przez Krzysztof Mroczkowski | wtorek 10 lutego 2015 | opinie
Początek roku skłania do pierwszych gospodarczych podsumowań roku 2014 – pełnego złych i dobrych zaskoczeń. Na początku wszechobecny był optymizm i oczekiwanie znaczącego przyspieszenia tempa wzrostu PKB. Kalkulacje te dość obcesowo przerwała geopolityka, gdy z całą mocą wybuchł zbrojny konflikt za wschodnią granicą. Chociaż latem, przy okazji ofensywy „zielonych ludzików”, wydawało się, że próba zaprowadzenia prymatu polityki twardej siły nad gospodarką może wziąć górę, to dziś jest już jasne, że sił ekonomicznych ignorować nie można.
Konflikt zbrojny w regionie okazał się nie mieć tektonicznego znaczenia dla polskiej gospodarki, która mimo gospodarczych powiązań ze Wschodem jest jednak częścią innego systemu. Prymat polityki, dokonującej za naszą wschodnią granicą zmian metodą faktów dokonanych, okazał się być iluzoryczny. Jedno jest pewne: kraj wielkości Rosji, a tym bardziej Polski czy Węgier, nie może sobie pozwolić na izolację od globalnego centrum gospodarczego. I to nawet mimo słabości i patologii tegoż centrum, takich jak np. rosnące nierówności społeczne. Skutkują one osłabieniem podmiotowości szerokich rzesz obywateli krajów rozwiniętych i w długim terminie prowadzą do osłabienia hegemonii Zachodu.
Pokusa wejścia na „orbanowską” ścieżkę politycznego samostanowienia i gospodarczej autarkii, ignorująca te świeże doświadczenia, byłaby lekkomyślnością dla kraju takiego jak Polska. To nie oznacza, że jakiekolwiek osłabienie więzi z gospodarczym centrum musi oznaczać katastrofę. Świat staje się coraz bardziej wielobiegunowy i nie jest przesądzone, iż karty gospodarczego dobrobytu zawsze rozdzielać będzie ta sama euroatlantycka grupa państw. Dzisiejsze wysiłki związane z ustanowieniem traktatu TTIP i umową partnerstwa transpacyficznego stanowią próby ocalenia status quo, ale efekty tych działań nie są na razie znane. Już dziś pewne jest natomiast to, że rewolucja informacyjna i komunikacyjna sprawiają, iż żaden podmiot państwowy nie może sobie pozwolić na osamotnienie i że nie ma lepszej gwarancji bezpieczeństwa niż wspólne interesy gospodarcze.
Polska mogła zebrać cenne lekcje i doświadczenia przy okazji wydarzeń na wschodzie. Straciła, gdy niektóre branże popadły w poważne kłopoty. Ale odniosła też gospodarcze korzyści – bardzo ważne, choć nie tak nagłaśniane w mediach, jak obniżenie PKB w krótkim okresie. Te ciche, długofalowe zyski, które będą w przyszłości procentować, to przede wszystkim brak szoku gospodarczego i załamania w obliczu trudnej próby. Widoczne jest to na przykładzie rekordowo niskiego kosztu obsługi nowych długów państwa polskiego – dla rynków finansowych ten rok pokazał, że pod względem stabilności gospodarczej Warszawa trzyma się równie mocno, co Paryż. To świadectwo wciąż realnej możliwości dołączenia w przyszłości do grona krajów rozwiniętych.
Nie stanie się to oczywiście szybko, gdyż dotychczas stosowane u nas metody podwyższania wydajności poprzez prostą akumulację (np. wiedzy, kapitału) nie wystarczą, aby wejść na najwyższą półkę globalnej gospodarki opartej na wiedzy. Tu kluczowy dla dobrobytu krajów staje się poziom organizacji dużych przedsiębiorstw oraz możliwości ochrony, utrzymywania i poszerzenia praw własności intelektualnej. Wbrew opiniom ideologów globalizacji, najbardziej wysokowydajne miejsca pracy nie przepływają automatycznie do krajów mniej rozwiniętych. Nie dzieje się tak nawet, gdy kraj posiada dobrze rozwiniętą podstawową infrastrukturę, przepisy „przyjazne” biznesowi oraz wysokiej jakości kapitał ludzki. Zasobów potrzebnych do stania się krajem pierwszoligowym nie można akumulować w łatwy sposób. Do tego potrzebna jest dogłębna znajomość trendów i inteligentne strategie przejmowania tych części łańcuchów wartości, które najszybciej wspomagają zmiany strukturalne. Pomimo to, zeszłoroczny „test” można uznać za zaliczony.
Rok 2014 dał również oddech polityce pieniężnej – stale niska inflacja daje przestrzeń do popełniania błędów. Nawet zbyt mocna obniżka stóp procentowych nie zagrozi stabilności cenowej, a brak obniżki nie spowoduje drastycznego wygaszania dynamiki wzrostowej, dzięki inwestycyjnemu strumieniowi napędzanemu wiarą w przyszłość i środki unijne. Bezrobocie zaś, choć wciąż wysokie i bardzo odczuwalne, zaczęło w tym roku trend spadkowy.
Był więc to rok specyficzny, w którym nie spełniły się ani najpomyślniejsze, ani najczarniejsze scenariusze. A jaki będzie rok 2015?
Nowy rok to dobra okazja do wypowiadania życzeń – tym bardziej jeśli to rok wyborczy, w którym, jak wiadomo, liczba spełnionych życzeń ulega trendowi wzrostowemu. Czego można życzyć Polsce w nowym roku? Można życzyć obniżki podatków! Jest to życzenie z pewnością popularne, ale czy uzasadnione? Wydaje się, że tak, jeśli zawęzimy obniżki do dwóch istotnych obszarów.
Po pierwsze, obniżone powinny zostać podatki dla najbiedniejszych. Ze względu na potrzeby i strukturę konsumpcji tej dużej grupy wiadomo, że znacząca większość „odzyskanych” od fiskusa pieniędzy nie przeleżałaby w przysłowiowej skarpecie, tylko zostałaby wydana. Tu ujęcie keynesowskie, wskazujące jako celowe te obniżki, które uruchamiają większy efektywny popyt na rynku może równie dobrze przybrać postać uwielbianej przez liberałów słynnej krzywej Laffera. Jeżeli istnieją takie poziomy dochodów, przy których obniżka stawki mogłaby spowodować większą aktywność gospodarczą, to dotyczy to na pewno właśnie najuboższych. Oczywiście troska o budżet jest wielką wartością, ale czyż przesunięcia w ramach budżetu na rzecz takiego celu są niemożliwe? Z tym pytaniem warto wkroczyć w rok wyborczy. Jeżeli faktycznie te obniżki podatkowe okażą się dla budżetu zbyt drenujące, można zastanowić się nad działaniami rekompensującymi, np. wprowadzeniem systemu „split”, który uniemożliwiłby dokonywanie wielomiliardowych wyłudzeń VAT.
Jest i drugi obszar, gdzie między wyważeniem potrzeb budżetu a całą gospodarką mogą powstać chwilowe sprzeczności. Są nim prywatne nakłady na badania i rozwój, które stanowią jeden z kluczowych wskaźników wysokorozwiniętych gospodarek. Do tej pory prywatne podmioty w Polsce przeznaczają na ten cel zbyt małą część swoich budżetów. Premiowany jest wręcz zakup zagranicznych rozwiązań w postaci „ulgi technologicznej” powiększającej lukę wiedzy między twórcami własności intelektualnej a Polską. Rozwiązaniem praktykowanym w krajach o wyższym poziomie i dynamice rozwoju sektorów wysokiej techniki są podwójne odpisy inwestycyjne na prace badawczo-rozwojowe firm.
W praktyce oznacza to, że firma dokonująca prorozwojowych inwestycji mogłaby odpisać dwukrotność tej kwoty od podatku. To rozwiązanie („2 za 1”) jest w krótkim okresie fiskalnie niekorzystne dla skarbu państwa, ale po kilku latach przyczynia się do podniesienia strukturalnego poziomu rozwoju gospodarki kraju, dokonywanego dzięki coraz lepszej międzynarodowej pozycji konkurencyjnej dużych przedsiębiorstw dokonujących prac badawczo-rozwojowych.
Czy te dwa życzenia mają szansę się spełnić? Budżet na rok 2016 poznamy już za niecały rok, a w międzyczasie czeka nas w polskim życiu polityczno-gospodarczym czas pełen wrażeń.
Krzysztof Mroczkowski
przez Fabio Belafatti | poniedziałek 2 lutego 2015 | opinie
W ostatnich miesiącach prorosyjscy komentatorzy w wielu krajach zachodnich przedstawiają wypadki w Ukrainie za pomocą mieszaniny stereotypów przerażająco podobnej do retoryki typowej dla niegdysiejszych rozumowań imperialnych i rasistowskich. W efekcie Ukraińcy (ale także Gruzini, Mołdawianie, Polacy, Litwini, Łotysze i Estończycy) padli ofiarą nowej postaci orientalizmu, czyli spaczonego sposobu myślenia, nazbyt często prezentowanego w wypowiedziach ludzi Zachodu na temat innych części świata.
Niniejszy artykuł ma na celu dostarczenie pożywki umysłowej czytelnikom i komentatorom. Gdy idzie o tych ostatnich, ma on także nakłonić ich do powstrzymania się od nieprzemyślanego pisania o Europie Wschodniej. Warto, abyśmy najpierw uwolnili się od stereotypów, których istnienia możemy sobie nawet nie uświadamiać. Zachodni komentatorzy winni wyzbyć się dawnych uprzedzeń, zakorzenionych w epoce kolonialnej, zanim zaczną komentować sprawy Europy Wschodniej.
„Orientalizm” i jego dzisiejszy sens
W roku 1978 Edward W. Said wydał „Orientalizm” – książkę, która stała się kamieniem milowym dla studiów postkolonialnych oraz lekturą obowiązkową dla każdego zainteresowanego badaniem krajów azjatyckich, szczególnie muzułmańskich. Said skutecznie zdemaskował wadliwe pojmowanie „Wschodu” przez Zachód. Zauważył między innymi, że zachodni komentatorzy konsekwentnie postrzegali (i robią to nadal) Orient jako byt niezdolny do zmiany, ugrzęzły na zawsze w bezkresnej przeszłości schyłku i zacofania.
Co jeszcze ważniejsze, według Saida „Wschód” był (jest) stale przedstawiany jako niezmiennie pasywny przedmiot, niegodny i niezdolny do bycia podmiotem działającym na własny sposób. Zachodnie stereotypy kolonialne i postkolonialne widzą w nim śpiącą, bezwolną istotę, poddającą się działaniu Zachodu jako jedynego bytu, któremu przysługuje godność aktywnej podmiotowości.
Kryzys ukraiński ujawnia dziś istnienie uderzająco podobnych uprzedzeń. Tym razem jednak ich ofiarą nie jest Bliski Wschód, lecz Europa Wschodnia. Prorosyjskie komentarze, jakie ukazywały się w zachodnich mediach w ostatnich miesiącach, bez wyjątku dostarczały rażących i obezwładniających przykładów wspomnianych stereotypów, i to w takiej ilości, że trudno powstrzymać się od pytania, co właściwie powstrzymało autorów, a niektórych znam osobiście, przed poświęceniem chwili na namysł przed pisaniem.
Tak było w przypadku bardzo licznych komentarzy anglojęzycznych, pochodzących także od wybitnych ekspertów. Jednak w równie oczywisty sposób dotyczy to innych krajów zachodnioeuropejskich o wysokim poziomie sentymentów antyamerykańskich, jak choćby Włoch, niejednokrotnie też Francji i Hiszpanii. Refleksja nad sednem argumentacji stosowanej przez prorosyjskich komentatorów natychmiast ujawnia metodologiczną słabość ich analiz.
Argumentacja prorosyjska podąża zazwyczaj w dwóch kierunkach: czerpiącym z „whataboutyzmu” [oryg. whataboutism – ożywiona dziś metoda propagandy sowieckiej, polegająca na zrównywaniu wykroczeń polityki wewnętrznej i zewnętrznej ZSRR i państw zachodnich – przyp. tłum.] oraz nieco bardziej „geopolitycznym”. W przypadku argumentacji pierwszej broni się działań Rosji przez odwołanie do dobrze znanej zasady „tak, ale…”. Rosja zajęła Krym? Tak, ale co z Irakiem? Rosja wspiera separatyzm we wschodniej Ukrainie? Tak, ale czy Amerykanie nie postąpili tak samo w Kosowie? I tak dalej. Nie ma sensu marnować czasu na krytyczny rozbiór takiej linii argumentacji, bo w gruncie rzeczy to nic więcej niż pozbawiony wszelkiej samoistnej wartości sofizmat (argumentum ad hominem) – używany sprytnie i skuteczny, ale zawsze tylko sofizmat.
Argumentacja „geopolityczna” ma z kolei nieco tylko większą wartość. Obrona działań Rosji oparta jest tu na oskarżaniu Zachodu o nieuprawnione „wtrącanie się” w sprawy regionu lub na okazywaniu zrozumienia dla obaw Moskwy w sprawie rozszerzania NATO, rozpadu jej sfery wpływów lub działań Unii i NATO na obszarze jej „bliskiej zagranicy” itd. I właśnie tu na scenę wkracza orientalizm.
Wielkie pomieszanie
W tę pułapkę wpadają właściwie wszyscy zabierający głos w debacie po stronie Rosji. Lektura wielu artykułów, które oskarżają Zachód o „wywołanie” ukraińskiego chaosu przez „prowokowanie” Rosji na obszarze jej strategicznych interesów oraz urażenie jej mocarstwowej dumy, jasno pokazuje, że ich autorzy, pisząc o małych krajach Europy Wschodniej, przyjmują spaczoną, hierarchiczną i wreszcie – orientalistyczną (jeśli nie zgoła rasistowską) perspektywę.
Gdy jakiś komentator twierdzi, że Rosja czuje się zagrożona postępami NATO w Europie Wschodniej lub zbliżeniem Ukrainy do UE, sugeruje w zasadzie, jakoby Rosja miała niepodważalną legitymację do dochodzenia swych praw w tym regionie, zaś Europa Wschodnia służyła jedynie kompensowaniu nierozwiązanych rosyjskich kompleksów niższości. Prorosyjscy komentatorzy milcząco odmawiają Ukrainie rangi aktywnego podmiotu w całym sporze, negując tym samym jej państwową niezależność1.
Idea, zgodnie z którą rosyjskie działania stanowią uzasadnioną reakcję na ingerencję „obcych” w sprawy regionu postrzeganego jako „rosyjski”, nie jest niczym innym, jak tylko nowszą wersją tej samej imperialnej mentalności, z jaką Europejczycy dzielili między siebie Bliski Wschód. Jest to tym bardziej zaskakujące, że głoszą ją ludzie, którzy zajmują w innych sprawach stanowiska ostentacyjnie antyimperialistyczne. W ich wypowiedziach Europa Wschodnia jest pasywnym przedmiotem, wobec którego Rosja pełni rolę jedynego uprawnionego do działań „aktora” (w łacińskim znaczeniu słowa – „sprawcy”), przy czym pomija się znaczenie aktorów mniejszych, lokalnych. Nie sposób inaczej wytłumaczyć bezkrytycznej akceptacji dla rosyjskich wywodów etnohistorycznych dotyczących Krymu i wschodniej Ukrainy. Komentatorzy uznali wszak śmiechu warte argumenty Putina, jakoby Krym był rosyjską Jeruzalem i że Ukraina to coś na podobieństwo Ziemi Świętej narodu rosyjskiego2. Ukraińskiej wersji tych samych wypadków nie rozważano nigdy poważnie lub lekceważono jako wyraz nacjonalizmu zgrai chłopstwa odartego z własnej historii. Niewielu ekspertów zauważyło, że „racje” Rosji oparte są na zaledwie jednej z wielu interpretacji historii Europy Wschodniej, opracowanej na użytek państwowej legitymizacji Rosji carskiej i sowieckiej.
Jedyny szlachetny naród Europy Wschodniej?
Podobnie jak wszystkie interpretacje historii, tak i rosyjskie odczytanie dziejów Ukrainy opiera się na doborze faktów i znaczeń, którym z precyzją nadano funkcje podporządkowane określonym politycznym priorytetom. Nie można poważnie dowodzić, że Krym/Donbas/Ukraina powinny być rosyjskie, ponieważ Rosja uznaje je za część swej historii. Aby to zrobić, należałoby najpierw uznać za rzecz oczywistą, że z jakiejś przyczyny rosyjska interpretacja historii jest siłą rzeczy nadrzędna względem wszystkich pozostałych, co jest oczywistym nonsensem.
Ale na tym nie koniec. Dla komentatorów prorosyjskich fakt, że Krym przez tysiące lat nie był rosyjski, nie ma znaczenia. Liczy się natomiast to, że był rosyjski przez niespełna dwa stulecia – tymczasem z perspektywy historycznej nie znaczy to nic. Rosyjska wizja i rosyjskie doświadczenie tego obiektu-terytorium są automatycznie postrzegane jako bardziej istotne, bardziej „szlachetne”, a co za tym idzie – znaczą więcej niż tysiąclecia nierosyjskiej historii regionu. Tragedie innych ludów – tak ważne, nawiasem mówiąc, dla uczynienia tego regionu bardziej „rosyjskim” – tracą tu jakiekolwiek znaczenie.
Tymczasem owi inni, cała nierosyjska ludność, zajmują ogromną „neutralną” przestrzeń pomiędzy Rosją a „Zachodem”. Wszystkie te narody są konstruktem historycznych doświadczeń i tradycji. I w tym właśnie rzecz – ich tożsamości są równie „sztuczne” jak rosyjska. I nie ma powodu wierzyć, że rosyjska tożsamość należy do innego porządku, że jest uświęcona jakimś ahistorycznym szlachectwem.
Nas wszystkich (zarówno wschodnich, jak i zachodnich Europejczyków) stworzył proces kształtowania tożsamości. Rosjanie nie są wyjątkiem – ich postrzeganie, odczuwanie i rozumienie historii nie spadło z nieba. Wytworzyli ją oni, a ściślej mówiąc – zostali stworzeni jako efekt pewnych wydarzeń, strategii i planów. I nie zasługują na więcej szacunku niż inni. Niestety, zwolennicy nadają Rosjanom szlachectwo, które chroni przed jakąkolwiek kwestionującą interpretacją. Stąd właśnie wynika nonszalancka, „orientalistyczna” idea „sfer wpływu”, którą skrupulatnie odrzuciliby w każdym innym przypadku.
Trudno się rozstać ze starymi nawykami
Praktyka odmawiania nierosyjskim narodom Europy Wschodniej godności aktywnego podmiotu ma długą historię. Jako zachodni Europejczycy mamy zwyczaj uznawania, że ta część świata należy do „sfery” rosyjskiej lub zgoła powinna być rosyjska. To powołuje do życia odrażające sądy, że w Ukrainie Rosja miała prawo interweniować, ponieważ już wcześniej „musiała zrezygnować” z państw bałtyckich, wobec czego „Zachodowi” naprawdę nie wolno „odbierać” jej innych krajów. Albo że przez wzgląd na Ruś Kijowską Ukraina jest dla rosyjskiej identyfikacji tak ważna, iż stanowi to wystarczający powód dla ignorowania pragnień milionów ludzi, którzy musieli (i nadal muszą) znosić swobodę Rosji w określaniu jej własnej tożsamości.
Dla stanowczo zbyt licznych zachodnich ekspertów istotne znaczenie mają uczucia Rosjan. Wszystko pozostałe, a więc to, co mogą myśleć Ukraińcy, Polacy, Mołdawianie, Bałtowie, Gruzini i Ormianie, jest dalece mniej ważne, jako że są to jedynie odczucia „reszty”, podmiotów o niższym statusie, niegodnych rangi aktora. W najlepszym razie są to odruchy ofiar orientalistycznej interpretacji historii, którą to rolę nazbyt często ludzie Zachodu przypisują swym wschodnioeuropejskim sąsiadom.
Niewspółmierna atencja dla uczuć Rosji, współczucie dla rosyjskiej „tragedii” utraty imperium i niewrażliwość na priorytety innych narodów stają się możliwe, gdy postawi się naród rosyjski na wyższym stopniu hierarchii, odwołując się do błędnego orientalistycznego przekonania, że jedynie dawnej potędze przysługuje ranga aktora. Europejscy kolonialiści dostrzegali we Wschodzie jedynie przedmiot rozgrywki. Prorosyjscy komentatorzy widzą Europę Wschodnią w taki sam sposób: Rosja może postępować zgodnie ze swymi zachciankami, jako że stanowi część naturalnego porządku geopolitycznego.
Europa Wschodnia jako kukiełka
Orientalistyczne myślenie prorosyjskich komentatorów ujawnia się w sposobie opisywania Ukrainy jako państwa niezdolnego do działania z własnej inicjatywy. Niezmiennie upatrują oni w krajach Europy Wschodniej przedmiotów manipulacji Zachodu. Oto, co wynika z powyższego: skoro Rosja postrzegana jest jako jedyne państwo godne statusu „aktora”, zaś Europa Wschodnia jako pasywny i hierarchicznie podporządkowany przedmiot, to wszelkie niezależne działanie jakiegokolwiek państwa Europy Wschodniej musi być z konieczności wynikiem ingerencji Zachodu.
Nic dziwnego, że prorosyjscy komentatorzy prawie nigdy nie mówią o „wstąpieniu Europy Wschodniej do NATO”, lecz o „rozszerzeniu [oryg. expansion – ekspansji – przyp. tłum.] NATO/UE na Europę Wschodnią”. Wschód jest postrzegany jako przestrzeń dla podboju – z istoty podporządkowaną Rosji – gdzie „Zachód” inicjuje niebezpieczną rozgrywkę przeciw „prawowitemu” właścicielowi. Lokalni aktorzy pozbawieni są znaczenia, zaś ich rolę w całokształcie procesu rozszerzenia NATO i UE można pominąć. Dawne państwa komunistyczne postrzegane są jako ofiary przeprowadzonego wbrew ich woli włączenia w zachodnie struktury bezpieczeństwa. To oczywisty nonsens – miało ono charakter dwukierunkowy, przy wzmożonej aktywności aktorów wschodnich, których naciski partnerzy zachodni często uznawali za nadmierne. W prorosyjskich analizach nie ma po tym śladu – państwom wschodnioeuropejskim nie przyznaje się roli aktywnych aktorów, zaś całkowicie wykluczona zostaje myśl o tym, że dziesiątki milionów mieszkańców regionu w wielu momentach historycznych pragnęło zmienić przynależność sojuszniczą.
Jest to nie tylko nostalgiczne postsowieckie myślenie, lecz także otwarty rasizm. Skoro Europa Wschodnia kieruje wzrok ku Zachodowi, musi to być sprawka „zachodniej ingerencji”, „nacisków”, „organizacji pozarządowych” – zwolennicy Rosji zawsze znajdą sobie kozła ofiarnego dla wytłumaczenia rosyjskich porażek. To coś „zachodniego” musi działać ku „destabilizacji przestrzeni eurazjatyckiej”. To, że autentyczne lokalne interesy narodów wschodnioeuropejskich mogłyby prowadzić do odwrócenia sojuszy, jest tu nie do przyjęcia, podczas gdy to Rosja jest rzeczywiście odpowiedzialna za destabilizowanie regionu, wynikające z jej sprzeciwu wobec pragnień dawnych poddanych imperium. Dla speców mówiących o „Zachodzie destabilizującym Europę Wschodnią”, krótkie spojrzenie z takiej perspektywy i weryfikacja własnych stanowisk mogłyby okazać się nader interesujące.
Czy aby nie jesteśmy rasistami?
Stanowisko orientalistyczne prowadzi do kwestionowania szczerości wszelkich prozachodnich ruchów protestu w Europie Wschodniej. Nikt wyposażony w choć odrobinę wiedzy na temat Europy Wschodniej nie może poważnie myśleć, że Bruksela lub Waszyngton mogłyby zmobilizować miliony ludzi w krajach takich jak Ukraina. Niezależnie od skali wsparcia „z zewnątrz”, to czynniki wewnętrzne ostatecznie skłaniają ludzi do działania, szczególnie gdy ryzykują oni własnym życiem. Absurdem jest myślenie, że ktokolwiek mógłby wystawiać się na ryzyko bycia zastrzelonym tylko dlatego, że tak każe mu jakiś biurokrata z Brukseli. Zatem rasistowskie jest rozumowanie, zgodnie z którym nikt na wschód od Unii Europejskiej nie może pragnąć porządków nieuwzględniających dominacji Rosji, a my, „ludzie Zachodu”, mielibyśmy być jedynymi godnymi i zdolnymi do walki o rządy prawa i prawa człowieka. Przekonania tego rodzaju mogą przynosić ulgę samej Rosji. Lepiej wszak udawać, że wstąpienie Europy Wschodniej do NATO i Unii wynika z antyrosyjskiego spisku, niż uznać porażkę własnego modelu i fakt, że – mówiąc wprost – liczne państwa europejskie wciąż obawiają się intencji Rosji.
Dlaczego powinniśmy wyzbyć się „orientalizmu”
Główną ofiarą omawianych stereotypów jest nasza zdolność właściwego rozumienia Europy Wschodniej. Jakkolwiek nie można ignorować wpływów zachodnich, to jednak głęboko niesłuszne jest postrzeganie ukraińskiego ruchu na rzecz demokracji jako odstępstwa od rzekomo „naturalnego” i nieodzownego porządku rzeczy, w którym nie uznajemy Ukraińców za godnych rangi narodu i aktywnego podmiotu. Narażamy w ten sposób na ryzyko naszą zdolność pojmowania roli lokalnych aktorów, ich wyborów oraz ich uczuć.
Pociągające jest skupienie się jedynie na strategiach wielkich potęg i postrzeganie Europy Wschodniej jako szachownicy, na której mierzą się dwaj gracze. Niezależnie od rozrywki, jaką wielkie strategie zapewniają na równi specjalistom i szerokiej publiczności, Europa Wschodnia nie jest boiskiem piłkarskim. Zaś my na Zachodzie doprawdy powinniśmy wyzbyć się wyższościowego oglądu małych narodów Europy Wschodniej, traktowania ich jak bytów niższych przy jednoczesnym upatrywaniu w Rosji jedynego narodu wartego poważania i godności. Odrzucenie tych błędnych pojęć powinno być pierwszym i obowiązkowym krokiem każdego, kto chciałby zabierać głos w sprawie Europy Wschodniej.
Fabio Belafatti
Tłum. Michał Wójtowski
Tekst pierwotnie ukazał się 27 października 2014 r. na stronie internetowej http://euromaidanpress.com.
Przypisy:
1. Wychodząc z innego punktu, Anton Szekchostow krótko i nad wyraz podobnie argumentował w bardzo dobrym artykule, opublikowanym, gdy ten był w trakcie ostatecznej redakcji. Jestem mu wdzięczny za podniesienie tej kwestii i mam nadzieję, że mój tekst będzie kolejnym wkładem w debatę.
2. Dla zdania sobie sprawy z absurdalnego symplicyzmu i zwodniczości tych koncepcji polecam lekturę poświęconego Ukrainie rozdziału „Rekonstrukcji narodów” Timothy Snydera.
przez Krzysztof Wołodźko | poniedziałek 26 stycznia 2015 | opinie
Po śmierci Józefa Oleksego jeden z portali przypomniał wywiad, jakiego polityk udzielił „Dziennikowi Trybuna” w 2013 r. W rozmowie z Agnieszką Wołk-Łaniewską, długoletnią współpracownicą Jerzego Urbana z tygodnika „NIE”, były premier barwnie opowiadał o swojej karierze politycznej jeszcze w poprzednim ustroju. Istotny wątek rozmowy dotyczył kwestii dość dla Polaków wstydliwej – awansu społecznego czasów PRL, którego dziedzicami są przecież dzisiejsze pokolenia. Życiorys Oleksego jest pod tym względem nieledwie wzorcowy – inteligentny i ambitny prowincjusz z niższych warstw społecznych zdobywa średnie wykształcenie (właściwie dzięki przykościelnej szkole), później trafia na studia na Wydziale Handlu Zagranicznego Szkoły Głównej Planowania i Statystyki w Warszawie. Rok po marcu 1968 zapisuje się do partii, a już niespełna 10 lat później zasila wysokie kręgi władzy.
Dopełnieniem tej rozmowy jest inny wywiad, jakiego Oleksy udzielił Robertowi Mazurkowi w „Rzeczpospolitej”. Podsumowując swoją działalność w Polsce Ludowej polityk stwierdzał w nim: Właściwie żyłem porządnie, starałem się nie wyrządzać ludziom zła, nie krzywdzić ich. Nawet jak byłem w reżimie komuny, unikałem sytuacji, w których bym czegokolwiek nadużył, kogoś sponiewierał. Po lekturze tych wywiadów lepiej zrozumiałem, na czym polega fenomen zaangażowania Polaków w komunizm. I co, najprawdopodobniej, wciąż stanowi dziedzictwo „polakokomuny” w naszych realiach.
W czasach Polski Ludowej dokonała się duża transformacja społeczna, w znacznej mierze związana głębszymi procesami zachodzącymi w naszym kręgu cywilizacyjnym. Opierała się ona na migracji mas ludności ze wsi do miast, narzuceniu społeczeństwom wielkomiejskiej modernizacji, której podstawowym elementem był wzrost znaczenia przemysłu. Pod tym względem dynamika realnego socjalizmu niewiele różniła się od modelu rozwoju przyjętego w świecie kapitalistycznym. W obrębie obu systemów bodaj najistotniejszym elementem modernizacyjnej układanki była industrializacja i mniej lub bardziej udane próby upowszechnienia dobrobytu. Także po to, żeby pracownik najemny/robotnik, sprzedający „tanią siłę roboczą”, wegetujący na obrzeżach społeczeństwa, państwa i rynku, mógł stać się obywatelem, konsumentem, człowiekiem zdrowym… i przewidywalnym w swoich wyborach politycznych. W krajach Zachodu te warstwy społeczne, które według słów Marksa nie miały nic do stracenia oprócz kajdan, wykorzystały sprzyjające warunki rosnącej demokratyzacji życia publicznego, zorganizowały się i wywalczyły sobie prawa do większego udziału w wypracowywanym kapitale. Z czasem, po dekadach ciężkich walk o swoje, twardoręcy robotnicy i ich kasłające gruźliczą krwią żony przemienili się w drobnych ciułaczy, turystów zwiedzających świat i emerytów spędzających leniwie czas z wędką. A dzieci poszły do szkół, zamiast na drugą zmianę.
W świecie realnego socjalizmu to satelickie wobec Związku Radzieckiego monopartie były gwarantem tutejszej wersji „państwa dobrobytu”. Projekt okazał się mniej udany niż zachodni tak na poziomie gospodarczym, jak i obywatelskim. PRL-owski awans społeczny nierzadko okazywał się problematyczny. Albo trzeba było płacić za niego lojalnością wobec skorumpowanej monopartii, albo – co pokazuje historia regularnych robotniczych wystąpień – towarzyszyło mu ciągłe poczucie braku i krzywdy; poczucie awansu społecznego, ale ze ślepą kuchnią, krzywymi ścianami mieszkania w bloku, sklepowymi kolejkami i zapisami na radio, telewizor, lodówkę i pralkę. Niby wszystko było – ale często na niby. Prowizorka i bubel – te słowa dobrze zapamiętałem z interwencyjnego programu konsumenckiego z telewizji czasów PRL. Dorzucić można by było jeszcze „lojalkę” – i mielibyśmy realny socjalizm w pigułce. Najkrótsza z możliwych historii Polski Ludowej: nad pomyślnym trwaniem niepomyślnego systemu czuwali chłopscy synowie z awansu społecznego, pilnujący innych chłopskich synów, którzy z bezrolnych i małorolnych przemienili się w wielkoprzemysłowy proletariat.
Aktorów na tej scenie da się wymieniać po nazwiskach: po jednej stronie Anna Walentynowicz, robotnica z PRL-owskiego awansu społecznego, kobieta nieustępliwa i zajadła, która użerała się z władzą o nieświeże jajka w przyzakładowej stołówce. Po drugiej stronie – Józef Oleksy, rzemieślnicze dziecko spod Nowego Sącza. Był on, jak sam mówił, dobrym człowiekiem. Cenił też, co arcyludzkie, święty spokój i miłe luksusy. To, że ktoś kogoś bezkarnie bił w imię socjalizmu i władzy ludu, że z folwarków i robotniczych osiedli wyzierała nędza – to szczegóły z wielu przyczyn dziś nieinteresujące, tak jak mało interesująca dla beneficjentów aktualnego systemu są dzisiejsze bieda i wyzysk. Jowialni, mili (starsi) panowie o delikatnych palcach i podniebieniach smakoszy, chętnie zapominają o takich szczegółach – niezależnie od ustroju.
Tu ktoś zawoła oburzony: a dlaczego autor nic nie mówi o żydokomunie?! Dlaczego nic nie ma o sowieckim imperium, nadzorującym kolonialne projekty określane mianem „ludowych demokracji”. Problem z tym wątkiem polega na tym, że bardzo często stanowi świetny pretekst do tego, by w ogóle nie mówić o polakokomunie, czy też – patrząc szerzej i głębiej – o pańszczyźnianym dziedzictwie, zachowanym w obyczajach i strukturach społeczno-gospodarczych. A przecież pańszczyzna, komuna i kapitalizm po polsku stanowią różne historyczne wariacje na ten sam temat – wewnętrznej i zewnętrznej kolonizacji. Józef Oleksy to nie tylko twarz, to nie tylko imię i nazwisko. To maska, którą da się nałożyć na wiele, bardzo wiele postaci w naszych dziejach – od zarządców folwarków, do polityków III Rzeczpospolitej, przez kastę rodzimych menadżerów, ekspertów i publicystów, zarządzających gospodarką, instytucjami i wyobraźnią społeczną Polaków. Oni wszyscy niczemu nie są winni. Potrafią być mili dla sprzątaczek i kelnerów. Oni tu tylko nadzorują i zarządzają, zgodnie z wytycznymi określonej epoki. A przy okazji – dobrze z tego żyją, pilnując, żeby polaczki-biedaczki znały swoje miejsce w tak a nie inaczej urządzonej rzeczywistości.
Ta kolonizacja ma także swoją drugą stronę. Jeśli wnikliwiej przyjrzeć się polskiej historii, to jest to lekcja ubezwłasnowolnienia szerokich mas. Powtórzę oczywistość nie dość wciąż oczywistą: polskie społeczeństwo jest społeczeństwem pochłopskim. I społeczeństwo to praktycznie nigdy w dziejach nie było na dłużej (i na serio) podmiotem własnego życia społeczno-gospodarczego. Nie ma niemal żadnych doświadczeń z budowaniem instytucji własnego, suwerennego państwa. Nie odziedziczyło ich jako trwałego nawyku, trwałej zdolności wypracowanej przez następujące po sobie pokolenia. Może dlatego zawsze czuje się wobec państwa obco – nawet gdy zasila jego administrację, instytucje publiczne, struktury centralne. Wie, że państwo można oszukać z korzyścią dla siebie, swojej rodziny i znajomych, ale często nie wie, jak je budować. Zaś władze państwa i wyższa kasta urzędnicza, także w zasadniczej mierze pochodzące z awansu społecznego, łatwo wchodziły w buty „nadzorców folwarku”. Pomocą w tym względzie służyły i służą mechanizmy kooptacji, czyli dostosowania do reguł gry wyznaczanych przez mniej lub bardziej brudny kapitał społeczny. W skrócie: dołączenie do elity niemal zawsze wiązało się z przyjęciem logiki zarządców folwarku, ze wspólnictwem w korupcji, naginaniu prawa, przymykaniu oczu na złodziejstwo, uznaniu, że wszystko jest trochę na niby, poza własną kiesą. Posłuchajcie kuluarowych rozmów nadzorców zasobu ludzkiego – często właśnie to w nich usłyszycie.
Oto polska tragedia: konieczność wmyślenia się i wżycia w logikę panów obcych i swoich, właścicieli wielkich majątków i latyfundiów, przez tych, którzy mają ambicje, potencjał i zdolności. Z ciasnych izb, z baraków robotniczych, z (naj)gorszych dzielnic wielkich miast, z zabitych dechami wioszczyn niektórzy szli, idą i będą dalej „iść w pany”. Za jaką cenę? Przyjęcia cudzych reguł gry dotyczących tych grup społecznych, z których „się wyszło”. Niewiele się tutaj różni prowincjusz Oleksy, „gubernator Polski wschodniej”, polujący z flintą w przygranicznych lasach, od dzisiejszych „nowopolaków”, którzy odpoczywają w termach w Białce Tatrzańskiej i wydają tam dziennie kwoty, jakie większości polskich rodzin muszą wystarczyć na miesięczne utrzymanie.
Być może Oleksy był bardziej od nich sentymentalny, być może częściej śnił mu się w nocy obraz Najświętszej Panienki i umęczona ojczyzna jak postaw sukna na wszystkie strony rozdzierana. Ale na dobrą sprawę oni wszyscy realizują systemowe wytyczne swoich czasów. Dawno temu mówili językiem ludzi z dworków, później językiem sanacyjnych pułkowników, po wojnie mową okołosowieckiego marksizmu. Dziś mówią językiem wypracowanym na potrzeby wielkich instytucji finansowych. A zawsze wypowiadają swoje kwestie z wielkim przekonaniem – nawet gdy uronią przy tym łzę lub skrzywią usta w życzliwym grymasie współczucia. I zawsze są pewni, że tak właśnie trzeba, że inaczej nie da się z polakoludem, z polakobiedą, polakonajemnikami. Choć sami są polakoludem i polakonajemnikami. Od reszty społeczeństwa różni ich to tylko, że za swoje podwykonawstwo – biznesowe, medialne, polityczne czy ideologiczne – więcej dostają. W ich polakobigosie o smaku sushi więcej jest tłustych kąsków, gdy reszta musi napchać brzuch kapustą. Jest kwestią kulturowej otoczki, czy jedzą to danie z (cudzych) sreber rodowych, na porcelanie kupionej w komisie czy z drogich designerskich talerzy. Jest zwykle kwestią nadbudowy, czy przed posiłkiem robią znak krzyża, czy wyznają inne wiary i światopoglądy.
Tu uwaga konieczna dla zniuansowania obrazu: kolejne wcielenia poddaństwa nie zawsze podlegają logice zerojedynkowej. Relacje władzy i dominacji przebiegają w poprzek przez różne szczeble hierarchii władzy, pieniądza, zarządzania ideami. Dlatego dobry Polak pracujący w PRL jako kierownik sklepu meblowego, szefowa lokalnego Pewexu czy kaowiec na rejsie po nadbałtyckich ośrodkach wczasowych „tylko się dopasowywali”. Komunie wierzyli mniej lub bardziej, ale zawsze dbali o swoje. Byli w partii albo nie byli, ale podstawiali miseczkę, gdy skapywało. Byli w „Solidarności” albo nie byli, ale i tam podstawiali miseczkę. Jak to śpiewał Kelus? Wierzący co wierzą, że muszą być w Partii / bo żona bo dziecko bo raty bo maluch / partyjni co chyłkiem przyjmują komunię / bo bony na cukier bo bony do raju. Byli zdeprawowani? Nie wątpię, choć ich demoralizacja miała inny kontekst, niż demoralizacja wysokiej rangi polakoczynowników.
Co najistotniejsze: z pokolenia na pokolenie uczono ich, że z głębin biedy i polakopańszczyzny można wydobyć się tylko chłopskim sprytem i zaradnością, nadstawianiem miseczki albo pleców. Niewiele mieli innych wzorców, a ich dzieci i wnuki też nie mają ich zbyt wiele. Dzisiejszy system opiera się o bardzo podobne mechanizmy, choć na całe szczęście jest mniej szczelny – w takim chociażby sensie, że nie operuje już hasłami „powszechnej jednomyślności”. Obojętnych i niechętnych pozostawia na ogół samym sobie – jeśli ktoś nie chce uczestniczyć w jego rytuałach i obchodach na cześć, to może się wycofać i nie musi w tym celu emigrować w Bieszczady ani na Mazury. Może wyjechać za chlebem albo znaleźć sobie w ramach polskiego systemu jakąś niszę. Przy łucie szczęścia nawet ta nisza może okazać się złotą klatką – choćby dla koncesjonowanych radykałów.
Na pogrzebie Józefa Oleksego dwóch prezydentów ogłosiło, a biskup ich słowa potwierdził święconą wodą, że zmarły był wybitnym politykiem i prawdziwym patriotą. Wszystko się zgadza i pięknie wpasowuje w wielowiekową tradycję polakopańszczyzny. Tutaj surmy złote grają tym, co zwykle. Tak już być musi. Na wieki wieków amen i o jeden folwarczny dzień dłużej.
przez Piotr Wójcik | poniedziałek 19 stycznia 2015 | opinie
Narodowy Fundusz Zdrowia jest w Polsce jednym z kilku etatowych chłopców do bicia. Wspólnie z Zakładem Ubezpieczeń Społecznych stanowią wyjątkowo wygodną parę dla amatorów walenia w sektor publiczny. Wszak nie trzeba specjalnie się wysilać, żeby od ręki znaleźć kilka faktów drażniących przeciętnego obywatela, a związanych z funkcjonowaniem tych instytucji. Naparzać w ZUS jest chyba nawet łatwiej – w końcu prawie każdemu coś tam „zabiera” (nomenklatura jego krytyków celowo użyta), uszczuplając nasze, często dość skromne, budżety domowe. Ale NFZ i służba zdrowia są równie wdzięcznymi obiektami rytualnych żalów lub też kpin – tak w debacie publicznej, jak i w towarzystwie. Tematów do narzekań nie brakuje i wiele osób aż się garnie, by skwitować je dosadnym komentarzem: wielomiesięczne lub nawet czasem kilkuletnie okresy oczekiwania na zabieg czy operację; karetki, które nie przyjechały lub przyjechały za późno; zakończone ludzkim dramatem błędy lekarskie itd.
Wszystko to wzbudza uzasadnione głosy oburzenia na poziom służby zdrowia. Często prowadzi jednak do mniej uzasadnionych wniosków, według których polski system opieki medycznej jest wyjątkowo nieudolny, a w związku z tym o zdrowie musimy zadbać sami. Słowem, pojawia się śpiewka znana z dyskusji o emeryturach – jeśli sobie nie odłożymy, to na starość będziemy goli i weseli, bo na państwowe zabezpieczenie nawet nie ma co liczyć. Stąd już tylko krok do przyjęcia, wydawałoby się, jedynie racjonalnej postawy: „Przecież nie będę się składał na coś, co nie działa, co de facto nie istnieje!”.
Taki sposób myślenia pomija dwa istotne fakty. Po pierwsze, bulwersujące przykłady będą nam towarzyszyć nawet wtedy, gdy uda się w końcu stworzyć system opieki zdrowotnej z prawdziwego zdarzenia. Z natury rzeczy jest to bowiem branża, w której każdy błąd może być na wagę życia. Po drugie, co ważniejsze, kiepski stan polskiej służby zdrowia niekoniecznie musi wynikać z patologii zarządzania, błędów czy słabości „czynnika ludzkiego”. Wystarczy fakt, że jest ona biedna jak mysz kościelna. A postawa sporej części społeczeństwa, niechętnej składaniu się na usługi publiczne, tylko pogłębia ten problem.
Wszystkie dane porównujące ilość środków w systemach zdrowotnych różnych krajów pokazują, że Polska odstaje pod tym względem wyraźnie na minus. Tak bardzo, że w zasadzie powinniśmy się dziwić, iż cokolwiek u nas w tym obszarze jeszcze działa – a takich pozytywnych przykładów znalazłoby się, wbrew pozorom, całkiem sporo. Biorąc pod uwagę ilość publicznych środków przekazywanych na ochronę zdrowia, Polska odstaje nawet od krajów, w których służba zdrowia generalnie jest… prywatna. Oczywiście mowa o danych uwzględniających poziom rozwoju gospodarczego, a więc stosunek publicznych wydatków na służbę zdrowia do PKB danego kraju. W Polsce wskaźnik ten wynosi 4,8 proc. i jest jednym z najniższych wśród państw OECD. Za nami są tylko Estonia (4,7 proc.), Meksyk czy bastion wolnego rynku i prywatyzacji wszystkiego, jakim jest Chile (3,5 proc.). Reszta cywilizowanego świata przeznacza na służbę zdrowia znacząco wyższe środki z państwowej kasy. Nawet w Czechach i na Słowacji są one wyraźnie większe (odpowiednio 6,3 i 5,6 proc.), nie mówiąc już o krajach, których służba zdrowia cieszy się zasłużoną renomą, takich jak Szwecja (7,7 proc.) czy Niemcy, w których wydatki są, uwzględniając proporcje rozwoju, niemal dwa razy większe niż w Polsce i wynoszą 8,7 proc. PKB. Zresztą nawet w USA, gdzie funkcjonuje prywatna służba zdrowia, a państwo zapewnia ubezpieczenie jedynie wąskim, najbardziej potrzebującym grupom społecznym, środki publiczne przeznaczane na ochronę zdrowia są prawie dwa razy większe w stosunku do PKB niż w Polsce i wynoszą 8,5 proc. Podobnie jest w Szwajcarii, w której niedawno społeczeństwo odrzuciło w referendum wprowadzenie powszechnych publicznych ubezpieczeń zdrowotnych – również tam publiczne środki przeznaczane na ochronę zdrowia są dużo wyższe niż w Polsce i wynoszą 7,1 proc. PKB, choć generalnie system opieki zdrowotnej jest tam prywatny. Polska pod tym względem wyraźnie odstaje też od przeciętnych poziomów tego wskaźnika – dla państw OECD wynosi on 6,7 proc., a dla krajów Unii Europejskiej 6,4 proc.
Sytuacja wygląda już całkiem dramatycznie, gdy przyjrzymy się bezwzględnym kwotom przypadającym na jednego pacjenta. Według zestawienia Bloomberga, który przeanalizował systemy opieki medycznej 51 krajów z całego świata (badając wydatki publiczne i prywatne), na jednego polskiego pacjenta przeznacza się 854 dolary rocznie. W Europie za nami są tylko Bułgaria i Rumunia, za to zaraz przed nami jest… Rosja (887 dolarów). Aż wstyd podawać dane dotyczące kolejnych państw, bo to już są zupełnie inne światy – na Słowacji na głowę przypada 1326 dolarów, a w Czechach 1432 dolarów. W Niemczech przeznaczane jest 5,5 razy więcej środków niż w Polsce, bo dokładnie 4683 dolarów, nie mówiąc już o Szwecji (5319 dolarów), Szwajcarii (8980 dolarów) czy wreszcie USA (8895 dolarów). Oczywiście, że opieka zdrowotna to nie tylko pieniądze, ale przy tak olbrzymich rozbieżnościach w nakładach trudno oczekiwać, że akurat w naszym kraju uda się odkryć kamień filozoficzny, dzięki któremu stworzymy sprawny i zarazem bardzo tani system opieki zdrowotnej.
Zaraz, zaraz – mógłby ktoś powiedzieć – przecież fakt, że pieniędzy w systemie jest mało, nie musi kłócić się z tym, że nawet ten niewielki zasób jest wykorzystywany nieefektywnie. A w takiej sytuacji nie ma sensu „dorzucać do pieca”, bo to będzie oznaczać jedynie zmarnowanie jeszcze większych środków. Według tej logiki, powinniśmy się więc wręcz cieszyć z tego, że pieniędzy w systemie jest relatywnie mało, bo siłą rzeczy oznacza to mniejsze marnotrawstwo. Najpierw przebudujmy system, a dopiero potem podejmujmy decyzje o ewentualnym zwiększeniu poziomu finansowania. Takie myślenie wydaje się całkiem rozsądne. Problem tkwi jednak w tym, że teza o wyjątkowo nieefektywnym wykorzystywaniu naszych skromnych środków także okazuje się nieprawdziwa.
Aby się o tym przekonać, znów musimy zerknąć do zestawienia Bloomberga. Jako chyba jedyne odnosi ono do skuteczność systemów opieki zdrowotnej (obliczoną na podstawie podstawowych danych dotyczących stanu zdrowia obywateli, tj. długości życia, śmiertelności niemowląt etc.) do poziomu finansowania, dzięki czemu zdaje sprawę z efektywności wydatkowania pieniędzy. I okazuje się, że Polska wypada w nim przyzwoicie – na 51 krajów zajmujemy 22 lokatę z wynikiem (efficiency score) 52,4. Niewiele przed nami, na 21 miejscu, jest Kanada (52,9), a za nami są… Niemcy (51,6). Trudno uznać system, który pod względem efektywności lokuje się między Kanadą a Niemcami za szczególnie nieudolny. Tym bardziej, że daleko za nami lokuje się wiele innych krajów Europy – Słowacja ma 31 miejsce, Dania 34, Austria 35, Holandia 40, Belgia 41 – oraz znajdujące się na szarym końcu USA, których prywatny system opieki zdrowotnej jest uznawany za jeden z najmniej wydajnych na świecie, szczególnie na tle olbrzymich środków, które są weń co roku pompowane (publiczne i prywatne finansowanie łącznie mają gigantyczną wartość ponad 17,5 proc. PKB).
Inną ciekawą obserwację na temat efektywności naszego systemu ochrony zdrowia mogliśmy przeczytać w niedawnym felietonie Jana Wróbla w „Dzienniku Gazecie Prawnej”. Otóż według standardów szwajcarskich prywatnych ubezpieczycieli medycznych, za efektywne uważane są te instytucje, których koszty administracyjne wynoszą poniżej 4 proc. ogólnej sumy wydatków. Wydatki NFZ wynoszą w sumie ok. 70 mld zł, natomiast koszty administracyjne ok. 700 mln zł, czyli zaledwie ok. 1 proc. A więc pod względem kosztów administracyjnych ten podobno marnotrawny NFZ zmieściłby się bez najmniejszego problemu w wyśrubowanych szwajcarskich standardach.
Rytualne walenie w NFZ (podobnie jak ataki na ZUS) jest nie tylko niezbyt sprawiedliwe. Tezy o rozpasanym NFZ i nieudolnej służbie zdrowia są kolejną z odsłon sączącego się od 1989 r. do opinii publicznej przekazu o nieefektywnym sektorze publicznym. Przekazu, który ma za zadanie zniechęcić Polaków do wspólnej własności i publicznego zarządzania oraz przekonać do prymitywnej teorii, jakoby prywatne zawsze było lepsze i skuteczniejsze. Efekty tego przekazu są wyraźne – spora część Polaków kombinuje, jak uniknąć płacenia składek, gdyż „emerytury i tak nie dostaną”, a „kontuzjowanej nodze” NFZ będzie miał do zaproponowania co najwyżej amputację. Omijanie opodatkowania i płacenia składek za pracowników stało się najpopularniejszym modelem biznesowym nad Wisłą, a w optymalizacji podatkowej – polegającej choćby na wyprowadzaniu podatków na Cypr – znaczna część społeczeństwa nie widzi nic zdrożnego, bo przecież jest to legalne, a państwo „i tak by te środki zmarnowało”. Tzw. freelancerzy kombinują, jak by tu podpisać umowę o dzieło, a nie zlecenie, nawet jeśli ich praca nie ma nic wspólnego z dziełem – byle tylko nie zapłacić ani złotówki składki. Wysoko wynagradzani specjaliści bez mrugnięcia okiem przechodzą na samozatrudnienie – choć charakter ich pracy w niczym nie przypomina działalności gospodarczej – byle tylko płacić stałą i niską (ok. 1000 zł) składkę dla przedsiębiorców.
Danymi potwierdzającymi tę smutną rzeczywistość masowego wypinania się na wspólnotę można sypać jak z rękawa. Pod względem samozatrudnienia Polska znajduje się na trzecim miejscu w UE – w tej formie zatrudnione jest aż 22,4 proc. siły roboczej. Niebezpiecznie przypominamy tym Grecję, w której to właśnie masowa skłonność do kombinowania (czy też „zaradność”, jak chcą zwolennicy takiej postawy), a nie zbyt wysokie wydatki publiczne, jak chcieliby nam wmówić niektórzy, była główną przyczyną kryzysu. Właśnie dzięki masowemu przyjmowaniu takich „zaradnych” postaw mają w Polsce miejsce tak cudowne zdarzenia, jak jednoczesny wzrost płac, spadek bezrobocia i… spadek wpływów do ZUS-u z tytułu składek, co miało miejsce w pierwszym półroczu 2014 r. Łączne płace w tym okresie wzrosły, a więc analogicznie powinny wzrosnąć składki – te jednak spadły (po raz pierwszy od roku 2008) i były o ok. 3 mld zł niższe niż podpowiadałyby dane makroekonomiczne. Można sobie tylko wyobrazić, ile operacji lub zabiegów medycznych można byłoby przeprowadzić za 3 mld zł i ile kolejek w służbie zdrowia skrócić.
Tych 3 miliardów służba zdrowia nie zobaczyła. Jak co roku w styczniu Polacy pospieszyli za to wrzucać datki do puszek Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Niestety nie zauważając, że jednym ze źródeł potrzeby organizowania takich akcji, jest wszechobecna w Polsce kultura kombinowania. A wśród tych wielu kierujących się odruchem serca Polaków, do puszek ruszyły też oczywiście rzesze mniejszych lub większych cwaniaczków i kombinatorów. Z troską pochylili się oni nad marnością polskiej publicznej opieki medycznej, zupełnie nie zauważając, że to właśnie m.in. ich działania doprowadziły do takiego deficytu środków. Najwyraźniej nie pojmując tego, że te kilka stów wrzuconych na WOŚP nie pokryje tych kilku tysięcy „zachomikowanych” składek. Ani nie jest dla tych drobnych kombinacji żadnym usprawiedliwieniem. Najlepszym i chyba największym przykładem takiego rozdwojenia jaźni jest sponsor tegorocznego WOŚP, czyli P4 Sp. z o.o., właściciel operatora sieci komórkowej Play. Przez dwa lata (aż do grudnia 2014 r.) spółka ta miała na Cyprze spółkę-córkę, której głównym aktywem były znaki towarowe sieci Play, z których spółka-córka czerpała dochód nisko oprocentowany (dzięki systemowi podatkowemu panującemu na „wyspie Afrodyty”), obniżając tym samym przychód spółek krajowych korzystających z tych znaków. Modelowy przykład wyprowadzania podatków z kraju, oczywiście w pełnej zgodzie z prawem. Jasne że hipokryzja wielkich korporacji jest doskonale znana. Problem w tym, że duża część polskiego społeczeństwa zupełnie nie dostrzega braku spójności w podatkowej optymalizacji i filantropii.
Snujący się od 1989 r. liberalny przekaz stara się tworzyć u Polaków przeświadczenie, że oddolne działanie – choćby z tego powodu, że odbywa się z pominięciem państwa – zawsze będzie lepsze i skuteczniejsze. Wystarczy jednak rzut oka na powszechnie dostępne dane, by przekonać się, że nie musi tak być. W 2013 r. suma ogólnych wydatków WOŚP wyniosła ok. 71 mln zł, natomiast jej koszty administracyjno-osobowe wyniosły 4,6 mln, a więc 6,5 proc. wydatków. Czyli jakieś 6,5 razy więcej niż w przypadku analogicznych kosztów NFZ. I to pomimo tego, że WOŚP w większości oparty jest o pracę wolontariuszy, tymczasem NFZ zatrudnia wynagradzanych pracowników.
To, czego polska służba zdrowia potrzebuje w pierwszej kolejności, oczywiście poza większą ilością środków, to zbudowanie w końcu w społeczeństwie przeświadczenia, że przyszłości nie da się zbudować na spontanicznych akcjach, lecz jedynie na porządnie działających i szczodrze finansowanych instytucjach publicznych. Niezbędne jest także dostrzeżenie bohaterów dnia codziennego nie tylko wśród małolatów ganiających z puszkami, ale też pielęgniarek i innych marnie wynagradzanych pracowników niedofinansowanego sektora publicznego, codziennie użerających się z materią, z którą przeróżni uczestnicy akcji charytatywnych mają do czynienia głównie od święta. I wreszcie konieczne jest przeświadczenie, że płacone składki to nie są stracone pieniądze, lecz wspólna zrzutka na budowę naszego dobrobytu. Zrzutka trochę taka jak WOŚP, ale dużo większa i nieporównanie ważniejsza.
przez Jarosław Górski | wtorek 13 stycznia 2015 | opinie
Nie tak dawno temu w tygodniku „Przegląd” można było przeczytać ciekawy wywiad z profesorem Karolem Modzelewskim. Wybitny działacz antykomunistycznej opozycji i uczony przedstawił w nim między innymi swoją obawę, że rosnące w naszym kraju rozwarstwienie dochodów oraz społeczna degradacja części Polaków mogą doprowadzić do wygranej w wyborach Prawa i Sprawiedliwości:
PiS jest dla sfrustrowanych, to wspólnota emocji negatywnych. W oczach ludzi przegranych, pozostawionych przez transformację za burtą, sprawiedliwość negatywna polega na tym, żeby dobrać się do skóry tym, którym się powiodło. Na zasadzie: my im damy popalić! Wszyscy, którym się nie powiodło, noszą w sercu zamysł, żeby dać tym drugim popalić. Oni wiedzą, że PiS im nie zapewni poprawy warunków życia. Ale da im tę satysfakcje, że pogoni sukinsynów, którzy po naszych plecach doszli do tego, co mają. PiS jest partią rewanżu socjalnego, ale nie polityki socjalnej – mówi profesor Modzelewski. I zaraz, w odpowiedzi na dyskusyjną, ale nieskontrowaną opinię prowadzącego rozmowę redaktora Roberta Walenciaka, jakoby mądrość lewicy zawsze polegała na tym, że poprzez progresywne podatki i politykę wyrównywania szans łagodziła negatywne emocje, dodaje: Ale frustracja jest nie dlatego, że są nierówności dochodowe, płacowe, tylko dlatego, że znaczna część ludzi poczuła się zdegradowana społecznie i materialnie. Przede wszystkim przez utratę pewności jutra i przez utratę szans na awans swoich dzieci. To jest fakt! Tu nie ma co kręcić! To jeden z najczarniejszych elementów naszego bilansu. Nasz bilans po roku 1989 ma jasne strony: demokrację, wolność. Ma jednak też strony ciemne: pozostawienie za burtą, nie wiem, jednej trzeciej, jednej czwartej, trudno to policzyć, ale znacznej części obywateli. I ta znaczna część będzie głosować na takich jak PiS. Nie ma w tym nic dziwnego. Wzmacnia to syndrom zawiedzionego zaufania. Przekonanie, że nas oszukano.
Nie wiem, czy zgadzam się ze stricte politycznym rozpoznaniem profesora. Choć podzielam pogląd, że PiS stanowi wspólnotę emocji negatywnych, to jednak myślę, że nie wyłącznie negatywnych, a co więcej nie wydaje mi się, by odróżniało to PiS od innych partii, choćby PO. Wiem jednak na pewno, że stanowczo nie zgadzam się ze społecznym rozpoznaniem Modzelewskiego. Nie jest ani tak, że ludzie przegrani, których transformacja pozostawiła za burtą, głosują gremialnie na PiS, ani tym bardziej, że wszyscy – jak twierdzi profesor – noszą w sercu zamysł, żeby dać tym drugim popalić. A już z całą pewnością nie wszyscy przegrani chcą dać popalić architektom i beneficjentom polskiej transformacji.
Wśród polskich inteligentów żywe jest przekonanie, że wśród tych, którym powiodło się w życiu gorzej, silna jest potrzeba odegrania się na tych, którym powiodło się lepiej. Podobnie bardzo silna jest wśród nich obawa przed jakąś nadchodzącą erupcją tych negatywnych emocji. Wcześniej niż Modzelewski dał temu wyraz profesor Marcin Król, mówiąc w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” nawet o wieszaniu na latarniach. Widmo Jakuba Szeli wciąż powraca i wciąż wyzwala w wielu wizję tego, który stoi niżej w społecznej hierarchii jako wściekłego frustrata, który wyczekuje tylko okazji, żeby zza pazuchy wyciągnąć siekierę.
Legenda o przegranych – zawistnikach i frustratach kierujących się najniższymi motywacjami – dobrze służy trwałości systemu. I to niezależnie od tego, czy wyciągnie się z niej takie wnioski, że trzeba przegranych mocno trzymać za mordę, takie, że należy polityką podatkową i wyrównywaniem szans łagodzić ich negatywne emocje, czy też, co najczęstsze, że należy jednocześnie łagodzić emocje i trzymać za mordę. Legenda ta pozwala głoszącym ją wyalienować własne zawiści i frustracje poprzez przypisanie ich tym stojącym niżej. Jest także bardzo konstruktywna z punktu widzenia stabilności systemu wolnorynkowego. Jako przykład posłużyć może pewien mój znajomy, który jeszcze nigdy nie został ani zelżony, ani obrabowany na ulicy przez zawistnych frustratów, jeszcze nigdy jego mieszkanie nie zostało okradzione przez przegranego złodzieja, ale za to kilkakrotnie stracił istotne sumy inwestowane w różne tzw. produkty finansowe w legalnych bankach o marmurowych i kolumniastych siedzibach, będących własnością eleganckich panów posługujących się nienaganną polszczyzną i/lub angielszczyzną. I ów znajomy mój gotów jest zarzynać się w robocie, by wydać dodatkowe setki tysięcy złotych na mieszkanie w środku strzeżonego osiedla, dodatkowe tysiące złotych miesięcznie na czesne i dowożenie córki do prywatnej szkoły, w której nie grozi jej zetkniecie się z późnymi wnukami Jakuba Szeli. A na wszelką sugestię o tym, że strzec się należy raczej panów w garniturach, reaguje oskarżeniami o bolszewizm.
Myślę, że nie byłoby źle, gdyby przepowiednie wskazujące na niebezpieczeństwo krwawej erupcji nienawiści ze strony tych, którym się nie powiodło, uzupełnić o drugą stronę medalu. Istotna część tych, których transformacja pozostawiła za burtą, nie głosuje na PiS ani na żadną inną partię, i to wcale nie dlatego, że uważa, iż także PiS-owi należałoby dać popalić. Po prostu nie interesuje ich polityka, ale wcale nie dlatego, że uważają, iż polityka to bagno, którego nie da się osuszyć, ale dlatego właśnie, że traktują swój własny byt ekonomiczny jako coś zupełnie zewnętrznego i odrębnego wobec rzeczywistości społeczno-politycznej, coś, na co żaden polityk wpływu nie ma i mieć nie może.
Zdarza mi się, i to wcale nierzadko, rozmawiać z ludźmi, przez których walec Balcerowicza przejechał bez zatrzymywania się, a którzy żadnych pretensji w kierunku tych, którym się powiodło, nie zgłaszają. Wręcz przeciwnie, odczuwają potrzebę przyjęcia wobec każdego, komu powodzi się lepiej niż im – łącznie ze znanymi im ludźmi sukcesu z wirtualnego świata: politykami wszelkich ugrupowań, biznesmenami, celebrytami – postawy uniżonej życzliwości, i to nie tylko na pokaz. Wszelkie złe emocje wynikające z własnego podłego statusu skłonni są zaś kierować wyłącznie ku sobie i swoim najbliższym.
Czy to społeczna katastrofa, której ulegli, wprawiła ich w stan jakiegoś stuporu? A może po prostu głębiej niż inni uwewnętrznili kapitalistyczną legendę mówiącą o tym, że jeśli komuś źle się w życiu dzieje, to jest sam sobie winien, i nie chcą dalej drążyć tematu? Myślę, że odpowiedź jest prostsza: brak zainteresowania polityką czy odgrywaniem się na kimkolwiek, wynika z racjonalności ludzkiego działania, która jest tym większa (a nie mniejsza, jak chętnie by to widzieli oświeceni!), im cięższe są warunki życia. Skoro zdobycie zasobów najprostszych – jedzenia, mieszkania, ubrania – wymaga wydatkowania ogromnej energii, to oszczędza się tę energię na wszystkim innym, a zwłaszcza na takich działaniach, które nie przynoszą dającego się doświadczyć rezultatu. Z doświadczenia uniwersyteckich profesorów, działaczy opozycyjnych czy publicystów wynika jasno, że polityka działa. Bo przecież tylekroć brali udział w jakichś politycznych zmaganiach (choćby zmierzających do wyboru uczelnianego rektora czy dyrektora instytutu), i nawet jeśli nie zawsze w nich zwyciężali, to jednak jakiś wpływ na rzeczywistość mieli. Z doświadczenia wielu – może większości? – obywateli naszego kraju wynika tymczasem, że karty są już rozdane i wszystkie społeczne miejsca są zawsze dane z góry: wychowawca klasy szkolnej, kierownik w pracy, właściciel mieszkania, dzielnicowy, a im wyżej, tym bardziej: minister, prezydent, premier… Podejmowanie jakichkolwiek prób zmiany tego stanu rzeczy jest nieracjonalne, a tym bardziej nieracjonalne jest kierowanie zawiści czy agresji w kierunku tych, którzy mocą zrządzenia losu zajmują wyższe społeczne stanowiska, a więc tych, którym się udało.
Ktokolwiek odniesie u nas sukces – głosi obiegowa prawda – może spodziewać się od rodaków nie podziwu, lecz nienawiści. Ale to nie jest cała prawda. Ktokolwiek odniesie sukces, jest znacznie mniej narażony na przejawy społecznej nienawiści niż ten przegrany. W mojej dzielnicy, takiej przeplatanej, bo żyją tu ludzie z dziada pradziada „przegrani”, ale pośród ich rozwalających się kamienic wyrastają plomby zamieszkałe przez ludzi, którym jakoś tam w życiu się udało, łatwo jest rozpoznać, choćby po ubraniu, jednych i drugich. Ci „wygrani” chodzą zwykle po ulicach śmiało i pewnie, tymczasem wielu „przegranych” ma wyrobiony nawyk uważnego rozglądania się wokół siebie. Koledzy przecież wiedzą, że w miarę bezpiecznie można dać po mordzie komuś, kto przecież na policję nie pójdzie, a nawet jak pójdzie, to usłyszy, że skoro dostał po mordzie, skoro skrojono mu telefon czy buty, to widocznie sam się prosił. A gdyby jakiś „człowiek – nawet umiarkowanego – sukcesu” poszedł na policję – mogłoby być naprawdę niedobrze. Oczywiście, zaraz mi tu jakiś mój kolega opowie, jak to został napadnięty przez „przegranych” za inteligencikowaty wygląd, i jak to go na całe życie straumatyzowało, i będzie miał rację. Ja tylko wspominam, że napady na „przegranych” nie powodują żadnej traumy, bo są czymś powszednim, oczywistym i spodziewanym.
Ci najbardziej przegrani, proszący czasem, żeby wpuścić ich do śmietnika, żeby mogli wybrać sobie trochę makulatury i butelek, właściwie cały czas chodzą poobijani, z podbitymi oczami i połamanymi nosami. Bo to właśnie na nich skupia się sprawiedliwość negatywna innych przegranych, pozostawionych przez transformację za burtą, sprawiedliwość polegająca na tym, żeby dobrać się do skóry tym, którym się nie powiodło tak samo jak im, albo jeszcze bardziej. Na zasadzie: my im damy popalić! Wielu spośród tych, którym się nie powiodło, nosi w sercu zamysł, żeby dać popalić nie – jak twierdzi profesor Modzelewski – tym, którym się powiodło, ale tym, którym nie powiodło się równie lub jeszcze bardziej niż im.
Zresztą ci, którym się powiodło, również kierują swoje negatywne emocje raczej w dół lub w bok niż w górę, nawet wtedy, gdy w ten sposób sami przykładają się do swojej degradacji. Po części wynika to z ludzkiej natury, po części zostało wypracowane mozolną i dobrze zorganizowaną pracą architektów naszej transformacji, którzy doskonale zdają sobie sprawę z tego, że im więcej będzie przegranych, im większą będą ci przegrani budzili niechęć, tym lepiej będą kanalizowali frustrację i złe emocje, i tym bezpieczniejszy będzie system. W myśl tej logiki należy więc doprowadzić do tego, aby wszelkie grupy nienależące do elity znalazły się wśród przegranych i zaczęły także ogniskować wściekłość innych przegranych.
Spójrzmy choćby na to, jak sprawnie media głównego nurtu, a także rządy – nieważne, PiS-owskie, PO-wskie czy SLD-owskie – od początków transformacji organizują akcje przenoszenia społecznej frustracji i zawiści w kierunku grup zawodowych co prawda finansowo nie zawsze docenianych, ale cieszących się społecznym prestiżem, dużym poczuciem własnej godności, społecznej doniosłości wykonywanej pracy i społecznego zakorzenienia, a więc opierających się procesom prowadzącym do degradacji i poniżenia: nauczycieli, górników, rolników, lekarzy, pielęgniarek, kolejarzy. Grupy te mają kanalizować zawiść nie tylko tych przegranych, którzy mają mniej pieniędzy od ich przedstawicieli. Jak słusznie zauważył profesor Modzelewski, poczucie bycia przegranym i płynąca zeń frustracja niekoniecznie dotyczyć musi ludzi bezwzględnie biednych. Często udziela się także tym, którzy stracili pewność i poczucie trwałości swojego finansowego i społecznego statusu (choć, jak dopowiem, finansowo mogą sobie radzić całkiem nieźle). Przegranym w tym sensie będzie więc drobny przedsiębiorca jeżdżący dobrym samochodem, ale wciąż drżący o to, czy kolejne zamówienia pozwolą mu pospłacać kredyty. Będzie nim naukowiec bez etatu, co roku modlący się o łaskę grantodawców. Samozatrudniony menedżer średniego szczebla czy inżynier na kontrakcie.
Mechanizmy nagonki są wypróbowane i stare jak świat. Kiedyś z tego, że ponoć jakiś czarny zgwałcił białą kobietę robiono informację, że czarni gwałcą białe kobiety, a z tego, że ponoć Żyd zabił chrześcijańskie dziecko – informację, że Żydzi mordują chrześcijańskie dzieci. Dziś w naszym kraju z faktu, że znaleziono gdzieś nauczycielkę zarabiającą 5 tysięcy złotych (brutto, netto, co za różnica?), inny nauczyciel molestował uczennicę, pensum dydaktyczne w szkołach wynosiło kiedyś 18 godzin, a dzieci nic nie umieją, robi się informację, że nauczyciele dostają 5 tysięcy złotych za 18 godzin molestowania uczniów, których niczego nie uczą. Analogicznie – rolnicy oczywiście śpią i samo im rośnie, a jak nie śpią, to stoją z piwem pod sklepem, czego dowodzi reportaż wzbogacony o zdjęcie przedstawiające rolnika stojącego z piwem pod sklepem. Górnicy cieszą się zaś nadzwyczajnymi przywilejami, bo dostają deputat węglowy, czternastkę i piwo na barbórkę.
Dzięki wynalazkowi internetowego komentarza możemy zaobserwować, że tego typu szczucie trafia zarówno do tych przegranych, którzy znajdują się w gorszej sytuacji finansowej niż jego obiekty („Nauczyciel ma 5000 za 72 godziny w miesiącu, a jeszcze wakacje, ferie itp., czyli ma jakąś stówę za godzinę, podczas której siedzi sobie jak panisko i pije kawkę, a ja mam za godzinę w barze 7 złotych na rękę na czarno i jeszcze nie wolno mi usiąść!”), jak i tych, którzy są w sytuacji dużo lepszej („Ja do mojego stanowiska analityka w banku doszedłem naprawdę ciężką pracą, a nikt mi deputatu węglowego nigdy nie płacił jak tym brudasom i mogą mnie wywalić na zbity pysk z dnia na dzień!”).
Oczywiście organizatorom akcji udaje się przekonać publiczność, że ich zła sytuacja wynika z tego, że obiektom nagonki zbyt dobrze się powodzi. Kelnerka z baru uwierzy więc, że podjeżdżający nowym SUV-em właściciel płaci jej na czarno 7 złotych, bo nauczyciele zarabiają krocie, a analityk bankowy, kiedy go w ramach optymalizacji w końcu wywalą na zbity pysk, uwierzy, że to przez górnicze przywileje. Ważnym celem takich zabiegów jest także wyzwolenie zupełnie bezinteresownej zawiści i domagania się przez publiczność, żeby broń Boże nikt od nas nie miał lepiej. Nikt poza ścisłymi elitami, których uprzywilejowana pozycja jest aż onieśmielająca, i które chroni silne, wciąż przez media głównego nurtu wzmacniane piętnowanie zawiści (proszę zobaczyć, że piętnuje się zawiść wyłącznie wobec tych wielkich – nigdy wobec tych podobnych do nas).
Znaczna część Polaków to przegrani, bo stracili jedną szczególnie ważną rzecz: poczucie pewności tego, kim są, umiejętność określenia samego siebie, wskazania przed samym sobą i przed innymi, jaki sens ma ich życie. Dlatego świetnie zarabiający analityk bankowy, który wie, że dziś może tym analitykiem być, a jutro nie, zazdrości nauczycielom, górnikom (którymi jednocześnie gardzi jako biedakami), ich wolnego czasu, białych bluzek i kwiatów na Dzień Nauczyciela, knefli, pióropuszy i orkiestry dętej na Barbórkę. Skoro on sam nie może zawsze i wszędzie odpowiedzieć sobie na pytanie „kim jestem?”, skoro nie może dogadać się z czyhającym na jego stanowisko kolegą, aby ugrać coś więcej u szefa, chciałby, żeby innych też tej pewności i siły pozbawiono.
Dość łatwo jest kontrolować zawiść ludzi, których poczucie tożsamości jest zachwiane, którzy nie wiedzą do końca, kim są, jak mają o sobie myśleć i przedstawiać siebie innym. Już dziś ten mechanizm działa. Jesteś prywatnym przedsiębiorcą, junior sales-managerem, posłem, publicystą, naukowcem (takich pewnych swojego profesorskiego statusu uczonych jak prof. prof. Modzelewski i Król będzie coraz mniej), ale twój status może się zmienić w każdej chwili, wielokrotnie się już zresztą zmieniał. Właściwie więc bywasz kimś tam, teraz może szczęśliwie kimś tam jesteś, ale skoro nie wiesz, kim będziesz jutro, to właściwie nie wiesz o sobie niczego. To bardzo niesprawiedliwe, że ty się tak bardzo starasz, a kto inny jest kimś, i wie, kim jest: nauczycielem, górnikiem, urzędnikiem na poczcie, kolejarzem, rolnikiem, lekarzem, związkowcem, matką, ojcem, dziadkiem. Dopóki on jest kimś, ty będziesz czuł się jeszcze bardziej nikim. A nawet jeśli ty i tak zawsze będziesz nikim, domagaj się tego, aby i ten inny był nikim, jest w końcu taki sam jak ty albo jeszcze gorszy. Oczywiście, że gorszy, jego poczucie tożsamości pochodzi przecież z innej epoki, takiej, w której każdy miał jakieś poczucie tożsamości. A przecież to ty jesteś z tej epoki, epoki modernizacji, to ty jesteś zmodernizowany i twój brak tożsamości jest twojej osobistej modernizacji dowodem. Dlaczego więc tamci mają mieć coś więcej od ciebie? To niesprawiedliwe, niech mają mniej! Skoro już mają mniej, niech im będzie odebrane to, co mają, nawet jeśli tobie, który masz więcej, nic od tego nie zostanie dodane. Prekariusze, przegrani i zwycięzcy będący jednocześnie przegranymi, domagają się i będą się domagać Programu Powszechnej Prekaryzacji i zdaje się, że pod tym względem będą stanowić realną społeczną siłę: ich głos zostanie usłyszany, a postulaty spełnione.
Bo to nie przegrani są istotną siłą mogącą w jakiś sposób zagrozić społecznemu i gospodarczemu porządkowi. Są nią silne i zorganizowane grupy społeczne, wypowiadające swoje rzeczywiste albo wyobrażone interesy. A skoro udało się wmówić ludziom, że każdy przejaw siły i organizacji jest oburzający, będą oni bronić zastanego porządku nawet, a zwłaszcza wtedy, gdy działa on na ich niekorzyść. Niech się profesor Król nie martwi. Przegrani nie powieszą go na latarni. Powieszą swoich sąsiadów.
przez Petros Tovmasyan | środa 7 stycznia 2015 | opinie
Od kilku lat moje życie zawodowe polega – w największym skrócie – na dostarczaniu osobom wykluczonym różnego rodzaju usług. Fundacje takie jak moja, aby móc funkcjonować na „pełny etat”, szukają finansowania gdzie się da. W naszej pracy staramy się jednak trzymać prostej zasady: niezależnie od tego, czy pieniądze są, czy ich nie ma, nikogo nie odsyłamy bez pomocy. Naszych podopiecznych mało interesuje, skąd aktualnie pozyskujemy środki. Podstawą jest zaufanie wypracowane dzięki dotychczasowej działalności. A skąd bierzemy pieniądze? Strumieni pomocy jest kilka – sowite, ale kiepsko dopasowane do naszych potrzeb fundusze unijne, skromne i momentami okropnie zbiurokratyzowane dotacje państwowe, no i środki z samorządu, który dzięki ważnej przewadze, polegającej na bezpośrednim kontakcie z beneficjentami pomocy, pomaga najskuteczniej i najwydajniej. Inne strumienie finansowania, np. pieniądze od prywatnych darczyńców, są na tle wymienionych w zasadzie marginalne. To zaś, czy dana gmina, miasto czy dzielnica zostaną zasilone środkami z Unii, budżetu państwa lub jeszcze innych źródeł, zależy w 99 proc. od sprytu i pracowitości wójta, prezesa organizacji pozarządowej czy dyrektora ośrodka pomocy społecznej. W dobie konkursów i przetargów na „najniższą cenę”, o geograficznym rozkładzie pomocy socjalnej decydują reguły, które można nazwać „rynkowymi”.
Krytykom pomocy socjalnej opartej o granty muszę przyznać jedno – często to urzędnicy rozpisujący przetargi decydują o tym, co powinniśmy robić, a my, choć doskonale wiemy, czego potrzebują nasi podopieczni, szukamy złotego środka między ich wytycznymi a realnymi potrzebami. Ten szpagat – raz większy, raz mniejszy – stał się sednem naszej pracy. Jednak poza patologiami, których źródłem jest „biurokratyczne niedopasowanie”, jedną z podstawowych luk w systemie opieki socjalnej, z jaką mamy do czynienia, jest jego ślepota na jeden z najważniejszych dziś problemów społecznych – wykluczenie prawne.
Schemat, w jakim funkcjonuje dziś wiele organizacji pomocowych (i nie tylko) zobrazować można następująco: organizacja X bierze pieniądze na wykonywanie usługi A tylko po to, aby móc opłacić kogoś, kto realnie pracuje dając usługę B. Bo na A nie ma zapotrzebowania – choć zawsze są pieniądze, zaś na B pieniędzy nie ma wcale albo jest bardzo mało. Czy organizacja X dopuszcza się oszustwa? Sami oceńcie, pamiętając, że po drugiej stronie zawsze jest człowiek, który przychodzi po pomoc, nie zastanawiając się, na co ostatnio otrzymałeś dotację.
Przykładem usługi B ze wskazanego przykładu, jest bardzo często – bezpłatna pomoc prawna. Nigdy jeszcze żadna usługa, którą oferowała nasza fundacja, nie miała takiego „obłożenia” (używając języka rynkowego), jak możliwość spotkania z prawnikiem lub choćby doradcą. Nie zdajemy sobie sprawy, jak kilka czynników – postępująca biurokratyzacja życia codziennego, działalność parabanków i nieuczciwych handlarzy długami, bezsilność prawa konsumenckiego – zmieniło życie codzienne osób wykluczonych. Narosły problemy, których nie rozwiązuje rynek. Dla osób dysponujących 200-300 zł miesięcznie na wszystkie wydatki, opłata 100 zł, jakiej życzy sobie prawnik za napisanie pisma do komornika, stanowi barierę nie do przejścia. Dużo prostsze jest w takiej sytuacji nieotwieranie kopert z sądu. A kto nie otwiera kopert, ten nigdy się nie obroni, także przed nieistniejącymi długami i wielkimi odsetkami. I tak to się od lat kręci. Wykluczonych prawnie lubią też niektórzy urzędnicy. Niby pozbyliśmy się analfabetyzmu, ale co dziesiąty nasz klient nie rozumie tekstu pisanego. Takim ludziom można wmówić wszystko, a jeżeli się to napisze w piśmie urzędowym, to będzie to dla nich ostateczna instancja. Jak za komuny – urząd zadecydował, sprawa zamknięta. Co z tego, że ktoś dostanie 600 zł zasiłku, jeśli 450 zł będą przez następnych kilka lat ściągać z niego nieuczciwi wierzyciele (bo udało im się sprzedać kurs szybkiego czytania za 5 tys. zł czy materac za 10 tys. zł). Ponad połowa klientów naszej poradni to ludzie zadłużeni, spłacający niebotyczne odsetki – od 50 proc. w górę.
Rok temu udało nam się zorganizować pierwszą poradnię działającą zupełnie za darmo. Funkcję doradców wzięli na siebie studenci i młodsi absolwenci prawa, lokal dostaliśmy od miasta, w pokrywaniu kosztów pomagały nam zaprzyjaźnione organizacje. Z poradniami nie trzeba się reklamować – w przeciwieństwie do wielu usług finansowanych z środków unijnych, długa kolejka oczekujących pojawia się właściwie natychmiast. Pracujemy i szukamy wsparcia finansowego, żeby zapłacić za benzynę czy bilety miesięczne dla naszych doradców. Byliśmy szczęśliwi, gdy usłyszeliśmy w exposé premier Kopacz, zapowiedź dofinansowania bezpłatnej pomocy prawnej. Uwierzyliśmy, że ktoś wreszcie tych ludzi zauważył. Czekaliśmy na odpowiednią ustawę i akty wykonawcze. I nagle – grom z jasnego nieba – stało się coś zupełnie przeciwnego: ktoś metodami biurokratycznymi zablokował możliwość świadczenia bezpłatnych porad osobom niebędącym klientami ośrodków pomocy społecznej. Ktoś postanowił zablokować poradnictwo prowadzone przez organizacje pozarządowe (NGO). Pieniądze, które obiecała Ewa Kopacz, mają zasilić samorządy i korporacje prawnicze. Porada prawna będzie mogła być udzielona wyłącznie przez prawnika po aplikacji, a żeby poradnie przy NGO nie mogły ich już udzielać, dla tych klientów, którzy nie są klientami ośrodków pomocy społecznej (OPS), wprowadzono wymóg rozliczania się z fiskusem. W praktyce oznacza to, że każdą poradę będzie trzeba skrupulatnie rozliczyć oraz przez 5 lat archiwizować dokumenty potwierdzające korzystanie przez klientów z pomocy OPS-ów itd. Do tego dochodzą kwestie ochrony danych osobowych i wyceny porady. Taka ilość biurokracji skutecznie zablokuje możliwość udzielania porad przez organizacje pozarządowe. Wszystkich tych obowiązków nie będą miały za to korporacje prawnicze, które z jakiegoś powodu zostały przez ustawodawcę wyróżnione. To naprawdę dziwne, bo przez ostatnie dwie dekady funkcjonowania poradnictwa prawnego, korporacje prawnicze nie wykazały się zbytnim zaangażowaniem w pomoc ubogim.
Jakie jest ratio legis takiej durnoty, jaka jest jej potencjalna korzyść podatkowa – nie mam nawet siły pytać. Od lat niedofinansowane bezpłatne poradnie prawne teraz nie będą mogły działać nawet za darmo, a jeżeli się na to zdecydują, to skażą się na ciągły strach przed skarbówką. Nie wierzę, że to zwykła głupota, nie wierzę, że urzędnicy nie rozumieli, co chcą zablokować – za dużo „grubych misiów” pasie się na faktycznym braku równości wobec prawa, którą gwarantuje Konstytucja. Od lat, w dużej mierze bez finansowania, funkcjonowały poradnie przy organizacjach pozarządowych. Teraz, gdy pojawiły się rządowe środki na ten cel – zabrano poradnictwo organizacjom non-profit i oddano je komercyjnym kancelariom. Trzeba będzie dalej robić swoje, pomimo państwa, tylko czemu ta nasza praca organiczna ma być z roku na rok cięższa?