Jednostka wszystkim?

Jeśli odrzucimy obiegowe slogany polityczne, a przyjrzymy się stojącym za nimi tezom i działaniom partii czy innych podmiotów, mamy szansę dostrzec podziały nieco inne niż schemat lewicy i prawicy. Będą to w dodatku podziały znacznie ważniejsze.

Kiedyś, mówiąc umownie, lewica reprezentowała biednych i wykluczonych, a prawica zamożniejszych i włączonych w główny nurt społeczeństwa i jego etosu kulturowego. Prawica opowiadała się za tradycyjnymi postawami, lewica zaś uważała, że należy je zredefiniować w imię ideałów nowych, lepszych i bardziej wzniosłych. Dziś nie zostało z tego wiele poza sloganami. Oczywiście oba te obozy nadal podkreślają swoje „klasyczne” posłannictwo. Lewica twierdzi, że broni słabych i upokorzonych, prawica akcentuje przywiązanie do „starych dobrych czasów” i ich dziedzictwa. Ale w praktyce niewiele z tego wynika.

Znaczna część lewicy przypomina w krajach wysokorozwiniętych kogoś, kto kręci się w kółko. Sporo wysiłków tego środowiska koncentruje się bowiem na sprawach już dawno wygranych. Weźmy choćby feminizm, wolność światopoglądową, rasizm czy prawa homoseksualistów. W zasadzie w żadnym z „cywilizowanych” krajów nie istnieją już realne bariery, które kobietom, gejom i lesbijkom, innowiercom czy osobom innego koloru skóry uniemożliwiałyby takie samo życie, jak reszcie społeczeństwa. Oczywiście zdarzają się – nie na gruncie prawa czy wzorców kulturowych, lecz w realnych zachowaniach różnych środowisk – postawy niechęci wobec takich osób. Ale w skali ponadjednostkowej trudno mówić o realnych dolegliwościach czy dyskryminacji. Nawet jeśli homoseksualista zostanie pobity ze względu na swą orientację, kobieta potraktowana prymitywnym seksistowskim żartem, a czarnoskóry otrzyma gorszą posadę niż biały, są to zdarzenia o skali marginalnej lub stale malejącej, zgodnie też potępiane na gruncie oficjalnego prawa, powszechnych wzorców kulturowych oraz postaw zwyczajowych.

Środowiska, które dawniej padały ofiarą realnych prześladowań lub przynajmniej niedogodności, dziś są w skali masowej w sytuacji o niebo lepszej, w zasadzie nie różniącej się od tak czy inaczej pojmowanej większości. Jeśli gdzieś nie spełniono ich oczekiwań, to chyba tylko tam, gdzie postulaty rozbijają się o barierę nie tyle „zacofania” postaw większości, co o logicznie i biologicznie uwarunkowane wątpliwości. Tak dzieje się np. w przypadku braku zgody na adopcję dzieci przez pary homoseksualne, zwłaszcza męskie. Jednak nawet te – przyjmijmy na moment, że są one realne – przejawy dyskryminacji, są w dzisiejszej kulturze i porządku prawnym rekompensowane wieloma przywilejami dla środowisk mniejszościowych. Rozwiązania prawne oraz nieformalne wzorce są bardziej „uczulone” na problemy i odczucia różnych grup mniejszościowych niż na podobne dolegliwości „milczącej większości”. Łatwiej otrzymać środki finansowe na wsparcie grup homoseksualnych niż na afirmację seksualności heteroseksualnej. Prościej zasłużyć na grzywnę lub wyrok za „homofobię” niż za „heterofobię”, bardziej wyrozumiale traktuje się postawy rasistowskie w wydaniu czarnych niż białych, większe konsekwencje grożą szydzącym ze stylu życia mniejszości niż z zachowań powszechnych. Nawet w popkulturze „odmienność” przynosi większe profity niż przeciętniactwo. Bilans utrudnień i ułatwień wychodzi więc przynajmniej na zero, a sporo faktów przemawia za tym, że nierzadko rozmaite środowiska chronione przed dyskryminacją mają de facto lepiej niż „normalsi”, stając się swoistymi świętymi krowami.

Wydawałoby się, że w takiej sytuacji – ewidentnie osiągniętego celu – współczesna lewica nie tyle zwiększy zainteresowanie prawami kobiet, gejów czy mniejszości etnicznych, lecz zmniejszy ilość czasu, środków i uwagi poświęcanych tym środowiskom. Nic z tego – od ładnych kilku dekad są one wciąż „na topie”, a „walka o prawa” przypomina sytuację z piosenki o tym, że nie chodzi o złapanie króliczka, lecz o niekończącą się gonitwę za nim. W każdym razie trudno dziś na serio powiedzieć, że główny nurt lewicy krajów wysokorozwiniętych zajmuje się przede wszystkim grupami osób faktycznie wykluczonych społecznie, wyzyskiwanych, prześladowanych i marginalizowanych.

Nie wynika to przy tym wcale z faktu, że obecna sytuacja ekonomiczna czy kulturowa jest zupełnie odmienna niż wtedy, gdy kształtowały się zręby lewicowych programów. Owszem, w tzw. pierwszym świecie nie ma już takiego proletariatu fabrycznego, jak w czasach Marksa. Ale przecież wielkość szeregów pracowników najemnych – tych poddanych wyzyskowi, alienacji, a przynajmniej pozbawionych możności decydowania o sobie na płaszczyźnie miejsca zatrudnienia – wcale nie jest znacząco mniejsza niż w XIX wieku. Zmieniła się tylko ich „lokalizacja” – zamiast fabryk przemysłowych zaludniają oni biura usługowe. Ich sytuacja formalno-prawna, ochrona ustawowa czy status społeczny są oczywiście lepsze niż przed wiekiem, ale w ostatnich dekadach – inaczej niż w przypadku gejów, Afroamerykanów czy „wyzwolonych” kobiet – ulegają one pogorszeniu.

Neoliberalizm i globalizacja sprawiły, że pracownik najemny ma dziś gorzej niż 30 lat temu – mniejsza pewność utrzymania etatu, niższe są wzrost wynagrodzeń i wysokość płacy realnej, brak reprezentacji politycznej. Nie sposób wyobrazić sobie dziś znaczącej i poważnej siły politycznej, która zabiegałaby np. o odebranie kobietom praw publicznych lub przywrócenie segregacji rasowej. Natomiast na porządku dziennym są sytuacje, w których politycy głównego nurtu nie tylko zgadzają się, ale wręcz zachęcają do obniżania standardów zatrudnienia, zmniejszenia zakresu pomocy socjalnej czy deprecjonowania statusu społecznego pracowników najemnych. Lewica miałaby więc nadal co robić, gdyby tylko chciała zmagać się z realnymi problemami spod znaku wykluczenia i wyzysku.

Weźmy dla odmiany współczesną prawicę i jej deklaracje o obronie tradycji. Tu problem jest nieco bardziej złożony niż w przypadku lewicy, która bardziej jawnie odwróciła się od „starych” grup odniesienia. Prawica teoretycznie jest taka, jak dawniej – ma pełne usta frazesów o obronie rodziny, narodu, naturalnych postaw i stylu życia, nierzadko sięga też po otoczkę religijną. Ale także ona – podobnie jak lewica – skapitulowała przed „koniecznościami” narzucanymi przez wzorce neoliberalne.

Uderzające jest to, że prawica stała się bardzo prorynkowa wtedy, gdy z punktu widzenia obrony tradycyjnych wartości przestało to mieć jakikolwiek sens. Można było zrozumieć gospodarczy liberalizm prawicy wtedy, gdy różnorakie lewicowe eksperymenty ekonomiczne cechowały się inżynierią społeczną i w imię sztucznych, nowych wizji rozbijały tradycyjny, dotychczasowy porządek. Wówczas można było uznać rynek za mniej szkodliwy i niejako bardziej naturalnie wymuszający zmiany społeczne. Z takich właśnie pozycji np. niemieccy ordoliberałowie krytykowali niektóre pomysły socjaldemokratów i zwykłych chadeków, wskazując na negatywne skutki uboczne centralizacji przemysłu czy zbyt silnej ingerencji państwa w sektor firm prywatnych.

Dziś jednak liberalna gospodarka nie ma żadnej znaczącej konkurencji o anty-rynkowym obliczu. Natomiast w epoce globalizacji to właśnie wolny rynek stał się główną siłą rozbijającą dotychczasowy ład kulturowy, wprowadzającą chaos w stabilne społeczności oraz dewastującą „oswojony” styl życia. Żadne decyzje władzy centralnej nie mają obecnie takiej mocy sprawczej w kwestii zmiany ludzkich postaw w skali makro, jak czynią to „spontaniczne” procesy zachodzące w ramach gospodarki wolnorynkowej. Weźmy choćby zjawiska, które prawica uznaje za patologie i potępia w czambuł, jak np. pornografia czy narkotyki. Jeśli państwo przyzwala na istnienie takich zjawisk, uznając, że sprawą swobodnego wyboru jest to, jakie obrazki ktoś ogląda i jakie substancje zażywa, to nie istnieje przecież poważniejsze zaangażowanie władzy żadnego kraju w celowe i nasilone promowanie takich zachowań. Za to zarówno pornografię, jak i narkotyki skutecznie promuje wolny rynek – legalny, jak w przypadku wydawnictw pornograficznych, czy mafijny, jeśli chodzi o narkotyki. Prawicowcy starannie pomijają fakty niewygodne dla ich wizji, ukazując z lubością np. kraje skandynawskie jako te, które odgórnie promują „zgniliznę moralną” przy pomocy ustaw i innych instrumentów formalnych. Pomstowaniu na „niemoralny socjalizm” towarzyszy jednak zupełne przemilczanie tego, że większość tych samych zjawisk rozkwita na jeszcze większą skalę bez pomocy państwa w wolnorynkowych Stanach Zjednoczonych.

Ale zostawmy „patologie”, czyli ulubiony temat prawicy. Wolny rynek dokonuje ogromnych przeobrażeń w sferze postaw społecznych na wielu innych płaszczyznach, które choć mniej „niemoralne”, w równie wielkim, a nawet znacznie większym stopniu podkopują tradycyjny system wartości. Kryzys rodziny, religii, kultury wysokiej czy obyczajów dokonuje się przy znacznym udziale sektora komercyjnego. Promuje on taki etos, który zapewnia większy zbyt oferty handlowej niż dotychczasowa etyka. W interesie rynkowych bossów leży to, żeby postawy oparte na skromności, umiarze i obowiązkach zastąpić etosem spod znaku „róbta co chceta”. Człowiek wyzbyty ograniczeń kulturowych i społecznych jest idealnym konsumentem – nie ma on bowiem żadnych powodów, poza niedoborami finansowymi, aby rezygnować z oferty dostarczanej przez rynek. Im bardziej jest „wolny”, tym bardziej można go wciągnąć w sieć kolejnych gadżetów, stylów życia i wyborów konsumpcyjnych.

W takim świecie nie ma miejsca na żadną trwałą tożsamość, na stałą identyfikację z grupą odniesienia wymagającą poświęceń – możliwa jest co najwyżej chwilowa moda na „tradycyjne” produkty, na przejściową fascynację „wartościami chrześcijańskimi” czy „rodzinnymi”, które porzuci się wtedy, gdy nastanie nowa moda, a kolejne podniety wyprą z rynku dotychczasowe. Nie ma większego znaczenia, czy na liście bestsellerów książkowych znajdzie się pamiętnik striptizerki lub poradnik New Age, czy któraś z papieskich encyklik lub rozważania kardynała Dziwisza – dopóki każdorazowo będzie to tylko chwilowa fascynacja, stymulowana reklamą.

Współczesny wolny rynek, który „wydostał” się z ograniczeń wspólnotowych – czy to lokalnych, czy w obrębie państwa narodowego – wywraca do góry nogami stabilizację społeczną na jeszcze inne sposoby. Inwazja dokonuje się nie tylko w sferze symbolicznej, na gruncie oferty konsumpcyjnej, lecz także w znacznie bardziej namacalny sposób. Nie da się abstrahować od biologicznych i psychologicznych uwarunkowań człowieczeństwa. Inaczej funkcjonuje się np. w małej „oswojonej” wspólnocie, a inaczej w chaotycznej, „pulsującej” zbiorowości. Mniej podatna na różnorakie patologie i problemy będzie rodzina, której członkowie mają pewną, stałą posadę w jednym miejscu, bardziej zaś taka, na której realia rynku pracy wymuszają ciągłą mobilność przestrzenną, częste przekwalifikowanie się jej członków czy okresowe bezrobocie. Inaczej funkcjonuje wspólnota, która nawet za cenę spowolnienia rozwoju ekonomicznego zyskuje „małą stabilizację”, niż taka, która może się pochwalić szybkim wzrostem PKB, a jednocześnie jest wydana na łaskę i niełaskę „inwestorów”, dziś lokalizujących fabrykę w Wielkopolsce, a za 5 lat przenoszących ją na Ukrainę.

Prawica neoliberalna zdaje się jednak zupełnie nie rozumieć takich uwarunkowań, zastępując zmierzenie się na serio z problemami tandetnym moralizatorstwem i ślizganiem się po ich powierzchni. Tego rodzaju konserwatystom wydaje się, że rozwiązaniem jest zbudowanie kaplic w centrach handlowych, produkowanie przez Disneya banalnych filmów o rodzinkach i dzieciaczkach oraz wycofanie pornografii z oferty Wal-Marta. Tymczasem kluczowe z punktu widzenia faktycznego kultywowania tradycyjnego stylu życia jest to, że centra handlowe wypierają różnorodne lokalne punkty usługowe i transferują zysk do odległych central, że tandetny komercyjny banał, wspierany zmasowaną i nachalną reklamą, opanowuje umysły dzieci i rodziców, a Wal-Mart jest czołowym ośrodkiem promocji konsumpcyjno-hedonistycznego stylu życia.

Lewica zamiast wykluczonymi i wyzyskiwanymi zajęła się problemami bzdurnymi i wspieraniem tych, których sytuacja jest całkiem niezła. Prawica natomiast upatruje rozwiązania problemów w takich strukturach i zjawiskach, które te problemy generują i potęgują. Obie postawy nie są jednak przypadkowe, nie stanowią chwilowego zagubienia czy wypadku przy pracy. Wydaje się, że są one w znacznej mierze pochodną kapitulacji obu tych tendencji ideowych przed liberalizmem i apoteozą praw jednostki. Zarówno socjalizm, jak i konserwatyzm w znacznej mierze porzuciły perspektywę wspólnotową, ulegając forsowanemu przez liberalizm indywidualizmowi, stawiającemu na pierwszym miejscu potrzeby jednostek lub niewielkich grup.

Ma to swoje przyczyny historyczne. Nowoczesna lewica wyciągnęła wnioski z okropieństw komunizmu, a prawica to samo uczyniła z faszyzmem. Można oczywiście w nieskończoność rozkładać oba totalitaryzmy na czynniki pierwsze, odżegnywać się od ich związków z „klasycznymi” ideałami humanistycznego socjalizmu czy religijnego konserwatyzmu, kwestionować prawicowość hitleryzmu oraz lewicowość stalinizmu. Nie zmieni to jednak faktu, że oba te reżimy stanowiły „uskrajnienie” części wątków zawartych w socjalizmie i konserwatyzmie. To, co Majakowski wyraził z aprobatą w słowach „Jednostka – zerem, jednostka – bzdurą”, stało się ponurą rzeczywistością obu totalitaryzmów, w tym zarówno sensie, że pojedyncza osoba była tam zupełnie nieistotna i bezradna, jak i w takim, który Hannah Arendt sportretowała na przykładzie Eichmanna, ukazując człowieka jako malutki, w zasadzie bezwolny trybik ogromnej śmiercionośnej maszyny. W tym sensie bardzo dobrze, iż lewica i prawica przemyślały negatywne doświadczenia płynące z eskalowania myślenia w kategoriach „jedności”. Sęk w tym, że słusznie potępiając faszyzm i komunizm, wylano z kąpielą dziecko wspólnotowości i zbytnio zaufano perspektywie liberalnej.

Oczywiście na dzisiejsze postawy ludzi składa się o wiele więcej czynników niż „zdrada” dokonana przez lewicę i prawicę – choćby takich, jak ogromne przeobrażenia technologiczne, które stymulowały liczne zmiany w strukturze społecznej i stylach życia. Jeśli w ciągu kilku godzin ogromne masy ludzi przemieszczają się o tysiące kilometrów w przeróżnych kierunkach, nagminne są wirtualne kontakty ze znajomymi z drugiej półkuli, a przycisk pilota w ułamku sekundy dostarcza nam obrazów życia w zupełnie innych realiach niż nasze, to oczywiście nie jest możliwe, że nienaruszone pozostaną dotychczasowe punkty odniesienia i identyfikacje. Świat musiał się zmienić i nie ma sensu płakać nad rozlanym mlekiem ani bezproduktywnie wzdychać za „starymi dobrymi czasami”. Jednak o ile pewne zmiany były nieuchronne jako skutki uboczne – nie zawsze zresztą negatywne – przemian w innych dziedzinach, o tyle część przeobrażeń dokonała się w pełni celowo i przy braku oporu.

Lewica i prawica doznały porażki, gdyż tak jak kilka dekad wcześniej zaakceptowały twierdzenie, iż „jednostka niczym”, tak teraz równie bezmyślnie skapitulowały przed liberalną wykładnią mówiącą, że „jednostka wszystkim”. Na takim gruncie są bezradne wobec zachodzących zmian, a także niezdolne do obrony tych wartości i grup, które były ich głównym historycznym punktem odniesienia. Teoretycznie socjaliści i konserwatyści nadal odwołują się do porządku wspólnotowego – jedni do społeczeństwa, drudzy do narodu. Ale w praktyce opowiadają się za perspektywą indywidualistyczną lub stają się lobby reprezentującymi cząstkowe odłamy wspólnoty, nierzadko kosztem interesów jej innych odłamów.

Lewica upodobała sobie rozmaite mniejszości, dowodząc, że zajmowała się ich prawami zawsze. Nie dodaje jednak, że dawniej broniła np. mniejszości seksualnych czy etnicznych, ale jednocześnie wymagała od nich wzajemności wobec grup większościowych oraz akceptacji pewnego minimum światopoglądowego i identyfikacji ze „wspólną sprawą”. Dziś natomiast lewica przekonuje, że „wszyscy” powinni bronić np. gejów przed dyskryminacją, lecz od samych gejów nie wymaga tego, aby wsparli walkę o prawa rolników czy pracowników najemnych oraz nie traktowali „większości” jako obiektu pogardy (bo jest „Ciemnogrodem”) lub jako dojnej krowy, która ma im zapewniać wymierne i symboliczne przywileje.

Prawica, choć bardziej kamufluje porzucenie etosu wspólnotowego, czyni podobnie. Uważa, że jej zadaniem jest przychylanie nieba przedsiębiorcom i spełnianie ich zachcianek, a jednocześnie wszelkie próby zobowiązania tych podmiotów do świadczeń na rzecz wspólnoty traktuje jako karygodny zamach na swobody rynkowe.

Jeszcze bardziej widoczny jest ten absurd w tzw. polityce prorodzinnej. Po pierwsze, mamy do czynienia z dziwaczną konstrukcją prawicowych punktów odniesienia – są to bowiem jedynie naród i rodzina. Naród, czyli byt stosunkowo niekonkretny i płynny, zwłaszcza w epoce mobilności, przenikania się wpływów kulturowych i istnienia niemal całkowitej swobody w kwestii autoidentyfikacji. Z kolei rodzina jest nie tylko – jak mawiano w PRL-u – podstawową komórką społeczną, lecz także komórką najsłabszą. Nie ma ona bowiem, bez oparcia w innych strukturach, w zasadzie żadnego wpływu na procesy zachodzące w skali ponadjednostkowej. Wspieranie wyłącznie rodzin przypomina dbałość o poszczególne kulki, bez dbałości o łożysko, w którym one tkwią. Tymczasem prawica koncentrując się na rodzinie, niemal całkowicie zaniedbuje wszelkie inne rodzaje wspólnot – zawodowych, terytorialnych, a nawet religijnych (te są doceniane tylko wtedy, gdy można je wykorzystać do jakiegoś celu, np. mobilizacji wyborczej).

Po drugie, apoteozie rodziny, rozumianej wyłącznie jako para małżeńska z małymi dziećmi, towarzyszy niemal zupełny brak zainteresowania dla problemów innych osób – czy to rodzin bezdzietnych, czy z dziećmi już dorosłymi, czy samotnych lub żyjących w nieformalnych związkach. Tak jakby te formy były tworzone przez ludzi z definicji gorszych i mniej wartościowych z punktu widzenia życia społecznego. A przecież istnieją setki rodzajów aktywności równie znaczących, jak wychowanie dzieci oraz dziesiątki rodzajów wspólnot, które na równi z rodziną mogą i powinny tworzyć struktury zdrowej społeczności.

Po trzecie zaś, polityka prorodzinna w wykonaniu współczesnej prawicy nacechowana jest sprzecznościami, jeśli nie schizofrenią. Z jednej strony mamy becikowe, czyli budżetowe finansowe wsparcie narodzin dziecka, co motywowane jest m.in. tym, że reprodukcja biologiczna stanowi podstawę zapewnienia podstaw bytu obecnych dorosłych, gdy staną się emerytami. Ale w tym samym czasie prawica podejmuje decyzje skutkujące „indywidualizacją” systemu emerytalnego i postępującym sprywatyzowaniem, a więc „odwspólnotowieniem” innych istotnych sfer, np. lecznictwa, zakładów opiekuńczych itp. W efekcie całe społeczeństwo finansuje rodzące się dzieci, nie mając żadnej pewności, że one kiedyś sfinansują potrzebujących członków tegoż społeczeństwa – większy sens w kwestii zapewnienia sobie oparcia na starość ma chyba nawet gra w totolotka…

Ta wręcz obsesyjna koncentracja uwagi i wysiłków prawicy na rodzinie wydaje się kamuflażem porzucenia perspektywy naprawdę wspólnotowej. Dokładnie to samo można powiedzieć o lewicowej fiksacji na punkcie „tożsamości” marginalnych grupek mniejszościowych. Można tu zresztą podejrzewać także – zapewne podświadome – dążenie do odróżnienia się od liberałów, którzy realizują podobną politykę. Gdyby nie prawicowe slogany o „wartościach rodzinnych” oraz lewicowe o „obronie wykluczonych”, oba te środowiska nie różniłyby się nawet werbalnie od liberalnego centrum, hołubiącego jednostkę i indywidualne preferencje, tak jak nie różnią się od niego już dawno w kwestii systemu wartości, punktów odniesienia i proponowanych rozwiązań.

Jednak zarówno z punktu widzenia politycznej identyfikacji, jak i przede wszystkim potrzeb społecznych, socjaliści i konserwatyści powinni od liberałów odróżniać się nie namiastkami perspektywy wspólnotowej, lecz jej dobitnym i pozbawionym strachliwości wyartykułowaniem i realizacją. Tak, jak błędna i szkodliwa była opcja spod znaku „jednostka niczym”, tak równie zgubny, choć nie w tak widowiskowy i zbrodniczy sposób, jest etos cechujący się zawołaniem „jednostka wszystkim”. Ta eskalacja indywidualizmu uderza bowiem w same podstawy polityki konserwatywnej i socjalistycznej oraz w interesy ich historycznych podmiotów. Nie da się bowiem na gruncie skrajnego liberalizmu, zarówno światopoglądowego, jak i ekonomicznego, kultywować ani ideałów egalitarnych, ani tradycyjnych wartości.

Liberalizm, nieskrępowany ani z lewa, ani z prawa, prowadzi w oczywisty sposób wprost do społeczeństwa zarazem coraz bardziej skrajnych nierówności, jak i coraz bardziej dynamicznych zmian, wyznaczanych wyłącznie kolejnymi falami mód i zachcianek kreowanych przez rynek. Co więcej, prowadzi też do egoizmu i atomizacji społecznej tak wielkich, że na ich gruncie nie będzie możliwa jakakolwiek zmiana. Socjalizm i konserwatyzm będą mogły przybrać wyłącznie karykaturalne postaci: batalii zorganizowanych grup interesów o doraźne łupy (nierzadko wyszarpane kosztem równie lub jeszcze bardziej słabych grup) oraz tworzenia chwilowych wysepek, czy raczej gett „tradycji” na oceanie coraz większego chaosu i barbarzyństwa.

Kiedyś socjalizm i konserwatyzm były największymi wrogami. Dziś ich wspólnym wrogiem jest liberalizm. I jeśli tego nie dostrzegą, spełnią się słowa poety z wiersza dla dzieci: „Na nic wasze swary głupie, wszystkie wnet zginiecie w zupie”.

Wyznania melancholika

Rozmyślając nad treścią tego felietonu, stawiałem sobie zadanie ambitne: naszkicować koncepcję „melancholii politycznej” jako doświadczenia trapiącego od lat, nas Polaków, ludzi niezakorzenionych w sferze publicznej i zatopionych w polityczno-historycznej apatii, obywatelskim smutku i niemożności. Chciałem też zadać pytanie, jak kształtują się relacje między polityczną melancholią a demagogią. Szybko jednak zdałem sobie sprawę, że nawet formuła felietonu nie pozwala na tak daleko idącą spekulację. Bo to, że doskwiera mi melancholia polityczna, nie znaczy, że ogół współobywateli odczuwa to samo. Wszak machają do mnie z telewizora bliźni strojni w polityczne barwy, którzy – jak sądzę – wprost tryskają energią polityczną w drodze ku lepszej, jak zwykle, przyszłości.

Ograniczę zatem studium politycznej melancholii do introspekcji, co najwyżej pozwalając sobie tu i ówdzie na niewinne uogólnienia. Zacznę od tego, że kampanii wyborczej oczekiwałem z jako takim zainteresowaniem i pewnym ożywieniem intelektualnym. Że pójdę do wyborów – nie ulegało dla mnie najmniejszej wątpliwości: wszak ojczyzna to nasz wspólny, zbiorowy obowiązek. Zawczasu, niejako intuicyjnie, określiłem, które partie nie wchodzą w zakres mego zainteresowania, po czym cierpliwie oczekiwałem jakimi propozycjami programowymi, jako potencjalnego wyborcę, zaszczycą mnie pozostałe ugrupowania. Jako niepoprawny i zdeklarowany mięsożerca uwielbiam bowiem kiełbasę wyborczą.

Pewnego deszczowego dnia, tuż po wyjściu z tramwaju, ochlapał mnie samochód, przejeżdżający z nadmierną prędkością uliczką pełną dziur w asfalcie. Zezłoszczony, pomyślałem cokolwiek demagogicznie, że ktokolwiek wygra te i następne wybory, to i tak te cholerne samochody będą wciąż na mnie chlapać, wjeżdżając pełną parą w dziury w połatanym niechlujnie asfalcie. Przypomniałem sobie równocześnie, że przy pięciokilometrowym odcinku drogi nieopodal mojej rodzinnej miejscowości stoją trzy skromne krzyże, każdy oznaczający śmiertelne ofiary. Trzy trupy na pięć kilometrów wąskiego paska zdeformowanego przez koleiny asfaltu, po którym od dobrych kilkunastu lat pędzą TiR-y – oto arytmetyka postępu. Myśli te, choć z czasem odpłynęły, to jednak zatruły mi smak kampanii wyborczej i – niczym kamyczek w bucie lekkomyślnego piechura – zaczęły jątrzyć się melancholią. Bynajmniej, nie znaczy to, że przyjąłem za swój argument Donalda Tuska o 13 tysiącach upolitycznionych ofiar wypadków drogowych w ciągu ostatnich dwóch lat. Zacząłem raczej rozmyślać, czy aby jedyny pożytek, jaki obywatele czerpią z rodzimych karteli partyjnych, to pląsający w telewizji poseł. Oczywiście, szybko zdałem sobie sprawę, że to także jest myśl demagogiczna.

Czas płynął, w polityce wrzało jak w kotle trzech wiedźm i z przerażeniem spostrzegłem, że przybywa we mnie myśli demagogicznych, a ja sam pogrążam się w melancholii. Ubywało mi entuzjazmu, decyzja wyborcza nie zyskiwała na klarowności, myśli rozpraszały się w nieokreślonym smutku i byle jakich, niedoprecyzowanych sądach. Poczęła mnie dręczyć jakaś nieokreślona tęsknota, która – jak to w przypadku melancholii bywa – nie ma jasno określonego celu, przez co nie wiadomo, czy tęskni się za czymś, co było, czy za tym, co ma nadejść. Tęskni się i pogrąża w cichej desperacji niejako bezinteresownie, dla samej tęsknoty i smutku.

I oto na moich oczach PiS toczył oligarchomachię w dekoracjach wyborczych spotów. Aleksander Kwaśniewski zatoczył się w czasoprzestrzeni od Kijowa od Charkowa. Na moich oczach „Samoobrona” z sobie tylko przyrodzoną zdolnością ujęła w klamrę ideową różnorodność polskiej lewicy. Jan Maria Rokita pod osłoną małżonki wykonał zgrabny taktyczny manewr na z góry upatrzone pozycje. A ja, mimo tego bogactwa zdarzeń i ferii ideowych potyczek pogrążałem się w melancholii, nie mogąc w tym wszystkim znaleźć miejsca dla siebie. Jakby odebrana mi była zdolność utożsamienia się z tym światem, w którym uczestnictwo jest przecież znakiem mej obywatelskiej podmiotowości, znakiem możności wyboru i współodpowiedzialności za ojczyznę. A przynajmniej jako taki zwykł się przedstawiać – i w tym względzie dopadły mnie myśli demagogiczne i przykre.

Na dodatek, w pewien melancholijny wieczór sięgnąłem po „Złą godzinę” Marqueza i tam na własne nieszczęście trafiłem na zdanie: „zmienił się rząd, obiecywał spokój i bezpieczeństwo i z początku wszyscy w to wierzyli. Ale urzędnicy nadal są ci sami”. Słowa te również odczytałem nader demagogicznie, myśląc o tych wszystkich sympatycznych i kompetentnych oraz absolutnie nieskorumpowanych urzędnikach niższego, średniego, wyższego szczebla, którzy odporni są na zmiany władzy, ewentualnie ulegają lekkim przepoczwarzeniom kadrowym, by od lat sprawnie zarządzać publicznym dobrem. Są to czasem ludzie, z którymi spotkanie nie wiedzieć czemu przyprawia o ból głowy zwykłych zjadaczy chleba.

Właściwie nie jestem pewien, czy jest dla mnie jeszcze nadzieja przed najbliższymi wyborami, by wyrwać się z melancholii. Werble partyjne grają do boju, elektoraty się mobilizują, w powietrzu aż świszczy od walki o lepszą Polskę, a ja melancholijnie patrzę na pacjentów wywożonych z likwidowanego częstochowskiego szpitala i czekam debaty między Kaczyńskim a Kwaśniewskim. Melancholijnie i jak najbardziej demagogicznie myśląc, że nic to, k…, nie zmieni.

Liberalizm Kalego

Pastwienie się nad prymitywizmem myślenia neoliberalnego nie należy do zajęć twórczych ani ciekawych. Prostactwo tej wizji uderza w ogóle, a szczególnie w wykonaniu najbardziej aktywnych pracowników wolnorynkowego pionu propagandowego. Człowiek obcujący z wywodami prof. Winieckiego czy Witolda Gadomskiego ma poczucie, że poglądy neoliberalne zajmują szczytowe miejsce na podium fanatyzmu i braku autorefleksji, konkurując chyba tylko z ortodoksyjnym komunizmem. Jak mawia Ryszard Bugaj, w przypadku głosicieli takich poglądów odczuwamy wrażenie, że mają oni „bezpośredni kontakt z Historią” – to znaczy wiedzą, jak ten świat został raz na zawsze poukładany, co się stanie, jakie powinny być żelazne reguły postępowania zawsze i wszędzie. Na wątpliwości nie ma u nich miejsca.

Gdyby nie ogromna forsa, jaką beneficjenci tego absurdalnego systemu wydają na autopromocję – wszak „wolne” i „niezależne” media liberalne żyją głównie z reklam wielkich firm, więc nie podważą nigdy na serio ich interesów – mało kto byłby w stanie uwierzyć w te bajki. Liberałowie są przekonani, że ich poglądy są logiczne, naukowe i zdroworozsądkowe, lecz jednocześnie nie mogą zrozumieć, że gdyby takie faktycznie były, to nie istniałyby tak wielkie rzesze ludzi wątpiących w owe „oczywistości”.

Bywają jednak sytuacje, w których propaganda liberalna osiąga tak wysoki poziom absurdu, że staje się swoim zaprzeczeniem. Niedawno znalazłem właśnie coś takiego. Oto w „Rzeczpospolitej” z 18 września, w dziale ekonomicznym, tuż obok siebie zamieszczono dwie niepowiązane informacje. Po „sklejeniu” w jedną całość stanowią wymowny przykład fałszywości liberalnej wizji gospodarki i społeczeństwa.

Pierwsza dotyczy państwowych dotacji dla górnictwa. Nietrudno zgadnąć, jaka jest poetyka artykułu. Dowiadujemy się, że znów władowano w te okropne kopalnie mnóstwo budżetowych pieniędzy. Czytamy, że „Spółki węglowe dostaną w najbliższych siedmiu latach prawie 2,7 mld zł wsparcia z budżetu. Dotychczas państwo wpompowało już w nie ok. 42 mld złotych. Dodatkowe miliardy dla spółek węglowych to efekt hojności posłów i senatorów, którzy przegłosowali pomoc zapisaną w ustawie o strategii dla górnictwa na lata 2007-2015”. Oprócz tego mamy oklepane zwroty i opinie: „nieustanne dopłaty”, „stare, tradycyjne górnictwo”, „dopłacać będziemy miliardy złotych” itp. Nic nowego – o górnictwie wszystkie „obiektywne” media trąbią od lat to samo.

Tuż obok tej połajanki pod adresem „budżetożernego” górnictwa zamieszczono inny tekst. Czytamy w nim: „27 mln zł dotacji z budżetu dostanie koncern Toshiba, który zbudował fabrykę na Dolnym Śląsku. Łączna wartość pomocy publicznej dla tej inwestycji sięgnie 84 mln zł”. Tym razem ton tekstu jest diametralnie różny. To już nie jest górnictwo – przestarzałe, niepotrzebne, nierentowne. To przyszłościowa, nowoczesna i dochodowa branża – produkcja telewizorów. Ani słowa potępienia pod adresem budżetowego rozdawnictwa. Wręcz przeciwnie, autor tekstu uspokaja nas, cytując wypowiedź ministra gospodarki: „Całość pomocy ma się zwrócić w ciągu trzech lat”.

Liberalizm jest podobny do przysłowiowej łaski pańskiej, która na pstrym koniu jeździ. To samo zjawisko ocenia on całkiem różnie. Rozdawnictwo budżetowych środków jest złe, gdy wspiera państwowe kopalnie. Jest natomiast dobre, gdy pieniądze trafiają do zagranicznego koncernu. Autorzy i redaktorzy nie mają nawet cienia wątpliwości, nie widzą sprzeczności, nie próbują się zastanowić nad zupełnym brakiem logiki tych wywodów. Chcą, by państwo nie dało ani grosza na „niesłuszne” przedsięwzięcia gospodarcze, wspierało zaś hojnie te „słuszne”. Słuszne są prywatne i zagraniczne. Niesłuszne – państwowe i polskie.

Tu pozwolę sobie na dygresję. Otóż doskonale wiem, że „prawdziwy” liberalizm oznacza brak jakichkolwiek dotacji – zarówno dla Toshiby, jak i dla górnictwa. Tak jest w teorii, czy raczej w utopii. Takiego liberalizmu świat bowiem nigdy nie widział na większą skalę (a może raczej widział, ale w epoce jaskiniowej i plemiennej) i ma on tyle wspólnego z rzeczywistością, co rajskie wizje komunizmu Marksa z ponurym „realnym socjalizmem” ZSRR. Liberalizm w praktyce oznacza właśnie nie rezygnację z dotacji w ogóle, lecz wspieranie wybrańców, którymi zawsze okazuje się wielki prywatny biznes.

Na pierwszy rzut oka wszystko jest tu rozsądne. Kopalnie wydają się przestarzałe, nierzadko przynoszą straty finansowe, wydatki na nie są znaczne. Fabryka telewizorów jest nowoczesna, będzie rentowna, a dotację otrzyma stosunkowo niewielką. Ale czy aby na pewno tak to wygląda? Owszem, kopalnie dostały na przestrzeni kilkunastu lat około 40 miliardów złotych – Toshiba w ciągu trzech lat otrzyma 84 miliony. Różnica, zdawałoby się, kolosalna. Perspektywa zmienia się, gdy weźmiemy pod uwagę inne wskaźniki. Otóż w fabryce telewizorów pracuje około 700 ludzi, planowane jest zwiększenie tej liczby do tysiąca. Tymczasem kopalnie zatrudniają obecnie mniej więcej 120 tysięcy osób. Czyli około 120 razy więcej niż Toshiba. Podobnie jest z zatrudnieniem u kooperantów i dostawców – tu górnictwo znów daje utrzymanie znacznie większej liczbie osób. Idąc dalej, nieporównywalne są również przychody budżetu z obu źródeł. Milczeniem pomija się bowiem fakt, że nierentowne kopalnie płacą podatki dokładnie tak samo, jak rentowne prywatne firmy, a nawet rzadziej niż tamte korzystają z rozmaitych ulg i zwolnień fiskalnych. W każdym razie, budżet otrzymuje od górników znacznie więcej podatków niż od TV-Japończyków.

To nie koniec. Weźmy pod uwagę wizję krachu obu porównywanych podmiotów. Likwidacja fabryki Toshiby, choć dotkliwa dla okolicy, oznacza kłopoty raptem kilku tysięcy osób (pracownicy, kooperanci i ich rodziny). Nawet w regionie o trudnej sytuacji ekonomicznej jest to grupa, która ma szansę odbić się od dna. Wyobraźmy sobie natomiast likwidację kopalń. Oznacza to, że w jednym województwie pracę traci 120 tysięcy osób, do tego kooperanci i rodziny – razem ogromna rzesza ludzi. Nawet w regionie prężnym ekonomicznie oznacza to wielkie problemy nie tylko gospodarcze, ale i społeczne. Nagle placówki handlowe i usługowe tracą wiele tysięcy klientów dysponujących pensjami. Pojawiają się zaległości w opłatach za mieszkanie, prąd i gaz – mniej przychodów mają więc spółdzielnie mieszkaniowe i firmy. Nagle placówki pomocy społecznej zyskują wiele tysięcy podopiecznych, nie mających za co żyć. W ślad za bezrobociem i niepewnością (szukanie nowej pracy, niemożność spłaty kredytów itp.) pojawiają się, jak zwykle w takich sytuacjach, różnorakie patologie społeczne. Więcej jest przestępstw, należy zatem zwiększyć środki dla policji. Ludzie biedni i znerwicowani częściej chorują, trzeba więc podnieść nakłady na służbę zdrowia. W obiegu „prywatnym” jest mniej gotówki, za to budżet musi wyłożyć jej więcej, choć najpierw traci część wpływów podatkowych z powodu zamknięcia kopalń.

To nie koniec problemów nasuwających się w efekcie porównania Toshiby i kopalń. Owszem, można powiedzieć, że górnictwo nie należy do branż nowoczesnych. Nawet sam jego wizerunek raczej odpycha niż budzi zaufanie – brud, czerń, nie to co nowoczesne i sterylnie czyste hale fabryki telewizorów, zbudowane z plastiku, szkła i aluminium. Ale górnictwo polskie jest, wbrew mitom, całkiem niezłe w skali światowej z punktu widzenia stosowanych technologii, dzięki czemu zresztą jest stosunkowo bezpieczne w porównaniu z kopalniami w wielu krajach. Co więcej, towarzyszy mu rozbudowana infrastruktura – to setki trwałych budynków, kilometry rur z gazem i wodą, linie przesyłowe prądu, bocznice kolejowe, drogi samochodowe itp. Górnictwo jest inwestycją o „twardym” charakterze – jego dotowanie oznacza wydatki na wieloletnią substancję przemysłowo-techniczną, która współtworzy ogólną infrastrukturę regionu. Fabryka telewizorów to natomiast „miękka” inwestycja – kilka hal z prefabrykatów, postawionych w pośpiechu na terenie elementarnie przygotowanym do tego celu. Nie oznacza ona żadnego szerzej pojętego rozwoju danego miejsca. Dziś jest – jutro może jej nie być. Budżetowe pieniądze wydane na kopalnie wiążą się z inwestowaniem w wieloletni potencjał gospodarczy regionu i jego zaplecze techniczne. Mamy pewność, że w dowolnej chwili, w przypadku zmniejszenia koniunktury, nikt tego wszystkiego nie zlikwiduje w kilka miesięcy i nie wywiezie TIR-ami choćby na Ukrainę czy do Turcji, bo tam będą niższe koszty pracy czy większy rynek zbytu. Natomiast dotując z budżetu fabrykę telewizorów, wspieramy de facto wielką niewiadomą i coś zupełnie nietrwałego.

Idźmy dalej i porównajmy znaczenie obu dotowanych podmiotów dla całokształtu życia gospodarczego i społecznego w Polsce. Czy to się komuś podoba, czy nie, górnictwo stanowi główne zaplecze energetyczne kraju. I co więcej, nie widać dla niego realnej alternatywy. Zasoby ropy i gazu ziemnego kurczą się w skali światowej w szybkim tempie, ich ceny wciąż rosną. W dodatku oba te surowce energetyczne w przeważającej mierze musimy importować, będąc w efekcie uzależnionymi od rozmaitych kaprysów dostawców, a gdy w grę wchodzi także polityka – od gry interesów i ścierających się wpływów. Posiadanie znacznych złóż węgla i możliwości wydobywczych oznacza większe bezpieczeństwo energetyczne, co przekłada się na fundamenty życia każdego obywatela: zapewnienie dostaw prądu dla mieszkań i gmachów publicznych, produkcję energii dla gospodarki i wiele innych elementarnych potrzeb. Wystarczy sobie wyobrazić sytuację, w której górnictwa w Polsce nie ma, ogromne dodatkowe kwoty musimy przeznaczyć na zakup ropy i gazu, których dostawca – Rosja, postanawia nas szantażować, a ceny na rynku światowym idą znacznie w górę z powodu jakiegokolwiek kryzysu na Bliskim Wschodzie. Węgiel nie jest pierwszym lepszym surowcem, który można w dowolnej chwili zastąpić w równie dowolnej ilości czymś innym, bez narażania się na dodatkowe koszty, kłopoty i ryzyko perturbacji. Nie można go też łatwo w dowolnej chwili zacząć wydobywać „od nowa” – budowa nowej lub rozruch starej kopalni to ogromny wydatek, a wydajne, wykwalifikowane i doświadczone zastępy górników nie spadną z nieba na zawołanie. Tymczasem telewizory nie są ani produktem kluczowym dla trwania społeczeństwa, ani nie ma problemu z ich zakupem w dowolnej ilości za granicą po zwykłej, nie wywindowanej cenie, podobnie jak nie ma żadnych kłopotów z szybkim wybudowaniem nowej fabryki sprzętu RTV.

Kolejny wątek całej sprawy dotyczy kwestii własności i ukierunkowania dotacji. Pieniądze w budżecie pochodzą głównie z podatków płaconych przez obywateli Polski. Ci obywatele, co oczywiste, tworzą i finansują państwo po to, by dbało o wspólne dobro. Cóż dziwnego czy złego zatem w tym, że polskie państwo wspiera finansowo polskie państwowe kopalnie? Co więcej, można się zastanowić, dlaczego to samo państwo wspiera prywatny japoński biznes. Od biedy można uznać, że to ostatnie wsparcie uzasadnione jest zatrudnieniem w fabryce Toshiby kilkuset obywateli Polski. Jednak wówczas zupełnie bzdurne i pozbawione logiki stają się pretensje, że to samo państwo dotuje miejsca pracy dla 120 tysięcy innych swoich obywateli.

Wbrew pozorom, nie uważam, aby górnictwo miało być jakąś świętą krową, która zasługuje na nieograniczone dotowanie z budżetu. Przedsiębiorstwa państwowe nie mogą działać wbrew elementarnym regułom dotyczącym wydajności pracy, konkurencyjności itp. Ani kopalnie, ani żadne inne zakłady nie powinny być łupem politycznych łowców posad, oferować super-przywilejów, marnotrawić środków finansowych, być finansową studnią bez dna czy stanowić zaplecza lub przykrywki dla niejasnych interesów i przekrętów (o czym w przypadku kopalń mówi się od dawna). Powiem więcej – odpowiedzialność w przypadku dysponowania publicznymi środkami powinna być większa i surowiej egzekwowana niż w sektorze prywatnym. To wszystko nie zmienia faktu, że neoliberalna wizja problemu nie jest warta funta kłaków.

Jak wspomniałem, krytyka mielizn myślenia liberalnego nie jest zajęciem zbyt twórczym i pasjonującym. Jednak rozłożenie takich sloganów propagandowych na czynniki pierwsze nie tylko pokazuje brak w nich logiki, ale także coś znacznie gorszego. Otóż liberalizm spod znaku wychwalania dotacji dla Toshiby i pomstowania na dotowanie kopalń jest po prostu stronniczym i oczywistym stawaniem na straży interesów japońskich przeciwko interesom polskim. Świadomym czy nie – trudno ocenić. Pewne jest jednak, że nie powinno mieć miejsca w gazecie będącej częściową własnością Skarbu Państwa. Jeśli już jakiś budżet powinien mieć udział w tej propagandzie, to nie polski, lecz japoński.

Kato-prawica

Media prawicowe roją się od rozważań o wpływach lewicy i liberałów na instytucję Kościoła oraz na debatę poświęconą kwestiom religijnym. Wedle nich, wpływy te są ogromne i destrukcyjne, sięgając samych szczytów hierarchii oraz sedna doktryny religijnej. Oprócz zewnętrznych zagrożeń chrześcijaństwa, równie ważne, a nawet ważniejsze – przekonują oni – są negatywne tendencje wewnętrzne. W tej wizji problemu zło czai się w środku Kościoła, a jego rozsadnikiem są różnorakie środowiska nie dość – wedle tej teorii – prawowierne. Co zaś jest prawowierne, najlepiej wiedzą katolicy-prawicowcy.

Zło jest stopniowalne i wielorakie. Dla jednych jego uosobieniem będzie liberalny czy „postępowy” nurt katolicyzmu, w rodzaju „Tygodnika Powszechnego” i „Więzi”, a zwłaszcza ci jego przedstawiciele, którzy czynnie współpracują ze środowiskami nielubianymi przez prawicę. Dla innych będzie to ekumenizm religijny lub próby zmiany stosunku wobec środowisk dotychczas „wyklinanych” (np. homoseksualiści). Dla kolejnych – nowoczesne metody ewangelizacji bądź wykorzystanie w praktyce Kościoła (choćby oprawa Mszy Świętej) różnych nowych rozwiązań. Jeszcze inni oburzą się na „lewackie” inspiracje w nauczaniu społecznym kilku ostatnich papieży. Są i tacy, którzy kwestionują zasadność i prawomocność samego II Soboru Watykańskiego, zarzucając mu „zaledwie” zbytnie naginanie katolickiego kanonu w kwestii dogmatyki i liturgii, albo nie bawiąc się w takie niuanse i sugerując, że podczas jego obrad silnie zaznaczyły się wpływy dostojników Kościoła, inspirowanych bolszewizmem i wątkami masońskimi.

Nie będę tu szczegółowo zajmował się kwestią zasadności tych zarzutów. Z jednej strony, wierni mają prawo do zaniepokojenia takimi czy innymi zjawiskami w łonie Kościoła. Z drugiej, część tych teorii bliska jest zwykłej paranoi oraz ociera się o uzurpowanie prawa do wyrokowania o kwestiach, których rozstrzyganie nie należy do zwykłych członków wspólnoty katolickiej, lecz do odpowiednich instytucji kościelnych. Nawiasem mówiąc, widać tu zwykłą niekonsekwencję, a może raczej cwaniactwo. Prawicowi katolicy często formułują pod adresem swych liberalnych odpowiedników sugestię, że Kościół i chrześcijaństwo nie są „koncertem życzeń” i że jeśli komuś nie odpowiada stosunek kleru czy hierarchów do np. praw homoseksualistów, wówczas powinien wystąpić z Kościoła, nie zaś próbować go zmieniać wbrew dotychczasowej tradycji i wykładni wiary. Jednocześnie sami kwestionują wiele decyzji i zmian sygnowanych przez osoby powołane na mocy tradycji do ich podejmowania.

Ważniejsze od rozstrzygania, jakie zmiany katolicyzmu są uprawnione – do czego zresztą nie mam ani kompetencji, ani prawa – wydaje mi się właśnie wskazanie na hipokryzję uzurpatorów oraz niebezpieczeństwo ich działań. Czynią oni bowiem dokładnie to samo, co z taką pasją krytykują – samozwańczo przyznają sobie prawo do decydowania o tym, jaki ma być Kościół. Co więcej, będąc lustrzanym odbiciem swoich ideowych przeciwników, zagrażają zarówno jedności katolicyzmu, jak i jego doktrynalnemu obliczu. Potępiając „kato-lewicę”, jak nazywają chrześcijańskie środowiska „liberalno-postępowe”, sami tworzą „kato-prawicę”, która traktuje Kościół i chrześcijaństwo czysto instrumentalnie, a z jego doktryny wybiera tylko to, co jest dla niej wygodne.

Są oczywiście pewne stałe ramy doktryny katolickiej oraz praktyki Kościoła w kwestiach zarówno zasad kultu religijnego, jak i postępowania wobec poza-konfesyjnych zjawisk i problemów współczesnego świata. Katolicyzm ma długą tradycję i wielokrotnie potwierdzane zasady wiary i dogmatyki, których nie można zmieniać ot tak sobie, na czyjeś życzenie czy zawołanie. Rzeczywiście, Kościół nie jest koncertem życzeń, a jego hierarchowie – chłopcami na posyłki rozmaitych grup interesu. Nie zmienia to faktu, że Kościół przez wieki był organizmem żywym, ewoluującym i określającym się zarówno wobec zmiennych zjawisk, jak i tego, co dopiero, czasem zupełnie znienacka, pojawiło się w toku biegu dziejów. Czy były to nowe prądy intelektualne, czy nowatorskie wynalazki techniczne o dalekosiężnych skutkach, czy procesy społeczne – Kościół wypracowywał swoje stanowisko w oparciu o szczegółowe rozpoznanie sytuacji, nie zawsze kierując się tradycją, gdyż często chodziło o zjawiska bezprecedensowe w dziejach. Co więcej, nierzadko na przestrzeni zaledwie kilku dekad znacząco zmieniało się oblicze danego problemu. Inne aspekty określały „kwestię robotniczą” pod koniec XIX wieku, w realiach „dzikiego” kapitalizmu, inne zaś w epoce powojennych ustabilizowanych welfare states. Inne były zagrożenia związane z kulturą konsumpcyjną w epoce niedoborów produktów oraz istnienia licznych barier w dostępie do nich, inne zaś są one w czasach, gdy w sporej części globu bieda oznacza nie brak pożywienia czy dachu nad głową, lecz dystans w kwestii posiadanych dóbr realnych i symbolicznych wobec tych, którzy mają ich jeszcze więcej.

Kościół katolicki okazał się instytucją trwałą, potrafiącą przetrwać kolejne epoki i ogromne zawirowania dziejowe między innymi dlatego, że umiejętnie łączył wierność fundamentom doktryny z adaptacją do pojawiających się wyzwań i przeobrażeń. Gdyby chciał być zbiorowością, której członkowie drżą z obawy przed każdą kolejną „nowinką” i nie potrafią zmienić swej pozycji ani o centymetr, nigdy nie zyskałby ogromnych wpływów i znaczenia. Byłby zapewne czymś na kształt Amiszów – ortodoksyjnej sekty dziwaków, sympatycznej, ale jednocześnie w oczywisty sposób „bezpłodnej” w kwestii mierzenia się z wyzwaniami realnego świata. Terminem, który najlepiej określa charakter Kościoła, wydaje się być „rewolucja konserwatywna” – próbuje on dokonać daleko idących zmian w obliczu świata i duszach poszczególnych ludzi, rozumiejąc jednak, że są pewne granice, poza którymi zmiany przestają mieć wartość lub obracają się we własne przeciwieństwo. Mówiąc inaczej: nie wszystko jest możliwe, ale wiele można zmienić.

Kościół sytuuje się poza dychotomią lewicy i prawicy. Z jednej strony, jest rewolucyjny – bo bez wątpienia taki właśnie charakter miał Chrystusowy bunt przeciwko pogańskiej „realpolityce” oraz ufundowany na nim Kościół, nowa wspólnota wiernych, ukonstytuowana ponad dotychczasowymi tradycyjnymi podziałami, np. etnicznymi czy warstwowymi. Z drugiej strony, jest konserwatywny, gdyż trafnie rozpoznając wiele ograniczeń natury ludzkiej (znakomicie symbolicznie wyrażonych w doktrynie o grzechu pierworodnym), zaleca ostrożność wobec zbyt śmiałych planów, wizji i rozwiązań w świecie doczesnym. Zagrożeniem dla Kościoła są tyleż postulaty zbyt liberalne, usiłujące go zepchnąć na pozycję całkowitej spolegliwości wobec wymogów „ducha czasu” i zmieniających się trendów, jak i zbyt konserwatywne, próbujące uczynić zeń strukturę skostniałą, przenikniętą duchem oblężonej twierdzy.

„Kato-prawica” usiłuje nas przekonać, że jedynym zagrożeniem dla Kościoła jest zbytnie uleganie różnym „nowinkom” – doktrynalnym, obyczajowym, formalnym, społecznym. Kreśli ona obraz lewicowo-liberalnych spisków i knowań, mających sprawić, że katolicyzm stanie się zupełnie pogodzony z dzisiejszą „cywilizacją śmierci”. O ile jednak taki obraz zjawiska nosi pewne – choć nie aż tak wielkie – znamiona prawdy w odniesieniu do najbardziej rozwiniętych krajów świata, o tyle w Polsce, wbrew namolnej propagandzie, jest to problem marginalny, a wpływy „kato-lewicy” pozostają wśród ogółu wiernych znikome. Jeśli coś zagraża polskiemu katolicyzmowi, to bynajmniej nie liberalno-chrześcijańska rubryka w „Gazecie Wyborczej”, „Tygodnik Powszechny” czy kilka niszowych periodyków, bo ich wpływ na wiernych jest znikomy. Tym zagrożeniem jest natomiast raczej ogólna bylejakość polskiej formacji religijnej i „pokazowy” charakter kultu religijnego. Swoje robi także naiwność i prymitywizm sporej części kleru, oceniającego postawy wiernych w kategoriach czysto ilościowych, np. wedle częstotliwości udziału w nabożeństwach, nie zaś według znajomości prawd wiary oraz stosowania się w codziennym życiu do zasad moralności chrześcijańskiej (tę ostatnią zresztą sprowadza się głównie do kwestii seksualnych – zatem za dobrego katolika uchodzi typek gardłujący przeciwko pornografii, który jednocześnie w swej firmie traktuje pracowników jak niewolników). Wydaje mi się nawet, że większym zagrożeniem niż „postępowe” środowiska chrześcijańskie, jest dla polskiego Kościoła właśnie „kato-prawica”. Ona bowiem ma większy wpływ na wiernych.

Czytając polską prasę prawicową, dowiemy się głównie o konflikcie czy wręcz fundamentalnej sprzeczności między katolicyzmem a nurtami lewicowymi. Przypominają więc nam one, że różne lewicowe ugrupowania i teorie zostały mniej lub bardziej dobitnie potępione przez Watykan – czy to marksizm, czy teologia wyzwolenia. Dowiemy się też, że chrześcijaństwo było wyłącznie prześladowane przez wszelkie „postępowe” ruchy i zrywy społeczne – rewolucja francuska, meksykańska i październikowa, wojna domowa w Hiszpanii, wszędzie tam tysiące zamordowanych katolików obciążają sumienia „postępowców” i w efekcie raz na zawsze wyjaśnia to ponoć prawdziwe cele i zamiary środowisk nie-prawicowych. Z tej wizji nie dowiemy się jednak, iż choć Kościół odrzucił marksizm, to jego doktryna społeczna bardzo poważnie potraktowała problem kapitalistycznego wyzysku i bynajmniej nie uznała, że jest to kwestia wydumana. Nie dowiemy się także, iż oprócz rzeczywistych konfliktów – nierzadko krwawych i zbrodniczych – między różnymi emanacjami tendencji lewicowych a chrześcijaństwem, istniały także przykłady zgoła odmienne, jak choćby silnie chrześcijańskie inspiracje wielu środowisk socjalistycznych na płaszczyźnie idei czy konkretnych inicjatyw (choćby amerykański ruch skupiony wokół pisma „Catholic Worker”).

Historia katolicyzmu to nie tylko odcięcie się od najbardziej skrajnych nurtów teologii wyzwolenia, ale także liczne encykliki społeczne, mocno krytykujące kapitalizm, czy całe nauczanie Jana Pawła II o godności pracy ludzkiej, konieczności szacunku i przestrzegania praw pracowników najemnych i społecznej odpowiedzialności posiadaczy środków produkcji. Tymczasem jeśli „kato-prawica” zachwyca się np. Gilbertem Chestertonem, to jedynie jako wspaniałym obrońcą wiary i Kościoła, przemilczając równie istotny wymiar jego rozważań, czyli konsekwentną, wieloaspektową krytykę tzw. wolnego rynku i przypisanych mu jako reguła – nie zaś wyjątki – negatywnych tendencji.

O ile część „kato-prawicy” przypomina groteskową sektę – tęskniącą za św. Inkwizycją, przywróceniem monarchii, ustanowieniem „religii państwowej” i „zdelegalizowaniem” liturgii mszalnej w językach narodowych – o tyle jej bardziej cywilizowana część ma znaczne wpływy w mediach i od lat skutecznie urabia opinię publiczną. To doprawdy paradoksalne, a raczej przerażające, że w ojczyźnie Papieża-Polaka, na cześć którego wiwatowały milionowe tłumy i któremu postawiono setki pomników jak kraj długi i szeroki, niemal wszystkie czasopisma katolickie propagują prymitywną ideologię wolnorynkową w sferze gospodarczej, a w kwestiach kulturowych jak papuga powtarzają bzdurne slogany wymyślone przez jankeskich troglodytów.

Sączą one czytelnikom wywody o błogosławieństwach wolnego rynku – jeśli go krytykują, to najwyżej za to, że bywa „niemoralny” (bo oferuje np. pornografię), nie zaś za oparte na wyzysku i pogardzie stosunki pracy, nie za propagowanie myślenia materialistycznego i skrajnie utylitarnego (a przecież to właśnie na takim podłożu wyrasta później pornografia czy akceptacja aborcji), nie za to, co w Biblii określano mianem „kultu Złotego Cielca”. Jeśli piszą o patologiach społecznych, to wyłącznie przez pryzmat błędów poszczególnych jednostek, nie zaś piętnując istniejące uwarunkowania systemowe, które niezwykle silnie oddziałują na społeczeństwo, znacznie ułatwiając jego członkom popełnianie grzechów.

Jako remedia również nie są proponowane rozwiązania długofalowe, sięgające sedna problemu i oparte na poszanowaniu godności człowieka. Ot, dobry szeryf pozamyka i wystrzela złych przestępców, Caritas łaskawie nakarmi głodne dzieci, a biznesmen-filantrop w ramach kaprysu zakupi nowy ambulans dla szpitala. Natomiast za prostytutki trzeba się dużo modlić, żeby przestały zarabiać ciałem i zechciały „żyć godnie”, pracując na kasie w hipermarkecie za 1000 zł miesięcznie. Tak w skrócie wygląda polska katolicka refleksja społeczna – jest to mieszanka XIX-wiecznych zabobonów ekonomicznych oraz „odkryć” neokonserwatywnych amerykańskich think-tanków, które wielki biznes opłaca za głoszenie bzdur korzystnych dla niego. Czy będzie to popularny katolicki tygodnik „Gość Niedzielny”, czy chrześcijańsko-prawicowa publicystyka „Rzeczpospolitej”, czy periodyki intelektualne tego środowiska, zawsze jest to podobny zestaw banałów i propagandowych hasełek. A rzecz dzieje się w kraju, z którego pochodził Jan Paweł II – tymczasem dowolna z jego encyklik społecznych ma wymowę pozwalającą ten zestaw „kato-prawicowych” idiotyzmów odesłać tam, gdzie jest jego miejsce i skąd pochodzi, czyli wprost do diabła.

„Kato-lewicowcy” przedstawiają siebie nierzadko jako katolików heterodoksyjnych, poszukujących odpowiedzi nawet kosztem stuprocentowej wierności doktrynie. Tak też są oceniani przez swoich oponentów i krytyków – jako „zdrajcy”, „odstępcy” i „mąciciele”. Natomiast „kato-prawicowcy” na każdym kroku podkreślają, że stanowią opokę Kościoła, że ani na jotę nie odejdą od kanonu wiary. W kwestii „kato-prawicy” można zatem z pozycji kogoś, komu leży na sercu dobro Kościoła, sformułować taką prośbę: chroń nas Boże od przyjaciół, bo z wrogami sami sobie poradzimy.

Wstęp do rewolucji

Hasło „rewolucji moralnej”, z którym zarówno Prawo i Sprawiedliwość, jak i Platforma Obywatelska, szły do ostatnich wyborów, było jedynym w historii III Rzeczpospolitej liczącym się projektem politycznym, alternatywnym wobec zastanej rzeczywistości. Wizja uzdrowienia polskiej sfery publicznej i przewartościowania priorytetów społeczno-politycznych okazała się na tyle nośna, że stała się bezdyskusyjnym punktem odniesienia w debacie medialnej i chętnie używanym argumentem zarówno przez jej zwolenników, jak i przeciwników. W wyobraźni protagonistów nieistniejącej IV RP rewolucja moralna zawisła jak miecz Damoklesa nad wszechobecnym Układem. Z kolei sceptycy i zdeklarowani przeciwnicy traktowali ją jako dopust Boży, polityczne monstrum puszczone przez radykałów na żywioł bez kagańca. Dwa ostatnie lata dały tym ostatnim sporo okazji do szyderstw, przynoszących tym większą satysfakcję, że pozwalały zapomnieć o licznych „dobrodziejstwach” III RP, które zgotowali swoim rodakom.

Dziś odtrąbiono już zmierzch rewolucji moralnej i rychły powrót do demokratycznej świetności minionych czasów. Do jej przyzwoitości i wysokich standardów, do tych chwalebnych dni, gdy społeczeństwo obywatelskie rozkwitało w pełnej krasie po miastach, wsiach i miasteczkach. Tak, to była piękna epoka, przerwana raptem przez populistów i klerofaszystów. A jeśli były błędy i wypaczenia? Fraszka wobec zbrodni dwóch ostatnich lat!

Oczywiście, powyższy opis jest przerysowany. Także dlatego, że na dobrą sprawę rewolucji moralnej nie było. Ten projekt, zarysowany w sumie dość pobieżnie, przygotowany naprędce po podsycanej przez media kompromitacji rządu Millera, scalający kilka koncepcji z dziedziny politologii, filozofii polityki i socjologii, oparty na doświadczeniu politycznym kilku postsolidarnościowych polityków, miał wszystkie wady i zalety raczkującej wizji. Tylko propagandziści partyjni PiS mogli wierzyć, lub podawać do wierzenia, że ich projekt jest zapięty na ostatni guzik i nie ma możliwości jakiejkolwiek pomyłki, że będą działać ze sprawnością automatów, bezbłędnie rozpoznając, gdzie dobro i zło i niczym najsprawniejszy chirurg dokonywać operacji na żywej tkance polskiej państwowości, by przywrócić organizm do pełnej sprawności. Szybko jednak się okazało, że pacjent wierzga i – mówiąc obrazowo – nie wszystkim jego członkom odpowiada zafundowana terapia. I że rewolucja moralna nie odbywa się w sterylnych warunkach. Zaś politycy Prawa i Sprawiedliwości niedwuznacznie zaczęli dawać do zrozumienia, iż nie do końca odpowiadają im pomocnicy w podjętym przez siebie dziele: nie dość czyści jak na wymarzoną IV RP.

To, co było chwalebnym wyzwaniem rewolucji moralnej, rzuconym zastanej rzeczywistości, miało się też okazać jej piętą achillesową. Jasno zadeklarowana konieczność prowadzenia integralnej, etycznej polityki w służbie państwa/społeczeństwa, przeciwstawionej zepsuciu III RP, była przecież swoistym novum. Jednak bezpośrednie odwołanie do kategorii dobra i zła w programie partii niesie ze sobą ryzyko ich upolitycznienia, instrumentalizacji; wtedy też łatwo o utożsamienie dobra z własną opcją ideowo-polityczną i zepchnięcie przeciwnika w otchłań zła. Tu już nie ma miejsc na dialog, każdy kompromis określa się mianem „zgniłego”. Sytuacja zyskuje z pozoru na klarowności, czy jednak różni się od tej wersji polityki, w której o wszystkim przesądza interes własnej koterii? Dobro na usługach polityki traci swoją bezinteresowność, przestaje służyć ogółowi, by zamienić się w wygodny pretekst dla mniej lub bardziej jasnych poczynań. A przeciwnik wcale sprawnie potrafi to wykorzystać. I on posługuje się orężem obiektywizmu i słusznej racji.

Co jednak ciekawe, bezpośrednim przeciwnikiem na niwie publicznej dla partii koalicyjnych (czy też samego PiS) nie były bynajmniej ugrupowania opozycyjne. Platforma, sfrustrowana niespodziewaną porażką, miotała się bezsilnie między werbalną agresją (by odróżnić się od PiS) a ugodowością (by odróżnić się od SLD), zaś po-PRL-owska lewica musiała szukać wytchnienia i uprawomocnienia dla dalszej egzystencji w ramionach największego Narcyza polskiej sceny politycznej: środowiska Unii Wolności. Wyobraźnia społeczna pozostałaby pod kontrolą piewców rewolucji moralnej, gdyby nie skonfliktowana z nimi część mediów. One to de facto przez ostatnie dwa lata pełniły rolę skutecznej opozycji. Wałęsa, Tusk, Frasyniuk, Olejniczak, Geremek, Osiatyński, a później także Kwaśniewski – plejada gwiazd przygasłych lub niedoszłych znalazła schronienie za medialną barykadą, zbyt słaba, by samodzielnie przeciwstawić się triumfującym rewolucjonistom. Którzy przecież, prawdę mówiąc, kuleli od początku, rozdzierani koniecznością niechcianej koalicji, co rusz wieszcząc przedterminowe wybory. A jednak – byli konsekwentni. Rewolucja moralna stała u bram. Ba, zajrzała nawet za wrota III RP, choć pewnie nie z tym wdziękiem, jaki wymarzyli sobie jej miłośnicy. To, co było, wystarczyło jednak, by w mediach ukazać ją Polsce i światu jako ni to groźnego, ni to strasznego potworka.

Nie ma się co łudzić – jesteśmy zakładnikami własnej historii, nasza klasa polityczna nie zstąpiła tutaj z nieba. Idee w zderzeniu z ziemią odkształcają się, poddane tutejszym prawom. Oczywiście, inną rzeczą jest ocenić, co zrobiono, co można było zrobić i co warte było, jest i będzie zmiany. Nawet jeśli wstęp do rewolucji moralnej w wykonaniu PiS to krok raczkującego dziecka, to przecież nie da się już twierdzić, wbrew oczywistym faktom, że możliwy jest tylko jeden model transformacji, zaaplikowany Polsce po 1989 roku. Powstał rzeczywisty punkt odniesienia, nośna idea, polityczna perspektywa, która przecież dopiero co zaczyna swój żywot. Oczywiście, nie brak takich, którzy z chęcią by o niej zapomnieli, bo dobrze wiedzą, że nie przyniesie im nic dobrego. I zrobią wiele, by potraktować ją jako rzecz chybioną i zaprzeszłą. Dlatego nie mamy właściwie zbyt dużego pola wyboru: za albo przeciw, mimo wszystkich niuansów i zastrzeżeń.

Dziś jednak – i to chyba jest największym niepowodzeniem wstępu do moralnej rewolucji – jej kontury zatarły się za sprawą niejasności politycznych sporów i decyzji podejmowanych przez rządzących. Także dzięki mrówczej pracy tych, którzy od początku grali na ośmieszenie całego projektu. Jasne kryteria etycznej polityki rozmyły się na oczach widowni i pozostało to wrażenie, które Polacy dobrze już poznali: partyjnych gierek, korzystania z aparatu państwa do własnych potrzeb, triumfalizmu nieudaczników i totumfackich władzy. Nawet jeśli jest to obraz nie do końca prawdziwy, to jednak ma swoją siłę oddziaływania i trzeba się z nim liczyć. A sceptycyzm, najzdrowsza postawa wobec świata, który często znamy z trzeciej ręki, nie pozwala bezkrytycznie ufać moralnym rewolucjonistom oraz ich zaciężnym kadrom różnych szczebli. Widać jednak, że III RP, jaką ją znamy i doświadczamy, ciągle budzi nieprzyjemne skojarzenia i nieufność sporej części elektoratu. A IV RP nie jest jedynie projektem garstki polityków, jako tako realizowanym przez ostatnie lata, ale czymś oczekiwanym przez wcale liczną rzeszę Polaków. Na naszych oczach kończy się najprawdopodobniej pierwsza próba, z której trzeba wyciągnąć wnioski. Wstęp do rewolucji jest być może w pośpiechu zabazgraną notatką, wsuniętą w karty polskiej historii. Co nie znaczy, że nie stanie się kiedyś osobnym rozdziałem. Ale co do tego nie ma żadnej pewności. Choć lepsza taka niepewność, niż poddanie się myśli, że najlepiej nam było za Geremka.

Smutek nieistniejącego świata

30 kwietnia 1982 r. Bronisław Łagowski wygłosił na Uniwersytecie Jagiellońskim wykład zatytułowany „Filozofia rewolucji czy filozofia państwa?”. Okazją było zbliżające się święto 1 maja. Łagowski mówił: „Nasz kraj wraz z innymi krajami socjalistycznymi uczestniczy w pewnej przygodzie historycznej, upajającej jednych i przerażających drugich, która to przygoda wydaje mi się niezwykła i bez precedensu w skali dziejów powszechnych. Panujący u nas ustrój w swoich rozstrzygających zasadach nie ukształtował się – jak to z reguły w dziejach społeczeństw bywało – na drodze ewolucji, nie metodą prób i błędów, nie poprzez wiekowe konflikty i kompromisy, lecz został stworzony od razu – mówię o jego rozstrzygających założeniach – jako teoria, jako ideologia. /…/ Twórcą tej ideologii był intelektualista z Nadrenii, z prastarego miasta Trewiru, przechowującego pamięć średniowiecznych millenaryzmów i mesjanizmów. Ten to myśliciel stał się naszym Solonem i Likurgiem, naszym i całej Słowiańszczyzny”.

I twierdził dalej: „Są słowa, które dla samych skojarzeń, jakie wywołują, przyjemnie jest słyszeć: słowa takie, jak »wolność«, »demokracja«… Są inne słowa, które ze względu na same skojarzenia wydają się przynosić niedobre wieści. Takim słowem jest na przykład »konserwatyzm«. Proponowałbym osłabić nieco uprzedzenia w stosunku do tego słowa, jak też w stosunku do tego, co oznacza. Przede wszystkim nie powinniśmy sądzić, że konserwatyzm jest największym złem, jakie się może zdarzyć naszemu państwu i aparatowi władzy tego państwa. Konserwatyzm w pewnym sensie jest nieunikniony i naturalny w dobrze funkcjonującym państwie”.

Trzeba dziś mocno wysilić wyobraźnię (najlepiej wspartą rzeczową wiedzą), by zrozumieć, jakie emocje i jakie myśli musiało wzbudzić wśród słuchaczy to filozoficzne i polityczne „credo” Łagowskiego. Wykład, który miał uświetnić pierwszomajowe święto, był wszak apoteozą konserwatyzmu, niepozbawionego elementów liberalnych, określonego mianem „filozofii państwa” i przeciwstawionego „filozofii rewolucji”, czyli de facto temu wszystkiemu, co legitymizowało władzę w krajach bloku wschodniego od ich powstania. Gdzieś u źródeł tej filozofii, której przeciwstawił się Łagowski, trwał wszak mit Października 1917 r., oficjalnie nie do podważenia w ówczesnym czasie. Mową władzy był – przynajmniej deklaratywnie – język lewicy, język „ludzi pracy”, język „mas ludowych”, pełen sloganów o budowaniu „socjalistycznej przyszłości”. W Polsce trwał stan wojenny, który miał pomóc władzy odzyskać kontrolę nad życiem społeczeństwa. Świeża była pamięć pierwszej „Solidarności”, w znacznej mierze ruchu lewicowego, tyle że na przekór oficjalnej „lewicowości” korumpującego się państwa. I oto, wobec tych żywiołów, Łagowski głosił zerwanie z rewolucyjną utopią marksizmu, kultem anty-rynkowości i proponował rehabilitację „homo oeconomicus”, który „działa według zasady rzeczywistości i kieruje się głównie egoizmem”. Moralność rewolucyjna traktuje taką jednostkę jako chorą – twierdził Łagowski – podczas gdy to ona stanowi źródło ekonomicznej wydajności. Człowiek musi być wolny od ideologii, także po to, by móc zbudować silne państwo.

Ów stary tekst z minionej epoki wciąż wyznacza miejsce profesora w filozoficznym i społeczno-politycznym uniwersum. Niegdysiejszy publicysta „Tygodnika Powszechnego”, dzisiejszy felietonista związanego z Sojuszem Lewicy Demokratycznej „Przeglądu” nie przestał być konserwatywnym liberałem, który – przynajmniej deklaratywnie – za swój obowiązek uważa trzeźwe, nieuprzedzone myślenie, niezależne od panujących mód intelektualnych. Traktując niezwykle poważnie swe związki z Oświeceniem (jego konserwatyzm jest pozbawiony elementu religijnego, metafizycznego, opiera się raczej na uznaniu racji historycznych, czy wręcz historiozoficznych), z niezwykłą nieufnością traktuje ogólnonarodowe mity, którymi karmi się świat polityki i wyobraźnia społeczna, uznając je raczej za zabobony krępujące niedojrzałe ludy, niźli wzniosłe opowieści narodów poznających swój byt.

W jego publicystyce ta awersja wobec mniemań i namiętności ogółu, niejednokrotnie wyrażana dość brutalnie, choć z elegancją, wiąże się z troską o los państwa, wpisuje się w dziejową wizję, która nie wyklucza żadnego etapu historycznego w życiu Polski. To sprawia, że nie jest cynikiem, ale raczej – w swej twórczości – człowiekiem żyjącym nadzieją, że da się połączyć pragmatyzm, technokratyzm władzy z pewną moralną klasą jej sprawowania. I tu rodzi się smutek nieistniejącego świata: bo polska polityka nie może zaoferować Łagowskiemu tego, co traktuje z taką powagą. Jego sojusz z post-PRL-owskimi epigonami lewicy, wbrew temu, co twierdzą oponenci profesora, wynika nie tyle z poczucia tożsamości z byłymi przywódcami aparatu partyjnego PZPR, co z przekonania, że to właśnie w tym środowisku, które uczyło się władzy nieco dłużej, można znaleźć choć trochę historycznej, geopolitycznej, ekonomicznej „trzeźwości myślenia”, politycznego realizmu, który ratuje państwo przed szaleństwem mitologii. Przynajmniej taki pogląd wydaje się przezierać z kart jego publicystyki. Ale może to być wizja fałszywa: dziś nie jest już tak oczywiste, kto w Polsce uprawia „real politik”, a kto żywi się jedynie sentymentami rodem z III RP, nakazującymi czcić tylko jeden paradygmat polityczny.

Jako student wydziału filozofii Uniwersytetu Jagiellońskiego uczestniczyłem przed kilkoma laty w znakomitym kursie z filozofii polskiej, prowadzonym przez prof. Łagowskiego. Autor „Filozofii politycznej Marucego Mochnackiego” jest znawcą rodzimej myśli filozoficznej. Tym bardziej przykre jest wrażenie, że Łagowski-myśliciel coraz bardziej zatraca się w publicystycznej doraźności. Jego teksty sprzed lat, zebrane w tomach „Co jest lepsze od prawdy?” (1986), „Liberalna kontrrewolucja” (1994), „Szkice antyspołeczne” (1997) mają o wiele większy ciężar gatunkowy niźli teksty zebrane w ostatnio wydanym tomie „Duch i bezduszność III Rzeczypospolitej. Rozważania”. A może filozofia polityki i kultury, wizja jedności tych światów, oparta na konserwatyzmie i klasycznym liberalizmie, które Łagowski tak umiejętnie łączył w całość jako wykładowca i autor dawniejszych tekstów, musi odejść w cień pod naporem publicystycznego opisu świata, w którym wciąż tak mało trwałości? Może wszystko, co najważniejsze, zostało już przez Łagowskiego opowiedziane? I pozostaje jedynie to niedowierzanie, gorycz krytyki, z którą filozof stara się podzielić ze światem, by nie pozwolić mu zapomnieć o jego iluzjach? Także w imię własnych, niespełnionych iluzji?

W kwietniu tego roku w krakowskiej restauracji „Chimera” odbyła się konferencja naukowa z okazji 70-tej rocznicy urodzin profesora. Zgromadziła wcale liczną rzeszę uczestników i znakomitych panelistów, na czele z prof. Andrzejem Walickim i Henrykiem Woźniakowskim z Wydawnictwa „ZNAK”. Znamienne, że do Łagowskiego przyznają się tak ludzie związani z konserwatyzmem, także katolickim, jak i zadeklarowani liberałowie (na czele z prof. Walickim). Jego uczniowie wspominali zajęcia z profesorem z lat 80-tych, gdy jako członek PZPR (pozostał nim do końca) głosił wykłady pozbawione cienia nowomowy. Łagowski opowiadał studentom o Tukidydesie, Makiawelim, Monteskiuszu, Hobbesie, tak by dać życie ich ideom, by znajdowały swoje miejsce w teraźniejszości pomimo upływu wieków i zmienionego kontekstu dziejowego. To charakterystyczne dla Łagowskiego: żadnej myśli nie traktuje jako obcej, choć nie każdą jest wstanie uznać za swoją.

Jako myśliciel jest o wiele bardziej „wielkoduszny”, niż jako publicysta. Z tym, że ową drugą rolę pełni coraz częściej. Na dobrą sprawę Łagowski ma bodaj tylko dwóch wrogów: są nimi socjalizm i anarchia, niosące w sobie zarzewie „zbiorowych urojeń”. Mocą niezbadanych wyroków historii (i całkiem przyziemnych okoliczności społeczno-politycznych) jego przeciwnicy, jak mniema, usadowili się po prawej stronie sceny ideowo-politycznej. Czy można wymierzyć większy policzek myślicielowi, który przedstawia się jako konserwatysta? Nie sądzę. I także to stało się pewnie przyczyną takich a nie innych wyborów Łagowskiego po 1989 roku.

Z perspektywy czasu taki obrót spraw jasno zdaje się zapowiadać tekst profesora z 1991 roku: „List otwarty do Trzydziestolatków”. Łagowski niedowierzał ludziom „Solidarności”, niedowierzał początkującym politykom opozycji, którzy wówczas, na gruzach rozpadającego się ustroju, przychodzili do władzy. Podejrzewał, że tkwią w kajdanach uproszczeń i mitów zarówno anty- jak i stricte PRL-owskich. Ale czy ze względu na ludzi władzy konserwatysta ma prawo obrażać się na państwo? Czy nie powinien szukać państwowotwórczego sensu w ich działaniach, pomimo własnych sympatii?

Posługując się pewną metaforą: oto stara bolączka filozofów, którzy starają się wychować (a przynajmniej nie żałują im dobrych rad) na władców nie swoje dzieci: światy mędrców, ludów i polityków rządzą się własnymi prawami, zderzają się ze sobą albo ignorują, a nawet gdy znajdują przez chwilę wspólny język, to tylko po to, by zrozumieć, w jak niewielkim stopniu wzajem się pojmują. Filozof zatem, by uczynić swą mowę bardziej zrozumiałą dla „tamtych”, czyni krok w ich kierunku. I może dlatego właśnie myśliciel przybrał maskę publicysty, dookreślając swoje miejsce ideowo-polityczne – by przez tę wyrazistość, przez powszedniość słowa, rezygnującego z nadto wysublimowanej hermeneutyki znaczeń wzbogacić dyskurs publiczny o własny głos. Tak, by uczynić mniej nieznośnym smutek nieistniejącego świata. I sprawić, by mógł choćby po części zaistnieć.