Związkowe racje (bytu)

Tegoroczna jesień upłynie pod znakiem manifestacji. Przeciwnicy aktywności związkowej już znaleźli sposób na ich delegitymizację.

Mowa o przedstawianiu pracowniczych protestów jako inspirowanych przez PiS – cała ta zawierucha miałaby mieć na celu torowanie osłabionej ostatnio formacji Jarosława Kaczyńskiego drogi do zwycięstwa w nadchodzących wyborach samorządowych. Nawet jeśli interpretacja ta zawiera ziarnko prawdy, pomija ona – moim zdaniem świadomie – dwie bardzo ważne kwestie. Po pierwsze, protesty o których mowa są elementem większego przedsięwzięcia, którego inicjatorem i organizatorem jest Europejska Konfederacja Związków Zawodowych. Równolegle manifestacje związkowe mają odbyć się w wielu krajach europejskich i wynikają z niekorzystnej sytuacji społeczno-gospodarczej, w jakiej znalazły się państwa i społeczeństwa UE, m.in. wskutek kryzysu finansowego. Po drugie, o manifestowaniu na polskich ulicach zdecydowały nie tylko władze „Solidarności”, ale także związkowcy z OPZZ, których trudno posądzić o PiS-owskie sympatie.

Samospełniające się proroctwo
Te dwie okoliczności sprawiają, że mówienie o pracowniczych protestach jako strategii przywrócenia do władzy jednej z sił opozycyjnych są mocno naciągane. Straszenie w tym kontekście PiS-owską „inwazją” jest bardzo wygodne. Pozwala mianowicie uciec od zmierzenia się ze związkowymi postulatami, który mają charakter ekonomiczny i społeczny, a w niektórych kwestiach są całkiem konkretne.

Gdyby związkowcy szli z hasłami typu „Komoruski ma krew na rękach”, czy „Tusk i Putin zabili nam Prezydenta”, wówczas rzeczywiście utraciliby swój społeczny mandat, także w moich oczach. Jednak protestujący co innego mają wypisane na sztandarach. Nawet jeśli ktoś uznaje poszczególne z ich postulatów za niesłuszne lub np. nierealne do spełnienia w bieżącym kontekście, związkowcy i ich legalna reprezentacja mają prawo, a nawet powinność ich artykułowania – i to właśnie o nich, a nie o rzekomych motywach politycznych należy z nimi rozmawiać. Natomiast uciekanie od dialogu (choćby w postaci merytorycznej konfrontacji) i przypisywanie drugiej stronie niecnych intencji działa raczej jak samospełniające się proroctwo. Kiedy zablokuje się ludziom kanały artykulacji tak czy inaczej rozumianego interesu ekonomicznego, jedynie przykłada się rękę do tego, by część z nich zwróciła się ku narracjom środowisk, które żerują na gniewie wykluczonych.

Nie tylko manifestacje
Warto też wspomnieć, że przedstawiany przez główne media jako banda politycznych pieniaczy związek „Solidarność” opublikował w ostatnim czasie m.in. ciekawy dokument analityczny pt. „Praca Polska 2010”. Zamieszczone w nim dane, zaczerpnięte w znacznej części z międzynarodowych ekspertyz porównawczych, pokazują, że rozgoryczenie deficytem solidarności w polskim systemie społeczno-gospodarczym nie jest bezpodstawne. Dość przypomnieć o wysokości wskaźnika nierówności dochodowych, która sytuuje nas bliżej USA i Meksyku, niż większości krajów „starej UE” (ale także niektórych postkomunistycznych sąsiadów, jak Czechy czy Węgry). Z punktu widzenia pracownika najemnego nasz kraj szczególnie słabo wypada m.in. pod względem wysokości minimalnego wynagrodzenia oraz udziału ludzi biednych pośród pełnoetatowych pracowników. Jak piszą autorzy: Według danych Eurostatu, w 2008 r. z udziałem 11% ubogich pracowników zatrudnionych na pełnym etacie, Polska zajmuje w Europie po Grecji i Rumunii trzecie miejsce i plasuje się przed krajami, które charakteryzują się bardzo silnym dualizmem na rynku pracy oraz często znaczącą obecnością imigrantów, tak jak ma to miejsce np. w Hiszpanii. Oznacza to, że podjęcie pracy, nawet w pełnym wymiarze godzin, dla co dziesiątego zatrudnionego nie jest gwarancją wynagrodzenia gwarantującego życie powyżej granicy ubóstwa (s. 23). Od siebie dodam, że deficyt solidarności dotyka nie tylko pracujących, ale też tych, którzy pracę stracili, o czym świadczy ponadprzeciętnie niski odsetek bezrobotnych, którzy mają prawo do zasiłku, a także niewielka wysokość tego świadczenia, wypłacanego przez krótki okres.

Warto podkreślić, że wspomniany raport – choć można się spierać z wysnutymi w nim interpretacjami danych i rekomendacjami – wykracza poza wąsko rozumiany interes zawodowy, stanowiąc próbę holistycznej diagnozy społeczno-ekonomicznych realiów dnia dzisiejszego. Dobrze byłoby, gdyby rządowi eksperci, których stać było na pisany z dużo większym rozmachem intelektualny wyczyn w postaci raportu „Polska 2030”, zmierzyli się z treścią opracowania zamówionego przez związkowców, które uzupełnia naszą wiedzę o tym, co owi eksperci przemilczeli lub potraktowali nazbyt zdawkowo.

Podkładanie głowy pod topór
W aktualny kontekst gorącego politycznego sporu trudno byłoby wrzucić chłodniejszą refleksję. Łatwiej przecież przyprawić „Solidarności” gębę PiS-owskiej przybudówki, a jej intelektualne wytwory zbyć milczeniem. Dodatkowo irytujące jest to – mówię o tym bez satysfakcji – że „Solidarność”, zwłaszcza pod wodzą Janusza Śniadka, częściowo zapracowała sobie na reputację ruchu bezwarunkowego poparcia dla Kaczyńskiego, niezależnie od jego kolejnych politycznych wolt, bynajmniej nie zawsze w kierunku wizji „solidarnego państwa”. W tym wszystkim uderza nie to, że centralna związkowa udzieliła poparcia kandydatowi, który mógłby reprezentować ludzi pracy, ale to, że udzieliła mu go jeśli nie wbrew, to przynajmniej w oderwaniu od interesów społecznych swoich członków. Bo jakie zasługi miał we współczesnej Polsce Jarosław Kaczyński dla świata pracy, czy szerzej dla urzeczywistnienia wizji Polski Solidarnej – jako żywo nie mam pojęcia.

Jeśli przewodniczący Janusz Śniadek jest innego zdania, powinien to jasno wyartykułować i przekonująco uzasadnić, żeby odrzucić podejrzenia o sprzyjanie partyjnym partykularyzmom, zamiast walki o uniwersalne prawa społeczne.

Związki mogą być polityczne
Wiąże się z tym jeszcze jeden problem z polską debata publiczną i życiem społecznym po ’89 r. Śledząc obecne dyskusje na temat „Solidarności”, można odnieść wrażenie, że wielu komentatorów kwestionuje nie tylko treść politycznego zaangażowania tego związku, ale sam fakt jego współudziału w polityce. Kryje się w tym nieporozumienie, dość zaskakujące w obliczu faktu, że to na bazie struktur związkowych dokonano największego przełomu w najnowszej historii Polski i całego regionu. Tymczasem w wielu krajach, nie mających podobnej historii za sobą, zinstytucjonalizowane, ale pozaparlamentarne reprezentacje ludzi pracy stanowią istotną siłę współkształtującą politykę gospodarczą i społeczną państwa. Tak dzieje się np. krajach skandynawskich. Jak zauważył dr Rafał Chwedoruk, gdyby związki unikały wszelkiego umocowania politycznego, byłyby bezradne.

U nas natomiast próbuje się podważyć zasadność takiego mechanizmu budowania ładu społecznego. A szkoda. Aktualne postulaty głównych związków zawodowych, które w tym wypadku mówią jednym głosem, odnoszą się bowiem do sytuacji ludzi pracy jako całości, a pośrednio – do funkcjonowania całej wspólnoty i sytuacji bytowej jej poszczególnych członków, niezależnie od tego, czy głosują na SLD, PiS czy PO. Spór dotyczy – a właściwie powinien dotyczyć, gdyby nie był zaciemniany – praw socjalnych, ich rozumienia i możliwości realizacji. Chyba najwyższy czas zacząć na niego patrzeć w ten właśnie sposób.

Rafał Bakalarczyk

Wy, albo Moc okrzepła

Jego bohaterem jest robotnik stoczniowy o nazwisku Ufnal, „zwykły robol” wedle pewnej nomenklatury. Wegetuje wraz z rodziną, łatwo nim manipulować, gdyż jest podatny na propagandę, myśli i mówi nowomową, którą traktuje jako coś naturalnego, w co się wżył, czego jest poślednią częścią.

O sobie mówi:

Nie mogę narzekać. Zbudowany jestem w wysokim stopniu topornie, jako narzędzie pracy jestem wydajny i mam szerokie zastosowanie. Jako prawdomówca dodaję od razu, że po wypadku, jakim mnie niedobry los pokarał w pierwszych dniach pracy w stoczni sławnej imieniem W. Lenina w charakterze rdzacza, moja prawa strona jest bardziej wydajna niż druga. Co przy porównaniu z pracownikami, których przy tym samym wypadku zwęgliło bez reszty, był czysty śmiech. Owszem, daje znać o sobie rwaniem czy sztywnieniem albo nawet opuchnięciem przetrąconej nogi, tak że muszę dawać jej odsapnąć, ale dzieje się to tylko po jakichś dwudziestu, dwudziestu sześciu godzinach nieprzerwanych prac ukończeniowych. Kiedy to za pośrednictwem czynu rzucamy całemu światu bezlitosne wyzwanie.

Teraz, kiedy już jestem urządzony z rodziną w wozie o byłym zastosowaniu cyrkowym, muszę się zgodzić, że przechodziłem koleje losu. W poprzedniej działalności rolniczo-hodowlanej, jako osoba pozbawiona partyjności, padałem ofiarą nieludzkich stosunków i wyzysku ze strony tłumiciela i dławiciela księgowego, przynależnego z prezesem do kliki zmownej, który do tego drastycznie obchodził się z moją żoną, tak że aż musiała zemrzeć, żeby się od niej odczepił.

Nie będę tu szczegółowo opisywał kolei losu Ufnala, który m.in. staje się mimowolnym kapusiem, gdy obiecują mu mieszkanie w bloku zamiast barakowozu, a później z tym zrywa; grożą mu sankcje, łącznie z utratą pracy. Na utrzymaniu ma dwójkę dzieci i starych rodziców. Jest świadkiem podpisania porozumień sierpniowych. Na koniec relacjonuje:

Okularnica, niedużo widząc przez zalane łzami okulary, ucieszyła się, że jestem, a nawet pocałowała mnie w policzek, tak że aż opuściłem od zadawnionego wstydu głowę. Ale ona mnie tylko pogłaskała ze słowami: – Nic się, synku, nie przejmuj.

/…/ Wolno wylałem się na ulicę przez bramę, koło której kręciła się już regularna straż przemysłowa. Dookoła huczała szczęśliwie ulica, a ja szedłem zatopiony w myślach, aż koło mnie raz i drugi zatrąbił samochód Fiat Polski. Patrzę, a ze środka wychyla się, machając do mnie zaciśniętą chyba na znak solidarności pięścią, Przełożony Wysokiego Towarzysza. /…/

Dalej to już trudno opisać, w każdym razie z naszego odpucowanego i przybranego zieloną trawą na kolor nadziei wozu wysypała się rodzina – trzylatek, pięciolatek, matka, do tego stopnia, że nawet wylazł dziadek i ojciec wychylił się z głową. Matka gotowała rzepę na obiad i żałowała, że nie ustawiła się po chleb, ale i tak ze wzruszenia nikt by na pewno nic nie zjadł. A ja wyciągnąłem się najpierw wygodnie na skrzyni w otoczeniu najbliższych, myśląc że po pierwsze, w szerokim planie nie można całkiem na pewno wykluczyć, że rząd dotrzyma tego, co podpisał, że w tym roku to już na pewno będzie czym w mrozy palić, dostanę nie cztery, nie pięć, ale najmniej siedem drewnianych skrzynek, a w ogóle do zimy jeszcze daleko, zresztą, kto wie, może mieć łagodny przebieg.

Następnie poszedłem na miejsce, gdzie była pochowana kicia, a potem już osobiście na grób półtoraroczniaka, gdzie najpierw pomodliłem się żarliwie, dodając: – Widzisz, synku, teraz to już chyba jakoś pójdzie.

Dziś Ufnal powinien mieć około sześćdziesięciu, siedemdziesięciu lat. Nie wiadomo, co działo się z nim w stanie wojennym i później; czy spotykał się w pracy z Okularnicą, która musiała dopracować do emerytury, czy widywał ją później. Czy i jemu po latach, jak jej, brakowało na leki. A może nie wytrzymał, zaczął pić, z barakowozu przeniósł się żebrać na ulicę i zmarł gdzieś tam, na jakimś dworcu kolejowym, we Wrzeszczu może, może w Gdyni lub Gdańsku, albo skończył w przytulisku dla bezdomnych, na przykład w Przegalinie. A może wprost przeciwnie, powodzi mu się teraz całkiem nieźle; może, choć schorowany, z pogodnym sercem prowadzi wnuki na spacery i tęskni za robotą w stoczni, za robotą w charakterze rdzacza. I może nawet, jak mu się zbierze na narzekanie, gada że za komuny było lepiej. Albo zaciął się w sobie, nic już nie mówi, pogrążony w myślach chodzi na groby i starymi palcami, ledwo się schylając w bólu, zapala tanie znicze. Nie wiem też, za kim lub przeciw komu jest i co sądzi o Henryce Krzywonos, a co o Wąsaczu, kryptonim „Bolek”, co o doradcach, o stanie stoczni. Nieważne to zresztą, mało ważne. Kogo obchodzi jakiś tam Ufnal.

Opowiadanie Głowackiego ukazało się w PRL w drugim obiegu. Powstało m.in. na podstawie niezrealizowanej noweli filmowej, którą autor napisał wespół z Michałem Mońko. Przeczytałem je po raz pierwszy – zadziwiony, spod czyjego wyszło pióra – chyba w 1997 r., gdy nakładem „Świata Książki” wydano zbiór opowiadań Głowackiego „Rose Café i inne opowieści”.

Dziś jest świetna okazja, by sobie ten tekst przypomnieć. Na naszym rynku wydawniczym ukazuje się właśnie Kanon Literatury Podziemnej: w 20. rocznicę historycznej daty 1989 Oficyna Wydawnicza Volumen i wydawnictwo Bellona we współpracy z Europejskim Centrum Solidarności, Narodowym Centrum Kultury, Radą Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa oraz Stowarzyszeniem Pokolenie przedstawiają kolekcję książek nazwaną Kanonem Literatury Podziemnej. Celem przedsięwzięcia jest pokazanie wielkiego wkładu podziemnego ruchu wydawniczego w polską kulturę – utrwalenie w świadomości współczesnego pokolenia obrazu tzw. drugiego obiegu wydawniczego lat 1976-1989 jako przestrzeni, w której działali najlepsi z najlepszych pisarze, poeci, dziennikarze. Lista książek jest tak dobrana, aby obraz ten był obrazem wolnej wspólnoty poszukiwań i sporów, swobodnej umysłowo i zróżnicowanej estetycznie, aby zawierał i reprezentował wszystkie lub prawie wszystkie główne gatunki literackie, aby pokazywał wielkie bogactwo duchowe pozaoficjalnego życia tamtej epoki. Za kryterium formalne wydawcy przyjęli fakt pierwszego wydania dzieła w drugim obiegu; czyli na Kanon składają się książki wybrane spośród tych, które w drugim obiegu miały swoją premierę, które nieprędko ujrzałyby światło dzienne albo i wcale, a być może nie zostałyby napisane, gdyby nie powstała fenomenalna przestrzeń wolnego słowa, jaką stworzył niezależny ruch wydawniczy – zjawisko niespotykane na skalę światową. Komunistyczna reglamentacja obowiązywała nie tylko w sklepach spożywczych, ale i w księgarniach. Niektóre produkty literackie były po prostu nie do kupienia. Dodam, że na publikację książek w tej serii nie zgodzili się wdowa po Zbigniewie Herbercie i Adam Michnik. A cały wykaz publikacji znajdziecie tutaj.

Nie idzie mi jednak przede wszystkim o literaturę. Opowiadanie Głowackiego raz jeszcze pozwala sobie uświadomić, sprzeciwem wobec jakiego syfu była „Solidarność”. Warto, żeby o tym pamiętali i co bardziej naiwni lewacy oraz sympatycy „komunistycznego patrioty”: dlaczego, w czyim imieniu, w reakcji na co ludzie zbuntowali się. Dlaczego wybuchały strajki, rozruchy, dlaczego dochodziło do masowych wystąpień na ulicach. Skąd brały się czołgi i zabici. Skąd pytanie: „za czym kolejka ta stoi?”. Czego chcieli ludzie: poszanowania swojej pracy, uznania godności, normalnych słów, oraz – cóż w tym złego? – poprawy warunków bytu. I chcieli też tego banalnego „lepszego jutra”, jeśli już nie dla siebie, to dla swoich dzieci.

I dlatego jest mi dziś wstyd, gdy obserwuję swary wokół „Solidarności”. Gdy widzę jej ludzi, obrosłych władzą i wpływami, którzy upodobnili się do Przełożonego Wysokiego Towarzysza i mają dziś pięść zaciśniętą (na znak solidarności, oczywiście). I patrząc na Was teraz myślę ze smutkiem, chyba podobnie jak myśleli przed trzydziestu laty moi Rodzice, patrząc na ludzi tamtej władzy: kim Wy właściwie jesteście? Co z Was za ludzie?

Wy jesteście Moc, która znów okrzepła? Co się z Wami stało? Kim Wy jesteście, do cholery?

Słaby puls biznesu

Ponad połowa spośród 12 marek wskazanych przez czytelników „Pulsu Biznesu” jako powód do narodowej dumy należy do ponadnarodowych korporacji.

Sześciu laureatów plebiscytu to napoje alkoholowe, wiodące marki na rynku krajowym i/lub eksportowym; wszystkie przejęte przez międzynarodowe podmioty gospodarcze (jeden wytwarza swój produkt także w zakładach poza Polską). Dużym uznaniem cieszy się również marka E. Wedel, obecnie w posiadaniu… japońsko-koreańskim. Pierwsza firma, która szczyci się wyłącznie rodzimym (i rodzinnym) kapitałem, to producent autobusów z Bolechowa, Solaris, który zajął w rankingu 4. miejsce. Na pozycji 8. znalazł się Ludwik, płyn do mycia naczyń, którego wytwórca na swojej stronie internetowej również chwali się w pełni polskim właścicielstwem. Na liście znalazły się ponadto koszule Vistuli i Wólczanki, należące do polskiej grupy kapitałowej, i dwie firmy o własności rodzinnej (Melex i Dr Irena Eris).

Wyniki internetowej zabawy dziennika pozwalają uchwycić powszechny sposób postrzegania rzeczywistości: coś, co zawsze było wytwarzane w kraju – jest polskie, nawet jeśli producentem jest obcy podmiot, wyprowadzający wypracowany zysk za granicę (w dwudziestoleciu międzywojennym Austriacy stosowali podobne metody produkując na nasz rynek kosy „Kosynier”). Wielu rodaków kupując produkty opatrzone tradycyjnymi polskimi znakami towarowymi nawet nie wie, że przyczynia się do drenażu ekonomicznego własnego kraju. Inna rzecz, że często niełatwo o alternatywę, np. rynek napojów alkoholowych czy słodyczy zostały niemal w całości zdominowane przez obcy kapitał.

Jeśli spojrzymy na ranking z szerszej perspektywy, uderza fakt, że wśród marek, które wygrały „casting”, tylko trzy reprezentują innowacyjne, a więc perspektywiczne dziedziny przemysłu. Jak określił to na łamach „Obywatela” dr hab. Andrzej Karpiński, dominuje u nas przemysł „dymiący”, ustępujący z państw rozwiniętych, natomiast produkcja w branżach nowoczesnych stanowi 0,1-1,7% produkcji „starej” Unii, podczas gdy ludność Polski stanowi ponad 10% ludności Piętnastki. Sytuacja pod tym względem znacznie pogorszyła się w ciągu dwudziestu lat transformacji, zwłaszcza że powyższe, nikłe procenty w ogromnej części dotyczą montowni. To spuścizna przyjętego modelu prywatyzacji, ale i braku aktywnej polityki przemysłowej państwa. Wysokorozwinięte kraje zachodnie aktywnie wspierają swoje przemysły, pompując duże ilości pieniędzy w badania naukowe istotne dla rozwoju poszczególnych branż, podczas gdy u nas zdarzają się co najwyżej nakłady na „twardą” infrastrukturę. Skutki najlepiej obrazuje przykład przemysłu okrętowego. Niedozwolona pomoc publiczna okazała się gwoździem do trumny dla części naszych stoczni (choć rząd miał szersze pole manewru – pisaliśmy o tym w nr 46), podczas gdy Niemcy na swoje okrętownictwo przeznaczali znacznie większe kwoty, podnosząc jednocześnie jego konkurencyjność.

Dominujące w strukturze naszego przemysłu dziedziny opierają się o proste przetwórstwo i zaspokajają najbardziej podstawowe potrzeby. To samo dotyczy naszego eksportu, w którym królują produkty rolne i półfabrykaty. W medialnym szumie o rzekomej mocy polskiej gospodarki („odpornej na kryzys”) ginie alarmująca informacja, że udział importu w sprzedaży krajowej sięga 54%, podczas gdy udział produkcji wytworzonej w kraju (łącznie z firmami zagranicznymi) tylko 46%. Co gorsza, dominuje tendencja, by w ramach branż schyłkowych walczyć z zagraniczną konkurencją za pomocą niskich cen. Problem w tym, że wschodniej taniochy i tak nie przebijemy, a zbijanie kosztów przez obniżanie płac pomniejsza siłę nabywczą pracowników, będącą siłą napędową gospodarki, przez co wpadamy w błędne koło niedorozwoju.

Jeśli zrobimy solidny gospodarczy rachunek sumienia, okaże się, że de facto jesteśmy krajem półkolonialnym: sprzedajemy surowce i półprodukty, natomiast dobra wysokoprzetworzone i luksusowe sprowadzamy z zagranicy. Bezpośrednio po odzyskaniu niepodległości, choć kraj był w totalnej ruinie, inwestowano w rozwój rodzimej wytwórczości – początkowo na zagranicznych licencjach, a następnie we własne konstrukcje, co najlepiej widać na przykładzie przemysłu zbrojeniowego. Ostatnie przedwojenne polskie czołgi, samoloty czy karabiny były nowoczesne, bardzo dobrej jakości, a przy tym zaprojektowane i wykonane w kraju. Dziś, w bez porównania bardziej sprzyjających warunkach historycznych, gdy mowa o rozwoju przemysłu, najczęściej chodzi o żebraninę u zagranicznych inwestorów o wybudowanie u nas ich montowni. „Stymulowanie rozwoju gospodarki” ogranicza się do kolejnych zwolnień podatkowych dla najlepiej sytuowanych, liberalizacji prawa pracy i utrzymywania niskiej płacy minimalnej, natomiast rozwój nauki sprowadzono do zwiększania „produkcji” studentów, opuszczających akademickie mury z coraz mniejszą wiedzą.

Na „polską Nokię” będziemy musieli poczekać – na razie pozostaje nam prawie-piwo.

Konrad Malec

Sierpień, wzniosły Sierpień

Mamy zatem trzydziestą rocznicę Sierpnia. Ładna, okrągła data. Padają przy tej okazji ładne, okrągłe słowa.

Bodaj najważniejszym dokumentem Sierpnia ’80 jest 21 postulatów Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego ze Stoczni im. Lenina w Gdańsku. Szacowna pamiątka, która znalazła się na liście UNESCO „Pamięć świata”. Z dzisiejszej perspektywy, patrząc czysto formalnie, rzecz już kompletnie nieaktualna: żądania „wprowadzić na mięso i przetwory kartki – bony żywnościowe (do czasu opanowania sytuacji na rynku)” (postulat 13), czy „skrócić czas oczekiwania na mieszkania” (postulat 19) mają przecież charakter czysto dokumentalny.

Inne postulaty, jak choćby trzeci – „Przestrzegać zagwarantowaną w Konstytucji PRL wolność słowa, druku i publikacji, a tym samym nie represjonować niezależnych wydawnictw oraz udostępnić środki masowego przekazu dla przedstawicieli wszystkich wyznań” – także zdają się dziś kompletnie nieaktualne. Choć twórcy współczesnych „półkowników” i reprezentanci myśli i działań źle widzianych, albo niedostrzeganych przez mainstream mogliby w tej materii mieć inne zdanie.

Także w kwestii postulatów pierwszego i drugiego, odpowiednio „Akceptacja niezależnych od partii i pracodawców wolnych związków zawodowych, wynikająca z ratyfikowanej przez PRL Konwencji nr 87 Międzynarodowej Organizacji Pracy dotyczącej wolności związkowych” oraz „Zagwarantowanie prawa do strajku oraz bezpieczeństwa strajkującym i osobom wspomagającym”, wiele ciekawego do powiedzenia mogą mieć choćby pracownicy FIATA w Tychach i wielu innych, próbujących w swoich zakładach pracy zakładać związki zawodowe i bronić praw pracowniczych. Kłopot w tym, że o ile da się już dziś nawet w niektórych ekspozyturach mainstreamu dobrze mówić o Annie Walentynowicz, o tyle o związkach zawodowych i strajkujących wciąż wypada mówić źle, w neoliberalnej manierze. Chyba że są to pielęgniarki z „Białego Miasteczka” z czasów, gdy rządziło Prawo i Sprawiedliwość.

Postulat czwarty („Przywrócić do poprzednich praw: ludzi zwolnionych z pracy po strajkach w 1970 i 1976 r., studentów wydalonych z uczelni za przekonania, uwolnić wszystkich więźniów politycznych (w tym Edmunda Zadrożyńskiego, Jana Kozłowskiego, Marka Kozłowskiego), znieść represje za przekonania”) jest w zasadzie nieaktualny. Jeśli dziś zwolnią cię z pracy, bo bruździsz pracodawcy, to sam sobie jesteś winien i możesz szukać roboty gdzie indziej: „rynek ma zawsze rację”, a demokracja nie jest po to, „żeby każdy mógł gadać, co chce”. Nikt też nikogo nie represjonuje za przekonania. Co najwyżej przemilcza, a to spora różnica. A jeśli za przekonania trafisz przed sąd, jak Stanisław Remuszko czy Krzysztof Wyszkowski, to przecież jest to instytucja niezawisła, niezależna od wpływów politycznych czy środowiskowych, zaś atak na Adama Michnika – jak wykazał już sąd niepodległej III RP – „godzi w podstawy życia społecznego”, czyli idzie tu o praworządność.

Postulat piąty: „Podać w środkach masowego przekazu informację o utworzeniu się Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego oraz publikować jego żądania” – nieaktualny. Poza tym dziś obiektywne i bezstronne media rzetelnie informują o wszystkim, co dzieje się w Polsce. W dodatku, jeśli kogoś interesuje gospodarka i ekonomia, to może sobie poczytać „Gazetę Wyborczą”, albo „Rzeczpospolitą”, by zetknąć się z całym spektrum poglądów. Oczywiście, słusznych poglądów. Do tego raz po raz opublikują Ryszarda Bugaja, żeby było bardziej pluralistycznie.

Postulat szósty: „Podjąć realne działania mające na celu wyprowadzenie kraju z sytuacji kryzysowej poprzez:  podanie do publicznej wiadomości pełnej informacji o sytuacji społeczno-gospodarczej, umożliwienie wszystkim środowiskom i warstwom społecznym uczestniczenia w dyskusji nad programem reform”. Spełnione: otrzymujemy na co dzień pełne informacje o sytuacji społeczno-gospodarczej. Na przykład od niezależnych ekspertów z Centrum im. A. Smitha, regularnie pokazywanych w mediach. A debata publiczna nad zakresem, rodzajem, strategią planowanych reform? Ktoś wątpi w rzetelność dyskusji, jaka odbyła się kilka lat temu przy okazji wprowadzania systemu emerytalnego? W udział obywateli w życiu publicznym? No cóż, żadna z obywatelskich inicjatyw ustawodawczych nie została jak dotąd zrealizowana, ale naród mamy ciemny i niczemu tu nasze elity nie są winne. Należy im raczej współczuć, że męczyć się muszą z tak głupim społeczeństwem.

Postulat dwunasty: „ Wprowadzić zasady doboru kadry kierowniczej na zasadach kwalifikacji, a nie przynależności partyjnej oraz znieść przywileje MO, SB i aparatu partyjnego poprzez: zrównanie zasiłków rodzinnych, zlikwidowanie specjalnych sprzedaży, itp.”. No cóż, może mamy jeszcze jakieś niezdrowe przejawy kapitalizmu politycznego, może ktoś tam do kogoś nie wiedzieć czemu przychodzi, korytarze są pionowe i poziome, najlepsze ustawy robi się na cmentarzach, a lobbyści lubią je nie tylko jesienią, może raz po raz jakiś Staszek musi się sprawdzić w biznesie, może „teraz, kurwa, my!”, a później, k…, oni, ale generalnie nie ma powodów do narzekań. Przywileje MO, SB, aparatu partyjnego? Zaraz tam przywileje, emerytury po prostu. Aparatu partyjnego PZPR już zresztą nie ma, są biznesmeni, politycy, właściciele firm ochroniarskich, windykacyjnych, działacze sportowi. Czyli tu też pełna normalizacja.

Postulat czternasty: „Obniżyć wiek emerytalny dla kobiet do 50 lat a dla mężczyzn do lat 55 lub przepracowanie w PRL 30 lat dla kobiet i 35 lat dla mężczyzn bez względu na wiek”. Kochani, no tak się nie da, musicie pracować więcej. Naprawdę, musicie zrozumieć, trzeba raczej wydłużać wiek emerytalny, pracujecie wciąż za mało, drodzy rodacy. Zrozumcie, w skali globalnej rosną różnice między przeciętnym wynagrodzeniem a zyskami elity finansowej i tak być musi, a wy dla dobra wszystkich powinniście zacisnąć pasa i dłużej porobić na spłacanie kredytów. Taka to nowa konieczność dziejowa…

Reszta postulatów nieaktualna i nieciekawa, typowe narzekanie cholernych roszczeniowców i roboli, a że takich trzeba krótko, o tym powie wam każdy menedżer w najlepszym z możliwych systemów ekonomicznych. Nie po to przecież walczyliśmy o wolną i niepodległą Polskę, żeby przy okazji wzniosłej rocznicy psuć sobie humor kwestiami zabezpieczeń socjalnych, przestrzegania prawa pracy, niskimi pensjami, życiem na kredyt sporej części rodaków, albo emigracją zarobkową.

Mamy rocznicę Sierpnia. Ma być wzniośle. Aż do wymiotów. Wzniośle i nieprawdziwie. I tak już zostanie.

Łagodna rewolucja

Niezwykłe, że choć tak często porządek świata stoi na przemocy i ucisku, o treści cywilizacji stanowi jednak opór wobec nich, a zwycięstwo dobra rodzi się z „siły bezsilnych”.

Dziś także zacznę garścią cytatów.

W pierwszym tomie „Rzeczy minionych i rozmyślań” Aleksander Hercen wspomina: Pewien młody oficer opowiadał mi, że wysłano go w 1831 roku, by znalazł i ujął jakiegoś polskiego ziemianina, który ukrywał się w pobliżu swego majątku i był podejrzany o stosunki z emisariuszami. Po zebraniu informacji oficer udał się na miejsce, gdzie ukrywał się ziemianin; zjawił się tam z oddziałem, otoczył dom i wszedł do niego z dwoma żandarmami. Dom był pusty: przeszli przez wszystkie pokoje, poszperali – nie było nigdzie nikogo, a tymczasem niektóre drobiazgi wyraźnie świadczyły o tym, że w domu niedawno znajdowali się mieszkańcy. Pozostawiwszy żandarmów na dole, młody człowiek po raz drugi wszedł na strych; po uważnym obejrzeniu go zauważył niewielkie drzwi, prowadzące do alkierza lub do jakiejś komórki; drzwi były zamknięte od wewnątrz; pchnął je nogą; drzwi się otworzyły i stanęła przed nim piękna, wysoka kobieta; w milczeniu wskazała mu mężczyznę, trzymającego na rękach nieprzytomną dziewczynkę lat około dwunastu. Był to właśnie poszukiwany ziemianin ze swoją rodziną. Oficer się zmieszał. Wysoka kobieta spostrzegła to i zapytała: – „Czy będzie pan tak okrutny i zgubi ich?”. Oficer przepraszał mówiąc zwykłe banały o obowiązku bezwzględnego posłuszeństwa, o powinności i wreszcie zrozpaczony, widząc, że słowa jego absolutnie nie działają, skończył swoją przemowę zapytaniem: – „Więc cóż mam począć?”. Kobieta dumnie spojrzała na niego i rzekła wskazując mu drzwi: – „Zejść na dół i oświadczyć, że tu nikogo nie ma”. – „Jak Boga kocham, nie wiem” – opowiadał oficer – „jak to się stało i co się wówczas ze mną działo, lecz zszedłem ze strychu i kazałem podoficerowi zwołać oddział. Po dwóch godzinach gorliwie szukaliśmy go w innym majątku”.

W swojej „Autobiografii” Gandhi opisuje podróż do Charlestown w Afryce Południowej: …do przedziału wszedł inny pasażer i zaczął mi się bacznie przyglądać. Widział, że jestem „kolorowym”. Najwidoczniej to sąsiedztwo nie odpowiadało mu. Wyszedł z przedziału, by wkrótce wrócić w towarzystwie jednego czy dwóch urzędników kolejowych. Zachowywali się spokojnie, gdy naraz zjawił się jeszcze jeden urzędnik kolejowy i zwrócił się do mnie ze słowami: „Wyjdź stąd, przesiądź się do bagażowego wagonu!”. – „Ależ ja mam bilet pierwszej klasy!” – odpowiedziałem. – „To nie ma znaczenia” – odparł tamten – „powiadam, że masz się przesiąść do bagażowego wagonu!”. – „A ja powiadam, że od Durbanu mam prawo jechać w tym właśnie przedziale i nie mam zamiaru rezygnować z tego prawa!”. – „Nie będziesz jechał w tym przedziale” – obstawał przy swoim urzędnik. – „Masz natychmiast go opuścić, inaczej zawołam policjanta, który cię stąd wyrzuci”. – „Możesz to zrobić, ale dobrowolnie nie wyjdę stąd”. Wkrótce zjawił się policjant. Wziął mnie za rękę i wypchnął z przedziału. Wyrzucono z niego również mój bagaż. Odmówiłem udania się do innego wagonu. Po chwili pociąg ruszył w dalszą drogę. Poszedłem do poczekalni na dworcu, zabierając ze sobą ręczną walizkę i zostawiając bagaż tam, gdzie go rzucono. Władze kolejowe zaopiekowały się nim. Była to zima, a w górzystych prowincjach Południowej Afryki zazwyczaj o tej porze panują dotkliwe mrozy. Maritzburg był położony dość wysoko i mróz był duży. Mój płaszcz znajdował się wśród bagażu, nie miałem jednak odwagi zapytać o niego w obawie, że znów zostanę zelżony – siedziałem więc i dygotałem z zimna. /…/ Zacząłem się zastanawiać nad tym, jak mam postąpić: walczyć o swoje prawa czy też raczej wrócić do Indii, a może udać się w dalszą podróż do Pretorii, nie robiąc sobie nic z doznanych obelg? /…/ Przykrości jakie na mnie spadły, były czymś ubocznym i świadczyły jedynie o ciężkiej chorobie przesądów rasowych. Moim obowiązkiem – myślałem w duchu – jest starać się w miarę swoich sił wyrwać korzenie tej choroby i ponosić przykre konsekwencje, jakie pociąga za sobą uzdrowienie z niej świata. Trzeba się temu przeciwstawić i jedynie zastanowić nad zakresem, jaki powinna objąć walka o zwalczanie tego przesądu.

1 grudnia 1955 r. Rosa Parks, czarnoskóra krawcowa, która miała wówczas dwadzieścia pięć lat, odmówiła białemu ustąpienia miejsca w autobusie, w Montgomery w stanie Alabama na południu USA. Nazwano ją „matką ruchu walki o prawa obywatelskie”. Martin Luther King rzucił wówczas hasło bojkotu autobusów, będących w posiadaniu tamtej spółki przewozowej. Kilka lat później, opisując ruch protestu 1963 r., pisał w książce „Dlaczego nie możemy czekać”: Dlaczego tysiąc miast zadrżało prawie jednocześnie i dlaczego cały świat – od lśniących stolic po wsie z lepianek – wstrzymał oddech w czasie tych miesięcy? Dlaczego właśnie w tym roku Murzyn amerykański, tak długo ignorowany i skreślany z kart podręczników historii, własnymi stopami wydeptał deklarację wolności na czołówkach gazet, pism i ekranów telewizyjnych? Sarah Turner zamknęła kredens kuchenny i wyszła na ulicę; John Wilkins zamknął windę i zapisał się do armii biernego oporu; Bill Griggs docisnął hamulec ciężarówki i podjechał do krawężnika; ksiądz Artur Jones wyprowadził swoją gromadkę na ulicę i odprawiał nabożeństwo w areszcie. Słowa i czyny parlamentów, mężów stanu, królów i premierów, gwiazd filmowych i atletów zostały zepchnięte z pierwszych stron dzienników, aby zrobić miejsce dla historycznych czynów kierowców, służących, windziarzy i duchownych. Dlaczego w 1963 roku? [pogrubienie – K.W.] /…/ Tradycja religijna Murzyna uczyła go, że bierny opór dawnych chrześcijan stanowił silną broń moralną, która wstrząsnęła imperium rzymskim. Historia Ameryki uczyła go, że bierny opór stosowany w obronie w formie bojkotów i protestów zaszachował monarchię brytyjską i przyczynił się do wyzwolenia kolonii spod niesprawiedliwego panowania. W obecnym stuleciu etyka biernego oporu Mahatmy Gandhiego i jego zwolenników pozwoliła obezwładnić artylerię imperium brytyjskiego w Indii i wyzwolić z kolonializmu ponad trzysta pięćdziesiąt milionów ludzi. Podobnie jak jego poprzednicy, Murzyn gotów był narażać się na ofiary, aby poruszyć sumienie społeczne swojego środowiska i narodu. Zamiast narażać się na ukryte okrucieństwo w tysiącach mrocznych cel i na niezliczonych rogach ciemnych ulic, zmusi swego ciemięzcę do jawnej brutalności – w świetle dnia – na oczach reszty świata. /…/ Nie jest rzeczą prostą przyjąć zasadę, że siła moralna ma taką samą moc i zalety, jak zdolność odparowania ciosu siłą, albo że powstrzymanie się przed odwzajemnieniem ciosu wymaga większej siły woli i odwagi niż automatyczny odruch obronny.

Na kartach „Anny Solidarność” Sławomir Cenckiewicz cytuje wspomnienia Andrzeja Gwiazdy z „Gwiazdozbioru w »Solidarności«”, dotyczące przystąpienia Anny Walentynowicz do Wolnych Związków Zawodowych: Anna Walentynowicz – pracowitość, obowiązkowość, niezłomne zasady. /…/ Ania to była firma – starsza od nas stateczna pani, świetny fachowiec, znana w Stoczni Gdańskiej z wielu poprzednich działań. Pracowała wówczas jako suwnicowa, ale wiele lat była utalentowanym spawaczem. Wszystko, co osiągnęła w życiu, zawdzięczała tylko swojej ciężkiej pracy i wytrwałości. Wciąż szukała nowych wyzwań i wiedzieliśmy, że jeśli zaangażuje się w WZZ-y, to zyskamy niezawodnego, kompetentnego działacza.

Są to opowieści z różnych epok, miejsc, dotyczące przeróżnych ludzi i wydarzeń. Jest jednak kilka rzeczy, ważkich kwestii, które je łączą. Nicią przewodnią jest moralny opór, tematem: bunt wobec opresji – zadekretowanej, strukturalnej, często głęboko zakorzenionej, wspartej fizyczną i symboliczną przemocą. To opór, który słabych czyni silnymi, skazanym na porażkę daje jednak możliwość ocalenia, a nawet zwycięstwa. Jest to opór heroiczny, a jego bohaterstwo rodzi się stąd, że wcielają go w życie ludzie zwykli, właściwie przeciętni, którzy do stracenia mają wszystko, którym silniejsi mogą nie tylko uczynić życie gehenną, ale – ostatecznie – także je odebrać. A przecież odnajdują siłę i szansę, by to niewiele, co mają, postawić na jedną kartę – i wygrać. Czy jest to czarnoskóra, młoda Amerykanka, która ma odwagę nie wstać z miejsca, z którego ją wyrzucają, czy samotna Polka stająca w obronie mężczyzny, wroga caratu, to przecież te kobiety, którym grozi pobicie, pohańbienie, których racja ma charakter jedynie etyczny, bardzo kruchy wobec ludzi, którzy są dla nich zagrożeniem, zwyciężają. I trudno zaprzeczyć, że to zwycięstwo jest największą rzeczą, jaka może się przydarzyć na świecie.

Trudno jednoznacznie ocenić, co jest ostateczną przyczyną, że takie zwycięstwa są możliwe. Nie jest przecież tak, jak niejednokrotnie przekonywano, że świat sam z siebie zmierza ku moralnemu udoskonaleniu. Owszem, zdarzają się epoki, które z perspektywy czasu uznać można za bardziej etyczne, za bardziej prawe; bywa, że mądre rządy, sprzyjające warunki ekonomiczne, powszechny zmysł moralny, kultura społeczna czynią niektóre narody, państwa czy miejsca na świecie lepszymi, czy jak kto chce – sprawiedliwszymi, szczęśliwszymi. Nie jest to jednak dane na zawsze i nie jest powszechne. Nawet jeśli mówić o współczesnej Europie, która wydaje się miejscem spokojnym, to przecież – od handlu ludźmi, prostytucji nieletnich, korupcji władzy i dominacji nad handlem, społeczeństwami i państwami ze strony korporacji, tych współczesnych, utajonych Imperiów, przez niepokoje społeczne, hipertrofię konsumpcjonizmu, rządy mafii, do niedawna jeszcze obecny na Starym Kontynencie terroryzm, aż po wojny na Bałkanach – porządek etyczny jest czymś nader kruchym, a ład kulturowy sprawą niejasną i dyskusyjną, czymś, co ciągle wymaga odbudowywania, co zmusza do zachowania bacznej uwagi i ostrożności. I ostatecznie, znów wraca pytanie o możliwość tego buntu moralnego i o jego treść. W imię czego jest to bunt, co stanowi zło świata tu i teraz? Jak mu się sprzeciwić i jaką cenę można za to zapłacić?

Coraz częściej, jak pewien refren, słychać dziś myśl, że solidarnościowy bunt był sprzeciwem „roboli, którzy potrafili walczyć jedynie o kiełbasę”. I że na kiełbasie, w gruncie rzeczy, kończyły się żądania mas. Jest to pogląd równie pełen ignorancji, co arogancji. Słychać go często z ust ludzi młodych, o których poglądach społeczno-ekonomicznych nie chcę tu teraz pisać. Opinie takie i oni gdzieś zasłyszeli, myślę, że dawni decydenci, pretorianie i pomagierzy reżimu są z takich przekonań bardzo zadowoleni. Podobnie dzisiejsi menadżerowie firm. Nie wspominałbym o tym, gdyby nie rzecz istotna. Walka o chleb, czy kiełbasę nie jest niczym zdrożnym, tak jak nie było nic „pomniejszego” w oporze czarnoskórej kobiety przeciw roszczeniu białego, by zeszła mu z drogi, ponieważ jest czarna. Bo człowiek jest istotą fizyczną i etyczną zarazem i te dwie rzeczy ściśle się ze sobą przenikają. Ten, kto walczy o chleb, walczy o godność, bo tym chlebem ma nakarmić swoje dzieci, bo godny zarobek pozwala jego rodzinie żyć w godziwych warunkach, bo pieniądze są sprawiedliwym oddaniem mu tego, co poświęcił, pracując. Ci, co walczyli o „kiełbasę”, co strajkowali i za „kiełbasę” byli prześladowani, bici i mordowani, tą kiełbasą karmili swoich bliskich, ten pokarm dawał im siły, by żyć, by mieć odwagę, by się sprzeciwić. Jeśli ktoś uważa, że etyka nie ma nic wspólnego z „kiełbasą”, czyli całą ludzką przyziemnością, z banałem życia, ten albo nigdy nie zaznał głodu i trudu życia, bądź jest zwykłym głupcem.

I zabawne, jak często przeciw „robolom walczącym o kiełbasę” występują ludzie, których aspiracje i spojrzenie na człowieka są czysto materialne, tyle że z wyższej półki. Ci, co prostytuują się mentalnie, wyzyskują swoich pracowników, intrygują w pracy, byle wygryźć z lepszego stanowiska swoich współpracowników, a wszystko to z czystymi rękoma, w białych kołnierzykach – ile w nich pogardy wobec „roboli” i „kiełbachy”. Bo rzeczywiście: oni walczą o lepsze samochody, egzotyczne wakacje, droższe mieszkania, snobistyczne gadżety, a swoje „wyższe potrzeby materialne”, w których grzęzną nieraz jak świnia w pomyjach, uważają za bardziej subtelne i kulturalne, niż „kiełbasa robola”. Takim ludziom kobieta tej miary co Anna Walentynowicz niegdyś stała solą w oku i dziś byłoby podobnie.

Bo i obecnie sprzeciw moralny słabych wobec silnych, prześladowanych wobec prześladowców – ma podstawę i sens. I ta pogardzana „walka o kiełbachę”, o miejsce w autobusie, przedziale pociągu, czy wreszcie w społeczeństwie, które jest czymś więcej niż zbiorowiskiem konsumujących jednostek – walka przeciw wykluczeniu ma sens. Nie zatraciła znaczenia walka o godne życie własne, bliskich, swojej społeczności; walka o miejsce w przestrzeni publicznej, przeciw skundleniu, przeciw przemożnym koniecznościom, jakie często głoszą ci, którzy sami robią wszystko (choćby przyznając sobie wysokie premie), by im nie podlegać. Wciąż jest czas łagodnej rewolucji. To rewolucja uniwersalna. Jej zwycięstwo jest możliwe. A to już bardzo dużo.

O czym warto pomyśleć

Moja uczona koleżanka twierdzi, że destrukcyjny wpływ mediów na życie publiczne nie polega na lansowaniu jednostronnych opinii i podawaniu fałszywych informacji. Krytycznie myślący i uważny odbiorca może sobie wyrobić własny pogląd, dotrzeć do innych źródeł. Problem w tym, że media mają decydujący wpływ na to, o czym myślimy, czym się interesujemy.

Komentatorzy oceniali kampanię prezydencką jako nudną, ponieważ brakowało im ostrych pyskówek. Palikot robił co mógł, aby wyręczyć Komorowskiego w chamskich atakach na Kaczyńskich. Nie zastąpiło to popisów samych kandydatów, na których skupia się uwaga wyborców. Pamiętamy barwne występy Wałęsy, który Kwaśniewskiemu podawał nogę, chyba lewą, którą poprzednio wzmacniał. Kampania była nudna również dla wyborców. Kandydaci podejmowali tylko tematy dyżurne politycznej gry. Uważnie śledziłam kampanię, a dopiero po jej zakończeniu uświadomiłam sobie, o czym nie było mowy.

O nieobecności problemu GMO już pisałam. Spór o in vitro sprowadzono do kwestii światopoglądowych. Jeśli przeszło połowa wyborców głosowała na Komorowskiego, to Kościół ma poważny problem. Zrzucanie tego problemu na głowę prezydenta jest nie fair. Król Polski wieki temu zadeklarował, że nie jest panem sumienia swoich poddanych. Zadaniem władzy państwowej jest przeciwdziałanie obniżaniu się naturalnej płodności. Kaczyński wspomniał o leczeniu bezpłodności, ale o takich przyczynach, jak np. karmienie chłopców mięsem kurczaków faszerowanych żeńskimi hormonami, nie mówił jeszcze żaden polityk, nie tylko w kampanii wyborczej.

Jak zwykle mówiono o budowie autostrad, ale nie było ani słówka o kolei. Zastanawiające, że dramatyczna sytuacja pasażerów nie jest teraz ważnym tematem. O potrzebie utrzymania transportu publicznego nie wspomniał nawet lewicowy Napieralski, ale to polityk nowoczesny, jeździ samochodem.

Stałym tematem są zarobki nauczycieli. Politycy nie interesują się problemem obciążania nauczycieli idiotyczną sprawozdawczością, ponieważ dominacja biurokracji nad zdrowym rozsądkiem płynie z Brukseli. Tematem tabu są skandaliczne błędy w podręcznikach i ogłupiający systemem nauczania w oparciu o testy i gotowe szablony do kolorowania i do myślenia. Polska szkoła ma kształcić wykonawców, którzy dostosują się do poleceń, procedur i wymagań nadzorców.

Jedynym kryterium nowoczesności szkoły albo wsi jest Internet, nie lekarz, pielęgniarka, dentysta, wodociąg, kanalizacja, wysypisko śmieci, komunikacja, czysta rzeka i las, kąpielisko albo basen. Chluba PO, stadiony Orliki to tylko kwiatek do kożucha.

Zastanawiające, że jednym z dominujących tematów kampanii były emerytury służb mundurowych. Platforma ma pełnię władzy, skutecznie dyscyplinuje media, świetnie rozgrywa akcje propagandowe. Czyżby mimo tego spodziewała się masowych protestów i buntów? W przypadku ostrego konfliktu policja nie stanie po stronie społeczeństwa, ale do brutalnych akcji „morale” musi mieć wysokie. Przypuszczam, że emerytury mundurowe nie są problemem finansowym. Jak mówi Szeremietiew, cała nasza armia zmieści się na dużym stadionie piłkarskim, ale o bezpieczeństwie Polski nie wypada mówić ze względu na przyjaznych sąsiadów. Zdaniem Kremla wzmacnianie sytemu obrony Polski zagraża bezpieczeństwu Rosji. Jeszcze kilka takich oświadczeń i uwierzymy, że Polska jest potężnym mocarstwem. A wtedy odbijemy nie tylko nasz samolot w Smoleńsku, ale pójdziemy na Moskwę.

Partie spierają się o podatek liniowy i progresywny, ale nikt nie wspomina rajów podatkowych i wyprowadzania korporacyjnych zysków za granicę. Kryzys finansowy i recesja gospodarcza pojawiają się w politycznych sporach tylko przy wydatkach na cele ważne dla społeczeństwa. Komorowski hojnością przebił wszystkich. Oczekujący na realizację kolejnych obietnic wyborczych mogą stracić cierpliwość. Jedynym sposobem utrzymania władzy PO na czas nieograniczony jest doprowadzenie do wcześniejszych wyborów parlamentarnych. Idąc za ciosem PO może jeszcze jesienią wygrać wybory samorządowe i parlamentarne.

Najwyższe władze w państwie; premier, prezydent, marszałkowie Sejmu i Senatu, a także już wszyscy szefowie ważnych instytucji państwa stanowią zgodny chór. Mogą się kłócić o stanowiska dla swoich akolitów, ale wobec opozycji będą trzymali wspólny front.

Z zasad demokracji PO stosuje tylko prawo większości do przegłosowania ustawy i prawo osoby upoważnionej do złożenia podpisu pod decyzją. Platforma od dawna korzysta z tych praw demonstracyjnie. Wyborcy demokrację ograniczoną do formalnej fasady akceptują, co potwierdzili w wyborach prezydenckich. W takiej sytuacji opozycja parlamentarna nie ma żadnych szans wywierania wpływu na politykę partii rządzącej, chyba że utworzy wspólny front. Na to liczyć nie można, ponieważ partie muszą dbać o tożsamość wobec swoich elektoratów. PO nie ma żadnego oblicza ideowego czy światopoglądowego. W każdej sprawie, wzorem Lecha Wałęsy, może być za, a nawet przeciw. PO jest partią władzy w czystej postaci. Jej jedynym celem i programem jest zdobycie i utrzymanie władzy, jedyną ideologią – niewidzialna ręka rynku. Daje to nieograniczone pole manewrów politycznych. Niewidzialnej ręki nie widać, a kto zajrzy za kurtynę, dostaje po łapach. Nawet zaglądanie za kulisy władzy w czasach PRL jest traktowane przez cały Układ jak zamach na państwo.

W tej sytuacji warto pomyśleć o utworzeniu Sieci Obywatelskiego Społeczeństwa. Taki SOS, choćby na wypadek, gdyby działo się coś niedobrego. Po smoleńskiej tragedii ludzie się zaktywizowali, nie wierzą już ślepo propagandzie, organizują się spontanicznie, są zaniepokojeni stanem państwa. Warto utrzymywać kontakt, wymieniać się informacjami. Taka sieć nie wymaga wielkich pieniędzy, profesjonalnych społeczników i sztywnych ram organizacyjnych. Przykładem może być od dawna działająca sieć Klubów „Gazety Polskiej”. Jedne działają lepiej, inne gorzej, zapraszają tych lub innych prelegentów, ale są oparciem dla autorów książek, których władza świecka lub kościelna nie lubi, ponieważ ujawniają działania bezpieki.

Nie podzielam poglądu, że klasyczne organizacje pozarządowe są tożsame ze społeczeństwem obywatelskim. Większość z nich koncentruje się na celach ważnych i szlachetnych, ale cząstkowych. Aby je realizować muszą pozyskiwać fundusze, rywalizować ze sobą i dobrze żyć z każdą władzą. Nie wszystkie są niezależne.