przez Remigiusz Okraska | wtorek 14 sierpnia 2007 | Felietony - Remigiusz Okraska
Rządy braci Kaczyńskich miały w zamierzeniu przerwać wreszcie okres swoistej wielkiej smuty, kiedy to po roku 1989 zamiast wymarzonej wspaniałej Polski wszystko było nie tak. Żyliśmy w krainie wszechstronnego absurdu, którego poszczególne przypadki mogłyby z powodzeniem trafić do jakiejś światowej księgi rekordów i zająć tam poczesne miejsce.
Dawni komuniści stali się czołowymi zwolennikami wolnego rynku. Dawni SB-cy – obrońcami swobód obywatelskich. Dawni partyjni koledzy Czesława Kiszczaka, autora osławionej akcji „Hiacynt” – orędownikami praw mniejszości seksualnych. Dawni kumple Moczara – przeciwnikami antysemityzmu. Dawny wrażliwy społecznie Jacek Kuroń dał się poznać jako zwolennik liberalizmu i wspólnik Balcerowicza. Symbol antykomunistycznej opozycji, Adam Michnik, został politycznym przyjacielem generała Jaruzelskiego. „Gazeta Wyborcza”, czyli środowisko dawnego „Tygodnika Mazowsze”, okazała się pracodawcą agenta SB Lesława Maleszki, nawet po jego zdemaskowaniu. Szemrane interesy Jana Kulczyka zyskały certyfikat wiarygodności od ojców paulinów z symbolicznego klasztoru na Jasnej Górze. Największym przyjacielem Polski jawili się Niemcy, którzy od kilku stuleci, dziwnym trafem, zapisywali się na kartach historii w zgoła odmiennej roli. Rosnące wskaźniki biedy i wykluczenia społecznego oznaczały „wzrost gospodarczy” i „doganianie Europy”. Jednobrzmiący chór masowych mediów był „pluralizmem”, zaś brutalne nagonki na wszelkich przeciwników – „tolerancją”. Wyprzedaż strategicznych przedsiębiorstw i banków przedstawiana była jako „polska racja stanu”. Masowa, planowa likwidacja wielu zakładów pracy stanowiła wyraz „etatyzmu” i „nadmiernej ingerencji państwa w gospodarkę”. 40-złotowe zasiłki z opieki społecznej były przejawem „postawy roszczeniowej” i „mentalności socjalistycznej”. Tę wyliczankę można ciągnąć niemal w nieskończoność, ale szkoda zdrowia i czasu.
Wydawało się, że owa sytuacja nie będzie miała końca, a teatr absurdu potrwa przynajmniej kilka dekad. Gdy dziś słyszę opinie, że w Polsce nie da się żyć, a jedynym wyjściem wobec sytuacji politycznej i ekonomicznej jest emigracja do Anglii czy Szwecji, to przypominają mi się nastroje panujące wśród moich przyjaciół i znajomych na przełomie wieków. My też wówczas chcieliśmy wyjeżdżać, nie widząc tu dla siebie miejsca w obliczu, zdawałoby się, niemożliwej do przezwyciężenia hegemonii – jak trafnie określił to Cezary Michalski – „jednej partii [SLD] i jednej gazety [„Wyborczej”]”. Bo i co innego można było uczynić? Autentyczna lewica mogła tylko tęsknie wzdychać, rozpamiętując początki Unii Pracy, mającej szansę stać się formacją faktycznie prospołeczną i antykomunistyczną zarazem. Autentyczna prawica zaś mogła ronić łzy na wspomnienie rządu Jana Olszewskiego. A jednym i drugim zbierało się na wymioty, gdy widzieli, że za szyldem „społeczeństwa obywatelskiego” czai się stado cwaniaków żyjących z grantów Fundacji Batorego, otrzymywanych na mentalną tresurę „Ciemnogrodu” i wciskanie społeczeństwu kitu, że podstawowym problemem dzikiego kapitalizmu są niedostateczne zachwyty nad paradami gejów i lesbijek. I rzeczywiście, wielu z nas wyjechało, inni uciekli w prywatność, jeszcze inni zaczęli przechodzić do obozu wroga – a garstka pozostałych nawet nie miała do nich pretensji. Bo z tonącego okrętu uciekają szczury, lecz ci, którzy wraz z łajbą idą na dno, mają bardzo umiarkowaną satysfakcję…
I wtedy stał się cud. Gdy okazało się, że „Przychodzi(ł) Rywin do Michnika” i rozpętała się afera związana z próbami regulacji mediów, cieszyliśmy się jak dzieci. Nie dlatego przecież, że jej takie postacie, jak Czarzasty czy Jakubowska były bohaterami naszej bajki, lecz z tego powodu, że ich faktyczne czy urojone geszefty zachwiały potężnym gmachem. Podobną radość sprawiły nam wyniki wyborcze Samoobrony i LPR-u w roku 2001. Również nie dlatego, że Andrzej Lepper jawił się komuś z nas jako mąż stanu i mąż opatrznościowy zarazem, ani dlatego, by zbieranina neoendeckich dziwolągów węszących obce spiski dawała nadzieję na stworzenie sensownej alternatywy systemowej. Wystarczyło nam to, że wszechwładza liberalnej elity doznała uszczerbku, choćby był on tylko symboliczny. W takiej Polsce znów chciało się żyć, bo wreszcie można było w niej oddychać pełną piersią.
A później było tylko lepiej. Post-peerelowski ancien regime sypał się jak domek z kart. Były skandale, wyroki, komisje śledcze. Były sondaże opinii publicznej. W szerokim obiegu pojawiły się tezy spychane przez lata na margines jako „teorie spiskowe”. Napiętnowanie w „Gazecie Wyborczej” już nie przekładało się na powszechny środowiskowy ostracyzm wobec ofiar nagonki. Prysł mit kapitalizmu, który tuż tuż, jeszcze trochę, już za rogiem, objawi się jako kraina dobrobytu. Gdy tak wielka część społeczeństwa znalazła się za burtą, gdy w niemal każdej rodzinie ktoś pozostawał bez pracy, nie dało się już wmawiać, że to efekt niedostatecznego wdrożenia zasad wolnego rynku, a bezrobotnymi są wyłącznie lenie i nieudacznicy. Coś pękło, coś się skończyło – ten tytuł głośnego tekstu Jacka Żakowskiego okazał się dobrze oddawać sytuację o kilka lat późniejszą niż ta, którą opisywał oryginał.
I wtedy stał się drugi cud. Pojawił się zarówno nowy język ideologicznego opisu rzeczywistości, jak i sukces ugrupowań politycznych, które go sformułowały. Jałowe ględzenie o „komunie” i „wartościach chrześcijańskich” oraz ich antytezach ustąpiło miejsca zdefiniowaniu konfliktu w kategoriach klasowych. Spór „Polski solidarnej” z „Polską liberalną” nie tyle odrzucał kulturowy wymiar konfliktu, ile wzbogacał go wreszcie o kategorie ekonomiczne. We właściwym świetle ukazywał polskie realia – kraju, w którym toczy się bitwa między elitą liberalną gospodarczo i obyczajowo, a „Ciemnogrodem”, który nie tylko jest wyzyskiwany ekonomicznie, ale również poddawany opresji kulturowej. Już sama zmiana języka opisującego podziały społeczne była ważnym wydarzeniem. Jednak prawdziwym przełomem stała się zbudowana na tym fundamencie przemiana – jak się wkrótce okazało, niestety krótkotrwała – w dziedzinie realnej polityki.
Tuż przed wyborami roku 2005 było oczywiste, że w nowym parlamencie silną pozycję będą miały właśnie „solidarny” PiS oraz populistyczno-lewicowa Samoobrona. Ale nikt nie spodziewał się tego, co zdarzyło się później. Jak dziś pamiętam, że wielu z nas szło oddać głos na PiS tylko po to, żeby w planowanej koalicji rządowej właśnie ta partia miała możliwie jak najsilniejszą pozycję, bo liberałowie-aferałowie z PO jawili się jako ogromne zagrożenie ekonomicznych interesów „szarego człowieka”. Nikt z nas nie spodziewał się wtedy, że możliwy jest zupełnie inny scenariusz.
Koalicja z Samoobroną oznaczała nie tylko – choć i to było czymś bardzo ważnym – faktyczne przezwyciężenie anachronicznego podziału wyznaczanego stosunkiem do PRL i zastąpienie go teraźniejszymi wyzwaniami. Była ona przede wszystkim nadzieją na to, że bracia Kaczyńscy serio potraktowali „klasowy” wymiar antagonizmów politycznych w Polsce. Nawet dokooptowanie LPR-u, znacznie słabiej akcentującego kwestie ekonomiczne, a wręcz ocierającego się o liberalizm gospodarczy, pozwalało mieć nadzieję na kurs rządowego okrętu w dobrym kierunku. Co prawda „kapitalizm narodowy” to ideologia raczej krótkowzroczna, ale zawsze mniej szkodliwa niż reprezentowanie interesów burżuazji kompradorskiej i ponadnarodowej oligarchii finansowej w wykonaniu liberałów „bezprzymiotnikowych”. Do pełni szczęścia brakowało chyba tylko pozyskania antyliberalnego PSL-u, a przede wszystkim – co stanowiło trudność natury obiektywnej – obecności w Polsce bardziej „miejskiej” niż Samoobrona lewicy patriotycznej. Taki Rząd Jedności Narodowej, oparty na krytyce liberalizmu i neutralizowaniu jego skutków, byłby największym szczęściem Polski od roku 1918. Jednak koalicja PiS – SO – LPR i tak była wielkim powodem do radości, tym większym, że zaledwie kilka miesięcy wcześniej realną wizją był „Prezydent Tusk” i „premier z Krakowa”, ucieleśniający najgorsze cechy chamskiego liberalizmu oraz paniczykowatej dulszczyzny.
W Polsce miała dokonać się sanacja. Jednak, jak wspomniałem, myśliciel z Trewiru dostrzegł tę prawidłowość, że historia powtarza się jako farsa. Z sanacyjnych rządów Piłsudskiego bracia Kaczyńscy wzięli to, co najgorsze, pomijając jej pozytywne aspekty. Jest to tym bardziej dotkliwe, że o ile Marszałek miał wśród przeciwników naprawdę porządne osoby i wartościowe partie, a ówczesny spór dotyczył raczej strategii i metod politycznych oraz ambicji personalnych i temperamentów, o tyle dzisiaj PO i współczesny „Centrolew” to poza nielicznymi wyjątkami zbieranina albo miernot i durniów, albo łotrów, albo bezideowych cwaniaków.
Dwuletnia rzeczywistość rządów właśnie zdemontowanej koalicji stała przede wszystkim pod znakiem bezradności. Zamiast realizacji egalitarnej polityki otrzymaliśmy kontynuację kursu liberalnego, którego symbolem stały się nazwiska Gilowskiej w roli ministra finansów i Gwiazdowskiego jako szefa ZUS. Nie wprowadzono rozwiązań całościowych, systemowych, typowych dla polityki „socjaldemokratycznej”, kładąc nacisk na okazjonalne prezenty w rodzaju becikowego czy symbolicznych podwyżek zasiłków socjalnych, czyli zabiegi przepełnione duchem paternalistyczno-filantropijnym. Niewiele poza szumnymi zapowiedziami wyszło ze zwiększenia ochrony praw pracowników najemnych, za to pracodawcy dostali kilka kolejnych prezentów, jakby mało było ich dotychczasowej wszechwładzy. Interesy wielkiego kapitału nie zostały naruszone nawet odrobinę, czego wymownym świadectwem jest utrzymanie możliwości zmuszania zatrudnionych przez hipermarkety do harówki w niedziele. W kraju ogromnych różnic społecznych bogaci dostali prezent w postaci likwidacji podatku spadkowego, żeby owe dysproporcje pogłębić i utrwalić na lata.
Ekonomiczna „baza” została w rękach liberałów, wbrew temu, co stało się przyczyną wyborczego sukcesu PiS, czyli zdefiniowaniu konfliktu w kategoriach ekonomicznych. Nacisk położono na kwestie polityczne i kulturowe. W tym właśnie należy upatrywać fiaska koalicji. Liderzy obozu władzy przedstawiają problem – zwłaszcza post factum – jako starcie uczciwych i konsekwentnych „szeryfów” z całymi zastępami łotrów i oszustów, skupionych zarówno w opozycji, jak i w partnerskiej do niedawna Samoobronie. Ale jeśli odrzucimy tę propagandę, to okazuje się, że konflikt przebiegał między obsesyjnym poruszaniem się w sferze mitów przez liderów PiS, a konkretnymi, twardymi oczekiwaniami Samoobrony w kwestii prowadzenia polityki prospołecznej. To, co wydawało się przezwyciężone w trakcie kampanii wyborczej, wróciło z impetem po zwycięskim marszu ku władzy. Tworzenie „Polski solidarnej” ustąpiło miejsca tropieniu agentów, spisków, powiązań, patologicznych struktur, demaskowaniu, ujawnianiu itp. Spory w koalicji okazały się kłótnią między pragmatykami a idealistami. Zwykle mam dla idealistów wiele sympatii, ale nie wtedy, gdy poza ideałami nie widzą realnego świata, a one same zmieniają się w mity i obsesje.
Oczywiście część „demaskatorskich” działań PiS była i jest potrzebna. Nie ma wątpliwości, że Polska post-komunistyczna jest w wielu istotnych dziedzinach przeżarta patologicznymi układami i że sporą część newralgicznych miejsc systemu politycznego, gospodarczego czy medialnego obsadzili reprezentanci przeróżnych szkodliwych grup interesu – i tych, których korzenie sięgają dalekiej przeszłości, i tych powstałych już w „nowej rzeczywistości” demokratycznej Polski. Bezpardonowa rozprawa z nimi byłaby nie tylko pożądana z punktu widzenia jakości i celowości działań państwa – usprawniając jego struktury, nakierowując je na służenie dobru wspólnemu, torpedując żerowanie na publicznym groszu. Byłaby istotna także pod względem symbolicznym, obnażając wiele mitów i dętych autorytetów, rozbijając system wzajemnego poklepywania się po plecach i stosowania zasady „ręka rękę myje”. Problem polega jednak na tym, że w praktyce politycznej PiS-u takie działania stały się jedyną sferą zainteresowania jego liderów.
Tymczasem spora część społeczeństwa zamiast igrzysk chce chleba, czy raczej – konkretów odczuwalnych i przekładających się na ich codzienne życie. Nie rozplątywania „szarej sieci” w biznesie, lecz skutecznego systemu pomocy bezrobotnym i wykluczonym społecznie. Nie spektakularnych aresztowań lekarzy-łapówkarzy, lecz łatwo dostępnych i porządnych publicznych usług medycznych. Nie rozliczania oficerów WSI, lecz sprawnej i konkretnej pracy policji przeciwko złodziejom samochodów, stadionowym chuliganom czy parkowym bandziorom. Nie tropienia afer korupcyjnych, lecz potanienia horrendalnie drogich i trudno dostępnych mieszkań. Oczywiście patologie agenturalno-łapówkarsko-lobbystyczne należy zwalczać bez pardonu, ale to nie one stanowią sedno rzeczywistości społecznej.
Władza PiS okazała się bezradna – mniejsza o to, czy z powodów ideologicznych, biograficznych czy jeszcze jakichś innych – wobec większości problemów, jakie trapią społeczeństwo. Liderzy tej partii nie rozumieją, że rola wszelkich patologii jest być może znaczna, ale to nie one określają sedno i charakter zachodzących zjawisk. Słuchając ich wypowiedzi można dojść do wniosku, że żyjemy na malutkiej wyspie, otoczonej zewsząd ogromnym oceanem, bez styczności z innymi zbiorowościami. A przecież wystarczy spojrzeć na kraje Zachodu – gdzie nigdy nie było komunizmu, zaś struktury władzy są o wiele bardziej przejrzyste niż u nas, podobnie jak styk polityki z biznesem – albo na te kraje postsocjalistyczne, gdzie rozliczenia poprzedniego systemu i ujawnienia agentów dokonano już dawno temu (byłe NRD, Czechy), by przestać wierzyć w to, że wszelkie polskie nieszczęścia wynikają z dziedzictwa PRL-owskiej przeszłości czy grzechów okresu transformacji. Doprawdy, nie wiem czy śmiać się, czy raczej płakać, gdy widzę ludzi, którzy w obliczu inwazji skomplikowanych problemów epoki globalizacji, neoliberalizmu i gospodarczego neokolonializmu szukają panaceum na wszelkie nieszczęścia w lustracji, rozbijaniu „układów” i tropieniu personalnych powiązań…
Nic dziwnego, że polityka oparta na tak krótkowzrocznych i błędnych przesłankach nie przynosi spodziewanych efektów. Prawdziwy problem pojawia się jednak dopiero w momencie, gdy zamiast wyciągnąć wnioski z porażek i błędów, zaleca się intensyfikację dotychczasowych działań, wierząc, że gdy będą one jeszcze „prawdziwsze”, wówczas przyniosą rezultaty. Ta szlachetna głupota przypomina mi idealistów komunistycznych. Oni na wszelkie wady realnego komunizmu reagują nie refleksją nad założeniami wyjściowymi i ich sensem, lecz wezwaniami do powrotu do źródeł. Bracia Kaczyńscy i ich ekipa robią dokładnie to samo – gdy coś nie gra, to zamiast weryfikacji swojej ideologii, uważają oni, że problem w zbyt „słabym” jej wdrażaniu. Za mało zdemaskowanych agentów, za mało śledztw, za mało ujawnionych powiązań, zbytnia pobłażliwość w stosowaniu przyjętych zasad…
O ile jednak ortodoksyjni komuniści kultywują swoje dziwactwa w małych grupkach, o tyle PiS czyni to na skalę całego państwa. Pokłosiem takiej ideologii jest niemożność rozpoznania przyczyn własnych błędów – widzi się tylko, że „coś tu nie gra”, jednak nie rozumie dlaczego. Stąd zamiast zmian w samej ideologii, jest tylko zmiana w jej stosowaniu. Rażą mnie publicystyczne porównania obecnej władzy do zamordyzmu bolszewickiego, ale jest coś na rzeczy w wykpiwaniu wywodów Kaczyńskich jako przypominających stalinowską tezę, że w miarę postępów socjalizmu walka klas się zaostrza. Bo tak to właśnie działa w partii politycznej, która przemienia się w ideologiczną sektę z nieomylnymi guru. Świetnie to było widać na przykładzie, zdawałoby się, pozapolitycznego sporu o Dolinę Rospudy. Rządzący, zamiast spokojnie posłuchać argumentów drugiej strony i najzwyczajniej w świecie zmienić szkodliwy wariant przebiegu tej trasy, będący zresztą przecież spadkiem po poprzednich rządach (co można było w dodatku wykorzystać propagandowo), potraktowali czysto techniczny spór jako ideologiczny i polityczny atak na samych siebie. Dowiedzieliśmy się więc o spisku ekologów i „Gazety Wyborczej” – spisku nie tylko w tej konkretnej sprawie, ale mającego na celu zahamowanie wręcz całego rozwoju Polski, nie wiadomo zresztą w zasadzie na czyje zlecenie, Brukseli, Berlina czy Putina, bo w obiegu krążyły różne wersje.
Władza oparta w tak skrajnym stopniu na ideologii nie przyjmuje bowiem do wiadomości, że mogła się pomylić, dokonać złej oceny sytuacji, a jej oponenci mogą od czasu do czasu mieć rację. Z władzą tak motywowaną nie opłaca się – gdy jest dostatecznie silna – wchodzić w spór. Nie dość, że postawi na swoim w tej konkretnej sprawie, to jeszcze w myśl zasady „na złość babci odmrozimy uszy”, popełni czym prędzej identyczny błąd w podobnych dziesięciu czy stu przypadkach, żeby zagłuszyć ewentualne wątpliwości własne i społeczeństwa. W tej logice bowiem każdy, kto kwestionuje cokolwiek z teorii i praktyki politycznego hegemona, staje się od razu jego śmiertelnym wrogiem, którego należy zniszczyć.
Oczywiście byłoby głupotą sądzić, że w polityce przeciwnicy dają rządzącym same cenne wskazówki i chodzi im wyłącznie o wspólne dobro. Jednak idealizm podniesiony do rangi absolutu sprawia, że nigdy nie próbuje się nawet rozważyć argumentów drugiej strony, a każde odstępstwo od głównego wzorca traktowane jest jako krecia robota o dalekosiężnych diabelskich celach. Dlatego też Samoobrona, która nie odwoływała się do tej samej ideologii „antyagenturalnej”, lecz kładła nacisk na wspólny – jak się jej jeszcze wówczas zdawało – mianownik „Polski solidarnej”, w naturalny sposób z sojusznika stała się wrogiem. W koalicji nie było już rozbieżnych ocen i różnic w akcentowaniu tych samych kwestii, lecz „warcholstwo” i „torpedowanie działań rządu”. Andrzej Lepper z „trudnego partnera” zmienił się w „przestępcę”, a jego partia w „element patologicznego układu” czy „obrońców III RP”.
Rzekoma afera łapówkarska w ministerstwie rolnictwa nie była żadnym momentem zwrotnym. Wystarczyło uważnie wsłuchać się we wcześniejsze – i to o dobrych kilka miesięcy – wypowiedzi liderów PiS, by wiedzieć, że drogi obu partii się rozchodzą, a każdy pretekst do zakończenia współpracy będzie dobry. Warto przypomnieć rozważania o zablokowaniu przestępcom możliwości kandydowania do parlamentu, niedwuznacznie wymierzone w Leppera, a padające z ust prominentnych polityków PiS. W tych wywodach pomijano oczywisty fakt, że Lepper – cokolwiek by nie sądzić o jego stylu uprawiania polityki – nie został skazany za żadne przestępstwo kryminalne, lecz za działalność publiczną spod znaku obywatelskiego nieposłuszeństwa. Człowiek, który blokował egzekucje komornicze zadłużonych gospodarstw, wysypał na tory przemycane zboże, albo w oparciu o dostępne sobie informacje formułował oskarżenia polityczne wobec polityków i biznesmenów, jest postacią kontrowersyjną i niekoniecznie godną poparcia, ale nie jest złodziejem, łapówkarzem, mordercą czy defraudantem. Gdyby to wszystko chcieć wpisać do katalogu z napisem „przestępstwa”, to przestępcami okazaliby się Mahatma Gandhi, Nelson Mandela czy Wojciech Drzymała – i nie zmienia tej oceny nawet fakt, że były to postaci sympatyczniejsze niż lider Samoobrony.
Lepper musiał stać się obiektem napaści nie dlatego, że dokonał czynów wątpliwych prawnie lub moralnie, lecz z powodu odmiennej oceny sytuacji i podejmowanych priorytetów. To nie jest żaden spór personalny między uczciwym szeryfem a rzezimieszkiem, ani też walka partii „czystej” z „podejrzaną”, lecz konflikt między tymi, którzy hasło „Polski solidarnej” potraktowali jako wyborczy wabik, a tymi, którzy do dziś traktują je serio. Nie mam przy tym na myśli tego, że socjalne propozycje Samoobrony są trafne, a przedstawicielom owej partii na pewno nie zdarzyły się kolizje z prawem czy zasadami etycznymi. Logika wydarzeń wskazuje jednak, że taki sam los, jaki spotkał Leppera, stałby się – choć zapewne pretekst byłby inny – udziałem każdego innego koalicjanta czy nawet kogoś z PiS-u, gdyby i oni zamiast położenia nacisku na tropienie agentów i demaskowanie „układów” zażądali wywiązania się z obietnic prowadzenia polityki prospołecznej. A gdy chce się uderzyć psa, to kij zawsze się znajdzie.
I PiS ten kij znalazło. Jest on bardzo wątpliwej jakości. Nawet pomijając wszelkie zastrzeżenia i duże znaki zapytania wobec akcji CBA i stosowanych przez nią metod, trudno uwierzyć, aby oskarżanie Leppera o chęć przyjęcia łapówki miało sensowne podstawy. Zawrotna nie była kwota, którą minister rolnictwa miał otrzymać. Tym bardziej, gdy mówimy o człowieku, który po latach funkcjonowania w roli folkloru politycznego dostał się wreszcie na salony, zyskując poważną szansę pozostania tam do końca życia. Lepper biorąc łapówkę w tym momencie, musiałby być skończonym idiotą, a przecież cała jego kariera pokazuje, że mimo braków w wykształceniu i obyciu, jest to człowiek inteligentny. Dla jednorazowego przypływu gotówki, której kwota może budzić zazdrość zwykłego śmiertelnika, ale przecież nie człowieka ze szczytów władzy, ryzykowałby on nie tylko odpowiedzialność karną, lecz także zakończenie kariery politycznej. Czyniłby to w dodatku jako lider partii, która na celowniku mediów i przeciwników politycznych znajduje się nieustannie, a on sam wnikliwie obserwowany i poddawany analizom jest jak mało która inna osoba w Polsce. Naprawdę trudno w to uwierzyć.
To wszystko nie byłoby warte analizy, gdyby nie skutki takiego obrotu sprawy. A skutki owe to kres marzeń o „Polsce solidarnej” oraz o istotnym zwrocie w kwestiach społeczno-gospodarczych. Wszystko wskazuje na to, że choć nie czeka nas powrót do realiów sprzed „afery Rywina” i wyborów roku 2001, to nie ma także szans na zakwestionowanie neoliberalnej ścieżki, którą podąża Polska po roku 1989. Czy będą to samodzielne rządy PO, czy jej koalicja z LiD-em, czy też powrót PO-PiS-u, tak czy tak w kwestiach „bazy” czeka nas tylko zmiana na gorsze. Obecna partia władzy szybko porzuciła hasła solidarystyczne, potwierdzając przy okazji, że nigdy nie traktowała ich serio i nie rozumiała nawet, na czym taka polityka miałaby polegać. Paradoksalnie, dla PiS-u koalicja z PO jako silniejszym partnerem byłaby idealnym rozwiązaniem – pomijając spory ambicjonalne i animozje personalne, bracia Kaczyńscy mogliby w tym układzie zająć się tym, w co wierzą i poza co ich horyzonty nie wykraczają. Liberałowie z PO mogliby w spokoju prowadzić politykę korzystną dla finansowej oligarchii, byleby robili to z „czystymi rękoma” (jak ich idolka Margaret Thatcher), a PiS nie przeszkadzałby im w tym wcale, w najlepsze tropiąc agentów, rozliczając przeszłość, promując „wartości chrześcijańskie”, „walcząc z przestępczością” itp. Lepszego prezentu – poza samodzielnymi rządami, co jest nierealne – partia braci Kaczyńskich nie mogłaby otrzymać od losu.
Sęk w tym, że to, co dobre dla PiS-u, niekoniecznie jest dobre dla Polski. Zwłaszcza dla „Polski solidarnej”.
przez Remigiusz Okraska | czwartek 19 lipca 2007 | Felietony - Remigiusz Okraska
Dominująca opcja proamerykańska w polskiej polityce zagranicznej jest zarówno w pewnym sensie zrozumiała, jak również – niestety – obarczona sporą i wciąż rosnącą liczbą kłopotliwych implikacji. Gorący temat budowy elementów tzw. tarczy antyrakietowej na terytorium naszego kraju zmusza chcąc nie chcąc do refleksji nad tym, jak mogłaby wyglądać opcja alternatywna.
Problem w tym, że ledwie ktoś zasugeruje, iż Wuj Sam niekoniecznie jest najbardziej fortunnym partnerem, czy raczej protektorem Polski, wrzuca się śmiałka do worka pełnego epitetów, z których najłagodniejszy to „rusofil”, a kolejne są już znacznie bardziej obraźliwe. Choć ostre pyskówki polityczne i towarzyszące im prostactwo „argumentów” (przerzucanie się „faszystami”, „populistami”, „komunistami” czy „liberałami”), są chlebem powszednim naszej debaty publicznej, to właśnie w tej jednej kwestii – sojuszu z USA – chór jest jednomyślny, a nieliczne wyjątki poddane zostają nagonce wyjątkowo zajadłej i bezpardonowej. Nawet jeśli nie przybiera ona postaci steku oszczerstw i kalumnii, to i tak bazuje na daleko posuniętych, krzywdzących uproszczeniach.
Dobrym, niedawnym przykładem jest tekst Barbary Fedyszak-Radziejowskiej, zamieszczony w „Rzeczpospolitej” z dnia 16 lipca. Komentując plany powołania wspólnej partii na bazie Samoobrony i Ligi Polskich Rodzin, autorka nazywa ów twór „Partią miłośników Rosji”. Co znamienne, teza taka nie pojawia się jako wniosek płynący po prostu z analizy programów czy praktyki obu stronnictw. Fedyszak-Radziejowska pisze bez owijania w bawełnę: „Jedyną świeżą i oryginalną na naszej scenie politycznej programową ofertą tworzącej się partii będzie /…/ sympatia do Rosji. Trudno sądzić, że jest to oferta atrakcyjna dla szerokich rzecz wyborców. Sytuacja jednak może się nieco zmienić. Polacy bowiem – jak wiadomo – są przeciwnikami instalacji tarczy antyrakietowej na terenie naszego kraju. Dlatego boję się, że ten aspekt może okazać się najbardziej nośną częścią kampanii LiS”.
Określenie „partia miłośników Rosji” jest eleganckie na tle epitetów, jakimi obdarza się zazwyczaj tych, u których czołobitny stosunek wobec USA sytuuje się poniżej normy. Nie zmienia to faktu, że jego autorka dość swobodnie, a wręcz nonszalancko, wpisuje obie wzmiankowane partie w schemat miłośników Rosji, choć cechuje je zaledwie – i to raczej w wydaniu Samoobrony niż LPR – pewien sceptycyzm wobec nachalnej i ślepej opcji prozachodniej (w partii Andrzeja Leppera wypływa w dodatku raczej z pragmatyzmu gospodarczego, który zbyt często innym partiom jest przesłaniany przez tzw. politykę historyczną). Trudno byłoby wskazać np. jakieś znaczące postawy LPR, które świadczyłyby o prorosyjskiej orientacji polityków tej partii. Można wręcz zaryzykować tezę, że jak na spadkobierców idei Romana Dmowskiego jest ona zadziwiająco powściągliwa wobec Rosji, podobnie zresztą jak w kwestii postaw antyzachodnich, które wyczerpują się głównie w krytyce centralistyczno-unijnych projektów europejskich. Fedyszak-Radziejowska jednak mimochodem demaskuje kiepską logikę własnych opinii. Wedle niej – i mnóstwa podobnych autorów – wystarczy być ostrożnym wobec pomysłów USA, aby zasłużyć na miano miłośnika Rosji. Takie uproszczenie, choć zrozumiałe na gruncie sporów politycznych i napiętnowania przeciwników, rzutuje jednak wielkim, ponurym cieniem na jakość debaty o polityce zagranicznej i sojuszach międzynarodowych.
Niezbędne będzie tu zastrzeżenie o odmiennej wymowie. Otóż w Polsce sympatia wobec USA jest znacznie bardziej uzasadniona i ugruntowana, niż chcieliby to widzieć zwolennicy bojowego „antyamerykanizmu”. Sprawa nie jest bowiem tak jednoznaczna, jak choćby w części krajów Europy Zachodniej. Ma ona przynajmniej kilka istotnych aspektów.
Po pierwsze, Stany Zjednoczone w jakimś stopniu – trudnym do jednoznacznego oszacowania – przyczyniły się do upadku komunizmu i nastania systemu, który choć nie pozbawiony licznych i dotkliwych wad, ma jednak wystarczająco dużo zalet, by uznać go za jakościowo lepszy niż poprzedni ustrój. Piszę to jako ktoś, kto Ronalda Reagana uważa za ideologicznego maniaka, ekonomicznego szaleńca oraz politycznego łotra. Jego prostacka wersja chrześcijaństwa, typowa dla amerykańskiego sekciarstwa, połączona z apoteozą szkodliwej wiary w tzw. wolny rynek, to wszystko zaś wsparte w polityce zagranicznej o działania z pogranicza zwykłych zbrodni, stanowiły wyjątkowo groźną mieszankę wybuchową, a jej negatywne skutki dla świata i samych Stanów Zjednoczonych są odczuwalne jeszcze dziś. Nie da się jednak ukryć, że – jakkolwiek motywowana oraz realizowana – jego polityka wobec ZSRR i całego Bloku Wschodniego miała wpływ na korzystny dla Polski upadek komunizmu. Gdyby nie Amerykanie, kto wie, jak wyglądałaby dziś nasza część Europy, ale można wątpić, by wyglądała lepiej niż obecnie.
Po drugie, istotna jest kwestia geopolityczna. Jakkolwiek strach przed Rosją wydaje się w Polsce mocno wyolbrzymiony a resentymenty „zaborczo-sowieckie” stanowczo nazbyt rozdęte, nie należy popadać w drugą skrajność i twierdzić, że ten olbrzymi, znaczący kraj, „przyzwyczajony” w toku dziejów do sytuacji, w której „kurica nie ptica, Polsza nie zagranica”, nie ma wobec nas żadnych zakusów, wynikających choćby ze zwykłej sprzeczności interesów, nie zaś z jakiejś demonicznej „antypolskości”.
Podobnie dzieje się z Niemcami , które to państwo tylko nader naiwni mogą postrzegać jako tygrysa pozbawionego, na własne życzenie, wszystkich zębów tylko dlatego, że razem z nami należą do wspólnego europejskiego klubu. W klubie owym, wbrew marzeniom sporej rzeszy prognostyków, nie zanikły ani antagonizmy narodowe, ani sprzeczności interesów, ani dbałość poszczególnych nacji o siebie, także kosztem dobra wspólnego. Unia Europejska co najwyżej łagodzi takie zjawiska, nie eliminując ich na trwałe, a powszechna harmonia nie zapanuje w niej choćby tylko z tego powodu, że poszczególne części składowe Wspólnoty znajdują się na nieraz diametralnie odmiennych szczeblach drabiny rozwojowej. To, co dobre dla nowoczesnego bogacza, niekoniecznie musi być właściwą receptą dla uboższego i zapóźnionego kuzyna.
W efekcie takiego obrotu sprawy, wcale nie takie głupie wydaje się szukanie wsparcia w podmiocie odległym geograficznie, lecz potężnym i mającym na Starym Kontynencie pewne interesy do załatwienia. Stąd też sojusz z USA wcale nie jest dla Polski aż tak bardzo negatywny choćby właśnie w kontekście stosunków sąsiedzkich oraz „gier i zabaw europejskich”, jak chcieliby to widzieć różnej maści bezrefleksyjni „antyamerykanie”.
Po trzecie wreszcie, nie można lekceważyć nastrojów społecznych. Polska jest tym krajem spośród byłych demoludów, w którym sympatie wobec Stanów Zjednoczonych są od lat najsilniejsze, nie zmniejszając się nawet pod wpływem negatywnej oceny niektórych konkretnych działań władz USA (jak choćby podejmowane interwencje militarne). Wynika to z różnych, nie do końca jasnych przesłanek, wśród których można wymienić choćby fascynację mitycznym bogactwem Jankesów, pewne podobieństwa w wojowniczo-indywidualistycznym etosie kulturowym obu nacji, czy też liczną w XX wieku imigrację naszych rodaków za ocean. To wszystko skutkuje większą „naturalnością” sojuszu z USA niż miałoby to miejsce w takich krajach, jak np. Czechy czy Serbia.
Pewna „proamerykańskość” Polski byłaby zatem zarówno zrozumiała, jak i służąca naszym interesom w takim właśnie kontekście. Jednak także w tym przypadku sprawdza się ludowa mądrość, że co za dużo, to niezdrowo. Sojusz ze Stanami Zjednoczonymi przybiera coraz bardziej negatywną postać z co najmniej trzech względów. Pierwszy z nich, to kwestia moralności. Oczywiście wiem, że w polityce zbytnie przywiązanie do tej sfery może się skończyć w najlepszym razie śmiesznie, w najgorszym zaś strasznie. Możliwości wyboru sojuszników są zazwyczaj ograniczone, skazując na alianse z towarzystwem wątpliwej jakości. Czasem nie ma innego wyjścia, jak tylko zacisnąć zęby w imię wyższej konieczności. Polityczny przyjaciel/sojusznik – co już dawno zauważył Carl Schmitt – wcale nie musi budzić naszej sympatii na gruncie „prywatnym”, a wręcz przeciwnie, może nam się wydawać antypatyczny.
Sęk w tym, że polityka USA w ostatnich latach zaczyna przekraczać wszelkie granice, co sprawia, iż sojusz z właśnie antypatycznym typem zaczyna niebezpiecznie przypominać komitywę ze zwykłym, pozbawionym wszelkich skrupułów, sukinsynem. Bombardowania Serbii czy napaść i okupacja Iraku, wszystko to obficie podlane sosem prymitywnych kłamstw i zaawansowanego propagandowego prania mózgów, są zbyt wysoką ceną, którą płacimy jako sojusznicy USA w takich przedsięwzięciach. Granica między dbałością o własne interesy a współudziałem w zbrodni zostaje przekroczona, i niczego nie zmienią tu wywody o rozmaitych rzekomych „koniecznościach” – od czasu pamiętnej piosenki Kelusa wiadomo wszak, że „tutaj warto zrobić historyczny przytyk, niejeden folksdojcz był real polityk”.
Swoją drogą, znamienny jest rozdźwięk między religijnymi deklaracjami polskiej prawicy i powszechnym wśród polityków różnych opcji kultem Jana Pawła II, a totalnym lekceważeniem stanowiska Watykanu i Papieża-Polaka właśnie w kwestii „humanitarnych interwencji”, „przywracania demokracji” itp. Gdy papież bezpardonowo potępiał aborcję, to wtedy był dobrym namiestnikiem Kościoła – gdy ten sam papież potępił wojny wszczynane przez USA, był on „szlachetny, lecz naiwny” lub, o zgrozo, „podatny na lewacką propagandę”…
Kolejna istotna kwestia, która wskazuje na zbyt daleko posunięte związki z USA, to „jakość” wzajemnych relacji. Trudno oczekiwać, żeby sojusz olbrzyma i karzełka opierał się na faktycznej równości stron – o „partnerstwie” i „wzajemności” można mówić wiele i podniośle, ale asymetria owego układu jest oczywista. W tym konkretnym przypadku Polska jednak idzie za daleko – nawet karzełek bowiem powinien mieć swój karzełkowy honor i niekoniecznie zgadzać się na rolę chłopca na posyłki. Tymczasem kolejne „układy” z USA – zakup F-16, udział w agresjach militarnych, kwestia offsetu, a ostatnio czołobitny stosunek wobec „oferty” tzw. tarczy antyrakietowej – pokazują, że nasz „sojusz” z USA opiera się na zasadzie „pan każe – sługa musi”.
Nie mam przy tym na myśli, jak ktoś mógłby opacznie zrozumieć, zachęt do targowania się i np. „wyciśnięcia” ze Stanów Zjednoczonych zniesienia wiz w zamian za ulokowanie u nas elementów tarczy antyrakietowej. Jakikolwiek sojusz, choćby bardzo nierówny, nie powinien mieć wyjścia awaryjnego w postaci rozumowania „zgodzimy się na to, ale dajcie nam to i to”, lecz opierać się na zasadzie „na to się po prostu nie zgodzimy”. Tymczasem już sam sposób negocjowania uzgodnień z władzami USA przez polskich polityków skutecznie leczy z naiwnego mniemania, że któryś z nich potrafiłby się faktycznie „postawić” Wielkiemu Panu Zza Wielkiej Wody.
Trzeci wreszcie negatywny aspekt ożywionych relacji ze Stanami Zjednoczonymi to przenikanie stamtąd prymitywnej ideologii neoliberalnej (neokonserwatywnej), nie ograniczającej się bynajmniej do sfery ekonomicznej. Ślepy kult wolnego rynku i apoteoza ograniczania społecznych funkcji państwa to tylko jeden element tego problemu. Inny to równie ślepy kult PKB, na wzrost którego składają się w równym stopniu budowane nowe mieszkania, co i np. „dobrodziejstwa” wypadków samochodowych, bo pogrzeby ofiar, koszty leczenia rannych czy remontów rozbitych aut też stymulują wzrost gospodarczy, co nie przeszkadza różnym maniakom w wychwalaniu owej dwuznacznej „koniunktury”. Do tego dochodzi sprowadzenie sfery etycznej i religijnej do postaci uproszczonej, zindywidualizowanej: „jeśli wszyscy będą się modlić i nie popełniać grzechów, to świat będzie dobry”. Brak w niej zrozumienia, że w chorym społeczeństwie poszczególne jednostki, choćby „najlepsze”, również zachorują, bo oprócz jednostkowych grzechów istnieją też ogólnospołeczne źródła problemów, zwane przez Jana Pawła II „strukturami grzechu”.
Na gruncie takich „wartości” wyrasta ostatecznie polityka nastawiona na zwalczanie skutków, nie zaś eliminowanie przyczyn – bo inaczej nie może być w zbiorowości zatomizowanej, opartej na jednostkowych relacjach a to z Wolnym Rynkiem, a to z Prawami Obywatelskimi, a to z Panem Bogiem. Efektem jest przekonanie, że gdy zamożniejszy da biedniejszemu złotówkę, to filantropia rozwiąże problem biedy, że gdy wierni pomodlą się za zagubionych, to „wartości chrześcijańskie” zatriumfują, a gdy kilku bandziorów surowo ukarzemy, to inni się przestraszą i przestaną być bandziorami. Ta naiwna i zupełnie nieskuteczna mieszanka prowincjonalnych przesądów oraz ideologii powstałej w oderwanych od realnego świata salonach wielkomiejskich „konserwatywnych” milionerów, zdobywa w Polsce coraz większą popularność właśnie za sprawą polityczno-kulturowej zależności od wpływowych środowisk amerykańskich. Kiedyś mieliśmy czytanki o Leninie, dziś mamy podobny bełkot Radosława Sikorskiego i jego przyjaciół-neokonsów.
Wszystko to sprawia, że nawet nie popadając w naiwny „antyamerykanizm”, Polsce na dobre wyszedłby rozbrat z nowym Wielkim Bratem. Pytanie jednak, co w zamian. Najczęściej formułowana alternatywa mówi po prostu o Unii Europejskiej jako przeciwwadze dla USA. Wedle tej wizji, Polska powinna wspierać wysiłki na rzecz daleko posuniętej integracji Starego Kontynentu, nawet za cenę znacznego „roztopienia” w nowym, centralistycznym tworze. Oczywiście nawet najwięksi entuzjaści tego pomysłu nie spodziewają się, aby Stany Zjednoczone Europy mogły w jakiejś realnej perspektywie dorównać potęgą Stanom Zjednoczonym Ameryki Północnej. Niemniej jednak, europejskie siły zbrojne, aktywna wspólnotowa polityka na forum instytucji międzynarodowych, pewna „euro-autarkia” w gospodarce czy umocnienie znaczenia euro kosztem dolara – wszystko to sprawiłoby, że ci, którzy dziś sięgają USA do kolan, urośliby na wysokość ich pasa, a może nawet ramienia.
Wizje tego rodzaju są rozmaitej proweniencji – „europeizm” równie dobrze może wypływać z lewa (np. środowisko „Krytyki Politycznej”), jak i z prawa (nieistniejące już pismo „Stańczyk”), może być doktryną członków politycznego i kulturowego establishmentu, ale również najgłębszych czeluści antysystemowego undergroundu. Jest w nich sporo racji – czy to wtedy, gdy zwracają uwagę na słabość państwa narodowego w epoce globalizacji lub niezdolność przezwyciężenia rodzimego marazmu bez bodźców z zewnątrz, czy wtedy, gdy wskazują na wspólne dziedzictwo kultury zachodniej albo terytorialną bliskość i silne związki ekonomiczne. Nawet jeśli są to wizje nie do końca przekonujące, wskazują na istnienie problemów, których nie da się rozwiązać chowając głowę w piasek.
Podstawowy problem z tak zarysowaną alternatywą polega na tym, że de facto powiela ona podstawowe wady opcji proamerykańskiej. Tutaj także nie ma mowy o żadnej równości stron sojuszu. Polska będzie traktowana jako gorszy krewny – zarówno na płaszczyźnie ekonomicznej, jak i w sferze podejmowania kluczowych decyzji – a nasze możliwości zmiany owej sytuacji są niewielkie. Każdy z silnych graczy będzie dbał przede wszystkim o własne interesy, a tradycyjnie prorosyjskie sympatie Niemiec i Francji niespecjalnie zabezpieczają nas także ze wschodniej flanki. Nie należy również mieć złudzeń w kwestii zasad moralnych naszych europejskich sojuszników – Belgrad bombardowały amerykańskie samoloty, ale zachęcały je do tego całe szeregi europejskich propagandzistów, w dodatku głównie ze środowisk lewicowo-liberalnych. Podobnie jest ze sferą ideologiczną – tak jak USA wciskają „wartości” kołtuńsko-prawicowe, tak UE przegina w drugą stronę, papierkiem lakmusowym naszej normalności czyniąc rozwiązania i wartości, do których kraje Zachodu dorastały dekadami mimo niewsadzenia ich do obyczajowej „zamrażarki”, jaką w wielu kwestiach był PRL (trudno o tak dużą w Polsce jak w USA np. tolerancję wobec homoseksualizmu, skoro wtedy, gdy tam ruch na rzecz ich praw święcił triumfy, u nas bezpieka i gliniarze robili akcję „Hiacynt”). W obu przypadkach nie jest to ani sojusz równego z równym.
Nie jest oczywiście możliwe ot tak, po prostu, zerwanie sojuszów z USA i UE. Wbrew śmiałym, lecz dziecinnym wizjom różnych radykałów, nie jest to także sytuacja pożądana i akceptowana przez społeczeństwo, i bynajmniej nie tylko dlatego, że poddano je zmasowanej propagandzie i praniu mózgów. Warte byłoby natomiast rozważenie takiego rozwiązania, które wzmocniłoby naszą pozycję w ogóle, zwiększyło zakres niezależności od wspomnianych dwóch potęg, a także nie zaowocowało zamianą dżumy na cholerę (jaką byłoby dostanie się w rosyjską strefę wpływów). Co konkretnie mam na myśli? Sojusz wolnych z wolnymi i równych z równymi. Mówiąc mniej metaforycznie: zacieśnienie współpracy z krajami Europy Środkowo-Wschodniej, czyli odświeżenie koncepcji tzw. Międzymorza.
Wszystkie kraje Europy Środkowo-Wschodniej mają podobne problemy i sytuację, co stanowi dobry punkt wyjścia do połączenia sił. Większość z nich w przeszłości stanowiła obiekt zakusów Rosji lub Niemiec (a często obu tych krajów), z kilkoma wyjątkami, które znajdowały się na celowniku innych europejskich potęg (np. Francji). Do dziś w wielu z nich trwa subtelna gra będąca kontynuacją tamtych procesów – czy będą to konflikty z mniejszością rosyjską na Łotwie i w Estonii, czy „wojna domowa” na Ukrainie, czy roszczenia tzw. wypędzonych wobec Polski i Czech, czy aktywna rola Niemiec w podsycaniu konfliktów na Bałkanach.
Wszystkie te kraje mają za sobą również trwający pół wieku epizod wcielenia do Bloku Wschodniego, czyli suwerenności ograniczonej na rzecz ZSRR. To wspólne doświadczenie historyczne uczuliło je na problem niepodległości i tożsamości narodowej – nawet jeśli dziś w referendach ich obywatele cedują część prerogatyw na instytucje ponadnarodowe, kraje te wciąż ożywia debata na temat „polskości”, „słowackości” czy „rumuńskości”.
Historyczne doświadczenie skutkuje także znacznie większym niż w Europie Zachodniej dystansem wobec obu totalitaryzmów, nie zaś tylko faszyzmu. Nawet jeśli spore części społeczeństw tęsknią za „starymi dobrymi czasami” Tity, Kadara czy Gierka, jest to raczej tęsknota za „małą stabilizacją”, której tak brakuje w dzisiejszym świecie hiperkapitalizmu, niż za ideałami komunistycznej utopii. Choć ocena przeszłości budzi gorące spory, obywatele tej części Europy znacznie lepiej zdają sobie sprawę z tego, jak wyglądały „błędy i wypaczenia” komunizmu niż dzieje się to w przypadku społeczeństw Zachodu, gdzie na większą skalę przebija się co najwyżej prawda o „złym stalinizmie”, który po śmierci Józefa Wissarionowicza był już – wedle popularnych tam opinii – całkiem cool.
Doświadczenia realnego socjalizmu przyczyniły się do kolejnego podobieństwa między krajami dawnego Bloku Wschodniego. Mimo zaawansowanej inżynierii społecznej i agresywnego promowania wzorców „nowego człowieka”, poprzedni system niejako zakonserwował dawne systemy wartości. Efektem zacofania gospodarczego i konsumpcyjnego, a także pewnej dyscypliny koniecznej w warunkach państw autorytarnych, jest znacznie mniej zaawansowany niż w krajach Zachodu rozkład pierwiastka religijnego, etyki wspólnotowej i tradycyjnej moralności. To właśnie realny socjalizm, ze wszystkimi swoimi ideologicznymi meandrami, sprawił, że w naszej części Europy mamy do czynienia z tak silnym oporem, czy choćby niechęcią wobec najbardziej skrajnych i bzdurnych tendencji kulturowo-obyczajowych. Choć „liberalni konserwatyści” nigdy tego nie pojmą swymi móżdżkami, Władysław Gomułka był mniejszym zagrożeniem dla tradycji kulturowej i religijnej niż Ronald Mc Donald, nawet jeśli ten pierwszy oficjalnie zajmował się „krzewieniem świadomości socjalistycznej”, a drugi wychwala „świętą własność prywatną”.
Jeszcze jednym z efektów sowietyzmu, ale także wcześniejszej historii gospodarczej tej części Europy (traktowanej w międzywojniu nierzadko jako „wewnętrzne kolonie” Starego Kontynentu), jest również podobny status gospodarczy i poziom rozwoju instytucjonalnego. Najpierw zapóźnienia modernizacyjne, a następnie forsowne, ślepe ich nadrabianie, po roku 1989 zaś „terapie szokowe”, złożyły się pospołu na taki status gospodarczy, który nie daje szans na doszlusowanie do zachodniego peletonu. Nawet pewne wyjątki – Estonia czy Czechy – raczej potwierdzają regułę, tym bardziej, że dotyczą krajów, których liczba ludności i warunki naturalne (położenie, wielkość terytorium, zasoby) pozbawiają złudzeń w kwestii nadziei na całościowo rozumianą – czyli mierzoną nie tylko wzrostem PKB – potęgę. Jeśli nawet te „rodzynki” wysforują się nieco przed resztę krajów regionu, to dysproporcje nie staną się tak wielkie, jakie są i wciąż będą istniały między tutejszymi liderami a zachodnimi bogaczami typu Anglia czy Niemcy. Dlatego w ramach takiego sojuszu nie należałoby się raczej obawiać, że któryś z partnerów zdominuje pozostałych.
Ostatni wreszcie, może najmniej ważny, lecz również istotny czynnik, to położenie geograficzne. Wszystkie te kraje znajdują się w jednym „ciągu”, tworząc blok zwarty terytorialnie, co ułatwia prowadzenie wspólnej polityki i daje wiele szans rozwojowych. Do tego należy dodać położenie między Wschodem i Zachodem oraz na części szlaków z Południa na Północ, będące kolejnym czynnikiem, który przy odpowiedniej strategii może dać olbrzymie korzyści.
Trudno oczywiście dziś oczekiwać powstania wkrótce jakiegoś silnego, zjednoczonego bloku regionalnego, który wprost rzuciłby rękawicę Unii Europejskiej czy posłał w diabły amerykańskich oficjeli i ich agentów wpływu. Zapewne taki radykalny rozbrat nie byłby też korzystny dla jego członków, nawet gdyby był możliwy. Ale gdy mamy do czynienia z presją trzech gospodarczych i politycznych potęg – USA, UE i Rosji – to warto zastanowić się nad sojuszami regionalnymi. Sojuszami opartymi o podobieństwa kulturowe i analogiczne interesy polityczne. Sojuszami bazującymi na współpracy podmiotów stosunkowo równych i niezdolnych narzucić partnerom tak upokarzających warunków, jakie dziś oferują nam lokatorzy Białego Domu, NATO-wscy generałowie, unijni „eksperci” oraz gazowo-naftowi oligarchowie sterowani z Kremla. To oczywiście wizja wymagająca ogromnej pracy i jeszcze większej odwagi, ale też mogąca coś na serio zmienić w nieustannej grzej w fatalizm służenia ciągle obcym panom.
przez Krzysztof Wołodźko | czwartek 19 lipca 2007 | Felietony - Krzysztof Wołodźko
O tej porze roku należy się nam właściwie sezon ogórkowy. Szum medialny powinien mieć w sobie coś z beztroskiego szumu fal, obmywających stopy plażowiczów. Powinno być lekko, łatwo i przyjemnie, gdy naciskamy guzik pilota, sięgamy po gazetę, przeglądamy w Internecie serwisy informacyjne, by otrzymać swoją dawkę chleba naszego medialnego. Informacje powinny mieć w sobie coś z niefrasobliwości chmurki, lekko przemykającej na horyzoncie. Nasze rozleniwione, senne zmysły mają prawo do ciszy i ukojenia. Żadnych politycznych awantur, bomb, strajków. Jeśli rozpacz i śmierć – to na drugim końcu świata, a w każdym razie oby jak najdalej od nas. Jeśli nieszczęście bliźnich – to jak najbardziej anonimowe, nieznane, cudze. Jeśli tragedia, to tylko taka, która nie stuka do naszych drzwi. Jeśli powody do zadumy, to jak najbardziej ogórkowe – choćby: „dlaczego ogórek nie śpiewa?”.
Tak, w sezonie ogórkowym mamy do tego wszystkie prawo, jako dobrzy obywatele Rzeczpospolitej Medialnej. Na nieszczęście, wszystko to są pobożne życzenia. Bombarduje nas histeria, ciągłe i nieprzerwane podniecenie, którego chcąc nie chcąc stajemy się uczestnikami. Naszymi myślami chcą zarządzać licencjonowane zrzędy o nazwiskach powszechnie znanych redaktorów i ich pomniejszych pomagierów, co rusz przekonujących, w jak paskudnym świecie przyszło nam żyć.
Owszem, trzeba im oddać sprawiedliwość – tego lata falę upałów poprzedziła polityczno-religijna maligna. Właściwie, publicystom należy się odrobina współczucia – dzień w dzień bili na trwogę, nastawali w porę i nie w porę, stali czujni na warcie, dla dobra społeczeństwa węsząc uszczerbki w demokracji i praworządności, w nieustannych wariacjach ćwiczyli się w tonie Kasandry. I zdać się mogło, że zabraknie im środków ekspresji, gdy okazało się, iż toruński zakonnik nie panuje nad własnym językiem i gdy chwilę później Andrzej Lepper pożegnał się ze stołkiem wicepremiera.
Permanentny kryzys i kompletna degrengolada polityki, obwieszczane co dnia przez licencjonowanych zrzędów, przybrały już wymiar niemal mistyczny. Słowa nie nadążają za tym, co mają opisać, łamią się i gubią pod naporem treści, którą mają dźwignąć, a przynajmniej takie sprawiają wrażenie. W takich chwilach pozostaje już tylko rozpacz albo – u bardziej heroicznych jednostek – prometejska chęć czynu. Najpiękniej wyraziła ją Katarzyna Kolenda-Zaleska na falach TOK FM, mówiąc pewnego ranka: „Rząd kiepski, opozycja kiepska, musimy sami brać się do roboty i wybudować społeczeństwo obywatelskie”. Budowa trwa od lat: na fundamentach słów i obrazów wzniesiono wcale pokaźny gmach zakłamania.
Mówiąc szczerze, ten zrzędliwy język, ton i poza malkontentów towarzyszy dziennikarzom niemal od zawsze. Oczywiście, bywa mniej lub bardziej dawkowany, zniuansowany lub radykalny – ale od lat powtarza się niemal w tych samych kliszach i odsłonach. Rzecz nie w tym, że dziennikarze krytykują, ale w pretensjonalności i zdawkowości wielu zarzutów, w tonie pogardy i napastliwości wobec polityków, instytucji państwowych, przedstawicieli opcji ideologicznych innych niż własna, w masce obiektywizmu, cnoty o proteuszowym obliczu, niezwykle przydatnej dla każdej propagandy. Rządy zrzędów sprawiają, że epitet zastępuje komentarz, złośliwość analizę, tworząc wizję świata politycznego, demonizującą tę przestrzeń. A równocześnie – zniechęcającą doń i oddalającą przeciętnego obywatela od sensownego zainteresowania debatą i aktywnością publiczną.
Kto dziś będzie w stanie ocenić, jak wielkie spustoszenie w głowach Polaków uczyniła tak często powtarzana przez lata myśl, że „polityka jest brudna”? Ten krótki refren powraca echem, jest jak ukryte założenie mnóstwa medialnych przekazów. Role zostały rozdane: źli politycy – dobre media. Tymczasem nie od dziś wiadomo, że Bestia jest jak mucha, którą Piękna łatwo może sprzątnąć, machając gazetą na oślep, albo i z premedytacją. Bestia jest mnie bestialska, a Piękna znacznie szpetniejsza, niż mówi o tym zwierciadło szklanego ekranu. Dlatego jest coś perwersyjnego w nieustannym odmalowywaniu polityki w najczarniejszych barwach i skupianiu się niejednokrotnie na kwestiach trzeciorzędnych, zamiast rzetelnego, systematycznego pokazywania faktycznej pracy polityków i systemowych działań podejmowanych na rzecz społeczeństwa i państwa w ramach jego instytucji. Tak, jakby odbiorca był głupcem, albo dzieckiem, które zasługuje jedynie na bajki o żelaznym wilku albo – dla odmiany – bezy słodkie aż do zemdlenia.
Niedawno spędziłem nieco czasu w ośrodku „Emaus”, skupiającym kilku mężczyzn wychodzących z bezdomności. Wspólnota działa w Nowej Hucie, na pięknym osiedlu Willowym, przy placu im. Piotra Ożańskiego, przodownika pracy, postaci tyleż malowniczej, co tragicznej. Pomysł na ośrodek jest genialny w swej prostocie: bezdomni, których na dno zepchnął zwykle alkohol, przez codzienną, ciężką pracę przywracają godność i sens swojemu życiu. Reperują i odsprzedają darowane im meble, sprzęt AGD, RTV, handlują bibelotami, książkami, używaną odzież. Jednym się udaje, znajdują pracę, wchodzą w stałe związki, na dobre zrywają z dawnym towarzystwem – zwycięża pragnienie życia, lepszego życia. Inni nie wytrzymują, wracają do alkoholu, do przytulisk, na melinę, na działki. Wszyscy oni walczą. Ta ich z trudem wygospodarowana normalność jest nader banalna i skromna: pracą własnych rąk zarabiają na chleb, zmagają z codziennymi kłopotami, klną, palą papierosy i przegadują się między sobą i z klientami. Żadnych aureoli, certyfikatów świętości i widomych oznak heroizmu. Żadnych wielkich słów i patosu, żadnych fajerwerków i oklasków, które konsumentom pop-kultury często kojarzą się ze zwycięstwem dobra nad złem. Banalność, banalność. A choć wspólnota tętni życiem, rubasznym dowcipem, czyjąś sprzeczką, siarczystym przekleństwem i hałasem pracujących urządzeń, znalazłem tam wielką ciszę. Ciszę niepozornego świata kilku ludzi, tak odległego od zrzędów zajmujących się wielkimi sprawami.
Tak, wiem, to świat zbyt drobny, by go porównać inaczej niż przez metaforę z obrazami zajmującymi pierwsze strony gazet. Że zrzędy nie miałyby tu czego szukać, bo gdzie indziej zapadają decyzje dotyczące milionów polskich obywateli, bo nie ma tu wielkich pieniędzy, podnoszących adrenalinę namiętności politycznych, eleganckich zegarków, garniturów i pilnie strzeżonych sekretów.
Ale z perspektywy zwykłych zjadaczy chleba, zamęczanych i molestowanych przez opowieści tysiąca i jednej zrzędy, znacznie lepiej skupić się na niepozornym świecie wokół siebie. Bez pretensji do budowania „społeczeństwa obywatelskiego”. Tym niech zajmie się znana dziennikarka. My, zwykli zjadacze chleba, znajdźmy po prostu trochę czasu na ciszę i rozejrzenie wokół siebie. A przed światem pozornym i jego zrzędzeniem zatrzaśnijmy drzwi. Choćby na czas sezonu ogórkowego. Niech się zmieni w miesiąc miodowy między nami a otaczającą nas rzeczywistością.
przez Remigiusz Okraska | czwartek 28 czerwca 2007 | Felietony - Remigiusz Okraska
Wiele już widziałem nonsensów na polskiej scenie ideowo-politycznej. Mało co w kraju nad Wisłą może zaskoczyć uważnego jej obserwatora. Polska wybija się na czoło dziwactw nawet w ogólnoświatowym mętliku, gdzie spotykamy takie cuda, jak lewicę wzywającą do bombardowań Belgradu, albo konserwatystów piętnujących przeciwników ślepego postępu technologicznego (choćby modyfikacje genetyczne roślin) jako zacofańców-oszołomów. Pomieszanie z poplątaniem w coraz mniej czytelnym świecie idei i form organizacyjnych zostaje u nas wzmocnione całym bagażem zaszłości historycznych. Dlatego też w Polsce obrzydliwie bogaty i cyniczny Urban, który dwie dekady temu uzasadniał jako rzecznik rządu strzelanie do robotników i morderstwa polityczne opozycji, jest dziś autorytetem lewicy. Natomiast konsekwentny socjaldemokrata i działacz robotniczej opozycji, Ryszard Bugaj, jest atakowany jako rzekomy stronnik konserwatystów i prawicy – tylko dlatego, że ową lewicowość Urbana i jego SLD-owskich kumpli kwestionuje.
Nie zmienia to faktu, że nawet w tym królestwie osobliwości zdarzają się istne cuda, a granica nonsensu jest rozciągana poza swoje, zdawałoby się, absolutne granice wytrzymałości. Właśnie pobity został kolejny rekord – Jacka Żakowskiego namaszczono na lewicowego intelektualistę. Celowo piszę „namaszczono”. Żakowski bowiem na wrażliwego społecznie myśliciela i komentatora wydarzeń pozuje już od kilku lat. Takich facetów jak on cechuje jedna stała cecha: zawsze wiedzą, z której strony wieje wiatr i zawsze potrafią się ustawić tak, aby wiał w ich plecy. Takoż i Żakowski, który od początku lat 90. przez dekadę wspierał neoliberalne reformy, wychwalał „transformację ustrojową” i gromił „postawy roszczeniowe”, od kilku lat głosi coś wręcz przeciwnego. Już neoliberalizm jest be, apoteoza wolnego rynku fe, zaś ich wyznawcy to zakute doktrynerskie łby, do których nic nie dociera.
Doktrynerski łeb Żakowskiego zmienił się w otwarty, subtelny umysł jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Oczywiście nie należy wiązać tej zmiany ani z krachem wiary w liberalizm w Polsce (przypieczętowanej m.in. wyborczym triumfem Samoobrony w wyborach 2001 r.), ani też ze zmianami w światowym obiegu idei, gdzie, mówiąc umownie, Stiglitz rozkłada dziś na łopatki Miltona Friedmana. Żakowski bez wątpienia przejrzał na oczy całkiem przypadkowo, w pełni samodzielnie i szczerze, żaden koniunkturalizm nie wchodzi tu w grę. I od kilku lat, dzięki temu nawróceniu, serwuje nam wywiady z zachodnimi myślicielami lewicowymi (zebrane następnie w książce, której tytuł – „AntyTINA” – kwestionuje liberalny konsensus) oraz liczne teksty i wystąpienia publiczne, w których nie tylko deklaruje się jako lewicowiec, ale i gromi innych – np. obecny rząd – za zbyt małą „prospołeczność”. Zapału w głoszeniu tej dobrej nowiny ma wiele – „neofita, bo polityk”, jak o kniaziu Jaremie śpiewał inny Jacek.
Oczywiście gdyby pies nazwał się kotem, niewiele by z tego wynikło w kwestii jego umiejętności miauczenia. Tak też i Żakowski ze swoimi lewicowymi autodeklaracjami jest groteskowy na tyle, by nie było potrzeby pastwić się nad nim, bo kto ma odrobinę rozumu i dobrą pamięć, ten się na ów spektakl nie nabierze, a temu, kto dał się nabrać – już raczej nic nie pomoże. Jednak cały problem polega na tym, iż Żakowskiego jako lewicowego intelektualistę postrzegają osoby, które podejrzewałem dotychczas o nieco więcej rozsądku. Oto w „Europie”, czyli intelektualnym dodatku do „Dziennika”, określił go w ten sposób Cezary Michalski, rozmawiając z Żakowskim m.in. o tym, jaki neoliberalizm jest zły i podły. Wiceredaktor pisma koncernu Axel Springer był przez lata jednym z moich ulubionych publicystów, zresztą jednym z niewielu polskich prawicowców (w sensie środowiska politycznego), którzy nie zachłysnęli się nabożną wiarą w liberalizm gospodarczy. Mógłbym oczywiście uznać, że tak, jak Żakowski skręcił w lewo, tak Michalski z jakiegoś powodu oszalał i kręci się w kółko, stąd jego opinia o Żakowskim. Ale to nie tak, nikt tu nie stracił rozumu, wszystko jest OK. Żakowski faktycznie jest lewicowym intelektualistą. Z obozu tej lewicy, której lewicowość przybiera postać nic nie kosztującej paplaniny – i niczego więcej.
Jello Biafra, lider punkowego zespołu Dead Kennedys, śpiewał przed laty, że „każdy może być poetą, każdy może być mordercą”. I tak samo każdy może być lewicowcem. Wystarczy poględzić nieco o tym, że globalizacja – ale tylko ta korporacyjno-kapitalistyczna – jest niesprawiedliwa, zacytować Chomsky’ego, potępić homofobię, pomstować na Rydzyka, Giertycha i Strasznych Braci Bliźniaków. I już. Oczywiście należy to czynić w gronie podobnych sobie, czyli na spotkaniu w warszawskiej knajpie, w uniwersyteckiej sali lub w redakcji „Krytyki Politycznej”. Niczego więcej do bycia lewicowcem nie potrzeba. I nic to nie kosztuje. Wręcz przeciwnie, jest dziś w środowisku medialno-salonowych gęgaczy o wiele, wiele bardziej modne i dobrze widziane niż opowiedzenie się za neoliberalizmem czy nie daj Boże „twardym” konserwatyzmem.
Co z takiej lewicowości wynika jednak dla tradycyjnego głównego podmiotu lewicowej refleksji, czyli dla tych, których można określić mianem wyzyskiwanych? Czy wywody Żakowskiego zmieniły coś na lepsze w ich życiu, choćby symbolicznie? Czy otrzymali z jego strony jakieś wsparcie, choćby najdrobniejsze? Czy choćby w niewielkim stopniu poświęcił się on dla ich dobra? Skądże. Żakowski po prostu ględzi – dziś ględzi lewicowo, tak jak wczoraj ględził neoliberalnie. Ględzi w sterylnym, bezpiecznym i komfortowym światku podobnych sobie lewicowców. Okazji do ględzenia ma wiele – przeróżne spotkania tego środowiska organizowane są wręcz taśmowo. Jakże często on i jemu podobni „zmieniają świat na plus” – szkoda tylko, że ów świat tego nie zauważył, oczywiście w przeciwieństwie do salonowego światka.
Na lewicy jest wiele podziałów. Sam często krytykowałem inicjatywy, które cechuje fiksacja „obyczajowa”. Czyli uważają, że w kraju peryferyjnego kapitalizmu, w państwie dosłownie rozjechanym neoliberalnym walcem, kluczowe problemy lewicy to zajmowanie się histerycznymi wywodami gejów i lesbijek, aborcją i parytetem płci. Osobną kategorię inicjatyw, którym dostawało się ode mnie, stanowią różne środowiska nostalgików PRL-u, przekonanych, że lewicowa polityka polega(ła) na wysyłaniu czołgów na strajkujących, wagonów pełnych półdarmowego węgla do ZSRR, a „syjonistów” do Izraela. Trzecia grupa moich „ulubieńców” to ci, którzy wzdychają za Trockim i Leninem, wyciągając z historii wnioski dokładnie odwrotne niż nakazywałby rozsądek.
Jednak przy całym krytycyzmie wobec takich postaw i wyborów, znam wśród ich adeptów sporo osób, które szanuję za autentyczne zaangażowanie. Jestem przeciwko aborcji, PRL-owi i Trockiemu, wielokrotnie zaś ich zwolennicy atakowali mnie bez pardonu – ale mimo tych różnic czy konfliktów potrafię docenić ich zaangażowanie w społeczny „konkret”, nierzadko kosztem sporych poświęceń i osobistych wyrzeczeń. W efekcie ze zwolenniczkami aborcji mogę współpracować w kwestii np. dowartościowania pracy domowej kobiet, z miłośnikami PRL-u w obronie praw pracowników, a z trockistami protestować przeciwko prywatyzacji służby zdrowia. W tym sensie „nie ma wroga na lewicy” – tej, która nie ogranicza swej lewicowości do salonowego ględzenia.
Oczywiście można uznać, że intelektualiści są od myślenia, nie zaś od organizowania demonstracji, wzniecania strajków czy tworzenia spółdzielni socjalnych. Co prawda, takim lewicowym intelektualistom, jak Abramowski, Żeromski czy Thugutt korona z głowy nie spadła, gdy oprócz myślenia, mówienia i pisania napracowali się w mniej wdzięczny i bardziej wyczerpujący sposób, pośród tego ludu, którego interesy reprezentowali na płaszczyźnie teoretycznej. Co prawda, także dziś wśród różnych lewicowych grup można spotkać osoby łączące działanie z teoretyzowaniem, często robiące to ostatnie na poziomie znacznie wyższym niż Żakowski, którego teksty to popłuczyny po tej części zachodniej myśli lewicowej, która uwiła sobie wygodne gniazdko w medialnym establishmencie.
Ale przyjmijmy, że wraz z rozwojem podziału pracy myśliciele wyspecjalizowali się w myśleniu i tego od nich oczekujemy. Problem w tym, że Żakowski i jego środowisko zawodzą na całej linii także w tej kwestii. Taki Marks czy choćby Bebel, jako lewicowi myśliciele potrafili bez pardonu naruszać kapitalistyczny konsens, dotkliwie kąsać ówczesne „myśli klasy panującej”, mobilizować swoimi słowami „wyklęty lud ziemi” do walki. Dzisiejsze ględzenie Żakowskiego nie tylko jest całkowicie oderwane od społecznej praktyki, zamknięte w czterech ścianach getta odizolowanego od społeczeństwa. Ono jest także pozbawione jakiegokolwiek ostrza, mdłe i w gruncie rzeczy konformistyczne, bez żadnego trudu przedzierające się w intelektualny krwiobieg liberalnego establishmentu, bo też w niczym nie zagraża jego interesom.
Nie wynika to przy tym wcale z faktu, że dzisiejszy porządek jest tak elastyczny, iż „wchłania” swych wrogów i „roztapia” ich krytykę, asymiluje ją, żywi się buntem. Dzieje się tak bowiem tylko wówczas, gdy istnieje przyzwolenie ze strony adeptów takich postaw. „System” wchłonie wywody Żakowskiego o tym, że neoliberalizm jest „niesprawiedliwy”. Ale zarazem wydali ostry, klasowy głos, wyrażający lewicowe żądania, które określi mianem „populizmu”. „System” wchłonie – choćby w postaci publikacji w „Wyborczej” czy „Przekroju” – bardzo radykalne teoretyczne wywody Naomi Klein. Ale wydali, to znaczy na tych samych łamach potępi, realną i skuteczną politykę antyneoliberalną w wykonaniu Hugo Chaveza. „System” jest otwarty na uniwersyteckie debaty, podczas których jeden z pięciu uczestników-profesorów zakwestionuje sens napaści USA na Irak. Ale jednocześnie z tejże uniwersyteckiej sali wyrzuci przy pomocy policji tych, którzy wprost mówią, kto i dlaczego ma na rękach krew irackich cywilów. „System” zaakceptuje romantyczną legendę Jacka Kuronia, który podobno na łożu śmierci zrozumiał, że rozdawanie bezrobotnym zupy-jałmużny to „nieco” za mało jak na politykę prospołeczną. Ale ten sam „system” skaże na zapomnienie lub opluje lidera lewego skrzydła pierwszej „Solidarności”, Andrzeja Gwiazdę, który już w roku 1990, a więc kilkanaście lat przed „myślicielem” Kuroniem, wskazywał na łamach niskonakładowego „Poza Układem” niebezpieczeństwa związane z neoliberalizmem i ich przewidywane skutki. „System” da program telewizyjny Sławomirowi Sierakowskiemu, nawet jeśli będzie to telewizja ponoć opanowana przez konserwatystów. A jednocześnie w tej samej publicznej telewizji, nawet gdyby akurat była rządzona przez lewicę, pokażą Piotra Ikonowicza najwyżej przez 10 sekund, oczywiście tak, żeby wyszedł na bezrozumnego, krzykliwego szaleńca. I tak dalej.
Bo „systemowi” jest na rękę taka lewica, jaką prezentuje Żakowski i spółka. Lewica zasymilowana towarzysko i koteryjnie, która nie tylko nie podniesie ręki na swoich kolegów, zajmujących w tymże systemie poczesne miejsca, ale w razie faktycznej rewolty będzie ich broniła jak lew. Lewica związana z nim przepływami gotówki na konto, czyli jak najbardziej interesowna i zadowolona z subtelnego układu zależności z liberałami, a zwłaszcza z ich sponsoringu. Lewica przede wszystkim nieświadoma, o co i jak toczy się gra, bowiem zupełnie oderwana od rzeczywistości. Taka lewica, która poprze bunt uczniów przeciwko prawicowemu ministrowi Giertychowi, ale nie kiwnie palcem w kwestii edukacyjnych szans młodzieży z biednych warstw społecznych. Poprze również protest pielęgniarek, bo odbywa się on przeciwko prawicowemu rządowi, ale jednocześnie nie zauważy, że ów protest idealnie wpisuje się w proponowany przez lobby lekarskie scenariusz prywatyzacji służby zdrowia. Czasem „odkrywczo” oznajmi też, że w Skandynawii jest cudowny socjal i rozwój ekonomiczny zarazem, ale nie zauważy, że nordycki prospołeczny model gospodarki powstał na gruncie silnej kultury wspólnotowej oraz etosu skromności i obowiązków, czyli dokładnie tego, co jest przedmiotem nieustannych ataków ze strony dzisiejszej nowolewicowej klasy próżniaczej, oburzonej na „represyjność” i żądającej wyzwolenia wszystkich ze wszystkiego. Innym razem oburzy się, że Dolina Rospudy ma być przecięta – oczywiście z woli prawicowego rządu – drogą ekspresową, ale nie zaprotestuje przeciwko obłędnej polityce transportowej kolejnych rządów, która polega na wydatkowaniu ogromnych kwot z budżetu na tranzytowe autostrady i jednoczesnym obcinaniu dotacji na regionalne połączenia kolejowe czy remonty dróg lokalnych.
Taka lewica wie, że dzwonią, ale nie ma pojęcia, w którym kościele. Jej aktywność, choćby największa, toczy się bowiem w czterech ścianach kryształowego pałacu, którego izolacja skutkuje nieświadomością medialno-uniwersyteckich „bojowników”. Nie ma potrzeby, aby odmawiać im miana lewicy, na to już zresztą za późno. Należy jednak – dla dobra lewicy, jej ideałów i ich beneficjentów – z hukiem rozwalić ten kryształowy pałac. Dziś w odrodzeniu autentycznej, konsekwentnej lewicy nie przeszkadza wcale dominacja neokonserwatywnej prawicy. Przeszkadza w tym dziele natomiast „upupienie” wizerunku, refleksji ideowej i struktur organizacyjnych środowisk lewicowych przez Żakowskiego i jego koleżków. Dylemat lewicy na najbliższą przyszłość jest taki: kryształowy pałac dla Żakowskiego i spółki czy „szklane domy” dla wszystkich.
przez Krzysztof Wołodźko | czwartek 28 czerwca 2007 | Felietony - Krzysztof Wołodźko
Tę banalną myśl znacznie piękniej i z patosem wyraził w drugiej połowie XIX wieku rosyjski myśliciel, Konstantin Leontjew. Pisał on: „Czy nie strasznie i obraźliwie byłoby pomyśleć, że Mojżesz wspinał się na Synaj, że Hellenowie wznosili swe potężne akropole, Rzymianie toczyli Wojny Punickie, że genialny młodzieniec Aleksander w hełmie z pióropuszem przekraczał Granik i bił się pod Arbellami, że Apostołowie nauczali, męczennicy cierpieli, poeci wznosili pieśni, rycerze błyszczeli na turniejach tylko po to, żeby francuski, niemiecki czy rosyjski bourgeois, w swej komicznej i brzydkiej odzieży, zażywał błogiego spokoju, »kolektywnie« i »indywidualnie«, na ruinach tej całej dawnej wielkości?… Wstyd byłoby za ludzkość, jeśliby ten podły ideał powszechnej korzyści, drobnej pracy i haniebnej prozaiczności zatriumfował na wieki!”.
A przecież wiek XIX trudno uznać za nudny. W autobiografii „Rzeczy minione i rozmyślania”, nietuzinkowy Aleksander Hercen wspomina swego rodaka, Michała Bakunina, miłośnika wszelkich rewolucji, jak to w roku 1848, w czasie podróży z Paryża do Drezna rosyjski anarchista wysiadł na jednym z postojów i spostrzegł chłopów, szykujących się akurat do krwawej rozprawy ze swoim panem. Kłopot w tym, że arystokrata zamknął się w swoim zameczku, a prostym ludziom brak było elementarnego, rewolucyjnego i strategicznego „know-how”. Bakunin, nie za bardzo wnikając w istotę sporu, zorganizował chłopstwo, wydał odpowiednie dyspozycje i ruszył dyliżansem w dalszą podróż ku rewolucji. Zamek spłonął. Jest w tej krwawej niefrasobliwości Bakunina coś z atmosfery „Jesieni Średniowiecza”, coś – mimo upływu stuleci – bliskiego słowom Huizingi, że „gdy świat młodszy był jeszcze o pół tysiąclecia, zewnętrzne formy wszystkich przypadków ludzkiego życia rysowały się o wiele ostrzej niż dzisiaj. /…/ Wszystkie przeżycia miały ten stopień żywiołowości i wyłączności, jaki dziś radość i cierpienie osiągają jeszcze tylko w umyśle dziecka”.
XX wiek? Kto, szczególnie po tej stronie niegdysiejszej Żelaznej Kurtyny, mógłby z czystym sumieniem przyznać, że żył w czasach nijakich? Tu historia oddychała pełną piersią i trawiła czas i ludzi z iście gargantuicznym apetytem. A jednak coraz więcej wokół nas nijakości, przybywa jej niespostrzeżenie, lecz nieuchronnie. Ba, zdaje się, że już – tuż, tuż czeka nas skok do królestwa nijakości, krainy Leontjewowskiej „haniebnej prozaiczności”, którą nie sposób uznać za co innego, jak antycypację „Nowego, wspaniałego świata”. I mimo wzniosłych wydarzeń i kalendarium pełnego wielkich dat „tu i teraz” proponuje się nam byle jakie życie, pośród błogiego spokoju wyzutego z treści, której można poświęcić więcej niż miesięczny zarobek. Co zatem sprawia, że zadomowiła się wśród nas nijakość?
Odpowiem przewrotnie (i poniekąd mało oryginalnie). Otóż, przyczyną tego jest zapoznanie sacrum w sferze publicznej. Konsekwentne zastępowanie czytelnego, radykalnego, a czasem i agresywnego języka – dobro-zło, cnota-występek, błogosławieństwo-przekleństwo – nowym językiem, który ma gwarantować pokój społeczny, który ludzkie konflikty, rozterki i waśnie przemienia w okazję do indywidualnej lub zbiorowej terapii, który kamufluje ludzkie fascynacje i wstręt do obcego, a równocześnie staje się coraz bardziej opresywny, autorytarny i de facto roszczeniowy. Ale czy język nowoczesnej kultury, który jest językiem przeciw religii (części składowej każdej cywilizacji), lub który próbuje urabiać ją na swój obraz i podobieństwo, nie staje się w końcu mową o niczym?
Zaiste, miał rację Wolter – gdyby Boga nie było, należałoby Go wymyślić. Tak, jeśli nie ma Boga, trzeba Go wymyślić. Czy też, jak stwierdził pewien niby-marksista, Ernst Simon Bloch: „Boga nie ma, ale będzie”. Kłopot w tym, że ta wysterylizowana kultura, gaworząca o „heteronormatywności”, „homofobii”, zamykająca pastorów w więzieniu za cytowanie Apokalipsy wg św. Jana i traktująca religię jako niepoprawnie polityczne monstrum, grożące łagodnemu barankowi ogólnoludzkiego pojednania, nie jest zdolna ani ubóstwić człowieka, ani na serio potraktować sacrum. Ale na miejsce tego nieznośnego, władczego, narzucające ograniczenia i tabu sacrum przychodzi Suweren-Lewiatan, nie mniej nieznośny, z pretensjami do omnipotentnej władzy, narzucający własne ograniczenia i tabu. O ile tamten jednak mógł dać śmiertelnym choćby nikłą obietnicę wieczności i wzniosłości, ten najwyżej oferuje dobre samopoczucie. A i to nie zawsze.
Religia i polityka są nieodłączne, ze względu na ludzką naturę. Zarówno wierzącym, jak niewierzącym, przysługuje w przestrzeni publicznej prawo do wyrażania swoich opinii, prawo do konfliktu i do autonomii. Prawo do jawności przekonań i manifestowania ich w życiu polis. Stąd też i dla lewicy płyną pewne wskazania: lepiej pytać wierzących o ich aktywność w sferze publicznej, kierowanie się nauką społeczną chrześcijaństwa, niźli sarkać na religię w szkołach albo na obecność w parlamencie narodowych katolików. Kto z nich chciałby uczynić wyklętych, sam stałby się inkwizytorem. Nurt nowolewicowy lubuje się w opowieściach o ciemnogrodzie, zaścianku, kołtunerii, rzutując na polską rzeczywistość społeczno-polityczną wzięte skądinąd wzorce i klisze ideologiczne, zamiast pytać o społeczny potencjał chrześcijaństwa i o to, jaki z niego może być pożytek w Polsce czasów transformacji.
To jeszcze jeden z symptomów tej nijakości i jałowości sporów, powodujących, że stajemy się mentalną kolonią Zachodu. Bo ludzie bez cnót, bez dobra i zła (czy też choćby bez możliwości skonfrontowania się z tym światem), zanurzeni w mowie pozornego pojednania i pokoju, w mowie maskującej podział świata na sacrum i profanum, apostołowie świeckiej indoktrynacji mogą w każdej chwili przeistoczyć się w hipokrytów, zachowujących pozory moralności, ale w głębi duszy nienawidzących tak suwerena, jak lud. Mogą wychować jedynie podobnych sobie dewotów świeckiego obrządku, których dulszczyzna jest nie mniej duszna, niż ta klepiąca pacierze. Stąd, może lepiej zrobić krok do tyłu, ku akceptacji sacrum, choćby surowego jak Bóg żądający od Abrahama ofiary z Izaaka, niż wylądować w królestwie nijakości? Bo choć powszechna korzyść, drobna praca i prozaiczność nie są bynajmniej tak straszliwym złem, jak się to roiło Leontjewowi, to nigdy nie wiadomo, kiedy kupczyk przemienia się Wielkiego Inkwizytora.
przez Krzysztof Wołodźko | piątek 8 czerwca 2007 | Felietony - Krzysztof Wołodźko
Dotyczy to zarówno tego, co mówi samemu sobie, jak i tego, co opowiada innym. Co zaś inni mówią o nim – na to należy zwykle spuścić zasłonę milczenia. Oczywiście, tak w pierwszym, jak i drugim przypadku zdarzają się wyjątki: spowiedź człowieka nawróconego, rozmowa zakochanych, a bywa, że i wynurzenia dżentelmena zalanego w pestkę. Kiedy zaś można dać wiarę cudzym słowom na nasz temat? Chyba tylko wówczas, gdy zgadza się z nimi nasze sumienie. Tu jednak pojawia się problem: niczemu tak dziś nie należy dowierzać, jak ludzkiej, samokrytycznej świadomości. A jeśli nie ufamy własnej samoświadomości, to dlaczego mielibyśmy zawierzać cudzej? Ostatecznie zapętlamy się w sytuację bez wyjścia: nie możemy wierzyć ani własnym słowom, ani cudzym.
Pewnie są tacy, którzy w takiej sytuacji sięgają po sznur. Ale większość – na szczęście dla rodzaju ludzkiego – znajduje jakąś zasadę, fundament, gwarantujący rękojmię ich własnych sądów. Wybór jest szeroki: od ideologii, szkół propagandy i różnego typu wierzeń, przez powiązane z nimi instytucje i postacie. Równie dobrze może to być partia polityczna, jak AA; dyżurny socjolog, filozof, publicysta, felietonista, wzięty duchowny tej czy innej opcji, znany nonkonformista; wódz, guru, miła pani z telewizji, wróżka, bioenergoterapeuta, kolega/koleżanka z pracy, podręcznik jogi, a nawet książka kucharska itp. dobrze poinformowane, znające się na rzeczy byty umilające nam życie podawaniem recept na temat tegoż życia.
Problem wcale nie polega na tym, że mamy za mało autorytetów, ale na tym, że mamy ich za dużo. Autorytety plenią się jak chwasty, mnożą jak robactwo, wypełzając z każdego kąta przestrzeni społecznej. Gdzie człowiek nie spojrzy – tam autorytet w każdej z dziedzin naszego przebogatego w różnorodność świata. Albo przynajmniej kandydat na autorytet, raczkujący praktykant w tym przemiłym fachu. I tak przybywa nam ludzi, którzy wpływają na naszą krytyczną samoświadomość, z reguły czyniąc ją bezkrytyczną. Kulimy ogon pod siebie, wysłuchując ich sądów, albo pod ich czarownym śpiewem zapadamy w senność i zamykamy się w skorupce własnego „ja”, sycąc niepewność poczucia własnej pewności – „tak, ten ma rację”.
Kto wie, czy jednym z większych nieszczęść świata nie jest spolegliwość – ósmy z grzechów głównych, który umknął przed wiekami prawodawcom naszej cywilizacji (może dlatego, że nie rozróżniali go jeszcze od posłuszeństwa?). Ta nasza spolegliwość, chęć przytakiwania, przyklaśnięcia, wmieszania się w tłum podobnie myślących: by tym sposobem z ziarna piasku przeistoczyć się cudownie w kamień węgielny, by piórka wróbla zamienić na płonącym żarem ogon feniksa, by zyskać pewność fundamentalną, niekwestionowalną, której zbywa tej wątłej, samoświadomej istocie, która naga wyszła z łona matki i naga wróci do ziemi. Szukamy pewności, która często bywa jedynie imitacją sensu i nieświadomym własnej kruchości mniemaniem, tym dalekim, jednym z najdalszych krewnych filozoficznego Logosu, który jest zarazem Słowem/Pojęciem, jak Rozumem. A kto wie, może także pięknem i dobrem.
Co z tym wszystkim wspólnego ma Raskolnikow? I co my mamy wspólnego z byłym studentem Rodionem Romanyczem? Literatura piękna jest jednym z punktów węzłowych kultury – przestrzeni wzajemnego rozumienia, broniącej nas przed tanim moralizatorstwem, albo cynizmem propagandy, bezwzględnością ideologii, nachalnością standardów, norm i konwenansów. Tworzy przestrzeń zaufania – jej postacie, ich losy ukazują nam samych siebie z tą bezinteresownością, z jaką filozofia jest poszukiwaniem mądrości. Odzwierciedla człowieka w sposób o wiele bardziej intymny, niż zwykł on poznawać siebie w dniu powszednim – świat wyobrażony zdziera maski ze świata rzeczywistego; mity literatury kwestionują nasze potoczne zmyślenia i sposoby istnienia, które zwykle nie są niczym innym, jak uniknięciem najboleśniejszych dla nas pytań i odpowiedzi.
Z przyrodzoną łacinie zwięzłością wyrażają to słowa Horacego: Mutato nomine de te fabula narratur – „O tobie ta bajka mówi, choć pod zmienionym imieniem”. To przez udział w tym świetle, które wyostrza kontury rzeczy, zyskujemy miejsce pośród „obrońców królestwa bez kresu i miasta popiołów” – pośród szacownych cieni Gilgamesza, Hektora, Rolanda. Pośród cieni Franza K., Raskolnikowa, Don Kichota, Anny Kareniny, Zaratustry, Pana Cogito, Stawrogina, doktora Żywago. Oni nigdy nie staną się wieczystą marionetką śmiertelników, strząsną z siebie kajdany każdej interpretacji i ideologicznej konwencji, każdego roszczenia i pustego śmiechu. Ale też nigdy nie spróbują nas zniewolić, bo choćby chcieli – są jedynie duchami na polach elizejskich, duchami skupionymi na sobie, wątłymi marami – tak kruchymi jak porcelana, po której w wierszu Miłosza przejechały żelazne gąsienice czołgów. Zawsze możemy się od nich wyzwolić i zawsze oni wyzwalają się od nas. Choć, zdecydowanie, to my tracimy na własnym wyzwoleniu: miarą wolności są konwulsje piskorza, wijącego się pośród bylejakości życia.
Zaiste, wszyscy jesteśmy Raskolnikowami. Nie dlatego, że mamy chęć zabić lichwiarkę, że ulegając żelaznej logice występku mordujemy jej Bogu ducha winną siostrę, Lizawietę. Nie dlatego, że popełniwszy morderstwo usiłujemy oszukać samych siebie, że wszelkie nasze koncepty okazują się niczym wobec gryzącego robaka sumienia, że szukamy zadośćuczynienia za popełnioną zbrodnię. Nie dlatego, że poddani nieprzeniknionej logice ubezwłasnowolniającego procesu wysłuchujemy w świątyni opowieści o odźwiernym i człowieku ze wsi, który „prosi o wstęp do prawa” (wspaniała opowieść!). Nie dlatego, że cierpimy z powodu zakazanej miłości, której spełnienie nie przynosi ulgi, ale coraz to nową boleść. Nie dlatego, że stajemy wobec świata śmieszni lub tragiczni, gotowi się z nim zmierzyć – w konsekwencji stając się tylko jednym z wielu słów, jeśli nie liter, czy znaków zapisanych w dziejach.
A może – kto wie – właśnie dlatego. Tak, wszyscy jesteśmy Raskolnikowami w przejrzystości naszego istnienia. Wszyscy jesteśmy Raskolnikowami – w rażącym oczy blasku pewności, jaką zyskuje życie, gdy odrzeć je z wszelkich pewników tyczących tego, co mówimy o sobie samych, innych i tego, co o nas się powiada.