przez Remigiusz Okraska | czwartek 5 kwietnia 2007 | Felietony - Remigiusz Okraska
Miłość i polityka to chyba „naturalna” para przeciwieństw. Nawet odruchowo czujemy, że coś tu nie gra, tak mocno wdrukowany jest ten wzorzec w ludzką świadomość. Miłość w perspektywie politycznej kojarzyć się może na pozór tylko z ni to dobroduszną, ni to głupkowatą paplaniną miłośników Tołstoja, Gandhiego czy Dalaj Lamy. Całe zastępy takich rozmemłanych kolesiów nawiedzają wszelakie inicjatywy zwane „alternatywnymi”, przyciągając ich niczym magnes. Nie wiadomo zresztą, czym bardziej – podatnością tamtejszej publiki na górnolotne banały, czy może raczej tym, że typowa dla nich „leworęczność” uniemożliwia zaistnienie w jakiejś bardziej konkretnej i wymagającej rzeczywistości. Ci „miłośnicy soków owocowych”, jak z pogardą nazywał ich George Orwell, o miłości rozprawiają chętnie i często, ale w sposób, który każe podejrzewać, iż jest to uczucie cokolwiek bezpłodne. Z kolei dla adeptów polityki „oficjalnej”, czyli rozsądnej i wyważonej, miłość to coś z zupełnie innego świata, ze sfery prywatnej, nie pasującego do kluczowego w partyjno-personalnych rozgrywkach schematu „kto kogo”. Miłość i polityka? – wolne żarty, powiedzą nam oni.
A jednak w miłości tkwi potencjał polityczny. Raoul Vaneigem, jeden z czołowych „ideologów” francuskiego Maja ’68, pisał w „Rewolucji życia codziennego”: „Wszyscy ci, którzy mówią o rewolucji i walce klasowej, nie odwołując się bezpośrednio do życia codziennego, nie dostrzegając tego, co jest wywrotowe w miłości i pozytywne w odrzucaniu przymusów, ci wszyscy mają w ustach trupa”. Miłość jest czymś, czego nie da się wtłoczyć w z góry ustalone ramy, zarządzać i sterować nią. Miłość jest dzika. Można nakłonić reklamami do kupowania tego czy owego szmelcu. Można billboardami przekonać do głosowania na któregoś z polityków. Można podsycać histerię i kreować wrogów politycznych, napuszczając telewizyjno-tabloidowy tłum na niepokornych. Ale nikt nigdy, żadnymi środkami i sposobami, nie sprawił, by ktoś kogoś naprawdę pokochał. Ten specyficzny stan wykracza bowiem zupełnie – i znacznie bardziej niż np. nienawiść – poza logikę przewidywalnych reakcji.
Miłość bazuje na totalnej, nieokiełznanej bezinteresowności, a jednocześnie na poczuciu odpowiedzialności, na trosce. Właśnie stąd wynika jej rewolucyjny potencjał – cała bowiem kapitalistyczna ekonomia i towarzysząca jej polityka, cały zdehumanizowany świat współczesny, oparte są na czymś zgoła przeciwnym. W nich wszystko dokonuje się „po coś”, w konkretnym celu, racjonalizując i planując zachowania zbiorowości, instytucji i innych podmiotów życia społecznego. W nich nie ma miejsca na faktyczną odpowiedzialność, wykraczającą poza krótkoterminowy rachunek strat w stosunku do zysków. Słabość większości kontr-projektów wynika z faktu, że nie przekraczają takiej logiki – np. marksowski socjalizm nigdy na dłuższą metę nie wygra z kapitalizmem, ponieważ naśladuje go u fundamentalnych założeń. Kapitalizm już realnie istnieje, a w przekształcaniu świata w Weberowską „żelazną klatkę” celowości i racjonalności – nie ma sobie równych.
Edward Abramowski koncepcję alternatyw wobec kapitalizmu oparł na „Związkach Przyjaźni”, w których kluczowe było kształtowanie etyki nie tyle antykapitalistycznej, co wykraczającej poza logikę kapitalizmu. Gdy Piotr Kropotkin z pasją krytykował darwinizm i jego polityczne mutacje, czynił to z pozycji właśnie „społecznej miłości”, wskazując – inaczej niż marksiści – że alternatywą nie są jeszcze bardziej racjonalne, odgórne, zaaranżowane projekty, lecz dobrowolna, nierzadko spontaniczna współpraca. „Planowanie – pisał Vaneigem – jest tylko antytezą wolnego rynku”, uwikłaną w dokładnie te same ograniczenia mentalne. „Prawdziwie nowa rzeczywistość powinna się opierać na zasadzie daru. W historycznych doświadczeniach rad robotniczych (1917, 1921, 1934, 1956), pomimo cechujących je błędów i ograniczeń, oraz we wzniosłym poszukiwaniu przyjaźni i miłości widzę jeden i ten sam ożywczy argument, chroniący przed pogrążeniem się w rozpaczy”.
Rewolucyjne nie jest centralne planowanie i odgórne zniesienie mechanizmów rynkowych, lecz potlacz – ceremonia indiańska, polegająca na ofiarowywaniu innym swoich dóbr materialnych lub publicznym niszczeniu ich. Rewolucyjne nie jest argumentowanie, że za pracę domową kobiet-matek należy płacić z budżetu, gdyż opieka nad dziećmi i domem zapewnia stabilizację społeczeństwa, a zatem dobrze służy gospodarce. Rewolucyjne jest stwierdzenie, że matki i dzieci są piękne i dobre, a statystyki PKB – ohydne. Rewolucyjne nie jest żądanie, by wszyscy mieli wszystkiego wedle potrzeb, np. ogromne plazmowe telewizory w każdym domu. Rewolucyjny jest postulat, żeby te telewizory wyrzucić przez okno i przestać tkwić w sztucznej magmie zapośredniczonych relacji ze światem.
Ernst Jünger pisał w „Marmurowych skałach”, że „przecież wszystko, co cenne, otrzymujemy tylko dzięki przypadkowi. To, co najlepsze, jest zawsze za darmo”. Antoine de Saint-Exupéry w „Twierdzy” zaś tak: „Jeżeli umierasz z głodu, a przyjaciel otwiera przed tobą drzwi i prowadzi do stołu, i napełnia dla ciebie dzbanek mlekiem, i łamie chleb, to uśmiech pijesz przede wszystkim, ponieważ taki posiłek ma charakter ceremonii. Rzeczywiście nasyciłeś głód, ale czujesz także wdzięczność na myśl o ludzkiej dobroci”. To, wbrew pozorom, są deklaracje polityczne, nie w sensie takiego czy innego projektu i strategii działania, lecz jako odwrócenie logiki, na której bazuje obecny porządek. Dla niego najbardziej niebezpieczne nie są wcale strajki, protesty, powstania czy spiski, te bowiem doskonale wpisują się w schemat zachowań, które bez trudu można zneutralizować i wtłoczyć w nieuchronny proces staczania się ku „błędom i wypaczeniom”. Miłość jest polityką, a raczej – zasady miłości przeniesione na grunt postaw publicznych stają się prawdziwą, twórczą rewolucją.
Przypominam to z okazji Wielkiej Nocy, czyli upamiętnienia Zmartwychwstania Chrystusa. Tego największego z rewolucjonistów – i nie mam tu bynajmniej na myśli odczytania chrześcijaństwa w kontekście prób pogodzenia go czy wpisania w doktryny „sprawiedliwości społecznej”, jak choćby teologia wyzwolenia. Chrześcijaństwo było bowiem inną rewolucją – z wezwaniem do „miłowania nieprzyjaciół waszych” i nadstawiania drugiego policzka nie stanowiło przecież projektu społecznego jakichś pięknoduchów, marzących o idealnym świecie. Było rewolucyjnym zanegowaniem dotychczasowej etyki opartej na racjach rozumu, instynktach zwierzęcej biologii i real-polityce. Było radykalnym przekroczeniem dusznych, przewidywalnych i jałowych schematów pogańskiej kultury.
Nikos Kazantzakis w „Greku Zorbie” pisał: „Gdyby powiedzieć: »Dzisiaj rodzi się światło« – słowa te nie poruszyłyby serc człowieczych. Nie stałyby się początkiem legendy, idea ta nie objęłaby całego świata. Byłoby to tylko stwierdzenie zwykłego fizycznego zjawiska nie pobudzającego naszej wyobraźni. Ale niegdyś światło zrodzone w środku zimy objawiło się jako Dzieciątko, a Dzieciątko stało się Bogiem”. Jeśli chcemy mieć inny, lepszy świat, osiągniemy to nie poprzez nienawistne boksowanie się ze światem obecnym, na zasadach, jakie on ustalił. Musimy go pokonać bronią zupełnie nową, na którą nie będzie odporny, której nie potrafi pojąć i przejąć.
przez Krzysztof Wołodźko | piątek 16 marca 2007 | Felietony - Krzysztof Wołodźko
Inwektywy na usługach polityków i publicystów są nieodzowną częścią rytuału, zwanego debatą publiczną. Są wśród nich takie, które budzą natychmiastową reakcję w obozie przeciwników i te, którym towarzyszy jedynie głuche echo. Stanowią dobro narodowe, choć pośledniejszego gatunku. Moherowe berety, łże-elity, wykształciuchy, socjalistyczna hołota – zabawy słowem zasilają wyobraźnię masową, pomagają w zdefiniowaniu wroga politycznego, samoidentyfikacji, nierzadko służą jako narzędzie terapii grupowej. Są wielkim dobrodziejstwem wydrążonej demokracji, pozbawionej jakiejkolwiek szansy na radykalną zmianę społeczną – za sprawą interaktywnych mediów czynią słyszalnym dysortograficzny „Głos Lódu”. Tam, gdzie nie wznosi się barykad i nie świszczą kule, pozostają słowa powtarzane jak różaniec.
Oszczerstwo, obok powietrza, jest dziś jednym z niewielu dóbr, których wespół używają decydenci i masy. Tym pierwszym inwektywa pomaga zrzucić z siebie ciężar wyjaśniania złożoności gier politycznych, w jakich uczestniczą i skomplikowanych procedur rządzenia. Tym drugim pozwala czuć się współuczestnikami wydarzeń politycznych, współobywatelami świata bogów, których siedziba mieści się, hen, w chmurach. Gdy zatem człowiek w podniszczonym płaszczu, stojący w deszczu na przystanku tramwajowym ogłasza wszem i wobec, że polityk X jest głupi, nie tyle wyraża obiektywny sąd o tym panu, co zgłasza swój akces do życia publicznego. Podobnie, gdy ucinam sobie z kioskarzem miłą pogawędkę na tematy, które obaj znamy tylko z mediów, oprócz niewątpliwej przyjemności rozmowy towarzyszy nam poczucie, że chcąc nie chcąc wypełniamy swój obywatelski obowiązek. Ponieważ trudno nam naocznie ocenić partyjne gry, ekonomiczne naciski lobbystów, trudne moralne wybory warszawskich dziennikarzy – z pewną dezynwolturą, ale przecież dla dobra sprawy wydajemy z siebie głos. Tak bardzo ceniony w demokracji Głos Lódu. A że trudno nam obiektywnie ocenić stan rzeczy, posługujemy się sądem wartościującym, który znacznie ułatwia sprawę.
Odnoszę wrażenie, że tylko hipokryci, skrajni naiwniacy lub ludzie bez serca mogą ubolewać, iż jejmościanka inwektywa ma się dziś tak dobrze. Wykształciuchom nie zaszkodzi, jeśli ktoś im przyłoży słowem jak cepem. Także ich przeciwnikom beret z głowy nie spadnie, gdy usłyszą parę cierpkich i niczym nie usprawiedliwionych słów pod swoim adresem. Sceptyk powie, że inwektywa więcej zaciemnia, niż wyjaśnia. Zapewne, ale co z tego, skoro alternatywą jest głucha cisza? Inwektywa jest bliźniaczą siostrą mitów narodowych, a te, mimo wszelkich prób demistyfikacji, mają się dobrze i wciąż podtrzymują wątły szkielet samoświadomości narodowej. Jest w tym jakaś fatalność, że świat społeczny budujemy na uproszczeniach, ale jeśli przyjąć, że wolność to uświadomiona konieczność – nie stać nas na nic więcej, niż ironiczne przyzwolenie: pogodzenie się z rzeczywistością.
Ekskluzywny, nowolewicowy projekt walki z uprzedzeniami, mitami narodowymi itp. przypadłościami „zacofanych społeczeństw”, choć określa się mianem racjonalnego dyskursu i dąży do reedukacji mas w duchu poprawności politycznej, to dla ogółu nie mniejszy bełkot, niż majaczenia wariata. I podobnie izolowany na łamach kilku periodyków. Jego fiasko ujawnia się w chwili, gdy trzeba masom przedstawić swoją opinię i pognębić przeciwnika. Wtedy filozofka, Magdalena Środa, oskarża swych prawicowych oponentów, że w piwnicy malują swastyki na ścianach, na co jej adwersarz, Artur Zawisza, odpowiada, że urządza sabaty czarownic. Kalumnia wraca do łask jako niezbędne narzędzie w politycznym sporze, napięcie rośnie, widownia wydaje nieartykułowane dźwięki a racjonalny dyskurs za pośrednictwem mediów elektronicznych, tej współczesnej wersji agory, odkłada się na później, czyli – mówiąc mniej eufemistycznie – na świętego Nigdy.
Chwalmy potęgę inwektywy, lecz nie traktujmy jej zupełnie serio. Chwalmy spoty z pustymi lodówkami, dziadków w Wehrmachcie, oskarżenia o kaczyzm i klerofaszyzm; chwalmy internetowe blogi, świątynię egalitaryzmu, gdzie zamiast cherubów fruwają czasem myśli wzięte z sufitu, a logikę zastępują sylogizmy. Ceną za to jest zgoda na sporą dawkę prostactwa i banału; zagrożenie manipulacją. Ale – by twórczo rozwinąć myśl klasyka – życie to nie Wersal. Jeśli można pokazać przeciwnikowi zęby, to znak, że jeszcze ich nie wybito. Oczywiście, kto nie chce poprzestać na rzucaniu inwektyw jako formie współuczestnictwa w życiu społecznym, ten może zmieniać kawalątek świata wokół siebie – pracując w hospicjum, pedałując w Masie Krytycznej, organizując sąsiadów do zbierania psich kup ze skwerku, podrzucając płonące żagwie w teatrze ulicznym. Lecz, ostatecznie, w chwili bezradności i tak westchnie: „ale głupi ci ludzie”. A czujne echo chętnie powtórzy i zwielokrotni jego głos. Lepiej być tego świadomym, by później nie popaść w czarnowidztwo. Cała sztuka: zmieścić swój szept gdzieś między Głosem Ludu i Głosem Lódu i nie grymasić, że jedno bez drugiego nie ma racji bytu.
przez Remigiusz Okraska | piątek 16 marca 2007 | Felietony - Remigiusz Okraska
Kilka tygodni temu znów zrobiło się głośno o sprawie odszkodowań dla środowisk żydowskich od rządu polskiego za mienie utracone podczas II wojny światowej i wskutek nacjonalizacji dokonanej w pierwszych latach rządów komunistycznych. Amerykańskie organizacje skupiające byłych żydowskich właścicieli lub ich spadkobierców po raz kolejny domagają się uregulowania kwestii odszkodowań i wypłacenia pieniędzy. Liderzy żydowskich organizacji – Holocaust Restitution Committee, World Jewish Restitution Organization i Claims Conference – chcą szybkiego sfinalizowania sprawy. Szacują, że problem dotyczy około 15-25 tysięcy przypadków dawnej żydowskiej własności oraz nie są zadowoleni z proponowanej stawki, którą obecne władze określają na 15% wartości utraconego majątku.
Wystąpienia organizacji żydowskich wywołały w Polsce tradycyjny ostry sprzeciw i falę krytyki ze strony środowisk, które są zaprawione w „wyjaśnianiu” rzekomych podstępnych knowań Żydów przeciwko naszej umęczonej ojczyźnie. Mogliśmy się dowiedzieć, że czyhają na nasz majątek, że złupią Polskę, że jeśli nie zapłacimy to nas oczernią i przedstawią światu jako antysemitów. W tej dość przewidywalnej wrzawie pojawił się tym razem jednak ton niepewności i konfuzji. Tak się bowiem złożyło, iż Żydzi domagający się odszkodowań zawarli sojusz z Polską Unią Właścicieli Nieruchomości oraz Polskim Towarzystwem Ziemiańskim, wspólnie kierując wezwanie do polskich władz. No i jak tu „narodowcy” mają krytykować „zachłannych” Żydów, skoro ich roszczenia obejmują wedle szacunków jakieś 20% ogółu mienia, a reszta jest „czysto polska”? Ba, jak mają ich potępiać, gdy za sojuszników Żydzi obrali sobie najprawdziwszych z prawdziwych Polaków – bo przypomnieć warto, że komuniści znacjonalizowali głównie majątki duże, których właściciele w większości sympatyzowali przed wojną właśnie z endecją. Stwierdzenie Bebla, że antysemityzm jest socjalizmem głupców, idealnie pasuje do obecnej sytuacji. Na pewno na głupców wyszli bowiem „prawdziwie polscy” specjaliści od straszenia knowaniami „lobby żydowskiego”. Gdybym był Stanisławem Michalkiewiczem, który przez lata straszył „zachłannymi Żydami”, a jednocześnie jego partyjka, Unia Polityki Realnej, domagała się reprywatyzacji znacjonalizowanego mienia polskich właścicieli – to zapadłbym się ze wstydu pod ziemię.
Taki obrót wydarzeń może dziwić tylko na pierwszy rzut oka. Skoro domagać zwrotu majątków mogą się Polacy, to dlaczego nie mieliby tego robić także Żydzi – dawni obywatele Polski? Można oczywiście argumentować, że państwo polskie powinno wypłacać odszkodowania wyłącznie obecnym obywatelom, nie ponosząc odpowiedzialności za wydarzenia sprzed wielu lat. To jednak byłoby moralnie dwuznaczne, bowiem Żydzi utracili obywatelstwo polskie niekoniecznie z własnej woli, wyjeżdżając z naszego kraju jako uciekinierzy przed najpierw hitlerowskimi, a później komunistycznymi prześladowaniami (miłośnicy mitu „żydokomuny” nie raczyli przeczytać ani jednej pracy naukowej o tym, że Żydów – zwłaszcza ich „burżuazję” – na różne sposoby komuniści „zachęcali” do opuszczenia Polski nie tylko w roku 1968, ale i przez cały wcześniejszy okres od zakończenia wojny). Zresztą, przyjęcie takiej zasady stawiałoby na głowie cały międzynarodowy obyczaj prawny, gdyż np. obywatel Polski nie mógłby dochodzić swoich praw majątkowych do pieniędzy czy posiadłości utraconych, powiedzmy, w USA na skutek jakichś rodzinnych czy biznesowych komplikacji. Co więcej, nie można stwierdzić, że obecne państwo polskie nie może ponosić żadnej odpowiedzialności za wydarzenia sprzed wielu lat, skoro część wówczas zagarniętych np. nieruchomości nadal istnieje i funkcjonuje w dzisiejszych realiach. Nie ulotniły się przecież, ktoś z nich korzysta, ktoś na tym zarabia, komuś one do czegoś służą. Gdyby hitlerowcy i komuna zabrali je Żydom, a następnie doszczętnie zniszczyli – wówczas faktycznie można by argumentować, że obecna Rzeczpospolita nie ma nic wspólnego z roszczeniami i odszkodowaniami.
Jeśli więc chcemy oddawać w naturze czy płacić odszkodowania za dawne dworki, majątki ziemskie czy fabryki polskich właścicieli, to powinniśmy uczynić to samo również wobec Żydów. Jeśli zamierzamy ronić łzy nad polską szlachtą, fabrykantami i kamienicznikami, których los tak okrutnie doświadczył, to powinniśmy równie mocno przejmować się podobnie potraktowanymi Żydami. Jeśli odszkodowania za utracone mienie chce się przyznawać po kilkudziesięciu latach np. zabużanom, to dlaczego po równie długim okresie nie przysługiwałyby one Żydom? Czemu jednak polski rząd ma płacić za politykę hitlerowców – tak mówią krytycy pomysłu odszkodowań, sugerując, żeby Żydzi domagali się odszkodowań nie w Warszawie, lecz w Berlinie. Dlaczego jednak ci sami ludzie nie proponują zabużanom, aby o pieniądze upomnieli się w Moskwie, lecz kierują ich do rodzimego Skarbu Państwa? Dlaczego wyczyny złej polskiej komuny należy zrekompensować stratnym polskim właścicielom, a nie uczynić tego samego wobec poszkodowanych przez nią właścicieli żydowskich?
Takie wątpliwości prowadzą mnie jednak nie – jak zapewne pomyślała sobie część Czytelników – do opowiedzenia się za wypłacaniem odszkodowań Żydom i Polakom, i to w wysokości stu procent wartości zabranego mienia (bo skoro ma być sprawiedliwie, to na poważnie – nie można udawać, że 15% wartości to 100% sprawiedliwości). Otóż jest dokładnie odwrotnie. Uważam, że ani Żydzi, ani Polacy nie powinni otrzymać żadnych odszkodowań. Zasada „wyrównywania krzywd” po upływie tak wielu lat wydaje mi się absurdalna. Owszem, wojna była okrutna, a jej ofiary ucierpiały. Nacjonalizacja z kolei była wątpliwa moralnie i prawnie. Ale w dziejach ludzkości były setki wojen i niefortunnych decyzji władz. Przetaczały się fronty, dokonywano inwazji zbrojnych, rabowano mienie, wypędzano ludność, zmieniano ustawy, łamano wcześniejsze ustalenia. Tak, było to straszne, niesprawiedliwe i godne potępienia, bo w ogóle świat nie był, nie jest i nie będzie idealny. Tyle tylko, że przez stulecia nikomu nie przyszło do głowy, iż jakiekolwiek państwo po upływie pół wieku, w zupełnie innych realiach demograficznych, ustrojowych, finansowych, granicznych itd., ma obowiązek rekompensować krzywdy tego rodzaju. I że obywatele, których znakomita większość urodziła się po tych wszystkich wydarzeniach, powinni finansować takie poczynania. Jeśli po przegranej wojnie na jakiś kraj nakładano kontrybucje, to czyniono to zaraz po zawarciu traktatu pokojowego, nie zaś 50 lat później – tak, aby konsekwencje ponosili sprawcy, nie zaś niewinni ludzie.
Tak pojmowana „sprawiedliwość” oznacza niekończący się festiwal skarg, żalów, roszczeń, pretensji itp. Owszem, zapłaćmy Żydom i Polakom, poszkodowanym przez Hitlera i Bieruta. Zapłaćmy zabużanom, poszkodowanym przez Stalina oraz – wytyczających wraz z nim nowe polskie granice – Churchilla i Roosevelta. Weźmy później na siebie ciężar wypłaty odszkodowań dla tych Niemców, którzy przed wojną i podczas niej nie popierali Hitlera, zamieszkiwali od pokoleń na Mazurach, Górnym i Dolnym Śląsku czy w Wielkopolsce, a Armia Czerwona i Ludowe Wojsko Polskie wygnały ich w odwecie za zbrodnie III Rzeszy. Zapłaćmy też tym Polakom, których armia radziecka poszkodowała tak czy inaczej podczas wyzwalania – czy jak kto woli, zniewalania – naszego kraju. Zapłaćmy ofiarom Akcji „Wisła”, często Bogu ducha winnym chłopom, którzy padli ofiarą politycznych knowań watażków z UPA i stosowanej przez władze ludowe zasady zbiorowej odpowiedzialności. Ale na tym nie koniec, bo właściwie dlaczego poprzestać na krzywdach wyrządzonych po 1939 roku? Wypłaćmy odszkodowania prześladowanym przeciwnikom sanacji (naprawdę nie żyją żadni potomkowie więźniów Berezy?) oraz ukraińskim, białoruskim czy litewskim ofiarom jej niezbyt subtelnej polityki na Kresach Wschodnich. A skoro płacimy za wyczyny Hitlera i Bieruta, to zapłaćmy też za wszystkie krzywdy wyrządzone w ciągu 123 lat w trzech zaborach. Jeśli zgłoszą się tacy, których przodków skrzywdzono za Sasów, Jagiellonów, a nawet i Piastów – też dajmy im to, co należne. Ponieważ idea jest szlachetna, zajmijmy się jej promocją – niech każdy kraj płaci ofiarom i ich spadkobiercom, choćby i po pięciu wiekach. Gdy już poruszymy świat do wzajemnego płacenia wszystkim za wszystko, na pewno będzie na nim i lepiej, i sensowniej.
Wnioski z całej sprawy są dwa. Pierwszy taki, że należy przestać brnąć w tak specyficznie pojętą sprawiedliwość. Co się stało, to się nie odstanie – obecne władze i pokolenie Polaków nie powinny zajmować się naprawianiem krzywd sprzed wielu lat, obojętnie czy będą to krzywdy właścicieli żydowskich, polskich-tutejszych czy polskich-kresowych. W toku dziejowych zawieruch niemal każda polska rodzina poniosła jakieś straty – materialne, moralne, biologiczne – i po prostu trzeba przyjąć to do wiadomości, zamiast w nieskończoność próbować je naprawiać kosztem nieustannych sporów i drenowania budżetu, na który zrzucają się ludzie nie mający w większości wiele wspólnego z wydarzeniami sprzed lat.
Drugi wniosek jest natomiast taki, że myślenie w kategoriach etnicznych prowadzi na manowce. Zamiast „lobby żydowskiego”, którym straszyli nas „prawdziwi Polacy”, mamy lobby spadkobierców, którzy niezależnie od swej narodowości i wyznania chcą z budżetu otrzymać, wedle szacunków, jakieś bagatela 70 miliardów złotych. Taka jest orientacyjna wartość stuprocentowych odszkodowań dla dotychczas szacunkowo zidentyfikowanych osób uprawnionych do składania wniosków w tej sprawie. Cała ta sprawa nie ma charakteru rasowego czy etnicznego, lecz zgoła inny – klasowy. To bowiem właśnie dawni posiadacze chcą odzyskać swoje majątki, a my mamy za to zapłacić. Gdy później braknie na pensje budżetówki, zasiłki dla bezrobotnych, remonty dróg czy dożywanie biednych dzieci, to podziękujcie właśnie im. Nie mitycznym Żydom – lecz Polakom, którzy stanowią 80% „roszczeniowców” i 100% członków kolejnych rządów zamierzających przywracać wątpliwą „sprawiedliwość historyczną” kosztem faktycznej sprawiedliwości teraźniejszej.
przez Krzysztof Wołodźko | niedziela 25 lutego 2007 | Felietony - Krzysztof Wołodźko
Mój tekst był zatytułowany „Ostatni taki klin, czyli mieszczuchów walka o ziemię” i dotyczył krakowskiej Wesołej Polany. Jest to stosunkowo niewielki spłacheć ziemi w pobliżu rezerwatu „Panieńskie Skały”, ostatnie niezabudowane otwarcie widokowe na Las Wolski, tradycyjne miejsce rekreacji pokoleń krakowian. Zimą 2004 r. okoliczni mieszkańcy dowiedzieli się, że radni dzielnicy Wola Justowska prawem kaduka zmienili w planach zagospodarowania przeznaczenie części Wesołej Polany z terenu zielonego na budowlany. A deweloper, firma Inwest-Akord, która wykupiła ziemię, zamierza na niej postawić sześć trójkondygnacyjnych domów, tak zwanych „willi miejskich”. Tak zaczęła się walka mieszczuchów o ziemię, którą dziś, wedle wszelkiego prawdopodobieństwa, trzeba uznać za przegraną.
Decyzją osób zaangażowanych w obronę Wesołej Polany, prowadzenie negocjacji z deweloperem wziął na siebie działający od 1981 r. Obywatelski Komitet Ratowania Krakowa. Dzięki środkom przekazu sprawa nabrała rozgłosu. Po długich negocjacjach i zabiegach, w maju 2006 r., OKRK i Inwest-Akord zawarli umowę przedwstępną, zgodnie z którą do końca września 2006 r. Komitet miał zebrać milion sto tysięcy złotych. Drugi milion na wykup ziemi obiecał prezydent Krakowa, Jacek Majchrowski. Za łączną sumę deweloper zgodził się odsprzedać wykupiony grunt. Podał przy tym warunek, zgodnie z którym istotnym argumentem dla dalszych negocjacji miała być liczba prywatnych darczyńców, biorących udział w zbiórce. Inwest-Akord chciał wiedzieć, czy krakowianie przyłączą się do akcji. Bo ostatecznie to właśnie dobro społeczności Krakowa było ważnym argumentem, używanym przez obrońców Wesołej Polany.
Pod koniec lutego 2006 r. Komitet wziął się do zbierania pieniędzy, licząc na to, że jeśli uda się zebrać więcej, to pozostałe środki zostaną wykorzystane na wykup i zagospodarowanie innych działek, na jakie podzielona jest Wesoła Polana. Zawarł też umowę z kilkoma dużymi firmami, że w chwili, gdy dojdzie do podpisywania umowy sprzedaży, przekażą odpowiednie kwoty na wykup spornego gruntu. Przede wszystkim jednak ludzie z OKRK mieli nadzieję, że w zbiórkę zaangażują się liczni krakowianie, nie tylko mieszkańcy dzielnicy. Wydawało się to prawdopodobne, choćby ze względu na zainteresowanie lokalnych mediów i fakt, że początkowo poparcie dla akcji ratowania Wesołej Polany wyraziło kilkaset osób z Woli Justowskiej, uczestniczących zimą 2004 r. w spotkaniu poświęconemu tej sprawie. Ponadto, w tamtym czasie pod petycją przeciw zabudowie zebrano ponad dwa i pół tysiąca podpisów.
OKRK zorganizował dwie aukcje dzieł sztuki, z których środki przeznaczono na wykup gruntu, ogłaszał zbiórki w prasie, na łamach gazet podawano numer konta. Na Woli Justowskiej rozdawano ulotki z dołączonym przekazem pocztowym – Bank Rzemiosła, gdzie umieszczono środki finansowe, nie pobierał opłat z tytułu wpłaty. Okazało się, że wpłat indywidualnych dokonało niespełna osiemdziesiąt osób; łącznie z darczyńcami i organizatorami aukcji w zbiórkę zaangażowało się czynnie około dwustu. Pieniądze wpłacali też ludzie spoza Krakowa – ze Stalowej Woli, Konstancina. Zebrano około 50 tys. złotych żywą gotówką. Tymczasem minął wrzesień 2006 r., a wraz z nim – termin zbiórki. OKRK nadal prowadził rozmowy z majętnymi firmami, potencjalnymi sponsorami, dotarł też do mieszkającego za granicą Polaka, filantropa, który własnym sumptem ufundował w Krakowie rodzinny dom dziecka. Ale czas płynął, pieniędzy było mało, a krakowianie (w tym większość mieszkańców Woli Justowskiej) nie interesowali się zbytnio losem Wesołej Polany. Indywidualne wpłaty płynęły bardzo wąskim strumyczkiem, który ożywał na chwilę po publikacjach w lokalnej prasie, raz po raz przypominających o całej sprawie.
Pod koniec września 2006 r. OKRK zwróciło się do dewelopera z prośbą o przedłużenie terminu do początku grudnia. Pojawił się problem z milionem od prezydenta Majchrowskiego – pieniądze trzeba było wydać do końca listopada, inaczej groziło, że przejdą jako niewykorzystane do nadwyżki budżetowej. Rzecz cała działa się jeszcze przed wyborami samorządowymi, prezydent Krakowa zaproponował, że dołoży jeszcze pewną sumę, byle tylko zamknąć sprawę. Ale z początkiem listopada właściciel Inwest-Akord przesłał do OKRK pismo, potwierdzone aktem notarialnym, że w związku z niedotrzymaniem terminów jednostronnie zrywa umowę. Nie odbierał telefonów od ludzi z OKRK, za to chętnie rozmawiał z dziennikarzami, że owszem, może sprzedać grunt, lecz po wyższej cenie. Przeszły wybory samorządowe, prezydent Majchrowski załapał się na drugą kadencję. Pod koniec listopada, gdy sytuacja była już podbramkowa, przedstawiciele OKRK udali się z wizytą do Urzędu Miasta. Prezydent obiecał, że pomoże zorganizować spotkanie z deweloperem i przekaże sprawę do Wydziału Skarbu, odpowiedzialnego za wydatki z budżetu miasta. Tu pewien szczegół, ważny dla dalszego ciągu historii: wychodząc z gabinetu Majchrowskiego, rozmówcy minęli się w drzwiach z Marią Witkowicz, dyrektor rzeczonego wydziału.
Minął grudzień, przyszło Boże Narodzenie, wystrzelone korki od szampana obwieściły nadejście Nowego Roku… Do OKRK zadzwoniła dziennikarka z krakowskiego oddziału TVP3, z zapytaniem, co słychać na Wesołej Polanie. Sprawa znów „ruszyła do przodu”. Prezes Komitetu, Mikołaj Kornecki, zadzwonił do Marii Witkowicz, by dowiedzieć się, czy porozumiała się z właścicielem Inwest-Akord. Pani dyrektor odpowiedziała, że o niczym jej nie informowano. Chwilę później oddzwoniła z wiadomością, że rozmawiała właśnie z deweloperem, który skłonny jest odsprzedać teren, ale po wyższej cenie. Z tym, że pieniędzy od miasta OKRK już nie ma. W poświęconym Wesołej Polanie telewizyjnym reportażu, wyemitowanym na początku tego roku w krakowskiej „Trójce”, prezydent Majchrowski stwierdził, że nikt się do niego nie zwrócił o przekazanie środków finansowych na wykup gruntu, stąd sprawa jest już nieaktualna. Po wygranych wyborach samorządowych taka wypowiedź niespecjalnie dziwi.
Z kolei prezes Kornecki twierdzi, że nikt go nie poinformował o konieczności wystąpienia o zabezpieczenie tych pieniędzy. Uważa też, że OKRK nie może liczyć na pomoc miejskich radnych, bo ci w tej chwili zajęci są przepychankami partyjnymi (tzn. budową lub zwalczaniem IV RP w skali miasta) i sprawy „drugorzędne”, jak perspektywiczny wykup gruntów mało ich interesują. Komitet może zbierać środki na wykup Wesołej Polany do końca lutego bieżącego roku. Później będzie musiał zwrócić je darczyńcom, lub – za ich zgodą – przeznaczyć na cele statutowe. Rodak-filantrop z zagranicy stracił już cierpliwość do całej sprawy i się wycofał. Krakowianie, en masse, nie są zainteresowani tematem. Inwest-Akord ma już „wuzetkę” i wystąpił o pozwolenie na budowę. Na sprzedaży mieszkań postawionych na Wesołej Polanie może zarobić, lekko licząc, około 15 milionów złotych. Nic go już nie motywuje, by zrezygnować z solidnego zarobku. Cudu nie było – Goliat wygrał z zostawionym samemu sobie Dawidem.
Jaki komentarzem opatrzyć całą historię? Uderzę się we własne piersi. Owszem, napisałem dla „Obywatela” artykuł na temat Wesołej Polany. Ale później straciłem sprawę z oczu. Nie wpłaciłem też ani grosza na konto, nie zachęciłem do tego nikogo z rodziny, znajomych. Pocieszałem się myślą, że inni na pewno to załatwią i wszystko dobrze się skończy. A wystarczyło kilkanaście złotych, by powiększyć listę darczyńców; by zasilić szereg obywateli, którzy walczą o coś, co uznają za cenne, ważne dla tożsamości ich miasta – by Inwest-Akord wiedział, że Wesoła Polana nie przestała budzić zainteresowania. I myślę sobie, że to jedna z wielu banalnych, niewesołych spraw, jakich w Polsce pełno. Każdy z nas, w swoim miejscu zamieszkania, regionie mógłby opisać ich wiele. Zwykle trudno je w pełni zrozumieć, ogarnąć wszystkie tropy, uchwycić poszczególne nitki – stąd odpuszczamy, pozwalając, by ktoś inny za nie pociągał. I dlatego nie zmniejsza się liczba smutnych historii o niezbyt Wesołych Polanach.
przez Remigiusz Okraska | niedziela 25 lutego 2007 | Felietony - Remigiusz Okraska
Internet i współczesne media masowe paraliżują aktywność społeczną zamiast ją rozbudzać. Choć starają się sprawić wrażenie „interaktywności”, „wyrażania głosu ogółu”, „bycia blisko człowieka”, „zaangażowania”, „docierania do sedna”, „wnikliwości”, „reagowania”, tworzą kulturę, w której jest miejsce tylko na narzekanie i oburzanie się, nie ma go natomiast na realne inicjatywy. Struktura nowoczesnych mediów jest zorganizowana tak, aby ich odbiorcy nie podjęli żadnej faktycznej aktywności – cała ich energia ma zostać skanalizowana w jałowym gadulstwie, będącym jedynie kiepską namiastką zaangażowania w dany problem. Takie zaangażowanie mogłoby bowiem wymknąć się spod kontroli, sprawić, że obywatele odkryją nowe aspekty rzeczywistości lub choćby własne, nie podsuwane im sposoby interpretacji. Zaangażowanie jest niebezpieczne. Bezpieczne są cynizm i narzekanie.
Ten problem widać najbardziej, wbrew pozorom i spotykanym opiniom, bynajmniej nie w telewizji. Choć ona uchodzi za najbardziej „jałowy” ze wszystkich środków masowego przekazu, to problem jest znacznie bardziej wyraźny wtedy, gdy weźmiemy pod uwagę nowoczesną prasę oraz Internet. Telewizja jest medium „chłodnym”, nie skłaniającym do zaangażowania w cokolwiek poza biernym oglądaniem i komentowaniem. Jest ona jednak również takim medium, które nawet nie stwarza namiastki owego zaangażowania. Twórcy telewizji zdają się mówić tak: mamy wam coś do powiedzenia i pokazania, ale wasza postawa wobec tego zupełnie nas nie interesuje. Oczywiście nikt nie wyrazi tego wprost, gdyż obowiązuje zasada kokietowania publiczności – odbiorców reklam. Nikt też jednak nie sili się na sprawianie wrażenia, jakoby razem z telewidzami zamierzał tworzyć pewną wspólnotę wokół jakiegoś problemu i prób jego rozwiązania.
Inaczej jest ze współczesną prasą masową. Jej twórcy usiłują wmówić czytelnikom, że „jesteśmy razem” – wasze problemy są naszymi, wspólnie próbujemy je rozwiązywać. Paradoksalnie, dzieje się tak mimo wieloletniej krytyki prasy faktycznie zaangażowanej. Mnóstwo razy można było przeczytać i usłyszeć, że ta ostatnia jest ze swej natury „zła” – tendencyjna, reprezentująca interesy jakiejś mniej lub bardziej wąskiej grupy. Oczywiście taka ona była, to niekwestionowany fakt. W pewnym sensie właśnie dlatego przegrała z „szerokimi” gazetami, pozującymi na obiektywne i wyrażające interesy ogółu. Wystarczy spojrzeć na obecny poziom czytelnictwa „Trybuny”, „Myśli Polskiej”, „Zielonego Sztandaru”, „Przeglądu” czy „Tygodnika Solidarność”. Oczywiście zawsze prasa „partyjna” miała mniej czytelników niż „ogólna”. Tyle tylko, że np. przed wojną, a na Zachodzie jeszcze do lat 70., dystans ten wynosił dwa lub trzy do jednego, dziś natomiast „obiektywne” gazety biją te „stronnicze” o kilkanaście lub kilkadziesiąt długości.
Krytykowanie „zaangażowania” partyjnego czy politycznego idzie u „obiektywnych” mediów w parze z pozorowaniem zaangażowania w „zwykłe sprawy” ich odbiorców, na ogół – chcąc nie chcąc – dotykające przecież problemów politycznych czy ideologicznych. Takie gazety pełne są bądź to emocjonalnych ataków na „złych polityków”, „wadliwe rozwiązania ustrojowe” czy „absurdy regulacji gospodarczych”, bądź też „ekspercko” komentują reguły życia publicznego. Są to czasopisma jak najbardziej stronnicze i nie kryjące się z tym, lecz w niemalże czarodziejski sposób udające zarazem obiektywizm. Prasa „partyjna” jest zła i tendencyjna, prasa „ogólna”, zajmując się dokładnie tak samo stronniczą analizą i opisem rzeczywistości – ma natomiast ponoć być dobra i godna zaufania. A przecież ta ostatnia wcale nie jest „wielonurtowa” – owszem, zaprasza na łamy reprezentantów różnych opcji, ale tylko wtedy, gdy dyskusja dotyczy kwestii drugorzędnych. Przez lata czołowe media tak walczyły o pluralizm poglądów, że w kwestiach gospodarczych można było wybrać dowolny model, pod warunkiem, że nazywał się Balcerowicz.
Ostatnio „Dziennik”, pozujący na gazetę super-obiektywną i reprezentującą przeróżne opinie, dał wspaniały pokaz prawdziwych intencji. Zorganizował na Uniwersytecie Warszawskim publiczną „debatę” o nekonserwatyzmie, walce z terroryzmem i wojnie w Iraku. Piszę słowo debata w cudzysłowie, bo już sam dobór jej uczestników był wymowny – Norman Podhoretz, jeden z intelektualnych liderów amerykańskiego neokonserwatyzmu i ideologiczny „reżyser” napaści na Irak, a do tego dwa polskie klony poglądów głównego gościa, tj. profesor-senator Ryszard Legutko i były minister obrony Radosław Sikorski. „Debata” wyglądała tak, że osoby przypominające, iż Podhoretz na swych rękach ma krew tysięcy Irakijczyków, zostały z sali po prostu siłą wyrzucone, a ci, którzy pozostali, mogli zadawać pytania za pośrednictwem karteczek przekazywanych prowadzącemu całość redaktorowi „Dziennika”, który skrupulatnie wybierał te wygodne dla Podhoretza.
Wspomniałem „Dziennik” nieprzypadkowo, bowiem wraz z „Faktem” są to najnowocześniejsze obecnie masowe gazety w Polsce. Ta nowoczesność wyraża się właśnie m.in. w pozorowaniu zaangażowania. Ich dziennikarze ciągle coś „tropią”, „nagłaśniają”, „odkrywają”, „docierają” – oczywiście robią to dla nas, są „blisko ludzi”, odpowiednio tych „zwykłych” i tych trochę bardziej „na poziomie”. Dominuje w nich emocjonalny ton, czasem wygląda to wręcz tak, jakby autor tekstu marzył o rozwiązaniu problemu, który opisuje. Ale za tymi emocjami i pozorowanym „konkretem”, stoi zupełna pustka. Oburzenie nie przekłada się na żadne propozycje rozwiązań systemowych. Jasne, można skrytykować posła-aferzystę, lekarza-łapówkarza, wyrodną pijaną matkę czy podstępnego pedofila, no i oczywiście policję, która „nic nie robi”. Ale broń Boże domagać się zmiany polityki państwa w jakimś szerszym zakresie, a jeszcze bardziej – aktywizować czytelników w działalność na rzecz takiej zmiany. Tak „rozbudzony” odbiorca mógłby bowiem zacząć myśleć samodzielnie, wbrew dziennikarskim Wujkom Dobra Rada, a przede wszystkim wbrew ich sponsorom-reklamodawcom. Ci ostatni mogliby się przecież obrazić na pismo „tendencyjne”, czyli mówiące o interesach jednej grupy ludzi – wyśmiewanie marksizmu nie sprawiło wszak, że podziały klasowe czy warstwowe w społeczeństwie zanikną i że wszyscy się kochamy – w opozycji do interesów grupy innej.
Faktyczna aktywność społeczna byłaby nie na rękę wielkim mediom. Natomiast tworzenie namiastki zaangażowania pozwala zyskać zaufanie i wierność czytelników, a także skanalizować ich niezadowolenie z różnych kwestii w jałowym, nic nie zmieniającym oburzaniu się i domaganiu, by „ktoś coś z tym zrobił”. Richard Hoggart pisał już pół wieku temu o takich „obiektywnych” masowych gazetach: „Ich celem musi być utrzymanie czytelnika na poziomie biernej akceptacji, gdyż taki czytelnik nie stawia niepotrzebnych pytań, ale zadowolony bierze, co dają, i ani mu w głowie nic zmieniać. Założenia nie mogą być podważane w sposób zasadniczy, można najwyżej troszkę się poprzekomarzać. /…/ Taka regularna, coraz obfitsza i niemal całkowicie jednostajna dieta sensacji, przy kompletnym braku jakiegokolwiek zaangażowania, musi w końcu w konsumencie lektury popularnej przytępić zdolność do otwartej i odpowiedzialnej reakcji na życie, zaszczepić mu poczucie bezcelowości wszystkiego, co nie mieści się w kręgu kilku najprostszych potrzeb”.
Czasopisma „partyjne” promowały faktyczne zaangażowanie – owszem, były stronnicze i można się było z ich postulatami nie zgadzać, ale jednocześnie nie proponowały namiastki zamiast czegoś faktycznego. Zachęcały czytelników do popierania danej opcji, propagowały idee, a jeszcze całkiem niedawno były motorami napędowymi aktywności społecznej w sferze okołopolitycznej. Media nowoczesne nie robią tego zupełnie. Czasem nazywane są populistycznymi, ale to zupełne pomieszanie pojęć. Populizm bazował na mobilizowaniu ludzi do faktycznego działania, nawet jeśli można było mu zarzucić, iż czynił to przy użyciu retoryki demagogicznej. Nowoczesne media robią coś wręcz przeciwnego – „demobilizują” społeczeństwo. Populistyczne mówiły: rusz się i zrób coś z tym, tak dalej być nie może. Nowoczesne mówią: siedź, oburzaj się wraz z nami, ale nie rób nic konkretnego, musi być tak, jak jest.
Innym „demobilizatorem”, odmiennym w formie, choć w skutkach podobnym, jest Internet. Miał być oazą aktywności, wyzwalać energię społeczną, egalitaryzować możliwości zaangażowania się w sprawy publiczne. Nie mam przy tym pretensji, że w 90% służy on rozrywce, nie zaś „poważnym sprawom”. Chodzi o coś innego. Także on jest doskonałym narzędziem do zamiany faktycznej aktywności w powierzchowne oburzanie się i komentowanie. To, co miało być jego główną zaletą – interaktywność, czyli swoisty sygnał zwrotny od odbiorców i możliwość wpływania przez nich na „zawartość” debaty, przerodziło się w praktyce w swoją karykaturę. Setki, tysiące stron internetowych służą wyłącznie do bicia piany, z którego nie wynika absolutnie nic. W dodatku osoby, które uczestniczą we wszelakich forach dyskusyjnych czy portalach z możliwością komentowania informacji, są przekonane, że godziny, które tam tracą, są poświęcone zaangażowaniu w sprawy publiczne.
Przeglądam czasem takie miejsca w sieci i jestem pod wrażeniem swoistego „morderstwa doskonałego”. Setki osób wypowiadają się na każdy możliwy temat, choć o większości z nich nie mają pojęcia – ba, nie mają nawet ochoty się z nimi zapoznać, aby mieć szerszy ogląd problemu. Poświęcają temu mnóstwo czasu, pełno pasji i energii. Potrafią godzinami przerzucać się „argumentami” w stylu: słyszałem, podobno, wydaje mi się, gdzieś czytałem itd., a w najlepszym razie wklejać link do informacji z równie śmieciarskiego miejsca jak to, w którym dyskutują. 90% tego bełkotu to zwykłe pyskówki – uczestnicy prezentują zerowy poziom empatii oraz chęci dowiedzenia się czegoś, na kolejne tematy reagują zaś niczym psy Pawłowa. Kler – złodzieje, feministki – głupie i brzydkie, aborcja – wolność lub morderstwo, Pinochet cacy – Lenin be albo odwrotnie, Michnik – łotr i zdrajca, Rydzyk – faszysta, ekolodzy to lewacy, burżuje to ch…, krytyk polityki USA to pachołek Putina i KGB, Izrael to reżim syjonistyczno-nazistowski, itd. Niemal nikt się tam nad niczym nie zastanawia, nie zajmuje niuansami danego problemu, nie próbuje nadać swoim wywodom logiki – trzy sekundy na kolejny wpis, od rana do wieczora. Oczywiście we własnym mniemaniu ci ludzie debatują, angażują się w problemy sfery publicznej, mają szerokie zainteresowania. W praktyce nie czynią nic poza napełnianiem szamba, które w dodatku można ręką administratorów skasować jednym kliknięciem. Mało kto z nich robi cokolwiek sensownego „w realu”, za to są pełni pretensji wobec innych, gotowi napluć na każdego i wyśmiać każdą próbę faktycznych działań, wszystko zarzucić tysiącem oskarżeń i podejrzeń.
Wybrałem przykłady z jednego tylko, prawicowego forum dyskusyjnego. Czemu ekolodzy protestują w obronie Rospudy, a nie protestowali w Pcimiu Średnim? Na pewno robią to dla pieniędzy. Niech się zajmą śmieciami w pobliskim lesie albo śmierdzącą rzeczką w mojej miejscowości. Ale to w ogóle wyrachowani oszuści. Banda fanatycznych oszołomów, dla których Człowiek się nie liczy. Finansuje ich KGB. Chcieliby pozabijać ludzi w imię obrony kwiatków. Czemu protestują dopiero teraz, a nie protestowali wcześniej? Nic nie robią, tylko protestują, za robotę by się wzięli. Przykuwają się do drzew, ale każdy z nich ma luksusowe auto. A nawet jeśli nie ma, to przecież jeździ autobusem, a autobus to spaliny, więc ekologia to hipokryzja. Ekolodzy to naiwni pacyfistyczni lewacy. Ekolodzy to okrutni rasiści, wielbią żyjątka a gardzą ludźmi. Ekolodzy to łajzy, mają dwie lewe ręce. Ekolodzy to przebiegłe cwaniaki. To jacyś narwani naukowcy od ptaszków, bez pojęcia o rozwoju kraju. To nie ekolodzy, lecz ekologiści, bo ekolog to naukowiec, a nie jakiś gówniarz w porozciąganym swetrze. A poza tym chcą nas cofnąć do jaskiń. Biorą łapówki i pracują dla konkurencji. Są narzędziem Brukseli i postkomuny. Zacofana hołota, prawie jak neandertalczycy. To jest protest przeciwko obecnemu rządowi. Gdyby nie protestowali od wielu lat, to drogę by już dawno zbudowano. Ekolodzy się nie myją i śmierdzą. Ekolodzy to paniczyki z warszawki, które chcą zmanierować zdrową ludność lokalną. Niech stworzą alternatywę zamiast protestować. Kto zarobi na alternatywnym przebiegu? Ekolodzy nie chcą żadnej obwodnicy. Inny przebieg drogi też coś zniszczy. I tak dalej, jak mawia prosty lud, ad mortem usrandum.
Oczywiście każdy, kto przykładowym tematem Rospudy zainteresował się na tyle solidnie, jak należałoby zainteresować się każdym, w sprawie którego zabiera się głos, dobrze wie, że powyższe argumenty nie są warte funta kłaków. To zbiór opinii albo rodem z magla, albo urojenia, albo ekstrapolacja na całą grupę jakichś jednostkowych przypadków, albo znaczne wyolbrzymienie faktycznych zjawisk. Można bez trudu rozłożyć głosicieli takich tez na łopatki, ale nie ma to żadnego sensu – zresztą dotarcie do rzetelnych informacji jest dziecinne łatwe, jeśli tylko ktoś chce to uczynić zamiast odruchowo pyskować. Jednak o ile normalne dyskusje służyły do poznania cudzych argumentów i przemyślenia swoich, o tyle te internetowe nie służą niczemu. Tutaj ktoś przyłapany na niewiedzy, głupocie czy lenistwie intelektualnym nawet się nie zająknie, nie zaczerwieni, nie przeprosi – a anonimowość sieci chroni go przed publiczną kompromitacją. Z każdej merytorycznej odpowiedzi wyrwie z kontekstu jakieś zdanie, wokół którego znowu rozpocznie niekończącą się dyskusję, domagając się wyjaśnień, faktów, przykładów, dowodów, a na koniec, gdy mu się znudzi i ta zabawa albo postanowi wreszcie oderwać tyłek od krzesła przed komputerem, to jakimś wyzwiskiem obrazi tego, kto próbował mu wtłoczyć do głowy trochę oleju.
Takich rozdyskutowanych maniaków są setki i tysiące, na forach o przeróżnej opcji ideowo-politycznej. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby potraktować je jako kolejną formę prymitywnej rozrywki i tracenia czasu – w końcu każdy robi to i na takim poziomie, na jakie sobie zasłużył. Sęk jednak w tym, że owo gadulstwo uchodzi za przejaw zaangażowania. Jest tymczasem zaledwie jego namiastką, dokładnie tak, jak pomstowanie po lekturze artykułu w „bezstronnej” gazecie, będącej „blisko ludzi”. Jest bezpłodne, a nawet anty-płodne, bo w tym masowym bełkocie giną nieliczne próby sensownej dyskusji i wykorzystania Internetu do rozszerzenia zasięgu dyskursu publicznego. Takie „debaty” mają się do zaangażowania w życie publiczne i wymiany poglądów podobnie jak masturbacja do seksu. Poza chwilową satysfakcją onanistów – nie wynika z nich absolutnie nic.
przez Remigiusz Okraska | czwartek 8 lutego 2007 | Felietony - Remigiusz Okraska
Dokonana przez środowisko „Krytyki Politycznej” edycja „Rewolucji u bram”, czyli tekstów Lenina z roku 1917, opatrzonych przedmową i posłowiem autorstwa słoweńskiego filozofa i socjologa Slavoja Žižka, odbiła się echem bardzo głośnym jak na poważną i „wymagającą” rozprawę o charakterze politycznym. Przyczyna jest zrozumiała – z jednej strony świetne przełożenie „radykałów”-wydawców na media głównego nurtu, co zapewniło tej książce darmową reklamę. Nawiasem mówiąc, szczególnie zabawne są nieprzerwane, nużące peany na cześć Žižka/Lenina ze strony redaktorów „Dziennika”. Wydawnictwo Axela Springera znane jest w swej niemieckiej ojczyźnie z daleko posuniętego nie tyle konserwatyzmu, co po prostu drobnomieszczańskiej kołtunerii. Bojownicy Frakcji Czerwonej Armii, czyli wedle brukowców Springera – „bandy Baader Meinhof”, chyba przewracają się w grobach widząc, że filia tegoż koncernu serwuje polskiemu czytelnikowi nauki wodza Rewolucji ’17.
Rwetes wokół „Rewolucji u bram” nie kończy się jednak na promocji w organach prasowych Springera i Agory. Ekscentrycznym centrystom z „Dziennika” i „Wyborczej” dali odpór stateczni prawicowcy na tych samych łamach oraz w „Rzeczpospolitej” i „Wprost”. Podnieśli oni lament, że zbrodnie, że ludobójstwo, że relatywizowanie zła, że komunizm, że łagry, że no jeszcze tylko edycji pism Hitlera brakuje. Ten „szoking” był łatwy do przewidzenia w ogóle, a i szczegóły reakcji nie stanowiły przecież wielkiej niewiadomej.
Mnie martwi jednak coś zupełnie innego niż spędza sen z powiek tym smętnym facetom z pensjami po kilkanaście tysięcy, którzy w obliczu braku realnych problemów muszą być autentycznie przerażeni – a jakże, zapewne nie śpią po nocach – Leninem. Martwi mnie to, że szef partii bolszewickiej staje się kolejną maskotką, przytulanką salonowych „bywalców”, że zostaje wykorzystany niczym egzotyczna przyprawa do mdlącego dania politycznej poprawności i lewackiego infantylizmu. Lenin, człowiek, który wywrócił ćwierć świata do góry nogami faktycznie, a niemal cały – symbolicznie, staje się błahym fajerwerkiem, który szybciej gaśnie niż się zapalił. Lenin, ten bez wątpienia polityk ogromnego formatu, ten człowiek wielkiego i budzącego grozę czynu, jest w nowej wersji kolejną z gadających głów. Jego duch został grzecznie usadowiony gdzieś między Jackiem Żakowskim a Arturem Domosławskim w ramach kolejnej, taśmowo organizowanej debaty o wszystkim i o niczym. I duch ten rozwieje się, gdy tylko sezonowa moda przeminie, a zbuntowane dzieci warszawskiej elity i ich podstarzali mentorzy znajdą sobie w globalnym supermarkecie nową podnietę. W takim wydaniu wódz rewolucji, niczym szkoła z wierszyka, który zapamiętałem z czasów schyłkowej komuny – „bawi, uczy, wychowuje, potem wyrastają ch…”.
Lenin to puste słowo. Nie dlatego, że był „zbrodniarzem” czy „ludobójcą”, że „wylądował na śmietniku historii”, że jego „projekt” – ZSRR – okazał się fiaskiem. Dlatego, że – mówiąc językiem „Chłopców z Placu Broni” – przeżuwacze kitu już go przeżuli. Jeszcze miesiąc, rok czy dwa i wyplują w postaci „zguevaryzowanej”, jako kolorową odbitkę, który to los spotkał wcześniej bojownika kubańskiej rewolucji narodowowyzwoleńczej. Lenin będzie nadal dla prawicy „zbrodniarzem” czy „tyranem” – są to określenia pejoratywne, ale przecież mocno nacechowane emocjonalnie. Natomiast dla lewicy sprzęgniętej dziś tak mocno, niemalże symbiotycznie, z techno-liberalizmem, stanie się on tylko hologramem, pozbawionym sensu, znaczenia i mocy oddziaływania. Žižek i „Krytyka Polityczna” tyleż „ożywiają” Lenina i przywracają go do obiegu, co dokonują na nim mordu symbolicznego. Lenin-zbrodniarz, Lenin-ludobójca, Lenin-tyran, Lenin wyklęty i zapomniany – był Leninem, który mógł jeszcze „zmartwychwstać” i walnąć pięścią w gmach demokratyczno-liberalnej Świątyni Nudy i Marazmu (bo przecież to nie mityczny, marksowski Wyzysk doskwiera nam najbardziej w świecie, w którym nawet pariasi mają telewizory z kilkudziesięcioma kanałami). Lenin przeżuty przez Žižka, Springera i Agorę ma pięść z waty, w dodatku cukrowej.
Być może Žižek chciał dobrze, choć jego błazeńsko-konformistyczna postawa, wyrażająca się tyleż w pop-kulturowych fascynacjach, co w poparciu dla bestialskich NATO-wskich bombardowań Serbii (jest autor „Rewolucji u bram”, mówiąc językiem Lenina, po prostu ohydnym podżegaczem wojennym), każe w to powątpiewać. Założenia teoretycznie są wszakże słuszne. Potrzebny jest nam Lenin – nie Lenin jako konkretna postać, nie Lenin jako nostalgiczny mit, nie Lenin jako utrzymana w duchu skansenu „odbudowa” zorganizowanego proletariatu. Lenin jako ktoś, kto wbrew wszystkiemu i wszystkim genialnie rozpoznał sytuację i włożył nogę w ledwo uchylone drzwi, wyważając je następnie z wielkim hukiem. Taki Lenin jest nam potrzebny, gdyż – jak trafnie zauważa jego słoweński „odświeżacz” – zarówno wówczas, w 1917 r. jak i dzisiaj problem polega na „byciu wrzuconym w katastrofalną nową konstelację, w której stare współrzędne okazały się bezużyteczne”. To właśnie Lenin jako jeden z niewielu potrafił tak trafnie odpowiedzieć na fundamentalne pytanie „Co robić?” – dziś nie wie tego ani lewica, ani prawica, ani establishment, ani przeróżne nisze, i nawet najgłośniejszy jazgot ich sporów nie jest w stanie zagłuszyć tej kluczowej kwestii. Dzisiejszy świat, pozbawiony współczesnego Lenina, jest jak super-komputer z filmu „Hydrozagadka” – „po wprowadzeniu wszystkich danych wypluł wielki znak zapytania”…
Nawet jeśli Žižek chciał dobrze, tj. zamierzał uzmysłowić konieczność zmierzenia się z owym fundamentalnym pytaniem, niewiele z tego wyszło. Komentarze, jakimi opatrzył teksty Lenina, zawierają sporo błyskotliwych uwag, inspirują do różnorakich przemyśleń, bywają w kwestiach szczegółowych świeże i odkrywcze. Ale tam, gdzie powinny dotykać sedna sprawy, są to głównie tyleż trafne, co niezbyt oryginalne, a w dodatku mocno spóźnione uwagi krytyczne pod adresem lewicy „obyczajowej”, uwikłanej w kulturowe związki z liberalizmem, bądź też mają postać niewiele wnoszącej, wręcz rytualnej dawki połajanek pod adresem prawicy. To wszystko, mimo pozorów „ostrości”, mocno podlane jest sosem tłumaczenia się, wybrzydzania, hamletyzowania, mrugania okiem. Bo Lenina wprowadzić do burżuazyjnego obiegu – w którym Žižek tkwi po uszy – można tylko za cenę właśnie takiego wykastrowania: walenia nim w prawicę, przepraszania za niepopełnione grzechy (och, nawet przez myśl nam nie przyjdzie urządzić taką jatkę, jaką prawdziwy Lenin zafundował swoim przeciwnikom!) i podkreślania, że to przecież w sumie jedynie intelektualna zabawa. Tyle tylko, że taki Lenin jest jeszcze bardziej nieszkodliwy niż truchło z moskiewskiego mauzoleum. Czytając te raz buńczuczne, a za chwilę konformistyczne wywody Žižka, przypomniała mi się dokonana przez Lenina w roku 1914 charakterystyka Trockiego (która później, co koniecznie należy dodać, uległa zmianie na znacznie bardziej pozytywną). „Trocki /…/ nigdy nie miał i nie ma żadnego oblicza, stwierdzamy u niego tylko przelatywanie i przerzucanie się od liberałów do marksistów i z powrotem, operowanie urywkami słówek i dźwięcznych frazesów, powyłapywanych stąd i zowąd” – pisał Lenin w tekście „Rozpad bloku »Sierpniowego«”.
Słoweński myśliciel zafundował nam – a jego polscy wydawcy w odredakcyjnym wstępie zrobili to samo, choć w jeszcze bardziej miękkiej i grzecznej postaci – próbę wtłoczenia Lenina w dawno zużyte schematy lewicy i jej wojenek z prawicą. Tymczasem największą zaletą Lenina nie była lewicowość, lecz „nowość”, tj. świeżość spojrzenia, umiejętność rozpoznania „warunków brzegowych”, nawet kosztem rezygnacji z wielu dogmatów czy tradycji własnego obozu ideowego (jednak nie poprzez kapitulację wobec wielu liberalnych zasad ogólnych i rozwiązań szczegółowych, co Žižek i „krytyczni politycy” robią nader często). Dlatego właśnie Lenina warto ocalić – zarówno przed smętnym pomstowaniem prawicy, jak i przed „rozmiękczaniem” go przez lewicowców. Ci ostatni, broniąc go przed zarzutami zbrodni, wyrządzają przywódcy bolszewików niedźwiedzią przysługę. Tłumacząc faktyczne ofiary i terror roku 1917 i późniejszych lat – a to reakcją caratu, a to zacofaniem materialnym Rosji, a to „dzikością” wschodnich obyczajów, a to realiami „komunizmu wojennego” – nie tylko pomija się całościowy obraz problemu, ale także tę prostą, lecz oczywiście niemiłą prawdę, że żadna poważna, „epokowa” zmiana społeczna nie dokonuje się w atmosferze urodzinowego przyjęcia czy harcerskiego pikniku. O realiach Rewolucji Październikowej nic mądrego nie mówią nam antykomunistyczne slogany o „bestialstwie”. Dokładnie tak samo, jak znacznie więcej o zbrodniczej naturze hitleryzmu i jej przyczynach dowiemy się nie z emocjonalnego moralizowania antyfaszystów, lecz z „Nowoczesności i Zagłady” Zygmunta Baumana czy z prac Detleva Peukerta, umieszczających realia III Rzeszy w szerokim kontekście przeobrażeń technologicznych i kulturowych. I dokładnie tak, jak o dzisiejszych zbrodniach amerykańskiego reżimu w Iraku nic sensownego nie powiedzą nam antywojenne tyrady guru Chomsky’ego (ropa, koncerny zbrojeniowe i „lobby syjonistyczne”), lecz chłodne, nierzadko na pozór odległe od tego tematu, analizy geostrategiczne. Lenin wyrwany z kontekstu przez zajadłych antykomunistów czy swoich lewicowo-liberalnych obrońców, może budzić wstręt i przerażenie lub wydawać się – dla odmiany – całkiem miłym i sympatycznym facetem. Ale jeśli chcemy widzieć Lenina jako polityka i przywódcę rewolucji, musimy wykroczyć poza schematy lewo-prawego oburzania się i afirmacji. Czyli, między innymi, odrzucić gębę, jaką Leninowi przyprawiają Žižek i „Krytyka Polityka”.
Paradoksalnie, Lenin odczytany przez słoweńskiego filozofa, który deklaruje, iż dokonał – krytycznej, ale zawsze – afirmacji „leninizmu”, wydaje się postacią mniej interesującą, także w sensie zdolności intelektualnego zainspirowania nas, dzieci innej epoki, niż dwa znacznie bardziej nieprzychylne obrazy wodza Rewolucji Październikowej, odmalowane niejako „z prawa” przez Aleksandra Sołżenicyna w „Leninie w Zurychu” oraz Curzio Malapartego w „Legendzie Lenina”. Szczególnie ten drugi autor, w swej – bardzo krytycznej, momentami wręcz złośliwej, a na pewno będącej policzkiem wymierzonym lewackiej hagiografii Lenina – analizie fenomenu wodza rewolucji, znacznie bliższy jest jego zrozumienia niż Žižek. Są w „Legendzie…” dwie krótkie, lecz zdaje się szczególnie trafne charakterystyki: „Władimir Iljicz ma Clausewitza pod ręką, leży on na jego biurku. /…/ Lenin /…/ pozostaje wierny Clausewitzowi, nie zdradzając jednocześnie Marksa. /…/ Zasady strategiczne Clausewitza bez wątpienia nic nie mają wspólnego z zasadami walki klas. Ale czy można by zrozumieć Marksa, Marksa z rozważań o Komunie Paryskiej, bez Clausewitza?”. I druga: „Siła jego [Lenina] leży nie w jego charakterze, nie w ideach, lecz w doktrynerskim fanatyzmie, rzekłbyś w jego poczuciu irrealizmu”. To jest właśnie Lenin. Lenin precyzyjnej doktryny i Lenin nie trzymający się kurczowo żadnych zasad i „konieczności”. Lenin „lewicowy” (Marks) i „prawicowy” (Clausewitz). Lenin chłodny i Lenin „szalony”. Lenin z krwi i kości. Lenin, którego warto ocalić. Przed miłośnikami Pinocheta, „contras” i Stroessnera, którzy potępiają zbrodnie Rewolucji Październikowej, a także przed fanami Lenina, usiłującymi zeń uczynić jakąś nowomodną wydmuszkę, w sam raz na t-shirt, w którym można się pokazać na raucie u Axela czy Adama.
Lenina należy bronić dokładnie tak samo, jak każdej tzw. kontrowersyjnej postaci – z lewa lub prawa – którą jacyś „odświeżacze” chcieliby wprowadzić na salony za cenę wybicia jej zębów i spiłowania pazurów. Bo jeśli mamy z przeszłości czerpać jakąkolwiek wiedzę i inspirację, to z przeszłości prawdziwej, nie zaś z jej wygładzonej, przypudrowanej wizji, służącej taniemu „szokowi” i autopromocji osiąganej przy jego pomocy.