Polska podzielona

Teraz także na część, podobno mniejszą, hołdującą „demonom nacjonalizmu”, i większą – przyjazną, racjonalną, europejską. Większa Polska współczuje bliskim ofiar katastrofy, ale nie ulega emocjom i z ufnością patrzy w przyszłość. Trzeba cierpliwie poczekać rok, dwa, może więcej, na końcowy raport międzynarodowej komisji powypadkowej Wspólnoty Państw Niepodległych. Rosja już też nie dysponuje czarnymi skrzynkami, przekazała je komisji wyższego szczebla. Edmund Klich, Polak akredytowany przy rosyjskiej części tej komisji, też jest przeciwny ujawnianiu zapisów, ponieważ załoga w czasie lotu prowadzi rozmowy intymne. Nasza „sytuacja proceduralna” byłaby lepsza, gdybyśmy należeli do WNP, nie do UE i NATO. W pierwszym wywiadzie 10 kwietnia Andrzej powiedział, że druga tajemnica katyńska zostanie ujawniona za następne 70 lat.

W nocy z 10 na 11 kwietnia Andrzej odkrył pierwszą „czarną dziurę” w treści SMS-a odebranego na komórce służbowej Kolegium IPN. Była to informacja z Internetu, że drugi zastępca prezesa IPN, pani Maria Dmochowska, weszła do gabinetu Janusza Kurtyki. 12 kwietnia Kolegium akceptowało pierwszego zastępcę jako pełniącego obowiązki Prezesa. Marszałek Sejmu wniósł poprawkę do nowelizowanej ustawy o IPN, że to Marszałek decyduje, kto będzie pełnił obowiązki prezesa IPN w przypadku śmierci. 11 maja M. Dmochowska oświadczyła Kolegium, że do gabinetu J. Kurtyki nie wchodziła i prosiła o sprostowanie fałszywej plotki.

Z dotychczasowych ustaleń śledztwa wynika, że żadnej przyczyny katastrofy nie ma. Najbardziej prawdopodobna jest hipoteza, że to palec boży strącił polski samolot za grzech kaczyzmu. Wiemy już też, że Rosjanie spisali się na medal, dosłownie. 9 maja Marszałek w Ambasadzie RP w Moskwie na przyjęciu „na cześć rosyjskich przyjaciół Polski” („Rzeczpospolita”) wręczył przyznane przez Lecha Kaczyńskiego odznaczenia zaangażowanym w ujawnianie prawdy o Katyniu, a także zasłużonym uczestnikom akcji ratunkowej pod Smoleńskiem. Bohaterów akcji ratunkowej wytypowali zapewne Rosjanie, ponieważ Polacy nie wiedzą, kto przystawiał im do głowy broń długą, wyrywał kasety z kamer i karty z telefonów komórkowych.

W czasie pogrzebów przebywałam w mniejszej Polsce. Jedyny przedstawiciel większości, która nie uległa histerii i nekrofilii, pojawił się w dresie, na rolkach. Rosły mężczyzna pędził pod prąd konduktu żałobnego śp. Janusza Kurtyki, wrzeszcząc „Tu jest ścieżka rowerowa!”.

Po powrocie do większościowej Polski powinnam włożyć wór pokutny i posypać głowę popiołem. Od Marszałka Senatu dowiedziałam się, że uczestniczyłam w seansach nienawiści (wywiad w „Rzeczpospolitej”). Znajomej skojarzyło się to z Jerzym Urbanem. Skutek jest pozytywny. Zaniepokojona, że wracają czasy stanu wojennego, zmobilizowała proboszcza swojej parafii do intensywnych przygotowań beatyfikacji księdza Jerzego Popiełuszki. Kulturalny eurodeputowany Saryusz-Wolski politycznymi kanibalami nazwał dywagujących nad przyczynami katastrofy.

Ale Donald Tusk poszedł na całość. Na oczach telewidzów powiedział, że propozycja przejęcia śledztwa przez stronę polską wywołałaby nastroje zimnowojenne. Skojarzenie z drugą Jałtą też mi się nasunęło, ale bałam się wypowiedzieć je głośno, a tym bardziej publicznie, aby nie wyjść na kompletnego oszołoma. Premier mnie wyręczył, więc poszukajmy analogii. W momencie decydującym o przyszłości Polski prezydent Obama grał w golfa, prezydent Roosvelt kolekcjonował znaczki. Przywódcy państw Europy Zachodniej nie przybyli na pogrzeb tragicznie zmarłego prezydenta RP. Nie mogli wsiąść do mniejszego samolotu, helikoptera, pociągu, samochodu lub morskiej korwety, ponieważ honorowanie Prezydenta, który siał niepokój między UE a Rosją, byłoby niewłaściwe.

Specjaliści twierdzą, że prezydent Obama prawidłowo postrzega konflikt między biednym Południem i bogatą Północą. Konflikt między Wschodem i Zachodem uważa za załatwiony. Sami Polacy dopiero teraz dowiedzieli się, że naród jest podzielony. Transformacja się udała. Polska rozwija się pomyślnie i ma dobre stosunki i z Niemcami i z Rosją. O stanie wojennym nikt już nie pamięta. Generał Jaruzelski został pierwszym prezydentem wolnej Polski, Lech Wałęsa drugim, trzeci – Kwaśniewski – to już prezydent ponad podziałami. Tylko następny Prezydent RP się nie udał. Od ministra spraw zagranicznych, Radka Sikorskiego, każdy mógł usłyszeć, że jest jakiś mały i strasznie konfliktowy.

Marszałek Komorowski obiecuje, że na stanowisku prezydenta przywróci Polsce jedność. To znaczy, że mniejsza Polska, „archaiczna, mesjanistyczna, nacjonalistyczna”, zniknie, rozpłynie się, wymrze. Jak nas załatwi – siłą czy sposobem? Licząc realne siły i realną władzę, szanse mamy nikłe. Ale jak już jesteśmy tacy nienowocześni, podejdźmy do problemu inaczej. Taternicy, żeglarze i inni ludzie narażeni na niebezpieczeństwo, opowiadają jak w opresji pomagały im duchy kolegów, którzy zginęli w górach lub na morzu. Mnie też kilka razy to się zdarzyło.

Myślałam, że tylko Polacy maja jakąś skazę genetyczną, że wierzą w takie bzdury i jeszcze o nich opowiadają. Okazuje się, że racjonalnym Anglikom też pomagają duchy. W „Obywatelu” nr 49 przeczytałam, że w czasie I wojny światowej, kiedy Niemcy zdobywali coraz większe obszary Europy, w bitwie pod Mons w szeregach brytyjskich oddziałów pojawiły się duchy łuczników spod Aginccourt, sprzed 500 lat, i pomogły pokonać wojska niemieckie. Podobno więcej ludzi słyszało o „aniołach spod Mons” niż o samej bitwie. Ale moi znajomi nie wierzą w duchy, wierzą w cud nad urną i radzą wejść do komisji wyborczych.

Czego panicznie boi się PO? Co kryją archiwa IPN i Aneks do Raportu o WSI, którego Lech Kaczyński nie opublikował? Po co wyszydzano, komu zagrażają sentymentalne dinozaury?

Skąd się biorą patrioci?

Wiele się ostatnio mówi o patriotyzmie. A skąd się biorą patrioci?

Powie ktoś, słusznie, że patriotyzm to dziedzictwo wyniesione z rodzinnego domu. Ale co z życiem społecznym, co z rolą państwa? Bądź co bądź rodzina to nie byt samoistny, a młode pokolenia czerpią wiedzę o świecie także ze środowisk rówieśniczych oraz z szeroko pojętych mass mediów. Ich światopogląd kształtuje infotainment, kolorowa prasa młodzieżowa, Internet i zasłyszane od dorosłych opinie (które i ci często gdzieś zasłyszeli, bo na czytanie rzeczy poważniejszych niż brukowce często nie mają chęci, siły, pieniędzy lub zdolności).

Można zapytać o rolę szkoły. Cóż, tu zdaje się mamy do czynienia z coraz bardziej sztampową edukacją, opartą na testach. Przeludnione w większości szkoły (dzięki decyzjom władz, które nieodmiennie od lat na nich oszczędzają, podobnie jak na kulturze, nauce czy zdrowiu, walcząc dzielnie z przerostami „socjalizmu”), nauczyciele poddani biurokratycznym procedurom, program okrajany z „kulturalnych nadwyżek”: ogół przygotowywany do roli Orwellowskich proli. Nie mówię oczywiście o szkołach elitarnych, dla dzieci wysoko postawionych i dobrze sytuowanych. Mówię o polskiej średniej, ze świadomością, że to właśnie owi „średniacy” stanowią społeczną większość i że to oni są owym – tak ukochanym przez wielu – narodem. Przynajmniej werbalnie ukochanym…

Stanisław Stabro, poeta Nowej Fali, zapisał przed laty w jednym z wierszy, że „państwo, które potrzebuje fabryk, nie potrzebuje poetów”. Odnoszę wrażenie, że państwo, które potrzebuje sieci hipermarketów i chętnie uczestniczy w kolejnych „wojnach o pokój” (i nie skąpi na nie pieniędzy), nie potrzebuje wykształconego społeczeństwa. W gruncie rzeczy jest ono problemem: tak dla polityków, jak dla menadżerów. Łatwiej rządzi się durniami, łatwiej oferuje gorsze warunki pracy półdarmowej, bo niewykształconej, mało świadomej siebie „sile roboczej”. Ludzie bez szerszej wizji świata chętniej też oglądają najgłupsze z możliwych programów rozrywkowych, lekkich, łatwych i przyjemnych. Skutki tego są różne, nie tylko polityczne. Przede wszystkim – obywatelskie, czy ściślej anty-obywatelskie. „Dobro wspólne” nie istnieje w przestrzeni zawłaszczonej przez głupotę, bo głupota nawet jeśli „myśli” , to raczej stadnie, niż wspólnotowo. A różnica między stadem a wspólnotą jest taka, jak między owczym pędem ku przepaści, a budowaniem mostów (między ludźmi).

Teoretycznie co pięć lat można by urządzać jakąś żałobę narodową, jest to jednak – proszę wybaczyć cynizm – impreza dość kosztowna i w końcu mogłoby zabraknąć żertwy. Co w zamian? Inwestycje w edukację? W kulturę? Na poziomie prowincji oczywiście, nie jedynie stolicy i kilku większych miast, gdzie dostęp do „wyższej kultury” jest odpowiednio łatwiejszy. Ale cóż, nie tylko Andrzej Bursa, sądząc z otaczających realiów, ma „w dupie małe miasteczka”.

Oczywiście, trzeba chcieć. I trzeba umieć. Instytucje państwowe mają tu raczej pomóc, a przynajmniej nie przeszkadzać, jeśli faktycznie na pomoc ich nie stać. I są tacy, którzy chcą, a których przykłady wielokrotnie opisywaliśmy w „Obywatelu”. Ot, choćby „Ludzie Juranda”. Wspomnę też ludzi z mojej rodzinnej, niewielkiej, raczej ubogiej popegeerowskiej miejscowości, którzy własnym sumptem stawiają ludowy dom kultury. Dlaczego? Kiedyś mieli szkołę, później zostali z niczym. Ale widać w ich myśleniu o miejscu, w którym żyją, była jakaś troska, poczucie więzi, odpowiedzialności i w końcu dumy. Najpierw postawili kaplicę, teraz budują ów dom kultury. Pokolenie ludzi, które chodziło z moją Matką na piesze rajdy do Turwi, dawnej siedziby rodu Chłapowskich. Ale budują też starsi. I młodsi, choć tych coraz mniej.

Patriotyzm nie istnieje poza świadomym życiem obywatelskim i kulturalnym. Udział w życiu publicznym, czy tzw. wielkiej polityce powinny być jego konsekwencją. Biada, jeśli do polityki trafiają ludzie wykorzenieni, albo bez poczucia dobra wspólnego. Skąd się biorą patrioci? Świadomi obywatele? Czy po prostu ludzie, którzy widzą dalej niż kawałek swojego, choćby partyjnego, nosa? Co powiedzieć więcej, niż Staszic: „Takie będą Rzeczpospolite, jakie młodzieży chowanie”. Ale cóż, czy dzisiejsze szkolnictwo czy polityka państwa są zdolne sprostać powyższemu aksjomatowi?

Za biedni na kasę

Często spotykam się ze zdziwieniem, że biedni nie kupują przyzwoitych produktów – droższych, ale trwalszych; wszak to czysta oszczędność. Czysta oszczędność i czysta prawda, tyle że dla osób, które na to stać.

Przez długi czas pracowałem w zawodach, bez których współczesne miasto by sobie nie poradziło, a które są dość powszechnie pogardzane i bardzo skromnie wynagradzane. Wbrew równie powszechnej opinii, jak ta zawarta w zdaniu wstępnym, nie trafiają do takich prac wyłącznie skończeni degeneraci. Spotkałem tam ludzi o bardzo różnym poziomie wykształcenia, kultury osobistej i przejściach życiowych. Większość została przeżuta, a następnie wypluta przez transformację, toteż obok siebie, ramię w ramię, ulice pucowali majstrzy z łódzkich fabryk i chłopcy, którzy mieli bliższe kontakty z systemem penitencjarnym; abstynenci i alkoholicy, drobne złodziejaszki i gorliwi chrześcijanie. W większości – bardzo porządni ludzie, a z pewnością bardzo porządni koledzy. Pracą tą usiłowałem zarobić na życie i studia (swoją drogą ze strony przyszłej tzw. inteligencji często spotykały mnie drwiny z powodu wykonywanego zawodu, podczas gdy ze strony kolegów z pracy mogłem liczyć na wsparcie w nauce, za co do dziś jestem im niezmiernie wdzięczny). Pięcioletnia praca w zakładzie komunalnym nauczyła mnie nie tylko oceniania ludzi po charakterze, nie zaś dyplomie, lecz także pozwoliła przyjrzeć się pewnym mechanizmom biedy i degradacji społecznej.
Wszyscy musieliśmy sobie radzić z niskimi dochodami. Wracamy w tym miejscu do pytania, czemu ludzie o tak niskich zarobkach nie kupowali np. porządnych spodni, które wytrzymają cztery lata? W owym czasie porządne spodnie „zaczynały się” od 200 zł, nasze pensje zaś wynosiły niewiele ponad 700, z czego należało dokonać wszelkich niezbędnych opłat i zakupić jedzenie (nie pytajcie nawet, jak to się udawało). W tej sytuacji pozostawały zakupy albo na najtańszych bazarach, albo w sklepach z odzieżą używaną. Sumarycznie przez cztery lata zapewne każdy wydał więcej niż 200 zł, by mieć co, za przeproszeniem, na tyłek włożyć. Dlaczego więc nikt się nie wstrzymał z zakupem i swoich pieniędzy nie wrzucił do skarbonki? Zdaję sobie sprawę, że niektórym mędrkom z zamkniętych osiedli nie mieści się to w głowie, ale zwyczajnie dlatego, że musielibyśmy chodzić nago. Paradoksalnie, ludzie wydają więcej właśnie z biedy.
Tak, wiem, sami są sobie winni: mogli się uczyć, pójść na kurs, wcześniej się jakoś zabezpieczyć. Powiedziała mi to w tamtym czasie pani doktor od ekonomii, z którą miałem zajęcia. Dla porządku dodam, że w moim mieście szalało wówczas niemal 20-procentowe bezrobocie, a że działo się to jeszcze przed wejściem do Unii, darmowych kursów czy innych sposobów dokształcania się nie było, a w każdym razie nie było o nie tak łatwo, jak dziś. Kiedy rozmawiałem o tym z inną panią doktor, powiedziała wprost: W obecnym systemie gospodarczym ci ludzie właściwie nie mają szans, by się wyrwać ze swego położenia.
Podobne mechanizmy działają na poziomie samorządów. Bogate gminy nie mają problemów z pozyskiwaniem unijnych środków na „wyrównanie szans”, w przeciwieństwie do swoich biedniejszych pobratymców. Pomijając braki kadrowe, które uniemożliwiają napisanie dobrego wniosku, a następnie realizację i rozliczenie projektu, ubodzy krewni zwyczajnie nie mają środków na wymagany tzw. wkład własny. Oto przykład z mojego podwórka. W aglomeracji łódzkiej powstał pomysł Łódzkiego Tramwaju Regionalnego. W projekcie miały wziąć udział cztery gminy, przy czym żadna z nich nie należy do najbiedniejszych w Polsce. Gratka nie lada, o ile dobrze pamiętam Unia Europejska sponsorowała niemal 80% wartości inwestycji. Dla pełnego obrazu dodam, że w gminie Ksawerów jest zaledwie pięć przystanków, a długość torowiska nie przekracza 2 km. Wymiana torów na tym odcinku to koszt wysokości rocznego budżetu tej gminy, dlatego zredukowanie go do 1/5 wydaje się niepowtarzalną okazją, Ksawerów nie był jednak specjalnie zainteresowany zainwestowaniem 20% swego budżetu w linię tramwajową, biegnącą zresztą po obrzeżu gminy. Regionalny przewoźnik zadeklarował, że na własny koszt wyremontowałby ten odcinek, bo i tak by mu się to opłacało, ale przepisy na to nie zezwalają. Po północnej stronie gmina Zgierz, która początkowo dość ciepło odnosiła się do koncepcji, również się wycofała, z powodu… braku środków na wkład własny. W efekcie końcowym tramwaj regionalny nie wyjeżdża poza granice Łodzi.
Warto zauważyć, że w Polsce jest wiele gmin w znacznie gorszym położeniu, podobnie jak wielu ludzi ma przychody niższe niż moi koledzy z zakładu komunalnego. Jeśli nie chcemy Polski trwale podzielonej na obszary bogate i nowoczesne oraz biedne i zacofane, a jej obywateli na mieszkańców zamkniętych osiedli i „wiecznych nieudaczników”, to musimy niezwłocznie wypracować system bardziej sprawiedliwego podziału dóbr.

Konrad Malec

Wielki płacz Polaków

O żałobie narodowej po tragedii smoleńskiej powiedziano już wiele. Mądrze i głupio, wzniośle i przyziemnie. Patriotycznie, politycznie i cynicznie. O rządach trumien i polskim nierządzie, o medialnych woltach, wierności i pogardzie. Generalnie, całe doświadczenie opisywano w kategoriach przywracania świadomości narodowej, dobra wspólnego, państwowości lub wspomnianej „traumy trumiennej”. Był też dyskurs o modernizacji i tożsamości, o jedności Polaków i jej braku, o tym, komu wolno nazywać się patriotą, a kto się czuje pozbawiony tego prawa. Była dyskusja o pochówku na Wawelu i wspominki szanownego redaktora Stasińskiego o „mrocznych pasjach” prof. Krasnodębskiego i Andrzeja Gwiazdy. Było o Prawie i Sprawiedliwości, Platformie Obywatelskiej, Tusku, Komorowskim i Putinie. Było o teoriach spiskowych i było wezwanie ponadnarodowe: „miłujmy się!”. Było nawet o islandzkim wulkanie i o tym, że Obama gra w golfa. Wszystko było? Prawie wszystko.

Ale coś chyba umknęło. Coś, co zdaje się nieźle opisuje współczesnych Polaków i ich dzisiejsze bolączki. Coś, co można nazwać prawem do smutku i łez, do boleści, do przeżywania tego w sposób mądry, pogłębiony, we wspólnocie. Nie oszukujmy się, kultura masowa jest kulturą niezakorzenienia, kulturą płytką, opisującą świat w sposób trywialny, często niemal fizjologiczny. A z pewnością jest kulturą, która zagadnienia związane ze śmiercią, cierpieniem i krzywdą stara się odgonić jak najdalej od siebie. Przegonić precz, by nawiązać do tytułu znakomitej książki Filipa Aries. Bo zgodnie ze swoim przeznaczeniem służy zabawie, rozrywce, tym błaznom – przeganiaczom nudy. Ból i płacz mają do niej dostęp przede wszystkim w formach perwersyjnych, cynicznych, czyli takich, które stworzą w odbiorcy raczej dystans niż współczucie, raczej zaciekawienie niż żal.

I jeszcze jedno: świat nie nastraja nas do publicznego ukazywania cierpienia i żałoby. To nawet logiczne i konieczne. Ekshibicjonizm, obnoszenie się z bólem, nieustanne ukazywanie bliźnim bolesnej twarzy jest zjawiskiem chorobliwym. Z drugiej jednak strony, obecny stan rzeczy pokazuje, że współczesny Polak jest w swoich problemach osamotniony (rosnąca liczba samobójstw w Polsce, szczególnie wśród mężczyzn!), że nie znajduje oparcia w innych i że poddał się presji milczenia o własnych kłopotach. Bo te są oznaką słabości, bo brak intymnych więzi, bo płytka kultura sprzyja płyciźnie relacji itd., itp. Jednym zdaniem: jeśli cierpisz, cierp samotnie, w czterech ścianach. Bo każdy ma swoje smutki i problemy, więc co kogo obchodzi twój ból. Poza tym, jeśli cierpisz, to może masz poważne problemy i nie nadajesz się do pracy? Może zatruwasz atmosferę? Może powinieneś się leczyć? Może powinieneś usunąć się na margines społeczeństwa? Może nie radzisz sobie w życiu, więc jesteś nieproduktywny i zbędny? A jeśli nikt cię nie potrzebuje i jesteś nieprzydatny ludziom, to po cholerę zawracasz światu głowę swoim istnieniem?

I trudno wyrokować w tym miejscu, ale ta samotność wśród ludzi, gdy każdy gnębiony własnymi strapieniami siedzi milcząco w metrze, tramwaju, autobusie, gdy wybucha nagłym gniewem, stojąc w korku, wydaje się być niezłym, choć prozaicznym podsumowaniem wyobcowania społecznego, atomizacji, braku więzi i możliwości wsparcia ze strony innych. Logika kulturowego indywidualizmu, opakowana w ładną bajeczkę o szczęśliwej samorealizacji i drodze od sukcesu do sukcesu (jakby życie nie kończyło się starością i śmiercią, a starość zawsze wygląda tak ładnie, jak na reklamach Werthers Original czy piguł przeciwbólowych), logika wsparta przez ekonomiczny darwinizm i filozofię „radź sobie sam”, „śmierć frajerom!”, stojąca w sprzeczności z ideą wspólnoty, dobra wspólnego, oto groźby większe niż polityczne szturchańce. Straszniejsze niż świński ryj posła Palikota.

I oto w czasie żałoby narodowej okazało się, podobnie jak przed pięcioma laty, że o cierpieniu nie trzeba wcale mówić po cichu, do ucha, półsłówkami, nadrabiając miną. Że można płakać, smucić się, można głośno i szczerze o tym mówić. Można przeżywać cierpienie w sposób godny, bez histerii, ale i bez cynizmu, że można czuć, doświadczać strachu, boleści, poczucia krzywdy i straty. Że można płakać nad innymi, ale też i nad sobą. Bo żywi, płacząc po zmarłych, boleją także nad własną stratą, nad własnymi biedami. I w tych łzach, goryczy, czasem także gniewie chyba najwięcej było oczyszczenia duszy. Wszak, podobnie jak w greckiej tragedii, i ta smoleńska, chcąc nie chcąc, przynosiła katharsis. Dała możliwość powiedzenia prawdy o sobie i otaczającym świecie. O własnej bezsilności i bezradności. To było widać w tych rozmowach na Krakowskim Przedmieściu, nawet gdy pozornie dotyczyły wyłącznie spraw wielkich i wzniosłych. Ta wspólnota odbudowywała się na łzach i przyznaniu się do ludzkich uczuć, innych niż (błazeński) śmiech, innych niż licytowanie się o prestiż i majątek, innych niż rozrywka. Bo wspólnotę mogą budować jedynie ludzie, nie istoty sprowadzone do swoich społecznych i rynkowych ról. I nagle okazuje się, że ten człowiek stojący obok mnie, w smutku i zatroskaniu, wcale nie jest obcy. Nie jest moim wrogiem, nie czyha na moje mienie, ani ciało, ani życie.

Tak, to była żałoba narodowa. Wielki płacz Polaków nad sobą. Czy wysmarkawszy nosy, każdy wróci do siebie?

Historia „magistra vitae”

W 1980 r. Anna oparła się naciskom władz i Andrzeja Wajdy. Jej kolega ze Stoczni, Henryk Lenarciak, też twierdził, że zasada chrześcijańskiego przebaczenia nakazuje upamiętnienie poległych milicjantów razem ze stoczniowcami. Po stanie wojennym władza pojednała się z narodem przy „okrągłym stole” i pomnik nazwano pomnikiem „Solidarności”, chociaż „Solidarność” pomników sobie nie stawiała. Przypominanie minionych zbrodni PZPR, czyli – jak się okazało – sojusznikowi w obalaniu systemu komunistycznego, uważane jest za nietakt.

W 1981 r. bojówka robotnicza ze Stoczni Gdańskiej wyrzuciła działaczy Wolnych Związków Zawodowych z drukarni „Solidarności”. Stracili pracę i zostali poturbowani. Lech Wałęsa do pracy ich nie przywrócił i apelował o zaniechanie kłótni. Prasa związkowa o tym nie pisała, aby nie szkodzić wizerunkowi „Solidarności”.

W 1984 r. ktoś okrutnie zamordował księdza Jerzego Popiełuszkę. Cały naród z zapartym tchem czekał na wyniki śledztwa energicznie prowadzonego przez szefa bezpieki, generała Czesława Kiszczaka. Po pogrzebie żałobnicy udali się przed gmach bezpieki i krzyczeli: „Przebaczamy!”.

W 1985 r. na mszy żałobnej po zamordowaniu przez milicję studenta Antonowicza, ksiądz Jankowski apelował do licznie zgromadzonej młodzieży o niezabijanie nienarodzonych.

W 1989 r. po zamordowaniu kolejnego księdza, Siła-Nowicki, uczestniczący w obradach „okrągłego stołu” po stronie „solidarnościowej”, apelował, aby nie dać się sprowokować i nie zerwać rozmów.

W 2010 r., po porażającej katastrofie samolotu pod Smoleńskiem, władza ma nadzieję na pełne pojednanie Rosji i Polski, ponieważ pamięć o zbrodni katyńskiej podobno już łączy, a nie dzieli. Apele o pojednanie po każdej tragedii są jakąś obsesją narodową. W podniosłym nastroju uroczystości żałobnych nikt nie zaprzeczy ewangelii, która każe miłować nieprzyjaciół.

Cenzura czuwa, aby pojednania nie zakłóciło publicznie postawione pytanie – Czy był to zamach terrorystyczny? Zakazane jest najważniejsze pytanie, które od czasu ataku na USA zadaje sobie opinia publiczna i prowadzący śledztwo po każdym poważniejszym wypadku komunikacyjnym. Zginął Prezydent Polski i dowódcy NATO. Zamachu mogła dokonać Al-Kaida, nasze wojska są w Afganistanie i Iraku. Mogli Czeczeńcy, aby rzucić podejrzenie na swego śmiertelnego wroga Putina. Może Rosjanie, pogrobowcy Stalina chcą przeszkodzić władzom Rosji w pojednaniu z Polską i otwarciu na Zachód. Czego boją się cenzorzy? Jakiej odpowiedzi?

Kiedy próbowałam sobie przypomnieć, jak doszło do tego, że Premier Polski oddał hołd polskim oficerom w Katyniu z Premierem Rosji, nie z Prezydentem Polski, rozsądna i zrównoważona kobieta zaczęła krzyczeć: pani chce wywołać wojnę. Jaką wojnę? Polska nie napadnie na Rosję, bo nie ma czym. Rosja nie zaatakuje Polski, bo nie ma powodu. Przyczyną mogłaby być obrona Gruzji, ale to już historia. IV wojny światowej też Polacy nie wywołają. Prezydent Obama wysoko ceni profesjonalizm rosyjskiego śledztwa i wojny o czarne skrzynki nie rozpocznie.

Odnoszę wrażenie, że niektórzy ludzie tracą rozum na skutek nie rozpaczy, lecz strachu. Przestaną się bać, kiedy wszystko wróci do normy. Kiedy okaże się, że Lech Kaczyński sam sobie winien, Jarosław Kaczyński przegra wybory prezydenckie, Donald Tusk przypieczętuje wieczną przyjaźń z Rosją, a cały świat pochwali Polskę za rozwagę.

Kiedy dostaliśmy wiadomość o tragedii pod Smoleńskiem, Andrzej kończył czytać wspomnienia Stefana Korbońskiego „W imieniu Rzeczypospolitej…”, wydane przez IPN. Historia Polski Walczącej dobiegała końca. Przytoczę kilka fragmentów. Autor cytuje słowa delegata Rządu. „Już wstępne rozmowy zostały przeprowadzone, między innymi także przez delegacje stronnictw, każdą oddzielnie, i wszyscy wrócili bez żadnych przeszkód. Nikt ich nie śledził ani przedtem, ani potem. Najważniejsza rzecz, że przyjęli nasz wstępny warunek, a mianowicie, że przede wszystkim zawiozą naszą delegację do Londynu, a później dopiero stamtąd pojedziemy na rozmowy”.

Korboński przyznaje, że to go uspokoiło. „Nie była jednak tego zdania moja lepsza połowa, Zosia, która z całą stanowczością twierdziła, że to pułapka. Doszło na tym tle do »wojny domowej«, w czasie której cały ród męski został wielokrotnie i ciężko spostponowany i odsądzony nie tyle od czci i wiary, ile od rozumu. Moje typowo mężowskie zalecenia »niewtrącania się w męskie sprawy« nie skutkowały i nawet takie żałosne i budzące litość powiedzonka, że »tutaj człowiek tyra latami, a do Londynu jadą inni…« były przyjmowane wybuchami sarkastycznego śmiechu. W podobny sposób reagowała żona naszego przyjaciela, członka formującej się delegacji. Ta tylko monotonnie powtarzała: »Ale zegarka to ty, tatuńciu, ze sobą nie bierz, bo ci go w tym Londynie Ruskie zabiorą«”.

W odezwie „Do Narodu Polskiego”, opublikowanej przez Radę Jedności Narodowej 17 maja 1945 r., czytamy: „Oczekujemy, że w utworzeniu Tymczasowego Rządu Jedności Narodowej weźmie udział piętnastu aresztowanych przedstawicieli Polski Podziemnej, że z tą chwilą przywrócona będzie wolność słowa, prasy, zgromadzeń i stowarzyszeń… Oczekujemy, że wielcy sprzymierzeńcy doprowadzą dzieło do takiego właśnie końca”.

Polską specjalnością jest chowanie głowy w piasek, który rozwiała historia.

W obronie mrówek

Pamięci Izabeli Jarugi-Nowackiej

Z pozoru może się wydawać, że w dniach żałoby nie warto rozmawiać o konkretnych ustawach czy ich projektach. Jednak nieraz ich treść i losy wiele mówią o wybranych życiorysach (a przynajmniej ich politycznym aspekcie), postawach konkretnych ludzi. Gdy te osoby odchodzą, ustawy stanowią żywą – bo przekładającą się na życie innych – pamiątkę po nich. Tak jest w przypadku ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie i osoby Izabeli Jarugi-Nowackiej.

To między innymi dzięki jej determinacji w 2005 r. powstały pierwsze uregulowania w tym zakresie, wprowadzające wiele ważnych zapisów chroniących najsłabszych i włączające w system prawny przekonanie, że przemoc w rodzinie nie jest czymś prywatnym, co można chować w zaciszu domu, lecz kwestią społeczno-polityczną, na którą jako wspólnota nie możemy być obojętni. Uruchomiło to także debatę– niestety, przez długi czas i tak zbyt cichą jak na wagę problemu – w ramach której wyłoniły się propozycje kolejnych ulepszeń. Je również Jaruga-Nowacka popierała, nie zadowalając się częściowym sukcesem sprzed pięciu lat, tylko przyjmując prawdziwie lewicową postawę, że system społeczny wymaga ciągłego naprawiania i nie ma takiego status quo, z którym moglibyśmy się w pełni pogodzić.

Zajmowanie się problemem przemocy w rodzinie było praktycznym wyrazem politycznego credo Pani Poseł, że polityka lewicowa musi stawać w obronie „mrówek”, najsłabszych. Miała na myśli obronę zarówno słabszych ekonomicznie (o co zabiegała jako działaczka Unii Pracy, niekiedy skutecznie), jak i grup wymagających wsparcia z innych powodów (np. dyskryminowane kobiety czy ofiary przemocy, w tym rodzinnej). Oczywiście i wcześniej ruchy socjalistyczny i socjaldemokratyczny były przychylne zarówno kwestii kobiet, jak i prawom dziecka – poglądy socjalisty Korczaka tego dowodem – niemniej sprawy te znajdowały się przez długi czas poza głównym nurtem lewicowych dążeń. Także dziś nie zawsze pamięta się o wielości wymiarów, w których jednostki czy grupy są narażone na krzywdę.

Troska o wszystkich pokrzywdzonych była wyróżniającym rysem politycznej postawy p. Jarugi-Nowackiej. Nieraz bowiem mamy do czynienia z ludźmi, którzy zachowując wierność tradycyjnym postulatom socjalnym bagatelizują problemy, które ujrzały światło dzienne w ostatnich kilku dekadach i które nie wiążą się bezpośrednio ze sferą produkcji. Albo odwrotnie, i to chyba nawet częstsze – z takimi, którzy zachłystując się hasłami emancypacji obyczajowej, mniej lub bardziej świadomie zapominają o wykluczeniu ekonomicznym i społecznym. Izabela Jaruga-Nowacka nie popadła w żadną z tych pułapek.

Jednocześnie nie popadła też w przesadny, a więc nieskuteczny radykalizm. Pamiętam jej udział w jednym z programów telewizyjnych parę miesięcy temu, który poświęcony był sprawie krzyży w szkołach, która to kwestia podniesiona została przez uczniów pewnego ogólniaka. Posłanka zgodnie ze swoimi przekonaniami poparła uczniów i była gotowa ich bronić, ale jednocześnie stanowczo odcięła się publicznie od konfrontacyjnego języka swej sejmowej koleżanki, twierdzącej, że krzyże powinny z hukiem zniknąć z sejmowych i szkolnych ścian, gdyż wprowadzono je tam po cichu i bezprawnie. Pani Jaruga zamiast ideologicznej wojny zaproponowała debatę światopoglądową. Sama nieraz brała udział w tego rodzaju debatach i mimo zawsze emocjonalnego tonu i niekiedy ostrej krytyki strony przeciwnej, zawsze widać było, że walczy o sprawę, a nie z nienawiści czy dla pustego sporu. Jednak chyba bardziej niż w ideowych debatach jej postawa wyrażała się, trzymając się przyjętej metaforyki, w „mrówczej pracy” w poselskich komisjach, w pracach nad projektami legislacyjnymi, które potem miały się przekuć na coś względnie trwałego, w zapisy prawne.

Obecnie nie wiemy jeszcze, czy i w jakim ostatecznym kształcie nowelizacja ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie zostanie uchwalona. Niezależnie od tego, jak odnosimy się do ducha tego projektu oraz jego konkretnych zapisów, z szacunku dla zmarłej inicjatorki, jak i z uwagi na dobro społeczeństwa i jego bezbronnych członków, debatujmy o tym dużo, rozważnie i merytorycznie.

Rafał Bakalarczyk