W obronie abramowszczyzny (w odpowiedzi na „Nędzę etyki” Jarosława Górskiego)

W obronie abramowszczyzny (w odpowiedzi na „Nędzę etyki” Jarosława Górskiego)

„Nędza etyki” Jarosława Górskiego jest tekstem ważnym i odważnym. Autor stawia w nim najważniejsze kwestie na ostrzu noża, bez niedomówień. Zarazem jest to przykład wypowiedzi, która udatnie łączy przemawiającą do rozumu analizę społeczno–polityczną z literackim warsztatem, dzięki któremu tekst trafia do emocji i wyobraźni czytelnika. Jarosław Górski wykorzystuje ową szczególną swobodę, jaką ma felietonista, by bez ogródek powiedzieć: jest wojna!

Nie pozostawia przy tym wątpliwości co do jej charakteru. Kanwę felietonu stanowi opowieść o Sebastianie – niegdyś uczniu, którego przygotowywał do matury, dziś upokarzanemu warunkami życia i pracy młodego i zdolnego kucharza. Sebastian mógłby stać się ofiarą bezwzględnej walki silniejszych ze słabszymi, zamiast kapitulować decyduje się na bezpardonową walkę o swoje w ramach narzuconych reguł. Wie, że jest na wojnie, gdzie nie ma miejsca dla dezerterów: maszerujesz albo giniesz. Warunki narzucają tu silni, zamożni i ustosunkowani, dysponujący ekonomicznymi oraz ideologicznymi środkami nacisku na słabych. Słabym pozostają zaś kły i pazury – to dzięki nim mają szanse przetrwać. Przetrwanie w tej wojnie ma jednak swoją cenę. Trzeba tłamsić, poniżać i narzucać swoje warunki jeszcze słabszym lub dającym się dosięgnąć na polu bitwy, licząc wszelkie możliwe zyski, nie licząc się natomiast z etyką jako niedostępnym luksusem.

Cieniem Sebastiana w felietonie Górskiego jest postać Macieja Kuronia. Niczym w powieści Dostojewskiego mamy więc parę bohaterów, których losy wchodzą ze sobą w dialog – uprzywilejowany staje naprzeciw uciskanego. Pozostawiam na boku prawomocność doboru składników kontrastu. Pisarsko jest on atrakcyjny, a przy tym ma niewątpliwie liczne analogie w mniej lub bardziej anonimowej mikrohistorii społecznej naszego kraju.

Wiem, skąd znam taki świat. Wiem, skąd znam taką konsekwentną pisarsko metodę jego przedstawiania. Tak pisał Tadeusz Borowski, autor „U nas, w Auschwitzu…”: „Pamiętasz, jak lubiłem Platona. Dziś wiem, że kłamał. Bo w rzeczach ziemskich nie odbija się ideał, ale leży ciężka, krwawa praca człowieka. To myśmy budowali piramidy, rwali marmur na świątynie i kamienie na drogi imperialne, to myśmy wiosłowali na galerach i ciągnęli sochy, a oni pisali dialogi i dramaty, usprawiedliwiali ojczyznami swoje intrygi, walczyli o granice i demokracje. Myśmy byli brudni i umierali naprawdę. Oni byli estetyczni i umierali na niby”.

To była inna wojna i inny świat. Mamy tyle szczęścia, że historia oszczędziła nam najgorszego. Nie znaczy to, że w naszym świecie nie istnieje to wszystko, co wtedy, „na dnie historii”, ujawniło się z całą siłą. Świat Sebastiana jest więc zalążkiem świata Tadka.

Sebastian jest korwinistą – tak felietonista otwiera przed czytelnikiem jeden z wątków swej wypowiedzi. Twierdzi on, że „właśnie Korwin–Mikke umie coś, co kiedyś potrafili socjaliści: opisać zjawisko, którego i Sebastian, i większość z nas doświadcza zmysłowo: w tym świecie toczy się bezwzględna wojna”.

Celne spostrzeżenie. Korwin-Mikke, wiemy o tym, opanował umiejętność opisywania zjawisk. Jego retoryczna sprawność może budzić podziw, podobnie jak skuteczność trafiania do ludzi, zwłaszcza młodych, takich jak Sebastian. Gdy byłem w wieku Sebastiana zdającego maturę, także mnie uwiódł Janusz Korwin-Mikke. Pisał znakomite książki o brydżu. Nauczył mnie licytacji i rozgrywki, stawiania impasów i wielu sztuczek, które pomagały realizować trudne kontrakty. Zasadą jest tu zimna krew i wykorzystanie każdej nadarzającej się szansy, każdego błędu przeciwnika i – nade wszystko – umiejętne posługiwanie się rachunkiem statystycznym. Brydż to gra, która nie zna dylematów, najzupełniej wystarczy w nim umiejętność liczenia.

O ile przy zielonym stoliku statystyka pozwala trzymać się czystego opisu sytuacji, o tyle w życiu społecznym sytuację naszą stanowimy. Robimy to m.in. posługując się językiem. Językiem, który nie tylko nazywa świat, ale też pozwala go tworzyć. Korwin-Mikke o tym wie. Jego bezlitosna narracja społeczna, w której widać odbicie zimnej brydżowej kalkulacji, wyklucza ze świata jednostki, grupy, poglądy. Dostarcza także gotowych formuł – słownych, a więc pojęciowych – i sloganów, po które sięgają jego zwolennicy. To samo można powiedzieć o każdej narracji dotyczącej życia społecznego. Każda z nich zawiera w sobie swoistą etykę (a zoologiczna etyka korwinistów nie stanowi tu wyjątku), która porządkuje świat i którą można wykorzystać dla własnych celów. Tu także – w języku, a nie tylko w świecie przedmiotowym – toczy się wojna o nasze sprawy. W języku, w którym takie słowa jak „socjalizm” i „sprawiedliwość społeczna” stały się prawie niecenzuralne. Dlatego wydaje mi się, że od czerpania inspiracji ze spostrzegawczości i instynktu Korwina ważniejsze jest to, by przywrócić słowom ich właściwe znaczenia. Tymczasem pod tym względem omawiany felieton wydał mi się krokiem w przeciwnym kierunku.

Tytuł „Nędza etyki” ma, jak się zdaje, dwóch adresatów. Mam tu wątpliwość, bowiem tylko jeden z nich został jednoznacznie wskazany. Chodzi mianowicie o „młodą polską lewicę”, która „swoim etycznym przesłaniem” zakłamuje obraz sytuacji, czyli bezwzględnej walki o byt. W tym adresie polemicznym autor ma chyba sporo racji – zapewne wielu „socjalnie nastawionych idealistów” operuje jedynie w sferach wysublimowanej spekulacji etycznej lub do indywidualnej etyki ogranicza horyzonty swego myślenia i działania. Mniejsza już o to, kogo autor miał na myśli, chociaż takie doprecyzowanie zapewne posłużyłoby jasności przekazu. To jednak niepokoi mnie mało.

Mój niepokój budzi głównie ostatni akapit felietonu. Czytamy tam: „Tyle że i Sebastianowi, i mnie, nic po etycznej przemianie, i myślę, że także nic po niej innym ludziom, którzy żyją na wojnie, gdzie jeśli chcą coś mieć, to muszą to komuś wyrwać. Nie ma sensu mówić do ludzi żyjących w dżungli językiem etycznej powinności I przemiany”. Wydaje się, choć to jedynie moja interpretacja, że ten fragment należy rozumieć nie tylko jako podważenie stanowiska części współczesnej polskiej lewicy, ale też – zamierzone lub niezamierzone – podważenie tej części jej tradycji, którą uosabia twórczość i praktyczna działalność Edwarda Abramowskiego. I nie chodzi tu jedynie o słowa-klucze, w rodzaju „etycznej przemiany”. Rzecz dotyczy przede wszystkim zawartych w całym tekście sugestii o nicości etyki indywidualnej wobec potęgi stosunków ekonomicznych.

Myśli Abramowskiego zawdzięczają swoje miejsce w historii światowego marksizmu i w polskiej historii myśli właśnie etycznej oraz indywidualistycznej reinterpretacji tez niemieckiego filozofa. A także – chociaż w przebiegu biografii intelektualnej niekonsekwentnemu – odrzuceniu determinizmu. Był to akt odwagi i przenikliwości, któremu polska lewica wiele zawdzięcza.

Jak wiele? W tym miejscu odwołam się do znanej anegdoty, którą w swych wspomnieniach umieścił Ludwik Krzywicki. Cytuje on kpiarską wypowiedź pewnego socjalistycznego działacza, wygłoszoną w obecności Abramowskiego: „Jestem jak atom wody, nurt mnie dokądś niesie, kierunek nie ode mnie zależy, ani szybkość, z jaką prąd mnie unosi, a gdybym, jako atom, miał przymioty duchowości ludzkiej, a więc gdybym myślał, czuł, chciał, to snułbym tę samą filozofię, jaką snuje pan, panie Abramowski, dowodziłbym, że ja, atom, wpływam na kierunek biegu, iż ode mnie zależy prędkość pędu rzecznego. Idę, dokąd mnie pchają moje przekonania, są mi one narzucone przez cały mój układ duchowy, przez otoczenie, w którym się wychowałem, w którym żyję; dążę ku socjalizmowi, bo każdy uczciwy, inteligentny człowiek, o ile usłyszał o dzisiejszych teoriach społecznych i przyjrzał się krzywdom ludzkim, musi być socjalistą. Jeśli pan chce, jestem jak człowiek opętany, moją ideą opętańczą jest wyzwolenie klasy pracującej”. Tak żartował sobie z indywidualizmu i etycyzmu Abramowskiego nie kto inny, lecz sam Feliks Dzierżyński. Gospodarz i kronikarz ich spotkania pisze następnie, że poglądy Abramowskiego ekscytować mogły najwyżej zapatrzone weń „gromadki dziewcząt” lub nieco większe grupy inteligencji, podczas gdy Dzierżyński miał w sobie zdolność „pozyskania tysięcy”.

Czy Krzywicki w swej ocenie miał rację? Co do Dzierżyńskiego – z pewnością. Jeśli zaś idzie o Abramowskiego, to jego wpływ na kształt polskich inicjatyw lewicowych nie da się przecenić. Chodzi tu, oczywiście, o ruch spółdzielczy. Ale także – z postulatami etycznego indywidualizmu związany – wpływ na całe pokolenie nauczycielek i nauczycieli o prospołecznej orientacji, które działało pod wpływem Abramowskiego w czasach strajku szkolnego i później – niekiedy poza połowę wieku XX. Nie sposób również zapomnieć o tym, jak etycyzm Abramowskiego wpływał na polską kulturę literacką, na Żeromskiego i Dąbrowską, by trzymać się tylko nazwisk najbardziej znanych. To nie była etyka nędzna i samowystarczalna, lecz etyka kierująca skutecznym działaniem. Wciąż nie potrafimy być równie skuteczni, nie znaczy to jednak, że należy zarzucić raz na zawsze postulaty etyczne lub zawiesić je do czasu przekształcenia społecznych instytucji.

Dlatego właśnie nie kupuję ferworu retorycznego, w którym ginie etyczny aspekt lewicowości, zaś na pierwszym planie pojawia się sposób widzenia spraw, jaki narzuca nam bezlitosna, deterministyczna frazeologia korwinistów. Język niekiedy nas ponosi i zdradza. Uwagę tę odnoszę zresztą i do siebie. Jako czytelnika omawianego tu felietonu, który mógł mylnie go odczytać, oraz autora repliki, któremu drżała ręka, gdy w takim a nie innym kontekście przywoływał wypowiedzi Borowskiego i Dzierżyńskiego.

W obronie „abramowszczyzny”, ale też w poczuciu elementarnej solidarności z Sebastianem – pozwolę sobie na ostatni już, zamykający cytat z „Prób świadectwa” Jana Strzeleckiego:

„W naszym oporze nie chodziło o ocalenie nas samych; to zyskiwało się nierównie pewniej przez uległość. Nasz opór był oporem przeciwko światu, który oni chcieli ludziom zgotować. Ale nasz opór nie był bez reszty wyznaczony przez obiektywny układ rzeczy, tylko przez nasz sąd o tym układzie, przez orzeczenie, że to, co oni czynią, jest zbrodnią, której istnienie jest dla nas wyzwaniem. Działaliśmy więc, jak mówią filozofowie, w szczelinie wolności. Nasz opór był aktem moralnego podmiotu, nie dało się go ani wywieść, ani uzasadnić wyłącznie przedmiotową wiedzą”.

Kultura korporacyjna

Kultura korporacyjna

Używanie słowa „kultura” w odniesieniu do korporacji jest uprawnione. Mówimy o kulturze plemienia łowców głów, o hiszpańskiej kulturze zabijania byka ku uciesze gawiedzi, o żydowskim rytuale wieszania żywej krowy głową na dół, islamskim obyczaju zabijania pohańbionych kobiet. Dziwimy się, ale mądrzy ludzie tłumaczą, że wiara, tradycja i emocje w innych kręgach kultury mogą być odmienne i dla nas niezrozumiałe.

W tym sensie kultura korporacyjna zasadniczo różni się od innych. Wprawdzie korporacji przyznano prawa osoby, może nawet poczuć się obrażona i zażądać przeprosin, ale jedyną namiętnością tej dziwnej osoby jest pożądanie pieniędzy, chociaż nie słyszałam o uniewinnieniu z powodu działania w afekcie. Korporacja ma prawo do ochrony dobrego imienia i interesów materialnych. Jeśli korporacja przegra proces sądowy, płaci odszkodowanie i jak sądzę bardzo cierpi. Natomiast zarząd jest bezkarny, pracownicy też i pozostają anonimowi. Nawet bankructwo banku czy innej dużej spółki nie kompromituje prezesa. Jeśli postrzegany jest jako twardziel bezwzględnie dążący do zwiększenia zysku, bez trudu i niezwłocznie znajduje zatrudnienie w innej korporacji. Wygranie sprawy sądowej z korporacją, która zatrudnia armię najlepszych prawników jest wydarzeniem niezwykłym.

Wszyscy zatrudnieni w korporacji są tylko trybikami umieszczonymi w sprawnie zorganizowanym systemie obniżania strat i powiększania zysków. Korporacja jest współczesnym Golemem. Chociaż stworzona przez ludzi, żyje własnym życiem, nie ulega ludzkim emocjom, które jej przypisujemy, a także nie podlega ocenom moralnym.

Korporacja nie jest strukturą hierarchiczną. Na przykład nie można złożyć skargi na pracownika do jego zwierzchnika. Można tylko wnieść udokumentowaną reklamację. Korporacja jest siecią, w której żadne „oczko” nie jest dostatecznie kompetentne, aby załatwić jakąś, nawet najprostszą sprawę, do końca. Kontakt klienta z korporacją odbywa się drogą elektroniczną (telefonicznie lub przez internet). Rozmowa jest nagrywana. Odwiedzanie biura obsługi klienta jest stratą czasu. Na rozmowę z tak zwanym konsultantem czeka się dłużej niż w połączeniu telefonicznym. Informacje przekazane klientowi przez konsultanta nie są dla korporacji wiążące. Klient na ogół nie nagrywa rozmowy, więc nawet przed sądem jest na pozycji przegranej.

Najtrudniejszą sprawą jest rezygnacja z niechcianych usług. Korporacja nie spocznie, dopóki nie sprzeda jakiejś dodatkowej usługi. „Granie na czekanie” w T-Mobile wyłączałam już wiele razy. Dwukrotnie bezskutecznie rezygnowaliśmy z dodatkowych pakietów telewizyjnych premium Film Box i premium Canal +. W ostatniej umowie już tych kanałów nie ma, ale wciąż za nie płacimy. Podobno płacenie jest dowodem akceptacji. W umowie pojawiły się Filmy i Seriale, ponieważ wszyscy tego chcą. Są klienci, którzy mają dość czasu i energii, aby na bieżąco kontrolować rachunki. Nasze rachunki reguluje bank.

System korporacyjny powstał w Stanach Zjednoczonych. Cięcie kosztów opiera się na zasadzie „kliencie, obsłuż się sam”. Korporacja może wtedy zrezygnować z zatrudniania fachowców. Wystarczą „profesjonaliści” ściśle przestrzegający procedur. Dzięki temu specjaliści od zarządzania zasobami ludzkimi, od kontaktów z klientami, od marketingu, reklamy, reklamacji i sprzedaży, są uniwersalni i mogą pracować w każdej korporacji.

Klient w systemie korporacyjnym rozmawia z automatem. Wybiera jedną z wielu opcji albo odpowiada „tak” lub „nie” na pytania. System jest uniwersalny. W 1988 r. kolega w Sacramento opowiadał, jak wzywał pomocy, kiedy żona zaczęła rodzić. Przyjechali strażacy z nożycami do cięcia blachy, ubrani w kombinezony zabezpieczające przed wyciekami substancji promieniotwórczych. Sprawnie załadowali rodzącą i odwieźli do szpitala. Podejrzewaliśmy, że kolega na polecenie automatu „jeśli kobieta rodzi naciśnij …i tu jeden z kilkunastu numerów”, które trzeba odsłuchać, wybrał niewłaściwą opcję.

Śmialiśmy się, gdy w serialu Nash Bridges policjant, któremu ukradli samochód, rozmawiał z policyjnym automatem. Przy pytaniu, czy jesteś nieletnią Murzynką rodzącą na środku autostrady – trzasnął słuchawką, ponieważ tylne światła samochodu rozpłynęły się w sinej dali.

Teraz już nam nie do śmiechu, ponieważ amerykański system korporacyjny rozszerzył się z prędkością pożaru w Kalifornii i objął już wszystkie dziedziny, firmy i instytucje. System wygodny i bezpieczny dla decydentów i dysponentów, jest uciążliwy i niebezpieczny dla klientów.

Mam nadzieję, że czytelnicy już sami się zorientowali, że nasze państwo akceptowało kulturę korporacyjną i wdrożyło jej zasady z całą starannością, jak powiedziałaby pani premier. Wszyscy obywatele są klientami korporacyjnego państwa. „Racjonalna”, jak mówi prezydent, większość podporządkowała się nieludzkim zasadom i nawet już tego nie dostrzega. Oduczenie się empatii i poczucie wyższości nad naiwnym klientem, którego łatwo oszukać i oskubać z pieniędzy, jest w korporacji gwarancją awansu. Mniejszość, która zachowała zdrowy rozsądek, godność, patriotyzm i wolę walki wychodzi na ulice, wznosi okrzyki, nosi transparenty, macha sławnym krzesełkiem. Większość publicystów z obu stron jest zdegustowana. Podobno są inne „racjonalne” sposoby naprawy Rzeczpospolitej. Nie wiem, jakie. Wszystkie zostały zablokowane lub okazały się bezskuteczne. Nawet groźba bankructwa Polski nie przeraża zarządu państwa. Zawsze znajdzie się jakaś lukratywna posada poza granicami Polski. Pozostaje jeszcze zorganizowanie państwa alternatywnego.

Kultura korporacyjna odrzuca argumenty wykraczające poza priorytetowe zadanie: ciąć koszty, zwiększać zyski. Korporacji nie boli przeniesienie kosztów i uciążliwości na klienta, czyli obywatela. Podam najświeższy przykład zasady „kliencie, obsłuż się sam”. Listonosze nie będą już przynosić rent i emerytur do domu. Każdy musi założyć konto w banku. Na wsi nie ma banków i bankomatów, nie ma też komunikacji publicznej. Nie wyobrażam sobie, jak starzy, często schorowani i samotni ludzie, mieszkający w chałupach rozrzuconych na wzgórzach, będą maszerować do Nowego Sącza.

Prezydent Komorowski ma nadzieję na zlikwidowanie polskiego zaścianka. Ja odwrotnie. Mam nadzieję, że wygra Andrzej Duda i Polska przetrwa.

Legalna praca na czarno

Legalna praca na czarno

Zawsze mierziła mnie pedagogika wstydu – niezależnie od tego, czy serwowana była przez głównonurtowe „oświecone elity”, czy przez „prawdziwych i niepokornych Polaków”. Według tej dydaktycznej logiki powinniśmy – właściwie permanentnie – odczuwać wstyd za naszą prowincjonalność i za to, jak nas widzą na tak zwanym Zachodzie, odwiecznym źródle cywilizowanych norm i wartości, wobec którego nam, prostackim tubylcom znad Wisły, pozostaje tylko przyjąć pozycję pokornego naśladowcy. Tymczasem wystarczy obejrzeć z bliska weekendowe eskapady zerwanych z łańcucha młodych Brytyjczyków w Krakowie czy Wrocławiu, żeby przekonać się, że inne narody w „robieniu trzody” mają dużo większe osiągnięcia niż my i nie zmienią tego żadne jajka zajadane przez naszych rodaków podczas podróży samolotem. Uśmiech politowania wzbudzają we mnie krzyki o tym, jakiego to wstydu narobił nam prezydent, bo wlazł na podest, na który podobno się nie wchodzi – wstyd, jeśli już, przynosił swemu państwu raczej premier Włoch organizujący balangi z roznegliżowanymi modelkami (na których notabene świetnie bawił się np. premier Czech) albo prezydent Francji, cichaczem wymykający się na seksualne schadzki niczym napalony nastolatek. A jednak, o ile wiem, ich rodacy nie odczuwają wskutek wybryków swoich przedstawicieli jakichś przesadnych wyrzutów sumienia. Zupełnie nie wiem, dlaczego to akurat Polacy mieliby być pierwsi do samobiczowania.

Z drugiej strony, kilka rzeczywistych powodów do krytyki naszej wspólnoty by się znalazło, ale o nich jakoś nie zamierzają się zająknąć ani „elity” spod znaku Pieńkowskiej i Kuźniara, ani niepokorni Polacy w rodzaju Warzechy czy Lisickiego. Największym z nich jest degrengolada polskiego rynku pracy.

Można przejrzeć setki statystyk dotyczących polskiego rynku pracy, a i tak nic nie zobrazuje sytuacji lepiej niż jeden reprezentatywny przykład „z życia wzięty”. Przypadkowo na taki właśnie niedawno się natknąłem – były to informacje na temat warunków, w jakich pracują zatrudnieni w salonach Reserved, a więc jednej z największych polskich marek odzieżowych. Regułą jest tam umowa zlecenie ze stawką około 10 zł brutto za godzinę. Wystarczy dokonać prostego obliczenia, żeby zrozumieć, że jest to ordynarny sposób na obejście płacy minimalnej – 10 zł razy 160 godzin w przeciętnym miesiącu pracy daje 1600 zł brutto, a więc wyraźnie poniżej pensji minimalnej, która obecnie wynosi 1750 zł. Co więcej, jest to praktyka właściwie nielegalna – kodeks pracy wyraźnie stanowi bowiem, że każda relacja między stronami umowy, która spełnia kryteria stosunku pracy, powinna być za taki uznawana niezależnie od tego, jak strony formalnie nazwą samą umowę. Kryteria te to świadczenie pracy w miejscu i czasie wyznaczonym przez pracodawcę, na jego rachunek i pod jego kierownictwem. Każdy człowiek pozostający przy zdrowych zmysłach przyzna, że praca w Reserved spełnia te przesłanki. Kasjerki i kasjerzy nie mogą kasować klientów za ciuchy u siebie pod blokiem, a dziewczyny składające swetry nie mogą robić tego w domu późnym wieczorem, lecz wszystko to siłą rzeczy muszą wykonywać w sklepie – w wyznaczonych godzinach i pod czujnym okiem wymagających kierowników. Nie ulega wątpliwości, że w świetle prawa powinni być zatrudnieni na umowach o pracę. Na jakiej zasadzie podpisuje się z nimi umowy zlecenie? Prawem kaduka – po prostu wielka sieć odzieżowa może w Polsce łamać kodeks pracy zupełnie oficjalnie, niczym się nie przejmując. Jednak najbardziej bulwersujący jest fakt, że z reguły pierwsza umowa jest w Reserved podpisywana dopiero po miesiącu pracy, który jest swoistym okresem próbnym. O zasadzie tej mówi się nowym pracownikom zupełnie oficjalnie.

Jak zdegenerowany musi być nasz rynek pracy, skoro nawet wielka sieć odzieżowa, obecna w niemal każdej galerii handlowej, należąca do jednej z największych polskich spółek odzieżowych LPP, może pozwolić sobie na tak bezceremonialne traktowanie kodeksu pracy? Jak niskie muszą być powszechnie obowiązujące w Polsce standardy, jeśli nawet największe firmy mogą – zupełnie się z tym nie kryjąc – bez konsekwencji zatrudniać nowych pracowników przez miesiąc bez umowy, bo w ten sposób, jeśli się nie sprawdzą, zawsze można będzie jeszcze bardziej oszczędzić na podatku i składkach? W jak głębokim poważaniu musi mieć kontrole Państwowej Inspekcji Pracy i innych instytucji szefostwo dużej spółki, która część swych pracowników zatrudnia de facto na czarno? Oczywiście kruczki prawne, dzięki którym w razie kontroli będzie można się wywinąć od kary, zawsze się znajdą – w stosunku do osób zatrudnionych na umowach cywilnoprawnych zawsze powołać się można na kodeks cywilny, który nie określa wymaganego momentu podpisania umowy. A więc nic nie stoi na przeszkodzie, żeby umowę podpisać w czasie, gdy wykonywanie zlecenia trwa już w najlepsze. Jasne, niby przewidziano 7 dni na zgłoszenie osoby do ubezpieczenia, ale w razie kontroli zawsze można powiedzieć, że akurat te dziewczyny pracują dopiero od trzech. Nie mówiąc już o tym, że studentek i studentów w ogóle nie trzeba ubezpieczać.

W ten oto sposób przedsiębiorca może jawnie śmiać się w twarz reprezentującym państwo inspektorom PIP, którzy zwykle rozkładają bezradnie ręce, bo przecież osoby zatrudnione na umowach zlecenie to nie pracownicy, więc ta instytucja nic do ich sytuacji nie ma. Owszem, można ustalić stosunek pracy, ale orzeczenie może wydać tylko sąd, najlepiej na wniosek strony. Jeśli takiego wniosku nie ma, obowiązuje zasada swobody podpisywania umów. Bardzo wygodna interpretacja – dzięki temu inspektorzy pracy nie muszą się ruszać zza biurek, a ich sumienia pozostają czyste. Przecież gdyby nagle mieli sami, z własnej inicjatywy zacząć pisać powództwa o ustalenie stosunku pracy (co mogą robić), to w warunkach polskiej degrengolady – do której zresztą sami dopuścili – byliby zawaleni robotą. A po co, skoro mogą umyć ręce, dzięki czemu wszyscy będą szczęśliwi – pracodawcy, kontrolerzy, a w zasadzie to nawet i pracownicy powinni być, no bo tak na dobrą sprawę chcącemu nie dzieje się krzywda, prawda?

Tak właśnie wyglądają realia naszego rynku pracy. Bo – nie oszukujmy się – podobne praktyki to w Polsce norma, a nie wyjątek. Gdybyśmy przyjrzeli się bliżej sklepom odzieżowym dowolnej innej marki, to sytuacja wyglądałaby pewnie bliźniaczo podobnie do tej z salonów Reserved. Właściciele spółek odzieżowych, handlowych czy gastronomicznych oraz ich ajenci bez mrugnięcia okiem omijają kodeks pracy, oferując pracownikom umowy zlecenie, choć charakter ich zadań spełnia wszystkie przesłanki stosunku pracy i tak powinien być traktowany. Państwowa Inspekcja Pracy przymyka na ten proceder oko, przyjmując wygodną dla siebie „postawę wyczekiwania” na skargi pracowników, choć gdyby jej inspektorzy wpadli do takiej, dajmy na to, Galerii Katowickiej i zechcieli przeprowadzać w niej rzetelne kontrole, to po wystawione mandaty trzeba byłoby chyba podjechać ciężarówką. Nowo wchodzącym na rynek pracy młodym Polakom firmy handlowe oferują pierwszy miesiąc pracy „bez umowy”, czym od początku kariery zawodowej uczą ich kombinatorstwa, „robienia na lewo” i tego, że przepisy należy raczej omijać niż ich przestrzegać. Prawdziwie solidarnej wspólnoty nie doczekamy się chyba nigdy z taką szkołą życia, jaką serwuje wchodzącym na rynek pracy młodym Polkom i Polakom duża część pracodawców rodzimych lub działających w naszym kraju.

Najbardziej przykre w tym wszystkim jest to, że w opisanym procederze brylują rodzime firmy, których spółka LPP (właściciel marek Reserved, Cropp czy House) jest koronnym przykładem. Od czasu, gdy LPP ogłosiła przeprowadzkę swoich marek na Cypr, by móc swobodnie wyprowadzać dochody do raju podatkowego na Wyspie Afrodyty, podejrzewać można, że włodarze spółki oraz jej ajenci mają się za mitycznych Sarmatów, którzy przybyli nad Wisłę kolonizować zastany tutaj plebs. A na rzecz plebsu nie warto ponosić kosztów większych niż te absolutnie niezbędne do osiągnięcia zysku. O ile można jeszcze jakoś zrozumieć – co nie znaczy: pochwalić – zatrudnianie w opisany sposób w niewielkich szmateksach, których byt oraz dochód są równie niepewne jak utrzymanie przez nie miejsc pracy, to już wysyłania pracowników na umowy śmieciowe lub okresowo nawet do szarej strefy przez wielką firmę, zatrudniającą tysiące osób i mającą stabilną pozycję na rynku, nie sposób nazwać inaczej niż rozbojem w biały dzień.

Z drugiej strony trudno się dziwić, że zamiast rynku pracy mamy w Polsce Dziki Zachód. Firmy działające w naszym kraju, kierując się jedyną znaną im logiką (czyli rynkową), dokonały bilansu zysków i ewentualnych strat, z którego wyszło im, że opłaca się naginać prawo. I nie chodzi tu tylko o wyjątkowo małą aktywność PIP, ale też o śmieszną wysokość kar. Maksymalny mandat za łamanie kodeksu pracy wynosi w Polsce 2 tys. zł, a dla recydywistów 5 tys. Przykładowo we Francji taki mandat może wynosić nawet… 45 tys. euro. Dlatego nad Sekwaną takie swobodne interpretowanie prawa pracy po prostu się nie opłaca. Co ciekawe, pomimo że liczba kontroli PIP jest tak niewielka, to jej aktywność wciąż spada. W roku 2010 przeprowadzono 95 tys. kontroli, rok później już tylko 90,6 tys., a w 2012 r. dokładnie 89 949. I to pomimo faktu, że liczba inspektorów w tym czasie wzrosła.

Największym bodaj absurdem pozostaje przepis, który stanowi, że kontrolę PIP należy… zapowiedzieć z 7-dniowym wyprzedzeniem. W takiej sytuacji to i tak cud, że inspektorzy pracy wystawiają w Polsce jakiekolwiek mandaty. Jedną z niewielu jaskółek pozytywnych zmian jest fakt, że do prac sejmowych trafił ostatnio projekt nowelizacji prawa, która zniosłaby ten wymóg. Swoją drogą, należałoby chyba pogratulować posłom refleksu – zorientowali się, że coś tu nie gra, po, bagatela, 8 latach od wprowadzenia ustawy o PIP. Nikogo też chyba nie zdziwi, że rządowy projekt zmian w prawie negatywnie zaopiniowała Konfederacja Pracodawców Lewiatan. Reasumując: bez częstszych kontroli PIP, bez zniesienia wymogu ich zapowiadania, a także bez wyraźnego podniesienia kar za łamanie prawa pracy, nic się na naszym patologicznym rynku pracy nie zmieni.

Papież Franciszek, belka w oku wolnorynkowych katolików, wypowiedział niedawno wspaniałe słowa: Jeśli ktoś chodzi na mszę w każdą niedzielę i przystępuje do komunii, można go zapytać: a jakie są twoje relacje z pracownikami? Zatrudniasz ich na czarno? Płacisz im sprawiedliwą pensję? Odprowadzasz składkę emerytalną i zdrowotną? Należałoby zaapelować do polskich duchownych, by w zgodzie z obecną wykładnią Kościoła pod żadnym pozorem nie udzielali Komunii świętej kadrom zarządzającym spółką LPP oraz jej podmiotami zależnymi. Oczywiście jeśli mają w ogóle czelność jeszcze do niej przystępować. A podczas szczerej spowiedzi może warto zapytać wierzących przedsiębiorców, czy nie omijają lub nie łamią prawa podczas zatrudniania swoich pracowników – jestem pewien, że żaden z nich podczas sakramentu pokuty nie wymienia tego jako grzechu, choć jest to zjawisko nagminne. A jak wiadomo trwanie w grzechu jest powodem do odmowy udzielenia rozgrzeszenia. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego Kościół katolicki traktuje tych pracodawców, którzy uporczywie łamią prawo pracy dużo lepiej niż choćby pary żyjące bez ślubu. Trudno nie odnieść wrażenia, że nasi duchowni traktują życie seksualne i rodzinne jako jedyną sferę życia, którą należy rozpatrywać z perspektywy moralnej.

Niestety w Polsce sfera gospodarowania generalnie nie jest uznawana za obszar życia moralnego – nie tylko przez duchownych, ale i resztę społeczeństwa. Jedyną racjonalną zasadą życia ekonomicznego jawi się nam zysk, a jakikolwiek namysł moralny w tym obszarze jest w Polsce uznawany za wyraz zwykłej naiwności lub w najlepszym razie za zbędną ekstrawagancję. Tymczasem póki nie uznamy zasad etyki za integralną część życia gospodarczego, nadrzędną w stosunku do zysku, to wciąż przepisy takie jak Kodeks Pracy będą powszechnie uznawane za nieżyciowe dziwadło, a łamanie ich za sympatyczny przykład „polskiej zaradności”. Póki nie zaczniemy naginania i obchodzenia prawa przez podmioty gospodarcze nazywać wprost bandytyzmem, polski rynek pracy nadal będzie przypominał Dziki Zachód, z tą różnicą, że refleks i dobry rewolwer zastąpiła przewaga ekonomiczna. A jak wiemy z westernów, rdzennym mieszkańcom Ameryki czasy Dzikiego Zachodu na dobre raczej nie wyszły – podobnie nie wychodzą na dobre tubylcom znad Wisły.

Nędza etyki

Nędza etyki

1

Rozmawiałem niedawno z pewnym Sebastianem, którego parę lat temu przygotowywałem do matury. Dziś jest pomocnikiem kucharskim, ostatnio w jednej z warszawskich restauracji, gdzie karmią niewyszukanie i niezbyt drogo, a właściciele zarabiają nie na wysokiej marży, lecz na liczbie klientów. Jadam tam czasem właśnie dlatego, że niedrogo, ale jak mówi Sebastian, z jego perspektywy to nie restauracja, lecz fabryka. Bywają dni, kiedy rozbija po pięćset sznycli, przyprawia dwieście kaczych połówek, obiera ćwierć tony cebuli, a wszystko to w pośpiechu, krzyku, nerwach, że coś natychmiast potrzebne, a jeszcze niegotowe. Pamiętam, że Sebastian już w liceum z wypiekami na twarzy opowiadał o swoim gotowaniu, o przepisach, które wymyślił lub udoskonalił. Marzył o pracy szefa kuchni, o własnej restauracji. Polskiego chyba nie lubił, ale był świetny z biologii, chemii i fizyki, uwielbiał eksperymenty i pracę z żywą materią – czego więcej potrzeba kucharzowi? Na zakończenie roku przyniósł wytrawne babeczki z masą jajeczną i koperkiem. Pycha! Już w liceum Sebastian skłaniał się ku prawicy, dziś jest niemal fanatycznym zwolennikiem Korwin-Mikkego i jest to jeden z powodów, dla których o polityce nie rozmawiamy – po co się kłócić?

Jak dotąd Sebastianowi w żadnym z zakładów nie udało się awansować na samodzielnego kucharza. Opowiadał o wojnach z kolegami-kuchcikami, z którymi rywalizował o awans. O tym, jak jedni drugim dosypywali sól do półproduktów albo chowali narzędzia, o bójkach na zapleczu, o intrygach i donosicielstwie. O tym, jak sam musiał się nauczyć szkodzić kolegom, intrygować, donosić. No i o tym, że ostatnio, nie wiedzieć czemu, pracodawcy domagają się wyższego wykształcenia od kandydatów na kucharzy.

– Panie Sebastianie – zapytałem – ale właściwie dlaczego nie poszedł pan na te studia?

Idiotyczne pytanie, które chyba nie ja pierwszy mu zadałem, a na które odpowiedź jest oczywista. Nie poszedł, bo należy akurat do tej części naszych rodaków, którzy gdy skończą szkołę, muszą na siebie zarabiać. A dziś pracuje od 14 do północy i gdy wraca do domu, może tylko położyć się do łóżka. Jego dziewczyna jest w ciąży i bez pracy, a mieszkają w kawalerce po babci, więc niedługo nawet się nie wyśpi, bo dzieciak będzie ryczał. Nie zacznie i nie skończy tych studiów, i nie zostanie szefem kuchni.

A może zostanie? Podobno jednak są tacy restauratorzy, którzy zwracają uwagę na rzeczywisty talent i umiejętności, a nie na jakieś papiery… Sebastian kilka razy podczas naszej rozmowy zmieniał ton: najpierw mówił, jak jest, a jest przecież niewesoło, ale zaraz sam siebie za to beształ, jakby gdzieś na karku siedział mu maleńki telewizyjny coach i szeptał do ucha mowy motywacyjne. A więc będzie lepiej! Trzeba tylko wziąć się w garść, wytłumaczyć sobie, że senność i zmęczenie to fanaberie, podszkolić się w intrygach i donosicielstwie, no i oczywiście wciąż próbować od nowa. Bo wszelka słabość to jego wina, a wszelkie niepowodzenie świadczy o jego nieudolności. Do wszystkiego dochodzi się pracą i tylko pracą. A zatem: więcej pracy, mniej narzekań, a w końcu się uda.

2

Jeszcze tego samego dnia, po tej rozmowie, czytałem książkę. „Niespokojni” Aliny Kietrys to dopiero co wydany zbiór sześciu szkiców biograficznych o wybitnych postaciach polskiego XX wieku. Wśród nich tekst o Jacku Kuroniu, w którym jego synowa, Joanna, wspomina początki kariery nieżyjącego już męża, sympatycznego telewizyjnego kucharza:

Maciek [Kuroń] szybko się uczył. Świetnie liczył, choć był humanistą. Kiedy został kucharzem? Gdy zaczęła się kampania prezydencka Jacka Kuronia. Wtedy przyjaciel Jacka powiedział, że syn kandydata musi mieć zawód. Niech robi to, co lubi. I zafundował Maćkowi stypendium w instytucie kulinarnym niedaleko Nowego Jorku. Po tej szkole Maciek stał się profesjonalistą. Założyliśmy firmę, robiliśmy warsztaty, programy telewizyjne. Szło jak burza (s. 217).

No cóż, nie mogę powiedzieć, żeby mnie ta opowieść zdziwiła, bo wydaje mi się, że tak właśnie jest na świecie: jednym świat wciąż stawia opór, drogę porastają im ciernie, a wiatr wieje w oczy; innym zaś „idzie jak burza”. Ale dla mnie te dwie opowieści stały się jakby metaforą polskich dziejów, nie tylko ostatniego ćwierćwiecza, ale może wieku, czy wręcz wieków. Z jednej strony Jacek Kuroń, ikona wielu środowisk polskiej lewicy, człowiek zauważający problem nierówności i wielokrotnie wzywający – także działaniem, choćby w Teremiskach – do zapobiegania mu, projektujący lepszą, bardziej sprawiedliwą Rzeczpospolitą i z lekkością wykorzystujący swoją uprzywilejowaną pozycję polityczną oraz towarzyską dla własnych i rodzinnych celów. Z drugiej strony człowiek zdolny i zmotywowany, ale stłamszony przez warunki życiowe, rynkowe oraz przez swoje pochodzenie, a jednak zwolennik rynkowej dżungli.

Można by oczywiście powiedzieć, że moja niechęć do lekkości, z jaką Maciej Kuroń zdobył swoją zawodową pozycję (a także sam zawód), jest dyktowana czystą zawiścią – tym podlejszą, że przecież bezinteresowną, bo w końcu sam w jego branży nigdy nie działałem i nie zamierzam. I co więcej, ja takich możliwości, jakie on miał, sam nie wykorzystałem pewnie wyłącznie dlatego, że ich nie miałem. Ale niech tam sobie kto mówi, co chce. Mnie idzie jednak o to, że – choć nad tym ubolewam – żyjemy w świecie, w którym zawodowy sukces, a także sama możliwość wykonywania zawodu są towarami deficytowymi i dla wszystkich ich nie starcza. Dlatego uważam, że powinny być w jakiś sposób (choć nie wiem dokładnie, jak to zrobić) dzielone po równo. I właśnie przytoczony przykład wskazuje mi najdobitniej, że nie wolno takich spraw powierzać jednostkowej etyce i poczuciu przyzwoitości jednostek (także i mojemu), które znajdując się w sytuacji wyboru między interesem własnym i najbliższych, a nawet głoszonymi przez siebie zasadami równości i sprawiedliwości, zwykle wybierają interes własny. To wydaje mi się zrozumiałe. Bliższa koszula ciału. A już zwycięzcy historycznych zmagań, arystokraci wszelkich systemów, mają szczególną skłonność do nieprzejmowania się drobiazgami – bo ważne jest przecież to, że ich myśli i cele ich działań są wzniosłe. O tych drobiazgach coś więc (co? Prawo, głos ludu?) wciąż powinno im przypominać.

Zwycięzcy w klasowych zmaganiach oprócz bardziej materialnych deficytowych dóbr, zagarniają także te symboliczne, a wśród nich moralną czystość, co nierozerwalnie wiąże się z moralnym zbrukaniem przegranych. Starszy z panów Kuroniów mógł sobie po przejęciu władzy w ojczyźnie pozwolić na luksus i moralną cnotę niezabiegania o dobra materialne, skoro, kiedy było trzeba, na podorędziu był przyjaciel fundujący stypendium dla syna. Choć oczywiście można mieć wątpliwości, czy przyjęcie przez urzędującego posła tak cennego prezentu było uprawnione – bo czym różni się przyjęcie stypendium dla syna od przyjęcia pliku banknotów na stypendium? My, którzy większość czasu spędzamy zabiegając o mamonę, bo tylko dzięki niej możemy mieć to, co inni mają na wyciągniecie ręki, my, którzy – inaczej niż dżentelmeni – nie tylko wciąż o pieniądzach rozmawiamy, ale i myślimy, którym organizują one czas, relacje międzyludzkie, wyobraźnię, nieraz wydajemy się przez to wstrętni samym sobie. Młodszy z panów Kuroniów (mam nadzieję, że czytelnik zrozumiał już, że do pana Macieja ani za jego życia, ani po jego śmierci nic więcej nie miałem, niż do innych pań i panów w jego sytuacji, a jest mi on niezbędny jako przykład), jowialny i życzliwy, mógł sobie pozwolić na swoje cnoty, bo na jego drodze do sukcesu nie stało kilkunastu kuchcików, których musiałby intrygą i donosem usunąć z drogi do łaski szefa. Sebastian już od kilku lat awanturuje się z kolegami, jest ofiarą ich prześladowań, i sam daje innym popalić. Chociaż, podobnie jak większość tamtych, nie jest z charakteru ludzkim drapieżnikiem. Takie tam panują zasady, że musi być – przepraszam, panie Sebastianie, to samo, co o panu piszę i mnie samego dotyczy – świnią, a skoro świnią musi być, to jest i słusznie za świnię uchodzi. Ale o ile wypada każdemu, kto zauważy świństwo Sebastiana, zwrócić na nie uwagę, o tyle nikomu przecież nie wypadałoby rozważać, dlaczego pan Maciej świnią nie jest. To zwycięzcy ustalają moralne zasady, a wśród nich i tę, że podłością jest pytać zwycięzcę, z jakiego punktu startował.

Mnie jednak wydaje się, że pytanie o to, w jaki sposób kto doszedł do swojej społecznej czy zawodowej pozycji jest jak najbardziej uprawnione, a wręcz wskazane. Pytanie o to, kim byli rodzice i w jaki sposób przyczynili się do sukcesu swojego dziecka (lub jego braku), należy wydobyć z mroku plotek i złośliwostek na światło dzienne publicznej debaty po to właśnie, aby rozmowa o kwestii równości i nierówności szans zaczęła dotyczyć konkretów. I aby ukonkretnić wszelki dyskurs polityczny czy etyczny, żeby było wiadomo, kto w jakich warunkach życiowych, społecznych, ekonomicznych czy kulturalnych kształtował swoje poglądy.

Wielokrotnie słyszałem już o tym, że takie stawianie sprawy czyni wielką przykrość ludziom, którzy mając wysoko postawionych rodziców, wciąż muszą się z tego tłumaczyć. I że to bardzo niesprawiedliwe, bo nawet ewidentnie samodzielnie wypracowane sukcesy idą wciąż na konto pozycji rodziców. Oczywiście, to bardzo niesprawiedliwe. Ale każdy niesprawiedliwie odpowiada za to, kim byli jego rodzice: jowialny pan Maciej w taki sposób, że tacy jak ja podle im to wypominają, a Sebastian w ten sposób, że pewnie do końca życia będzie obierać cebulę i klepać sznycle. Nie wiem, czy obaj panowie chcieliby się zamienić. Ale myślę, że dobrze byłoby, gdyby jednak czymś się wymienili: jeden może zauważyłby, że to, iż wszystko przychodzi mu tak lekko nie musi wcale świadczyć o tym, jaki jest on sam, a drugi niech by przynajmniej zauważył, że to, iż wszystko przychodzi mu tak ciężko, nie musi wcale świadczyć o tym, jaki jest on sam.

3

Sebastian – znów przepraszam, panie Sebastianie – jest korwinistą, a ja się zastanawiam, czy nie jest przypadkiem socjalistą. Bo to właśnie Korwin-Mikke umie coś, co kiedyś potrafili socjaliści: opisać zjawisko, którego i Sebastian, i większość z nas doświadcza zmysłowo: w tym świecie toczy się bezwzględna wojna. Jeśli chcemy coś mieć, choćby to były najprostsze rzeczy, bez których życie jest niemożliwe: w miarę porządna praca, pieniądze pozwalające przeżyć bez poniżenia, mieszkanie, w którym nie leje się na głowę i w którym można się wyspać po pracy mimo ryczącego niemowlaka, musimy to komuś wyrwać albo kogoś przechytrzyć, bo tego jest po prostu za mało dla wszystkich. Musimy być silni, bo tylko silni przetrwają, musimy być bezwzględni, bo każda refleksja nad dobrem innego jest działaniem na własną szkodę. Tak jest świat urządzony (a nie jest?), że silny i wielki nawet nie zauważa, jak słabego i małego wdeptuje w ziemię. Świat to jest wojna, płacz, łzy i mozół (a nie jest?), ale kto wygra – będzie miał wszystko. Na tym polega elementarna sprawiedliwość.

Natomiast dzisiejsza młoda polska lewica ze swoim etycznym przesłaniem całą tę sytuację zakłamuje. Ponieważ duża – i prominentna – część naszych socjalnie nastawionych idealistów nie odczuwa takiego oporu materii, może sobie rozważać o projektach etycznych, eksperymentować z ograniczaniem potrzeb materialnych, nową moralnością erotyczną i zastępowaniem pieniędzy wymianą usług. Może też na wzór lewicowych świętych sprzed stulecia i sprzed ćwierćwiecza widzieć swoje style życia jako zaczyn etycznej przemiany całego kraju. Tyle że i Sebastianowi, i mnie, nic po etycznej przemianie, i myślę, że także nic po niej innym ludziom, którzy żyją na wojnie, gdzie jeśli chcą coś mieć, to muszą to komuś wyrwać. Nie ma sensu mówić do ludzi żyjących w dżungli językiem etycznej powinności i przemiany. Potrzebny jest tu raczej ów język elementarnej sprawiedliwości: jeśli nie chcemy, żeby wszystko przychodziło nam z takim trudem, musimy to komuś wyrwać. A różnica między nami a korwinistami niechaj polega na tym, że my nie chcemy wyrywać ochłapów innym kuchcikom, ale razem z nimi tym, którym wszystko przychodzi zbyt lekko, nawet jeśli wśród nich są ikony czy dobroczyńcy lewicowych środowisk, których idee są ze wszech miar słuszne, ale którzy właśnie mają na własność coś, bez czego trudno nam żyć. I wolimy rzeczywiste zdobycze, takie jak stabilna godna praca i płaca, pewny dach nad głową, dostęp do lekarza i porządnej szkoły, od wyobrażania sobie siebie w roli milionerów. Do tego wystarczy nam tej podłej etyki, którą mamy, etyki ludzi, którzy nie z własnej woli bywają świniami, a którą to etykę wytworzyły warunki, w jakich żyjemy. A nowa etyka niech się wytworzy w nowych warunkach, jakie sobie wywalczymy.

Plan Marshalla dla Ukrainy?

Plan Marshalla dla Ukrainy?

Truizmem, ale również eufemizmem będzie stwierdzenie, że mainstreamowi polscy politycy nie popisują się w kwestii przemyślanej strategii politycznej i gospodarczej wobec Ukrainy. Pod koniec stycznia br. mieliśmy do czynienia z niejasnymi i chaotycznymi oświadczeniami Andrzeja Dudy, sugerującymi udział polskich wojsk w „ewentualnych operacjach NATO” za naszą wschodnią granicą. Z kolei w ostatnią niedzielę (22.3) prezydent Bronisław Komorowski, występujący na Forum Brukselskim zorganizowanym przez German Marshall Fund, wezwał do „nowego Planu Marshalla, wsparcia w trudzie reform, których potrzebuje Ukraina”. Nośne hasło błyskawicznie podchwyciły światowe media. Polski przywódca ocenił w przemówieniu, że los naszego wschodniego sąsiada stanowi „klucz do przyszłości całej Europy Wschodniej” i „przyszłości całego świata zachodniego”. Komorowski przyznał też, że „nowy impet wspólnocie transatlantyckiej powinna zapewnić wspólna przestrzeń gospodarcza w postaci Transatlantyckiego Partnerstwa Handlowego i Inwestycyjnego (TTIP)” (za: prezydent.pl). Czyli mówiąc w skrócie: negocjowana aktualnie przez Brukselę i Waszyngton nowa umowa o wolnym handlu.

Objęcie Ukrainy nowym „Planem Marshalla” jest samo w sobie pomysłem bardzo dobrym. Z jednym, bardzo poważnym zastrzeżeniem. Tylko wówczas, o ile zostałoby zrealizowane w duchu klasycznego programu pomocy USA dla Europy Zachodniej, wprowadzonego w życie na przełomie lat 40. i 50. XX wieku. Analiza sformułowań prezydenta RP wskazuje jednak, że mamy do czynienia ze sporym nieporozumieniem, a za chwytliwym sloganem nadającym się na gazetowe nagłówki nie idą żadne konkrety. „Nowy Plan Marshalla” dla Europy Środkowowschodniej i Polski proponował już zresztą wielokrotnie w latach 90. Lech Wałęsa i była to czysta, piarowska retoryka.

Zakładający pomoc finansową, materialną i charytatywną dla zniszczonej wojną Europy Plan Marshalla został przeforsowany przez demokratyczną administrację Harry’ego Trumana oraz sekretarza stanu USA gen. George’a Marshalla. Mało kto dzisiaj pamięta, że program uchwalony i wprowadzony w życie przez amerykański Kongres w 1948 roku, stał się jednym z największych przejawów twórczego rozwinięcia XX-wiecznej keynesowskiej, wyraźnie lewicowo-socjaldemokratycznej szkoły ekonomii. Dlatego też od samego początku spotkał się z dużym oporem prawicy republikańskiej. Co prawda ta nie znała jeszcze wtedy skrajnie liberalnej ideologii „reaganomiki”, ale pielęgnowała swoje idiosynkrazje w postaci ograniczenia wydatków rządu centralnego i „niemieszania się państwa do gospodarki”. Plan Marshalla był również krytykowany przez zachodnioniemieckich ordoliberałów, skupionych wokół Wilhelma Röpkego, za ich zdaniem niedostateczne uwzględnienie elementów wolnorynkowych, a także przez grupę potocznie zwaną „Gaullisten” (niem. „gaulliści”), jedną z frakcji w rządzie Konrada Adenauera, która sceptycznie patrzyła na zacieśnianie przez powojenną Europę Zachodnią więzów transatlantyckich.

Podstawą Planu Marshalla były celowe i bezpośrednie dotacje finansowe przeznaczone na odbudowę przemysłu, w szczególności zaś jego ciężkich gałęzi, wówczas słusznie uważanych za koło zamachowe gospodarki. Tym dotacjom, które przez 4-letni okres funkcjonowania planu wyniosły według dzisiejszego przelicznika ponad 100 mld dolarów, towarzyszył amerykański import surowców, żywności i środków produkcji. Środki z waszyngtońskich funduszy rządowych przyczyniły się pośrednio do znacznego ustabilizowania zachodnioeuropejskich finansów i wzrostu wydajności pracy. Niektórzy współcześni publicyści, jak chociażby Noam Chomsky, dość niesłusznie identyfikują klasyczny Plan Marshalla, działający do 1952 r., z nowoczesnymi funduszami „pomocowymi” Międzynarodowego Funduszu Walutowego, funkcjonującymi w globalnej ekonomii od połowy lat 80. XX wieku. O ile bowiem Plan Marshalla w ogóle nie stawiał krajom-beneficjentom warunków prywatyzacji przedsiębiorstw, komercjalizacji usług publicznych i ograniczenia świadczeń socjalnych, o tyle wszelkie „reformy” zalecane obecnie przez MFW w duchu neoliberalnego Konsensusu Waszyngtońskiego z 1989 r. opierają się na wyraźnym osłabieniu sektora gospodarki państwowej i polityki społecznej na rzecz prywatnych przedsiębiorstw i wielkich korporacji.

Wydaje się, że przemawiający w Brukseli Komorowski popełnia ten sam błąd, co Noam Chomsky, wiążąc własną wizję Planu Marshalla z kwestią rytualnych już wezwań do reform, jakich wymaga MFW od krajów biorących udział w jego programach pomocowych. Mylenie tych dwóch rzeczy ma w swojej istocie bardzo negatywne konsekwencje dla Ukrainy.

Wyliczenia różnych ekonomistów pokazują, że Kijów potrzebuje w najbliższych latach zastrzyku finansowego w wysokości kilkudziesięciu miliardów dolarów. W polskich mediach niedługo po obaleniu rządów Wiktora Janukowycza przez rewolucję Euromajdanu lansowano tezę, że nowe władze w Kijowie mają otwartą drogę do uzyskania olbrzymich kredytów ratunkowych MFW. Było to jednak ogromne uproszczenie i w istocie – żadna sensacja. Od momentu uzyskania niepodległości w 1991 r. Ukraina już dziewięciokrotnie była odbiorcą pomocy finansowej MFW. Pomoc ta kilkakrotnie była przekazywana podczas rządów Leonida Krawczuka i Leonida Kuczmy, raz za czasów Wiktora Juszczenki i dwukrotnie w okresie prezydentury Janukowycza (w latach 2010 i 2014). Z kolei w momencie wybuchu kryzysu związanego z zamiarem ratyfikowania przez Kijów umowy stowarzyszeniowej z UE, rząd ówczesnego premiera Nikołaja Azarowa bezskutecznie próbował uzyskać pomoc finansową z Brukseli na wspólne projekty inwestycyjne, wynoszącą około 20 mld dolarów. Nowym władzom udało się uzyskać od MFW kolejny kredyt w wysokości 17,5 mld dol., rozłożony na cztery roczne transze (Dane za: kmu.gov.ua)

Jednak za każdym razem, gdy pomoc MFW była przekazywana Ukrainie, dochodziło do wzrostu poziomu ubóstwa tamtejszego społeczeństwa. Widoczne były takie procesy, jak ograniczenie dynamiki płac sektora publicznego, cięcia w zatrudnieniu w sferze budżetowej, brak waloryzacji rent i emerytur. Obecne zalecenia MFW nakłaniają Ukraińców do obniżenia poziomu subsydiowania energii oraz wydłużenia wieku emerytalnego do 65 lat. Już teraz prawie połowa z kilkunastu milionów emerytów otrzymuje najniższe świadczenia, co przy inflacji będzie wpływać na dalszy wzrost poziomu biedy. Szczególnie jeżeli weźmiemy pod uwagę takie czynniki, jak wyniszczająca kraj wojna, na której ukraińska gospodarka traci około 10 mln dol. dziennie oraz związany zawsze z działaniami zbrojnymi masowy przyrost osób potrzebujących pomocy socjalnej, rencistów i przewlekle chorych. Jeśli właśnie tak miałyby wyglądać w oczach prezydenta Komorowskiego reformy „nowego Planu Marshalla”, to można tylko złapać się za głowę…

Zupełnie też nie można zrozumieć, jakie bezpośrednie korzyści dla Ukrainy ma przynieść wymieniona przez prezydenta jednym tchem z ideą „nowego Planu Marshalla” umowa handlowa pomiędzy UE i USA (TTIP), budująca transatlantycką przestrzeń gospodarczą. Wiadomo, że w najbliższej przyszłości pełne członkostwo Ukrainy w UE nie będzie możliwe. Układ stowarzyszeniowy Kijowa z Unią wiąże się oczywiście z wieloma udogodnieniami, jak np. możliwością korzystania z funduszy unijnych, jednak dla samej wspólnoty europejskiej kraj stowarzyszony z UE wciąż posiada status państwa trzeciego i zewnętrznego, który nie jest objęty wieloma mechanizmami finansowymi i gospodarczymi właściwymi dla 28 państw członkowskich.

Reasumując, „nowy Plan Marshalla” dla Ukrainy miałby sens tylko wtedy, gdyby – podobnie jak jego klasyczny poprzednik z połowy XX wieku – oznaczał połączenie celowych dotacji finansowych przekazywanych silnemu rządowi na odbudowę zniszczonego przez działania wojenne potencjału przemysłowego na wschodzie kraju (oczywiście, po odzyskaniu przez Kijów kontroli nad obszarami objętymi wojną), szeroko zakrojoną pomoc humanitarną dla ubożejącej ludności i inwalidów wojennych, preferencyjny import surowców energetycznych i finansowe wsparcie dla reanimacji projektu przedłużenia ropociągu Odessa-Brody do Gdańska lub Kłajpedy (które amortyzowałoby wzrost cen energii, szczególnie dla gospodarstw domowych). Należałoby też pomyśleć o stworzeniu dogodnych warunków dla ukraińskich przedsiębiorstw na rynkach UE, które w wyniku ochłodzenia relacji rosyjsko-unijnych mogłyby zastąpić tam firmy z kapitałem rosyjskim. Władze w Kijowie należałoby zaś zachęcać do wzmocnienia państwowej własności w różnych sferach gospodarki i procesów renacjonalizacyjnych, obejmujących mienie oligarchów, trochę na wzór działań prowadzonych przez administrację François Mitteranda we Francji w latach 80., której udało się przywrócić kontrolę państwa nad wieloma strategicznymi gałęziami gospodarki.

Pytanie, czy polskie i europejskie elity stać byłoby na taką pomoc dla Ukrainy, pozostaje jednak w świetle deklaracji wypowiadanych przez naszych polityków czysto retoryczne.

Polskie Nabrania

Polskie Nabrania

polskie-nabrania

W czwartek 29 stycznia br. pojawiła się informacja, że szefowie Ministerstwa Kultury i Ministerstwa Skarbu Państwa poprzez syndyka masy upadłościowej sprzedali Polskie Nagrania. W stan upadłości zostały one postawione w 2013 r. Syndyk trzykrotnie wystawiał tę firmę fonograficzną na sprzedaż. Przy trzecim podejściu znalazł kupca – jest nim amerykański koncern Warner Music Poland. Polskie Nagrania sprzedano za 8,1 mln zł. Prawie 35 tys. nagrań z dorobku polskiej kultury muzycznej wpadło w ręce amerykańskiej korporacji.  Nie chcę płacić tantiem Warner Music Poland za możliwość słuchania polskiej muzyki. Warto w tym miejscu wspomnieć, że gdy powołano spółkę Warner Music Poland, jej kapitał zakładowy w dniu rejestracji, 9 lipca 2001 r., wynosił zaledwie 50 tys. zł.

Przypomnę, że po upaństwowieniu firmy „Muza” w 1947 r. Polskie Nagrania (do 1956 r. występowały pod szyldem „Muza – Polskie Nagrania”) przejęły dorobek fonograficzny muzyki  rozrywkowej, jazzu i klasyki. Później był on sukcesywnie rozwijany przez dekady. Firma Warner musiałaby wydać kilkaset razy więcej niż te 8,1 miliona złotych, aby zatrudnić tyle orkiestr, solistów, zarejestrować setki pozycji z klasyki muzycznej itp. Teraz te unikatowe i bezcenne zabytki, dziedzictwo polskiej kultury, zostały sprzedane za grosze.

Wiele podmiotów państwowych, o niejasnym statusie, „chroni” dziedzictwo pod szyldem Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Na przykład wydawnictwo NInA otrzymuje z Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego wielomilionowe dotacje, a dyrektor festiwalu teatralnego Malta w Poznaniu wydaje rocznie 12 mln zł. Wystarczyłoby zatem na rok zrezygnować z tej ostatniej imprezy, żeby całą płytotekę Polskich Nagrań przekazać we właściwe ręce. Czy naprawdę ministra nie stać na taką kwotę, żeby bogate zasoby Polskich Nagrań chronić jako dobra kultury narodowej i przekazać pod kuratelę np. Biblioteki Narodowej lub Biblioteki Raczyńskich? W USA Biblioteka Kongresu pełni właśnie taką rolę, jaką powinna pełnić Biblioteka Narodowa. Tam zbiory bankrutujących firm fonograficznych czy wytwórni filmowych przejmuje się i z pietyzmem przechowuje.

Najróżniejsze są wersje sprzedaży Polskich Nagrań. Podobno pierwsze symptomy problemów pojawiły się, gdy spadkobiercy Anny German i grupy Alibabki zaczęli się domagać od wytwórni spłaty zaległości za tzw. tantiemy wykonawcze. Czy pozew krewnych mógł doprowadzić do upadku firmy? Teraz, gdy przedstawiciele mediów w zasadzie tylko prawicowych wszczęli larum, odzywają się głosy, że zaspaliśmy. Sprawę z premedytacją wyciszono i trudno było rozpoznać, co dzieje się w tym procesie likwidacyjno-sprzedawczym. Nikt nie wyjaśnił, skąd wzięła się tak niska cena sprzedaży Polskich Nagrań. Nie znamy nazwiska biegłego(-ych). Czy transakcji przyjrzały się ABW, CBŚ, NIK i inne instytucje? Symulacje ekspertów biznesowych wykazały, że w ciągu pół roku z samych tylko licencji Warner Music Poland odzyska wydane pieniądze, a później inwestycja będzie przynosić czysty zysk. Na tych licencjach mogłaby zarabiać instytucja publiczna, np. Biblioteka Narodowa, zdobywając w ten sposób pieniądze na inną działalność. W tej chwili zyski przejmuje Warner.

Taśmy z muzyką mają trafić do Narodowego Archiwum Cyfrowego – taką klauzulę zawarto w umowie sprzedaży. Zostaną zarchiwizowane w wersjach cyfrowych za pieniądze nasze, podatników. Warner Music Poland zostaje z olbrzymim katalogiem praw majątkowych, które może do końca swego istnienia sprzedawać tym, którzy będą chcieli muzykę rozpowszechniać. Jakoś nie podejrzewam Warnera choćby o chęć samodzielnej reedycji kronik konkursów chopinowskich.

Może jest „po ptakach”, ale niech przed wyborami obywatele wiedzą, za jakich rządów dokonano tej sprzedaży. Niech Polacy wiedzą, co jest grane z dobrami narodowymi. Oczywiście na ich zakup przez Skarb Państwa nie znaleziono pieniędzy! Wiekopomną rodzimą twórczość trzeba będzie w przyszłości najpierw odkupić – za cenę zapewne o wiele wyższą – żeby później można ją było popularyzować.

Wokalistka Elżbieta Wojnowska, nagrywająca dla Polskich Nagrań, zapytała:  Jakim prawem? Jaki sąd  handlował moimi i innych artystów licencjami, do których tylko my mamy prawa, bo Polskie Nagrania dawno je straciły. Płacono nam psie pieniądze za te nagrania. Przehandlują wszystko! Nas już też przehandlowali.

Natomiast muzyk Paweł Kukiz dodał: Warner Music Poland może teraz zrobić z zasobem archiwalnym, co chce… Na przykład niczego nie wydawać. Nie mam wątpliwości, że fonoteka Polskich Nagrań to nasz skarb narodowy, więc  również w tym przypadku mamy do czynienia z wygaszaniem Polski. Sprzedano za 8,1 mln zł, bo pewnie wydały się Ministerstwu Kultury i Dziedzictwa Narodowego „nierentowne”. Na nowo powstające obiekty kulturalne w Łodzi i Wrocławiu  znalazły się pieniądze – ok. 800 mln zł!

Wielu publicystów i obserwatorów  polskiego życia muzycznego skomentowało sprzedaż Polskich Nagrań jednym słowem: „niepojęte”. Rodzi się pytanie, gdzie byli animatorzy kultury, pracownicy ministerstw i ustawowi stróże spuścizny narodowej. Dlaczego nie bili na alarm i dlaczego nikt nie powołał stosownej fundacji, która mogłaby te prawa przejąć i w należyty sposób zagospodarować?

Wiele osób odnosi  wrażenie, że była to zwykła „ustawka”, gdyż ktokolwiek spoza układu musiałby zapłacić o wiele więcej. Zadawane jest też pytanie: czy istnieją podstawy prawne do unieważnienia transakcji? Raczej nie. Co dalej? Pozostaje zatem oddolny ruch con amore i protesty w portalach społecznościowych.

Wysłałem do wokalistów i zespołów tekst: „Pokaż(-my), że stać Ciebie i innych na więcej! Masz swój kamyczek w kilkudziesięcioletnim wielkim graniu Polskich Nagrań, dlatego już dzisiaj proszę na koncert dla sprzedanych niesprzedajnych, KONCERT-PROTEST skazanych na milczenie, nieobecność, zapomnienie. Zagrajmy, zaśpiewajmy (bez honorarium) na przekór słowom piosenki Pawła Kukiza »Bo tutaj jest, jak jest, na pewno i każdy o tym wie…«. Nie godzimy się na to »jak jest«”, dlatego zagrajmy i będziemy grali najdłuższy koncert, wart 8,1 mln zł – »zanim zarysuje płyty cisza…«”.