przez Krzysztof Wołodźko | wtorek 15 czerwca 2010 | Felietony - Krzysztof Wołodźko
Na początek garść cytatów.
Andrzej Walicki, „Łagowskiego zmagania z PRL” (2008): „(…) antykomunizm »Solidarności« okazuje się w gruncie rzeczy protestem przeciwko zdradzie komunizmu przez władze państwowe. Tym samym upaść musi mit »Solidarności« jako fundamentu nowej, niekomunistycznej Polski. Robotnicza »Solidarność« (którą odróżnić należy od jej inteligenckich doradców) okazuje się nie początkiem kapitalistycznej Polski, w której żyjemy, lecz raczej tragicznym zakończeniem historii PRL. »Solidarność« należy do tej historii jako klasyczna próba powrotu do źródeł – buntu robotników przeciwko realnie istniejącemu państwu w imię obietnic danych klasie robotniczej w oficjalnej ideologii tegoż państwa”.
Jarosław Kaczyński w rozmowie z Teresą Torańską, z wywiadów zebranych w „My” (1994): „Nawet gdybym nie był pełnomocnikiem Moskwy, a musiałbym tutaj rządzić, to bym z »Solidarnością« jakoś się rozprawił, bo razem z nią rządzić by się nie dało. Ponieważ ten monstrualny ruch, ze względu na swój charakter i konstrukcję także organizacyjną, do demokracji się nie nadawał. Przede wszystkim z dwóch powodów. Oparty był na strukturze przedsiębiorstwa, a wyrażał w istocie ambicje polityczne, co jest klasyczną cechą komunizmu, oraz był z samego założenia, w swoich intencjach, ruchem wszechogarniającym, czyli źle tolerującym jakikolwiek pluralizm. Poza tym reprezentował sposób widzenia rzeczywistości zupełnie nieprzystający do gospodarki wolnorynkowej. (…) Zapewniam cię, że gdyby w 1989 r. »Solidarność« miała siłę z 1981 r. to w ogóle żadnego normalnego mechanizmu demokratycznego w Polsce by się nie zbudowało”.
Robert Kuraszkiewicz, „Polityka nowoczesnego patriotyzmu” (2010): „Realne uporządkowanie polskiej polityki według osi »Solidarność« – Sojusz Lewicy Demokratycznej sprawiło, że nie wykształciły się silne obozy społeczno-polityczne, które byłyby odzwierciedleniem sympatii ideowych polskiego społeczeństwa. Mimo licznych prób, żadne z ugrupowań prawicowych nie potrafiło zbudować długofalowego programu i zaplecza społecznego dla własnej polityki. W krytycznym momencie jedynym punktem odniesienia dającym nadzieję na wygraną było odwołanie do »Solidarności«. W ten sposób dopracowaliśmy się oryginalnego na skalę światową ugrupowania prawicowego, którego przywódcami de facto byli działacze związkowi. Nie udało się również zbudować żadnego ugrupowania polskiej lewicy, która przecież dysponowała wielkim demokratycznym i patriotycznym dziedzictwem. Dopiero upadek paradygmatu »Solidarności« w wyniku kompromitacji rządów AWS, a następnie radykalne osłabnięcie formacji postkomunistycznej stworzyło przestrzeń dla porządkowania polskiej polityki według podziałów społeczno-ideowych. Nie bez znaczenia był również upływ czasu, który zdezaktualizował wiele niedawno jeszcze gorących sporów. Dzisiaj z całą odpowiedzialnością można stwierdzić, że »Solidarność« nie będzie już w przyszłości wyznacznikiem prawicowości. A prawica będzie musiała odnaleźć nowy sztandar”.
Paweł Rojek, „Semiotyka Solidarności. Analiza dyskursów PZPR i NSZZ Solidarność w 1981 roku” (2009): „Spór o Solidarność ma ogromne konsekwencje polityczne i tożsamościowe. Jeśli ten ruch – jak sugerują zwolennicy »o odzwierciedleniu«– miał rzeczywiście totalitarny charakter, to odwołanie się do niego na scenie politycznej może dziś budzić tylko niepokój, a pamięć o jego bohaterach jest w nowoczesnym społeczeństwie zbędnym balastem. Solidarnościowy »styropian« jest bowiem wart tyle samo, co partyjny »beton«. przekonanie, rozpowszechnione w latach dziewięćdziesiątych wśród elit postkomunistycznych i częściowo postsolidarnościowych, przesądziło przypuszczalnie o tym, że wpływ idei Solidarności na ustrój polityczny III Rzeczypospolitej był znikomy, a za prawdziwy początek nowego porządku uznaje się rok 1989, a nie 1980.(…) [Jeśli jednak] idee ruchu nie są wytworem sowieckiego panowania, myślenia totalitarnego i kolektywizmu, to mogą znaleźć miejsce także w społeczeństwie demokratycznym. Co więcej, wydaje się, że nadają się one do roli fundamentu wspólnoty politycznej o wiele bardziej niż niektóre idee promowane po 1989 roku”.
Powyższe wypowiedzi ukazują wieloaspektowość i niejednoznaczność bilansu „Solidarności”. Andrzej Walicki, konserwatysta, liberał, źle jednak widziany przez wiele środowisk prawicy, jest obok Bronisława Łagowskiego reprezentantem chyba najbardziej krytycznego sposobu oceny tego ruchu. „Komunizm »Solidarności«” to właściwie obelga w ustach autora „Marksizmu i skoku do królestwa wolności”. Bardziej frapująca wydaje się być opinia Jarosława Kaczyńskiego. Mocna teza, przedstawiona w rozmowie z Teresą Torańską u zarania III RP pokazuje, jak szybko część postsolidarnościowych elit potraktowało „Solidarność” jako rzecz zaprzeszłą. Kaczyński stwierdza bez ogródek: „Solidarność” była niepluralistyczna (mocno kontrowersyjna teza), a w wymiarze gospodarczym antywolnościowa, czyli z perspektywy konserwatywno-liberalnej nieetyczna. Ten pogląd też jest zresztą dyskusyjny. Można jednak przyjąć, że – tak różni od siebie – Walicki i Kaczyński przedstawili w swoich wypowiedziach pewien obiegowy, nieźle zakorzeniony pogląd na ruch, który stał się zarzewiem zmiany systemowej i źródłem etosu sporej części współczesnych polskich elit.
Jednak najbardziej interesujące wydaje się zrozumienie i ewentualne sfalsyfikowanie tezy Roberta Kuraszkiewicza. Oto potrzebny jest nowy paradygmat polityczny, gdyż wyczerpał się ten ufundowany na sporze postsolidarność-postkomunizm. Jest to, zdaniem autora „Polityki…” spór, który wyczerpał swoją żywotność, konflikt w dzisiejszych realiach nieefektywny i anachroniczny. Dlaczego? Ponieważ nie przynosi żadnej realnej wizji nowoczesnej polskiej polityki, nie można na nim zbudować odpowiedniej dla współczesnej Polski bazy, odzwierciedlającej faktyczne problemy ekonomiczne, ustrojowe. Polityczny koniec AWS , kompromitacja i wycieńczenie SLD, obecna hegemonia PO i PiS miałyby zamknąć „postsolidarnościowy” rozdział w dziejach III RP. Kres „Solidarności”, przynajmniej w jej wymiarze najbardziej pragmatycznym, powiązanym z historią zmierzchu PRL i nastania III RP, ma stać się szansą dla nowego opisu, bardziej przystającego do realiów i funkcjonowania podmiotów politycznych na arenie państwa. „Solidarność” jest passé. Więcej: solidarnościowy paradygmat jest szkodliwy, ponieważ uniemożliwia wyjście poza dyktaturę post-polityki, mediokracji, sporów, którym kształt nadają sztaby specjalistów od marketingu politycznego, które same w sobie nie służą rozwiązywaniu rodzimych bolączek, a jedynie ich maskowaniu.
Istnieje jednak pewien szkopuł co do możliwości zdetronizowania owego paradygmatu. Wiąże się on zarówno z kwestią post-polityki, jak i z pytaniem o dziedzictwo „Solidarności”, które w opinii najmłodszego z cytowanych tu autorów, Pawła Rojka, redaktora krakowskich, konserwatywnych „Pressji”, ma w sobie wciąż niezbadany i niezaktualizowany potencjał. I jeszcze jedno: Robert Kuraszkiewicz pisał swoją książkę jesienią 2009 r., nie mógł zatem wiedzieć o tym, co stanie się 10 kwietnia 2010 r. Nie mógł także wiedzieć, że po tej dacie powstanie film, który na nowo, z całą świadomością rzeczy nawiąże do mitu „Solidarności”. I bynajmniej nie tylko w warstwie etycznej, ideowej, tożsamościowej, ale w powiązaniu z nimi stanie się narzędziem politycznym. Już nie AWS Krzaklewskiego, ale „Solidarni 2010” i mowa Janusza Śniadka w katedrze na Wawelu pozwolą wrócić do łask słowu „Solidarność”. Bo jego wymiar utylitarny jest nikły, ale symboliczny – przeogromny. Zwekslowana politycznie „Solidarność” kompromitowała się w historii III RP niejednokrotnie. Zdaniem niektórych, stało się to już w momencie podjęcia rozmów przy Okrągłym Stole. Ale jako mit pozostaje nienaruszalna i uniwersalna, a także, w jakiejś mierze, amorficzna, gotowa przyjąć niemal każdą treść, która da się zinterpretować w jej kluczu.
Ale i tu pojawia się kłopot. Mit „Solidarności” jest właściwie bezbronny: ten, kto uzna się za jego depozytariusza, może próbować go sobie przywłaszczyć. Film „Solidarni 2010”, niezależnie od jego oceny, stał się okazją do jego przejęcia. Z jednej strony buduje wrażenie dzieła opowiadającego o „przebudzeniu narodu”, z drugiej – został szybko wykorzystany na potrzeby bieżącego sporu politycznego i toczącej się kampanii wyborczej. Z jednej strony jest dokumentem, z drugiej sztandarem, na którym przyszyto logo Prawa i Sprawiedliwości. Dlatego istnieje obawa, że poza politycznym odcięciem kuponów z mitu „Solidarności” znów nic trwałego (poza samym mitem) nie pozostanie. Z prostej przyczyny: w wymiarze społecznym myśl „Solidarności” może być poddana dowolnym interpretacjom. Nic też dziwnego, że zapytany o „Polskę Solidarną” Jarosław Kaczyński odpowiedział m.in.: „To, co w ostatnich tygodniach zobaczyliśmy na ulicach Warszawy i innych polskich miast to jest powrót do tego nastroju, jaki ja i moje pokolenie pamiętamy sprzed trzydziestu lat, z czasów Sierpnia ’80. Nastroju, który pozwalał na połączenie rzeczy wydawałoby się niepołączalnych. My dzisiaj często o tym zapominamy. Patrzymy na tamte wydarzenia przez perspektywę stanu wojennego i 13 grudnia. Proszę pamiętać, że ruch Solidarności był ruchem bardzo wielu ludzi. Było tam milion członków Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Kiedy razem z Janem Olszewskim zakładaliśmy punkt konsultacyjny na ulicy Bednarskiej w Warszawie, to bardzo duża część tego tłumu, który zaczął tam wtedy walić, to byli członkowie PZPR. A tam się działy rzeczy, które wydawały się wcześniej niesłychanie trudne. Ja KOR-owiec, Jan Olszewski ze starej opozycji, a tam były grupy, które przyjeżdżały z jakiejś fabryki i mówiły: my wszyscy jesteśmy z PZPR!”. Warto zwrócić uwagę, że w 1994 r. Jarosław Kaczyński opisywał „Solidarność” jako „źle tolerującą jakikolwiek pluralizm”, zaś po katastrofie smoleńskiej koncyliacyjnie wspomniał o niej jako o ruchu łączącym bardzo różnych ludzi! Ale właściwie czym jest dla niego „Polska Solidarna”, w wymiarze społeczno-gospodarczym? Na to odpowiedź nie pada. Czy zatem „Solidarność” znaczy to, co o niej mówią, nie zaś to, czym była? Możliwe. O treści współdecydują interpretatorzy, jedyne, co można zrobić, to oddzielać opisy prawdopodobne od fałszywych.
Czy zatem mit „Solidarności” jest skończony? Czy, jak chciałby tego Kuraszkiewicz, da się zbudować nowy paradygmat polityczny „poza »Solidarnością«”? Zresztą, jak się zdaje, dla niego samego, uczestnika Ruchu Młodej Polski, jak zapewne i dla wielu dzisiejszych „młodocianych dinozaurów” opozycji z Konfederacji Polski Niepodległej, „Wolności i Pokoju”, Solidarności Walczącej itp. inicjatyw ta głównonurtowa „Solidarność” była raczej macochą, niż matką. Dlatego spór o rolę i miejsce „Solidarności” jest wciąż sporem tożsamościowym. Bądź co bądź nie tylko dla części konserwatywnych liberałów „Solidarność” jest czymś biograficznie i mentalnie obcym, traktowanym przynajmniej z dezynwolturą, jeśli nie z resentymentem. Ale i najzagorzalsi piewcy wolnego rynku są czasem zmuszeni, jak było widać po 10 kwietnia, oddać jej (zdawkowy) hołd i przypomnieć sobie nawet to, że obok terminu „wolny rynek” istnieje choćby słowo „państwo”. Nie brzmiało to w ich ustach wiarygodnie, ale cóż – hipokryzja też bywa hołdem, jaki neoliberalizm oddaje idei solidaryzmu i państwowości.
Dla wielu mit „Solidarności” wiąże się z poczuciem jego wyczerpania i kompromitacji. Znamienny jest sposób, w jaki „solidarną Polskę” Akcji Wyborczej „Solidarność” w ubiegłym roku opisywał Remigiusz Okraska w felietonie „Co się stało z waszą klasą”: „[Pamiętam] tych cynicznych łotrów [z AWS], którzy wycierali sobie gęby solidarnością i antykomunizmem, a całą treść ich rządów stanowiły egoizm i rozbijanie wszelkich podstaw solidarności, przy których to wyczynach człowiek zaczynał tęsknić za postkomunistami, choć nigdy wcześniej ich nie popierał. (…) Pamiętam też, jak się skończyło to pasmo fachowych sukcesów rządu AWS – skokiem bezrobocia, a na Śląsku zapaścią całych miasteczek i dzielnic, wzrostem patologii, plagą kradzieży węgla z pociągów itp. Modelowy solidaryzm i konserwatyzm…”.
Takie opisy jak powyższy każą się zastanowić, czy faktycznie nie byłoby lepiej, gdyby nasza klasa polityczna, na czele z jej postsolidarnościową, prawicową wierchuszką, zapomniała słowo „Solidarność” i przestała udawać kogoś, kim dawno nie jest. Uderzający w tej materii jest brak złudzeń Ryszarda Bugaja, który w rozmowie z redaktorami „Europy” i Ludwikiem Dornem na temat Lecha Kaczyńskiego przypomina przekonania tragicznie zmarłego Prezydenta: „To były poglądy próbujące jakoś przezwyciężać sprzeczność pomiędzy polityczną prawicą i społeczną lewicą. Tak jak to przezwyciężała pierwsza »Solidarność«. To była niechęć do wielkich nierówności i odrzucenie reguł społecznych akceptujących »wyścig szczurów«. To było przekonanie, że społeczna solidarność może być urzeczywistniona i da się wpisać w program modernizacji kraju. Czy pójdziemy w kierunku takiej interpretacji? Są poważne powody, by sądzić, że nie. Spuścizna po Lechu Kaczyńskim będzie bowiem definiowana przez najbliższe wybory. Zostanie zinterpretowana przez Jarosława Kaczyńskiego. A myślę, że Jarosław wszedł w takie polityczne buty, że on już na serio do solidarystycznego przesłania Lecha Kaczyńskiego powrócić nie może, nie może wyjść z interpretacji bardziej dostosowanej do społecznej i ideowej tożsamości tej polskiej prawicy, którą on dziś reprezentuje. Ubolewam, ale jestem przekonany, że PiS poważnie do projektu Polski Solidarnej nie powróci”. Jeśli Bugaj ma rację, tym mniej przyjemny będzie dzień wyborów prezydenckich dla tych ludzi lewicy, którzy zdecydują się oddać głos na Jarosława Kaczyńskiego. Ale już teraz lepiej pozbyć się złudzeń, że w drugiej turze będzie się ewentualnie wybierać coś więcej, niż „mniejsze zło”. Bo szorstka jest przyjaźń społecznej lewicy z „solidarnymi kołnierzykami 2010”…
U kresu tej historii kryje się ni to radosna, ni smutna konstatacja, że właściwie „paradygmat Solidarności” w tej odsłonie, jaką znamy, a którego dobrodziejstw zakosztowało wielu Polaków np. w czasach AWS, faktycznie mógłby się skończyć. Jednak, jeśli przyjąć za dobrą monetę tezy Pawła Rojka z „Semiotyki Solidarności”, jej rola się nie skończyła. Etos „Solidarności” jest wciąż etosem antysystemowym, etycznym, egalitarnym, pluralistycznym, wspólnotowym, ale i wolnościowym. Nie można go wykorzenić z polskiej tożsamości i samowiedzy. Wyczerpuje się jedynie jego polityczny, z reguły cynicznie i krótkowzrocznie wykorzystywany aspekt; pozostaje wciąż treść, choć maski i przebrania polityczne nadają się już jedynie do lamusa. Im mniej różnej maści konserwatywni liberałowie, pobożni czy bezbożni, bogoojczyźniani czy korporacyjni będą dziś mówić o „Solidarności”, tym dla niej lepiej. Historia jest cierpliwa, idee mają czas.
przez Joanna Duda-Gwiazda | wtorek 15 czerwca 2010 | Felietony - Joanna Duda-Gwiazda
Najpierw spadł prezydencki samolot. Potem upadły autorytety. Po poprzednich popisach, np. Bartoszewskiego, nie powinna to być sensacja. Nowością był powód paniki luminarzy kultury, nauki i polityki – żałoba narodowa. Wajda, nawet członkowie Rady Etyki Mediów publicznie demonstrowali przerażenie. Autorytety ogłosiły wojnę, a Bronisław Komorowski pojednanie narodowe. Już o tym pisałam w poprzednim felietonie, a czujni internauci wychwytują zadziwiające brednie i skandale.
Równie szczerze i otwarcie PO sięgnęła po pełnię władzy. Komorowski obsadził już wszystkie stanowiska wakujące po tragicznie zmarłych. Marek Belka będzie prezesem NBP ponad podziałami. Cieszy się zaufaniem Amerykanów, którzy powierzyli mu ważne stanowisko w administracji Iraku. Podobno kandydatura Belki została uzgodniona z Niemcami w Akwizgranie, gdzie Donald Tusk odbierał order Karola Wielkiego. Rosja też nie powinna mieć zastrzeżeń. Z „Gazety Polskiej” dowiedziałam się, że Marek Belka, zarejestrowany jako kontakt operacyjny ps. „Belch”, zobowiązał się do zachowania „w ścisłej tajemnicy, także przed najbliższymi osobami, faktu utrzymywania kontaktów z SB MSW”. Zobowiązanie podpisał 10 października 1984 r. 19 października został zamordowany bł. Jerzy. Przewidywanie przyszłości nie jest najmocniejszą stroną Belki, ale jego dyskrecji możemy być pewni. W zarządzaniu finansami to najważniejsze.
Suwerenność III RP okazała się zjawiskiem złudnym i przejściowym jak mgła nad Smoleńskiem. Przybiera na sile potok kłamstw i arogancji nazywany „badaniem przyczyn katastrofy” i nie słabnie zaufanie rządzących Polską do Rosji. Kto próbuje dochodzić prawdy, bronić dobrego imienia ludzi, którzy w katastrofie zginęli i już sami bronić się nie mogą, ten zagraża polsko-rosyjskiemu pojednaniu.
Kilka lat temu odbywało się spektakularne pojednanie obrońców Westerplatte z żołnierzami z pancernika Schleswig-Holstein. Polski żołnierz, który odmówił uczestnictwa w tym spektaklu, powiedział, że nie była to wojna, lecz podstępny napad, wielu jego kolegów zginęło i agresorowi ręki nie poda. Odpowiedź żołnierza Wehrmachtu pamiętam do dzisiaj: „Gdybyście nie stawili oporu, ofiar byłoby mniej”. Jak określić tak niesłychaną butę omijając słowa powszechnie uważane za obraźliwe? Skomentuję to najdelikatniej, jak potrafię. Kiedy Komisja Rządowa oskarżała strajkujących w sierpniu 1980 r. o wywołanie konfliktu, członek Prezydium MKS Leszek Sobieszek powiedział: „To jest odwracanie kota ogonem”.
Kiedy okazało się, że PiS-owskiej watahy nie udało się dorżnąć, że podnosi głowę, a jej kandydat ma szanse na zwycięstwo, Komorowski łaskawie przyjął gałązkę oliwną, ale oczekuje jeszcze przeprosin. A jest za co przepraszać! Likwidacja WSI, po której trudno rozproszone specsłużby imperium pozbierać i z powrotem zatrudnić. Albo wykrycie afery hazardowej przez CBA. Mariusza Kamińskiego udało się wywalić natychmiast i do większego skandalu nie doszło. Już o wszystkim decydowała miłująca pokój Platforma, ale mleko się rozlało. Albo obrona Gruzji przed aneksją. Putin był głęboko zdegustowany, obraził się na Polskę. A awantury o zamknięcie rosyjskiego rynku dla polskiego mięsa i warzyw? Czy trzeba było zaraz angażować całą Unię Europejską do wewnętrznego sporu między sąsiadami? No i te wojownicze wyniki badań historyków. To też sprawka PiS-u. Komu przeszkadza Bolek, Alek, biedni „uwikłani” dziennikarze, sędziowie, profesorzy wyższych uczelni? Przecież nie Platformie.
PO jest zdezorientowana. Podniósł się powszechny lament: „Miłujący pokój Jarosław Kaczyński to jakaś podróbka”. Jeden jest Chorąży Pokoju Bronisław, może dwóch, bo Donald też. Wszystkich komentatorów przebił Seweryn Blumsztajn: „Gdybym był zwolennikiem Kaczyńskiego, to po wystąpieniu w Zakopanem nie głosowałbym na niego”. Z czego wynika, że jako zwolennik Komorowskiego może teraz na Kaczyńskiego głosować. Już się ucieszyłam, ale Blumsztajn po chwili namysłu wykrył „armaty w kwiatach”. Np. słowo „prawda”. Co to jest prawda – powtórzył za Piłatem. Bardzo niebezpieczne wydało mu się również stwierdzenie, że żadna doktryna nie powinna dominować nad gospodarką. Zaraz nabrał wody w usta. Dla PO to temat śliski, bo na naszych oczach zbankrutowała doktryna neoliberalna. Niewidzialna ręka potrafi wyprowadzić pieniądze z banku, ale nie zbuduje wałów.
Początkowo śledziłam zarówno kampanię wyborczą, jak i powódź. Napisałam tekst dla „Trójmiejskiego Społecznego Komitetu Poparcia Jarosława Kaczyńskiego” (jego fragmenty trafiły do tego felietonu). Od kiedy poziom rzek drugi raz przekroczył stany alarmowe, nie odrywam wzroku od telewizora, na ekranie kłębi się woda, bezradni ludzie płaczą, pływają na płytach styropianu i odbieramy telefony z południa Polski. „Wiejskie psy spuszczone z łańcucha zagryzły sarnę, pływa przed domem”. „Woda odsłoniła drogę i ukradli mi samochód, dzisiaj już by się im nie udało, znowu zalało”. „Rysiek nie może dojechać do pracy”. „Ciocia bezpieczna, ale centrum miasta zalane”. „Nie mogę przyjechać na kolegium IPN, wypompowuję wodę z piwnicy, wciąż podchodzi. Mam świetną pompę, podam ci typ”. „Na mojej łące jedno małe pęknięcie i jeśli nawet się obsunie, pójdzie bokiem”. Koczujący na wałach nie dzwonią. „Z dwóch amfibii do ewakuacji na jednej pływał minister spraw wewnętrznych, na drugiej jego samochód”. Ale był to telefon przy pierwszej fali w Sandomierskiem i teraz nie wiem, gdzie szukać ludzi, którzy mogliby to potwierdzić.
Wybory w takiej sytuacji to barbarzyństwo i kpiny z demokracji. Nie wiem, który z kandydatów na przesunięciu terminu straciłby, który zyskał, ale dzień wyborów nie jest dla kandydatów, jest dla wyborców.
Rząd jest dobrej myśli, ma sukcesy, do Brukseli przezornie poleciał kilku samolotami, zorganizuje punkty do głosowania w namiotach. Jeśli obywatele chcą wziąć sprawy Polski w swoje ręce, to i na drzwiach od stodoły dopłyną albo dolecą.
Gałczyński pisząc „Rząd jak to piórko w górę leci, a naród jak ten kloc z ołowiem…” nie przewidział, że pisze reportaż, nie fraszkę.
przez Krzysztof Wołodźko | sobota 5 czerwca 2010 | opinie
6 czerwca 2010 r., dzień beatyfikacji księdza Jerzego Popiełuszki, kapelana ludzi pracy, legendy „Solidarności”.
Wydawać się może, że ta uroczystość ważna jest jedynie dla ludzi wierzących. Ale czy życie, losy, postawa tego księdza jest interesująca tylko dla chrześcijan? Nie, bo był natchnieniem i wsparciem, świadkiem i uczestnikiem najistotniejszego ruchu kształtującego współczesną świadomość Polaków, „Solidarności”. Jako kapłan był dla rzymskich katolików ikoną Jezusa Chrystusa na ziemi. Lecz dla wielu Polaków był także, jeśli nie przede wszystkim, głosem sumienia i sprzeciwu wobec systemu opresji, oszustwa i nikczemności. Głosem przypominającym, by „zło dobrem zwyciężać”. Był człowiekiem, z którym wielu się utożsamiało i wokół którego gromadzili się ci, którzy chcieli lepszej, własnej, nieskłamanej Polski.
Przyznam, że zdarza mi się myśleć, kim byłby, gdyby nie zamordowali go w imieniu władz „Polski Ludowej” funkcjonariusze Służby Bezpieczeństwa. Gdyby doczekał Okrągłego Stołu, transformacji z jej blaskami i cieniami, III Rzeczpospolitej. Co mówiłby do rządzących Polską, do ludzi opozycji, jaki czekałby go los, jaką drogę by wybrał, po czyjej stronie stawał. Kim byłby dziś ten mężczyzna o szczupłej twarzy i głębokim, żarliwym spojrzeniu. Jak układałyby się jego relacje z hierarchami Kościoła, Wałęsą, Michnikiem, Walentynowicz, Gwiazdami, ks. Jankowskim? Czy byłby fetowany, czy przemilczany? Myślę też czasem, że zginął także dlatego, by zagłuszyć wołanie sumienia, by odebrać głos pokrzywdzonym, by jawni i mniej jawni nowi włodarze Polski znacznie łatwiej mogli ciągnąć sukno, każdy w swoją stronę. Głos ks. Popiełuszki, jego sylwetka, celebrowane prze niego Msze święte i obecność były przeszkodą; mogły być dalej przeszkodą. Jednak najpewniej 19 października 1984 r. funkcjonariusze IV Departamentu Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, służącego do walki z Kościołem, w bestialski sposób położyli kres jego życiu. Jak chcą wierzący, życiu doczesnemu.
I gdy zastanawiam się nad jego osobą, stają mi w pamięci dwa teksty, oba związane z Kościołem, któremu służył. Ten pierwszy pochodzi z Nowego Testamentu, z listu św. Jakuba, nawiązującego do Starego Testamentu: „Oto woła zapłata robotników, żniwiarzy pól waszych, którą zatrzymaliście, a krzyk ich doszedł do uszu Pana Zastępów. Żyliście beztrosko na ziemi i wśród dostatków tuczyliście serca wasze w dniu rzezi. Potępiliście i zabili sprawiedliwego: nie stawia wam oporu”. To wielkie wołanie o sprawiedliwość. To groźna zapowiedź słusznej odpłaty!
Drugi tekst to fragment z Jasnogórskich Ślubów Narodu Polskiego, ułożonych przez kard. Stefana Wyszyńskiego, złożonych na Jasnej Górze 26 sierpnia 1956 r., bez wątpienia bardzo dobrze znanych ks. Jerzemu: „Zwierciadło Sprawiedliwości. Wsłuchując się w odwieczne tęsknoty Narodu, przyrzekamy Ci kroczyć za Słońcem Sprawiedliwości Chrystusem Bogiem naszym. Przyrzekamy usilnie pracować nad tym, aby w Ojczyźnie naszej wszystkie Dzieci Narodu żyły w miłości i sprawiedliwości, w zgodzie i pokoju, aby wśród nas nie było nienawiści, przemocy i wyzysku. Przyrzekamy dzielić się między sobą ochotnie plonami ziemi i owocami pracy, aby pod wspólnym dachem Domostwa naszego nie było głodnych, bezdomnych i płaczących”. To wezwanie-przysięga, złożona blisko pięćdziesiąt cztery lata temu, była równie aktualna za życia ks. Jerzego, jak tuż po jego śmierci. Jest aktualna, choć i zapomniana, także dzisiaj. A w sposób niezwykły, choć i ułomny, spełniła się w czasach Pierwszej „Solidarności”, w jej wołaniu o lepsze życie zwykłych ludzi, o sprawiedliwość, uszanowanie człowieczej godności.
Był zatem ks. Popiełuszko kapłanem „Solidarności”, kapelanem ludzi pracy. Był człowiekiem prostym, nie krasomówcą. Jerzy Urban, wtedy prominentny dziennikarz na usługach soldateski, dziś biznesmen i co najmniej milioner, nazywał jego Msze „seansami nienawiści”. Dla innych były one jednak pokrzepieniem, nadzieją, punktem odniesienia w wyborach życiowych. Był ks. Popiełuszko prorokiem, którego słowa pocieszały strapionych, a trapiły i gniewały ciemiężców. Dla wierzących jest błogosławiony. A dla niewierzących? Może i przez nich nie zostanie zapomniany. Może także w pamięci ludzi lewicy, którzy w rocznicę 13 grudnia nie dziękują gen. Jaruzelskiemu, pozostanie jako ten, który wołał o słuszną zapłatę dla robotników, żniwiarzy pól; który mówił, by zło zwyciężać dobrem i by pozostać wewnętrznie wolnym wbrew zewnętrznej opresji. Jako ten, co mówił, że „Solidarność – to jedność serc, umysłów i rąk, zakorzenionych w ideałach, które są zdolne przemieniać świat na lepsze”. Może będzie pamiętany jako nasz bliźni. Jako Człowiek.
przez Konrad Malec | piątek 28 maja 2010 | opinie
Zgodnie z duchem czasu, najwyższą formą gospodarowania oraz szczytem rozwoju osobistego zarazem, jest własna firma. Tylko ona da nam możliwość decydowania o sobie, poczucie stabilizacji, szczęście w życiu doczesnym i ewentualnym następnym.
Słuchając propagandystów z radiowych audycji ekonomicznych można dojść do wniosku, że czas rzucić pracę i przejść na samozatrudnienie, a tym samym podnieść swoją stopę życiową. Podejrzewam, że części osób naprawdę dobrze „na własnym”, niestety przykłady z życia wzięte bezlitośnie obnażają złudność powyższej generalizacji.
Przykład pierwszy: mój niezbyt bliski znajomy jest przedstawicielem handlowym dużej firmy w jednym z większych miast wojewódzkich. Chcąc zredukować koszty (choć kryzys w oczy jej nie spogląda), zaproponowała mu ona przejście na własny rachunek. Ponieważ nie była to propozycja z serii „usiądźmy, jakoś się dogadamy”, znajomy ją przyjął. Szczegółów jego sytuacji nie znam, ale daje mi do myślenia, że szuka obecnie pracy w miejscach, gdzie płacą o wiele mniej, niż wynosi obecny napływ gotówki świeżo upieczonego szefa własnej firmy.
Powyższy przykład być może nie jest aż tak przekonujący, lećmy więc dalej. Niedawno przez przypadek usłyszałem rozmowę dwóch dziewczyn na przystanku autobusowym. Pierwsza z nich zwierzała się przyjaciółce, że zaproponowano jej przejście z etatu na własny rachunek. Jak sobie ta młoda kobieta wyliczyła, miałaby o 1/3 większą pensję, jednak obawiała się, co będzie, jeśli zajdzie w ciążę…
Historia chwyta za serce, choć kiedy pomyślę o kwotach, jakie wspomniane dziewczyny wymieniały, to mnie jakaś zazdrość ogarnia… Może więc przejdźmy do przykładu trzeciego, chyba najbardziej wymownego. Znajomy, dozorca obsługujący trzy kamienice na ul. Piotrkowskiej w Łodzi, też jest biznesmenem. Administracja złożyła mu propozycję nie do odrzucenia. Dochód mu się podniósł (choć niezbyt widowiskowo), jednak przybyło także pracy, bowiem jako zewnętrzna firma nie ma obecnie prawa do urlopu. Nie ma również prawa do „fanaberii”, takich jak choroba. Nadgodziny? Przecież właścicieli firm nie obowiązuje 40-godzinny tydzień pracy…
Zapewne większość czytelników nie wie, jak wygląda lista obowiązków dozorcy. Otóż każdego dnia musi stawić się w pracy o 5:00 i posprzątać. No dobra, w niedzielę nie musi zamiatać wszystkich kątów, ale musi choć „z grubsza” uprzątnąć teren (a po sobocie na reprezentacyjnej ulicy jest co robić…); w święta również. Zimą, jeśli spadnie śnieg, do godziny 22.00 musi wszystko odśnieżać. Podczas śnieżycy musi tę czynność powtarzać praktycznie non stop, jeśli nie – grozi mu mandat. Jeśli ktoś się „połamie”, a powierzchnia nie była należycie odśnieżona, dozorcy grozi pozew o odszkodowanie, a w skrajnych przypadkach nawet proces karny.
Opierając się o dobrą, osobistą znajomość tej grupy społecznej, powiem wprost: większość osób dbających o czystość naszej okolicy, to bardzo porządni ludzie. Wspomniany znajomek lubił od czasu do czasu wypić lampkę dobrego alkoholu, jednak z uwagi na dochody o takim luksusie mógł sobie jedynie pomarzyć. Wbrew stereotypowi, nigdy go pijanego nie widziałem, za to powierzone mu tereny zwykle należały do najbardziej zadbanych. Efekty „zmiany pozycji społecznej” były następujące: kiedy ostatni raz go widziałem, już siódmy rok nie był na żadnym urlopie, ani zwolnieniu chorobowym (czytaj: od siedmiu lat pracował każdego dnia!). Zimą zdarzało mu się nie mieć sił, by wrócić do domu; spał w w puchowej kurtce w schowku na narzędzia. W pierwszej chwili dochód wyższy o niemal pół tysiąca go ucieszył, pobiegł do sklepu muzycznego zainwestować w kilka płyt ulubionych jazzmanów. Radość szybko minęła, a zmęczenie spowodowało, że nie był w stanie sam rozliczać podatków, ZUS-u itp. (choć jest inteligentną osobą) i musiał zacząć korzystać z pomocy fachowca. A ponieważ został krezusem, sąd podniósł mu wysokość płaconych alimentów.
Niewątpliwie „samozatrudniony” pracownik jest dla firmy wygodny, gdyż przestaje ona właściwie mieć wobec niego jakiekolwiek obowiązki. Niestety, realne korzyści z tej formy współpracy zwykle odnosi wyłącznie ona.
przez Michał Sobczyk | poniedziałek 24 maja 2010 | opinie
Nie tak dawno temu jedna z partii apelowała, by polityków rozliczać z „czynów, nie słów”. Czasami jednak wystawiają sobie oni wystarczające świadectwo już na poziomie sloganów.
Analiza haseł wyborczych wydawać się może zajęciem jałowym. Zwłaszcza odkąd także w Polsce zaczęli je układać specjaliści od marketingu politycznego, rzadko kiedy wykraczają one poza konwencję. I tak – może poza Januszem Korwin-Mikkem, który konsekwentnie obiecuje „benzynę po 2 zł” – nawet kandydaci i ugrupowania uważane za radykalne stawiają zwykle na niezobowiązujące i niekontrowersyjne ogólniki. Dość wspomnieć, że formacja Andrzeja Leppera, uznawana za tzw. partię protestu, w ostatnim wyścigu do parlamentu deklarowało walkę „O prawdę i godność”, a dwa lata wcześniej Maciej Giertych stawał w szranki walk o prezydenturę pod sztandarem, na którym widniało: „Z nadzieją w przyszłość”. Przede wszystkim jednak przyzwyczailiśmy się, że papier, na którym drukowane są wyborcze plakaty, jest bardzo cierpliwy, a obietnice demokratycznie wybieranych polityków warte tyle, co tych nominowanych przez monopartię. Jak władza mówi, że da, to mówi!
Mimo powyższego, warto poświęcić politycznym sloganom nieco uwagi. Okazuje się wtedy nieraz, że wybór konkretnego frazesu potrafi całkiem sporo powiedzieć na temat mentalności kandydata czy ugrupowania. Klasycznym przykładem jest tutaj sentencja „reformatorów” z Unii Demokratycznej z 1993 r., która brzmiała „Po pierwsze gospodarka”, notabene skopiowana z wcześniejszej o rok kampanii Billa Clintona. O tym, jak dalece dobro abstrakcyjnej „gospodarki” wspomniane środowisko przedkładało nad realnie istniejące interesy polskich pracowników, zaświadczyć może zwłaszcza liczne grono konsumentów zupy, którą kilka lat wcześniej serwował jeden z jego liderów.
Równie wyrazistym przykładem jest obietnica innej formacji postsolidarnościowej, przypomniana przez Cezarego Michalskiego podczas zorganizowanej przez „Obywatela” debaty nt. dwudziestolecia polskiej transformacji (jej zapis ukazał się w „Obywatelu” nr 45). Współpracowałem przy dwóch kampaniach wyborczych AWS-u: tej pierwszej, kiedy oni – my – wygrali wybory, oraz przy przegranej kampanii Krzaklewskiego. Wiedziałem, że to jest prawica, natomiast to był dla mnie ciągle jeszcze jakiś sposób odbudowy wspólnoty solidarnościowej, ponieważ w AWS-ie byli zarówno centroprawicowi inteligenci, jak i związkowcy, zarówno przedstawiciele „elit”, jak i „ludu”. Kiedy u schyłku AWS-u w małej grupie wymyślaliśmy dla Krzaklewskiego główne hasło jego kampanii, wygrał slogan „Bezpieczna przyszłość, rodzina na swoim”; tylko socjolog Tomasz Żukowski i ja głosowaliśmy przeciw. Dla mnie to był taki symboliczny koniec „Solidarności”, bo to była przecież kampania lidera związkowego, a dostała hasło neokonserwatywne, neoliberalne – powiedział wtedy Michalski, dodając, że jego pokolenie, które zaczynało jako solidarnościowe, teraz pakuje się w najgorszy upeeryzm, w traktowanie społeczeństwa jako zdziczałego stanu natury, gdzie nie panują żadne wartości i gdzie się tylko wychodzi na polowanie, żeby przynieść mięso dla „rodziny na swoim”.
W trwającej właśnie kampanii Andrzej Olechowski poszedł już na całość. „Wybierz swój dobrobyt”, zwrócił się do indywidualnego obywatela, pardon – wyborcy. Od początku kampanii staram się przekonać Polaków, że dzisiaj ich patriotycznym obowiązkiem jest bogacenie się – uzupełnia kandydat Stronnictwa Demokratycznego, zgrabnie wpisując się w tradycję rozwijaną w ostatnich dekadach przez Komunistyczną Partię Chin. Mieliśmy być drugą Japonią, jednak w ostatnich latach w wyobraźni naszych liberalnych technokratów coraz wyraźniej zastępuje ją jej większy sąsiad, któremu do demokracji daleko, za to urządził piękne igrzyska, a i chleba tam coraz więcej, gdyż PKB rośnie jak na drożdżach. Po pierwsze gospodarka…
Pozostaje mieć nadzieję, że Polacy nie będą się dali nabierać na tak formułowane zachęty, co zresztą miało miejsce w dwóch poprzednich z przywołanych przykładów. Tylko z czego tu wybierać, skoro nawet „Polska Solidarna” w praktyce okazała się dobrą matką przede wszystkim dla nieźle sytuowanych „rodzin na swoim”?
przez Krzysztof Wołodźko | poniedziałek 17 maja 2010 | Felietony - Krzysztof Wołodźko
Media nie lubią nudy. I nazbyt wielu mądrych słów, poważanych treści. Zakładają – raczej słusznie – że odbiorcy są one niepotrzebne i mogą go znużyć. Media lubią newsa, a news musi być mięsisty. Lubią postacie wyraziste, szokujące. Lubią skandalistów. Media filtrują przekaz, dyskutowany następnie przez tzw. opinię publiczną. Filtrują przekaz i przez sito swoich preferencji przepuszczają postacie, które za tym przekazem stoją.
Polityka, jeśli brać ją serio, musi być cokolwiek nudna. Nudna, bo merytoryczna. Bądź co bądź, aby opowiadać o zagadnieniach życia społecznego, problemach państwa, kwestiach ekonomicznych – potrzeba i czasu, i skupienia, i pewnego zasobu trudnych słów. A konsument niejednokrotnie nie ma ani czasu, ani zdolności skupienia, a i nie każdy ma słowniki pod ręką.
Biorąc pod uwagę polskie wskaźniki czytelnictwa i dobór oraz jakość słownictwa konsumentów pop-medialnego przekazu, konsument unika nie tylko słowników, a pod ręką ma często albo pilota, albo laptopa. I to wystarcza. Czasem, by dać widzowi odczuć, że jest on traktowany poważnie, pokazuje się mu gadającą głowę, która na oczach potakującego i zafrasowanego funkcjonariusza mediów biada nad upadkiem debaty publicznej i nad marną jakością polityki. Po tym rytuale można już spokojnie powrócić do zwyczajowych praktyk: szybko, szybciej, łatwiej, głupiej.
Janusz Palikot jako produkt medialny okazał się strzałem w dziesiątkę. Widz, przyzwyczajony do głupich teleturniejów i skrótowego, uproszczonego przekazu informacji, do wielorybów w Wiśle, wróżek i opowiastek z życia celebrytów rodem z kolorowej prasy „dla kobiet”, szybko polubił pana Janusza. Seks, skandal, obscena: i zobaczył widz, że to jest dobre. Świński ryj, „małpeczki”, akcesoria z sex-shopu, dotąd oglądane na pornosach: świat się śmieje, publika się bawi. Ponoć prezydent jest alkoholikiem! Nie, nie tamten, ten śmieszny, Kaczor. Ktoś się oburza, irytuje, wścieka. Jest pan Janusz, jest impreza. Jest oglądalność, skandal, zaprośmy do studia pana Janusza!
Nic dziwnego. Drenaż umysłów robi swoje. Zresztą, proszę nie sądzić, że pod pręgierzem postawione tu zostają media. Stare przysłowie mówi, że jeśli Pan Bóg chce kogo ukarać, to mu najpierw rozum odbiera. Ale nie trzeba mieszać w to Najwyższego, którego i tak Polacy in gremio traktują trochę jak kogoś od załatwiania ich własnych spraw, z jakimi nie radzą sobie samodzielnie. Można raczej uznać, że postanowiliśmy ukarać się sami. Nie wiem za co, ale jak martyrologia, to martyrologia, na co dzień i od święta. Głupota procentuje: po dwudziestu latach III RP, może z lenistwa, może ze zmęczenia, może z bezradności, może z poczucia, że coraz mniej od nas zależy, a państwo wciąż jest wrogiem i nie stara się przestać nim być, dorobiliśmy się Janusza Palikota. Dorobili się go wyborcy Platformy, ale – co by dużo mówić – jest to przecież towar na eksport, „wunderwaffe” wytworzona na potrzeby pogłębianego przez lata, coraz ostrzejszego, oklepanego sporu między PO a PiS.
Janusz Palikot umarł 10 kwietnia 2010 roku. I jak powiedział, zmartwychwstał kilka dni temu. Nowego człowieczeństwa Janusz, by sparafrazować poetkę. Nowego stylu w polityce? Nowych form komunikacji? Nowych treści? Cóż. Może nastał czas subtelniejszych form szyderstwa, wojen w białych rękawiczkach. Już nie będzie walenia antagonistów w pysk, na odlew, przy wszystkich? Ale czy ludziom się to nie znudzi? Kto przyzwyczaił się do zapachu krwi, ten chyba już nigdy nie będzie wegetarianinem. Kto polubił padlinę, nie pożywi się owocami. Na kogo będą oburzać się wyborcy PiS, kogo z czystym sumieniem przeklinać? Komu dawać odpór? Dziś mają pana Janusza, a ten na ich nieszczęście właśnie został myślicielem. A przecież tylko ostatni cham będzie bluzgał myśliciela…
Ale jest nadzieja. Póki Wisłą pływać będą wieloryby, póki politycy będą nas traktować jako plebs wyborczy, a brukowa prasa i publicystyka wyznaczać standardy myślenia, jest szansa, że wszystko wróci do normy. I będzie jeszcze okazja, by się pośmiać. I oburzać… Z kogo? Na kogo? Pytajcie Horodniczego…