Grzech wołający o pomstę do nieba

Grzech wołający o pomstę do nieba

Dorota Wellman, znana dziennikarka telewizji śniadaniowej, ciepło uśmiecha się do widzów z ekranów telewizorów. Jakiś czas temu została Króliczkiem Playboya i na tę okoliczność udzieliła pismu wywiadu. Tomasz Golonko z portalu natemat.pl rzecz opisuje następująco: Prezenterka na sesję w negliżu co prawda się nie zgodziła, natomiast odkryła to, co naprawdę jest sexy – myśli. O czym konkretnie? W wywiadzie dla miesięcznika ocenia kobiety polskiej polityki i nie kryje rozczarowania ich postawą. Co rozczarowuje panią z telewizji i co czyni ją tak seksowną w oczach dziennikarza z portalu Tomasza Lisa? Oddajmy głos jej samej: Pani Kopacz nie jest potrzebna żadna „Viva” ani żadna „Gala”. Nie jest jej potrzebny także wywiad w telewizji, w którym opowiada o bolących nogach na wysokich obcasach, ani o tym, że robi brzuszki. Powinna powiedzieć co zrobi z górnikami i co zrobi z roszczeniami, które będą narastać. I albo będzie panią Thatcher, albo zakopiemy panią Kopacz w pamięci historycznej.

Jestem pełen podziwu. Seksowna na umyśle Dorota Wellman i słowami potrafi się bawić, i wykazać należytą klasową czujność w sprawie cholernych roszczeniowców. Do tego wzruszająca, nieugaszona nostalgia za Margaret Thatcher, które to uczucie kojarzymy na ogół ze środowiskami okołoprawicowych wyznawców ideologii wolnego rynku. A przecież mogło być jeszcze dowcipniej. Widz oglądający telewizję przy porannych kiełkach lub kanapce z paprykarzem szczecińskim, przy kawie instant z dużą ilością cykorii za dziesięć złotych z dyskontu lub popijający herbatę, której kilka gramów kosztuje kilkadziesiąt złotych, mógłby np. usłyszeć, że premier Kopacz powinna zakopać górników. Dajmy na to – w sztolniach.

No ale dziś nasz system nie jest już aż tak bezwzględny. Nie musi. Ewentualnie postraszy Śląsk policyjnymi lufami. Nie są to jednak lufy czołgów. Poza tym ostateczny argument władzy i kapitału wobec większości Polaków od dobrej dekady brzmi „wegetuj albo emigruj”. Na pożegnanie serdecznie się do opuszczających kraj uśmiechnie jakaś pani Dorota z telewizji, której wewnętrzne ciepło aż bije po oczach. Każdy system bije na swój sposób. Kłopot w tym, że jeśli nawet wyjedziesz na zmywak, z obrzydzeniem myśląc o takich funkcjonariuszach mediów jak pani Wellman, to niewykluczone że stamtąd będziesz kibicował Korwinowi, czyli wizji „naprawdę wolnego rynku”. Tak przesiąkłeś tutejszą atmosferą.

Na marginesie: jak to nie mieliśmy polskiej Margaret Thatcher? Mieliśmy. Polska Thatcher nazywała się Jerzy Buzek. Jego rząd przejechał się po Polsce walcem tzw. reform na tyle skutecznie, że wywołał pierwszą w okresie postkomunistycznym dużą falę emigracji. Prawda – nie trzeba było rozganiać związkowców, bo znaczą ich część, tę solidarnościową, pan premier miał za sobą. A i duża część wyborców nie posiadała się z radości, że wreszcie rządzą dobrzy, „nasi”, sól umęczonej ziemi – prawica. „Buzkiści” walcowali społeczeństwo czterema reformami, a znaczna część wyborców klaskała w patriotycznie napuchłe łapki i witała walec kwiatami, oczekując na prawy liberalizm z ludzką twarzą. Jeśli jeszcze gdzieś żyją ludzie, którzy wtedy głosowali na Akcję Wyborczą „Solidarność”, a nieco później musieli racjonalizować swój wybór, przyglądając się opłakanym skutkom polityki społeczno-gospodarczej, edukacyjnej i zdrowotnej owej nieszczęsnej ekipy, to niestety szczerze im nie współczuję.

Weźmy inny przykład: o. Adam Szustak, wzięty kaznodzieja. Cieszy się popularnością nie tylko w kręgach bogatych i bogobojnych. Miałem ostatnio okazję wysłuchać w Internecie pogadanki o. Szustaka OP zatytułowanej „Nie posyłajcie dzieci do szkoły”. Tych dziewięć minut wartych jest odsłuchania (materiał dostępny tutaj).

O czym mówi dominikanin? Że edukacja publiczna i powszechny obowiązek szkolny to zło, że genialni samoucy nie potrzebowali szkoły, że najlepszy jest homeschooling (edukacja domowa), a kształcenie ogólne to marny pomysł, bo najlepsza jest (wąska) specjalizacja. W pogadance przemieszane są tezy schlebiające gustom i przekonaniom sporej części dzisiejszej prawicy, które wyrażają się w krytyce państwa, z wątkami wartościowymi, choćby takimi, że nie należy dziecka nadmiernie przeciążać nauką albo że znaczna część dzisiejszej wyższej edukacji jest wyższa tylko z pozoru i nie gwarantuje żadnego realnego przełożenia na dalszą karierę zawodową.

Dziewięć minut dominikańskiej demagogii wymaga co najmniej dziewięćdziesięciu minut sprostowań, wzięcia pod lupę każdego ze zdań, wypowiadanych wartko i z wielką pewnością siebie. Szczególnie bogatym i bogobojnym łatwo dziś przychodzi deprecjonowanie szkół publicznych (ach, ta cudowna AWS-owska reforma szkolnictwa!), bo bez trudu znajdują dla swoich dzieci furtkę w postaci homeschoolingu i szkół prywatnych. Słowem, uciekają oni przed tym, co w edukacji upichcił rząd, jaki wielu z nich popierało. Rzecz jasna, aktualny stan rzeczy jest daleki od doskonałości i wymaga krytyki, ale na ogół proponuje się nam zastąpienie dżumy cholerą. Rzadko kiedy krytyka idzie w parze z refleksją, że potrzebujemy choćby więcej szkół na prowincji o wyższym poziomie – dla zwykłych dzieci ze zwykłych rodzin. Niestety, póki co media donoszą o tym, że samorządy przymierzają się do zamknięcia kolejnych dwustu wiejskich szkół w skali kraju.

Szustak nie musi oczywiście niczego wiedzieć o systemie szkolnictwa publicznego w Finlandii, albo o tym, że instytucjonalną siłę zachodnich państw buduje ich wyższe szkolnictwo, bo nie ma własnego kapitału ekonomicznego bez własnego kapitału kulturowego. Nie musi nic wiedzieć o tym, że szkolnictwo wymaga np. dobrego skoordynowania z transportem publicznym. Nie musi nic wiedzieć o tym, że realny kapitał kulturowy, żeby był udziałem znacznej części społeczeństwa mniej bogatego i mniej bogobojnego (czyli znakomitej większości Polaków), wymaga właśnie dobrej, powszechnej edukacji, a nie zamykania kolejnych szkół. Nie musi wiedzieć, że receptą na obecną sytuację nie jest elitaryzm homeschoolingu oraz szkół dla bogatych i bogobojnych, ale systemowa reforma istniejących instytucji i struktur, która zapobiegnie z jednej strony coraz bardziej przepełnionym klasom, a z drugiej rosnącemu rozwarstwieniu edukacyjnemu. Nie musi też wiedzieć, że nauczyciele są coraz bardziej urabiani przez wskaźniki i parametryzację, bo kult wydajności już dawno panuje nie tylko w świecie gospodarki, ale i w szkolnictwie.

Kaznodzieja nie musi wreszcie wiedzieć o tym, że pewien zasób wiedzy poza wąską specjalizacją umożliwia lepszą znajomość świata, że wreszcie dziedzina, którą sam się zajmuje, czyli współczesna biblistyka, jest interdyscyplinarną syntezą bardzo wielu nauk humanistycznych, od lingwistyki, przez różne działy historii, po nauki społeczne. I nie mogłaby powstać, gdyby w Kościele poważnie traktowano paplaninę o. Szustaka o dobrodziejstwach wąskiej specjalizacji.

Zresztą, gdyby nawet się dowiedział i zmienił kiedyś zdanie, sporo straciłby zapewne na popularności w kręgach, które obsługuje. Dodam: nie mam nic przeciw jego ewangelizacyjnej działalności. Ale obskurantyzmowi w kaznodziejskich szatkach, który schlebia i „pobożnie” sankcjonuje wyłącznie interesy bogatych i bogobojnych – mam do zarzucenia wiele.

Ktoś zapyta: co łączy Dorotę Wellman i o. Adama Szustaka? Po pierwsze: współtworzą pstrokatą mozaikę ideologii sankcjonującej realny liberalizm. Ale jest jeszcze druga kwestia, która odnosi się nie tyle do nich, co do ich odbiorców. To „grzech wołający o pomstę do nieba”: bezmyślność karpi głosujących za przyspieszeniem Bożego Narodzenia. To problem bezmyślności czy może braku refleksji ludzi, którzy łykają te poglądy jak gęś szperkę i nie wiedzą, że przyklaskują dalszemu pogarszaniu własnej sytuacji życiowej. Ale najpierw uwaga ogólna. W dyskusjach ze zwolennikami współczesnej odmiany liberalizmu gospodarczego często słyszę pytanie: gdzie widzisz ten rzekomy kult wolnego rynku i liberalnych, coraz bardziej indywidualistycznych strategii przetrwania? Otóż dźwięki tej muzyki docierają do uszu przeciętnego Polaka z najróżniejszych stron. Sympatycznie uśmiechnięta Dorota Wellman opowiada o tym, że Polsce trzeba Margaret Thatcher. Ojciec Szustak przekonuje owieczki, że publiczna edukacja nadaje się tylko do zaorania: wynajmijcie nauczycieli dla swojego dziecka albo sami nauczcie się matematyki! – powiada. I tu kryje się potężne kłamstwo: owszem, bogaci rodzice wynajmą swoim dzieciom nauczycieli, ale biedniejsi rodzice nie nauczą się przecież masowo i matematyki, i dydaktyki.

Ta symfonia rozlega się zewsząd i sączy się do uszu Polaków, gdy ci jedzą śniadanko lub idą do kościoła. To tu, to tam, by zacytować barda, ktoś urabia masy wedle przekonań korzystnych dla bardzo wąskiego grona. Skutecznie urabia. A rodacy patrzą na państwo, jego degrengoladę i korupcję, doskwierają im jego braki i myślą sobie: no tak, to nie działa, oni pewnie mają rację. Przypomina to sytuację, w której małe ogłupione zwierzątko kręci się w kołowrotku, wytwarza prąd, i raz po raz dostaje silny bodziec elektryczny, motywujący do jeszcze szybszego zasuwania przed siebie, czyli donikąd. I znów: często jedyny sensowny skok poza logikę tego kieratu to emigracja. Uciekamy, zamiast się zbuntować i zacząć zmieniać to, co jest tutaj. Nie krytykuję emigrantów – stwierdzam fakt.

Pojawia się pytanie o możliwość zmiany. Nie powiem tu niczego niezwykłego. Człowiek jest istotą, której działanie zależy od myślenia. A sądzę, że duża część dzisiejszego bezmyślnego przyjmowania paplaniny reprezentantów uprzywilejowanej kasty wynika z faktu, że ludzie naprawdę nie znają alternatywy. Nie mają kontrargumentów wobec tez Wellman czy o. Szustaka. Nawet jeśli coś im się nie zgadza – milczą, bo nie wiedzą co odpowiedzieć, bo dla świętego spokoju nie chcą spotkać się z oskarżeniami o „socjalizm” czy „roszczeniowość”. Za to zawsze łatwo i przyjemnie włączyć się w szczucie i nagonkę na tych, co jeszcze potrafią się postawić. Lepiej od tego się biedapolakom nie zrobi – ale przynajmniej zyskują poczucie, że są po dobrej stronie. I chyba szczerze wierzą, że gdy zaklną przed telewizorem na górników, nauczycieli, rolników czy pielęgniarki, to zaczarują własny los „jedynie słusznymi” opiniami. Wielu zdaje się, że dzięki odpowiednim poglądom jak równy z równym zjedzą sobie poranną kanapkę z Dorotą Wellman i będą, podobnie jak ona, „seksownie” myśleli.

A czego potrzeba do zmiany? Szanowny prowincjuszu, szanowna prowincjuszko, szanowny młody wykształcony kredytowiczu z wielkiego miasta – podpowiem ci prostą rzecz. Zaprenumeruj „Nowego Obywatela”. Zaopatrz się w argumenty, które pozwolą ci zaśmiać się w twarz funkcjonariuszom władzy i kapitału, i tym z telewizora, funkcjonariuszom oligarchii, i tym z przykościelnej salki, schlebiającym bogatym i bogobojnym. I tym z TVN, i tym obsługującym internetowe dyskusje. Skonfunduj ich własną wiedzą i argumentacją. Niech zrozumieją, że jedna głowa mniej jest ich własnością.

Kościół katolicki zna grzechy wołające o pomstę do nieba. O jednym z nich w polskim Kościele mówi się całkiem sporo: to grzech sodomski. Do tego dodajmy umyślne zabójstwo. Ale są dwa grzechy, które pewnie nieprędko staną się przedmiotem jakiejkolwiek kościelnej akcji billboardowej: to uciskanie ubogich, wdów i sierot oraz zatrzymywanie zapłaty pracownikom. A przecież ten ostatni grzech jest dziś polską normą i trudno mi uwierzyć, że duchowieństwo o nim nie wie. Prywatnie, zupełnie niekonfesyjnie dodam kolejny, wspomniany wyżej „grzech”, nasz dzisiejszy „grzech zaniechania” i bezmyślności: powszechne przyzwolenie na antyspołeczną propagandę, uprawianą kosztem tych, co mniej mogą i mniej mają. Czyli, najprawdopodobniej, także Waszym kosztem, szanowni czytelniczko i czytelniku.

Kolej na prywatyzację

Kolej na prywatyzację

W ciągu kilku lat spółka Przewozy Regionalne ma zostać sprywatyzowana. Prywatyzację poprzedzić mają cięcia połączeń i zwolnienia pracowników.

„Największy przewoźnik kolejowy uratowany”, „Będzie ratunek dla Przewozów Regionalnych?”, „Przewozy Regionalne odratowane” – tak media komentowały wyrażenie zgody przez marszałków większości województw na to, by na udziały w spółce Przewozy Regionalne zostały przejęte przez Agencję Rozwoju Przemysłu.

Obecnie udziały w Przewozach Regionalnych podzielone są pomiędzy 16 samorządów województw. To efekt przekształceń z 2008 r., kiedy to spółka została wyłączona z Grupy PKP.

Agencja rozwoju prywatyzacji

Planowane zmiany własnościowe w spółce Przewozy Regionalne mają odbyć się w dość misterny sposób. Najpierw Agencja Rozwoju Przemysłu otrzyma z budżetu państwa dotację w wysokości 750 mln zł. Następnie środki te agencja przeznaczy na zakup udziałów, które uprzednio wyemitowane zostaną przez Przewozy Regionalne. I tak oto państwowa agencja stanie się większościowym udziałowcem w spółce. Plan ten – który ma zostać zrealizowany do końca 2015 r. – bywa określany mianem ponownej nacjonalizacji przewoźnika.

Przejęcie spółki Przewozy Regionalne przez państwową agencję wcale jednak nie jest docelowym rozwiązaniem. Ta nacjonalizacja w rzeczywistości stanowi otwarcie furtki dla prywatyzacji przewoźnika. Albowiem podlegająca ministrowi skarbu państwa Agencja Rozwoju Przemysłu to podmiot, który publiczne firmy przejmuje jedynie tymczasowo – po to, by zrealizować podstawowy cel swojej działalności, jakim jest przygotowywanie przedsiębiorstw do prywatyzacji i następnie sprzedaż udziałów. Nie inaczej ma być w przypadku Przewozów Regionalnych.

„Przewiduje się, że w średnio- lub długoterminowej perspektywie podmiot restrukturyzujący dokona odpłatnego zbycia udziałów, które będzie posiadał w Przewozach Regionalnych” – czytamy w odpowiedzi wiceministra infrastruktury i rozwoju Zbigniewa Rynasiewicza na interpelację posłów Bogdana Rzońcy i Jana Warzechy.

Czy możliwe jest, że agencja po przeprowadzeniu procesu restrukturyzacji odda swoje udziały samorządom, by przywrócić aktualną strukturę właścicielską? Wiceminister Rynasiewicz już wykluczył taki scenariusz: „Nie jest brane pod uwagę nieodpłatne przekazanie udziałów na rzecz samorządów województw, z uwagi na fakt, że Agencja Rozwoju Przemysłu, jak każdy inwestor, oczekuje zysków w związku z nakładami poczynionymi przy realizacji określonej inwestycji”.

Rentowność na sprzedaż

Momentu, w którym Agencja Rozwoju Przemysłu będzie chciała sprzedać większościowy pakiet udziałów w spółce Przewozy Regionalne, można spodziewać się w perspektywie kilku najbliższych lat. W agencji obowiązuje bowiem zasada, że okres inwestycji – przy zaangażowaniu kapitałowym w duże przedsiębiorstwa – powinien wynosić od trzech do pięciu lat.

Po uzyskaniu zgody marszałków na przejęcie udziałów przez Agencję Rozwoju Przemysłu Tomasz Pasikowski, prezes Przewozów Regionalnych, przedstawił prognozę, że za pięć lat spółka przestanie przynosić straty. – Zakładamy, że po pięciu latach realizacji planu restrukturyzacyjnego spółka będzie trwale rentowna.

Plan jest więc taki, że Agencja Rozwoju Przemysłu za otrzymane z budżetu państwa 750 mln zł ma wyciągnąć spółkę Przewozy Regionalne ze strat, by następnie ją sprywatyzować.

Większość kwoty, jaka z budżetu państwa przez Agencję Rozwoju Przemysłu trafi do Przewozów Regionalnych, zostanie wydana na oddłużenie przewoźnika, czego beneficjentem będzie przede wszystkim Grupa PKP. Na spłatę zobowiązań, jakie narosły głównie wobec spółek PKP Polskie Linie Kolejowe oraz PKP Energetyka, ma zostać przeznaczone 600 mln zł. W tej sytuacji na dokapitalizowanie samej spółki Przewozy Regionalne zostanie 150 mln zł.

Zgodę na dokapitalizowanie spółki ze środków publicznych musi jeszcze wyrazić Komisja Europejska. Wniosek w tej sprawie, wraz z planem restrukturyzacji, ma zostać przedstawiony w Brukseli w połowie roku.

 Jakaś redukcja

Pod koniec lutego 2015 r. zarząd spółki Przewozy Regionalne poinformował, że plan restrukturyzacji zakładał będzie… ograniczenie pracy realizowanej przez przewoźnika, i to aż o jedną czwartą! To oznacza, że w nadchodzących latach na wielu trasach dojdzie do zmniejszenia częstotliwości kursowania pociągów, a w przypadku części linii – nawet do całkowitej likwidacji połączeń.

Zarząd spółki Przewozy Regionalne zignorował tym samym wnioski z zamówionego przez siebie opracowania firmy doradczej EY, wskazującego, że „obserwowany w Polsce spadek znaczenia pasażerskiego transportu kolejowego jest przeciwieństwem tendencji obserwowanych w Europie Zachodniej”, a jedną z głównych przyczyn słabej pozycji polskiej kolei jest „niska częstotliwość kursowania pociągów”.

Dodajmy, że jeszcze w październiku 2014 r. zarząd Przewozów Regionalnych wystosował pismo do związków zawodowych, w którym znalazła się sugestia, że jednym z efektów restrukturyzacji będzie „szansa na większą stabilność pracy”. Dziś już natomiast mówi się o „optymalizacji” zatrudnienia. – Musimy umieć spojrzeć prawdzie w oczy i przyznać, że jednym z punktów planu jest optymalizacja, która będzie związana z jakąś redukcją zatrudnienia – powiedział Tomasz Pasikowski. – Na pewno będzie do tego oferowany program osłonowy, mam tutaj na myśli programy dobrowolnych odejść czy inne rozwiązania.

Okazuje się więc, że część publicznego wsparcia na „ratunek dla Przewozów Regionalnych” zostanie przeznaczona na odprawy dla pracowników zwalnianych w wyniku ograniczenia działalności spółki.

Karol Trammer

Tekst pochodzi z dwumiesięcznika „Z Biegiem Szyn” (www.zbs.net.pl) nr 2/76 (marzec-kwiecień 2015)

Niesprawiedliwość na skrzyżowaniu

Niesprawiedliwość na skrzyżowaniu

Czteroletni A. J. Newman zginął 10 kwietnia 2010 r. zaledwie kilka kroków od domu. Wraz matką i dwiema siostrami wracał z przystanku autobusowego do mieszkania po drugiej stronie pięciopasmowej drogi szybkiego ruchu. Gdy czekali na wąskiej betonowej wysepce, starsza siostra A.J.’a wykorzystała krótką przerwę w ruchu, by przebiec przez ulicę. Idąc za jej przykładem, chłopiec puścił rękę Raquel Nelson. Pijany kierowca potrącił go śmiertelnie na oczach matki.

Nie był to koniec nieszczęść Raquel Nelson. Ponieważ – z trójką dzieci i obciążona zakupami – nie skorzystała z oddalonego o kilkaset metrów najbliższego oznakowanego przejścia dla pieszych, postawiono jej zarzut spowodowania śmiertelnego wypadku drogowego, w którym zginął jej syn. Przysięgli, chociaż nigdy nie jeździli lokalnymi autobusami, uznali Nelson za winną przestępstwa, którego prawdziwymi sprawcami były bieda oraz organizacja ruchu. Mało brakowało, by kobieta trafiła do więzienia, jednak ogólnokrajowe oburzenie sprawiło, że sędzia unieważnił wyrok. Ostatecznie skazano ją na grzywnę 200 dolarów za nieprawidłowe przechodzenie przez jezdnię, zwane jaywalking.

Tego lata w podobnych okolicznościach zginął inny czarnoskóry młodzieniec. Podobnie jak zaniedbany zakątek hrabstwa Cobb, gdzie zginął A.J. Newman, Ferguson w stanie Missouri jest typowym podupadającym „wewnętrznym przedmieściem” [autor przywołuje tu wypadki, które miały miejsce w Ferguson w stanie Missouri w sierpniu 2014 r. Po zastrzeleniu przez funkcjonariusza policji czarnoskórego nastolatka doszło tam do wielodniowych zamieszek – przyp. redakcji „Nowego Obywatela”].

W połowie minionego wieku w tych okolicach stawiali swoje domy biali właściciele z klasy średniej, chcący uciec od wielkomiejskiej biedy, którzy marzyli o dostatniej izolacji. Jednak okoliczności zmieniły się, a dzisiejsi mieszkańcy przedmieść otrzymali w spadku po poprzednikach zinstytucjonalizowaną niesprawiedliwość.

Gdy 9 sierpnia 2014 r. Michael Brown spotkał na swojej drodze funkcjonariusza Darrena Wilsona, podmiejskie otoczenie upośledzało go w trójnasób. Nie tylko był biedny i czarny, ale i – podobnie jak Raquel Wilson – poruszał się pieszo po terenie, który zaprojektowano do przemieszczania się samochodem. Jeden z sąsiadów Michaela Browna powiedział na łamach „New York Times”, że niezmotoryzowani mieszkańcy Ferguson często szukają podwózki do oddalonego o kilka przecznic sklepu spożywczego tylko po to, by uniknąć nękania przez policję.

Darren Wilson zatrzymał Michaela Browna pod pretekstem nieprawidłowego przechodzenia przez jezdnię, a więc tego samego wykroczenia, za które Raquel o mały włos nie trafiła do więzienia. Tymczasem, jak w swoim przełomowym studium „Fighting Traffic” wykazuje Peter Norton, jest to przestępstwo wydumane. Jest ono wytworem wielkiej kampanii zorganizowanej w latach 20. przez producentów aut i powiązane z nimi grupy interesów. Z pozoru miała ona promować bezpieczeństwo, ale prawdziwym jej celem było zepchnięcie pieszych z ulic, aby samochody mogły poruszać się szybciej i aby łatwiej było je sprzedawać.

Wraz z wynalezieniem jaywalkingu producenci aut przejęli kontrolę nad rodzącą się inżynierią ruchu. Eksperci finansowani przez przemysł zaprzeczali, że za plagą wypadków z udziałem pieszych stoi nadmierna prędkość – i projektowali nowe jezdnie, przyjmując jako nadrzędny cel szybszy ruch samochodowy.

Z biegiem lat standardy inżynieryjne coraz bardziej dyskryminowały pieszych. Początkowo z podmiejskich, a następnie również z głównych ulic zniknęły chodniki. Ponieważ główne ulice na przedmieściach były bardzo ruchliwe, piesi byli zmuszeni szukać dróg okrężnych. Narożniki ulic przebudowywano tak, by umożliwiały samochodom skręcanie z dużą prędkością. Drogi szybkiego ruchu poszerzono, a oznaczenia umieszczono nad jezdniami, co zachęcało kierowców do jazdy z prędkością autostradową po drogach lokalnych.

Jeszcze w połowie lat 20. właścicielami samochodów byli niemal wyłącznie ludzie bogaci, zaś opinia publiczna postrzegała przechodniów potrącanych przez kierowców jako ofiary nieodpowiedzialnych zachowań uprzywilejowanej elity. Jednak gdy posiadanie auta umasowiło się, klasowy aspekt projektowania dróg uległ rozmyciu. Kierowcy zaczęli postrzegać drogi szybkiego ruchu jako miejsce, gdzie wszyscy byli równi, zwłaszcza po otwarciu w latach 60. i 70. bezpłatnych autostrad międzystanowych.

Oczywiście nawet w szczycie powojennej masowej prosperity nie każdy mógł pozwolić sobie na auto. Ale w połowie XX w. ubodzy piesi chronieni byli przed najgorszymi skutkami nowego sposobu projektowania dróg. Wskutek degradacji miast zaczęli zamieszkiwać stare śródmiejskie dzielnice z ulicami zaplanowanymi przed nastaniem epoki masowej motoryzacji.

Dzisiejsi ubodzy mieszkańcy przedmieść pozbawieni są tej skromnej ochrony. Cały ciężar 90 lat inżynierii stawiającej samochód na pierwszym miejscu spada na nich, gdy wychodzą i powracają do swych rozpadających się kompleksów mieszkaniowych i starzejących się szeregowców. Dalekie marsze do głównej drogi, ryzykowne sprinty w poprzek szerokich szos szybkiego ruchu oraz niebezpieczne wyczekiwanie na niebezpiecznie usytuowanych przystankach autobusowych – oto ich codzienność. Przestrzeń stworzona niegdyś dla zasobnych kierowców, podupadając, staje się przytłaczającym ciężarem.

W bogatszych dzielnicach drogi projektuje się inaczej. Trudno po nich chodzić, co dokucza mieszkańcom. Co gorsza, zjawisko to wpływa negatywnie także na rynek nieruchomości. Dziś nie buduje się już wąskich, przyjaznych uliczek, jakie kiedyś bywały w miejskich dzielnicach, i jakich także dziś życzyliby sobie nabywcy domów. Jednak w Nowym Jorku, Waszyngtonie, Chicago, zaczęto odzyskiwać oddane wcześniej autom powierzchnie na chodniki, po których mogą chodzić obok siebie przedstawiciele wszystkich klas społecznych.

Gdzie indziej jednak, szczególnie na biednych przedmieściach, rządy samochodu trwają. Udająca neutralną naukę inżynieria ruchu działa na szkodę każdego, kto porusza się piechotą. Jej celem jest sprawny ruch pojazdów mechanicznych, ci więc, którzy – z konieczności bądź z wyboru – chodzą, stanowią zawadę. Dysydenci wśród inżynierów ruchu zaczęli sprzeciwiać się takiej filozofii, jednak innowacje, nawet te polegające na przywracaniu praktyk sprzed stulecia, napotykają zaciekły opór autostradowych tradycjonalistów.

Status quo jest podtrzymywany i uzasadniany przez rozbudowany katechizm. Instrukcje Federalnego Zarządu Autostrad wykładają na setkach stron specyfikacje, do których sztywno stosują się inżynierowie. W komitetach tworzących takie dokumenty dominują państwowi biurokraci drogowi o silnych skłonnosciach do podtrzymywania prymatu ruchu samochodowego. Agencje drogowe, zdolne przesuwać środki na budowę ulic i naciskać na przedsiębiorców poszukujących dostępu do dróg, mają ogromną przewagę nad lokalnymi politykami, którzy chcieliby się im przeciwstawić. W miarę potrzeb bywają także wspierane przez grupy interesu związane z przemysłem samochodowym i transportem ciężarowym, co wzmacnia polityczną siłę tych ostatnich.

Oto przyczyny narzuconego Raquel Nelson i jej dzieciom przymusu niebezpiecznego przekraczania ulicy. Budowniczowie pięciopasmowej drogi z ograniczeniem prędkości do 45 mil (72 km) na godzinę nie zapewnili jej przystanku autobusowego, świateł regulujących ruch ani nawet przejścia oznaczonego pasami. Dobrze byłoby zbadać, dlaczego toleruje się, a nawet uprawomocnia podobne sytuacje

Ogólnokrajowe zasady dotyczące przejść dla pieszych zawiera Instrukcja Ujednoliconych Urządzeń Kontroli Ruchu (Manual of Uniform Traffic Control Devices – MUTCD). Warunki zainstalowania świateł określa rozdział 4C. Jeden z jego punktów dotyczy ruchu samochodowego na drogach przecinających ruchliwe ekspresówki i autostrady. Sygnalizację świetlną można założyć tylko, gdy daną przecznicą przejeżdża co najmniej 240 aut w ciągu 4 godzin. Według tych samych przepisów światła można zainstalować tylko, jeśli w tym samym czasie główną drogę przekraczało 300 pieszych. Innymi słowy, jeden pieszy liczy się za 4/5 kierowcy

Jednak nawet wtedy regulacje nie dopuszczają zainstalowania świateł, jeśli takowe znajdują się już w odległości mniejszej niż 300 stóp (ok. 91 m). Przejście 600 stóp miarowym krokiem zajmuje dwie i pół minuty, mimo to nie uznano, że to zbyt duża odległość dla pieszego. Czas kierowcy ceni się zgoła inaczej: inżynierowie klasyfikują skrzyżowanie jako „niewydolne”, gdy w godzinach szczytu opóźnia samochód przeciętnie o zaledwie minutę i dwadzieścia sekund.

Co więcej, nie można zainstalować świateł, jeśli przechodnie nie korzystają z niebezpiecznego przejścia. Co więcej, nie można zainstalować świateł, jeśli przechodnie nie korzystają z niebezpiecznego przejścia. Zdaniem krytyków tych przepisów uzależnianie instalacji świateł od liczby osób wchodzących na niebezpieczną jezdnię jest jak decydowanie o potrzebie budowy mostu na podstawie obserwacji, ilu ludzi próbuje przepłynąć przez rzekę o własnych siłach.

Czy wobec braku świateł władze hrabstwa Cobb mogły chociaż wymalować zwykłe pasy przy autobusowym przystanku rodziny Nelsonów? Nie, nie mogły. Poprawka do MUTCD z roku 2009 zakazała umieszczania nowych oznakowanych przejść dla pieszych w miejscach, gdzie natężony ruch drogowy przekracza prędkość 40 mil na godzinę. A więc właśnie tam, gdzie pieszo poruszają się najczęściej ci, których nie stać na samochód.

Na pozór zarządzenie to uzasadnia mało znana i rzadziej egzekwowana klauzula kodeksu drogowego. Otóż w większości stanów pieszy, przechodząc przez jezdnię na skrzyżowaniu pozbawionym świateł, ma pierwszeństwo niezależnie od tego, czy na nawierzchni znajdują się pasy. Zatem piesi przechodzący przez ulicę nie potrzebowaliby żadnego dodatkowego wsparcia. Teoretycznie oznaczenia istnieją jedynie po to, by uprzedzać kierowców o potrzebie zatrzymania się i w ten sposób zapobiegać kolizjom. W praktyce jednak, jak wykazały szeroko zakrojone badania rządowe, na skrzyżowaniach pozbawionych świateł „bardzo nieliczni kierowcy zatrzymywali się lub ustępowali pieszym zarówno przed, jak i po wprowadzeniu oznakowanych przejść”.

Dla każdego, kto poruszał się pieszo po przedmieściach, była to wiedza oczywista. Z badań płynęły jednak wnioski cokolwiek bardziej zaskakujące: na drogach co najmniej czteropasmowych potrącenie pieszego na oznakowanym przejściu było bardziej prawdopodobne niż na nieoznakowanym przejściu u zbiegu ulic.

Wnioski te można było tłumaczyć różnorako. Inżynierowie, próbując ograniczyć korki, często umieszczają pasy tam, gdzie piesi będą najmniej ingerować w ruch samochodowy. Niekiedy zaś  do umieszczenia oznakowanych przejść w punktach szczególnie niebezpiecznych prowadzą naciski społeczne. W obydwu przypadkach piesi, dbając o własne bezpieczeństwo, mogą decydować się na przejście w miejscu bezpieczniejszym od tego, które wyznaczyli im inni.

Jednak badacze pominęli takie objaśnienia i uchwycili się interpretacji wygodniejszej – takiej mianowicie, która utrwaliła zadawnioną niechęć inżynierów ruchu do oznakowanych przejść dla pieszych. I sformułowali wniosek, że brak pasów czyni przechodzenie przez jezdnię bezpieczniejszym.

Konkluzja taka nie tylko urąga zdrowemu rozsądkowi, ale też stoi w sprzeczności z działaniami urzędników. Koniec końców, w kampaniach na rzecz bezpieczeństwa drogowego nigdy nie doradzają oni pieszym unikania pasów i przechodzenia na nieoznakowanych skrzyżowaniach.

Zmieniony w 2009 r. MUTCD, zakazując pasów, nie tylko utrudnił przechodzenie przez jezdnię. Ci, którzy stawiają stopę na nieoznakowanym asfalcie, tracą w praktyce nawet tę mizerną ochronę, jaką daje im litera prawa. Poza oznakowanym przejściem policja chętniej karze mandatem pieszego, któremu przysługuje prawo pierwszeństwa, niż kierowcę, który pierwszeństwa nie udzieli. W razie wypadku funkcjonariusze i sędziowie zwalniają kierowców z zarzutów, chyba że ci byli pijani lub zbiegli z miejsca zdarzenia. Ofiara, uznana za winną spowodowania wypadku wskutek nieprawidłowego przechodzenia przez jezdnię, ma zaś niewielką szansę na zainkasowanie odszkodowania z polisy ubezpieczeniowej kierowcy.

Przepis przeciwko oznaczaniu przejść dla pieszych spotkał się z wieloma sprzeciwami, a obrońcy praw pieszych zdołali przy tym uzyskać pewne ustępstwa. MUTCD nadal dopuszcza istnienie pasów w miejscach, gdzie w ciągu godziny przekracza ulicę przynajmniej 20 osób, pod warunkiem zainstalowania ponad jezdnią specjalnych świateł włączanych przyciskiem.

Tu i ówdzie zaczynają się jednak pojawiać przejścia ze światłami. Jednak na podupadających przedmieściach, gdzie potrzeba ich najbardziej, tworzone są niezwykle rzadko. Nawet gdy pozbawione środków lokalne władze mogą pozwolić sobie na taki wydatek – a mówimy tu o 100 tys. dolarów za pojedynczą instalację – ludziom zbyt ubogim, by kupić samochód, brakuje siły przebicia niezbędnej do przezwyciężenia oporu inżynierów ruchu. Bezpieczne przejście przez ulicę, które powinno być zapewnione wszędzie, uczyniono dobrem luksusowym.

Trzeba przyznać, że sprawa czteroletniego A. J. Newmana zachęciła władze Georgii do działania. Po kilku miesiącach urzędnicy zbadali miejsce wypadku. Stwierdzili, że nic nie da się zrobić, ponieważ brakuje pieniędzy na światła. Mimo to departament transportu, a także inne urzędy, zaczyna poświęcać coraz więcej uwagi pieszym. Z jego inicjatywy w maju 2013 r. szesnastoosobowy zespół zbadał ponownie całą drogę, na której doszło do wypadku. Na tej podstawie sformułowano wnioski, by dla poprawy widoczności przystanek autobusowy nieznacznie przesunąć, zaś jego użytkowników wspomóc pasami, przyciskiem sygnalizacyjnym oraz światłami.

Jak dotąd zalecenie to nie zostało zrealizowane. Niemal pięć lat po śmierci A. J. Newmana nadal brak oznakowanego przejścia dla pieszych w miejscu, gdzie chłopiec zginął…

Benjamin Ross
Tłum. Michał Wójtowski

Tekst pierwotnie ukazał się w amerykańskim lewicowym czasopiśmie „Dissent” w październiku 2014 r. Przedruk za zgodą autora.

Wybierzmy z orbanomiki to, co najlepsze

Wybierzmy z orbanomiki to, co najlepsze

Budapeszt w Warszawie przestał już być mile widziany. Okazało, że z tegoż Budapesztu może być już tylko rzut beretem do Moskwy, więc stolica Węgier straciła na atrakcyjności nawet dla tych, którzy byli w nią zapatrzeni najmocniej. Skądinąd zupełnie słusznie. Problematyczna jest już sama koncepcja szukania dla Polski wzorów do naśladowania za granicą, ale jeśli koniecznie musimy to robić, to zdecydowanie lepiej byłoby zerkać raczej na północ niż południe – i obwieścić w Warszawie drugi Sztokholm lub Helsinki. Zasadniczo jednak jestem zwolennikiem budowania w Warszawie Warszawy, w Krakowie Krakowa, a w Katowicach Katowic. Dobre zagraniczne praktyki warto zawsze gruntownie przemyśleć i przepuścić przez filtr rodzimych uwarunkowań, żeby potem się nie okazało, że próbowaliśmy usilnie zrobić śpiewaka operowego z urodzonego hiphopowca. A przecież hiphopowca też da się okiełznać, uspokoić i wprowadzić na odpowiednie tory, z korzyścią dla wszystkich wokół – wystarczy tylko odpowiednio do niego podejść.

Na poszukiwania dobrych praktyk możemy udać się także nad Balaton, nawet pomimo tego, że węgierski przywódca (zwany przez niektórych czule Victatorem) nazbyt ochoczo brata się z pewnym pełniącym obowiązki prezydenta eks-kagiebistą, niechętnie patrzy na sądy konstytucyjne i niektóre media. Niedobrze byłoby, gdyby w wyniku słusznego oburzenia na, delikatnie mówiąc, dyskusyjne posunięcia Orbana umknęło nam kilka naprawdę godnych uwagi pomysłów, które lider Fideszu zrealizował lub dopiero zamierza. Przecież fakt, że w podobny sposób zaczniemy sobie radzić z zagranicznymi korporacjami nie musi od razu oznaczać, że w następnym kroku wyślemy na emeryturę sędziów Trybunału Konstytucyjnego.

Dał nam przykład Orban jak zwyciężać z korporacjami już podczas jednej z pierwszych swoich batalii. Stoczył ją z węgierskimi odpowiednikami otwartych funduszy emerytalnych. Obrał inną taktykę rozwiązania problemu częściowo sprywatyzowanych emerytur niż władze nad Wisłą i trzeba powiedzieć, że była to taktyka dużo bardziej zdecydowana. Postawił przed Węgrami jasny i uczciwy wybór: albo przechodzicie w całości do systemu publicznego, albo zostajecie w prywatnych funduszach i tracicie prawo do państwowej emerytury. Jako że idee wolnościowe atrakcyjne są głównie na poziomie deklaracji (zwłaszcza tych wygłaszanych w internecie), ludzie tłumnie rzucili się do wybierania pierwszej opcji. W efekcie tamtejsze OFE de facto przestały istnieć. Operacja przyniosła budżetowi ok. 10 mld euro i zatamowała wyciek publicznych środków z systemu. Naszym rządzącym zabrakło niestety cojones, by sprawę przeprowadzić w równie zdecydowany sposób. W naszych OFE zostało wciąż ok. 150 mld zł, a część tej kwoty należy do tych, którzy wcale w systemie emerytur kapitałowych być nie chcą. Co więcej, 3 proc. wynagrodzeń 2,5 mln Polaków, zamiast zasilać publiczny system, wciąż trafia do prywatnych funduszy, aby te mogły beztrosko grać na giełdzie. A przecież zamiast tworzyć skomplikowane wygibasy prawne, które miały OFE wybić zęby w taki sposób, żeby im broń Boże szczęki nie naruszyć, można było po orbanowsku postawić Polaków przed jasnym wyborem – jestem pewny, że nasza reakcja byłaby identyczna jak obywateli znad Balatonu.

Kolejnym aktem suwerennej polityki ekonomicznej w wykonaniu węgierskim było wprowadzenie podatku kryzysowego. Początkowo miał objąć jedynie banki, jednak dość szybko został rozszerzony na firmy telekomunikacyjne, energetyczne i największe przedsiębiorstwa handlowe. Miał on formę podatku obrotowego, a więc obliczany był od przychodu, a nie tylko od wykazanego dochodu, którego ukrycie nie jest, jak wiemy, problemem dla międzynarodowych koncernów. Ten progresywny podatek – podmioty z największym obrotem płaciły najwyższe stawki – dochodził nawet do 6,5 proc. w branży telekomunikacyjnej. Dla innych obciążonych nim segmentów był trochę mniej surowy – w handlu osiągał do 2,5 proc. W sektorze bankowym, w którym wciąż obowiązuje, wynosi zaledwie 0,53 proc. sumy bilansowej, ale trzeba pamiętać, że tamtejszy sektor finansowy podlega jeszcze jednemu podatkowi – od transakcji finansowych (0,1 proc. od transakcji giełdowych i 21 euro od transakcji międzybankowych).

Te obciążenia sprawiły, że od 2010 r. sam tylko sektor finansowy zapewnił węgierskiemu budżetowi ok. 3,6 mld euro dodatkowych wpływów. Ogół przyjętych rozwiązań podatkowych mających na celu zapewnienie wpływów z tych źródeł, które środków mają pod dostatkiem, przyniósł bardzo wymierne efekty. Dochody sektora finansów publicznych wzrosły do 46,6 proc. PKB w 2012 r., podczas gdy jeszcze w roku 2006 wynosiły 42,3 proc. Polskiemu sektorowi finansów publicznych, którego dochody należą do najniższych w Europie i w 2012 r. liczyły 38,3 proc. PKB, taki zastrzyk środków niewątpliwie by się przydał. Tym bardziej, że wiele z naszych usług publicznych (np. służba zdrowia) cierpi na chroniczne niedofinansowanie.

Te działania zwracają uwagę nie tylko swoją skutecznością, ale też przemyślaną precyzją i solidnością. Ściągnęły one środki z obszarów gospodarki, które nie tylko tradycyjnie przynoszą największe zyski, ale też są na Węgrzech zdominowane przez podmioty zagraniczne. Dzięki temu wzmożona akcja podatkowa nie obciążyła nadmiernie podmiotów rodzimych. A w związku z tym, że nowe zobowiązania nie były wprost wymierzone w podmioty zagraniczne (a tylko w sektory, w których dominują), Komisja Europejska nie miała podstaw do ingerencji. Co więcej, opodatkowano tylko te branże, w których nie ma możliwości łatwego przeniesienia działalności zagranicę, bo związane są ściśle z obsługą konkretnego rynku (jak telekomunikacja czy wielkopowierzchniowy handel detaliczny) albo uzależnione są od lokalnej infrastruktury (przypadek energetyki). Firmy musiały więc zacisnąć zęby i znieść dodatkowe obciążenia bez możliwości szantażu ucieczką.

Trudno nie zauważyć, że i w tym zakresie skorzystanie z węgierskich doświadczeń mogłoby być dla Polski bardzo korzystne. Nasza sytuacja jest bowiem pod wieloma względami podobna. Również w Polsce sektory najbardziej dochodowe są zdominowane przez kapitał zagraniczny – szczególnie sektor bankowy i handlu wielkopowierzchniowego, a w znacznym stopniu również telekomunikacyjny, szczególnie po lekkomyślnych prywatyzacjach Polskiej Telefonii Cyfrowej i Telekomunikacji Polskiej. Istnieje ponadto w zagranicznych przedsiębiorstwach zjawisko masowego ukrywania zysków przed fiskusem – podatek dochodowy płaci w naszym kraju ledwie połowa działających tu firm zagranicznych! Opodatkowanie obrotów, a nie zysków sieci telekomunikacyjnych czy instytucji finansowych mogłoby przynieść nie tylko znaczne wpływy budżetowe (sektor bankowy w ostatnich latach generuje rekordowe zyski), ale też nie odbiłoby się negatywnie na krajowej gospodarce. Nie musiałoby to wcale przełożyć się na wzrost cen za usługi – od tego są regulatorzy krajowi (UKE, UOKiK czy KNF) oraz unijni, żeby dbać o to, żeby firmy z wymienionych sektorów nie przerzucały nadmiernej części kosztów na klientów. Skoro udało się np. znacznie ograniczyć koszt opłaty interchange, pobieranej przez banki za obsługę płatności kartą, oraz koszty roamingu za rozmowy międzynarodowe w obrębie UE, to jasne jest, że istnieją możliwości zadbania o interes konsumentów.

Polski sektor bankowy, podobnie jak do niedawna węgierski, jest w większości oparty o kapitał zagraniczny. Nawet po kupnie Nordei przez PKO BP wciąż tylko ok. 40 proc. sektora znajduje się w krajowych rękach. Niezwykle ważne dla suwerennej gospodarki jest posiadanie silnych instytucji finansowych kontrolowanych przez kapitał krajowy, które w razie kryzysu stabilizowałyby sytuację np. wzmożoną akcją kredytową, zamiast przerzucać swój kapitał do spółek-matek. Na Węgrzech jeszcze do niedawna kapitał krajowy kontrolował jedynie 30 proc. sektora bankowego, jednak w wyniku polityki rządu Orbana zaczęło się to zmieniać. Najpierw ogłoszono, że celem jest co najmniej 50 proc. i zaczęto w tym kierunku systematycznie zmierzać. Na pierwszy ogień poszedł Szechenyi Bank, w którym państwo węgierskie przejęło 49 proc. udziałów. Po wykupie przechodzącego spore kłopoty banku MKB z rąk BayernLB za 55 mln euro cel 50 proc. został osiągnięty, a na tym nie koniec. Rząd Węgier już doszedł już do porozumienia z General Electric (w Polsce znanego jako właściciel Banku BPH) w sprawie kupna Budapest Banku, który w przeciwieństwie do MKB ma się całkiem dobrze. Po tej transakcji w rękach węgierskich znajdzie się już większość tamtejszego sektora bankowego. Rząd Orbana nie zamierza przetrzymywać tych aktywów w nieskończoność – zapowiedział, że odsprzeda je prywatnemu kapitałowi krajowemu, gdy tylko nadarzy się okazja.

Powinniśmy z uwagą spojrzeć na te kroki Węgrów szczególnie teraz, gdy z naszego rynku zamierza się wycofać Raiffeisen, który już przygotowuje się do sprzedaży swych tutejszych spółek-córek, a o podobnym kroku przebąkuje podobno Millennium. Może się okazać, że podobna okazja odzyskania chociażby części sektora bankowego już się nie powtórzy.

Pod koniec ubiegłego roku rząd Orbana ujawnił kolejne plany, tym razem związane z zagranicznymi sieciami hipermarketów. Podobnie jak nad Wisłą, również nad Balatonem zdominowały one handel detaliczny. Część pomysłów opiera się o rozwiązania znane i sprawdzone wcześniej – np. wprowadzenie stałego progresywnego podatku obrotowego (na wzór omawianego wcześniej podatku kryzysowego, który już zakończył swe obowiązywanie). Wynosiłby on 1 proc. od obrotów powyżej 50 mld forintów i kolejny procent na każde kolejne 50 mld. Maksymalna stawka wynosiłaby 6 proc. i objęte nią byłyby podmioty z obrotami powyżej 300 mld forintów (czyli ok. 4 mld zł) – ten warunek obecnie spełnia tylko Tesco. Najwyższa stawka, trzeba przyznać, jest zaskakująco wysoka i wątpliwe, że zostanie ona utrzymana długofalowo.

O ile jednak podatek obrotowy jest już pomysłem dość dobrze znanym, o tyle szczególne zaciekawienie wzbudzają pozostałe elementy działań planowanych na rok 2016. Orban zapowiada m.in. zamykanie hipermarketów, które nie wykażą dochodu do opodatkowania przez dwa lata z rzędu. Pomysł iście rewolucyjny i wart śledzenia, szczególnie przez Polaków, którzy także muszą użerać się z praktykami sztucznego zaniżania dochodów przez podmioty zagraniczne, wśród których są również hipermarkety. Kolejne pomysły mają na celu przede wszystkim wsparcie mniejszych, rodzimych detalistów. Mowa tu o zakazie handlu wielkopowierzchniowego w niedzielę, uniemożliwieniu sieciom hipermarketów prowadzenia darmowych linii autobusowych dowożących klientów oraz otwierania placówek blisko zabytków wpisanych na listę UNESCO. W polskich warunkach szczególnie ten pierwszy pomysł wart jest rozważenia (pozostałe dwa miałyby u nas marginalne znaczenie), gdyż mógłby realnie wspomóc osiedlowych sklepikarzy, zapewniając dopływ klientów pozbawionych w niedzielę możliwości zakupów w hipermarketach. Dyskusja o zakazie handlu w niedzielę powraca u nas co jakiś czas, jednak wiodące znaczenie mają w niej argumenty religijne, przez co łatwo pomysł ten zaszufladkować jako kolejną odsłonę wojny ideologicznej. Umyka natomiast ważny aspekt wpływu podobnych regulacji na pozycję lokalnych detalistów. Wzorem Węgrów czas to zmienić.

Oczywiście „orbanomika” zawiera także wiele elementów niewartych kopiowania. Trudno np. zrozumieć logikę, którą kierują się Węgrzy, z jednej strony wojując z zachodnim kapitałem, a z drugiej coraz bardziej uzależniając się od kapitału rosyjskiego. Są to m.in. kolejne kontrakty gazowe, choć już teraz 75 proc. gazu na Węgrzech pochodzi z rosyjskiego źródła, albo umowa z Rosatomem na budowę nowych bloków atomowych połączona z kredytem udzielonym przez Rosjan. Suwerenna polityka ekonomiczna nie polega przecież na tym, żeby uwolnić się z jednej zależności gospodarczej tylko po to, by wpaść w inną.

Równie szkodliwe są niektóre elementy polityki podatkowej. Połączenie jednej z najwyższych w Europie stawek VAT (27 proc.) z jedną z najniższych stawek PIT (16 proc., a przebąkuje się nawet o obniżce do 10 proc.) to gotowa recepta na zapewnienie sobie galopującego rozwarstwienia społecznego. Nie polecałbym również węgierskiej polityki cięć wydatków socjalnych, szczególnie na zasiłki i instytucje rynku pracy – m.in. ograniczono czas pobierania zasiłku dla bezrobotnych do zaledwie 3 miesięcy. W naszej części Europy musimy w końcu zrozumieć, że wydatki na „socjal” nie wynikają tylko z dobroci serca, ale po prostu się opłacają i zwracają z nawiązką. Z Orbana powinniśmy więc wyciągnąć tylko to, co naprawdę się nam przyda i ani krzty więcej. Po pozostałe składniki naszego gospodarczego sosu proponuję udać się gdzie indziej, np. do Gunnara Myrdala czy generała Parka.

Strach ma wielkie oczy

Strach ma wielkie oczy

Skonstruowane u progu XIX w. maszyny przędzalnicze stały się jednym z motorów rewolucji przemysłowej i rozwoju gospodarki kapitalistycznej. Spowodowały także masowe bezrobocie wśród rzemieślników i degradację ich profesji. Odpowiedzią pokrzywdzonych było niszczenie urządzeń, których stosowanie pozbawiało ich pracy. Apogeum ruchu protestu, znanego dziś pod nazwą luddyzmu, przypadło na lata 1811-1813. Wtedy też parlament brytyjski wprowadził Frame Breaking Bill, regulację zaostrzającą uchwalone wcześniej prawo chroniące maszyny przed ludźmi. Zgodnie z nową ustawą, mającą obowiązywać przez dwa kolejne lata, niszczenie maszyn zagrożone było karą główną. Szacunkowe dane mówią o kilkudziesięciu powieszonych luddystach. Innych, potraktowanych łaskawiej, zsyłano dożywotnio do Australii.

Wszystko to działo się w okresie wojen napoleońskich, a okoliczności wojenne sprzyjały stanowieniu barbarzyńskiego prawa. Tylko nieliczni członkowie elit gotowi byli ująć się za ofiarami represji. Jednym z tych nielicznych był Lord George Byron, który obronie luddystów poświęcił swą pierwszą mowę parlamentarną.

Polscy dziennikarze bywają bardziej jednak lordowscy od angielskich lordów. Przekonują o tym poranne audycje w jednej ze stacji radiowych, gdzie chętnie ostatnio dyskutuje się o protestach społecznych. Przy nieśmiałych sprzeciwach prowadzącego mówi się tam, a wręcz nawołuje, do „demonstracji siły” rządu, do „pacyfikacji”, czemu towarzyszą przepełnione troską zdania o „podpalaniu Polski” przez „szkodników” w obliczu niestabilnej sytuacji w Ukrainie. W kolejnych dniach i tygodniach podobne głosy zyskują na sile i tracą na subtelności.

Wygląda na to, że na dzikich polach skojarzeń i epitetów jedynie krok dzieli uczestników kulturalnych dyskusji od posłużenia się otwarcie frazeologią zaczerpniętą z „Ogniem i mieczem”, od wprowadzenia na nowo w obieg publicznej debaty pojęć „tłuszczy” i „czerni”. Zmieniłyby się desygnaty, ale przekonanie o przyrodzonej wyższości poglądów elit nad masami pozostałoby niewzruszone i niewymagające dowodu, jak w toczących się w szlacheckiej Rzeczpospolitej historycznych powieściach Sienkiewicza.

Niedaleko trzeba szukać dowodów długiego trwania struktur mentalności szlacheckiej – pogardy oraz dehumanizacji grup słabszych ekonomicznie i zagrożonych społeczną marginalizacją, które upominają się o swoje prawa. Wystarczy poczytać internetowe komentarze pod dowolnym tekstem poruszającym omawiany w studio temat protestów. Tu, gdzie nie obowiązuje minimum dyskusyjnej etykiety, nie sposób otrząsnąć się z wrażenia, że moc sienkiewiczowskiego imaginarium – wtłaczanego do głów programem szkolnych lektur – przyczynia się do łatwości, z jaką poglądy i ekonomiczne interesy innych grup unieważnia się przy pomocy garści epitetów, ciągłego wytykania „chamstwa”, „roszczeniowości” czy „nieróbstwa”. W niepewnych czasach, gdy deklasacją zagrożonych jest tak wielu, tworzone mocą wyzwiska wyobrażone hierarchie społeczne pozwalają poczuć ulgę z powodu bycia szlachcicem wobec dowolnie wybranego chama. I chociaż nie aspiruję do roli nieomylnego psychoanalityka debaty publicznej, to jednak intuicja podpowiada mi, że za posługiwaniem się wobec protestujących tak pogardliwym językiem stać musi jakiś potężny, trudny do opanowania lęk. Przepojone pogardą emocjonalne epitety pomogą jednak tylko na krótką metę. Mam wrażenie, że jeśli nie lekarstwem, to przynajmniej remedium nadającym lękom konkretną formę mogłaby okazać się konfrontacja z ich narracyjnym, literackim ucieleśnieniem. W końcu już starożytni Grecy w perypetiach tragicznych bohaterów odnajdowali własne strachy i obawy, by się z nimi zmierzyć.

Wspomniany wcześniej lord Byron spędził lato 1816 r. nad Jeziorem Genewskim. Z powodu niskiej aktywności słonecznej oraz wielkiej erupcji wulkanicznej czas ten zapisał się w historii jako „rok bez lata”. Niedawna wojna w Europie, rozruchy społeczne na Wyspach Brytyjskich, anomalie klimatyczne i klęska nieurodzaju musiały podsycać niepokój. Tym bardziej, że i Byron, i towarzysze jego szwajcarskich wakacji – Percy Shelley i Mary Wollstonecraft Shelley – zdawali sobie sprawę, że błyskawiczny rozwój nauki i technologii zapowiada rychły przełom cywilizacyjny.

Ponieważ Szwajcarii nie ominęły deszcze i chłody, kompania spędzała czas w czterech ścianach, czytając niemieckie powieści gotyckie. W takich właśnie okolicznościach zrodził się pomysł zawodów literackich, w ramach których każdy stworzyć miał opowieść grozy. Potwór doktora Frankensteina, powołany do życia przez Mary Shelley, oraz przywrócona nowoczesności przez niedokończony utwór Byrona (oraz stworzone na jego kanwie pełnowymiarowe opowiadanie Johna Polidoriego) postać wampira są dziś żywymi figurami masowej wyobraźni. Wiedziony prometejskim imperatywem naukowiec stwarzający monstrum, oraz arystokrata żywiący się ludzką krwią powracają w różnych kostiumach w odpowiedzi na ciągle żywe lęki. Choćby tymi przed postępami alienującej się technologii (pieniądz, papiery wartościowe i giełda to także swoiste technologie) lub bezwzględnym, choć niekoniecznie arystokratycznym, wyzyskiem.

Wobec rzeczywistego lub udawanego lęku naszych „opiniotwórców” przed powrotem Jakuba Szeli (tego historycznego i tego z „Wesela”), chciałbym zaproponować im lekturę pewnej współczesnej powieści, bardzo poczytnej i obsypanej nagrodami przez czytelników literatury fantastyczno-naukowej. Książki poczytne bywają nimi także dlatego, że trafiają w problemy społeczne. Mogą też kształtować reakcje na te problemy, i to często takie, że aż strach. Książka, którą chciałbym tu przedstawić dotyka m.in. problemu relacji między oświeconymi elitami a masami.

Witajcie zatem na Midgaardzie, niezwykłej planecie zamieszkałej przez humanoidalne istoty. Doprawdy, lepiej znaleźć się tam, niż pozostać w Europie, gdzie przeklęty etatyzm i wszechobecne regulacje doprowadziły do takiego spętania indywidualnej wolności, że nawet lodówki napominają tu zdigitalizowanym głosem o szkodliwości spożywania alkoholu. Na Midgaard wysłano ekspedycję naukową, która – nie ingerując w zastany świat – miała go zbadać i niepostrzeżenie opuścić. Tak się jednak nie stało, zaś fabuła czterotomowej powieści Jarosława Grzędowicza „Pan Lodowego Ogrodu” wyrasta stąd, że kilkoro spośród członków ekspedycji nie odrobiło należycie lekcji doktora Frankensteina.

Autor, z pomocą swej etnologicznej i technologicznej swady i erudycji buduje świat miecza i klanu, magii i mitu, w którym z nieznanych powodów nie działają wytwory zaawansowanej ziemskiej techniki. Uczeni z Ziemi rychło pojmują, że mają za to dostęp do sztuki czarnoksięskiej i bezwzględnie korzystają z możliwości, jakie przed nimi otwiera. Wysłany z misją ratunkową główny bohater rychło przekonuje się, że uczestniczy w wydarzeniach do złudzenia przypominających fabułę „Jądra ciemności” Josepha Conrada, gdzie rzucony poza granice swej cywilizacji „człowiek europejski” powołuje w głębi kongijskich lasów do życia społeczne monstrum. Czytelnik zaś może bez trudu, posiłkując się autorskimi aluzjami, pojąć, że ma do czynienia nie tylko z dość zgrabnie skonstruowaną opowieścią fantastyczną, ale także z powieścią idei, odsyłającą do najzupełniej współczesnych światopoglądów.

Klucz ideowy nie jest tu nadmiernie skomplikowany. Sugerują go już choćby nazwiska uczonych, którzy postanowili zapanować nad światem Midgaardu. Postacie i swobodnie realizowane zamierzenia wysłanników z Ziemi – Ulrike Freihoff, Passionarii Callo i Piera van Dykena – to stosownie spreparowany amalgamat feminizmu, psychoanalizy, ideologii krwi i ziemi, kontrkulturowego terroryzmu, komunistycznej rewolucji, relatywizmu i dyskursu postmodernistycznego. Magia jako metafora ideologii prowadzi ich do zaprowadzenia totalitarnych reżimów. Nie trzeba dodawać, że mają się one kojarzyć czytelnikowi wyłącznie z rozmaitymi odcieniami idei choćby podejrzewanych o związek z lewicowością, a raczej z osobliwym, krojonym na potrzeby tendencyjnej polemiki jej obrazem.

Znamienne jest również wyobrażenie Grzędowicza o mechanizmie, poprzez który dokonują się opowiadane przez niego rewolucje społeczne. Ich czynnym, świadomym podmiotem są wyłącznie jednostki żądne osobistej władzy i kultu. Masy pozostają w istocie bierne, łatwe do sterowania, przepełnione pragnieniem krwi i resentymentem, nieskończenie plastyczne. Czekają jedynie, by je uwiedziono i sprowadzono na złą drogę – wprost do totalitarnego piekła opartego o kult jednostki.

Od tej reguły istnieją oczywiście odstępstwa. Oprócz uczonych łotrów i powolnych im mas spotkamy w powieści także ziemskich i midgaardzkich bogów i bohaterów, którzy zdołają uratować prawowitego dziedzica cesarstwa, przywrócić równowagę, zdrowy rozsądek, spokojne miejskie życie i wolny rynek.

Chociaż książka Grzędowicza pomyślana jest bez wątpienia jako miły w lekturze młot na lewicowe czarownice, nie zamierzam demaskować jej tendencyjnej jednostronności, nadużyć i uproszczeń – zadanie byłoby zbyt łatwe. Dawno już Jacek Dukaj zwracał uwagę na to, że polska fantastyka charakteryzuje się „wyobraźnią po prawej stronie”. Proponuję przeczytanie tej powieści części liberalnych elit po to, by przekonały się, że chętnie sięgają po chwyty retoryczne i wyrażają mimochodem takie przeświadczenia, jakich nie powstydziłby się w konserwatywnych zapędach autor „Pana Lodowego Ogrodu”.

Czarnym charakterem nie musi być wszak naukowiec, bo teorie spiskowe mają niejedno imię. Do tej roli, o czym przekonują dyskusje prowadzone w polskich mediach, świetnie nadaje się działacz związkowy, ewentualnie polityk ukryty za kulisami. Jednak nawet jeśli przyjmiemy założenie, że zawsze znajdą się tacy, którzy żerują na społecznym niezadowoleniu, to nie wynika stąd wprost i niezbicie, że wszelkie protesty są sterowane z zewnątrz, a przez to niesłuszne lub wręcz bezprawne. Niezwykle łatwo oświeceni komentatorzy przyjmują, że protestujący stanowią bezwolną masę, która daje sobą powodować. I powracają w swym opiniach do wciąż tej samej śpiewki o „niedojrzałym społeczeństwie” – oraz o powołanych z zasady do kierowniczej roli (chociaż już nieszlacheckich) elitach.

Na koniec wypada powrócić do ruchu luddystów. Nie po to, by komukolwiek przypisywać chęć krwawego tłumienia buntów społecznych, chociaż niektóre publicystyczne reakcje na protesty górników i rolników nie były odległe od stawiania takich postulatów. Nazwa angielskiego ruchu sprzed dwóch stuleci pochodzi prawdopodobnie od nazwiska Neda Ludda, na poły mitycznej postaci, której przypisywano pierwsze akty niszczenia maszyn przędzalniczych. Pieśń gminna głosi, że Ludd miał swoje schronienie nieopodal Nottingham, w lesie Sherwood, znanym jako kryjówka Robin Hooda i jego kompanii.

Niepostrzeżenie wkraczamy więc poprzez Sherwood z powrotem w dziedzinę zmyśleń, domysłów, literackich fikcji, prawd i narracji. Wkraczamy jednak od całkiem innej strony. Literatura w swych popularnych i wysokich odmianach pozwala konfrontować się i oswajać z lękami – przed krwawymi rewolucjami chociażby. Może też wyrażać nadzieję i dążenie do świata trochę lepszego i bardziej sprawiedliwego. Dlatego, chociaż strach ma wielkie oczy, głosu ulicy nie musicie koniecznie zbywać pogardą, zarzutami o interesowności, populizmie czy naiwności. Również dziennikarskie elity mają swoje interesy, swój populizm i swoją naiwność. Ich nazwanie i oswojenie poprzez lekturę oraz pozbawioną uprzedzeń debatę będzie z pewnością lepsze od wyższościowych fochów.

Świat według Saramonowiczów

Świat według Saramonowiczów

Nie warto zazwyczaj zajmować się tym, co w telewizyjnym czy radiowym programie chlapnie jakiś celebryta albo tym, co napisze na swoim facebookowym profilu. Ale tym razem, wyjątkowo, dwa takie chlapnięcia chciałbym uwiecznić. Pierwszy, przy okazji rolniczych protestów i zapowiedzi gwiaździstego marszu na Warszawę, odezwał się  najwybitniejszy polski twórca żenujących komedii, Andrzej Saramonowicz, a jego głos błyskawicznie i z entuzjazmem ponieśli po odmętach cyberprzestrzeni liczni warszawiacy.

Kocham Warszawę, która jest moim rodzinnym miastem. Nie życzę sobie, żeby moje miasto było najeżdżane przez górników, którzy palą opony i wybijają okna. Nie życzę sobie, żeby było najeżdżane przez traktory i rolników, którzy moim zdaniem, są najbardziej uprzywilejowaną grupą społeczną – dodała w audycji radia Tok FM Jolanta Pieńkowska. Zdaniem tej popularnej telewizyjnej prezenterki, żony miliardera Leszka Czarneckiego, kolekcjonerki luksusowych torebek (wśród których jest i egzemplarz szytej na zamówienie Hermes Birkin za 47 tys. zł), to rolnicy są w naszym kraju najbardziej uprzywilejowaną grupą społeczną. Bo mają KRUS i dotacje unijne. Sympatyczna pani Jolanta nie będzie mogła na stare lata żyć z krusowskiej emerytury, więc trudno się dziwić, że uprzywilejowana pozycja rolników ją drażni. Nosicielka torebki Hermes Birkin musi być też prawdziwą estetką, więc nie dziwi jej protest przeciwko najeżdżaniu rodzinnego miasta przez traktory, które tak brutalnie kojarzą się z polem i gnojem, że powinny wstydliwie przemieszczać się po polnych i gminnych drogach, a nie wjeżdżać do miasta, które pani Pieńkowska kocha.

Oczywiście nie interesuje mnie tutaj osobiste zdanie scenarzysty żenujących komedii ani prezenterki głupawych programów telewizyjnych. Warto natomiast pochylić się nad nimi jako egzemplifikacjami sposobu myślenia polskiego filistra, którego umysłowość i sposób widzenia świata sublimuje w takie dzieła, jak komedie Saramonowicza i poranne programy Jolanty Pieńkowskiej, i który w tych właśnie wytworach kultury audiowizualnej odnajduje bliską sobie wizję świata. A jest to wizja, w której świat pracy, podstawowych ludzkich potrzeb materialnych i godnościowych albo nie istnieje, albo jest obśmiany. Wpis Saramonowicza jest w sumie podobny do jego komedii: względną podmiotowość mają w nich postaci o wysokim statusie materialnym, przy czym nie wiadomo zwykle, w jaki sposób uzyskanym. Nieistotne są tu problemy i aspiracje człowieka dającej się zdefiniować pracy, nieistotna jest społeczna doniosłość jego trudu. Na bohaterów z tej sfery światło rzuca się w taki sposób, by podkreślić wszystko to, co daje się łatwo wyszydzić. Na przykład język – nota bene stylizacje gwarowe wpisu Saramonowicza, owo „trza” i „zajunć”, mają za podstawę raczej chłopski język utrwalony w dziewiętnastowiecznej literaturze niż to, jak dziś rzeczywiście mówi się na wsi, ale przecież reżyser nie musi mieć żadnej wiedzy o niczym, jego wypowiedzi artystyczne i publicystyczne rodzą się ze stereotypu a nie z wiedzy i wyłącznie utrwalanie stereotypu mają na względzie. Albo wygląd kojarzący się właśnie z pogardzaną pracą czy nieodzowny traktor, który także kojarzy się z gnojem i brudem ziemi. Rolnicze traktory w wizji Saramonowicza przemocą wnoszą ów gnój i brud na czyste warszawskie ulice, tak jak swego czasu w koszmarach inteligenckich filistrów tabuny chamów nanosiły zabłoconymi buciskami gnój do salonów.

Ach, gdyby można było Saramonowiczowi i Pieńkowskiej zarzucić hipokryzję. Uznać, że są cyniczni, że tylko udają, że nie rozumieją, iż dorobili się wysokiej pozycji społecznej i materialnej dzięki temu właśnie, że ktoś w brudzie i gnoju coś materialnego stworzył, wyprodukował albo chociaż wyrwał ziemi. Ależ skąd. Oni naprawdę szczerze myślą, że rolnicy, górnicy, przemysłowi robotnicy, ktokolwiek zresztą, kto w swoim zajęciu musi się ubrudzić, spocić bądź zmęczyć, są nie tylko wstrętni, są – zwłaszcza występując zbiorowo i domagając się poszanowania swoich interesów – groźnym i wyłącznie destrukcyjnym żywiołem, do którego należy przemawiać tonem wyższości i językiem wulgarnego chama. Elementem życia społecznego, który należy powstrzymać przy pomocy policyjnej pały, i którego broń Boże nie można dopuścić do głosu. Pieńkowskie i Saramonowicze tego świata są naprawdę święcie przekonani, że ci, którzy im się właśnie z brudem i potem pracy kojarzą, są po prostu przeżytkiem dawnego czasu. A co gorsza, samym swoim istnieniem przypominają oni tym, którzy tyle wysiłku wkładają w to, aby o tym nie pamiętać, że świat jest także brudny, składa się również z kurzu i gnoju, że są w nim także elementy nieładne.

Saramonowicze nie są hipokrytami: oni rzeczywiście myślą, że gdy się zamknie i obroni policyjną pałą całe miasta przed wstępem tych, którzy nieładnie wyglądają i przypominają o czymś tak niemiłym, jak ich wysiłek i związane z nim życiowe problemy, to ludziom będzie się żyło lepiej, przyjemniej, sympatyczniej. Ludziom, czyli takim jak oni, tym z tych zamkniętych miast czy choćby tylko zamkniętych osiedli. Samoświadomość i inteligencja Pieńkowskich pozwala im naprawdę, bez żadnej hipokryzji być przekonanymi, że uprzywilejowanie grup społecznych polega na tym, że przy pomocy różnych świadczeń chroni się je od nędzy i zapewnia ciągłość ich produkcji. I co najgorsze: oni rzeczywiście myślą, że ci brudzący i pocący się przy robocie, jeżdżący traktorami i wykonujący podobne podłe czynności, są po prostu niepotrzebni, i niepotrzebne jest to, co oni zdołają naprodukować. Filister wierzy, że dotacje do górnictwa czy rolnictwa to finansowanie skansenu, anachronicznych stylów życia czy nierentownych miejsc pracy i zupełnie nie jest w stanie zrozumieć, że produkcja i posiadanie własnych zasobów surowców energetycznych czy własnej żywności to dla kraju rzecz bardzo istotna. Bo Saramonowicz i tak może jeść ziemniaki z Cypru (jakie to szczęście, że cypryjscy rolnicy nie mają interesu, aby przyjeżdżać do Warszawy, bo chyba z samej Australii musielibyśmy te ziemniaki sprowadzać), a Pieńkowska, jak powiedziała w jednym z wywiadów, i tak niemal nic w Polsce nie kupuje. Miejscem, w którym uwielbiam robić zakupy – cytuje Pieńkowską „Fakt” – jest Nowy Jork. Potrafię pojechać tam na kilka dni tylko po to. Tam mam poczucie, że mogę sobie bezkarnie wybrzydzać.

Saramonowiczom i Pieńkowskim wydaje się, że jest możliwy taki kraj, w którym nie będzie rolników, górników, robotników, wszystkich tych – jak to widzą ze swojej ukochanej Warszawy – brudasów zamieszkujących różne prowincjonalne dziury, śmierdzących piwem, szczających po parkach i generalnie psujących atmosferę fajnego miasta, jakim jest stolica. Bo przecież sprawa jest jasna – skoro Pieńkowska ma furę pieniędzy, a Saramonowicz furkę, to świadczy to jednoznacznie, że ich praca jest na rynku potrzebna, a praca tych na ciągnikach czy tych w kopalniach, z trudnością wiążących koniec z końcem – jest niepotrzebna, czyli niepotrzebni są też ci na ciągnikach. Niech więc szlag trafi rolników i ich polskie ziemniaki, a czemu nie i górników z ich węglem, przemysł z jego (tandetną) produkcją, niech szlag trafi nawet sklepy, których personel nie potrafi dać pani Pieńkowskiej poczucia, że może bezkarnie wybrzydzać. To jest właśnie oryginalny polski pomysł na modernizację, od ćwierćwiecza konsekwentnie wcielany w życie. Skoro pewne grupy społeczne, których tożsamość wyznacza ich podłe zajęcie, wydają się nieładne i niemiłe, skoro domagają się czegoś, czego Saramonowicze nie rozumieją i nie chcą rozumieć, to należy te grupy zlikwidować, a co najmniej odseparować od miłych państwa policyjnym kordonem. Od razu zrobi się milej, ładniej i nowocześniej.

Skoro bowiem nie ma związku między społeczną i finansową pozycją miłych państwa, a tym, że ktoś w naszym kraju jeździ traktorem czy pracuje w sklepie, to dlaczego nie miałby być możliwy kraj, którego bogactwo wypracowują twórcy żenujących komedii i głupawych programów telewizyjnych? Ci, którzy „patrząc – widzą wszystko oddzielnie” i inaczej widzieć nie potrafią. Tak właśnie myśli duża część naszych elit oraz tych, którzy do tych elit aspirują. Widzący zawsze wszystko oddzielnie mentalni Saramonowicze, którzy mocą swojego społecznego statusu urządzają nam Polskę: kraj bez przemysłu, bez rolnictwa, bez górnictwa, a wkrótce pewnie także kraj bez nauczycieli i bez kogokolwiek, czyim uprzywilejowaniem oburzy się dumna nosicielka drogiej torebki. Kraj, który ziemniaki i wszystko inne, czego potrzebuje, kupuje na Cyprze czy w Nowym Jorku, ale ma za to znakomite osiągnięcia w produkcji żenujących komedii i głupawych programów telewizyjnych.

I może jeszcze, przy okazji, pozwolę sobie zwrócić się do warszawskich ruchów miejskich, którym, jako warszawski mieszczanin, szczerze kibicuję. Może warto byłoby w większym stopniu uwzględniać w projektach dobrej Warszawy to, że jest ona nie tylko, jak by chcieli różni mentalni Saramonowicze, miastem należącym do jego mieszkańców, ale także – a w pewnych momentach nawet przede wszystkim – stolicą kraju, czerpiącą z tego statusu niezaprzeczalne korzyści (i dla siebie jako miasta, i dla swoich mieszkańców), a więc i mającym z tego powodu pewne zobowiązania? Może warto wziąć pod uwagę choćby to, że w mieście od czasu do czasu zjawiają się i będą zjawiać wydarzenia przyciągające tłumy – czy to protesty i demonstracje, czy to koncerty lub zawody sportowe – i postulować powstanie dużej liczby miejskich szaletów? Mentalnym Saramonowiczom może wydawać się, że rolnicy chodzą „szczać po parkach”, bo wynika to z ich dzikości, złośliwości i nienawiści do tych, którym się lepiej powiodło, ale my chyba rozumiemy, że wśród setek, wśród tysięcy ludzi, którzy daleko mają do domu, może się czasem trafić ktoś taki, komu bardzo chce się siusiu?