przez Karol Trammer | wtorek 22 marca 2011 | opinie
Poczta Polska wchodzi w decydującą fazę ograniczania sieci swoich placówek. Nad urzędy pocztowe na wsi oraz w małych miastach – często stanowiące ostatni przyczółek struktur państwowych na prowincji – nadchodzi fala przekształceń. W najlepszym razie stają się one filiami urzędów z większych ośrodków. Co najmniej tysiąc placówek ma zostać zastąpionych agencjami pocztowymi, czyli prywatnymi firmami działającymi w imieniu Poczty Polskiej. Tak filie, jak i agencje świadczą zwykle mniejszy zakres usług niż urzędy pocztowe (np. nie przyjmują cięższych paczek). Ponadto są zwykle znacznie krócej czynne – istnieją w Polsce placówki pocztowe czynne zaledwie jedną godzinę dziennie (np. filia w Zawykach na Podlasiu w godz. 13.00-14.00, filia w Zalasowej w Małopolsce w godz. 10.00-11.00 czy filia w Domisławiu na Pomorzu w godz. 8.45-9.45).
Pocztowi reformatorzy zapewniają, że przekształcenia będą polegać wyłącznie na zamianie urzędów w filie i agencje, a nie całkowitych likwidacjach. Prawda jest jednak taka, że rząd zaakceptował już zmiany w przepisach, które pozwolą na zmniejszenie minimalnej liczby placówek pocztowych, czyli ograniczenie jedynego mechanizmu w jakikolwiek sposób gwarantującego powszechny dostęp do usług pocztowych. Dziś od Poczty Polskiej wymaga się utrzymywania 8240 placówek w całym kraju (w miastach: jedna placówka na 7 tys. mieszkańców, na wsi: jedna placówka na 85 km2). Zmiany, które mają wejść w życie w 2012 r., umożliwią zredukowanie sieci pocztowej o 1,5 tys. placówek!
Obecne plany przekształceń w filie i agencje w rzeczywistości stanowią więc forpocztę zupełnego wycofania się Poczty Polskiej z obsługi „prowincji”. Już dziś publiczny operator pocztowy obszar ten traktuje po macoszemu. Wiele placówek wliczanych do obowiązkowej sieci 8240 punktów pocztowych w rzeczywistości jest „zawieszonych”. Przykładowo, na terenie koszalińskiego oddziału rejonowego poczty obecnie zawieszona jest działalność 11 placówek, podobnie na terenie oddziału w Białej Podlaskiej, zaś na terenie oddziału kieleckiego zawieszonych jest 8 placówek. Występujący w każdym niemal oddziale rejonowym problem zawieszania placówek dotyczy przede wszystkim agencji pocztowych – ajenci rezygnują z obsługi prowadzonych punktów albo Poczta Polska nie jest w stanie porozumieć się z zewnętrznymi partnerami w kwestii warunków umów ajencyjnych. To pokazuje, jaka czeka nas rzeczywistość po przekształceniu tysięcy urzędów pocztowych w „elastyczne” agencje pocztowe.
Faza „reform”, w którą właśnie wchodzi Poczta Polska, niebezpiecznie przypomina przekształcenia dokonane w ciągu ostatnich kilkunastu lat na kolei. Polska sieć kolejowa skurczyła się o ponad jedną czwartą – w 1990 r. eksploatowano 26,2 tys. km sieci, by do 2008 r. skrócić ją do 19,6 tys. km (dane z raportów Eurostatu). Dodajmy, że codzienny ruch pasażerski obecnie prowadzony jest na zaledwie 13,3 tys. km sieci kolejowej. Kolej w wyniku rezygnacji z obsługi linii przynoszących najsłabsze wyniki finansowe przestała być powszechnym, ogólnokrajowym systemem transportu. W powiatach, do których w ogóle nie docierają pociągi pasażerskie, mieszkają 3 mln obywateli.
Ograniczanie sieci lokalnych połączeń spowodowało zmniejszenie potoków pasażerskich na głównych liniach kolejowych. Zasadniczym efektem prowadzonej przez ostatnich kilkanaście lat „reformy” likwidującej nierentowne połączenia był dramatyczny spadek liczby klientów kolei. Według danych międzynarodowej unii kolei UIC, w 1990 r. z usług kolei skorzystało 766 mln pasażerów, a w 2009 r. – zaledwie 211 mln. Jak widać, liczba podróżujących tym środkiem transportu spadła w Polsce o prawie 75%. Przy takim spadku liczby klientów i udziału kolei w rynku transportowym przewoźnicy nie mogli wyjść z problemów finansowych. I rzeczywiście, po dziś dzień wciąż słyszymy o długach i milionowych stratach notowanych przez spółki kolejowe.
Na błędną drogę kolejowych „reform” wkracza obecnie Poczta Polska. Tak jak kolej odcięła się od całych regionów, tak publiczny operator pocztowy wkrótce będzie mógł zlikwidować 1,5 tys. swoich placówek w Polsce powiatowej. Tak jak kolej na wciąż czynnych liniach zmniejszała liczbę połączeń do jednego-dwóch na dobę, zniechęcając do korzystania ze swoich usług nawet najwierniejszych klientów, tak Poczta otwiera swoje mniejsze placówki na zaledwie godzinę dziennie. Tak jak kolej, chcąc spijać śmietankę z rynku transportowego, ograniczyła się do obsługi głównych tras, tak publiczna poczta skupia się na obsłudze strumieni przesyłek w ramach największych aglomeracji. W efekcie tych zmian Poczta Polska – tak jak stało się to z koleją – straci swój powszechny, ogólnokrajowy zasięg. I wraz z nim przychody od milionów klientów.
przez Michał Sobczyk | środa 16 marca 2011 | opinie
Jeśli miałbym wskazać polityka, który w największym stopniu reprezentuje moje poglądy, byłby nim Jan Kowalski.
Tradycyjnie przywoływane powody do narodowego samozadowolenia, jak odnalezienie się znacznej liczby Polaków w roli prywatnych przedsiębiorców czy kolejne rekordy hojności wobec fundacji Jerzego Owsiaka – wywołują u mnie odczucia dość ambiwalentne. Rodzimy kapitalizm oraz samoorganizację wokół wspólnych celów obserwuję poniekąd zawodowo i choćby dlatego jestem raczej powściągliwy w zachwytach nad naszą nacją. Polak jaki jest, każdy widzi – wymienić cały katalog naszych zbiorowych wad nie byłoby wielkim wyzwaniem. Daleko mi jednak do tych, którzy najchętniej wymieniliby własne społeczeństwo na jakieś inne, bardziej „nowoczesne” czy „europejskie”.
Mimo swoich ułomności, „statystyczny Polak”, jeśli mu się przyjrzeć bez elitarnych uprzedzeń, okazuje się bowiem mieć poukładane w głowie całkiem nieźle. A gdy wziąć poprawkę na dwie dekady neoliberalnego prania mózgów, poprzedzonego doświadczeniem prawie pół wieku realnego socjalizmu, ze stanu umysłu państwa Kowalskich możemy być wręcz dumni.
Do takiego wniosku skłaniają m.in. wyniki badań opinii społecznej. Choć potrafią niemile zaskoczyć – vide serdeczne uczucia, jakie obdarzony krótką pamięcią naród żywi wobec Jerzego Buzka – w zasadniczych kwestiach politycznych oraz gospodarczych przeciętni obywatele wykazują zwykle rozsądek i przyzwoitość.
Wobec tak zróżnicowanych zagadnień, jak idea podatku liniowego, zadania i optymalne rozmiary sektora publicznego, reprywatyzacja czy stosowanie modyfikacji genetycznych w rolnictwie – większość rodaków konsekwentnie prezentuje stanowisko propaństwowe oraz egalitarne. Z kolei gdy mowa o tematach pozornie kontrowersyjnych, jak dopuszczalność przerywania ciąży, rozdział Kościoła od państwa czy lustracja, Polacy okazują się zaskakująco odporni na postulaty skrajne.
Sondaże pokazują także wyraźnie proeuropejski rys naszego społeczeństwa oraz jego szacunek dla prawa międzynarodowego, czemu towarzyszy rosnący sceptycyzm wobec polityki Stanów Zjednoczonych. Tutaj przykłady mogą stanowić zdecydowany sprzeciw wobec naszego udziału w interwencjach militarnych w Iraku i Afganistanie (niestety, głównie werbalny) czy niechęć wobec budowy elementów tzw. tarczy antyrakietowej.
Gdyby podsumować poszczególne elementy światopoglądu Polaków, okaże się on bliski najlepszym tradycjom postępowym. Na przekór opiniotwórczym elitom, pozostajemy narodem zadeklarowanych socjaldemokratów, w dziedzinie kultury i obyczaju z niezłymi szansami na zachowanie równowagi między tradycyjnymi wartościami a emancypacją jednostki. Niestety, czynniki historyczne sprawiły, że poglądy znacznej części społeczeństwa nie są reprezentowane przez liczące się ugrupowania polityczne, a ich elity pozostają bezkarne wobec wyroków demokracji. Co gorsza, nie nadążają one mentalnie za resztą społeczeństwa, które intuicyjnie opowiedziało się za najbardziej efektywnym i sprawiedliwym ładem społeczno-gospodarczym. Oparcie go na programie zarysowanym przez samych obywateli – czego należałoby oczekiwać w systemie demokratycznym – przesunęłoby nas nawet nie tyle na Zachód, co na Północ Europy. Tymczasem polski establishment nadal żyje dawno skompromitowanym mitem „drugiej Ameryki”, względnie „drugiej Irlandii”.
Nie twierdzę, że demokracja plebiscytarna byłaby panaceum na polskie bolączki. Więcej nawet: oczekuję od polityków, by nie obawiali się podejmować decyzji idących pod prąd społecznych oczekiwań, dopóki busolą będzie dla nich mądrze rozumiane dobro publiczne. Zmierzam do banalnej w gruncie rzeczy konstatacji, że technokracja – „rządy fachowców”, mających za nic kwestie takie jak umowa społeczna czy wartości wyznawane przez społeczeństwo – ostatecznie wyczerpała się jako forma rządów w Polsce. Wbrew nadziejom Lenina, nie każda kucharka jest w stanie nauczyć się zarządzać nowoczesnym państwem. Jednak nowoczesne państwo nie może także na dłuższą metę sprawnie funkcjonować, jeżeli światłe poglądy na temat jego zadań posiadają wyłącznie kucharki.
przez Maciej Szatyłowicz | wtorek 8 marca 2011 | opinie
17 lutego br. na łamach ogólnopolskiego dziennika „Metro” ukazał się artykuł pod znamiennym tytułem: „Jestem germanistką. Za 5 zł sklejam pudełka”. To pełna dramatyzmu relacja Ewy, młodej absolwentki bezskutecznie poszukującej pracy, z której mogłaby się utrzymać. Mamy w niej chyba wszystko to, co spotyka kończących studia Polaków na początku ich drogi zawodowej. Mianowicie: codzienne wertowanie gazet i portali z ogłoszeniami, wysyłanie dziesiątek CV i listów motywacyjnych (z czasem – gdzie popadnie), sporadyczne rozmowy kwalifikacyjne, dorywcze zajęcia, McPracę „na przeczekanie” – często trwające latami, bezpłatne staże, wolontariat, akwizycję, przedsiębiorców skłonnych rzucić kilka złotych, ale wyłącznie „pod stołem”, bezdusznych urzędników, dla których absolwent bez zajęcia to ofiara własnej nieudolności bądź roszczeniowiec oczekujący od razu prezesowskiego fotela… Już na wstępie redakcja stawia kilka interesujących pytań: A jeśli to nie jest wina Ewy? A jeśli takich osób jak Ewa jest znacznie więcej? Jak planować swoje życie, nie mogąc myśleć o choćby minimalnej stabilizacji? Przecież Polska to Zielona Wyspa!
Trudno posądzać bohaterkę artykułu o życiową nieporadność czy nieuleczalne lenistwo. Opanowała całe know-how, którego znajomość teoretycznie umożliwia znalezienie pracy. Jak sama przyznała, potrafi się przekonująco sprzedać. Kurs autoprezentacji byłby w jej przypadku stratą czasu. Tekst kończy się odważnym wyznaniem Ewy: Już się nie wstydzę, że jestem bezrobotna. To nie moja wina, tylko chorego systemu, który takich jak ja kopie w d... Wiedząc, że na nic innego nie będzie w stanie zaoszczędzić, odkłada na bilet do mroźnej Skandynawii; decyduje się zostawić Zieloną Wyspę dla białych nocy i białych niedźwiedzi. Życzmy jej powodzenia, mając świadomość, że w krajach skandynawskich gospodarka w pierwszej kolejności służy przeciętnemu obywatelowi, a nie transnarodowym korporacjom i elitom władzy.
Brak pracy to w naszym kraju problem od początku transformacji. Przeciętna stopa bezrobocia do momentu wejścia Polski do Unii Europejskiej wynosiła ok. 16%, była i nadal jest ponad dwukrotnie wyższa niż w „starej” Unii. Na przełomie 2003 i 2004 r. osiągnęła zatrważający poziom 20%, bez pracy pozostawało ponad 40% młodzieży. Otwarcie granic przez Wielką Brytanię i Irlandię stało się buforem osłabiającym skutki wejścia na rynek pracy pokolenia wyżu demograficznego lat 80. Anglosasi doświadczali wówczas dotkliwych braków w tradycyjnie nisko opłacanych sektorach usług i handlu. Fala emigracji zarobkowej przekroczyła wtedy dwa miliony osób. Staliśmy się największym w Europie eksporterem taniej i nieźle wykwalifikowanej siły roboczej. W rodzinnych stronach wydłużałaby tylko kolejki w pośredniakach. Podobnie jest w Ameryce, której gospodarkę zasilają półdarmowi pracownicy z Meksyku, i w Azji, gdzie tę rolę spełniają Chińczycy.
Obecnie w grupie osób do 25. roku życia, wśród których są także absolwenci studiów wyższych, bezrobotni stanowią ponad 22% (GUS, dane na koniec 2010 r.). Każdy, kto choć przez krótki czas pozostawał bez pracy wie, jak negatywny wpływ wywołuje taka sytuacja. Uczucia wstydu i upokorzenia, stopniowa utrata wiary we własne siły, przedłużająca się apatia, demoralizacja należą tutaj do kanonu. Można wymienić również całą gamę skutków makroekonomicznych. Stagnacja, spadek popytu wewnętrznego, pogłębianie nierówności ekonomicznych, ucieczka najzdolniejszych – to tylko kilka najbardziej podstawowych.
Wskaźnik bezrobocia rejestrowanego, latami przekraczający 10%, oznacza ogromną armię ludzi bez pracy. Wbrew temu, co twierdzą nadwiślańscy liberałowie gospodarczy, taki stan rzeczy nie „oczyszcza” rynku, tylko go psuje. Sprawia między innymi, że stawki wynagrodzeń kształtują się na zaniżonym poziomie, skoro „jest wielu na twoje miejsce”. Tymczasem oni uparcie utrzymują, jakoby bezrobocie było w Polsce wydumanym zagadnieniem, „bo każdy, kto chce pracować, pracę w końcu znajdzie. Ci, co jej nie mają, pewnie sami są sobie winni – nie chce im się pracować, bo są leniwi i wolą brać wysokie zasiłki” (590 zł/mc!).
Kolejne ekipy rządzące niewiele sobie robią z bezrobocia. Pozostaje ono polem pozorowanych działań i politycznej hipokryzji. Lansowany od dwudziestu lat skrajny indywidualizm i neoliberalna propaganda zasiały w ludziach przeświadczenie, że za wszystkie swoje niepowodzenia odpowiadają oni sami (sukcesy natomiast politycy chętnie przypisują swoim działaniom) To bardzo wygodne dla rządzących. Dopóki ludzie są przekonani, że cała wina leży po ich stronie, politycy nie mają się czego obawiać. Tragedia bezrobocia jest sprowadzana do jednostkowego problemu, którego rozwiązanie zależy od obranej przez nas strategii. Tymczasem problem, z którym borykają się ponad dwa miliony czynnych zawodowo osób, trudno rozpatrywać w kategoriach indywidualnych. Jego rzeczywiste przyczyny tkwią w rozwiązaniach systemowych, które dopuszczają do takiej sytuacji, oraz w braku kompleksowej strategii przeciwdziałania. Długotrwałe pozostawanie bez zajęcia wiąże się nieuchronnie z zanikiem postaw obywatelskich. Bezrobotni zazwyczaj nie chodzą na wybory, więc politycy nie czują się zobligowani, aby o nich zadbać.
Przypominam sobie fragmenty książki George’a Orwella „Droga na molo w Wigan”. Za poetyckim tytułem nie kryje się niestety romantyczna treść. To zbiór reportaży z 1936 r. Autor „Folwarku zwierzęcego” i „Roku 1984” opisuje w nich życie i pracę górników w północnej Anglii. To czas naznaczony ciągle żywym wspomnieniem niedawnego Wielkiego Kryzysu. Orwell uchwycił istotę ówczesnego stosunku do bezrobocia: Klasa średnia powtarzała slogan o „leniwych, bezczynnych nygusach na zasiłku” oraz: „ci wszyscy ludzie, gdyby tylko naprawdę chcieli, mogliby łatwo znaleźć pracę” […]; czy: […] moja droga, ja nie wierzę w całą tę gadaninę o bezrobociu. Wyobraź sobie, że w zeszłym tygodniu szukaliśmy kogoś do wypielenia ogródka, no i nie znalazł się żaden chętny. Oni po prostu nie chcą pracować, ot, co!; oraz: Taki był wtedy społeczny stosunek do bezrobocia: uważano je za tragedię, która dotknęła ciebie, osobę indywidualną, tragedię, której ty sam jesteś sprawcą i przyczyną.
Brzmi znajomo?
przez dr Rafał Bakalarczyk | piątek 4 marca 2011 | opinie
Elity odwracają się od PO – można było ostatnio przeczytać na łamach niejednej gazety.
Po publicznych deklaracjach rozczarowania partią rządzącą, które padły z ust kilku celebrytów, przyszły wyniki sondaży, zgodnie z którymi największy spadek poparcia Platforma odnotowuje wśród „młodych, wykształconych, z dużych miast” („Gazeta Wyborcza”, 25.02) Krytyczny wobec (neo)liberalnej wizji polityki obserwator w pierwszej chwili chciałby zakrzyknąć: nareszcie!
Czyżby dotarło w końcu nad Wisłę przewartościowanie w światowej debacie ekonomicznej, związane m.in. z kryzysem finansowym, co w połączeniu z realnymi skutkami tego ostatniego, jakich doświadcza na własnej skórze duża część polskiego społeczeństwa, zaowocowało przełomem? Nic z tego: elity pozostały tam, gdzie były. Bardziej prawdopodobne jest to, nad czym ubolewa Sławomir Sierakowski: Zniechęcające i demoralizujące jest to, że gdy Michał Boni i Jan Krzysztof Bielecki zaczęli odchodzić od neoliberalnych rozwiązań, Platforma zaczęła tracić, nie będąc w stanie obronić się przed populistyczną krytyką Balcerowicza i obrońców nieudanych reform (wywiad dla „Polska The Times”, 18.02).
Niepopularna medialnie decyzja w sprawie OFE, a w jej następstwie konflikt na dość szerokim froncie z papieżem polskiego liberalizmu ekonomicznego, wpłynęły na skalę politycznego poparcia dla PO. To, że wbrew oczekiwaniom niektórych ugrupowanie to nie stało się w części kwestii „bardziej papieskie od papieża” chwali się mu, ale też nie przesadzajmy z tym odejściem od neoliberalizmu. Skala problemów budżetowych, z którymi mierzy się obecnie Tusk, w znacznej mierze jest wynikiem działań – i to względnie świeżych – w których PO miała swój udział, a których sensowności dotąd nie zakwestionowała, ani w praktyce, ani w retoryce.
Problemy na własne życzenie
Chodzi mi oczywiście o mit niskich podatków, który zmaterializował się za czasów PiS, ku aprobacie PO. Spowodowało to spadek przychodów budżetowych, co teraz próbuje się równoważyć zmniejszaniem wydatków. Oczywiście wydatków socjalnych, mimo że nakłady na zabezpieczenie społeczne w relacji do PKB są w Polsce na jednym z niższych poziomów w UE, więc nie ma powodu, by oszczędności szukać akurat w tej sferze (a jedynie sposobów na bardziej efektywne wykorzystanie tych środków). Mitu o rozdętym systemie wydatków socjalnych PO także nie odrzuciła; swoją drogą, to dopiero byłaby rewolucja, choć obiektywnie patrząc byłoby to tylko uznanie łatwo sprawdzalnego faktu. Także podatek CIT, zmniejszony za czasów jeszcze wcześniejszej ekipy rządzącej (SLD), został przez PO podtrzymany na niewysokim na tle UE poziomie.
Broniłbym dziś ekipy Tuska, gdyby ongiś głośno protestowała przeciwko zmniejszaniu podatków lub przynajmniej cicho wyartykułowała sprzeciw rękami swych przedstawicieli podczas sejmowego głosowania w tej sprawie. Ba, spojrzałbym życzliwiej na niezdarne łatanie budżetu przez rząd, gdyby ten uderzył się w pierś i powiedział, że nie należało wówczas zmniejszać przychodów publicznych. Niestety, nic z tych rzeczy nie ma miejsca. Obecne problemy premiera są zatem w dużej mierze na własne życzenie. Obniżenie podatków i składki rentowej nie było ekonomiczną koniecznością, ale świadomymi decyzjami politycznymi, z których konsekwencjami trzeba było się liczyć.
Z władzy ludowej nieraz kpiono, że odnosi sukcesy w rozwiązywaniu problemów, które sama wywołuje. Zdanie to pasuje także do elit nowego ustroju, które są równie nieudolne. PO obok rozwiązań sensownych podejmuje też działania mało rozsądne, jak podwyżka stawek VAT (uderzająca w niezamożnych, a dodatkowo mogąca spowolnić gospodarkę), drastyczne zmniejszenie wydatków na aktywną walkę z bezrobociem czy brak waloryzacji wysokości progów uprawniających do świadczeń rodzinnych i tych z pomocy społecznej, co generuje długofalowe koszty społeczne i ekonomiczne.
Zerwanie umowy czy z dogmatem?
Nawet głośna sprawa OFE nie czyni z Tuska polityka, który wyzwolił się ze ślepo przyjmowanych dogmatów i odważnie rzucił rękawicę wpływowemu finansowemu lobby. Po pierwsze dlatego, że propozycji zmian nie wiąże on ani jego zaplecze – w odróżnieniu od minister Jolanty Fedak – z zakwestionowaniem logiki istniejącego systemu. Podyktowane są one raczej bieżącymi trudnościami z dopinaniem budżetu i zmniejszaniem długu, do którego wielkości, jak wspomniałem, PO się wcześniej przyczyniła. Przekonująco brzmi stanowisko Prezydium OPZZ w sprawie zmian w systemie emerytalnym, w którym czytamy: bezpośrednią przyczyną proponowanych zmian jest zła kondycja finansów państwa oraz Funduszu Ubezpieczeń Społecznych, do której doprowadziły rządy poprzez obniżenie podatków i składki rentowej, a nie chęć poprawy sytuacji przyszłych emerytów.
Po drugie, zaproponowane zmiany są mimo wszystko dość zachowawcze. Nie obejmują np. likwidacji obowiązkowego ubezpieczenia w OFE, a jedynie zmniejszenie składki (której wysokość ma z czasem znów wzrosnąć), w dodatku przewidują ulgi podatkowe dla oszczędzających dobrowolnie w prywatnych funduszach. Zarówno kapitałowe filary systemu emerytalnego, jak i administrowanie zgromadzonymi w nich środkami przez graczy rynków finansowych – pozostają nienaruszone. Propozycje te zakładają więc co najwyżej korektę systemu, zaś to, że funkcjonują w debacie publicznej jako rewolucyjne i wywołują jedną z najżywszych po ’89 r. dyskusji ekonomicznych, pokazuje jedynie, jak silnie budowany ład społeczny zakorzenił się w relacjach władzy (także tej czwartej) i myśleniu ludzi.
Przeciwnicy zmian w funkcjonowaniu OFE lubią powoływać się na niegdysiejszą „umowę społeczną”, która rzekomo jest obecnie brutalnie zrywana. Przywołuje się w tym kontekście stanowisko Trójstronnej Komisji ds. Społeczno-Gospodarczych z 1997 r. Otóż jak przypomniała podczas niedawnej konferencji Jolanta Fedak, wokół tamtej umowy narosło wiele mitów. Pani minister podkreśliła, że nie zdefiniowano wówczas ani wielkości składki, ani wysokości prowizji dla funduszy, a ponadto w stanowisku napisane było, że nie wszystkie uwagi partnerów społecznych zostały uwzględnione przez stronę rządową.
Swoją drogą istnieją bardziej ewidentne, a niemal przemilczane przejawy negowania umów społecznych, jak ta w sprawie płacy minimalnej, której wysokość rząd ostatecznie ustanowił na niższym poziomie, niż uzgodniono to na forum Komisji Trójstronnej. Poza tym, nawet jeśli coś powstało ponad dekadę temu jako „społeczna umowa”, czy oznacza to, że musi trwać w niezmienionej postaci już wiecznie, niezależnie od zmieniających się okoliczności i potrzeb?
Mówienie o zerwaniu umowy jest więc przesadą. Jeśli coś zostało zerwane, a przynajmniej lekko naderwane, to dogmat o tym, że rynki zawsze wiedzą lepiej, a pieniądze zarządzane przez firmy prywatne są zawsze bezpieczniejsze niż te zarządzane przez organy publiczne. Niestety, w Polsce podawanie w wątpliwość owego dogmatu wciąż bywa postrzegane jako szarganie świętości. Działania którejkolwiek partii, które wychodzą temu problemowi naprzeciw, zasługują na poparcie, ale na mówienie, że Platforma Obywatelska odchodzi od neoliberalizmu, jest jeszcze znacznie za wcześnie. Podobnie jak na mówienie o tym, że polskie elity przejrzały na oczy.
przez Marcin Domagała | piątek 25 lutego 2011 | opinie
Choć powszechnie traktowane jako synonimy, kapitalizm ma mało wspólnego z wolnym rynkiem. Rozróżnienie między nimi ma znaczenie nie tylko semantyczne, ale wręcz systemowe w skali gospodarki.
Wolny rynek i kapitalizm to tak naprawdę pojęcia wzajemnie się wykluczające, zaś na gruncie aksjologii różnice między nimi można przyrównać do różnic między demokracją a totalitaryzmem. Kapitalizm oznacza ni mniej ni więcej, tylko wręcz nieograniczoną akumulację kapitału, ze wszystkimi tego patologicznymi skutkami. Według skrajnych ideologów tego nurtu, nic nie powinno stać na przeszkodzie gromadzeniu pieniądza. W wersji najbardziej aberracyjnej mówi się nawet o tzw. anarchokapitalizmie, który oznacza pełną swobodę działalności gospodarczej, bez jakiejkolwiek kontroli ze strony państwa. Jedynym regulatorem ma być wyniesiony na ołtarze nieomylny rynek, na którym zwyciężają najsilniejsi. Takie podejście prowadzi wprost do darwinizmu społecznego, oznaczającego ekonomiczny faszyzm, wiodący do eksterminacji najsłabszych jednostek w sensie zarówno gospodarczym, jak i fizycznym.
Na drugim biegunie znajduje się wolny rynek, rozumiany jednak w znacznie szerszym ujęciu niż marksistowski schemat. Wolny rynek oznacza bowiem pełny i swobodny dostęp wszystkich podmiotów spełniających podstawowe warunki brzegowe, by uczestniczyć w grze rynkowej. Do warunków tych na wstępie trzeba zaliczyć zdolność do czynności prawnych, dostęp do niskooprocentowanego kredytu i gwarancji ochrony na początku działalności oraz niezagrożone przez znacznie silniejszych graczy funkcjonowanie w danej przestrzeni gospodarczej. W takim ujęciu, wolny rynek zdecydowanie różni się od libertariańskich wizji. By mógł istnieć i w pełni funkcjonować – rzeczą niezbędną są silne regulacje antykoncentracyjne oraz skuteczna kontrola państwa, nie dopuszczającego do nadmiernego rozrostu podmiotów osiągających swoją pozycję na skutek różnych manipulacji za pomocą kontrolowanego kapitału.
W Polsce niestety dominuje nieprzyjazne słabszym podmiotom darwinowskie podejście do gospodarki. Znajduje ono szczególny wyraz w Konstytucji RP w art. 20, 21 i 64, które niemalże do rangi świętości windują własność prywatną, kosztem innych form — społecznej i spółdzielczej. Tym samym stają się one podstawą rozwoju kapitalistycznego, którego beneficjentami nie są jednak przeważnie podmioty miejscowe, lecz zagraniczne, cieszące się silną pozycją na arenie międzynarodowej. Co gorsza, wspomniana asymetria zaczyna powoli przeważać w prawodawstwie Unii Europejskiej, znajdując wydźwięk m.in. w Karcie Praw Podstawowych, w art. 17. Z praktyki widać, że tzw. społeczna gospodarka rynkowa, mimo że literalnie zapisana w polskiej Konstytucji i mogąca być praktyczną emanacją wolnego rynku, jest tutaj sprowadzona do roli zasłony, nieudolnie maskującej brutalne realia ringu bokserskiego.
Na początku lat 90. przedsiębiorstwa państwowe rzucono na głębokie wody budowanej gospodarki kapitalistycznej. Nic dziwnego, że podmioty te, którym struktura nie pozwalała spełniać ich podstawowych funkcji w nowych warunkach, pozbawione restrukturyzacyjnej ochrony państwa – upadły. Odrzuciło ono wówczas fundamentalną zasadę wolnego rynku, zakładającą, że głównym zadaniem produkcyjnej działalności społecznej nie jest „tępy” wskaźnik czystego zysku, ale akumulacja nadmiaru siły roboczej. Ta zasada miała podstawowe znaczenie zwłaszcza w momencie zmiany ustroju, zaś jej zastosowanie pozwoliłoby uchronić olbrzymią część społeczeństwa przed szokiem spowodowanym neoliberalną transformacją. Właściwe wdrożenie tego podejścia, w postaci umiejętnego przekształcenia przedsiębiorstw i przekwalifikowania pracowników w celu przystosowania ich do działalności na wolnym rynku, zaowocowałoby awansem cywilizacyjnym całego kraju.
Niestety, dyktowane z zewnątrz kapitalistyczne reguły gry poskutkowały sprzedażą monopoli państwowych przedsiębiorstwom zagranicznym, które nie były zainteresowane utrzymywaniem konkurencyjnych przedsiębiorstw na terenie Polski. Efekty są widoczne do dzisiaj, zaś sam proces trwa w najlepsze, by wspomnieć choćby likwidację fabryki samochodów na warszawskim Żeraniu. Oddanie w ręce prywatne tego zakładu zaowocowało zwolnieniem kilkudziesięciu tysięcy ludzi na przestrzeni kilkunastu lat. Pozbawionych pracy wskutek nieodpowiedzialnych decyzji musiało, przynajmniej przez jakiś czas, utrzymywać państwo (czyli każdy z podatników), w formie zasiłków dla bezrobotnych lub masowo przyznawanych rent, nie licząc pozostałych kosztów, jak dodatkowe szkolenia z urzędów pracy czy zwiększone nakłady na bezpieczeństwo publiczne.
Kolejnym przykładem konsekwencji wdrażania kapitalizmu kosztem wolnego rynku jest tzw. proces gentryfikacji miast, tj. przekształcania stref mieszkalnych w strefy tylko dla zamożnych. Bynajmniej nie chodzi tutaj o efekt działań rewitalizacyjnych, jak remonty ulic i elewacji. Przewaga własności prywatnej nad komunalną skutkuje wzrostem czynszów lokali wynajmowanych np. na małe punkty usługowe. Tym samym słabsze podmioty, którymi są np. kioski z warzywami, restauracyjki czy puby, czyli miejsca często odwiedzane, zamieniane są na coraz droższe sklepy, butiki czy placówki bankowe. W efekcie – miasto umiera. Jednym z przykładów wspomnianego zjawiska jest powolna „śmierć cywilna” warszawskiego placu Wilsona, jednego z głównych placów historycznej dzielnicy Żoliborz, zawłaszczonego przez międzynarodowe banki. Doszło do tego, gdyż prywatni właściciele, dążący do maksymalizacji zysków z posiadanych lokali, znaleźli firmy zdolne do ponoszenia ponadnormatywnych opłat. Gdyby zastosować tutaj podejście wolnorynkowe, miasto wdrożyłoby program ochrony, który zapewniłby funkcjonowanie małych firm w tej przestrzeni.
W proces zwalczania wolnego rynku przez kapitalizm wpisywało się także dopuszczenie do budowy super- i hipermarketów w postaci galerii handlowych w centrach polskich miast. Skutkiem takiego podejścia stała się monopolizacja handlu kosztem miejscowych przedsiębiorców, którzy musieli zakończyć działalność nie tylko z powodu braku możliwości konkurencji cenowej, ale także fizycznej likwidacji ich dotychczasowych miejsc pracy wskutek wykupu lokali przez podmioty znacząco silniejsze.
Na przeciwległym biegunie znajduje się nader pozytywny przykład płynący z Europy Zachodniej. Wystarczy spacer po ulicach włoskich, belgijskich czy angielskich miast, by zauważyć, że dominują tam małe, rodzinne przedsiębiorstwa. Wielkie sklepy należące do międzynarodowych korporacji wyrzucane są poza nawias miejski, gdzie ich działalność nie szkodzi lokalnym konkurentom. W Polsce próbą zatrzymania kapitalistycznej ekspansji w celu odrodzenia wolnego rynku była ustawa o wielkopowierzchniowych obiektach handlowych, ostatecznie zniesiona w lipcu 2008 r. wskutek potężnego nacisku lobby korporacyjnego, wspieranego przez media liberalne, utrzymywane m.in. z reklam podmiotów wchodzących w skład tego lobby.
W opisywany trend wpisuje się także wspomniana na wstępie promocja własności prywatnej, wywyższanej ponad innymi jej formami. Do rangi aksjomatu wyniesiono twierdzenie, że jest to najdoskonalszy i niemalże jedyny możliwy sposób posiadania. Tym samym wycofano państwo i społeczeństwo z tej sfery, implicite czyniąc z nich wroga własności. To właśnie na tej kanwie polska spółdzielczość została potraktowana niczym zorganizowana grupa przestępcza, choć ogólna liczba nieprawidłowości w porównaniu do skali działalności jest w niej relatywnie niewielka. Te nieliczne przypadki, zwłaszcza na polu mieszkaniowym, są jednak nader często pokazywane w mediach prywatnych jako obraz patologii własności.
W podobny sposób traktowana jest bankowość spółdzielcza, która stała się obiektem nieustannych ataków ze strony międzynarodowych korporacji finansowych (często wspieranych przez państwo), dążących do stworzenia oligopolu w tej branży. W efekcie spółdzielczość nie jest przedmiotem edukacji obywatelskiej, nie istnieją państwowe formy jej promocji jako sprawdzonego sposobu walki z bezrobociem i wykluczeniem społecznym, a przede wszystkim – doskonałej formy wdrażania zasad zrównoważonego rozwoju. Jak fantastyczne efekty przynosi ta forma własności, widać na przykładzie Francji, a zwłaszcza Hiszpanii, która z niegdyś zacofanego kraju przeistoczyła się w jedną z podpór europejskiej wspólnoty.
Co warte podkreślenia, wolny rynek nie podnosi ekonomicznej konkurencji do rangi świętości. Wręcz przeciwnie – zakłada zgodną współpracę w celu osiągnięcia ceny, którą może zapłacić jak największa liczba osób, za towar lub usługę o własnościach najlepiej dopasowanych do potrzeb danej grupy (społeczności, narodu). Wymaga to swobodnej wymiany wiedzy, której zdobywanie finansowane jest przede wszystkim ze środków publicznych.
By ten cel mógł zostać zrealizowany, potrzebna jest właściwa edukacja, w ramach której akcent zostałby wyraźnie położony nie na „wyścig szczurów”, lecz na solidaryzm. W sposób znakomity system ten działa w państwach skandynawskich, w których olbrzymi nacisk kładzie się na pracę zespołową dzieci. Takie egalitarne podejście przynosi znakomite efekty, plasując zwłaszcza Finlandię w gronie najbogatszych państw świata. Ogromne znaczenie mają tutaj również nakłady na edukację. W Polsce sięgają one rocznie kwoty ok. 3 tys. USD na dziecko, podczas gdy średnia dla państw OECD wynosi 7 tys. USD, zaś w państwach skandynawskich wydatki na ten cel sięgają 9 tys. USD na ucznia. Nie dziwi zatem, że to właśnie w tych krajach skala korupcji jest najmniejsza, zaś ogólny poziom życia – niezwykle wysoki.
Niskie nakłady na edukację mają swoje uzasadnienie w kapitalizmie. Źle wykształconym społeczeństwem jest niezwykle łatwo manipulować, a tym samym stosować ekonomiczny wyzysk. I na odwrót: społeczeństwo dobrze wykształcone jest w pełni świadome swoich praw. Niezwykle łatwo tutaj wykazać korelację statystyczną. W krajach, w których odsetek osób dotkniętych tzw. wtórnym analfabetyzmem (w uproszczeniu – nieumiejętnością czytania ze zrozumieniem) jest najwyższy, nie ma wolnego rynku w przedstawianym ujęciu. Tam, gdzie jest najniższy, notowany jest najwyższy rozwój ekonomiczno-społeczno-polityczny. Mowa tutaj właśnie o Skandynawii, ale też o Holandii czy Szwajcarii. Czy zatem wolny rynek ma rację bytu w polskich warunkach?
Podstawą jego istnienia jest zmiana podejścia, a przede wszystkim radykalne wykluczenie neoliberalnego dyskursu. Dopóki będzie w Polsce dominowało kryterium najniższej ceny i prywatnej własności, dopóty kapitalizm, ze wszystkimi jego patologiami, będzie destrukcyjnie wpływał na społeczeństwo. Warto sobie uświadomić, że odrzucenie kapitalizmu tylko w jego najbardziej drastycznej formie może zaowocować nie tylko zmianą jakościową ogólnego poziomu życia, ale także zmianą pozycji międzynarodowej naszego kraju.
przez Wiktor Sadłowski | wtorek 15 lutego 2011 | opinie
Powrót Henryka Stokłosy do Senatu i zmiany kodeksu wyborczego to nie „wypadki przy pracy”, lecz symptomy tendencji przybierających na sile co najmniej od trzydziestolecia.
W okręgu pilskim przeprowadzono wybory uzupełniające po tym, gdy tamtejszy senator przeniósł się na fotel prezydenta miasta. Przy frekwencji wynoszącej niewiele ponad 6%, wygrał je – dystansując kandydatów nominowanych przez czołowe partie polityczne – Henryk Stokłosa, przedsiębiorca od lat wymieniany w gronie 100 najbogatszych Polaków. Nie jest to bynajmniej jego parlamentarny debiut – swój pierwszy mandat zdobył w „kontraktowych” wyborach do Senatu z czerwca 1989 r., a następnie przez kolejnych 11 lat nieprzerwanie wygrywał w wyścigach o fotel senatora. Novum stanowi fakt, że obecny sukces wyborczy osiągnął w kilka lat po głośnym ściganiu go międzynarodowym listem gończym i pobycie w areszcie, z którego wyszedł jedynie dzięki wysokiemu poręczeniu majątkowemu i zastosowaniu szeregu środków zapobiegawczych. Nadal oskarżony jest o 21 przestępstw, w tym o korumpowanie urzędników państwowych różnych szczebli (z Ministerstwem Finansów włącznie) i wielomilionowe oszustwa podatkowe.
Istotną pozycję w jego dorobku biznesowym oraz kolekcji prokuratorskich zarzutów zajmuje też utylizacja padłych w czasie hodowli zwierząt oraz produkcja z nich mączki mięsno-kostnej. W należącym do Stokłosy „Farmutilu” odpady zwierzęce po prostu zakopywano na terenie zakładu i w pobliskim lesie, nieopodal ujęć wody pitnej, a podejrzewaną o wywoływanie „choroby wściekłych krów” mączkę wysypywano na pola. Firma inkasowała potem z budżetu zwrot 98% fikcyjnych kosztów utylizacji niebezpiecznych odpadów. Od czasu do czasu nakładano kary, po których zapłaceniu firma nadal robiła swoje, alarmujący urzędników i media lokalni społecznicy byli zastraszani, szykanowani i w końcu fizycznie atakowani, a ich dane osobowe w tajemniczy sposób „wyciekały” z policji do bezpośrednio zainteresowanego. Póki co, sprawa nie doczekała się finału, a mieszkańcy Śmiłowa i innych miejscowości w Pilskiem nadal są podtruwani…
Kariera gospodarcza „króla padliny” rozpoczęła się jeszcze w poprzednim systemie, w przedsiębiorstwach państwowych, by wraz z organizowaną przez ostatnią ekipę władzy PRL częściową liberalizacją przenieść się do „prywatnej inicjatywy”. Na styku biurokratycznie reglamentowanej i nieoficjalnej gospodarki tzw. realnego socjalizmu szybko zbił imponujący majątek, w czym przydatne były posiadane kontakty i informacje. Stokłosa-polityk objawił się natomiast dzięki kontraktowi Okrągłego Stołu, który obok rozdziału miejsc w Sejmie gwarantował wolne wybory do Senatu, przeprowadzone według ordynacji większościowej. Był wtedy jedynym zwycięskim kandydatem zarówno spoza strony partyjno-rządowej, jak i solidarnościowej, co w apologetycznej wizji transformacji miało stanowić dowód na charakteryzujący polskie przemiany już od 1989 r. pluralizm i „świeży powiew wolności”.
Jest truizmem, że w przypadku skazania Stokłosa straci mandat. Jeszcze większym truizmem jest ogłaszane przez medialnych ekspertów w aurze „odkrycia” spostrzeżenie, że biedna, zagrożona bezrobociem lub już bezrobotna część mieszkańców byłego województwa pilskiego traktuje przedsięwzięcia należące Stokłosy jako jedyne źródło środków koniecznych do przeżycia. Można się co prawda zastanawiać, dlaczego tysiące ludzi ze zrozumiałej kalkulacji materialnej wyciągnęło aż tak daleko idące wnioski polityczne, oraz czy jakiegoś wpływu na tę decyzję nie miało wieloletnie bombardowanie frazesami o przedsiębiorcach „dających innym pracę”. Nie od rzeczy byłoby też zapytać np. o aktywną politykę gospodarczą państwa, interweniującą dla większego zatrudnienia na lepszych warunkach, oraz o zasiłki i pomoc socjalną dla pozbawionych źródeł dochodu. Taka perspektywa ułatwiłaby nieco inne spojrzenie nie tylko na wybory w Pile, ale również wiarygodność komentujących je przedstawicieli medialnego i politycznego establishmentu. Burżuazja uwielbia karcić się własnymi dłońmi – te słowa wybitnego włoskiego reżysera Piera Paola Pasoliniego jak ulał pasują do tańca marionetek symulującego w tych warunkach demokrację i debatę publiczną. Obowiązkiem obserwatorów casusu Stokłosy jest w pierwszym rzędzie dopilnowanie, by został sprawiedliwie ukarany, w drugim zaś – uważne przyjrzenie się zasadom, które wprowadziły go do polityki. Problem jest bowiem znacznie szerszy.
Otóż z początkiem stycznia Sejm przyjął senackie poprawki do kodeksu wyborczego. Po wejściu ich w życie senatorowie w całej Polsce i radni gmin niezależnie od liczby mieszkańców (z wyjątkiem powiatów grodzkich) wybierani będą w jednomandatowych okręgach wyborczych, potocznie zwanych JOW-ami.
Trudno się dziwić popularności tego rozwiązania, biorąc pod uwagę wszystkie szkodliwe z punktu widzenia interesu ogólnospołecznego działania aparatów partyjnych z głównego nurtu polskiej polityki. Okręgi jednomandatowe można w tej sytuacji zachwalać chwytliwym hasłem „głosowania na ludzi, a nie listy partyjne”. To jednak demagogia – na skutek zmian w ordynacji dotychczasowe partie polityczne przecież nie znikają, nie zmieniają się także ich wewnętrzne mechanizmy wyłaniania kandydatur. Wymiernym efektem funkcjonowania okręgów jednomandatowych jest natomiast realne ograniczenie wyboru: wszystkie głosy oddane na kandydatów, którzy uplasują się za liderem z danego okręgu, idą na marne. Nawet jeśli wyborców kandydatów „mniejszościowych” jest faktycznie więcej – nie mają żadnej reprezentacji w wybieranym w ten sposób ciele. W praktyce procedura ta przynosi sukces najpopularniejszym w danym regionie partiom, w ich obrębie zaś – przedstawicielom najbardziej wpływowych frakcji i koterii.
Innym wariantem będą „niezależni” kandydaci pokroju Stokłosy, którzy będą w stanie pośrednio lub niemal dosłownie kupować swoich wyborców. Świadomi tych mechanizmów lobbyści na rzecz okręgów jednomandatowych dopuszczają się więc manipulacji podobnej do chwytu często stosowanego przy prezentacji informacji gospodarczych. Zgodnie z nim, o poziomie zarobków w kraju świadczyć ma zaprezentowana średnia arytmetyczna płac (licząc od adwokatów i menedżerów po nauczycieli i sprzedawczynie), zamiast miar opisujących środkowe wartości skali zarobków.
Zwolennicy JOW-ów przywołują wielowiekową tradycję funkcjonowania tej instytucji na Wyspach Brytyjskich i w Stanach Zjednoczonych. Rozumowanie to jest jednak ahistoryczne i abstrahuje od kontekstu społecznego początków parlamentaryzmu w obydwu anglosaskich kulturach politycznych. W średniowiecznej Anglii zalążkiem wybieranej systemem większościowym Izby Gmin były dość prężne samorządy mieszczan i rzemieślników, częstokroć też wspólne zarządzanie przez chłopów gromadzką ziemią na wsi; notabene już u schyłku średniowiecza ów parlament stał się areną wyłaniania „nowej arystokracji” – oligarchii budującej swój stan posiadania na grabieży majątku cechów i grodzeniu folwarków. Jeśli zaś chodzi o wzorzec zza oceanu, to jak wykazali Mary i Charles Beardowie w swym obszernym „Rozwoju cywilizacji amerykańskiej”, lokalne izby reprezentantów potrafiły dość sprawnie organizować życie poszczególnych kolonii, ale do postrzegania i koordynowania swoich działań w kategoriach ponadregionalnych potrafiła skłonić kolonistów tylko konieczność zdecydowanej walki z przedstawicielstwem Korony. Zresztą i w tych warunkach proces jednoczenia kolonii – na ogół egoistycznie, aż do obsesji broniących swej odrębności – trwał ponad stulecie…
W dobie globalizacji, atrofii szeroko rozumianej sfery publicznej i atomizacji społecznej, realnym zagrożeniem wydaje się proces prowadzący w przeciwnym kierunku, czyli postępująca regionalizacja, dezintegracja czy zgoła bałkanizacja średnich i mniejszych państw (w wariancie łagodniejszym: promocja kulturowego i środowiskowego separatyzmu za cenę postponowania dobra wspólnego), na czym zyskiwać mogą w pierwszym rzędzie gospodarcze i geopolityczne potęgi. Obecną ordynację zdecydowanie należałoby zmienić, ale w stronę gwarantującą większą reprezentatywność i pluralizm składu przedstawicielskiego (co byłoby możliwe przy zachowaniu zasady proporcjonalności i wielomandatowości, ale np. z wyeliminowaniem przeliczników i progów wyborczych oraz zmniejszeniem liczby podpisów wymaganej przy rejestracji komitetów i list), a także możliwość bieżącej kontroli jego pracy.
Warto też poważnie zastanowić się nad sensownością utrzymywania Izby Wyższej polskiego parlamentu, w jej obecnej formule. Jak wykazała praktyka, wbrew zapowiedziom i deklaracjom sprzed ponad dwudziestu lat Senat częściej dodatkowo pogarsza, niż koryguje stanowione prawo (działo się tak np. z ostatnimi projektami regulacji rynku medialnego). W żadnym wypadku natomiast nie można się zgodzić na wchodzenie z deszczu obecnego partyjnego oligopolu pod rynnę monopolizacji i niemal całkowitej blokady dla jakichkolwiek oddolnych inicjatyw politycznych.
Na przykładzie zwycięskiego w „większościowej” procedurze wyborczej Stokłosy oraz legionu jego następców, czekających na swoją kolej w przypadku dalszego pomyślnego forsowania JOW-ów, widać doskonale, jak zazębiają się polskie, a w pewnym sensie również międzynarodowe dylematy i dramaty: odgórne instalowanie pozornie „wolnościowych” instytucji, częściowa ciągłość elit poprzedniego i obecnego ustroju, podział łupów między PZPR, Komitety Obywatelskie i indywidualnych biznes-gangsterów jako akt założycielski polskiej demokracji, bieda odbierana z pocałowaniem ręki jako rozsądna alternatywa wobec całkowitej nędzy, hipokryzja albo bezczelność korporacyjno-liberalnych autorytetów na pełen etat i neokonserwatywno-libertariańska „opozycja” z jej prostackimi lekarstwami jeszcze gorszymi od chorób. W tym wszystkim czuć coś ze smrodu z „Farmutilu”.