przez Krzysztof Wołodźko | niedziela 1 maja 2011 | opinie
30 grudnia 1987 r., w dwudziestą rocznicę encykliki „Populorum progressio” Pawła VI, Jan Paweł II ogłosił encyklikę „Sollicitudo rei socialis”. Z okazji zbiegającego się w jednym dniu Święta Pracy oraz beatyfikacji Jana Pawła II, warto przypomnieć pokrótce treść tego dokumentu, który niejako antycypował upadek komunistycznych reżimów sterowanych z Moskwy, a równocześnie wyraźnie krytykował praktykę i teorię społeczno-gospodarczą globalnego kapitalizmu.
Jan Paweł II, ukazując horyzont ówczesnego świata, który w znacznej mierze wciąż odnosi się do naszych realiów, wskazywał na najbardziej niepokojące zjawiska końca XX wieku. Papieska krytyka rzeczywistości nie ma jedynie charakteru ekonomicznego, ale zawiera głęboki osąd etyczny, a w ostateczności, co nie może dziwić, rys eschatologiczny.
Jako bolączki Jan Paweł II wskazywał m.in. narastanie różnorakich dysproporcji między Północą i Południem. Zwracał przy tym uwagę na pewną umowność tej terminologii i fakt, że drastyczne różnice zachodzą nieraz również w obrębie poszczególnych państw i regionów, niezależnie od ich usytuowania na mapie globalnej. Przegląd różnych dziedzin – jak produkcja i rozdział żywności, higiena, zdrowie i mieszkania, zaopatrzenie w wodę pitną, warunki pracy, zwłaszcza kobiet, długość życia i inne wskaźniki ekonomiczne i społeczne daje w rezultacie niezadowalający obraz ogólny, czy to rozpatrywany sam w sobie, czy w stosunku do odpowiednich danych z krajów najbardziej rozwiniętych.
Jan Paweł II pokazywał, jak na kwestie z pozoru czysto materialne nakładają się kolejne problematy, związane czy to z kulturą, czy z kwestiami politycznymi i ustrojowymi, czy odnoszące się wprost do antropologii człowieka. Są to: analfabetyzm, trudność czy niemożność osiągnięcia poziomu wyższego wykształcenia, niezdolność do uczestnictwa w budowaniu własnego narodu, różne formy wyzysku czy ucisku ekonomicznego, społecznego, politycznego, a także religijnego osoby ludzkiej i jej praw, wszelkiego rodzaju dyskryminacje, zwłaszcza ta najbardziej odrażająca, oparta na różnicy rasowej. Jeśli którąś z tych plag odczuwa się w strefie najbardziej rozwiniętej Północy, to niewątpliwie występują one częściej, są trwalsze i trudniejsze do wykorzenienia w krajach słabiej rozwiniętych i mniej zaawansowanych.
Należy koniecznie – stwierdzał papież – napiętnować istnienie mechanizmów ekonomicznych, finansowych i społecznych, które, chociaż są kierowane wolą ludzi, działają w sposób jakby automatyczny, umacniają stan bogactwa jednych i ubóstwa drugich. Mechanizmy te, uruchomione – w sposób bezpośredni lub pośredni – przez kraje bardziej rozwinięte, sprzyjają – poprzez samo ich funkcjonowanie – interesom tych, którzy nimi manewrują, ale w końcu doprowadzają do zdławienia lub uzależnienia gospodarki krajów słabiej rozwiniętych. Już encyklika Populorum progressio przewidywała, że przy istnieniu takich systemów będzie się mogło powiększać bogactwo bogatych, przy równoczesnym utrwalaniu się nędzy ubogich. Potwierdzeniem tego przewidywania jest pojawienie się tak zwanego Czwartego Świata. Byłoby rzeczą ze wszech miar pożyteczną dziś, w czas beatyfikacji Jana Pawła II, zadać sobie pytanie, czy owe tendencje, które tak go niepokoiły pod koniec lat 80., uległy osłabieniu, czy wzmocnieniu? Czy świat, dotknięty niedawno globalnym kryzysem ekonomicznym jest bezpieczniejszy dla rzesz ludzkich, dla poszczególnych społeczności, narodów i państw? Czy jego struktury globalne gwarantują większą sprawiedliwość i dobrobyt ogółu?
Wizja przedstawiona w encyklice operuje dwoma, bynajmniej niesprzecznymi, pojęciami: globalizm i solidarność. Po pierwsze, mamy tu do czynienia z odczytaniem problemu globalizacji i jej procesów, zachodzących jako relacje między pierwszym, drugim, trzecim i czwartym światem. Zawsze pozostaje bardzo ścisła współzależność tych światów, która, jeśli nie liczy się z wymogami etycznymi, przynosi tragiczne skutki najsłabszym. Co więcej, owa współzależność, poprzez pewien rodzaj dynamiki wewnętrznej i pod działaniem mechanizmów, których trudno nie uznać za przewrotne, wywołuje negatywne skutki nawet w krajach bogatych. Po drugie, odpowiedzią na globalizację powinna być etyka solidarności: rozwój albo stanie się powszechny we wszystkich częściach świata, albo ulegnie procesowi cofania się również w strefach odznaczających się stałym postępem. Zjawisko to jest szczególnie znamienne dla natury prawdziwego rozwoju: albo uczestniczą w nim wszystkie narody świata, albo nie będzie to prawdziwy rozwój.
Równocześnie papież wskazywał, że na najgłębszym możliwym poziomie Kościół w swojej wizji stosunków społecznych nie opowiada się ani po stronie Zachodu, ani Wschodu. Napięcie między Wschodem i Zachodem nie dotyczy samo w sobie przeciwieństw między dwoma różnymi stopniami rozwoju, ale raczej między dwiema koncepcjami samego rozwoju ludzi i ludów; obydwie są niedoskonałe i wymagają gruntownej korekty. Omawiana przeciwstawność zostaje przeniesiona do tych krajów, przyczyniając się do powiększenia przedziału, który już istnieje na płaszczyźnie ekonomicznej między Północą i Południem i który jest wynikiem dystansu pomiędzy dwoma światami: światem bardziej i światem mniej rozwiniętym. Jest to jedna z racji, dla których społeczna nauka Kościoła jest krytyczna zarówno wobec kapitalizmu, jak i wobec kolektywizmu marksistowskiego. Rozpatrując bowiem rzecz z punktu widzenia rozwoju, trudno nie postawić pytania, jak i na ile oba systemy są zdolne do przemian i odnowy, tak by ułatwić lub popierać prawdziwy i integralny rozwój człowieka i ludów we współczesnym świecie?
Wobec upadku „kolektywizmu marksistowskiego”, zwyciężający na jego gruzach neokapitalizm popadł w swoisty triumfalizm ekonomiczny. Spora część jego wyznawców (w tym neofitów) także tu, w Polsce, wolałaby schować w cień tę niewygodną dla siebie prawdę, że społeczna nauka Kościoła bynajmniej nie pokrywa się z ich doktryną. O ile bowiem Kościół odnosi się z szacunkiem do własności prywatnej i różnorodnych form ludzkiej przedsiębiorczości, o tyle odrzuca również „ekonomicystyczne” traktowanie człowieka i społeczeństw. Ponadto, co w rodzimych, konserwatywno-liberalnych realiach może powodować zarzut dziwacznego „zlewaczenia” nauk Jana Pawła II, na kartach omawianej tu encykliki bardzo mocno podkreśla się etyczną odpowiedzialność człowieka nie tylko na gruncie ekonomii czy polityki oraz stosunków społecznych, ale np. stanowczo podnoszone są zagadnienia związane z szacunkiem dla zasobów naturalnych i środowiska przyrodniczego.
Brak szacunku wobec świata natury i jej delikatnego porządku wiąże się nie tylko z kwestiami ekonomicznymi, ale także z etyczną plagą hiperkonsumpcji: Nadrozwój, polegający na nadmiernej rozporządzalności wszelkiego typu dobrami materialnymi na korzyść niektórych warstw społecznych, łatwo przemienia ludzi w niewolników „posiadania” i natychmiastowego zadowolenia, nie widzących pewnego horyzontu, jak tylko mnożenie dóbr już posiadanych lub stałe zastępowanie ich innymi, jeszcze doskonalszymi. Jest to tak zwana cywilizacja „spożycia” czy konsumizm, który niesie z sobą tyle „odpadków” i „rzeczy do wyrzucenia”. Posiadany przedmiot, zastąpiony innym, doskonalszym, zostaje odrzucany bez uświadomienia sobie jego ewentualnej trwałej wartości dla nas lub dla kogoś uboższego. Wszyscy z bliska obserwujemy smutne skutki tego ślepego poddania się czystej konsumpcji: przede wszystkim jakiś rażący materializm, przy równoczesnym radykalnym nienasyceniu.
Znamienne, że właśnie zagadnienia ekonomiczne i redukcja człowieka do ekonomii, uczynienie z niego jedynie narzędzia przynoszącego utylitarny zysk lub stratę, wydają się dla Jana Pawła II najistotniejszymi. Sprowadzenie człowieka do roli trybu w maszynach ideologii podporządkowanych materialnym aspektom istnienia staje u korzeni nowożytnych problemów społeczeństw, czyniąc łatwiejszym manipulowanie osobami ludzkimi: Rozwój tylko ekonomiczny nie może wyzwolić człowieka, wprost przeciwnie, prowadzi do większego jeszcze zniewolenia. Rozwój, który nie obejmuje wymiarów kulturowych, transcendentnych i religijnych człowieka i społeczeństwa, im bardziej nie uznaje istnienia takich wymiarów i nie dostrzega w nich własnych celów i priorytetów, tym mniejszy ma wkład w prawdziwe wyzwolenie. Istota ludzka jest całkowicie wolna tylko wówczas, gdy jest sobą w pełni swoich praw i obowiązków; to samo trzeba powiedzieć o całym społeczeństwie.
Człowiek, jakim widzi go papież, wyrasta ponad świat, wyrasta ponad dzieła swej pracy, stąd czynienie go jeszcze jednym narzędziem, często gorszym od innych, godzi w samą istotę człowieczeństwa, w godność i suwerenność osoby ludzkiej. Niezależnie od tego, jak dziś w Polsce prawica chce i potrafi interpretować nauczanie Jana Pawła II, nie powinno to przeszkadzać ludziom lewicy czytać je bez uprzedzeń. Korzyścią z lektury może być choćby zrozumienie problemów i sprzeczności tkwiących w samych doktrynach lewicowych i próba ich intelektualnego przepracowania. Nie musimy czytać na kolanach – wystarczy, że będziemy czytać ze zrozumieniem. I krytycznie także wobec siebie.
Ostatecznie trzeba pamiętać, że właściwym horyzontem myślenia papieskiego nie jest żadna świecka doktryna, ale teologia i tradycja Kościoła. W tym fundamentalnym sensie przekaz encykliki „Sollicitudo rei socialis” leży „poza lewicą i prawicą”, choć z pewnością może i powinien być inspiracją dla wszystkich ludzi dobrej woli, niezależnie od ich zapatrywań światopoglądowych, społeczno-ekonomicznych czy politycznych.
przez Joanna Duda-Gwiazda | środa 27 kwietnia 2011 | opinie
We wsi Znamienka na Syberii trudno było przedrzeć się do tajgi przez zwały śmieci. Kiedy dotarliśmy do wsi Ługawskoje, okazało się, że obory usytuowane są tak, aby łatwo było zrzucać gnój do Jeniseju. Rosjanie tłumaczyli, że dzikiej przyrody mają dużo i nie muszą troszczyć się o środowisko. W Australii dzikiej przyrody też jest dużo, ale parki narodowe spotyka się co krok, a śmieci nie ma wcale. Na przełęczy w jeżynach nasz towarzysz znalazł butelkę po ćwiartce wódki. Włożył ją do kieszeni, wniósł na szczyt i zniósł do podnóża góry, gdzie był śmietnik.
Wiadomo, że Australijczycy chodzą głową na dół, kangury kicają po trawiastym dachu parlamentu (już go ogrodzono), koale śpiące na eukaliptusach niedbale zwieszają łapki. Trzeba to jednak zobaczyć, ponieważ żaden album czy film nie odda przestrzeni, piękna i różnorodności egzotycznej przyrody. Dojechać nie jest łatwo. Podróż nawet przy dobrych połączeniach trwa przeszło dobę i kosztuje kilka tysięcy dolarów. Nie wiem, ile dokładnie, ponieważ wszystkie koszty naszego, ponad dwumiesięcznego pobytu, poniósł Związek Polskich Więźniów Politycznych. Gospodarze zorganizowali nam wiele spotkań publicznych z Polonią w Sydney, Melbourne, Adelajdzie oraz Perth, wywiadów w polonijnej prasie i radiu. W Australii rozgłośnie grup etnicznych są dofinansowane ze środków publicznych. Dwóch dziennikarzy z prasy anglojęzycznej prosiło o wywiad. Jeden pytał o neoliberalizm i globalizację, drugi o historię Lecha Wałęsy. Polacy w Australii są nadzwyczajnie dobrze zorientowani i zaangażowani w sprawy polskie. Spotkania nie różniły się od tych w Polsce. 10 kwietnia w Sydney i Melbourne odsłonięto tablice upamiętniające ofiary katastrofy.
W Australii wszyscy mają prawo do państwowej emerytury, rozwijany jest transport publiczny, wypłacane są zasiłki, funkcjonują programy adresowane do różnych grup społecznych, do młodzieży i seniorów. Ludzie pracują, niektórzy dużo i ciężko, jeśli chcą spłacić kredyty. Bezdomnych nie widzieliśmy. Wyszydzane w Polsce państwo opiekuńcze, w Australii ma się dobrze. Kryzys jest odczuwalny, ale gospodarka funkcjonuje, bezrobocie nie przekracza 6%, a dolar australijski stoi nie gorzej niż amerykański.
W porównaniu z USA, w Australii żyje się na luzie. Australijczycy są pogodni, życzliwi, lubią się bawić, podróżować, uprawiają sporty. Nawet skłonni do narzekania Polacy mówią, że żyje się tu dobrze. Marzeniem każdego Australijczyka jest wybranie się na emeryturze w podróż domem na kółkach po całym kontynencie. Podobno trzeba na to trzech lat.
Trzech lat nie mieliśmy, ale gospodarze zadbali, abyśmy w czasie wolnym zobaczyli jak najwięcej. Polacy dobrze się zapisali w historii Australii i dzisiaj też cieszą się dobrą opinią. Był projekt, aby nazwę najwyższego szczytu, Mount Kosciuszko, zmienić na aborygeńską. Taki ukłon w stronę poprawności politycznej. Od kilku lat Polacy organizują wielki festyn pod górą, połączony z biegiem na szczyt i z powrotem. Na zwycięzców czekają nagrody. Festyn cieszy się wielkim powodzeniem, w biegu uczestniczą nie tylko Polacy. O zmianie nazwy nikt już nie mówi.
Wbrew powszechnej opinii, Australia nie jest płaskim, pustynnym talerzem. Jest tu dużo pięknych gór, lasów, wodospadów i rzek. Sieć szlaków jest dobrze rozwinięta. Serce nam się kroiło, gdy na punktach widokowych czy w miejscach piknikowych patrzyliśmy na tabliczki kierujące na odlegle pasma górskie i szczyty. Wiedzieliśmy, że nie przyjechaliśmy tu na wędrówkę z namiotem, ale Andrzej włożył swój stary plecak do podróżnej torby i wniósł go na najwyższy szczyt („Nigdy by mi nie darował, gdybym go nie zabrał”).
Trudno nawet wymienić, a tym bardziej opisać cuda, które widzieliśmy. Największe wrażenie zrobiły na mnie australijskie pingwiny, wracające po całym dniu połowów. Małe, dzielne ptaki wspinają się na stromy brzeg i maszerują do nor, gdzie czekają głodne pisklęta. Nawoływania ze wszystkich stron tworzą przedziwną muzykę. Niezwykła była wędrówka kładką wśród koron drzew-gigantów, rejs katamaranem po oceanie, łowienie krabów, dżdżownice o długości kilku metrów, wypad w Góry Błękitne, spacer po lasach drzewiastych paproci, przejazd Great Ocean Road, zwiedzanie grot, kopalni złota i miasteczka-skansenu po czasach gorączki złota. Widzieliśmy też standardowe atrakcje, takie jak papugi, kangury, strusie, wieże widokowe, latarnie morskie, operę, ogrody botaniczne, oceanarium z rekinami pływającymi nad głową, ogród zoologiczny, gdzie tylko groźne zwierzęta, np. diabeł tasmański, są zamknięte w klatkach. Pod koniec pobytu byłam już tak zmęczona rozrywkami, że bez wstrętu myślałam o powrocie do naszych normalnych zajęć, takich jak demonstracja pod rosyjską ambasadą. Zdążyliśmy, mimo że samolot z Dubaju spóźnił się i musieliśmy nocować we Frankfurcie. Spadliśmy twardo na ziemię. Teraz Andrzej poszedł na demonstrację, ponieważ stołeczna straż miejska pobiła Michała Stróżyka, a ja piszę tekst dla „Nowego Obywatela”.
Nasz wyjazd do Australii spowodował nadzwyczajne ożywienie u naszych przeciwników. Dowiedzieliśmy się, że Andrzej w Australii agitował za głosowaniem na SLD, że Związek Polskich Więźniów Politycznych nie istnieje, że bezpieka sfinansowała nam wakacje – „Można ich zrozumieć, bo lubią podróżować, a nie mają pieniędzy”. Otóż dzięki specjalnym dodatkom do emerytur, które przyznał nam premier Kaczyński, pieniędzy mamy jak lodu.
Nie wiem, czy bezpieka na stare lata oszalała, czy ukrywa w Australii jakichś Eichmannów systemu komunistycznego. Będziemy musieli to sprawdzić.
przez Micah M. White | piątek 15 kwietnia 2011 | opinie
Kroku naprzód nie dokonamy na ekranie monitora. Przyszłością aktywizmu nie jest online-aktywizm.
Świat pilnie potrzebuje rewolucji kulturowej. Podczas gdy jedni harują, by produkować dobra, na które nigdy nie będzie ich stać, inni zamęczają się, żeby móc konsumować luksusowe towary, których nie potrzebują. Jedni i drudzy ani nie żyją pełnią życia, ani nie są szczęśliwi. Wspólnie natomiast uczestniczą w postępującym oszpecaniu i wyjaławianiu Ziemi. Społeczeństwo konsumpcyjne tkwi w błędnym kole, które jednych przykuwa do stołów montażowych w fabrykach, a drugich do monitorów w biurowych boksach. Rodzi się coraz bardziej nieludzki cykl, który wymyka się spod kontroli, wciągając ludzkość w otchłań wojen klimatycznych i kulturowego obłędu.
Tyle wiemy. Niejasne jednak pozostaje, jak tę sytuację zmienić.
Odpowiedź, która zdominowała wszystkie inne, polega na twierdzeniu, że przyszłość aktywizmu obywatelskiego leży w jego internetowej odmianie. Oszołomieni obietnicą dotarcia do miliona osób za pomocą jednego kliknięcia, wydaliśmy ideę zmiany społecznej w ręce technokracji – programistów i „ekspertów ds. mediów społecznościowych”. Tworzą oni efekciarskie, wysokobudżetowe strony internetowe oraz kampanie wirusowe, gromadzące miliony adresów poczty elektronicznej. Biorąc liczbę adresów e-mail za równoznacznik liczby rzeczywistych członków, organizacje społeczne chełpią się własnym rozmiarem, lekceważąc jednocześnie niewielki wpływ na rzeczywistość. Zważają przede wszystkim na ilość. W celu ciągłego rozrostu korzystają z konsultacji specjalistów od marketingu, zapewniających, że „najlepsze praktyki” nakazują tworzenie przekazu zdolnego dotrzeć do jak największej liczby odbiorców. Stąd grupy fokusowe, testy A/B oraz badania bazy członkowskiej zastąpiły mocną filozofię, wizję radykalnej zmiany i zespół zagorzałych zwolenników.
Nic więc dziwnego, że wkrótce takie działania zaczęły przypominać kampanie reklamowe: wiadomości e-mail poddawane są badaniom rynkowym, a statystykom klikalności podporządkowuje się wszystkie inne kryteria. Jednak w pogoni za ilością pozostawiono w tyle pasję. Organizacje tego typu z każdym dniem coraz trudniej znajdują odzew u swoich „członków”. Ostatecznie branża online-aktywizmu osiąga swą żałosną średnią: mniej niż jeden na dwudziestu odbiorców otwiera przysłanego e-maila, większość po prostu klika przycisk „usuń”. Tajemnicą poliszynela jest, że postępowe organizacje pozarządowe z obszaru metropolitalnego San Francisco uzyskują z reguły współczynnik odpowiedzi rzędu 5%.
Mimo posiadania olbrzymiej listy mailingowej, organizacje nie mogą liczyć na uzyskanie dużego odzewu na jakąkolwiek ze swoich kampanii. W celu zwiększenia klikalności coraz bardziej łagodzą ton przekazu, „apele” stają się prostsze, a oczekiwane „działania” – mniej wymagające. Wkrótce wprowadza się sztuczkę, dzięki której samo otwarcie e-maila traktowane jest jak podpisanie petycji. A jednak, podczas gdy listy członkowskie tych organizacji dalej się rozrastają, znika aktywna część ich bazy. Co gorsza, działający w dobrej wierze cyberaktywiści odkryją w końcu, że są upupiani przez obłudne kampanie reklamowe, udające prawdziwy motor zmian.
Tak oto znaleźliśmy się w dziwacznej sytuacji, gdy słynna międzynarodowa organizacja działająca na rzecz przeciwdziałania zmianom klimatycznym, TckTckTck – posiadająca ponad 10 mln członków oraz ponad 350 organizacji partnerskich, w tym Greenpeace, WWF, Oxfam itd. – jest potajemnie prowadzona przez Havas Worldwide, szóstą co do wielkości agencję reklamową na świecie. Klientami Havas są np. Wal-Mart, Coca-Cola, Pfizer, BP i cała reszta tych, którym należą się słowa krytyki.
Oddając aktywizm w ręce technokratów, wyświadczyliśmy niedźwiedzią przysługę szlachetnej tradycji społecznych protestów, które przyniosły ludzkości postęp w kierunku równości. Zamieniliśmy trudny proces angażowania się w walkę w realnym świecie na beztroskę wysyłania e-maili oraz klikania w linki. Mówię tak, mając świadomość, że cyberaktywiści godzą się na to (a nowe pokolenie jest aż nadto ochocze, by zaofiarować swą pomoc), promując siebie samych jako pionierów przemiany adresów e-mailowych w realne osoby na ulicy. Musimy jednak odrzucić ich roszczenie do bycia ekspertami oraz ich pojęcie sukcesu oparte na kryterium ilościowym. Krok naprzód nie nastąpi za pośrednictwem ekranu monitora.
Właściwie pojmowany aktywizm dąży do przewrotu, uderzając w sedno. Stosuje rzeczową krytykę społeczną, której nie można rozładować czy też przyswoić bez gruntownej przemiany kulturowej. Każda epoka musi odnaleźć i wyostrzyć taką krytykę oraz wytrwale stosować ją w nieustannej walce z dominującym układem sił społecznych. Zasadnicza krytyka naszej generacji odbywa się z punktu widzenia ekologii umysłu, która traktuje konsumpcjonizm jak plagę, podsycaną przez skażenie środowiska mentalnego przez reklamodawców.
Przyszłością aktywizmu nie jest online-aktywizm. Jest nią wewnętrzny zryw przeciwko zanieczyszczaniu umysłu. Ten zaś rozpocznie się wraz z wyłączeniem naszych monitorów.
Tekst pochodzi z blogu autora. Jego rozszerzona wersja ukazała się w dzienniku „The Guardian”. Przedruk za zgodą autora. Tłumaczenie: Krzysztof Kołek.
przez Tadeusz Markiewicz | środa 6 kwietnia 2011 | opinie
Obywateli hipnotyzuje tzw. okno papieskie w krakowskim Pałacu Biskupim oraz okno mokotowskiej willi gen. Jaruzelskiego. Czy jednak nie warto byłoby przejść się czasem pod inne okno?
Zima niczyja?
Co roku, w nocy z 12 na 13 grudnia pod domem Wojciecha Jaruzelskiego pojawia się licząca od kilkudziesięciu do kilkuset osób grupa ludzi chcących upamiętnić rocznicę wprowadzenia stanu wojennego. Przeważającą większość stanowią przeciwnicy „czerwonego generała”.
Jeszcze parę lat temu odnosiło się wrażenie, że protestującym o coś chodzi, i że przynajmniej do pewnego stopnia reprezentują liczną grupę Polaków, według których stan wojenny był zbrodniczą próbą zduszenia „Solidarności”. Niestety, ostatnie manifestacje bardzo „zaniżyły poziom”. Wszelakiej maści krótko ostrzyżeni chłopcy stali się przytłaczającą większością, a „Zima wasza, wiosna nasza!” czy klasyczne „Precz z komuną!” – chwytliwe i bądź co bądź racjonalne hasła sprzed lat – ustąpiły „Wyłaź, szczurze”, „SLD – KGB” czy „Generale, smaruj pałę”.
Dlaczego zwykli obywatele przestają przychodzić pod dom Jaruzelskiego? Pokusiłbym się o hipotezę, że duży wpływ ma tu zwyczajny fakt, iż od 1981 r. minęło już sporo czasu i stan wojenny, choć rozmaicie oceniany, budzi coraz mniejsze emocje. Co więcej, pokolenia urodzone po upadku komunizmu są już zmęczone martyrologiczną narracją postsolidarnościową i na sprawie generała zwyczajnie położyły to, co NOP-owcy radzą mu smarować.
Skoro zbieranie się pod domem niemal 90-letniego starca i wykrzykiwanie mu po nocy haseł nie wydaje się dziś odpowiednią formą prowadzenia debaty historycznej, warto by się zastanowić, pod jakim innym oknem moglibyśmy ze znajomymi miło spędzić wieczór.
Nikt nic nie wie
Domyślam się, że każdy czytelnik ma własnego faworyta. Mimo to chciałbym zaproponować swojego kandydata: Leszka Balcerowicza.
Sukces tego adepta Instytutu Podstawowych Problemów Marksizmu-Leninizmu był dla mnie zawsze zagadką porównywalną z tajemnicą Trójkąta Bermudzkiego. Umiarkowanie znany akademicki ekonomista bez doświadczenia w kierowaniu zespołem ludzkim, na dodatek kiepski mówca – nagle zostaje wicepremierem i ministrem finansów pierwszego demokratycznego rządu. I to rządu, dodajmy, o zabarwieniu mocno lewicowym.
Nigdy nie byłem w stanie zrozumieć, co stało się z elitą „Solidarności”, która gdy tylko stworzyła własny gabinet polityczny, wykonała zwrot o 180 stopni, porzucając lewicowy program ustalony przy Okrągłym Stole (polityka pełnego zatrudnienia, zrównoważenia gospodarki, ewolucyjnych przemian ekonomicznych itd.). Następnie rozpoczęła realizację planu, którego historia, jeśli kiedykolwiek zostanie zekranizowana, mogłaby mieć tytuł jak jeden z filmów Woody’ego Allena: „Bierz forsę i w nogi”.
Dlaczego Mazowiecki, Kuroń czy Michnik – wszyscy otwarcie przyznający się do ekonomicznej ignorancji – tak łatwo zawierzyli neoliberalnym doradcom z USA (przezywanym Brygadą Marriotta), takim jak Jeffrey Sachs i George Soros? I jak to możliwe, że owoc prac zespołu wicepremiera, czyli pakiet ustaw nazwany potem planem Balcerowicza, wprowadzono bez konsultacji społecznych oraz oglądania się na krytykę czołowych ekonomistów i posłów (Bugaj, Kowalik, Modzelewski, Małachowski)?
Wreszcie, ludzkie pojęcie przechodzi nieświadomość rządu i prezydenta w kwestii tworzonego planu zepchnięcia kraju gospodarki nakazowo-rozdzielczej w odmęty wolnego rynku. Po latach Lech Wałęsa przyznał, że zaakceptował program wicepremiera, mimo że ten nie pofatygował się przedstawić mu go w finalnej wersji.
Jednak najbardziej zastanawia mnie fakt, że pomimo oczywistej porażki planu Balcerowicza, jego twórca nie stał się medialną persona non grata.
Księżycowa ekonomia
Jak od lat podkreśla prof. Tadeusz Kowalik, żaden PRL-owski plan nie rozminął się z rzeczywistością tak bardzo, jak plan Balcerowicza.
Weźmy bezrobocie. Oceniano, że osiągnie poziom 400 tys. osób (Sachs mówił wręcz o nieco ponad 100 tys.), a i to jako zjawisko tymczasowe. Jednakże na bruku wylądowały 3 mln Polaków. Inflacja miała spaść do jednocyfrowej – stało się tak dopiero pod koniec lat 90. Wzrost cen okazał się pięciokrotnie wyższy od zakładanego. Spadek produkcji przemysłowej pięć razy przekroczył przewidywania „speców” ministerstwa. I tak dalej…
Mylić się jest rzeczą ludzką. Osobiście jestem w stanie wiele bliźnim wybaczyć. Nawet wybór najbardziej radykalnego wariantu reform spośród rekomendowanych przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy. Nawet zabawę w laboratorium ekonomiczne pod batutą Miltona Friedmana (który radził Balcerowiczowi nie brać wzorów ze współczesnych, „socjalistycznych” Stanów Zjednoczonych, ale z ustroju tego kraju… sprzed stu lat), przy skocznych akordach kapitałów zachodnich skupujących za bezcen sektor państwowy.
Niech będzie. Trzeba rozumieć kontekst historyczny tamtych czasów i nawet chyba istotniejszy czynnik ludzki, który stał u podstaw błędów gabinetu Mazowieckiego. Ze strony Balcerowicza, którego kompetencji część środowiska ekonomistów nigdy wysoko nie ceniła, również wiele spodziewać się nie powinniśmy. Na czele gospodarki stanął człowiek o bezprecedensowym uporze, darze organizowania ludzi i – przepraszam – niewielkiej wiedzy o procesach gospodarczych i społecznych. To pozwoliło mu nie widzieć trudności i iść naprzód. Po prostu nie wiedział, że robi rzeczy niemożliwe – tak w 2005 r. dorobek wicepremiera ocenił obecny szef NBP, Marek Belka. Dlaczego jednak Balcerowicz, zamiast cichaczem wycofać się na „intelektualną Elbę” w postaci założonego przez siebie Forum Obywatelskiego Rozwoju, jako VIP bierze udział w najważniejszych debatach publicznych?
Ostatni niesprawiedliwy
Za społeczne skutki swojej wiary w neoliberalne dogmaty przeprosiło już wielu. Przede wszystkim Sachs, który wykonał niespodziewaną woltę i teraz jest głosicielem idei zrównoważonego rozwoju. Z 1990 r. rozliczali się także niektórzy politycy, np. ówczesny wicemarszałek Sejmu Aleksander Małachowski, a spośród członków gabinetu Mazowieckiego – Jacek Kuroń. Nawet pierwszy demokratyczny premier zdaje się przewartościowywać swoje spojrzenie na plan Balcerowicza (choćby w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” z 6 czerwca 2009 r.).
Także przy okazji debaty dotyczącej Otwartych Funduszy Emerytalnych widzimy, jak dawni zatwardziali neoliberałowie zmieniają poglądy. Najlepiej można to dostrzec w zaskakująco pragmatycznym stanowisku ministra finansów Jacka Rostowskiego, współtwórcy reform ustrojowych, a także doradcy premiera, Jana Krzysztofa Bieleckiego.
Mimo to Balcerowicz nadal nie traci rezonu. Zamiast karnie stanąć do szeregu i wyjść z ambarasu z twarzą, zgrywa pierwszej wody eksperta, który ma zawsze gotowe recepty na wszelkie bolączki gospodarki. Co gorsza, znajduje wielki posłuch u dziennikarzy. Niedawno na antenie radia TOK FM Janina Paradowska chwaliła go za to, że jego pomysł na OFE, w odróżnieniu od tego rządowego, jest… prosty.
Skoro elity polityczne, biznesowe oraz media nie chcą bądź nie są w stanie pojąć, że Balcerowicz jest ekonomiczną ofermą, obywatele powinni wziąć sprawy w swoje ręce. To chyba jedyna szansa na wytrącenie z letargu naczelnego doktrynera III RP.
Panu już dziękujemy
Przyznam, że nie wiem, gdzie mieszka szef Forum Obywatelskiego Rozwoju. Mam nadzieję, że w wypasionej chacie w samym centrum Warszawy, z dojazdem dogodniejszym niż pod dom Jaruzelskiego, dzięki czemu będziemy mogli gremialnie tam przybyć.
Gasnącego generała i historyczne demony zostawmy rzeczowej debacie historyków. Biorąc pod uwagę ciężar gatunkowy „zasług” Balcerowicza, „okienny obóz protestu” należy przenieść spod okna na ul. Ikara pod dom ekonomisty. Dla wahających się mam dobrą wiadomość. Zamiast w mroźną, grudniową noc, spotykamy się we wrześniu – w tym samym miesiącu, w którym grupa ekspertów byłego wicepremiera stworzyła plan reform.
Mam już nawet pomysł na pierwszy okrzyk, który będziemy ochoczo wznosić: „Balcerowicz do domu!”.
przez Konrad Malec | czwartek 31 marca 2011 | opinie
W kapitalistycznym świecie wszystko musi zostać przeliczone na pieniądze, nawet bezcenne pamiątki kultury i natury.
W połowie lutego Ministerstwo Środowiska rozesłało do wszystkich parków narodowych polecenie wyceny wartości należących do nich terenów. Niebawem poznamy rynkową wartość Puszczy Białowieskiej – jednego z ostatnich niżowych lasów naturalnych Europy, Morskiego Oka, Maczugi Herkulesa czy jedynych w Europie ruchomych wydm nadmorskich. Ministerstwo twierdzi, że taki wymóg nałożyła nań ostatnia kontrola NIK, wskazując na zapisy ustawy o rachunkowości. Przedstawiciele Izby dziwią się jednak, że resort środowiska wybrał tę drogę, skoro mógł zwrócić się do posłów o zmianę ustawy, w nieżyciowy sposób podchodzącej do terenów chronionych.
Być może ministerstwo popełniło gafę, urzędnik, od którego należałoby oczekiwać wyprostowania sytuacji – nie pomyślał. To się zdarza. Rzecz w tym, że cała sytuacja doskonale pokazuje, jak wygląda postrzeganie wartości przez pryzmat pieniądza. Jak dziś pamiętam zajęcia z ekonomii w ochronie środowiska, na które uczęszczałem podczas studiów. Najbardziej utkwiło mi w pamięci przesłanie, że wszystko ma swoją wymierną wartość. Kiedy spytałem, jak wycenić Tatry, prowadząca wykład odrzekła, że trzeba zapytać, ile ktoś jest w stanie za nie zapłacić. Suma takich „ktosiów” da nam odpowiedź.
Wycena wyceną; ot, kolejny przejaw jałowego przeliczania wszystkiego na szmal, uznałem. Zmroziło mnie dopiero kilka chwil później. Dowiedziałem się bowiem, w jakich sytuacjach będzie można przeprowadzić destruktywne inwestycje w miejscach, które uznawałem za bezcenne. Oczywiście wówczas, gdy wartość inwestycji przekroczy nominalną wartość np. Doliny Chochołowskiej, Wigier czy Puszczy Kampinoskiej. To samo dotyczy zabytków, np. Wawelu, Zamku Królewskiego w Warszawie czy kolegiaty w Tumie. Z ekonomicznego punktu widzenia to tylko zbiory cegieł, dość starych, więc niewiele wartych. Wyższe partie Tatr to jedynie trudne w użytkowaniu łąki, z kolei zachowane w pierwotnym stanie fragmenty Puszczy Białowieskiej stanowią potencjalnie dość cenny zasób desek.
To, że powyższych dóbr, które ponadprzeciętnie ceni jedynie pewien zbiór naiwniaków, nikt jeszcze nie przetworzył na coś bardziej wartościowego, jest tylko zrządzeniem losu. Problem leży jedynie w tym, że z winy archaicznych przepisów na większości z nich nie można zarabiać jak należy, skoro bilety wstępu są sprzedawane po symbolicznych cenach, a do tego często limitowane.
Może wycena położy kres marnotrawstwu i pozwoli wreszcie godziwie na przyrodzie zarabiać? Skoro olbrzymia rzesza ludzi deklaruje, że jest ona dla nich ważną wartością, to może nareszcie zaczną za nią płacić? A jeśli nie, to rząd sprzeda zbędny zasób, łatając tym samym dziurę budżetową. Prywatny inwestor już będzie wiedział, jak na nim zarobić, a przy okazji odprowadzi podatek od zysku (do jakiegoś raju podatkowego). Stertami cegieł zajmiemy się w drugiej kolejności.
przez Adam Sandauer | piątek 25 marca 2011 | opinie
Staram się unikać zabierania głosu w sprawach związanych ze stosunkami polsko-żydowskimi, z filo- czy antysemityzmem. Robię to tylko wtedy, gdy sytuacja mnie do tego zmusza lub prowokuje. Czynię to niechętnie, dla przeciwstawienia się antysemickim, antypolskim czy po prostu szkodliwym wypowiedziom. Problematyka stosunków polsko-żydowskich nie jest przedmiotem moich zainteresowań, ale czasem milczeć nie można…
Wiadomo, że w czasie wojny, jak i po wojnie, poza pomocą udzielaną Żydom były i haniebne działania Polaków. Wśród Polaków, jak w każdym społeczeństwie, są tak uczciwi ludzie, jak i bandyci. Gdyby jednak ogół zachowywał się podczas okupacji tak, jak to opisują „Złote żniwa”, to mnie by nie było na świecie.
Byli szmalcownicy szantażujący Żydów i donoszący gestapo. Okupant nagradzał ich, promując takie postawy, a podbite państwo nie mogło temu skutecznie przeciwdziałać i karać bandytów. Za ich działania odpowiedzialność ponoszą – poza nimi samymi – ci, którzy na nie pozwalali i którzy je nagradzali. W czasie wojny nie było polskiego rządu kolaboracyjnego, a jedyne legalne polskie władze (Rząd Londyński) nakazywały wydawanie wyroków śmierci na szmalcowników, zaś AK jak mogła, te wyroki wykonywała. Byli też Polacy, którzy narażając własne życie ratowali ukrywających się Żydów.
Obecnie trwa rozmywanie odpowiedzialności za zbrodnie II wojny światowej popełnione na Żydach, tak by trochę jej zdjąć z Niemców, aby trochę spadło na Polskę. Piszę to, mimo iż moi dziadkowie zginęli z rąk szmalcownika. Moja matka, Erna Rosenstein, wraz ze swoimi rodzicami uciekała z Warszawy na wieś, wydawało się, że tam będzie bezpieczniej. Człowiek, który zaoferował pomoc, zabrał ich pociągiem gdzieś pod Małkinię, ograbił i zabił. Mojej matce udało się uciec. Nie można jednak za to morderstwo obwiniać polskiego społeczeństwa. Dziesiątki ludzi próbowały im wcześniej pomagać, a wystarczył jeden bandzior, żeby ich zamordować. Za działania bandytów nie wolno obwiniać wszystkich Polaków, na zasadzie odpowiedzialności zbiorowej, bo sporo ludzi pomagało jak mogło, mimo iż kraj był pod okupacją. Za zbrodnie odpowiadają ci, którzy je popełnili oraz hitlerowcy, którzy te działania promowali i nagradzali.
Byli szabrownicy, którzy po wojnie grabili mienie po pomordowanych Żydach. Rozkopywano także groby. Te bandyckie działania, brak skutecznej reakcji władz, muszą być oceniane na tle stanu państwa, w którym trwała wojna domowa, reforma rolna, trwało przemieszczanie ludności na niespotykaną skalę. Równolegle miało miejsce grabienie dworków na parcelowanej ziemi i masowy szaber mienia porzuconego przez Niemców na Ziemiach Odzyskanych.
Ponieważ w czasie wojny na terenie Polski zginęła kolosalna liczba Żydów, pozostał po nich ogromny majątek i oczywiście szaber w wielkim stopniu dotyczył właśnie ich mienia. To, co się działo, nie miało w żadnym stopniu charakteru działań narodowych wymierzonych specjalnie w mienie po Żydach, lecz były to akty bandytyzmu, które miewają miejsce po wojnie. Należy je potępiać, nie można ich w żaden sposób tłumaczyć, ale też nie wolno im przypisywać charakteru wyłącznie antysemickiego.
Taki charakter miał oczywiście pogrom w Kielcach, który spotkał się z masowym potępieniem, a przestępcy zostali osądzeni.