Skarb Państwa niezależność od zagranicznego dostawcy, w celu utrzymania lub ustanowienia na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej potencjału w zakresie przeniesienia zdolności produkcyjnych, serwisowych i obsługowo-naprawczych, a także innych, niezbędnych z punktu widzenia ochrony podstawowego interesu bezpieczeństwa państwa. W normalnych relacjach to kupujący jest stroną uprzywilejowaną i ma prawo do stawiania warunków dotyczących offsetu i jego zakresu.

2. Analizy przyczyn i natury globalnego kryzysu finansowo-gospodarczego zaistniałego w 2008 roku zawarte są w dwóch raportach opracowanych i opublikowanych przez Konwersatorium „O lepszą Polskę”, powołane przez Polskie Lobby Przemysłowe – zob. Raport. „Przyczyny i konsekwencje globalnego kryzysu finansowo-gospodarczego i jego przejawy w Polsce”, Warszawa 2011 – http://www.plp.info.pl/wp-content/uploads/2012/12/plp_raport_o_kryzysie.pdf Część druga Raportu „Przyczyny i konsekwencje globalnego kryzysu finansowo-gospodarczego i jego przejawy w Polsce”, Warszawa 2013 – http://www.plp.info.pl/wp-content/uploads/2013/03/Druga-część-Raportu-PLP-i-Konwersatorium-OLPpdf.