Polin, my i tamci

Polin, my i tamci

Otwarte dwa tygodnie temu Muzeum Historii Żydów Polskich przyjęło nazwę Polin. Jest to nawiązanie do legendy, według której żydowscy uciekinierzy z krajów nienawistnej wobec nich Europy odnajdywali spokój i odpoczynek w tolerancyjnej Polsce. Sama jej nazwa była dla nich dobrą wróżbą, przywodząc na myśl hebrajskie po lin – „tu odpocznij”. Również tytuł jednej z ekspozycji, Paradisus Iudaeorum, czyli „żydowski raj”, zaczerpnięty, nota bene, z XVI-wiecznego anonimowego antyżydowskiego pamfletu, mimo że można się w nim dopatrzeć ironii, wzmacnia przekaz, jaki tkwi w nazwie największej instytucji zajmującej się upamiętnianiem dziejów polskich Żydów. Przekaz sugerujący, że dawna Rzeczpospolita chętnie i bezinteresownie przyjmowała uciekinierów z Europy ogarniętej antyżydowskimi prześladowaniami, stworzyła Żydom znakomite warunki do rozwoju ich kultury, a Polacy dzięki swej przyrodzonej tolerancji żyli z przybyszami w zgodzie i harmonii.

Opowieść o Polsce jako kraju, który udziela schronienia prześladowanym w świecie i obłożonym powszechną anatemą obcym – z powodów albo czysto etycznych (polska przyrodzona gościnność, tolerancja, współczucie), albo sentymentalnych (ponoć już Kazimierz Wielki w ramionach Esterki rozczulił się nad jej rodakami wypędzanymi z innych europejskich krajów) – jest dla nas krzepiąca i okazuje się wciąż bardzo żywotna. Sądzę zresztą, że paradoksalnie zyskuje ona na żywotności, gdy pojawiają się kolejne publikacje przypominające o polskim antysemityzmie, polskich postawach wobec zagłady Żydów czy wręcz o polskiej współodpowiedzialności za Zagładę. Atrakcyjność tej opowieści jest tak wielka, że powtarzają ją i wzmacniają nawet – a może i zwłaszcza – te środowiska, które głoszą potrzebę postrzegania historii bez sentymentów i złudzeń, jako gry interesów.

Mogłoby się zdawać, że legenda „żydowskiego raju” musi posiadać sentymentalny lub humanitarny element. W czasie, w którym Rzeczpospolita miała być żydowskim rajem (czyli, według tak zatytułowanej ekspozycji muzealnej, w latach 1569-1648),Żydzi faktycznie przybywali do Rzeczypospolitej szerokim strumieniem, osadzani byli w kolejnych miastach i miasteczkach oraz zaopatrywani w kolejne przywileje. W istocie jednak nie działo się to ani z humanitarnych, ani z sentymentalnych względów. Stali się oni elementem rozgrywki polskiej, litewskiej i ruskiej magnaterii z rodzimym mieszczaństwem, dochodzącym u schyłku średniowiecza – podobnie zresztą jak w krajach zachodnich – do znacznej zamożności i w związku z tym domagającym się także przywilejów politycznych.

Żydzi sprowadzani byli do Polski przede wszystkim po to, by w prowadzeniu interesów magnaterii i ziemiaństwa zastąpić chrześcijańskich pośredników. Akceptacja ich religijnej i kulturowej odmienności nie wymagała od nadających im przywileje patronów ani tolerancji, ani humanitaryzmu, bo Żydzi byli do Polski sprowadzani nie mimo odmienności, lecz ze względu na nią. I także nie mimo, lecz ze względu na istniejącą w całym chrześcijańskim świecie nienawiść do „zabójców Jezusa”, i ze względu na klątwę, którą według wciąż powtarzanego chrześcijańskiego przekazu, sami na siebie nałożyli pod oknem Poncjusza Piłata. Nowa klasa obsługująca szlacheckie interesy miała być właśnie powszechnie znienawidzona, obca, ale także świadoma własnej obcości, czyhającej na nią zewsząd nieufności i nienawiści. W swoim „raju” Żydzi otrzymali pewną kulturalną i religijną autonomię, przyzwolenie na odmienność oraz warunki do rozwoju swojej kultury. To, co Żydzi mogli postrzegać jako zdobycz, gwarantowało jednak zarazem szlacheckim patronom żydowską niezdolność do emancypacji i samodzielności, niemożność wchodzenia w jakiekolwiek alianse z klasami niższymi, a nawet – gdyby zaszła taka potrzeba – łatwe przejęcie kontroli nad żydowskimi kapitałami. Wciąż rozbudzana na nowo nienawiść do Żydów, wzmocniona dodatkowo przez zrozumiałą zawiść niższych klas, pozwalała nieprzywykłej do samodzielnego oszczędzania szlachcie trzymać w szachu dysponentów jej majątków.

Wszystko to razem sprawiało, że Żydzi nie mogli żyć bez magnackiej i szlacheckiej protekcji (będącej jednocześnie opresją), którą postrzegali jako dobrodziejstwo. Żydzi, zastępujący w Polsce klasę mieszczańską, protokapitalistyczną, inaczej niż mieszczanie zachodni, nie mieli zdolności wchodzenia w taktyczne sojusze z klasami najniższymi, nawet wtedy, gdy mieli z nimi wspólne interesy. Nie dążyli – tak jak zachodnie klasy średnie – do własnej emancypacji i w końcu supremacji, możliwej dzięki obracaniu kapitałami i innowacyjności, zadowalając się w miarę wygodną pozycją kasty względnie uprzywilejowanej i względnie upośledzonej zarazem. Mieli przy tym poczucie ciągłej niezbędności zbrojnej szlacheckiej ochrony przed masami, które postrzegali jako ze swej istoty złe, nienawistne, nieobliczalne i irracjonalne. Jakie mechanizmy stały często za tymi antagonizmami, pokazuje dobrze przykład przytaczany przez Heinricha Graetza w jego „Historii Żydów”: żydowscy zarządcy ukraińskich latyfundiów pobierali podatki na rzecz magnatów, także od chrzcin i ślubów; przechowywali więc klucze od cerkwi, które wydawali duchownym dopiero po uiszczeniu danin. Z chłopskiej perspektywy wyglądało to tak, że Żydzi z chciwości i nienawiści do prawdziwej wiary przeszkadzają chrześcijanom w przyjmowaniu sakramentów. Jedynym przejawem ludowej emancypacji, jaki Żydzi znali z doświadczenia i potrafili sobie wyobrazić, był pogrom, powstanie kozackie lub chłopska ruchawka i dlatego utrzymywanie chłopów w stanie upokorzenia i podległości mogli postrzegać jako służące obronie elementarnego porządku.

Takiemu postrzeganiu mas przez Żydów towarzyszył polski szlachecki filosemityzm – protekcjonalny i sentymentalny, oparty z jednej strony na przekonaniu o wielkim dobrodziejstwie uczynionym Żydom (lubimy tych, którzy nam coś zawdzięczają) właśnie przez humanitarne i tolerancyjne przyzwolenie na ich przebywanie w Rzeczypospolitej i zachowanie własnej odmienności, przez ciągłą ich ochronę przed nienawistną chłopską masą (konsekwentnie z kolei szczutą na Żydów i utrzymywaną w przekonaniu o tym, że to ci ostatni są przyczyną wszelkich jej cierpień), a z drugiej na oczekiwaniu lojalności i wdzięczności za protekcję. Zresztą Żydzi wcale nie musieli być ostatecznym przedmiotem szlacheckiego protekcjonalnego filosemityzmu – także i w tym wymiarze pełnili oni poniekąd funkcję mediatora w relacjach szlachecko-chłopskich. Życzliwy, tolerancyjny (a więc pełen cierpliwości), wyrozumiały stosunek do tak wyrazistego Innego miał odróżniać istotę oświeconą i szlachetną od ciemnej i podłej, zawistnej, niezdolnej do życzliwości i wyrozumiałości – i w ten sposób stawał się kolejnym uzasadnieniem szlacheckiej pogardy.

Dziś, jak sądzę, legenda Polin, miejsca odpoczynku wiecznych tułaczy oraz żydowskiego raju, odbija się Polakom czkawką. Bywa bowiem nadzwyczaj chętnie wykorzystywana do negowania wszelkich polskich win wobec Żydów, wykazywania żydowskiej niewdzięczności i perfidii. Nie wiem, czy kierownictwo MHŻP wzięło pod uwagę to, że przed internautą poszukującym informacji o ekspozycji i wpisującym w wyszukiwarkę słowo „Polin” otworzy się nieprzebrane bogactwo antysemickich treści.

Oczywiście legenda żydowskiego raju ożywia nie tylko polski antysemityzm, ale i filosemityzm, jednak ten drugi miewa w Polsce, pewnie jeszcze od sarmackich czasów, swoją pokrętną logikę. Właśnie dziś, kiedy ukazuje się coraz więcej wiarygodnych źródeł i opracowań dotyczących polskiego przedwojennego antysemityzmu, postaw przyjmowanych podczas okupacji oraz udziału Polaków w mordowaniu Żydów w trakcie i po wojnie, w wielu inteligenckich środowiskach dają się zauważyć dość dwuznaczne reakcje. Kolejne świadectwa i opracowania mówiące o zbrodniach dokonanych przez Polaków na Żydach witane są już nie z przerażeniem, nie ze – zrozumiałą poniekąd – potrzebą negacji, ale niemal z entuzjazmem. Mówi się o takich wypadkach z wyczuwalną satysfakcją, jednocześnie łatwo wskazując winnych: albo polskich chłopów, albo małomiasteczkowe społeczności, albo wielkomiejską lumperię – w każdym razie jakąś ciemną masę, ogłupiałą od kościelnej propagandy lub chciwą żydowskich pierścionków i mebli.

To radosne wskazywanie winnych pozwala entuzjastom dość łatwo, i właśnie w bardzo polski sposób, z jednej strony szlachetnie przyznać się do „narodowej przewiny”, ale z drugiej pozostać zupełnie czystym i niewinnym. Przecież przyznajemy się, że zbrodni dokonaliśmy my, Polacy, ale przecież nie my – subtelni inteligenci, nie my – kosmopolityczne wolne duchy, tylko tamci: ciemni i chciwi, nienawistni z samej swojej istoty – fundamentalnie inni niż my. My – to ci, którzy zaprosili Żydów do Polin; zawsze chcieliśmy tworzyć takie czy inne Polin, miejsce odpoczynku dla prześladowanych i ziemską emanację naszej szlachetności. To tylko tamci – jak to zwykle bywa, gdy się im na to pozwoli – pokazali, kim są naprawdę, okazała się cała ich podłość. W tych ekspiacjach z dudniącym biciem się w piersi tamtych, ponownie Żydzi, a właściwie ich prochy, spełniają funkcję pożytecznej karty przetargowej w rozgrywce z „tamtymi”.

Nie, nie chcę tu powiedzieć, że nie powinniśmy bić się w piersi. Bijmy się w piersi wszyscy, ale skoro nie potrafimy wspólnie, to każdy w swoje własne. Bijmy się w piersi pamiętając o tym, że polski udział w zagładzie Żydów jest w pewnej, dość istotnej części efektem tych samych procesów, które zapewniły polskim oświeconym elitom, tak chętnie dziś pokazującym palcem winnego, uprzywilejowaną pozycję, z której – w większym stopniu niż tamci z zagrabionych przed laty żydowskich pierzyn – korzystają i dziś.

Dlaczego cyfrowy świat nie jest tak demokratyczny, jak sądzimy

Przeciętny obywatel z kilkuset obserwującymi na Twitterze zamieszcza błyskotliwy, 140-znakowy komentarz w czasie debaty prezydenckiej. Wpis wydaje się gwałtownie rozprzestrzeniać, najwidoczniej swobodnie przedostając się do kolejnych sieci osobistych kontaktów, a ostatecznie zostaje udostępniony w całym kraju. Celebryta popiera kampanię na rzecz ochrony praw człowieka poprzez udostępnienie filmiku na Facebooku, zapoczątkowując coś, co okazuje się zaraźliwym łańcuchem udostępnień pomiędzy pojedynczymi użytkownikami sieci społecznościowej. Historia trafia do wieczornych wiadomości.

Opowieści o komunikacyjnej pandemii stały się wszechobecne. Żyjemy w wieku marketingu wirusowego, w którym potencjał pojawienia się „zaraźliwej” treści jest wszechobecny. Każda historia, zdjęcie, mem czy opinia zawiera iskrę mogącą rozpalić pożar. Ta metafora ma oczywiście oznaczać, że jedna informacja może niespodziewanie wybić się i rozplenić w całym społeczeństwie niczym wirus, rozgałęziając się od jednego, pierwotnego węzła – „pacjenta zero”.

Czy jednak nasze modele myślowe i terminologia są tu adekwatne? Czy przekaz obecny w mediach społecznościowych rzeczywiście zachowuje się zazwyczaj jak choroba zakaźna? Zapewne łatwo można natknąć się na dramatyczne potwierdzenie takiego poglądu – miliony odsłon witryn internetowych, miliony udostępnień, „polubień” i retweetów. Co jednak zazwyczaj nam umyka? Co kryje się za sieciowym wykresem, łączącym poszczególne węzły?

Może się to wydawać sprzeczne z intuicją, ale według ostatnich badań bardzo niewiele przekazów, z którymi mamy dziś do czynienia w Internecie, ma rzeczywiście charakter „wirusowy” w sensie technicznym. Zajrzawszy do „skrzyni biegów” naszych serwisów społecznościowych, badacze danych zazwyczaj nie zobaczą tam długiego łańcucha udostępnień treści pomiędzy poszczególnymi użytkownikami. Częściej tym, co tłumaczy zasięg danego materiału, jest ogromny transfer informacji do wielu odbiorców jednocześnie. Zostało to potwierdzone przez podmioty zajmujące się największymi i najbardziej kompleksowymi analizami danych sieciowych, jak np. Microsoft Research badający dane z Twittera czy zespół badaczy z Facebooka analizujący własne dane. Możemy spekulować i zachłystywać się możliwościami demokratyzacji tkwiącymi w informacyjnym ekosystemie, ale to naukowe analizy sieci ukazują przed nami rzeczywiste mechanizmy. I okazuje się, że często nie mają one spontanicznego, oddolnego charakteru.

Znakomitą ilustracją możliwego pomieszania pojęć jest grupowe „selfie” celebrytów zrobione ostatnio przez Ellen DeGeneres, która prowadziła tegoroczną ceremonię rozdania Oscarów. Zdjęcie zostało na Twitterze ponownie udostępnione ponad 3 mln razy, ustanawiając tym samym nowy rekord i natychmiast przeciążając platformę techniczną Twittera. W Internecie komentatorzy od razu okrzyknęli to zdarzenie fenomenem wirusowym. Ale oskarową galę oglądały w tym czasie 43 mln widzów. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że w zasadniczej mierze wirusowy efekt wywołany został bieżącą transmisją, a wynikająca z niej kaskada sieciowych udostępnień była krótka i płytka – w większości serwisów społecznościowych długość łańcucha nie przekroczyła kilku osób. Inaczej mówiąc, rzekomy viral mógł być po prostu efektem tradycyjnej transmisji na żywo – wydarzeniem co prawda intrygującym, lecz nienapędzanym przez sieć połączeń pomiędzy pojedynczymi użytkownikami.

Kilka zjawisk osiągnęło efekt wirusowy w sposób naturalny i spontaniczny, są to jednak niezwykle rzadkie wyjątki. Badacze podkreślają, iż jeśli wziąć pod uwagę fakt, że w ciągu każdej minuty w serwisach takich jak Facebook pojawiają się miliony nowych wpisów, to realna skala i znaczenie najskuteczniejszych nawet virali są znikome.

Zwykle za masowym zjawiskiem w Internecie kryje się jednak potężna grupa z megafonem – najczęściej duży ośrodek medialny – kreująca większość rozgłosu. Często myślimy o serwisach społecznościowych jako o czymś bardziej demokratycznym, choć nierzadko funkcjonują one po prostu jako kolejny kanał telewizyjny. Większość zamieszczanych tam treści jest konsumowana w sposób bierny.

Nie mamy do czynienia z końcem hierarchii – stwierdza Duncan Watts, główny badacz z Microsoft Research, biorący udział w jednym z największych współczesnych projektów naukowo-badawczych poświęconych serwisom społecznościowym i sposobom rozpowszechniania informacji. Być może widzimy zastąpienie jednej hierarchii inną. Być może – zmianę jednej grupy jej strażników na inną… Jednak z pewnością nie widzimy egalitarnego świata, gdzie wszystko ma tę samą szansę stać się czymś znanym lub dostępnym.

Być może więc nasz sposób mówienia i metaforyka są niewłaściwe. To dość istotna sprawa, bowiem coraz bardziej skłaniamy się do postrzegania cyfrowego świata jako głównego motoru napędowego demokracji – stwarzającego równe szanse dla informacji czy idei, które dałyby szanse na pojawienie się różnorodnych form aktywizmu i świadomości społecznej. W książce „Going Viral”, jej autorzy, Karine Nahon i Jeff Hemsley z Uniwersytetu Waszyngtońskiego, argumentują, że przekaz wirusowy stwarza „samoorganizującą się sieć interesów”, wymykającą się kontroli tradycyjnych ośrodków władzy. Innymi słowy, viral generuje sytuację, w której „strażnicy” nie są w stanie kontrolować działań oddolnych.

Potęgę sieci można było dostrzec w sytuacjach ekstremalnych niepokojów społecznych na całym świecie, kiedy cała uwaga ludzi i serwisów społecznościowych skupia się na przekazywaniu wiadomości o pojedynczej sprawie. Wielkie wydarzenia nie są jednak gwarancją bardziej demokratycznego systemu komunikacyjnego.

W badaniach opublikowanych w maju 2014 r. w czasopiśmie naukowym „PLoS One”, przeanalizowano aktywność prawie 194 tys. użytkowników Twittera podczas najważniejszych wydarzeń medialnych w trakcie prezydenckiej kampanii wyborczej w USA, w 2012 r. Autorzy badań postanowili sprawdzić, czy momenty intensywnej współdzielonej uwagi opinii publicznej wiążą się ze „wzrastającymi falami” [rising tide], na których wypływają głosy pochodzące z mediów społecznościowych, czy też stwarzają jedynie „wschodzące gwiazdy” [rising stars]. Ich wniosek jest taki, że w tego rodzaju momentach mamy w gruncie rzeczy do czynienia z osłabieniem demokracji. Osobami odnoszącymi korzyści z pojawiającego się zainteresowania opinii publicznej nie byli użytkownicy [Twittera] z różną liczbą obserwujących – stwierdzają. Najwięcej było ich pośród użytkowników, którzy już wcześniej byli popularni.

Pomijając szczególne przypadki, niewiele jest dowodów na to, że komunikacja oparta na połączeniach pomiędzy pojedynczymi użytkownikami będzie podstawowym i standardowym sposobem wymiany informacji wśród obywateli. Mamy skłonność do zapominania o tym, że otwarte sieci komunikacyjne tylko formalnie zapewniają równość szans, a ekonomia uwagi posiada swoje ograniczenia – pewne osoby oraz instytucje już na starcie uzyskują większą widoczność i rozpoznawalność. Dystrybucją uwagi rządzi prawo silniejszego: mamy tu kilku wielkich zwycięzców i miliony małych przegranych.

Walka o zainteresowanie to istny wyścig zbrojeń – zauważa Clay Shirky z Uniwersytetu Nowojorskiego. Filmiki i memy mogą dotrzeć do milionów użytkowników poprzez nieformalne kanały dystrybucji w mediach i sieci – pomyślmy choćby o „Gangnam Style” [koreańskiego piosenkarza] Psy. Zakrojone na szeroką skalę zjawiska rozpowszechniane w mediach społecznościowych – śmieszne filmiki, dziwaczne memy – stanowią dziś rodzaj stałego, asynchronicznego tła, towarzyszącego naszemu medialnemu światu. A jednak przekazy wirusowe o przełomowym znaczeniu będą coraz rzadsze – zauważa Shirky.

Powyższa tendencja wpływa na percepcję najrozmaitszych osób i organizacji w Sieci. Przykładowo badania z 2014 r. przeanalizowały zabiegi 257 organizacji ochrony praw człowieka o uwagę w mediach i Internecie. Ze względu na „sumę zerową uwagi publicznej”, większość organizacji zyskała niewielki medialny rozgłos. Główne wiadomości wyraźnie faworyzowały natomiast kilka większych instytucji, które dysponowały znaczniejszymi zasobami. To samo dzieje się w Sieci: organizacje konkurują ze sobą o uwagę odbiorców za pośrednictwem serwisów społecznościowych. W badanej grupie 10 proc. największych organizacji ochrony praw człowieka uzyskało 90 proc. wyświetleń w serwisie YouTube, 81 proc. polubień na Facebooku oraz 92 proc. obserwujących na Twitterze.

Jeżeli uważamy przekaz wirusowy za godne zaufania nowe narzędzie do mobilizacji mas, to znaczy to, że nie dostrzegamy, jak dalece jest on zjawiskiem przypadkowym. Kiedy bowiem pojawia się autentycznie wirusowa treść, zachowuje się ona jak dziwaczne, trudne do opanowania zjawisko pogodowe.

Z jakiego zatem źródła pochodzi większość powszechnie znanych i dostępnych informacji? Jak to się dzieje, że pewne treści sprawiające wrażenie wirusowych docierają do nas od różnych znajomych, poprzez różnorakie kanały komunikacji?

Badacze wykazują zgodnie, że większość treści w mediach społecznościowych pochodzi z mediów tradycyjnych. Pomimo triumfalizmu orędowników społeczeństwa Sieci i ich zapewnień o śmierci medialnego przemysłu, większość Amerykanów nadal czerpie przeważającą część aktualności wprost z mediów głównego nurtu. Stare nawyki trudno wykorzenić i, jak się okazuje, większość ludzi wraca wciąż do tych samych kilku źródeł informacji. Według raportu z badań American Press Institute z 2014 r., nawet obecnie 70 proc. Amerykanów na ogół pozyskuje informacje z telewizji, radia i mediów drukowanych. I nawet jeśli 21 proc. respondentów wymienia Internet jako główne źródło informacji, to zaledwie 2 proc. stwierdza, że media społecznościowe są najlepszym sposobem zdobywania aktualnych wiadomości. Ponadto, niezależnie, czy sięgamy do telewizji, strony internetowej, czy wpisów na Twitterze, w większości przypadków mamy nadal do czynienia raczej z przekazem typu „jeden-do-wielu”, niż z demokratycznym modelem „wiele-do-wielu”.

Potwierdzają to także dane na temat użytkowników mediów. Seth Flaxman z Uniwersytetu Carnegie Mellon oraz badacze z Microsoftu, Sharad Goel i Justin M. Rao, przez kilka miesięcy monitorowali zachowania 1,2 mln internautów. I okazało się, że 94 proc. z nich zdobywa aktualne wiadomości z „co najwyżej dwóch źródeł”, a prawie każda osoba bezpośrednio odwiedza strony serwisów informacyjnych. Stosunkowo niewiele osób natknęło się na aktualną wiadomość przekazaną przez innego użytkownika za pośrednictwem mediów społecznościowych. Pew Research Center odnotowało zaś, że dość rzadko docieramy do tego typu informacji za pośrednictwem Facebooka – najczęściej dzieje się tak jedynie „przy okazji”.

Jak zauważyli James G. Webster z Uniwersytetu Northwestern i Thomas B. Ksiazek z Uniwersytetu Villanova, skomplikowana ekonomia medialnej produkcji nadal wiąże się również z faktem, że pewne źródła informacji reprezentują znacznie wyższą jakość i pozostają atrakcyjne z przyczyn społecznych. Czytamy „New York Times”, „Weekly Standard” albo BuzzFeed nie tylko z powodu interesujących treści, lecz także dlatego, że stanowią wspólne odniesienie i łączą nas z innymi odbiorcami. Przeprowadzone przez Webstera i Ksiazka badania z 2012 r., opublikowane w „Journal of Communication”, przeanalizowały wzorce zachowań związanych z telewizją i Internetem, występujące w reprezentatywnej próbie amerykańskich gospodarstw domowych. Dane wskazują na zjawisko „utrzymywania się popularności” – większość ludzi wciąż sięga do tych samych treści i tych samych źródeł.

Dla internetowych publicystów i aktywistów walczących dzień w dzień o uwagę opinii publicznej, żadna z powyższych obserwacji nie jest czymś całkowicie nowym. Zdobycie zainteresowania w cyfrowym świecie wymaga dużo pracy i potu. Odciągnięcie uwagi odbiorców od dużych mediów pozostaje zadaniem wręcz ekstremalnie trudnym – być może trudniejszym, niż można było się spodziewać we wcześniejszych fazach rozwoju Internetu.

Wszystko to wskazuje na fakt, że często oceniamy Internet raczej na podstawie stosunkowo nielicznych przypadków sukcesu – kiedy demokratyzacja wydaje się funkcjonować – niż na podstawie milionów niepowodzeń. Tymczasem zjawisko przekazu wirusowego jest w świecie wirtualnym raczej wyjątkiem – regułę wyznaczają wielkie koncerny medialne oraz samotne głosy wołające w cyfrowym huraganie. Popularne wyobrażenia do tej pory nie dogoniły co i rusz pojawiających się badań rewidujących nasze opinie w tej kwestii.

Jednym z powodów, dla których jesteśmy tak bardzo zainteresowani poszukiwaniem odpowiedzi na pytanie, czemu coś staje się przekazem wirusowym, jest fakt, że chodzi o bardzo rzadkie zjawisko – podkreśla James Fowler, socjolog i badacz sieci z Uniwersytetu Kalifornijskiego w San Diego. Krytyka tego, że dotychczas badaliśmy to zagadnienie wyłącznie na podstawie sukcesów, zamiast zajmować się zarówno sukcesami, jak i niepowodzeniami, wydaje mi się uzasadniona.

John Wihbey
tłum. Krzysztof Kołek

Artykuł ukazał się pierwotnie 9 czerwca 2014 r. na łamach „Pacific Standard”. Tytuł został skrócony przez redakcję „Nowego Obywatela”.

Opowieść o prawdziwym Polaku

Opowieść o prawdziwym Polaku

„[…] ideał Polski wolnej, wielkiej, niepodległej i przede wszystkiem – świętej – wżarł się w jego serce […] głęboko i otoczył duszę jego zbroją słoneczną, jasną, […] trwałą i pewną […]” – z patosem o Stefanie Żeromskim pisał Władysław Pobóg-Malinowski[1]. Tak sportretowany został ktoś, kogo dziś zapewne nazwano by „lewakiem”. Współpracownik „anarchisty” Edwarda Abramowskiego. Człowiek ocierający się o agnostycyzm i masonerię. Publicysta, który bezlitośnie chłostał „dziadowską filozofię kruchty”…

Żeromski to wzór i problem zarazem. Wzór patriotyzmu żarliwego, konsekwentnego, gotowego do wyrzeczeń, gdy wymagała tego „sprawa polska”. Patriotyzmu całościowego, w którym ojczyzna nie zostaje sprowadzona do dowolnie wybranego elementu teraźniejszości lub przeszłości, lecz obejmuje Polskę z problemami i konfliktami społecznymi, z kulturą plebejską, z przyrodą i krajobrazem, z lewicą i prawicą, słowem ze wszystkim tym, co dzisiejsi patrioci celowo lub nieświadomie pomijają często w swoich wizjach i wezwaniach.

Problemem jest natomiast Żeromski, gdyż jego postawa i poglądy wymykają się wszelkim obecnym klasyfikacjom i schematom ideowym. Prawicę kole w oczy znaczna część jego biografii, nijak nie pasując do wzorca Polaka-konserwatysty-katolika, dziś traktowanego jako jedyny godny naśladowania. Żeromski jest bowiem przedstawicielem silnego ongiś – a dziś niemal nieobecnego w dyskursie publicznym – nurtu, którego adepci bazowali na mocno akcentowanej lewicowości, żądaniu radykalnych reform społecznych i bezpardonowej krytyce „pańskich i plebańskich” porządków, a jednocześnie słowem i czynem, nierzadko kosztem największych ofiar, dobitnie udowodnili, że choć serce mają po lewej stronie, to poczesne miejsce zajmuje w nim Polska.

Takim samym problemem jest Żeromski również dla dzisiejszej lewicy. Choć jego prospołeczne przekonania są powszechnie znane, a zasługi w propagowaniu i krzewieniu takich wartości – ogromne, to cała reszta jego dorobku nijak nie pasuje do obecnych lewicowców. Ani tych, którzy wychwalają PRL – bo Żeromski był konsekwentnym antykomunistą. Ani do „kawiorowej lewicy” i specjalistów od opłacalnego „marszu przez instytucje” – autor Przedwiośnia traktował lewicowość jako służbę i „okazję” raczej do wydatkowania własnego grosza (a miał go przez większość życia niewiele), niż do jego zarabiania. Ani do tych, którzy lewicowość pojmują jako słanie donosów do Brukseli i alarmowanie „europejskiej opinii publicznej” – takich Żeromski uznałby raczej za zdrajców, niż sojuszników ideowych. Ani do tych, którzy uważają, że tradycja stanowi balast zbędny w kosmopolitycznym świecie – twórca Popiołów był rozmiłowany w dziedzictwie kulturowym Polski, a jego kultywowanie traktował jako jeden z największych i oczywistych obowiązków. Ani do tych, którzy lewicowość sprowadzają do zajmowania się zachciankami kolejnych „mniejszości”.

Przypominanie o patriotyzmie Stefana Żeromskiego miałoby wiele z Bladaczkowego przekonywania, że „Słowacki wielkim poetą był”. Miałoby, gdyby właśnie nie to, że ów problem sprowadza się albo do szkolno-akademijnych banałów i sloganów, albo – świadomie lub nie – pomija wiele kluczowych postaw i faktów składających się na to wielowymiarowe zjawisko, jakim była jego żarliwa miłość wobec ojczyzny.

Wychowanie patriotyczne

Wychowano go w kulcie polskości. Ojciec, Wincenty, ubogi szlachcic, aktywnie wspierał powstanie styczniowe, toczące się tuż przed przyjściem potomka na świat. Z powodu kłopotów zdrowotnych żony nie brał bezpośredniego udziału w walkach, ale wspomagał polskich żołnierzy materialnie. W mizernym, dzierżawionym majątku w Strawczynie, kosztem sporej części posagu małżonki stworzył magazyn żywności i odzieży dla powstańców. Trafił za to na kilka miesięcy do więzienia, z trudem unikając zesłania na Sybir. W ramach represji stracił niemal cały majątek. Matka, Franciszka Józefa, była z kolei pasjonatką polskiej literatury, od dziecka zaszczepiając tę pasję synowi. „Urodzony […] w okresie załamania się czynu narodowowyzwoleńczego, w czasie wzmożonych represji carskich w stosunku do uczestników i sympatyków powstania, w szeregu których znajdował się jego ojciec, wielu krewnych i najbliższych znajomych, […] od dzieciństwa podlegał wpływom tych wypadków, żył w kręgu ich bolesnych wspomnień […]”[2].

Żeromski chłonął Polskę nie tylko jako symbol, mit i marzenie, lecz także rozmiłował się w niej namacalnie, w konkretnym krajobrazie. Okolice Ciekot – gdzie przeniosła się rodzina – a stopniowo coraz szerszy krąg Kielecczyzny, stały się kolejnym filarem jego patriotycznej pasji. Góry Świętokrzyskie z ich przyrodą i śladami dziedzictwa kulturowego były zarazem „małą ojczyzną”, jak i mitycznym, wyidealizowanym matecznikiem całej Polski. Tu miały początek krajoznawcze i „ekologiczne” pasje Żeromskiego, tu istniał wzorzec przestrzenno-kulturowej polskości. Wiele lat po opuszczeniu rodzinnych stron traktował macierzysty region jako ten, w którym bije serce tradycji. W Snobizmie i postępie przekonywał w 1922 r.: „Pragnąc odnaleźć idealnie polską […] gwarę – macierz, należałoby szukać jej nie na pograniczu, lecz właśnie w głębi, niejako w łonie macierzystego kraju. […] według mojego rozumienia, będzie to […] mniej więcej obszar gór i lasów świętokrzyskich”.

Wymownym hołdem dla rodzinnych stron była Puszcza jodłowa, napisana tuż przed śmiercią pisarza. Opatrzona dedykacją dla ojca polskiego krajoznawstwa – Aleksandra Janowskiego, stanowi jeden z najwcześniejszych i najbardziej dobitnych manifestów ochrony przyrody w Polsce. Bo ojczyzna, co Żeromski zrozumiał jako jeden z pierwszych, to nie tylko idea, kultura i symbole, ale także konkretny krajobraz, współkształtujący tożsamość narodu. We wspomnianym utworze wołał: „Żyj wiecznie, świątnico, ogrodzie lilij, serce lasów! Przeminęły nad tobą czasy złe […]. Lecz któż może wiedzieć, czy […] nie wyjdą znów drwale z siekierami, ażeby ściąć do korzenia macierz jodłową na podstawie nowego prawa, w interesie jakiegoś handlu lub czyjegoś niezbędnego zysku. Jakie bądź byłoby prawo, czyjekolwiek by było, do tych przyszłych barbarzyńców poprzez wszystkie czasy wołam z krzykiem: – Nie pozwalam! Puszcza królewska, książęca, biskupia, świętokrzyska, chłopska, ma zostać na wieki wieków, jako las nietykalny […]. Puszcza jest niczyja – nie moja ani twoja, ani nasza, jeno boża, święta!”.

Ten apel miał duży wpływ na utworzenie Świętokrzyskiego Parku Narodowego[3]. W podobnym duchu wypowiadał się Żeromski wielokrotnie o różnych miejscach kraju. Tak było choćby z Puszczą Kampinoską czy najwyższymi polskimi górami. „A gdy rozmowa zeszła na Tatry, okazał się żywym zwolennikiem zrodzonej wówczas idei utworzenia z Tatr Parku Narodowego. Okazał też gotowość poparcia swym tak ważkim głosem naszych zabiegów w tej sprawie” – wspominał prof. Walery Goetel[4]. To wszystko wynikało nie z jakichś anty-cywilizacyjnych ciągot, lecz ze zrozumienia, że krajobraz i przyroda stanowią o specyfice każdego kraju i mają istotny wpływ na kształtowanie przywiązania jego mieszkańców do ojczyzny. Nic dziwnego, że sposób, w jaki Żeromski opisywał przyrodę, uznawano wielokrotnie nie tylko za doskonały literacko i nacechowany znawstwem, ale także za wyraz ogromnej miłości pisarza do swego kraju.

Trzecim czynnikiem, który ukształtował patriotyzm Żeromskiego, był pobyt w kieleckim gimnazjum. Rozłączony z rodziną, pogrążony w żalu po zmarłej matce, przyszły pisarz miał szczęście trafić, pośród zrusyfikowanego i serwilistycznego otoczenia, na Antoniego Gustawa Bema. Ten nauczyciel, powiernik i pierwszy krytyk literackich prób Żeromskiego, miał znaczny wpływ na dalsze wychowanie młodzieńca w duchu wierności Polsce. Nie tylko podsuwał mu odpowiednie lektury i tępił rusycyzmy w pierwszych utworach, ale także inspirował do samodzielnego poznawania dorobku polskiej kultury. Żeromski z przyjaciółmi organizował nielegalne zajęcia samokształceniowe, opisane później w nieco krzywym zwierciadle w Syzyfowych pracach.

Polska wolna i solidarna

Poglądy Żeromskiego na „sprawę polską” wykrystalizowały się wcześnie, bo już w początkach studiów weterynaryjnych w Warszawie. Choć później modyfikował opinie w wielu kwestiach, pozostał wierny dwóm filarom, które ukształtowały się w tamtych latach. Jego postawa w sferze polityczno-ideowej cechowała się walką z programem pozytywistycznym, ugodowym i zachowawczym oraz z kosmopolityzmem i walką klas. Nawet gdy w późniejszych latach przychylał się do niektórych koncepcji tych obozów, zawsze zarzucał im jakieś „braki”. „Internacjonaliści” za słabo kochali Polskę, a „organicznicy” za mało wiary mieli w jej rychłe odrodzenie i zbyt ostrożnie chcieli ją reformować w prospołecznym duchu.

Związał się ze środowiskami młodzieży studenckiej, z których później narodził się słynny Zet. Gdy zaczęły one skręcać ku socjalizmowi, Żeromski z kilkoma kolegami próbował skierować je na drogę „sprawy polskiej”, ale bez powodzenia. W swoich dziennikach pisał wówczas: „Nie chcę pod żadnym pozorem nigdy należeć do walki klas, dlatego, że chcę walki narodu. Walki klas burzą w narodzie jedność, a ja chcę jedności, chcę zbierać do kupy rozstrzelone na tysiące kierunków nici, aby kłębkowi przypomnieć przyrodzoną naturze ludzkiej ideę: patriotyzm”. J. Kądziela pisze o tym okresie w życiu Żeromskiego tak: „[…] ich [robotników] ideologowie na plan pierwszy wysuwają rewolucję socjalną. [Natomiast wedle Żeromskiego] Dopiero w oswobodzonym państwie należy przystąpić do zmiany ustroju społecznego na zasadach równości i sprawiedliwości”[5].

Spierał się również z pozytywistami, wyznawcami „pracy organicznej” i „obrony biernej”. Pisał, że gdy oni widzą w Wielkopolsce rozwój polskich inicjatyw społeczno-gospodarczych, on dostrzega tam postępującą germanizację i konformizm wobec zaborcy. W dzienniku stwierdzał: „Naród żyje, tworzy, pracuje, sięga tam, «gdzie wzrok nie sięga» – wtedy jedynie, gdy w nim kipi żądza swobody, gdy go nurtuje od piwnic do poddaszy lawa miłości rodzinnej ziemi. W jarzmie się tylko zdycha. Przyprawcie pracy organicznej skrzydła, którymi niech leci do niepodległości – wtedy wam uwierzę. Bez nadziei wolnego jutra – jesteśmy żołnierzami, co to nie myślą być generałami”.

Jednak przyszły pisarz wojował również z opcją konserwatywną. Krytycznie oceniał postawę szlachty, ziemiaństwa i mieszczaństwa – zarzucał im konformizm, prywatę, materializm, tchórzostwo, mizerność uczuć patriotycznych oraz niechęć wobec reform społecznych, które mogłyby z Polską zespolić warstwy ludowe. „Utrwalał w pamięci narodu świetne tradycje mądrego i szlachetnego patriotyzmu, bezkompromisowy był jednak w tropieniu dziedzictwa zacofania i ucisku” – pisze H. Markiewicz[6]. Dlatego też poparł Zygmunta Miłkowskiego, znanego bardziej pod pseudonimem Teodora Tomasza Jeża. Gdy zainicjował on powołanie na emigracji Ligi Polskiej, trójzaborowej tajnej organizacji, Żeromski poparł ów projekt bez wahania.

Swoje zrobił zarówno program ugrupowania, jak i postać Jeża. Symbolizował on postawę romantyczną i solidarystyczną. Był ostatnim z wielkich działaczy Towarzystwa Demokratycznego Polskiego, które deklarowało czynną walkę o Polskę niepodległą i jednocześnie sprawiedliwą społecznie. Żeromski już wcześniej, wraz z grupą podobnie myślącej młodzieży, wystosował na jego ręce tzw. adres, czyli wyrazy uznania i szacunku za dotychczasową postawę. Przyszły pisarz notował w dzienniku: „[…] istnieje jeden tylko jeszcze człowiek, co domaga się od nas życia dla kraju. Jest nim Jeż. Reszta spoważniała, ubrawszy się w ordery, uszywszy sobie sztandar z napisem «praca organiczna» lub «obrona bierna», reszta się zasklepiła intelektualnie w służbie moskiewsko-austriacko-pruskiej”.

Włączył się w kolportaż broszury Jeża pt. Rzecz o obronie czynnej i o Skarbie Narodowym oraz dwutygodnika „Wolne Polskie Słowo”, ostro potępiających lojalizm wobec zaborców i kunktatorstwo części elit społecznych, a także postulujących utworzenie z dobrowolnych składek funduszu stanowiącego zaczyn budżetu odrodzonej Polski. Żeromski liczył, że na apel Jeża rodacy odpowiedzą entuzjastycznie. Jednak zbieranie składek na Skarb Narodowy nie szło wcale łatwo – z jednej strony przyczyną była bierność społeczna i konformizm, z drugiej coraz ostrzejsze podziały polityczne. Starsi byli pod wpływem pozytywistów-organiczników, młodzież zaś ulegała wpływom socjalistów. Sama Liga wkrótce ewoluowała w prawo, ku pierwocinom nacjonalizmu niechętnego postulatom egalitarnym i prospołecznym, co nie spotkało się z uznaniem Żeromskiego.

Kręte drogi, światełka w tunelu

W ówczesnej atmosferze czuł się osamotniony. Poczucie marazmu i braku nadziei dla Polski przerywały pojedyncze zdarzenia. Pasjonował się oporem unitów przeciwko rusyfikacji i podporządkowaniu Cerkwi, widząc w nich prawdziwych bohaterów sprawy narodowej. Ubolewał jednocześnie, że ludowi męczennicy z Podlasia zostali pozostawieni sami sobie – nie wspierała ich ani reszta Polski, ani miejscowa szlachta. Równie mocno ekscytowały go uroczystości związane z przeniesieniem trumny Adama Mickiewicza z Paryża do Krakowa. To właśnie Wieszcz – nie tylko jako poeta i twórca, ale także jego refleksje społeczno-polityczne – był dla Żeromskiego głównym wzorem przez wszystkie lata.

Zbliżył się do środowiska „Głosu”, które z jednej strony ewoluowało w kierunku wzbogacenia postulatów pracy organicznej o wątki egalitarne i prospołeczne oraz zwróciło się ku ludowi polskiemu, z drugiej natomiast z redakcji odeszli internacjonaliści. Z tymi ostatnimi Żeromski wadził się coraz mocniej – podczas pobytu w Szwajcarii spotkał się z Janem Wacławem Machajskim i dotychczasowa wielka przyjaźń z lat gimnazjalnych została mocno nadwątlona, gdy okazało się, że „Wacek” z pozycji patriotycznych przechodzi na coraz bardziej kosmopolityczne. Równie mocno pogłębił się dystans do ugodowców-konserwatystów. Żeromski podczas pobytu w Krakowie obserwował pogrzeb Pawła Popiela, z którego taką relację zdał w liście do narzeczonej: „Gdybyś tu była i widziała tę nagą głupotę, tę bezczelną podłość, to nadużycie słowa, tę pompę idiotów […] Dokoła nędza, głód, ciemnota – i ci w plugawych swoich kontuszach i oślich kitach. […] Ten wielki człowiek, którego dzisiaj chowano, ten wielki nad wyraz obywatel – był np. takim wrogiem oświaty, że sprzeciwił się założeniu szkoły w jego wsi. […] Ton żałoby jest ogólnym, że nawet ludzie uczciwi nie mogą się połapać. A może on co zrobił tak wielkiego? Dał kilkaset reńskich na restaurację kościoła Panny Marii, znał się osobiście z de Maistre’em i wynalazł «szlachetną denuncjację». Cóż za wyśmienita komedia!”.

W tamtym okresie coraz bliższy był „prawicowej” frakcji PPS-u, która stojąc na gruncie egalitaryzmu, mocniej jednak akcentowała odzyskanie niepodległości niż konieczność rewolucji socjalnej.

Książki, które uczą

Stwierdzenie, że autor Urody życia był wielkim pisarzem, budzi skojarzenia z pomnikami, laurkami, muzeami, akademiami i portretami. Ale dla Polaków z przełomu wieków XIX i XX znaczyło to coś zgoła innego. Jego utwory, wydawane w okresie szerzącego się zwątpienia i zapomnienia, na nowo postawiły w ostrym świetle pytania o kluczowe problemy związane z polskością. Zrobił dzięki nim dla sprawy niepodległości więcej niż niejedno prężne środowisko polityczno-propagandowe. Syzyfowe prace, Popioły, Echa leśne, Wierna rzeka, Rozdzióbią nas kruki, wrony…, Sułkowski, Duma o hetmanie – dziś brzmi to jak zestaw lektur obowiązkowych. Wystarczy jednak przywołać kilka wspomnień z epoki, żeby zrozumieć, jak wielką rolę odegrała twórczość Żeromskiego w promowaniu „sprawy polskiej”.

Zygmunt Zaremba, późniejszy znany działacz PPS, w swych wspomnieniach pisał, przyznając się pośrednio także do inspiracji „ideologią” pisarza: „Powieści historyczne, a wśród nich Żeromskiego Duma o hetmanie, Sułkowski, Popioły, Rozdzióbią nas kruki, wrony, wysublimowały uczucie więzi z własnym narodem. Ale codzienny patriotyzm otoczenia, bezsilny, płaczliwy i bezradny wobec rzeczywistości, wybuchający co najwyżej jękiem modlitwy: «Ojczyznę, wolność racz nam zwrócić, Panie», budził w nas tak samo głęboki sprzeciw jak jawna rezygnacja wobec zaborców, kryjąca się pod osłoną frazeologii pracy organicznej lub rzekomego internacjonalizmu”[7].

Maria Dąbrowska zaś wspominała: „Pamiętam, jak na Zjeździe Filarecji w Leodium powierzono mi napisanie odezwy niepodległościowej. Oczywiście motto biorę ze Słowa o bandosie Żeromskiego. […] A i cała odezwa pełna była stylu i ducha zaczerpniętego z tej książeczki «rozdrapującej rany – słowa są Żeromskiego – aby nie zarosły błoną podłości». Pamiętam wieczór, jeden – drugi – kilka wieczorów poświęconych Dumie o hetmanie”[8].

Nie tylko utwory historyczne oddziaływały w taki sposób. Tadeusz Boy-Żeleński pisał po śmierci Żeromskiego: „Pamiętam ten dreszcz, który przebiegł młodych, gdy pojawili się Ludzie bezdomni. Ten wallenrodyzm, który «szczęścia w domu nie znalazł, bo go nie było w ojczyźnie», ten sam, który w dziele Mickiewicza, obkuwanym […] przez zapleśniałych belfrów, dawno stał się martwą literą, tu nagle powstał żywy, spęczniały krwią serdeczną”[9]. Stanisław Posner dodawał: „Ludzie bezdomni. Dzisiejsze pokolenie nie rozumie, nie może rozumieć wrażenia, które uczyniła ta powieść. Nie była to tylko piękna, wspaniała książka. Była to Ewangelia, dosłownie «Zwiastowanie Dobrej Nowiny»!”[10].

Jerzy Zawieyski widział problem tak: „Ze śmiercią Żeromskiego starsze pokolenie straciło wodza. Starsi mówili i pisali: «wódz», «budziciel narodowego sumienia», często także «symbol Polski walczącej i niepodległej»”[11]. Zaś Julian Brun pisał: „Nie jest to wulgarna tendencyjność ani tania podszewka patriotyzmu, którą podszyta była bez mała cała literatura Polski trójzaborowej […]. Mamy tu do czynienia ze zrodzoną, wskutek utraty samoistności państwowej, osobliwą polską «metapolityką», tą samą, którą uprawiali nasi wielcy romantycy. […] Dzieła Żeromskiego, z bardzo nielicznymi wyjątkami, noszą na sobie tchnienie Dziadów i Ksiąg Pielgrzymstwa. Jest on «wieszczem narodowym» w pełnym znaczeniu tego romantycznego terminu”[12].

Z polskim ludem polska szlachta

„[…] ideologia [Żeromskiego] będzie […] mgławicowa w szczegółach i niepewna w zaleceniach praktycznych, ale całkowicie świadoma i zdecydowana w punktach zasadniczych. Zawsze na pierwszym miejscu – ojczyzna, Polska, niepodległość; w wolnej Polsce – lud wieśniaczy, wydźwignięty z dna ucisku i niedoli społecznej” – pisał Hutnikiewicz[13].

Takie wnioski płynęły z różnych lekcji życiowych i historycznych – z klęski powstania styczniowego, z obserwacji degrengolady moralnej i konformizmu szlachty i mieszczaństwa, z doświadczenia ogromnej nędzy wielkich rzesz Polaków, z zetknięcia się z obojętnością niższych warstw społeczeństwa na hasła patriotyczne, przyćmiewanych przez iście zwierzęcą egzystencję w walce o przetrwanie ekonomiczne. Aby zrzucić zaborcze jarzmo, należało wedle Żeromskiego pozyskać dla „sprawy polskiej” lud, gdyż tylko oparcie się w masach daje nadzieję na wygranie tej walki. Z kolei Polska niepodległa, odrodzona i silna, której już nikt nie rozszarpie na kawałki, zaistnieje tylko wtedy, gdy lud będzie w ojczyźnie gospodarzem, obywatelem i współuczestnikiem życia zbiorowego. Dlatego też odświeżał marzenie Zygmunta Krasińskiego o tym, że zdarzy się „Jeden tylko, jeden cud: z szlachtą polską – polski lud”.

Jednak w jego optyce to przede wszystkim szlachta, a raczej w ogóle elity społeczne winne są obojętności ludu czy wręcz jego niechęci wobec walki o wolną Polskę. Sponiewierany, lekceważony, wyzyskiwany, z oczywistych względów nie dawał się porwać przywódcom, nie wierzył im i nie stawał do boju. To właśnie na elitach spoczywało zadanie dokonania konkretnych przeobrażeń i nakreślenie takich wizji wolnej Polski, które przekonałyby lud do wspólnej sprawy. Tego właśnie od nich żądał, krytykując zarazem, jako oszustwo, taką wersję solidaryzmu społecznego, która służyła petryfikacji status quo, niekorzystnego dla ludu. Jedność narodowa nie miała być pojednaniem sytego z głodnym, w której ten drugi, mamiony wizjami niepodległości, miał siedzieć cicho i nie buntować się przeciwko wyzyskowi.

Choć Żeromski wojował głównie na kartach utworów, to nie ograniczał swoich zaleceń do innych. Oprócz powieści i nowel o tematyce poświęconej – mówiąc językiem PRL-owskich sloganów – „wyzwoleniu społecznemu i narodowemu”, brał udział w praktycznych inicjatywach, które przybliżały Polskę i jej lud do zakreślonych celów. Krytykując ciasną wizję „pracy organicznej”, rozumiał jednak, że Polska nie spadnie z nieba, lecz trzeba na nią solidnie zapracować. Wraz z podobnymi sobie – choćby silnie inspirującym go Edwardem Abramowskim – dokonał syntezy romantycznej „bojowości” z pozytywistyczną „pracą u podstaw”.

Pod koniec XIX w. autor Popiołów był już silnie związany ze środowiskiem lewicy niepodległościowej. W 1898 r. brał udział w pracach Towarzystwa Pomocy Więźniom Politycznym. Mieszkanie pisarza nie raz było miejscem konspiracyjnych zebrań, służyło też za schronienie emisariuszom rozwożącym po kraju „bibułę” – bywali tu m.in. Józef Piłsudski i Stanisław Wojciechowski. „Na przemian to «Ziuk», to «Edmund» zjawiał się […] ze swoją walizką […] zawierającą […] «Robotnika»” – wspominał pisarz. Nic dziwnego, że szybko stał się przedmiotem zainteresowania Ochrany. W grudniu 1899 r. oraz jesienią 1900 r. przeżył nocne rewizje i aresztowanie.

Pod koniec 1903 r. opuścił zabór rosyjski i osiadł w Zakopanem. Tam nasiliły się jego kontakty ze środowiskiem lewicowo-patriotycznym. Najpierw z „anarchistą” Edwardem Abramowskim, który wywarł ogromny wpływ na światopogląd pisarza. Jego wizja łącząca niepodległość z ograniczeniem roli państwa i rozwojem oddolnej samorządności, a także nacisk kładziony na wysokie wymagania etyczne, „rewolucję moralną”, na zawsze zainspirowały Żeromskiego.

Drugi znamienny epizod to dla odmiany współpraca z „państwowcem” Piłsudskim. Na kilka miesięcy przed walkami roku 1905 przybył on do Zakopanego, głosząc konieczność tworzenia zalążka regularnych polskich sił zbrojnych. Pisarz wspominał: „W małej izdebce […] Józef Piłsudski zażądał ode mnie, bym wraz z kilkoma osobami podpisał odezwę, wzywającą cały naród do składania ofiar pieniężnych na broń dla armii, której zawiązki będą tworzone […]”. Przyszły Marszałek poprosił też Żeromskiego, aby ten zjednał dla idei Stanisława Wyspiańskiego. Pisarz odniósł sukces – Wyspiański podarował na rzecz inicjatywy litografię z obrazem Matki Boskiej Częstochowskiej i poetycki Hymn Veni Creator, Narodu Śpiew; popularna odbitka tegoż, rozprowadzana po rublu w nakładzie 100 tys. egz., miała przynieść fundusze na działalność. „Gdy […] zdałem dokładną sprawę z tego […] usłyszałem mocny, iście żołnierski śmiech spiskowców. To oni, «frakcja rewolucyjna», mieli w wielkich masach przemycać do Królestwa Matkę Boską Częstochowską” – pisał autor Wiernej rzeki.

„Burzliwe lata 1904-1906 to dla Żeromskiego przede wszystkim czas odrodzenia nadziei na niepodległość Polski. Echa leśne, które PPS rozpowszechnia w kalendarzu robotniczym na rok 1905, można czytać nie tylko jako nawiązanie do tradycji walki powstańczej, ale także jako opowieść o sile polskości” – pisze A. Zdanowicz[14]. Z kolei Hutnikiewicz stwierdza, że „ostentacyjnie manifestowany niepodległościowy i solidarystyczny charakter programu pepeesowskiego […] okazał się szczególnie pociągający”[15] dla pisarza.

Okres rewolucji roku 1905 to apogeum społecznego zaangażowania Żeromskiego. Latem brał udział w zakopiańskich zebraniach PPS, ale wkrótce wrócił do Kongresówki – w Nałęczowie, gdzie był „matecznik” jego żony Oktawii, rzucił się w wir pracy w duchu zarazem Abramowskiego i Piłsudskiego. W ramach pracy u podstaw zorganizował tajną polską szkołę we własnym domu, prowadził wieczorowe kursy dokształcające i uniwersytet ludowy, znaczną część dochodów z Dziejów grzechu przeznaczył na budowę przedszkola dla dzieci chłopskich, jeździł z odczytami po okolicy. Ze stolicy ściągał raz w tygodniu prelegentów, którzy nauczali tłum chłopów z okolicznych wiosek na konspiracyjnych zebraniach w starej szopie. Pomagał w działalności teatru amatorskiego, który wystawiał utwory patriotyczne. W Warszawie wraz z m.in. Abramowskim i Wojciechowskim założył tygodnik „Społem”, poświęcony propagowaniu spółdzielczości; Żeromski był pomysłodawcą tytułu pisma.

Z kolei w ramach czynnego oporu organizował demonstracje. Podczas jednej z nich, 1 września, „Gromił ugodę i słabość, nawoływał do ofiarnego czynu. Przypominał, że masy pracujące robotnicze i chłopskie – są narodem, a poza tym narodem pozostanie tylko garstka zdrajców i zaprzańców” – wspominał J. Krzesławski[16]. Choć opowiadał się wówczas po stronie PPS, to jego wysiłkom i autorytetowi zawdzięczano fakt, że demonstracje organizowali wspólnie socjaliści i Narodowa Demokracja. Jak wspominał K. Dulęba, na wiecu w Lublinie Żeromski argumentował, że „Polska [tylko] w zgodnym działaniu utrwalić może swój byt niepodległy”[17].

Gdy jesienią warszawscy robotnicy zaczęli strajk, pisarz wszedł w skład komitetu zbierającego fundusze dla ich rodzin. „W rewolucyjnych latach Stefan Żeromski […], sam chory na płuca i wbrew zakazowi lekarza, chodził błotnistymi uliczkami Mokotowa po suterenach i poddaszach, roznosząc zapomogi strajkowe” – pisze W. Giełżyński[18]. W roku 1906 nawiązał współpracę z Polskim Związkiem Ludowym – organizacją niepodległościową o radykalnym programie społecznym, odwołującą się do mas chłopskich. W jego domu był punkt kontaktowy kolportażu nielegalnych wydawnictw tego ugrupowania. Równie bliskie związki miał z PPS – do tego stopnia, że carscy agenci byli przekonani, iż jest wysoko postawionym działaczem tej partii.

Po klęsce rewolucji nastały represje. Sam Żeromski został aresztowany jesienią 1908 r. Zwolnienie zawdzięczał ciężkiej chorobie – władze carskie obawiały się oburzenia zagranicznej opinii publicznej, gdyby znany pisarz zmarł w więzieniu. Po uwolnieniu, „W jego tece autorskiej leżał nie drukowany jeszcze rękopis. Mógł go sprzedać, dostać poważny fundusz tak potrzebny mu w chwili, gdy trzeba było kraj opuścić i iść na emigrację. Żeromski jednak nie zawahał się rękopisu Słowa o bandosie ofiarować Towarzystwu Pomocy dla Więźniów Politycznych” – wspominała S. Sempołowska[19].

Fiasko rewolucji przyniosło zmianę światopoglądu i postaw pisarza. Mierziła go atmosfera – nihilizm i hedonizm elit, obojętność na sprawę polską. Ale stracił wiarę także w „bojowców”. Wpływ na to miał m.in. niedawny rozłam w PPS oraz tzw. sprawa Brzozowskiego – pisarz, przekonany o niewinności autora Legendy Młodej Polski, dostrzegł destrukcyjny wpływ partyjnych identyfikacji oraz konspiracyjnych realiów na jedność i morale elit wspólnoty narodowej. Nadal bliskie były mu ideały lewicowo-patriotyczne, ale drogi jego i „fraków” Piłsudskiego rozchodziły się coraz bardziej. Oni atakowali go za domniemane związki z masonerią, za obraz rewolucjonistów nakreślony w Róży, za pełne niuansów, „niemęskie” przesłanie ówczesnych utworów. „Fiaskiem zakończyły się próby uczynienia z Żeromskiego działacza politycznego (rozumianego jako skuteczny człowiek czynu) – rodzi się myśliciel-publicysta, pisarz niepodległy i praktyk służby społecznej” – podsumowuje ten okres A. Lubaszewska[20].

Gdy jednak zaświtało znów światełko niepodległości, odłożył wątpliwości na bok. Brał udział w słynnym zjeździe zakopiańskim w 1912 r., gdzie utworzono Polski Skarb Wojskowy i Komisję Tymczasową Skonfederowanych Stronnictw Niepodległościowych.

Między Piłsudskim a Dmowskim

Mimo rozdźwięków między nim a „frakami”, niepodległościowa lewica Piłsudskiego była swego rodzaju naturalnym środowiskiem Żeromskiego. Nic dziwnego, że po wybuchu I wojny światowej pisarz złożył akces do Legionów. W liście do Łopalewskiego pisał: „Stawiłem się u komendanta Piłsudskiego, a on polecił mi jechać do Kielc”. Ale tu nastąpił nieoczekiwany zwrot akcji. „Nie dojechałem do Kielc, gdyż po drodze zepsuł się automobil […]. Zresztą, dowiedziawszy się o treści i wyczytawszy tekst przysięgi, już się tak do tych Kielc nie kwapiłem” – to cytat z kolejnego listu do tego samego adresata. Żeromskiego oburzyło, że polskie wojsko ma przysięgać wierność cesarzowi austriackiemu.

Przełknął jednak i tę gorzką pigułkę. Stefan Żeromski, wedle Karty Wojskowej Polskiego Legionu Zachodniego (nr 7366), został jako „urzędnik wojskowy w randze oficera Legionu XI rangi przydzielony do Departamentu Wojskowego Naczelnego Komitetu Narodowego”. Z Krakowa bezskutecznie usiłował dwukrotnie przedostać się do jednostki w Piotrkowie, gdzie skierowano go do tworzonego właśnie zaplecza propagandowego I Brygady. Po ewakuacji Krakowa dotarł via Wrocław do Zakopanego. Zetknięcie się po drodze z żołnierzami niemieckimi sprawiło, że diametralnie zmienił przekonania – uderzyło go instrumentalne traktowanie polskich sił zbrojnych i obietnic składanych Polakom. Tak zakończyło się poparcie dla koncepcji obozu piłsudczykowskiego.

Pisarz zaczął dawać temu wyraz, co o mało nie skończyło się deportacją ze stolicy polskich Tatr – jako obywatel rosyjski, w dodatku wyrażający się nieprzychylnie o polityce państw centralnych, za to dobrze o Francji, znalazł się w kręgu wrogów istniejącego porządku jako „moskalofil” (sic!). Przed zesłaniem do obozu internowanych uchronił go – zasugerowany przez przyjaciół – akces do zakopiańskiej ekspozytury NKN-u. Zajmował się tam kwestiami gospodarczymi, pomocą ubogim i ofiarom wojny, stanowczo jednak odmawiał publicznego poparcia działań Piłsudskiego.

Zbliżył się natomiast do… endecji. Był to szok dla wielu jego ówczesnych przyjaciół i znajomych, do dziś przyczyny tego zwrotu stanowią dla biografów pisarza zagadkę, otwierając pole do popisu spekulacjom. Część możliwych przyczyn tej reorientacji już wskazałem. Inne to przekonanie, że sojusz z opcją „germańską” jest niekorzystny. „Nie chciał iść na współpracę z państwami sprzymierzonymi. Przewidywał od początku te konflikty i niebezpieczeństwa współdziałania z Austrią i z Niemcami, które ujawniły się dopiero w następnych latach. Stawiał w swym programie politycznym bezkompromisowo postulat Polski całej i zjednoczonej z Poznańskiem, Śląskiem i Pomorzem”[21]. Do zmiany stanowiska nie przekonała go nawet długa rozmowa z Piłsudskim we wrześniu 1916 r. Natomiast Dmowski twierdził po latach – w rozmowie z Wacławem Borowym – że poparcie Żeromskiego dla wizji endecji było, jakżeby inaczej, efektem tarć w łonie masonerii…

Należy tu jednak poczynić istotne zastrzeżenie. Żeromski zbliżył się do endecji na gruncie podobnej oceny sytuacji geopolitycznej, a ułatwił to dokonany w czasie wojny pewien skręt w lewo Narodowej Demokracji w kwestiach społeczno-ekonomicznych. Choć współpraca incydentalnie miała miejsce także po wojnie, to pisarz ubolewał już w roku 1919, że ów skręt był krótkotrwały, a stronnictwo Romana Dmowskiego zajęło znów pozycje „najczarniejszej reakcji”. Autor Ludzi bezdomnych pozostał bowiem wierny prospołecznym ideałom i dawał im wyraz także podczas wojny. W Zakopanem współtworzył oddział Towarzystwa Szkół Ludowych oraz założył 10 obwoźnych bibliotek dla ludu. Był inicjatorem stowarzyszenia Podhalańskie Warsztaty Pracy, które na zasadach spółdzielczych miało organizować działalność lokalnych wytwórców. Zapraszał znane postacie z odczytami dla społeczeństwa. Brał udział w pracach Komitetu Pomocy dla Litwy.

Okres ten zakończył się w wymowny sposób. Pisarz, pogrążony w żałobie po śmierci syna Adama, na prośbę licznych znajomych z różnych opcji politycznych, stanął na początku października 1918 r. na czele Rzeczypospolitej Zakopiańskiej. Było to lokalne ciało mające przejąć władzę nad regionem i przekazać ją w ręce centralnego rządu polskiego, gdy ten powstanie. Żeromski stał się więc „prezydentem” Zakopanego i okolic. W stolicy Tatr odebrał ślubowanie od przedstawicieli lokalnych instytucji i różnych grup społecznych. „Zaprzysiągłem uroczyście wojsko, policję, szpiclów, gminę, pocztę i telegraf na wierność nowemu państwu, a nawet prowadziłem wojnę o odzyskanie wsi Głodówka i Sucha Góra od inwazji czeskiej” – pisał w liście do Łopalewskiego.

Przemawiając z okazji przysięgi na zakopiańskim rynku, Żeromski mówił: „Ten akt, przy którym los szczęśliwy daje mi być obecnym, poczytuję za dostojną chwilę życia. Wierzę gorąco, że jest to zarazem akt najwyższej sprawiedliwości. Polska bowiem – to będzie sprawiedliwość. Ona to otrze łzy ubogim, poniszczy barłogi nędzy, osadzi synów naszej Ojczyzny na roli […]. Niedaleka jest chwila, gdy nasz sejm konstytucyjny w Warszawie stanie na gruzach caratu i Germanii, ujmie w ręce naszą władzę i wyda najwyższe prawo. Radujmy się, obywatele, że i nam, w małym naszym świecie, przypadło w udziale przyczynianie się do wielkiego szczęścia Ojczyzny, do spełnienia tego cudu, na który patrzymy szczęśliwymi oczyma, cudu wskrzeszenia Polski”.

Gdy do Zakopanego dotarły wieści o ukonstytuowaniu się rządu lubelskiego, o silnym rysie prospołecznym, jeden ze współpracowników Żeromskiego powiedział z gniewem: „Parobki od gnoju chcą nami rządzić”. Pisarz miał odpowiedzieć: „Jeżeli będą dobrze rządzić, będziemy ich słuchać”.

Wielka Polska

Odrodzona ojczyzna stanowiła ucieleśnienie wieloletnich marzeń. Nie było więc obojętne, jaki kształt terytorialny miała przybrać. Pisarz mocno zaangażował się w akcję na rzecz przyłączenia spornych ziem do Polski. W maju i czerwcu 1920 r., wraz z J. Kasprowiczem i W. Kozickim, wziął udział w akcji plebiscytowej na Warmii, Mazurach i Powiślu. Odwiedzili m.in. Grudziądz, Prabuty, Iławę, Kwidzyn, Sztum i Malbork, przemawiając tam na wiecach i spotykając się z przedstawicielami komisji czuwającej nad przygotowaniami do głosowania. Pisał do prasy ogólnopolskiej reportaże z tego wyjazdu, apelując o wsparcie dla „żywiołu polskiego” i kończąc jeden z nich słowami: „Biada nam po tysiąckroć, jeśli w tej straszliwej godzinie nie okażemy się narodem świadomym swego celu i sensu swego życia […] jeśli teraz opuścimy Mazurów i zaprzedamy w niemiecką niewolę braci spod Kwidzyna i Sztumu”. Krytykował PPS za zbyt słabą jego zdaniem agitację patriotyczną wśród robotników tych terenów. Wraz z towarzyszami podróży wydał odezwę: „Brońmy Polski piastowskiej! Brońmy granic zachodnich! Śląsk potrzebny nam jest dla ciała, Pomorze – dla duszy, bez której ciało więdnie i zamiera. Poniechanie tej obrony, choćby najmniejsze uszczuplenie tych granic, oznacza otwarcie bram tak wielkich, tak szerokich jak te granice, bram, którymi nie przesączać, ale przewalać się będzie zalew, mający prędzej czy później pochłonąć nas na zawsze”.

Latem 1920 r., „Pragnąc ze wszech sił przyczynić się do wyniszczenia złego, stali mieszkańcy Pomorza i czasowo bawiący tutaj przybysze z kraju związali się na wiecu w Gdyni w nieprzerwanie działające Towarzystwo Przyjaciół Pomorza” – relacjonował pisarz, będący jednym z twórców inicjatywy. Jego staraniem pod auspicjami TPP zorganizowano m.in. konferencję propagandową w Warszawie 24 maja 1921 r. Nie zaniedbywał przy tym innych regionów. Pod koniec roku 1920 wydał odezwę pt. Niech żyje ziemia Spiska!, podkreślając polskość tego obszaru. Należy jednak dodać, że patriotyzm Żeromskiego nie miał nic wspólnego z teoriami o „czystości etnicznej”. Wkrótce znalazł się wśród sygnatariuszy apelu z poparciem dla wybitnego historyka, prof. Szymona Aszkenazego, któremu odmówiono katedry na Uniwersytecie Warszawskim m.in. z powodu nagonki „narodowców” na jego żydowskie pochodzenie.

Przełamując niechęć wobec „Ziuka”, udał się w tym okresie do Belwederu. „Piłsudski przygotowywał wówczas uderzenie na wschód. Żeromski całym sercem zwracał się ku kresom zachodnim, w stronę Pomorza, Warmii, Prus, Śląska. […] Pozwolił sobie zwrócić uwagę Piłsudskiemu na ogromne znaczenie Prus Wschodnich i zaproponować wzmożenie działalności propagandowej, mającej na celu odzyskanie ich drogą plebiscytu. Piłsudski […] potraktował […] sprawę lekceważąco i szorstko […] oświadczył, że gwiżdże sobie na kresy zachodnie. Żeromski odpowiedział równie ostro i wyszedł z Belwederu trzasnąwszy drzwiami”[22]. Gdy Polacy zdobyli Kijów, czemu towarzyszył zgodny chór zachwytów większości opcji politycznych, po Warszawie krążył cierpki komentarz Żeromskiego: „Przydałoby się mniej Te Deum, a więcej oleum”.

Nie zmienia to faktu, że w obliczu najazdu bolszewickiego, gdy w sierpniu 1920 r. Sowieci dotarli pod Warszawę, wrócił z Wybrzeża do stolicy, a po „cudzie nad Wisłą” wyruszył w ramach propagandowej akcji na niedawne pola bitewne, by dla prasy przygotować reportaże. Wtedy to powstał słynny tekst Na probostwie w Wyszkowie, opisujący pobyt w niedawnej siedzibie „rządu polskiego” Juliana Marchlewskiego, Feliksa Dzierżyńskiego i Feliksa Kona. „Któż to byli ci trzej goście, którzy w tych izbach mienili się rządem polskim? Czy ich lud polski wybrał, czy ich ktokolwiek na tej ziemi mianował? Lud polski czy naród polski […] nie naznaczał żadnego z nich na godność, którą sobie przybrali. Naznaczeni zostali […] w obcym kraju, w swym zespole, w swej partii. Jako takich można by ich nazywać tylko komisarzami w znaczeniu, jakiego ten wyraz nabrał w opinii ludowej polskiej podczas długoletniej działalności komisarzy […] za poprzedniej inwazji carów moskiewskich na ziemię polską” – pisał.

Ale dobitnemu potępieniu bolszewickich uzurpacji i zdrady narodu towarzyszyły gorzkie słowa. Dwa lata niepodległości Żeromski podsumował jako zaniechanie reform prospołecznych i wysiłków na rzecz uczynienia Polski sprawiedliwą. Bieda, zacofanie i brak perspektyw są takie same, jakie były, a wszelkie próby zmiany tego stanu rzeczy – torpedowane. Tymczasem – wzywał pisarz – „nie możemy dopuścić do tego, żeby pokonanie Czerwonej Armii na polu bitwy w obronie granic naszej ojczyzny, w obronie naszego ludu zjednoczonego w szczep jednojęzyczny, nierozdzielny, nierozerwalny, wieczyście samowładny, w obronie naszej mowy i wolności stanowienia praw własną wolą i dla samych siebie – stało się tryumfem warstwy bogaczów, panów, posiedzicieli […]”.

Nie chodziło przy tym wyłącznie o to, iż Żeromski po raz kolejny zadeklarował poparcie dla idei lewicowych. „W dobie, gdy młode rycerstwo polskie szło po nocy w bój z Warszawy, w Warszawie paskarz najspokojniej podnosił cenę chleba…” – pisał z goryczą. Jego zdaniem, wojna polsko-bolszewicka udowodniła dobitnie, iż Polska ma oparcie przede wszystkim w warstwach ludowych – to one, nie mając w ojczyźnie niemal nic, sponiewierane i pogrążone w nędzy, stanęły murem w godzinie najwyższej próby. „Ta sama krew ofiarna i na zawsze dla nas święta, co wytrysła na polu bitwy pod Warszawą z serca bohatera narodu, księdza Skorupki, płynęła strugą z ran bezimiennych polskich żołnierzy, bezrolnych chłopów. Musimy teraz na tę krew się powoływać, wzywając naród polski do wielkich społecznych reform, albowiem ci rycerze za przyszłość Polski polegli”.

Działalność publiczna pozostawiła również trwałe ślady w jego twórczości. Jeszcze w czasie wojny, wiosną 1918 r. ukazał się szkic pt. Wisła. Ten krótki hymn na cześć królowej polskich rzek spina klamrą przeszłość ojczyzny z jej – jak wierzy Żeromski – znakomitą przyszłością: „Podjęte znowu zostanie dzieło Wielkiego Kazimierza” oraz „Ujmie nareszcie brzegi wiślane plemię w jedno zrośnięte”. Rok 1922 przyniósł natomiast Wiatr od morza, a 1923 – Międzymorze. Oba utwory poświęcone są tematyce pomorskiej, łącząc poetyckie refleksje, popularyzatorską faktografię, ludowe legendy i wyrazy zachwytu nad ziemią, która „wróciła do Macierzy”. Te prace Żeromskiego były zarówno wyrazem jego zainteresowań i fascynacji, zrodzonych w połowie drugiej dekady stulecia, jak również świadomym zamysłem, który miał zwrócić uwagę opinii publicznej na ten „świeży” skrawek Polski i jego znaczenie dla bytu narodowego.

Za Wiatr od morza otrzymał w 1924 r. Państwową Nagrodę Literacką. Był to zarazem dowód uznania, jak i próba osłodzenia goryczy po przegranej batalii o Nagrodę Nobla – panowało wówczas przekonanie, trudno orzec, na ile uzasadnione, że literacki Nobel przypadł Reymontowi, nie zaś Żeromskiemu, ponieważ Wiatr od morza szwedzcy jurorzy uznali za „antygermański”. Jan Lorentowicz tak wspominał reakcję pisarza na wieść o uhonorowaniu go przez czynniki oficjalne: „Wielkie jak groch łzy spadać poczęły po zmęczonych i schorzałych policzkach. Nie powiedział ani słowa. Wstał, porwał mnie w ramiona i bardzo głęboko uścisnął…”[23].

Tematyce pomorskiej wierny był do końca. W roku 1925, kilka miesięcy przed śmiercią, napisał na potrzeby zbioru Pisarze polscy kresom zachodnim krótki tekst Port w Gdyni. Przekonywał w nim: „Powiedzą mi, oczywiście, iż to nie sprawa i zadanie poetów – porty budować. Lecz trzeba ten port, jego obraz, jego niezbędną konieczność, jego narodowe widziadło, w duszach ludzkich wykuwać, ryć w sercach, ciosać w granicie woli. Trzeba otoczyć to dzieło pospólną miłością. Trzeba je za dnia i w nocy budować wszystkimi ziemiami i całym narodem”.

Do pracy, rodacy!

„Złączyć w naród to zbiorowisko ludzkie […], dźwigać z ruiny zamarłe życie, […] ocalić i podeprzeć skutecznie wciąż niepewne i chwiejące się ściany domu ojczyzny – oto kolosalne zadanie […]. Pisarz o tak czujnie napiętym sumieniu obywatelskim jak Żeromski nie mógł nie pojąć i nie usłuchać tego naglącego wezwania” – pisał biograf[24]. Autor Popiołów, mimo nie najmłodszego już wieku, a przede wszystkim wciąż nękających go poważnych kłopotów zdrowotnych, dosłownie rzucił się w wir odbudowy niepodległego państwa.

Jeszcze przed wyjazdem z Zakopanego był jednym z twórców Podhalańskiego Oddziału Polskiego Towarzystwa Krajoznawczego. Taką właśnie działalność uznał bowiem za jeden z istotnych kroków ku Polsce zjednoczonej i przenikniętej duchem patriotyzmu.

Pisał, popierał, apelował. Ale jakże różniło się to od „listów otwartych” dzisiejszych, pożal się Boże, „lewicowych intelektualistów”… Żeromski w listopadzie 1919 r. – trwa wówczas wojna polsko-bolszewicka – publikuje odezwę pt. O odzież ciepłą dla żołnierza, w której apeluje o czynny odzew na prowadzoną zbiórkę ubrań dla wojska. „Skaut polski, młodzieniec, w którego nieskażonym sercu zamknięta jest Polska przyszła, istotna, wywalczona przez bohaterów i wyśpiewana przez poetów, przyjdzie w poselstwie od żołnierzy do drzwi obywateli – po ciepłą odzież. W progu nędzarzy nic pewnie nie użebrze, z izb inteligencji zawodowej wyniesie przedostatnią koszulę. Toteż niech ten poseł od skostniałych żołnierzy w zimnym polu kołace do drzwi bogaczów, niech w nie wali, jak groźny, pozywający zwiastun, niech nie błaga, lecz żąda, niech patrzy z grozą w zimne oczy i niech tym spojrzeniem sięga do kamiennego serca” – grzmiał w „Kurierze Warszawskim” i wielu innych pismach. Dziwna poetyka apelu? Wcale nie dziwna, tu chodziło bowiem o Polskę ledwo co odzyskaną, a znowu zagrożoną, chodziło o wielki zbiorowy obowiązek!

Rok 1922 przyniósł inny apel pisarza. Powstało wówczas towarzystwo pomocy ociemniałym Latarnia. Żeromski wzywał społeczeństwo do datków dla niewidomych inwalidów wojennych. Będąc wówczas sławnym pisarzem, pełnił funkcję skarbnika w tej organizacji, osobiście prowadząc ewidencję składek i wypłacanych zapomóg. Pod koniec roku 1923 sygnował natomiast apel o wsparcie finansowe dla zagrożonej upadkiem Biblioteki Publicznej m. st. Warszawy.

Z kolei w roku 1924 opublikował odezwę w sprawie kasy im. Mianowskiego. Kłopoty tej instytucji, założonej w 1881 r. dla dofinansowania badań i rozwoju polskiej nauki, pozbawionej majątku na mocy ukazu carskiego, skłoniły pisarza do apelu o wsparcie, a jednocześnie do refleksji na temat postaw społecznych w odrodzonej Polsce. Ubolewał nad egoizmem warstw posiadających, które nurzają się w luksusowej konsumpcji, zaniedbując obowiązki publiczne. Ci posiadacze „najwspanialszych europejskich lub amerykańskich automobilów”, za nic mają rozwój polskiej myśli naukowej i technicznej. A przecież, „W wolnym państwie polskim nauka nie może być wyżebrana, podpatrzona, przemycana, musi być polska. […] Posiadamy instytucję temu właśnie celowi służącą, założoną w mrokach niewoli przez ojców czcigodnych i przekazaną nam, którzy żyjemy w słońcu bezgranicznej, złotej wolności. I dziś oto ta właśnie instytucja – nie posiada dostatecznych środków. Ratujmy! Wspierajmy! Stwórzmy na nowo Kasę imienia Mianowskiego!”.

W tych wszystkich wypowiedziach zbiegały się dwie tendencje. Z jednej strony, pisarz domagał się od państwa aktywnej polityki prospołecznej. Z drugiej jednak, rozumiał, że niemożliwe, aby młode, słabe państwo sprostało wszystkim potrzebom, jak również sytuacja takowa byłaby moralnie wątpliwa. Polska to bowiem nie jest bezosobowe ciało, lecz wspólnota żywych i aktywnych ludzi. Mają oni prawo oczekiwać od państwa pomocy, ale także obowiązek osobiście angażować się w wielkie dzieło odbudowy. Taką wymowę miał jego głośny tekst Drożyzna i Zamoyszczyzna. Prezentował w nim, jako wzór osobowy, hrabiego Władysława Zamoyskiego, znanego społecznika i filantropa. Przywołując jego anegdotycznie skromne życie, zestawione dla kontrastu z prymitywną konsumpcją warstw posiadających powojennej Polski, Żeromski pisał: „Zamiast wyrzucać pieniądze na stroje i zabawy, należałoby zaprawdę, choć groszami, wesprzeć narodowe lotnictwo, marynarkę, naukę, muzykę, malarstwo, rzeźbę, teatr, a nawet tę najostatniejszą z ostatnich, literaturę […]”.

Co z tą Polską?

Nie można uczciwie opisać stosunku Żeromskiego do niepodległości Polski bez przywołania rozczarowania, jakie pisarz wyrażał obserwując przebieg wydarzeń. Projektował wizje wolnej ojczyzny jako kraju, który będzie matką wszystkich swoich córek i synów – czynił tak w powieściach, w tekstach publicystycznych, obiecywał to na wiecach w Zakopanem i na Pomorzu. Wierzył, że niepodległa Polska stanie się krajem sprawiedliwym społecznie, a poprawa sytuacji niższych warstw pozwoli oprzeć dopiero odzyskaną i kruchą państwowość na milionach silnych barków.

Stało się inaczej. „Żeromski przyglądał się i przysłuchiwał uważnie wszystkiemu, co się w biednej Polsce działo. A to, co widział, napełniało go smutkiem i boleścią serdeczną”[25]. Młode państwo zderzyło się z rozlicznymi trudnościami. Trzeba tu podkreślić, że autor Ludzi bezdomnych nie domagał się cudów, rozumiał kłopoty i konieczność długich, mozolnych przeobrażeń. Ale jednocześnie oczekiwał konkretów. Tymczasem władze państwowe, stronnictwa polityczne i warstwy posiadające robiły niewiele lub zgoła nic, a sporo zamierzeń było niszczonych w zalążku (jak choćby radykalna reforma rolna, której pisarz był wielkim zwolennikiem). Na takim tle zrodził się gromki protest Żeromskiego – protest wyrażający wierność wieloletnim przekonaniom, że Polska musi być zarazem wolna i sprawiedliwa. I tak, jak nie zadowalał się żadnymi kompromisami w kwestii niepodległości, tak też nie godził się, by zaniechano reform społecznych.

Marzył o Polsce, w której „gospodarzyć będzie lud, a praca stanie się najwyższą miarą ludzkiej wartości”[26]. W Snobizmie i postępie przekonywał, że „Polska nie dla tego powstała, żeby w niej stara nędza, jak za czasów najeźdźców, nadaremnie krwawe łzy lała. Polska nie dla tego powstała, żeby dygnitarz cywilny czy wojskowy, pędząc w automobilu, obryzgiwał dziadów i żebraków, wtulonych w każdy kąt, w każde załamanie muru stolicy państwa. Polska nie dla tego powstała, żeby w jej granicach miała swe rozpostarcie burżuazyjna fabryka paskarstw, szwindlów i oszustw. Polska odrodziła się z krwi i pracy męczenników po to, żeby na miejscu, gdzie stała ciemnica niewoli, rozpostarło się najjaśniejsze pracowisko postępu”.

Cieszył się każdym osiągnięciem – od budowy portu w Gdyni po „nasze własne lokomotywy z fabryk chrzanowskich”. Ale wciąż było to za mało, zbyt powoli, tak niewiele zrobiono dla najbardziej potrzebujących, nadal panoszyły się nędza, głód, brak pracy, beznadzieja. A co gorsza, taki rozwój sytuacji groził przetrwaniu ciężko wywalczonej ojczyzny. Rzeczywistość generowała bowiem wrzenie społeczne, które mogło popchnąć kraj na ślepe tory. W Początku świata pracy, żarliwym manifeście „narodowego syndykalizmu”, silnie inspirowanego Sorelem, Żeromski grzmiał na progu niepodległości: „Teraz już wyjścia nie ma. Nie pomogą wybiegi i matactwa reakcji. Nic nie pomoże! Albo sprawa pójdzie krzywym łukiem rewolucji, o której nikt a nikt nic nie wie, dokąd ona zajdzie – albo […] szlakiem cięciwy, zabiegnięcia rewolucji […]. W przypadku […] rewolucji, zniszczone zostaną skarby kultury i sztuki, które są w naszym posiadaniu, lać się będzie krew i rozpasze się chamstwo biednego, stratowanego człowieka […]”.

Obawiał się takiego rozwoju sytuacji, jak w Rosji, jeśli nie zostaną dokonane gruntowne reformy społeczne. Rewolucja zniszczy w ojczyźnie dziedzictwo przeszłości i wydatnie obniży poziom kultury, a z destabilizacji mogą skorzystać wrogowie Polski, dokonując bądź to kolejnego jej rozbioru między siebie, bądź anektując zrewoltowane ziemie do „Kraju Rad”. Ostrzeżeniem przed rewolucją i wołaniem o zmiany społeczne, było Przedwiośnie, ostatni z wielkich utworów pisarza. Obrazy zdziczenia podczas rewolucji bolszewickiej, idea „szklanych domów”, iście turpistyczne odmalowanie nędzy w wolnej Polsce, przyłączenie się Baryki do komunistycznego pochodu na Belweder – za tymi literackimi wizjami krył się rozpaczliwy krzyk Żeromskiego, chcącego poruszyć serca decydentów i zmobilizować opinię publiczną.

Ale niewielu zrozumiało tę powieść tak, jak oczekiwał pisarz. Na głowę schorowanego, starego człowieka spadły gromy. Odebrano książkę jako atak na Polskę, krytykanctwo, podburzanie do rewolucji, promocję komunizmu… Mało kto widział w niej wołanie o „trzeci cud” (po odzyskaniu niepodległości i odparciu najazdu bolszewickiego), czyli stworzenie Polski sprawiedliwej społecznie i nowoczesnej, dokonane na drodze reform i dzięki wspólnej pracy całego narodu. Spora część opinii publicznej uczyniła z Żeromskiego wręcz bolszewika. To nieporozumienie zostało wsparte przychylnymi ocenami powieści ze strony skrajnej lewicy oraz radzieckiej krytyki literackiej. Sowiecka „Prawda” z aprobatą przyjęła zawarty w Przedwiośniu opis „Polski panów”. Jeden z komentatorów uznał książkę wręcz za „wyraźną pochwałę komunizmu i rewolucji proletariackiej”. W efekcie doszło do „[…] nie spotykanej jeszcze nagonki, która poprzez Przedwiośnie mierzy otwarcie w osobę samego autora. Pole dyskusji […] opanowują niemal wyłącznie namiętni przeciwnicy powieści”[27]. Żeromski czuł się bardzo dotknięty, był przygnębiony obrotem spraw. Uważał, że na tak absurdalne zarzuty nie sposób odpowiadać.

Jednak w lutym 1925 r., na osiem miesięcy przed tym, nim serce pisarza zabiło po raz ostatni, przerwał milczenie. W artykule „W odpowiedzi Arcybaszewowi i innym” złożył wymowną deklarację: „[…] oświadczam krótko, iż nigdy nie byłem zwolennikiem rewolucji […], a w Przedwiośniu najdobitniej potępiłem rzezie i kaźnie bolszewickie. Nikogo nie wzywałem na drogę komunizmu, lecz za pomocą tego utworu literackiego usiłowałem, o ile to jest możliwe, zabiec drogę komunizmowi, ostrzec, przerazić, odstraszyć. Chciałem […] wezwać do stworzenia wielkich, wzniosłych, najczyściej polskich, z ducha naszego wyrastających idei, dokoła których skupiłaby się zwartym obozem młodzież, dziś pchająca się do więzień, ażeby w nich gnić i cierpieć za obcy komunizm. […] Nie zrozumiano ohydy, okropności, tragedii pochodu na Belweder – sceny, przy której pisaniu serce mi się łamało. Koroną moich usiłowań stały się pochwalne artykuły w pismach moskiewskich, głoszące, iż przyłączyłem się do komunistów […]. Nie, panowie władcy Moskwy, i panowie sympatycy władców Moskwy. Sprawa «nie ma tak dobrze». Zawsze, wciąż, dawniej i teraz mówię to samo, iż tutaj w Polsce musimy wypracować, stworzyć, wydźwignąć, wdrożyć w życie idee, które by przewyższyły moskiewskie, które by dały naprawdę i w sposób mądry ziemię i dom bezrolnym i bezdomnym, które by wydźwignęły naszą świętą, wywalczoną ojczyznę na wyżynę świata, gdzie jest jej miejsce”.

Remigiusz Okraska

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w piśmie „Czterdzieści i cztery. Magazyn apokaliptyczny” nr 1/2008. Przypominamy go z okazji niedawnej 150. rocznicy urodzin Stefana Żeromskiego.

[1] Władysław Pobóg-Malinowski, Stefan Żeromski. Życie i twórczość, nakładem Księgarni Wilhelma Zukerkandla, Złoczów 1929, s. 67.

[2] Irena Tułodziecka, Działalność i poglądy społeczno-oświatowe Stefana Żeromskiego oraz ich odbicie w twórczości pisarza, Państwowe Zakłady Wydawnictw Szkolnych, Warszawa 1970, s. 31.

[3] W rocznicę śmierci Żeromskiego powołano w roku 1926 Komitet Obrony Puszczy Jodłowej, żądający utworzenia Parku Narodowego im. Stefana Żeromskiego. Podobny postulat dwa lata później sformułowała Państwowa Rada Ochrony Przyrody. Utwór Żeromskiego nie tylko sprawił, że wielu członków elit społeczno-kulturalnych było przekonanych, iż ochrona tego obszaru jest konieczna, ale także za oczywiste uznawano, że park narodowy powinien nosić imię pisarza. Zob. Jerzy Ćmak, Historia utworzenia Świętokrzyskiego Parku Narodowego, http://www.swietokrzyskipn.org.pl/monografia_historia_spn.html

[4] Walery Goetel, Wspomnienia o Żeromskim, w: Wspomnienia o Stefanie Żeromskim, zebrał Stanisław Eile, Czytelnik, Warszawa 1961, s. 119.

[5] Jerzy Kądziela, Młodość Stefana Żeromskiego, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1976, s. 255.

[6] Henryk Markiewicz, O twórczości Żeromskiego – rozważania rocznicowe, w: tegoż, W kręgu Żeromskiego. Rozprawy i szkice historycznoliterackie, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1977, s. 15.

[7] Zygmunt Zaremba, Wspomnienia. Pokolenie przełomu, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1983, s. 137.

[8] Maria Dąbrowska, Wspomnienie o Żeromskim, w: Wspomnienia o Stefanie…, op. cit., s. 347.

[9] Cyt. za: Artur Hutnikiewicz, Żeromski, Państwowe Wydawnictwo Naukowe, Warszawa 1987, s. 76-77.

[10] Cyt. za: Stefan Żeromski. Kalendarz życia i twórczości, oprac. S. Eile i S. Kasztelowicz, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1976, wyd. II poprawione, s. 207.

[11] Jerzy Zawieyski, Żeromski mojego pokolenia, w: Wspomnienia o Stefanie…, op. cit., s. 355.

[12] Julian Brun, Stefana Żeromskiego tragedia pomyłek, „Książka i Wiedza”, Warszawa 1958, s. 17.

[13] A. Hutnikiewicz, op. cit, s. 48.

[14] Anna Zdanowicz, Metafizyka i życie społeczne. Stefan Żeromski wobec problemów współczesności, Biblioteka Narodowa, Warszawa 2005, s. 178.

[15] A. Hutnikiewicz, op. cit., s. 88.

[16] Cyt. za: Stefan Żeromski. Kalendarz…, op. cit., s. 268-269.

[17] Ibidem, s. 269.

[18] Wojciech Giełżyński, Budowanie Niepodległej, Instytut Literacki, Paryż 1985, Biblioteka „Kultury”, t. 410, s. 107.

[19] Stefania Sempołowska, Ze wspomnień osobistych o Stefanie Żeromskim, w: Wspomnienia o Stefanie…, op. cit., s. 100-101.

[20] Antonina Lubaszewska, Wstęp, w: Stefan Żeromski, Snobizm i postęp oraz inne utwory publicystyczne, Universitas, Kraków 2003, s. 22.

[21] Hanna Mortkowicz-Olczakowa, O Stefanie Żeromskim. Ze wspomnień i dokumentów, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1964, s. 280-281.

[22] Ibidem, s. 282-283.

[23] Cyt. za: Stefan Żeromski. Kalendarz…, op. cit., s. 563.

[24] Artur Hutnikiewicz, Stefan Żeromski, Wiedza Powszechna, Warszawa 1964, s. 139.

[25] W. Pobóg-Malinowski, Stefan…, op. cit., s. 244.

[26] Jan Zygmunt Jakubowski, Stefan Żeromski. Życie i dzieło, Państwowe Zakłady Wydawnictw Szkolnych, Warszawa 1964, s. 62.

[27] Stanisław Eile, Legenda Żeromskiego. Recepcja twórczości pisarza w latach 1892-1926, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1965, s. 272.

Matki Polki zęby w ścianie

Matki Polki zęby w ścianie

Latem tego roku media informowały o trudnej sytuacji myślenickich szwaczek, pracujących dla firmy Trend Fashion, która szyje dla Vistuli. Ponieważ pracownice od siedmiu lat nie dostały podwyżek, w połowie lipca na dwie godziny odeszły od maszyn. Kobiety pracujące na akord i zarabiające po 1300 złotych chciały jednego grosza więcej na „normominucie”, co w skali miesiąca dałoby im 100 złotych więcej. Zaraz po strajku firma zwolniła siedem osób. Taki trend.

W szwalni pracuje 250 kobiet, część z nich od dwóch-trzech dekad. Jak donosił „Dziennik Polski”, przed laty zakład był własnością Vistuli, lecz został „outsourcingowany”. Autor tekstu w „DP” przytaczał wypowiedzi pracownic i pracowników: „Kiedy byłam młoda miałam większą wypłatę, niż teraz”, „Przyszła ta granica, za którą ludzie czują, że nie mogą dać z siebie więcej”, „Pomimo umów o pracę jesteśmy pełni obaw o swoje emerytury, bo wiemy, że pracodawca nie płaci składek do ZUS”, „Trzynasty rok pracuję bez urlopu w lecie i mimo, że nie mamy przerwy urlopowej to jeszcze mamy pracujące soboty. Bez klimatyzacji, w temperaturze 38 stopni Celsjusza, a trzeba pamiętać, że są także stanowiska gorsze, przy żelazku i parze”. A jedna ze zwolnionych kobiet po kilku tygodniach poszukiwań pracy w okolicach Myślenic stwierdza, że „przeżywa kolejny szok, tym razem wywołany warunkami, jakie oferują pracodawcy i tym, co słyszy od ludzi, np. że o wypłatę nieraz trzeba się prosić”. W rezultacie chciałaby wrócić tam, skąd ją zwolniono…

Teraz konieczny przeskok. Pod koniec października w Płocku odbędzie się I Ogólnopolskie Forum Chrześcijańskie. Jego hasłem przewodnim będzie „ekonomia sumienia”. Brzmi świetnie. Na stronie internetowej wydarzenia znaleźć można skład panelistów. Mamy tam dr. Tadeusza Wasilewskiego, lekarza specjalistę z dziedziny położnictwa i ginekologii, mamy dr. Henryka Siodmoka, prezesa zarządu w Grupie Atlas. Jest również dobry na (prawie) każdą okazję Roman Kluska oraz Tomasz Sztreker, prezes Polskiej Akademii Biznesu. Wśród prelegentów nie zabraknie Marka Rogalskiego, analityka walutowego, a także Marka Zubera, „znanego i lubianego” eksperta ekonomicznego. Na deser mamy księdza Przemysława Króla SAC, który „w swej pracy naukowej stara się poznać zawiłości moralne podatków” oraz siostrę Małgorzatę Chmielewską z prelekcją o pięknym, poetycko-charytatywnym tytule „Posuńmy się na ławce życia”.

Nasuwa się pytanie, kto na forum poświęconym „ekonomii sumienia” reprezentuje słabo i średnio zarabiających pracowników najemnych. Bo przedstawicieli i rzeczników kapitału, także całkiem sporego, nie brakuje. Kto reprezentuje jednak wyzyskiwanych Polki i Polaków? Kto poruszy zagadnienia dotyczące sumienia w takich sprawach jak prawa pracownicze, notabene dość często wspominane w nauczaniu Papieża Franciszka? A mówiąc wprost: kto reprezentować będzie myślenickie szwaczki, wśród których zapewne znajduje się niejedna, tak miła sercom wielu katolickich publicystów, Matka Polka? Może – nie wprost – Marek Zuber z wykładem „Sumienie a chciwość”? A może ginekolog dr Wasilewski? Nasuwa się odpowiedź dość oczywista: nikt. Ale to byłoby zbyt proste…

Otóż (uboższym) światem pracy najemnej zajmuje się na tej konferencji siostra Chmielewska. Świat pracy może bowiem wystąpić na forum poświęconym (kapitalistycznej) ekonomii (neokolonialnego) sumienia tylko jako adresat działań charytatywnych. Działalność charytatywna to ta forma aktywności, która coraz częściej przejmuje i kontroluje sferę poczynań i wyobrażeń związanych z uboższymi Polakami. Chodzi o proceder dobrowolnego przekazywania przez osoby indywidualne, sektor prywatny i państwowy pewnej (relatywnie niewielkiej) części zasobów na protezy socjalne dla różnie definiowanych grup potrzebujących. Tyle w rzeczywistości oznacza wskazanie pod adresem reprezentantów świata kapitału: „posuńmy się na ławce życia”. Jeszcze dobitniejszym przykładem tej strategii jest ideologia i działalność ks. Stryczka, znanego jako organizator „Szlachetnej Paczki”.

Interesującą analizę strategii charytatywnych na przykładzie tej akcji i towarzyszącej jej ideowej otoczki przedstawiła socjolożka dr Katarzyna Górniak w artykule „Pułapki szlachetnej paczki” na łamach aktualnego numeru pisma „Kontakt”. Jak stwierdza autorka: „Charakterystyczną dla tego typu działań jest ich akcyjność, a tym samym doraźność. Tym samym przekonanie jej twórcy, ks. Jacka Stryczka, że paczka, którą otrzymują osoby biedne, ma stanowić punkt zwrotny w procesie wychodzenia z biedy, pobudzać do zmiany, być szansą na nowe życie, jest z założenia błędne, a w konsekwencji też szkodliwe […]. Pomoc staje się instrumentem dyscyplinowania – paczka daje prawo do formułowania wymagań i oczekiwań. Problem polega na tym, że osoba biedna nie będzie w stanie się z tych zobowiązań wywiązać, bo zawartość paczki nie znosi tego, co ją naprawdę ogranicza i hamuje, nie dotyka przyczyn, a jedynie dotkliwych skutków sytuacji biedy”.

Dodajmy do tego chętnie powtarzane przez ks. Stryczka zawołanie: jeszcze więcej wolności dla przedsiębiorców. Bez najmniejszej refleksji nad tym, że w naszych warunkach to „jeszcze więcej wolności” oznacza na ogół uwolnienie się od większości zobowiązań wobec nisko opłacanych pracowników. Bez namysłu nad tym, że brak efektywnej redystrybucji środków publicznych czyni życie w Polsce coraz mniej znośnym nie tylko dla biednych i najbiedniejszych. Trudno przy okazji ustrzec się przed myślą, że obecne realia czynią wielu specjalistów od filantropii beneficjentami status quo, zatem mają oni swój interes w tym, by promować obowiązujący model społeczno-gospodarczy. Jedni są od wyzyskiwania, drudzy od tego, by zarządzać dobrymi serduszkami, współczującymi wyzyskiwanym. Ba, trafiają się przecież także współczujący wyzyskiwacze oraz politycy (współpracujący z wyzyskiwaczami). W Polsce w pewnych kręgach nazywa się to – zdaje się – „wrażliwością społeczną”. A w efekcie, w myśl specyficznie rozumianej chrześcijańskiej ekonomii sumienia, jedynym prawem nisko i średnio zarabiających pracownic i pracowników staje się bycie przedmiotem charytatywnej działalności posiadaczy kapitału. Ni mniej, ni więcej. Jest to zarazem jedyne (i jedynie słuszne) remedium na atrofię i bylejakość polityki społecznej, systemów zabezpieczeń socjalnych, na proces zwijania państwa i jego infrastruktury publicznej, na zdziczenie rynku pracy.

Nie jest to jedynie problem polskiego katolicyzmu, wyjałowionego dziś niemal kompletnie z systemowej myśli solidarystycznej. Podporządkowanie polityki społecznej i świata pracy logice „charytatywy” jest bardzo dobrze widziane przez elity polityczne i gospodarcze. A być może jest to już nowy konsensus społeczny. Skoro w kolejce do lekarza Polka i Polak czekają niemal trzy miesiące, skoro znacznie zmniejszono zakres większości usług publicznych, niweluje się egalitaryzujący charakter edukacji, skoro komunikacja zbiorowa jest w odwrocie, a struktura zarobków i nasz system podatkowy skutecznie wzmacniają procesy rozwarstwienia, wykluczenia i trendy emigracyjne, to jedyną szansą na godne życie jest „cud charytatywy” i wygrana w radiowym konkursie „z dużymi nagrodami pieniężnymi”.

Może właśnie Tobie, Matko Polko z Myślenic, ktoś zrobi nieco miejsca na ławeczce życia: Twoje pociechy dostaną darmową wyprawkę, Twój domowy budżet zasili kwota z balu charytatywnego, może Twój mąż wygra kilka tysięcy wysyłając sms-y. Na tyle możesz liczyć, bo poza tym czeka Cię głodowa pensja, zwolnienie w razie desperackiej próby protestu, niepewność jutra w miejscu, gdzie miałaś pecha urodzić się, chodzić do szkoły i na randki, poznać męża, spłodzić dziecko/dzieci, spędzać życie w poczuciu prowincjonalnej beznadziei. Oczywiście, Matko Polko, Ojcze Polaku, możecie też wyjechać z kraju. A co będzie z waszą rodziną? Z waszym związkiem (nie)sakramentalnym? Co z waszym popędem seksualnym, instynktem macierzyńskim i ojcowskim na obczyźnie? Z waszą tęsknotą? To już naprawdę nie jest tak istotne, jeśli akurat nie wam przydarzył się „cud charytatywy”. Zresztą cud na ogół bardzo krótkotrwały i obliczony raczej na krótkoterminowy efekt niż długofalową efektywność.

Najpewniej zatem, jeśli nie zadowalają cię efekty ekonomii sumienia po polsku, ściągniesz rodzinę za granicę. Albo tutaj będziesz żyć w desperacji, licząc, że los się musi odmienić. Ale jako przedmiot działalności charytatywnej powinnaś/powinieneś liczyć się z tym, że twoja szansa najpewniej nigdy nie nadejdzie. Zawsze może być za to jeszcze gorzej, bo grasz w swoistą rosyjską ruletkę: filantropom zarządzającym charytatywnymi protezami socjalnymi może coś się nie spodobać w Twojej (roszczeniowej) mimice i „proszalnym CV”. Jeden zły grymas twarzy – może oznaka dyskomfortu z powodu zgiętych pokornie pleców i przypochlebnego uśmiechu – albo po prostu czyjś kaprys, ewentualnie „nieuniknione cięcia”, a zostaniesz z tym, co masz. A i to być może ci odbiorą.

Forum poświęcone ekonomii sumienia jest symptomatycznym przykładem totalnej dysproporcji między kapitałem a światem pracy w rodzimych realiach społeczno-gospodarczych. Niewiele liczą się w nim już prawa pracownicze czy refleksja nad relacją zarobków do sposobów życia i strategii przetrwania w takim świecie jak nasz. Mało istotne są zagadnienia związane z przełożeniem polityk społecznych na jakość i komfort funkcjonowania szerokich grup społecznych, szczególnie tych, które znajdują się niżej w piramidzie ekonomicznej neokolonialnego kapitalizmu. To, co jest w polu zainteresowania etyki biznesu, dyktuje sam biznes. Im większy – tym więcej ma do powiedzenia. Stąd, moim zdaniem, gdy zwykły człowiek widzi na ekranie kuszące do okolicznościowego współczucia damy z wielkich medialnych fundacji, wyfraczonych konserwatywnych liberałów z towarzystw biznesowych i entuzjastycznie młodzieżowego Jurka Owsiaka, powinien mocno zacisnąć rękę na portfelu, a oszczędzony w ten sposób grosz oddać żebrakowi.

Oglądamy, jak sądzę, dopiero preludium sukcesów charytatywnych strategii, nastawionych w znacznej mierze na profity (jeśli nie materialne, to choćby wizerunkowe) z obrotu dużymi pieniędzmi, przeznaczonymi m.in. dla pracujących ubogich. Znakomitym przykładem logiki tego specyficznego biznesu są bajońskie kwoty przeznaczane przez fundacje dobroczynne na marketing. Dodajmy, że często pieniądze, którymi ów biznes obraca lub które przekazuje potrzebującym, nie pochodzą z zysku wypracowanego przez filantropów. Pozyskiwane są od setek tysięcy ludzi, którzy z własnej, nierzadko skromnej puli zarobków przeznaczają pieniądze na wsparcie innych – poruszeni czyjąś tragedią, kierowani poczuciem moralnego obowiązku, ale także przekonani, że tylko taka forma pomocy uboższym/dotkniętym wypadkami losowymi ma sens.

Problem polega na tym, że triumf charytatywy to droga do dalszego rozwarstwienia, wykluczenia kulturowego i ekonomicznego, do faktycznego zdjęcia odpowiedzialności ze społeczeństwa i państwa za procesy zachodzące w Polsce. Oczywiście, hasło „Posuńmy się na ławce życia” wielu przypadnie do gustu: wszak chodzi w nim o gest niezobowiązująco dobrowolny, gdy „podatki to złodziejstwo”. Pomija ono jednak najistotniejszy fakt. Otóż ludzie, których kapitalistyczne serduszka ma poruszać, nie siedzą na ogół z nikim na ławce, lecz zajmują wygodne miejsca w fotelach pierwszej klasy samolotów i pociągów, w ekskluzywnych klubach, restauracjach, w inteligentnych biurowcach, z których nadzorują i obserwują milionowe i miliardowe transakcje, itd. Dawno już nie ma żadnej wspólnej ławki: są osobne sektory dla VIP-ów, dla wąskiej klasy średniej, dla szerokiej klasy jako tako wiążących koniec z końcem, dla pracujących ubogich i dla tych, co żyją poniżej progu nędzy. Nowe warstwy posiadające mogą co prawda raz po raz rzucać ludowi pieniądze, ale ten model funkcjonowania cofa nas właściwie do epoki przedfeudalnej, do czasów, gdy wąska warstwa posiadaczy miała plebsowi do zaoferowania darmowe zboże, igrzyska i (źle maskowaną) pogardę. Być może w naszej post-chrześcijańskiej kulturze charytatywy tej pogardy wyrażanej wprost jest mniej – zastępuje ją obojętność albo przekonanie, że panujący porządek jest naturalny i dany przez Boga. I że w imię walki z socjalizmem należy zostawić pracownika z tym jednym prawem – ewentualnej możliwości skorzystania z czyjejś łaski.

Gdyby mnie ktoś zapytał, jak wyobrażam sobie pomnik symbolizujący niesprawiedliwość współczesnej Polski, odpowiedziałbym, że powinien to być wysoki postument – a na nim Matki Polki Zęby w Ścianie. Oto pomnik godny nie tylko losu myślenickich szwaczek. To pomnik dla wszystkich, którym ekonomia braku sumienia rodzimego kapitalizmu odmawia stu złotych podwyżki miesięcznie, a fatalny rynek pracy nie daje żadnej alternatywy poza emigracją (do wielkiego miasta lub za granicę) albo – jak bywa – prostytucją. Przecież powrót porno-biznesu do centrów miast po kryzysie finansowym nie wziął się znikąd, lecz z narastającej dysproporcji między tymi, co mają jeszcze więcej, a rosnącą grupą tych, których pracy nikt nie chce. Dla większości znanych mi z rodzimego podwórka moralistów i moralizatorów sprawa ta jest jednak mocno nieoczywista.

Ale niech się szwaczki nie trapią: zawsze znajdzie się ktoś, kto zachęci prezesa Trend Fashion, by posunął się na ławce życia. To musi bardzo wielu kobietom (i mężczyznom) dziś w Polsce wystarczyć: zamiast godnej pracy i godziwej zapłaty – ten szlachetny gest i świąteczna paczka od dobrodziejów.

Nie musieliśmy zaczynać od zera

Nie musieliśmy zaczynać od zera

Misterna konstrukcja propagandowa, przedstawiająca III RP jako niebywały sukces, chwieje się w posadach wraz z kolejnymi danymi napływającymi z przeróżnych stron, pokazującymi jak „sukces” ten wygląda naprawdę. Środowiska broniące kształtu przemian dzielnie znoszą wszystkie te ciosy, stosując różne rodzaje gard i uników, a czasem, gdy nadarza się okazja, same wyprowadzając uderzenie – oczywiście zawsze poniżej pasa. „Po stylu walki ich poznacie” wypadałoby powiedzieć. Nie inaczej było z raportem o stanie majątku obywateli różnych państw, zaserwowanym nam przez bank Credit Suisse. Upokarzające dla III RP dane, mówiące, że Polacy są wielokrotnie biedniejsi od obywateli wszystkich bez mała krajów zachodniej Europy (np. od wcale nie najbogatszych Włochów, bagatela, 10-krotnie), obrońcy transformacji sygnowanej podpisami Sachsa i Sorosa z właściwą sobie swadą zbyli argumentami mówiącymi, że my bogacimy się dopiero od 25 lat, a narody z Zachodu już od dawien dawna (oczywiście o mających podobną historię i niemal dwukrotnie bogatszych od nas Czechach się nie zająknęli). Nie należy przecież zapominać, że w czasach całkiem niedawno upadłego peerelowskiego ancien régime Polacy mieli zablokowaną drogę bogacenia się i ekonomicznego rozwoju. Inaczej mówiąc, wśród zwolenników leczenia gospodarki szokiem istnieje szeroki konsens, dający się sprowadzić do tezy, według której w czasach PRL w miejscu, w którym obecnie znajduje się Polska, zionęła czarna dziura lub co najwyżej leżało odłogiem ubite klepisko, na którym tylko cudem jakimś egzystowały miliony ludzi. Dopiero po 1989 r. ruszyła tu w miarę normalna działalność gospodarcza, więc nie ma co się dziwić, że statystyczny Polak jest biedny jak mysz kościelna. Nie pozostaje nam więc nic innego, jak tylko wciąż zaciskając zęby i pas harować w pocie i znoju, gonić niezmordowanie narody Zachodu w wolnorynkowym wyścigu i mieszkając w wysłużonych kawalerkach cieszyć się z comiesięcznego wpływu „tysiąca pińcet”, z którego musi nam jeszcze wystarczyć na zakup najnowszego poradnika pt. „Trzeba się bić”, w którym szaman przemian Leszek B. powie nam, jak żyć.

Teza mówiąca, że w 1989 r. Polacy musieli de facto zaczynać od zera, nie tylko łatwo wpada w ucho – jest też szalenie wygodna, gdyż w polskich warunkach w zasadzie zabezpiecza przed jakąkolwiek krytyką przemian. Każdy, kto chciałby z tak postawioną tezą polemizować, musi przecież zacząć w pewien sposób bronić dorobku PRL, a na to raczej nikt nie ma specjalnej ochoty. Raz, że był to reżim delikatnie mówiąc mało przyjemny, a dwa, że łatwo wtedy narazić się na łatkę ignoranta wzdychającego z sentymentem za mitologizowanymi w niektórych wąskich kręgach czasami Gierka. Jako że mnie akurat przydzielane mi łatki średnio obchodzą (zależnie od środowiska, jestem określany faszystą i katolem lub socjalistą i lewakiem), a w zasadzie to nawet powoli zaczynają cieszyć (stając się hobby na kształt zbierania znaczków), ochoczo wejdę w buty adwokata diabła, by obejrzeć z bliska to wielkie zero, z którym rzekomo musieliśmy się zmierzyć przed 25 laty.

W sukurs przyjdą mi dane Angusa Maddisona, brytyjskiego eksperta od liczenia ujednoliconego PKB dla różnych krajów świata na przestrzeni wieków, w drobnym stopniu dopełnione szacunkami Aleksandra Pińskiego, przedstawionymi przez niego na Obserwatorze Finansowym. Obraz, który się z nich wyłania, dla niektórych może być dosyć zaskakujący. Okazuje się, że, patrząc z perspektywy PKB, PRL nie był wcale pasmem gospodarczych katastrof. Wręcz przeciwnie – na tle III RP wypada nie najgorzej. W 1947 r., a więc w momencie rozpoczęcia wdrażania pierwszego planu odbudowy kraju po wojnie (tzw. Plan Trzyletni), PKB na głowę mieszkańca wynosiło 1390 dolarów międzynarodowych (jednostka służąca do porównywania PKB w różnych krajach). 25 lat później PKB per capita wynosiło już 5010 dolarów. A więc wzrósł on ponad 3,5-krotnie. W 1989 r. wynosił on 5684 dolarów na głowę, a w 2014 roku 12062. Czyli przez 25 lat III RP także wyraźnie wzrósł, ale już jedynie ponad dwukrotnie. A więc produkt krajowy brutto w pierwszym ćwierćwieczu wspaniale transformowanej III RP rósł dużo wolniej niż w pierwszym ćwierćwieczu istnienia nad Wisłą czarnej dziury, z której tak bohatersko wyciągali nas Balcerowicz i spółka. Oczywiście rycerze transformacji zawsze mogą stwierdzić, że odbudowa ze zgliszcz wojennych musi przynieść na papierze spektakularne wyniki, więc nic dziwnego, że PRL notował lepszy wzrost. Ale na to można odpowiedzieć co najmniej dwoma argumentami. Po pierwsze, przecież według oficjalnej wykładni również po 1989 r. odbudowywaliśmy kraj ze zgliszcz (które definitywnie wymagały błyskawicznej terapii szokowej). A skoro tak, wyniki III RP powinny być równie znakomite. Po drugie, przytoczone dane pokazują PKB na głowę mieszkańca. A w okresie powojennym liczba mieszkańców Polski błyskawicznie rosła – w 1947 było ich około 24 mln, a w 1972 już ponad 33 – co spowodowało, że osiągnięcie wzrostu PKB per capita było tym trudniejsze. Tymczasem według GUS w okresie 1989-2013 liczba ludności nad Wisłą utrzymuje się na poziomie około 38 mln. A więc PKB dla całego kraju rósł w latach 1947-1972 nieporównywalnie szybciej niż w okresie 1989-2014. Słowem, z przytoczonych tu danych wynika, że w powojennym ćwierćwieczu musiał być wytwarzany całkiem znaczący majątek. Nawet jeśli nie miał on charakteru takiego jak dziś (czyli głównie konsumpcyjnego) i należał formalnie do wszystkich, a nie do poszczególnych właścicieli, to z zerem nie miał nic wspólnego.

Wielbiciele obecnego kształtu III RP zachwycają się faktem, że PKB per capita wynosi w Polsce obecnie już 68 proc. średniej UE. Z danych Maddisona wynika, że w czasach szczytu rozwoju PRL (1978 r.) PKB na głowę Polaka wynosiło prawie 50 proc. średniej dla zachodniej Europy. Jak widać wynik ten nie był znowu tak wiele gorszy niż teraz. A trzeba pamiętać, że obecna średnia UE nie jest tym samym, co średnia zachodniej Europy z lat 70., gdyż współczesną unijną przeciętną znacznie zaniża wiele krajów biedniejszych nawet od Polski, takich jak Bułgaria czy Rumunia. Bardziej porównywalne byłoby odniesienie do średniej dla strefy euro – wtedy polskie PKB per capita wynosi już tylko 63 proc., choć przecież do eurozony należą też kraje niespecjalnie zamożne, takie jak Łotwa czy Słowacja. W roku 1989 polskie PKB na głowę wynosiło 36 proc. średniej zachodniej Europy. To dużo mniej niż obecne 63 proc., ale od zera jest równie dalekie. A trzeba pamiętać, że ówczesne PKB stanowiło produkt rzeczywiście krajowy, gdyż środki produkcji były w zasadzie w całości w polskich rękach. Dawało to więc realne podstawy, by po rozsądnej restrukturyzacji gospodarki w duchu cywilizowanego kapitalizmu środki te stały się fundamentem, na którym można było zbudować majątek statystycznego Polaka, który mógłby sięgnąć nawet tej 1/3 przeciętnego majątku mieszkańca zachodniej Europy. Obecna struktura polskiego PKB, wytwarzanego w dużej mierze przez kapitał zagraniczny oraz charakteryzującego się jednym z najniższych w Europie udziałem płac, kończy się tym, że sięgnięcie naszego produktu krajowego brutto poziomu 68 proc. średniej UE pozwoliło przeciętnemu polskiemu gospodarstwu domowemu na nabycie majątku wartego zaledwie 10 proc. tego, co posiada statystyczne gospodarstwo domowe we Włoszech, a więc w kraju, który znajduje się prawie dokładnie na omawianej średniej (włoskie PKB to 98 proc. przeciętnej UE). Z tej perspektywy, sytuacja w 1989 r. wcale nie wygląda już tak dramatycznie źle, jak się nam mówi. Oczywiście PKB nie można odnosić w prostej linii do majątku, lecz do wytworzenia PKB bez wątpienia potrzebny jest majątek w postaci środków produkcji. A jego mieliśmy na tyle, by osiągnąć wartość ponad 1/3 średniej produkcji zachodniej Europy. Majątek ten mógł być podstawą do sprawiedliwego uwłaszczenia Polaków, bo przecież formalnie rzecz biorąc należał on w równej mierze do wszystkich. I gdyby tak się stało, wcale nie musielibyśmy zaczynać od zera. Mielibyśmy przyzwoitą wyprawkę – skromną bo skromną, ale zawsze.

Stało się jednak inaczej. Polskie środki produkcji zostały wyprzedane (nierzadko za bezcen) lub pozbyliśmy się ich w inny sposób (np. poprzez doprowadzanie do upadłości przedsiębiorstw – co zresztą też kończyło się zwykle wyprzedażą za bezcen). Zawsze można postawić wytartą już tezę, że widocznie były one zacofane i nawet jeśli w 1989 r. produkowały tyle, ile produkowały, to nie dawały żadnych szans na rozwój. Ale to jest nieprawda. Upadek przedsiębiorstw był spowodowany idiotyczną polityką ekonomiczną, która wystawiła przedsiębiorstwa przyzwyczajone do działania w zupełnie innym systemie na nagłą konkurencję w warunkach gospodarki rynkowej, czego nie mogły przetrwać, gdyż ich struktura (organizacja zatrudnienia, zasady pracy itd.) była dopasowana do reguł gospodarki socjalistycznej, w której de facto nie było konkurencji. Jednak niedopasowanie strukturalne nie oznacza od razu zacofania technologicznego. Wymaga jednak czasu na dostosowanie, którego polskim przedsiębiorstwom nie dano ani trochę, wprowadzając ruchy, które przypominały wystawienie niemowląt lwom na pożarcie i następnie dziwienie się, że nie podjęły one walki. A przecież gdy niemowlę po jakimś czasie dorasta, to przestaje być bezbronne. Niestety ojcom polskiego kapitalizmu doktryna „przemysłów raczkujących”, która stała się przed wiekami podstawą rozwoju kapitalizmu brytyjskiego i amerykańskiego, była zupełnie obca. Zamiast więc dbać troskliwie o swe raczkujące pociechy, Polacy postąpili jak wyrodni rodzice i otworzyli gospodarkę na zagraniczny kapitał w taki sposób, że niektórzy eksperci zaczęli nazywać Polskę „Hongkongiem Europy” (Hongkong jest jednym z najbardziej otwartych na wolny handel krajów na świecie). Zlikwidowano wszelkie pozwolenia na import oraz wprowadzono niski podatek importowy, co w połączeniu z nagłym odcięciem polskich firm od kapitału (zniesienie wszelkich dopłat z budżetu oraz preferencyjnych kredytów banku centralnego, znaczny wzrost oprocentowania kredytów, nawet tych wcześniej zaciągniętych) wystawiło je na rzeź. Zamiast przemyślanej transformacji mieliśmy więc skok na główkę do basenu, z którego wcześniej sami spuściliśmy wodę. A autorzy tej „strategii” uważani są dziś za ekspertów. Wołać o pomstę do nieba to mało.

Przez Polskę przetoczyła się więc fala upadku przedsiębiorstw. I to w niektórych przypadkach bardzo nowoczesnych. Warszawski zakład CEMI produkujący układy scalone, diody i tranzystory zatrudniał ok. 8 tys. pracowników i był największym tego typu zakładem w naszym rejonie Europy. Zbankrutował w wyniku nagłego zwiększenia wartości marży kredytu i dumpingowej konkurencji. Słynne Zakłady Radiowe im. Kasprzaka, produkujące wysokiej klasy magnetofony i zatrudniające 6 tys. pracowników, zbankrutowały z podobnych powodów, czym pociągnęły ze sobą na dno dwie współpracujące z nimi firmy: Muflex i Cemat. Upadła także kolejna fabryka magnetofonów, tym razem z Lubartowa – produkowała nowoczesne magnetofony odporne na wstrząsy, wykorzystywane np. przez wojsko. Kolejna słynna firma, czyli Zakłady Telewizyjne Elemis, również ucierpiała w wyniku wzrostu wartości kredytu, a także odcięcia od finansowania, pomimo perspektywy wielkiego kontraktu na 100 tys. odbiorników. Dobiła ją zagraniczna konkurencja ze strony Philipsa i Thompsona, którym… udzielono ulg podatkowych. Chyba właśnie po to, żeby dobić Elemis. Terapii szokowej nie wytrzymał także ZOPAN, produkujący unikalną aparaturę pomiarową. A także wiele innych firm, takich jak Telpod czy Fonica.

Kolejnym gwoździem do trumny polskiej przedsiębiorczości była szeroka prywatyzacja, oparta na dwóch błędnych założeniach. Pierwsze było takie, że przedsiębiorstwa prywatne zawsze działają bardziej efektywnie niż publiczne. Drugie było oparte na przeświadczeniu, że cały postpeerelowski majątek to, cytując klasyka, co najwyżej „kamieni kupa”. Z obu założeń zagraniczni inwestorzy korzystali ochoczo i z uśmiechem na ustach. Często nie robili tego nawet z myślą o dalszych inwestycjach, a raczej w celu likwidacji niepotrzebnej konkurencji. Sztandarowe przykłady takiego działania to poczynania Siemensa. Kupił on wielkie zakłady telefoniczne ZWUT, które wcześniej praktycznie zmonopolizowały produkcję i konserwację telefonów w Polsce i ZSRR, i zatrudniały ok. 4 tys. pracowników. Niemcy błyskawicznie wręczyli wszystkim wypowiedzenia, a następnie… zburzyli budynki zakładowe. Zapewne dla pewności, że już nic się w tym miejscu nie urodzi. Dokładnie tę samą strategię Siemens obrał w przypadku Zakładu Komputerowego Elwro z Wrocławia – tym razem łaskawie zostawiając jeden budynek, w którym pozostawił marginalną produkcję przewodów. Ciekawy jest również przypadek firmy Polam, produkującej lampy i inne urządzenia świetlne. Inwestor, który ją zakupił także uznał, że spora część budynków jest mu niepotrzebna, a na zgliszczach Polamu produkuje… kartony. Nie ostały się również Dzierżoniowskie Zakłady Radiowe, pomimo wcześniejszych sporych inwestycji w linie produkcyjne. Po prywatyzacji zakłady te odchudzono o… 90 proc. Własną strategię wybijania zębów polskiemu przemysłowi przyjął szwedzko-szwajcarski koncern Asea Brown Boveri Ltd. W kolejnych kupowanych przez siebie firmach elektronicznych zamieniał produkcję gotowych wyrobów na wytwarzanie elementów do nich. Tak postąpił w przypadku warszawskiego Megatexu, wrocławskiego Dolmetu oraz łódzkiej Elty.

Prawdziwe Eldorado zagraniczni inwestorzy mieli jednak dopiero wtedy, gdy za grosze nabywali nad Wisłą największe perły peerelowskiego przemysłu. Zakłady Papierowe w Kwidzynie były przedsiębiorstwem wyjątkowo nowoczesnym. Jeszcze pod koniec lat 70. za ok. 400 mln dolarów zakupiono sprzęt z Kanady, a za drugie tyle dozbrojono ziemię i rozbudowano infrastrukturę. Tymczasem Amerykanie z International Paper Group w roku 1990 kupili 80 proc. akcji za zaledwie 120 mln dolarów. Ale to jeszcze i tak nic, gdyż suma zwolnień podatkowych, jakie uzyskali w zamian za to, wyniosła w sumie… 142 mln dolarów. Inaczej mówiąc, dopłaciliśmy Amerykanom za to, że łaskawie wzięli od nas bardzo nowoczesną fabrykę. Dwa lata później prezes International Paper przechwalał się w amerykańskiej prasie, że takiej transakcji nie dałby rady zawrzeć pod żadną inną szerokością geograficzną na świecie. Największym skandalem prywatyzacyjnym była chyba sprzedaż Huty Warszawa. Choć była wyceniana nawet na 3 mld dolarów, 51 proc. jej akcji zostało sprzedanych za… niecałe 34 mln. Sam grunt do tej transakcji został wyceniony po cenie 38,5 tys. zł za metr kwadratowy, choć ceny rynkowe ziemi w Warszawie wahały się w tamtym okresie między 320 a 900 tys. zł za metr. Także inne polskie huty sprzedano za śmiesznie niskie kwoty. Spółka Polskie Huty Stali, skupiająca 4 wielkie huty, została zakupiona przez Mittal Steel Company za 1,43 mld zł, co stanowiło zaledwie 48 proc. zysku wypracowanego przez sprywatyzowaną grupę już w pierwszym roku po prywatyzacji. Na sprzedaży tej NIK nie zostawił suchej nitki, stwierdzając w protokole pokontrolnym, że jej wartość została zaniżona o 2 mld zł. Przybysze zza granicy robili także swe interesy życia w polskim sektorze finansowym. Wielkopolski Bank Kredytowy, obecny BZ WBK, został w dużej części sprzedany Europejskiemu Bankowi Odbudowy i Rozwoju, który po niedługim czasie sprzedał wszystkie swoje akcje irlandzkiemu AIB z… sześciokrotnym przebiciem. To i tak nic w porównaniu z losem Banku Śląskiego. Dużą jego część sprzedano holenderskiemu ING, wyceniając jedną akcję na 500 tys. zł, tymczasem już po pierwszym notowaniu giełdowym cena ta wzrosła… 13,5-krotnie. Po tym skandalu do dymisji podał się minister finansów Marek Borowski, a NIK przeprowadziła kontrolę, w wyniku której dopatrzyła się w transakcji znamion przestępstwa oraz wykazała zaniżenie kapitału banku przed prywatyzacją o ponad bilion starych złotych. Nie przeszkodziło to jednak Holendrom w zakupie kolejnych akcji, w związku z czym w 1996 r. bezboleśnie stali się większościowym udziałowcem jednej z najzdrowszych instytucji finansowych III RP.

Dane statystyczne, pokazujące skalę destrukcji polskiego przemysłu w wyniku zdziczałej transformacji, jeżą włos na głowie. Zatrudnienie w zakładach wysokiej techniki spadło o 50 proc., co objęło ok. 200 tys. pracowników. Produkcja aparatury informatycznej spadła o 26 proc., optycznej o 36,5 proc., maszyn i urządzeń energetycznych o 45 proc., a urządzeń elektronicznych aż o 66,5 proc. W porównaniu do 1989 r., w roku 1994 produkowaliśmy już tylko niecałe 7 proc. tranzystorów, 0,6 proc. układów scalonych, 12 proc. silników przemysłowych, 5 proc. kombajnów zbożowych, 20 proc. aparatury rozdzielczej i zabezpieczeniowej wysokiego i niskiego napięcia, 12 proc. odbiorników radiowych oraz 6 proc. żurawi i 25 proc. suwnic. Jak widać zaledwie 5 lat wystarczyło, żeby zupełnie znokautować polski przemysł.

Nie chciałbym być źle zrozumiany – nie zamierzam bronić PRL-u jako systemu polityczno-ekonomicznego. Uważam, iż bardzo dobrze się stało, że upadł. Jednak dyskredytowanie dokładnie wszystkiego, co z nim związane, jest na rękę głównie tym, którzy odpowiadają za kształt coraz bardziej skompromitowanej III RP, zapewniając im wygodne alibi, dzięki któremu mogą swobodnie opowiadać, że obecna bieda naszego społeczeństwa jest spowodowana przede wszystkim tym, że lata 1945-1989 zostały wyrwane z naszej gospodarczej historii. A tymczasem wcale nie zostały wyrwane. Prawdziwą wyrwę uczyniła dopiero zdziczała transformacja, w wyniku której cały ekonomiczny dorobek PRL (który, owszem, nie był zbyt duży, ale jednak jakiś był) rozszedł się nawet nie wiadomo do końca gdzie. Paradoksem jest, że antykomunizm prezentowany przez wiele środowisk wielce krytycznie nastawionych do III RP jest na rękę głównie… elitom III RP. Zastępy średnio rozgarniętych „prawaczków” licytują się na antykomunizm, nie zdając sobie sprawy, że leją miód na serca tych, którzy najpierw przepuścili nasz majątek, a teraz rżną głupa, że przecież żadnego majątku nie było, bo w 1989 r. zaczynaliśmy od zera, a PRL to była jedynie nic niewarta sterta ruin. Otóż nie była.

Polin, my i tamci

Zapomniane marzenie Stefana Żeromskiego

U progu niepodległości

W lutym roku 1918 Stefan Żeromski napisał artykuł „Projekt Akademii Literatury Polskiej”. Tekst ukazał się wkrótce jako broszura, ale nie wzbudził, także w środowiskach literackich, ożywionych dyskusji, nie zainspirował na razie ani polemik, ani apologii. Wciąż jeszcze przecież trwała wojna, polscy żołnierze w mundurach armii państw zaborczych wciąż ginęli na wszystkich europejskich frontach. Rosja co prawda już zapadła się pod własnym ciężarem, już wiadomo było, że na ziemiach jej dawnego zaboru powstanie jakaś forma polskiej państwowości, jednak Niemcy trzymały się jeszcze mocno i wciąż istniała obawa, że Polacy będą zmuszeni, w mniejszym czy większym stopniu, uznać co najmniej protektorat zachodniego sąsiada. Mimo to, u progu niepodległości Rzeczypospolitej polskich inteligentów rozgrzewały dyskusje o tym, jak ma wyglądać odrodzona Polska, jaki ma być jej społeczny, gospodarczy i polityczny ustrój, jaką pracę należy wykonać, aby Polacy zdolni byli nie tylko do powołania własnego państwa, ale i by umieli nadać mu taki kształt, z którego sami będą zadowoleni, który będzie współgrał z narodowym charakterem i wartościami istotnymi dla Polaków. Tekst Żeromskiego, postulujący powołanie analogicznej do akademii naukowych instytucji literackiej, mógł być jednak odebrany jako zbyt utopijny, zbyt idealistyczny w sytuacji, kiedy nie wiadomo jeszcze było, jakie w ogóle będzie pole do działania dla naszych narodowych instytucji.

Jednak już wkrótce wydarzenia nabrały tempa, Polska odzyskała pełną niepodległość, a Stefan Żeromski stał się inicjatorem i wybrany został pierwszym prezesem Związku Zawodowego Literatów Polskich, pierwszej w naszych dziejach organizacji zrzeszającej ludzi pióra i chroniącej ich zawodowe interesy. Już po śmierci pisarza, w 1933 roku, powołana została przez Radę Ministrów RP Polska Akademia Literatury, instytucja w pewnym tylko stopniu nawiązująca do idei Żeromskiego, przede wszystkim przyznająca Wawrzyny Akademickie za wybitne osiągnięcia pisarskie i zasługi dla polskiej literatury i czytelnictwa (pozostawała autonomiczna, jednak pierwszych jej siedmiu członków powoływał Minister Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego, a ci dopiero powoływali ośmiu kolejnych).

Dziś, przy okazji obchodzonej uroczyście 150. rocznicy urodzin Żeromskiego, warto chyba przypomnieć sobie „Projekt Akademii Literatury Polskiej”. Pomysł wizjonerski i poniekąd utopijny; pomysł, który wynika z bardzo głębokiego zrozumienia roli literatury w życiu narodu (czy nawet w tworzeniu narodu, którego geneza nie została, a być może nigdy nie zostanie zakończona) i z powinności tejże literatury wobec języka, który ją tworzy oraz wobec społeczności, która stworzyła ów język.

Warto chyba przypomnieć „Projekt…” dziś, w czasie ogromnego kryzysu (może nawet zapaści) i czytelnictwa, i polskiej literatury, bo jego wizjonerstwo zdaje się być bardzo aktualne, skłaniać do refleksji także nad dzisiejszymi wzajemnymi powinnościami literatury i wspólnoty, twórczej wolności, wpływu interesu księgarzy i wydawców na poziom literatury oraz jej społeczne i artystyczne funkcje itp. Może i dzisiaj, nie dla uczczenia Żeromskiego, ale właśnie dla sprawy polskiej twórczości i kultury literackiej, polskiego czytelnictwa, duchowej kondycji Polaków, warto byłoby rozważyć jeśli nie powołanie postulowanej przez niego instytucji, to co najmniej jakieś działania zmierzające do uzdrowienia kultury literackiej Polaków, które brałyby pod uwagę funkcje twórczości literackiej w życiu naszej społeczności i w życiu duchowym każdego z nas? Niektóre postulowane przez Żeromskiego zadania Akademii (na przykład wyrażanie opinii środowiska pisarskiego w istotnych sprawach dotyczących kultury, polityki czy obyczaju) spełniają istniejące i dzisiaj organizacje pisarzy wywodzące swój rodowód z ZZLP. Ja chciałbym przypomnieć takie z tych zadań, które dziś, jak sądzę, są zapomniane i przez samych literatów, i przez czytelników.

Dość mgliste były pomysły Żeromskiego dotyczące struktury instytucji. Jej zarząd miałby się składać z najgodniejszych pisarzy i musiałby ulegać zmianie co rok, czy co dwa lata, dla uniknięcia majoryzacyi kierunków literackich jednych przez drugie, oraz z obawy przed wytworzeniem się wszelkiego rodzaju magnateryi, matadoryzmu klik i zespołów, które mocą posiadania przydługiej władzy mogłyby szkodliwie oddziaływać na swobodę ujawniania się kierunków i prądów nowych (s. 59) Równie niejasne są pomysły dotyczące środków materialnych, dzięki którym Akademia mogłaby udzielać postulowanych stypendiów dla pisarzy i wszelkiej innej pomocy materialnej dla przedsięwzięć literackich i społecznych. Wielokrotnie widoczna jest tu idealistyczna wiara Żeromskiego w triumf ducha nad materią i w to, że w obliczu powstania tak doniosłego przedsięwzięcia, pieniądze po prostu się znajdą – może z jakichś składek, może od donatorów, może od państwa. Ważny jest sam cel, a celem jest obrona polskiej literatury, a więc działanie dla duchowego i cywilizacyjnego wzrostu narodu. Literatura polska potrzebuje wsparcia instytucjonalnego.

W moim przekonaniu – pisał Żeromski – przemawiają za tą koniecznością [powołania Akademii] trzy względy:
1)
sprawa czystości i piękności języka;
2)
sprawa rozszerzenia kultury literackiej na warstwy szerokie inteligencji i ludu;
3) sprawa instancji i obrony twórczości wolnej. (s. 31)

Sprawa języka

Pierwszy spośród „względów” był dla Żeromskiego istotny przede wszystkim dlatego, że lata zaborów nie tylko zahamowały instytucjonalne starania o kulturę słowa i języka, ale także w sposób sztuczny podzieliły terytorium użytkowania polszczyzny na trzy niezwiązane w żaden sposób z tradycją i historią naszego kraju regiony podlegające silnym i toksycznym wpływom języków zaborców. Polszczyzna, mimo społecznego oporu wobec instytucjonalnej rusyfikacji i germanizacji, chłonęła z paskudnej – bo raczej biurokratycznej, policyjnej lub wojskowej niż literackiej – niemczyzny i ruszczyzny nie tylko słownictwo, ale także frazeologię, nawyki słowotwórcze i składniowe czy osobliwości stylu. Język polskiej literatury – co Żeromski niezwykle przenikliwie, ale i z dużą odwagą zauważał – nie był wcale wolny od tych toksycznych wpływów, często, wbrew patriotycznym intencjom samych autorów, stawał się dodatkowym ich utrwalaczem. Przykłady zgermanizowanej od słownictwa po składnię polszczyzny Przybyszewskiego czy podobnie zrusyfikowanej – Sieroszewskiego, odsłaniały tylko wierzchołek góry lodowej. Niestety, co także Żeromski trafnie zauważył, opór polskich pisarzy przeciwko zepsuciu polszczyzny skutkował często wytwarzaniem języka sztucznego, napuszonego, pozbawionego waloru wzorcotwórczego, bo nieprzydatnego do żadnych zastosowań poza czysto literackimi lub zbyt mocno odwołującego się do przebrzmiałej już i niemogącej sprostać wyzwaniom współczesności staro- czy średniopolszczyzny.

Jednym z zadań Akademii Literatury Polskiej miało więc być „udzielenie poparcia” tym pisarzom, których język i styl może stać się punktem odniesienia dla polszczyzny, nie tylko tej urzędowej czy oficjalnej, ale także tej, którą na co dzień posługują się jej zwyczajni użytkownicy. W wizji Żeromskiego, nota bene, oddziaływanie literackiej polszczyzny na język rodaków ma być właśnie bezpośrednie i proste: dobre praktyki językowe powinny się tworzyć w ten sposób, że czytelnicy obcujący na co dzień z literaturą przesiąkają jej językiem, a nie w taki sposób, że uczeni językoznawcy inspirują się polszczyzną uznanych przez siebie pisarzy, układając słowniki i kodyfikując normy. Dlatego właśnie Akademia miałaby wyróżniać i wspierać takich twórców, którzy wypracowali staranny, indywidualny choć przystępny styl. Musi być przecie – pisał Żeromski – wyróżniona własna, starannie opracowana proza Wacława Berenta od figlasów baroku, pełnego błędów stylu, popełnianych przez różne znakomitości literackie – oraz od wyślizganych naśladownictw, układanych w istocie nie po polsku, lecz w jednym okresie czasu po sienkiewiczowsku, w drugim po wyspiańsku (s. 38).

Jednak Akademia projektowana przez autora „Popiołów” nie byłaby wyłącznie instytucją wspierającą pisarzy w ich pracy nad językiem, ale także ich inspirującą. Żeromski doskonale rozumiał, że artyści nie są jedynymi twórcami słowa, ale że także, a może przede wszystkim, wykorzystują spontaniczną twórczość ludową na tym polu. Dlatego postulował w „Projekcie Akademii Literatury Polskiej” (a rozwinął to później w „Snobizmie i postępie”) zainicjowanie wielkiej akcji badania polskich gwar, z których należałoby wydobyć zapomniane czy lekceważone przez mowę klas wyższych (a więc także literatury) słowa czy metafory, którymi dałoby się wzbogacić – nie rugując, oczywista, mechanicznie ani jednego z wyrazów-przybłędów istniejących z dawna w języku (s. 40) – słownik naszej współczesnej literatury, a za jej pośrednictwem także mowę powszechną.

Daje się tu wyczytać dwie niezwykle ciekawe refleksje Żeromskiego, inspirowane filozofią pracy Stanisława Brzozowskiego, dotyczące ducha języka w ogóle, a polszczyzny w szczególności. Jest on otóż, po pierwsze, niezwykle silnie zakorzeniony w środowisku swoich narodzin, a więc w ludzie oraz w tym, co ów lud najdoskonalej określa, w najistotniejszej ludu twórczości i samoidentyfikacji, a więc w pracy. Słownictwo pracy charakteryzuje się wielką różnorodnością i subtelnością znaczeń, a także niezwykłą trafnością poszczególnych sformułowań. Można w nim dostrzec niesłychane bogactwo, wielki przepych metafory wyskakującej z samej roboty – przenośni odzwierciedlającej i streszczającej, jak gdyby w logarytmie genialnie powziętym, dzieło ciała – rodzącej się z nagła a wiecznie, trafnej jak samo nieomylne uderzenie ręki, tworzącej fizycznie (s. 40). Żeromski widzi więc słowo, język jako ducha, który tworzy się wraz z ciała i z ciałem jest bardzo silnie związany. Może się od ciała uwolnić, ale wtedy i on, i ciało będą okaleczone.

Żeromski walczy więc z zapożyczeniami i obcymi wpływami językowymi nie z jakiegoś sentymentalnego czy nacjonalistycznego afektu do swojskości, ale dlatego, że dostrzega, iż znaczna ich część jest przeniesieniem z obcego gruntu samego słowa pozbawionego zakorzenienia w głębi i istocie swojego desygnatu. Zastąpienie słowa zakorzenionego, wytworzonego na potrzeby życia, pracy, uczuć, a potem przez stulecia czy tysiąclecia porastającego w znaczeniowe subtelności, niezliczone asocjacje i konotacje, takim, które przychodzi z zewnątrz, oderwane od imponderabiliów, powoduje nie tylko – jak by się niektórym zdawało – estetyczny zgrzyt, ale i duchową katastrofę. Powoduje oderwanie się użytkownika języka od głębi własnego świata, i pozwala mu na doświadczanie wyłącznie jego płycizny.

Duch artysty ożywia na powrót ducha-słowo. Dlatego nie wystarczy, żeby uczeni dialektolodzy i historycy języka odgrzebali spod kurzu dokumentów i spod obcych naleciałości dawno nieużywane polskie wyrazy. Potrzeba jeszcze pisarzy-artystów, którzy pojmą, jak bardzo wyrazy te zakorzenione były w życiu swoich dawnych twórców i użytkowników, a później będą umieli na powrót zakorzenić je w życiu użytkowników dzisiejszych. Artyści staną się więc tymi, którzy stworzą wyrazy i znaczenia na nowo. Dzięki temu będzie można pozbyć się obcych naleciałości, płytko tylko wetkniętych w społeczną glebę, oddających powierzchowne, a nie głębokie znaczenia i przez to spłycających w ogóle świat użytkowników (może pasowałoby tu dzisiejsze słowo: „konsumentów”) nie będących twórcami języka.

Bardzo istotnym zadaniem Akademii Literatury Polskiej byłoby więc wspieranie tych artystów słowa, dla których kwestią istotną byłaby świadoma swoich celów i zadań społecznych twórczość w zakresie języka. Akademia powinna, zdaniem Żeromskiego, czynnie zachęcać pisarzy do tego, aby polszczyznę traktowali nie tylko czy nie tyle jako gotowe i dane sobie tworzywo utworów, ale jako zadanie. Język – a więc i indywidualna oraz zbiorowa duchowość jego użytkowników – wymaga ciągłej troski i pielęgnacji, ciągłego tworzenia go na nowo, a nie tylko rejestracji. Akademickie „zrzeszenie twórców i badaczów” miałoby możliwość aktywnego kształtowania języka, a więc także aktywnego przyczyniania się do duchowego, cywilizacyjnego wzrostu rodaków, nie za pomocą dekretów czy normatywnego językoznawstwa, ale poprzez tworzenie językowej praktyki.

Sprawa kultury literackiej

Żeromski, przyglądając się praktyce publicznych bibliotek i towarzystw krzewienia czytelnictwa docierających do czytelników we wsiach Podhala czy Lubelszczyzny, doszedł do wniosku, że czytelnik „z ludu” nie miał jakoś zasadniczo gorszego gustu, niż ten inteligencki. Na wsiach chętnie czytane były powieści historyczne mistrzów polskiej prozy: Kraszewskiego, Sienkiewicza, Konopnickiej, Orzeszkowej, Orkana czy Gomulickiego, a więc tych samych pisarzy, którzy byli cenieni wśród miejskiej inteligencji. Ludność wiejska niechętnie czytała zaś powieści współczesne tych samych pisarzy, zapewne dlatego, że umiejscowione były one silnie w realiach społecznych jej obcych, ale niemających waloru czasowej czy terytorialnej egzotyczności. Jednak literacka szmira wszelkiego rodzaju miała większe wzięcie w odwiedzanej przez inteligentów z różnych stron Polski Bibliotece Publicznej w Zakopanem, niż w objazdowych księgozbiorach dla podhalańskich gospodarzy. Inteligenci znający języki mogli poszukiwać odpowiadających własnym potrzebom dzieł obcych, jednak możliwości tej pozbawieni byli ludzie nieposiadający wykształcenia.

Żeromski postulował więc, aby projektowana Akademia zajmowała się nie tylko wskazywaniem wśród gotowej twórczości dzieł wartościowych, których lekturę warto byłoby polecić i ułatwiać (choćby przy pomocy sieci bibliotecznych) pochodzącym z różnych klas społecznych czytelnikom, ale także inicjowała powstawanie znakomitych pod względem artystycznym dzieł mogących znaleźć oddanych czytelników ze wszystkich klas. W projekcie autora „Ludzi bezdomnych” odnajdujemy pionierską jak na tamte czasy (a i do dziś niezrealizowaną) wizję badań czytelnictwa, które służyłyby nie tylko rynkowym statystykom, ale przede wszystkim aktywnemu kształtowaniu literackiej oferty najwyższej jakości dla czytelników o różnym poziomie wykształcenia i o różnym społecznym statusie. Akademia, wykorzystując zdobytą w takich badaniach wiedzę o upodobaniach, potrzebach czytelniczych, mogłaby inicjować powstawanie dzieł, zachęcać artystów do poszukiwań i wysiłków zgodnych ze społeczną potrzebą.

Oczywiście – warto chyba to podkreślić – nie chodziło Żeromskiemu o badania rynkowe pozwalające zaspokoić pospolite gusta, ale raczej o to, by pisarze mieli rozpoznanie kompetencji czytelniczych oraz duchowych potrzeb swoich odbiorców. Właśnie dlatego postulował on, by takie rozpoznanie prowadziła Akademia (a nie na przykład wydawcy), bo ma ono służyć nie po prostu zwiększaniu czytelnictwa i sprzedaży książek, ale kulturze literackiej narodu. Żeromski był przekonany, że możliwe jest połączenie znakomitego literackiego warsztatu i artystycznej swobody literackiej produkcji z jej szacunkiem wobec czytelnika i zrozumieniem jego głębokich potrzeb. Nadpodaży literackiej szmiry schlebiającej najniższym gustom, Akademia przeciwstawiałaby moralne i materialne wspieranie twórczości zarówno artystycznie znakomitej, jak i przystępnej dla czytelników z różnych społecznych warstw.

Akademia powinna także zainicjować wielkie przedsięwzięcie przyswajania polskiej publiczności dorobku piśmiennictwa światowego. Żeromski dostrzegał pilną potrzebę tłumaczenia na polszczyznę arcydzieł, które już gdzie indziej proste umysły ogniem zachwytu objęły i biedne serca przyciągnęły ku sobie (s. 42). W roku 1918 luki w przyswajaniu przez polską publiczność literacką światowej klasyki (od starożytnych Greków i Rzymian począwszy!) były gigantyczne. Boy dopiero zaczynał swoje dzieło systematycznego krzewienia literatury francuskiej, na jego naśladowców przekładających z innych języków trzeba było jeszcze czekać. Żeromski marzył o wielkim przedsięwzięciu odkrywania i upowszechniania wśród polskiej publiczności literackiej już istniejących, a niemających odpowiedniego nagłośnienia przekładów, ale także inicjowania twórczości translatorskiej.

Warto zauważyć, że Żeromski postrzegał konieczność przełożenia na polszczyznę światowych arcydzieł (i to z całego świata, także z jego peryferiów – w tym szczególnie z pokrewnych naszej literatur słowiańskich – a nie wyłącznie z kulturowych centrów; znaczną część „Projektu Akademii Literatury Polskiej” stanowi autorski katalog arcydzieł światowego piśmiennictwa już przełożonych na polski i takich, których przełożenie jest sprawą szczególnej wagi) w kontekście potrzeby działania dla duchowego wzrostu czytelników. Fakt, że biblioteki pełne były literackiej szmiry, postrzegał jako konsekwencję słabej podaży literatury najwyższej jakości, która – przypomnijmy – wcale nie była według niego hermetyczna czy nieciekawa dla prostego czytelnika. Żeromski był pełen wiary w ludzkiego ducha, wolny był też od klasowych uprzedzeń, wedle których ludzie spoza inteligenckich czy jakkolwiek rozumianych elit nie potrzebują duchowej strawy wysokiej jakości – a tylko czczej rozrywki. Z całej jego twórczości przebija przekonanie, że świat ludzkich uczuć i tęsknot jest wspólny dla wszystkich, a literatura będąca językiem wyrazu tych uczuć i tęsknot, dla wszystkich powinna być jednakowo przystępna.

Przekłady z literatur obcych pozwoliłyby polskim czytelnikom z wszystkich społecznych klas obcować z takimi przejawami ludzkiej duchowości, jakich nasze własne piśmiennictwo, ze względu na jego obiektywne ograniczenia, nie było w stanie wytworzyć. Żeromski podaje przykład powieści Josepha Conrada (wtedy jeszcze w dużej części nieprzyswojonych polszczyźnie), które przybliżają wyobraźni czytelnika cały zespół doświadczeń i przeżyć wynikających z obcowania z żywiołem oceanu, z żeglugą. Polacy przez stulecia byli narodem lądowym, odwróconym od morza, jednak wcale nie muszą być pozbawieni tego doświadczenia, mogą obcować z nim właśnie dzięki literaturze. Polacy winni także na bieżąco otrzymywać przekłady z najwybitniejszych osiągnięć światowego pisarstwa współczesnego, co jest nie bez znaczenia także z tego powodu, że dzięki literaturze publiczność może poznać głębię przemian obyczajowych, społecznych, technologicznych i wszelkich innych, które dokonują się gdzieś daleko stąd i z daleka do nas przychodzą.

Do najistotniejszych zadań Akademii Literatury Polskiej należałoby dbanie o jakość literackich przekładów. Polscy tłumacze produkowali przekłady często bardzo marnej jakości, co odstręczało czytelników, wypaczało ich gusty, zniechęcało do literatury w ogóle. Żeromski przytaczał przykłady koszmarnej polszczyzny słabych tłumaczy, postulując, aby powołana w przyszłości Akademia zwróciła także uwagę na potrzebę kształcenia i ciągłego doświadczenia artystów przekładu.

Sprawa wolnej twórczości

Żeromski w swoim projekcie dostrzegał potrzebę działań obliczonych na wytworzenie się w Polsce profesjonalnej klasy artystów pióra, mających warunki do systematycznego i wolnego od zewnętrznych ograniczeń i nacisków doskonalenia kunsztu. Pisarze, jeśli mają spełniać swoją funkcję społeczną, winni być wolni zarówno od tych najoczywistszych nacisków ze strony władzy politycznej czy cenzury, jak i od konieczności poszukiwania wsparcia czy promocji u politycznych czy towarzyskich, a także literackich i prasowych koterii. Pisał Żeromski: trzeba choć w ogólnych zarysach wskazać na konieczność uniezależnienia literatury, jako sztuki wolnej, od wpływu i przemocy partyj politycznych, klik władających dziennikami, ugrupowań społecznie skrajnych w jednym lub drugim kierunku, reakcyjnych, postępowych, czy bezbarwnych (s. 62).

Akademia, dzięki systemowi stypendiów analogicznych do stypendiów akademickich przyznawanych badaczom, finansowałaby podobne do badawczych prace, takie jak kwerendy, podróże, zwiedzanie i poznawanie świata, jego tradycji, kultury. Pisarz przecież, podobnie jak uczony, jest w stanie pracować wyłącznie dzięki uzyskanemu, często wysokim materialnym kosztem, doświadczeniu, dzięki wiedzy i obyciu, za które wciąż ktoś żąda od niego pieniędzy. Bieda ogranicza horyzonty pisarza, tak jak ogranicza horyzonty każdego człowieka. Ogranicza też bogactwo i rozmach dzieła, które ów pisarz tworzy, czego często nie chcą przyjąć do wiadomości czytelnicy pielęgnujący mit romantycznego poety-nędzarza. Norwid stworzył wspaniałą poezję nie dlatego, że był biedny, ale mimo tego, a kto wie, co stworzyłby jeszcze, gdyby miał do tego odpowiednie warunki finansowe.

Akademia winna wspierać wolność twórcy od konieczności zmagań z wrogim i nieczułym światem, które i odrywają go od jego zasadniczego powołania, i zmuszają do dokonywania poniżających wyborów między nędzą a korupcją. Szczególnie drugi z tych wyborów jest dla kultury narodowej i dla każdego z jej uczestników niebezpieczny, bo pisarz w jakikolwiek sposób skorumpowany, przez swoją twórczość zatruwa ducha swoich odbiorców. Jako poniżającą (choć zrozumiałą wobec konieczności przeżycia i w żaden sposób nie ujmującą pisarzowi czci – ale wysysającą bezcenne siły twórcze, a więc potwornie szkodliwą wobec literatury) postrzega Żeromski konieczność zarobkowania przez wybitnych pisarzy w inny sposób niż związany z zasadniczym powołaniem. Czynne wyszukiwanie przez członków Akademii wybitnych talentów, także debiutantów, jest konieczne, bo przez wyróżnienie zdoła niejednego ocalić od zguby, od ciężkich robót w dziennikarstwie albo zmajoryzowania przez lichotę (s. 67).

Bardzo ważną i wielokrotnie podkreślaną przez Żeromskiego kwestią jest dążenie do wyemancypowania twórczości literackiej spod władzy i dyktatury księgarzy, nakładców, spółek wydawniczych i przygodnych mecenasów (s. 63). Władza rynku nad pisarzem zawsze jest straszliwie destrukcyjna i dla literatury, i dla czytelnika, bo tę pierwszą korumpuje, a temu drugiemu dostarcza zepsutego, trującego dla ducha produktu. Akademia winna także czynić starania, aby w miarę możliwości uwolnić pisarzy od konieczności wchodzenia w nieswoje role przedsiębiorców i prawników, zabiegania o przyzwoite i nieoszukańcze kontrakty, wyszukiwania w umowach kruczków i ciągłego patrzenia na ręce wydawcom i księgarzom, a także gorączkowych działań dla promocji i reklamy własnej twórczości. Zaletą pisarza jest talent i wola twórcza, a nie smykałka do interesów. Większa społeczna korzyść z pisarza źle poruszającego się w często oszukańczym świecie przedsiębiorców, niż takiego, który umie wyrobić sobie pozycję geszefciarskim sprytem i przebiegłością. Żeromski proponował więc między innymi unormowanie przez Akademię honorariów autorskich (minimalne honoraria miały wynosić 1/4 lub 1/3 ceny księgarskiej tomu – no cóż, inne były to czasy…) oraz kontrolowanie nakładów wydawanych książek.

Podkreślmy raz jeszcze na koniec: dla Żeromskiego kwestie branżowe i życiowe pisarzy były istotne nie tylko z powodów zawodowej solidarności z kolegami po piórze, ale także, może nawet przede wszystkim, dlatego, że mają one bezpośredni wpływ na samą literaturę, a więc za jej pośrednictwem także na czytelników w ich najgłębszym duchowym aspekcie. Ponieważ literatura kształtuje język, bez którego ludzie nie mogą się obejść, wpływa także bardzo silnie na życie społeczne i relacje międzyludzkie. Wspólnota winna dbać o to, aby pisarze mogli tworzyć w sposób prawdziwie wolny, ponieważ każda ich korupcja odbije się na wspólnocie. Przede wszystkim jednak powinni dbać o to sami pisarze.

Jarosław Górski

Wszystkie cytaty za: Stefan Żeromski, „Pisma literackie i krytyczne”, Warszawa 1963. Artykuł ukazał się pierwotnie w miesięczniku „Magazyn Literacki Książki” nr 211, 4/2014.