Bez „dobrej zmiany” dla opiekunów

Zapowiadaną „dobrą zmianę”, która miała przyjść wraz z ostatnimi wyborami, charakteryzować miał wyraźnie socjalny rys. Prezentowała się tak zwłaszcza w oczach tych, którzy czuli się dotąd wykluczani i pomijani w przestrzeni publicznej i politycznej agendzie. Za jedną z takich grup można uznać tzw. wykluczonych opiekunów dorosłych osób niepełnosprawnych. Warto z perspektywy pierwszego niemal półrocza nowych porządków przyjrzeć się, czy coś uległo zmianie w sytuacji tej grupy, czy zostały chociaż zarysowane jakieś koncepcje, przedstawione projekty, zmienione zasady dialogu z reprezentacją środowiska. Do przyjrzenia się sprawie skłania także fakt, że niedawno minęły dwa lata od głośnego protestu wykluczonych opiekunów, a w kwietniu mija 1,5 roku od wydania przez Trybunał Konstytucyjny niezrealizowanego wciąż wyroku, który zobowiązywał do zmiany prawa regulującego sytuację socjalną tej grupy.

Wielu przedstawicieli tego środowiska zawierzyło formacjom politycznym, które na sztandarach niosły obietnicę zerwania z dotychczasowym ładem społecznym i odwoływały się do interesów i emocji zwykłych ludzi, zdradzonych czy porzuconych ponoć przez establishment III RP. Stąd tak aktywne, wyrażane na portalach społecznościowych poparcie dla ruchu Kukiza i przede wszystkim Prawa i Sprawiedliwości. Choć częściowo poparcie to było wyrazem czerwonej kartki dla poprzedników, zapewne znaczenie miał także unoszący się wokół zwycięskiej formacji nimb partii prospołecznej i przede wszystkim prorodzinnej. Nadzieje mogło uzasadniać także to, że wspomniany wyrok Trybunału został wydany na wniosek właśnie Prawa i Sprawiedliwości, którego przedstawiciele na konferencjach z udziałem wykluczonych opiekunów wyrażali oburzenie opieszałością ówczesnej władzy.

Na czym polega problem wykluczonych opiekunów

Co jest zasadniczą treścią ich walki z kolejnymi rządami i czego dotyczył ostatni z wyroków TK w tej sprawie?

Nieco upraszczając, chodzi o nierówne traktowanie opiekunów i wykluczenie części z nich z systemu pomocy. Gdy mówię o opiekunach, mam na myśli osoby, które znalazły się poza systemem zatrudnienia w związku z zajmowaniem się bliskimi wymagającymi stałej, długoterminowej opieki. Opieka ta może dotyczyć niepełnosprawnych dzieci, zarówno niepełnoletnich, jak i już dorosłych, jeśli nie uzyskają zdolności do samodzielnego funkcjonowania w codziennych sytuacjach życiowych. Nierzadko dotyczy także osób, które utraciły tak rozumianą samodzielność już w dorosłym życiu – pod wpływem choroby, wypadku, a najczęściej w związku z podeszłym wiekiem. Podstawowe zabezpieczenie bytowe niepodejmujący pracy opiekunowie otrzymują na podstawie ustawy o świadczeniach rodzinnych, która przewiduje szereg tzw. świadczeń opiekuńczych. Wśród nich są: świadczenie pielęgnacyjne (dla opiekuna osób, które są niepełnosprawne od urodzenia lub dzieciństwa) w wysokości 1300 złotych oraz specjalny zasiłek opiekuńczy dla opiekunów osób, które samodzielność straciły już w dorosłym życiu. Ci ostatni opiekunowie mogą liczyć jedynie na 520 złotych (a więc 2,5 razy mniej niż świadczenie pielęgnacyjne), a ponadto uzyskanie tej kwoty obwarowane jest kryterium dochodowym na poziomie 764 złotych na osobę w rodzinie.

Część opiekunów, których bliscy są uprawnieni do emerytury lub renty, zostaje więc bez świadczeń, jeśli nieznacznie przekroczy ów próg dochodowy, a państwo przestaje odprowadzać za nich składki emerytalno-rentowe i zdrowotne. Wielu z nich zatem nie może korzystać bezpłatnie z podstawowej publicznej służby zdrowia, o ile nie są ubezpieczeni z innego tytułu. A środków na prywatne leczenie, a także na inne elementarne potrzeby brakuje, gdy dwie osoby (podopieczny i opiekun) żyją z renty lub emerytury tego ostatniego, tym bardziej, że wydatki związane z zakupem leków, leczeniem i rehabilitacją i tak obciążają skromne budżety tych rodzin.

Istnieje jeszcze zasiłek dla opiekuna, również w wysokości 520 złotych, ale już bez kryterium dochodowego. Otrzymują go opiekunowie osób dorosłych, którzy niegdyś otrzymywali świadczenie pielęgnacyjne, zanim w 2013 roku zaczęło obowiązywać różnicowanie ich według kryterium fazy życia, w jakiej powstała niepełnosprawność podopiecznych. Nawet elementarne poczucie sprawiedliwości wskazuje, że tak radykalne różnice w poziomie wsparcia i dostępie do niego są nieuprawnione. Część opiekunów, nawet przy identycznym poziomie obciążenia obowiązkami opiekuńczymi, będzie niezależnie od zamożności pobierać 1300 złotych, inni 520 złotych, a jeszcze inni nic.

W dodatku tak wielkie różnice występują nie tylko między opieką nad osobą starszą i dzieckiem, ale nawet między opiekunami osób w tym samym wieku. Na przykład jedna matka sparaliżowanego 30-latka otrzyma 1300 złotych, jeśli wypadek, któremu uległ, miał miejsce w 17. roku życia, a druga matka 30-latka będzie mogła liczyć co najwyżej na 520 złotych, jeśli wypadek zdarzył się, gdy chłopak miał lat 19. Te zasady zróżnicowania zakwestionował właśnie 21 października 2014 roku Trybunał Konstytucyjny, stwierdzając niekonstytucyjność istniejących zapisów i zobowiązując ustawodawcę do naprawy prawa bez zbędnej zwłoki. Poprzedni rząd przygotował po paru miesiącach projekt, który nawet przeszedł konsultacje społeczne, ale nie zyskując powszechnej aprobaty swych założeń, nie został poddany pod obrady poprzedniego Sejmu, kończącego wówczas kadencję. W nową kadencję weszliśmy zatem z nierozwiązanym problemem.

Co przyniósł polityczny przełom?

Na razie nic na przełom nie wskazuje. Opiekunowie przystąpili do szturmowania rządu zapytaniami, a wsparł ich rzecznik praw obywatelskich, a także pojedynczy posłowie piszący interpelacje do resortu. Z korespondencji z Ministerstwem płynął komunikat, że owszem, sprawa jest ważna, ale na razie priorytetem jest program 500+. Następnie pojawiła się informacja, że 8 stycznia powstał wewnątrzresortowy zespół ds. problemu niepełnosprawnych osób dorosłych oraz że niebawem ma odbyć się spotkanie z przedstawicielami tego środowiska. Ostatecznie spotkanie odbyło się dopiero w połowie marca. Jeszcze tydzień przed nim wiceminister Stanisław Szwed w audycji radiowej przekonywał, że chociaż sprawa jest trudna, bowiem poprzednicy zbyt szeroko otworzyli furtkę świadczeń i na ten rok nie ma środków, ustawa będzie jeszcze w tym roku, a zmiany wejdą w życie prawdopodobnie na początku 2017 r. Dla ludzi nie mających środków do życia te kilka miesięcy oczekiwania na zmiany, których kształtu jeszcze nie znamy, nie jest różową perspektywą.

Ale realia okazały się jeszcze bardziej ponure, niż wynikało to z powyższych zapowiedzi. Podczas spotkania przedstawiciele ministerstwa powtórzyli argument, że w 2017 roku nie będzie zmian, tłumacząc to faktem, że poprzednicy nie przeznaczyli na ten cel środków w budżecie. Co gorsza, nie zadeklarowano czy, kiedy i w jakim kształcie rząd w ogóle zamierza rozwiązać ten problem i wykonać wyrok Trybunału Konstytucyjnego.

Nie sposób nie kryć goryczy. Po pierwsze, na jednym z posiedzeń senackich przedstawicielka Ministerstwa Finansów mówiła, że pewne środki są na ten cel zabezpieczone. Po drugie, we wspomnianej audycji wiceminister deklarował, że projekt ustawy pojawi się w przyszłym roku. Po trzecie, mówienie, że nie ma pieniędzy ze względu na niezabezpieczenie ich przez poprzedników jest nieuprawnionym umywaniem rąk od problemu. Idąc za tym rozumowaniem, rząd po zmianie władzy nie mógłby w pierwszym roku realizować żadnych projektów politycznych wymagających nakładów własnych, bowiem poprzednicy nie przewidzieli na nie pieniędzy. A przecież wiemy, że jest inaczej, i to w odniesieniu do bardziej kosztowych reform. Weźmy choćby program Rodzina 500+, który tylko w tym roku będzie kosztował budżet 17 mld złotych, co jest kwotą kilkanaście razy większą niż szacowany koszt spełnienia oczekiwań wykluczonych opiekunów.

Trzeba sobie po prostu powiedzieć uczciwie, że sprawa opiekunów nie była priorytetem. Nie ujrzała ona przecież światła dziennego ostatnio, już po przyjęciu programu Rodzina 500+. Od wyroku TK mija 1,5 roku, a on sam zapadł niemal dwa lata od przyjęcia ustawy, która doprowadziła do wykluczenia opiekunów. W tym okresie sprawa wielokrotnie stawała na sejmowej komisji polityki społecznej i rodziny, której obecne kierownictwo Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej było wówczas bardzo aktywnymi członkami. Aktywność ta dotyczyła także sprawy opiekunów, co wyrażały zarówno wspomniane konferencje prasowe z udziałem opiekunów, jak i przede wszystkim wniosek do Trybunału Konstytucyjnego złożony przez posłów Prawa i Sprawiedliwości. Mamy do czynienia z dość osobliwą sytuacją, w której partia będąc w opozycji zaskarżyła prawo do Trybunału, lecz gdy ten przyznał jej rację, a partia doszła do władzy – odmawia realizacji wyroku wydanego na jej wniosek.

Wyrok Trybunału w tej materii jest ciekawy także z szerszej perspektywy. Decyzja w sprawie opiekunów (zarówno ta, jak i poprzednie) przeczy popularnemu dziś w kręgach władzy poglądowi, iż dotychczasowy skład Trybunału chodził na pasku ówczesnych elit politycznych i jest wrogo nastawiony do obecnych. Wspomniany wyrok tego nie potwierdził. Nie tylko zostały podtrzymane przynajmniej w jednym zasadniczym punkcie argumenty ówczesnej opozycji, ale i skrytykowano działania prawne poprzedniej władzy, a ona sama stanęła przed koniecznością zmierzenia się z problemem i poniesienia kosztów z tego tytułu. Wyrok ten przeczy także zarzutom, że TK jako instytucja dotychczasowych elit orzeka z pominięciem praw i interesów zwykłych ludzi, w tym wykluczonych.

Zamienił stryjek siekierkę na kijek

Wyrażony podczas ostatniego spotkania z opiekunami stosunek obecnej władzy do wyroku w ich sprawie przedstawia się niepokojąco. Można nawet zauważyć swoisty regres w porównaniu z poprzednikami. Gdy poprzednio zapadały wyroki, ówczesna władza w ciągu kilku miesięcy przynajmniej przygotowywała projekty zmian. Niektóre z nich weszły w życie, nieco łagodząc trudną sytuację opiekunów.

Tak było choćby w przypadku poprzedniego wyroku TK z grudnia 2013 r. w sprawie praw nabytych osób, które niegdyś otrzymywały świadczenia pielęgnacyjne, a po zmianach zostały bez wsparcia. Rząd już w lutym następnego roku przygotował projekt wypłaty zasiłków. Wszedł on w życie w maju 2014 r. I choć jego treść nie była satysfakcjonująca dla środowiska opiekunów (nie odzyskali prawa do utraconego świadczenia pielęgnacyjnego, a nierówne traktowanie zostało podtrzymane), mimo wszystko sytuacja wielu z nich się nieco poprawiła. W jego wyniku kilkadziesiąt tysięcy wykluczonych ludzi opiekujących się bliskimi otrzymało prawo do wspomnianego zasiłku, wraz z prawem do zabezpieczenia społecznego i wyrównaniem za okres, gdy pozostawali bez pomocy i odsetkami. Gdyby ówczesne władze podeszły do wyroku TK tak jak obecne do najnowszego, sytuacja ogromnej rzeszy opiekunów byłaby jeszcze bardziej dramatyczna.

Jeśli chodzi o najnowszy wyrok, poprzednicy przynajmniej przygotowali projekt i poddali go konsultacjom społecznym (choć to, że nie doprowadzili sprawy do końca, niewątpliwie obciąża ich politycznie, co zresztą znalazło wyraz w postaci postaw wyborczych wśród wykluczonych opiekunów). Teraz stosunek do orzeczeń Trybunału jest jeszcze bardziej lekceważący. Tracą na tym najsłabsi.

Losy wykluczonych opiekunów pokazują, że dla części poszkodowanych przez los i państwo grup społecznych zapowiadana hucznie „dobra zmiana” okazała się co najwyżej zwykłą wymianą elit, i to w dodatku dającą się zilustrować powiedzeniem „zamienił stryjek siekierkę na kijek”. A w katastrofalnej sytuacji wykluczonych opiekunów żadna zmiana nie rysuje się na horyzoncie.

Być katolikiem i lewicowcem

Dorastałem z marzeniem o służeniu Bogu i swojemu krajowi. Teraz mam osiemnaście lat i nazywa się mnie „buntownikiem”.

Kapłaństwo było zawsze postrzegane jako ścieżka w dużej mierze radykalna. Moi rówieśnicy śnili Amerykański Sen, chcąc osiągnąć sukces na polu inżynierii, księgowości, handlu czy edukacji – jako że są to uznane kierunki rozwoju osobistego, jeśli pragnie się bezpieczeństwa i stabilności finansowej. Gdy spoglądam wstecz, widzę, że mój kurs dziennikarski mógł nie być wyborem gwarantującym „pewną pracę”.

Postanowiłem zostać księdzem, ponieważ zainspirowały mnie do tego przykłady świętych Franciszka i Augustyna, którzy wiedli szlachetne życie. Byli moimi bohaterami, gdy podczas nauki w szkole średniej przechodziłem przez ciężki okres. Ich doskonałość doprowadziła mnie do idealistycznego założenia, że uda mi się wypełnić słowa z Ewangelii Św. Mateusza (6:24) w ich najbardziej dosłownym sensie: fantazjowałem nawet o podjęciu bardziej pretensjonalnego kroku i złożeniu ślubów ubóstwa.

Do momentu ukończenia edukacji otworzyłem się na mnóstwo przejawów burżuazyjnego liberalizmu, który, pod względem dojrzałości, sprawił, że oglądałem świat z różnych perspektyw: New Age albo teozofii, satyr politycznych Lourda de Veyry, „bluźnierczej” sztuki Mideo Cruza, promującej seks-narkotyki-i-rock’n’roll muzyki Guns n’ Roses, „Noli” i „Fili”, nagości jako formy sztuki i innych rzeczy określanych mianem kontrkulturowych. Skończyło się to krytycznym podejściem do religii i rezygnacją ze świątobliwych czynów związanych z Kościołem.

W tym samym czasie spotkałem działaczy. Tak, działaczy lewicowych. To właśnie ta znajomość zmotywowała mnie do przeniesienia mojego młodzieńczego radykalizmu na inne tory – tory walki o sprawiedliwość społeczną.

Dowiedziałem się wiele na temat rzeczywistości filipińskich chłopów, którzy są brutalnie terroryzowani w swoich wioskach, a także o straszliwych, niebezpiecznych warunkach pracy, z którymi pracownicy fizyczni stają co dzień twarzą w twarz. Dowiedziałem się, że choć wykonują oni ciężką pracę, są wciąż ubodzy, podczas gdy właściciele ziemscy i kapitaliści się bogacą. Poznałem też odpowiedź na najbardziej podstawowe z pytań: dlaczego, choć Filipiny są tak dobrze wyposażone w bogactwa naturalne, masy ludowe nadal żyją w biedzie?

Zatrzymaj się. Spójrz. Posłuchaj. Życie ubogich to fakty, które nie obchodzą dziś młodego pokolenia. Przypominanie o ich rzeczywistości bywa nawet określane obecnie mianem propagandy.

Żeby pojąć, że militarne i gospodarcze relacje Stanów Zjednoczonych i Filipin nie opierają się na zasadach równościowych, nie musimy się nawet spierać na poziomie ideologii. Czemu oni mają prawo żeglować po niektórych z naszych mórz, podczas gdy nasi lokalni rybacy są tego prawa pozbawieni? Dlaczego wielkie zagraniczne firmy zachęca się do szerokiego inwestowania na Filipinach, a nasze zasoby surowcowe są dla nich dostępne, my za to – przeciwnie – nie mamy żadnego własnego przemysłu tego typu? Dlaczego nie ma u nas przemysłu samochodowego, pomimo posiadania przez nas odpowiednich surowców oraz całego zastępu świetnych inżynierów?

Uczestniczę w protestach ulicznych – maszeruję z masami, które walczą o autentyczne wyzwolenie narodowe i sprawiedliwość społeczną.

Obecnie studiuję marksizm, leninizm i maoizm. Zgłębianie tych doktryn sprawia, że człowiek staje się krytyczny, jeśli chodzi o podejście do filozofii, nauk ścisłych, historii, polityki, ekonomii i innych istotnych dyscyplin społecznych. Zmusza go do przełamania wstecznej, pełnej przesądów, dominującej perspektywy. Pomaga również przeprowadzić bardziej naukową i rzeczową krytykę różnych „oczywistości”.

Wraz z postępem i metamorfozami, jakim podlegał mój młodzieńczy sposób myślenia, moje podejście do religii zmieniło się. Nie wierzę już, że Bóg jest długowłosym starcem odzianym w złote szaty. Sądzę raczej, że przebywa On pośród tych, którzy są chorymi i umierającymi ofiarami naszego społeczeństwa, schwytanymi w pułapkę przez gnijący system faworyzujący tylko wąskie elity.

Nie podpisuję się już bezrefleksyjnie pod przesłaniem religii. Chciałbym raczej wierzyć, że jej biegun i biegun lewicy są do pewnego stopnia dychotomiczne. Mogę mieć rację i mogę się mylić. Bóg mnie osądzi. Ale owszem, nadal jestem dumnym katolikiem.

Jestem katolikiem i lewicowcem. Jezus Chrystus, syn boży, nie przybył na ziemię jako, jak oczekiwali tego Żydzi, Mesjasz-wojownik. Przybył jako mężczyzna skromnego pochodzenia, żyjący pośród mas ludowych. Był rewolucjonistą na własny sposób. Pomagał rybakom organizować się i demaskował pełen hipokryzji ówczesny system. Głosił wyzwolenie, leczył chorych, żył wśród ubogich. Nigdy nie potępił jednak rewolucji zelotów [ruch polityczny z I wieku n.e. – przyp. tłum.], żydowskiego ruchu społecznego, który walczył z imperium rzymskim. Nakazał nawet jednemu z nich, Szymonowi, by został jego apostołem.

Nie używam Jezusa jako wyjaśnienia i podbudowy dla mojego radykalizmu. Stanowi on dla mnie raczej model postępowania. Nie nalegał, żeby być po prostu kochanym, lecz przynaglał: „Podążaj za mną”. Podążam więc za Chrystusem i służę ludziom. Konserwatyści mówią, że pod względem ideologicznym niemożliwe jest pogodzenie tych „przeciwieństw”. Ale moim zdaniem – będą one ze sobą współdziałały, jeśli tylko zastosujemy je w praktyce.

Kościół przyjął niechrześcijańskie filozofie Platona i Arystotelesa, aby uzasadnić istnienie Istoty Najwyższej. Dlaczego nie może więc zaakceptować filozofii społecznej, która podobno odzwierciedla powołanie Kościoła we współczesnym świecie? Może nie jest do tego zdolny z powodu sugestii, że należy wyzbyć się nadmiernego nacisku na posiadanie własności prywatnej, do czego zachęcał Jezus i pobożni święci?

Jestem przeciwny awanturniczemu buntowi, który prowadzi donikąd. Jeśli jednak jest on konieczny, mam nadzieję, że doprowadzi do zaistnienia społeczeństwa opartego na pokoju i sprawiedliwości, i popieram go.

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się na portalu rappler.com w marcu 2014 r.

Tłumaczenie Magda Komuda

Razem i osobno

Do opozycji pozaparlamentarnej, która z pomocą rzutnika nawiązała bliską więź z fasadą Kancelarii Premiera Rady Ministrów, zbliżamy się od strony pomnika Józefa Piłsudskiego. Markotne słońce marca mówi o naszym kraju więcej niż wszyscy niepokorni i reżimowi publicyści razem wzięci. Cykliści pedałują. Policjanci obserwują. Palacze petują. Dzieci pokasłują. Starcy deprawują. Staruszki szerują foty w mediach społecznościowych. Marszałek patrzy spod brwi, kto i gdzie kury szczać wyprowadza. I jak się to wszystko skończy.

Najpierw mijamy stanowisko Komitetu Obrony Plutokracji w wersji alternatywnej. To rewizjoniści od Andrzeja Miszka, zamożnego antykwariusza, który w Kasince Małej oferuje wynagrodzenie około 1400 zł netto miesięcznie (przy możliwości nadgodzin i premii uznaniowych), z zastrzeżeniem, że pracownicy powinni zamieszkiwać w strefie umożliwiającej szybki dojazd do pracy, czyli nie dalej niż 15–20 km od tej miejscowości. Kapitalista ma w tym swój interes, ale i my wiemy, w czym rzecz – przy tak niskich wynagrodzeniach trzeba dobrze skalkulować relację zarobków do wydatków na paliwo/inne formy dojazdu. Ponieważ pan Miszk skłócił się z panem Kijowskim, założył Komitet Obrony Demokracji Przed PiS-em, by zadośćuczynić najpiękniejszym tradycjom polskiego bycia na swoim. Własny kawałek etosu i styropianu to chyba wciąż senne marzenie każdego z tych dziś już nieco podstarzałych opozycjonistów z samego końca PRL, niezależnie od tego, jakie konstelacje ideowo-polityczne zasilili w III RP.

Za KOD-PP mamy obozowisko partii Razem, której wielu nie może wybaczyć prób wybicia się na niepodległość myśli i organizacji partyjnej suwerennej od starych i młodych postkomunistów oraz liberalnych dzienników opinii. A dalej mamy oryginalny KOD. Namioty tych ostatnich pojawiły się naprzeciw KPRM najpóźniej. Liberalni demokraci chodzą do socjalistów i zagrzewają do wspólnego oporu. Wygląda to mimo wszystko jak przypadkowe spotkanie nie tylko dwóch różnych światopoglądów, ale i dwóch różnych pokoleń. Liberalni demokraci są na ogół starsi od Razemowców i jestem pewien, że jako nastolatek widziałem ten typ twarzo-poglądu, tę demokratycznie-liberalną pewność siebie przezierającą spod słów i mimiki. Tak, to oni przekonywali w okolicach 1990 roku i później, że wystarczy wziąć sprawy w swoje ręce i już będzie przepięknie, i zaraz będzie normalnie. I brali własne możliwości za powszechną równość możliwości, co jest dość typowym liberalnym szwindlem albo nie mniej karygodnym zaślepieniem nie tylko pod tą szerokością geograficzną. Tyle lat minęło w galopującym dobrobycie – a wciąż nie jestem do nich przekonany. Za to oni są bardzo pewni siebie. Tak dziwnie łamią im się języki, gdy wymawiają cudzoziemskie dla nich słowa „prekariat” albo „redystrybucja”. A stara siwa kobieta siedzi w czerwonym leżaku. Je zupę, która szybko stygnie. Tak, szybko robi się chłodniej. I jeszcze chłodniej, gdy znów miga w kąciku oka napis z banneru: „Rzeczpospolita Polska jest demokratycznym państwem prawnym, urzeczywistniającym zasady sprawiedliwości społecznej”. Chyba jeszcze nikt tak wyraziście na oczach publiczności nie zdiagnozował tego fragmentu rodzimej schizofrenii à la III RP, jak ta grająca fioletami pozaparlamentarna partia kobiet bez garsonek i mężczyzn bez garniturów.

Jest środa, szesnastego marca, przedwiośnie 2016 roku – już nas opuszcza młodość, fałszywy towarzysz. Słyszę, że Razemowcy jutro się zwiną, że znikną namioty wykładane styropianem, który tworzy ściółkę pod ich etos. I nie będą śpiewać, że „już kormorany odleciały stąd”. A o ich miejsce losy rzucają Front Demokratycznego Oswobodzenia Polski oraz Polski Front Demokratycznego Oswobodzenia. Robi mi się trochę smutno, bo to był taki ładny piknik na skraju wiosnozimy, takie ładne spotkanie integracyjne, takie ładne flag łopotanie, brzydka ona, brzydki on, a jaka piękna partia. I to bez tego wszystkiego, co postarza i szpeci na ogół nawet młodych partyjniaków i partyjniaczki innych ugrupowań, bez eseldowskich karków i sztywnej mowy, trochę w duchu obozu letniego z czasów liceum. Wiem, wiem, chodziło zupełnie o co innego. Ale to mój felieton. Wiem też, że i oni się zestarzeją, niektórzy nawet głupio i nieetycznie.

Przy okazji: jedna z najsmutniejszych przypadłości około-KOD-owskich form obrony liberalnej demokracji polega właśnie na tym, że wykluczony z niej jest ten pracownik, który dostaje 1400 złotych na rękę. To trochę tak, że pan Miszk pewnie wyobraża sobie, że on broni demokracji liberalnej także dla swojego nisko opłacanego pracownika, pod jego nieobecność. Ale właśnie ta nieobecność jest kluczowa. Czy ściślej: wykluczająca. Otóż wbrew pewnemu modnemu wciąż stereotypowi, nisko opłacany pracownik najemny wcale nie musi być ani tępy, ani niezainteresowany, zdolny do objęcia myślą jedynie programu telewizyjnego. Spójrzcie na historię prasy robotniczej: świat pracy miał nie tylko swoją znakomicie wykształconą elitę, ale i miliony ludzi tylko na tym kontynencie, którzy ze zrozumieniem czytali sążniste artykuły prasowe. Wbrew temu, że burżuazja/klasa średnia chciała w nich nierzadko widzieć nieokrzesanych głupców, mieli swoje robotnicze głowy na karku. Tak jest i dziś. Tak zwani zwykli ludzie wciąż mają poglądy i chcą je mieć, ponieważ nawet najbardziej zdewastowany system edukacji powszechnej (czyli dobry i elitarny dla nielicznych, byle jaki, sztampowy i jedynie dostępny dla mniej zamożnych) nie jest w stanie zniszczyć pewnych przyrodzonych ludzkich predyspozycji. Wśród nich np. chęci opowiedzenia sobie świata i własnego polis.

Ale co się dzieje, gdy ludzi stać jedynie na bardzo tanie poglądy? Czyli takie, które nie wymagają zdobywania odpowiednio wyższego kapitału kulturowego, społecznego, środowiskowego. Pal licho Kasinkę Małą i pracodawcę-antykwariusza. Tyle jest innych pięknych miejsc w Polsce. Gdy mieszkasz na przykład w Mrówczym Dole, w bloku postawionym w czasach tzw. Polski Ludowej, skąd nie uciekłeś, bo jakimś cudem szwagier kuzyna od strony matki mógł ci dać robotę w okolicy, ale cudów nie obiecywał, więc przebijasz się przez kolejne miesiące, kalkulując relację czasu do pieniądza, to właściwie masz prawo nie uważać, że dałoby się o świecie pomyśleć inaczej. Niestety – wszyscy, którzy są znacznie wyżej od ciebie i odpowiadają za produkcję i dystrybucję mniemań, dobrze o tym wiedzą. I liczą na to, że właśnie od nich kupisz ich tanio i na masową skalę produkowane poglądy, za które słono będziesz płacił przez lata życia w Mrówczym Dole.

Tak, tak, jedni sprzedadzą ci historię, że walczą o demokrację i liberalizm, i wolność słowa, i przeciw państwu policyjnemu. A ty nie musisz wiedzieć, że to oni są twoim policjantem i twoim cenzorem, że oni są pałką niezapłaconych rachunków, która w nocy budzi cię z krótkiego snu, że oni są tym kneblem, który nie pozwala ci cisnąć kurwą na pana szefa, że to oni tak sprytnie zrobili Polskę, że żadna szwaczka nie zostanie Anną Walentynowicz. Nie musisz wiedzieć, że w studiach warszawskich, przy tamtejszych knajpianych stolikach, na przyjęciach dla wyfraczonej elity władzy i pieniądza, w ogrodach dla wtajemniczonych gwiazd mediów budują świat, który ułatwia im życie z takich jak ty. I skrupulatnie od lat dbają o to, żeby nikt nie reprezentował twoich realnych interesów ekonomicznych, żebyś miał pewność, że związki zawodowe to pasożyty, że instytucje publiczne to złodziejstwo, że wszystko przez imigrantów, gender, PiS, Kościół, komunę, typowo polską nienawiść do tych, co mają lepiej (niepotrzebne skreślić). Bądź pewien – jest wiele sposobów na to, żebyś siedział w Mrówczym Dole przekonany, że na przykład demokracja i liberalizm polegają na tym, że nic nie zmienia się przez długie lata w systemie finansowego wsparcia dla bardziej i mniej swoich.

Czy to teoria spiskowa? Skądże. To życie towarzysko-handlowo-polityczne kilkadziesiąt pięter nad twoją głową. Gdybyś się tam znalazł, zobaczyłbyś wszystkie te same małości, które znasz z ławki pod spożywczakiem – tyle że o znacznie większej sile rażenia i intensywności przeżyć. Gdy ty spadniesz w dół, to owszem, pieprzniesz boleśnie i może nawet ze skutkiem śmiertelnym. Ale oni, gdzieś wysoko – oni spadają naprawdę długo, pociągając za sobą bardzo wielu. Czasem mija im na tym falowaniu wysoko w górę i niżej w dół całe życie, a przynajmniej jego dekady. Dlatego tak bardzo nie lubią żadnych zmian, nawet prostej zmiany władzy politycznej. Większość z nich tego nie lubi – także ci, którzy teraz wzlatują wyżej. Ale później leży taki na ziemi i widzisz, że to nie był żaden archanioł, lecz zwykła świnia, tylko drogo uperfumowana. Tak, mówię o wielu z tych, których w Mrówczym Dole oglądasz w telewizji – w różnych rolach.

Zatem – ludzie mają dziś takie poglądy, które można nabyć bardzo tanio. A ten powszechnie dostępny towar to dziś właśnie na ogół połączenie lumpenliberalizmu z różnymi szowinistycznymi atawizmami i uprzedzeniami, które określa się mianem prawicowości. Oczywiście, niektórzy są bardziej „liberalni”, inni bardziej „konserwatywni”, ale pewna stała polska to miks bardzo różnych rodzajów kołtuństwa, czasem nawet takiego, co wcina kiełki i macha tęczową flagą, ale gdy trzeba, pobudza się na myśl o wysyłaniu policji na górników. Na marginesie: ciekawi mnie, czy publicyści prawicy z pokolenia Niezależnego Zrzeszenia Studentów ostatnich lat Polski Ludowej, ludzie często prywatnie o wiele bardziej „lewaccy”, niż opinia publiczna mogłaby przypuszczać, zdają sobie sprawę, co właściwie zaczęli obsługiwać w ramach konieczności życia na odpowiedniej warszawskiej stopie i spłat kredytów.

Wracając do meritum – walka o „zwykłego człowieka” przypomina trochę konflikt rozwodzących się rodziców o szarpane na wszystkie strony dziecko. Ono jest ofiarą całej tej sytuacji i zakładnikiem konfliktu tych dwojga. Mamusia jest endeko-patriotką, tatuś demokratycznym liberałem. Kto przekona maleństwo do swojej racji i swojej nienawiści? Może być różnie. Problem tkwi gdzie indziej: kto powie dziecku, że zostało oszukane przez nienawiść ludzi, którym powinno móc zaufać. Ktoś zauważy: ale przecież społeczeństwo nie jest dzieckiem! Zupełnie niecynicznie odpowiem – chciałbym, żeby tak było. Ale to nie ja robię z polityki i debaty publicznej marketingowe szoł o niczym.

Wszelkie kłamstwa o polskim byciu razem i osobno obala jedno słowo: wykluczenie. Otóż to właśnie ci, którzy chcą rzekomo bronić liberalizmu i demokracji, a którzy żyją z wyzysku ekonomicznego i na różne sposoby go legitymizują i głoszą – to oni budują najbardziej realne polskie osobno. I nie obchodzą mnie w tym momencie ich identyfikacje polityczne i nawet ideowe. Mówię o bazie. To oni są przeciw bardziej egalitarnemu społeczeństwu, mniejszemu rozwarstwieniu, większej stabilności bytu milionów mało zarabiających Polaków. To oni chcą murów strzegących ich majątków i pozycji społecznej albo ich obecnych aspiracji. To oni są osobno i coraz bardziej wsobnie – choćby jako ofiary realnego liberalizmu cierpiące na syndrom sztokholmski. To oni są osobno – zarzucając na innych sieć iluzji wspólnotowości. Ich demoliberalna wspólnotowość jest równie fałszywa jak ta szowinistyczna, zbudowana np. na uprzedzeniach wobec imigrantów. Razem to znaczy dziś osobno, oznacza własne miejsce, własny topos. To miejsce-tożsamość, które łączy ludzi wokół konsensusu chyba znacznie trudniejszego niż demoliberalny. Jaki to konsensus? Moim zdaniem to nadzieja na odbudowę polityki socjaldemokratycznej, sensownie etatystycznej, obywatelskiej i instytucjonalnej zarazem.

Zaprawdę, pozwólcie Razem być osobno. Inaczej okażecie się zakładnikami, strażnikami albo demiurgami paradygmatów, które dość już narobiły nam zła w III RP.

Zakazać Dnia Świętego Patryka

W ubiegłym tygodniu rzuciła mi się w oczy lista 10 najbardziej zwariowanych parad na Dzień św. Patryka, które musisz odwiedzić. Ogarnęło mnie czyste przerażenie na myśl, że mogłabym przypadkiem znaleźć się poza domem w to straszne święto. Na szczęście miałam jeszcze kilka dni, żeby się przygotować i ukryć.

Nie tak powinno być. Jak możecie wywnioskować z mojego nazwiska, wychowano mnie po irlandzku – tak bardzo po irlandzku, jak tylko irlandzka może być mała dziewczynka ze Środkowego Zachodu, której przodkowie nie widzieli Europy od czasu Wielkiego Głodu. Dostawałam książki z obrazkami mojej pięknej ojczyzny, do której mogłabym ewentualnie kiedyś wrócić. Oglądałam filmy o głodzie, podboju i prześladowaniach, jakie spotykały moich rodaków i rodaczki. Mój młody umysł wypełniał się Joycem i Yeatsem, moje uszy Enyą i U2. Oglądałam tańce ludowe i, mój boże, byłam tym poruszona.

Wtedy kochałam Dzień św. Patryka. Miałam specjalne zielone ubrania i bogatą kolekcję świątecznych ozdób, w tym świecące trzylistne koniczynki i kubki z napisem Pocałuj mnie, jestem Irlandką. Gdzieś pośród tego chaosu kryło się świętowanie naszego dziedzictwa. Ale koniec z tym.

Dziś widzę, że święto, które było dla mnie celebrowaniem historii, w rzeczywistości jest narodowym konkursem na to, kto szybciej przemieści się z baru do izby wytrzeźwień. Dzień dumy z własnej kultury nie powinien oznaczać prewencyjnego zwiększenia sił policyjnych na ulicach. Kobiety i mężczyźni, emigrując z Irlandii do USA, chcieli wielu rzeczy dla swoich dzieci. Jednak jedną z rzeczy, których na pewno nie chcieli, są nagłówki prasowe takie jak: Sukces, mało przestępstw podczas Parady na Dzień św. Patryka („tylko” dziesięć zatrzymań za pijaństwo i napaść, hurra!), Rekordowo niska liczba przestępstw podczas obchodów św. Patryka w Hoboken (jedenaście zatrzymań i 39 wezwań pogotowia) czy Żadnych aresztowań w Syracuse podczas parady na św. Patryka. Święto jest dziś tak mocno kojarzone z nadużywaniem alkoholu i przypadkową przemocą, że gazety odnotowują właśnie brak napaści.

Pewnie niektórzy z moich amerykańsko-irlandzkich znajomych wypiją za to (kolejny) toast, ogłaszając, że jesteśmy narodem zwariowanych imprezowiczów. Istnieje jednak termin na określenie sytuacji, gdy jakaś społeczność ma cały dzień, podczas którego może poświęcić się publicznemu chlaniu i popełnianiu drobnych przestępstw bez bycia stygmatyzowaną. Ten termin to biały przywilej.

Istniały kiedyś (i istnieją także dziś) dobre powody, żeby świętować irlandzkie dziedzictwo. Niektóre z nich są nawet częścią samego Dnia Św. Patryka. Obowiązek noszenia zielonego, jak irytujący by nie był, wywodzi się z radykalnej historii. Wearing o’ the green było znakiem, że identyfikujesz się z irlandzkimi rewolucjonistami, ich walką przeciw brytyjskim kolonizatorom i, jak mówi piosenka, dałbyś się za to powiesić. To antykolonialne przesłanie zostało ślicznie zapakowane w firmowy papier Hallmarka i całkowicie pozbawione znaczenia. Historia irlandzkich Amerykanek i Amerykanów jest w większości historią klasy robotniczej – historią biedy Innego w skolonizowanej Irlandii, która szybko stała się historią biedy Innego, imigranta w Ameryce.

W takim kontekście postać Świętego Patryka miała ogromne znaczenie. Dorastałam, słuchając starych kobiet opowiadających zachrypniętym od papierosów, pełnym szacunku głosem o jego cudach: usłyszał głos samej Irlandii, mówiącej do niego słowami Chrystusa! Wygnał z Irlandii węże, pokazując, że Szatan nie ma władzy nad jego ludem! Nieważne, czy mówimy o magicznej wersji postaci św. Patryka, w cieniu której dorastałam, czy o wiele mniej inspirującej wersji historycznej – nawróconego rzymskiego misjonarza, odpowiedzialnego za wyplenienie rodzimej religii. Patryk jest pamiętany jako święty ludzi biednych, chroniący ziemię podbitego ludu, strzegący jego wyzyskiwanych dzieci w nowym kraju. Jego misją, tak jak i misją wielu ludowych bohaterów, było zapewnienie tych, którzy nie liczyli się dla klas panujących, że liczą się w oczach Boga.

Powstania, społeczny radykalizm, solidarność ludzi pracy, Bóg, który kocha ubogich – gdybym miała wymyślić najmniej odpowiedni symbol dla tych wszystkich rzeczy, zatrucie alkoholowe byłoby na samym szczycie listy. Za popularnym obrazem wesołkowatego, pijanego jak Irlandczyk, Leprechauna stoi w rzeczywistości człowiek z klasy pracującej, bez dostępu do usług medycznych, leczący alkoholem bolesne i wyniszczające choroby. To prawdopodobnie najmniej pasujący do święta obrazek, jaki możemy sobie wyobrazić. Jednak Amerykanie są do niego przywiązani, pewnie dlatego, że schlanie się jak świnia jest o wiele łatwiejsze niż stworzenie klasowej polityki.

Asymilacja Irlandczyków wydarzyła się dawno temu. Ostatnia sytuacja, kiedy ktoś był zszokowany tym, że irlandzki katolik znalazł pracę, miała miejsce 20 stycznia 1961 roku, a nawet wówczas tylko dlatego, że była to praca aż tak dobra. Nazwisko tego Irlandczyka brzmiało, jeśli coś wam to mówi, Kennedy.

Wciąż istnieje wiele sposobów, na jakie da się świętować historię Irlandek i Irlandczyków: możecie opisywać to, jak intratne prywatne więzienia kontynuują historię wyzysku świata pracy, świata, który amerykańscy Irlandczycy i Irlandki zawsze uważali za swój własny, i organizować ruch przeciw takim placówkom. Możecie stworzyć własną wizję solidarności klasy robotniczej i uczyć się, jak wspierać imigranckie społeczności, które wciąż są marginalizowane. Jeżeli jesteście katolikami, możecie świętować historię radykalnego aktywizmu katolickiego i służby ubogim. A w międzyczasie nawet włączyć Enyę, co tam.

Ale nie obchodźcie dnia św. Patryka. To święto, donoszę z przykrością, zostało zrujnowane. Przyszedł czas, żeby je zlikwidować – wraz z całym tym szumem o „irlandzkości”, który zbudowano dookoła. Jestem pewna, że sprawicie tym Paddy’emu radość. Jestem pewna, że nawet siedząc w wolnej od węży części Nieba, otoczony przez trzylistne koniczyny i pobożne irlandzkie ciotki, dziergające mu swetry na drutach, ma dość ludzi rzygających w metrze na jego cześć.

Sady Doyle
tłum. Mateusz Trzeciak

Tekst pierwotnie ukazał się na stronie internetowej magazynu „The Baffler” w marcu 2015 r.

Polak-katolik a powszechne przeznaczenie dóbr

Polska to w wielu obszarach kraj paradoksów. Jednym z nich jest deklaratywne przywiązanie dużej części Polaków do katolickich wartości, połączone z życiem zupełnie oderwanym od tychże wartości – i w większości przypadków chodzi o tę samą grupę Polaków. Polacy-katolicy na przykład notorycznie stosują bluźniercze sformułowanie „święte prawo własności” oraz fetyszyzują własność prywatną, choć Kościół katolicki stworzył unikalną i bez mała rewolucyjną zasadę powszechnego przeznaczenia dóbr, która podporządkowuje własność użytkowaniu, a pretensje do niej może rościć sobie każdy, choć oczywiście w określonych przypadkach i z zachowaniem pierwszeństwa właściciela. Polacy-katolicy z ogromnym lekceważeniem podchodzą także do przyrody, choć to właśnie ją stworzył Bóg, natomiast nierzadko wręcz wielbią stworzone przez człowieka wytwory materialne. Ogrzewają więc swoje wypasione chałupy paląc najpewniej oponami (bo chyba tylko one mogą dać taki czarny dym), trując swoje siostry i braci. A na drugi dzień idą grzecznie na Mszę i stoją w ładnym rządku do Komunii, nie zwracając uwagi na fakt, że dzień wcześniej tak nagrzeszyli, że dla pokuty przez trzy miesiące powinni codziennie klepać różańce. Ewidentnie prawdziwą „dobrą zmianą” w Polsce byłoby odkurzenie stworzonej przez jednego z największych mózgów w historii Kościoła zasady powszechnego przeznaczenia dóbr. Pytanie tylko, czy św. Tomasz z Akwinu jest jeszcze dla współczesnego Polaka-katolika jakimkolwiek autorytetem.

To właściwie nic dziwnego, że w czasach wszechobecnego kultu własności środowisko naturalne traktowane jest w najlepszym wypadku podejrzliwie i z dystansem. W końcu nie da się go całego ogrodzić, postawić tabliczki „moje” i wpuszczać łaskawie tylko znajomych, i to też tylko wtedy, gdy najdzie nas na to ochota. Nie da się go całego zakupić, otoczyć płotem i postraszyć intruzów złym psem. Można tak najwyżej postąpić z drobnym i najbardziej dostępnym kawałeczkiem, ale przyroda i tak ma te wszystkie zabiegi za nic i przy najbliższej okazji spuści na teren delikwenta hektolitry wody z przemykającej obok chmury, zupełnie o to rzekomego właściciela nie pytając. Wiatr hula po naszych włościach nawet wtedy, gdy sobie tego nie życzymy, ptaki bezczelnie wlatują, siadają na ławkach i zostawiają na nich jakieś białe placki, a gdy przychodzi grudzień nawet stojący w garażu nowiutki SUV miewa problem z wyjazdem na naszą własną, starannie wcześniej utwardzoną drogę. W normalnych sytuacjach, gdy ktoś kpi sobie z mojego „świętego prawa własności”, mogę zawsze na niego nakrzyczeć, dać w twarz, ewentualnie zadzwonić po odpowiednie służby. Na przyrodę tymczasem mogę się wydzierać ile wlezie, a ona i tak nic sobie z tego nie robi.

Gdy kupię 10-calowy tablet z modemem 4G, to wiem, że jest mój, mam paragon, mogę się nim pochwalić przed znajomym, a nawet przed nieznajomym siedzącym na fotelu obok w niepolskim busie. Tymczasem gdy kąpię się w rzece, to nie do końca wiem, czyja ona jest. Niby z niej korzystam do woli, przyjemnie mnie schładza, ale obok kąpią się dziesiątki innych, jakieś rozwydrzone bachory drą się wniebogłosy i nie dają spokojnie człowiekowi poczytać książki na materacu, a jakby tego było mało, właśnie nadepnął mnie jakiś grubas i ledwo burknął „sorry”. To jak to jest w końcu z tą rzeką? Jest moja czy ich? A jeśli jest nas wszystkich, to która konkretnie część jest moja? Proszę mi sprawiedliwie wydzielić mój kawałeczek, może być nawet maluteńki, tylko żeby mi nikt na niego nie właził, a grubas niech sobie depcze innych na swojej części.

Na tym właśnie polega w naszym kraju główny problem nie tylko z naturą, ale i z całą własnością wspólną. Nie da się precyzyjnie ustalić, do kogo ona należy, a w czasach kultu własności prywatnej i jej fetyszyzacji jest to ogromna wada. Po zgrzebnych latach PRL rzuciliśmy się budować naszą prywatną własność, podobno zawsze dużo lepszą i bardziej efektywną od własności wspólnej, której przecież sama nazwa wskazuje, że jest niczyja. Odwróciliśmy się więc plecami od naszych klatek schodowych, parków czy podwórek, na rzecz nieustannego upiększania własnego mieszkania czy domu. Nieistotne stało się, że do pracy jedziemy drogą wyboistą niczym powierzchnia księżyca – ważne, że w domu mamy telewizor wielki jak pół Orlika. Ten sam los spotkał naturę – nie moja, a więc niczyja, a skoro niczyja, to nic nie szkodzi wyrzucić niedogaszonego papierosa do lasu, okazjonalnie wysikać się do jeziora czy zostawić butelki po piwie na łące, na której przed chwilą się imprezowało. Najpierw nachapać się do syta, a dopiero potem oddać następnemu w kolejce, gdy sami już i tak nie możemy – to nasza standardowa strategia korzystania z każdej formy własności. I nieważne, czy chodzi o mienie komunalne, czy o zasoby naturalne – byłem pierwszy, jestem panem. Gdzie mi się tu wpychasz, babo – zapłaciłem za bilet, to siedzę. Trzeba było wejść dwa przystanki wcześniej, to ty byś siedziała.

Katolicka zasada powszechnego przeznaczenia dóbr jest traktowana przez przeciętnego Polaka-katolika co najwyżej pobłażliwie, jako jeden z tych licznych nieszkodliwych kościelnych przeżytków, których i tak już nikt nie przestrzega i nikt nie zwraca na nie uwagi. W czasach absolutyzacji własności, wręcz jej sakralizacji („święte prawo własności”), twierdzenie, że własność obciążona jest hipoteką społeczną, aby dobra mogły służyć ogólnemu przeznaczeniu, musi się jawić jako bajanie jakiegoś niepoprawnego idealisty, w gruncie rzeczy niebezpiecznego, bo jeszcze zechce dokwaterować uchodźcę z Syrii do mojego M-3. Współczesny porządek ekonomiczny jest oparty na podziale na to, co moje i co nie moje, a poszczególne dobra może i były kiedyś powszechnie przeznaczone, ale tylko do momentu, gdy je nabyłem. To znaczy, de facto każdy mógł wejść w ich posiadanie, ale po transakcji to już jest inna historia. We współczesnej logice zasada powszechnego przeznaczenia dóbr jest więc podporządkowana własności prywatnej – obowiązuje, dopóki czegoś nie posiądzie konkretna osoba. Gdy ten kawałek pola jest już Marka czy Ilony, wtedy pieczę nad nim sprawują zasady prawa cywilnego, a nie boskiego. Tymczasem doktryna katolicka odwraca tę logikę: to własność prywatna podporządkowana jest powszechnemu przeznaczeniu dóbr, które powinno być uniwersalnym prawem ich użytkowania, a także pierwszą zasadą całego porządku społecznego.

Fetyszyzacja własności prywatnej powoduje, że z zupełnym lekceważeniem odnosimy się do własności wspólnej. To właśnie z tego powodu obojętnie patrzymy, jak niszczeje nasza własność publiczna oraz jak natura bywa przez nas bezlitośnie wykorzystywana. Za obie nie czujemy odpowiedzialności, ponieważ nie stoją u nas na biurku i nie zapłaciliśmy za nie naszą kartą bankową. Tymczasem własność prywatna powinna być tylko instrumentem ułatwiającym korzystanie z dóbr. Instrumentem, który da pewność, że gdy rano będę chciał jechać do pracy, to mój samochód będzie stał na parkingu i grzecznie czekał – nie oznacza to jednak wcale, że mogę z nim robić, co mi się żywnie podoba.

Przypomnienie sobie, że wszelkie dobra w boskim zamierzeniu mają co do zasady służyć wszystkim, może zmienić nasz stosunek do świata – zarówno do tego, co mam w torbie podróżnej, jak i tego, co mijam jadąc pociągiem. Postawienie zasady powszechnego przeznaczenia dóbr nad własnością prywatną wszystkim nam wyjdzie na zdrowie. Zaczniemy korzystać bardziej odpowiedzialnie z mienia własnego oraz publicznego, a także dostrzeżemy, że środowisko naturalne to dobro nie tylko moje, nawet nie tylko moich żyjących współcześnie sióstr i braci, ale wszystkich przeszłych i przyszłych pokoleń. Nasze place wypięknieją, a parki będą czystsze. Nasze usługi publiczne zaczną lepiej działać, a podatnicy będą bardziej sumiennie płacić na ich utrzymanie, zdając sobie sprawę, że czynią to we wspólnym interesie. No i przede wszystkim Polak-katolik będzie lepszym wiernym. Pytanie tylko, czy bycie lepszym wiernym jest jeszcze dla współczesnego Polaka-katolika jakąkolwiek wartością.

Dać czy nie dać, czyli o pomocy bez warunków

Zastanawianie się nad kwestią dzietności w Polsce z okazji 8 marca to swego rodzaju przyznanie racji retoryce, która uznaje dziecko za „sprawę kobiety”. Oczywiście w idealnych, laboratoryjnych warunkach potomstwo jest sprawą obu płci, i obie doznają z tytułu posiadania go radości i smutków oraz – co bardziej namacalne i wiążące – nabywają pewne prawa i obowiązki. Nie da się jednak ukryć, że Polska raczkuje pod względem udzielania jakiegokolwiek innego niż śladowe wsparcia socjalnego czy to samym dzieciom, czy kobietom jako ich „głównym” opiekunkom, czy, jak chce to widzieć prawica, rodzinom.

Zapowiadany na 1 kwietnia start programu pomocowego 500+ budzi definitywnie największe emocje spośród wszystkich decyzji partii rządzącej. Zaryzykuję nawet stwierdzenie, że o nocnych zakusach na Trybunał Konstytucyjny nie zapisano tyle papieru i kilobajtów, co o tym, czy owe 500 zł dadzą, kiedy dadzą, komu dadzą, a komu nie, i o tym, czy to wystarczająco sprawiedliwe. Opinię na temat przegłosowanego kilka tygodni temu programu ma absolutnie każdy, bez względu na to, czy jest ojcem lub matką i czy program go bezpośrednio dotyczy.

Przypomnijmy podstawowe założenia: owe 500 zł to świadczenie, które zostanie przyznane rodzinom posiadającym dwoje lub więcej dzieci, na każde dziecko od drugiego wzwyż, bez względu na dochody. W przypadku posiadania jednego dziecka spełnić należy kryterium dochodowe, wynoszące 800 zł na osobę w rodzinie lub 1200 zł w przypadku dzieci niepełnosprawnych. Świadczenie ma być wypłacane do momentu ukończenia przez dziecko osiemnastu lat. Na pierwszy, ostrożny rzut oka program wygląda i brzmi świetnie – oto naprawdę pierwsze tak powszechne świadczenie, które obejmie miliony obywateli i którego rezultat społeczny może być bliski przyznaniu uniwersalnego świadczenia wprowadzanego przez inne kraje. Oto pierwsze świadczenie, które nie upokarza śladową kwotą lub nie jest jednorazowe, jak tysiąc złotych becikowego, starczające na używany wózek i paczkę pieluch, ani krótkotrwałe, jak świadczenie z tytułu urlopu macierzyńskiego. Oto po raz pierwszy uznano, że sam fakt, iż ktoś ma dziecko, oznacza, że ponosi realne koszty i wyrzeczenia, które, dla dobra wspólnego, państwo powinno mu rekompensować.

Drugi rzut oka zarówno na sam program, jak i na towarzyszące mu reakcje, przynosi jednak otrzeźwienie. Dziurawości podstawowych założeń 500+ nie da się ukryć pod prawicowym frazesem o „wspieraniu rodzin”. Program w zamyśle egalitarny zaprzecza swej rzekomej egalitarności, czyniąc szereg zastrzeżeń co do warunków i zasad uzyskiwania pomocy. Przez ostatnie tygodnie przez internet przetoczyła się gorąca debata, której skutkiem było wypunktowanie minusów rządowych założeń. A minusy te są poważne i zmieniają wymowę wsparcia, które znienacka okazuje się wybiórcze. Oto pomocy nie otrzyma niezamożna rodzina z jednym dzieckiem, otrzyma ją za to człowiek, któremu zdarzyło się mieć dwójkę dzieci, a w normalnym kraju płaciłby podatki według progu podatkowego dla najbogatszych. Świadczenie ma więc obiektywne wady i nie jest tak powszechne, jak chciano by je przedstawiać. Warto się jednak zastanowić, czy jest tak złe, jak niektórzy je odmalowują.

Lista zastrzeżeń wobec 500+ jest niemal nieskończenie długa, a wachlarz argumentów od prawa do lewa niesłychanie bogaty i kolorowy. Znajdziemy tu i skrajnie neoliberalne poglądy. Że świadczenie jest zbyt wysokie, gdyż jest „za nic” – wychowywanie młodego człowieka, który potrzebuje jedzenia, ubrania i przyborów szkolnych, to, jak wiadomo, zupełnie nic, żaden wręcz wysiłek. Albo że pieniądze przecież należy samodzielnie zarobić, a nie „dostać”. Mamy tu także wysoce indywidualistyczne tofu-lewicowe narzekanie, iż program wspiera rodzicielstwo, którego przecież wspierać nie należy, bo jest nas na świecie zbyt dużo, a posiadanie dzieci nie jest ekologiczne i dla dobra planety powinniśmy rezygnować z prokreacji. A kończąc na tradycyjnych frazesach o „szklance wody”, której nikt nie poda na starość tym, co dzieci nie mają – więc każdy mieć je powinien bez żadnego wsparcia ze strony państwa. Osobiście wyznaję szalony solidarystyczny pogląd, że szklankę tę musimy podawać sobie nawzajem, co powinno skutkować wprowadzaniem jak największej liczby świadczeń i programów pomocowych. Wśród nich regularnie wypłacane wszystkim dzieciom, nie tylko tym wybranym według określonych kryteriów, 500 zł jest zaledwie pierwszym krokiem na długiej drodze. Spektrum przeczytanych i zasłyszanych reakcji na plany rządu jest naprawdę szerokie. Najciekawsze zaś padają z ust polityków opozycji, którzy, choć sami nie wsławili się przesadną pomocą opiewanej od lewa do prawa „rodzinie” (nigdy „kobiecie”), a podczas kampanii wyborczej negowali program jako rozdawnictwo zasobów, których przecież „nie mamy”, roszczeniowym masom ludowym, obecnie stoją na straży jego dokładnego wdrożenia i poszerzenia jego ram.

„Polek nie można kupić za 500 zł”, mówi Ewa Kopacz, zgrabnie wskakując z pozycji premier rządu, który wszelkie powszechne wsparcie uważał za niesmaczną wręcz rozrzutność, w buty społecznie wrażliwej oskarżycielki. „PiS zaczyna dzielić dzieci, na co nie ma zgody Platformy”, wtóruje jej Grzegorz Schetyna, sprytnie (i cynicznie, ale wyborca polski pamięć ma krótką) grając na uwielbianej przez Polaków, łatwo antagonizującej strunie pod tytułem „dlaczego on ma, a ja nie”. Ryszard Petru, na liście priorytetów którego obywatel znajduje się raczej na szarym końcu, stroi się w piórka obrońcy żłobków i przedszkoli, i twierdzi, że „Polacy nie mają dzieci, ponieważ brak im poczucia bezpieczeństwa, nie tylko finansowego”. A jakiego? Co oprócz stabilnej sytuacji zawodowej i mieszkaniowej może zasadniczo wpływać na decyzję o prokreacji? Co kryje się pod pojęciem „bezpieczeństwo”, jeśli nie mieszkanie bez kredytu (i bez teściów za ścianą), zatrudnienie za kwotę wyższą od najniższej krajowej i z umową etatową, możliwość spokojnego pójścia na roczny urlop macierzyński z gwarancją powrotu na swoje miejsce pracy? Czy to takie dziwne, że pani Iza z salonu fryzjerskiego czy pani Krysia z kiosku Lotto nie rodzą po trójkę dzieci, skoro zatrudnione są na odnawianych co miesiąc umowach-zlecenie, a ich mężowie dorabiają na czarno na budowach? Czy naprawdę powinien zaskakiwać nas fakt, że symboliczne becikowe nie skłoniło szerokich mas do rzucenia się w wir prokreacji? W retoryce polityków człowiek jest jednak przedmiotem rozgrywki wyborczej i powyborczej, a nie samodecyzyjnym podmiotem.

Połączenie konserwatywnych frazesów o świętości rodziny z neoliberalnym podejściem do redystrybucji dóbr nie zaowocowało do tej pory w Polsce niczym skutecznym, jeśli idzie o podwyższanie poziomu dzietności. Oto Beata Mazurek poleca samotnym matkom, które nie łapią się w widełki programu 500+, „ustabilizowanie sytuacji rodzinnej”. Pod tą ładnie brzmiącą etykietką kryje się po pierwsze dość obraźliwe założenie, że kobieta (lub po prostu jedna osoba dorosła) i dziecko nie stanowią rodziny, a po drugie przesadna wiara w siłę owych pięciuset złotych, dla których samotna kobieta poszuka szybko partnera i zajdzie w kolejną ciążę.

Dochodzimy tutaj do problemu najistotniejszego: czy 500 zł to mało, czy dużo? Wystarczy czy nie wystarczy? Brak w Polsce kompleksowego wsparcia kobiet/matek/rodzin, wsparcia finansowego, rzeczowego, opiekuńczego, dla których to 500 zł mogłoby być zaledwie punktem wyjścia. Potrzeba kroków kolejnych: dofinansowania edukacji przedszkolnej i opieki żłobkowej, zasiłków celowych, które nie wynoszą 80 zł miesięcznie, lecz o wiele więcej, wsparcia kobiet przy bezpiecznym powrocie na rynek pracy, a nie wypychania ich z niego za pomocą wykorzystania przez pracodawcę kruczków o braku ochrony po zakończeniu urlopu macierzyńskiego. Kraje, gdzie kobieta nie boi się na rozmowie kwalifikacyjnej przyznać, że ma małe dziecko, to kraje, które autentycznie wspierają rodziny, dzieci i obywateli, to kraje, które już zwyciężyły w batalii o podwyższenie dzietności. W świetle takiego porównania wypadamy oczywiście blado, a i sama kwota nie jest oszałamiająca. Nie zgadzam się jednak z argumentem, że „takie pieniądze to wstyd dawać” i lepiej byłoby nie dać nic. 500 zł to, rzecz jasna, niewiele, bo dziecko, zwłaszcza w wieku szkolnym, kosztuje miesięcznie dużo więcej. Jednak pani Iza czy pani Krysia, porównując te 500 zł z brakiem jakiegokolwiek wsparcia, odczują różnicę. Gwarantowane, regularnie wypłacane przez szereg lat kilkaset złotych może być tratwą ratunkową dla dwudziestolatki na śmieciówce czy niezamożnej studentki po „wpadce” z równie młodym chłopakiem (niestety, tylko o ile załapią się na próg wypłat dla rodzin najuboższych). Postulowanie wycofania tego wsparcia w imię „wszyscy albo nikt” albo „takich śmiesznych kwot nie należy dawać” – to oznaka braku solidarności oraz popularnego we współczesnej Polsce źle pojętego indywidualizmu, który zakłada, że nie wspieramy potrzeb żadnej z grup, której nie jesteśmy członkami.

Piszę te słowa z perspektywy kobiety, która nie jest i nie będzie matką. Zdaję sobie sprawę ze swojego w tej kwestii uprzywilejowania – jestem w stanie sama zadecydować, czy potomstwo mieć, czy nie mieć, nie odczuwam zbyt silnej społecznej presji w sprawie jego posiadania, mogę dokonać wyboru. Część kobiet jednak podobnego wyboru nie ma, również z powodu marnej edukacji seksualnej i nie zawsze łatwego dostępu do skutecznej antykoncepcji. Mnóstwo kobiet zaś po prostu chce mieć dziecko – w dogodnym momencie, w bezpiecznych warunkach – i to często niejedno. Jako kobieta, obywatelka, socjalistka, z całego serca wspieram więc wszelkie programy i świadczenia oraz wszystkie pomysły, które byłyby w stanie zapewnić im bezpieczną realizację tej potrzeby i pomoc przez kolejne lata. Tak, aby czuły się częścią społeczeństwa, które nie tyle łaskawie „wyciąga rękę”, co bardzo mu zależy, żeby ich życie płynęło spokojnie i pewnie. To gest zwykłej ludzkiej solidarności.