Śnięte krowy

Wciąż głośne są echa nagłośnienia faktu współpracy Ryszarda Kapuścińskiego ze Służbą Bezpieczeństwa. Ja rozczarowany jestem jednak nie tyle przeszłością autora „Cesarza”, ile postawą tych, którzy kreowali go na postać nieskazitelną. Nie jego jednego.

Co kilka miesięcy dowiadujemy się, iż któryś z rzekomych herosów i geniuszy ma w życiorysie wstydliwe karty. A to noblistce ktoś wypomni wiersz na cześć Stalina, a to światowej sławy socjolog zdemaskowany zostanie jako komunistyczny politruk, a to wypłynie zapis sympatycznej pogawędki znanego dysydenta z oficerem dawnego reżimu. Jedni mają wówczas okazję do pomstowania na „fałszywe elity”, inni oburzają się szarganiem narodowych świętości, zawiścią i małostkowością. Jedni uwielbiają się babrać w brudach, inni przekonują nas o nieskazitelnej bieli tego, co oni sami za białe uznali, głównie na podstawie klucza politycznego i/lub towarzyskiego.

Żadnemu człowiekowi i żadnej idei nie udało się dotychczas – mówiąc słowami poety – zjadaczy chleba w aniołów przerobić. Każdy ma na sumieniu jakieś grzeszki, nikt nie jest wolny od głupstw i słabości. A to błędy młodości w postaci wiary w niemodne już ideały, a to konformizm związany z szukaniem dróg na skróty w kwestii kariery, a to kunktatorstwo polityczne skrywane za wzniosłymi hasłami. Tak bywa, zwykła, ludzka rzecz. W istoty pozbawione podobnych wad wierzą tylko durnie oraz czytelnicy „Intelektualistów” Paula Johnsona, który dokonał iście genialnego odkrycia, że ten i ów wielki myśliciel zdradzał żonę, bił syna i plotkował o przyjaciołach.

Zdawałoby się, że nic bardziej oczywistego niż dostrzeżenie faktu niedoskonałości ludzkiej kondycji. Jednak obserwując publiczne roztrząsanie grzeszków różnych osób, nie sposób nie zadumać się nad dziwacznymi meandrami tego problemu. Z jednej bowiem strony w brudach – faktycznych, a równie często urojonych – grzebie się chętnie. Nie ma chyba żadnej postaci publicznej, której jakaś gazeta czy stacja telewizyjna lub radiowa nie wypomniałaby mniejszego lub większego potknięcia. Jednocześnie wszakże ci sami demaskatorzy są święcie oburzeni, jeśli ofiarą podobnych praktyk padnie któryś z ich pupilów. Wróg polityczny czy towarzyski nigdy nie powinien spać spokojnie, bo w dowolnym momencie może mieć wypomniane to czy tamto. Gdy jednak podobne błędy przypomni się komuś „naszemu”, wówczas zgodny chór potępia takie „zapędy inkwizytorskie” czy „grzebanie w życiorysach”.

Te same środowiska, które ogłaszają się krytycznymi, wolnomyślicielskimi i przeciwnymi „pomnikowemu” oglądowi ludzi i ich czynów, zostawiają ideały na boku, gdy chodzi o kogoś z własnego grona. Potrafią one uznać co prawda na przykład, iż zbrodnie są zbrodniami, tak samo hitlerowskie, jak i komunistyczne, ale o konkretach nadal nie można mówić zbyt wiele. Heideggerowi flirt z nazizmem jest przy byle okazji wypominany wiele lat po śmierci, ale wzmianka o stalinowskich fascynacjach (a może tylko serwilizmie) Wisławy Szymborskiej to w środowisku „Gazety Wyborczej” coś podobnego do – excusez le mot – głośnego puszczenia bąka na eleganckim raucie.

A przecież w obu tych przypadkach można stwierdzić, że jakkolwiek były to postawy niemądre, to zarówno filozof, jak i poetka całym swoim dorobkiem udowodnili bez wątpienia, że nie da się ich sprowadzić do roli piewców totalitaryzmu brunatnego lub czerwonego. Ich dzieło nie tyle przekreśla, co po prostu odsyła w mroczny, nieistotny kąt tamte błędy. Ktoś, kto Heideggera postrzega jako ex-nazistę, a Szymborską jako autorkę peanów na cześć Stalina, jest być może szczerym antyfaszystą lub antykomunistą. Jest jednak także półgłówkiem. Nie zmienia to jednak faktu, że konkretne błędy zostały przez te osoby popełnione i nieuczciwe jest udawanie, iż było inaczej.

Tymczasem wiele środowisk nie potrafi pozbyć się ciągot ku temu, aby własne szeregi traktować jako nieskazitelne, zaś każdą próbę przypomnienia, że i ono nie jest wolne od wad, uznawać za zamach na największe świętości. Można powiedzieć, że to całkiem naturalne – wszak prawie każdy wykazuje wobec siebie więcej wyrozumiałości niż oferuje jej innym. Tu jednak postawa taka zostaje doprowadzona do absurdu. „My” nie robiliśmy niczego złego, a jeśli nawet, to winne były okoliczności. Nikt nie ma prawa „nas” osądzać. A gdy to robi, jesteśmy oburzeni i zaskoczeni, że ktoś w ogóle śmiał to zrobić.

Podobnie stało się z Ryszardem Kapuścińskim. Ujawnienie jego kontaktów z PRL-owskimi tajnymi służbami i pisanie dla nich raportów-donosów, środowisko związane z reportażystą potraktowało jako szarganie pamięci o zmarłym i próbę zdezawuowania jego dokonań. Przekonywano, że wielkość autora „Hebanu” jest niejako niezależna od faktu współpracy z esbekami. Jest w tym sporo racji – świetne książki powstałyby zapewne bez takiego uwikłania ich autora. Ale właśnie dlatego kreowanie Kapuścińskiego – tak jak wielu osób wcześniej – na postaci nieskazitelne, nie ma żadnego sensu. W naszej pamięci – i w kulturze narodowej – powinien pozostać doskonały „Szachinszach”, niepotrzebny zaś jest w niej mit o autorze, który rzekomo „kulom się nie kłaniał”. Nie dlatego niepotrzebny, że fałszywy, lecz dlatego, że wartość literacka tej spuścizny broni się sama.

W przypadku Kapuścińskiego pojawia się co prawda argument, którego nie można całkowicie zlekceważyć. Rację mają ci, którzy twierdzą, że współpraca z bezpieką dawała przewagę w postaci choćby paszportu i możliwości wyjazdów zagranicznych. Kto wie zatem, czy jakiś konkurent nie okazałby się jeszcze lepszym autorem reportaży, lecz nie mieliśmy szans przekonać się o tym, gdyż wyrażając désintéressement kontaktami z SB i pisaniem donosów, pozbawił się on „szansy na wielkość”. Argument to niegłupi, lecz nie biorący pod uwagę przede wszystkim faktu, iż literatura nie jest grą o sumie zerowej. Wielkości książek Kapuścińskiego nie przekreśliłoby potencjalne powstanie innych, równie dobrych czy nawet jeszcze lepszych rozpraw. Można również dodać, że to nie autor „Wojny futbolowej” wybrał sobie życie w kraju, który odmawiał swym obywatelom tak elementarnego prawa, jak swobodna podróż zagranicę. Przeciwnie, funkcjonował w realiach, w których prawo to przyznawali smutni umundurowani panowie, uzależniając swą zgodę od współpracy z nimi.

Przede wszystkim jednak takie próby umniejszenia czyjegoś talentu działają tylko w części przypadków. Taki bowiem Zygmunt Bauman, niedawno zdemaskowany jako współpracownik wojskowego komunistycznego wywiadu, już pod takie wątpliwości nie podpada. Wszak światowej sławy socjologiem został nie dzięki choćby największym korzyściom czerpanym ze współpracy z bezpieką, lecz po zaprzestaniu jej – wtedy, gdy opuścił PRL i zaczął z zachodnimi kolegami po fachu konkurować na „naukowym wolnym rynku”. Podobnie z Szymborską – Nobla otrzymała przecież nie od Stalina za wiersz o nim, lecz od szwedzkich jurorów za całokształt twórczości.

Les extremes se touchent, czyli skrajności się stykają – jak mawiają Francuzi. Głupkowate napaści i podważanie czyjegoś dorobku przy pomocy detalu z biografii, to rewers tego samego medalu, którego awers przybiera postać kreowania owych postaci na półbogów, starannego wybielania ich błędów i pomyłek, a także wściekłych ataków na niezainteresowanych udziałem w hagiograficznym, jednobrzmiącym chórze. Gdyby piewcy geniuszu Kapuścińskiego, Baumana czy Szymborskiej zechcieli przyjąć do wiadomości, że ich idole nie są doskonali i że wcale nie muszą takimi być, aby doceniono konkretne dokonania, nie byłoby w ogóle tego problemu. „Lapidarium” byłoby tak samo warte uwagi, gdyby jego autor wyznał w roku 1989 albo i wcześniej, że uległ namowom smutnych panów w mundurach. „Nowoczesność i Zagłada” byłaby genialną analizą hitlerowskiego ludobójstwa także wtedy, gdybyśmy na długo przed jej edycją mieli świadomość, że wyszła spod pióra człowieka, który za młodu uwierzył w konieczność „utrwalania władzy ludowej”. Polacy mogliby tak samo być dumni z poetyckiego Nobla, gdyby jego laureatka przyznała wiele lat temu, że wychwalanie Stalina było zapewne największym głupstwem, jakie w życiu zrobiła.

To wszystko wymagałoby jednak, oprócz uczciwości i odwagi cywilnej, porzucenia pokusy czerpania z dzieł literackich czy naukowych – oraz związanych z nimi sukcesów – legitymizacji do zabierania ex cathedra głosu w sprawach zupełnie niezwiązanych z nagradzaną i docenianą twórczością. Nietrudno zrozumieć kogoś, kto nie ma ochoty po upływie 30 czy 50 lat bić się publicznie w piersi i przyznawać do błędów, szczególnie wtedy, gdy niewiele wniosłoby to dzisiejszych problemów, postaw i biegu wydarzeń. Jednak brak takiego wyznania ma pewien istotny wymiar teraźniejszy i praktyczny. Pozwala z pozycji Doskonałego Autorytetu przekonywać opinię publiczną, że obecne wybory i postawy tychże osób oraz ich politycznych czy towarzyskich sojuszników, są słuszne i właściwe. Paniczne reakcje na ujawnienie wstydliwych faktów z przeszłości nie wynikają wcale – jak chce się to przedstawić – z chęci obrony czyjegoś dobrego imienia oraz wielkości dzieła. Czyni się tak w celu ugruntowania autorytetu, który bywa wykorzystywany do rozgrywania spraw nie mających nic wspólnego z reportażem, socjologią czy poezją.

Przyznanie, że Ryszard Kapuściński popełniał błędy, wcale nie umniejszyłoby jego wielkości jako autora książek. Na pewno jednak nadszarpnęłoby autorytet kogoś, kto przemawiał jednym głosem wraz ze środowiskiem, które teraz go broni. Przemawiał, dodajmy, w sprawach dotyczących nie Afryki, Azji czy Ameryki Południowej, lecz naszych, tutejszych, polskich problemów. I o tym właśnie warto pamiętać w całej tej wrzawie o czyjejś przeszłości i grzebaniu w niej.

Oświecony „zdrowy” terror

Nie mogę się oprzeć takiemu wrażeniu, gdy coraz częściej mam do czynienia z medialnymi nagonkami a to na palaczy papierosów, a to na osoby jedzące „niewłaściwe” potrawy, a to na małą aktywność fizyczną. Pouczeniom i zaleceniom nie ma końca, a ilość autorytetów w tych kwestiach stale rośnie.

Kolejne kraje wprowadzają zakazy palenia tytoniu w instytucjach publicznych – co jeszcze można zrozumieć – ale nie tylko w nich. W Irlandii i Szkocji obowiązuje całkowity zakaz palenia w miejscach publicznych, łącznie z takimi, które odwiedza się dobrowolnie i gdzie nikt chodzić nie musi, jeśli tylko dym papierosowy mu przeszkadza. Na korytarzu urzędu lub przystanku autobusowym musimy bywać, więc tam palący mogą przeszkadzać niepalącym. Ale już zakaz palenia w pubach, gdzie nikt bywać nie musi lub może wybrać taki lokal, którego właściciel chce zarabiać na klienteli niepalącej, uważam za stanowczo zbyt dużą ingerencję w ludzkie życie. Nad wprowadzeniem podobnych restrykcji zastanawia się Unia Europejska, ale i bez tego poszczególne kraje zamierzają wkrótce wprowadzić podobne regulacje prawne.

Wszystko jest na pozór logiczne. Papierosy szkodzą zdrowiu, w dodatku nie tylko ich miłośników, lecz również „biernych palaczy”. Liczba zgonów i chorób z tego powodu jest dość znaczna. Nie są też zbyt miłe dla otoczenia – przebywanie przez kilka godzin np. w mocno zadymionej knajpie nie należy do przyjemności, a ubrania po takiej wizycie nadają się wyłącznie do prania. Nie da się również ukryć, że koncerny tytoniowe posługują się wieloma wyrachowanymi sztuczkami, by zachęcić do palenia. Nie mogę się jednak oprzeć wrażeniu, że temu nałogowi towarzyszy przesadne zainteresowanie ze strony różnorakich moralistów i „regulatorów” życia społecznego. A papierosy, obok kilku innych używek czy sposobów spędzania czasu, stały się dyżurnym chłopcem do bicia, odwracając uwagę „świętoszków” od wielu, nierzadko bardziej dokuczliwych, zjawisk.

Jakoś mało kto martwi się o osoby, które każdego dnia w każdym mieście wdychają spaliny samochodowe i muszą przebywać w hałasie powodowanym przez setki aut. Miliony ludzi mieszkają tuż obok ruchliwych dróg, każdy skrawek miejskiej przestrzeni jest zajęty samochodami, na ich potrzeby wszędzie wylewa się beton i asfalt. Władze lokalne i państwowe oraz medialni eksperci przekonują nas, że synonimem rozwoju jest budowa nowych dróg i rosnąca sprzedaż samochodów. I jakoś nie przeszkadza im, że mnóstwo osób cierpi w efekcie rozwoju tego scenariusza – ginie w wypadkach, choruje wdychając spaliny, znosi hałas itd. I w dodatku prawie nigdy nie ma wyboru w tej kwestii. Mogę unikać zadymionych miejsc, lecz nie mam wpływu na to, że pod moim oknem przejeżdżają każdego dnia tysiące samochodów. Nie uniknę ich w niemal żadnym miejscu, które odwiedzę, a w większości z nich ruch motoryzacyjny wzmaga się z roku na rok. Polska jest krajem, gdzie coraz większym ostrzeżeniom na paczkach papierosów i planowanym zakazom wzorowanym na innych państwach, towarzyszy nie tylko obojętność na spaliny, ale wręcz zachęcanie do ich emisji. Ba, znam takie kuriozum, że w Gliwicach niemal pod oknami kliniki onkologicznej zamierza się wybudować trasę szybkiego ruchu. Proszę sobie wyobrazić sytuację, w której władze jakiegoś miasta np. zakazują ruchu samochodów, a za to oferują całkowicie darmową – za pieniądze zaoszczędzone na ciągłym budowaniu i remontowaniu dróg i parkingów, leczeniu ofiar wypadków itp. – komunikację miejską. Taki pomysł okrzyknięto by zamordyzmem i populizmem zarazem. Jednocześnie zaś wprowadza się zakazy palenia papierosów, a miliardy złotych wydaje lekką rączką na infrastrukturę drogową. I nie jest to ani zamordyzm, ani populizm…

Takie tendencje przybierają postać coraz bardziej paranoiczną. W Anglii szefostwo publicznej służby zdrowia w hrabstwach Norfolk i Staffordshire ogłosiło, że pacjenci-palacze będą usuwani z list osób oczekujących na zabiegi chirurgiczne do czasu aż porzucą ten nałóg. Ten – nie waham się go tak nazwać – „zdrowotny faszyzm” próbuje się tłumaczyć wyższymi kosztami leczenia palaczy w porównaniu z niepalącymi. Można jednak zapytać równie dobrze o to, dlaczego w ogóle ze wspólnej kasy płacić za leczenie osób, które doznały urazów zajmując się niekoniecznymi (jak jazda na nartach) czy kretyńskimi (jak skoki na bungee) rozrywkami. Oczywiście, że palacze są grupą podwyższonego ryzyka w kwestii kilku schorzeń i jako tacy są bardziej „kosztowni” z punktu widzenia opieki medycznej. Ale jednocześnie istnieje przecież mnóstwo zachowań i postaw, które narażają na podobne ryzyko, jeśli chodzi o inne choroby czy urazy. Ciekawe kiedy „oszczędni” szefowie angielskiej służby zdrowia zaczną odmawiać leczenia osobom obciążonym genetycznie różnymi czynnikami zwiększającymi ryzyko zachorowalności – wszak tacy „podludzie” też generują wyższe koszty opieki medycznej niż zdrowa, jędrna i udana „rasa panów”…

Mniejsza o papierosy i samochody. Rozumiem, że te pierwsze szkodzą postronnym osobom i warto obronić „biernych palaczy” przed czymś, czego nie lubią. Choć naprawdę nie wiem, czy miejsca odwiedzane w pełni dobrowolnie, jak np. lokale gastronomiczne, powinny być traktowane w tej kwestii identycznie co te, w których bywa się z konieczności. Zamiast tego można by wymóc wyraźne oznakowanie restauracji, barów i pubów, w których się pali i nakazać tym „papierosowym” zainstalowanie porządnego systemu wentylacyjnego. Z kolei auta mają liczne zalety i daleki jestem od dziecinno-fanatycznej postawy części moich znajomych, którzy traktują samochody jako najgorsze nieszczęście trapiące ludzkość. Za samochodami – podobnie jak papierosami – nie przepadam, ale istnieje wystarczająco wiele zalet motoryzacji indywidualnej oraz wad innych rodzajów transportu, by sporą część postulatów ekologiczno-antysamochodowych traktować z dystansem.

Jednak „ideologia zakazowa” zaczyna obejmować także takie postawy, w których nie ma mowy o szkodzeniu innym, lecz wyłącznie sobie. O ile „biernych palaczy” faktycznie należy chronić przed przymusem wdychania dymu tytoniowego, a nas wszystkich przed spalinami, o tyle zupełnie irracjonalna wydaje się nagonka na niektóre inne sfery życia. Na przykład w Nowym Jorku burmistrz wydał zakaz stosowania przez restauracje i producentów żywności na lokalny rynek (np. piekarnie) tzw. tłuszczów trans, jako niezdrowych. Zwracam uwagę, że nie chodzi tu o zakaz wydany przez instytucję dbającą o jakość produktów i zdrowie konsumentów (jak nasz sanepid czy któraś z państwowych agend określających, które składniki są bezpieczne), lecz o decyzję lokalnych władz. Wydaje się, że jest ona zwieńczeniem innej obsesji, tym razem na punkcie „niezdrowego” odżywiania się. Od kilku lat stale jesteśmy bombardowani apelami, wywodami, wezwaniami i pouczeniami dotyczącymi tego, że żywność „szybka”, tania i masowa, jest niezdrowa. Rak, choroby serca, otyłość – tak, znamy to wszystko już na pamięć. Strach się bać.

Znów mam z tym problem. Bo z jednej strony wady „śmieciarskiego żarcia” są oczywiste. I te zdrowotne, i te dla szeroko pojętej „estetyki” życia, i te społeczne, i ekonomiczne, i ekologiczne. Ale jednocześnie nie mogę się oprzeć wrażeniu, że nagonka na fast foody czy ogólnie na niezdrowe, tłuste, słone czy słodkie potrawy, to kolejna wersja tej samej paranoi, co przy papierosach. Bo przecież dziś większość produktów spożywczych, także tych rzekomo zdrowych, jak owoce czy warzywa, jest „sztuczna”, coraz bardziej pozbawiona smaku, zapachu i wartości odżywczych, a wszystko to w świetle prawa czy wręcz za zachętą ze strony władz publicznych. Często jest tak, że te same instytucje, które krytykują np. McDonald’sa za tłuste hamburgery, jednocześnie swoimi nakazami i zakazami wykańczają resztki tradycyjnych firm produkujących żywność na małą skalę, wysokiej jakości, tradycyjnymi metodami, bez nadmiaru chemii.

Jednak nawet nie o to chodzi. Jeszcze bardziej absurdalne wydaje mi się, że jakiś urzędnik ma prawo odmawiać dorosłym ludziom robienia ze swoim życiem – w tym przypadku z żołądkiem – tego, na co mają ochotę w tak elementarnej sferze jak odżywanie. Owszem, słuszne są takie ograniczenia, jak choćby zakaz reklamy skierowanej do dzieci, gdyż one nie muszą być świadome tego, że namawiane są na produkty mało wartościowe. Owszem, być może tak samo powinno być z „regulowaniem” oferty sklepików szkolnych. Być może w ogóle reklamy fast foodów powinny być obwarowane różnymi zasadami – jak np. zakaz prezentowania tej żywności jako w pełni wartościowej czy wręcz idealnej. Być może państwo powinno w ramach profilaktyki promować zdrowe i rozsądne odżywanie. Ale, do jasnej cholery, wolność człowieka to także wolność popełniania błędów i robienia głupstw, gdy nie szkodzą one innym. Jeśli ktoś lubi chipsy, colę, hamburgery i pizzę, to jego dobrym prawem jest obżerać się nimi choćby codziennie i mieć 30 kg nadwagi. Mamy prawo zarówno do dobrej, wysokojakościowej żywności i ochrony przed nieuczciwymi jej producentami, jak i do tego, by nie być na każdym kroku pouczanymi przez różnych mędrków, którzy ponoć wiedzą lepiej, jak powinniśmy żyć.

Cały ten problem ma bowiem jeszcze inny interesujący mnie wymiar. Jest nim swoista przemoc symboliczna i związane z nią panowanie nad zwykłymi ludźmi. Nietrudno zauważyć, że większość tych zakazowo-zdrowotnych poglądów jest dziełem elit – to one pouczają nas jak mamy żyć, co jest dobre a co złe, to im przeszkadzają papierosy i hamburgery, to one zalecają jogging i płatki śniadaniowe, liczą nam kalorie i przestrzegają przed takim strasznym przestępstwem, jak warstwa tłuszczu na brzuchu czy pośladkach. To wedle nich mamy być idealni – ludzie, którzy sami nurzają się w nieumiarkowanej, hedonistycznej konsumpcji, ciągle chcą nam czegoś zakazywać. Czyżby „rasę panów” drażnił niedoskonały wygląd i zachowanie „podludzi”? Nie chodzi tu o dezawuowanie wszystkiego, co robią i wymyślają elity, ani o zachwycanie się każdym elementem stylu życia „prostego ludu”, bo elitom zdarza się proponować coś mądrego, a zwykłym ludziom robić głupstwa. Dobrze by jednak było, gdybyśmy mogli błądzić na własny rachunek – zwłaszcza w świecie, w którym owe elity coraz częściej, mówiąc wprost, wypinają się na resztę społeczeństwa, a swój rosnący egoizm maskują moralizatorskim ględzeniem i pouczaniem. Im mniej państwo faktycznie o nas dba i im bardziej ogranicza zakres i jakość usług publicznych, które oferuje swoim obywatelom, tym bardziej elity zajęte są tłumaczeniem, co jest „właściwe” a co karygodne…

Barbara Ehrenreich w książce „Za grosze. Pracować i (nie) przeżyć” bardzo trafnie pokazała, że dla członków niższych warstw społeczeństwa, poddanych przymusowi neoliberalnej pracy za niskie stawki i w atmosferze korporacyjnego terroru, takie czynności jak palenie papierosów są wyrazem symbolicznego oporu i jednym z niewielu dostępnych sposobów manifestowania swojej wolności czy po prostu robienia na złość tym przemądrzalcom „na górze” drabiny hierarchii społecznej. Oczywiście świat, w którym owe postawy muszą przybierać taką postać, jest absurdalny sam w sobie – jednak to nie likwidacja ostatnich enklaw swobody jest sposobem na polepszenie egzystencji i nadanie jej bardziej humanistycznego wymiaru.

Jeszcze trafniej niż Ehrenreich opisuje tę kwestię Jens Jessen w „Die Zeit”, w artykule pt. „Świat zakazów”. Zacytuję spory fragment tekstu, gdyż nie ma potrzeby udawać, że sam napisałbym to lepiej: „/…/ na liście »najbardziej niebezpiecznych« dla człowieka znalazły się alkohol, tytoń, psy, samochody, samoloty, gry komputerowe, telewizja i fast foody. Co ciekawe, »używki« te są rzekomo typowe dla konkretnych klas, grup społecznych, środowisk i grup wiekowych, co automatycznie czyni je groźnymi. Są to grupy społeczne, do których nie przemawia mieszczańska logika i które nie stosują przykazań zielonych, by zachowywać się tak, by nie szkodzić środowisku naturalnemu. Właśnie ten klasowy charakter zagrożeń najbardziej śmieszy. Wszystkie wyżej wymienione rozkosze czasu wolnego, których rzekoma szkodliwość, zarówno w sensie medycznym, jak i ekologicznym, nie budzi wątpliwości prawodawców, odwołują się do stereotypowej wiedzy o życiu proletariusza. Opilstwo i kłęby dymu to codzienny obrazek z knajpy dla robotników. Psy i szybkie samochody to hobby klasy robotniczej. Loty na Majorkę, to wakacyjne rozkosze z życia proletariatu. Telewizja, gry wideo i fast foody – ogłupiają, powodują nadwagę i wywołują agresję. Jest jednak jedna kwestia, której politycy, działający – ma się rozumieć – dla dobra narodu, unikają jak ognia. Warto więc zapytać, czy nie jest to aby logiczny wybór ludzi, których pozbawiono szans zawodowego rozwoju i odebrano radość usprawiedliwionych ambicji. /…/ Reformy socjalne ostatnich lat i zmiany na rynku pracy systematycznie odbierały tym ludziom wszelką nadzieję: nadzieję na zatrudnienie, otrzymanie zasiłków, awans społeczny, wreszcie na uznanie i szacunek społeczeństwa. I co teraz? Mielibyśmy im odebrać te drobne przyjemności, które są jeszcze w zasięgu ich finansowych możliwości i niewątpliwie należą do zwyczajów ich grupy społecznej? /…/ sporo przemawia za tym, że elity nie chcą dopuścić do świata małych przyjemności starych lub nowych członków tych upośledzonych grup, które poprzez drobne przyjemności kompensują sobie swe żałosne położenie. Tak naprawdę chodzi tu o zupełnie inną kompensację, a mianowicie bezradność polityków wobec zjawiska globalizacji, ponieważ bezrobocie i społeczna marginalizacja są rezultatem właśnie globalnej konkurencji w gospodarce. Tymczasem politycy, działający w ramach jednej wspólnoty narodowej nie są w stanie ani jej kontrolować, ani jakkolwiek na nią wpływać. Oni nie potrafią nawet zamortyzować negatywnych skutków globalizacji poprzez skuteczną politykę społeczną. Jedyną dziedziną, w której polityk może jeszcze udowodnić swoje umiejętności, jest wydawanie rozporządzeń w duchu pedagogiki społecznej. W tej dziedzinie niebezpieczeństwo wystraszenia płochliwych dysponentów kapitału jest niewielkie, a szansa na przekonanie klasy średniej, że »coś jednak robimy« spora”.

A zatem, palacze, pożeracze hamburgerów oraz inni niesubordynowani rebelianci przeciwko zdrowemu, idealnemu i sterylnemu światu „rasy panów”, łączcie się! Ta trawestacja słów „Manifestu komunistycznego” jest oczywiście nieco ironiczna. Ale kto wie, czy „zdrowotny terror” nie rozkręci się na taką skalę, iż stanie się ona całkiem uprawniona i równie wywrotowa, jak półtora wieku temu były oryginalne słowa Marksa i Engelsa.

Strefa ciszy

Z reguły są to sprawy określane mianem politycznych, choć często niewiele mają wspólnego z tym szlachetnym słowem. Kwestie społeczne nieodmiennie pozostają na dalszym planie, tak jakby były dodatkiem do życia toczonego na widoku telewizyjnych kamer, jakby znajdowały się na peryferiach świadomości garstki dysponentów masowej wyobraźni. Wizja Polski zawęża się do historii opowiadanych przez kilka konkurujących ze sobą frakcji, decydujących o III Rzeczpospolitej.

Jedni powtarzają lustracyjne zaklęcia, uznając je za przepustkę do krainy sprawiedliwości dziejowej, drudzy załatwiają środowiskowe interesy wycierając sobie gęby demokracją. Na targowisku politycznej próżności dobrze sprzedają się ambicje partyjnych aktywistów, którzy w kraju powszechnego braku równych szans traktują „służbę publiczną” jako trampolinę do dostatniego życia. Judzący dziennikarzy i przez nich podjudzani, dumni z siebie tańczą swój chocholi taniec, przekonując nas, że te śmieszne podrygi wykonują „na większą chwałę ludu”. Tymczasem umykają nam sprawy nie mniej ważne, bezwzględnie odciskające swój wpływ na tym, co stanowi tkankę życia wspólnotowego, co decyduje o relacjach i interakcjach społecznych, co – ostatecznie – nie mniej niż decyzje polityczne zadecyduje o jakości polskiego życia w XXI wieku.

Rośnie liczba dzieci regularnie nadużywających alkoholu. Coraz więcej też pijących matek. Dla nastolatków alkohol przestał być zakazanym owocem, po który sięgano łapczywie, ale bardzo rzadko, a stał się nieodłącznym towarzyszem wszelkich sytuacji towarzyskich. Jest też lekiem na stres, frustrację, samotność, poczucie niedowartościowania, brak miłości, czasu, zainteresowania w rodzinie. Dzieci naśladują dorosłych, ale nie są dorosłe, stąd grozi im, że nigdy nie staną się pełnoprawnymi, odpowiedzialnymi uczestnikami życia społecznego. Czy za kilkanaście, kilkadziesiąt lat będziemy społeczeństwem pijaków? Przecież już dziś nie wylewamy za kołnierz. Alkoholizm nieletnich to nie medialna ciekawostka, ale sygnał zagrożeń, jakie drzemią w głębi polskiego społeczeństwa, objaw patologii, których diagnozie poświęca się stanowczo zbyt mało miejsca w przestrzeni publicznej. Pijane dziecko to policzek i hańba nie tylko dla jego rodziców. To oskarżenie wobec nas wszystkich, wobec Polski, jaką jest tu i teraz. A to, że problem narasta, każe zastanowić się, co właściwie najważniejsze w życiu społecznym i jak brzmi definicja brzmiącego dziś dość archaicznie terminu „dobro narodowe”. Że nie jest to PKB – chyba nikogo nie trzeba w tym kontekście przekonywać. Kłopot w tym, że ta niewymierzalna wartość dobra i zła jest czymś wstydliwym w świecie omnipotentnych wskaźników i kwantyfikatorów. Ale cóż, wzrasta dobrobyt – ubywa dobra: chciałbym wierzyć, że to przypadłość czasów przejściowych, a nie „żelazna konieczność”.

A zatem – przybywa pijących dzieci, nieletni coraz częściej są bywalcami izb wytrzeźwień, powstają już dla nich osobne sekcje na Oddziałach Intensywnej Terapii Medycznej – bo agresywne, strute alkoholem dzieciaki trzeba izolować od ludzi na krawędzi życia. Coraz częściej też słychać o pijanych matkach pozostawiających w domach swoje latorośle, o zalanych w sztok rodzicielkach, które zapomniały zabrać swoje pociechy z miejsca libacji, o nietrzeźwych kobietach, którym niemowlaki wypadają z wózka. Powie ktoś – takie rzeczy zawsze się zdarzały i będą się zdarzać, ot, niemiła przypadłość ludzkiej natury. Owszem, ale gdy zaznacza się wyraźna tendencja wzrostowa, trudno to uznać za przypadek. Choć alkoholizm jest aberracją, urągającą ludzkiemu rozumowi i godności, to jednak życie społeczne jest racjonalne: działa tu zasada przyczyn i skutków. Trudno też uznać, że alkoholu nadużywają regularnie i coraz to częściej ludzie szczęśliwi, czy – ściśle mówiąc – szczęśliwie dzieci.

Przyczyny trzeba zatem szukać w domu – padnie odpowiedź. Dobrze, ale ten dom nie jest zawieszony w próżni; dom pijanego dziecka stoi przy konkretnej ulicy, w dzielnicy jednorodzinnych domków lub na strzeżonym osiedlu czy na blokowisku. Ten dom znajduje się gdzieś na zabitej dechami wiosce, w prowincjonalnym, zapyziałym miasteczku, gdzie, jak pisał poeta, „sąsiedzi dobrzy tyją i głupieją”, lub w wielkim mieście. Ten dom stoi na naszej ziemi, a jego mieszkańcy tutaj płacą podatki, tutaj chodzą/chadzają do kościoła i tutaj walczą o byt. Choć coraz częściej – i to też jest problem – kogoś w tym domu brakuje: bo wyjechał zagranicę, bo nie podołał obowiązkom rodzicielskim i małżeńskim, bo nie radził sobie z samym sobą.

Czy zatem jesteśmy coraz mniej szczęśliwym społeczeństwem, skoro przybywa nam nieszczęśliwych dzieci? Ale jak to możliwe, skoro żyje się nam coraz dostatniej, skoro kraj się rozwija, ba, skoro mamy niepodległość, niezgorszą sytuację geopolityczną i wzrost gospodarczy? Więc jak to możliwe – proszę wybaczyć quasi-dostojewszczyznę – że coraz częściej dzieci płaczą pijackimi łzami? A może to fałszywa perspektywa, może jedno z drugim nie ma nic wspólnego? Trudno w to uwierzyć. Między kulturą, ekonomią, społeczeństwem a państwem istnieją nierozerwalne więzi obyczajów, narodowych instynktów, niepisanych praw i zależności, do których analizy trzeba tęższych głów niż moja. To nie metafizyka, ale – mówiąc brzydko, bo banalnie – „prawo naczyń połączonych”. Nie opuszcza mnie jednak intuicja, że nasz świat stoi na głowie, że jest światem na opak – zbyt wiele miejsca poświęcamy rzeczom nieważnym, a umykają nam groźne zjawiska, które domagają się, by codziennie, godzina za godziną bić na alarm.

Tak, serwisy informacyjne nie mniej rzadko niż tak zwanej polityki powinny dotyczyć spraw społecznych; niestety, narzucono nam perspektywę, śmiem twierdzić fałszywą, co do tego, jakie kwestie dotyczą spraw makro, a jakie spraw mikro. Liczne błazeństwa różnej maści decydentów musimy traktować serio, a własne życie, codzienność, powszedniość egzystencji naszych najbliższych, krewnych, znajomych – jako incydent. Pokażą nas najwyżej, gdy przydarzy się coś, co któraś z Wyższych Instancji raczy uznać za wystarczająco bulwersujące lub tragikomiczne, by zawiadamiać o tym publikę. Gdy staniemy się elementem statystyki i zadziała prawo wielkich liczb.

Oto banalność zła na nowo odczytana – rzadko kogo interesuje proces, prowadzący do jego kumulacji, proces, za sprawą którego zło doprowadza do nieszczęścia rodziny, jak – suma summarum – unieszczęśliwia społeczeństwo, przyczynia się do jego dysfunkcji, paraliżuje jego obywateli. Ciekawa jest dopiero eskalacja zła – małolat na łóżku w izbie wytrzeźwień, kobieta wstydliwie zasłaniająca twarz na posterunku policji, opuszczony, przerażony malec w policyjnej izbie dziecka. Ale wszystko to jakby w próżni, bez związku ze światem ludzkich aspiracji i frustracji, relacjami w domach, szkołach, miejscu pracy, mniej lub bardziej upokarzającą lub satysfakcjonującą walką o każdy grosz. Bez tego sztafażu faktów, jakie codziennie można odczytać na głównej stronie „Obywatela” – są to przecież rzeczy mało istotne, marginalne wobec majestatu „wielkiego świata”. I jeszcze: wszystko to bez pytań o hierarchię wartości, o etykę społeczną, o sens tego, w czym uczestniczymy. Ale to, co dziś przemilczane, co izolowane w strefie ciszy – nie pozostanie bez konsekwencji. Choć, jeśli wszystko pójdzie tym torem, jakim biegnie teraz, pewnie i o nich da się zmilczeć.

Cyklistów dwóch

Happeningi „pedałów” i „homofobów” pokazują, że antagoniści powoli zmierzają ku kulturowej symbiozie. Tegoroczny plakat, zachęcający do udziału w Marszu Tolerancji, przedstawiał dwóch wąsatych cyklistów, pedałujących na tandemie. Możliwie, że istnieje jakaś poprawna wykładnia tego obrazka, ale osobiście jestem przekonany, że rewolucyjnego, a przecież szacownego jednośladu, niczym apokaliptycznego rumaka, wespół dosiadają Gej i Tradycjonalista, pędzący w siną dal, za horyzont chwili obecnej. Pytanie, kto trzyma kierownicę, pozostawiam na razie bez odpowiedzi, choć przyznam, że bezwzględnie może ono obnażyć słabość niniejszej metafory.

Jeśli wierzyć naoczności telewizyjnych przekazów i kategoryczności medialnych wypowiedzi, niewiele jest w Polsce tak ważnych spraw, jak walka o obyczajową i kulturową nowoczesność, o europejskość standardów myślenia i czucia (cokolwiek miałoby to znaczyć), sposób traktowania kilku starannie wyselekcjonowanych mniejszości. Inni powiadają, że stawką (większą niż życie – wszak chodzi o zbawienie) jest tradycja, zachowanie tożsamości narodowej i cywilizacji chrześcijańskiej. Bój toczy się o każdą pędź polskiej ziemi, o każde polskie serce. Kanonady cywilizacyjnej batalii brzmią wielogłosem konferencji naukowych, paneli dyskusyjnych, specjalistycznych szkoleń, obozów, kursów, wydarzeń artystycznych i artystyczno-podobnych, huczą na łamach niskonakładowych czasopism i w obrębie niszowych organizacji; propagandziści obu wizji harcują w najlepsze po Internecie. Ale tych parę razy do roku Tolerancja staje twarzą w twarz z Tradycją i obie patrzą sobie wzajem głęboko w oczy, skandując hasła i wyciągając ku fotoreporterom transparenty z sekciarskim programem zbawienia świata i moralnej sanacji.

Bardzo lubię te krakowskie Marsze Tradycji&Tolerancji; lubię domyślać się, gdzie przebiega granica między naiwnością a cynizmem, kto jest kim w tych pochodach i dlaczego się na nich znalazł. Lubię ten swoisty fluid, jaki wydziela podekscytowany tłum, projektujący na cały świat swoje fantazje, frustracje i roszczenia. Lubię dziennikarzy, starannie selekcjonujących materiały, by osiągnąć ten poziom autentyzmu, jaki zgadza się z linią programową poszczególnego medium. Lubię policyjne kordony, zza których dochodzą wezwania do miłości i lubię tych podpitych i/lub wulgarnych wyrostków w szalikach i kapturach na twarzach, pałających gorącą miłością tradycyjnych wartości. Co prawda nigdy nie wpadłem na pomysł, by któregoś przepytać ze znajomości katechizmu czy dat z historii Polski, ale wierzę na słowo – wszyscy mają piątki z religii, polskiego, historii i wiedzy o społeczeństwie. A z wychowania fizycznego to już na pewno. Jedyne, czego nie lubię, to świstu kamieni i to tylko ze względu na prawa fizyki, biologii i chemii, którym, o ile wiem, podlegamy wszyscy po równo. Bo już w telewizji najbardziej orgiastyczne momenty tego typu imprez wyglądają wcale malowniczo: gdy napięcie sięga zenitu, jedni eksplodują salwą ciśniętych w przeciwnika kamieni, gdy ten przyjmuje je z dziwną, sadomasochistyczną, bliską ekstazy spolegliwością.

Każde pokolenie musi mieć swoje uliczne spektakle, w których przemoc nie może być czysto symboliczna, jeśli ma zagwarantować autentyzm doświadczenia. Ale do tego typu gier i zabaw na świeżym powietrzu potrzebne są dwie strony, czujące wobec siebie awersję, czasem – fizjologiczną złość i nienawiść, irracjonalną potrzebę dominacji, upokorzenia drugiej strony. A nawet potrzebę bycia ofiarą, męczennikiem (choćby w wersji „light”). Media głównego nurtu pomagają wyznaczyć tu role: jedni są inteligentni, nowocześni, życiowo spełnieni – drudzy sfrustrowani, zaściankowi, durnowaci. I to właśnie widać na ekranach: po jednej stronie tęczowe okularnice i metroseksualnych awangardzistów Nowej Lewicy, po drugiej: prymitywnych bojówkarzy-narodowców. I chyba obie strony w ostatecznym rachunku podświadomie przyjmują ten obraz, wchodzą w kostium, jaki im przeznaczono i przedstawienie trwa, musi trwać w takiej formie. A równocześnie obie strony są sobie potrzebne, wzajem się uprawomocniają i znajdują wyjaśnienie dla swojej aktywności. Czują się pożyteczni dla społeczeństwa. Doktor Jekyll i mister Hyde – pedałujący na jednym rowerze w bliżej nieokreślonym kierunku. Co ważniejsze: to widz określa, kto jest kim na tej trasie. I dlatego jedni tłumaczą zachwyconym zagranicznym turystom, że walczą z faszyzmem i nacjonalistycznym rządem, a drudzy znajdują pokrzepienie w słowach przechodnia: „bijcie, kurwa, pedałów!”.

Oczywiście, gdy opadnie marszowy kurz, opadną ku ziemi transparenty przywiędłe jak kwiaty, a manifestanci siądą w knajpach, by w alkoholu utrwalić obrazy walki i męczeństwa, wtedy można zapytać, dlaczego w marszach tolerancji nie widać trwale bezrobotnych, samotnych matek, niedożywionych dzieci z ubogich bądź patologicznych rodzin, niepełnosprawnych – tych wszystkich, wobec których tolerancja, czy też akceptacja i solidaryzm są najwyższymi społecznymi wymogami. Można by też zapytać w takiej chwili, dlaczego marsze tradycji i kultury przyciągają w niemałym stopniu niezbyt wymagającą, a mało kulturalną klientelę, która własną brutalność może wytłumaczyć i uwznioślić argumentem walki o publiczną moralność.

Ale te pytania nie są zbyt interesujące dla żadnej ze stron konfliktu. By ich uniknąć, znów spogląda się na przeciwnika, a w jego szpetnym obrazie odnajduje się na nowo potwierdzenie własnych racji… Gdyby zabrakło jednej ze stron, czy druga nie poczułaby się osamotniona? Gdyby machnąć ręką na ich wzajemne podchody, pochody i waśnie – czy nie zajęliby się czymś pożyteczniejszym, albo przynajmniej stracili na medialnej atrakcyjności? Ale to niemożliwe. W apatycznym społeczeństwie, które z takim trudem buduje przyczółki własnej tożsamości i dowiaduje się z telewizji i gazet, co powinno myśleć o świecie i samym sobie, potrzebne są wielkie iluzje demokracji, figury spraw, dla których warto się poświęcać i o których warto rozmawiać. Społeczeństwo musi wiedzieć, co jest ważne i gdzie przebiegają linie podziałów. I wiedza ta jest mu dostarczana – aktorzy sami pchają się na scenę, bez ładu i składu, byle tylko znaleźć się po tej lub tamtej stronie, którą im przypisano.

Jedni bronią tradycji, drudzy nowoczesności, ale co jest treścią tych pojęć i skąd bierze się ich rozumienie, w jakiej pozostają do siebie relacji i co stanowi ich specyfikę na gruncie polskim – nikt tam nie dyskutuje. Nowoczesność, tradycja, tolerancja, rodzina, wolność, wartości – terminy, których zrozumienie i opisanie odkłada się na później, albo omawia w zamkniętym gronie „własnych” specjalistów i autorytetów. Na oczach narodowej widowni odgrywa się wielkie przedstawienie o dwóch cyklistach, których połączyła nienawiść i pędzą w siną dal. Tylko naprawdę wciąż nie potrafię określić, kto kieruje tym tandemem. No ale grunt, że bohaterowie spektaklu zgodnie pedałują w walce o lepszą Polskę.

Obóz pięknej Polski?

Rozłam w partii rządzącej można oceniać dwojako: smucić się lub cieszyć. Smucić, gdy oceniamy obecny rząd pozytywnie. Cieszyć, gdy uważamy, że jego główny podmiot ewoluował w złym kierunku.

Pierwsza sprawa nie jest oczywista. Niewiele z poczynań tego rządu postrzegam jako sensowne – o czym za chwilę. Nie zmienia to jednak faktu, że w sferze symbolicznej koalicja Kaczyńskich, Leppera i Giertycha sprawia pewnego rodzaju przyjemność wielu osobom – w tym niżej podpisanemu – które krytycznie oceniały polskie realia po roku 1989. Trudno odpowiedzialnie stwierdzić, że obecna Polska jest całościowo lepsza niż ta sprzed ostatnich wyborów parlamentarnych. Jest to natomiast na pewno Polska inna. Polska, w której mniej pyszałkowatych gęb Michnika, Geremka, Kwaśniewskiego, mniej zarozumiałych pouczeń autorstwa Olejnik, Lisa czy Żakowskiego, mniej pewnego siebie Jasnogrodu, Salonu i Towarzystwa.

Wyniki wyborów z roku 2005 to triumf „Polski B”, Polski marginalizowanej i lekceważonej, wyśmiewanej i strofowanej, Polski, której nie ma w głównych mediach, Polski, w której realne przeciętne pensje wynoszą tyle, ile kosztuje jednorazowa kreacja paniusi zajętej peanami na cześć postępu, standardów europejskich i społeczeństwa obywatelskiego. Za to właśnie – za całkiem silnego prztyczka w nos aroganckich typów, którzy zawładnęli Polską po roku 1989 – cenię obecny rząd i jego główny podmiot, czyli PiS. I w sytuacji zmasowanych ataków liberalnych funkcjonariuszy oraz ich użytecznych idiotów, deklaruję, jak niegdyś Adam Józef Potocki: „Przy Tobie Najjaśniejszy Panie stoimy i stać chcemy”. Jeśli alternatywą dla PiS-u mają być dawni „aferałowie” z PO, „magister” Kwaśniewski i salon Michnika, to serdecznie dziękuję, ale nie skorzystam – oni już pokazali co potrafią, aż zanadto. Gdyby przypadkiem obecne władze cierpiały w dziele likwidacji ancien régime’u na niedobór chętnych do tej niewdzięcznej pracy, to proszę o formularz zgłoszeniowy – oczywiście mam na myśli pracę społeczną. Jak głosiły słowa „Czerwonego Sztandaru”: „Krew naszą długo leją katy, wciąż płyną ludu gorzkie łzy, nadejdzie jednak dzień zapłaty, sędziami wówczas będziem my!” – i nieważne, czy zapłaty dokonamy pod czerwonym, czy pod jakimkolwiek innym sztandarem.

Nie przekreśla to jednak faktu, że PiS zmierza w złym kierunku, a jego rządy oznaczają zawiedzione nadzieje na faktyczną zmianę, na Polskę nie tyle lepszą, lecz po prostu dobrą. Odejście Marka Jurka i jego stronników jest natomiast pewnym – co prawda nikłym, ale jednak – światełkiem w tunelu. Może bowiem być impulsem do powstrzymania ewolucji obozu rządzącego w coraz bardziej absurdalnym kierunku. Już najwyższy czas, by powrócić do ideału „Polski solidarnej” a porzucić fałszywą wizję Polski narodowo-prawicowo-ultrakatolickiej, bo nie na taką Polskę głosowali wyborcy w roku 2005.

Część elektoratu PiS to ludzie o poglądach radykalnie antykomunistycznych, „wojujący” katolicy i równie „wojujący” patrioci. Ale zwycięstwo w wyborach nie jest efektem obiecanek, że rząd czym prędzej zbuduje Świątynię Opatrzności, zmusi zgwałcone lub ciężko chore kobiety do porodów, postawi pomnik Kurasia-„Ognia”, a raz na tydzień kontrolowanym przeciekiem poinformuje nas w atmosferze sensacji, że jakiś podstarzały dziennikarz, aktorka, biskup czy profesor pisali donosy na swoich kolegów po fachu. PiS wygrał, bo obiecywał „Polskę solidarną”, Polskę normalną, Polskę nowoczesną. I nie wykluczało to ani patriotyzmu, ani wartości chrześcijańskich, ani rozliczenia poprzedniego systemu, a wręcz przeciwnie – również one stanowiły ważny rdzeń tej wizji, którą poparli wyborcy. Tyle tylko, że zamiast „Polski solidarnej” otrzymaliśmy niestety Polskę Marka Jurka.

Rząd zajął się wszystkim, tylko nie solidarnością społeczną. Politykę socjalną oparł na jałmużnie zwanej becikowym, nie zaś na jakichkolwiek cywilizowanych i sprawdzonych rozwiązaniach systemowych. Politykę prorodzinną na wydłużeniu urlopów macierzyńskich, bez próby wsparcia matek i rodzin elementarnymi „zdobyczami” w postaci tanich i łatwo dostępnych żłobków, przedszkoli i mieszkań oraz ochroną osób kończących takowe urlopy przed samowolą pracodawcy. Politykę gospodarczą na niezbyt nawet maskowanym zachęcaniu Polaków, by w Londynie myli garnki, Francuzom przepychali kanalizację, a w Norwegii podcierali tyłki emerytom, nie zaś na tworzeniu warunków ku temu, by w kraju płace były wyższe i bardziej egalitarne (nadal dominuje wiara w moc „zagranicznych inwestycji” i prywatyzacji resztek majątku narodowego, a jednocześnie zupełna niemoc w ukróceniu takich choćby patologii, jak ekspansja wielkich sieci handlowych). Politykę oszczędności budżetowych na ograniczaniu tzw. przedwczesnych emerytur, nie zaś na porzuceniu pomysłów likwidacji podatku spadkowego. Rozwój regionalny na budowaniu autostrad (żeby każda polska wieś i miasteczko miały „swój” sznur TIR-ów pod oknami), nie zaś na powstrzymaniu likwidacji lokalnych połączeń kolejowych. Walkę z przestępczością na spektakularnych pokazówkach ABW i CBA, nie zaś na ukróceniu chamstwa i bandytyzmu na osiedlach, drogach i w parkach. Ochronę dziedzictwa narodowego na pompatycznych uroczystościach ku czci i chwale oraz budowaniu obwodnic w rezerwatach przyrody, nie zaś na trosce o wyjątkowo zachowane piękno polskiej ziemi i jej materialnej przeszłości. I tak dalej.

Tej niemocy, w niektórych kwestiach połączonej z oczywistą głupotą i bezradnością, towarzyszyła natomiast nadaktywność owej części obozu rządzącego, której symbolem jest właśnie Marek Jurek. Choć żali się on na marginalizowanie swoich wpływów w PiS-ie, podając to jako przyczynę rejterady, to jednak właśnie Jurek i jemu podobni są największymi wygranymi ostatnich wyborów. Narzucili bowiem opinii publicznej i decydentom kilka swoich „koników” jako główne problemy rzekomo trapiące Polskę. IV RP okazała się być nękana przede wszystkim przeogromną liczbą aborcji będących efektem choroby czy gwałtu, istną plagą „nienaturalnych” środków antykoncepcyjnych, wszechogarniającą pornografią, rozwiązłością w mediach, tragicznie małą liczbą papiesko-maryjnych patronatów nad miejscami publicznymi, gejami masowo zatrudnianymi w szkołach w celu deprawacji małoletnich, wyrafinowanymi spiskami ekologów itd. Gdyby nie te przypadłości, mielibyśmy tu krainę mlekiem i miodem płynącą. No i oczywiście, gdyby jeszcze oprócz tego z 20 lat non stop ujawniać agenturę, przypominać żołnierzy Narodowych Sił Zbrojnych i prawego skrzydła AK, oddać dworki spadkobiercom przedwojennych ziemian i dokonać intronizacji Chrystusa Króla…

Jestem od lat przeciwnikiem aborcji i dopuszczania jej „na życzenie” czy z tzw. przyczyn materialnych, a w moim środowisku polityczno-towarzyskim wymaga to znacznie większej odwagi niż analogiczna postawa wśród prawicowców-zetchaenowców. Jestem za bezpardonowym ujawnieniem komunistycznej agentury, bo uważam poprzedni system za podły, a samych agentów – za łotrów. Jestem zwolennikiem wartości chrześcijańskich nie tylko jako katolik, ale i jako człowiek o elementarnej wiedzy historyczno-etycznej. Jestem za akcentowaniem patriotyzmu i obroną państwa narodowego, bo to po prostu moja ojczyzna, na dobre i na złe.

Ale żaden Marek Jurek nie przekona mnie, że zgwałcone lub ciężko chore kobiety należy zmuszać do porodów, najlepiej przy pomocy zapisów Konstytucji. Albo że większości aborcji dokonuje się z kaprysu, nie zaś z powodu może nie tyle biedy, co braku perspektyw na sensowne życie – gdy posiadanie dziecka oznacza większą ciasnotę w małych, kupionych na 30-letni kredyt mieszkaniach, groźbę utraty pracy, konieczność dzielenia mizernej pensji na jeszcze mniejsze racje dzienne, a na swoistą osłodę survival podczas podróży z wózkiem przez miasta zupełnie niedostosowane do potrzeb osób z młodym potomstwem. Trzeba być bardzo naiwnym lub – jak zawodowa prawica laptopowo-garniturowa – oderwanym od rzeczywistości, żeby problem aborcji postrzegać przez pryzmat zapisów ustawy zasadniczej. Zabieg przerwania ciąży można w Polsce wykonać bez trudu, za pieniądze nie tak małe, ale też i niewielkie w porównaniu z choćby rocznym kosztem utrzymania dziecka, o innych kłopotach związanych z macierzyństwem nie wspominając. I poza skrajnymi przypadkami, nie dokonują tego kobiety złe, głupie, czy wręcz – jak czasem malują ów obraz moralizatorzy – zbrodnicze. Dokonują takie, które specjaliści od obrony życia poczętego zostawiają samym sobie.

Bo co im proponują? Antykoncepcja – zła. Adopcja – w obecnych realiach kłopotliwa, biurokratyczna, stygmatyzująca społecznie dla „ofiarodawczyni”. Wsparcie finansowe – ochłap w postaci becikowego. Wsparcie instytucjonalne – niemal żadne; spróbujcie w większości małych miejscowości znaleźć żłobek czy przedszkole. Wsparcie symboliczne – zerowe: bardziej poważany jest u nas „zagraniczny inwestor” niż polska matka. To państwo nie robi tak naprawdę nic w dziedzinie faktycznej polityki prorodzinnej, a gdy ktoś nie chce grać tak żenująco rozdanymi kartami, choćby wybierając w zamian skuteczną antykoncepcję, to zaczyna być traktowany jak Wróg Wspólnoty Narodowej. Za zupełnie głupie uważam hasła feministek o „prawie kobiet do własnego brzucha”, a obrona bezbronnej, zalążkowej formy ludzkiego życia to dla mnie jedna z miar człowieczeństwa i empatii (zupełnie zresztą niezależna od standardowych podziałów politycznych i postaw religijnych, bo znam przeciwników aborcji, którzy są skrajnymi lewicowcami, anarchistami czy buddystami). Tyle tylko, że „jurkowcy” są tychże feministek lustrzanym odbiciem, a ich pomysły spod znaku „rodzić i nie dyskutować” w dłuższej perspektywie szkodzą sprawie obrony życia poczętego, bo głupia akcja zrodzi równie głupią reakcję.

Nie przekona mnie Marek Jurek, że od zasady obrony życia nie może być nawet najmniejszych odstępstw, jak w przypadku choroby czy gwałtu, i że Papież takowych nie przewidział. W nie-utopijnym, realnym czy jak kto woli – grzesznym świecie, odstępstwa są koniecznością, a Papież wzywał nie tylko do ochrony życia poczętego, ale także np. do zaprzestania bombardowań już dawno poczętych irackich czy afgańskich cywilów, czego p. Jurek jakoś nie dostrzegł. Nie przekona mnie również, że życie należy chronić wyłącznie wtedy, gdy jest bezbronne, a bezbronne jest ponoć tylko w formie zarodkowej – równie bezbronni są ludzie wyrzucani z pracy, eksmitowani z mieszkań czy zatruwani spalinami z autostrad itd.

Nie przekona mnie Marek Jurek, że do największych problemów moralnych tego świata należy stosowanie hormonalnej antykoncepcji czy pornografia – bo choć są to zjawiska dyskusyjne medycznie czy etycznie, to znam wiele gorszych „wynalazków” czy postaw, które moralistom nie spędzają snu z powiek. Wolę skuteczną antykoncepcję niż dzieci wychowywane źle, bez troski i odpowiedzialności rodziców. Wolę miłośników pornografii, którzy oglądają ją w zaciszu swoich domów, niż setki wytworów prymitywnej kultur masowej, które atakują mnie każdego dnia w przestrzeni publicznej, a ich twórcy są do tego wręcz zachęcani przez prawicowych mędrków, jeśli tylko taka działalność podwyższa wskaźniki PKB. Mniej szkodliwy społecznie jest ktoś, kto po kryjomu ogląda gazetki z „gołymi babami” niż ten, kto w zabytkowej części miasta buduje ordynarne centrum handlowe. Ten pierwszy szkodzi bowiem tylko sobie, ten drugi – psuje umysły i wrażliwość setek tysięcy osób oraz dewastuje nasze wspólne dziedzictwo.

Nie przekona mnie Marek Jurek, że problemem polskiej szkoły są nauczyciele-geje. Bo tym problemem są nauczyciele leniwi, mierni, pozbawieni pasji. No i zbyt wielu spotkałem nauczycieli heteroseksualnych, którzy ślinili się na widok swoich uczennic, bym przejmował się enigmatycznymi belframi-homoseksualistami, którzy być może występują w jednej szkole na sto albo i rzadziej.

Nie przekona mnie też Marek Jurek, że wartości chrześcijańskie polegają na obnoszeniu się z imieniem Papieża czy Maryi na ustach. Bo dla mnie polegają one na trosce o bliźnich i na choćby elementarnej uczciwości – nie na liberalizacji gospodarki, żeby Jaśnie Pan Inwestor mógł jeszcze bardziej pomiatać pracownikami, i nie na zatrudnianiu politycznych kolesiów-miernot na państwowych posadach.

Nie przekona mnie Marek Jurek, że patriotyzm i „przywracanie pamięci” to tylko pomniki Dmowskiego i „Ognia” oraz kult Powstania Warszawskiego. Znam bowiem także takie postaci, jak Kazimierz Pużak i Adam Ciołkosz, a bardziej niż straceńcze „chodzenie w bój bez broni” imponuje mi np. stworzenie prężnego ruchu spółdzielczego w międzywojniu.

Nie przekona mnie też Marek Jurek, że rozliczenie PRL-u polega na politycznych czystkach i medialnych skandalach przy użyciu niejasnej gry teczkami. Bo dla mnie lustracja ma sens tylko wtedy, gdy rzetelnie i całościowo wyjaśni raz na zawsze esbeckie mechanizmy, wskaże ich wykonawców oraz wpływ na przebieg wydarzeń, a wszystko to bez taryfy ulgowej i tendencyjności wedle polityczno-ideowego klucza. Uznam triumf lustracji wtedy, gdy IPN opisze rzetelnie nie tylko jawnych SB-ków oraz agentów rodem z dzisiejszego Salonu, ale także np. uwikłanie Lecha Wałęsy, kunktatorstwo Kościoła wobec komunistów, rolę opozycyjnych liberałów i „prawdzików” w niszczeniu lewicowo-syndykalistycznej frakcji „Solidarności” itp.

Nie przekona mnie też Marek Jurek, że dekomunizacja polega na niszczeniu pomników Ludwika Waryńskiego i „likwidacji” – jak chciała sojuszniczka Jurka, posłanka Małgorzata Bartyzel – 1-Majowego Święta Pracy. Bo Ludwik Waryński – inaczej niż kilku posłów PiS-u – nigdy nie był członkiem PZPR, a 1 Maja to święto nie komunistów, lecz tych, którzy na długo przed nastaniem PRL-u dopominali się w różnych krajach o godne traktowanie każdego człowieka, a na rodzimym gruncie domagali się właśnie „Polski solidarnej”…

Niestety, choć Marek Jurek i jemu podobni nie przekonali mnie, to dokonali tego wobec całego PiS-u To właśnie oni sprawili, że od wyborów roku 2005 partia stale przesuwa się w prawo, a jej pomysły na ład publiczny coraz bardziej przypominają groteskę i skansen. Oczywiście nie twierdzę, że Jurek et consortes to gromadka przebiegłych łotrów, którzy opętali „dobrych ludzi”. Ewolucja PiS-u odzwierciedla problem poważniejszy niż ideologiczny lobbing jakiejś grupy posłów. Jest ona efektem braku pomysłów na rozwiązanie kluczowych problemów, miałkości programowej tego środowiska, a także kwestii prozaicznych, bo generacyjnych – liderzy PiS z racji wieku i spędzenia większości życia w izolowanym systemie komunistycznym są po prostu słabo zorientowani w realiach współczesnego świata, a rzeczywistość postrzegają przez pryzmat problemów, których już dawno nie ma, bądź też mają o wiele mniejszą skalę niż niegdyś. To ostatnie piszę ze smutkiem, bowiem braci Kaczyńskich uważałem przez lata za polityków ze ścisłej polskiej czołówki, jeśli chodzi o horyzonty intelektualne. Niestety, sensownej obronie państwa narodowego, krytyce skutków tzw. decentralizacji (w praktyce: zawłaszczenia wspólnot lokalnych przez różne kliki) czy nazwaniu po imieniu hucpy o nazwie społeczeństwo obywatelskie, towarzyszy u nich zupełny brak zrozumienia problemów globalizacji, jakości życia, ekologii, przeobrażeń cywilizacyjnych itp. Jasne, że łatwiej być mądrym teoretykiem niż choćby przeciętnym praktykiem sprawowania władzy i że wielu obiektywnych uwarunkowań nie „przeskoczy” nawet najlepszy premier i prezydent. Ale gdy słucha się, jak Jarosław Kaczyński opowiada o ekologach blokujących rozwój Polski, bo nie chcą się zgodzić na zalanie betonem przepięknego miejsca po to, żeby niemieckie TIR-y mogły jeździć za półdarmo a spekulanci gruntami – zarobić sporo forsy, to trudno poważnie traktować kogoś takiego jako polityka, myśliciela, a także konserwatystę.

W efekcie wpływów „jurkistów” oraz braku refleksji pozostałych liderów tego środowiska, PiS wybrał najgorszą spośród możliwych dróg. Wyborczy program i hasła, a później sojusz z Samoobroną, świadczyły początkowo, że partia ta ewoluuje od sztampowej i jałowej prawicowości ku nowemu modelowi centrum. Takiemu, które zamiast technokratyzmu, nijakości i „poprawności” centrum standardowego – w Polsce symbolizowanego przez dawną Unię Wolności – wybrałoby umiejętne i twórcze łączenie najcenniejszych wątków lewicowych i prawicowych, a w sferze kulturowej dokonało syntezy tradycji i nowoczesności. Zamiast tego PiS zaczął się licytować w prawicowości, czego jedynymi efektami było zmarginalizowanie własnego sojusznika – LPR-u, a w wymiarze ideowo-kulturowym brak umiejętności odpowiedzi na kluczowe wyzwania, przed jakimi staje Polska. Oczywiście na krótką metę można w ten sposób utrzymać władzę – podkręcając atmosferę tropienia agentów, demaskowania skandali korupcyjnych, walenia jak w bęben w Salon czy „wykształciuchów” – ale długofalowo dla kraju wynikną z tego tylko kolejne zmarnowane lata, bo igrzyskami nie zastąpi się chleba. Rozłam dokonany przez „jurkowców” jest zresztą logiczną konsekwencją takiej durnej polityki. Wydawało się, że tak doświadczeni politycy jak Kaczyńscy rozumieją, iż na każdego radykała znajdzie się prędzej czy później radykał większy, „niezłomny” czy po prostu bardziej krzykliwy.

Odejście frakcji Jurka jest okazją do refleksji, co dalej. Jeśli PiS myśli o Polsce, nie zaś tylko o tej czy kolejnej kadencji, powinien zrobić coś przeciwnego niż do tej pory. Zamiast licytować się w radykalizmie i przekomarzać z Jurkiem czy Giertychem oraz potępiać wszystko to, co nie mieści się w wąskiej wizji prawicowości, powinien poszerzyć swoje spektrum ideowe i dostrzec nowe środowiska, które warto pozyskać do współpracy. Zdegustowanych dotychczasową Polską, czyli III RP, jest bowiem znacznie więcej niż w szeregach radykalnych „obrońców życia” czy przeciwników antykoncepcji. PiS powinien zostawić w spokoju „dusze” wyborców narodowo-katolickich, pozwalając „prawdziwym radykałom” i niezłomnym specjalistom od „wierności wartościom”, bić się o te 3 czy 6 procent głosów.

Zamiast tego Lech i Jarosław Kaczyńscy powinni na serio potraktować wielokrotne własne deklaracje – np. te o etosie żoliborskiej inteligencji i te o szacunku wobec dokonań obozu sanacyjnego. Nie rezygnując z pewnej dozy rozsądnego konserwatyzmu kulturowego i religijnego, warto dostrzec, że w Polsce są jeszcze inne wartościowe i perspektywiczne tradycje, niemal zupełnie nieobecne w postaci reprezentacji politycznych. Nie ma u nas nurtu wyrażającego poglądy „państwowców” (nie lewica, nie prawica, lecz dobro Polski), nie ma reprezentacji lewicy patriotycznej, nie ma środowisk, które dbałyby o interesy prowincji bez wikłania się w klimaty klasowo-zawodowe (tak jakby w małych miastach i wsiach mieszkali tylko rolnicy i „ofiary transformacji”, czyli żelazny elektorat PSL i Samoobrony), są miłośnicy przyrody i krajobrazu, którzy nie chcą być kojarzeni z lobby homo-feministycznym z Zielonych 2004, są patrioci, którym Dmowski śmierdzi naftaliną i absurdalnymi teoriami, są zwolennicy praw kobiet bez popadania w lewackie paranoje, są lokalni liderzy i społecznicy, którzy widzą fałsz odgórnej budowy społeczeństwa obywatelskiego przez Agorę S.A. i Fundację Batorego, są osoby pamiętające pierwszą „Solidarność” jako masowy ruch jednoczący Polaków ponad podziałami religijnymi, obyczajowymi i warstwowymi. Są przede wszystkim zwykli ludzie, którzy nie lubią skrajności aborcyjnych, gejowskich, religijnych itd. – zarówno w wersji „pro”, jak i „anty”. To oni wszyscy są tą „milczącą większością”, która czeka na swoją partię – a przede wszystkim na swoją Polskę, solidarną Polskę, piękną Polskę. Marek Jurek podarował PiS-owi – wbrew pozorom – świetny prezent. Teraz trzeba go rozpakować i umiejętnie wykorzystać.

Oni jak my

Wiadomo – bezdomni najgorzej mają zimą. Chleją, zasypiają gdzie bądź, otula ich biały śnieg i bezbarwne zimno. Jeśli nie znajdzie ich patrol policji, Straż Miejska albo poczciwa dusza – zamarzają. To źle, to argument przeciwko każdej ekipie rządzącej – czy to Buzka, czy Millera, czy Kaczyńskiego. Zimą o bezdomnych wspomni TVP, Polsat, TVN. Ekipa telewizyjna zrobi najazd na przytulisko czy noclegownię, pokaże zatłoczoną salę pełną łóżek, materaców, zniszczonych ludzi i parominutowy materiał zakończy bon-motem o wrażliwości społecznej. A później inny temat, inny świat, inne tragedie. Obowiązkowi reagowania na bolączki społeczne uczyniono zadość. Sprawy mogą dalej toczyć się swoim torem – instytucjonalnej rutyny, w której trudno wyliczyć stosunek bezradności do obojętności; pragnienia niesienia pomocy i bezwzględnie cynicznego pasożytowania na cudzym nieszczęściu.

Jak wielką niewiadomą są bezdomni, ujawnia między innymi niepewność statystyki – szacuje się, że w Polsce może żyć od 30 do 300 tysięcy osób dotkniętych bezdomnością (podaję te liczby za aneksem do książki Patrica Declercka „Rozbitkowie. Rzecz o paryskich kloszardach”). Są utrapieniem i hańbą wielkich miast – żyjący na marginesie i na margines spychani, otoczeni opieką, która właściwie nic nie zmienia w ich statusie – „wyjście z bezdomności”, reintegracja społeczna, wejście w krwioobieg normalnego życia, to niemal zawsze piękny sen, bo ciężar patologii ma kamienną naturę – osobowość zniekształcona jest tak bardzo, że życie inne niż wegetacja na marginesie znika z horyzontu widzenia. Stąd niełatwo w kilku słowach odeprzeć twierdzenia tych, którzy przekonują, że bezdomni są sobie winni. Tyle że – i tę odrębność trzeba jasno wykazać – ich odpowiedzialność wobec samych siebie i innych też jest wykoślawiona i niepełna. Bo to, co określamy mianem bezdomności, to wypadkowa zła społecznego i własnej słabości, krzywdy czynionej i doznawanej, obojętności świata i własnego egoizmu.

Zabrzmi to jak banał: bezdomność jest problemem społecznym właśnie dlatego, że jest problemem antropologicznym – dlatego nie rozwiązują go jadłodajnie, noclegownie, przytuliska, plakaty w miejscach publicznych z numerem infolinii dla bezdomnych. Państwo, które i tak ma skłonność traktować obywateli przedmiotowo, z bezdomnymi może sobie poczynać z zupełną dezynwolturą: schorowani, słabi, głupi, bez dochodów, niezdolni do rzeczowego wyartykułowania swoich pragnień (a większości są to i tak pragnienia aspołeczne) – są jak „milczące coś”, tak ciche, że aż nieobecne. Oczywiście – gdy defekują, żebrzą, awanturują się, lub gdy ich po prostu czuć w miejscach publicznych – stanowią zauważalny problem. Z tym jednak można poradzić sobie w sposób czysto mechaniczny – usuwając ich z widoku za pomocą odpowiednich służb. Co jednak zrobić z ich cierpieniem, poczuciem krzywdy, chorobliwym użalaniem się nad sobą, czasem pełną hipokryzji grą z instytucjonalnym światem, tym wszystkim, co składa się na rozpacz duszy? I jeszcze częste choroby psychiczne, mniejsze lub większe upośledzenia, prostytuowanie się; straszne i plugawe wspomnienia z dzieciństwa, straszne i plugawe wspomnienia z lat młodzieńczych, straszne i plugawe wspomnienia ze wczoraj, straszne i plugawe teraz, które jutro się powtórzy (o ile nie przyjdzie śmierć). Zarazem skrzywdzeni i krzywdzący – jak my wszyscy, tyle że niemal bez szans na ekspiację, na ukojenie inne niż narkotyczne czy alkoholowe. Nikt o zdrowych zmysłach nie chce mieć ich przy sobie.

Przypomina mi się nieistniejąca już noclegowania na Pawiej, w Krakowie. Stara kamienica, rudera niedaleko dworca PKP, ciemny przedsionek, niechętne spojrzenia mężczyzn, za których trzeźwość nie dałbym sobie ręki uciąć. W pokoju na górze zamknięty od wewnątrz na klucz siedział opiekun. Przytulisko miało zostać zlikwidowane, bo naprzeciwko dumnie zaczął się wznosić gmach „Galerii Krakowskiej”. Wcześniej wyrzucono bezdomnych z dworca – mieli się udać właśnie do noclegowni na Pawiej. Miejsc nie starczało dla wszystkich, opiekun nie miał szans zapanować nad klientelą. Tuż obok, w pustych pomieszczeniach powstała „dzika noclegownia”: smród, którego pochodzenia lepiej sobie nie wyobrażać, bił jak z czeluści. Tam bezdomni mogli pić, czasem przechodzili też do oficjalnie działającej noclegowni, choć opiekun starał się temu zaradzić (bo część bezdomnych pracowała dorywczo, także nad swoją „małą stabilizacją”).

Wiadomo było, że tak czy inaczej bezdomnych trzeba będzie wykwaterować. Fundacja (jak większość w Polsce chlubiąca się patronatem Brata Alberta) była prywatna, więc od miasta nic się jej nie należało. Poza tym – skąd lokal zastępczy z przeznaczeniem na noclegownię? Nikt nie zgodzi się na coś takiego w swojej okolicy. Bezdomnych wykwaterowano na dzień przed otwarciem „Galerii Krakowskiej”, by nic nie psuło humoru wchodzącym do przybytku konsumpcji. Tej konsumpcji, w której wykluczeni uczestniczyć nie mogą, nie mają sił, są zbyt apatyczni, bez motywacji, zbyt mało zaradni. Trzydziestoletni, podejrzliwi starcy, przygłupie nastolatki, którym „przyjaciel” zrobił brzuch, lumpy, którzy w mądre słowa ubierają pożądliwe trzęsienie dłoni na widok alkoholu – oni wszyscy muszą być usunięci z widoku świata, który konsumuje w bardziej wysublimowany, choć często nie mniej egoistyczny sposób. Tak, jakby społeczeństwo bało się swojej parodii, bo jednak wciąż może się w niej domyślać zbyt wielu własnych cech.

Minęła druga rocznica śmierci Jana Pawła II. Przy tej okazji przypomniał mi się wywiad, jaki przed laty przeprowadziłem dla jezuickiego „Życia Duchowego” z Tomaszem Sadowskim, założycielem „BARKI”, którego poznałem jeszcze jako licealista. Sadowski mówił m.in. o inspiracji nauczaniem papieża, o braku solidaryzmu bogatych z biednymi, o tym, jak transformacja przyczyniła się do pauperyzacji części społeczeństwa, skąd (choć nie jest to absolutna reguła) często już tylko krok do wykluczenia. Chłopakowi przed maturą imponował brodaty facet, który zdecydował się razem z żoną i dziećmi mieszkać pod jednym dachem z ludźmi z marginesu. Nazbyt idealistycznie wierzyłem, że to tak piękne i szlachetne – więc pewnie łatwo przychodzi i wszyscy są mu bardzo wdzięczni. Nieco później przez dwa miesiące pracowałem w przytulisku dla bezdomnych, w Przegalinie, niewielkiej miejscowości koło Gdańska. A jakże – nosiło imię brata Alberta. Tam na własnej skórze przekonałem się, jak wielkiego trudu wymaga bycie z bezdomnymi. Jak wielkiego samozaparcia. I że jest w dużej mierze sztuką radzenia sobie z niepowodzeniem i rozczarowaniem. Tak, sądzę, że bez tego nie istnieje duch społecznictwa, jeśli nie sprowadza się do papierkowej roboty lub cwaniactwa. I jest hojnością dawaną za nic. Ale trzeba mieć co dać.

I właściwie trzeba by zapytać, w imię czego społeczeństwo: normalni, zwykli, przyzwoici, stateczni ludzie mają cokolwiek ofiarować bezdomnym? Czy są im coś winni? Czy mają dług do spłacenia? To jest pytanie o to, dlaczego lepsi, bogatsi, zdolniejsi, szczęśliwsi, mądrzejsi (choćby tylko we własnym mniemaniu) mają zobowiązania wobec gorszych, biedniejszych, nieudaczników, zrozpaczonych i głupich? Zdrowi wobec chorych? Dlaczego mają pamiętać o tych przerażających, strasznych, a czasem i niegodnych ciepłego słowa ludziach? I dlaczego krzywda tej garstki ma rzucać się cieniem na całe społeczeństwo? Bo cóż jestem winny ja, ty, bólowi tych istot? Nic nas nie łączy – poza człowieczeństwem. I nic nie znaczy, że przyszła wiosna, że kwitną kwiaty, że bezdomni nie zamarzają i znikają z pola widzenia. Są o krok, a choć to straszna przepaść, na tamtym brzegu wciąż są ludźmi. O ile to słowo jeszcze coś dla nas znaczy.