przez Krzysztof Mroczkowski | poniedziałek 9 lipca 2012 | opinie
Wszyscy znamy te obrazki z westernów: sprawiedliwy szeryf z impetem kopie w drzwi saloonu. W miasteczku panuje cisza, wiatr roznosi pył po opustoszałej ulicy, zaś starcy, kobiety i dzieci nieśmiało wychylają głowy zza okiennic domów – na ich twarzach rysują się niepokój, ale i nutka nadziei. Po chwili rozlega się seria strzałów. Jeszcze moment, a będzie jasne, że sprawiedliwości stało się zadość: złowrodzy bandyci już nigdy nie zakłócą spokojnego rytmu życia tej miejscowości i jej pobożnych, pracowitych mieszkańców.
Pewien znany działacz peerelowskiej opozycji solidarnościowej, zapytany o źródła swej bezkompromisowej postawy w ciężkich latach stanu wojennego, odpowiedział w ten sposób: „Nie mogłem inaczej. Wychowałem się na westernach…”. Jakże znamienna odpowiedź, wiele mówiąca o wpływie otoczenia kulturowego na losy zbiorowości. Popatrzmy na przesłanie niemieckiego filmu „Życie na podsłuchu” z 2007 r. W filmie tym smutny oficer Stasi, pod wpływem inwigilowanych przez niego ludzi, słuchając ich utworów muzyki klasycznej i czytając ich książki, przechodzi przemianę i postanawia, wbrew systemowi, czynić dobro. Pod koniec filmu jest samotnym, materialnie zdegradowanym roznosicielem ulotek. A jednak żaden z widzów nie odczuwa względem niego litości, lecz podziw, jeżeli nie zazdrość. On sam, a z nimi i widzowie, odkryli już prawdę: dobro jest piękne. Tak jak wszystkie tyrady Trazymacha nie przekonały Sokratesa, że gorzej jest być sprawiedliwym i cierpieć, niż niesprawiedliwym i pławić się w doczesnej chwale, tak wychodzący z kin wiedzą już, co jest warte ich wysiłków, a co ułudą.
Warto mieć te konkluzje na uwadze, obserwując otoczenie kulturowo-społeczne i miałki przekaz, z którym do nas dociera. Ten tekst nie traktuje jednak o wpływie wychowania dzisiejszej młodzieży przez MTV na przyszłość naszego kraju. Mówi on o tym, co naprawdę powinien zrobić szeryf.
Lata błędów i wypaczeń realnego liberalizmu mają dwojaki skutek. Z jednej strony rośnie zrozumienie potrzeby wprowadzenia w życie – zapisanej w konstytucji – idei społecznej gospodarki rynkowej, która wbrew niektórym opiniom ma niewiele wspólnego z redystrybucją dochodów. Jej założenia oparte są o dobro wspólne i uznanie roli ludzkiego potencjału w tworzeniu dobrobytu, a była realizowana również przez takich „prawicowych” przywódców powojennego złotego ćwierćwiecza Europy jak Ludwig Erhard, Charles de Gaulle czy Harold Macmillan. Z drugiej jednak strony słyszymy, iż lepsza przyszłość zbiorowości winna być budowana na „rozliczaniu zdrajców”. Ostatnie 20 lat rzeczywiście obfitowało w wiele patologii, z których sporo w niemal zinstytucjonalizowanej formie funkcjonuje do dziś, dlatego tej propozycji i jej potencjalnym skutkom należy poświęcić więcej uwagi. Zanim to jednak zrobimy, po raz ostatni przywołajmy postać szeryfa.
Gdy zaczynał robić porządek, rzeczy miały się rzeczywiście jak najgorzej. Wielkie instytucje finansowe swoją spekulacją wywołały gigantyczny kryzys gospodarczy, postępowała pauperyzacja bezsilnego społeczeństwa. I wtedy, w roku 1933, na scenę (jak kto woli, do saloonu) wkroczył, a raczej wjechał na wózku inwalidzkim, szeryf Franklin Delano Roosevelt. Od początku nie pozostawiał wątpliwości w sprawie stosunku wobec oligarchów finansowych z Wall Street: „Nienawidzą mnie – stwierdził – a mnie ta nienawiść cieszy”.
Joseph P. Kennedy, znany powszechnie jako „Joe”, ojciec przyszłego znakomitego prezydenta USA Johna F. Kennedy’ego, był wówczas znany nie tylko jako przemytnik alkoholu w czasie prohibicji, ale również jako specjalista od przekrętów giełdowych. Znał i korzystał z każdego brudnego triku i możliwości, jakie oferował mu „wolny rynek”. Przekładając to na dzisiejsze realia, Joe Kennedy był zaradnym beneficjentem czasów transformacji. Joe miał swoje za paznokciami: to tacy jak on doprowadzili do Wielkiego Kryzysu. Nasza wyobraźnia powinna podpowiedzieć to, czego oszczędzają nam reżyserzy westernów: takich jak Joe czeka smutny koniec.
A jednak nie. Dla Roosevelta cele dobra wspólnego nigdy nie ustąpiły potrzebie rewanżu. Joe Kennedy został z nadania prezydenta pierwszym szefem amerykańskiego nadzoru finansowego (Securities and Exchange Commission), który na dekady zatamował siłę amerykańskiej i międzynarodowej finansjery, kładąc podwaliny pod powojenny rozwój obszaru transatlantyckiego. Jako były de facto przestępca z Wall Street, nestor rodu Kennedych dysponował olbrzymią wiedzą na temat tego, jak kosztem społeczeństwa dokonywać olbrzymich przekrętów oraz… jak im zapobiegać. Już po śmierci Roosevelta, syn Josepha – John F. Kennedy – spędzał długie godziny u byłej prezydentowej Eleanor Roosevelt, która uczyła go prawdziwego ducha systemu amerykańskiego. Jak bardzo te nauki zaprocentowały u postrzeganego jako lekkoduch Johna F. Kennedy’ego, amerykański oligarchiczny establishment dostrzegł dopiero po objęciu przez niego urzędu prezydenta. Co za ironia! Z oficera Stasi – dobroczyńca. Ze spekulanta – państwowiec. Z playboya – mąż stanu.
Warto mieć te fakty na uwadze, gdy zbytnio koncentrujemy się na analizie okresu błędów i wypaczeń realnego liberalizmu, tracąc z horyzontu cel dobra wspólnego. Po pierwsze, punktowanie, często słuszne, błędów okresu prywatyzacji ustawia nasze widzenie w wadliwym paradygmacie statycznej gospodarki: myślimy o „stratach”, nie myślimy o nowych wyzwaniach i sposobach powiększania społecznego dobrobytu i rozwijaniu potencjału kraju i jego mieszkańców. Oczywiście niewywiązywanie się przez zagraniczne koncerny z umów prywatyzacyjnych powinno być kartą przetargową przy ustalaniu nowego modus operandi w polityce gospodarczej państwa, ale nic ponad to nie przyniesie długotrwałych korzyści całemu społeczeństwu. Po drugie, mamy do czynienia z tęsknotą za wychowawczym efektem rozliczania niektórych rodzimych drobno-oligarchów. W praktyce takie rozliczenia są (byłyby) bardzo selektywne i mają niewiele wspólnego z zaprowadzaniem praworządności.
Te właśnie przemyślenia nie bez kozery zabierają miejsce ekonomicznemu teoretyzowaniu, o które pokuszę się dopiero pod koniec. Zauważmy prawidłowości obecnej sytuacji politycznej. Bez wątpienia pod wpływem neoliberalnej ideologii mamy do czynienia ze „zwijaniem państwa”, przejawiającym się w likwidacji szkół i „nierentownych” obiektów użyteczności publicznej. Nie można jednak zapomnieć, iż obóz rządzący ma też jednak, nie tylko w dziedzinie dość stabilnej polityki zagranicznej, swoje zasługi. Wicepremier Pawlak z lubością mówi o „banksterach” i z trybuny sejmowej nawołuje posłów do obejrzenia filmu „Inside Job”. Minister Rostowski z wielką wprawą przekonuje swoich londyńskich kolegów, że nie warto atakować papierów dłużnych Polski. Wielu krytyków rządu utrzymuje przy tym, iż rządowe manipulacje przy prezentowaniu zadłużenia publicznego są niedopuszczalne (ich zdaniem na rynku długów powinni manipulować tylko zagraniczni spekulanci), ale pomińmy to dobrotliwym milczeniem. Relatywne przeskoczenie przez wzrost PKB tempa zadłużania się kraju powinno być odnotowane z zadowoleniem.
Przy dużej dozie dobrej woli można wręcz założyć, że rząd zachowuje się jak surowa matka, broniąca dziecka przed ojcem-psychopatą (rynkami finansowymi). Za granicą rządzący chwalą się, zgodnie z europejskim trendem, ciężkimi wyrzeczeniami narzucanymi społeczeństwu (reforma emerytalna), nie wspominając jednak, iż zmiany te są rozciągnięte w czasie, a i tak zostaną obalone po następnych wyborach.
Zamiast jednak pochopnie udzielać rządzącym zbyt wielkiego kredytu dobrej woli, oceńmy rysującą się na horyzoncie alternatywę. Największa partia opozycyjna jest, przynajmniej w deklaracjach, niechętna zwijaniu państwa. Niestety, kompetentni ekonomiści w jej szeregach, tacy jak profesor Jerzy Żyżyński, nie mają zbyt wielkiego wpływu na jej program gospodarczy. Brak programu gospodarczego o ewidentnie nowatorskim i prowzrostowym charakterze może być bardzo zły w skutkach także pozagospodarczych.
Obudzona nadzieja na zmiany i mesjanistyczny image największej partii opozycyjnej oznaczać mogą, w przypadku braku zmiany paradygmatów gospodarczych, zaaplikowanie krajowi niepotrzebnej dozy niestabilności. Brak poprawy warunków życia pauperyzowanego społeczeństwa może zmusić rzeczone środowisko do działań nieracjonalnych. Jedynym możliwym sposobem utrzymania mobilizacji politycznej swoich zwolenników, którym nie przybędzie „masła na chlebie” ani „kartofli na talerzu”, będzie zastąpienie populizmu ekonomicznego – kulturowym. Ten zaś jest niezwykle destabilizujący, utrwala irracjonalne podziały i oddala szanse na prowzrostową i prospołeczną zmianę paradygmatu gospodarczego.
Plan rozwoju gospodarczego Polski już jest gotowy, w postaci programu reindustrializacyjnego, autorstwa Polskiego Lobby Przemysłowego z 2012 roku. Właśnie na zaadaptowaniu tego programu osadza się pytanie o polityczne rozwiązanie problemów społeczno-gospodarczych naszego kraju. Podjęcie wyzwań stawianych przez kluczowe zagadnienia społeczne, takie jak niekorzystne zmiany demograficzne czy problemy mieszkaniowe młodego pokolenia, może się dokonać nie dzięki życzeniowym deklaracjom, lecz ekspansywnej polityce gospodarczej państwa.
Tym samym kwestia zwiększania bogactwa jest w dłuższym horyzoncie zagadnieniem numer jeden. Kluczowa powinna stać się kwestia inwestycji w kapitał wytwórczy („kury znoszące złote jaja”), czyli taki, który tworzy kolejne dobra, najlepiej o jak najwyższej stopie zwrotu, pozwalającej na szybsze tworzenie bogactwa. Dość wyprane dziś ze znaczenia pojęcie „gospodarki opartej na wiedzy” może odegrać ważną rolę, o ile tylko powiąże się je z wytwórczością. Tym bowiem, co rozróżnia względem stopnia przydatności dla społeczeństwa różne metody ekstrakcyjne i przetwórcze uzyskiwania dobrobytu, od wypalania lasów, przez kopalnie węgla, po światłowody, jest nie tyle nakład pracy, lecz właśnie nakład wiedzy. Kluczowa rola wiedzy każe nam zrewidować prostackie rozumienie gospodarki w kategoriach monetarnych, gdzie instytucje edukacyjne i kulturalne, stymulujące rozwój kreatywnych zdolności człowieka, uważane są za „nierentowne”.
Potrzebne jest zrozumienie wagi odpowiedniego otoczenia edukacyjnego, czy szerzej: społeczno-kulturowego. W nim to bowiem, nieodpowiednio pielęgnowanym, powstaje kolektywna choroba ego, skutkująca irracjonalną potrzebą dominacji, czyli oligarchizmem. Od czasów opisania tego zjawiska przez Platona w „Państwie” niewiele się zmieniło, a forma, jaką ono przybiera, jest kwestią wtórną. Czy jest to, jak opisuje Federalny Instytut Technologiczny w Zurichu w raporcie z 2007 r., posiadanie przez 10 megakorporacji 80 procent światowego kapitału, czy też, jak chciałyby niektóre teorie spiskowe, kontrola zasobów świata przez np. 12 rastamanów z Jamajki, oligarchizm jest bez wątpienia pasożytem na idei dobra wspólnego, który nie może znieść humanistycznego, optymistycznego, postępowego otoczenia kulturowego. Tylko ono właśnie, w połączeniu z prowzrostową polityką gospodarczą państwa, jest w stanie odważyć się odrzucić stary porządek i tworzyć lepszy, choć nie do końca jeszcze znany.
Krzysztof Mroczkowski
przez sir Julian Rose | poniedziałek 2 lipca 2012 | opinie
Polska, Solidarność i Trzecia Droga. Czas wyboru
Pamiętam jak dzisiaj moment, w którym zobaczyłem tytuł w „Wiadomościach rolniczych”, wiosną 1989 roku. Wydrukowany wielkimi literami, na pierwszej stronie jednej z największych brytyjskich gazet rolniczych, brzmiał: „Polska do wzięcia”. Było to dla mnie jak cios nożem w serce. Chociaż nigdy przedtem nie byłem w Polsce, ani nawet zbyt dużo nie rozmyślałem o tym kraju, to jednak to zdanie mną wstrząsnęło.
Oczami wyobraźni jasno ujrzałem tysiące tradycyjnych gospodarstw, żywych wspólnot kultywujących wiejski styl życia, miażdżonych przez chciwy zachodni agrobiznes ze swoją nienasyconą żądzą łatwych zysków i neokolonialnej ekspansji. Nie chciało mi się wierzyć, aby Polska po daniu dowodów tak wielkiego heroizmu i ogromnej energii, jaką włożyła w pozbycie się trwającej przez dekady komunistycznej opresji, pozwoliła, aby to wszystko zakończyło się w tak opłakany sposób. Jednak tytuł brzmiał prawdziwie i z pewnością spowodowałby u każdego polskiego patrioty mrowienie na plecach.
Tamtej wiosny także wydarzenia w samej Wielkiej Brytanii dość mocno uderzyły w moją rolniczą działalność. W lutym 1989 r. rząd brytyjski ogłosił znienacka zakaz sprzedaży niepasteryzowanego mleka, którego produkcja stanowiła podstawę mojej działalności, podobnie jak ogromnej ilości niewielkich gospodarstw produkujących nabiał. Jedyną drogą ratunku dla nas było rozpoczęcie ogólnonarodowej kampanii na rzecz cofnięcia tej decyzji.
To była stosunkowo krótka, bo trwająca kilka miesięcy, ale bardzo zaciekła walka zakończona zwycięstwem producentów i konsumentów niepasteryzowanego „prawdziwego” mleka. Na skutek silnego zainteresowania mediów rząd się wycofał. Pewną pomocą okazało się to, że premier Thatcher wyraziła „umiarkowaną sympatię” dla naszej kampanii przeciw zakazowi. Jednak rząd nadal upierał się przy opatrywaniu produktów z mleka niepasteryzowanego ostrzeżeniem o „potencjalnych zagrożeniach dla zdrowia”, pomimo niezbitego faktu, że przez dekady spożywania tego żywego i pełnego wartości odżywczych mleka, nikt poważnie z tego powodu nie zachorował.
Jednak kryzys, który groził Polsce, miał zupełnie inny wymiar. Po bez mała 10 latach od utworzenia związku zawodowego „Solidarność”, ogromna popularność Lecha Wałęsy i jego kolegów z gdańskiej stoczni doprowadziła w końcu do upadku komunizmu. Gorbaczow uświadomił sobie, że stosowanie kroków o charakterze wojskowym jedynie podsycałoby bunt, cały czas tlący się w Polsce. Nagle, wbrew rachunkowi sił, „Solidarność” osiągnęła swój cel, nie tylko doprowadzając do upadku swego wroga, ale wygrywając także pierwsze, częściowo wolne wybory.
Podczas gdy starałem się przywrócić mojemu gospodarstwu stan normalności po nerwowym okresie walki o utrzymanie otwartego rynku dla naturalnego mleka, podziwiani przez cały świat Polacy świętowali zwycięstwo nad machiną partyjno-państwowego komunizmu.
W tym przełomowym momencie historii, bieg wydarzeń stworzył Polsce wyjątkową okazję dla realizacji całkiem nowej wizji społeczno-ekonomicznej. W kraju, gdzie państwowe fabryki stanowiły podstawę dla gospodarki będącej niemal stuprocentową własnością państwa, polegałaby ona na przejęciu ich przez samorządy pracownicze, które dzięki temu uzyskałyby kontrolę nad przemysłem, a w konsekwencji możliwość wpływu na całość pomyślności gospodarczej kraju.
Konsekwencje takiego oddolnego przejęcia gospodarczej władzy byłyby przeogromne nie tylko dla Polski, ale dla całego świata. Taki nowy model, gdyby udało się go zrealizować, stanowiłby realizację „Trzeciej Drogi” i mógłby naruszyć dominującą pozycję, jaką dotąd dzierżyły komunizm i kapitalizm.
Trzecia Droga
Z pojęciem Trzeciej Drogi zetknąłem się osobiście stosunkowo niedawno – w czasie lektury słynnej książki Naomi Klein „Doktryna szoku”. Czytając ją, od razu zrozumiałem, jak wielka odpowiedzialność spoczęła na barkach ekipy „Solidarności”, negocjującej na temat przyszłości swojego kraju. Trzecia Droga to była łamiąca schematy formuła, która musiała napędzać niezłego stracha okopanym na swoich pozycjach doktrynerom ze Wschodu i Zachodu. Nie tylko dlatego, że zrywała z modelami komunizmu i kapitalizmu, ale także dlatego, że kluczową rolę odgrywały w niej związki zawodowe, mające powszechne poparcie społeczne.
Pierwszą poważną przeszkodą, na jaką musieli napotkać jej zwolennicy, był problem poradzenia sobie z ogromnym długiem państwowym, jaki pozostawił po sobie odchodzący reżim komunistyczny. Według Naomi Klein, chodziło o 40 miliardów dolarów, przy inflacji sięgającej 600%. (Obecnie, po wyprzedaniu większości państwowego przemysłu, dług Polski wynosi ok. 288 mld dolarów, a więc jest 7 razy większy niż w 1989 roku. Roczny koszt jego obsługi to ok. 12 mld USD)
Na nieszczęście dla Polski (i dla reszty świata) realizacja Trzeciej Drogi została podważona przez argumenty odwołujące się właśnie do sposobu spłaty tego długu. Drugim czynnikiem było pojawienie się w ekipie „Solidarności” Jeffreya Sachsa, stosunkowo młodego protegowanego Ameryki, który wywodził się z chicagowskiej szkoły ekonomicznej Miltona Friedmana. Stosowana już formuła Friedmana radzenia sobie z tego typu problemami, polegała na wprowadzeniu 100% wolnego rynku, w połączeniu z prywatyzacją i sprzedażą państwowych udziałów w przedsiębiorstwach. Sachs, którego nazwisko nabrało już rozgłosu dzięki zastosowaniu tej doktryny w poważnie zadłużonej Boliwii, tak naprawdę stał pod względem politycznym i ekonomicznym na przeciwnym biegunie niż „Solidarność”. Okazał się jednak wystarczająco silny, aby zdecydować o przechyleniu się szali na rzecz doktryny ultra-neoliberalnej, która nadal panuje w większości krajów Zachodu.
Możliwość Trzeciej Drogi została po raz pierwszy wyartykułowana w roku 1981. W programie „Solidarności” jej twórcy stwierdzali: „Domagamy się samorządowej i demokratycznej reformy na każdym szczeblu zarządzania oraz nowego systemu społeczno-ekonomicznego, który łączyłby elementy gospodarki planowej, samorządu i rynku. Uspołecznione przedsiębiorstwo powinno być podstawą gospodarki. Powinno ono być kontrolowane przez radę pracowniczą, reprezentującą kolektyw i zarządzaną na szczeblu operacyjnym przez dyrektora, mianowanego na podstawie kompetencji i odwoływalnego przez radę”.
Było to przesłanie wystarczająco rewolucyjne, by zdenerwować i rozwścieczyć Moskwę, a w konsekwencji doprowadzić do wyprowadzenia przez dowódcę polskich sił zbrojnych, generała Jaruzelskiego, czołgów przeciwko gdańskiej stoczni i do wprowadzenia w całym kraju stanu wojennego. Pomimo formalnego zniesienia w roku 1983, faktycznie trwał on aż do końcowego zrywu w 1989 r., kiedy to opozycja pod przywództwem związku zawodowego „Solidarność” przełamała sowiecką okupację.
Wtedy jednak pojawił się wspomniany Jeffrey Sachs i skutecznie przekonał wystarczającą liczbę czołowych działaczy „Solidarności”, że jedynie oparcie się na pożyczce z Międzynarodowego Funduszu Walutowego (MFW) uratuje kraj z opresji. Zapewniał także, że on sam osobiście poprzez swoje kontakty potrafi wyjednać w MFW konieczne sumy. Sporo wskazuje na to, że wielu działaczy było mocno skonsternowanych tymi propozycjami, jednak inni nie widzieli alternatywnej drogi spłacenia państwowych długów i ich głos przeważył. Takie zakończenie debaty okazało się równie brzemienne w skutki, jak koniec komunizmu; Polacy wyzwolili się spod okupacji jednego wielkiego ciemiężcy tylko po to, by dostać się pod panowanie nowego.
Sachs dotrzymał słowa i MFW wyłożył potrzebne sumy. Stało się to jednak za cenę masowej wyprzedaży państwowego przemysłu i przyjęcia takiej odmiany polityki wolnego rynku, która stała się znakiem rozpoznawczym amerykańskiego dążenia do globalnej hegemonii, szczególnie gdy była skorelowana z doktryną MFW, pozbawiającą państwo udziałów w strategicznych działach gospodarki. Armia Czerwona i realny socjalizm zniknęły. W ich miejsce natychmiast pojawiły się równie dogmatyczny globalizm i jeszcze groźniejsza potęga militarna Stanów Zjednoczonych oraz ich sojuszników.
Tragedią było to, że idea Trzeciej Drogi nigdy nie zdołała na trwale zagościć w pustej przestrzeni pomiędzy nimi.
„Polska do wzięcia” – to zdanie ciągle przychodzi mi na myśl. Wiosenny dodatek „Wiadomości rolniczych” z rzucającym się w oczy tytułem głęboko zapadł mi w pamięci i dzisiaj nie mogę oprzeć się refleksji nad jego złowróżbnym znaczeniem. Zdominowane przez korporacje agrobiznesowe rolnictwo brytyjskie także szybko dostrzegło okazję, jaką stworzył Sachs i chicagowska szkoła ekonomii. Postpaństwowe gospodarstwa rolne (PGR) potrzebowały nowych inwestorów, a któż lepiej nadawał się do podjęcia tego wyzwania, niż amerykańscy, holenderscy czy brytyjscy praktycy nasyconych agrochemią monokultur.
Polskie ziemie były i są stosunkowo mało zniszczone – są urodzajne. W połączeniu z tanią siłą roboczą kryły się w tym ogromne możliwości łatwych zysków w świeżo wyzwolonej Polsce. Brytyjskie i kontynentalne gleby na zachodzie Europy są już bardzo wyeksploatowane poprzez lata niezwykle intensywnego gospodarowania, które pozbawiły je naturalnych możliwości odżywczych i warstwy próchnicy. Uczyniło to rolników zależnymi od ogromnych ilości toksycznych nawozów sztucznych i środków owado- i chwastobójczych. Sachs utorował również drogę do eksploatacji polskiej gleby, a dochody z tego zaczęły płynąć na Zachód wraz z nieubłaganie wysokimi odsetkami od pożyczek, jakich udzielał MFW.
Straszna prawda o szeroko głoszonym zwycięstwie „Solidarności” polegała na tym, że okazało się ono jednocześnie niepowetowaną klęską sił wolności. Brzmi to jak ponury paradoks, ale świeżo odzyskana niepodległość przyniosła nowe zniewolenie: toksyczna gospodarcza i rolnicza ekspansja Zachodu zastąpiła wojskową interwencję Wschodu. Wolność okazała się iluzją.
We wczesnych latach 90. wymęczony walką naród polski nie potrafił łatwo rozpoznać prawdziwego charakteru swoich nowych władców. Sklepy napełniły się zachodnimi dobrami konsumpcyjnymi; Coca-Cola i McDonaldy stały się wszechobecne, pierwsze supermarkety pojawiały się w dużych miastach, a Polacy ustawiali się w kolejkach pod amerykańską ambasadą w nadziei otrzymania wiz do „ojczyzny wolności i swobody”. Tym Polakom, którzy wierzyli, że „trawa po drugiej stronie jest zieleńsza”, nowa sytuacja jawiła się jako rodzaj zbawienia. Jednak dla wielu innych rzeczywistość nie dorastała do obietnic, jakie początkowo niosła.
W miastach szybko rosło bezrobocie, a pensje nie pokrywały rosnących kosztów utrzymania. Na wsi gospodarka wiejska, dobrze chroniona w czasach komunizmu, załamała się, a nowe regulacje bazujące na dyrektywach narzuconych przez Światową Organizację Handlu i Unię Europejską doprowadziły do zamknięcia tysięcy małych i średnich zakładów przetwórczych, ubojni i wiejskiego przemysłu. Przedsiębiorstwa, które na ogół bardzo dobrze prosperowały pod sowiecką okupacją, teraz okazywały się nie przystawać do gospodarki kraju, który jako jeden z pierwszych w Europie Środkowo-Wschodniej miał dostąpić zaszczytu wstąpienia do Unii Europejskiej. Tętniące kiedyś życiem i gwarantujące pełne zatrudnienie wioski, stały się ofiarami agresywnej formy globalnego kapitalizmu, polegającej na tym, że kilka ogromnych i zcentralizowanych korporacji produkcyjno-przetwórczych wypiera tysiące małych, lokalnych przedsiębiorstw, prowadzonych przez rodziny lub spółdzielnie.
Unia Europejska i żyła złota
Podczas gdy Polacy, dostosowując się do nowych warunków, walczyli o przetrwanie, polskie rządy i instytucje odpowiedzialne za podejmowanie decyzji znów ulegli mirażowi kolejnej wielkiej obietnicy. Tym razem chodziło o unijne dotacje, które miały pozwolić na osiągnięcie wyższych standardów socjo-ekonomicznych, koniecznych przy wstąpieniu do Unii Europejskiej. Po raz kolejny obietnica wielkich pieniędzy zdominowała myślenie o własnym kraju, któremu postanowiono zaaplikować następną dawkę zachodniego „lekarstwa”.
To wtedy po raz pierwszy postawiłem stopę na polskiej ziemi. Jesienią 2000 r. Jadwiga Łopata zaproponowała abym został współzałożycielem Międzynarodowej Koalicji dla Ochrony Polskiej Wsi. W nabitym ludźmi wiejskim domu u podnóża Beskidów w południowej Małopolsce powstała Międzynarodowa Koalicja dla Ochrony Polskiej Wsi (ICPPC – International Coalition to Protect the Polish Countryside), a ja znalazłem się w samym centrum zmagań o kształt decyzji dotyczących przyszłości. Moją pierwszą myślą było, aby zapewnić, że wejście Polski do UE będzie prawidłowo wynegocjowane i nie powtórzy się w niej zjawisko masowego porzucania ziemi, co było udziałem mojego kraju w czasie, gdy wchodził do UE, a także wielu innych krajów, które weszły na tę drogę. Kilka miesięcy później minister Plewa, odpowiadający za negocjacje w sprawach rolnictwa, umożliwił mnie i Jadwidze udział w spotkaniu z zespołem negocjującym warunki wejścia Polski do UE w obszarach rolnictwa i ochrony środowiska.
To, co zdarzyło się w czasie tamtego spotkania wywołało w nas szok, jakiego nie doznałem nigdy przedtem. Przewodnicząca zespołu poinformowała nas, że Polska będzie musiała pozbyć się co najmniej miliona małych i średnich gospodarstw, aby umożliwić „restrukturyzację i modernizację” swojej, sprawdzonej przez historię, tradycyjnej kultury rolnej. Jak się miało okazać, oznaczało to koniec nastawionych na różnorodną produkcję gospodarstw rodzinnych i zastąpienie ich przez zarządzane przez wielki agrobiznes konglomeraty, który miały uczynić polskie rolnictwo „konkurencyjnym na światowym rynku”. Pani przewodnicząca dodała jeszcze, że takie przekształcenia są tylko kwestią czasu.
Po raz kolejny oddech globalnego wolnego rynku, forsowanego przez friedmanowską Szkołę Chicagowską, dał znać o sobie. Tym razem miały go poczuć tętniące bioróżnorodnością łąki polskiej wsi.
Mając żywo w pamięci tamto spotkanie, wydawało się nam koniecznym natychmiastowe zaalarmowanie i ostrzeżenie polskich parlamentarzystów przed tym, co miało nastąpić. Kilka dni potem, na konferencji prasowej w polskim Sejmie, miałem okazję skierować do Polaków przesłanie: „Nie naśladujcie nas”. Nie dajcie się skusić dotacjom, które tylko jeszcze bardziej zniewolą wasz naród przez ambicje niewybieralnego, ponadnarodowego kartelu, rezydującego w Brukseli. Ten kartel już wyrządził ogromne szkody w moim własnym kraju, a jego oparta na zaawansowanych technologiach i małym nakładzie pracy polityka rozbiła w proch miliony autentycznie niezależnych gospodarstw i wspólnot rolnych na całym kontynencie europejskim.
Sześć miesięcy po ostrzeżeniu polskiego parlamentu przed tym, co się szykuje, zmienił się rząd. Nowy zdominowany był przez prounijną i prowolnorynkową partię, całkowicie oddaną sprawie wejścia Polski do UE w roku 2004. Był to jednocześnie sygnał dla polskich mediów głównego nurtu, aby zintensyfikować serwowanie diety, opartej na prounijnej propagandzie o rzece unijnych dotacji, którymi Bruksela miała obdarować wyciągających po nie ręce, zbiedniałych Polaków. Wszelka krytyka była zakazana. Reszta, jak mówią, „jest historią”.
Jest to jednak historia pełna intryg, oszustw i bezwstydnej dezinformacji. Wstąpienie Polski do UE ani nie wyciągnęło Polski z długów, ani nie poprawiło sytuacji finansowej milionów zwykłych ludzi, którzy mogli jedynie się przyglądać, jak bogaci stają się jeszcze bogatsi, a ich własne pensje nie są w stanie nadążyć za rosnącymi cenami.
Solidarna Trzecia Droga
W centrum polskiego dylematu leży nadal podstawowe pytanie o to, kto weźmie na siebie zadanie dokonania tego, co nie udało się stoczniowcom? Mówiąc wprost: kto doprowadzi do odrodzenia społeczno-gospodarczego, opartego na współwłasności pracowniczej oraz Idei Trzeciej Drogi? Kto pokona w ten sposób polityczne i korporacyjne potęgi, których złowrogi sojusz skrywa zakusy na wspólne przejęcie kontroli nie tylko nad polskim łańcuchem żywieniowym, ale nad całym krajowym życiem gospodarczym.
Kiedy wracamy do lat 1980-81, mamy w pamięci pełne ognia przemówienia robotników „Solidarności”, które formułowały jednocześnie wspaniałe plany i pragmatyczne rozwiązania wobec bieżących problemów kraju. Właśnie tego samego potrzeba znowu, w roku 2012, nie tylko dla Polski, ale dla całego świata. A dokładnie wszędzie tam, gdzie przebrzmiałe i zużyte modele kapitalizmu i komunizmu nadal tłamszą politykę, gospodarkę i społeczeństwa w swoich zesztywniałych ramach.
Trzecia Droga jest zbyt ważna, aby pozwolić jej na to, by znikła w historycznym niebycie. Trzecia Droga to dynamiczna idea, która daje najlepszą szansę na przezwyciężenie oszukańczej polityki naszej epoki. Polityki, która ma na celu zachowanie władzy poprzez dzielenie i podbój, poprzez szczucie jednej grupy na inną, jednej fałszywej ideologii na inną fałszywą ideologię, jednej klasy na inną klasę. To polityka, która przypomina niekończącą się ślepą uliczkę, dla której „nie ma alternatywy”, co sprytnie przedstawia się jako „wolność wyboru”.
Trzecia Droga wznosi się ponad tę chimerę i zajmuje opustoszałe miejsce w centrum, stwarzając potencjał do zjednoczenia narodowych interesów. To polityka, która odpowiada na pytanie, czym powinien być ruch autentycznie ludowy. Trzecia Droga daje również w końcu miejsce na głównej scenie tym, którzy są politycznie i ekonomicznie marginalizowani. Kiedy tylko taki ruch stanie mocno na nogach i zyska błogosławieństwo elektoratu, wtedy potężna klika bankierów i korporacji, która obecnie rządzi światem, zostanie powalona na ziemię niczym po nokautującym ciosie pięści. Wierzę, że ten czas jest blisko i nadchodzi moment, aby wielki plan „Solidarności”, który powstał przed trzydziestoma laty został urzeczywistniony.
Przemiana i wybór
Rok 2012 i lata bezpośrednio po nim następujące wydają się nieść ze sobą wiele oznak tego, że ucisk ludzkości przez małe grupy ogarniętych obsesją władzy finansistów, może być pokonany, a świeże, prawdziwie oddolne ruchy mogą zająć ich miejsce. Polska ma dobre podstawy, by odegrać ważną rolę w tej przemianie. Przemianie, która zawiera potencjał uwolnienia zdolności twórczych, tłumionych przez długi okres. Działo się tak za sprawą obcych ciemiężców, ale także na skutek braku wiary w siebie. To on przede wszystkim spowodował, że jak dotąd obietnice czegoś znacznie lepszego (dla tak mocno doświadczonego narodu), jak choćby samostanowienie i odrodzenie kulturalne, za którym tęsknią ludzie ze wszystkich warstw, nie mogły się ziścić.
Solidarność miasta i wsi
Pora na odwrócenie dotychczasowych tendencji. Heroiczna walka i klęska gdańskich stoczniowców to pole, które powinno być odzyskane. Jednak to nie doprowadzone do upadłości stocznie nad Bałtykiem, ale miliony małych i średnich gospodarstw rolnych są ostatnim większym bastionem w posiadaniu ludzi pracy. Ostatnim bastionem, którego nigdy nie zdobyli Sowieci i który nadal pozostaje poza zasięgiem Międzynarodowego Funduszu Walutowego, Banku Światowego, Komisji Europejskiej, ogromnych korporacji agrobiznesowych, farmaceutycznych i nasiennych, które zacisnęły już pętlę na zachodnim łańcuchu żywieniowym i nad żyznymi niegdyś polami Europy Zachodniej i Ameryki Północnej.
To właśnie tu ciągle istnieje szansa na odwrócenie losu narodu. To w tym ostatnim bastionie są niezależni ludzie pracy, którzy uparcie odmawiają wyrzeczenia się swojego, opartego na własnej ziemi sposobu życia. To ci ludzie, którzy są prawdziwymi strażnikami „nieopatentowanego” łańcucha żywieniowego potrzebują naszego wsparcia. Przyszłość naszego zdrowia i nasz dobrobyt są w ich rękach. Brukseli ciągle nie udało się wyrugować z ziemi miliona rolników, tak jak zapowiadała to Komisja Europejska w 2000 r. Plan UE dla Polski jeszcze nie powiódł się.
Od momentu wstąpienia do UE w 2004 r. około 200 tysięcy gospodarstw zrezygnowało z działalności. Ciągle pozostaje około półtora miliona tych, które działają, a ogromna większość należy do rolników, którzy pracują na własnej ziemi. To właśnie oni stanowią najbardziej żyzny grunt dla realizacji ciągle niezrealizowanej idei Trzeciej Drogi, wyrosłej za czasów pierwszej „Solidarności”.
Tylko realizacja takiego programu może uchronić te gospodarstwa przed przejęciem jedno po drugim przez globalną gospodarkę, wypaczoną za sprawą bankierów, korporacji, supermarketów oraz przez Unię Europejską, której obsesja na punkcie higieny nie ma nic wspólnego z troską o zdrowie, lecz służy jedynie zniszczeniu drobnego rolnictwa, aby zrobić miejsce dla agrobiznesowych karteli. Plan oparty na idei Trzeciej Drogi pozwoliłby także pozbyć się rządów, które od dłuższego czasu siedzą w kieszeni globalnych koncernów agrochemicznych. Wspólny opór oraz współpraca konsumentów i rolników pozwoli pokonać te ciemne siły i za jednym zamachem wyzwolić Polskę z niewolnictwa.
Taki opór musi oprzeć się na tradycyjnych zasobach żyznych ziem polskiej wsi. Kiedy już do niego dojdzie, wtedy będzie to siła, która odrodzi się jak Feniks z popiołów i której nikt nie powstrzyma. Tylko popierając taki zakorzeniony w ziemi opór, możemy odzyskać kontrolę nad własnym przeznaczeniem i uwolnić się od finansowej machiny, która niszczy albo zatruwa wszystko, co jest żywe, piękne i wartościowe dla nas i dla całej naszej planety.
„Polska do wzięcia” – to zdanie tylko wtedy przestanie dręczyć moją duszę, kiedy uda nam się poskromić demoniczne siły, stojące za odgórnym zawłaszczeniem naszego życia. Nie przybyłem do Polski, żeby chronić dziko rosnące kwiatki, ale żeby pomóc zmienić przeznaczenie kraju, który zajmuje w moim sercu szczególne miejsce. Uważam to za zaszczyt. Nie ustąpię i nie zaznam spokoju, dopóki radykalny proces oddolnej zmiany nie rozpocznie się na dobre. I dopóki do otwartych serc, które są tak wielkim bogactwem polskiego społeczeństwa, nie uda się dołączyć jasnej wizji i wiary we własne siły, bez których taka zmiana nie może się udać.
Sir Julian Rose
7 maja 2012 r.
tłumaczenie Ola Gordon
przez Piotr Kuligowski | wtorek 26 czerwca 2012 | opinie
Jeden z najmniej mądrych aforyzmów – co gorsza, podparty autorytetem samego Arystotelesa – wskazuje, że prawda zawsze leży pośrodku. Do takiego przesłania swą ofertę polityczną znakomicie dopasowali neoliberałowie, ze skutkiem marnym dla kondycji polskiego społeczeństwa. Prawda bowiem, co brzmi już jak ekstremizm, nie leży pośrodku, tylko tam, gdzie leży. Jednak samo jej poszukiwanie to roszczeniowe i warcholskie podważanie demoliberalnej postideologii. Walka z tym (po)tworem powinna być jednak zadaniem każdego uczciwego człowieka, samo wszak założenie istnienia owego myślowego bytu jest wewnętrznie sprzeczne, a mówiąc dosadniej – zakłamane.
Twarda rzeczywistość obala teoretyczne modele, kreślone od kilkudziesięciu lat na setkach stron traktatów filozoficznych. Instrukcja obsługi demoliberalizmu przewidywała, że przystosowane doń społeczeństwo szybko zacznie odczuwać zawrót głowy od sukcesów. W praktyce natomiast kolejne etapy na drodze do Edenu okazywały się jedynie kolejnymi złudzeniami. Przy każdym większym zabiegu, począwszy od terapii szokowej, poprzez wejście do NATO i Unii Europejskiej, aż po organizację mistrzostw Europy w piłce nożnej, wytwarzana przez demoliberałów propaganda zachęca do cierpliwości, a ewentualnie – do pozytywnej lub negatywnej weryfikacji obozu rządzącego za pomocą kartki wyborczej.
Ta ostatnia, choć sama w sobie nie nacechowana negatywnie, jest egzemplifikacją mechanizmów „schładzania” opinii publicznej. Są one na tyle skuteczne, że momentami można wręcz zatęsknić za okresem PRL-u w kwestii ówczesnej determinacji społeczeństwa w walce o swoje prawa. III RP, choć wyrosła na bazie potężnego i inspirującego ruchu masowego, pożarła swój ogon – w ciągu ostatnich dwudziestu lat uzwiązkowienie w Polsce obniżyło się o ok. 80%, lądując na mizernym, jednocyfrowym poziomie. Nie lepiej wygląda zaangażowanie Polek i Polaków w działalność w partiach politycznych – na ponad 30 mln uprawnionych do głosowania jedynie ok. 1% angażuje się w działalność w takich organizacjach.
Nie oznacza to oczywiście całkowitego zaniku energii, politycznej świadomości czy elementarnego zainteresowania dobrem publicznym. Jednak ze smutkiem wypada skonstatować, że spora część spośród tej garstki, która zachowała resztki chęci do jakiegokolwiek aktywizmu, deponuje swój zapał w NGO’sach. Te zaś, znane szerzej jako „trzeci sektor”, bądź po prostu organizacje pozarządowe, z racji podejmowanej tematyki nie są zazwyczaj w stanie wylegitymować się jakąkolwiek identyfikacją ideową. Natomiast pośród tych, które są jakoś zorientowane ideologicznie, można dopatrzeć się – obok tworzonych przez bezsprzecznie uczciwych i pełnych entuzjazmu społeczników – także wielkomiejskich grantobiorców. Zaangażowanie w te ostatnie wynika często ze specyficznego sformatowania ich członków, którym wmówiono, że droga do szczęścia wiedzie przez jednostkowy awans społeczny lub materialny.
Ów liberalny aksjomat, zachęcający do indywidualnej poprawy bytu – abstrahując od tego, czy w założeniach przynieść ma to ze sobą wzrost sumy szczęścia owych jednostek, czy całego społeczeństwa – jest zatem tym samym, czym drobny otwór w pokrywce garnka, pozwalający ulatywać parze. Rzut oka na wszystkie rewolucje wskazuje przecież, że gdzieś u podstaw każdej z nich tkwiły niespełnione ambicje przedsiębiorczych, zdolnych i zaradnych grup, którym skostniały lub niewydolny system odcinał drogę awansu. Model gospodarczy, z którym mamy do czynienia obecnie, jest skonstruowany w sposób znacznie bardziej przemyślany, gdyż już w samej nadbudowie skłania pucybutów do chęci zostania milionerami.
Ta konstrukcja jest jednak skażona fałszem, gdyż – jak zweryfikowała rzeczywistość – hołubione „tygrysy Europy” często okazywały się nie uzdolnionymi pracoholikami, lecz cwaniaczkami i krętaczami, dorabiającymi się na przemycie i nielegalnych układach polityczno-biznesowych. Z drugiej strony, liberalne ideały niebezpiecznie dla ich samych wypacza wzrastająca w Polsce nierówność społeczna – współczynnik Giniego, w którym często się ją wyraża, wzrósł z 0,25 w 1987 r. do 0,35 w 2002 r. Oznacza to istnienie gigantycznych nierówności już na starcie życiowych dróg tysięcy osób. W praktyce zatem dziecko z popegeerowskiej wsi – wtłoczone w ramy systemu, który pokonywanie kolejnych szczebli drabiny społecznej ukazuje jako coś nie tyle pozytywnego, ale wręcz pożądanego – ma duże szanse, by dołączyć do grona wykluczonych.
Wydawać by się mogło, że sytuacja ta otwiera pole działania dla grup opozycyjnych wobec systemu. Wystarczy „wyłapać” młodych frustratów z prowincji czy z blokowisk wielkich miast i skierować ich gniew na tory polityczne. Konstrukcja współczesnego, realnego liberalizmu i na to jednak znalazła całkiem skuteczne panaceum. Na działaczy społecznych zerka się przychylnie do momentu, w którym nie wystawiają nosa poza łowienie grantów w umiarkowanych NGO’sach. Jakikolwiek przejaw radykalizmu, zwłaszcza na polu ekonomicznym, jest natychmiast stygmatyzowany. Uczestnicy protestów lokatorskich czy pracowniczych nie są więc oddanymi słusznej „sprawie” (cóż za wypaczony termin!) działaczami czy ofiarami zwyczajnej niesprawiedliwości, lecz „nierobami”, którzy mają dwie lewe ręce i stanowią tylko ciężar dla młodych, płacących podatki, ciężko pracujących przedsiębiorców.
Sytuację tę można obejrzeć także od drugiej strony – ci, którzy z jakiegoś powodu natrafili na barierę uniemożliwiającą im wskoczenie na wyższy szczebel hierarchii społecznej lub wręcz prowadzącą do ich degradacji, często popadają w marazm. Uwidacznia się on nie tylko w postaci braku starań o poprawę sytuacji bytowej, ale także – a może przede wszystkim – w niechęci do wkroczenia na drogę aktywności politycznej. Tę ostatnią sporadycznie udaje się przezwyciężyć dzięki determinacji działaczy społecznych, o czym świadczy fakt narodzin zalążków ruchu lokatorskiego w kilku polskich miastach. Nie oznacza to oczywiście przezwyciężenia liberalnych barier. Często trzeba lat ciężkiej pracy, by ze zbioru indywidualnych spraw, na których załatwieniu najbardziej zależy zainteresowanym (choć trafniej byłoby nazwać ich „poszkodowanymi”), stworzyć rzeczywisty ruch, oparty na solidarności i tożsamości interesów jego uczestników.
Największą bolączką realnego liberalizmu nie są jednak mniejsze czy większe protesty społeczne, będące skutkiem ubocznym systemu. Demoliberalizm cierpi bowiem na znacznie poważniejsze wady genetyczne, wytykane przez różne strony sceny politycznej. Jego siła pośrednio tkwi jednak także w owym dualizmie – manifestacja lewicowców przeciwko cięciom socjalnym może jedynie wzbudzić wrogość skrajnej prawicy – i odwrotnie. O ile więc siły centrowe wespół z prawicowymi mogą wspólnie dążyć do realizacji pewnych celów (vide np. wspólny start Platformy Obywatelskiej i Unii Polityki Realnej w wyborach parlamentarnych w 2001 r. ), o tyle rozmaite koncepcje „sojuszu ekstremów” kończą się fiaskiem z powodu nadmiernych, niemożliwych do pogodzenia odmienności programowych.
Osikowym kołkiem dla obecnego modelu jest fałsz zawarty w samym centrum jego ideologii: że dzięki ciężkiej pracy, talentom i odrobinie szczęścia każdy może sięgnąć gwiazd. Statystyka bezlitośnie rozbija ten mit – polskie społeczeństwo należy do pracujących najdłużej w Europie (według niemieckiego dziennika „Bild”), a mimo to zamożność naszego kraju znacznie odbiega od rozwiniętych państw Zachodu. Winę za gospodarcze dysproporcje w Europie politycy chętnie zrzucają oczywiście na mityczną „komunę”. Jeśli jednak przytaczane przez „Bild” dane o średnim czasie pracy w skali roku (1856 godzin dla Polski; 1702 godziny – Czechy, 1659 godzin – Niemcy) nie skłonią liberalnego polityka do namysłu nad kondycją obecnego modelu, o tyle dane CBOS ze stycznia 2009 r. powinny wywołać wycie syreny alarmowej w jego obozie politycznym. Centrum Badania Opinii Społecznej wykazało bowiem, że nawet praca nie zapewnia przysłowiowych kołaczy – wedle analityków, ponad 2 mln osób to tzw. pracujący biedni. Stanowi to ponad 6,6% dorosłych Polaków.
Owa rzesza ludzi niczym cierń godzi w liberalną opowieść i sprawia, że tryby systemu skrzypią coraz to bardziej. Politycy i ekonomiści od czasu do czasu próbują jeszcze podlewać go smarem, a to – przy wtórze mediów – przekierowując uwagę na skoki narciarskie czy Euro 2012, a to zaciągając pożyczki na inwestycje efektowne, acz zazwyczaj mające na celu jedynie przyciągnięcie kapitału. Koła zębate obracają się jednak z coraz większym trudem, a gdzieś w centrum całej tej maszynerii narastają siły odśrodkowe. Antysystemowe ruchy na masową skalę dawały już o sobie znać w Hiszpanii i Grecji. Również w Polsce emanacją tendencji poszukiwania alternatywy dla establishmentu był wysoki wynik wyborczy Ruchu Palikota.
Topniejące poparcie formacji biznesmena z Biłgoraja wskazuje jednak, że głosy hipsterów i klasy średniej to rzecz bardzo ulotna. Zwłaszcza w sytuacji strukturalnego kryzysu klasa średnia – lub osoby do niej pretendujące – z coraz większą determinacją będzie się rozglądać za alternatywą, która zapewni jej wreszcie stałą możliwość bogacenia się. Aktualne tendencje zdają się wskazywać, że prawda dla przedstawicieli tej niestałej mieszanki może znaleźć się już nie pośrodku, lecz na skrajnej prawicy. Nie bez powodu rej na demonstracjach nacjonalistów częstokroć wiodą właściciele drobnych, internetowych sklepów z „chuligańską” odzieżą. Ktoś taki jest po prostu bardziej wiarygodny dla młodego pokolenia w sytuacji, gdy każdy nastolatek może samodzielnie zarabiać np. na grach komputerowych, co automatycznie tworzy u niego świadomość indywidualistycznego i „zaradnego” pretendenta do klasy średniej. Dostrzeżenie przez te osoby ograniczeń w „rozbuchanym socjalu”, w obronie którego staje lewica, a jednocześnie zaufanie do liderów organizacji nacjonalistycznych z powodu podobnych interesów klasowych, może jedynie pogłębić prymat prawicy w polskim życiu publicznym.
Piotr Kuligowski
przez Anna Gotowska | wtorek 19 czerwca 2012 | opinie
Nie milkną kontrowersje wokół reformy emerytalnej. Nic dziwnego – w ciągu ostatnich miesięcy, oprócz sprawy głośnej umowy ACTA, niewiele było decyzji politycznych mających tak niskie poparcie społeczne. Według badania przeprowadzonego przez CBOS na początku marca, ponad 80 proc. Polaków jest przeciwnych podniesieniu wieku emerytalnego kobiet i mężczyzn do 67 lat.
Przyczyny braku akceptacji dla reformy mogą być różne, jednak ten ogólny sprzeciw pozwala naświetlić bardzo istotną kwestię. Każda trudna reforma, która w istotny sposób wpływa na zmianę poziomu oraz stylu życia obywateli, powinna wiązać się z szeregiem działań ochronnych. Naiwnością i skrajnym brakiem odpowiedzialności jest twierdzić, że rzeczywistość, którą stworzy nowelizacja, jest dostosowana do polskich warunków. Aby uzyskać oszczędności, trzeba najpierw zainwestować.
W świetle działań innych państwo unijnych, a także niekorzystnych zmian demograficznych mających nastąpić w nadchodzących latach, przeprowadzenie reformy emerytalnej może wydawać się nieuniknione. Warto jednak pamiętać, iż prowadzona przez starszych członków Wspólnoty Europejskiej polityka społeczna, a także środki na nią łożone, różnią się znacznie od polskich realiów. Według badań Eurostatu, Polska wydaje na systemy zabezpieczeń społecznych 19% PKB, przy unijnej średniej na poziomie 29%. Jest to jeden z najgorszych wyników w UE. W rezultacie szybkiego przegłosowania reformy, bez wcześniejszej debaty nad działaniami ochronnymi, wiele grup już i tak upośledzonych czekają szczególnie trudne czasy. Pośród nich, jako wyjątkowo narażone na niekorzystne zmiany sytuacji życiowej należy wyróżnić kobiety, szczególnie te w wieku 50+.
Brak działań ochronnych przy wprowadzaniu w życie zapisów znowelizowanej ustawy emerytalnej może obnażyć najbardziej palące i wciąż nierozwiązane kwestie polityki społecznej. W sytuacji wydłużonej obecności kobiet na rynku pracy wyjdą na światło dzienne ze zdwojoną siłą wszystkie czynniki, które już przed reformą nie pozwalały kobietom na w pełni efektywne funkcjonowanie w tej sferze. Odpowiedzialnie przeprowadzona reforma powinna pociągać za sobą realne zmiany w rozwiązywaniu kwestii takich, jak system opieki nad osobami starszymi, polityka rodzinna czy procesy podnoszenia kwalifikacji osób starszych.
Według najnowszych danych, przedstawionych przez Eurostat, wskaźnik aktywności zawodowej kobiet w wieku 15-64 lata w Polsce wzrósł do 59,8 proc. To najlepszy wynik od 2004 r., ale i tak jeden z najgorszych w UE. Jedną z przyczyn dystansu dzielącego Polskę od innych krajów Wspólnoty Europejskiej pozostaje z pewnością brak właściwej polityki dotyczącej adekwatnego finansowania systemu opieki. Rośnie liczba osób, które jako powód bierności podają obowiązki rodzinne i związane z prowadzeniem domu. Według szacunków „Rzeczpospolitej”, w 2011 r. było już ich prawie 1,5 mln. Z powodzeniem można założyć, że znacząca większość z nich to właśnie kobiety. Przy obecnych głodowych zasiłkach pielęgnacyjnych oraz braku dziennych placówek pomocy, dostosowanych do stopnia i rodzaju niepełnosprawności, powrót tych kobiet na rynek pracy wydaje się być co najmniej wątpliwy – zaś podwyższony wiek emerytalny jedynie osłabi sytuację finansową tej i tak już niedofinansowanej grupy. Postępujące starzenie się społeczeństwa, będące wszak głównym powodem przeprowadzenia reformy emerytalnej, jeszcze ten kryzys zapewne zaostrzy – liczba osób wymagających opieki będzie się niewątpliwie powiększać w nadchodzących latach.
Kolejną kwestią, która nie pozostanie bez wpływu na skutki reformy, jest ogólnie gorsza sytuacja kobiet na rynku pracy. Kobieta oceniana jest jako gorszy pracownik ze względu na potencjalną chęć posiadania dzieci, za których wychowanie w percepcji społecznej ponosi główny ciężar odpowiedzialności. W rezultacie krócej pracuje, zarabia mniej, a w efekcie jej chęć posiadania potomstwa maleje. Mniejsza liczba dzieci przekłada się z kolei na wskaźniki demograficzne, te zaś są głównym motorem przeprowadzonej reformy, która – nie poparta właściwymi rozwiązaniami społecznymi – po raz kolejny uderzy w kobiety.
Taka wizja problemu nie jest niczym nowym – sami autorzy ustawy ws. wieku emerytalnego rozpoznają kobiety jako grupę najbardziej narażoną na zubożenie wskutek wprowadzanych zmian. Na rządowej stronie informacyjnej znaleźć można informację, że największe obawy związane z nowelizacją mają kobiety, które poza pracą zawodową opiekują się wnukami lub niedołężnymi rodzicami. Nic dziwnego – kobiety stanowią ponad 2/3 z 63 milionów osób nieaktywnych zawodowo w wieku od 25 do 64 lat w UE. Jako rozwiązanie problemu ustawa przewiduje możliwość wypłaty tzw. emerytury częściowej, do której prawo miałyby m.in. kobiety w wieku co najmniej 62 lat, posiadające minimum 35-letni staż ubezpieczeniowy. Korzystanie z emerytury częściowej, której wysokość wynosiłaby 50 proc. emerytury, zmieniałoby wysokość emerytury wypłacanej po 67. roku życia.
Rozwiązanie to, choć można je zaliczyć do działań buforowych, jest w oczywisty sposób niewystarczające. Bez obecności innych kroków ochronnych sytuacja kobiet podlegających skutkom nowelizacji może znacznie się pogorszyć – w sytuacji tąpnięcia rynków finansowych w skali europejskiej szybciej rośnie stopa bezrobocia kobiet niż mężczyzn. Jak informuje Fundacja Feminoteka, dodatkowym niebezpieczeństwem dla kobiet jest duży poziom ich zatrudnienia w sektorze publicznym zagrożonym redukcjami. W przypadku braku pracy, świadczenia, które będą pobierać kobiety do 67. roku życia, będą niższe od dotychczasowych. W przypadku braku wymaganego stażu ubezpieczeniowego – takich świadczeń nie otrzymają wcale.
Złagodzenie skutków przeprowadzonej nowelizacji przy pomocy emerytury częściowej to krok nie tylko niewystarczający ale i – w pewnym sensie – w niewłaściwym kierunku. Pomoże on, w niewielkim stopniu, tylko określonej grupie kobiet – chorych lub rezygnujących z pracy na rzecz opieki nad bliskimi. Natomiast kobietom, których powrót na rynek pracy wymagałby podniesienia kompetencji zawodowych lub przekwalifikowania się, nie pomoże wcale.
Z licznych badań wynika, iż osoby starsze są gorzej traktowane jako pracownicy, zwłaszcza w przypadku podnoszenia ich kwalifikacji. Oxford Institute of Ageing donosi, że aż 80% przedsiębiorstw nie skierowało na szkolenie żadnego pracownika, który skończył 45. rok życia. W ramach działań podjętych w celu zwiększenia aktywności zawodowej osób 50+ w Polsce, stworzono rządowy program „50+. Solidarność pokoleń”. Jednak środki podjęte w ramach tego pakietu obejmują głównie ulgi, do których uprawnieni są pracodawcy w związku z zatrudnieniem osób w wieku przedemerytalnym. Ulgi te z pewnością nie zaszkodzą pozycji osób starszych na rynku, jednak to aktywna polityka podnoszenia kompetencji przynosi najlepsze rezultaty.
W innych krajach unijnych głównym przedmiotem troski są właśnie pracownicy – programy wspierające przeprowadzoną reformę obejmują działania takie, jak dofinansowanie kształcenia zawodowego dla osób powyżej 45. roku życia oraz dofinansowanie wynagrodzeń pracowników w wieku 50+, którzy powrócili z bezrobocia trwającego co najmniej 6 miesięcy (Niemcy); przyznanie rocznej premii finansowej dla pracowników w wieku 61 lat i starszych (Holandia); dotacje wypłacane pracującym znajdującym się w szczególnej sytuacji na rynku pracy – w tym osobom starszym (Wlk. Brytania). Działania o profilu aktywizacji zawodowej rządy krajów europejskich podejmują już od pewnego czasu. Aby skutecznie zaktywizować osoby w wieku 50+, nawiązują współpracę z sektorem niepublicznym, z firmami i organizacjami pozarządowymi.
Nowelizacja reformy emerytalnej jest zgodnym z tendencjami unijnymi rozwiązaniem problemu kosztów starzejącego się społeczeństwa. Jednak prowadzenie polityki prawdziwie odpowiedzialnej, a co za tym idzie – skutecznej, wiąże się z umiejętnością dostrzegania całokształtu dynamiki zmian zachodzących w społeczeństwie. To, że zmiana zaistnieje jako zapis prawny, nie oznacza, iż jej realizacja w praktyce pójdzie równie gładko. Zmiany to proces, dlatego też strategia ich wprowadzania powinna być poparta działaniami łagodzącymi skutki wobec grup najbardziej narażonych w wyniku przemian.
Celem znowelizowanej ustawy mają być oszczędności. Jednak brak działań buforowych sprawia, że odbywają się one kosztem znacznej części społeczeństwa. A jako że dyskryminacja i upośledzenia społeczne maja się zwyczaj kumulować, oznacza to pogłębianie już istniejących problemów, na których rozwiązanie też przecież trzeba będzie wydać pieniądze.
przez Joanna Duda-Gwiazda | wtorek 12 czerwca 2012 | opinie
W czasie zaborów Polacy na kresach wschodnich wyhodowali fasolę niepodległości. Na białej łupinie wyraźnie widoczny jest czerwony orzeł z koroną. Uprawianie tej fasoli było zakazane, więc sadzono ją między ziemniakami, chociaż jest rośliną wysokopienną. Kiedy już wydawało się, że fasolka niepodległości jest legendą, okazało się, że przywieziona z kresów przez dr. Zenona Kukiera przetrwała w Małopolsce. Rośnie w gminach Łącko, Podegrodzie i Chełmiec w pobliżu Nowego Sącza. Tradycja nakazuje dodać ją do potraw przyrządzanych na wieczerzę wigilijną. Nasionka dostają tylko ludzie godni zaufania. Fasola jest rośliną wiatropylną i chociaż fasola z orzełkiem okazała się odmianą trwałą, nie powinno się dopuszczać do krzyżówek. Moja siostra dostała cały woreczek i z zapałem szykuje tyczki.
Niedowiarkom mogę powiedzieć, że w 2010 roku fasola niepodległości dostała certyfikat produktu tradycyjnego. Wyszło symbolicznie: trochę smutno, trochę śmiesznie, ale optymistycznie. Przywiązanie do niepodległości jest produktem kresowej szlachty, kultywowanym w Małopolsce. Polacy zdradzani przez własnych przywódców, pokonywani przez wrogów, którzy tajnie się przeciw nim zmawiali, kiedy już nic nie dawało się zrobić, hodowali fasolkę niepodległości. Gdybym miała podać jeden powód, dlaczego mogę mieszkać tylko w Polsce, wymienię fasolkę, chociaż wszędzie mi się podoba, a niektóre wady moich rodaków powodują, że nóż sam się w kieszeni otwiera. Podróbka Polaków jest niemożliwa, nie można ich naśladować, ponieważ nie wiadomo, co wymyślą.
Przydałoby się nam trochę więcej zawziętości właściwej Słowianom południowym. W Muszynie na zgrupowaniu przebywała pierwszoligowa drużyna z Serbii. Zagrali mecz towarzyski z czwartoligową Muszynianką i sromotnie przegrali. Trener się wściekł, zrugał swoich podopiecznych, że nie chce ich znać i wraca do Serbii. Kiedy okazało się, że nie żartował, wyruszyła ekipa poszukiwawcza. Znaleźli trenera, jak twierdzą, w połowie drogi przez Słowację. Maszerował na południe w garniturze i wizytowych butach.
Sądzę, że najważniejszą przyczyną naszych niepowodzeń jest odpuszczanie zdrajcom. Niemoralny obyczaj użalania się nad zdrajcami i pogardy dla ofiar przedstawia się w słodkim sosie chrześcijańskiego miłosierdzia, chociaż każdy, kto miał przynajmniej trójkę z religii, wie, jakie są warunki przebaczenia. Podejrzewam, że za pozornie szlachetną rezygnacją z dochodzenia prawdy i sprawiedliwości kryje się uzasadniony strach, że ci, którzy wygrali, będą się mścić. Wałęsa nie odpuszcza, nęka procesami Wyszkowskiego, a sądy przyznając mu rację jawnie kłamią. W marszach pamięci każdego dziesiątego w Trójmieście nie uczestniczą członkowie Ligi Obrony Suwerenności. Nikt nie musi, ale nazwa organizacji zobowiązuje. Z ulotki dowiedziałam się, że w sprawie suwerenności LOS proponuje odrzucenie dyktatu Unii Europejskiej, zachowanie złotówki, obronę majątku przed zagranicznymi roszczeniami i wycofanie się z Afganistanu. Radykalny program, ale PO i Rosji lepiej się nie narażać. UE i NATO daleko.
Tresowanie społeczeństwa w duchu „racja jest po stronie siły” może się źle skończyć. W państwach cywilizowanych siła tylko dlatego jest po stronie ulicy, że strzelanie do tłumu z ostrej amunicji lub rozjeżdżanie czołgami, jak na placu Tiananmen, nie jest dopuszczalne. Ta psychologiczna i prawna bariera może w każdej chwili pęknąć w obronie pieniędzy i w obawie przed odpowiedzialnością. Na całym świecie, nie tylko w Polsce, trwają przygotowania do tłumienia masowych rozruchów, kiedy wyczerpią się możliwości manipulowania opinią publiczną. W USA Halliburton buduje więzienia i zamknięte obozy, czyli łagry. Światowi mędrcy już dawno oszacowali, że 80% populacji jest zbędna, a teraz głowią się, jak pozbyć się balastu. W ekskluzywnych gremiach jest Zbigniew Brzeziński i jak fama głosi, również Palikot. Współczuję tym mędrcom. Wolę być z pospólstwem, bo nie tylko pieniądze i władza, towarzystwo też się liczy. Poza tym wcale nie wiadomo, po której stronie będzie bezpieczniej.
Nie chcę nikogo straszyć, jestem dobrej myśli. Ludzie zainteresowali się realną ekonomią i słuchanie ideologicznych sloganów, które niczego nie wyjaśniają, coraz bardziej ich denerwuje. Próbują dowiedzieć się, jak degenerował się system finansowy, którego rolą było kiedyś obsługiwanie gospodarki, albo wychodzą na ulice, demonstrują, tłuką szyby w bankach lub lokalach partii politycznych. Niepoprawne politycznie opinie o przyczynach i istocie kryzysu pojawiają się nawet w polskich mediach, często w miejscach nieoczekiwanych. Z biuletynu funduszu inwestycyjnego Pioneer Pekao dowiedziałam się, dlaczego Niemcy forsowali pakt fiskalny, chociaż sami od dawna przekraczali obowiązujące limity zadłużenia. Sztywne limity zeszły na dalszy plan, teraz wymaga się redukcji zadłużenia strukturalnego. Nie bardzo wiadomo, co to jest, więc można swobodnie żonglować interpretacją. Ta polityczna decyzja pozwala karać węgierski rząd Viktora Orbana.
Prezydent Francji rzucił nowe hasło walki z kryzysem – rozwój gospodarczy. Hasło się podoba, ponieważ daje nadzieję na zmniejszenie bezrobocia. Hollanda krytykują przeciwnicy zadłużania – bez nowych kredytów rozwój jest niemożliwy. Ciekawą krytyczną opinię usłyszałam od znajomego Francuza: „We Francji produkujemy wystarczającą ilość wszystkiego, co nam potrzeba, a rozwój, który likwiduje miejsca pracy, zwiększy bezrobocie”. Wszystkie kraje rozwinięte mają nadzieję na sprzedanie nadmiaru towarów produkowanych przy coraz mniejszym zatrudnieniu. Zbędne 80% populacji nie chce się dobrowolnie powiesić, a państwo opiekuńcze według liberałów jest anachronizmem i przyczyną kryzysu. Sytuacja jest patowa. Lud Rzymu domagał się chleba i igrzysk. Same igrzyska nie wystarczą, jakieś minimum chleba jest konieczne. Pytanie, jaki jest cel rozwoju, jest ważne.
W Polsce – przeciwnie niż we Francji – importujemy wiele towarów i usług, poczynając od projektów stadionu, na ziemi do kwiatów kończąc. Po szokowej transformacji straciliśmy całe gałęzie gospodarki. U nas celem rozwoju jest odbudowa polskiej gospodarki, ale pytanie pozostaje: Po co Polacy mają pracować dłużej, za mniejsze pieniądze i przechodzić na emeryturę później, skoro mamy tylu bezrobotnych? Odpowiedzi dostajemy wciąż te same – bo taki jest ogólny trend, bo musimy wygrać wyścig, bo żądają tego światowe rynki finansowe. Rynki nie odróżniają Warszawy od Budapesztu, ale dobrze wiedzą, kto chce się lenić. Na mecie wyścigu jest przewlekły kryzys, ale wszyscy muszą grać w tę grę pod szantażem bankructwa, bo wszyscy są zadłużeni. Średnie zadłużenie państw UE wynosi 60% i można je spłacić tylko pozyskując środki od sąsiadów, ponieważ bilans wymiany z państwami poza Unią jest zrównoważony. Przypomina to eksperyment, o którym opowiadał mi tato, przyrodnik. W szczelnym słoiku zamknął kokon jaj pająka. Wylęgła się chmara małych pajączków, a po pewnym czasie na nitce przyczepionej do wieczka zwisał jeden tłusty pająk.
Wybór socjalisty na prezydenta Francji został w Polsce przyjęty z niechęcią i wywołał zamieszanie. Liberałom socjalizm kojarzy się z prawami pracowników, związkami zawodowymi i znienawidzonym państwem opiekuńczym. Partia rządząca wciąż inwestuje w przyjaźń z Angelą Merkel, ale Niemcy też już się buntują przeciw zaciskaniu pasa, a zmiana układu sił na szczytach Unii może Merkel pogrążyć. Nie wiadomo, czy inwestycja nie okaże się chybiona. Leszek Miller cieszy się, że zwrot na lewo w Europie przybliży SLD do władzy w Polsce. Wybór Hollanda to również zwrot na prawo, ponieważ wzmacnia dążenia do niezależności państw narodowych. Trafnie odczytał tę zmianę Jarosław Kaczyński, który w przeciwieństwie do dużej części swojego elektoratu, z satysfakcją przyjął wynik wyborów we Francji. Miller euroentuzjasta, zwolennik ścisłej integracji, może naśladować Francję tylko w sprawach socjalnych. Na przykład może popierać starania partii prawicowych o pomoc państwa dla kobiet rodzących i wychowujących dzieci. Życzę mu powodzenia.
W Polsce słowo „socjalista” pełni rolę inwektywy, ale rekord we wrogim stosunku do Hollanda pobił Krzysztof Wyszkowski w swoim felietonie w „Gazecie Polskiej” z 16 maja. Zacytuję fragment „…wyciągnięta z partyjnego lamusa kukła z bezbarwnej plasteliny. Jego program jest wielkim łgarstwem bezprzykładnego łgarza, który na swoją obronę ma tylko to, że jest do tego stopnia Monsieur Inconnu, że nawet jego kobiety nie chciały się z tą mieszaniną mydła z szampanem ożenić”. Albo Krzysztof miał zły dzień, albo za długo oglądał Niesiołowskiego. Sensu to nie ma, ale dalej Wyszkowski oskarża „zachodnioeuropejską francę” o zarażenie Ameryki: „Jeszcze, niedawno wydawało się, że po ujawnieniu się okropnych objawów tej choroby (i to szczególnie w ochronie zdrowia) zostanie ona szybko i skutecznie gorącym żelazem wypalona”. Mam nadzieję, że w Polsce nie dojdzie do „wypalania gorącym żelazem” powszechnych ubezpieczeń i publicznej ochrony zdrowia.
Joanna Duda-Gwiazda
przez Krzysztof Wołodźko | środa 6 czerwca 2012 | opinie
„Okupacja” Warszawy i Krakowa skończyła się szybkim zwinięciem obozów grupek protestującej lewicy przez włodarzy miast – rękoma policji. Przy okazji pojawiły się oburzone głosy rodzimych „oburzonych”, którzy na własnej skórze doświadczyli, że władze poczynają sobie nader lekko ze swobodami demokratycznymi i prawem do protestu. To, co „mohery”, nie tylko z Krakowskiego Przedmieścia, dawno już wiedziały, stało się teraz doświadczeniem i nauczką dla lewicy „okupującej” publiczną przestrzeń.
Lepiej późno niż wcale. Z tym, że kontestatorska prawica w ostatnich latach zjadła zęby na protestach naprawdę masowych, nie wspieranych przez większość mediów, gdy lewicy wciąż nie udało się przekroczyć masy krytycznej, która pozwoliłaby uznać, że mamy do czynienia z czymś więcej, niż piknikami na świeżym powietrzu. Zaznaczę, że nie mówię tu o działalności np. w kwestii blokad eksmisji, bo to nieco inna historia.
O społeczeństwie obywatelskim w Polsce można napisać wiele. Między innymi to, że zostało w dużym stopniu zepchnięte do niszy „organizacji pozarządowych”, w której ma pięknie kwitnąć, żyć z czerpanych profitów i się nie wychylać, czytać zaangażowane książeczki i radzić o braciach zza Buga. Społeczeństwo obywatelskie w charakterze paprotki – tak to mniej więcej widzę.
O podejściu rządzących do protestów społecznych również można powiedzieć wiele. Zakłamanie III RP dotyczy także tej kwestii. W kraju, który nieco ponad 20 lat temu ogłosił niepodległość i wypisał na sztandarach demoliberalne hasła, w którym byli dysydenci stali się decydentami – swobody obywatelskie i głos ludu są na cenzurowanym. A im bardziej oligarchia i reprezentujący ją establishment umacniają swoją władzę, im pewniej się czują – tym bardziej stają się aroganccy i nieprzyjaźni wobec tej części społeczeństwa, którą nie wszystko zachwyca. A w myśl pewnych oświeconych, politycznie poprawnych standardów powinno.
Demokracja po polsku: Ty się zanadto nie wychylasz, my właściwie dajemy ci święty spokój, w końcu żyjemy w cywilizowanym kraju, nie na jakiejś Białorusi. Ale nie przesadzaj z aktywnością i protestami – toż to niepotrzebne jątrzenie i czysty populizm. Uszanuj spokój i dobre samopoczucie starszych panów, co o taką Polskę dla ciebie walczyli… Nie rezonuj, obywatelu, jeśli nie siedziałeś za komuny i nie męczyłeś wątroby, w imię pluralizmu oczywiście, konsumpcją wódeczności z Urbanem.
Nic też dziwnego, że idea i praktyka „społeczeństwa obywatelskiego” są w Polsce traktowane jako jeszcze jedno narzędzie wzmacniania władzy i prymatu ideologii wyrażającej poglądy i interesy najlepiej sytuowanych, najbardziej ustosunkowanych beneficjentów III RP. To sytuacja patologiczna, bo zawłaszcza i przekreśla suwerenność ludu, jego potencjalną chęć i pole aktywności (i tak niewielkie), traktując je czysto instrumentalnie. Ujmę rzecz w dużym skrócie: jeśli ośmielasz się działać i wypowiadać publicznie, wbrew ideologicznemu i instytucjonalnemu „konsensusowi” elit, wbrew „umowie społecznej” panującej w III RP – stajesz się populistą, niebezpiecznym radykałem, „oszołomem”, „skrajną lewicą/prawicą”. A Twój publiczny protest zostanie szybko spacyfikowany, niezależnie od tego, czy ośmieliłeś się ustawić krzyż ze zniczy, zablokować wejścia do parlamentu, czy współuczestniczyłeś w rozbiciu kilku namiotów w centrum Warszawy lub Krakowa.
Znamienne są ostatnie wydarzenia związane właśnie z odrzuceniem wniosku o referendum w sprawie „reformy” oraz późniejsze reakcje na zablokowanie Sejmu przez związkowców. Każdy ma swój plac boju z arogancją i poczuciem bezkarności władzy. Prawica – Krakowskie Przedmieście. Społeczna, prozwiązkowa lewica – okupację Sejmu. Ale przynajmniej póki co są to dwa różne doświadczenia. Problem polega na tym, że siły, które mają swoje powody, by zakwestionować i kontestować polskie status quo, stoją właściwie w opozycji do siebie i wzajemnie szachują się niechęcią i obcością. Mówię tu o prawicowej opozycji i stosunkowo nielicznych środowiskach lewicy pozaparlamentarnej. Dodatkowym problemem jest to, że znacząca część ideowej lewicy nie raz już pokazała, że w mniej lub bardziej świadomy i przemyślany sposób woli opowiedzieć się za konsensusem III RP i przeciw pisowskiej czy związkowej opozycji. Gdy ma do wyboru walkę z Platformą Obywatelską i jej antysocjalnymi reformami i „walkę z faszyzmem”, wybiera to drugie. Faszyzm nie przechodzi, neoliberalne ustawy w Sejmie – owszem.
Pytanie, czy Euro 2012 stanie się okazją do wspólnego wystąpienia ponad podziałami. Nie mam co do tego pewności, mam jedynie cień nadziei. Impas może przełamać – co miałoby arcyinteresujące historyczne konotacje – „Solidarność”. Jej opór wobec platformerskiego reżimu politycznego popiera w niemałym stopniu prawica i lewica, media kontestatorskiej prawicy i głosy lewicowej opinii (tak, pamiętam o proporcjach, przemawiających na niekorzyść lewicy). Dla lewicy to doświadczenie byłoby pożyteczne ze wszech miar – także ze względów pedagogicznych, leksykalnych i semantycznych.
Mówiąc wprost – od dzisiejszej „Solidarności” lewica ma szansę nauczyć się języka oporu społecznego, przystającego do mowy przeciętnych Polaków. A także przestać wdzięczyć się intelektualnym żargonem do samej siebie i garstki oczytanych dżentelmenów.
Nie, nie głoszę obskuranckiej tezy o rezygnacji z myślenia i konstruowania wartościowych teorii. Głoszę zachętę do zerwania z mówieniem do towarzyszek i towarzyszy z kawiarni. Nie dlatego, że uważam, iż proletariusze, prekariusze, potencjalny elektorat lewicy, na kawę nie chodzi i jest mu to „klasowo obce”. Myślę jednak, że język protestu jest mocniej osadzony w przyziemności, a mniej w publicystyce, tworzonej nierzadko w sterylnej przestrzeni idei, albo w takich miejscach, które są od „języka mas” fizycznie i symbolicznie odseparowane. Głoszę ideę nie tylko trzymania się „szarej rzeczywistości”, ale i zdolności mówienia o niej z ludźmi, którzy ją zamieszkują. Myślę, że lewicowe mówienie o Polsce zza kierownicy snobistycznego auta, które notabene symbolizuje triumfy neoliberalizmu, jest bardzo utrudnione.
Na koniec nieco etycznego patosu. Tytuł tego felietonu nawiązuje do książki Martina Luther Kinga, „Dlaczego nie możemy czekać”. Z niej pochodzić myśl: „Pokonana racja jest silniejsza niż triumfujące zło”. To myśl przede wszystkim dla tych, którzy obecnie pytają: co zrobić z faktem, że stoimy na przegranej pozycji wobec realnego liberalizmu. Odpowiedzią jest świadomość wartości tego, za czym się opowiadamy, nie resentyment przegranych. Ale nie jest to także proklamacja manifestu bierności. W słowach Kinga kryje się nadzieja. Daje ją wielkość sprawy, która wydaje się przegrana. Dlatego nie powinniśmy milczeć. Dlatego musimy nauczyć się mówić: językiem ulicy i na ulicy – w trakcie Euro 2012, razem z „Solidarnością”, razem z kontestatorską prawicą, gdy trzeba. Oby taka szansa była nam dana.
Krzysztof Wołodźko