przez Joanna Duda-Gwiazda | środa 10 marca 2010 | Felietony - Joanna Duda-Gwiazda
Justyna Kowalczyk ujawniła, że biegaczki leczą astmę sterydami rozszerzającymi pęcherzyki płucne. „Rzeczpospolita” zarzuciła jej brak empatii dla rywalki, która zdobyła trzy złote medale mimo astmy. Złoty medal w biegu na 30 km wywalczyła Justyna, z czego wynika, że zdrowy też może, jeśli się postara. W PRL oszukiwałam lekarzy sportowych, aby mieć prawo do wspinania się w Tatrach. Teraz zdrowi i chorzy mają równe prawa.
Z dwóch kandydatów PO na kandydata na prezydenta RP Komorowski bliższy jest lewicy. Zauważyłam ocieplenie na linii Marszałek Sejmu – feministki. Sikorski, minister w rządzie PiS i w rządzie PO, żadnych poglądów nie posiada. Byłby idealnym kandydatem na prezydenta wszystkich Polaków z rekomendacji PO. Rekomendacje komplikują rozpoznanie poglądów polityka. Borusewicz jest marszałkiem Senatu najpierw z rekomendacji PiS, potem PO. Solidaruch czy liberał? Wicemarszałek Romaszewski, rekomendowany przez PiS, w kwestii immunitetów wykazał niezależność. Natomiast Rosół, rekomendując pannę Sobiesiak na kierownicze stanowisko w Totalizatorze Sportowym, był osobą prywatną, nie doradcą politycznym ministra Drzewieckiego.
Pragnienie zgody narodowej ponad podziałami wyraża projekt PO, aby prezydenci Wałęsa, Kwaśniewski i ich następcy dożywotnio zasiadali w Senacie. Dla pełniejszej zgody należałoby posadzić w Senacie również prezydenta Jaruzelskiego, a twórców filmu „Towarzysz generał” osadzić w więzieniu.
Według najnowszego modelu, prezydent ma siedzieć w pałacu na tronie pod żyrandolem. Może otworzyć wystawę historyczną poświęconą neandertalczykowi, ponieważ mieszkał on w środkowej Polsce i na sąsiadów nie napadał. Historia pogańskich Słowian skomplikuje politykę Watykanu, a Piastów i Jagiellonów może zagrozić stosunkom dobrosąsiedzkim. Im bliżej czasów współczesnych, tym gorzej.
Żaden Polak przytomny na umyśle nie wymieni słowa Żyd w innym kontekście niż Holocaust. Ostro karcone jest oskarżanie III Rzeszy, Niemców albo Hitlera o wywołanie II wojny światowej i zbrodnie na okupowanych terenach. Winni są naziści. Studenci amerykańscy wiedzą, że naziści to Polacy.
Socjolog amerykański David Ost ubolewa, że nacjonalistycznej prawicy udało się zagospodarować politycznie gniew klasy robotniczej na kapitalistów i skierować go przeciw obcym: Żydom, masonom i komunistom. Jako przykład wymienia gorączkę lustracyjną. Zdaniem Osta, liberalna część kierownictwa „Solidarności” była mniej sprawna politycznie, nie wykazała zainteresowania losem robotników. Chlubnym wyjątkiem był Kuroń, który troszczył się o bezrobotnych. Sądzę, że David Ost nie docenia politycznych osiągnięć tej formacji. Czytał polską prasę („Polityka” i „Gazeta Wyborcza”), rozmawiał „z dawnymi działaczami z kierownictwa Solidarności. Są to Zbigniew Bujak, Władysław Frasyniuk, Bronisław Geremek, Aleksander Hall, Zbigniew Janas, Lech Kaczyński, Barbara Labuda, Jan Lityński, Adam Michnik i Grażyna Staniszewska”. Ci ludzie i te gazety wykazują przesadną skromność. Wciąż troszcząc się o demokrację zagrożoną przez ciemnogród, homofobów i nacjonalistów. A przecież mają wybitne osiągnięcia w zagospodarowaniu gniewu robotników tak, aby nie skierował się przeciw obcym i kapitalistom.
W rezultacie udanych z obu stron manewrów politycznych możemy już tylko bić się w piersi za własne zbrodnie, przepraszać, przebaczać i prosić o przebaczenie. Zbrodni ZSRR i PRL nie można nazywać komunistycznymi, ponieważ dotknięci czują się komuniści polscy, rosyjscy, francuscy, kubańscy i wenezuelscy. Początkowo można było jeszcze mówić o zbrodniach stalinowskich. Teraz jest to źle widziane, ponieważ Stalin jest bohaterem II wojny światowej. Stronniczość polskich nacjonalistów psuje nasze stosunki z Rosją i aliantami Stalina z II wojny światowej. Wkrótce Stalin zostanie uznany za największego bohatera naszych czasów, ponieważ Armia Czerwona uwolniła świat od największego zagrożenia – nazistów polskich i niemieckich.
Z tą gorączką lustracyjną to gruba przesada. TW Alek jest mocnym filarem lewicy, TW Bolek cenionym komentatorem politycznym. Polacy szanują TW, którzy się sami przyznali, choćby na mękach, czyli pod groźbą ujawnienia. Olechowski kandyduje na prezydenta RP, minister Boni decyduje, czy roszczenia pracowników są zasadne.
Zamiast archaicznego słowa „spisek”, proponuję używać określenia zgodnego z duchem czasu – spółka handlowa. Oto przykłady. Lewica broni agentury PRL jak niepodległości. Taka lewica to marzenie każdego kapitalisty. Co połączyło kapitalistów, lewicę i bezpiekę? Wyportkowanie klasy robotniczej (to określenie eleganckie, pochodzi z francuskiego). Spółkę handlową jawną Alek, Bolek, Kiszczak, Michnik, Balcerowicz, Kulczyk, Krauze i Coca-Cola zawarli przy okrągłym stole. Spółkę Chlebowskiego, Drzewieckiego i Rosoła z Sobiesiakiem i Koskiem nazwalibyśmy spółką handlową niejawną.
Skutecznym młotem na dociekliwych historyków i wścibskich dziennikarzy są niezawisłe sądy. Daniel Wicenty, historyk IPN, ujawnił w „Biuletynie IPN”, że Jan Fijor, niegdyś dziennikarz PAX-u, był TW Beretą. Fijor oskarżył historyka z artykułu kodeksu karnego o prześladowanie za poglądy, ponieważ Bereta jest wzorowym liberałem, podziwia finansistów i napisał książkę „Jak zostałem milionerem”. Jeśli Wicenty przegra, IPN wyrzuci go z pracy, bo w państwie prawa państwowy Instytut nie może zatrudniać przestępców.
Pisałam silva rerum, a wyszło panoptikum, czyli muzeum osobliwości.
przez Konrad Malec | środa 10 marca 2010 | opinie
Prywatne koncerny medialne nie mogą ścierpieć istnienia swoich
publicznych konkurentów – zwłaszcza wtedy, gdy oferują oni cokolwiek za
darmo, w ramach społecznej misji, do której zostali powołani.
Belgijski państwowy nadawca radiowo-telewizyjny zamierza umieścić w Internecie szeroką ofertę wartościowych programów; jak przystało na medium publiczne, dostęp do nich będzie bezpłatny. Ekspansję w Sieci planuje także Polskie Radio, które na przypadające we wrześniu 85. urodziny postanowiło uruchomić 80 internetowych stacji, które dołączą do 5 już funkcjonujących programów. – Internet to przyszłość radia. Chcemy (…) zaproponować zupełnie nową ofertę, na miarę XXI wieku – wyjaśnia prezes rozgłośni, Jarosław Hasiński.
Część bogatej oferty szykowanej przez Polskie Radio będzie miała charakter komercyjny, jednak powstaną także kanały ze słuchowiskami, książkami czytanymi przez lektora, programy skierowane do najmłodszych, pasma reportażowe oraz dziesięć stacji poświęconych muzyce poważnej, w tym jedna wyłącznie Fryderykowi Chopinowi, którego rok właśnie obchodzimy. W planach są też kanały informacyjne i publicystyczne. Z kolei belgijskie media publiczne zamierzają na swoich stronach udostępnić m.in. wiadomości, programy edukacyjne i filmy dokumentalne. Zarówno belgijski, jak i polski nadawca chce w ten sposób dotrzeć do młodszych słuchaczy, bowiem w obu krajach większość odbiorców pasm publicznych ma 30 i więcej lat. Ponadto, Polskie Radio boryka się z poważnymi problemami finansowymi. Szacunki mówią, że w tym roku wpływy z abonamentu mogą spaść nawet o 2/3. Szefowie spółki liczą, że uruchomienie kanałów tematycznych zwiększy atrakcyjność publicznej rozgłośni dla reklamodawców. Co ważne, „nowości” nie wpłyną znacząco na koszty funkcjonowania radia, bowiem cała operacja niemal w całości będzie oparta o istniejącą infrastrukturę, pracowników, archiwa.
Komercyjne media nie zasypiają gruszek w popiele i organizują kontrofensywę, mającą powstrzymać publicznych nadawców przed poszerzaniem ich darmowej oferty w Sieci. Prywaciarze z Beneluksu podnoszą larum, że publiczne programy mogą sobie pozwolić na taką „hojność”, gdyż otrzymują środki zarówno z reklam, jak i pochodzące z podatków. Zwłaszcza teraz, w czasie kryzysu, gdy środki prywatnych stacji na promocję uległy uszczupleniu, tak nad Mozą, jak i nad Wisłą wytaczane są kolejne działa przeciwko „nierównej konkurencji”. Mają miejsce rozmaite próby wywierania wpływu na program i źródła finansowania publicznych konkurentów.
Ataki na publiczne środki masowego przekazu są w Polsce prowadzone przez wielkie koncerny medialne już od wielu lat (co ciekawe, pomimo negatywnego stosunku do tego, co wspólne, domagają się one jednocześnie… darmowego dostępu do archiwów Polskiego Radia oraz TVP, będących własnością społeczną). Wtóruje im wielu politykierów, zwłaszcza tych występujący w ultraliberalnych barwach. Sprzymierzeńcy w dziele niszczenia dobra wspólnego najchętniej doprowadziliby do całkowitej likwidacji publicznych nadawców. Wiele wskazuje na to, że mogą osiągnąć swój cel – poprzez zniesienie abonamentu. O ile główne programy telewizji czy radiowa Trójka mogą to jakoś przetrwać, za cenę dalszego dostosowywania ramówki do potrzeb reklamodawców, o tyle programy określane jako misyjne z pewnością będą miały trudności. Jaki będzie los np. radiowej Dwójki, Radia Parlament, TVP Kultura czy TVP Historia, gdy zabraknie środków z abonamentu? Już teraz płaci go mniej niż 40% odbiorców usług oferowanych przez publicznych nadawców, w czym swój udział ma niewątpliwie nachalna propaganda nakłaniająca do unikania tej opłaty.
Tymczasem w UE abonament zlikwidowano tylko w Luksemburgu, a średnia jego ściągalność dla Unii wynosi 90%. Polska znajduje się na samym dnie tego rankingu, co sprawia, że aż 75% budżetu naszych mediów publicznych stanowią środki ze sprzedaży reklam. Zbliżamy się zatem do stanu postulowanego przez komercyjne firmy medialne. Przestrogą przed tym, co znajduje się na końcu tej drogi, niech będą efekty wprowadzania w życie skrajnie neoliberalnego modelu nowozelandzkiego. Środki publiczne na realizację misji może w owym kraju otrzymać każdy nadawca, który spełni określone warunki, np. zobowiąże się nie przerywać takich programów reklamami. Od wprowadzenia systemu, środki te nigdy nie zostały w pełni wykorzystane – od brania dotacji bardziej opłacalne jest wypełnianie ramówki po brzegi komercyjnym chłamem, przyciągającym reklamodawców.
Prywatne koncerny zarzucają mediom publicznym czerpanie zysków z emisji „sieczki”, takiej samej, jaka gości na ich antenach, jednak finansowanej z pieniędzy podatników. Oczywiście warto dyskutować nad ograniczeniem jej ilości, ale najpierw zapewnijmy Polskiemu Radiu i TVP stabilne i obfite źródło finansowania. Kolejnym krokiem powinna być demokratyzacja społecznych nadawców: skoro mają opierać swoje funkcjonowanie o portfel „Kowalskiego”, powinien on mieć wpływ na to, co i kiedy emitują. Kto wie, jakie niespodzianki przyniosłyby konsultacje społeczne, w których widzowie i słuchacze określiliby, ile życzą sobie reklam, w jakich godzinach poszczególne programy i filmy powinny być nadawane itp. Jedno jest pewne: na ich ramówkę nie powinny mieć wpływu media komercyjne, w przypadku których jedyną misją pozostaje: zarobić.
przez Remigiusz Okraska | środa 3 marca 2010 | opinie
Tak, bronię dziennikarza „Gazety Wyborczej”. I wcale się tego nie wstydzę.
Są takie chwile, kiedy trzeba zrobić coś, o czym człowiek wie, iż choćby nie wiem jak się starał i tłumaczył, to i tak nie wybroni się przed opiniami, że się sprzedał, że zdradził, że stracił twarz i co tam jeszcze. Ale ja zawsze uważałem, iż można wejść w sojusz choćby z diabłem, jeśli diabeł służy dobrej sprawie. Z takim właśnie przekonaniem staję po stronie dziennikarza „Gazety Wyborczej” – i samej tejże gazety – mianowicie Adama Wajraka.
Miesięcznik „Press” w swym bieżącym numerze opisał „aferę”, która polega na tym, że Ministerstwo Środowiska zapłaciło wydawcy „Gazety”, spółce Agora, 61 tys. złotych, za dwa teksty promujące walory przyrodnicze Puszczy Białowieskiej i konieczność jej ochrony, ciepło wypowiadające się też o ówczesnym szefie resortu środowiska, prof. Macieju Nowickim.
Tekst w branżowym periodyku wywołał głosy potępienia – przykład znajdziecie tutaj. Co tak bardzo oburzyło? Ano to, że owe teksty ukazały się bez adnotacji, iż stanowią tzw. artykuły sponsorowane, co zwyczajowo się zaznacza w tego rodzaju publikacjach. Wydawcy „Wyborczej” tłumaczą, że zaszło nieporozumienie, a do samej sytuacji doszło dlatego, iż jakiś pracownik przekroczył swoje uprawnienia. Deklarują też, że zwrócą pieniądze. Sam Wajrak mówi, co jest w całej sprawie kluczowe, iż „Moje wynagrodzenie było wielokrotnie mniejsze, to była zwykła wierszówka”. Tłumaczy też, że w obu tekstach nie zawarł niczego, z czym nie zgadzałby się osobiście – choć sponsor artykułów miał prawo wglądu w ich treść przed drukiem – co jednak nie przekonuje tzw. opinii publicznej, czego przykład mamy choćby tu (do potępień Wajraka włączył się w komentarzach, pod pseudonimem, także jeden ze współpracowników „Obywatela”…). Cała sprawa, przy okazji, posłużyła do kolejnego ataku na ochronę przyrody – wiadomo, „zieloni” to sprzedajne cwaniaki, a tajemnicze lobby płaci im za blokowanie rozwoju Polski, który to rozwój według pyskatych przygłupów polega na wylewaniu asfaltu i betonu gdzie się da, szczególnie w miejscach cennych przyrodniczo i malowniczych.
Nie powiem, że podoba mi się prezentowanie artykułów opłaconych „z zewnątrz” bez adnotacji „artykuł sponsorowany”. Nie powiem również, że podoba mi się takowy „sponsoring” jakichkolwiek treści w mediach. Nie podoba. Ale dziwię się, że takie oburzenie branżowych cnotek wywołała akurat ta sprawa. To doprawdy ciekawe, że dziennikarzy „Press” nie oburzają inne, bliźniacze fakty. Nie oburza ich na przykład to, że w mediach jako niezależni eksperci i „znawcy tematu” brylują notorycznie faceci z Centrum im. Adama Smitha, czyli neoliberalni doktrynerzy na usługach wielkiego biznesu. To ciekawe, że „Press” nie zainteresował się tym, czemu w mediach publicznych i prywatnych dziesięć razy częściej można natrafić na „ekspertów” z CAS niż na ekonomistów o poglądach prospołecznych. To ciekawe, że „Press” nie zainteresował się, kto owo CAS sponsoruje – myślę, że dziennikarskie śledztwo pokazałoby bardzo interesujące zależności między interesami sponsorów owych „ekspertów” a stronniczymi wywodami, które prezentują oni na wizji, fonii i na papierze. Na Zachodzie dziennikarze tamtejszych „Pressów” są nieco bardziej pracowici i dzięki temu wiemy, że neoliberalna propaganda różnych „ekspertów”, „fachowców” i „komentatorów”, oczywiście zawsze „niezależnych”, jest zazwyczaj sponsorowana przez wielki kapitał.
Można też zapytać, dlaczego o potrzebie budowy autostrad – za miliardy złotych z publicznej kasy – przekonują nas często tzw. dziennikarze motoryzacyjni, czyli osoby siedzące na różne sposoby w kieszeni koncernów samochodowych i paliwowych. Ale „Press” jakoś nie wpadł na to, żeby zestawić ogromną ilość propagandy proautostradowej i mizerną ilość materiałów o zaletach – społecznych i ekologicznych, ale także ekonomicznych – transportu kolejowego z kwotami, jakie na public relations wydają, dajmy na to, General Motors i Shell z jednej strony oraz Polskie Koleje Państwowe i PESA S.A. (to taki polski producent pociągów i tramwajów, moi drodzy). Albo weźmy inny przykład – ciekawe, dlaczego dziennikarzy nie interesuje to, że w mediach czołowym komentatorem w sprawie żywności modyfikowanej genetycznie jest prof. Tomasz Twardowski, prezentowany zazwyczaj jako naukowiec z Polskiej Akademii Nauk. Naukowiec Twardowski jak lew broni GMO – zapewne tylko przypadkiem jest on też prezesem Polskiej Federacji Biotechnologii, głównej polskiej organizacji lobbującej na rzecz interesów wielkich koncernów biotechnologicznych. Olaboga, Wajrak „sprzedał się” za 60 tysięcy – ciekaw jestem, czy ta kwota stanowi 1, czy może 3% rocznych budżetów wspomnianych „niezależnych” instytucji, reprezentowanych w mediach przez „niezależnych” ekspertów.
Ale wróćmy do sedna sprawy. Adam Wajrak nie jest z „mojej bajki”. Nie tylko dlatego, że „Gazetę Wyborczą” uważam za medium i środowisko z wielu względów szkodliwe, współodpowiadające za patologiczny kształt polskiego życia politycznego, debaty publicznej, ładu medialnego itd. Również dlatego, że sam Wajrak nie zawsze w relacjonowaniu tematów ekologicznych zachowywał się fair. Tak było w przypadku głośnego konfliktu w sprawie budowy autostrady przez park krajobrazowy i rezerwat przyrody na Górze św. Anny. Tak było również, gdy swoimi publikacjami usiłował swego czasu stworzyć wrażenie, że niemal cały polski ruch ekologiczny popiera Unię Wolności. Są więc pewne rachunki krzywd. Jeśli jednak mam wybierać między „demaskatorami” z „Pressu” i antyekologicznymi maniakami z blogów internetowych, a Wajrakiem, to staję po stronie dziennikarza „Wyborczej”.
Powód jest prosty. Niezależnie od tego, jak naprawdę wyglądały relacje finansowe między Ministerstwem Środowiska a Agora S.A., kto zawinił, kto co przeoczył, kto się skusił na łatwe pieniądze itd., pewne jest jedno. To mianowicie, że Adam Wajrak mówi prawdę, gdy twierdzi, iż w jego artykułach stanowiących przedmiot wspomnianych kontrowersji, nie ma ani słowa, pod którym osobiście by się nie podpisał. Można nie lubić „Gazety”, można się nie zgadzać z Wajrakiem w tym lub owym, ale nie ma w Polsce w dużych mediach innego dziennikarza, który poświęciłby ochronie przyrody tak wiele tak odważnych tekstów, i nie ma innej dużej gazety, która by tyle właśnie takich tekstów wydrukowała.
Wajrak – choć wiele osób kojarzy go głównie ze sprawą obrony Doliny Ropsudy (którą to sprawę antyekologiczni prawicowi paranoicy uważają za zamach na Polskę, na PiS i na prawicowość – tak jakby ów PiS nie forsował nad Rospudą rozwiązania przygotowanego uprzednio przez swoich rzekomych wrogów z SLD) – pisze na takie tematy od wielu lat. Pisze o nich w podobnym duchu niezależnie od tego, kto akurat jest u władzy. Pamiętam jego rzetelne i odważne teksty o ochronie polskiej przyrody i z połowy lat 90. (koalicja SLD – PSL), i z czasów rządów AWS (koszmarnych pod względem niszczenia przyrody) od 1997 do 2001 roku, i z wtedy, gdy resort środowiska ponownie obsadzały SLD i PSL (również wysyp antyekologicznych działań resortu), i gdy w czasach braci Kaczyńskich na stanowisko ministra trafił Jan Szyszko. Pamiętam też dobrze, że Wajrak ochronie Puszczy Białowieskiej – najcenniejszego polskiego skarbu przyrodniczego, unikatowego w skali całej Europy, lecz wciąż niszczonego przez matołków z samorządu lokalnego i pazernych leśników – poświęcił ogromną ilość tekstów, publikowanych od połowy lat 90., zanim jakiekolwiek ministerstwo zdecydowało się Agorze zapłacić za cokolwiek.
Gdy przed kilkoma laty miałem przyjemność należeć do grona liderów najbardziej bojowej polskiej organizacji broniącej przyrody, Pracowni na rzecz Wszystkich Istot, to właśnie Wajrak był jedynym dziennikarzem ogólnopolskich mediów, który nie obawiał się opisywać „przekrętów”, jakie kosztem cennych miejsc przyrodniczych robili ówcześni decydenci resortu środowiska i podobnych instytucji (a było to, drodzy prawicowcy, podczas rządów „postkomuny”). Nie zawsze pisał tak, jak byśmy chcieli – czasem późno, czasem prezentując tylko część haniebnych faktów – ale był, powtarzam, jedynym polskim dziennikarzem głównego nurtu, który w ogóle się takimi kwestiami zainteresował. A zainteresowanie kilkoma z nich wymagało odwagi cywilnej – znacznie większej niż anonimowe pyskowanie na blogach o czyjejś „sprzedajności”, zresztą zazwyczaj w wykonaniu autorów, których nikt nie chciałby kupić.
To, że Wajrak napisał przy okazji prezentacji walorów Puszczy Białowieskiej i potrzeby jej ochrony swoistą „laurkę” dla ministra Macieja Nowickiego, jest oczywiście dwuznaczne – zwłaszcza dla laików – w kontekście kwoty przekazanej przez resort wydawcy „Gazety”. Ale nie ma potrzeby wątpić, że Wajrak napisałby to samo niezależnie od umowy finansowej. Maciej Nowicki nie był idealny, jednak był naprawdę dobrym ministrem środowiska. Piszę to z pewnym zakłopotaniem, bowiem był owym ministrem w rządzie PO, partii uznawanej przeze mnie za najbardziej szkodliwe ze wszystkich obecnych znaczących ugrupowań. Co więcej, był od wielu lat pierwszym szefem resortu, który zajmował się nie tylko bieżącym „zarządzaniem” ochroną środowiska w Polsce, ale chciał również ocalić cenne obszary, mimo iż wkraczał w ten sposób na śliski, kontrowersyjny, ryzykowny grunt. Nowicki ocalił Dolinę Rospudy, ale przede wszystkim podjął drażliwy temat Puszczy Białowieskiej, w odniesieniu do której zarówno krótko trzymał leśników, przyzwyczajonych do jej niszczenia, jak i podjął realne działania, aby włączyć kolejne puszczańskie tereny do Białowieskiego Parku Narodowego, gdyż tylko to może zapewnić im faktyczną ochronę. To nie Wajrak „na zamówienie” chwalił Nowickiego – chwaliła go znakomita większość organizacji ekologicznych, a sam Wajrak miałby mnóstwo powodów do takich pochwał, w świetle swoich nieraz deklarowanych poglądów, niezależnie od przelewów na konto Agory czy swoje.
Można negatywnie oceniać relacje finansowe Ministerstwa Środowiska z wydawcą „Gazety Wyborczej”. Nie należy jednak bezmyślnie atakować Adama Wajraka – jednego z niewielu polskich dziennikarzy, który wielokrotnie odważnie stawał w obronie przyrody. Każdy, komu leży na sercu dobro polskiego dziedzictwa przyrodniczego, powinien odciąć się od tej nagonki.
przez Krzysztof Wołodźko | wtorek 23 lutego 2010 | opinie
Był sobie projekt nazwany „Polską Solidarną”,
w ramach którego obiecywano zmianę paradygmatów społecznych i
ekonomicznych, koniec z wszechwładzą oligarchii itp. historie ku
pokrzepieniu przedwyborczych serc. Działo się to dawno; za górami, za
lasami, jak sądzę.
Luty 2010 r., Olsztyn. Jak informuje blogerka krystynagra, miasto postawiło budynek z mieszkaniami socjalnymi dla eksmitowanych. Takimi na trzydzieści kilka metrów kwadratowych, kto zna ten metraż z autopsji ten wie, że to nic wielkiego. Mieszkania wykonane porządnie, w łazienkach „glazura i terakota”, jak dla ludzi. A to przecież dla podludzi… – Nie stać nas na takie budownictwo socjalne. Wystarczyłyby baraki, a toaleta może być na zewnątrz – powiedział lokalnemu wydaniu „Gazety Wyborczej” miejscowy działacz Prawa i Sprawiedliwości, Leszek Araszkiewicz. Jego partyjna koleżanka, radna Ewa Piotrkowska, dziwi się niepomiernie: Na podłogach wykładziny, wszystko nowiutkie i pachnące. W kuchniach są umywalki i kuchenki gazowe. Wykładziny?! Goły beton, albo jeszcze lepiej blacha kontenerów, to by było rozwiązanie na miarę Polski Solidarnej. Nowiutkie, pachnące? Powinno śmierdzieć starością i lepić się od brudu, żeby podludzie wiedzieli, za jakie grzechy cierpią: za swoją biedę, lenistwo, pijaństwo, może także dziecioróbstwo, przenoszące patologie w następne pokolenie. Bo przecież wiadomo, że jak eksmitowany, to leń i pijak. I złodziej, bo każdy pijak to złodziej. I te umywalki i kuchenki gazowe! Luksus, zbędny luksus na początku XXI wieku! Przecież wystarczyłyby te baraki z kiblami na zewnątrz. Baraki, prycze i koce, a na obiad ciepła zupa u zakonnic, żeby się komu w pupie z tego dobrobytu nie przewróciło. I to za nasze – podatników – pieniądze ten ich dobrobyt! No jak tak można, jak można tak folgować dziwnym, humanitarnym ciągotom, rodem z PRL-u chyba…
I tak w skrócie przedstawia się neoliberalna demagogia w wykonaniu lokalnych polityków PiS, partii „Polski Solidarnej”. Neoliberalne mrugnięcie okiem w stronę potencjalnego wyborcy: zobacz, jak marnuje się twoje środki. Daje to interesujący wgląd w to, jak może wyglądać świadomość społeczna działaczy PiS niższego szczebla. Że wcale, bynajmniej, nie musi wiele się różnić od poglądów ich kolegów z PO, czy może nawet UPR. Ten sam sposób myślenia o biedzie, wykluczeniu, cudzym nieszczęściu: kalki myślowe jak z agitek akolitów Janusza Korwin-Mikkego. Ta sama okrutna bezmyślność, która każe traktować ludzi biednych jak obywateli drugiej, trzeciej kategorii. Ta sama klisza, która na dźwięk słowa „ubóstwo” każe wyobrażać sobie dworcowego pijaczka, nigdy ludzi, którym należy dać drugą szansę. Ludzi bez pracy, słabo zarabiających, po wypadkach losowych, rodzin wielodzietnych na utrzymaniu jednego żywiciela o niskich dochodach.
Baraki, kibel. I getto dla biednych. Niech żyje IV Rzeczpospolita Neoliberalna Araszkiewiczów i Piotrkowskich!
Krzysztof Wołodźko
P.S. Ciekawe, na ile Lech i Jarosław Kaczyński zdają sobie sprawę, jakie persony mają w terenie. Bo może naprawdę nie o takich im chodziło, ani o im podobnych z organizacji neokonserwatywnych, jak Młodzi Konserwatyści, o wrażliwości społecznej pantofelka. Albo nowobogackiego gumiaka, którego czuć zwykłym gnojem.
przez Krzysztof Wołodźko | środa 17 lutego 2010 | Felietony - Krzysztof Wołodźko
Czas jakiś temu w mediach pojawiła się informacja o półtorarocznej dziewczynce, zgwałconej przez chorego psychicznie krewnego matki dziecka, która spała pijana na podłodze, gdy doszło do tragedii. Dziecka nie odebrano jednak matce, gdyż jak stwierdziła odpowiednia instytucja, „między matką a córką istnieją normalne więzi”.
Jak wiadomo, jednym z prawicowych tabu w Polsce jest rodzina. Jest ona wykluczona z jakiegokolwiek krytycznego, normalnego dyskursu, ponieważ „jest święta”. W rodzinie, zgodnie z tą logiką, nie ma przemocy fizycznej ani psychicznej, nie ma molestowania seksualnego, aktów kazirodztwa, alkoholizmu czy narkomanii. Państwo powinno trzymać się od rodziny jak najdalej, akcje „stop bicia dzieci” to głupota, a winna ewentualnemu złu jest co najwyżej szkoła albo „zgnilizna moralna współczesnej kultury”. Że kultura nie spada z nieba, o tym już mówi się rzadziej. Generalnie idzie o to, by utrzymać rodzinne tabu i mit rodziny jako „zdrowej komórki społecznej”. I generalnie nie ma w tym nic złego i nie ma większego sensu czynić z patologii normę, tzn. przekonywać z kolei, że rodzina jest siedliskiem wszelkiego zła – gdyby nie kilka zastrzeżeń, dość poważnej natury.
Wspomnijmy akcję „stop bicia dzieci”. Charakterystyczne było, jak obie strony konfliktu, umownie nazwijmy je lewicą i prawicą, okopały się w swoich racjach i w próżni młóciły te same argumenty. Lewica mówiła, że każdy klaps to przemoc i brak miłości. Prawica powoływała się na tzw. zdrowy rozsądek: „mnie w dzieciństwie ojciec spuszczał lanie i wyrosłem/wyrosłam na normalnego człowieka”. Wychowywałem się na wsi, gdzie użycie siły fizycznej wobec dziecka nie było niczym dziwnym. Sam niejednokrotnie dostałem lanie, ale akurat nie to uważam za największy smutek dzieciństwa. Widziałem jednak, nie tylko na WF, kolegów z sinymi pręgami na plecach, bitych mocno i bezwzględnie. I tu chyba dochodzimy do sedna sprawy.
Pomijając w tej chwili absurd „wychowania bezstresowego”, zwrócę uwagę na to, czego z kolei nie widzą prawicowcy. Że bezmyślne, okrutne, wymierzone nie tyle w ukaranie, co w nasycenie się własną przewagą, a zatem perwersyjne bicie dzieci jest sprawą, nad którą nie da się przejść obojętnie, że to „sprawa rodziny”. Bo nie jest to sprawa rodziny, ale kwestia społeczna. I humanitarna przede wszystkim. Tak samo nie jest „sprawą rodziny” przemoc psychiczna, często nader wyrafinowane znęcanie się nad dziećmi przez ludzi sfrustrowanych i złych lub nieszczęśliwych w swoich związkach. Albo skupiających na słabszych od siebie, jedynych, jakich mają pod swoją władzą, gniew wynikający z ich sytuacji finansowej, społecznej, relacji zawodowych, bądź faktu bezrobocia. Tak, to również jest kwestia społeczna.
Tu dygresja: prawica zresztą ma chyba ogromny problem z przeniesieniem na grunt rodziny kwestii społecznych i ekonomicznych, skoro traktuje ten byt jako coś zupełnie jednostkowego, wyobcowanego z otaczającej rzeczywistości. Jedyne, co ma zwykle do powiedzenia, to: „zostawcie rodzinę w spokoju” i „ręce precz od naszych podatków”.
Tak samo nie jest „sprawą rodziny” to, że lekkomyślni rodzice dają swoim dzieciom samochody w piątkowy wieczór, by mogły jechać na zabawę. A jest to już w zasadzie obyczaj. Jeśli to dziecko-dorosły (ma wszak prawo jazdy) jest odpowiedzialne, jeśli rodzice są odpowiedzialni, to oczywiście, nie ma w tym nic złego. Ale jak często tak jest? Jak często ofiarami pijanych, młodych kierowców padają ich znajomi, osoby postronne? I to także nie jest i nie może być tylko „sprawa rodziny”, tylko dlatego, że wedle logiki pewnej ideologii „jest święta”. Nie, to też jest sprawa społeczeństwa i państwa. Bezpieczeństwa innych obywateli i kosztów, jakie państwo musi ponosić wskutek głupoty jednostek.
I jeszcze raz: półtoraroczna dziewczynka zgwałcona, gdy na podłodze spała jej pijana matka. I później oddana tej matce, ponieważ stwierdzono – zgodnie z owym paradygmatem, że „rodzina jest święta” – iż istnieją między matką córką „normalne więzi”. Wiemy już zatem, co to są „normalne więzi”. Obrzydliwość tej sytuacji kazałaby spuścić zasłonę milczenia. A jednak: NIE! Bo oto z czym mamy do czynienia? Z zakładem: może matka popełniła błąd i się poprawi, i będzie dobrą, odpowiedzialną rodzicielką – owszem, stało się coś złego, ale dajmy jej drugą szansę. Z drugiej strony, nie oszukujmy się, na ile znamy rzeczywistość, jest to bardziej prawdopodobne: to dziecko pozostając w tym „domu” dojrzeje jako ofiara i całe jej życie będzie tym naznaczone. A państwo, a społeczeństwo pozwala sobie na ten zakład w imię największej wartości, na jakiej stoi: godności ludzkiego życia. I jeśli tak określa normy, to normą może stać się w zależności od sytuacji wszystko.
A prawdopodobnie rzecz tylko w jednym – że nikt nie wiedział, co z robić z tym dzieckiem. Dlatego najłatwiej było umyć ręce i oddać je matce. Bo to jest właśnie jedna z cech, ukrytych w logice „świętej rodziny”: że tak naprawdę nic nas nie obchodzi na gruncie społecznym, że liczy się nasz święty spokój i dobre samopoczucie. Że zło to margines społeczny i niech ten margines już tam sobie dogorywa i zdycha, skoro na nic lepszego nie zasługuje. Niech zlituje się nad nim dobry Bóg.
I podobnie jest z kwestią kazirodztwa i gwałtu w rodzinie w wielu innych przypadkach. Pamiętam, że przed kilkoma laty do mojej Matki zadzwonił dyrektor pobliskiej szkoły. Oto w nocy, zimą, pokonując kilka kilometrów przybiegły do niego dwie dziewczynki: ojciec pije i dobiera się do nich. I co zrobić? – nagle staje kwestia. Kwestia, o której wcześniej wszyscy tam wiedzieli, albo przynajmniej domyślali się. Ale była tabu, bo to są „sprawy rodziny”. Gdy prawicowcom wspomnieć o takich rzeczach, wpadają zwykle w histerię, że to szkalowanie, niszczenie ostatnich świętości, albo właśnie patologia (czyli że nic się nie da właśnie zrobić). Alkoholizm w rodzinach to też „sprawa rodzinna”. Przemoc nad kobietami, dziećmi – też „sprawa rodzinna”. I podnosi się krzyk, że statystyki są zakłamane, zawyżone, że to feministki i lewacy niszczą zdrową tkankę społeczeństwa. Tylko czemu przybywa rozwodów? I skąd tyle rosnącej agresji w dzieciakach? I skąd seksting? Bo za dużo telewizji oglądają? A dlaczego? I czemu rodzice nie mają dla nich dość czasu i liczą na to, że ktoś wychowa im dzieci? Szkoła, kościół, podwórko, sąsiedzi. I czemu coraz częściej małoletni piją i palą? Bo jest (im) tak dobrze? Dziwny sposób okazywania radości.
Wiem, nie jest odpowiedzią zabrać dziecko rodzicom, tym bardziej, że instytucje w rodzaju „rodzinnego domu dziecka” to wciąż coś nowego, a tzw. bidule to na ogół dysfunkcjonalne molochy. Wiem, bo jako wolontariusz przyglądałem się przez kilka lat z bliska życiu dwóch takich jednostek. I wiem, że rządzi tam często kastowa niemal przemoc, a dziewczęta traktowane są jako obiekty seksualne – i same siebie tak zaczynają postrzegać. Z drugiej strony, gdy państwo faktycznie chciało temu zapobiec, znalazłoby dość inwencji, środków i możliwości. Ale nie chce/nie potrafi, jak w wielu innych dziedzinach. Dlatego sytuacja jest niestety tragiczna. Ale tu także objawia się podskórnie logika owej ideologii indywidualizmu, kamuflującego egoizm troską o wartości: że niby czemu jako społeczeństwo/państwo mamy się troszczyć o margines? Margines to margines, tak być musi, jest i będzie, bo np. „ubogich zawsze macie u siebie” i możemy wrzucić grosik, albo więcej, ale poza tym czeka nas krucjata z gejostwem, żydostwem i inne ważkie zadania.
Wiem, to już nie felieton, ale paszkwil. Może ktoś poczuł się spoliczkowany. Ale i tak ma szczęście, że nie jest zgwałconą dziewczynką.
przez Joanna Duda-Gwiazda | środa 17 lutego 2010 | Felietony - Joanna Duda-Gwiazda
Na przykład na modelu wspólnego pastwiska łatwo można wytłumaczyć ekonomiczny sens ustalanych przez wspólnotę zasad i wykazać absurd podejścia neoliberalnego. Gdyby socjologia była w programie politechniki, dostałabym na tacy wnioski i uogólnienia, do których mozolnie dochodziłam obserwując otoczenie.
Z drugiej strony może lepiej, że w WZZ-ach i „Solidarności” nie próbowaliśmy wpasować ludzi do różnych statystycznie słusznych klatek. Założyliśmy, że wszyscy Polacy są nadzwyczajni i tacy byli. Okazało się, że robotnicy są romantyczni i kreatywni, inteligenci pragmatyczni, a drobnomieszczanie kolaborują z marksistowską władzą. Nie sądzę, aby takie były oczekiwania socjologów. Uczeni przeprowadzali testy na dwóch grupach szczurów wstępnie wyselekcjonowanych. Szczury inteligentne szybko się uczyły i wszystkie zadania wykonały w krótkim czasie. Szczury tępe osiągnęły dużo gorsze wyniki. Powstał problem, kiedy okazało się, że obie grupy pochodziły z przypadkowej łapanki.
Pierwsza „Solidarność” z naukowego punktu widzenia nie miała prawa powstać. Socjologowie radzą sobie w ten sposób, że przedstawiają powstanie „Solidarności” jako proces rozwijania się buntu przeciw warunkom płacy, pracy i zaopatrzenia poprzez dołączanie postulatów politycznych i moralnych ogólniejszej natury. Jest to opis ahistoryczny. Na przykład Elizabeth Dunn w książce „Prywatyzując Polskę” pisze, że zaczęło się od wyjścia robotników na ulice. Robotnicy siedzieli w strajkujących zakładach i zastanawiali się, co Partia przełknie, a czego nie i jak skutecznie zmusić ją do ustępstw. Już pierwszej nocy przy układaniu 21 postulatów robotnicy zrezygnowali z wolnych wyborów i do stanu wojennego „Solidarność” nie wysunęła żadnych nowych żądań. Broniła pola wywalczonego strajkami przed naporem systemu. „Solidarność” raczej zwijała się niż rozwijała. Władza nigdy nie pogodziła się z faktem, że musiała ustąpić. W socjologicznych okularach nie widać ani problemu niepodległości, ani agentury, która w ogóle nie zalicza się do naukowych kategorii i żaden poważny uczony jej nie uwzględnia.
W artykule, który tłumaczyłam do „Poza Układem”, reakcję świadków na zamordowanie Kitty Genovese przedstawiano jako klasyczny przykład znieczulicy społecznej. Z książki o mafii dowiedziałam się, że była to żona bossa, którą mąż kazał zamordować za zdradę, a potem opłakiwał na pogrzebie w czarnej limuzynie okrytej białymi liliami. Cały Nowy Jork wiedział, kim jest Kitty i świadkowie bali się dzwonić na policję.
Nie mogę się zdecydować, czy socjologowie nadmiernie komplikują opis rzeczywistości, czy upraszczają. Może jedno i drugie. Kiedy unieważni się proste pytanie – dlaczego? – trzeba szukać kunsztownych interpretacji.
W debacie telewizyjnej socjologowie zastanawiali się nad fenomenem bieżącej polityki. Przy okazji afery hazardowej partia rządząca przekroczyła granice bezczelności, a reperkusji żadnych nie widać. Prof. Paweł Śpiewak wyjaśnił brak reakcji społeczeństwa wynikami ankiety. Polacy najbardziej chcieliby wybrać dobry rząd i nie angażować się w bieżącą politykę. A co w tym dziwnego? Każdy by chciał. Na śledzenie losów ustaw, zaglądanie za kulisy lub wczołgiwanie się pod dywan, gdzie zamiatane są różne przekręty – doba jest zbyt krótka. Partia rządząca robi co chce i nieustannie atakuje i niszczy opozycję. Nie wiemy, czy to obywateli zniechęca do aktywności, ponieważ o ich protestach dowiadujemy się dopiero, gdy palą opony i koczują w namiotach. Dr Fedyszak-Radziejowska wspomniała, że owszem, są reperkusje afery hazardowej. Prokuratorzy, sędziowie, urzędnicy dostali czytelną wskazówkę, jakie decyzje powinni podejmować.
Sądzę, że przyczyną bierności społeczeństwa jest strach i narastające poczucie bezsilności. Może się mylę, ale odpowiedź prof. socjologii na pytanie, dlaczego Polacy są bierni? – bo tak chcą – nie zasługuje na poważne potraktowanie. Więcej można się dowiedzieć z historii mafii.
Małe miasto w stanie New Jersey opanowała mafia i doprowadziła je do ruiny. Wybuchły zamieszki. Metody polityczne zawiodły, ponieważ nie było wiadomo, o co buntownikom chodzi. Policja była bezradna. Sprowadzono wojsko, wjechały czołgi. Miasto przez jakiś czas było okupowane. Kiedy było po wszystkim, prokurator przeprowadził wnikliwe śledztwo, ale nie wykrył żadnej szczególnej przyczyny. Ostatecznie stwierdził, że przyczyną buntu było powszechne przekonanie o powszechnej korupcji.
Socjolog E. Dunn prowadziła tzw. badania terenowe, czyli przez półtora roku pracowała w fabryce. Odkryła, dlaczego robotnicy nie angażują się w działalność związków zawodowych – „Podobnie jak ja byli po prostu wyczerpani”. Genialne! Równie genialnego odkrycia dokonałam po przejściu na emeryturę. Okazało się, że mogę uczestniczyć w ciekawych konferencjach i odczytach organizowanych przez IPN w godzinach pracy. Powszechnie obowiązuje opinia, że tylko ludzi starszych interesuje historia. Bezrobotni i bezdomni mają poważniejsze problemy bieżące. Znaczna część młodzieży wraca z pracy późnym wieczorem. Można to zauważyć podróżując środkami komunikacji publicznej. Natomiast studenci przygotowujący się do takich inteligenckich zawodów, jak socjolog, prokurator, sędzia, przedstawiciel handlowy, menedżer i dziennikarz, muszą spełniać oczekiwania przyszłych pracodawców.
Na koniec pytanie dla uczonych. Dlaczego informacja, że Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) została skorumpowana przez koncerny farmaceutyczne, nie znalazła się następnego dnia na pierwszych stronach gazet?