Sierpień, wzniosły Sierpień

Mamy zatem trzydziestą rocznicę Sierpnia. Ładna, okrągła data. Padają przy tej okazji ładne, okrągłe słowa.

Bodaj najważniejszym dokumentem Sierpnia ’80 jest 21 postulatów Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego ze Stoczni im. Lenina w Gdańsku. Szacowna pamiątka, która znalazła się na liście UNESCO „Pamięć świata”. Z dzisiejszej perspektywy, patrząc czysto formalnie, rzecz już kompletnie nieaktualna: żądania „wprowadzić na mięso i przetwory kartki – bony żywnościowe (do czasu opanowania sytuacji na rynku)” (postulat 13), czy „skrócić czas oczekiwania na mieszkania” (postulat 19) mają przecież charakter czysto dokumentalny.

Inne postulaty, jak choćby trzeci – „Przestrzegać zagwarantowaną w Konstytucji PRL wolność słowa, druku i publikacji, a tym samym nie represjonować niezależnych wydawnictw oraz udostępnić środki masowego przekazu dla przedstawicieli wszystkich wyznań” – także zdają się dziś kompletnie nieaktualne. Choć twórcy współczesnych „półkowników” i reprezentanci myśli i działań źle widzianych, albo niedostrzeganych przez mainstream mogliby w tej materii mieć inne zdanie.

Także w kwestii postulatów pierwszego i drugiego, odpowiednio „Akceptacja niezależnych od partii i pracodawców wolnych związków zawodowych, wynikająca z ratyfikowanej przez PRL Konwencji nr 87 Międzynarodowej Organizacji Pracy dotyczącej wolności związkowych” oraz „Zagwarantowanie prawa do strajku oraz bezpieczeństwa strajkującym i osobom wspomagającym”, wiele ciekawego do powiedzenia mogą mieć choćby pracownicy FIATA w Tychach i wielu innych, próbujących w swoich zakładach pracy zakładać związki zawodowe i bronić praw pracowniczych. Kłopot w tym, że o ile da się już dziś nawet w niektórych ekspozyturach mainstreamu dobrze mówić o Annie Walentynowicz, o tyle o związkach zawodowych i strajkujących wciąż wypada mówić źle, w neoliberalnej manierze. Chyba że są to pielęgniarki z „Białego Miasteczka” z czasów, gdy rządziło Prawo i Sprawiedliwość.

Postulat czwarty („Przywrócić do poprzednich praw: ludzi zwolnionych z pracy po strajkach w 1970 i 1976 r., studentów wydalonych z uczelni za przekonania, uwolnić wszystkich więźniów politycznych (w tym Edmunda Zadrożyńskiego, Jana Kozłowskiego, Marka Kozłowskiego), znieść represje za przekonania”) jest w zasadzie nieaktualny. Jeśli dziś zwolnią cię z pracy, bo bruździsz pracodawcy, to sam sobie jesteś winien i możesz szukać roboty gdzie indziej: „rynek ma zawsze rację”, a demokracja nie jest po to, „żeby każdy mógł gadać, co chce”. Nikt też nikogo nie represjonuje za przekonania. Co najwyżej przemilcza, a to spora różnica. A jeśli za przekonania trafisz przed sąd, jak Stanisław Remuszko czy Krzysztof Wyszkowski, to przecież jest to instytucja niezawisła, niezależna od wpływów politycznych czy środowiskowych, zaś atak na Adama Michnika – jak wykazał już sąd niepodległej III RP – „godzi w podstawy życia społecznego”, czyli idzie tu o praworządność.

Postulat piąty: „Podać w środkach masowego przekazu informację o utworzeniu się Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego oraz publikować jego żądania” – nieaktualny. Poza tym dziś obiektywne i bezstronne media rzetelnie informują o wszystkim, co dzieje się w Polsce. W dodatku, jeśli kogoś interesuje gospodarka i ekonomia, to może sobie poczytać „Gazetę Wyborczą”, albo „Rzeczpospolitą”, by zetknąć się z całym spektrum poglądów. Oczywiście, słusznych poglądów. Do tego raz po raz opublikują Ryszarda Bugaja, żeby było bardziej pluralistycznie.

Postulat szósty: „Podjąć realne działania mające na celu wyprowadzenie kraju z sytuacji kryzysowej poprzez:  podanie do publicznej wiadomości pełnej informacji o sytuacji społeczno-gospodarczej, umożliwienie wszystkim środowiskom i warstwom społecznym uczestniczenia w dyskusji nad programem reform”. Spełnione: otrzymujemy na co dzień pełne informacje o sytuacji społeczno-gospodarczej. Na przykład od niezależnych ekspertów z Centrum im. A. Smitha, regularnie pokazywanych w mediach. A debata publiczna nad zakresem, rodzajem, strategią planowanych reform? Ktoś wątpi w rzetelność dyskusji, jaka odbyła się kilka lat temu przy okazji wprowadzania systemu emerytalnego? W udział obywateli w życiu publicznym? No cóż, żadna z obywatelskich inicjatyw ustawodawczych nie została jak dotąd zrealizowana, ale naród mamy ciemny i niczemu tu nasze elity nie są winne. Należy im raczej współczuć, że męczyć się muszą z tak głupim społeczeństwem.

Postulat dwunasty: „ Wprowadzić zasady doboru kadry kierowniczej na zasadach kwalifikacji, a nie przynależności partyjnej oraz znieść przywileje MO, SB i aparatu partyjnego poprzez: zrównanie zasiłków rodzinnych, zlikwidowanie specjalnych sprzedaży, itp.”. No cóż, może mamy jeszcze jakieś niezdrowe przejawy kapitalizmu politycznego, może ktoś tam do kogoś nie wiedzieć czemu przychodzi, korytarze są pionowe i poziome, najlepsze ustawy robi się na cmentarzach, a lobbyści lubią je nie tylko jesienią, może raz po raz jakiś Staszek musi się sprawdzić w biznesie, może „teraz, kurwa, my!”, a później, k…, oni, ale generalnie nie ma powodów do narzekań. Przywileje MO, SB, aparatu partyjnego? Zaraz tam przywileje, emerytury po prostu. Aparatu partyjnego PZPR już zresztą nie ma, są biznesmeni, politycy, właściciele firm ochroniarskich, windykacyjnych, działacze sportowi. Czyli tu też pełna normalizacja.

Postulat czternasty: „Obniżyć wiek emerytalny dla kobiet do 50 lat a dla mężczyzn do lat 55 lub przepracowanie w PRL 30 lat dla kobiet i 35 lat dla mężczyzn bez względu na wiek”. Kochani, no tak się nie da, musicie pracować więcej. Naprawdę, musicie zrozumieć, trzeba raczej wydłużać wiek emerytalny, pracujecie wciąż za mało, drodzy rodacy. Zrozumcie, w skali globalnej rosną różnice między przeciętnym wynagrodzeniem a zyskami elity finansowej i tak być musi, a wy dla dobra wszystkich powinniście zacisnąć pasa i dłużej porobić na spłacanie kredytów. Taka to nowa konieczność dziejowa…

Reszta postulatów nieaktualna i nieciekawa, typowe narzekanie cholernych roszczeniowców i roboli, a że takich trzeba krótko, o tym powie wam każdy menedżer w najlepszym z możliwych systemów ekonomicznych. Nie po to przecież walczyliśmy o wolną i niepodległą Polskę, żeby przy okazji wzniosłej rocznicy psuć sobie humor kwestiami zabezpieczeń socjalnych, przestrzegania prawa pracy, niskimi pensjami, życiem na kredyt sporej części rodaków, albo emigracją zarobkową.

Mamy rocznicę Sierpnia. Ma być wzniośle. Aż do wymiotów. Wzniośle i nieprawdziwie. I tak już zostanie.

Łagodna rewolucja

Niezwykłe, że choć tak często porządek świata stoi na przemocy i ucisku, o treści cywilizacji stanowi jednak opór wobec nich, a zwycięstwo dobra rodzi się z „siły bezsilnych”.

Dziś także zacznę garścią cytatów.

W pierwszym tomie „Rzeczy minionych i rozmyślań” Aleksander Hercen wspomina: Pewien młody oficer opowiadał mi, że wysłano go w 1831 roku, by znalazł i ujął jakiegoś polskiego ziemianina, który ukrywał się w pobliżu swego majątku i był podejrzany o stosunki z emisariuszami. Po zebraniu informacji oficer udał się na miejsce, gdzie ukrywał się ziemianin; zjawił się tam z oddziałem, otoczył dom i wszedł do niego z dwoma żandarmami. Dom był pusty: przeszli przez wszystkie pokoje, poszperali – nie było nigdzie nikogo, a tymczasem niektóre drobiazgi wyraźnie świadczyły o tym, że w domu niedawno znajdowali się mieszkańcy. Pozostawiwszy żandarmów na dole, młody człowiek po raz drugi wszedł na strych; po uważnym obejrzeniu go zauważył niewielkie drzwi, prowadzące do alkierza lub do jakiejś komórki; drzwi były zamknięte od wewnątrz; pchnął je nogą; drzwi się otworzyły i stanęła przed nim piękna, wysoka kobieta; w milczeniu wskazała mu mężczyznę, trzymającego na rękach nieprzytomną dziewczynkę lat około dwunastu. Był to właśnie poszukiwany ziemianin ze swoją rodziną. Oficer się zmieszał. Wysoka kobieta spostrzegła to i zapytała: – „Czy będzie pan tak okrutny i zgubi ich?”. Oficer przepraszał mówiąc zwykłe banały o obowiązku bezwzględnego posłuszeństwa, o powinności i wreszcie zrozpaczony, widząc, że słowa jego absolutnie nie działają, skończył swoją przemowę zapytaniem: – „Więc cóż mam począć?”. Kobieta dumnie spojrzała na niego i rzekła wskazując mu drzwi: – „Zejść na dół i oświadczyć, że tu nikogo nie ma”. – „Jak Boga kocham, nie wiem” – opowiadał oficer – „jak to się stało i co się wówczas ze mną działo, lecz zszedłem ze strychu i kazałem podoficerowi zwołać oddział. Po dwóch godzinach gorliwie szukaliśmy go w innym majątku”.

W swojej „Autobiografii” Gandhi opisuje podróż do Charlestown w Afryce Południowej: …do przedziału wszedł inny pasażer i zaczął mi się bacznie przyglądać. Widział, że jestem „kolorowym”. Najwidoczniej to sąsiedztwo nie odpowiadało mu. Wyszedł z przedziału, by wkrótce wrócić w towarzystwie jednego czy dwóch urzędników kolejowych. Zachowywali się spokojnie, gdy naraz zjawił się jeszcze jeden urzędnik kolejowy i zwrócił się do mnie ze słowami: „Wyjdź stąd, przesiądź się do bagażowego wagonu!”. – „Ależ ja mam bilet pierwszej klasy!” – odpowiedziałem. – „To nie ma znaczenia” – odparł tamten – „powiadam, że masz się przesiąść do bagażowego wagonu!”. – „A ja powiadam, że od Durbanu mam prawo jechać w tym właśnie przedziale i nie mam zamiaru rezygnować z tego prawa!”. – „Nie będziesz jechał w tym przedziale” – obstawał przy swoim urzędnik. – „Masz natychmiast go opuścić, inaczej zawołam policjanta, który cię stąd wyrzuci”. – „Możesz to zrobić, ale dobrowolnie nie wyjdę stąd”. Wkrótce zjawił się policjant. Wziął mnie za rękę i wypchnął z przedziału. Wyrzucono z niego również mój bagaż. Odmówiłem udania się do innego wagonu. Po chwili pociąg ruszył w dalszą drogę. Poszedłem do poczekalni na dworcu, zabierając ze sobą ręczną walizkę i zostawiając bagaż tam, gdzie go rzucono. Władze kolejowe zaopiekowały się nim. Była to zima, a w górzystych prowincjach Południowej Afryki zazwyczaj o tej porze panują dotkliwe mrozy. Maritzburg był położony dość wysoko i mróz był duży. Mój płaszcz znajdował się wśród bagażu, nie miałem jednak odwagi zapytać o niego w obawie, że znów zostanę zelżony – siedziałem więc i dygotałem z zimna. /…/ Zacząłem się zastanawiać nad tym, jak mam postąpić: walczyć o swoje prawa czy też raczej wrócić do Indii, a może udać się w dalszą podróż do Pretorii, nie robiąc sobie nic z doznanych obelg? /…/ Przykrości jakie na mnie spadły, były czymś ubocznym i świadczyły jedynie o ciężkiej chorobie przesądów rasowych. Moim obowiązkiem – myślałem w duchu – jest starać się w miarę swoich sił wyrwać korzenie tej choroby i ponosić przykre konsekwencje, jakie pociąga za sobą uzdrowienie z niej świata. Trzeba się temu przeciwstawić i jedynie zastanowić nad zakresem, jaki powinna objąć walka o zwalczanie tego przesądu.

1 grudnia 1955 r. Rosa Parks, czarnoskóra krawcowa, która miała wówczas dwadzieścia pięć lat, odmówiła białemu ustąpienia miejsca w autobusie, w Montgomery w stanie Alabama na południu USA. Nazwano ją „matką ruchu walki o prawa obywatelskie”. Martin Luther King rzucił wówczas hasło bojkotu autobusów, będących w posiadaniu tamtej spółki przewozowej. Kilka lat później, opisując ruch protestu 1963 r., pisał w książce „Dlaczego nie możemy czekać”: Dlaczego tysiąc miast zadrżało prawie jednocześnie i dlaczego cały świat – od lśniących stolic po wsie z lepianek – wstrzymał oddech w czasie tych miesięcy? Dlaczego właśnie w tym roku Murzyn amerykański, tak długo ignorowany i skreślany z kart podręczników historii, własnymi stopami wydeptał deklarację wolności na czołówkach gazet, pism i ekranów telewizyjnych? Sarah Turner zamknęła kredens kuchenny i wyszła na ulicę; John Wilkins zamknął windę i zapisał się do armii biernego oporu; Bill Griggs docisnął hamulec ciężarówki i podjechał do krawężnika; ksiądz Artur Jones wyprowadził swoją gromadkę na ulicę i odprawiał nabożeństwo w areszcie. Słowa i czyny parlamentów, mężów stanu, królów i premierów, gwiazd filmowych i atletów zostały zepchnięte z pierwszych stron dzienników, aby zrobić miejsce dla historycznych czynów kierowców, służących, windziarzy i duchownych. Dlaczego w 1963 roku? [pogrubienie – K.W.] /…/ Tradycja religijna Murzyna uczyła go, że bierny opór dawnych chrześcijan stanowił silną broń moralną, która wstrząsnęła imperium rzymskim. Historia Ameryki uczyła go, że bierny opór stosowany w obronie w formie bojkotów i protestów zaszachował monarchię brytyjską i przyczynił się do wyzwolenia kolonii spod niesprawiedliwego panowania. W obecnym stuleciu etyka biernego oporu Mahatmy Gandhiego i jego zwolenników pozwoliła obezwładnić artylerię imperium brytyjskiego w Indii i wyzwolić z kolonializmu ponad trzysta pięćdziesiąt milionów ludzi. Podobnie jak jego poprzednicy, Murzyn gotów był narażać się na ofiary, aby poruszyć sumienie społeczne swojego środowiska i narodu. Zamiast narażać się na ukryte okrucieństwo w tysiącach mrocznych cel i na niezliczonych rogach ciemnych ulic, zmusi swego ciemięzcę do jawnej brutalności – w świetle dnia – na oczach reszty świata. /…/ Nie jest rzeczą prostą przyjąć zasadę, że siła moralna ma taką samą moc i zalety, jak zdolność odparowania ciosu siłą, albo że powstrzymanie się przed odwzajemnieniem ciosu wymaga większej siły woli i odwagi niż automatyczny odruch obronny.

Na kartach „Anny Solidarność” Sławomir Cenckiewicz cytuje wspomnienia Andrzeja Gwiazdy z „Gwiazdozbioru w »Solidarności«”, dotyczące przystąpienia Anny Walentynowicz do Wolnych Związków Zawodowych: Anna Walentynowicz – pracowitość, obowiązkowość, niezłomne zasady. /…/ Ania to była firma – starsza od nas stateczna pani, świetny fachowiec, znana w Stoczni Gdańskiej z wielu poprzednich działań. Pracowała wówczas jako suwnicowa, ale wiele lat była utalentowanym spawaczem. Wszystko, co osiągnęła w życiu, zawdzięczała tylko swojej ciężkiej pracy i wytrwałości. Wciąż szukała nowych wyzwań i wiedzieliśmy, że jeśli zaangażuje się w WZZ-y, to zyskamy niezawodnego, kompetentnego działacza.

Są to opowieści z różnych epok, miejsc, dotyczące przeróżnych ludzi i wydarzeń. Jest jednak kilka rzeczy, ważkich kwestii, które je łączą. Nicią przewodnią jest moralny opór, tematem: bunt wobec opresji – zadekretowanej, strukturalnej, często głęboko zakorzenionej, wspartej fizyczną i symboliczną przemocą. To opór, który słabych czyni silnymi, skazanym na porażkę daje jednak możliwość ocalenia, a nawet zwycięstwa. Jest to opór heroiczny, a jego bohaterstwo rodzi się stąd, że wcielają go w życie ludzie zwykli, właściwie przeciętni, którzy do stracenia mają wszystko, którym silniejsi mogą nie tylko uczynić życie gehenną, ale – ostatecznie – także je odebrać. A przecież odnajdują siłę i szansę, by to niewiele, co mają, postawić na jedną kartę – i wygrać. Czy jest to czarnoskóra, młoda Amerykanka, która ma odwagę nie wstać z miejsca, z którego ją wyrzucają, czy samotna Polka stająca w obronie mężczyzny, wroga caratu, to przecież te kobiety, którym grozi pobicie, pohańbienie, których racja ma charakter jedynie etyczny, bardzo kruchy wobec ludzi, którzy są dla nich zagrożeniem, zwyciężają. I trudno zaprzeczyć, że to zwycięstwo jest największą rzeczą, jaka może się przydarzyć na świecie.

Trudno jednoznacznie ocenić, co jest ostateczną przyczyną, że takie zwycięstwa są możliwe. Nie jest przecież tak, jak niejednokrotnie przekonywano, że świat sam z siebie zmierza ku moralnemu udoskonaleniu. Owszem, zdarzają się epoki, które z perspektywy czasu uznać można za bardziej etyczne, za bardziej prawe; bywa, że mądre rządy, sprzyjające warunki ekonomiczne, powszechny zmysł moralny, kultura społeczna czynią niektóre narody, państwa czy miejsca na świecie lepszymi, czy jak kto chce – sprawiedliwszymi, szczęśliwszymi. Nie jest to jednak dane na zawsze i nie jest powszechne. Nawet jeśli mówić o współczesnej Europie, która wydaje się miejscem spokojnym, to przecież – od handlu ludźmi, prostytucji nieletnich, korupcji władzy i dominacji nad handlem, społeczeństwami i państwami ze strony korporacji, tych współczesnych, utajonych Imperiów, przez niepokoje społeczne, hipertrofię konsumpcjonizmu, rządy mafii, do niedawna jeszcze obecny na Starym Kontynencie terroryzm, aż po wojny na Bałkanach – porządek etyczny jest czymś nader kruchym, a ład kulturowy sprawą niejasną i dyskusyjną, czymś, co ciągle wymaga odbudowywania, co zmusza do zachowania bacznej uwagi i ostrożności. I ostatecznie, znów wraca pytanie o możliwość tego buntu moralnego i o jego treść. W imię czego jest to bunt, co stanowi zło świata tu i teraz? Jak mu się sprzeciwić i jaką cenę można za to zapłacić?

Coraz częściej, jak pewien refren, słychać dziś myśl, że solidarnościowy bunt był sprzeciwem „roboli, którzy potrafili walczyć jedynie o kiełbasę”. I że na kiełbasie, w gruncie rzeczy, kończyły się żądania mas. Jest to pogląd równie pełen ignorancji, co arogancji. Słychać go często z ust ludzi młodych, o których poglądach społeczno-ekonomicznych nie chcę tu teraz pisać. Opinie takie i oni gdzieś zasłyszeli, myślę, że dawni decydenci, pretorianie i pomagierzy reżimu są z takich przekonań bardzo zadowoleni. Podobnie dzisiejsi menadżerowie firm. Nie wspominałbym o tym, gdyby nie rzecz istotna. Walka o chleb, czy kiełbasę nie jest niczym zdrożnym, tak jak nie było nic „pomniejszego” w oporze czarnoskórej kobiety przeciw roszczeniu białego, by zeszła mu z drogi, ponieważ jest czarna. Bo człowiek jest istotą fizyczną i etyczną zarazem i te dwie rzeczy ściśle się ze sobą przenikają. Ten, kto walczy o chleb, walczy o godność, bo tym chlebem ma nakarmić swoje dzieci, bo godny zarobek pozwala jego rodzinie żyć w godziwych warunkach, bo pieniądze są sprawiedliwym oddaniem mu tego, co poświęcił, pracując. Ci, co walczyli o „kiełbasę”, co strajkowali i za „kiełbasę” byli prześladowani, bici i mordowani, tą kiełbasą karmili swoich bliskich, ten pokarm dawał im siły, by żyć, by mieć odwagę, by się sprzeciwić. Jeśli ktoś uważa, że etyka nie ma nic wspólnego z „kiełbasą”, czyli całą ludzką przyziemnością, z banałem życia, ten albo nigdy nie zaznał głodu i trudu życia, bądź jest zwykłym głupcem.

I zabawne, jak często przeciw „robolom walczącym o kiełbasę” występują ludzie, których aspiracje i spojrzenie na człowieka są czysto materialne, tyle że z wyższej półki. Ci, co prostytuują się mentalnie, wyzyskują swoich pracowników, intrygują w pracy, byle wygryźć z lepszego stanowiska swoich współpracowników, a wszystko to z czystymi rękoma, w białych kołnierzykach – ile w nich pogardy wobec „roboli” i „kiełbachy”. Bo rzeczywiście: oni walczą o lepsze samochody, egzotyczne wakacje, droższe mieszkania, snobistyczne gadżety, a swoje „wyższe potrzeby materialne”, w których grzęzną nieraz jak świnia w pomyjach, uważają za bardziej subtelne i kulturalne, niż „kiełbasa robola”. Takim ludziom kobieta tej miary co Anna Walentynowicz niegdyś stała solą w oku i dziś byłoby podobnie.

Bo i obecnie sprzeciw moralny słabych wobec silnych, prześladowanych wobec prześladowców – ma podstawę i sens. I ta pogardzana „walka o kiełbachę”, o miejsce w autobusie, przedziale pociągu, czy wreszcie w społeczeństwie, które jest czymś więcej niż zbiorowiskiem konsumujących jednostek – walka przeciw wykluczeniu ma sens. Nie zatraciła znaczenia walka o godne życie własne, bliskich, swojej społeczności; walka o miejsce w przestrzeni publicznej, przeciw skundleniu, przeciw przemożnym koniecznościom, jakie często głoszą ci, którzy sami robią wszystko (choćby przyznając sobie wysokie premie), by im nie podlegać. Wciąż jest czas łagodnej rewolucji. To rewolucja uniwersalna. Jej zwycięstwo jest możliwe. A to już bardzo dużo.

O czym warto pomyśleć

Moja uczona koleżanka twierdzi, że destrukcyjny wpływ mediów na życie publiczne nie polega na lansowaniu jednostronnych opinii i podawaniu fałszywych informacji. Krytycznie myślący i uważny odbiorca może sobie wyrobić własny pogląd, dotrzeć do innych źródeł. Problem w tym, że media mają decydujący wpływ na to, o czym myślimy, czym się interesujemy.

Komentatorzy oceniali kampanię prezydencką jako nudną, ponieważ brakowało im ostrych pyskówek. Palikot robił co mógł, aby wyręczyć Komorowskiego w chamskich atakach na Kaczyńskich. Nie zastąpiło to popisów samych kandydatów, na których skupia się uwaga wyborców. Pamiętamy barwne występy Wałęsy, który Kwaśniewskiemu podawał nogę, chyba lewą, którą poprzednio wzmacniał. Kampania była nudna również dla wyborców. Kandydaci podejmowali tylko tematy dyżurne politycznej gry. Uważnie śledziłam kampanię, a dopiero po jej zakończeniu uświadomiłam sobie, o czym nie było mowy.

O nieobecności problemu GMO już pisałam. Spór o in vitro sprowadzono do kwestii światopoglądowych. Jeśli przeszło połowa wyborców głosowała na Komorowskiego, to Kościół ma poważny problem. Zrzucanie tego problemu na głowę prezydenta jest nie fair. Król Polski wieki temu zadeklarował, że nie jest panem sumienia swoich poddanych. Zadaniem władzy państwowej jest przeciwdziałanie obniżaniu się naturalnej płodności. Kaczyński wspomniał o leczeniu bezpłodności, ale o takich przyczynach, jak np. karmienie chłopców mięsem kurczaków faszerowanych żeńskimi hormonami, nie mówił jeszcze żaden polityk, nie tylko w kampanii wyborczej.

Jak zwykle mówiono o budowie autostrad, ale nie było ani słówka o kolei. Zastanawiające, że dramatyczna sytuacja pasażerów nie jest teraz ważnym tematem. O potrzebie utrzymania transportu publicznego nie wspomniał nawet lewicowy Napieralski, ale to polityk nowoczesny, jeździ samochodem.

Stałym tematem są zarobki nauczycieli. Politycy nie interesują się problemem obciążania nauczycieli idiotyczną sprawozdawczością, ponieważ dominacja biurokracji nad zdrowym rozsądkiem płynie z Brukseli. Tematem tabu są skandaliczne błędy w podręcznikach i ogłupiający systemem nauczania w oparciu o testy i gotowe szablony do kolorowania i do myślenia. Polska szkoła ma kształcić wykonawców, którzy dostosują się do poleceń, procedur i wymagań nadzorców.

Jedynym kryterium nowoczesności szkoły albo wsi jest Internet, nie lekarz, pielęgniarka, dentysta, wodociąg, kanalizacja, wysypisko śmieci, komunikacja, czysta rzeka i las, kąpielisko albo basen. Chluba PO, stadiony Orliki to tylko kwiatek do kożucha.

Zastanawiające, że jednym z dominujących tematów kampanii były emerytury służb mundurowych. Platforma ma pełnię władzy, skutecznie dyscyplinuje media, świetnie rozgrywa akcje propagandowe. Czyżby mimo tego spodziewała się masowych protestów i buntów? W przypadku ostrego konfliktu policja nie stanie po stronie społeczeństwa, ale do brutalnych akcji „morale” musi mieć wysokie. Przypuszczam, że emerytury mundurowe nie są problemem finansowym. Jak mówi Szeremietiew, cała nasza armia zmieści się na dużym stadionie piłkarskim, ale o bezpieczeństwie Polski nie wypada mówić ze względu na przyjaznych sąsiadów. Zdaniem Kremla wzmacnianie sytemu obrony Polski zagraża bezpieczeństwu Rosji. Jeszcze kilka takich oświadczeń i uwierzymy, że Polska jest potężnym mocarstwem. A wtedy odbijemy nie tylko nasz samolot w Smoleńsku, ale pójdziemy na Moskwę.

Partie spierają się o podatek liniowy i progresywny, ale nikt nie wspomina rajów podatkowych i wyprowadzania korporacyjnych zysków za granicę. Kryzys finansowy i recesja gospodarcza pojawiają się w politycznych sporach tylko przy wydatkach na cele ważne dla społeczeństwa. Komorowski hojnością przebił wszystkich. Oczekujący na realizację kolejnych obietnic wyborczych mogą stracić cierpliwość. Jedynym sposobem utrzymania władzy PO na czas nieograniczony jest doprowadzenie do wcześniejszych wyborów parlamentarnych. Idąc za ciosem PO może jeszcze jesienią wygrać wybory samorządowe i parlamentarne.

Najwyższe władze w państwie; premier, prezydent, marszałkowie Sejmu i Senatu, a także już wszyscy szefowie ważnych instytucji państwa stanowią zgodny chór. Mogą się kłócić o stanowiska dla swoich akolitów, ale wobec opozycji będą trzymali wspólny front.

Z zasad demokracji PO stosuje tylko prawo większości do przegłosowania ustawy i prawo osoby upoważnionej do złożenia podpisu pod decyzją. Platforma od dawna korzysta z tych praw demonstracyjnie. Wyborcy demokrację ograniczoną do formalnej fasady akceptują, co potwierdzili w wyborach prezydenckich. W takiej sytuacji opozycja parlamentarna nie ma żadnych szans wywierania wpływu na politykę partii rządzącej, chyba że utworzy wspólny front. Na to liczyć nie można, ponieważ partie muszą dbać o tożsamość wobec swoich elektoratów. PO nie ma żadnego oblicza ideowego czy światopoglądowego. W każdej sprawie, wzorem Lecha Wałęsy, może być za, a nawet przeciw. PO jest partią władzy w czystej postaci. Jej jedynym celem i programem jest zdobycie i utrzymanie władzy, jedyną ideologią – niewidzialna ręka rynku. Daje to nieograniczone pole manewrów politycznych. Niewidzialnej ręki nie widać, a kto zajrzy za kurtynę, dostaje po łapach. Nawet zaglądanie za kulisy władzy w czasach PRL jest traktowane przez cały Układ jak zamach na państwo.

W tej sytuacji warto pomyśleć o utworzeniu Sieci Obywatelskiego Społeczeństwa. Taki SOS, choćby na wypadek, gdyby działo się coś niedobrego. Po smoleńskiej tragedii ludzie się zaktywizowali, nie wierzą już ślepo propagandzie, organizują się spontanicznie, są zaniepokojeni stanem państwa. Warto utrzymywać kontakt, wymieniać się informacjami. Taka sieć nie wymaga wielkich pieniędzy, profesjonalnych społeczników i sztywnych ram organizacyjnych. Przykładem może być od dawna działająca sieć Klubów „Gazety Polskiej”. Jedne działają lepiej, inne gorzej, zapraszają tych lub innych prelegentów, ale są oparciem dla autorów książek, których władza świecka lub kościelna nie lubi, ponieważ ujawniają działania bezpieki.

Nie podzielam poglądu, że klasyczne organizacje pozarządowe są tożsame ze społeczeństwem obywatelskim. Większość z nich koncentruje się na celach ważnych i szlachetnych, ale cząstkowych. Aby je realizować muszą pozyskiwać fundusze, rywalizować ze sobą i dobrze żyć z każdą władzą. Nie wszystkie są niezależne.

Podatki poza debatą

Nieśmiała sugestia Michała Boniego, że może trzeba będzie rozważyć podniesienie podatków, wywołała żywe reakcje na łamach wszystkich dzienników. Trudno jednak sądzić na podstawie tych komentarzy, że mamy do czynienia z jakąkolwiek debatą na ten temat. Debata wymaga bowiem wielości stanowisk, przedstawienia różnych racji itp., tymczasem komentatorzy „Rzeczpospolitej”, „Gazety Wyborczej” i „Dziennika Gazety Prawnej” mówili jednogłośnie jak w żadnej innej sprawie.

Podobne wrażenie odniosłem już wcześniej, słuchając debaty, w której obaj kandydaci na prezydenta licytowali się, który z nich w większym stopniu przyczynił się do obniżki podatków. Do publicystów mam chyba jednak większy żal niż do polityków. Polityk ma w gruncie rzeczy znacznie mniejsze pole manewru, musi prezentować dość określone stanowisko i brać pod uwagę recepcję opinii publicznej, która do pewnego stopnia jest kształtowana przez media. A te niestety jeśli chodzi o podatki uznają jedyną słuszną wizję, której nie trzeba nawet wyjaśniać. Dla przykładu, w „Dzienniku Gazecie Prawnej” informacja zaczyna się od zdania, że skoro jeden z najważniejszych ministrów sugeruje rozważenie zwiększenia składki rentowej, możemy być pewni, że podatki zostaną podniesione. Ja takiej pewności nie mam, a nawet z dużym prawdopodobieństwem mogę przypuszczać, że składka rentowa nie zostanie podniesiona, bowiem rząd, który narażać się nie lubi, bardzo straciłby wtedy w oczach opiniotwórczych mediów.

Podatki są w Polsce relatywnie niskie

Z kolei w „Gazecie Wyborczej” (choć w podobnym duchu komentują także publicyści „DGP” i „Rzeczpospolitej”) mowa jest o tym, że rząd powinien zająć się zrobieniem porządku (czytaj: cięcia) z wydatkami publicznymi, a nie tylko „sięgać do kieszeni podatnika” (zwróćmy uwagę na sformułowanie, jest bardzo symptomatyczne). Jest to sprytny zabieg retoryczny – choć pozornie sugeruje się rozszerzenie debaty i obszaru dokonywanych reform, de facto przerzuca się uwagę z jednej strony bilansu finansów publicznych na drugą, tak by zdezawuować sens zmian po stronie przychodów. A te nie są wcale wysokie, jeśli porównamy Polskę z innymi krajami europejskimi. Z nie tak dawno opublikowanych przez Eurostat danych na temat wysokości podatków w 2008 r. wynika, że w UE średnie wpływy z tego źródła (wraz z ubezpieczeniami społecznymi) wynosiły 40,9% PKB, podczas gdy w Polsce – zaledwie 34,3% PKB (jeden z niższych wskaźników). Łączne podatki od dochodu i majątku wynosiły średnio 13,1% PKB (najwięcej w krajach nordyckich: Danii – 29,7%, w Finlandii – 17,5 i w Szwecji – 17,4), w naszym kraju – 8,6% PKB. Z kolei średnie składki na ubezpieczenia społeczne wyniosły w UE 12,8% PKB (najwięcej w Niemczech i Francji, a także w Czechach). I tu Polska znalazła się poniżej średniej unijnej, z wynikiem 11,4% PKB. Z kolei relatywnie wysokie (nieznacznie powyżej średniej dla UE) są u nas podatki związane z produkcją i importem. Widzimy zatem, że przekonanie o tym, że mamy w Polsce niesłychanie rozdęty system obciążeń obywateli na rzecz państwa jest mitem, utrwalanym przez media. Nie ma wobec tego żadnego powodu, by pomysł zwiększenia danin na rzecz państwa uznać za tak jednoznacznie szkodliwy, że jego krytyka nie wymaga nawet uzasadnienia.

Ekonomiści nie są jednomyślni…

Nieraz stosuje się tu uniki w postaci sformułowań w rodzaju: „ekonomiści uważają, że…”. Tymczasem część na pewno tak uważa, ale nie wszyscy. Dla przykładu, najnowszy numer naukowego czasopisma „Problemy Polityki Społecznej” otwiera artykuł brytyjskiego ekonomisty, Jeremy’ego Leamana, który tłumaczy korzyści płynące z podatku progresywnego. Oprócz analizy współczesnych systemów fiskalnych w krajach UE, jego artykuł pt „Jaką cenę płacimy za rezygnację z podatku progresywnego? Błąd Europy i jego skutki” przynosi dość zaskakujące ciekawostki, np. taką, że wielbiony przez neoliberałów i libertarian A. Smith w swym najsłynniejszym dziele stwierdził, że „najbogatsi powinni finansować wydatki publiczne nie tylko proporcjonalnie do swych przychodów, lecz nawet więcej niż proporcjonalnie”.

Wiem jednak, że nie każdy ma czas i możliwość wnikliwego zapoznawania się z tekstami naukowymi, dlatego tak ważne jest, aby dyskusje eksperckie, o ile dotyczą spraw publicznych o znaczeniu praktycznym, w wersji nieco uproszczonej i przystępnej były odtwarzane w debacie publicznej, w sporze politycznym i publicystycznym. Przy czym debaty o finansach publicznych nie można sprowadzić do tego, czy podatki powinny być wyższe, czy niższe. W takiej dyskusji powinien być obecny cały szereg zmiennych – stawki podatkowe, wysokość progów, ulgi podatkowe, a także pytanie o to, co zrobić, by system był szczelny, by ograniczyć nadużycia. Równie ważna jest też „druga strona”: co i w jakich proporcjach się z tych podatków finansuje. Nad tym też trzeba debatować, ale właśnie „też”, a nie – „zamiast”. Tylko wówczas dyskusja ma jakikolwiek sens, jeśli uwzględni się zarówno przychody, jak i wydatki.

.…ale mainstreamowi publicyści niestety tak

Ktoś może rzec – po co debata, skoro te trudne sprawy można, a może nawet należałoby zostawić ekspertom? To błędne rozumowanie. Oczywiście eksperci (i to z różnych stron ideowych) są potrzebni, a nawet niezbędni w omawianiu tak skomplikowanej materii, niemniej debata publiczna na ten temat jest szczególnie potrzebna, gdyż sprawy te dotyczą zakresu i treści dobra wspólnego w najbardziej fundamentalnym sensie. Podatki m.in. pokazują, jak dużo oddaje się do wspólnej domeny, z której następnie finansuje się rozmaite obszary polityki, od obronności przez służbę zdrowia i edukację po ochronę środowiska przyrodniczego. Deficyt tej debaty jest wyrazem patologii sfery publicznej.

Nie jesteście ludźmi!

Nie spodziewajcie się, że będziecie traktowani jak ludzie, gdy was na to nie stać.

Częstochowa, „Gazeta Wyborcza” donosi: „Przy Bardowskiego mieli slumsy, mają getto”. Artykuł opowiada o właśnie wyburzanych wiekowych, parterowych barakach. Na ich miejscu, co się miastu chwali, mają powstać trzy bloki komunalne. Kłopot w tym, że w murowanych budynkach nadal mieszkają ludzie, ale nikogo to najwidoczniej nie interesuje: Kilka dni temu prawie cały teren przyszłej budowy /…/ wygrodzono i weszła ekipa fachowców. Przed oknami kilku rodzin, które nadal mieszkają w barakach, powbijano słupki. Kiedy zostanie na nich rozciągnięta druciana siatka, teren pod budowę będzie zamknięty. Już teraz żółte tablice informują: wstęp jest wzbroniony”.

Co prawda Tomasz Jamroziński, pracownik biura prasowego Urzędu Miasta mówi „Gazecie”, że dopóki w budynkach są ludzie, wykonawcy nie wolno wygradzać terenu. Jednak fakty mówią za siebie, komuś się spieszy: Powiedzieli nam, że jeśli nie wyprowadzimy się do najbliższego wtorku, to nas wykurzą – poskarżyła się dziennikarzom mieszkanka baraku, Gabriela Bodziachowska.

Przy Bardowskiego mieszkają biedni ludzie, spora część z nich zalega z czynszem. Ale i tymi, co płacą, nikt się w tej sytuacji nadto nie przejmuje. Wszyscy, jako zbiorowość, są kłopotem, buntują się, gdyż wali im się świat, w jakim żyli, jaki znali. Tu nie ma bezbolesnych rozwiązań. Tych ludzi nie stać, by kupić sobie szacunek tych, którzy postanowili otoczyć ich specyficznym kordonem słupków „strzeżonego osiedla”. Pewnie wezmą ich w końcu nie tyle głodem, co ciężkim sprzętem budowlanym. I upokorzeniem. Upokorzenie to chleb powszedni biednych, tego zawsze będą mieli do syta.

* * *

Kraków, tym razem osiedle strzeżone jak deweloper przykazał. „GW” informuje: Do niedawna nowoczesny plac zabaw przy ul. Bobrzyńskiego na Ruczaju był dostępny dla wszystkich dzieci z okolicy. Już nie jest. Na prośbę części mieszkańców deweloper ogrodził plac i zamknął go na kłódkę. A to podzieliło mieszkańców. Rodzice z ul. Bobrzyńskiego mają w tej kwestii bardzo różne zdania. – Kupując mieszkanie, mieliśmy zapewniony plac zabaw. Płacimy za niego w czynszu i mamy prawo, aby spokojnie z niego korzystać. Aby nie było zniszczeń – to opinia jednych. – Rozumiem obie strony. Rzeczywiście do tej pory bywało tu mnóstwo dzieci. A dzieci, jak to dzieci – krzyczą, biegają, są głośne. Ale kupując mieszkanie, każdy wiedział, na co się decyduje i że plac zabaw będzie miał pod oknem. Dlatego jestem przeciwna zamykaniu go. Nie podoba mi się idea życia w klatkach ogrodzonych od siebie, w całkowitej izolacji. Zwłaszcza gdy chodzi o dzieci. To jest aspołeczne. W takich wypadkach trzeba szukać innych rozwiązań – to głos innych.

Są wakacje, miłe dzieci, nie będę was zatem zatrzymywał na dłużej. Powiem krótko: musicie szybciutko zrozumieć, że nie ma darmowych placów zabaw. Naprawdę, drogie dziatki, nie trzeba wam chodzić do elitarnych szkół, żeby pojąć najprostsze reguły społeczno-ekonomiczne w III RP: wasi rodzice nie są stąd, nie płacą za ten plac zabaw, więc fora ze dwora, dziatwo kochana! Może jesteście przyszłością narodu, ale to nie powód, by pchać się z grabkami do cudzych piaskownic. Im wcześniej pojmiecie, że każdy ma taką piaskownicę, na jaką go stać, tym dla wszystkich lepiej. Inaczej wyrośniecie, nie daj konserwatywno-liberalny Boże, na cholernych roszczeniowców. Zresztą, szanowne berbecie, zamiast bezproduktywnie marnować czas na placach zabaw, zainteresujcie się stanem kont waszych rodziców i już zawczasu – bogaćcie się! Żeby później nie okazało się, że nie wyrosłyście na ludzi. I nie stać was, by traktowano was jak ludzi.

Bezrobocie nie istnieje!

Przekonują o tym już nie tylko neoliberałowie, ale także niektórzy „społecznicy”, specjalizujący się w pomocy… bezrobotnym.

Byłem w totalnym szoku, gdy od dziewczyny zajmującej się w jednej z organizacji społecznych m.in. prowadzeniem szkoleń dla osób od dłuższego czasu pozbawionych pracy, usłyszałem, że nie wierzy ona w istnienie w Polsce bezrobocia. Dowodziła, że problem ogranicza się do tzw. postawy: wyuczonej bezradności, niewiary we własne siły, braku gotowości do podnoszenia kwalifikacji. Na wszystkie te bolączki odpowiedzią miałyby być „profesjonalnie prowadzone szkolenia”.

Przykład ten pokazuje, jaki słaby kontakt z rzeczywistością mają niektórzy z tych, którzy próbują ją zmieniać. Kto mając do wyboru specjalistę z praktyką zatrudni kogoś po krótkim kursie? Tym bardziej, że często są one wątpliwej jakości. Jednak nawet nie w tym rzecz. W niewielkich, ale i całkiem dużych miejscowościach często w ogóle nie ma pracy. Kiedy człowiek, choćby po najlepszym kursie, z nowymi nadziejami zaczyna pukać do drzwi firm i firemek, spotyka go gorzkie rozczarowanie. Osobiście zetknąłem się z niejednym specjalistą, nieraz po dobrych studiach, zamiatającym łódzkie ulice czy myjącym klatki w ogrodzie zoologicznym, z braku innych ofert. Pewna kobieta, która za państwowe pieniądze zawodowo pomaga szukać pracy, w następujący sposób skomentowała podobne przypadki: robotnik nie może być lekarzem, ale lekarz może być robotnikiem. Nie da się ukryć, pytanie tylko – po co ci ludzie pokończyli uniwersytety, notabene utrzymywane z publicznych środków, skoro teraz wykonują najprostsze możliwe prace? Piewcy samodoskonalenia z wydawałoby się przeciwstawnych obozów, społecznego i neoliberalnego, solidarnie wzywają do nieustannego „inwestowania w siebie”, podnoszenia kwalifikacji, co ma stanowić najlepsze zabezpieczenie przed bezrobociem. Zapewne można w ten sposób w końcu zostać trenerem dla bezrobotnych, lub uzyskać dofinansowanie na własną budę z tanimi przekąskami czy kiosk z gazetami – bo mniej więcej na tyle starczają standardowe dotacje na podjęcie działalności gospodarczej, przyznawane przez pośredniaki.

O braku rzeczywistego bezrobocia mają świadczyć ogłoszenia o pracę. Długimi tygodniami można znaleźć na sklepowych witrynach informacje o poszukiwaniu sprzedawców, argumentował inny „społecznik”. Sęk w tym, że ów człowiek nigdy osobiście nie sprawdził, jak wygląda próba podjęcia pracy w sklepie. Niestety dla mego rozmówcy, próbowałem swoich sił w handlu. Po pierwsze, zaraz na wstępie potencjalny kandydat jest oceniany od stóp do głów, czy jest wystarczająco młody, zgrabny i błyskotliwy; niestety, niewielka część bezrobotnych spełnia wszystkie te warunki. Po drugie, praca w handlu bywa tak  nisko płatna, że nie opłaca się jej podejmować. Uwzględniając bowiem koszt dojazdów, konieczność zapewnienia opieki nad dzieckiem czy ilość zdrowia utraconego w nadgodzinach – de facto trzeba do niej dopłacać…

Również dla znajomego właściciela niedużej firmy o braku bezrobocia miały świadczyć ciągle widywane przez niego ogłoszenia: „zatrudnię szwaczki”. Ba! Sami właściciele szwalni pomstowali w prasie na brak rąk do pracy. Rzeczywiście, w owym czasie w Łodzi poszukiwano kobiet do prac w szeroko rozumianej branży tekstylnej. Problem leżał jednak gdzie indziej: w powszechnym braku rejestracji oferowanego zatrudnienia, a co za tym idzie – braku ubezpieczenia emerytalnego, na okoliczność choroby lub wypadku. Szefowie oczekiwali od pracowników przynajmniej 10-godzinnej pracy, zdarzały się przypadki wymiany „czarnego” personelu bez wypłaty obiecanych pieniędzy… Czy w tych warunkach można wymagać od ludzi „podjęcia jakiejkolwiek pracy”, zwłaszcza jeśli mają równolegle dużo obowiązków domowych? Warto w tym miejscu dodać, że jeśli szukająca pracy bezrobotna jest jednocześnie matką, nie ma zbyt dużych szans na przedszkole dla swojej pociechy. W ramach polityki (a)społecznej uznano, że skoro ktoś i tak siedzi w domu, to może zająć się dzieckiem, dlatego „z automatu” przesuwa się go na koniec kolejki oczekujących na przedszkole.

Jeśli mimo odbycia szkoleń i gotowości do zaakceptowania głodowej pensji nie udaje się znaleźć zatrudnienia we własnej miejscowości, sprawa jest oczywista: czas zmienić miejsce zamieszkania, np. przenosząc się do dużego miasta. Do tego, że takie tezy wygłaszają neoliberałowie, przywykłem już dawno, jednak ostatnio spotkałem się z taką opinią również u osoby, którą miałem za społecznie wrażliwą. Wyjazd! To brzmi fajnie, ale tylko dla kogoś, kto wyjeżdżał jedynie na wakacje. O wiele mniej przyjemne jest to dla opuszczającego ukochane strony, pozostawiającego rodzinę i przyjaciół (a więc i całą sieć nieformalnego wsparcia), zmuszonego w nowym miejscu wynająć mieszkanie (zwykle dużo droższe niż na prowincji)… W dzisiejszych czasach trudy rozłąki można niwelować Internetem i częstymi odwiedzinami – mają gotową odpowiedź zwolennicy przesiedleń za chlebem i pracą. Tylko że nawet najszybsze łącze internetowe nie zastąpi osobistego spotkania, a dojazd, nawet między dużymi miejscowościami, zajmuje dużo czasu, pozostawiając go niewiele na spotkania z bliskimi. Pomijam już koszty takich odwiedzin oraz fakt, że po ciężkim tygodniu pracy podróż w drugi koniec kraju bywa zwyczajnie męcząca. Cały czas wychodzimy tu przy tym z optymistycznego założenia, że pracę w innym mieście udało się zdobyć i utrzymać. Tymczasem dworce wielkich miast są okupowane przez tych, którym się nie powiodło, i to wcale nie z powodu wrodzonego nieudacznictwa czy „braku wystarczającej motywacji”, jak tłumaczą to sobie neoliberałowie i „społecznicy”.

Obawiam się, że część organizacji pozarządowych, które zawiązane zostały w jak najszlachetniejszych celach, przez osoby, którym dobro ogółu jak najbardziej leży na sercu, uległa degrengoladzie. Jak to się stało? Zapewne sięgnięcie po łatwe, unijne pieniądze sprawiło, że przyłączyło się do nich wiele osób, które zwyczajnie chciały się gdzieś „zaczepić”. Inna sprawa, że coś niedobrego stało się ze starymi „ideowcami”; coś, czego nie potrafię wyjaśnić. Może to przejście na dość wygodne, pozarządowe etaty, w połączeniu z oderwaniem od „normalnego” rynku pracy (na którym zresztą wielu z nich nigdy nie było)? A może brak osobistych kontaktów z ludźmi „niskiego stanu” i ich doświadczeniami? Może warto, by ludzie wrażliwi chociaż trochę pożyli wśród biedoty, jak Orwell, który swoje doświadczenia zebrał w „Na dnie w Paryżu i w Londynie”? W każdym razie wszystkim „społecznikom” i społecznikom polecam posmakowania życia i pracy w naprawdę trudnych warunkach. Choćby przez wakacje.