Szklane domy

„Hegel powiada gdzieś, że wszystkie wielkie wydarzenia i postacie historyczne występują, rzec można, dwukrotnie. Zapomniał dodać; za pierwszym razem jako tragedia, za drugim – jako farsa” – tak Karol Marks rozpoczyna esej „Osiemnasty brumaire’a Ludwika Bonaparte”.

Czy gdy Żeromski śnił szklane domy, które miały uosabiać nową, odrodzoną Polskę, wiedział, że projektuje jeden z najbardziej nośnych lewicowych mitów, który jednak nigdy nie został zrealizowany? Szklane domy to dziś oklepany frazes, ale w tamtych realiach, których największym osiągnięciem były obśmiewane dziś „sławojki”, domy ze szkła, jasne, czyste, powszechnie dostępne, były zapowiedzią lepszego bytu, lepszej przyszłości, Polski szczęśliwej dobrostanem swojego ludu, Polski prawdziwie ludowej.

Na naszych oczach powstały szklane domy. „Arkadia”, „Galeria Krakowska”, „Stary Browar”. Zapełnia je lud pracujący miast i wsi, lud konsumencki. Wzniosła wizja Żeromskiego w długim pochodzie czasu i idei zrealizowała się w zupełnie innym kontekście. Czy to źle, czy dobrze? Czy śmiesznie, czy straszno? Cezary Baryka sprawdza stan konta i czeka na posezonowe obniżki cen. Cezary Baryka już nie musi pytać, co z tą Polską, bo od tego ma pana w telewizji. Mnóstwo panów i pań ze szklanego ekranu. Cezary Baryka spłaca 30-letni kredyt na mieszkanie i jest z tym faktem doskonale pogodzony. Cezary Baryka, zmęczony faktem, że nie doczekał ani IV RP, ani „drugiej Irlandii”, wierzy jedynie w zasobność własnego portfela, a w niedzielę w Pana Boga. Cezary Baryka chce autostrad. Cezary Baryka pyta, co się stało z „Solidarnością”, ale po kilku wódkach pokazuje wnukom legitymację nieboszczki partii. Cezaremu Baryce nie jest wszystko jedno, a znajomych zapewnia, że „Wyborczą” kupuje tylko ze względu na program telewizyjny. Cezary Baryka nie zapomniał o ideałach Sierpnia, bo ma pamięć dobrą, choć niestety krótką. Cezary Baryka już nie szwenda się po ulicach, wyczekując gniewu ludu. Gniew ludu to on zna z kolejki na poczcie, gdy na trzydziestu klientów przypada jedno czynne okienko. Cezary Baryka, ten niedzisiejszy ideowiec w każdym z nas, to wcielenie żeromszczyzny, jest po prostu rozczarowany.

Nie lubię pytań w stylu: „co poeta miał na myśli?”. Zwykle coś innego, niż sądzą interpretatorzy i egzegeci. Ale cóż – trudno mi oprzeć się myślom, jak Żeromski opisałby i rozumiał współczesną Polskę. Co budziłoby jego radość, co gniew? Kim byliby dziś bohaterowie jego opowieści? Czy doktor Judym pracowałby w prywatnym, czy w państwowym ośrodku zdrowia? Czy ta żeromszczyzna, niegodna ostatnio nawet szkolnych podręczników, ten duch społecznikowski, ten lewicowy, ale i ojczyźniany patos ma jeszcze sens, w Polsce 2009 roku?

Szklane domy epatują obfitością witryn, Cezary Baryka przegląda się w ich świetle i cicho szepcze do siebie, ni to stwierdzając, ni to pytając: „O take Polske my walczyli”.

Rozproszeni

W newsletterze zaprzyjaźnionego terapeuty życzenia przyszły takie: Święta? Tym, którzy potrafią je obchodzić, niczego nie będę życzył, tylko pogratuluję. A pozostałym – zestresowanym, zagonionym, stojącym w korkach i kolejkach – życzę opamiętania, opamiętania, opamiętania, spokoju i radości.

Polska przedświąteczna. Jaka jest? Po mojemu – rozproszona. Każdy widzi to, na co patrzy.

Jeśli patrzysz na Fundację Świętego Mikołaja, na akcję Szlachetna Paczka albo na maleńką Kępa Cafe, gdzie właśnie zapraszają się na wspólne oglądanie filmów o fabrykach w Chinach, to myślisz o Polsce ze spokojem. Wypełnia Polska te upiorne formularze wnioskując o granty, robi Polska potrzebne rzeczy.

Jeśli patrzysz do gazety „Dziennik”, to widzisz, że wielkie zmiany w biznesie – excusez le mot – burdelowym. W okresie przedświątecznym cztery razy więcej klientów w czymś, co nazywa się u nas eufemistycznie agencjami towarzyskimi. Cztery lata temu, gdy prowadzono porządne badania, takich rzeczy nie było. Ale od zeszłego roku zmiany. Zwłaszcza przed Wigilią kolejki panów w wieku 35-45 lat. Polska sfrustrowana rozładowuje napięcie.

Jeśli patrzysz w stronę TVN24, to widzisz, że jeden z jej prezenterów, Bogdan Rymanowski, dostał właśnie nagrodę dziennikarza roku. Jeśli patrzysz w stronę „Gazety Wyborczej”, to widzisz, że jeden z jej wice-naczelnych, Piotr Pacewicz, napisał, że mu się ten wybór nie podoba, bo p. Rymanowski głownie napuszcza na siebie zaproszonych rozmówców, żeby mu się ładnie konflikt przełożył na wzrost oglądalności. Jeśli znów patrzysz do tefałenu, to widzisz, że stacja odwołuje swój codzienny program, w którym dziennikarze komentują, co się w Polsce od rana zdarzyło. Odwołuje, bo akurat do komentowania była zaproszona kobita z „Wyborczej”. No a przecież ten Pacewicz taki be.

Już nie masz ochoty patrzeć i idziesz posłuchać sobie radia. W „Trójce” Polska świąteczna jak trzeba. Trebunie Tutki z Twinkle Brothers śpiewają pyszne Pieśni chwały, w których Jamajka z Giewontem brzmią jak dwie siostry syjamskie, żeby nie powiedzieć bracia bliźniacy. Potem nawet Mozarta można posłuchać, bo Trójka konserwatywnieje na stare lata. Albo możesz tam wylicytować świąteczne zestawy. Sławni i piękni dają jakieś rzeczy, które ty możesz nabyć, jeśli jeszcze nie wystraszyłeś się kryzysu i nie składasz do skarpety, a kasa pójdzie na paczki dla dzieci, które potrzebują. Trochę to głupie, ale można i tak zbierać pieniądze. Jeden zestaw jest od Dalajlamy. Zdjęcie z podpisem i coś tam, coś tam. Ręce trochę opadają, ale i tak nie jest najgorzej.

No ale za jakiś czas zaglądasz do newsletterów, które przez czas słuchania przyszły z sieci i widzisz, że kolejny dziennikarz, Sylwester Latkowski – który od lat drąży temat zabójstwa szefa policji, Marka Papały (za co go darzę szacunkiem) – obwieszcza publiczności, że właśnie wysłał do p. Rymanowskiego SMS o treści: Pacewicz upadł na głowę. Przepraszam za niego. I dzierga dla niezorientowanych: ostatnio Bogdan Rymanowski stał się obiektem ataków „Gazety Wyborczej”

Chłopcy, chciałoby Ci się powiedzieć do nich – opamiętajcie się co nieco. No ale jesteś bez kontaktu w zasadzie. Możesz, owszem, mailować, esemesować czy blogować – ale czy to co da? U nas jak się już ktoś okopie na swojej pozycji, to chyba tylko potężne trzęsienie ziemi może go na inną pozycję przemieścić. No chyba, że jakaś rewolucja by była, to też.

A o rewolucji zobaczysz sobie, jak popatrzysz do „Gazety Stołecznej”. Miasto, które urzęduje częściowo w dawnym Pałacu Branickich na Miodowej, ma w końcu spadkobiercom Branickich ten pałac oddać. Już się po wszystkich możliwych sądach pociągali przez lata wolnej Polski, w końcu zmęczeni siedli do negocjacji z przedwojennymi właścicielami i na sam koniec nawet się z nimi umówili, że oddadzą.

Już, już masz ochotę się ucieszyć (ci, co mnie czytają, zrozumieją: coś działa!), ale potem patrzysz na komentarze pod tą informacją. A za czyją kasę Braniccy zbudowali sobie ten pałac. Jasne, że za kasę ukradzioną wyzyskiwanym milionom Polaków. To skandal, żeby ukradzione narodowi dobra zwracać złodziejom. W Polsce wraca feudalizm, ale nie na długo, bo rewolucja tuż. Tak pisze cor-tex.

Rewolucja to jest poważna rzecz, myślisz. Jak ona jest tuż, a ty się nawet nie orientujesz, że taki jest stan faktyczny, to możesz się obudzić z ręką w nocniku. Ale – myślisz – rewolucje nie spadają z nieba na pstryk. Zwykle coś je zapowiada. Ale na wszelki wypadek patrzysz jednak, co tam widać w „Wyborczej”.

Rano nie pisali jeszcze o rewolucji tylko, że – cytuję tytuł – prezydent spadł z pomostu, co miało w skrócie wskazywać na wynik kolejnej rundy never ending story między pałacem premierowskim i prezydenckim. (No, nie czytają mnie premier z prezydentem, nie wiedzą, że należy wspólnie zasnąć w sejmie). Swoją drogą, ci z „Wyborczej” piszą o tych pomostach i spadaniu, a potem się oburzają, że poseł Palikot lata z wibratorem albo ze świńskim łbem na tacy. No, od kogo się uczył tego luzackiego stylu, który podobno jest jaki jest, bo publika to uwielbia?

Wracając do rewolucji… Patrzysz, a już o 15:54 coś jednak jest na rzeczy: Rewolucja w TVP. LPR i Samoobrona przejęły telewizję. Zawieszeni Urbański oraz… Ludzie PiS bronią Urbańskiego: ta decyzja była nielegalna… Może trzeba lecieć na barykady? – myślisz. Kogoś gonić, kogoś siekać, jak by napisał wieszcz?

Ale kogo? I po co? I kiedy?

Przecież trzeba na bazar, kupić kiszoną kapustę i grzyby do barszczu. Bigos nastawić, bo musi się przegryźć.

To idziesz na bazar. I widzisz tam dużo różnych rzeczy – a to jemiołę, a to srebrne świerki w doniczkach, a to wesoło migające chińskie lampki choinkowe, a wśród tego wszystkiego wielkie reklamy gazety „Fakt”.

Dostaje fortunę na fikcyjne biura! To o euro-pośle Marcinie Libickim, który jest szefem komisji do spraw petycji w euro-parlamencie, ma zwykle dobre notowania w dziennikarskim światku i chwali się, że w Wielkopolsce ma aż sześć biur. A tu „Fakt” donosi, że miesięcznie na prowadzenie biur poseł dostaje około 15 tysięcy euro, a biura są zamknięte na głucho, od wielu miesięcy nikt nie widział tam żywej duszy, a w miejscu, gdzie polityk powinien przyjmować wyborców i wysłuchiwać problemów potrzebujących, jest hurtownia z alkoholem.

To Ci przypomina, że do świątecznego obiadu przydałoby się jakieś wytrawne białe wino. Ale zaraz o tym zapominasz, bo „Fakt” straszy: Ludzie zostaną bez mieszkań! Koniec mieszkań za grosze, bo właśnie Trybunał Konstytucyjny orzekł, że sprzedając spółdzielcze mieszkania z dużymi bonifikatami, uwzględniono interes spółdzielców, ale zapomniano uwzględnić interes spółdzielni (ciekawe, że to nie jest to samo), więc już się tak sprzedawać nie będzie. A jak ktoś już kupił? Z tymi bonifikatami? – To będą zabierać? – pytają się nawzajem starsze panie przy stoisku ze śledziami. Jedna odpowiada, że będą zabierać, druga, że przecież mówili że jest państwo prawa, no to chyba nie. A trzecia pani łapie się za serce i płacze. Pan wzywa pogotowie.

Pójdziemy wszyscy do stajenki? Przybiegniemy do Betlejem…

Jeśli popatrzysz na wigilijny stół, to zobaczysz, że jeszcze masz się czego trzymać. W całym tym rozproszeniu – trzymaj się, Polsko.

Polska gnuśnych herosów

Był taki czas, całkiem niedawno, gdy „Gazeta Wyborcza” była świętością, a wyroki ferowane na jej łamach oznaczały dla wielu poważne kłopoty. Osobiście znam kilka osób, które zaprezentowane tamże jako szwarccharaktery, miały spore problemy, z utratą pracy włącznie. Był to czas, gdy krytykowanie tejże gazety i jej twórców stanowiło akt odwagi, ograniczony zazwyczaj do mediów tak niszowych, że na ich tle sceptyczne wobec Michnika publikacje „Tygodnika Solidarność” czy nieistniejącego już dziennika „Życie”, jawiły się jako opinia magnatów medialnych.

Krytyka ta, dodajmy, miała niemal wyłącznie prawicową proweniencję. Miłość prawie całej lewicy wobec Agora S.A. była tak wielka i tak groteskowa, że jeszcze teraz śmieję się na wspomnienie znalezionego niegdyś w Internecie tekstu jednego z młodych gniewnych, krytycznych i radykalnych publicystów, funkcjonującego w środowiskach „Krytyki Politycznej” i „Ha-Artu”. Oznajmił on, że do „Gazety” stracił zaufanie, gdy nachalnie poparła inwazję na Irak w roku 2002. Doprawdy, wielka jest lewicowa wrażliwość społeczna i jeszcze większy krytycyzm środowisk – bowiem nie była to postawa odosobniona – które w tejże samej gazecie przez ponad dekadę nie dostrzegały promowania chamskiego, antyspołecznego liberalizmu gospodarczego…

Od tamtej pory sporo się zmieniło. Dziś krytyka „Wyborczej” jest nie tylko powszechna i masowa – wystarczy wspomnieć „Rzeczpospolitą”, „Dziennik”, „Wprost”, a momentami nawet TVN – ale i znacznie bardziej ostra, bezpardonowa, pozbawiona wielu hamulców, które niegdyś wynikały ze zwyczajnego strachu o własną skórę i o skutki publicznej infamii. Odważnych „antymichnikowców” mamy obecnie tylu, że przypominają się słowa marszałka Piłsudskiego, który podczas defilady weteranów Legionów z okazji obchodów 10-lecia odzyskania niepodległości miał ponoć powiedzieć: „Żebym ja was, kurwa, tylu miał, kiedyśmy z Oleandrów wychodzili”. Ano właśnie – aż dziw bierze, że w kraju zamieszkiwanym przez tylu krytyków Michnika, jego gazeta osiągnęła tak ogromną sprzedaż i jeszcze większy wpływ na świadomość społeczną.

Mniejsza o większość. Mnie po drodze nigdy nie było z tymi, którzy „Wyborczą” krytykowali z pozycji, jak je nazywam, idiot-prawicowych – mam na myśli tych, którzy środowisko „Gazety” oskarżają o „brak patriotyzmu” (tak jakby monopol na patriotyzm mieli klerykalni nacjonaliści) oraz specjalistów od tropienia strasznych rzeczy, które Umęczonemu Narodowi Polskiemu uczyniła matka Michnika i jego brat. Dziś jednak nawet ta forma krytyki środowiska „Wyborczej”, która od dawna była mi bliska, przedostała się do głównego nurtu debaty publicznej. Choćby w postaci zbyt naiwnej i idealistycznej, lecz wartościowej książki Davida Osta „Klęska »Solidarności«”, oskarżającej „lewicę laicką”, że po roku 1989, mówiąc wprost, wypięła się na dawne ideały i na tych, którzy wynieśli ją na szczyty. Obecnie pomstowanie na „Gazetę Wybiórczą” nie jest już ani potrzebne, ani ciekawe, ani twórcze – koń, jaki jest, każdy widzi.

Z wrodzonej przekory, a także z niechęci wobec coraz niższego poziomu owej krytyki, chciałbym się Adamem Michnikiem zachwycić. Zresztą, trafnie kiedyś zauważył jeden z autorów „Obywatela”, że kto wie, czy za autorem „Kościoła, lewicy i dialogu” jeszcze nie zatęsknimy. Bo z Michnikiem można się nie zgadzać, ale Michnik to jest ktoś. Gdy nas opuści, to z kim się nie zgadzać będziemy? Z Lisem Tomaszem? Wolne żarty. Równie dobrze mógłbym się nie zgadzać z jamnikiem sąsiadki – tyle samo ma on poglądów i argumentów wartych przemyślenia i odparcia.

No więc chciałbym się Michnikiem zachwycić, lecz nie mogę. Przeczytałem właśnie w „Polityce” wywiad, którego J. Żakowskiemu udzielił redaktor naczelny „Gazety Wyborczej”. To nie moja wina, lecz obu rozmówców, że leitmotivem wywiadu uczynili porównanie realiów po roku 1989 z tymi, które towarzyszyły odzyskaniu przez Polskę niepodległości 90 lat temu. Właśnie na tym tle szczególnie wyrazista jest nędza Michnika i jego środowiska.

W rozmowie z Żakowskim dominują dwa tony. Ogromne zadowolenie z kształtu Polski po roku 1989, nawet jeśli czasem łaskawie przyznające, że niekoniecznie wszystko poszło idealnie (och, tego chyba nikt nie wymagał). Oraz równie wielkie oburzenie, że są tacy, którzy III RP wtykają szpilki, gdyż to nie ludzie – to wilki. Gdyby chodziło o, dajmy na to, Balcerowicza Leszka, machnąłbym ręką – niechże technokrata rozpływa się w zadowoleniu i sarka na krytykę. Ale Michnik, do ciężkiej cholery, jest intelektualistą! Mamy prawo wymagać odeń czegoś więcej niż banałów, że jest super, jest super, więc o co ci chodzi.

Nie ma sensu rozważać, czy Polacy po 1918 r. lepiej poradzili sobie z nową Polską niż my po 1989. To sprawy nieporównywalne i kto jak kto, ale Michnik – erudyta i historyk – powinien sobie z tego doskonale zdawać sprawę, nawet gdy chodzi o wywiad dla „tygodnika opinii”, czyli mówiąc po ludzku i nazywając rzecz po imieniu, dla gazety o treściach lekkich, łatwych i przyjemnych. Nawet jednak, gdyby uznać, że „transformacja ustrojowa” wypadła o niebo lepiej niż „odbudowa państwa”, to w tym wywodzie pojawia się coś, co budzi we mnie dezaprobatę.

Otóż intelektualista powinien być krytyczny i niezadowolony. Nie krytykancki i nie malkontencki, ale przenikliwie sceptyczny. Bo międzywojnie też miało oczywiste osiągnięcia, a wręcz nikt o zdrowych zmysłach, nawet jeśli jest liberałem, nie powie, że Władysław Grabski czy Eugeniusz Kwiatkowski posiadali mniej powodów do satysfakcji niż Leszek Balcerowicz. Ale nie zmienia to faktu, że ówcześni intelektualiści – a to z nimi, nie zaś z ministrami finansów czy gospodarki należy porównywać Michnika – byli do głębi niezadowoleni i krytyczni. Nie jako urodzeni malkontenci, bo przecież potrafili wychwalać realne osiągnięcia, lecz jako intelektualiści właśnie. Intelektualista powinien wiedzieć więcej, myśleć ostrzej, wybiegać w dalszą dal niż reszta, wzorem Wieszcza sięgać tam, gdzie wzrok nie sięga.

Intelektualista był w międzywojniu rozczarowany. Nie tym, że nie zrobiono niczego dobrego. Tym, że zrobiono za mało – bo intelektualiście zawsze jest za mało. Kogokolwiek byśmy nie wzięli spośród ówczesnych „intelektualistów zaangażowanych”, jakiej drogi politycznej by on nie obrał, wszyscy byli niezadowoleni. Czy związali się z ludowcami, czy z PPS-em, czy wiernie trwali przy Piłsudskim, czy zajęli się mrówczą pracą w apolitycznych instytucjach społecznych, czy wycofali z życia publicznego w przekonaniu, że już zrobili swoje, „reaktywowali Polskę” – mieli oni przekonanie, że można było więcej, lepiej, szybciej. Popularność „Przedwiośnia” Żeromskiego wzięła się właśnie stąd, że trącił on najważniejszą strunę serc „zaangażowanych intelektualistów”, niezależnie od ich politycznych afiliacji – strunę niezadowolenia z Polski. Gdy poznajemy biografie ówczesnych odpowiedników Michnika, właśnie ta kwestia stanowi wspólny mianownik pokolenia, które śniło i marzyło o nowej Polsce i ją ujrzało.

Powie ktoś, że byt określa świadomość, a zatem Michnik jest zadowolony, gdyż jemu osobiście się powiodło po roku 1989. Znam teorie, wedle których pan Adam dał się w 1968 roku wsadzić do pudła, ponieważ wiedział, że 30 lat później będzie mógł przeliczać judaszowe srebrniki płynące szerokim strumieniem w ślad za akcjami Agora S.A. Autorów takich wywodów pozwolę sobie odesłać do Tworek, bo tam jest ich miejsce. Trop ten, rozpatrywany poważnie, tj. bez personalno-finansowych wyliczeń, jest zresztą błędny. To przecież nie jest tak, że w roku 1925 czy dekadę później realia II RP krytykowali wyłącznie ci, którzy zajadali czerstwy chleb z margaryną i marmoladą. Żeromski, aczkolwiek biedujący przez sporą część życia, w momencie pisania „Przedwiośnia” był już człowiekiem jeśli nie zamożnym, to na pewno pozbawionym trosk materialnych. Podobnie jak wielu jemu podobnych, którzy wskutek zasobów rodzinnych, piastowanych stanowisk czy indywidualnych talentów byli wówczas całkiem nieźle urządzeni. A mimo to chcieli Polski innej – lepszej.

U Michnika tego wszystkiego natomiast nie ma ani śladu. Nie ma krytycyzmu, nie ma nawet cienia idealizmu, nie ma autorefleksji. Jest tylko gnuśne samozadowolenie i przeraźliwie egocentryczne (w tej manierze Michnika zdystansował tylko Wałęsa) analizowanie głosów krytycznych wobec status quo. Owszem, mamy tu polemiczną pasję, która co i rusz przejawia się w postaci gromów na nacjonalizm, populizm, antydemokratyzm itd. Jest tylko jeden problem. Różnica między II a III RP polega m.in. na tym, że to, co kiedyś było radykalne i postępowe, obecnie jest drobnomieszczańskie. To za sprawą m.in. „Gazety Wyborczej”, ideologią gospodyń domowych i szkolnych lizusów jest pomstowanie na Kaczorów, Giertycha, IPN, populizm i faszyzm.

Dzisiejsze Panie Dulskie są zwolenniczkami podatku liniowego, są przeciwne „utrzymywaniu roszczeniowych darmozjadów”, są entuzjastkami otwarcia granic dla światowego kapitału i kolejnych sieci hipermarketów, wierzą w nowoczesną wersję socjaldarwinizmu, wedle której biedny jest z definicji głupi i leniwy, to one przodują w wyśmiewaniu szkolnych mundurków, nie lubią „grzebania w teczkach” i „kampanii nienawiści”, z zainteresowaniem śledzą nowoczesne, billboardowe kampanie wyborcze i czytają „tygodniki opinii”. A ich guru upadł tak nisko, że z zadowoleniem stoi na czele tej Rodziny Gazety Michnika.

Terror tragizmu i patosu

Kupujący ukrzyżowaną figurkę, aby ubierać ją jak laleczkę Barbie wprawdzie należą do naczelnych, ale mam nadzieję, że to dalecy krewni homo sapiens i nie musimy się z nimi przyjaźnić. Nie widać granicy, której wolny rynek i wolne media nie przekroczą w pogoni za zyskiem.

Na drugim biegunie jest absurdalne żądanie, aby wojownicy, ratownicy i wszyscy, którzy znaleźli się w niebezpieczeństwie, zachowywali się dostojnie, stosownie do powagi sytuacji. Ludzi nie szokuje krwawa przemoc, w której pławią się co wieczór przed telewizorem, natomiast gorszy ich, gdy chirurg lub strażak zaklnie.

Bardzo często ludzie odważni mają skłonność do żartowania z zagrożeń. Być może odporność na duże obciążenia psychiczne i fizyczne ma związek z umiejętnością rozładowywania napięcia. Nie znam się na tym, ale nie mam zaufania do specjalistów, którzy w każdej sytuacji zalecają: rozluźnij się, skoncentruj się, myśl pozytywnie. Rozluźnianie się nie jest wskazane, kiedy wyleci stopień na skale, a zamiast koncentrować się, lepiej zawierzyć komputerkowi w mózgu, który potrafi błyskawicznie coś wymyślić. Może myślenie pozytywne ma jakieś zalety, ale mnie pomaga najczarniejszy humor. Kiedy pomyślę, że co najwyżej mnie zabiją, a moi wrogowie na pogrzebie będą musieli udawać, że im ogromnie smutno, to zaraz mi lepiej.

Nie jestem wyjątkiem. Znajomą na Orlej Perci paraliżował strach, że córka spadnie. – „Postanowiłam, że jeśli Magda spadnie, to zepchnę w przepaść Staszka i sama skoczę. Miałam już świetny plan i zaraz zaczęło mi się w górach podobać”. Ratownicy tatrzańscy zaśmiewali się z nieboszczyka, którego wykopali z lawiny. Zła pogoda przerwała akcję ratunkową i szli do Dolinki za Mnichem już tylko na poszukiwanie zwłok. Z daleka zobaczyli sterczącą ze śniegu uśmiechniętą główkę w kolorowej czapce i jedną rączkę, która do nich radośnie machała na powitanie.

O takich zdarzeniach opowiada się tylko we własnym gronie, ponieważ żyjemy pod terrorem tragizmu i patosu. Krzysztof Wyszkowski ostrzegał mnie, że jeśli będę opowiadać jak w obozie internowanych było miło i wesoło, to ludzie uznają mnie za agentkę. Było różnie, ale miło i wesoło też. W listach z więzienia, które dostawały rodziny, były wzniosłe myśli o samotności, chociaż polityczni siedzieli nie w karcerach, lecz w przepełnionych celach. W więzieniu brak jest bliskich osób, ale nie towarzystwa i raczej marzy się o samotności. Tylko Andrzej opowiada o pięknej przyrodzie Syberii, o mrozach, buranach, upałach i kwitnącym stepie na wiosnę. Wszyscy mówią tylko o mrozach, chociaż na dalekiej północy upał jest bardzo uciążliwy. Nigdzie tak nie marzyłam o skrawku cienia, jak na wędrówce za kręgiem polarnym, gdzie słońce grzeje całą dobę. Mówi się o mrozach, bo taki jest kanon opowieści o tragicznych losach zesłańców i łagierników.

Przymus dramatycznego, patetycznego tonu zniekształca rzeczywistość. Kto łamie ten nakaz, nie narzeka, chociaż jest chory, represji i krzywd nie przedstawia w najczarniejszych barwach, ten jest niewiarygodny, a jego zasługi czy cierpienia nie istnieją. Trwa więc swoisty konkurs na to, „kto miał gorzej”. Inne nacje, np. Anglicy, kultywują odmienną modę. W dobrym tonie jest bagatelizowanie przeżytych trudów, cierpień i zagrożeń, ceniona jest dzielność, zaradność, odporność.

Podobno Polacy też kiedyś tacy byli, a przynajmniej chcieli za takich uchodzić. Zastanawiałam się, co się z nami stało. Być może jedną z przyczyn jest to, że już od kilku pokoleń przegrywali ludzie prawi i dzielni, wygrywali dekownicy i zdrajcy. Zwycięzcy wkładają laurowe wieńce, a pamięć o bohaterach niszczą. Spod propagandy, która zastępuje nam historię, wyziera słabo skrywany cynizm: śmierć frajerom. Czasem dosłownie. Historia rotmistrza Pileckiego jest najlepszym tego przykładem.

Dziwaczne poplątanie cynizmu z postulatem patetycznego heroizmu wymazało z polskiej historii czasy PRL. Została czarna, a raczej szara dziura, nicość, jak nazywa ten czas Bronisław Wildstein. Patos zastrzeżony był dla władzy. Ryszard Siwiec, który spalił się na stadionie X-lecia PRL został nie bohaterem, lecz wariatem. Na bohaterskie czyny nie było miejsca, a sprzeciw był nieefektowny. Kiedy ktoś odmawiał składki na Wietnam albo pójścia na pochód, ludzie wzruszali ramionami: co to da, a człowiek się narazi. Kiedy teraz słyszę od ważnych ludzi III RP, jak walczyli o Polskę, nawet ci w KC PZPR i SB, a już na pewno wszyscy TW, to zastanawiam się, czy żyliśmy w tym samym kraju. 70 procent ankietowanych zadeklarowało oddanie życia za niepodległość. Oddaliby życie, ale premię kwartalną albo awans to już raczej nie.

Dlatego lepiej dla wszystkich, aby PRL została czarną dziurą, nicością. Kto powie, że fajnie i wesoło było na wczasach w tych góralskich lasach, ten z nostalgią wspomina młodość, albo jest komuchem, któremu było dobrze. Ci, którym było dobrze, stawiają pomniki Gierkowi i awanturują się, kiedy ktoś im przeszkadza. Pierwszymi wrogami III RP są historycy z IPN, którzy wyciągają z historii PRL „jakieś brudy”. Dwa pokolenia odarto z godności likwidując polski przemysł jakby był kupą złomu. Z czarnej dziury wychylają się tylko dzieła TW, które jakimś cudem zachowały wartość. Młodzież wyciąga z dziury śmieszne gadżety. Dla świetlanej przyszłości przyszłych pokoleń wymazano 45 lat historii Polski.

Innej Polski nie będzie

90. rocznica obchodów odzyskania niepodległości to zwyczajowa okazja do przemyśleń o losach państwa. Przemyśleń nieco schizofrenicznych, jak cała nasza rzeczywistość. Paradoks polega na tym, że obchodzimy 90. rocznicę odzyskania niepodległości przez byt czysto dziś symboliczny, nazwany II Rzeczpospolitą, gdy tymczasem większość struktur instytucjonalnych, nie mówiąc o kształtach granic, dziedziczymy po państwie, które tak deklaratywnie, jak i w zamierzeniu tradycjom II RP w znacznym stopniu przeczyło. Stąd pewna nieusuwalna sztuczność rekonstrukcji tradycji historycznych sprzed 1945 roku.

Innej Polski, niż po-PRL-owska nie będzie – na mocy samych wydarzeń historycznych. Bo też w dziejach naszego narodu/państwa jest tak, że każda radykalna zmiana ustrojowa odbywała się w ciągu ostatnich stuleci na skutek ingerencji zewnętrznej i pośród wydarzeń, które nie bez przesady można nazwać katastroficznymi. My zaś pozostaniemy już „państwem bez właściwości”, jeżeli miarą charakteru państwowotwórczego uczynić czytelne dla żyjących pokoleń, heroiczne na ogół mity założycielskie. Co jest zaś mitem założycielskim III RP? „Solidarność”? Jeśli tak, to mit to dość wykoślawiony i mocno niepełny, a przynajmniej dyskusyjny. „Okrągły Stół”? Tu sprawa ma się na ogół jeszcze gorzej. A później już tylko szare lata partyjniactwa i ideowej bylejakości, ucieczki w konsumpcję lub wygnania w biedę. I jeszcze tylko wejście do Unii i śmierć Jana Pawła II, do tego fajerwerk IV RP i znów cisza i spokój.

Mam zresztą dziwne wrażenie, że mimo raz po raz ponawianych lustracyjnych bojów, w Polsce istnieje cicha zmowa pokoleń, w którą włączeni są tak 20-, jak i 60-latkowie, by tak naprawdę niczego nie ruszać i nie zmieniać, by raczej żyć i pozwolić żyć innym w tym, co jest i jakie jest. Starsi zyskują dzięki temu święty spokój lub inne formy rekompensaty za swoją przemilczaną czy zmarnowaną przeszłość, młodsi: szansę pracy i jako takiego wynagrodzenia czy startu w dorosłość. I stąd m.in. zgoda na patologie życia gospodarczego, instytucjonalnego czy prawnego. Na partyjne i medialne status quo, które wszelki radykalizm czy nonkonformizm (lewicowy, prawicowy, liberalny czy jaki tam chcecie) skutecznie pacyfikuje i deprawuje: za granty, artykuły w wysokonakładowej prasie, nagrody dziennikarskie i księgarskie, itp. małe przyjemności, które sprawiają, że człowiek czuje się spełniony i mniej myśli, czy aby nie wdepnął w… Matrix. I dlatego do IPN czy innych okołopaństwowych, w tym medialnych, instytucji zatrudniani są chłopcy z prawicowym i neokonserwatywnym certyfikatem jakości, a pryszczaci rewolucjoniści nie wstydzą się brać kasy od cyników z SLD. W końcu trzeba jakoś żyć, by wyartykułować swoje subtelnie ocenzurowane i wygładzone racje.

Dlatego, jeśli o mnie chodzi, jestem z tą Polską coraz doskonalej pogodzony, choć – paradoksalnie – coraz mocniej wobec niej zdystansowany. Innej Polski mieć nie będę i nawet nie chcę, bo jak napisałem powyżej – jak znam świat, a przynajmniej tę jego okolicę – najpierw musiałbym przeżyć jakiś mało sympatyczny konflikt zbrojny. Z drugiej strony: ta Polska wcale mi się specjalnie nie podoba, czy ściśle: zdaje sobie sprawę z jej ułomności. Pięknie tą kwestię opisał Wasilij Rozanow, w odniesieniu do przedrewolucyjnej Rosji, na kartach „Apokalipsy naszych czasów”. Pozwolę sobie na cytat: „Na przykład »chcę urodzić ślicznego i mądrego chłopczyka«, a rodzi się »z sześcioma palcami, przygłupi i z nieoczekiwanymi wadami«. To samo stało się z naszą planetą. Jakby coś ją przestraszyło, gdy była brzemienna i urodziła »nie po Bożej myśli«, lecz »nieco inaczej«. I tak to, »co boskie« zmieszało się z tym, co »inaczej«”.

Pomijając metafizykę, która dla Rozanowa bywała swego rodzaju zabiegiem stylistycznym, zza której nieustannie przebijają rosyjskie sprawy, przekaz jest czytelny także na naszym gruncie. Miała być Polska „śliczna i mądra”, trochę taka jak w piosence Maryli Rodowicz, wyśpiewanej na okolicznościowym festynie medialnym z okazji obchodów 90-lecia odzyskania niepodległości, a urodziła się „z sześcioma palcami, przygłupia i z nieoczekiwanymi wadami”. Polska upośledzona i schizofreniczna właśnie, która właściwie nikomu specjalnie nie odpowiada (choć każdy ma po temu inne powody), no ale już jest i taką ją przekażemy następnym i następnym pokoleniom, z nadzieją, że one będą w stanie wprowadzić sensowne korekty. Oczywiście pod warunkiem, że nie ulegną presji warunków, koterii i zależności, w jakich im także przyjdzie żyć.

Choć w sumie to ciekawe, jakich mężów stanu, jakich poetów, jakich filozofów, społeczników, kapłanów, generałów, jakich ludzi urodzi ta Polska, gdy nie będzie się jej przeszkadzać, gdy nie będą tu spadać bomby przez lat sto czy dwieście, gdy nikt na mapach nie będzie na nowo zaznaczał granic, a gąsienice czołgów nie zachrzęszczą po skorupach porcelany. Może z brzydkiego kaczątka wyrośnie piękny łabędź, a mądrzy, dumni i majętni Polacy będą spierać się o sprawy, które dziś spowite są dla nas tajemnicą.

Dreams come true

Łączę się z artystą moim ukochanym w podobnym zdziwieniu sobą, ilekroć siadam do komputera, żeby wystukać kolejny felieton.

Może zabieram głos, bo jestem człowiekiem dialogu? A dialog – teraz, w Polsce, tuż po obchodach rocznicy niepodległości zwłaszcza – to przecież ważna rzecz. Co i rusz ktoś do rządowego Centrum Dialog idzie, chce iść, nie dochodzi. Duży ruch wokół tego dialogu.

Na stronie internetowej Centrum Partnerstwa Społecznego Dialog wisi tekst – motto zapewne, bo wisi na głównej i blisko początku. Uwaga:

Dialog społeczny jest fenomenem ostatnich dziesięcioleci w wielu państwach Europy i świata.  W większości krajów europejskich stale rozbudowywane są mechanizmy doskonalące prowadzenie negocjacji i konsultacji rządów z przedstawicielami głównych grup społecznych. Dzięki nim możliwe jest współdecydowanie partnerów społecznych w sprawach kluczowych dla swoich państw i dla nich samych. Mechanizmy dialogu umożliwiają budowanie szerokiego konsensusu społecznego wokół wartości i kwestii fundamentalnych dla państw i obywateli. Partnerzy społeczni wspólnie z rządem starają się o wypracowanie rozwiązań, które czynią z ich krajów obszar konkurencyjny ekonomicznie, a także przyjazny społecznie.

No. Jest dobrze. Więc co znowu każe mi zabrać głos?

Ostatnio widziałam w telewizorze jednego partnera społecznego – Janusza Śniadka z „Solidarności”, jak wspólnie z rządem – Michałem Boni – rozmawiał. Dziennikarka – Monika Olejnik – też rozmawiała, wtrącając w połowie każdego kolejnego zdania obu panów wciąż to samo: no ale niech mi pan powie…

Pan partner społeczny próbował powiedzieć, że dialog uprawiany w Komisji Trójstronnej jest fikcją, bo co tam mróweczki w zespołach ustalą, to potem i tak z ustaleń wylatuje. Pan rząd mówił na to, że to nieprawda i że pan partner społeczny kłamie i że powinien mieć szacunek dla stanowiska przeciwnika. Pani dziennikarka wciąż wtrącała swoje: no ale niech mi pan powie – raz do jednego, raz do drugiego. Najczęściej do partnera społecznego jednak. Miał jej powiedzieć, czy jest ten dialog, czy nie. Mówił, co i rusz, że nie ma, ale wtedy wtrącał się pan rząd, że pan partner społeczny kłamie, no i pani dziennikarka znów zaczynała swoje no ale niech mi pan powie…

***

Gdy byłam małą dziewczynką, miejska komunikacja była siecią stałą i bezpieczną. Z mojej Pragi, przez lata jeździłam do miasta, czyli do Warszawy, ósemką, a na drugi koniec, do babci – dwudziestką-szóstką. Z biletem z cienkiego papieru w kieszeni, wiedziałam, gdzie wsiadam i gdzie wysiadam. Dzisiaj mam w kieszeni stos kartonu z hologramami i zwykle nie wiem, czy dojadę, gdzie chcę. Miejska komunikacja żywo reaguje na różnorodne, przeciw-komunikacyjne, jak powiedziałby profesor Bralczyk, potrzeby rozrośniętego miasta.

Jedzie prezydent do premiera albo prezydentowa do księgarni – autobus przystaje, żeby przepuścić kawalkadę z ciemnymi szybami, wyjącą klaksonami. Przyjeżdża dwóch obcych premierów i nie daj Boże gdzieś składają kwiatki – autobus jedzie objazdem i nie wiem, gdzie się zatrzyma. Festyn z okazji różowej, zielonej, albo fioletowej wstążki – autobusy i tramwaje zmieniają trasy. Byle deszczyk – wszystko staje w korkach. Ktoś przepycha projekt budowy biurowca koło starego parku – przez dwa lata kwartał ulic pozbawiony komunikacji. Sypie się stary wiadukt, zamkną go na trzy lata i każą iść pod ziemię, bo mamy przecież metro. Szczyt europejski na równi z demonstracją związkowców, paradą wolności czy świętem niepodległości powodują wycofanie się autobusów i tramwajów ze swoich tras.

Starsza pani z laską, młoda pani z wózkiem, pan w średnim wieku z nogą w gipsie i ja – z głupim nawykiem znajdowania sensu – nie czujemy się wtedy w miejskiej komunikacji ani pewnie, ani bezpiecznie. Można nawet powiedzieć, że nie czujemy się u siebie.

W peerelu, który zamykał ludzi do wiezienia za niesłuszne poglądy, albo po prostu pozbawiał ich możliwości kariery i awansu za niezapisanie się do partii – komunikacja miejska zmieniała trasy chyba tylko raz w roku. Na 1 maja, kiedy szedł pochód ludu pracującego miast i wsi. Coś kazało zachowywać pozory dbałości o prostego człowieka, krzywdzonego, owszem, ale na innych polach. Dzisiaj, lud wyposażony w kartkę do demokratycznego głosowania co cztery lata, na co dzień przeganiany jest z miejsca na miejsce w zależności od potrzeb.

Priorytety. Peerelowski system – zaprowadzony siłą, dla dobra zwykłych ludzi – miał je szczytne i wypisane na sztandarach, choć ich nie realizował. Świętująca dwudziestolecie, a właściwie dziewięćdziesięciolecie Niepodległa w ogóle je ma? Może priorytetem jest rozwój? Albo promowanie, czy tam nieskrępowane przejawianie się różnorodności? No a może ten dialog? Czy ja wiem?

***

Od jednego z najważniejszych polskich reżyserów słyszałem osobiście, że komuna liczyła się z jego opinią, choć się z nią nie zgadzała. Obecna władza zgadza się z nim w pełni, ale się z nim nie liczy – opowiada Władyslaw Pasikowski, ten od „Psów”. Od kilku lat chodzi ze scenariuszem filmu o Jedwabnem i nie dostaje na niego pieniędzy, choć zebrał od kogo trzeba same najlepsze recenzje. I dialoguje z szefową od państwowych pieniędzy na polskie filmy.

Powinni usiąść z tą szefową w Centrum Dialog. Albo w telewizorze, u pani Olejnik. Po połowie każdego zdania mówiłaby: no ale niech mi pan powie…

***

Waglewski, w tej samej piosence:

Dreams come true. Srutu tutu tu. Jak miewasz się z tym, co wiesz? Módlmy się za nich. I za nas też