Czy dać politykom z budżetu i inne sprawy referendalne

Czy dać politykom z budżetu i inne sprawy referendalne

6 września odbędzie się w naszym kraju referendum. Obywatele mają możliwość zadecydować o następujących rzeczach: czy ustalić wybory parlamentarne w oparciu o jednomandatowe okręgi wyborcze (JOW); o zakazaniu finansowania partii z budżetu; o wprowadzeniu zasady, że wątpliwości co do wykładni prawa podatkowego rozstrzygane są na korzyść podatnika.

Oto prezydent wywodzący się z partii, która pokazywała wielokrotnie brak woli zwoływania referendów mimo wyraźnych próśb obywateli, nagle, „ratując” siebie i swoje ugrupowanie przed klęską wyborczą, występuje z pomysłem referendum dotyczącego aż trzech bardzo ważnych spraw.

Na pozór przyjęcie w referendum nowych zasad ma poprawić funkcjonowanie naszego kraju – oto parlamentarzyści mają być wybierani w jednomandatowych okręgach wyborczych, a więc dzięki temu lepiej znani swoim wyborcom, nie ustawiani według partyjnych list; oto partie polityczne przestaną być finansowane z budżetu, co odciąży nas jako podatników; obywatel ma poczuć się pewniej przy składaniu oświadczeń podatkowych.

W rzeczywistości sprawa nie jest tak prosta. Przede wszystkim także w nowym systemie partie będą powoływać do wyborów w JOW-ach swoich najbardziej zaufanych członków, a wyborcy, zamiast wybierać kandydatów z długich list skonstruowanych dla poszczególnych partii, będą w praktyce często wybierać na zasadzie „mniejszego zła”. W większości krajów, gdzie dłużej funkcjonują jednomandatowe okręgi wyborcze, w „głównym” życiu politycznym istnieją tylko po dwie partie, które na przemian „dzielą się” władzą w zależności od wyników wyborów. Wprowadzenie jednomandatowych okręgów wyborczych w ordynacji do parlamentu spowoduje jedynie trwałe „zabetonowanie sceny politycznej” – mniejsze partie nie będą miały szans, by w ogóle wejść do parlamentu, nie mówiąc o zawieraniu koalicji. Pomysł ich wprowadzenia należy więc ocenić jako teoretycznie odpowiadający na społeczne oczekiwania, a w praktyce umacniający pozycję obecnie dominujących partii.

Podobnie jest z postulatem likwidacji finansowania partii z budżetu. Nie jest niczym odkrywczym, że funkcjonowanie każdej partii wymaga dysponowania znaczną ilością pieniędzy. Same składki członkowskie nie pokrywają wszystkich kosztów działalności ugrupowania. Jeśli partia cierpi na niedobór funduszy, a równocześnie mamy zakaz finansowania z budżetu, to istnieje wysokie prawdopodobieństwo, że zwróci się o dofinansowanie do potencjalnych sponsorów – najczęściej dużych firm, które są w stanie ponieść jego ciężar. Przy czym niekoniecznie muszą być to firmy pochodzenia rodzime, jako że mało jest bardzo zamożnych polskich firm. Jest wysoce prawdopodobne, że głównymi sponsorami partii politycznych będą firmy zagraniczne, co w rezultacie jeszcze bardziej może uzależnić Polskę od oczekiwań inwestorów z zagranicy. W najciemniejszym (ale prawdopodobnym) scenariuszu polscy parlamentarzyści mogą reprezentować interesy zagranicznych firm eksportujących do Polski energię – najlepszym przykładem jest chociażby rosyjski Gazprom. W ten sposób politycy nie będą działać w interesie polskiego społeczeństwa. W takiej sytuacji można będzie zapomnieć o wprowadzaniu ustaw choć trochę godzących w pozycję kapitału zagranicznego, np. dotyczących rzetelnego opodatkowania dużych sieci handlowych.

Zakaz finansowania partii z budżetu państwowego ma jeszcze jeden, być może najbardziej negatywny aspekt. Otóż podtrzyma szkodliwy dla ogółu wizerunek polityka w Polsce – osoby mało uczciwej, myślącej tylko o interesach swoich, rodziny i znajomych. W rankingach politycy zajmują wśród grup zawodowych jedne z ostatnich miejsc, jeśli chodzi o poziom zaufania społecznego. Jakby było tego mało, duża część społeczeństwa uważa ich za „złodziei” lub „darmozjadów”. Społeczeństwo nie tylko nie darzy polityków sympatią – ludzie często wręcz izolują się od polityki, traktując ją jako sferę nieczystych zagrywek. Świadczy o tym z jednej strony niska frekwencja w kolejnych wyborach, a z drugiej popieranie ruchów „antysystemowych” nawet o bardzo mało sprecyzowanym programie, jak ugrupowanie ludzi skupionych wokół Kukiza, których łączy niewiele poza chęcią „rozwalenia systemu” i dążeniem do wprowadzenia wspomnianych JOW-ów.

W takiej sytuacji zakazy finansowania partii z budżetu trafiają na podatny grunt. Coraz mniej ludzi chciałoby utrzymywać partie polityczne z pieniędzy zgromadzonych w budżecie, traktują to bowiem jako kolejny przejaw „złodziejstwa polityków”. Jednak wprowadzenie takich zakazów jedynie skomplikuje sytuację polityczną, bowiem jest to zerwanie z istniejącą w bardziej cywilizowanych społeczeństwach zasadą „płacę, więc wymagam”. Zasada ta w większości systemów demokratycznych obowiązuje także w relacjach między rządzącymi a ich przedstawicielami, w oparciu między innymi o system podatkowy. Partie finansowe ze źródeł pozabudżetowych – na przykład z pieniędzy oferowanych przez przedsiębiorstwa – raczej nie będą dbać o interesy wyborców. Nawet w przypadku przegranych wyborów członkowie takich partii mogą iść pracować do firm, które wcześniej wspierali różnymi ustawami. Prawidłowość ta nie jest typowa tylko dla krajów słabo lub średnio rozwiniętych, lecz nawet dla wysoko rozwiniętych. Co prawda w Niemczech partie są finansowane z budżetu, ale pouczającym przykładem może tu być osoba Gerharda Schroedera, który jako kanclerz Niemiec doprowadził do budowy Gazociągu Północnego, a po przegranych wyborach otrzymał wysokie stanowisko w Gazpromie. Nie tylko z perspektywy Niemiec, ale nawet z punktu widzenia obywateli „republiki bananowej” można takie postępowanie uznać za oburzające.

Zakaz finansowania partii z budżetu prowadzi do coraz silniejszego przenikania się polityki i biznesu. Bardziej rozpowszechniona może stać się chociażby korupcja, ponieważ desperacko poszukujące środków partie polityczne czy poszczególni politycy mogą bezprawnie „ułatwiać” wielu firmom prowadzenie działalności gospodarczej w zamian za pomoc finansową. Kto będzie przystępować do takich ugrupowań, które swoją działalność rozpoczynają od przekrętów, chyba nawet nie warto wspominać.

W przypadku Polski wprowadzenie ustawy o zakazie finansowania partii może oznaczać wręcz „oligarchizację”, lub „feudalizację” systemu politycznego. Pojęcie „feudalizacji” może być o tyle na miejscu, że w dawnej feudalnej Rzeczypospolitej też funkcjonowała demokracja, ale była to demokracja reprezentująca wyłącznie szlachtę, czyli ludzi o określonym statusie majątkowym. Również we współczesnej Polsce może dojść do tego, że znaczna część społeczeństwa – drobni rolnicy, pracownicy najemni, część inteligencji – może nie mieć reprezentacji politycznej, bo po prostu nie będzie jej stać, by z własnych środków „utrzymywać” jakąkolwiek partię.

Nietrudno sobie wyobrazić, że po wprowadzeniu proponowanych rozwiązań będziemy mieć do czynienia z rządami następujących partii: liberałów wspierających kapitał zagraniczny (w oparciu o stosunki chociażby z innymi krajami Unii Europejskiej lub z Rosją) oraz konserwatystów reprezentujących część bogatych przedsiębiorców krajowych. W takim kraju nie będzie raczej miejsca na inne ugrupowania, chyba że swoją działalność rozpoczną od wspierania jeszcze innych bogatych właścicieli lub wielkich przedsiębiorców. Można będzie natomiast zapomnieć o jakichkolwiek partiach o programie bardziej prospołecznym, reprezentujących interesy pracowników fizycznych i najemnych, drobnych rolników, mniej zamożną część inteligencji.

Innym scenariuszem, który może zagrozić Polsce po wprowadzeniu zakazów finansowania ugrupowań politycznych jest „oligarchizacja”, znana zwłaszcza z Rosji – gdzie sprawujący silną władzę prezydent (lub premier) kontroluje znaczną część krajowego biznesu, natomiast zamożni właściciele bogatych firm, którzy mogą wspierać konkurentów, są eliminowani poprzez fabrykowanie nieprawdziwych zarzutów. Jednak w przypadku Polski, ze względu na członkostwo w Unii Europejskiej, gdzie obowiązują demokratyczne reguły, bardziej prawdopodobny staje się scenariusz „feudalizacji” aniżeli „oligarchizacji”, zwłaszcza w wersji rosyjskiej.

Dodać należy, że w prezentowanym systemie finansowania partii spoza budżetu rację bytu stracą nie tylko partie o programach bardziej lewicowych (lub nawet centrolewicowych), lecz także partie reprezentujące ugrupowania ekologiczne (Zieloni), a także ugrupowania broniące praw mniejszości (zarówno narodowych, religijnych, jak i seksualnych). Trudno bowiem oczekiwać, aby partie reprezentujące interesy wielkiego biznesu brały z jakichś powodów pod uwagę interesy jakichkolwiek grup będących w mniejszości.

Społeczeństwo, broniąc się przed finansowaniem partii z budżetu, pozbawi się wpływu na własne losy. Czy warto oszczędzać na finansowaniu partii, jeśli w efekcie zaniknie kontrola społeczeństwa nad rządzącymi? Dodać trzeba, że również przyszłość Polski nie będzie się wówczas rysować różowo. Partie reprezentujące jedynie właścicieli oraz przedsiębiorców (niekoniecznie polskich) nie będą dbać o losy kraju, lecz działać prawdopodobnie jedynie w myśl zasady „tu i teraz”. Nie będą więc prowadzić żadnych dalekowzrocznych działań, aby za ileś lat Polska była lepszym miejscem do życia; chyba, że akurat te działania przyniosą w przyszłości wymierne korzyści wielkim przedsiębiorcom – choć niekoniecznie ich pracownikom.

Jeśli mimo wszystko Polska będzie się nadal rozwijać (chociażby dzięki pieniądzom unijnym), to może być to rozwój bardzo nierównomierny – przy planowaniu inwestycji mogą być brane pod uwagę jedynie te regiony, gdzie inwestorzy i właściciele reprezentowani w parlamencie mają swoje zakłady. Na przykład inwestor reprezentowany w parlamencie, a posiadający fabryki tylko na Śląsku lub w Wielkopolsce, będzie brał pod uwagę rozbudowę infrastruktury (autostrad, dróg ekspresowych, zmodernizowanych linii kolejowych) tylko w wymienionych regionach. Przy takim trybie rozwoju dojdzie do jeszcze ostrzejszych podziałów na „Polskę A” i „Polskę B”. Będzie więc można wówczas zapomnieć o takich długofalowych działaniach, jak inwestycje w edukację, ochronę zdrowia, badania naukowe czy ochronę środowiska. Nie wspominając o prospołecznych inicjatywach: dłuższych urlopach, podwyższeniu płacy minimalnej czy ulgach podatkowych dla rodzin wielodzietnych.

Którego z wielkich właścicieli będzie interesować los społeczeństwa polskiego? Przecież nawet jeśli w Polsce dojdzie do jeszcze głębszego kryzysu demograficznego w wyniku emigracji młodzieży i starzenia się społeczeństwa, to część przedsiębiorców przeniesie produkcję do krajów, gdzie sytuacja demograficzna jest lepsza.

System finansowania partii politycznych z budżetu to swoisty „bezpiecznik”, mający służyć temu, aby partie nie były zbyt uzależnione od wielkiego biznesu, który może wpływać na kształt ustaw w parlamencie.

Ponieważ społeczeństwo polskie najczęściej ocenia polityków negatywnie, wysoce prawdopodobny jest czarny scenariusz – w efekcie odcięcia partii od finansowania z budżetu dojdzie do eliminacji ugrupowań politycznych, które dbają o interesy większej części społeczeństwa. Pozostaną wyłącznie ugrupowania reprezentujące silniejszy biznes, któremu niekoniecznie będzie zależeć na rozwoju kraju.

Podsumowując, podczas najbliższego referendum warto sobie zadać pytanie: jakiej Polski chcemy? Czy Polski, gdzie posłowie i senatorowie starają się dbać o interesy wszystkich grup społecznych, a rozwój naszego kraju jest planowany w sposób dalekowzroczny i jak najbardziej równomierny? W takiej Polsce partie powinny być finansowane z budżetu. A może chcemy Polski nieco tańszej, za to rozwijającej się nierównomiernie, w oparciu o interesy wielkiego biznesu? Czy chcemy żyć we względnie taniej „republice bananowej” w środku Europy, pozbawionej własnej polityki wewnętrznej i zagranicznej oraz możliwości trwałego rozwoju? Czy wolimy choćby niewielką część budżetu przeznaczyć na to, aby podjęte decyzje służyły dobru wspólnemu?

Wybór należy do nas, obywateli – warto się nad tym zastanowić, zanim dnia 6 września wrzucimy kartkę do urny.

Mamuna nie mieszka w lesie (albo o potrzebie ochrony czeremchy)

Mamuna nie mieszka w lesie (albo o potrzebie ochrony czeremchy)

7 sierpnia w wieku 69 lat zmarł dr Janusz Korbel. Był architektem, prekursorem w Polsce uwzględniania wątków ekologicznych w architekturze, urbanistyce i planowaniu przestrzennym. Przez wiele lat był działaczem ekologicznym i współtwórcą wielu inicjatyw na rzecz ochrony przyrody. Założył organizację Pracownia na rzecz Wszystkich Istot, która organizowała wiele odważnych kampanii w celu ochrony polskiego dziedzictwa przyrodniczego, m.in. na rzecz objęcia całej polskiej części Puszczy Białowieskiej parkiem narodowym i jej skutecznej ochrony przed wycinką drzew i eksploatacją przez leśników. Był także twórcą i pierwszym redaktorem naczelnym pisma „Dzikie Życie”. W latach 2000-2003 był stałym współpracownikiem i felietonistą „Obywatela”. Żegnamy Go ze smutkiem i przypominamy jeden z tekstów napisanych dla naszego czasopisma, opublikowany w numerze 4 w roku 2001.

Autorem tego zdjęcia jest Janusz Korbel. Wykonał je jesienią 2000 r. w Bielsku-Białej, a przedstawia ono redaktora naczelnego

Autorem tego zdjęcia jest Janusz Korbel. Wykonał je jesienią 2000 r. w Bielsku-Białej, a przedstawia ono redaktora naczelnego „Obywatela” przeglądającego próbne wydruki pierwszego numeru naszego czasopisma.

***

Jacek Podsiadło napisał w swoim felietonie w „Przekroju”, że wysokonakładowa prasa codzienna i kolorowe magazyny służą dziś Mamonie i… czasami chcą służyć Bogu. Czyli, że wśród reklam papierosów i Dwóch Światów można się też doszukać, jeśli jest się dociekliwym, nutek krytyki tej mamoniej cywilizacji. Oczywiście krytyka, jeśli się pojawi, nigdy nie jest eksponowana tak bardzo, jak całostronicowe obrazki kowboja, który żyje szczęśliwie tylko dzięki nieodłącznym papierosom lub pięknych, seksownych osobników, głównie płci żeńskiej – takich szczęśliwych dzięki nowemu, superszybkiemu samochodowi podnoszącemu poziom adrenaliny. Ale gdzieś, w szarych strefach tych samych czasopism czytelnik znajdzie czasami apel o rzucenie palenia, picia lub życie mądre zamiast komfortowego i powierzchownego. Cóż za schizofrenia!

Mamuna już nie mieszka tu

Ponieważ Mamona to boginka znana Słowianom od lat pod imieniem Mamuna, i w dodatku, podobno, mieszkanka lasów, sięgnąłem do nieocenionej książki Czesława Białczyńskiego o stworzach i zduszach. W lesie, gdzie często bywam, Mamuny nigdy nie spotkałem, chyba że był to las gospodarczy, zagospodarowany przez Lasy Państwowe, według zasad „ekologicznych”, więc pomoc literatury fachowej była niezbędna. Z książki dowiedziałem się, że Mamuny mają wygląd młodych kobiet o bardzo dużych piersiach (mam nadzieję, że feministki wybaczą mi ten patriarchalny punkt widzenia ciała kobiety). Smak mleka z tych piersi jest odurzający. Wypicie jego powoduje, że człowiek, wcześniej szczęśliwy, zaczyna żyć życiem koszmaru nienasycenia.

Moja teoria jest taka, że Mamuny już dawno wyniosły się z lasu przegnane przez jego prawowitych mieszkańców. Dzisiaj mieszkają w miastach i można je spotkać nie tyle na bezdrożach i rozstajach, co w miejskich lokalach, gdzie schodzą się wieczorami w poszukiwaniu nasycenia. Jak w dawnych czasach, tak i dzisiaj psy nie reagują szczekaniem na ich kroki, czasami Mamuny spełniają życzenia gości lub umawiają się z nimi zmuszając do spijania mleka. Nadmiar mleka w ich szpiczastych piersiach jest problemem Mamun. Według Białczyńskiego, czasami same spijają nadmiar mleka od siebie nawzajem. Tańczą nocą jak inne boginki, bywają oczarowane muzyką, a gdy szczytują z uwiedzionym młodzieńcem, ich mleko wzbiera i spite pożądliwie daje wielką energię posiadania rzeczy, jakich osiągnąć ów młodzieniec nigdy nie będzie mógł, bo musiałby wyciąć wszystkie lasy, przegrodzić tamami wszystkie rzeki i przepędzić wszystkich wieszczów, guślarzy i wróżki. Zwierzęta nawiedzane przez te boginie wyją okropnie bez żadnego powodu.

Potomstwo cokolwiek zwyrodniałe

Ich dzieci są grube, o mocnej budowie. Zostają dyrektorami multikorporacji i klientami najdroższych hoteli, albo zajmują się biznesplanami dla Lasów Państwowych, w wolnych chwilach polując w wydzielonych obwodach łowieckich. Czasami przeradzają się w kompletnych głupków, nieciekawych świata, lubiących polegiwać i oglądać seriale lub grać w gry komputerowe. Ich środowiskiem jest luksus, a szczytem szczęścia powodzenie wśród Mamun i otaczanie się zbytkiem. Zwalczając ociężałość będącą wynikiem samochodowo-biurowo-telewizyjno-kawiarnianego trybu życia są częstymi gośćmi fitness clubów i siłowni w piwnicach swoich rezydencji.

Przed Mamunami chroni tylko czeremcha. Czeremcha to ukraińska nazwa drzewa, które w dawnej Polsce nazywano niezbyt pięknie, choć adekwatnie (już wtedy wiedziano, co ma zwalczać) korcipą lub korciupą. Jej kwiaty mają odurzający zapach. Czeremcha jest jednak niedocenianym drzewem. Występuje na podmokłych olsach i łęgach, w górach przy potokach. Jej czarne owoce są przysmakiem wielu ptaków. Wielu postępowych ludzi, a także leśnicy nie lubią jednak czeremchy. Ni to drzewo, ni to krzak – po prostu chwast! Nie wiedzą, że czeremcha chroni przed Mamunami.

Czeremcha kontra postęp

Leśnicy, nie wycinajcie czeremchy! – bo gdy jej zabraknie wówczas nic nie uchroni nas przed Mamuną, a kiedy Mamuna uwiedzie was swoimi szpiczastymi piersiami, napoi mlekiem atrakcyjnych pożyczek i kredytów, oczaruje nowoczesnym sprzętem do wycinania lasu i nowoczesnymi autami, wówczas nic was nie powstrzyma przed grzebaniem w najpiękniejszych drzewostanach, a mówienie o „ekologizacji leśnictwa” będzie jak służenie Bogu (w specjalnym dodatku) przez pewną popularną gazetę zapełnioną reklamami diabła.

Janusz Korbel

O korzyściach z wykształcenia

O korzyściach z wykształcenia

Szkoła oraz wykształcenie uległy w XX wieku kilku znaczącym przemianom. Przez długi okres wykształcenie wyższe było przeznaczone tylko dla garstki uprzywilejowanych osób i miało charakter elitarny – tak było w Europie aż do II wojny światowej. Dopiero po niej w szeregu państw doszło do gwałtownej fali demokratyzacji wykształcenia, która poszerzyła grupę absolwentów o przedstawicieli nie tylko średnich, lecz także niższych warstw społecznych.

Dotkliwym skutkiem demokratyzacji (a pod pewnym względem wręcz umasowienia) szkolnictwa wyższego stała się swoista inflacja dyplomów oraz obniżenie praktycznego znaczenia wykształcenia. Wymogiem stały się coraz dłuższe studia, które kończono po to, by móc wykonywać pracę, jaką jeszcze w poprzednim pokoleniu można było zdobyć także z wykształceniem niższym niż uniwersyteckie.

Nas to dopiero czeka, lecz w krajach najbardziej gospodarczo rozwiniętych już od lat 70. XX wieku szkoła przestała odgrywać rolę biletu do windy, która wywoziła poprzednie pokolenia na coraz wyższe piętra drabiny społecznej. Przeciwnie, często podjęcie studiów sprawiało jedynie wrażenie wymuszonej strategii, swoistej polisy ubezpieczeniowej mającej zapobiec zejściu przez młodą osobę poniżej poziomu jakości życia jej rodziców.

Dlaczego tak bardzo propagujemy społeczeństwo wiedzy, skoro szkoła już dawno nie jest jej świątynią? Co więcej, traci ona funkcję windy umożliwiającej awans społeczny, a w krajach z największą liczbą studentów często nie pełni nawet roli ubezpieczenia dochodów i pozycji osiągniętej przez poprzednie pokolenie.

Jeśli za austriackim filozofem Konradem Paulem Liessmannem przyjrzymy się ewolucji europejskich uniwersytetów, odkryjemy, że na pierwszy rzut oka nie ma ona żadnego sensu. Doszło bowiem do takiego umasowienia studiów wyższych, że obecna jakość kształcenia na uczelniach niejednokrotnie znalazła się poniżej poziomu nauczania w niegdysiejszych liceach.

Wyraźną rolę w tym niefortunnym procesie odegrało rozbicie studiów na stopień licencjacki i magisterski. Wprowadzenie studiów licencjackich wprawdzie zwiększyło przepływ studentów przez uczelnie, lecz za bardzo wysoką cenę. Liessmann stwierdza, że osoby kończące studia licencjackie są właściwie absolwentami, którzy nie do końca je skończyli.

Zwiększenie podaży studentów na uczelniach prowadzi do obniżenia poziomu nauczania. Nauczyciele są przeciążeni kształceniem tych, o których z góry zakładają, że ostatecznie i tak nie będą pracowali w studiowanym zawodzie, a tym bardziej nie podejmą działalności naukowej. Czas wolny, pozostały po tak beznadziejnej pracy, wykładowcy muszą przeznaczyć na pracę biurową, której przybywa z każdym kolejnym programem komputerowym mającym ją rzekomo ułatwić. Resztę czasu poświęcają na pozyskiwanie funduszy, czyli pisanie nowych projektów i wniosków o granty. Wciąż muszą więc wybierać pomiędzy tematami, którymi chcieliby się zająć w ramach własnej specjalności i które uznają za użyteczne i budujące, a tematami, które uznają za przydatne przy pozyskiwaniu niezbędnych środków finansowych.

Muszą też dokładać coraz większych starań, ponieważ są oceniani na podstawie kryteriów powiązanych nie tyle z nauką, co z „chodliwością” uczelni. Liessmann stwierdza, że współcześnie do kariery profesora o wiele bardziej nadaje się średnio obyty księgowy niż prawdziwy naukowiec, a co dopiero filozof. Zwraca uwagę na karierę akademicką Kanta i pokazuje, że we współczesnym świecie akademickim taki dziwak nie miałby szans, ucieleśniał bowiem wszystko to, co jest solą w oku uniwersyteckich menedżerów ds. jakości.

Wraz z postępującą degradacją uniwersytetów zarysowywane są plany stworzenia kilku wyjątkowych placówek akademickich w każdym kraju. Projekt elitarnych uczelni zawiera wszystko to, czego pozbawiono uniwersytety. Ma na nich studiować tylko ograniczona liczba studentów. Prowadzący zajęcia, minimalnie obciążeni obowiązkami dydaktycznymi i całkowicie zwolnieni z obowiązków administracyjnych i pozyskiwania funduszy, w pełni poświęcą się badaniom i prowadzeniu talentów. Rezultat wygląda z pozoru absurdalnie: Przywileju uzyskania solidnego naukowego wykształcenia ostatecznie dostąpi trzy czy cztery procent studiujących, którzy przed reformami studiowali na wówczas jeszcze funkcjonujących uniwersytetach – podsumowuje Liessmann.

Łatwo wykazać, że to, co na pierwszy rzut oka wygląda jak doskonały spektakl teatru absurdu, ma w rzeczywistości podwójny sens. Obecnie wykształcenie nie ma już pełnić swej pierwotnej roli emancypowania poprzez wiedzę. Znaleziono dla niego bardziej lukratywne zastosowanie. Z jednej strony ma stanowić źródło niemałych zysków dla elity majątkowej, z drugiej strony – być instrumentem nadzoru i kontroli nad resztą społeczeństwa.

Niewątpliwie daje się więc zauważyć postęp. W przeszłości do kontroli i nadzoru nad społeczeństwem zawsze wykorzystywano niewiedzę. Obecnie po raz pierwszy takim narzędziem ma stać się wiedza. Właśnie to stanowi rzeczywistą treść pojęcia społeczeństwo wiedzy.

Z coraz obfitszych przepływów studentów przez uczelnie największe profity będą czerpać ci, którzy sfinansują ich studia za pomocą pożyczek. Nakładany na każdą osobę obowiązek kształcenia się otwiera bankom, funduszom i innym instytucjom finansowym szanse porównywalne do tych, które przed prywatnymi funduszami ubezpieczeń zdrowotnych otworzyły się „dzięki” niebezpieczeństwu zachorowania, albo przed funduszami emerytalnymi „dzięki” procesowi starzenia się społeczeństwa. Płacenie za własne wykształcenie staje się w społeczeństwie wiedzy taką samą naturalną koniecznością, jak odkładanie pieniędzy na wypadek choroby czy na okres starości.

Konieczność podjęcia studiów, która dla jednych oznacza przymus zaciągnięcia pożyczki na studia, dla innych stanowi wyjątkową okazję wzbogacenia się na nowym polu pogoni za rentą. Przez „pogoń za rentą” najogólniej rozumie się zdolność jednostek albo grupy osób do czerpania zysków przez wykorzystywanie możliwości, które powstają dzięki decyzjom podjętym na poziomie państwowym w dziedzinie polityki publicznej i faworyzują jednych kosztem innych.

Możliwość prowadzenia dochodowego biznesu w sytuacjach, gdy państwo wskazuje na konieczność podjęcia ubezpieczenia w takim czy owym funduszu można uznać za swego rodzaju wyższe stadium pogoni za rentą. Umożliwia bowiem podmiotom prywatnym ciągnięcie zysków z obszaru, w którym pozostali muszą płacić regularne składki. Jeśli niewidzialna ręka rynku opatrzona jest okrągłą pieczęcią władzy państwowej, pieniądze płyną wartkim strumieniem. Właśnie dlatego jesteśmy dzień w dzień przekonywani o tym, że państwo jest najgorszym gospodarzem, natomiast prywatne fundusze za nieznaczną opłatą otoczą nas komfortem.

Oprócz tego, że mechanizmy tzw. społeczeństwa wiedzy umożliwiają elicie posiadającej majątek i władzę otwarcie nowego obszaru pogoni za rentą, dają jej zarazem skuteczne instrumenty do zarządzania i kontroli nad społeczeństwem.

Doniosłość wykształcenia nie jest bynajmniej społecznie uniwersalna. Dla każdego oznacza ono coś trochę innego. Członkowie elity majątkowej w krajach najbardziej rozwiniętych gospodarczo są na tyle materialnie zabezpieczeni, że nie potrzebują wykształcenia koniecznego do wykonywania zawodu. Studia jednakże stanowią dla nich dobrą okazję do rozszerzenia sieci kontaktów, które z determinacją budują w wymiarze ponadnarodowym. Ich właśnie najbardziej dotyczy konstatacja amerykańskiego ekonomisty Roberta Reicha: Prawdę mówiąc, rzeczywista wartość wyższego wykształcenia dla twego przyszłego życia zawodowego ma znacznie mniejszy związek z tym, czego się nauczyłeś, niż z tym, kogo spotkałeś. Stąd potomkowie elit korzystają z możliwości studiowania na najbardziej prestiżowych uniwersytetach świata, o których Reich mówi: Na wyższą wartość kształcenia na najstarszych i najbardziej szacowanych uniwersytetach składa się raczej jakość zdobytych kontaktów niż majestatyczność bibliotek lub inteligencja kadry profesorskiej.

Inaczej rzecz wygląda w przypadku warstw średnich, którym wykształcenie pozwala karmić się iluzją o wyjątkowości ich pozycji społecznej. Utrwala w nich złudzenie, że samym tylko wysiłkiem i bez majątkowego zabezpieczenia można przedrzeć się do elity ekonomicznej i majątkowej. Im bardziej to wyobrażenie staje się chimeryczne, tym bardziej jest pielęgnowane. Umożliwia bowiem górnym warstwom społecznym urabianie opinii, że ich własne położenie jest wynikiem włożonego wysiłku, a zarazem wyznacza ostrą granicę pomiędzy warstwami średnimi a niższymi. Wykształcenie daje członkom najemnych warstw średnich poczucie uprzywilejowania w stosunku do tych, którzy wykształcenia nie posiadają. Tym łatwiej potem zapominają, że sami są w pozycji pracowników najemnych.

Teoria społeczeństwa wiedzy wcale bowiem nie głosi, że wykształcenie samo przez się posiada jakąś wartość. Zapewnia jedynie warstwy średnie, że z wykształceniem będzie można sprzedać się na rynku pracy łatwiej, niż gdyby go nie posiadały. Sięgnijmy ponownie do Reicha: Kiedyś obowiązywała zasada, że najgorsze, co można było o kimś powiedzieć to to, że się sprzedał. Dziś najgorsze, co można o kimś powiedzieć, to to, że jest nie do sprzedania.

Dolnym, mniej wykwalifikowanym warstwom społecznym ideologia społeczeństwa wiedzy sugeruje, że same są winne swego losu. Nie nabyły wystarczającego wykształcenia! Tymczasowe lub trwałe wykluczenie całych grup społecznych z rynku pracy, będące wynikiem nowych form wyceny kapitału, przedstawia się jako osobistą klęskę życiową tych, którzy stali się ofiarami gwałtownych zmian w dynamice rynku.

Możemy zatem powrócić do wyjściowej alegorii świątyni, windy i ubezpieczalni. W czasach, gdy szkoła funkcjonowała jak świątynia, jej absolwenci tworzyli uprzywilejowaną grupę, która posiadała daleko idący immunitet wobec naporu rynku pracy oraz korzystała z całego szeregu przywilejów tylko dzięki swym tytułom akademickim. Na etapie windy masowe naśladowanie tej dawniej skutecznej strategii doprowadziło do mylnego oczekiwania, że uprzywilejowanie dzięki osiągniętemu stopniowi wykształcenia wywinduje na poziom wybrańców praktycznie całość warstw średnich.

Kiedy ta iluzja przeminęła, członkom średnich warstw społecznych pozostała jedynie nadzieja, że wykształcenie będzie w stanie zabezpieczyć ich przynajmniej w sposób indywidualny. Ta nowa fałszywa nadzieja stawia ich wykształconych członków w opozycji nie tylko do mniej wykwalifikowanych przedstawicieli warstw niższych, lecz gna ich także do wzajemnej konkurencji zarówno pomiędzy poszczególnymi profesjami, jak i wewnątrz nich.

Taka sytuacja umożliwia kontrolującym system edukacji nie tylko czerpanie korzyści na nowym polu pogoni za rentą, ale także wykorzystywanie wykształcenia jako instrumentu dzielenia reszty społeczeństwa i kontroli jego poszczególnych części. Również dlatego – i bynajmniej nie tylko w imię konkurencyjności gospodarki – o konieczności budowania społeczeństwa wiedzy będziemy słyszeć coraz częściej.

Jan Keller
Tłum. Krzysztof Kołek

Tekst pierwotnie ukazał się w czeskim magazynie literackim „Salon”. Przedruk za zgodą autora.

Przeciw hegemonii i komiksowi – o polskiej polityce historycznej

Na pytanie o to, jak powinna wyglądać polska polityka historyczna, odpowiem: powinna nie być hegemoniczna i nie przypominać komiksu. Czy to realne, to zupełnie inna kwestia.

Podstawowy problem z narracją o przeszłości w Polsce dotyczy w moim odczuciu jej zbytniego uwikłania w teraźniejszość. Inaczej mówiąc, polityka historyczna w zbytniej mierze jest polityką. Instrumentalizacja narracji o przeszłości nie jest oczywiście niczym nowym – niemodni dzisiaj myśliciele zauważyli w „Manifeście komunistycznym”, że „Ideami panującymi każdego okresu były zawsze tylko idee klasy panującej”. Klasy panujące zaś doskonale wiedzą to, co wyraża zgrany do cna w takich dyskusjach cytat z „Roku 1984”: „Kto rządzi przeszłością, w tego rękach jest przyszłość”. Wiedzieli to władcy poprzedniego ustroju, wydający w milionach egzemplarzy „ideowo słuszne” wykładnie dziejów i cenzurujący czy choćby tylko marginalizujący i opatrujący „stosownym” komentarzem edycje tekstów z czasów jeszcze wcześniejszych. Wiedzą to także władcy obecni – z tą różnicą, że cenzury już nie ma, więc hegemonia musi być kształtowana bardziej subtelnymi metodami.

Nakłada się na to jeszcze jeden, oczywisty w swych przyczynach, proces. Jest nim popeerelowska synteza neofityzmu oraz dążenia do rozpoznania i opisania tematów, wątków i zjawisk niegdyś wprost zakazanych lub tylko źle widzianych w debacie naukowej i opiniotwórczej. Stara prawda, że zakazany owoc smakuje najlepiej, przekłada się na postawy badaczy i popularyzatorów przeszłości jeszcze wiele lat po tym, gdy zakazy zostały zniesione. Bowiem to, co początkowo jest odważne i odkrywcze, z czasem staje się, po umasowieniu zjawiska – modą, głównym nurtem czy wręcz konformizmem.

W efekcie polska polityka historyczna jest w swej istocie prawicowa. Tu należy poczynić zastrzeżenie, że terminu „prawica” używam nie tyle w powszechnym w dzisiejszej Polsce jego skojarzeniu partyjno-środowiskowym, ile tak, jak definiowały to klasyczne idee lewicowe – jako wyraz interesów warstw posiadających. Drugie zastrzeżenie, znów idące wbrew popularnym opiniom, dotyczy rozróżnienia między prawicowością a antykomunizmem, bo dzisiejszy antykomunizm jest de facto antylewicowością, zwalczaniem czy przemilczaniem także takich postaw i wartości lewicowych, które z komunizmem nie miały wiele wspólnego, a wręcz pozostawały z nim w sporze.

Konspiracja z czasów II wojny światowej jest dziś opowiadana głównie przez pryzmat walki z okupantem, z pominięciem czy marginalizowaniem takiego jej aspektu ideowo-programowego, jakim był dystans wobec realiów ustrojowych i gospodarczych II RP, a przecież główne dokumenty programowe Polski Podziemnej zapowiadały na okres powojenny daleko posunięte reformy prospołeczne w duchu bliskim zachodnim koncepcjom „państwa opiekuńczego”, i dotyczyło to także formacji dalekich od politycznego radykalizmu. Siły zbrojne podziemia antyhitlerowskiego to w tej narracji zwarta masa, bez ideowych podziałów, i w zasadzie poza środowiskiem naukowym i garstką pasjonatów-amatorów mało kto wie, że znaczącą „frakcją” Polski Podziemnej była m.in. Gwardia Ludowa PPS-WRN, a gdy mowa o Batalionach Chłopskich – które trudniej przemilczeć, gdyż wiadomo o nich więcej, bo historiografia z czasów PRL nie obeszła się tak okrutnie z tym nurtem – to niewiele mówi się o ideowopolitycznym obliczu tej formacji, które wedle dzisiejszych standardów i frazesów polskiej debaty publicznej byłoby wręcz „lewackie” w wymiarze społeczno-gospodarczym. W swoistej modzie na pamięć o Powstaniu Warszawskim w zasadzie nie ma miejsca na wskazanie, że znaczną część jego sił bojowych stanowili socjaliści – ba, gdyby na serio potraktować „subkulturową” otoczkę owej mody, należałoby dojść do wniosku, że oto nagle obóz narodowy porzucił zwyczajowo niechętne wobec „insurekcjonizmu” stanowisko i rzucił się w „szaleńczy, wariacki zryw”, zapominając o „realnej polityce” i „ostrożnym szafowaniu polską krwią”. To samo dotyczy także okresu powojennego. Niezliczonej ilości wywodów o „żołnierzach wyklętych” – w których przypadku zwykle też tworzony jest mit zawsze „bogoojczyźnianego” czy „tradycjonalistycznego” oblicza takich formacji – towarzyszy znikoma ilość informacji, publikacji czy inicjatyw edukacyjnych na tematy takie, jak choćby motywowany ideami emancypacyjnymi opór przeciwko postępującej komunizacji ze strony środowisk robotniczo-socjalistycznych w pierwszych latach nowego ustroju. Nie ma chyba nikogo, kto nie słyszałby o „wyklętych”, ale niewiele osób miało okazję usłyszeć o tym, jak wyglądała np. rozprawa z Polską Partią Socjalistyczną – zarówno z jej nurtem całkowicie odrzucającym sowietyzację, a symbolizowanym przez Kazimierza Pużaka i Zygmunta Zarembę, jak i z tym, który w swej naiwnej wierze w możliwość choć częściowego pluralizmu politycznego zdecydował się na działania jawne.

To samo dotyczy także wydarzeń mniej odległych w czasie. W przekazach o wystąpieniach społecznych przeciwko „komunie” coraz mniej miejsca zajmuje ich robotniczy charakter, a przede wszystkim hasła socjalne, demokratyczne i postępowe – w wypreparowanym obrazie tych zjawisk pozostają głównie wątki niepodległościowe, antysowieckie i religijne. A jeśli już cokolwiek mówi się o kwestiach społeczno-gospodarczych, to jedynie tak, żeby wskazać na oczywistą niewydolność PRL-owskiej gospodarki, niekoniecznie zaś pracownicze dążenia do jej zreformowania w duchu efektywnym, ale i egalitarnym, zwiększającym „socjal” czy domagającym się urzeczywistnienia tego, co partia „robotnicza” wypisała na swoich sztandarach i w enuncjacjach ideowych, czyli pracowniczej kontroli nad środkami produkcji. Do rzadkości należą publikacje poświęcone np. ruchowi rad pracowniczych z okresu Października ’56 i tego, jak owe zalążki realnej „władzy robotników” zostały stłumione przez reżim Gomułki; niewiele przeczytamy czy usłyszymy o tym, że jednym z ważnych postulatów „Solidarności” w okresie jej rozkwitu była samorządność pracownicza, nie zaś wolny rynek w wersji anglosaskiej. Ile razy przeciętny odbiorca medialnych, naukowych czy publicznych przekazów o opozycji wobec PRL mógł się dowiedzieć, że trzon „starego KOR-u” to głównie osoby o korzeniach PPS-owskich czy postępowych? Ile razy pisano/mówiono o tym, że Deklaracja Komitetu Założycielskiego Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża wprost odwołuje się do tradycji lewicowych? A przecież pisano w niej: „Dziś, w przededniu 1 maja, święta od ponad 80-ciu lat symbolizującego walkę o prawa robotnicze, powołujemy Komitet Założycielski Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża. Celem Wolnych Związków Zawodowych jest organizacja obrony interesów ekonomicznych, prawnych i humanitarnych pracowników”.

Taka wersja polityki historycznej jest oczywiście odzwierciedleniem politycznego układu sił, ale również wspiera i petryfikuje ten układ. Prawicowa, a nie, jak wspomniałem, antykomunistyczna – bo pomijająca rolę lewicowo-postępowych inicjatyw krytycznych wobec PRL i komunizmu – hegemonia jest pochodną m.in. braku znaczących ugrupowań politycznych odwołujących się do socjalizmu niepodległościowego, a także tego, że w III RP lewicowość skojarzono z formacjami postkomunistycznymi (przyczyny tych zjawisk to temat na osobny tekst). Te zresztą dołożyły starań, żeby rzecz całą dodatkowo zagmatwać, np. SLD-owski think tank przybrał imię niepodległościowego socjalisty i antykomunisty Ignacego Daszyńskiego, a jednym z inicjatorów postawienia pomnika tejże postaci jest były aparatczyk PZPR. Nie bez znaczenia jest tu również fakt, że to prawica lepiej odrobiła w III RP lekcję z nauk marksistowskiego myśliciela Antonio Gramsciego o hegemonii kulturowej.

Procesy te są wspierane instytucjonalnie. Dobrym przykładem jest tu Instytut Pamięci Narodowej, który równie dobrze mógłby nazywać się Instytutem Prawicy Narodowej. Jego oferta wydawnicza czy edukacyjna w przeważającej mierze jest opowieścią na wskroś prawicową – czy będzie to akcentowanie nacjonalistyczno-zachowawczych nurtów konspiracji wojennej lub podziemia powojennego, czy akcentowanie roli i prześladowań Kościoła w PRL, czy przemilczanie lub marginalizowanie innych nurtów opozycyjnych; wystarczy porównać, ile publikacji IPN poświęcił rozmaitym formacjom narodowców, a ile PPS-owi, ile było ich o Kościele, a ile o postulatach samorządności pracowniczej czy buntach ekonomicznych i ich hasłach. Uległo to pewnej zmianie za kadencji obecnego prezesa IPN (mającego w dorobku przed objęciem stanowiska m.in. książkę o strajkach w powojennym trzyleciu, ukazującą robotniczo-socjalny opór wobec „nowych porządków”), kiedy to wśród publikacji czy inicjatyw Instytutu pojawiają się m.in. poświęcone młodzieżowo-kontrkulturowej opozycji wobec PRL, ale dokonuje się to już, gdy jest, kolokwialnie mówiąc, „po ptakach”.

Nawiasem mówiąc, sam dzisiejszy antykomunizm również w niewielkim stopniu przypomina to, co tym terminem określano w latach 70. czy 80. Wówczas był to przede wszystkim – oprócz aspektów niepodległościowo-suwerennościowych – protest przeciwko realiom i praktykom totalnego, a później autorytarnego reżimu; protest w obronie praw człowieka, swobód obywatelskich, pluralizmu politycznego i światopoglądowego. Dziś nierzadko te same środowiska, które jedną ręką biją w bęben antykomunizmu, drugą wypisują peany czy przynajmniej „wyrazy zrozumienia” wobec reżimów Franco, Pinocheta i Salazara, a redakcje czasopism znanych z zajadłej krytyki PRL promują tezy autorów głoszących, że sojusz z Hitlerem był dla Polski dobrym, bo antysowieckim rozwiązaniem.

Wszystko to w dodatku z biegiem lat staje się coraz bardziej toporne i utrzymane w manierze komiksowej. Weźmy niedawną, którą to już, falę „dekomunizacji” nazw ulic w Warszawie. W efekcie ulicę swojego imienia stracił Julian Brun-Bronowicz – niewątpliwie twardogłowy komunista, którego politycznych wyborów i afiliacji nie należy przemilczać czy usprawiedliwiać, ale zarazem oryginalny myśliciel polityczny, w partii komunistycznej poddany nagonce za „nacjonalbolszewizm”, a przede wszystkim autor jednej z najlepszych polskich rozpraw politycznych, „Stefana Żeromskiego tragedii pomyłek”, inspirowanej nie tyle Stalinem, ile Stanisławem Brzozowskim. Traktowanie Bronowicza jako – używając języka dzisiejszych antykomunistów – „sowieckiego pachołka” to po prostu zubażanie dorobku kultury narodowej i rugowanie z niej wszelkich światłocieni. Takich przykładów można przywołać wiele, ale to już bez znaczenia, skoro żyjemy w kraju, w którym „Dąbrowszczacy” są „stalinistami”, choć oprócz poparcia komunistów cieszyli się atencją ze strony PPS czy piłsudczykowskiego Związku Związków Zawodowych jako obrońcy demokratycznej republiki i ofiary ekspansjonizmu hitlerowskiego, tego samego, który wkrótce zabrał się za Polskę.

Celowo kilkakrotnie zwracałem powyżej uwagę na polityczny aspekt tego zjawiska. Jałowe byłoby potępianie takiego stanu rzeczy – mającego miejsce pod każdą szerokością geograficzną i będącego praktyką ugrupowań i środowisk wszelkich opcji ideowych, jeśli tylko zyskują one ku temu okazję i możliwości. Istotna jest świadomość takiego stanu rzeczy, bowiem to przede wszystkim stanowi o diagnozie problemu i nadziejach na jego zmianę. O nadzieje takie wszakże trudno w związku z nową prezydenturą. Andrzej Duda jest beneficjentem opisanych tendencji – to nie zarzut, lecz stwierdzenie faktu – zatem nie ma żadnego interesu w tym, aby podejmować działania na rzecz jego zmiany. Polityczny rozsądek będzie mu raczej nakazywał wzmacnianie takich tendencji w interesie własnego obozu ideowopolitycznego. Pozostaje oczywiście pytanie, czy to, co dobre dla Dudy i jego środowiska, jest też dobre dla Polski.

W wymiarze ogólnym sądzę, że nie – jednowymiarowa wizja przeszłości jest fałszywa faktograficznie, naganna moralnie, ale także, długofalowo, może być przeciwskuteczna politycznie, bowiem, mówiąc w uproszczeniu, takie choćby zjawisko jak bunt pokoleniowy może sprawić w przyszłości, że dzisiejszej modzie na „żołnierzy wyklętych” obecni kilkulatkowie przeciwstawią za jakiś czas modę na bezrefleksyjne idealizowanie PRL, komunizmu itp. W wymiarze ideowopolitycznym jest to ślepa uliczka także z tej prostej przyczyny, że w żadnym demokratycznym społeczeństwie nie osiągnięto jednomyślności w kwestii poglądów, zatem polityka historyczna, która pomija ważną część zdarzeń i postaw z minionych dekad musi siłą rzeczy stać się obca sporej części społeczeństwa.

Jeszcze inna kwestia to pytanie o skuteczność takiej polityki w wymiarze międzynarodowym – wątpliwe jest, by polska narracja „tożsamościowa” interesowała kogokolwiek poza Polakami, a prawicowo sprofilowane wizje wydarzeń z przeszłości zachwyciły kogokolwiek poza osobami o podobnych poglądach w innych krajach. Szczególnie w wymiarze międzynarodowym powinniśmy akcentować raczej postawy uniwersalne czy pluralizm rodzimych postaw. Sądzę, że więcej dla dobrego imienia naszego kraju zrobiłyby nie rytualne wyrazy oburzenia, że ktoś znów napisał/powiedział o „polskich obozach koncentracyjnych”, lecz np. dobry film o tragedii Szmula Zygielbojma, Żyda, Polaka, socjalisty, antykomunisty, antyhitlerowca i antystalinowca, człowieka niezłomnego aż do końca. Tyle że taka inicjatywa daje się dzisiaj, w opisanym klimacie, pomyśleć co najwyżej jako prowokacja intelektualna, a nie jako realny program działania w imię Polski i dla Polski. I tym niezbyt optymistycznym akcentem zakończę.

Remigiusz Okraska

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się na portalu http://histmag.org w ankiecie poświęconej polskiej polityce historycznej i jej tendencjom w związku z nową prezydenturą RP.

Przysposobienie do życia w tłumie

Przysposobienie do życia w tłumie

Samobójcza śmierć Dominika Szymańskiego – gimnazjalisty zaszczutego przez szkolnych kolegów, a także późniejsza internetowa fala nienawiści wobec ofiary dały początek kolejnym dyskusjom o polskiej szkole, homofobii, nietolerancji, przemocy. Myślę, że uczestnicy tych dyskusji wyciągają z wydarzenia błędne wnioski. Jako przyczynę śmierci Dominika wskazuje się szczególnie w naszym kraju mocną homofobię, a dla zapobiegnięcia podobnym tragediom w przyszłości proponuje się działania edukacyjne: warsztaty antydyskryminacyjne, wydawanie publikacji „oswajających” dzieci i młodzież ze zjawiskiem homoseksualizmu i odmienności. Homofobia uczniów jednak jest, jak sądzę, przyczyną płytką. Należy jej oczywiście przeciwdziałać, podobnie jak należy przeciwdziałać wszelkiej dyskryminacji, należy ją, podobnie jak wszelką dyskryminację, zwalczać, jednak tylko w sytuacji, kiedy ma to sens.

Z własnego nauczycielskiego doświadczenia wiem, że nawet znakomicie przeprowadzone warsztaty antydyskryminacyjne nie przerywają w wielu szkołach fali dyskryminujących zachowań, a wręcz mogą ją wzmacniać. Pamiętam taką gimnazjalną klasę, w której po szlachetnych zajęciach dotyczących wielokulturowości dzieciaki przez wiele tygodni wymyślały sobie od Żydów i Cyganów, dodając do tego jeszcze „przepracowane” na zajęciach obraźliwe określenia tych narodów. Wcześniej nic podobnego się tam nie zdarzało, później także to ożywienie wygasło. Ale warsztaty poruszyły jakieś niezdrowe zainteresowanie odmiennością, pewnie również dlatego, że animatorki wychodziły ze skóry, aby pomóc uczniom odczuć, jaką przykrość sprawia przedstawicielom mniejszości obcowanie z nazwami swoich grup w funkcji obelgi.

Zwalczanie dyskryminacji – homofobii, antysemityzmu i różnych krzywdzących stereotypów dotyczących grup mniejszościowych, pogardy dla biedniejszych, gorzej ubranych, dziwnych, inaczej myślących, czujących, zachowujących się w niestandardowy sposób – może okazać się nieskuteczne, a nawet przeciwskuteczne w szkole, której system do głębi przeniknięty jest ideą unifikacji, ujednolicenia, standardów i testów. Śmiem twierdzić, że dziecko, które od najmłodszych lat szkolnych, a nawet od przedszkola doświadcza zestandaryzowanych wymagań, a dobrze oceniane jest za to, że odgadnie oczekiwania egzaminatora, standardu, „trafi w klucz”, udzieli dokładnie takiej odpowiedzi, jakiej się od niego oczekuje, nie będzie skłonne do uznania odmienności stylu życia, poglądów czy opinii za coś normalnego.

Nie będzie też raczej skłonne do akceptacji inności dziecko uczone przez nauczycieli mających pod swoją opieką zbyt wielu uczniów i przeładowane klasy. Nauczyciele, podobnie jak uczniowie, mają ograniczone możliwości wchodzenia w zindywidualizowane relacje. Historyk lub fizyk, który, aby wyrobić swoje pensum, uczy w dwunastu 35-osobowych klasach, spotyka się raz lub dwa razy w tygodniu z 420 uczniami. Czy ktoś naprawdę liczy na to, że nawet najbardziej charyzmatyczny i kochający swoją pracę człowiek zapamięta tyle imion i nazwisk, nie mówiąc już o skomplikowanych życiowych historiach, sukcesach i porażkach podopiecznych? Czy ktoś naprawdę liczy, że taki nauczyciel z każdym ze swoich uczniów chwilę porozmawia, żeby zorientować się w jego słabych i mocnych stronach, wymyślić rozwijające zadanie albo po prostu pokazać mu, że jest ktoś, komu nie są obojętne jego kłopoty? Czy taki nauczyciel jest w stanie dać uczniom jakikolwiek inny komunikat poza tym, że są oni tłumem, zbiorem elementów, z których każdy nie jest niczym więcej niż składową czegoś większego?

Wiem, że to system szkolny i warunki, w jakich znajdują się dzieci (np. nadmierna liczebność szkolnej klasy) wzmacniają, a nawet generują agresję. Trzydziestka kolegów to dla dziecka idącego do szkoły groźny tłum. Jedno dziecko przestraszy się tego tłumu i wycofa w swój świat (który rzadko bywa światem akceptowanym przez rówieśników nielubiących odmienności), inne wybierze sobie kilkoro bliższych kolegów, z którymi wejdzie w empatyczne relacje, reszcie pozostawiając rolę tła, w którego motywacje i emocje nie wchodzi się zbyt głęboko. Jeszcze inne będzie próbowało jakoś ten tłum opanować, oswoić, zrozumieć czy też intuicyjnie przyswoić rządzące nim mechanizmy, a czasem znaleźć kogoś, na kogo będzie mogło, niejako w obronie własnej, przekierować jego uwagę i niechęć. Dogadywać można się z kolegami, z tłumem nie można się dogadać, negocjować, poszukiwać wspólnoty, pięknie się różnić – tłumowi można się tylko poddać lub nad nim zapanować. Wiedzą o tym policjanci, nauczyciele, politycy – wiedzą także dzieci. Jeśli dziecko szczęśliwym trafem znajdzie się w mniej licznej klasie, ma szansę oswoić nie tłum, ale kolegów, wszystkich razem i każdego z osobna.

Tam, gdzie dzieci jest mniej, na ich korzyść działa także przestrzeń, a tam, gdzie ich więcej, tłok działa na ich niekorzyść. W tłoku łatwiej się potrącić, pokłócić, przeszkadzać sobie nawzajem, a trudniej znaleźć dla siebie miejsce. W tłoku nawet nie ma dokąd odejść, kiedy sytuacja z kolegami robi się nieprzyjemna. Pamiętam taką wychowawczą rozmowę z delikwentem, który rozbił drugiemu nos:

– Dlaczego go uderzyłeś?

– Bo mnie przezywał.

– To nie mogłeś sobie pójść gdzieś indziej?

– Nie.

Wtedy to „nie” zabrzmiało nam, nauczycielom, jak prowokacyjna odzywka hardego młokosa, ale on naprawdę nie miał gdzie pójść.

Nie mają dokąd pójść dzieci, które muszą zostać w szkole po lekcjach. Nauczycieli w świetlicach jest mało, więc dzieci upycha się kolanem w pomieszczeniach, które jeden dyżurny opiekun może ogarnąć wzrokiem. Kiedy nauczyciel – nawet pasjonat kochający swoją pracę i przepadający za dziećmi – ma pod opieką w małym pomieszczeniu kilka dziesiątek dzieciaków, z którymi nie zdążył się zgrać, dotrzeć, i które nie zgrały, nie dotarły się między sobą, których imion i życiowych historii nie zna, może tylko pilnować, żeby siedziały możliwie nieruchomo i bezgłośnie, a jedynym dostępnym mu narzędziem pedagogicznym jest terror. Efekt tego jest taki, że uczniowie różnych klas, a więc tym bardziej obcy sobie i postrzegający innych jak niebezpieczny tłum, siedzą po kilkadziesięcioro w jednej sali, markując odrabianie lekcji czy jakąś inną samodzielną aktywność, a więc bezpowrotnie tracąc czas i myśląc o sobie jako o zawadzającym ludziom dorosłym bagażu, który zamknięto w przechowalni. Taki właśnie komunikat odbiera dzieciak w przepełnionej świetlicy od swojej szkoły, od swojego państwa: Jesteś niepotrzebne. Tylko kłopot z tobą. Trzeba cię gdzieś upchnąć, pilnować, żebyś nie zrobiło krzywdy sobie albo innemu.

Dziecku, które od zerówki doświadcza w szkole ścisku i tłoku, a zbyt licznych kolegów postrzega jako tłum, raczej trudno będzie później wyjść z kolein postępowania z innymi ludźmi nie jako z bliźnimi, ale składowymi niebezpiecznej masy. W tłumie nie ma miejsca na odmienność, a jest mnóstwo okazji, żeby zbierać razy, siniaki czy choćby tylko nieprzychylne spojrzenia, które jednak w duszy kumulują się w postać agresji i poszukują ujścia. W tłumie jakakolwiek odmienność zawsze będzie prześladowana, i to prześladowana tym okrutniej, im bardziej tłum będzie pozostawiony sam sobie, pozbawiony kontroli i granic zewnętrznych.

***

Mamy już dosyć długie doświadczenie funkcjonowania szkół prywatnych i społecznych, do których zamożni rodzice posyłają swoje dzieci, aby z jednej strony uchronić je (to chyba dziś najczęstsza motywacja) przed doświadczaniem przemocy ze strony kolegów, z drugiej zaś zapewnić im możliwość rozwijania indywidualnych potencjałów oraz bycia traktowanym przez nauczycieli po ludzku. Po ludzku, czyli indywidualnie, jako osoba, a nie część tłumu. Zadziwiające jest dla mnie to, że kolejni włodarze naszej oświaty nie starają się w żaden sposób wykorzystać tego doświadczenia dla dobra naszego publicznego systemu szkolnictwa. Nie rozumiem, dlaczego, skoro powszechnie mówi się o przewadze szkół prywatnych nad publicznymi, nie upodobnić szkół publicznych do prywatnych w tych aspektach ich działalności, które wymagają reform.

To nie jest tak, że w szkołach prywatnych (czy społecznych) nie istnieją problemy przemocy, prześladowania czy wręcz szczucia, nietolerancji dla odmienności, homofobia czy ksenofobia. Mówi się, że jest tam mniej przemocy dzięki finansowej i towarzyskiej selekcji, dzięki temu, że chodzą tam dzieci, które z domu wyniosły kulturę postępowania z innymi ludźmi. Myślę, że jeśli jest w tym nawet trochę prawdy, to bardzo niewiele. Dzieci w domu raczej nie uczą się radzenia sobie z grupą rówieśników, te doświadczenia zdobywają właśnie w szkole. Pracowałem w szkołach państwowych i prywatnych, i nie sądzę, żeby do tych drugich chodziły dzieci mniej skłonne (czy też bardziej skłonne) do przemocy w grupie, prześladowania kolegów, nietolerancji. Także w szkołach prywatnych młodzi prześladowcy spotykają swoje ofiary i uprzykrzają im życie. Poznałem kilkoro niezwykle kulturalnych młodych ludzi z bardzo dobrych rodzin, wobec bliźnich poza szkołą grzecznych i układnych, a w szkole inicjujących okrutne nieraz prześladowania. Takich choćby, którzy – skoro od homofobii wyszliśmy – wśród krewnych i przyjaciół domu mieli jawnych i uwielbianych homoseksualistów, a w szkole niszczyli kolegów, odkrywając czy też imputując im homoseksualne skłonności, nie z żadnej homofobii, ale po prostu dlatego, że było to szczególnie bolesne.

Jestem przekonany, że w kwestii szkolnych prześladowań o wiele większe znaczenie niż środowisko pochodzenia ma liczebność szkolnej klasy, przestrzeń lub jej brak w szkole, i, co bardzo ważne, liczba nauczycieli, którzy mogą się dziećmi zająć.

Ponieważ nauczyciele ze szkół prywatnych mają pod opieką mniej młodych ludzi, mogą nie dopuścić do tego, żeby rówieśnicza przemoc i prześladowania osiągnęły pewien punkt krytyczny, spowodowały fizyczną krzywdę czy doprowadziły ofiarę do ostateczności. Nauczyciel prędzej dostrzeże przemoc i zareaguje w klasie dwudziestoosobowej niż trzydziestoosobowej, i dzieci o tym wiedzą. Nie jest chyba zbyt odkrywcze stwierdzenie, że młodzi ludzie badają granice stawiane im przez świat, a ci, którzy przekonują się, że ich niepożądane zachowania nie pozostają niezauważone, są mniej do nich skłonni.

W wielu szkołach prywatnych nauczyciel ma w dodatku ten luksus, że może przyznać się – przed zwierzchnikami, kolegami i samym sobą – do pedagogicznego niepowodzenia, poprosić o pomoc w sytuacji, która go przerosła. W wielu szkołach publicznych, szczególnie w ogromnych molochach z sześcioma klasami na jednym poziomie, których dyrektorzy nie pamiętają imion i nazwisk nie tylko uczniów, ale także nauczycieli, wszyscy są tak zmordowani, że każdy ma radzić sobie sam, a na przyznanie się do niepowodzenia czy trudności można usłyszeć: „Skoro nie daje sobie pani/pan rady, to może powinniśmy się rozstać”. Wszelka pomoc jest bowiem kosztowna (czy można sobie w takiej szkole wyobrazić choćby prośbę nauczyciela o przydzielenie współprowadzącego lekcje do „trudnej” klasy?), a najwyższą (często jedyną) cnotą dyrektora jest oszczędność. Uczniowie naprawdę świetnie wyczuwają, czy ich wychowawca albo nauczyciel przedmiotu może liczyć na pomoc i wsparcie.

Przemocy i prześladowań w naszych szkołach nie da się zwalczać przy pomocy warsztatów antydyskryminacyjnych i najbardziej nawet pomysłowych programów edukacyjnych w sytuacji sprzyjającej im państwowej polityki edukacyjnej (a także jej samorządowych pochodnych), której nadrzędnym celem jest poszukiwanie oszczędności. Likwidowanie szkół, dogęszczanie klas, wciskanie nauczycielom wciąż większej liczby godzin i nowych obowiązków biurokratycznych – to wszystko przekłada się na gorszą atmosferę w szkole, gorsze samopoczucie dzieci, obniżenie ich poczucia własnej wartości. Dzieci stają się bardziej skłonne do przemocy i poszukują uzasadniających tę przemoc ideologii, takich jak homofobia, ksenofobia, pogarda dla słabości, odmienności, biedy itp. Ideologię tę znajdują w przekazie religijnym: czy tym kościelnym, czy rynkowym, konsumpcyjnym.

Na natężenie przemocy w szkole ma wpływ każdy element szkolnej rzeczywistości. Ot, choćby funkcjonowanie szkolnej stołówki. Zatrudniona w szkole kucharka gotująca, a potem nalewająca dzieciakowi zupę to osoba współtworząca środowisko, dokładająca się jakoś do jego poczucia bezpieczeństwa i zakorzenienia, a w dodatku taka, przy której pewnych zachowań nie należy ujawniać, przy której należy ćwiczyć powściąganie agresji czy nieokrzesania. Rozdający styropianowe tacki z jedzeniem dostawcy z cateringu – dziś ci, jutro tamci – to obsługa taka jak w barze ze śmieciowym jedzeniem: mają zrobić swoje i sobie pójść, nic im do tego, co się dzieje między klientami. Atmosferę sprzyjającą przemocy tworzy także spożywanie posiłków w pośpiechu, tłoku, kiedy trzeba ścigać się z innymi klasami i z kolegami, żeby zająć miejsce przy stolikach. A także wszelka niestałość, niestabilność: zmieniający się zbyt często nauczyciele i inni pracownicy szkoły, wędrówki w poszukiwaniu wolnej sali lekcyjnej, system zmianowy.

***

Kiedy szukamy lekarstw na rodzącą się w szkołach przemoc, szukajmy pomysłów tam, gdzie problem udaje się w jak największym stopniu kontrolować. Mam wiele pomysłów, na niektóre z nich wpadłem, a wiele podpatrzyłem w szkołach, w których pracowałem: dużych i małych, publicznych i prywatnych. Najważniejsze z tych pomysłów: od pierwszej klasy podstawówki dwudziesto-, najwyżej dwudziestopięcioosobowe klasy. W każdej klasie dwójka wychowawców. Szkoły małe: dwie, najwyżej trzy klasy na każdym poziomie. Do końca podstawówki (może nawet ośmioletniej?) podział zajęć tylko na cztery-pięć przedmiotów i nauczyciele, którzy w każdej z klas spędzają co najmniej pięć godzin lekcyjnych. Obszerna, przestronna świetlica szkolna dla dwudziestki dzieci, z propozycją zajęć i pomocy nauczyciela w odrabianiu lekcji lub nadrabianiu zaległości. Jeśli dzieci jest więcej, należy otworzyć kolejną świetlicę. Do tego bogata oferta zajęć pozalekcyjnych w szkole i innych instytucjach kultury. W klasach, w których jest problem z przemocą, lekcje mogłyby być prowadzone przez dwójkę nauczycieli. Dyrektor szkoły powinien móc zatrudnić dodatkowych nauczycieli, jeśli uczniowie sprawiają więcej problemów wychowawczych.

Poza tym: minimum programowe z poszczególnych przedmiotów powinno się planować na 50% roku szkolnego, reszta czasu przeznaczona byłaby na projekty, działania według uznania uczniów i wychowawców. Samorząd szkolny i rady rodziców powinny mieć głos decyzyjny w takich sprawach, jak realizowanie projektów, zajęcia dodatkowe, wycieczki. Nauczyciele mieliby stabilne zatrudnienie, ale też podlegaliby ocenie samorządu uczniowskiego i rodzicielskiego. No i oczywiście istotne jest dofinansowanie szkolnej infrastruktury i materiałów dydaktycznych. Dzieci już od zerówki powinny lubić swoją szkołę także jako budynek, przestrzeń, miejsce spędzania czasu.

Problem przemocy można kontrolować tam, gdzie uczniowie się nie tłoczą, a nauczycieli jest dużo. I takie powinny być polskie publiczne szkoły. A że takich nie ma? Trzeba budować. Że za mało nauczycieli? Trzeba kształcić, zatrudniać, proponować stabilną posadę i dobre warunki, a wymagać dobrej pracy. A że nie ma na to pieniędzy? Nie rozumiem. Są na stadiony, autostrady, aquaparki, banki, zyski, dywidendy, apartamenty, SUV-y, jachty, a nie ma na szkoły? To wszystko jest postawione na głowie.

Lepsze czasy dla gorszych linii

Lepsze czasy dla gorszych linii

Czy z linii niezelektryfikowanych uda się zdjąć odium nieatrakcyjnej oferty przewozowej, problemów technicznych i perturbacji ruchowych?

Czerwiec 2010 r., z torów znika ostatni pociąg dalekobieżny z Warszawy do Szczecina kursujący trasą przez Toruń, Bydgoszcz i Piłę. To połączenie zniknęło tylko dlatego, że liczący 58 km odcinek Piła Główna – Krzyż, stanowiący fragment tego prawie 500-kilometrowego ciągu, nie jest zelektryfikowany, przez co skład musiał być przeciągany lokomotywą spalinową.

Niespełna rok wcześniej, we wrześniu 2009 r., pociągi dalekobieżne zniknęły z uzdrowisk kłodzkich: Polanicy, Dusznik i Kudowy. W tym samym momencie – wraz z odjazdem ostatniego pociągu do Krakowa przez Warszawę – skończyła się historia połączeń dalekobieżnych w Grudziądzu. We wrześniu 2009 r. zniknęły też pociągi łączące Zamość z Warszawą. Następnie w grudniu 2009 r. zlikwidowano pociągi dalekobieżne łączące Krosno, Sanok oraz Bieszczady z resztą kraju.

Piekielna podróż

W minionych latach wiele nawet dużych miast czy popularnych kurortów nagle znalazło się poza siecią połączeń dalekobieżnych. Stało się tak właściwie tylko dlatego, że docierające do tych ośrodków linie kolejowe nie są zelektryfikowane.

Jednym z czynników wywołujących znikanie pociągów dalekobieżnych z linii niezelektryfikowanych były przekształcenia z 2008 r., w ramach których dokonany został podział taboru między spółki Grupy PKP. Do spółki PKP Intercity trafiło zbyt mało lokomotyw spalinowych – relokację taboru zaplanowano bowiem bez uwzględnienia faktu, że od 1 grudnia 2008 r. PKP Intercity przejmuje obsługę całego segmentu połączeń pospiesznych od Przewozów Regionalnych. Ponadto podjęto wówczas decyzję o przypisaniu wszystkich lokomotyw serii SU46 do przewoźnika towarowego PKP Cargo. Stało się tak, mimo że domeną tych spalinowozów była obsługa dalekobieżnych połączeń pasażerskich na liniach niezelektryfikowanych. Charakterystyka tych lokomotyw to prędkość maksymalna wynosząca 120 km/h, duża moc silników umożliwiająca dynamiczne prowadzenie dłuższych składów oraz prądnica zasilająca urządzenia w wagonach pasażerskich, takie jak klimatyzacja czy ogrzewanie.

Niedopasowanie taboru do potrzeb przewozowych w fatalny sposób dało o sobie znać w upalne wakacje 2013 r., gdy w pociągu ExpressInterCity relacji Warszawa – Hel dochodziło do dantejskich scen: nie działała klimatyzacja, z muszli klozetowych przelewały się fekalia, wyciekając do przedsionków i korytarzy. Wszystko przez to, że na odcinku Gdynia – Hel skład obsługiwała spalinowa lokomotywa manewrowa SM42, nie zapewniająca zasilania klimatyzatorów i toalet działających w układzie zamkniętym. – To jedyny tabor, którym dysponowaliśmy, aby móc zrealizować połączenie – rozkładała ręce Zuzanna Szopowska, rzecznik prasowy PKP Intercity. Urząd Transportu Kolejowego nałożył na przewoźnika karę za brak higieny w pociągu. Na ponury żart zakrawało to, że jednocześnie w innych częściach kraju spółka PKP Cargo wykorzystywała lokomotywy SU46 do pracy manewrowej ze składami towarowymi.

Dalej nie pojedziemy

Część lokomotyw serii SU46 owszem była wynajmowana przez PKP Intercity od PKP Cargo, problem w tym, że udostępniona przez przewoźnika towarowego liczba tych spalinowozów była jednak zbyt mała, by możliwe było stworzenie atrakcyjnej oferty przewozowej na ciągach leżących poza zelektryfikowaną siecią kolejową. Ba, była nawet zbyt mała, by zapewnić niezakłóconą obsługę na nielicznych funkcjonujących relacjach. W przypadku awarii lokomotyw, konieczności przeprowadzenia przeglądu czy większych opóźnień nasilały się perturbacje w codziennej obsłudze ruchu pociągów.

Niejednokrotnie dochodziło do takich sytuacji jak ta z 23 kwietnia 2014 r.: pociąg TLK „Solina” z Piły przez Bydgoszcz, Toruń, Warszawę zbliża się do Lublina. Tu ma nastąpić zmiana lokomotywy elektrycznej na spalinowóz, by skład linią niezelektryfikowaną mógł skierować się w dalszą drogę w kierunku Przemyśla. Jednak PKP Cargo w ostatniej chwili informuje spółkę PKP Intercity, że lokomotywę SU46, która miała przejąć pociąg, wysłano na przegląd techniczny, z którego wróci dopiero za kilka godzin. Podróżni musieli więc przesiąść się do autobusu zastępczego.

Podobne sytuacje miały miejsce również na innych trasach. Na przykład co najmniej kilka razy w pierwszych miesiącach 2014 r. – po tym, gdy PKP Intercity zrezygnowało z utrzymywania własnych wyeksploatowanych lokomotyw SU45 i łatało braki maszynami tego typu wypożyczonymi od spółki Przewozy Regionalne – zdarzało się, że pasażerów pociągu TLK „Hańcza” z Warszawy do Suwałk przesadzano w Białymstoku do autobusów. Powód? Brak sprawnej danego dnia lokomotywy spalinowej do poprowadzenia składu niezelektryfikowanym odcinkiem do Suwałk.

Na ciągu między Lublinem a Rzeszowem wielokrotnie dochodziło do tego, że PKP Cargo, zamiast zgodnie z umową podstawić lokomotywę SU46, udostępniało na potrzeby PKP Intercity spalinowóz o dużo gorszych parametrach trakcyjnych, przez co pociąg nie był w stanie pokonać trasy w rozkładowym czasie przejazdu, a powstające opóźnienie promieniowało na kolejne połączenia.

W obliczu coraz poważniejszych problemów taborowych spółka PKP Intercity zdecydowała się na wynajęcie lokomotyw spalinowych z zagranicy. Cztery spalinowozy serii 754 przewoźnika České Dráhy zostały ściągnięte do Polski w połowie 2014 r., piąty – na początku 2015 r. Dzięki czeskim lokomotywom, przystosowanym do pełnego zasilania elektrycznego wagonów, na trasie na Półwysep Helski udało się uniknąć kolejnej wakacyjnej kompromitacji spod znaku ukropu i fekaliów. Spalinowozy serii 754 skierowano jednocześnie do obsługi składów TLK na odcinkach Białystok – Suwałki i Ełk – Korsze.

Czeskie maszyny trafiły także na Podkarpacie, gdzie umożliwiły reaktywację połączeń dalekobieżnych w południowej części regionu. Albowiem to właśnie lokomotywa serii 754 obsługiwała pierwszy pociąg dalekobieżny, który po pięcioletniej przerwie wjechał na niezelektryfikowany odcinek z Rzeszowa przez Strzyżów, Jasło, Krosno i Sanok do Zagórza. Od 14 grudnia 2014 r. kursuje tędy pociąg TLK z Gdyni przez Warszawę i Kraków.

Spalinowe zakupy

Umowa na wynajem czeskich lokomotyw początkowo była zawarta do wiosny 2015 r., potem przedłużono ją do grudnia 2015 r. Beata Czemerajda z PKP Intercity mówiła jesienią 2014 r.: – Lokomotywy uzupełniają nasz park taboru spalinowego do czasu dostawy 10 nowych lokomotyw spalinowych dalekobieżnych przez Pesę i 20 lokomotyw modernizowanych przez Newag.

W maju 2015 r. Pesa dostarczyła spółce PKP Intercity pierwszą lokomotywę serii SU160. Całe zamówienie, obejmujące 10 spalinowozów, ma zostać zrealizowane do października 2015 r. – Zakup nowoczesnych lokomotyw spalinowych to ważny element naszej strategii taborowej – powiedział w chwili dostawy Piotr Rybotycki, członek zarządu PKP Intercity. – W efekcie możemy oferować naszym pasażerom wysoki komfort i bezpieczeństwo podróży również na liniach niezelektryfikowanych.

Pierwsze trzy lokomotywy z Pesy zostały skierowane na Podkarpacie i obsługują już pociągi kategorii TLK i InterCity na odcinkach Rzeszów – Zagórz, Rzeszów – Zamość i Rzeszów – Lublin. Kolejne pojazdy SU160 trafić mają do Białegostoku z myślą o trasie Ełk – Korsze, a także do Krzyża w celu doprowadzania pociągów dalekobieżnych do Gorzowa Wielkopolskiego, największego polskiego miasta, do którego nie dociera zelektryfikowana linia kolejowa. Spalinowozy SU160 skierowane do Krzyża mają też umożliwić reaktywację połączeń dalekobieżnych na odcinku Piła – Krzyż. W grudniu 2015 r. można więc spodziewać się powrotu pociągów łączących Warszawę ze Szczecinem trasą przez Toruń, Bydgoszcz i Piłę. Przypomnijmy, połączenia te zostały zlikwidowane w 2010 r.

Zrealizowane zostały już dostawy 20 lokomotyw spalinowych SM42 po modernizacji w zakładach Newag. W ramach tego zlecenia dziesięć dawnych lokomotyw manewrowych przystosowano do pracy liniowej (zmiana serii na SU42). Przebudowa objęła wymianę silników i podzespołów, wyposażenie w prądnicę zasilającą wagony i przebudowę kabiny maszynisty dla poprawy widoczności. Lokomotywy SU42 w Gdyni przejmują wakacyjne pociągi dalekobieżne docierające z różnych stron Polski i następnie prowadzą je na Półwysep Helski.

Z kolei na drugim końcu Polski – za sprawą wprowadzenia do eksploatacji zmodernizowanych lokomotyw SU42 – po prawie sześciu latach przerwy pociągi dalekobieżne powróciły do kłodzkich uzdrowisk. Od 27 czerwca 2015 r. do Kudowy-Zdrój przez Polanicę i Duszniki docierają dwa pociągi TLK: nocny „Rozewie“ z Trójmiasta przez Bydgoszcz, Poznań i Wrocław oraz dzienny „Śnieżka” z Warszawy przez Łódź i Wrocław.

Miasta elektryczne i spalinowe

Czy uzupełnienie parku taborowego o 20 lokomotyw spalinowych dostosowanych do liniowej obsługi pociągów pozwoli zdjąć z linii niezelektryfikowanych odium słabej oferty dalekobieżnej?

Już można mówić o zmianie podejścia do linii niezelektryfikowanych, na których dotychczas przede wszystkim zmniejszano liczbę połączeń, a tymczasem na obecnym etapie prac nad rozkładem jazdy, wchodzącym w życie w grudniu 2015 r., spółka PKP Intercity przewiduje zwiększenie liczby połączeń dalekobieżnych na kilku niezelektryfikowanych ciągach: do Gorzowa Wielkopolskiego, na trasie z Lublina do Rzeszowa czy na przecinającej Mazury linii z Olsztyna do Ełku.

Jednak z drugiej strony mieszkańcy części dużych miast leżących przy liniach niezelektryfikowanych nadal pozostaną tylko z pociągami regionalnymi. Mowa między innymi o Grudziądzu (98 tys. mieszkańców), Świdnicy (60 tys.), Starogardzie Gdańskim (49 tys.), Nysie (45 tys.), Chojnicach (40 tys.), a także o Żarach i Żaganiu (liczących razem 65 tys. mieszkańców) czy o 75-tysięcznym trójmieście Dzierżoniowa, Bielawy i Pieszyc.

Mimo zmian widocznych na poszczególnych odcinkach, wciąż jednak nie można mówić o perspektywach na generalne przezwyciężenie problemu podziału na miasta „elektryczne” i „spalinowe”. Nadal w zbyt wielu przypadkach oferta przewozowa dla porównywalnej wielkości miast będzie diametralnie się różnić w zależności od tego, czy do danego ośrodka dociera linia zelektryfikowana czy niezelektryfikowana.

Tekst pochodzi z dwumiesięcznika „Z Biegiem Szyn”, nr 4/78 (lipiec-sierpień 2015).