przez Amy Dean | poniedziałek 15 czerwca 2015 | opinie
Czy pracownicy najemni będą mieli cokolwiek do powiedzenia w neoliberalnym mieście? W nowych metropoliach są oni niewidzialni. Zwyczajni mieszkańcy są tymi, w imieniu których wdraża się decyzje – nie są natomiast podmiotowi i samodzielni w podejmowaniu decyzji.
Podczas gdy federalne stanowienie prawa utknęło niemal w martwym punkcie, a Republikanie w Kongresie blokują każdą odważną odpowiedź na stagnację gospodarczą, miasta wydają się być ostatnimi ocalałymi miejscami, gdzie nadal można prowadzić alternatywną politykę. To fakt, który postępowe organizacje zauważyły już dawno – od lat 90. koalicje wspólnotowo-pracownicze (community-labor coalitions) coraz bardziej skupiają uwagę na regionach metropolitalnych. Teraz potencjał miast zaczął przyciągać także wzrok neoliberałów.
Dla obozu neoliberalnego przyszłość Ameryki jest jasna: w nadchodzącej dekadzie burmistrzowie, elity biznesowe, filantropi i władze uniwersytetów muszą zbudować gospodarki metropolitalne oparte na innowacji, współzawodnictwie i wzroście gospodarczym. Niestety, na tym obrazku czegoś brakuje: ludzi pracy, związków zawodowych i społeczności. To pominięcie jest istotne. Przy nieobecności ich głosu szanse na wytworzenie w miastach takiego wzrostu gospodarczego, na którym skorzystają szerokie grupy, są niewielkie.
Debata na temat przyszłości metropolii została wzniecona przez Bruce’a Katza, wiceprezydenta Brookings Institution i współautora – wraz z Jennifer Bradley – niedawno wydanej książki pod tytułem „The Metropolitan Revolution: How Cities and Metros Are Fixing Our Broken Politics and Fragile Economy” („Rewolucja metropolitalna: Jak miasta i metropolie naprawiają naszą zepsutą politykę i kruchą gospodarkę”). Katz i Bradley robią z urbanistyką to, co Thomas Friedman zrobił dla globalizacji – promował brednie o nowym porządku światowym w korporacyjnych innowacjach, będąc jednocześnie ślepym na niebezpieczeństwa galopującej nierówności. Oferują neoliberalną ścieżkę postępowania, której założenia umieszczają elity „na siedzeniu kierowcy”, a robią niewiele, by zagwarantować, że rozwój gospodarczy w metropolii pozwoli na solidny rozrost klasy średniej.
Pytaniem nie brzmi: czy potrzebujemy wzrostu gospodarczego w naszych miastach. Brzmi ono: czy Amerykanie będą rozwijali się wspólnie, czy też oddalą się od siebie. Bez akcentowania interesów oddolnych wspólnot podczas projektowania nowej przyszłości miasta, Katz i Bradley – jak również władze miast takich jak Chicago i Filadelfia, które od pewnego czasu pędzą w tę przyszłość – przegapiają kluczową lekcję, jaką poznaliśmy już w latach 90., gdy regiony metropolitalne stały się tematem dyskusji o planowaniu gospodarczym. Jeśli korzyści z gospodarki konkretnego regionu metropolitalnego mają wyjść poza wąskie elity, w kształtowanie miejskiej polityki muszą być zaangażowane szerokie rzesze uczestników.
Metropolie na tronach
Katz i Bradley słusznie argumentują, że miasta są siłami napędowymi dzisiejszej gospodarki. Na konkretnych przykładach udowadniają, że regiony metropolii mają niepowtarzalne, często zdrowe ekosystemy gospodarcze, które w szybkim tempie stają się niezależnymi graczami w gospodarce globalnej. Piszą: Metropolie dominują, ponieważ uosabiają koncentrację i nagromadzenie – sieci nowoczesnych firm, utalentowani pracownicy, przedsiębiorcy odważnie podejmujący ryzyko, oraz wspierające instytucje i stowarzyszenia gromadzą się na terenach metropolii i wspólnie wytwarzają postęp gospodarczy oraz działają efektywnie. Nie istnieje w istocie gospodarka amerykańska (lub chińska, niemiecka czy brazylijska) – istnieje raczej gospodarka narodowa jako sieć gospodarek miejskich.
Poza byciem żywotnymi gospodarczo, regiony metropolitalne mają także znaczenie polityczne. W kontraście z wysoce upolitycznionym środowiskiem Dystryktu Waszyngtońskiego, obszary metropolii są mniej podatne na popadanie w polityczny impas. Katz i Bradley wyjaśniają: Miasta i regiony metropolitalne myślą w kategoriach sieci, której elementy współdziałają ze sobą, by osiągnąć wspólne cele, a także zachęcają do współpracy i pracy zespołowej. Mają skłonność do wdrażania postępu i ciągłego doskonalenia się. Tam dobry kierunek postępowania oznacza dobrą politykę – dla tych, którym zależy na zyskaniu zaufania i zaangażowania społeczności. Sukces w metropolii jest namacalny i niemalże dotykalny: można go skosztować, dotknąć i poczuć na sposoby, na które nie można doświadczyć abstrakcyjnych działań na poziomie narodowym.
Wizja Katza i Bradley na temat tego, kto uratuje naszą gospodarkę, ma zdecydowanie neoliberalne zabarwienie. To prawda, w obecnym politycznym klimacie jest wysoce nieprawdopodobne, by nastał boom federalnych inwestycji na wielką skalę, aby ratować miasta. W obliczu ich braku, Katz i Bradley w rolach bohaterów obsadzają znanych polityków, filantropów, instytucje akademickie i biznesowe – ta definicja przywództwa trąci paternalizmem. Autorzy włączają od czasu do czasu do swojej wizji przewodniczących związków zawodowych czy niesprecyzowane „organizacje obywatelskie”, gdy wymieniają liderów tych miejskich rewolucji; mówią także o „demokracji uczestniczącej” i „odwróceniu hierarchii władzy” na korzyść ludzi „najmocniej stąpających po ziemi”. Ale liderzy organizacji lokalnych i pracowniczych są przeważnie nieobecni w podawanych przez nich przykładach, a także w ich wizji pełnej realizacji rewolucji miejskiej. Gdy umiejscawiają kadrę dyrektorów naczelnych, zarządców akademickich i kierowników fundacji na pozycji „bardziej rozsądnych” i „pragmatycznych” niż grupy oddolne, takie jak Occupy, Katz i Bradley nie tylko spychają na boczny tor ruchy demokratyczne i robią to na korzyść planowania miejskiego zdominowanego przez korporacje, ale także ignorują istotną lekcję, jaką wysnuć można z ostatnich dekad rozwoju regionalnego.
Manuel Pastor z Uniwersytetu Południowej Kalifornii oraz Chris Benner z Kalifornijskiego Uniwersytetu w Davis stworzyli przekonujący zbiór analiz, których wnioski sugerują, że trwały wzrost zazwyczaj opiera się na fundamencie sprawiedliwego podziału dóbr. W swojej pracy z 2013 roku, powstałej dla MacArthur Foundation, przyjrzeli się oni kilku badaniom empirycznym, włączając w to jedno przeprowadzone w połowie pierwszej dekady XXI wieku przez ekonomistów Rezerwy Federalnej, opisujące kluczowe czynniki wpływające na wzrost gospodarczy na poziomie regionalnym. Konkluzją badania było to, jak piszą Pastor i Benner, że wykwalifikowana siła robocza, wysoki stopień integracji rasowej i postęp w zakresie równości dochodów łączą się w silny i pozytywny sposób ze wzrostem ekonomicznym.
Niewidzialny pracownik
Nie jest zaskoczeniem, że w schemacie Katza i Bradley, obejmującym nowoczesne firmy, utalentowanych pracowników, przedsiębiorców odważnie podejmujących ryzyko oraz wspierające instytucje i stowarzyszenia, to właśnie pracownicy odgrywają najmniejszą i najbardziej niekonkretną rolę. W 2010 r. Katz był bohaterem filmu nakręconego dla „Time” i pokazywanego w internecie, a demonstrującego, jak wyglądałyby innowacje w wielkich miastach. Kiedy Katz opowiadał o tym, jak regiony metropolitalne na całym świecie konkurują ze sobą na globalnej scenie, przyspieszony materiał filmowy pokazywał samochody śmigające przez miejską noc, dźwigi przerzucające ładunek w dokach jak ogromne pracowite insekty oraz, co prawdopodobnie najbardziej wymowne, fabrykę produkującą pojazdy mechaniczne, gdzie samochód był właśnie składany przez roboty. Ilustruje to rysę na założeniach Katza i Bradley: w nowych neoliberalnych metropoliach ludzie pracy są niewidzialni. Zwyczajni mieszkańcy są tymi, w imieniu których wdraża się decyzje – nie są natomiast podmiotowi i samodzielni w podejmowaniu decyzji.
W najlepszym razie Katz i Bradley chcą, aby pracownicy zmusili się do wysiłku i stali się bardziej wykwalifikowani, niż byli do tej pory. Oczywiście wykształcenie jest kluczowym dobrem publicznym, ale nie ma innej drogi niż nalegać, by wszelkie miejsca pracy w naszej gospodarce – a nie jedynie te obsadzone przez pracowników o wysokim poziomie wiedzy – zapewniały godne wynagrodzenia i pozwalały wejść do klasy średniej.
To napięcie jest widoczne w studiach przypadków opisywanych przez Katza i Bradley. W rozdziale dotyczącym Houston, autorzy prezentują Neighborhood Centers Inc., organizację charytatywną, która zapewnia pomoc społeczną i otwiera możliwości edukacyjne zubożałym dzieciom i dorosłym ze społeczności imigranckiej. Jej wysiłki są godne podziwu. Ale nie ma żadnej gwarancji na to, że – o czym wielu na rynku pracy ostatnio się dowiedziało – dorośli beneficjenci takich organizacji charytatywnych jak Neighborhood Centers Inc. zarobią wystarczająco dużo, aby zapewnić sobie przyzwoity poziom życia, gdy zaczną szukać nowego zatrudnienia.
W świecie na zewnątrz neoliberalnej bańki Katza i Bradley związki zawodowe, organizacje lokatorskie, koalicje ekumeniczne i grupy działające w społecznościach są narzędziami, które mieszkańcy metropolii wykorzystują, aby zyskać kartę przetargową w walce o władzę i rościć sobie prawo do części zasobów potrzebnych ich rodzinom, by mogły wejść do klasy średniej. Na przykład w 2006 r. w Houston strajk trwający aż miesiąc, wspierany przez płynące z całego kraju wyrazy solidarności ze strony liderów społeczności i organizacji religijnych, pomógł 5300 pracownikom firmy sprzątającej wygrać batalię o wyższe płace i ubezpieczenie zdrowotne. To nie jest rodzaj innowacji, o jakim myśleli Katz i Bradley. Sprzątacze z Houston nie odgrywają żadnej roli w ich rewolucji.
Oddolna siła
W przeciwieństwie do Katza i Bradley, organizacje pracownicze i społeczności lokalne podkreślają konieczność wytwarzania wzrostu, który będzie zrównoważony i dzielony szeroko. Koalicje wspólnotowo-pracownicze przetarły szlaki w regionalnych debatach dotyczących rozwoju, nalegając, aby projekty, które otrzymują wsparcie publiczne (np. odchylenia od planu zagospodarowania przestrzennego, ulgi podatkowe i subsydia rządowe) wytwarzały realne publiczne korzyści – takie jak tworzenie godnie opłacanych miejsc pracy lub Community Benefit Agreement (Umowa o Korzyściach Dla Społeczności) dla tych, którzy zostaną najbardziej dotknięci nowymi inwestycjami.
Choć Katz i Bradley pobieżnie zwracają uwagę, że prawdopodobnie bieda i nierówność mogą być zawadą dla wzrostu gospodarczego, model prezentowany w „Rewolucji metropolitalnej” unika jakiejkolwiek poważnej dyskusji na temat sprawiedliwego podziału zysków, akceptując wzrost sam w sobie jako wystarczający cel, i pośrednio popierając przysłowiowy – i w sposób oczywisty nietrafny – pogląd, że przypływ podnosi wszystkie łodzie.
Ich analiza sytuacji w Denver dostarcza na to przykładu. Prezentują oni zapoczątkowany w latach 80. sukces, jaki region Denver odniósł na polu pobudzania rozwoju gospodarczego i budowania regionalnej jedności za pomocą serii głosowań nad projektami infrastrukturalnymi. Kulminacja nastąpiła w 2004 r., gdy, pod przewodnictwem ówczesnego burmistrza miasta, Johna Hickenloopera, burmistrzowie kilku innych miast w tym regionie metropolitalnym współpracowali ze sobą w celu przekonania mieszkańców do zaaprobowania FasTracks, regionalnego systemu komunikacji miejskiej stworzonego kosztem 4,2 miliarda dolarów.
Katz i Bradley dokładnie opisują ten rodzaj współpracy w ramach okręgu administracyjnego, dokonujący się pomiędzy wybranymi w głosowaniu urzędnikami, a potrzebny do tworzenia polityki regionalnej. Jednak, skupiając się na Hickenlooperze jako na bohaterze pierwszoplanowym, koloryzują historię, opisując zorientowane na pomoc społecznościom inwestycje, których pomysły nie wyszły wcale z biura burmistrza. Ignorują na przykład intensywną pracę wykonaną przez Front Range Economic Strategy Center (zwane obecnie FRESC) – grupę, o której książka nawet nie wspomina, a która miała na celu znaczące skorygowanie projektu rozbudowy FasTrack w sposób mający na celu wspieranie równości ekonomicznej.
Podczas gdy burmistrzowie Denver i otaczających je przedmieść zastanawiali się, w jaki sposób ujednolicić kody pocztowe miast i ustalić kwestie granic, by ułatwić powstawanie FasTracks, FRESC pracowało, aby pomóc mieszkańcom zwyciężyć w batalii o wyraźne przepisy dotyczące sprawiedliwego podziału podczas rozrostu FasTracks i pobocznych inwestycji na przystankach tranzytowych, łącznie z klauzulami dotyczącymi dostępu do miejsc pracy o dobrej jakości, mieszkań w przystępnych cenach oraz wydzielonych miejsc dla drobnego biznesu. W innych regionach metropolitalnych, takich jak St. Paul w Minnesocie, trzeba było aż bojowych kampanii o „tranzytową sprawiedliwość”, prowadzonych przez grupy lokalne i pracownicze, by wywalczyć, żeby nowe linie tranzytowe obsługiwały społeczności o niskich dochodach, zamiast tylko przecinać zubożałe okolice bez zatrzymywania się.
Powinniśmy nalegać, aby wybrani przez nas urzędnicy współpracowali ze sobą w obrębie okręgu w celu rozwoju infrastruktury. Powinniśmy też chwalić lokalne organizacje charytatywne za zapewnianie wsparcia i pomocy społecznej, których państwo nie oferuje. Ale charytatywność i paternalizm nie zastąpią nam upodmiotowienia i nie przydadzą nam władzy.
Sukces Denver i innych regionów metropolitalnych – gdzie grupy oddolne rozpisały na nowo wertykalne schematy i zamieniły je w plany szeroko dzielonego dobrobytu – pokazuje, że potrzebujemy nie tylko wzrostu. Potrzebujemy wzrostu, który wesprze rozwój klasy średniej. Potrzebujemy nie tylko miejsc pracy. Potrzebujemy dobrych miejsc pracy.
Sieć elit nie da rady podnieść wszystkich łodzi bez podjęcia walki z trwałą nierównością w miastach, do czego Katz i Bradley nie czują potrzeby nawiązywać. Nie dostrzegają także, iż związki zawodowe, grupy pasażerów komunikacji miejskiej, organizacje lokatorskie, rodzice dzieci ze szkół publicznych i nisko opłacani pracownicy usług mogą być, i są, istotną częścią rozwiązania. Rezultatem jest brak wyobraźni, który pomija wielką część mieszkańców metropolii – i ukrywa głęboko jeden z najbardziej interesujących i ekscytujących przewrotów organizacyjnych ostatnich dwóch dekad.
Amy Dean
tłum. Magda Komuda
Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w lewicowym amerykańskim miesięczniku „In These Times”, październik 2013 r., vol. 37, nr 10.
przez Piotr Wójcik | poniedziałek 8 czerwca 2015 | opinie
Śmieciowe zatrudnienie wypiera dobre zatrudnienie – tak jak gorszy pieniądz wypiera lepszy. I tak jak wartość pieniądza jest chroniona odpowiednią polityką monetarną, tak wartościowe zatrudnienie powinno być objęte pieczą rozsądnej i aktywnej polityki rynku pracy. Tymczasem, choć śmieciowe warunki pracy wkraczają coraz śmielej nawet do sektora publicznego, który tradycyjnie był ostoją wysokich standardów pracy, to nie widać specjalnego poruszenia ani wśród polityków, ani ekspertów. Dziwnym trafem, o ile istnieje wśród ekonomistów konsensus mówiący, że państwo powinno stać na straży wartości pieniądza, to już według większości tych samych ekonomistów ochronę wartościowego zatrudnienia państwo powinno sobie odpuścić. O ile polityka fiskalna i monetarna powinny być wyposażone w szereg bezpieczników (granica zadłużenia publicznego, cel inflacyjny itp.), żeby pieniądza broń Boże nie dotknął zbyt duży spadek wartości, o tyle już rynek pracy powinien być maksymalnie zderegulowany, a fakt, że deregulacja ta prowadzi do dewaluacji zatrudnienia jakoś nie kłuje ekspertów w oczy. To dziwne, ponieważ śmieciowe zatrudnienie pociąga za sobą szereg bardzo poważnych konsekwencji. I nie mówię tu o takich „drobnostkach”, jak wyraźne pogorszenie się sytuacji pracowników – od większości współczesnych speców od ekonomii już dawno przestałem oczekiwać empatii czy troski o cokolwiek innego niż stan wskaźników makroekonomicznych. Śmieciowe zatrudnienie szkodzi jednak tym wskaźnikom w równym stopniu, co zatrudnionym. Skutkuje ono niższą wydajnością (co przekłada się na niższy wzrost PKB), niższą innowacyjnością (co wiąże się z niską konkurencyjnością) czy spadkiem wpływów budżetowych (czyli pogorszeniem się stanu finansów publicznych). A na to wszystko różnej maści eksperci zawsze zwracają pieczołowitą uwagę – niestety obok propozycji przeróżnych cięć czy restrukturyzacji, jakoś mało który z nich proponuje gruntowną reformę rynku pracy.
Śmieciowe zatrudnienie to praca na niegodnych warunkach, zarówno płacowych, jak i innych, np. dotyczących stabilności pracy czy jej czasu. Najczęściej wiąże się ono z umowami cywilnoprawnymi, które pozwalają bardzo łatwo omijać kodeksowe uprawnienia pracownicze czy regulacje dotyczące płacy minimalnej. Jednak dotyka ono także osób pracujących na umowach o pracę – trudno nie nazwać śmieciowymi warunków pracy pielęgniarki w NZOZ, która na etacie zarabia 1500 zł netto, mając 30-letni staż pracy. Reforma zmierzająca do zrobienia porządku na rynku pracy powinna więc iść w dwóch kierunkach. Po pierwsze w stronę polepszenia pozycji pracownika, by wzmocnić go podczas negocjacji z pracodawcą, tak by nie godził się łatwo na warunki nieadekwatne do wykonywanych zadań. Po drugie zaś w stronę zwiększenia wśród pracodawców motywacji do podpisywania umów o pracę, które siłą rzeczy gwarantują wyższy standard od umów cywilnoprawnych.
Siła przetargowa polskiego pracownika jest bardzo niska, przede wszystkim z powodu żałosnego poziomu zabezpieczenia społecznego w Polsce. Polską sieć bezpieczeństwa trudno w ogóle nazwać siecią, o bezpieczeństwie już nie wspominając. Łapie się w nią ledwie 14 proc. bezrobotnych – tylu ma prawo do zasiłku. Tym, którzy jakimś cudem z niej korzystają, ma do zaoferowania dość niepoważne wsparcie. 6-miesięczny zasiłek, którego wysokość to przeciętnie 19 proc. ostatniej pensji (w Czechach czy na Węgrzech to ponad 30, w Finlandii niemal 80 proc.), nie wystarczy absolutnie na nic, więc w gruncie rzeczy przynosi prawie taki sam efekt, jak by w ogóle nie istniał. Bezrobotny, który na rynku pracy jest pozostawiony samemu sobie, nie będzie grymasił i weźmie każda pracę, nawet na umowie zlecenie za 5 zł na godzinę, co niektórzy pracodawcy ochoczo wykorzystują.
Pierwsze więc, co należy zrobić, żeby zniwelować panoszące się w Polsce śmieciowe zatrudnienie, to wzmocnić naszą sieć bezpieczeństwa. Należałoby złagodzić wymagania dotyczące przyznawania zasiłków dla bezrobotnych, tak by objąć nimi ok. 80 proc. osób tracących pracę. Przekładałoby się to na 40 procent wszystkich zarejestrowanych w urzędach pracy – niemal 50 proc. z nich to osoby bezrobotne od ponad 12 miesięcy, do których powinno być skierowane wsparcie innego rodzaju. Jego wysokość powinna wzrosnąć do wysokości płacy minimalnej, która obecnie wynosi 1750 zł brutto, co oznaczałoby ponad dwukrotny wzrost. Zamiast 6 miesięcy, byłby on wypłacany przez rok. Trudno uznać taki poziom zabezpieczenia przed bezrobociem za jakiś szczególnie szczodry (w końcu płaca minimalna w niektórych częściach kraju zupełnie nie wystarczy na utrzymanie), jednak dopiero on spełniłby swoje zadanie i wzmocnił pracownika.
Ważnymi elementami sieci bezpieczeństwa są instytucje rynku pracy. Ich efektywność to w Polsce powód do drwin. Do urzędów pracy nie mają zaufania zarówno pracodawcy, jak i pracownicy – dość powiedzieć, że trafia do nich między 10 a 20 procent wszystkich ofert pracy. Urzędy pracy powinny się zamienić w pośredniaki z prawdziwego zdarzenia, oferujące bezrobotnym nie tylko możliwość płacenia składki zdrowotnej (tak, jak jest obecnie), ale także rozbudowany system szkoleń i poradnictwa zawodowego. Powinny też dysponować własnymi analizami rynku pracy i blisko współpracować z lokalnymi przedsiębiorstwami. Należałoby także rozliczać pracowników UP z wyników długofalowo, żeby ich głównym celem nie było wyrejestrowanie bezrobotnego za wszelką cenę, lecz znalezienie dla niego odpowiedniego miejsca na rynku pracy. System awansów oraz podwyżek powinien być powiązany z wynikami, a nie ze stażem pracy.
Również Państwowa Inspekcja Pracy ma spore zadanie domowe do odrobienia. Nie ulega wątpliwości, że to jej wyjątkowa impotencja doprowadziła do rozpanoszenia się śmieciowego zatrudnienia na taką skalę. W 2013 r. skontrolowała zaledwie 44 tys. umów cywilnoprawnych (według GUS, pracujących na takich umowach jest ok. 1,35 mln osób), choć dobrze zdaje sobie sprawę, że są one masowo nadużywane. Co więcej, do sądów skierowała zaledwie… 240 powództw o uznanie stosunku pracy, czyli wiążących się z zamianą umowy śmieciowej na umowę o pracę. W jej przypadku przede wszystkim należy zintensyfikować kontrole – w minionych latach przeprowadzała więcej kontroli niż obecnie, choć dysponowała mniejszą kadrą – oraz zwiększyć maksymalną możliwą wysokość mandatów za łamanie przepisów kodeksu pracy, np. zwykły z 2 tys. zł do 20 tys., a dla recydywistów z 5 tys. do 50 tysięcy. Dopiero przy takich karach łamanie prawa przestanie być dla wielkich spółek atrakcyjne. Należałoby także umożliwić inspektorom pracy stwierdzanie stosunku pracy tak, aby do sądów trafiały tylko przypadki niejednoznaczne. W sytuacji, gdy umowa zlecenie jest podpisana z ewidentnym naruszeniem przepisów, decyzja inspektora powinna wystarczyć, by zamienić ją na umowę o pracę, bez rozpoczynania długotrwałej procedury sądowej.
Na pozycji pracownika waży również aktywność organizacji pracowniczych. Niestety obejmują one w Polsce margines zatrudnionych – są z nich „z urzędu” wykluczone osoby na umowach cywilnoprawnych oraz pracujące w firmach zatrudniających do 9 pracowników, czyli ogromna część wszystkich pracujących. Związki zawodowe działają w mało którym z większych przedsiębiorstw. Rozwiązaniem jest upowszechnienie rad pracowników. Według dyrektywy UE powinny one działać w 30 tysiącach polskich firm (zatrudniających powyżej 50 pracowników i bez organizacji związkowej), tymczasem działają w… 528. Rady pracownicze znakomicie sprawdzają się chociażby w Niemczech, bo dzięki nim pracownicy mają realny wpływ na firmę. Pracodawca, mając przed sobą dobrze zorganizowaną radę pracowniczą, nie może już sobie pozwolić na traktowanie firmy jak własnego folwarku, na którym jest „równy wojewodzie”. Rady pracownicze jednak nie rozwiążą problemu wykluczenia najmniejszych firm ze zrzeszeń pracowników. Ukłonem w ich stronę byłoby umożliwienie im zrzeszania się w ponadzakładowych związkach branżowych lub terytorialnych.
Zwiększenie atrakcyjności umowy o pracę wśród pracodawców należałoby osiągnąć przez możliwie największe zbliżenie do siebie warunków i obciążeń dla obu rodzajów umów. Z jednej strony będzie się to więc wiązało ze zwiększeniem obciążeń dla umów cywilnoprawnych, a z drugiej ze zmniejszeniem obciążeń oraz uelastycznieniem umów o pracę. Umowy cywilnoprawne muszą znów spełniać swoją podstawową rolę umowy regulującej pracę dorywczą czy nieregularną, a przestać być dużo tańszym i dużo łatwiejszym substytutem zatrudniania regularnych pracowników. Należałoby więc w pierwszej kolejności obciążać każdą umowę zlecenie i o dzieło takimi samymi składkami, jak umowę o pracę, wyłączając jednak z tego składki płacone przez pracodawcę. Obecnie oskładkowana jest tylko jedna wybrana umowa zlecenie danej osoby (a umowy o dzieło nie są oskładkowane wcale), więc wybierana jest niemal zawsze ta z najniższą kwotą, a od pozostałych płacona jest jedynie składka zdrowotna. Od przyszłego roku oskładkowane będą wszystkie umowy podpisane przez konkretnego pracownika, lecz tylko do wysokości płacy minimalnej. Tymczasem składki powinny być płacone od całego wynagrodzenia zawartego w umowie i nie ma żadnego powodu, żeby w przypadku umów cywilnoprawnych było inaczej.
Z drugiej strony należałoby zmniejszyć składki płacone przez pracodawcę przy umowach o pracę. W przypadku tych umów pracodawca płaci dodatkowe składki na rzecz pracownika, które nie są „widoczne” w kwocie brutto wynagrodzenia. Obecnie wynagrodzenie 3000 zł brutto oznacza całkowity koszt dla pracodawcy w wysokości 3618 zł. Należałoby zlikwidować składkę rentową (tylko tę po stronie pracodawcy) oraz na Fundusz Pracy i FGŚP. W ten sposób całkowity koszt takiej umowy spadłby o 271,50 zł, do 3346,50 zł, a więc byłby tylko o 346,50 wyższy niż przy umowie zlecenie, nie zaś o 618 zł. Warto także uelastycznić umowy o pracę pod względem warunków ich rozwiązania, szczególnie w najmniejszych firmach (do 9 pracowników), tak, by mali pracodawcy nie mieli oporów przed zatrudnianiem nowych pracowników na etat na czas nieokreślony. W tym celu w najmniejszych przedsiębiorstwach można by skrócić okres wypowiedzenia z 3 miesięcy do 6 tygodni, a w przypadku pracowników pracujących krócej niż 3 lata wynosiłby on 3 tygodnie. Natomiast w pozostałych firmach do dwóch miesięcy zostałby zmniejszony okres 3-miesięczny. Na umowach o pracę na czas określony pozostałby we wszystkich przypadkach okres 2-tygodniowy. Oczywiście te rozwiązania należałoby wprowadzić wyłącznie w połączeniu ze wzmocnieniem sieci bezpieczeństwa oraz zwiększeniem efektywności instytucji rynku pracy, aby ogólne bezpieczeństwo pracowników etatowych nie zmalało nawet pomimo pewnego zmniejszenia stabilności ich zatrudnienia. Dobrym wyjściem uatrakcyjniającym umowy o pracę byłoby też zmniejszenie wymogów formalnych dotyczących dokumentacji, co jest szczególnie dotkliwe w małych firmach.
Umowy cywilnoprawne służą bardzo często omijaniu przepisów o płacy minimalnej. To właśnie dzięki nim można płacić np. pracownikom ochrony 4 zł za godzinę pracy. Żeby utrudnić takie obchodzenie prawa, należałoby wprowadzić, obok miesięcznej płacy minimalnej, minimalną stawkę godzinową, wynikającą wprost z wysokości płacy minimalnej. Obowiązywałaby ona przy wszystkich rodzajach umów, w których jest wyrażona godzinowa wysokość wynagrodzenia albo wskazana jest liczba godzin lub inna jednostka czasu, która jest wymagana od zleceniobiorcy, by mógł otrzymać wynagrodzenie. Utrudnienie obchodzenia płacy minimalnej dzięki umowom cywilnoprawnym może być kolejnym argumentem skłaniającym pracodawców ku rezygnacji z ich stosowania na szeroką skalę.
Bardzo ważną rolę w uatrakcyjnianiu umów o pracę odgrywa sektor publiczny. Nie mówię tu o takich oczywistościach, jak zaprzestanie praktyki zatrudniania części pracowników na umowy zlecenie, która jest popularna szczególnie w… urzędach skarbowych. Mowa o umieszczaniu w zamówieniach publicznych wymogu zatrudniania przez oferentów na umowy o pracę we wszystkich przypadkach, gdy charakter zadania do tego obliguje. Obecnie tak zwana klauzula społeczna stosowana jest w zaledwie 2 proc. wszystkich przetargów. Dość powiedzieć, że nawet Państwowa Inspekcja Pracy nie wymaga od oferentów umów o pracę w swoich zamówieniach – tak było chociażby przy niedawnym przetargu na świadczenie usług pocztowych dla PIP. Jeśli zamówienia publiczne, które są bardzo ważnym działem gospodarki, wciąż będą polem dla prekaryzacji pracowników, to trudno oczekiwać poprawy standardów zatrudnienia w pozostałych obszarach.
Pozostaje pytanie, skąd wziąć na to pieniądze. Obciążenie budżetu generowałyby głównie dwa rozwiązania – zmniejszenie oskładkowania umów o pracę po stronie pracodawcy oraz zwiększenie wsparcia w postaci zasiłków dla bezrobotnych. Pierwszy krok wygenerowałby maksymalnie 4,5 mld zł straty dla budżetu. Likwidacja składki rentowej oraz na Fundusz Pracy i Fundusz Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych po stronie pracodawcy przy przeciętnym polskim wynagrodzeniu według GUS (ok. 4100 zł), zmniejszyłyby składkę o 371 zł. Przy ok. 12 mln Polaków zatrudnionych na umowach o pracę dałoby to właśnie 4,5 mld zł; należy jednak pamiętać, że średnia krajowa jest mocno zawyżona (nie uwzględnia chociażby płac w najmniejszych firmach), więc realny koszt byłby wyraźnie mniejszy. W pewnej części byłby on poza tym zrekompensowany przez zwiększenie wpływów z oskładkowania wszystkich umów cywilnoprawnych.
Natomiast koszt wyższych, dłuższych i powszechniejszych zasiłków wyniósłby ok. 12 mld zł. Jeśli objętych byłoby nim 40 proc. zarejestrowanych bezrobotnych, to otrzymywałoby go ok. 712 tysięcy Polaków. Pomnożone przez 1750 zł i 12 miesięcy dałoby to niecałe 15 mld zł, od których należałoby odjąć 3 mld zł, które już teraz wydajemy na zasiłki. Zatem można bezpiecznie założyć, że cały dodatkowy ciężar dla budżetu z tytułu przeprowadzenia opisanej reformy wyniósłby około 15 mld zł, czyli 0,9 procenta PKB. Jeśli zwiększylibyśmy o ten niecały procent generalne wpływy sektora finansów publicznych, to wynosiłyby one w Polsce 39,5 proc. PKB, czyli wciąż bylibyśmy grubo poniżej średniej UE (45,2 proc. PKB), krajów naszego regionu, takich jak Czechy (40,1 proc.) czy Węgry (47,6 proc.), a nawet raju podatkowego, jakim jest Cypr (tamtejsze dochody finansów publicznych to 40,3 proc. PKB). Skąd dokładnie należałoby wziąć ten 1 procent PKB, to już temat na inny tekst dotyczący polskiego skrajnie niesprawiedliwego i nieefektywnego systemu podatkowego, o czym zresztą po części już pisałem na portalu „Nowego Obywatela” w ubiegłorocznym artykule „Niesprawiedliwości stało się zadość”. W każdym razie, mówiąc krótko, przez nasz dziurawy jak sito system uciekają nieporównanie większe kwoty. Oczywiście 15 mld zł to całkiem sporo, jednak wydaje się to ceną niewygórowaną za stworzenie w końcu w Polsce zrębów w miarę cywilizowanej sieci bezpieczeństwa i uporządkowanie tej stajni Augiasza, zwanej szumnie rynkiem pracy.
przez Jarosław Górski | poniedziałek 1 czerwca 2015 | opinie
Miesiąc przed śmiercią (której 50. rocznicę obchodziliśmy w ubiegłym miesiącu, 19 maja) notowała w swoim dzienniku Maria Dąbrowska:
„Opowiadanie salowej p. Kazi o krawcu-strażaku, miłośniku pierścionków.
Pani Kazia mówi: Znam sama jednego strażaka, bo to i mój mąż jest strażak, więc ze środowiska. Ale tamten jest krawcem w straży. Córki wykształcił, jedna jest lekarzem. Żonę pochował i dopiero zaczął oszczędzać: miał krowę, bo to tak u nas na przedmieściu – to wszystko spod niej sprzedał, a sobie tylko litr mleka zostawiał. A tłuste było mleko, bardzo dobre. To do tego mleka dolał pół wody, i tym mlekiem żył. A miał tylko jedno zakochanie – a tym były pierścionki. To już tych pierścionków miał z pięć kupionych, aż w sklepie jubilera zobaczył taki, co mu się więcej podobał od wszystkich. To jak zaczął szyć, to prywatnej roboty sobie dobierał i szył całymi dniami i nocami, żeby zebrać na ten pierścionek. A co dzień biegł zobaczyć na wystawę do tego jubilera, żeby zobaczyć, czy on aby jest. Aż milicja zwróciła na to uwagę i zaczęli go śledzić, co on tak tę wystawę u jubilera ogląda.
Aż wreszcie zebrał tyle, ile mu potrzeba było na ten pierścionek, poleciał i kupił. I taki szczęśliwy, że ma, czego upragnął – aż tu przychodzi milicja, zrobili rewizję, znaleźli pierścionki, aresztowali go. I choć wszyscy za nim świadczyli, że uczciwy, tylko tę jedną manię ma pierścionki kupuje, strawy sobie od gęby odejmie, a kupi. – Ale nie. – Siedział 7 miesięcy jako spekulant.
– Ale pierścionki mu zwrócili?
– A – a – nie. Skąd by mieli zwracać. Zabrali sobie – taka gratka!”.
Fragmencik niezwykły, choć podobnych w „Dziennikach” Dąbrowskiej mnóstwo. Pół stroniczki, a gotowa nowelka z wciągającą fabułą, z dramatycznym momentem, wyrazistym bohaterem. Historia – banalna, utkana z elementów przyziemnych, przez którą jednak prześwituje tajemnica: nigdy niedające zrozumieć się do końca siły powodujące człowiekiem, los, którego wyroków ani przewidzieć, ani zrozumieć nie sposób.
I jeszcze jeden element niezwykły, dla mnie tym bardziej, że właśnie jestem po lekturze kilku dzienników pisarzy: kilku rówieśników Dąbrowskiej, kilku dużo od niej młodszych, niektórzy wciąż żyjący i tworzący (mogę nie wymieniać nazwisk?). I tam się zdarzały świetne, zgrabne i lakoniczne historie, i tam czuło się tchnienie tajemnicy, i tam z rzadka pomiędzy kolegami po piórze i koryfeuszami innych sztuk, tudzież postaciami ze świata polityki, nieśmiało przemknęła salowa. Ale nie zdarzało się raczej, aby salowa była panią Kazią (salowa wystarczy), opowiadała historie, których treść służyła czemuś więcej niż zabawnej ilustracji sposobu myślenia ludzi prostych. W „Dziennikach” neurotycznej i egotycznej – może nawet bardziej niż to w jej środowisku przyjęte – Dąbrowskiej to jest właśnie niezwykłe. Ich autorka żyje przecież w bańce: w swoim, inteligenckim i elitarnym środowisku, spotyka się z największymi intelektualistami kraju i kontynentu, o jej uznanie zabiegają ludzie władzy. A jednocześnie świat spoza tej bańki do niej czasem przenika i jest równie wyrazisty, jak to, co znajduje się wewnątrz: dozorca z jej kamienicy ma nazwisko, rodzinę, kłopoty; imiona i swój pogląd na różne sprawy mają gospodarze na wsi, w której Dąbrowska spędza wakacje; student, który przychodzi naprawić radio, jest sympatyczny, a dentystka kocha swoją pracę. Ludzie bywają dla Dąbrowskiej ciekawi niezależnie od zajmowanego życiowego stanowiska. Niby banał – ale czy znowu tak wielu jest pisarzy, tak wiele osób umiejących dać wyraz swojej ciekawości dla ciekawych ludzi, niezależnie od ich pozycji społecznej?
***
Czy ta ciekawość ludzi to przyrodzona cecha charakteru Dąbrowskiej? Chyba raczej element programu życiowego, świadomie wybranego jeszcze w latach młodzieńczej fascynacji Abramowskim i z Abramowskiego czerpiącego. Programu, który nakazuje, wbrew szlachecko-inteligenckiej tresurze, przyglądać się „ludziom stamtąd” równie uważnie, jak tym oswojonym. Ludziom, którzy w tradycyjnej optyce tej klasy nie istnieją jako samodzielne i oddzielne byty, ale jako kategorie bądź zbiorowości, wymagające czy to tresury, czy to troski i oświecania. Dzienniki Dąbrowskiej są niezwykłym dokumentem uprawianych przez całe życie duchowych ćwiczeń ciekawości, ciągłego ich porzucania – kiedy pisarka z falą życiowego powodzenia dryfuje w kierunku inteligenckiej alienacji, i kolejnych do nich powrotów. Wszyscy uczymy się, że ważnych – i dlatego ciekawych – ludzi możemy dostrzec patrząc w górę i wszyscy wyrobiliśmy w sobie odruch spoglądania w górę. Dąbrowska nakazała sobie na siłę zwracać oczy tam, gdzie one patrzeć nie chcą, bo spodziewają się czegoś brzydkiego i nieciekawego, a w każdym razie nieważnego. Etyczne ćwiczenie ciekawości wysublimowało w twórczości Dąbrowskiej w bardzo interesujący kształt estetyczny.
Wielu pisarzy pozytywistycznej proweniencji (jak choćby Sienkiewicz, Konopnicka czy Orzeszkowa, ale widać to także u twórców następnych pokoleń – Żeromskiego czy Nałkowskiej) wyobrażało sobie, że zrealizują swoją powinność wobec niższych klas w taki sposób, że dokonają artystycznej diagnozy ich upośledzenia, która dotrze do inteligentów, wstrząśnie ich sumieniami, skłoni do organicznej, edukacyjnej, społecznej pracy na rzecz tamtych. Dąbrowska widziała to inaczej. Ponieważ jako inteligentka posiada komunikacyjne umiejętności, których ludzie klas niższych nie posiadają: literacki język, kulturę literacką, znajomość konwencji, gatunków i form itp., a więc nie mogą we własnym imieniu wypowiedzieć własnych stanowisk i interesów, to ona powinna tych umiejętności tamtym ludziom udzielić. Najpierw słucha ich z ciekawością, bez jakichś odgórnych założeń, a potem mówi w ich imieniu, reprezentować ich takich, jakimi są, a nie takich, jakimi mają się dopiero stać, nawet wbrew własnemu inteligenckiemu oglądowi świata, klasowym interesom czy – co chyba najtrudniejsze – wbrew własnemu inteligenckiemu poczuciu troski o nich i wbrew przekonaniu o konieczności ich „oświecania” czy cywilizowania.
Opowiadania, które złożyły się na „Ludzi stamtąd”, były takimi właśnie szlachetnymi ćwiczeniami ciekawości, próbą oddania inteligenckiego pióra ludziom, którzy się piórem nie posługują. Ale był to raczej projekt artystycznie nieudany. Dąbrowska pokazała tam świat „ludu” jakby w ekstrakcie, laboratoryjnie czysty. Dopiero w „Nocach i dniach” przemówił on pełnym głosem, nieco paradoksalnie dlatego, że został może nawet nie tyle wycofany na drugi plan, co stworzył osnowę dla zasadniczych wątków. Główni bohaterowie – małżeństwo, a później także dzieci Niechciców – za sprawą życiowego zajęcia Bogumiła, najemnego administratora majątków rolnych (Bogumił jest pracownikiem najemnym, co warto podkreślać – „Noce i dnie” to nie jest powieść ziemiańska), żyją w ciągłej interakcji z „ludźmi stamtąd”, muszą wciąż się z nimi – wzajemnie – poznawać, dogadywać, docierać i użerać, muszą wciąż układać sobie z nimi wspólne życie. Choćby bardzo chcieli (a chcą), nie mogą odwrócić od nich wzroku ani oddalić ich od siebie inteligenckim frazesem o opiece i powinności, bo tamci są wszędzie dookoła i uparcie nie chcą być inni niż są. I Bogumił – kochający życie i bardzo go ciekaw, i Barbara – świata rzeczywistego się bojąca i bezskutecznie próbująca przed nim uciec, przez codzienną bliskość z pracownikami Krępy, Serbinowa, Pamiętowa, wręcz zmysłowo doświadczają współzależności ludzi różnych klas i stanowisk. Słowo „współzależność” wypadałoby tu powtórzyć, bo chodzi o to, że Niechcicowie nie mogą po inteligencku wyprzeć faktu, że są od „ludzi stamtąd”, od ich wysiłku i twórczości, ale także od obecności w przestrzeni nieskończenie wielkiego świata zależni co najmniej w równym stopniu, jak tamci od nich.
To m.in. właśnie dzięki takiej wizji społeczności, w której – mimo pochodzenia z różnych grup społecznych, wynikających z tego różnic w sposobie widzenia świata, mimo sprzecznych interesów i aspiracji – wszyscy są nawzajem zależni od swojego wysiłku i obecności, „Noce i dnie” są powieścią tak gęstą i wyrazistą. Dąbrowska potrafi fantastycznie wielowymiarowo pokazać nawet takich bohaterów z dalszego planu, którzy w życiu pierwszoplanowych pojawiają się tylko na chwilę czy zgoła pojawiają się obok nich, bo skoro los każdego człowieka tak bardzo od każdego człowieka zależy, to dla każdego jest istotne, kim jest, jaki jest, czego chce inny. W „Nocach i dniach” wielokrotnie jest wypowiadane (najczęściej przez panią Barbarę), ale i daje się odczuć nawet wypowiadane nie będąc, pytanie: „Czemu to wszystko [trud, wysiłek, „wieczne zmartwienie” i pogoń za wciąż uciekającymi mirażami, czy w ogóle życie] służy?”. Pytanie, na które jednocześnie odpowiedzi nie ma i są odpowiedzi niezliczone. Ale daje się wyczuć unoszącą się nad zmysłową realnością świata przedstawionego powieści mgiełkę przeczucia, że może właśnie ta zależność każdego wysiłku od innego wysiłku, każdego życia od innego życia, nadaje temu wszystkiemu jakiś sens. To właśnie zmysłowa, wręcz materialistyczna wizja świata Dąbrowskiej przepełnia jej powieść duchem i nadaje metafizyczną głębię.
Wart zauważenia jest jeszcze jeden, jednocześnie etyczny i artystyczny, zamysł Dąbrowskiej: bardzo przemyślany język, z jednej strony bardzo solidnie zanurzony w tradycji polszczyzny literackiej, z drugiej mający trafić także do czytelnika mniej wyrobionego literacko. Dąbrowska miała taką ambicję, aby trafić ze swoim przekazem nie tylko do uczestników własnej klasy, a jednocześnie miała na tyle zaufania do nieinteligenckiego czytelnika, aby sztucznie nie upraszczać ani przekazu, ani języka. Projekt ten był na tyle wymagający od samej autorki, że wyczerpał jej talent: nie zdołała ona ani go ukończyć – nie udało się jej, jak wcześniej planowała, doprowadzić akcji do czasów jej współczesnych – ani później realizować w żadnym innym dziele. A jednak projekt należy uznać za udany – zaowocował bodaj najlepszą polską powieścią XX w., powieścią, która trafiła do bardzo szerokiej rzeszy czytelników oraz wyobraźni masowej (i bezpośrednio, i za pośrednictwem filmu, serialu telewizyjnego, adaptacji radiowych czy teatralnych).
***
Program pisarski Dąbrowskiej chyba już trochę trąci myszką, z tego choćby powodu, że nie istnieje już klasa niepiśmienna, za którą ktoś musiałby się wypowiadać. Ja jednak tęsknię za polską literaturą piękną, polską epiką, która bez tezy, tendencji czy dydaktyzmu bierze pod uwagę fakt, że każdy przekaz, a przekaz artystyczny w szczególności, ma moc zmieniania świata na lepsze lub na gorsze. Za literaturą wykazującą namysł nad społeczeństwem jako siecią wzajemnych oddziaływań i nad wzajemną niezbędnością ludzi. Gęstą od postaci, które – niezależnie od swojej funkcji w świecie przedstawionym i przedstawionej społecznej hierarchii – oglądane są z ciekawością, z potwierdzającym się przekonaniem, że każdy człowiek posiada jakieś imię, nazwisko, aspiracje i problemy – jakąś głębię i jakiś sens. Literaturą, w której los (a także jego składowe: praca, miłość, aspiracje) ludzi zwykłych, nawet banalnych, ukazany jest z perspektywy pozwalającej dotknąć jego nieziemskości. I w dodatku literaturą, która mówi do odbiorcy z szacunkiem, a więc traktując go jako kogoś zawsze zdolnego do głębokiego przeżywania świata. Tego mi bardzo w naszej literaturze brakuje: skupienia uwagi na banalności, powtarzalności i ciągłej bezskuteczności ludzkich starań, na mozolnym podtrzymywaniu, a nie tylko efektownym inicjowaniu relacji miłosnych, na codziennej pracy (praca rozumiana nie jako posada, ale właśnie jako czynność, to temat niemal nieobecny w naszej dzisiejszej literaturze) i odnajdywania w tym nadzwyczajności i jakiegoś wyższego porządku. Nie domagam się – oczywiście – istnienia wyłącznie takiej literatury, która właśnie na banalność codzienności zwraca uwagę. Ale myślę, że także taka przydałaby się niejednemu czytelnikowi, już trochę zanudzonemu przez coraz to bardziej nadzwyczajnych bohaterów, coraz to większe wichry namiętności, coraz to głębsze mroczności ludzkiej duszy, coraz szybsze tempo ucieczki od banalnego życia.
przez Darren White | poniedziałek 25 maja 2015 | opinie
Czy jesteśmy świadkami powstawania dualistycznego systemu prawnego, w którym kibice piłki nożnej są traktowani jako obywatele drugiej kategorii?
Mówi się, że postrzeganie kibiców piłkarskich jako problemu, z którym trzeba sobie poradzić, to już przeszłość. Wiara w prawdziwość tego twierdzenia jest z pewnością krzepiąca. Niestety, pomimo że zorganizowani kibice wymyślili i wprowadzili w życie lepsze wzorce zachowań, nie brakuje przykładów świadczących, iż fani piłki nożnej wciąż traktowani są przede wszystkim jako problem. Jest to ważna kwestia, ponieważ dyskryminowanie i demonizowanie całych grup społecznych jest po prostu złe. Ma znaczenie również dlatego, że wywiera istotny wpływ na resztę społeczeństwa. Ci z nas, którzy dorastali w latach 80. i chodzili na mecze, a jednocześnie angażowali się politycznie, szybko rozpoznali przećwiczone na kibicach techniki, których użyto przeciwko zorganizowanemu ruchowi związkowemu.
Wielu specjalistów mówi o powstawaniu dualistycznego systemu prawnego, w którym kibice piłkarscy są traktowani jako osobna kategoria obywateli. Kluczowa dla tego procesu jest demonizacja fanów piłki, którą osiąga się poprzez mobilizowanie tradycyjnego strachu przed „chuliganem” – od wieków wykorzystywanego jako pretekst do zwiększania kontroli nad społeczeństwem. O tym rozpowszechnionym wciąż stereotypie pisze na swoim blogu prawniczka Alison Gurden:
„Gdy mówię ludziom, że reprezentuję w sądzie kibiców piłkarskich, tradycyjna odpowiedź brzmi: »Co? Chuliganów?«. Odpowiadam wtedy: nie, mężczyzn, kobiety, nastolatków, studentki, lekarzy, policjantów, architektki, budowlańców i barmanki, którzy jednocześnie są kibicami piłkarskimi!”.
W tym roku [2014 – przyp. red.], w miarę zbliżania się brazylijskiego Mundialu, zaroi się w prasie od historii o kibicowskich „grupach ryzyka”, zakazach stadionowych, ograniczeniach prawa do swobodnego przemieszczania się i innych środkach podjętych w celu zapobieżenia masakrze, której wizją chętnie nas postraszy kilku chuliganów-pozerów. Gdy nastrój moralnej paniki zostanie już należycie podgrzany i podchwycony bez zbędnych pytań przez media, o wiele łatwiej będzie uzasadnić użycie środków represji, które raz wprowadzone będzie można z łatwością rozszerzać. Dlatego ważne jest, żeby starać się rozpatrywać te kwestie w szerszym kontekście i zastanawiać się, czy wprowadzane rozwiązania nie wykraczają poza to minimum, jakie jest rzeczywiście niezbędne dla zachowania porządku publicznego. Jest to szczególnie istotne w momencie, gdy rząd brytyjski zaangażowany jest w przepychanie przez parlament ustawy o zachowaniu aspołecznym, przestępstwach i utrzymaniu porządku (Antisocial Behaviour, Crime and Policing Bill), którą George Monbiot opisał w „Guardianie” jako „najbardziej opresyjną ustawę głosowaną ostatnimi czasy w parlamencie”.
Życie pod eskortą
W sierpniu 2011 r. Cardiff City grało w Londynie z West Ham United na stadionie Boleyn Ground. Policja przyznała spotkaniu status „meczu wysokiego ryzyka”. W praktyce oznacza to, że fani Cardiff musieli wsiąść w specjalne autokary o 5 rano, żeby zdążyć spotkać się z policją pod stacją benzynową w South Mimms. Tam zostali przeszukani, wymienili otrzymane wcześniej kupony na bilety na mecz, po czym autokary odeskortowano na stadion. Fani Cardiff dostali tylko połowę swojej puli biletów, a żaden kibic nie mógł dojechać na spotkanie indywidualnie. Niektóre grupy kibiców Cardiff i West Hamu mają co prawda na swoim koncie historię brutalnych starć, ale w ciągu ostatnich dekad bitwy, którymi zapracowali na złą reputację, zdarzały się bardzo rzadko. Wciąż jednak dla wielu mecz Cardiff z West Hamem oznacza, że mogą być problemy, więc argumenty przeciw restrykcjom i eskorcie były łatwo zbijane jako świadczące o zbytniej miękkości wobec chuliganów.
Podobnej historii wzajemnych konfliktów nie mają za sobą kibice Huddersfield Town i Hull City. Mimo to w marcu 2013 r. policja West Yorkshire oznaczyła ich mecz najwyższą możliwą kategorią niebezpieczeństwa C+IR. Fani Hull City, których wolność przemieszczania się miała zostać ograniczona w dzień meczu, nie byli nigdy karani za udział w bójkach. Decyzja policji wywołała oburzenie. John Prescott, były wicepremier i poseł z Hull, określił zarządzenie mianem „najbardziej drakońskich ograniczeń prawa do swobodnego przemieszczania się od czasu akcji przeciw strajkującym górnikom”. Klub zachował się nietypowo i wydał oficjalne oświadczenie protestujące przeciw „praktycznej kryminalizacji kibiców” i „możliwym konsekwencjom dla kibiców na meczach wyjazdowych w ogóle”. Piętnastolatek z Hull, Louis Cooper, pozwał policję do sądu, twierdząc, że restrykcje nie miały żadnych podstaw prawnych.
Policja odpowiedziała, że „uważnie wysłuchała uwag fanów” i złagodziła restrykcje. Mimo tego złagodzenia, indywidualny dojazd na mecz wciąż był zabroniony. Hull City FC zaproponował zorganizowanie wszystkiego co potrzebne, żeby Cooper mógł dojechać na mecz, ale to oznaczałoby, że nie dotknęłyby go ograniczenia obowiązujące pozostałych kibiców i nie mógłby zaskarżyć policji. Cooper odmówił, tłumacząc, że nie chodziło mu o specjalne traktowanie.
Kiedy policja chciała ogłosić meczem podwyższonego ryzyka tegoroczne derby Newcastle vs. Sunderland, zapewniając przy tym, że nie ma możliwości ograniczania wolności swobodnego przemieszczania się kibiców ani wpływania na godziny rozpoczęcia meczu, oba kluby były tak oburzone, że wspólnie zaprotestowały przeciw decyzji policji. […]
Według badań przeprowadzonych przez skłaniający się w stronę libertarianizmu Manifesto Club, co najmniej 48 meczów w ciągu ostatniej dekady uzyskało status meczów podwyższonego ryzyka. Brało w nich udział 14 dużych klubów z Anglii i Walii, a mecze odbywały się w sześciu różnych dystryktach policyjnych. Manifesto Club wskazuje, że dane te są prawdopodobnie zaniżone. Informacje zebrano na podstawie próśb o udostępnienie informacji publicznej, a „władze policyjne często opóźniają przekazanie informacji lub odwołują się do wyjątków na podstawie cz. II paragrafu 31 ustawy o Wolności Informacji (Freedom of Information Act)”.
Amanda Jacks, pracownica Federacji Kibiców Piłkarskich (Footbal Supporters’ Federation) zajmująca się meczami podwyższonego ryzyka: „FSF sprzeciwia się przypisywaniu meczom statusu podwyższonego ryzyka z tego prostego powodu, że ogranicza to swobodę przemieszczania się zwykłych kibiców, nie dając gwarancji zapobiegnięcia burdom. Restrykcje nie wpływają na złagodzenie atmosfery w dniu meczu, wręcz przeciwnie, mogą ją pogarszać. Przypisanie meczowi statusu szczególnego ryzyka jest jednocześnie trudne do podważenia drogą sądową. Prawo do niezakłóconej podróży na mecz nie jest prawem człowieka, a sądy mogą powoływać się na to, że bilet na mecz kupujesz dobrowolnie”.
Niepokojąca dla tych, którym leżą na sercu swobody obywatelskie, jest trudność ze wskazaniem odpowiedzialnych za wdrożenie zarządzeń dotyczących meczów podwyższonego ryzyka. Jak wskazuje Manifesto Club, „często bardzo ciężkie jest ustalenie, kto jest odpowiedzialny za decyzję o statusie danego meczu”. Każdy profesjonalny mecz w Anglii i Walii organizuje się z udziałem Grupy Doradczej ds. Bezpieczeństwa, składającej się z przedstawicieli służb ratunkowych, członków komisji licencyjnej Sports Grounds Safety Authority, lokalnych samorządowców oraz reprezentacji klubów biorących udział w meczu. Warto zauważyć, że nie uwzględniono tu żadnych organizacji kibicowskich, mimo że zarówno Federacja Piłki Nożnej, jak i Związek Wyższych Oficerów Policji zalecają dialog z fanami. Manifesto Club ocenia, że oznacza to, iż „żadna ze stron nie bierze odpowiedzialności za podjęte decyzje”, czyli, w skrócie: „łatwiej przepchnąć dowolne rozwiązanie”.
W sezonie 2010/2011 profesjonalne mecze piłkarskie w Anglii i Walii obejrzało 37 mln ludzi. W sumie aresztowano 3089 osób – 0,01 proc. wszystkich widzów. Mecze podwyższonego ryzyka kryminalizują i karzą wszystkich fanów drużyn grających na wyjeździe w nadziei, że powstrzymają dzięki temu ową malutka mniejszość chuliganów. „Zgodnie z prawem Wielkiej Brytanii, wszystkich obowiązuje zasada domniemania niewinności, nie domniemania winy. Ludzie ponoszą odpowiedzialność za swoje czyny, nie za czyny innych”.
Kryminalizowanie grup kibiców to jedno, ale co z traktowaniem pojedynczych fanów? Istnieją świadectwa, które pozwalają zadać pytania o zasadność podejmowanych decyzji i o to, kto jest za nie odpowiedzialny. Wszystko razem rysuje przed nami niepokojący obraz ataku na wolności osobiste i świadczy o wpływie uprzedzeń na procesy prawne.
Służąc społeczeństwu
Fan Liverpoolu Keith Culvin przyjechał na mecz z Manchesterem United na Old Trafford razem z innymi kibicami. Keith ma 53 lata, jest ojcem trójki dzieci i ma firmę świadczącą usługi hydrauliczne. Jest też członkiem stowarzyszenia kibiców Spirit of Shankley, w imieniu którego regularnie spotyka się z policją – na jej prośbę, w celu usprawnienia działań związanych z pilnowaniem kibiców.
Mecze między tymi drużynami bywają bardzo emocjonujące, a zacięta rywalizacja między miastami sprawia, że kibice nie wytrzymują napięcia. W związku z tym, żeby zredukować ryzyko konfrontacji między chuligańskimi ekipami obu drużyn, policja Greater Manchester zatrzymuje fanów po meczu. W ostatnich latach kibice narzekali, że w czasie pomeczowych blokad na stadionie policja nie pozwalała im korzystać z toalet. Podczas spotkań stowarzyszenia Spirit of Shankley z Greater Manchester Police, przedstawiciele policji przyjęli skargi do wiadomości i zobowiązali się do poinstruowania funkcjonariuszy w tej sprawie, a stowarzyszenie kibiców wydało na ten temat oświadczenie prasowe.
Pięć minut po zakończeniu meczu Culvin zauważył, że na schodach przy jednym z wyjść powstała problematyczna sytuacja. Słyszał kibiców, którzy chcieli skorzystać z toalet, i tłum, który zaczynał gromadzić się na szczycie schodów. „Wśród tych kibiców były kobiety, dzieci i starsze osoby, zdenerwowane faktem, że nie mogą skorzystać z toalety, mimo oficjalnych ustaleń. Próbowali przekazać to funkcjonariuszom”. Culvin postanowił rozwiązać problem.
Po około pięciu minutach stało się jasne, że policjanci na schodach nie zamierzali nikogo słuchać. Stawali się również „agresywni wobec mnie i innych fanów, co groziło eskalacją nastrojów”. Culvin zadzwonił do policjanta, którego numer otrzymał jako kontakt w razie problemów. Funkcjonariusz znajdował się poza stadionem, ale zapewnił, że wyśle kogoś w celu rozwiązania sytuacji. Kiedy Keith zauważył policjanta u dołu schodów, zwrócił się do pilnujących z prośbą, żeby go przepuścili i pozwolili z nim porozmawiać. Jego prośba została jednak agresywnie odrzucona, co sugerowało, że jeśli nawet wyżsi rangą policjanci zrozumieli problem, to ustalenia z ich spotkania nie zostały przekazane szeregowym funkcjonariuszom.
Teraz poziom wzburzenia wśród kibiców był już bardzo wysoki. Keith poprosił jeszcze raz o umożliwienie rozmowy z funkcjonariuszem kontaktowym – znów bezskutecznie. Przeszedł kilka kroków z rękami przyciśniętymi do boków, po czym zobaczył funkcjonariusza w żółtej kamizelce lądującego na siedzeniu obok. „Nagle dwóch policjantów, z którymi rozmawiałem wcześniej, wynosi mnie ze schodów. Zaciągnęli mnie w zbiegowisko przy toaletach, rzucili o ścianę, zaczęli bić po nogach i plecach, po czym zakuli w kajdanki”.
Culvin został zamknięty w celi na stadionie, a następnie odwieziony na komisariat, gdzie postawiono mu zarzut napaści na policjanta. Odczytano mu oświadczenie funkcjonariusza, którego miał zaatakować. Rzekomo odepchnął go, co spowodowało, że stracił równowagę.
Sprawa trafiła do sądu, ale została oddalona. Keith Culvin, doświadczony w radzeniu sobie z takimi sytuacjami, zanim podszedł do policjantów poprosił bowiem jednego z kibiców, żeby filmował całe zdarzenie telefonem. Nagranie jasno pokazało, że nie zaatakował funkcjonariusza. „Kiedy prokurator skonfrontował zeznania policjantów z linią obrony i nagraniem z telefonu, postępowanie karne zostało natychmiast przerwane” – mówi Melanie Cooke, która reprezentowała Keitha w sądzie.
„Nie mam wątpliwości, że bez tego nagrania zostałbym uznany winnym czegoś, czego nie zrobiłem. Uważam, to za odrażające, tak samo jak fakt, że prokuratura wciąż utrzymuje akt oskarżenia w rejestrze, żeby móc trzymać próbki mojego DNA, odciski palców i fotografię”. Keith zapowiada złożenie skargi na Greater Manchester Police.
W lecie 2010 r. Tony McManus wybierał się na Mistrzostwa Świata w RPA. Odkładał pieniądze od miesięcy i zarezerwował sobie miesięczny urlop w pracy. Tony jest czterdziestoletnim budowlańcem z Middlesbrough. Jeździł po całej Wielkiej Brytanii i Europie, kibicując Middlesbrough FC i reprezentacji Anglii.
Jak wielu innych, Tony McManus miał za młodu pewne problemy z prawem, nic poważnego. Dorósł, ustatkował się i od dawien dawna nie zrobił nic złego. Kiedy tamtego lata wraz z kolegami pojawili się na lotnisku, zostali zatrzymani przez policję. Istniały rzekomo dowody, że są „kibicami potencjalnie niebezpiecznymi”. W policyjnym języku oznacza to tyle, że policja uważa, iż mogą włączyć się w jakąś bójkę. Nie chodzi nawet o to, że mają na koncie tego rodzaju akty czy że istnieje podejrzenie, że mogli je mieć. Ot, pozbawione podstaw podejrzenie, że mogą rozrabiać w przyszłości.
McManus i jego kolega nie zostali wpuszczeni do samolotu – ich paszporty zostały skonfiskowane, a następnie zatrzymano ich na 7 godzin w policyjnym areszcie. Później powiedziano im, że policja będzie się ubiegać o zakaz stadionowy i że tego samego dnia mają stawić się w sądzie. Zasugerowano im, że powinni przystać na takie rozwiązanie, bo sprawa w sądzie będzie kosztowna. McManus nie zgodził się i wynajął prawnika.
Dowody, którymi dysponowała policja, okazały się niezbyt mocne. Nagranie z telewizji przemysłowej pokazało Tony’ego McManusa, który wychodzi z pubu w Tottenhamie. Było to w 2002 r. w dzień meczu Middlesbrough. Pub jest znany jako miejsce, w którym pojawiają się chuligani Middlesbrough i każdy, kto do niego wszedł, został uznany za podejrzanego jedynie na podstawie tego skojarzenia. Tony był również widziany w Stoke, jak siedział w minibusie obok kogoś, kto wyglądał, jakby został ranny w bójce. Policja nie widziała bójki, nie było również nic, co wskazywałoby, że McManus brał w niej udział.
McManus odkrył, że gdy policja zabiegała o zakaz stadionowy dla niego, opisała go jako jednego z przywódców 750-osobowej grupy chuliganów Middlesbrough. Nie wyjaśniono, jak policjanci doszli do tego wniosku na podstawie dowodów, które wskazywały najwyżej, że wśród jego otoczenia znajduje się kilka osób, które nie są aniołami. Wyjaśniło się za to, jak bardzo beztroska jest policja w rzucaniu oskarżeń.
„Wygląda na to, że wystarczy, żebyś porozmawiał z kimś, kto jest »kibicem potencjalnie niebezpiecznym« czy poszedł do tego samego pubu co on, żeby samemu zostać za takiego uznanym. To oznaczałoby, że każdy kibic Boro, który kiedykolwiek ze mną rozmawiał, jest teraz »kibicem potencjalnie niebezpiecznym«”.
Jeszcze bardziej przerażający jest fakt, że policja najwyraźniej zbiera szczegółową dokumentację zupełnie niewinnych zachowań kibiców piłkarskich, do których może się odwołać w dowolnym momencie, nawet po ośmiu latach.
Policja wielokrotnie odraczała przeprowadzenie sprawy sądowej McManusa (minęły miesiące od zakończenia Mundialu), po czym zdecydowała, że nie ma wystarczających dowodów, aby nałożyć na dwóch mężczyzn zakaz stadionowy i wycofała wniosek. Tony McManus bez przyczyny stracił swój urlop i szansę obejrzenia na żywo upokarzanej reprezentacji Anglii.
Zatrzymajmy się tu na chwilę. Tony’emu uniemożliwiono wyjazd zagranicę i zamknięto go w areszcie nie dlatego, że stosował przemoc albo popełnił jakieś przestępstwo, ale dlatego, że w jego środowisku obracały się osoby, które policja uznaje za podejrzane. Może zabrzmi to jak wyolbrzymienie, ale to są metody, które z reguły utożsamiamy, cóż, z państwami policyjnymi. No ale przecież policja myślała, że Tony może być chuliganem, więc wszystko w porządku.
Tony McManus wytoczył policji proces. Takie sprawy z reguły osądza ława przysięgłych. McManus i jego prawnicy byli pewni, że ławnicy dostrzegą jawną niesprawiedliwość i będą po jego stronie. Policja twierdziła jednak, że to czysto techniczno-proceduralny spór dotyczący tego, czy policja zachowała się „rozsądnie”, i dlatego decyzję powinien podjąć sędzia. Sąd przystał na tę interpretację i sprawa odbyła się bez udziału ławy przysięgłych. W jej trakcie sędzia jawnie dawał do zrozumienia, że uważa, iż policja zachowała się „rozsądnie” w rozumieniu istniejącego prawa. McManus i jego prawnicy zrozumieli, że sędzia z dużym prawdopodobieństwem orzeknie na ich niekorzyść.
Gdy firma ubezpieczeniowa, która opiekowała się sprawą McManusa, dowiedziała się, jak wygląda sytuacja, wycofała finansowanie. Tony nie mógł kontynuować sporu bez ubezpieczenia, de facto został więc zmuszony do wycofania pozwu. Najbardziej przerażający wydaje się jednak fakt, że sędzia uznał za całkowicie uzasadnione i zgodne z prawem działania policji, która podejrzewa kogoś o bycie chuliganem i odmawia mu prawa do wyjazdu za granicę jedynie z powodu towarzystwa, w jakim się obraca. Co gorsza, sędzia mógł mieć rację, co z kolei mówi nam coś bardzo niepokojącego na temat obowiązujących przepisów.
Jest wreszcie John (imię zostało zmienione). John ma 15 lat i jest fanatycznym kibicem Portsmouth. Mieszka z rodzicami i nigdy nie miał kłopotów z prawem. Pod koniec zeszłego sezonu Portsmouth zostało relegowane do czwartej ligi przed ostatnim meczem sezonu z Shrewsbury. Klub został jednak przejęty przez fundację stworzoną przez kibiców i spodziewano się na meczu rekordowej frekwencji fanów Portsmouth chcących świętować ten nowy początek.
John jechał do Shrewsbury pociągiem ze swoim kolegą i jego tatą. Kiedy przyjechali na stację, kolega z tatą poszli skorzystać z toalety. John czekając na nich kręcił się przed stacją wraz z innymi kibicami.
W pewnym momencie, bez ostrzeżenia, duży oddział policji uformował szpaler i kazał kibicom iść z nimi. John próbował wyjaśnić, że czeka na dorosłego opiekuna, ale został zignorowany. Kibice zostali zaprowadzeni do pustego klubu nocnego. Na wejściu zostali przeszukani przez kogoś, kto wyglądał na ochroniarza, po czym zamknięto ich w klubie na ok. dwie godziny, bez dostępu do picia i jedzenia. Johnowi pozwolono wyjść i kupić smażonego kurczaka, ale z powodu zagrożenia, jakie najwidoczniej stwarzał, musiał iść pod policyjną eskortą i natychmiast wrócić. Ani razu nie wyjaśniono mu, co się właściwie dzieje.
Po dwóch godzinach kibice zostali wypuszczeni, uzyskali zgodę na pójście na stadion, a John w końcu dołączył do kolegi i jego taty.
Po powrocie do domu John opowiedział rodzicom, co się stało. Ci skontaktowali się z Federacją Kibiców Piłkarskich, która z kolei skontaktowała ich z prawnikiem. Wspólnie zwrócili się do lokalnej policji i wytknęli funkcjonariuszom, że nie mają prawa traktować dzieci w taki sposób. Policja odpowiedziała, że operacja była uzasadniona, ponieważ w pociągu, którym jechał John, znajdowali się „potencjalnie niebezpieczni kibice”. Funkcjonariusze przyznali jednak, że powinni byli zwrócić uwagę na to, że John jest niepełnoletni, i zgodzili się wypłacić mu czterocyfrowe odszkodowanie.
W przypadku Johna znów mamy do czynienia z domniemaniem winy z powodu towarzystwa. Policja podejrzewała kilka osób z pociągu, więc uznała, że zamknięcie niewinnych ludzi, w tym dzieci, jest uzasadnione.
Twarda ręka dla kibiców
Federacja Kibiców Piłkarskich w ciągu ostatnich 12 miesięcy miała do czynienia z wieloma przypadkami, które sugerują istnienie dualistycznego systemu prawnego – traktującego kibiców piłkarskich inaczej niż resztę społeczeństwa. Amanda Jacks, pracownica FKP, wielokrotnie słyszała od fanów, że sami policjanci mówili im, że gdyby nie byli kibicami piłkarskimi, nie mieliby problemów. Miała do czynienia m.in. z przypadkami siedemnastolatka, który został zakuty w kajdanki i aresztowany za to, że chciał zabrać piłkę na pamiątkę; kibica, który dostał zakaz stadionowy od swojego klubu w związku ze sprawą kompletnie niezwiązaną z futbolem, w której zabrakło dowodów do postawienia go w stan oskarżenia; historie grup młodych ludzi zatrzymywanych i zmuszanych do podania swoich danych osobowych przed kamerą; kibiców, których zatrzymano w sprawach cywilnych, po czym ich dane przekazano policji, która trzyma je w archiwum. „W dosłownie każdej sprawie, przy której pomagamy, postawiony przed sądem kibic dostanie zakaz stadionowy – niezależnie od tego, co zrobił, i od tego, czy ma na swoim koncie dawniejsze przewinienia”.
W dokumencie wydanym w sierpniu 2013 r. prokuratura ogłasza, że będzie kontynuować „politykę zera tolerancji wobec wykroczeń i przestępstw związanych z piłką nożną” i że „w przypadku, gdy zgromadzone dowody uznane zostaną za wystarczające do postawienia przed sądem, stosowana będzie zasada domniemanego oskarżenia”. Ta zasada jest kluczowa, oznacza bowiem, że inne środki, takie jak ostrzeżenie czy mandat, nie są stosowane – za wszelką cenę dąży się do postawienia podejrzanych w stan oskarżenia. Jak napisano na blogu Heresy Corner „zasada domniemanego oskarżenia „nie bierze pod uwagę kwestii proporcjonalności kary [do popełnionego czynu]; wytaczanie procesu komuś, kto nie miał wcześniej problemów z prawem może złamać mu życie, nawet jeśli ostatecznie zapadnie wyrok uniewinniający”. Również blogerzy zajmujący się prawem wyrażali obawy odnośnie do decyzji prokuratury o automatycznym stawianiu w stan oskarżenia i skutków podejmowania tak poważnych kroków.
Nie twierdzimy, że kibice piłkarscy to jedyna grupa społeczna, która podlega „szczególnemu traktowaniu” i stereotypizacji. Chcemy jedynie podkreślić, że za każdym razem, kiedy władze usprawiedliwiają odejście od równości wobec prawa i powszechnie obowiązujących standardów sprawiedliwości względami bezpieczeństwa, tak naprawdę stajemy się mniej bezpieczni. Granice tego, co dopuszczalne w życiu publicznym, zostają przesunięte, a my osuwamy się w demonizację i dehumanizację naszych współobywateli.
Epilog
Skończyliśmy pisać ten artykuł na kilka dni przed derbami Merseyside na Anfield. Kibice Evertonu opowiadają, że gdy usiłowali dostać się na stadion, przy wejściu dla gości rozpętało się istne pandemonium. Dla tysiącosobowego tłumu otwarto zaledwie cztery kołowrotkowe bramki. Tłum przygniótł część kibiców do ściany budynku. Trzynastoletniemu kibicowi nastąpił na stopę policyjny koń. Materiały wideo z tych zdarzeń trafiły na portal Liverpool Echo.
Policja broniła się twierdząc, że kibice zostali poinstruowani, aby przybyć odpowiednio wcześnie, tymczasem „o 7:45 mniej niż połowa z 2700 przyjezdnych fanów była na stadionie”. Przedstawiciele służb podkreślali, że apel o wcześniejsze przybycie był szeroko rozpowszechniany z racji wprowadzonej przez klub surowszej niż zazwyczaj polityki przeszukiwania kibiców, wprowadzonej w celu niedopuszczenia do wniesienia na stadion flar i innych materiałów pirotechnicznych. Zagrożenie pirotechniką jest jednym z najnowszych argumentów służących tworzeniu opowieści o nieodłącznej groźbie, jaka łączy się z kibicami piłkarskimi […].
Na skargi kibiców dotyczące bezpieczeństwa odpowiada się, że sami są sobie winni. Gdyby chodziło o jakąkolwiek inną grupę klientów, zadawano by pytania: dlaczego władze nie miały planu, jak poradzić sobie z łatwym do przewidzenia nagromadzeniem ludzi przed bramkami albo czy priorytetem było dla nich bezpieczeństwo, czy przeszukania. Ale to byli kibice piłkarscy. Przyjechali za późno. Byli potencjalnie niebezpieczni.
Mówi się, że postrzeganie kibiców piłkarskich jako problemu, z którym należy sobie poradzić, to już przeszłość…
Tłum. Mateusz Trzeciak
Powyższy tekst pierwotnie ukazał się 17 lutego 2014 r. na łamach portalu lewicowego tygodnika „New Statesman”.
przez Karol Trammer | poniedziałek 18 maja 2015 | opinie
Niemiecka kolej rozpoczyna wielkie dogęszczanie sieci przystanków kolejowych. Koncern Deutsche Bahn przystępuje do realizacji programu budowy 350 nowych przystanków kolejowych na terenie całych Niemiec. Obecnie na niemiecką sieć stacji i przystanków kolejowych składa się około 5,4 tys. punktów. Nowe przystanki powstać mają na liniach regionalnych – głównie w pobliżu wsi i osiedli, ale również przy uczelniach, szpitalach, basenach, centrach handlowych i przy większych przedsiębiorstwach. Program rozbudowy sieci przystanków prowadzony jest pod nazwą „Stationsoffensive”.
Najpierw wytypowanych zostało ponad 2 tys. potencjalnych lokalizacji. Obecnie prowadzone są prace mające na celu wyłonienie 350 najlepiej rokujących punktów, w których powstaną nowe przystanki. W zasięgu pieszego dojścia do nich – wyliczanego maksymalnie na 1,2 km w miastach i 2,4 km na obszarach wiejskich – znajdą się aż dwa miliony mieszkańców Niemiec.
Tysiące nowych pasażerów
Program „Stationsoffensive” bazuje na dotychczasowych doświadczeniach w dogęszczaniu sieci przystanków, dzięki czemu w Niemczech udało się przyciągnąć do pociągów tysiące nowych pasażerów.
Tylko na terenie Bawarii w ciągu minionych 20 lat otwarto 60 nowych przystanków kolejowych – między innymi w tych miastach, gdzie pociągi bez zatrzymania przejeżdżały przez centrum, by zatrzymać się dopiero na dworcu leżącym nieco na uboczu. Kolej zbliżyła się do małych i średnich miast między innymi za sprawą przystanków Wilhermsdorf Mitte z 1998 r., Rödental Mitte z 2005 r., Schweinfurt Mitte z 2006 r. czy Neustadt (Aisch) Mitte z 2012 r.
Przystanki Aschaffenburg Hochschule z 2007 r. oraz Rosenheim Hochschule z 2012 r. zostały zbudowane w pobliżu uczelni, przystanek Graben (Lechfeld)-Gewerbepark zlokalizowany został w 2012 r. przy centrach logistycznych koncernu wysyłkowego Amazon i sieci spożywczej Lidl, z kolei w mieście Bad Aibling nowy przystanek – Bad Aibling Kurpark – powstał w 2009 r. tuż przy parku uzdrowiskowym.
Nowe przystanki kolejowe zbudowane zostały również na terenach wiejskich – w miejscowościach, przez które wcześniej pociągi przejeżdżały bez zatrzymania. Na przykład w 2006 r. powstał przystanek w liczącej niespełna 1 tys. mieszkańców wsi Rottershausen na północy Bawarii.
Jak wynika z danych bawarskiego resortu spraw wewnętrznych, budownictwa i transportu, na 60 przystankach, które zostały zbudowane w ciągu ostatnich 20 lat, do pociągów każdego dnia wsiada w sumie 40 tys. pasażerów.
Kolej bliżej ludzi
Pierwsze przystanki w ramach programu „Stationsoffensive” zostaną zbudowane właśnie w Bawarii. Na początku marca 2015 r. porozumienie w tej sprawie zostało zawarte między koncernem Deutsche Bahn a władzami landu.
Przystanek otrzyma między innymi miejscowość Ergolding, przez którą pociągi regionalne relacji Monachium – Passau dziś przejeżdżają bez zatrzymania. Do jedynej stacji w liczącym 42 tys. mieszkańców mieście Weiden dołączą dwie kolejne: Weiden Nord i Weiden-Rehbühl. W centrum miasta Hof zbudowany zostanie przystanek Hof Mitte. Na linii Lindau – Hergatz, która obecnie cechuje się niską dostępnością dla miejscowej ludności, nowe przystanki powstaną w czterech wsiach. – Dzięki programowi „Stationsoffensive” zbliżymy kolej do ludzi – również na obszarach wiejskich – mówi Joachim Herrmann z władz Bawarii, w której w ramach pierwszego etapu realizacji programu „Stationsoffensive” zbudowanych zostanie 20 przystanków.
Zgodnie z założeniem programu, budowa każdego przystanku ma być sfinansowana w połowie ze środków koncernu Deutsche Bahn i w połowie z budżetu landu. Dodatkowo władze landów – jako odpowiedzialne za organizację i finansowanie kolejowych połączeń regionalnych – zobowiązują się, że przez nowe przystanki pociągi będą kursowały przynajmniej raz na godzinę. Gwarantuje to nie tylko określony poziom zamówień dla przewoźników, ale również stabilność wpływów zarządcy infrastruktury z tytułu udostępniania przewoźnikom torów i dworców. Wymóg minimalnie 60-minutowej częstotliwości kursowania pociągów ponadto zapewni atrakcyjność oferty przewozowej, tak by rzeczywiście przyciągała pasażerów.
– Wyjdzie to na dobre całej kolei. Nowi pasażerowie będą korzystać nie tylko z połączeń regionalnych, ale będą też docierać do większych węzłów i tam przesiadać się do pociągów dalekobieżnych – mówi André Zeug, szef odpowiedzialnej za zarządzanie dworcami i przystankami spółki DB Station & Service. – Już rozmawiamy z kolejnymi landami na temat „Stationsoffensive”.
350 x 350
Na terenie landu Badenia-Wirtembergia, według wstępnych założeń, powstać ma 55 nowych przystanków kolejowych. – Gdy wiele osób, także żyjących poza metropoliami, uzyska wygodny dostęp do kolei, liczba pasażerów rzeczywiście może wyraźnie wzrosnąć – przewiduje Stefan Buhl, szef oddziału Związku Pasażerów Pro Bahn w Badenii-Wirtembergii.
Aż jedna trzecia przystanków w ramach programu „Stationsoffensive” powstać ma na terenie Nadrenii Północnej-Westfalii. Ogólna koncepcja mówi o sensowności wybudowania w tym landzie nawet 120 nowych przystanków kolejowych. Miejscowe władze wskazują na potrzebę dogęszczenia sieci przystanków kolejowych nie tylko w miastach silnie zurbanizowanego Zagłębia Ruhry, jak Dortmund czy Düsseldorf, ale też w mniejszych ośrodkach leżących na peryferiach: chociażby w położonym na linii Krefeld – Kleve 34-tysięcznym mieście Goch, gdzie obecnie pociągi bez zatrzymania przejeżdżają przez osiedle Pfalzdorf.
Jak zaznaczają przedstawiciele Deutsche Bahn, przy wyborze przystanków należy brać pod uwagę bardzo wiele czynników – choćby powiązanie komunikacyjne z otoczeniem, zakres koniecznych prac budowlanych, przewidywane koszty utrzymania czy wpływ nowego postoju na rozkład jazdy pociągów. O sukcesie programu „Stationsoffensive” będzie można mówić, jeśli na każdym z 350 nowo wybudowanych przystanków wsiadać do pociągów będzie 350 pasażerów na dobę.
Tekst pochodzi z dwumiesięcznika „Z Biegiem Szyn”, nr 3/77 (maj-czerwiec 2015).
przez Krzysztof Wołodźko | poniedziałek 11 maja 2015 | opinie
Kilka tygodni temu w Krakowie odbył się pokaz filmu „Niepamięć” w reżyserii Piotra Brożka oraz dyskusja nad nim. Zapowiadany jako „pierwszy dokument o pańszczyźnie”, wzbudził spore kontrowersje. „Niepamięć” nie jest właściwie filmem o pańszczyźnie ani nawet analizą jej dziedzictwa we współczesnym polskim społeczeństwie. To raczej mocno subiektywny zapis spotkania wywodzącej się ze wsi wielkomiejskiej inteligentki, Magdaleny Barteckiej, z potomkiem arystokratycznej rodziny, Franciszkiem Ledóchowskim. To zbyt mało, żeby mówić o filmie na temat pańszczyzny i jej dziedzictwa. Ale wystarczająco dużo, by zastanowić się, co właściwie pozostało we współczesnej Polsce z dość już odległej przeszłości. Znamienny jest także tytuł. Niepamięć wiąże się z brakiem wiedzy i rzeczywiście w trakcie krakowskiej dyskusji po filmie miałem wrażenie, że poruszamy się po omacku w dziedzinie niepamięci, czyli domniemań i hipotez, mniej lub bardziej udolnych prób rekonstrukcji stanu rzeczy.
W naszej współczesnej kulturze i obyczajach bardzo trudno wyraźnie rozpoznać, co jest realnym dziedzictwem wsi, a co konglomeratem bardzo wielu transformacji, przez jakie przechodziło polskie społeczeństwo w ciągu tylko ostatnich dziesięcioleci. Należałoby zresztą doprecyzować na wstępie, o jakiej wsi myślimy. Mamy w granicach Polski wsie z tak różnych regionów, jak Pomorze Zachodnie, Wielkopolska, ściana wschodnia, Galicja, świętokrzyskie. Mamy wieś na Kaszubach i na Spiszu. Historyczne różnice są tu znaczne, kwestie gospodarcze mieszają się ze strukturą etniczną czy z politycznym, społecznym i kulturowym dziedzictwem zaborów, a nawet czasów przedrozbiorowych. Ale to wszystko, co przetrwało do dziś z tego odleglejszego dystansu czasowego, jest właściwie wyłączną domeną profesjonalistów, przede wszystkim etnologów. Laik może tylko uchwycić pewne najwyrazistsze znaki odmienności, wciąż dostrzegalne czy to w języku, czy w obyczajach i artefaktach, pozostałościach tego, co jeszcze ocalało ze specyfiki wsi, która weszła w kontakt z homogenizującą siłą kultury masowej i w znacznej mierze „dostosowała” się do wzorców życia tworzonych w miastach. Na marginesie: jeśli pojedziecie dziś na „wiejski odpust”, dostaniecie tam najczęściej zabawki przywiezione z miejskich hurtowni, wyprodukowane w Chinach. Jeśli będziecie mieli szczęście, to ozdobą odpustu będzie kilka stoisk z eko-żywnością oraz z dość różnej jakości i „autentyczności” wyrobami z drewna. To jest najwymowniejszy znak tego, co się stało z kulturą wiejską/ludową w skali masowej – także na samej wsi.
Początek końca kultury wiejskiej w jej różnych historycznych odmianach to ten moment w czasach PRL, kiedy na wsi masowo pojawiły się telewizory. Kobiety przestały się spotykać wieczorami, by drzeć pierze – każdy we własnym domu oglądał kolejny odcinek Teatru Sensacji „Kobra”. Wcześniej wtopienie się wsi w wielkomiejską nowoczesność sygnalizowała ekspansja innych produktów przemysłowych: ubrań, potrzebnych w domu i zagrodzie artykułów codziennego użytku oraz sprzętu rolniczego. Na polskiej wsi znajdziecie jeszcze starych ludzi, opowiadających ze łzami w oczach o tym, jak w ich gospodarstwie pozbyto się ostatniego konia służącego do prac na roli. Było to w latach 60., 70., niekiedy jeszcze w 80. Czy tego chcemy, czy nie, dziś wiejskie rzemiosło stanowi na ogół element folkloru – wytwarzanego na potrzeby bądź to bardzo bogatego klienta, bądź na rynek masowy, dla turystów albo uczniów szkół podstawowych, którzy na wycieczce w Zakopanem kupią masowo produkowane imitacje ciupag.
Kolejną okolicznością, która przyczyniła się do zaniku wiejskiej kultury jako znaczącego zjawiska, była masowa migracja ludności wiejskiej do miast. Być może to właśnie ten, rozłożony na wiele pokoleń i wciąż niezakończony proces, był tu najistotniejszy, choć także mówienie o migracjach jako o spójnym fenomenie jest uproszczeniem. Tak naprawdę bowiem niewiele mają ze sobą wspólnego ludność chłopska z Galicji emigrująca za chlebem do Ameryki w drugiej połowie XIX w., imigranci z bieda-wsi piaszczystego Mazowsza i dzisiejsi emigranci zarobkowi, uciekający ze wsi popegeerowskiej w Wielkopolsce do Anglii, Niemiec, do rodzimych metropolii. Bardzo trudno nam też w pełni zrozumieć dziś migracje ludności wiejskiej opisane w „Ziemi obiecanej” Reymonta, gdy wegetację na głodnej i bezrobotnej wsi zamieniano masowo na robotnicze życie w łódzkich manufakturach. Tymczasem to właśnie rewolucja wielkiego przemysłu – co dobrze widać właśnie na kartach tamtej powieści – przetrąciła kark kulturze wsi – zarówno kulturze chłopstwa (biednego i bogatego), jak i kulturze panujących nad wsią i folwarkami szlacheckich/arystokratycznych dworków. Ale pal licho dworek. Skupmy się na chłopkach i chłopach, wieśniakach, którzy nie mieli do stracenia nic oprócz głodu, nie tylko na przednówku, dla których piekło fabryk, których kominy sięgały wyżej niż kościelne wieże, okazywało się atrakcyjniejsze od piekła wsi.
To jedno jest pewne. Gdy pytamy dziś, dlaczego współczesna rodzima kultura jest tak „miastocentryczna”, prawdopodobna odpowiedź może brzmieć: ta wiejska była niechciana, nie miała nic lub niewiele, co można byłoby przechowywać i kultywować po przeprowadzce do większego ośrodka. Wyrzekali się jej więc ci, którzy z niej się wywodzili, czyli masy migrujące do miast. Czym często była wieś? Harówką od wczesnego rana do nocy, brakiem higieny, błotnistymi drogami, podporządkowaniem czterem żywiołom i czterem porom roku. Miasto dawało awans, nawet jeśli był to awans problematyczny, obciążony nowymi rodzajami ryzyka. Miasto to była (i wciąż jest) edukacja, miasto to był (i znów coraz częściej się tym staje) dostęp do „reglamentowanych” dóbr cywilizacyjnych: lekarza, urzędów, instytucji kulturalnych, lepiej zaopatrzonego rynku towarów i usług itd., itp. Miasto to był dostęp do lepszego standardu mieszkaniowego. I wreszcie miasto to praca, a przynajmniej cień szansy na pracę, której tak często nie starczało na przeludnionej i małorolnej wsi.
Co można było przenieść ze wsi do miasta? Artefakty? Strój wiejski okazywał się zbędny. Przedmioty starzały się i odchodziły do lamusa. Często były zresztą ubożuchne i nie było ich wiele – widomy znak mizerii kulturowej przednowoczesnej wsi. Piosenki, klechdy, bajania? Powoli zacierały się w pamięci, wypierane przez miejską kulturę masową i jej rozrywki. Zostawała pamięć, ale i ta z czasem coraz bardziej okazywała się niepamięcią, czymś schowanym głęboko w duszy, bo nikomu już – z coraz młodszych i młodszych – niepotrzebnym. A może zostawała duma z własnej przeszłości? Ale jaka duma i z czego, skoro tamto życie było nierzadko upokarzająco smutne i ubogie? Przecież wielu z tych, co ze wsi przybywali do miasta, nie miało niemal nic własnego. Może poza religijnością, która na płótnach malarzy ukazujących Wielkanoc na wsi zawsze jest taka sama: dworek, pan i pleban, chłopki klęczące na ziemi przy święceniu pokarmów. Tak, piękne wiejskie obyczaje, tyle że były obyczajami służącymi przede wszystkim panom, a ci klęczący ludzie o spracowanych rękach, o surowych twarzach, które szybko przegryzały starość, zmęczenie i ból, byli tylko postaciami z drugiego, trzeciego planu. Te masy nie miały w zasadzie nic swojego – nawet ich kultura była „kulturą podporządkowaną”, niepodmiotową, niesuwerenną. Nic więc dziwnego, że w kolejnych pokoleniach zrzucali z siebie resztki tej wiejskości, tego „wieśniactwa”, tej „wsiowości” – nawet nie dlatego, że im tak kazano, ale dlatego, że pamięć była brzemieniem, a może wręcz głęboko schowanym resentymentem i wstydem (to właśnie widać w „Niepamięci”!), świadomością podległości nawet jeśli już nie pańszczyźnianej, to zawsze instytucjonalnej, obyczajowej, kulturowej.
Ale tu warto wprowadzić kontrargument. Polska wieś ostatnich dekad zaborów i późniejsza miała przecież swoje reprezentacje partyjne, swój ruch ludowy, swoje elity polityczne i kulturowe. Miała samoorganizację i samopomoc, wcieloną choćby w różne formy spółdzielczości. Była zatem także wieś zamożniejsza, świadoma swoich praw, harda. Niejednokrotnie antyklerykalna, choć religijna. Była wieś, która umiała korzystać z rewolucji przemysłowej dla powiększenia własnej zasobności, która z mas swojej ludności potrafiła uczynić siłę polityczną. Jednak i w jej obrębie zachodziło stopniowe obumieranie „tradycyjnej wiejskości”. Chłopki i chłopi w strojach ludowych, których widzimy jeszcze na zdjęciach z czasów II Rzeczpospolitej, nie chadzali tak przecież na co dzień, o czym wielokrotnie informowali mnie przeróżni rozmówcy. Zakładali je właśnie na specjalne okazje – tak tworzył się folklor jako specyficzna wizytówka własnego rodowodu. Niby wciąż „naturalna”, ale w jakiś sposób już odświętna, kultywowana w ramach rytuałów manifestowania własnej tożsamości/odrębności, świadomie przyjmowanej konwencji, z definicji niecodzienna.
Te procesy przebiegały coraz intensywniej i sięgały coraz głębiej, by w czasach PRL doprowadzić do niemal pełnego „umiastowienia” wsi, związanego m.in. z coraz częściej występującą dwuzawodowością, która utrzymuje się do dziś. To umiastowienie dokonywało się tym bardziej, że w ustroju centralnego sterowania wyobraźnią i aktywnością społeczną wszelka samorządność, wszelki oddolny ruch społeczny, były skrzętnie pilnowane. Szczególnie wyraziste były konsekwencje tego faktu w wymiarze politycznym: cały dawny ruch polityczny chłopstwa, bardzo różnorodny, został reglamentowany w ramach Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego. Centralizowała się także kultura ludowa, przemieniając się w „Cepelię” i ekskluzywne kramy w Sukiennicach. W dodatku wieś w czasach PRL – obok niewątpliwego skoku cywilizacyjnego – doświadczyła dwóch specyficznych form „neopańszczyzny”. Ta bardziej znana to Państwowe Gospodarstwa Rolne, ta rzadziej wspominana to ogromne kontyngenty żywności, jakie polska wieś musiała składać na rzecz miasta. Polegały one na dostarczaniu państwu w ściśle wyznaczonych terminach zboża, ziemniaków, żywca (a do 1957 r. także mleka) po znacznie zaniżonych cenach. Warto także przyjrzeć się historii powszechnych ubezpieczeń społecznych na polskiej wsi – znany nam stan rzeczy jest de facto wynikiem ustaleń, jakie wywalczyła dopiero na początku lat 80. XX w. Solidarność Rolników Indywidualnych! Do 1972 r. bezpłatna opieka zdrowotna w ogóle nie dotyczyła rolników indywidualnych i ich rodzin. Pierwsze świadczenia dla rolników pojawiły się w PRL dopiero w 1963 r., a i to w zamian za nieodpłatnie przekazane państwu przez chłopów gospodarstwa rolne. Również dopiero w 1972 r. ostatecznie zniesiono kontyngenty! To pokazuje skalę upośledzenia wsi.
Gdy nadeszła III RP wyzwaniem dla polskiej wsi stały się nowe, bardzo silne czynniki modernizacyjne, związane z transformacją. Wieś po raz kolejny doświadczyła wówczas swej podrzędności: zwłaszcza rolnicy, których część na krótką chwilę zjednoczył Andrzej Lepper, oraz wieś popegeerowska, której zrzucono z pleców jarzmo neo-pańszczyzny, w zamian dając jej nieznośną lekkość masowego bezrobocia.
Dla wszystkich wyżej wymienionych przyczyn bardzo trudno dziś zrobić film o pańszczyźnie, który rzeczywiście byłby dokumentem wprost jej poświęconym i analizującym jej skutki w perspektywie długiego trwania. Temat wymaga z pewnością więcej niż jednego dokumentu, prędzej już wielopłaszczyznowego cyklu w rodzaju poświęconego polskiej transformacji „Systemu 09”. Gdybym jednak miał zaryzykować odpowiedź na pytanie, co jest współczesnym dziedzictwem pańszczyzny, a przynajmniej jego ważnym elementem składowym, odpowiedziałbym, że jest nim kultura podporządkowania, nieumiejętność budowania własnej podmiotowości. Kultura wsi, kultura mas po-chłopskich jest de facto kulturą wyrzeczenia się samej siebie i dostosowania do cudzej logiki i wzorców. Być może jest to istotna część fenomenu, który nazywamy dziś neokolonializmem; masy wciąż potrzebują pana, nawet jeśli coraz rzadziej potrzebny im pleban. Równocześnie trwa zaciekła walka o lepsze umiejscowienie w szybko kostniejącej hierarchii ekonomiczno-kulturowej III RP – „kultura polskich menedżerów”, oparta na bezinteresownym upokarzaniu stojących niżej także może być dalekim echem pańszczyzny, rodzimej tradycji przed-nowoczesnego wyzysku. Ale to spekulacje. „Niepamięć” to dopiero punkt wyjścia dla uświadamiania sobie tożsamości mniej sielankowej niż pogodne dni Jana Onufrego Zagłoby, we wsi Burzec bawiącego dzieci Skrzetuskich. Póki co to niepamięć jest prawdziwą kulturą polskiej wsi.