Historia „magistra vitae”

W 1980 r. Anna oparła się naciskom władz i Andrzeja Wajdy. Jej kolega ze Stoczni, Henryk Lenarciak, też twierdził, że zasada chrześcijańskiego przebaczenia nakazuje upamiętnienie poległych milicjantów razem ze stoczniowcami. Po stanie wojennym władza pojednała się z narodem przy „okrągłym stole” i pomnik nazwano pomnikiem „Solidarności”, chociaż „Solidarność” pomników sobie nie stawiała. Przypominanie minionych zbrodni PZPR, czyli – jak się okazało – sojusznikowi w obalaniu systemu komunistycznego, uważane jest za nietakt.

W 1981 r. bojówka robotnicza ze Stoczni Gdańskiej wyrzuciła działaczy Wolnych Związków Zawodowych z drukarni „Solidarności”. Stracili pracę i zostali poturbowani. Lech Wałęsa do pracy ich nie przywrócił i apelował o zaniechanie kłótni. Prasa związkowa o tym nie pisała, aby nie szkodzić wizerunkowi „Solidarności”.

W 1984 r. ktoś okrutnie zamordował księdza Jerzego Popiełuszkę. Cały naród z zapartym tchem czekał na wyniki śledztwa energicznie prowadzonego przez szefa bezpieki, generała Czesława Kiszczaka. Po pogrzebie żałobnicy udali się przed gmach bezpieki i krzyczeli: „Przebaczamy!”.

W 1985 r. na mszy żałobnej po zamordowaniu przez milicję studenta Antonowicza, ksiądz Jankowski apelował do licznie zgromadzonej młodzieży o niezabijanie nienarodzonych.

W 1989 r. po zamordowaniu kolejnego księdza, Siła-Nowicki, uczestniczący w obradach „okrągłego stołu” po stronie „solidarnościowej”, apelował, aby nie dać się sprowokować i nie zerwać rozmów.

W 2010 r., po porażającej katastrofie samolotu pod Smoleńskiem, władza ma nadzieję na pełne pojednanie Rosji i Polski, ponieważ pamięć o zbrodni katyńskiej podobno już łączy, a nie dzieli. Apele o pojednanie po każdej tragedii są jakąś obsesją narodową. W podniosłym nastroju uroczystości żałobnych nikt nie zaprzeczy ewangelii, która każe miłować nieprzyjaciół.

Cenzura czuwa, aby pojednania nie zakłóciło publicznie postawione pytanie – Czy był to zamach terrorystyczny? Zakazane jest najważniejsze pytanie, które od czasu ataku na USA zadaje sobie opinia publiczna i prowadzący śledztwo po każdym poważniejszym wypadku komunikacyjnym. Zginął Prezydent Polski i dowódcy NATO. Zamachu mogła dokonać Al-Kaida, nasze wojska są w Afganistanie i Iraku. Mogli Czeczeńcy, aby rzucić podejrzenie na swego śmiertelnego wroga Putina. Może Rosjanie, pogrobowcy Stalina chcą przeszkodzić władzom Rosji w pojednaniu z Polską i otwarciu na Zachód. Czego boją się cenzorzy? Jakiej odpowiedzi?

Kiedy próbowałam sobie przypomnieć, jak doszło do tego, że Premier Polski oddał hołd polskim oficerom w Katyniu z Premierem Rosji, nie z Prezydentem Polski, rozsądna i zrównoważona kobieta zaczęła krzyczeć: pani chce wywołać wojnę. Jaką wojnę? Polska nie napadnie na Rosję, bo nie ma czym. Rosja nie zaatakuje Polski, bo nie ma powodu. Przyczyną mogłaby być obrona Gruzji, ale to już historia. IV wojny światowej też Polacy nie wywołają. Prezydent Obama wysoko ceni profesjonalizm rosyjskiego śledztwa i wojny o czarne skrzynki nie rozpocznie.

Odnoszę wrażenie, że niektórzy ludzie tracą rozum na skutek nie rozpaczy, lecz strachu. Przestaną się bać, kiedy wszystko wróci do normy. Kiedy okaże się, że Lech Kaczyński sam sobie winien, Jarosław Kaczyński przegra wybory prezydenckie, Donald Tusk przypieczętuje wieczną przyjaźń z Rosją, a cały świat pochwali Polskę za rozwagę.

Kiedy dostaliśmy wiadomość o tragedii pod Smoleńskiem, Andrzej kończył czytać wspomnienia Stefana Korbońskiego „W imieniu Rzeczypospolitej…”, wydane przez IPN. Historia Polski Walczącej dobiegała końca. Przytoczę kilka fragmentów. Autor cytuje słowa delegata Rządu. „Już wstępne rozmowy zostały przeprowadzone, między innymi także przez delegacje stronnictw, każdą oddzielnie, i wszyscy wrócili bez żadnych przeszkód. Nikt ich nie śledził ani przedtem, ani potem. Najważniejsza rzecz, że przyjęli nasz wstępny warunek, a mianowicie, że przede wszystkim zawiozą naszą delegację do Londynu, a później dopiero stamtąd pojedziemy na rozmowy”.

Korboński przyznaje, że to go uspokoiło. „Nie była jednak tego zdania moja lepsza połowa, Zosia, która z całą stanowczością twierdziła, że to pułapka. Doszło na tym tle do »wojny domowej«, w czasie której cały ród męski został wielokrotnie i ciężko spostponowany i odsądzony nie tyle od czci i wiary, ile od rozumu. Moje typowo mężowskie zalecenia »niewtrącania się w męskie sprawy« nie skutkowały i nawet takie żałosne i budzące litość powiedzonka, że »tutaj człowiek tyra latami, a do Londynu jadą inni…« były przyjmowane wybuchami sarkastycznego śmiechu. W podobny sposób reagowała żona naszego przyjaciela, członka formującej się delegacji. Ta tylko monotonnie powtarzała: »Ale zegarka to ty, tatuńciu, ze sobą nie bierz, bo ci go w tym Londynie Ruskie zabiorą«”.

W odezwie „Do Narodu Polskiego”, opublikowanej przez Radę Jedności Narodowej 17 maja 1945 r., czytamy: „Oczekujemy, że w utworzeniu Tymczasowego Rządu Jedności Narodowej weźmie udział piętnastu aresztowanych przedstawicieli Polski Podziemnej, że z tą chwilą przywrócona będzie wolność słowa, prasy, zgromadzeń i stowarzyszeń… Oczekujemy, że wielcy sprzymierzeńcy doprowadzą dzieło do takiego właśnie końca”.

Polską specjalnością jest chowanie głowy w piasek, który rozwiała historia.

W obronie mrówek

Pamięci Izabeli Jarugi-Nowackiej

Z pozoru może się wydawać, że w dniach żałoby nie warto rozmawiać o konkretnych ustawach czy ich projektach. Jednak nieraz ich treść i losy wiele mówią o wybranych życiorysach (a przynajmniej ich politycznym aspekcie), postawach konkretnych ludzi. Gdy te osoby odchodzą, ustawy stanowią żywą – bo przekładającą się na życie innych – pamiątkę po nich. Tak jest w przypadku ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie i osoby Izabeli Jarugi-Nowackiej.

To między innymi dzięki jej determinacji w 2005 r. powstały pierwsze uregulowania w tym zakresie, wprowadzające wiele ważnych zapisów chroniących najsłabszych i włączające w system prawny przekonanie, że przemoc w rodzinie nie jest czymś prywatnym, co można chować w zaciszu domu, lecz kwestią społeczno-polityczną, na którą jako wspólnota nie możemy być obojętni. Uruchomiło to także debatę– niestety, przez długi czas i tak zbyt cichą jak na wagę problemu – w ramach której wyłoniły się propozycje kolejnych ulepszeń. Je również Jaruga-Nowacka popierała, nie zadowalając się częściowym sukcesem sprzed pięciu lat, tylko przyjmując prawdziwie lewicową postawę, że system społeczny wymaga ciągłego naprawiania i nie ma takiego status quo, z którym moglibyśmy się w pełni pogodzić.

Zajmowanie się problemem przemocy w rodzinie było praktycznym wyrazem politycznego credo Pani Poseł, że polityka lewicowa musi stawać w obronie „mrówek”, najsłabszych. Miała na myśli obronę zarówno słabszych ekonomicznie (o co zabiegała jako działaczka Unii Pracy, niekiedy skutecznie), jak i grup wymagających wsparcia z innych powodów (np. dyskryminowane kobiety czy ofiary przemocy, w tym rodzinnej). Oczywiście i wcześniej ruchy socjalistyczny i socjaldemokratyczny były przychylne zarówno kwestii kobiet, jak i prawom dziecka – poglądy socjalisty Korczaka tego dowodem – niemniej sprawy te znajdowały się przez długi czas poza głównym nurtem lewicowych dążeń. Także dziś nie zawsze pamięta się o wielości wymiarów, w których jednostki czy grupy są narażone na krzywdę.

Troska o wszystkich pokrzywdzonych była wyróżniającym rysem politycznej postawy p. Jarugi-Nowackiej. Nieraz bowiem mamy do czynienia z ludźmi, którzy zachowując wierność tradycyjnym postulatom socjalnym bagatelizują problemy, które ujrzały światło dzienne w ostatnich kilku dekadach i które nie wiążą się bezpośrednio ze sferą produkcji. Albo odwrotnie, i to chyba nawet częstsze – z takimi, którzy zachłystując się hasłami emancypacji obyczajowej, mniej lub bardziej świadomie zapominają o wykluczeniu ekonomicznym i społecznym. Izabela Jaruga-Nowacka nie popadła w żadną z tych pułapek.

Jednocześnie nie popadła też w przesadny, a więc nieskuteczny radykalizm. Pamiętam jej udział w jednym z programów telewizyjnych parę miesięcy temu, który poświęcony był sprawie krzyży w szkołach, która to kwestia podniesiona została przez uczniów pewnego ogólniaka. Posłanka zgodnie ze swoimi przekonaniami poparła uczniów i była gotowa ich bronić, ale jednocześnie stanowczo odcięła się publicznie od konfrontacyjnego języka swej sejmowej koleżanki, twierdzącej, że krzyże powinny z hukiem zniknąć z sejmowych i szkolnych ścian, gdyż wprowadzono je tam po cichu i bezprawnie. Pani Jaruga zamiast ideologicznej wojny zaproponowała debatę światopoglądową. Sama nieraz brała udział w tego rodzaju debatach i mimo zawsze emocjonalnego tonu i niekiedy ostrej krytyki strony przeciwnej, zawsze widać było, że walczy o sprawę, a nie z nienawiści czy dla pustego sporu. Jednak chyba bardziej niż w ideowych debatach jej postawa wyrażała się, trzymając się przyjętej metaforyki, w „mrówczej pracy” w poselskich komisjach, w pracach nad projektami legislacyjnymi, które potem miały się przekuć na coś względnie trwałego, w zapisy prawne.

Obecnie nie wiemy jeszcze, czy i w jakim ostatecznym kształcie nowelizacja ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie zostanie uchwalona. Niezależnie od tego, jak odnosimy się do ducha tego projektu oraz jego konkretnych zapisów, z szacunku dla zmarłej inicjatorki, jak i z uwagi na dobro społeczeństwa i jego bezbronnych członków, debatujmy o tym dużo, rozważnie i merytorycznie.

Rafał Bakalarczyk

„Księga otwarta w przyszłość”

„Nie jestem z kraju smutnego helotów, jestem księga otwarta w przyszłość…”. Nie wiem, czy Prezydent Lech Kaczyński czytywał Broniewskiego. Gdy jednak myślę o nim w tych dniach, gdy mój zwyczajowy szacunek i uznanie dla niego, jako głowy państwa i człowieka „Solidarności”, intelektualisty i polityka został tak tragicznie zwielokrotniony żałobą, przekonuję się, jak trafna w odniesieniu do jego osoby jest ta strofa.

Słucham w tych dniach tego, co jest o nim mówione. Nie tyle tego, co powiadają dziś jego niegdysiejsi przeciwnicy i prześmiewcy. To ich myśli i sumienia, nie są dla mnie probierzem. Słucham z uwagą tego, co mówią ludzie biograficznie, intelektualnie, politycznie mu bliscy. Tego, co mówi prof. Zybertowicz, prof. Fedyszak-Radziejowska, Ryszard Bugaj. Z ich słów wyłania się obraz człowieka, polityka „starej daty”. Nie mowa tu o roczniku urodzenia, ale rozumieniu istoty polityki.

Polityka jest sztuką. Sztuką służby i odpowiedzialności, sztuką wyborów i wierności własnym zasadom. Jest sztuką prowadzenia sporu, szczególnie w pluralistycznym społeczeństwie. Jest sztuką odnoszenia zwycięstw i ponoszenia porażek. Jest wreszcie, i to nie na ostatnim miejscu, ale w znaczeniu fundamentalnym, sztuką scalania porządku idei i doraźności, godzenia koncepcji, światopoglądu z wymogami rzeczywistości, jej opornością.

Dziś, gdy łzy, w których obmywamy żal po tragicznie odeszłych wydają się treścią tego czasu, staram się pamiętać, że trzeba będzie iść dalej, znacznie dalej, by uczcić osobę Lecha Kaczyńskiego. I źle będzie, najgorzej się stanie, jeśli pamięć utopimy w łzach, a gdy wyschną nam oczy, wrócimy do swojej doraźności, do medialnych kłamstw, do zdawkowych, rocznicowych zaklęć, wypowiadanych z narastającym znużeniem, a w końcu z rutyną i przymrużeniem oka. Jak zatem pamiętać? Mądrze.

„Nie jestem z kraju smutnego helotów”. Lech Kaczyński, to truizm, był w czasach PRL działaczem opozycji. Poniekąd jak Lech Wałęsa, przeciwnie niż Aleksander Kwaśniewski. I jeśli wierzyć Ryszardowi Bugajowi, jej ideały nie obumarły w nim. Oczywiście, nie był już tym samym człowiekiem, co w czasach KOR, internowania; był człowiekiem prawicy. Ale równocześnie zachował w sobie tę pierwotną troskę o Polskę ludzi ubogich, nie godził się z przyjętym modelem transformacji i wszystkimi jej skutkami. O tym świadczą także jego wybory personalne, dobór współpracowników.

„Nie jestem z kraju smutnego helotów”, powtórzę. Lech Kaczyński traktował bardzo poważnie kwestię suwerenności Polski. Jej znaczenia. Narodowej godności i pamięci. Bardziej niż wymowne są miejsce i okoliczności, w jakich zginął. Ale rzecz idzie także o jego rozumienie znaczenia i roli instytucji i praw Rzeczpospolitej. Był państwowcem. Widział też olbrzymią wagę przenikania się tego, co państwowe i tego, co obywatelskiego, co społeczne. I zakorzenione w tożsamości, pamięci historycznej. Czy nie stąd wziął się – zrealizowany przecież – projekt Muzeum Powstania Warszawskiego, który już dziś przynosi wymierne owoce w polskim życiu kulturalnym?

„Jestem księga otwarta w przyszłość”. Wbrew tej gębie, którą tak skrupulatnie i pieczołowicie dorabiano mu jako prezydentowi, nie był zamkniętym w jałowej polaczkowatości ksenofobem, człowiekiem przestraszonym światem. Był dumnym Polakiem, dumnym tradycjami Rzeczpospolitej, której pamięć na dobre i złe sięga w głąb wieków, obejmuje Wschód i Zachód. Dialog z Żydami, aktywność na Wschodzie, przyjacielskie stosunki z prezydentem Czech. I Gruzja; Gruzja, która była dlań wyzwaniem, jakiemu moim zdaniem sprostał, choć tak głupio, dla doraźnych potrzeb starano się to spostponować. Ile jeszcze można wymieniać? Jak mało wiemy, jak mało rozumiemy dotychczas z jego prezydentury…

***

Panie Prezydencie Rzeczpospolitej Polskiej, Panie Prezydencie Lechu Kaczyński!

Nie byłeś z „kraju smutnego helotów”. Za czasów PRL nie byłeś ich jeńcem ani niewolnikiem. Jesteś jedną z ikon „Solidarności”, której echo wciąż brzmi w sercach Polaków, sercach także mojego pokolenia. Wiem, co ci zawdzięczamy.

Panie Prezydencie Lechu Kaczyński. To nieprawda, że cały umarłeś. Jesteś księga otwarta w przyszłość. Ale inni już będą kreślić w niej znaki. Obyśmy, jako Twoi rodacy, współobywatele, czynili to godnie.

Panie Prezydencie Lechu Kaczyński. Dziękujemy. Przepraszamy. Obyśmy mogli więcej zrozumieć.

Krzysztof Wołodźko

Żydzi i stalinizm

Ponieważ trudno omówić w felietonie całość kwestii, skupię się na jednym właściwie wątku: losie Żydów w ZSRS w epoce Stalina. W całej sprawie mamy zwykle do czynienia z dwoma skrajnościami. Wedle jednej z nich, „żydokomuna” to niemal historiozoficzny aksjomat, który często kryje w sobie mniej lub bardziej jawną antysemicką nutę. Druga skrajność każe skrupulatnie przemilczeć jakiekolwiek związki między Żydami a komunizmem, udając, że kwestii nie ma albo jest właśnie antysemicką fobią i wymysłem. Jedni w każdym komuniście widzą Żyda, drudzy twierdzą, że komunizm nie miał narodowości. Owszem, komunizm jej nie miał, ale komuniści jak najbardziej, choć wielu z nich, np. swoją polskość (jak Dzierżyński) czy żydostwo (jak Trocki) porzucili całkowicie na rzecz przekonania o internacjonalizmie sprawy, której służyli. W obu przypadkach nie idzie z zasady o prawdę historyczną, ale o własne antyżydowskie fobie lub dla różnych przyczyn pochowane kroniki rodzinne.

Niedawno starałem się w miarę regularnie czytać dwie książki poświęcone losom Żydów w ZSRS. Pierwsza to „Widziałem Anioła Śmierci. Losy deportowanych Żydów polskich w latach II wojny światowej”. Zawiera „świadectwa zebrane przez Ministerstwo Informacji i Dokumentacji Rządu Polskiego na Uchodźstwie w latach 1942-1943”, a opisuje historie polskich Żydów po przymusowych przesiedleniach więźniów łagrów sowieckich. Jako aneks opublikowano w książce memoriał prof. Wiktora Sukiennickiego, zatytułowany „Sprawa Żydów obywateli polskich w świetle oficjalnych dokumentów oraz praktyki władz radzieckich”. Tu trzeba dodać, że prof. Sukiennicki to wybitny przedwojenny prawnik i sowietolog, profesor Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie, w czasie wojny aresztowany przez NKWD i więziony w łagrach na terytorium Krasnojarskiej Obłasti, skąd zwolniono go w grudniu 1941 roku. Jego memoriał powstał w Kujbyszewie (gdzie pracował dla Ambasady RP), datowany jest na 11 sierpnia 1942 r.

Autorem drugiej książki jest Arno Lustiger, były więzień obozów koncentracyjnych w Oświęcimiu i Buchenwaldzie. Jego „Czerwona księga. Stalin i Żydzi. Tragiczna historia Żydowskiego Komitetu Antyfaszystowskiego i radzieckich Żydów” stanowi swoiste dopełnienie „Czarnej Księgi” Wasilija Grossmana i Ilji Erenburga, publikacji, której niemieckie wydanie przygotował zresztą Lustiger.

Obie publikacje otwierają oczy na rzekomo „przyjazną” czy „naturalną” więź między Żydami a komunizmem/stalinizmem. Lustiger roztacza szeroką panoramę historyczną i biograficzną, wychodząc od losów Żydów w Rosji carskiej, aż po kres sowieckiej Rosji. Zyskujemy obraz przygnębiający, ale charakterystyczny. Od prześladowań ze strony reżimu carskiego, przez pogromy epoki wojennych i rewolucyjnych zawieruch, przez względny rozkwit wolności po rewolucji październikowej, po stalinowski terror i późniejszy oficjalny antysemityzm/antysyjonizm radzieckich władz. Akces do komunizmu – wcale nie tak liczny wśród Żydów, którzy przede wszystkim zasilali sterroryzowany przez Sowietów Bund czy różnorakie partie syjonistyczne, albo nie-komunistyczne partie lewicowe – wielu z nich przypłacało, podobnie jak przedstawiciele innych narodowości, śmiercią i niesławą.

Do tego trzeba dodać ideologiczne aspekty państwa „chłopów i robotników”: przymusowy ateizm, wynaradawianie, instrumentalne rozgrywanie całych narodów i grup społecznych przeciw sobie. Brutalna radziecka „inżynieria społeczna” kierował się także przeciw Żydom. Owszem, próbowano np. tworzyć dla nich autonomiczne obwody, ale w takich warunkach i okolicznościach, że nie mogło się to udać. Dla części komunistów pochodzenia żydowskiego, jak wspomniany już Trocki, ta kwestia była zupełnie obca, a sprawy ich narodu kompletnie nieistotne. Byli to ludzie w najmocniejszym tego słowa znaczeniu wykorzenieni. Tu zresztą warto zaznaczyć, że cały, skrajnie opresyjny wobec narodu żydowskiego system społeczny przedrewolucyjnej Rosji, z którego wywodzili się żydowscy działacze polityczni i inteligencja, sprzyjał, a może wręcz wymuszał taką postawę.

Żydowski Komitet Antyfaszystowski powstał w czasie, gdy Stalin ze wszystkich sił, zagrożony totalną klęską, poszukiwał sojuszników tam, gdzie wcześniej widział jedynie śmiertelnych wrogów, odwołując się do uczuć religijnych, narodowych, patriotycznych. ŻKA powstał pod koniec 1941 lub na początku 1942 roku, z inicjatywy Henryka Erlicha i Wiktora Altera. Los tych dwóch, jak i cały późniejszy proces stalinowski działaczy ŻKA, jest jedną z tych odsłon stalinizmu, którą dobrze znamy jako Polacy. Erlich i Adler byli de facto obywatelami polskimi, w wojennej zawierusze dostali się w ręce NKWD, formalnie zwolnieni we wrześniu 1941 r. po „odwilży” sowiecko-polskiej, „zniknęli” w nocy 3 grudnia wezwani do gmachu NKWD. Odnajdują się nieco później: 14 maja 1942 r. Erlich popełnił samobójstwo w celi, zaś 17 lutego 1943 r. Alter został rozstrzelany w Kujbyszewie.

Sam Komitet był dziełem „synów Machabeuszy”, Żydów gotowych do walki na śmierć i życie, a tak często oskarżanych (także po wojnie, przez różnej maści antysemickich nienawistników) o bierność, podległość i niemoc. „Ja, dziecko narodu żydowskiego, przysięgam, że nie zostawię bez pomocy mych walczących braci, póki Hitler ze swymi oprawcami, owi śmiertelni wrogowie wszystkich narodów, owi śmiertelni wrogowie mojego narodu, nie zostaną starci z powierzchni ziemi. Przysięgam zemścić się za moich braci i siostry – męczonych, palonych i grzebanych żywcem we wszystkich niszczonych miastach i wioskach, których sięgnęła ręka wroga. Za śmierć kobiet i dzieci, za mękę i hańbę mojego narodu i narodów bratnich przysięgam zemstę aż do ostatniego tchnienia! Krew za krew! Śmierć za śmierć!” (22 czerwca 1942, z apelu do Żydów świata). Niemniej największym dziełem ŻKA była „Czarna księga”, powstała z inicjatywy Alberta Einsteina, który rzucił pomysł „gromadzenia i publikacji dokumentów dotyczących zagłady Żydów w okupowanych krajach Europy”.

Po wojnie Żydowski Komitet Antyfaszystowski znalazł się jednak na celowniku władz sowieckich. Lustiger przytacza znamienny dokument z marca 1948 r.: „Ministerstwo Bezpieczeństwa Państwowego w wyniku przeprowadzonych czekistowskich kroków [sic!] stwierdza, że przywódcy Żydowskiego Komitetu Antyfaszystowskiego, którzy są aktywnymi nacjonalistami i wzorują się na Amerykanach, w istocie prowadzą nacjonalistyczną działalność antyradziecką”. Wszyscy wymienieni z nazwiska i imienia w tym tekście działacze ŻKA zostali oskarżeni i rozstrzelani w procesie tej organizacji, zakończonym latem 1952 roku. „Salwa!… I nie ma grobu nawet” (Józef Keler)… Tak Stalin okazał Żydom swoją wdzięczność.

Tu pewien przeskok. Andrzej Gwiazda w wywiadzie-rzece „Gwiazdozbiór w »Solidarności«” (www.gwiazda.oai.pl) wspomina: „Wiosną 1939 roku rodzice przenieśli się do Pińska. 13 kwietnia 1940 r. zajechała pod dom furmanka z dwoma żołnierzami i polskim Żydem. Powiedzieli – sobirajties. Babcia straciła głowę. Ja zapakowałem zdjęcie ojca, jakieś dokumenty, pluszowego psa, misia, komplet kart do brydża i nie dałem sobie tego odebrać ani skontrolować. Żyd kazał nam załadować maszynę do szycia, maszynkę do mięsa, kołdry, ubrania. Dzięki niemu przeżyliśmy. Sam zapakował sobie dwa worki butów”. Jaki był późniejszy los tego człowieka, który dzięki znajomości sowieckich realiów wskazał, co trzeba zabrać ze sobą w tę złą drogę?

W przedmowie do wspomnianej, wydanej przez Żydowski Instytut Historyczny książki „Widziałem Anioła Śmierci”, Feliks Tych pisze: „Z zawartych świadectw jednoznacznie wynika, że co najmniej jedna trzecia, jeśli nie połowa ludzi, którzy zetknęli się z sowieckim systemem więziennym i obozowym – nie wyszła z tego spotkania żywa. Bywało, że z kilkuosobowej deportowanej rodziny uratowała się tylko jedna osoba. Reszta została zamęczona głodem, chłodem, pracą ponad siły oraz epidemiami wynikłymi z dramatycznych warunków sanitarnych i żywieniowych w czasie długotrwałego transportu oraz w łagrach i specposiołkach. W wielu zeznaniach mówi się też o dotkliwie odczuwanych przez Żydów prześladowaniach religijnych ze stron sowieckich władz obozowych, a także otwarcie antysemickich postawach sowieckiego »naczalstwa« wobec zesłańców żydowskich”. Anioł Śmierci nie miał względu na nikogo…

Ponadto Tych stwierdza: „Przypuszczalnie mało kto z represjonowanych przez władze sowieckie Żydów polskich wyszedłby z tych łagrów i specposiołków żywy, gdyby nie zawarty w Londynie 30 lipca 1941 roku pakt między Rządem Polskim na Uchodźstwie a Rządem ZSRR”. Ci uwolnieni polscy Żydzi walczyli później w Armii Andersa. I tak jak zawsze, w historię relacji polsko-żydowskich w tamtym czasie wpisane są dowody najszczerszej solidarności oraz nikczemnych uprzedzeń narodowych. Ale najbardziej uwagi godna jest ta krótka wzmianka: w przypadku antysemickich zachowań na terenie polskich placówek (sierocińce, domy dziecka, szkoły) „dzieci żydowskie były brane w takich wypadkach pod ochronę przez polski personel wychowawczy i z wdzięcznością jest to kwitowane w relacjach”. Daleko, na rubieżach sowieckiego Imperium, polscy wychowawcy odrabiali lekcję „starego doktora”…

To tylko drobny, ułomny w felietonowym opisie fragment szerokiego zagadnienia, wpisanego we wschodnio-europejską panoramę (nie tylko) XX wieku. Wielkiej opowieści i wielkiej tragedii. Prawdziwszej niż bajania o „żydokomunie” i boleśniejszej niż milczenie o tym, jak faktycznie było.

Telewizja prawdę ci powie

Już miałam gotowy felieton „Hipokryzja” o kłamstwach polityków, kiedy obejrzałam film Sekielskiego „Władcy marionetek”. Słowo tak zbladło w porównaniu z siłą wyrazu, jaką daje obraz, dźwięk, montaż, że „Hipokryzja” powędrowała do kosza.

I taki jest pierwszy wniosek z tego filmu. Wyborcy nabierają się na sugestywny wizerunek przywódcy, wykreowany przez specjalistów od marketingu politycznego i równie profesjonalnych realizatorów telewizyjnego obrazu. Sytuacja jest nieco schizofreniczna. Marionetkom trzeba pokazać w telewizji, że telewizja wodzi ich za nos, bo inaczej nie uwierzą. Kiedy okazało się, że uzależnienie od komputera może być szkodliwe, pojawiły się poradniki, jak uwolnić się od nałogu. W wersji internetowej, bo uzależniony papierem się brzydzi.

Mimo potęgi Internetu, wybory wygrywa się w telewizji. Zdumiewające, że film Sekielskiego, demaskujący manipulacje opinią publiczną, pokazała TVN, która ma decydujący wpływ na wynik wyborów. Uwierzyłabym w cudowne nawrócenie się TVN, gdyby Sekielski przeszedł się także po korytarzach gmachów telewizji i tak jak politykom, zadawał kolegom kłopotliwe pytania: czy telewizja kłamie, czy ty też kłamiesz? Zasłanialiby się tajemnicą handlową, ale byłoby ciekawie.

Sekielski nie jest polskim Michaelem Moorem. Ten amerykański działacz i publicysta krytykował rząd USA za podporządkowanie polityki interesom korporacji, ale nie był dziennikarzem CNN. Jego tragikomiczne filmy, np. o kurczakach udręczonych na przemysłowych farmach lub o koncernach farmaceutycznych, które trują pracowników, pokazywała jakaś mała stacja telewizyjna. W filmie Sekielskiego też jest śmiesznie i strasznie, ale o co chodzi politykom, nie wiadomo.

W porównaniu z Moorem, Sekielski z pozoru wydaje się bezstronny, ponieważ krytykuje całą klasę polityczną. Jeśli przyjrzymy się jego rewelacjom uważniej, widać wyraźnie, że jak zazwyczaj na celowniku są Kaczyńscy – barbarzyńcy zagrażający naszej cywilizacji. Nie zyskała uznania w oczach Sekielskiego nawet autentyczność działaczy PiS-u, którzy jako jedyni nie stosują się do ośmieszonych w filmie zasad PR.

Wytykanie lewicy alkoholowych wpadek Kwaśniewskiego to odgrzewane kotlety, chociaż przy tej okazji Sekielski pokazał lwi pazur. Ujawnił, że Kwaśniewskiego w Katyniu upił Sławoj Leszek Głódź. Lewica zaprawiona w bojach przez towarzyszy radzieckich poległa w konfrontacji z hierarchą Kościoła! Wyrazy współczucia.

Donald Tusk kreuje się na swojaka, faceta, który zawsze jest blisko ludzi. Jest to zarzut efektowny, ale niezbyt poważny. Natomiast zniszczenie przez PO dokumentacji wniosku obywatelskiego o referendum – jest przestępstwem. Charakterystyczne, że Sekielski nie przypomina, czego miało dotyczyć to referendum. Współczuje mieszkańcowi Warszawy, któremu Lech Kaczyński nie zwrócił nieruchomości zabranej na mocy „stalinowskiego dekretu”. Jest to skutek zachowania ciągłości prawnej III RP z PRL, ale tego dziennikarz nie wyjaśnia. Winien jest niedobry Kaczyński.

W przeciwieństwie do Moore’a, Sekielski nie krytykuje polityków z pozycji własnych poglądów. Ostro sprzeciwia się wojnie w Iraku, ale teraz to bardzo tania odwaga. TVN nie pokazała nawet migawki z protestów przed inwazją, kiedy zdzieraliśmy gardła krzycząc przed redakcją „Gazety Wyborczej” – Gazeta Wojenna! Opcja polityczna TVN wyłazi jak szydło z worka przy zarzutach wobec PiS-u. Jak wszyscy od dawna wiemy z telewizji i prasy, PiS zyskuje głosy wyborców strasząc ludzi. Czym mianowicie? Eriką Steinbach, oligarchami, rugowaniem Polaków z poniemieckich nieruchomości. Takie tam strachy na Lachy.

Może telewidzowie zauważą, że politycy wprawdzie kłamią, ale telewizja sekunduje tylko tym, którzy kłamią profesjonalnie i w interesie światowego postępu. Mam nadzieję, że kij ma dwa końce.

Mimo woli Sekielski trafnie definiuje główną linię politycznego podziału. Wszystkie partie jednoczą się przeciw PiS-owi, ponieważ tylko PiS wypowiedział wojnę oligarchii, czyli dominacji globalnego biznesu i finansów nad polską gospodarką.

Prawica i lewica toczą wojnę kulturową, nie dotykając bazy, czyli własności środków produkcji, podziałów klasowych, wartości dodatkowej. Prawica w interesie klas uprzywilejowanych kieruje uwagę społeczeństwa na zmiany zachodzące w nadbudowie. Lewica unika marksistowskiej interpretacji, ponieważ musiałaby się przyznać, że nie ma żadnego programu dostosowanego do kapitalizmu korporacyjnego.

Prawica i lewica kruszą kopie o gejów, aborcję, in vitro, parytety w polityce. Ale nawet gdy pojawia się problem zabierania dzieci rodzicom, dyskryminacji niepełnosprawnych albo osób w starszym wieku, dyskutanci szerokim łukiem omijają związane z tą dyskryminacją problemy materialne.

Spory są ideologiczne, nie merytoryczne. Ale co zastanawiające, nie są to spory ideowe. Nawet katolicy, wysoko niosąc sztandar wartości chrześcijańskich, mówią o zabijaniu życia, nie o nieśmiertelnej duszy. Może tak wygodniej, ponieważ ojcowie Kościoła długo nie mogli rozstrzygnąć, kiedy Bóg zsyła nieśmiertelną duszę. Obawiam się jednak, że przyczyna jest głębsza. W stanie wojennym ksiądz Prymas powtarzał: „Życie jest najwyższą wartością”. Życie – nie wiara, prawda, wierność Bogu, ludziom i ojczyźnie, czyli te wartości, za które męczennicy i bohaterzy oddawali życie.

Dlatego informacja, że czwartego czerwca odbędzie się beatyfikacja księdza Jerzego Popiełuszki, to dobra wiadomość.

Biznes specjalnej troski

Nowy raport NIK obnaża fakt, że Specjalne Strefy Ekonomiczne to sztandarowy przykład ideologicznego, a nie pragmatycznego podejścia do gospodarki.

Istniejące od połowy lat 90. SSE to wyodrębnione administracyjnie części kraju, gdzie przedsiębiorcy mogą prowadzić działalność na preferencyjnych warunkach. Pomoc publiczna udzielana firmom inwestującym w strefach obejmuje m.in. zwolnienia i ulgi podatkowe, sprzedaż gruntów poniżej ich wartości oraz dotacje celowe. Ideą zakładania stref jest przyciąganie kapitału, zwłaszcza zagranicznego, do regionów słabo rozwiniętych, ze strukturalnym bezrobociem. Dzięki temu mają tam powstawać nowe miejsca pracy. Samorządowi politycy lubią przywoływać nazwy dużych firm, które zdecydowały się rozpocząć działalność w „ich” strefach, obowiązkowo dodając do tego informację o liczbie osób, które znalazły tam zatrudnienie.

Warto skonfrontować tę propagandę sukcesu z twardymi danymi. O ile jednak urzędowego optymizmu mamy aż nadto, ze szczegółowymi wyliczeniami jest znacznie gorzej. Najwyższa Izba Kontroli właśnie ujawniła, że rząd nie zna wszystkich kosztów ponoszonych przez państwo w związku z funkcjonowania stref. Również wielkość dotychczas udzielonej pomocy publicznej nie jest dokładnie znana. W rezultacie, niemożliwa jest rzetelna ocena opłacalności tego instrumentu.

NIK wyjaśnia, że Ministerstwo Gospodarki nie prowadziło dotąd analiz efektywności SSE. Nie porównywano poniesionych kosztów z takimi korzyściami, jak nowe miejsca pracy czy wzrost dochodów z podatków lokalnych. Brakuje refleksji nad tym, czy nie należy zmodyfikować pomocy udzielanej przedsiębiorcom inwestującym w SSE. Resort nie posiada długofalowej koncepcji dalszego istnienia stref, a wydłużenie stosowania tej formy pomocy publicznej do końca 2020 r. nie zostało poprzedzone żadnymi ekspertyzami. Nawet w okresie znaczącego spadku bezrobocia w latach 2005-2008, na co zwrócił ostatnio uwagę Chevalier, nie pomyślano o stopniowym ograniczaniu przywilejów firm z SSE czy zasięgu terytorialnego tych specjalnych obszarów.

Przeciwnie – strefy cały czas się powiększają. Brak przejrzystych zasad dotyczących poszerzania stref spowodował, że tworzono podstrefy w regionach rozwiniętych, zaprzeczając tym samym idei istnienia SSE /…/ W ten sposób utworzono np. dwie podstrefy Łódzkiej SSE w Warszawie – czytamy na stronie Izby. Jej kontrolerzy ustalili, że poszerzanie granic stref najczęściej odbywało się z inicjatywy inwestorów, niejednokrotnie uciekających się do dwuznacznych nacisków. Ogłaszali oni, że w przypadku odmowy uruchomią działalność poza Polską – warto przy tym wspomnieć, że żaden inny kraj Europy Środkowej nie zdecydował się na tworzenie podobnych stref, istnieją one natomiast na Ukrainie i Białorusi Tego rodzaju szantaż odniósł skutek m.in. w przypadku Pomorskiej SSE, którą powiększono o 7,8 ha terenów prywatnych we Frydrychowie (gm. Kowalewo Pomorskie).

Wnioski nasuwają się dwa. Po pierwsze, choć w kontekście stref specjalnych przywilejów dla biznesu mówi się głównie o nowoczesnych fabrykach, które wybudowano w ich granicach, prorozwojowy charakter tego instrumentu nie jest niczym bezspornym. Dopóki nie są prowadzone rzetelne wyliczenia dotyczące tej formy pomocy publicznej, jej stosowanie jest bardziej wyznaniem wiary w neoliberalne dogmaty niż elementem racjonalnej polityki ekonomicznej. Nasuwa się skojarzenie z hurra-prywatyzacją prowadzoną w pierwszych latach transformacji. Prozaicznemu „przekręciarstwu” towarzyszyła wówczas autentyczna wiara w zbawczą moc Inwestorów – jakichkolwiek, byleby raczyli wziąć choć kawałek społecznego majątku. W niewiele zmienionej postaci ta prywatyzacyjna religia przetrwała zresztą do dzisiaj, a jej wyznawców możemy codziennie oglądać na ekranach telewizorów, jak wysiadają ze służbowych limuzyn.

Po drugie, przyznanie części przedsiębiorców nadzwyczajnych zwolnień z ich obowiązków wobec społeczeństwa dodatkowo zwiększyło nierównowagę sił między kapitałem a państwem. „Władzy raz zdobytej nie oddamy nigdy” – w realizacji tej klasycznej doktryny biznes wykazuje więcej zręczności, niż jakikolwiek reżim.