przez Jim Keoghan | wtorek 1 kwietnia 2014 | opinie
Kluby piłkarskie w małym stopniu troszczą się dziś o dobro kibiców i społeczności, na których się opierają. Zamiast tego zaspokajają potrzeby korporacyjnych sponsorów i niedzielnych fanów. Czas postawić pytanie: komu tak naprawdę kibicujemy?
Dawniej wielkie kluby piłkarskie nie były korporacyjnymi machinami – posiadającymi kosztowne działy marketingu, niezliczone „spółki-córki” i dziesiątki partnerów biznesowych. Były po prostu klubami, mającymi korzenie w lokalnych społecznościach, z których wzięły swój początek. „Lokalsi” grali w zespole i „lokalsi” płacili za obejrzenie meczu, a społeczność kibiców ograniczała się zazwyczaj do obszaru dzielnicy lub miasta, w którym klub miał swoją siedzibę. Co więcej, nawet jeśli istnieli komercyjni sponsorzy klubu, to rekrutowali się z najbliższej okolicy. Natomiast związek między klubem a jego otoczeniem miał charakter pewnej symbiozy, przynoszącej korzyści wszystkim zaangażowanym.
Czy dzisiejsza rzeczywistość ma jeszcze coś wspólnego z tą sprzed parudziesięciu lat? Nie sądzę. W zamian mamy marki, przypochlebiające się konsumentom korporacyjne marki, promowane i finansowane przez spółki, które przez przypadek nadal biorą częściowy udział w piłkarskim biznesie. Taki opis zjawiska ma zastosowanie w przypadku każdego z naszych pięciu wielkich klubów. Aby to udowodnić – ponieważ jestem złośliwym kibicem Evertonu – chciałbym się zająć jego lokalnym rywalem, Liverpool F.C.
Przyjrzyjmy się najpierw samym meczom, ponieważ stanowią najlepszy przykład, jak niewiele duże kluby piłkarskie myślą o przeciętnym miejscowym kibicu.
W 1990 roku najtańszy bilet na „domowy” mecz Liverpoolu kosztował 4 funty. Po około dwóch dekadach, w 2011 roku, ten sam bilet kosztował 45 funtów. Gdyby ceny w świecie futbolu rosły zgodnie ze stopą inflacji znaną z pozostałych sektorów gospodarki, bilet powinien kosztować 7 funtów.
Problem jest równie dramatyczny, jeśli chodzi o karnety sezonowe. W sezonie 1989/1990 najtańszy karnet na Anfield [stadion Liverpoolu] kosztował 60 funtów. I znowu, podążając za stopą inflacji, karnet sezonowy w 2011 r. powinien kosztować 100 funtów. Tymczasem od przeciętnego kibica oczekuje się dziś, że za możliwość oglądania meczów Czerwonych zapłaci 725 funtów.
Biorąc pod uwagę fakt, że większość mieszkańców Liverpoolu od 1990 roku nie doświadczyła podwyżek płac nadążających za inflacją oraz że w mieście znajduje się pięć z dziesięciu najbiedniejszych dzielnic w Anglii, nie potrzeba zbyt dużej wyobraźni, aby domyślić się, iż tłumy, które gromadzą się na Anfield w dzień meczu, to najprawdopodobniej bogaci goście spoza miasta.
Pomijając brak lojalności wobec dotychczasowych kibiców, klub udowodnił również, że nie zamierza się przyjaźnić z lokalną społecznością. Na początku lat 90., w ramach długoterminowych planów rozbudowy stadionu, Liverpool F.C. rozpoczął wykup domów wokół swej siedziby.
Według dziennika „The Guardian”, aby dotrzeć do niektórych właścicieli domów klub posłużył się agencją nieruchomości, podczas gdy pozostałe budynki zostały kupione przez osoby trzecie, by następnie zostać szybko odsprzedane klubowi. Takie podejście wywołało u byłych i obecnych sąsiadów stadionu wrażenie, że klub nabywa domy podstępem w celu utrzymania cen na niskim poziomie.
Ci sami mieszkańcy uważają, że wykupione domy pozostawiono następnie puste. W ten sposób klub chciał uderzyć w dotychczas tętniącą życiem lokalną społeczność, aby skłonić kolejnych mieszkańców do wyprowadzki i ułatwić sobie dalszy wykup nieruchomości. Fakt, że obecnie okolice Anfield ocenia się jako wymagające rewitalizacji, wydaje się potwierdzać takie przypuszczenia.
Wszystko to przypomina raczej działania bezdusznego prywatnego przedsiębiorstwa, niż lokalnego klubu piłkarskiego z prawdziwego zdarzenia. Mając to na uwadze, spójrzmy na partnerów biznesowych, których klub pozyskał w ciągu ostatnich lat.
Zaledwie przed dwoma miesiącami Liverpool z wielką pompą ogłosił wielomilionowy kontrakt partnerski z grupą Dunkin’ Brands, amerykańską spółką stojącą za marką Dunkin’ Donuts oraz siecią sklepów z lodami Baskin-Robbins. To ta sama firma, która w zdrowej ofercie produktów spożywczych posiada kanapkę z indykiem, serem i słoniną (400 kalorii), pączek z borówkami (500 kalorii) oraz charakterystyczną kawę mrożoną Pumpkin Spice Coffee Coolatta (1040 kalorii). Mając na uwadze, że klub działa w mieście, w którym połowa 11-letnich chłopców oraz czterdzieści procent 11-letnich dziewcząt ma nadwagę, a wskaźniki dziecięcej otyłości są jednymi z najwyższych w Wielkiej Brytanii, można powiedzieć, że łączenie ze sobą kultowego herbu Liverpool F.C. z marką znaną z produkcji wyrobów o bardzo wysokiej zawartości tłuszczu i cukru, jest po prostu nieodpowiedzialne.
Fakt faktem, że odpowiedzialność i sponsoring rzadko idą w parze, przynajmniej jeśli chodzi o czołowe ligi piłkarskie. Jeśli szukacie dowodów, wystarczy spojrzeć choćby na sponsora koszulek Liverpoolu, bank Standard Chartered. W 2012 roku zgodził się on na zapłacenie grzywny w wysokości 340 milionów dolarów (220 milionów funtów), nałożonej przez nowojorski stanowy Departament Usług Finansowych w związku z wykrytymi machinacjami finansowymi, pozwalającym na ukrywanie przed amerykańskimi władzami wielomilionowych transakcji prowadzonych przez Iran. Takie machinacje pozostawiły system finansowy otwarty dla różnych „terrorystów” i „bossów narkotykowych”.
Nie jest to odosobniony przypadek. Jeśli rzucić okiem na listę głównych partnerów biznesowych Liverpoolu, o których klub trąbi na prawo i lewo, możemy znaleźć masę innych przykładów kontrowersyjnych praktyk.
Napój Gatorade: zawierał bromowany olej roślinny (BVO), zakazaną w Europie substancję chemiczną stosowaną w preparatach ognioodpornych. Producent wycofał się z jej używania dopiero pod nasiloną presją konsumentów. PepsiCo, właściciel Gatorade, jest natomiast krytykowana za działalność biznesową w krajach, w których panuje reżim stosujący ucisk polityczny, takich jak Birma, Chiny i Filipiny. Została ponadto oskarżona o testowanie swoich produktów na zwierzętach oraz o współpracę z firmami biotechnologicznymi, które używają tkanek z ludzkich płodów do rozwoju nowych produktów spożywczych.
Spółka MBNA: Jeśli bycie głównym darczyńcą w kampanii prezydenckiej Georga W. Busha samo w sobie nie jest dostatecznie złe, to w Wielkiej Brytanii bank MBNA krytykowano za nieuczciwe praktyki w zakresie sprzedaży ubezpieczeń ochrony płatności (securities) oraz za obciążenie kart kredytowych swoich klientów wygórowanymi stopami procentowymi.
To, z czym spotykamy się na Anfield, to w gruncie rzeczy działania przedsiębiorstwa, które prawie niczym nie różni się od dowolnej spółki. Głównym motorem działań klubu jest chęć maksymalizacji zysku – obojętnie, czy oznacza to wykiwanie tradycyjnej bazy kibiców, wykorzystanie lokalnej społeczności, która kiedyś go wspierała, i dawanie d…y każdej firmie, która w dość kuszący sposób wymachuje plikami banknotów, nawet jeśli są to brudne pieniądze pochodzące z nieetycznych źródeł.
Liverpool F.C. nie jest jedynym klubem piłkarskim, który tak bardzo oddalił się od dawnego etosu. W jego miejsce można wstawić dowolny inny wielki klub przekupnie handlujący na wyżynach czołowych rozgrywek sportowych. Każdy taki przypadek wskazuje na to samo i odnośnie do każdego należy postawić sobie pytanie: komu dziś, do cholery, kibicujemy?
Wielu z nas ma lewicowe poglądy i zarazem interesuje się futbolem, zwłaszcza w miastach takich jak Liverpool, Manchester czy Londyn. Kibicujemy i finansowo wspieramy kluby, które nierzadko reprezentują kapitalizm w najpaskudniejszej postaci.
Zdaję sobie sprawę, że zmiana ulubionego klubu jest w kulturze kibicowskiej praktycznie niemożliwa. Ale pamiętajmy, że gdy następnym razem nasz klub zdobędzie mistrzostwo albo zakwalifikuje się do europejskich pucharów, to być może powinniśmy pamiętać, że stało się to jakimś kosztem. Tym kosztem jest m.in. sama dusza klubów, którym kibicujemy.
Jim Keoghan
Przekład: Krzysztof Kołek
Powyższy tekst pierwotnie ukazał się na stronie http://sabotagetimes.com, przedruk za zgodą autora.
przez Piotr Wójcik | poniedziałek 24 marca 2014 | opinie
Taki mamy klimat – w którym przedsiębiorca robiący wszystko, by móc jak najtaniej i jak „najelastyczniej” zatrudnić pracownika określany jest jako rozsądny i kierujący się interesem firmy oraz logiką rynkową. Za to pracownik, robiący wszystko, by jak najwięcej zarabiać i mieć możliwie stabilne zatrudnienie, nazywany jest roszczeniowym i nieodpowiedzialnym. W zdrowo funkcjonującej gospodarce każdy zdaje sobie sprawę, że wszystkie strony gry rynkowej (przedsiębiorcy, pracownicy, konsumenci) są równie istotne, a nadmierne osłabienie którejś z nich przyniesie przykre konsekwencje prędzej czy później. Ale kto powiedział, że u nas musi być zdrowa gospodarka.
Polski model liberalizmu gospodarczego to ekonomia podaży doprowadzona do absurdu. Nieproporcjonalną wagę przywiązuje się już nawet nie do samej strony podażowej gospodarki, lecz do specyficznej jej części: kapitału. Każdy rozsądny ekonomista rozumie, że bez odpowiedniej podaży gospodarka nie będzie się rozwijać. Niestety chyba nie każdy polski ekonomista rozumie, że właściciel zakładu produkcyjnego sam nie wyprodukuje np. 40 kontenerów zamówionego towaru. W zbilansowanej gospodarce pozycja pracownika jest równie istotna jak przedsiębiorcy, który go zatrudnia. Natomiast w Polsce przedsiębiorca zwykle nie zatrudnia – on najczęściej łaskawie „daje pracę”. Wyższość przedsiębiorcy jest więc usankcjonowana już na poziomie werbalnym.
W niedawnym wywiadzie dla „Dziennika Gazety Prawnej” Marek Belka wprost stwierdził, że w naszym kraju została wytworzona atmosfera ciągłego rozpaczania nad losem przedsiębiorców, tymczasem warunki dla ich działalności są wręcz „cieplarniane”. Oczywiście to żadna nowość, a na fakt ten wskazywało już wielu komentatorów. Nie nosili oni jednak równie dobrych garniturów co szef NBP i nie byli w przeszłości premierami RP. Ich głos był więc lekceważony, zgodnie ze standardową w naszym kraju procedurą postępowania z opiniami osób nie zaliczanych przez główny nurt do grona „autorytetów” czy „niezależnych ekspertów”.
Skoro już nawet poważany w mainstreamie ekonomista wypowiada takie słowa, to może do większej grupy osób dotrze, że coś musi być na rzeczy. A że jest, to sprawa oczywista. Z tą małą różnicą, że atmosferę ciągłego rozpaczania nad losem przedsiębiorców celniej można byłoby określić atmosferą ciągłego szantażu. Jeśli warunki dla przedsiębiorców nazwiemy cieplarnianymi, to warunki pracowników należałoby porównać do syberyjskiej tundry.
Przejdźmy jednak na poziom konkretu i zacznijmy od kosztów uzyskania przychodu. O ile polskim przedsiębiorcom przepisy pozwalają odliczyć od przychodu prawie wszystko, co im tylko przyjdzie do głowy (klasyczne już: „to się przecież kupi na firmę i wrzuci w koszty”), to pracownikowi przysługuje marny ochłap w wysokości 110 lub 130 zł miesięcznych kosztów uzyskania przychodu. Na samo paliwo, by dojechać do pracy, wydaję co miesiąc 500 zł, więc możliwość odliczenia od przychodu 130 zł miesięcznie odczuwam tak bardzo, jak pamiętną obniżkę składki rentowej za rządów PiS. Ta pierwsza w moim życiu „podwyżka” przyniosła mi do wypłaty dodatkowe… 20 zł. Tymczasem przedsiębiorca może uznać za koszt w zasadzie każdy wydatek, który ma związek z wygenerowaniem przychodu. Takie rozwiązanie ma jeszcze jedną konsekwencję – pracodawcy mogą sobie spokojnie wrzucać w koszty składki na organizacje pracodawców, za to pracownik składki na związki zawodowe już nie odliczy.
Jednym z większych absurdów rodzimej ekonomii podaży jest ciągłe narzekanie przedsiębiorców na rzekomo zachłanny ZUS. Tymczasem składki przedsiębiorców są całkiem niskie. Mają oni obowiązek płacenia składek liczonych od wysokości zaledwie 60% przeciętnego wynagrodzenia, za to podstawą oskładkowania pracownika jest cały jego realny dochód. Nie wspominając o dwuletnim okresie ochronnym dla raczkujących przedsiębiorców z mikroskopijnymi składkami liczonymi od 30% pensji minimalnej. A na zupełną kpinę zakrawa fakt, że składka zdrowotna dla przedsiębiorcy wynosi 270 zł, ale jeśli w NFZ chciałby ubezpieczyć się bezrobotny, z jakiegoś powodu niezarejestrowany w Urzędzie Pracy, to musiałby zapłacić 360 zł.
Skoro składki odliczane od 60% przeciętnej pensji bywają dla polskich przedsiębiorców zabójcze, to problem chyba nie tkwi w ZUS-ie, lecz w nich samych. Jeśli te, delikatnie mówiąc, niewygórowane obciążenia urastają często w dyskursie ekonomicznym do jednej z największych zmór osób prowadzących działalność gospodarczą, to może zbyt często za biznes biorą się jednostki zupełnie do tego nie predestynowane? Przecież w normalnej gospodarce nie każdy musi być przedsiębiorcą. No tak, ale kto mówił, że u nas musi być normalnie?
Nie tylko poziomy kosztów i składek uprzywilejowują przedsiębiorców. Dzieje się tak również za sprawą zróżnicowanego, bardzo korzystnego sposobu opodatkowania. Jednym z nich jest ryczałt, dzięki któremu różnego rodzaju przedsiębiorcy mogą obciążyć swój przychód zaledwie kilkuprocentowym podatkiem. Także karta podatkowa jest bardzo korzystna dla niewielkich podmiotów, gdyż mogą one dzięki niej uiszczać podatek niezależny od wysokości dochodu (stawki wyrażone są w niej liczbami bezwzględnymi, a nie procentem). Tym bardziej, że opodatkowanie według karty realnie spada – wskazane w niej kwoty wzrosły z początkiem 2014 r. o 1%, czyli mniej niż wynosi inflacja. W tym samym czasie z natury regresywny i uderzający w najbiedniejszych podatek VAT wciąż utrzymuje się na podwyższonym poziomie. Zresztą przedsiębiorcy mogą także korzystać z 19-procentowego podatku liniowego – czynią tak bardzo ochoczo menedżerowie przechodzący na kontrakty – co jeszcze bardziej wzmaga fasadowość rzekomo progresywnego systemu.
Po tych kilku chwilach spędzonych w niewątpliwie przyjemnych warunkach cieplarnianych, przyjrzyjmy się teraz syberyjskiemu środowisku życia polskiego pracownika, który w rodzimym dyskursie ekonomicznym został zredukowany do „kosztu pracy”. Te zaś, jak wiadomo, należy bezwzględnie ciąć – inne sposoby ekspansji rynkowej są w naszym kraju wyjątkowo mało popularne. I trzeba z uznaniem stwierdzić, że metoda cięcia kosztów jest wprowadzana w Polsce bardzo sumiennie – w 2012 r. przeciętny godzinowy koszt pracy wynosił 7,4 euro, co dało nam 23. miejsce na 27 krajów UE. Gdyby w Unii obowiązywały takie zasady, jak w ligowej piłce nożnej, to w tej konkurencji spadlibyśmy do niższej klasy rozgrywek. Oczywiście trudno nam dziś aspirować do środka tabeli (przeciętna dla UE to 23,4 euro), skoro nawet drużyny walczące z nami o utrzymanie się w ekstraklasie wyprzedzają Polskę wyraźnie – przeciętne godzinowe koszty pracy w Czechach to 10,6 euro, a w Słowenii –14,6.
Nie przeszkadza to liberalnym ekonomistom twierdzić, że jedną z największych bolączek gospodarki są wysokie koszty pracy. Idealnie byłoby, gdyby pracownicy w ogóle zrezygnowali z wypłat – przecież pensje to „roszczeniowy” relikt PRL. W Polsce zresztą do tego ideału szybko się zbliżamy – udział płac w PKB Polski to zaledwie 46%, co na tle unijnej średniej (58%) wygląda żenująco. Nawet w Grecji, której zaaplikowano w ostatnim czasie kurację oszczędnościową w wersji hard, odsetek ten wynosi 50,5%. Tylko że według oficjalnego przekazu tam był kataklizm, a u nas jest zielona wyspa. No tak, ale kto mówił, że oficjalny przekaz musi być logiczny?
Praca w Polsce jest nie tylko żałośnie słabo płatna, ale w dodatku bardzo niestabilna. Jesteśmy absolutnym liderem w UE pod względem odsetka umów czasowych (27%). Nawet w Hiszpanii, w której sytuacja na rynku pracy uchodzi za szczególnie tragiczną, jest ich 25%. Ta niestabilność oraz jeden z najgorszych w Europie systemów pośrednictwa pracy składają się na wyjątkowe „zahukanie” polskiego pracownika. Nie mogąc sobie nic odłożyć z marnej pensji, drżąc o posadę w rozmowach z pracodawcą, stoi on na wyraźnie gorszej pozycji wobec przedsiębiorców. Dowody na to daje także niedawna analiza NBP dotycząca rynku pracy – według niej oczekiwania płacowe polskich bezrobotnych są o nawet 20% niższe od stawek rynkowych.
Oczywiście w odpowiedzi liberałowie zawsze gotowi są wypowiedzieć standardowy frazes o niskiej produktywności – rzekomo zarabiamy tak mało, gdyż niska jest efektywność naszej pracy, a gdy ona wzrośnie, to automatycznie (a w zasadzie należałoby chyba powiedzieć: w sposób cudowny) wzrosną również nasze pensje. Wystarczy jednak rzut oka na powszechnie dostępne dane, by przekonać się, że pośród państw OECD jesteśmy w absolutnym czubie pod względem wzrostu produktywności, za to pod względem wzrostu zarobków znajdujemy się na szarym końcu rankingu. Przykładowo w roku 2012 nasza produktywność wzrosła o 4% (a wedle danych UE nawet o 5,6%), lecz w nagrodę… nasze realne pensje spadły. Według związków zawodowych, gdyby płace naprawdę odpowiadały produktywności, średnia krajowa byłaby wyższa o 1000 zł. Bardzo podobne wnioski można wyciągnąć z przytoczonej już analizy NBP, w której jedną z głównych tez jest to, że poziom naszych zarobków już dawno uniezależnił się od związku ze wzrostem produktywności.
Przeważająca część przedsiębiorców nauczyła się konkurowania głównie niskimi kosztami. To strategia rozwojowa typowa raczej dla rozwijających się krajów trzeciego świata, a nie sporego europejskiego państwa z aspiracjami do gry w pierwszej lidze. Taka sytuacja doprowadziła do wielowymiarowych szkód w polskiej gospodarce. Jedną z nich jest dramatycznie niski poziom innowacyjności. Mityczna niewidzialna ręka rynku nie garnie się do łożenia na badania naukowe, skoro może spokojnie korzystać z premii, jaką dają rzesze taniej siły roboczej. Według danych Komisji Europejskiej, nakłady na badania i rozwój w Polsce to 0,9% PKB, co pozwala nam w UE wyprzedzić jedynie Rumunię, Bułgarię i Łotwę. Według innych danych, tylko 28% naszych spółek jest uznawanych za innowacyjne (średnia UE to 52%) – pod tym względem wyprzedzamy wyłącznie Rumunię. Nasza dotychczasowa strategia rozwojowa nieubłaganie się wyczerpuje, a tymczasem niski poziom innowacyjności nie daje widoków na nową. Dlatego coraz częściej pojawiają się opinie, że wpadliśmy w tzw. pułapkę średniego dochodu, która uniemożliwi wejście na wyższy poziom rozwoju. Kolejnym negatywnym efektem niskich płac w Polsce jest bariera popytowa, którą nawet polscy przedsiębiorcy (znów analiza NBP) uznają za główną przyczynę ograniczania zatrudnienia. Szkoda tylko, że nie domyślają się jeszcze, czym to jest spowodowane.
Wbrew liberalnym zaklęciom, jedną z głównych przyczyn wysokiego polskiego bezrobocia są zatem zbyt niskie, a nie zbyt wysokie płace. I jeśli uznamy płacę minimalną za skuteczne narzędzie podnoszenia płac w gospodarce, to może się okazać, że jej podniesienie może spowodować spadek bezrobocia, a nie wzrost. Oczywiście taka herezja wśród ekonomistów głównego nurtu musi spotkać się z rytualnym łapaniem się za głowę i oskarżeniami o ignorancję.
W Polsce pokutuje mit indywidualnej przedsiębiorczości. Rzekomo to właśnie jej zawdzięczamy rozwój. Prawda jest jednak zupełnie inna. Indywidualna przedsiębiorczość najbardziej kwitnie w najbiedniejszym regionie świata, czyli w Afryce Subsaharyjskiej, gdzie z reguły kilkadziesiąt procent siły roboczej to „przedsiębiorcy”. W Beninie jest ich nawet około 90%. Tam po prostu każdy coś dłubie, struga, pokątnie sprzedaje, byle tylko przetrwać. Z jakiejś przyczyny ta indywidualna energia nie przekłada się na wzrost gospodarczy, który w Afryce Subsaharyjskiej w zasadzie od lat 70. stoi w miejscu. Krajobraz zastępów mikroprzedsiębiorców i drobnych ciułaczy, wypełniających bazary i sprzedających wszystko co popadnie z rozłożonych łóżek polowych, jest typowy dla krajów zacofanych, w których indywidualnej przedsiębiorczości jest z reguły pod dostatkiem. W krajach rozwiniętych odsetek przedsiębiorców zdecydowanie spada. Najniższy jest m.in. w Norwegii, ale nawet w podobno arcyliberalnych Stanach Zjednoczonych jest on jednocyfrowy.
Wynika to z faktu, że gwarancję rozwoju stanowi nie indywidualna przedsiębiorczość, lecz istnienie wypracowanych przez lata (a najlepiej przez wieki) wspólnotowych sposobów kanalizowania indywidualnej energii. Rozwój gospodarczy jest wynikiem zgodnej współpracy silnej wspólnoty, która zdołała wytworzyć wysoką kulturę pracy i efektywne instytucje. Bez tych ostatnich nawet największa ilość indywidualnej energii nie przełoży się na wzrost dobrobytu w kraju. Innymi słowy, rozwój jest przede wszystkim wspólnym wysiłkiem. W dobrze zorganizowanej i nastawionej na rozwój wspólnocie nie ma potrzeby, by każdy próbował zostać przedsiębiorcą, a pozycja pracownika i pracodawcy są przynajmniej zbliżone, gdyż jeden i drugi są niezbędni dla harmonijnego i stabilnego rozwoju. Dla wysokości PKB nie jest istotne, czy wytwarza je milion mniejszych, czy 10 tysięcy dużych firm. Za to dla gospodarki niezmiernie istotne jest, czy pracownicy (a więc także konsumenci) pracują w dużych, stabilnych i dobrze płacących przedsiębiorstwach, czy może u drobnych ciułaczy, którym nie starcza nawet na własne składki ZUS-owskie liczone od 60% średniego wynagrodzenia, a co dopiero na godne płace. Według NBP, polski pracownik jest elastyczny, mobilny i produktywny. Polscy pracownicy odrobili więc zadanie domowe – są gotowi na to, by Polska pokonała „pułapkę średniego dochodu” i weszła na wyższy poziom rozwoju. Teraz czas na przedsiębiorców.
przez Jarosław Górski | niedziela 16 marca 2014 | opinie
Od kilku lat ponad osiemdziesiąt procent dochodów czerpię z własnej twórczości: ze sprzedaży i użyczenia praw autorskich. Niestety, jeśli chcę – a chcę! – dalej robić to, co robię, a więc pisać, tłumaczyć, prowadzić wykłady i prelekcje, nie mam najmniejszej szansy na zatrudnienie na etacie.
Sen o ZUS-ie
Nie chcę prowadzić żadnej działalności gospodarczej – chcę zarabiać dzięki własnemu umysłowi, a nie dzięki wyzyskiwaniu pracy innych. Dlatego z wielką nadzieją czekam na tzw. ozusowanie i obłożenie składką zdrowotną umów autorskich i umów o dzieło. Skończą się okresy, których długości trwania nigdy nie mogę przewidzieć, kiedy mogę tylko modlić się, żeby nie przydarzyła mi się choroba i rujnujące pełnopłatne leczenie. Na stare lata coś może sobie na tym zusowskim koncie uzbieram i nie będę musiał spędzać wszystkich długich emeryckich dni na pozyskiwaniu surowców wtórnych, lecz może tylko te robocze. Gdyby zupełnie zabrakło zamówień, będę mógł liczyć, przynajmniej przez moment, na jakiś zasiłek.
Gdyby udało się obłożyć składkami wszystkie takie umowy, system osłony socjalnej mógłby objąć stopniowo całą rzeszę ludzi, którzy teraz zupełnie jej nie mają. A im ten system byłby silniejszy, tym bardziej i ja bym z tego korzystał. Oczywiście, pracodawcy i przedsiębiorcy w naszym kraju przyzwyczaili się już, że całe ryzyko i wszelkie finansowe straty przerzucają na pracownika lub słabszego podwykonawcę. Ozusowanie śmieciówek będzie więc zapewne oznaczało, że kwoty przelewane przez pracodawców na moje konto nieco zmaleją. Jednak w skali globalnej, gwarantowane przez państwo bezpieczeństwo socjalne daje pracownikom silniejszą pozycję w negocjacjach z pracodawcą, co z kolei może doprowadzić do wzrostu wynagrodzeń. Ktoś, kto nie boi się, że w razie utraty pracy znajdzie się po prostu na bruku bez środków do życia, ktoś, kto wie, że w razie choroby uzyska bezpłatną pomoc, a w razie wypadku odszkodowanie, może być w negocjacjach z pracodawcą bardziej hardy, odrzucać najgorsze czy poniżające propozycje pracy, znaleźć oddech na nieco dłuższe poszukiwania. To zresztą jedna z przyczyn, dla których wielu pracodawców woli płacić pracownikom więcej, ale zatrudniać ich na śmieciówkach, niż płacić mniej – i zatrudniać na umowę o pracę.
Tymczasem, jak widzę, trwają akcje pod hasłem „Nie dla nałożenia składek ZUS na artystów” (czy też twórców). Organizatorzy używają prostej arytmetyki: skoro składka ma wynosić około 20% wynagrodzenia, to tyle właśnie krwawy socjalistyczny reżim Tuska ukradnie artystom po to, żeby oni mieli mniej, a rząd więcej. Mówi się przy okazji takich akcji o tym, że artyści i ludzie żyjący z własnej twórczości mają w Polsce bardzo niskie dochody. Jako przyczynę tego wskazuje się pazerność państwa i gnębienie podatkami przedsiębiorców, którzy mogliby im zapewnić pracę. Czy rzeczywiście nędznej kondycji twórców w naszym kraju winna jest nadmierna ingerencja państwa?
Tanie dranie
Coraz częściej – od lat – spotykam się, i spotykają się moi znajomi żyjący z pióra lub piórka, z sytuacjami, w których niska cena czy wręcz gotowość do darmowej pracy jest jedyną zaletą twórcy. Do – dajmy na to – grafika dzwoni szef firmy reklamowej, stały odbiorca jego pracy: „Mam chętnego, który zrobi to co ty, tylko o połowę taniej”. Grafik: „Ale ja to zrobię lepiej”. Odbiorca: „Nie potrzeba lepiej. Może być gorzej, »ludożerka« i tak nie widzi różnicy. Płacę połowę. Bierzesz?”. Oczywiście ten, kto zgodzi się na pracę za połowę stawki, będzie bez szans w starciu z tym, kto zgodzi się na połowę tej połowy – kto zrobi jeszcze gorzej, bez polotu i pomysłu, małpując ograne grepsy. Ale nikomu nie będzie to przeszkadzało. Bo dalekosiężnym skutkiem takich sytuacji jest to, że „ludożerka” rzeczywiście coraz mniej widzi różnicę między porządnie a źle zaprojektowanym plakatem reklamowym. Między serialem telewizyjnym z dobrym scenariuszem i porządnie zagranym a takim, którego scenariusz „napisało samo życie”, a odegrali amatorzy płatni po 300 złotych za rolę. Między książką, którą napisał artysta, nad którą pracowali profesjonalni redaktorzy i korektorzy, a taką, którą popełnił nudzący się emeryt, a poprawiał bezpłatny stażysta.
Przyjmowanie przez twórców – jako własnej – perspektywy przedsiębiorców wyzyskujących ich pracę, zawsze obróci się przeciwko twórcom. Tym bardziej, jeśli mowa o polskich przedsiębiorcach, przekonanych o tym, że konkuruje się zawsze niską ceną, którą można uzyskać kosztem jakości, innowacyjności i dzięki wytresowaniu mało wymagającego odbiorcy. Ten model biznesowy sprawdził się w produkcji wędlin, których kilka kilogramów można uzyskać z jednego kilograma mięsa, a więc sprawdzi się także przy produkcji dóbr kultury. Będzie to tym łatwiejsze, że przy ocenie twórczości artystycznej nie da się zastosować obiektywnych, fizycznych miar. Im zaś gorszą produkcję kulturalną proponujemy – już od najmłodszych lat – człowiekowi, tym mniej będzie on wymagał od tych, którym za ich produkcję płaci.
Długotrwałe tresowanie mało wymagających odbiorców taniej w produkcji – choć niekoniecznie tanio sprzedawanej – twórczości kulturalnej już przynosi skutki. Przez wielu twórców przypisywane są one krwiożerczemu socjalistycznemu reżimowi Tuska, Kaczyńskiego lub Millera, który to reżim, poprzez nadmierną ekonomiczną ingerencję, powoduje uwiąd rynku i obniżenie stawek. Tymczasem dziś twórcy zarabiają tak mało m.in. dzięki swoim kolegom po fachu, którzy przez wiele lat, solidarnie z prywatnymi przedsiębiorcami, pracowali nad gustem rodaków. Psując go i sprowadzając do takiego właśnie poziomu, przy którym grafiką użytkową, literaturą popularną, projektowaniem przedmiotów codziennego użytku czy muzyką mogą zajmować się bezpłatni stażyści, a wizualną stronę miast czy literacki poziom czasopism pozostawić można bezpłatnemu przypadkowi. Solidarnie z wielkim i mniejszym biznesem, który, owszem, jeszcze jakiś czas temu płacił sporo (a i teraz potrafi jeszcze sypnąć groszem swoim apologetom), twórcy spychali twórczość do domeny wolnego rynku, który i w tej dziedzinie miał wszystko znakomicie uregulować. I rzeczywiście, uregulował, wychowując przy okazji całe pokolenie odbiorców niewymagających, bo nieczytających, łykających wszystko, co zobaczą w telewizji, nie czujących się źle we wstrętnych miastach zapaskudzonych wytryskami młodych kreatywnych z agencji reklamowych. „Ludożerka” rzeczywiście nie widzi różnicy, więc po co przepłacać?
W takim kraju jak nasz, który sam sobie wyznaczył misję rezerwuaru taniej, nisko kwalifikowanej i niewymagającej siły roboczej dla drogiej, innowacyjnej Europy, biznes – wielki czy mały – nie ma żadnego interesu w tym, aby podnosić poziom artystycznych czy estetycznych aspiracji publiczności. Ma wręcz istotny interes w tym, żeby go obniżać, żeby wychowywać publiczność, która za możliwie największe pieniądze kupi produkt możliwie najniższej jakości, wymagający minimalnych nakładów. Interes biznesu jest więc całkowicie sprzeczny z interesem twórców. Ci ostatni wolą jednak urządzać akcje w stylu „Nie dla nałożenia składek ZUS na artystów”, niż szukać takich rozwiązań, które pozwoliłyby im zarówno bronić własnych interesów (także w starciu z biznesem), jak i wpływać na wychowanie publiczności potrzebującej produktów artystycznych wysokiej jakości, innowacyjnych i niepowtarzalnych.
Milczący sojusznik
Sojusznikiem twórców w działaniach na rzecz tak zdefiniowanego celu mogłoby być państwo. Mogłoby, gdyby twórcy zaczęli postrzegać ów byt nie jako potwora wysysającego ostatnie krople krwi z cherlawego i wiecznie skrzywdzonego biznesu, i nie (jakoś jedno z drugim godzą) jako skąpca, który śpi na bogactwach, a dotacji i stypendiów rozdawać na prawo i lewo nie chce, ale jako instytucję organizacji społecznej, powołaną m.in. po to, aby wspomagać obywateli w walce o ich interesy. Gdyby twórcy zechcieli się organizować nie tylko po to, aby należeć do prestiżowych organizacji i od czasu do czasu mieć możliwość zabłyśnięcia nazwiskiem pod jakimś listem otwartym, ale także po to, aby bronić swoich interesów oraz domagać się aktywnej roli państwa we wspieraniu rozwoju i bytu własnej grupy zawodowej.
Nie, nie chodzi mi tu o wspieranie dotacjami (choć i one są czasem potrzebne) czy państwowymi pensjami. Chodzi mi o aktywny udział w takim kształtowaniu społecznych potrzeb, które będzie skutkowało popytem na twórczość, innowacyjność, piękno.
Weźmy choćby głośną dziś – i dziwnie kontrowersyjną – sprawę bezpłatnego podręcznika dla młodszych klas szkoły podstawowej. Wiemy tylko tyle – i z tego się cieszmy – że taki podręcznik powstanie, że przygotowują go najlepsi metodycy. A przecież podręcznik dla maluchów będzie kształtował nie tylko wiedzę przewidzianą programem nauczania, ale i artystyczny smak, przyzwyczajenia i potrzeby estetyczne. Sprawa jest zbyt poważna, żeby zostawić ją metodykom. Spójrzmy, jakie kaskady kiczu, złego gustu literackiego i plastycznego wylewają się z innych podręczników przygotowywanych właśnie przez metodyków (pod dyktando komercyjnych wydawnictw). Przecież tu powinno się ogłosić wielki ogólnopolski konkurs – niechby metodycy ustalili kryteria! – na który poeci mający doświadczenie w twórczości dla dzieci nadsyłaliby wierszyki, prozaicy opowiadania i czytanki (nie tylko z polskiego; dlaczego świetni pisarze nie mieliby tworzyć tekstów przyrodniczych czy zagadek matematycznych?), a dramaturdzy scenki do odegrania. Niech zilustrują taki podręcznik najwybitniejsi nasi malarze i graficy, nie zdemoralizowani w komercyjnych wydawnictwach czy agencjach reklamowych schlebianiem dziecięcemu brakowi estetycznego wyrobienia, pewni wartości własnych pomysłów, które od małego odbiorcy wymagać będą jakiegoś wysiłku, pewni własnego gustu. Niechby taki podręcznik miał przemyślane – zaprojektowane przez najlepszych specjalistów – wizualne proporcje, kroje czcionki, elementy interaktywne, a nawet fakturę papieru.
Koszty takiego konkursu i stworzenia znakomitego artystycznego produktu nie podniosłyby jakoś specjalnie ogólnej sumy wydatkowanej na przedsięwzięcie (dzięki jego skali). I, podkreślam, nie to byłoby tutaj najważniejsze, że przy takim konkursie kilku czy kilkunastu artystów mogłoby sobie zarobić, choć to oczywiście też jest istotne. Chodziłoby o to, żeby państwo wzięło się poważnie za kształtowanie polskich gustów i potrzeb artystycznych już na etapie dzieciństwa. Byłaby to praca trudna, bo przecież trzeba by stoczyć wojnę z gigantyczną biznesowo-reklamową machiną, przyzwyczajającą już niemowlęta do kiczu i złego smaku. Jednak taka wojna jest konieczna, bo skutki oddania kulturalnej i estetycznej edukacji Polaków biznesowi widać gołym okiem już dziś.
Niech artyści projektują place zabaw, żłobki i przedszkola – od budynków, ogródków, przez meble, aż po zabawki. Niech na budynkach szkolnych powstają murale, a wewnątrz niech malarze zaprojektują kolory ścian. Dlaczego nie ma konkursów na lektury szkolne dla kolejnych klas podstawówki, gimnazjum czy liceum? Dlaczego sztućce i talerze w szkolnych stołówkach nie mogłyby być zaprojektowane przez znakomitych twórców, rozumiejących estetyczną chłonność młodych ludzi? (Oczywiście w kraju, w którym z premedytacją zarzyna się szkolne stołówki, bo trzeba dać zarobić drogim firmom cateringowym, brzmi to absurdalnie!)
Dlaczego w polskich urzędach państwowych – nie gabinetach ministrów, ale w biurach, do których przychodzą petenci, żeby załatwić jakąś sprawę – są takie brzydkie meble i takie nudne ściany? Przecież można by zlecić projekty krzeseł, biurek czy wieszaków na ubrania katedrom projektowania polskich uczelni artystycznych, a u młodych malarzy zamawiać niedrogie, ale porządnie namalowane obrazy.
Mamy przecież takie fantastyczne tradycje. Choćby z dwudziestolecia międzywojennego, kiedy wiecznie niedofinansowane i wydające każdy grosz na armię państwo polskie znajdowało jednak – wcale nie takie wielkie! – środki na zamawianie u wybitnych albo po prostu przyzwoitych artystów projektów gmachów – i wyposażenia – urzędów, szkół, szpitali czy dworców kolejowych, ale także transatlantyków czy pisemek dla dzieci.
Jestem pewien, że w takim, choć w części przyzwoicie wyglądającym kraju, w którym państwo szanuje, a nie tłamsi lub oddaje w dzierżawę biznesowi duchowe potrzeby obywateli, także od reklamy, kina, pism czy telewizji obywatele (a przynajmniej istotna ich część) zaczęliby wymagać czegoś więcej, niż tylko taniej w produkcji półamatorskiej papki. I że w takim kraju ozusowani w tę i z powrotem twórcy mieliby się o wiele lepiej, niż mają się dzisiaj. Jedno jest pewne – artyści przed obecną ciężka dla nich sytuacją uciekać powinni do przodu, ku jakiejś wizji, ku wzrostowi własnemu i tych, którzy z ich twórczością będą obcować, a nie tylko tych, którzy mogą na nich zarobić. Inaczej – dupy z nich, a nie artyści! Inaczej: niech sczezną!
przez Krzysztof Wołodźko | niedziela 9 marca 2014 | opinie
Wolny rynek będzie naprawdę wolny, gdy wyzwoli się od społeczeństwa. W Polsce trwają postępy realnego liberalizmu w tym kierunku. Niż demograficzny jest najlepszym przykładem. Trzeba przyznać, że ten system ma znakomite właściwości odchudzające.
W mojej okolicy są dwie poczty. Jedną z nich właśnie wyremontowano. W środku zrobiło się bardzo elegancko i nowocześnie. Jest duże, odrębne stanowisko finansowe (Bank Pocztowy), osobny regał na prasę, koperty. I tylko jeden mały kłopot: zrobiło się ciasno. Zamiast dawnych dwudziestu krzeseł, na których zwykle siedzieli staruszkowie płci obojga, postawiono – na jedynym już kawałku wolnej przestrzeni – czerwoną ławkę, której oparcie kończy się w okolicach nerek (testowałem: mało wygodne). Od biedy mieści się na niej pięć ściśniętych osób. Reszta klientów musi stać w ścisku i czekać na swoją kolej. Nie ma już stolików – został jeden krótki blat, przy którym można wypełnić druczki. Pechowo, jego okolice to właśnie ostatni skrawek poczty, gdzie da się przystanąć nikomu nie zawadzając, gdy w środku jest tych dwadzieścia osób. Najbardziej jednak bije w oczy ta krótka czerwona ławka w „miejscu użyteczności publicznej”. Choć chyba ktoś, kto to projektował, najwyraźniej nie myślał o wnętrzu budynku pocztowego w tak mało nowoczesnych kategoriach.
Trudno traktować ten przypadek inaczej, niż jako symbol przemian, jakich doznaje cała nasza przestrzeń publiczna. W Krakowie właśnie oddano do użytku podziemny dworzec kolejowy, który stanowi de facto przedłużenie pobliskiej Galerii Krakowskiej. Ledwo oznaczono dojścia na poszczególne perony. Co stanie się ze starym, zabytkowym dworcem? Jeszcze nie wiadomo. W wielu miasteczkach, jeśli dworce kolejowe nie popadły w ruinę, po prostu zamieniono je w magazyny i hurtownie. W wielkopolskim Czempiniu rok temu zatrzymałem się w małej kawiarence na rynku, prowadzonej, jak się okazało, przez lokalnego patriotę i pasjonata swojej okolicy. Rozmowa zeszła na tamtejszy dworzec kolejowy. – Tam, w poczekalni, były piękne, zabytkowe kasetony, ale nie wiadomo, co się z nimi stało, bo to wszystko przerobili na magazyny – opowiadał. Łudzę się nadzieją, że starego dworca krakowskiego nie da się ot tak, po prostu, oddać na zmarnowanie. Ale w zasadzie: dlaczego nie? Przecież większości opinii publicznej i tak nic takie sprawy nie obchodzą, a nawet jeśli jest inaczej, to ich przełożenie na „czynniki decyzyjne” jest niemal żadne.
Na polskich ulicach królują banki i apteki – jeśli ktoś źle się poczuł po terapii szokowej, zawsze może wziąć to, co Goździkowa. I ludzie biorą. Zdaniem Centrum Badania Opinii Publicznej około 70 proc. Polaków łyka leki bez recepty co najmniej raz w miesiącu. Politycy wiedzieli co robią, zezwalając na niekontrolowaną reklamę tych produktów. Lekko „przyćpany” naród mniej się buntuje. Co prawda przedłużone samoleczenie może być szkodliwe, ale co komu szkodzi wziąć kilka tabletek, gdy wiadomo, że szanse na szybkie dostanie się do specjalisty są mizerne.
„Polacy są lekomanami i biorą za dużo leków bez recepty, szczególnie tych przeciwbólowych” – mówi Wirtualnej Polsce dr Piotr Burda, konsultant krajowy w dziedzinie toksykologii klinicznej. Nieco inaczej widzi problem prof. Richard Wilkinson, współautor jednej z najważniejszych książek ostatnich lat, „Duch równości”. W rozmowie z tygodnikiem „Polityka” stwierdził m.in.: „Emocje trudno jest kontrolować. A stres statusowy bywa bardzo bolesny. Badania pokazują, że wykluczenie społeczne oddziałuje na te same obszary mózgu co fizyczny ból. Niedawno opublikowano badanie, które pokazuje, że te same lekarstwa, które zmniejszają ból – na przykład paracetamol – zmniejszają też poczucie wykluczenia. To widać po rejestrowanych przez skaner reakcjach fizjologicznych mózgu. Można to też uchwycić w badaniach ankietowych. To częściowo tłumaczy nadużywanie środków przeciwbólowych w niższych klasach i w społeczeństwach o większym rozwarstwieniu”.
Wiemy jednak, że w Polsce nie jest w dobrym tonie mówić o rozwarstwieniu i konfliktach klasowych. To „komunistyczne wymysły” – liczy się jedność narodowa, którą osiągniemy, gdy tylko zacznie rządzić prawica bardziej prawdziwa od tej mniej prawdziwej. I oczywiście jeszcze bardziej wolnorynkowa, bo tylko wolny rynek odejmie Polakom ból głowy. Niektórym najpewniej razem z głową, ale koszty transformacji są zawsze nieuniknione. Te obecne, bo nad dawnymi można już uronić łezkę: Karol Modzelewski i Marcin Król służą przykładem wzruszeń poniewczasie. Prawa realnego liberalizmu nie różnią się pod tym względem od obowiązujących w realnym socjalizmie: za okres błędów i wypaczeń można bić się w piersi wtedy, gdy dawne ofiary już trafił szlag, a system pracuje nad nowymi.
Podobnie jak problem bólu głowy rozwiązać można kwestię kolejek do publicznych ośrodków zdrowia. Można je skrócić nie inwestując ani złotówki: trzeba po prostu zlikwidować publiczną służbę zdrowia. I chodzą słuchy, że tak właśnie będzie. Dokąd pójdą ci, których nie będzie stać na komercyjne usługi zdrowotne? Umrą. Przecież i tak wszyscy umieramy. Sami widzicie, że wolny rynek medyczny może uwolnić się od społeczeństwa naprawdę skutecznie.
Jak dotąd jednak istnieje jeszcze taki byt jak polskie społeczeństwo. Stąd może nie mam racji, gdy narzekam, że na poczcie nie ma już prawie gdzie usiąść. Docelowo przecież i tak nie będzie komu siadać. Ale po co w takim razie to majestatyczne stanowisko Banku Pocztowego? Cóż, i to da się wyjaśnić: współczesny kapitalizm spekulantów i wielkich instytucji finansowych opiera się przecież na transferze środków z peryferii do centrów. Będą nas zatem bombardować usługami bankowymi do ostatniego niewyciśniętego obywatela. Będą nas wyciskać na poczcie, na dworcu kolejowym zamienionym w galerię handlową i w aptece, do której skoczymy po wyjściu z banku. A na dodatek jeszcze w pracy, która staje się „elastyczna” do granic możliwości – swojej albo naszej.
W realnym socjalizmie było biednie, a z reguły też nikczemnie, ale dzieci przybywało. Dziś na ogół też jest nikczemnie, tyle że już w inny sposób, a zamiast równo dzielonej biedy mamy rosnące rozwarstwienie. Dzieci już nie przybywa. Mentalni potomkowie Korwin-Mikkego twierdzą, że to przez Zakład Ubezpieczeń Społecznych – planowo ograbiający lud pracujący miast i wsi z pieniędzy, zabierający pracodawcom środki, które ci najchętniej przeznaczyliby na wyższe pensje dla swoich ukochanych pracowników. Inni – wiążą negatywne tendencje z rozpadem więzi rodzinnych, pod wpływem nagłych zmian społecznych i kulturowych, które zachodziły w czasach terapii szokowej.
Wredna lewacka propaganda głosi z kolei, że gdyby w Polsce istniał efektywny transport publiczny, sieć żłobków i przedszkoli, gdyby nie skomercjalizowano niemal wszystkich sfer życia i nie zaniżano z premedytacją płac w skali całego kraju, to dzieci mogłoby być więcej. Trzeba jednak uznać, że to rynek ma zawsze rację. A on najwyraźniej nie potrzebuje do szczęścia aż tylu Polaków. Być może wystarczyłoby nas kilkaset tysięcy, osadzonych gdzieś w okolicach Puszczy Białowieskiej i zatrudnionych w agroturystyce? Niemieccy emeryci przyjeżdżaliby do nas ze swego koszmarnego kraju, w którym pokutują straszliwe przeżytki komunizmu, takie jak własny przemysł czy dobrze rozwinięta sieć transportu publicznego. My przemysłu i sprawnego transportu nie mamy, bo jesteśmy nowoczesnym państwem realnego liberalizmu, a nie Niemcami, które, jak niedawno słyszałem, wkrótce zbankrutują już od tego dobrobytu. Razem z krajami skandynawskimi, rzecz jasna.
A skoro jesteśmy przy Niemcach i kolei. W czas Bożego Narodzenia, spędzanego w Wielkopolsce, rozmawiałem ze znajomym. Zwyczajowo zeszło na dawno zamkniętą lokalną linię kolejową. – „I tak wrócą tu Niemcy” – powiedział. Przyznam, że pierwszy raz w swoich stronach usłyszałem taki tekst. Gorycz? Poczucie, że wszystko wokół rozłazi się jak karton w strugach deszczu? Zdroworozsądkowa konstatacja, że inaczej być nie może, skoro z polskiego państwa zostają często tylko pudełka coraz bardziej pustych domów? Skoro domy te stoją przy dziurawych ulicach, którymi coraz dalej trzeba dojeżdżać do lekarza, na pocztę, do jakiegokolwiek ośrodka kultury? Skoro po gwałtownych wichurach w okolicy przez kilka dni nie ma prądu, bo sieć energetyczna jest stara i coraz mniej wydolna?
Tymczasem czytam, że minister rozwoju regionalnego Elżbieta Bieńkowska zapowiada, iż za dwa lata nasz kraj zwróci się do Komisji Europejskiej o przeniesienie niewykorzystanych funduszy unijnych z projektów kolejowych na drogowe. Komisja nalega zaś, byśmy do tego czasu wydali jak najwięcej na kolej, bo dobrze wiedzą, jakie w tej materii panuje w Polsce dziadostwo. Ale przecież „rozwój regionalny” w kraju realnego liberalizmu rządzi się swoją logiką: logiką niedorozwoju i atrofii. Infrastruktura publiczna może być dziadowska, byle nie rzucała się w oczy cienkiej warstwie zasobniejszych Polaków. Nie ma sensu wydawać na kolej, gdy się ją akurat likwiduje, a to, co z niej zostaje, wystarczy akurat na obsługę kilku największych miast.
Banki, apteki, galerie handlowe, likwidowane urzędy, kiepskie drogi, zarastające tory, pustoszejące regiony, niż demograficzny. Goździkowa, sklepy pocztowo-rybne, Marcin Król załamujący ręce nad polską transformacją, niskie podatki dla bogatych, wysokie dla biednych. Dla kogo nie wystarcza miejsca na coraz krótszej ławeczce, ten frajer. Stój w drzwiach albo emigruj, względnie zrób napad na bank, a łup przeznacz na proszki od bólu głowy.
Co to jest III Rzeczpospolita? Pic. A za picem nic.
przez Krzysztof Mroczkowski | niedziela 2 marca 2014 | opinie
Nieoczekiwane spełnienie się życzeń sprawia, że z dnia na dzień musimy budować w naszych głowach nowy świat przedstawiony. Runięcie żelaznej kurtyny wraz ze złowrogim systemem sowieckim wydawało się wielu osobom punktem granicznym, po którym już nigdy ludzkości nie zagrozi fizyczna ani mentalna opresja. Wektory zdawały się być nakierowane na wzrost zamożności i zakresu wolności coraz szerszych populacji. Dokumentowała te nadzieje popularność twierdzenia Francisa Fukuyamy o „końcu historii”, końcu ery wielkich trudności do pokonania.
Z perspektywy czasu, szczególnie po ostatnim światowym kryzysie gospodarczym, widać wyraźniej, że ta wizja była mrzonką. A kolejne wielkie wyzwanie ludzkości spiętrzało się i rosło już dwie dekady przed upadkiem ZSRR. Jesteśmy w stanie mniej lub bardziej dokładnie określić początki i przyczyny tego procesu, zaś jego efekty są bezdyskusyjnie olbrzymie.
85 najbogatszych ludzi świata jest posiadaczami majątków o łącznej wartości równej temu, czym dysponuje 3,5 miliarda mieszkańców Ziemi – połowa wszystkich żyjących ludzi. Praktyka ustrojów społeczno-gospodarczych odeszła od celu istnienia państw, jakim jest oderwanie jednostki od materialnych trosk oraz umożliwienie jej wykorzystania swojego potencjału dla tworzenia lepszego jutra. Ćwierć wieku temu takie konstatacje nie były jednak oczywiste – wiele lat musiało upłynąć, aby zaczęło się formować przekonanie o niewydolności tego stanu rzeczy. Nie jest więc nierealne założenie, że ostatnie kilkanaście lat doświadczeń nieco zawęża perspektywę widzenia także naszych polskich problemów. Wielkie kwestie dnia dzisiejszego niekoniecznie będą takimi za dekadę.
Jaki problem najdobitniej uzmysławia nam, że polskie ambicje nieodstawania od krajów i narodów zamożniejszych są wciąż bardzo dalekie od zaspokojenia? Ten: 45 proc. obecnie pracujących Polaków doświadczyło w swoim życiu bezrobocia.
Na przedwiośniu 2014 r. rejestrowane bezrobocie jest szacowane przez Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej na poziomie 14 proc. Umiarkowanie ambitnym celem premiera Tuska jest zmniejszenie tej liczby na koniec roku poniżej 13 proc. Przez ostatnie ćwierć wieku bezrobocie było jedną z największych plag nękających polskie rodziny i w niektórych regionach stało się wręcz doświadczeniem pokoleniowym. Nie sposób dokonywać krytycznej analizy 25 lat transformacji, pomijając ten aspekt. Jest on tym boleśniejszy, że zmniejszenie rozmiaru problemu wydawało się być w zasięgu ręki. Nasi południowi sąsiedzi Czesi, dzięki tylko nieco wydajniejszej strukturze przemysłu i bardziej elastycznemu modelowi transformacji, notowali w najtrudniejszych latach transformacji ledwie kilkuprocentowe bezrobocie.
Co zrozumiałe, krytyczna refleksja na temat społeczno-gospodarczego modelu rozwoju Polski i jej mieszkańców (znacznie dziś częstsza niż jeszcze kilka lat temu) nierzadko skupia się właśnie na tym temacie. Piętno odciśnięte przez świeże doświadczenia każe kierować uwagę na problem wielkiej liczby niezatrudnionych. Prognozy krótkookresowe, w tym najbardziej metodologicznie kompetentne analizy NBP, wskazują, że jakiekolwiek spadki bezrobocia w najbliższych latach będą następowały we względnie małej skali. Tym samym zdają się one potwierdzać umowne założenie, że bezrobocie w Polsce odczuwalnie obniża się dopiero wówczas, gdy tempo wzrostu PKB wyraźnie przekracza 4 (a najlepiej 5) procent.
Świeże doświadczenia kryzysu jeszcze wzmacniają to przekonanie. Po wyraźnym spowolnieniu w roku 2009, wzrost PKB w latach 2010 i 2011 przekraczał 4 punkty proc., a mimo to szeregi bezrobotnych systematycznie się zwiększały. Jeżeli prognozy się sprawdzą, wysoki poziom bezrobocia będzie nękać nie tylko niezatrudnionych, lecz także tych pracowników, których pozycja jest mocno osłabiona przez istnienie „rezerwowej armii pracy”.
Nie należy jednak wykluczyć niespodziewanego: być może bezrobocie już nigdy nie będzie tak wysokie jak teraz. Jeżeli tylko nie dojdzie do zbytniego rozchwiania sytuacji międzynarodowej, Polska ma szansę na powolne przełamanie impasu. Na tle innych „rynków wschodzących” jest krajem daleko stabilniejszym. W połączeniu z rozsądną polityką monitorowania kursu złotego sprawia to, że Polska może uniknąć dużych wahań będących przekleństwem dla rozwijającej się gospodarki.
Wiadomo jednak, że światowa koniunktura na pstrym koniu jeździ, czynienie więc jakichkolwiek założeń o stabilności na okres dłuższy niż rok czy półtora wydaje się karkołomnym zadaniem. Jest jednak jeszcze jeden czynnik, który powoduje, że gospodarka może zachowywać się inaczej niż w latach 2010-2012, kiedy nagle zgasł jej zapłon. Otoczenie zewnętrzne tylko dokłada się do efektu, jaki ma początek nowej perspektywy finansowej UE. Jej realny start to wiosna 2015 r., zaś kolejne trzy lata to stały dopływ pieniędzy na inwestycje. Pieniędzy, których, dodajmy, „nie można zmarnować” chociażby ze względu na gigantyczny koszt polityczny, jaki ponieśliby ci lub inni rządzący.
Sceptyk zauważy, że pozyskiwanie funduszy będzie w tej perspektywie znacznie trudniejsze niż w poprzedniej. Co więcej, budżet unijny został zaprojektowany tak, iż fundusze na innowacyjność będą teoretycznie mniejsze. Poza tym, chociaż przez najbliższe miesiące konkurencyjność polskiego eksportu będzie wysoka, to w nieco dłuższej perspektywie w wymianie handlowej będziemy zapewne dużo bardziej na minusie. A procedura nadmiernego deficytu, którą jest objęta Polska, sprawi, że skala publicznych inwestycji będzie umiarkowana.
To wszystko prawda, jednak sprawne zaprojektowanie systemu funduszy unijnych na poziomie krajowym może pozwolić na podniesienie innowacyjności „kuchennymi drzwiami”, kierując na przedsięwzięcia innowacyjne zwiększone środki unijne na rozwój regionalny. Jeżeli polskie przedsiębiorstwa, co jest mimo wszystko prawdopodobne, uznają, że nadchodzi cykl inwestycyjny lat 2015-2018, wtedy trwały wzrost PKB na poziomie 4 proc., w przeciwieństwie do lat 2010-2011, przyniesie nie wzrost, lecz stabilny spadek bezrobocia.
Pod koniec dekady zaś pokolenia przechodzące na emeryturę (mówiąc brzydko za demografami: kohorty) będą znacznie liczniejsze od tych wchodzących na rynek pracy. Ten proces powinien być szczególnie odczuwalny po roku 2020.
Cóż to wszystko oznacza? Tu i teraz efekty będą raczej niewielkie, chociaż jeżeli hipoteza o niższym bezrobociu jest prawdziwa, to (również ze względu na efekty sezonowe) jesienią przyszłego roku bezrobocie rejestrowane będzie znacznie bliżej poziomu 10 proc., niż nam się teraz wydaje. To oczywiście może wymusić zacieklejszą polityczną rywalizację przed wyborami parlamentarnymi. Czasy liberalnego populizmu (który usiłuje wskrzesić PO-Frakcja Rewolucyjna Jarosława Gowina) powoli odchodzą do lamusa i zwiększa się szansa na pozytywną licytację programową między partiami.
W dłuższym okresie jednak taki trwały spadek bezrobocia będzie oznaczać konieczność zmierzenia się z innymi aspektami naszego modelu społeczno-gospodarczego. Możliwe są dwa scenariusze. Pierwszy to bierność. Nietrudno sobie wyobrazić najbliższą dekadę podobną do ostatniej. Pełną zaciekłych sporów o wszystko oprócz prawdziwego polepszenia materialnych podstaw życiowych obywateli, jałową jeśli chodzi o wykorzystanie potencjału samosterowności państwa. Dekadę, pod koniec której kolejne spory będą toczyły się wokół konieczności umożliwienia znaczącego napływu imigracji celem zasilenia gospodarki.
Drugi scenariusz to ten, który próbuję szkicować na tych łamach od pewnego czasu. Chociaż głoszenie tezy, że obecny system – oparty na liberalnym populizmie w debacie publicznej i neoliberalnej praktyce rządzenia – kończy swój żywot, jest zbytnim wyprzedzaniem faktów, to nie da się zaprzeczyć, że coś się zmienia. Czy to oznacza, iż teraz sprawy będą szły innym torem, czy zmieniają się jedynie kostiumy? Żaden rozwój wypadków nie jest zdeterminowany, zaś trwała prospołeczna i prorozwojowa zmiana modelu funkcjonowania naszego kraju jest nie tylko niewykluczona, ale być może nawet prawdopodobna przy odpowiedniej, mądrej mobilizacji na rzecz pożądanych decyzji. Jej wynikiem winno być doprowadzenie do pozytywnej aukcji programowej środowisk politycznych. Wbrew bowiem protekcjonalnemu założeniu niektórych środowisk przekonanie Polaków o względnej kompetencji ugrupowań w sprawach gospodarczych odegra dużą rolę przy wrzucaniu kartki wyborczej.
Sygnały dostarczane przez rzeczywistość mogą się wydawać sprzeczne. Z jednej strony mamy do czynienia z praktycznie nieistniejącym dialogiem społecznym i coraz większą prywatyzacją usług publicznych w miejsce zwijającego się państwa i samorządu. Z drugiej posłuchanie związkowców (i własnej panapremierowej rozterki z przemówienia w Krynicy) w kwestii umów śmieciowych oraz rynkowo nieortodoksyjne podejście w sprawie podjęcia inwestycji np. w energetyce. Poza tym coraz wyraźniejsze akcentowanie roli przemysłu i stawianie sobie celów, których logicznym wypełnieniem musi być prędzej czy później polityka przemysłowa z prawdziwego zdarzenia.
Konkurencja między partiami, jak też i debata publiczna, powoli, lecz zdaje się nieodwracalnie odchodzi od liberalnego populizmu, czego przykładem jest ostatni program Prawa i Sprawiedliwości. W części gospodarczej niewiele jest naiwnych, sztampowych formułek o cudzie gospodarczym dzięki uwolnieniu energii Polaków, o konieczności odchudzenia biurokracji czy o ukróceniu wszechobecnego marnotrawstwa i lepszym zarządzaniu. Wyrażenie-klucz „reforma finansów publicznych” nie pojawia się na każdej stronie. Jest za to wiele realistycznego podejścia do zmian gospodarczych jako wyzwania strukturalnego. Zarówno diagnoza, jak i proponowane rozwiązania są co prawda na poziomie dość ogólnikowego eseju, jednak w porównaniu z wieloma tego typu partyjnymi dokumentami ukazującymi się w ciągu ostatniego ćwierćwiecza jest to wyraźny skok jakościowy. Oczywiście, jest to nadal o znacznie za mało, uwzględniając wielkie środki, które duża partia mogłaby przeznaczyć na niezależnych ekspertów, ale warto z nadzieją potraktować ten dokument, jako początek zmiany sposobu myślenia o gospodarce.
Warto zwrócić uwagę, że strukturalnych przemian gospodarki nie załatwi „business as usual” ubiegłego ćwierćwiecza z usuwaniem barier dla wolnego rynku, osładzanym pewną dozą polityki społecznej. Dlatego mimo iż poprzednie wypowiedzi posłów opozycji o „większym Amber Gold” napawały najgorszymi obawami, PiS zdecydował się utrzymać program Inwestycje Polskie, dostrzegając w nim potencjalnie główny motor zmian strukturalnych oraz polityki wzmacniania i zarządzania strumieniami inwestycji publiczno-prywatnych. Mechanizm wehikułu inwestycyjnego, wspieranego lewarowaniem finansowym z Banku Gospodarstwa Krajowego, co od wielu lat postulowało Polskie Lobby Przemysłowe, daje szanse na przerwanie rozwojowego impasu, nękającego kraj będący w pułapce średniego wzrostu.
W ramach międzynarodowego porządku gospodarczego, w którym funkcjonuje Polska („konsensusu OECD”), dostępnych jest jeszcze kilka innych możliwości polepszenia pozycji konkurencyjnej kraju, chociaż bez wątpienia jest to trudniejsze niż kilka dekad temu, gdy niezależna i samosterowna polityka gospodarcza potrafiła zbudować potęgę gospodarczą z małej wioski rybackiej. W sumie jednak mechanizmy i narzędzia są pochodną intencji rozwojowej państw i wyznaczonych celów. Jakie wnioski winna wyciągnąć Polska, jeżeli przyjmiemy, że w najbliższej dekadzie możliwe jest odkochanie się „czynników decyzyjnych” w realnym liberalizmie, że towarzyszyć temu będzie spadek bezrobocia, lecz zarazem demografia może przekreśli te pozytywy? Konieczne jest dostosowanie do polskich warunków sprawdzonych pronatalistycznych rozwiązań z innych krajów, ale nie to zdaje się być kluczowe w tej kwestii – nie chodzi o same liczby spodziewanych urodzeń, lecz o to, co one mówią o Polakach, ich oczekiwaniach względem życia swojego i ewentualnych potomków. To prawda, że demograficzne załamanie dla bogatszej, rozwijającej się Polski nie musi skończyć się katastrofą. Ale nawet jeśli uznamy, iż spora część problemu demograficznego nie leży w gestii czynników gospodarczych, lecz kulturowych, to powinno to być tym bardziej wskazaniem do działania.
Nić połączenia między sferą prywatnego życia jednostki i rodzin a społecznym projektem zwanym państwem polskim, jest zbyt cienka. Indywidualistyczny eskapizm jest często nie tyle wynikiem wolnego wyboru, lecz braku jakiegokolwiek poczucia współstanowienia o większej całości. Rachunek ekonomiczny jest nieubłagany: przy otwartych granicach indywidualny egoizm powinien doprowadzić do zmniejszenia polskiej populacji do zera, gdyż większość pracujących Polaków jest w stanie żyć na wyższym poziomie w krajach rozwiniętych. Brak decyzji o zakładaniu rodziny również może mieć coś wspólnego z tym, że status społeczny coraz częściej przekazywany jest z pokolenia na pokolenie. Jak żyć?
Szczery i szeroko akceptowany kontrakt społeczny, obiecujący poprawę warunków życia Polaków i zatrzymanie wzrostu nierówności rozbijających spójność społeczną, nie jest zadaniem łatwym. Od zatomizowanego społeczeństwa domagałby się rezygnacji z dzisiejszej radykalnie indywidualistycznej optyki, w której usługi publiczne są postrzegane niemal jako totalitaryzm. Wymagałby zastąpienia łatwego cynizmu odpowiedzialną refleksją w duchu troski o dobro wspólne i optymizmem co do możliwości zmian na lepsze, który jest warunkiem koniecznym takich zmian. Ale jeszcze większe zobowiązania kładłby na głównych wykonawcach tego kontraktu, gdyż droga do rozwoju każdego kraju musi być unikalna. W tym przyspieszającym, połączonym na wiele sposobów świecie będzie to nie lada wyzwanie. Poza politycznym slalomem, uwarunkowania wielu aspektów (od praw własności intelektualnej po skalę postępu naukowego i zawsze zaskakującą transformację podziału pracy na różnych kontynentach) będą wciąż zmieniać nasze założenia. Może to być czas fascynująco twórczy, nie wolny od pomyłek, lecz cieszący efektami nie tylko „tu i teraz”. To dlatego, że odpowiedź na pytanie, czy ekonomia jest nauką, brzmi: polityka gospodarcza jest sztuką.
przez Neil Clark | niedziela 23 lutego 2014 | kultura zaangażowana, opinie
Kiedy Nowa Lewica rozpoczęła wojny kulturowe, zmarły niedawno muzyk folkowy pozostał przywiązany do wartości pokoju i „zadomowienia”.
„The Penguin Encyclopedia of Popular Music” opisuje poglądy polityczne Pete’a Seegera, zmarłego niedawno 94-letniego muzyka folkowego, tekściarza i aktywisty antywojennego, jako „naiwne, choć szczere”. Z pewnością były szczere – to nie budzi wątpliwości nawet u jego najzagorzalszych wrogów. Co jednak było naiwnego w jego socjalistycznym konserwatyzmie?
Seeger był autentycznym głosem starej amerykańskiej lewicy i rozumiał, że konserwatyzm, daleki od nieprzychylnego nastawienia wobec socjalizmu, w gruncie rzeczy stanowił jej istotny element. W wywiadzie dla „New York Timesa” z 1995 r. oświadczył: „Lubię mówić, że jestem bardziej konserwatywny niż Goldwater [1]. On chciał jedynie cofnąć się do czasu, kiedy nie istniał podatek dochodowy. Ja natomiast chcę cofnąć się do czasu, kiedy ludzie żyli w małych wioskach i opiekowali się sobą wzajemnie”.
Wizja idealnego społeczeństwa nie łączyła się dla Seegera z futurystycznym metropolis, lecz była mocno zakorzeniona w amerykańskiej przeszłości. – „Kiedy byłem chłopcem, przeczytałem każdą książkę Ernesta Thompsona Setona” [2] – stwierdza w wywiadzie z 1982 r. – „Seton uznawał Indian za ucieleśnienie pewnego ideału… z powodu ich siły, godności, moralności, bezinteresowności i życia zgodnego z naturą. Opisany przez Setona okres historii Indian antropologowie nazywają »komunizmem plemiennym«… Lubię myśleć o sobie jako o komuniście w tym sensie, w jakim był nim przeciętny amerykański Indianin…”.
W rozmowie dla „New York Timesa” Seeger został opisany jako człowiek znajdujący się „politycznie tak bardzo na lewo, że prawdopodobnie nigdy nie nazwano go liberałem”. To wspaniały komplement, z którego byłby dumny każdy prawdziwy socjalista. Liberalizm – zarówno w wersji ekonomicznej, jak i społecznej – stawiający „ja” na pierwszym miejscu, zaraził zachodnią lewicę od lat 60. XX w., lecz Seeger nie dał się zwieść.
Zmarły niedawno Eugene Genovese pisał o „irracjonalizmie przyjęcia przez lewicę liberalnego programu jednostkowego wyzwolenia”. Taki irracjonalizm dobrze posłużył finansistom z Wall Street i podżegaczom wojennym, ponieważ skłonił dużą część środowisk lewicowych do porzucenia socjalizmu, ruchów związkowych i opozycji wobec imperialistycznej agresji wojennej, a zamiast tego skupienia się na kwestiach, które nie naruszyły bastionów władzy ani im nie zagroziły.
Seeger prowadził kampanię na rzecz praw obywatelskich, ale odrzucał wojny kulturowe i jałowe konflikty pokoleń. Dla niego socjalizm nie oznaczał walki pomiędzy dorastającą młodzieżą oraz jej rodzicami (w swym utworze „Be Kind to Your Parents” uczył, by „odnosić się do nich z cierpliwością i życzliwą wyrozumiałością”). Socjalizm oznaczał ludzi jednoczących się bez względu na wiek, płeć, kolor skóry lub wyznanie po to, by wspólnie budować życzliwe i opiekuńcze społeczeństwo, gdzie ludzie – i cała planeta – są ważniejsi od zysków. Tradycyjne lewicowe przekonania polityczne Seegera stały w kontrze do tendencji społecznych sprzyjających egoizmowi i materializmowi, które popychają nas do nieustannej wojny i dewastacji środowiska.
Kiedy Nowa Lewica zabrała się do rewolucji kulturowej, dążąc do zniszczenia wszystkiego z przeszłości, Pete pragnął, byśmy ponownie odkryli i podjęli model życia naszych przodków. – „Mogę jedynie stwierdzić, że teraz jestem bardziej nieufny w stosunku do techniki niż kiedykolwiek wcześniej w moim życiu” – powiedział w 1982 r. – „Jestem szczerze przekonany, że gdybym żył wtedy, gdy wynaleziono koło, powiedziałbym: »Nie, nie. Życie może być okropne, krótkie i brutalne… lecz nie wiecie, do czego może doprowadzić technika«. Dziś już wiemy, do czego może doprowadzić… prowadzi nas w stronę katastrofy”.
W tym samym wywiadzie dzieli się swoimi przemyśleniami na temat słowa „postępowy”: „Sądzę, że pojęcie postępu uległo uproszczeniu. Ciągle słyszymy: »Musimy być postępowi.. musimy mieć toalety ze spłuczką. Już nigdy więcej nie używajcie wygódek«. Cóż, wygódki nie są jedyną alternatywą dla toalet ze spłuczką. A może by tak pomyśleć o toaletach kompostujących lub urządzeniach wykorzystujących fermentację metanową? Za jedno z najbardziej »postępowych« wydarzeń w Ameryce minionej dekady uważam ponowne odkrycie – przez miliony osób – że przyjemniej jest uprawiać rośliny i samemu gotować posiłki, zamiast otwierać kolejną konserwę z supermarketu”.
http://www.youtube.com/watch?v=Rl-yszPdRTk
Seeger odrzucał egotyzm nowoczesnego społeczeństwa rywalizacji, wylansowanego przez neoliberalny kapitalizm. „W muzyce Seegera nie istniało »ja«, istniało jedynie wielkie, wszechobejmujące »my«” – napisał Jody Rosen. Seeger nigdy nie lubił rozmawiać w kategoriach własnej kariery. „Nie znoszę słowa »kariera«, ponieważ sugeruje poszukiwanie sławy i fortuny – dwóch najbardziej głupich rzeczy, jakich można pragnąć” – podkreślał. Nie cierpiał komercjalizmu. Kiedy dano mu mikrofon, używał go w imię spraw, w które wierzył – nie w celu sprzedania nowej płyty.
Seeger był pełen pasji do spraw, w które wierzył, a jego poglądy polityczne opierały się nie na nienawiści, lecz na miłości. „Krótkowzroczni ludzie mówią: »Wiemy, jak rozwiązać problemy. Umieśćmy odpowiedni materiał wybuchowy we właściwym miejscu i dajmy im nauczkę«. Ja jednak mówię: »jedyne, czego ktokolwiek się wówczas nauczy, jest przemoc«. Aby przywołać słowa Martina Luthera Kinga, słabością przemocy jest to, że zawsze stwarza jeszcze więcej przemocy. Ciemność nie może zostać wyparta przez ciemność. Jedynie jasność potrafi to zrobić. Nienawiść nie może zostać wyparta przez nienawiść. Jedynie miłość potrafi to zrobić” – podkreślał.
Kiedy „postępowa” liberalna lewica – po dokonaniu ataku na „siły konserwatyzmu” – połączyła się z neokonserwatystami, by pod oszukańczym szyldem humanitaryzmu uruchomić serię wojen napędzających zyski na Wall Street, Pete nadal pytał: „Where Have All the Flowers Gone?” [3]. Dobrze wiedział, że „humanitarna interwencja” wojskowa była sprzecznością samą w sobie.
http://www.youtube.com/watch?v=TXqTf8DU6a0
Był lepszym socjalistą niż trockistowscy ideologowie, którzy oskarżali go o bycie stalinistą; był lepszym konserwatystą niż maccartyści, którzy go prześladowali. Rozumiał, prawdopodobnie lepiej niż jakakolwiek inna postać na amerykańskiej lewicy, że jeśli rodzaj ludzki ma zrobić krok naprzód, to najpierw trzeba zawrócić.
Spośród wielu hołdów złożonych pamięci Seegera po jego śmierci za najbardziej wymowny uważam ten Roberta Foxxa z dziennika „The Guardian”: „Zawsze powiedział dzień dobry, kiedy mijaliśmy się na brzegu rzeki. Zapamiętam go jako łagodnego i życzliwego człowieka, śpiewającego z twarzą podniesioną ku niebu”.
Neil Clark
Przekład: Krzysztof Kołek
Powyższy tekst pierwotnie ukazał się na stronie internetowej www.theamericanconservative.com. Przedruk za zgodą autora.
Przypisy redakcji „Nowego Obywatela”:
- Barry Goldwater (1909-1998) – amerykański prawicowy polityk, wieloletni senator USA, początkowo łączył skrajny liberalizm gospodarczy z ultrakonserwatyzmem, antykomunizmem i krytyką wielu swobód obywatelskich, by na starość zbliżyć się do środowisk libertariańskich.
- Ernest Thompson Seton (1860-1946) – zobacz biogram w Wikipedii.
- Seeger jest współautorem tej piosenki, której polską wersję pt. „Gdzie są kwiaty z tamtych lat?” śpiewała m.in. Sława Przybylska, a Marlena Dietrich upowszechniła wersję niemiecką pt. „Sag mir, wo die Blumen sind”.