Zmądrzejemy?

Trudno oprzeć się wrażeniu, że świat na naszych oczach znacząco przyspiesza, jakby kolejne wydarzenia (pucze, zamachy, przewroty, aneksje, upadki rządów) były zamawiane przez redakcje 24-godzinnych mediów informacyjnych. Niestety, coraz krótszy cykl życia medialnego story sprawia, że tak samo szybko jak uwaga świata skupia się na jednym wydarzeniu, tak i szybko o nim zapomina, kierując wszystkie światła reflektorów na inne zjawiska. Niewyobrażalne do niedawna podjęcie przez Wielką Brytanię decyzji o opuszczeniu Unii Europejskiej dziś wydaje się powoli przechodzić do kącika wspomnień – a szkoda. Lekcja, którą dostał brytyjski i europejski establishment w postaci wyników głosowania o „Brexicie”, ma ponadczasowy wymiar.

Wielka Brytania osłabia decyzją o Brexicie samą siebie, a także Unię Europejską, na nowo próbując ułożyć sobie relacje z dotychczasowymi partnerami gospodarczymi i coraz częściej spoglądając z nadzieją w stronę przyszłościowego partnerstwa z Chinami. Chociaż rozmiar strat spowodowanych decyzją o wyjściu z UE jest dla Zjednoczonego Królestwa trudny do przewidzenia, pewne jest, że kraj ten na tym straci. Szczególnie dotknięte gospodarczymi konsekwencjami niepewności co do relacji z kontynentem będą północne rejony przemysłowe Anglii. Ze względu na silne powiązania gospodarcze wielu północnoangielskich rejonów z odbiorcami i kooperantami z Unii, to te obszary będą najsilniej odczuwać brak spodziewanych decyzji inwestycyjnych i modernizacyjnych dotyczących łańcuchów wartości produktów, których odbiorcy są na kontynencie. Bezpieczniej będzie bowiem, z punktu widzenia inwestora lub kooperanta, tworzyć swój ekosystem gospodarczy na „pewnym”, kontynentalnym gruncie. Mieszkańcy północnej Anglii nie powinni też zbyt mocno liczyć na osłabienie presji ekonomicznej ze strony imigrantów z Europy Środkowej. Trudno bowiem wyobrazić sobie, aby pozostająca poza UE Wielka Brytania mogła liczyć na jednoczesne całkowite zachowanie przywilejów handlowych oraz jednostronne ograniczenie przepływu ludności z Unii.

To właśnie głosy północnej Anglii sprawiły, że kampania na rzecz opuszczenia Unii okazała się sukcesem. Skala poparcia dla Brexitu była zaskakująco wyższa niż w sondażach, które co do preferencji innych regionów nie myliły się niemal wcale. Dlatego reakcja popierającej Unię południowoangielskiej wielkomiejskiej klasy średniej na decyzję Północy była mieszaniną wyrzutu, złości i pogardy. Jakże bowiem inaczej mieszkańcy północnej Anglii mogli głosować za Brexitem i pogorszeniem swojej sytuacji ekonomicznej, jeżeli nie z czystej ignorancji?

Ewidentnie moment zainteresowania „Północą” (a raczej wszystkimi gorzej radzącymi sobie rejonami) przyszedł zbyt późno – i tylko w postaci połajanki. Zapomniane przez angielski establishment rejony północnej Anglii, nie potrafiące wciąż dojść do siebie po thatcherowskich reformach i nieproporcjonalnie mocno dotknięte polityką cięć wydatków sfery publicznej przez rząd Davida Camerona, dostały w trakcie kampanii referendalnej od zwolenników wyjścia z Unii populistyczną antyimigrancką papkę. Od establishmentu popierającego pozostanie w Unii nie dostały nic. Na politycznym przedreferendalnym bazarku nadzieję ofiarowali tylko zwolennicy Brexitu; zwolennicy pozostania nie mieli takiej waluty. Wykluczał ją bowiem konsensus polityczno-medialno-biznesowego establishmentu, w fanatyczny sposób broniącego torysowskiej polityki cięć i „reform” nawet najbardziej bolesnych materialnie dla uboższych warstw. A zatem brak możliwości wyboru poprawy własnego losu okazał się demoralizujący dla głosujących i fatalny w skutkach dla państwa – Brexit wygrał. Owszem, nienaruszalny konsensus nie drgnął ani o milimetr, jednak w międzyczasie cały kraj ruszył w nieznane.

Również w naszym kraju pewną popularnością wśród środowisk opiniotwórczych cieszy się pogląd, że nadzieja na poprawę warunków bytowych powinna być walutą zakazaną na politycznym i wyborczym bazarku. Takie „schlebianie ludowi” jest bowiem uznawane przez wyrazicieli tego poglądu za populizm, nierozsądne, krótkowzroczne, może nawet nieetyczne rozdawnictwo, które z pewnością musi skończyć się katastrofą budżetową. Konsensus wyrazicieli tego poglądu jest taki, że dokonanie bardziej wyrazistej redystrybucji jest po prostu niemożliwe – a nawet jeżeli możliwe, to przypomina ignorowanie sił grawitacji: po początkowym impecie dobrych chęci musi nastąpić bolesne sprowadzenie na ziemię. Doskonałym przykładem tego typu przekonań jest kwestia wprowadzenia dodatku 500+. Zwolennik konsensusu „ludzi rozsądnych” powie, że 500+ jest pustą obietnicą, która nie może być zrealizowana. Kiedy już ta obietnica się zrealizuje, z równą pewnością stwierdzi, że jest to tylko świetny aprioryczny dowód nadchodzącej katastrofy (…bo przecież jest niemożliwe).

Tego typu logika towarzyszyła również przez ostatnie dwie kadencje kręgom, które w swoim mniemaniu były środowiskiem zaplecza intelektualnego bliskiego rządowi. W praktyce (zwrócił na to uwagę m.in. Robert Krasowski) rządy PO-PSL niespecjalnie czerpały z rad liberalnych intelektualistów. Niewielki zwrot w stronę bardziej prospołecznej polityki mógłby być mocniejszy, ale powstrzymywały go wcale nie dobre rady zwolenników konsensusu, lecz obawa o reakcję Komisji Europejskiej wobec kraju w procedurze nadmiernego deficytu. Można z dużym prawdopodobieństwem założyć, że bez zagrożenia sankcjami KE nie doszłoby do cięć i deflacyjnej polityki lat 2012-13, na co wskazywać może także nazwanie przez byłego premiera Tuska wyczynowych reformatorów mianem „doktrynerów, eksperymentatorów, wariatów”.

Jakie dobre rady oferowali liberałowie (na łamach np. „Liberte” lub działu opinii „Wyborczej”) poprzedniej koalicji? Skończenie z polityką „ciepłej wody w kranie” i zabranie się za konieczne, niepopularne reformy. Mniej rozdawnictwa, zabranie się za „przywileje”, koniec urabiania społeczeństwa drobnymi prezentami, szarpnięcie cugli liberalizmu. Dlaczego? Bo takie postępowanie jest konieczne, a każde inne musi się skończyć katastrofą. Radom towarzyszyły przestrogi: jeżeli nie weźmiesz się, rządzie, za rozbuchane socjalne wydatki i przywileje, nie zrobisz „reformy finansów publicznych” (tj. drastycznych cięć budżetowych), jeżeli nie zmniejszysz obciążeń przedsiębiorców – będzie źle!

Oczywiście gdyby kierujący poprzednią koalicją stosowali się do dobrych rad życzliwych intelektualistów, skali konsolidacji władzy mógłby dziś zazdrościć PiS-owi prezydent Turcji Erdogan. Szczęśliwie, sytuacja w Polsce A.D. 2016 jest inna i pomimo wielu niepokojących zjawisk, w zasięgu naszych możliwości zaczyna być stworzenie kraju, w którym społeczeństwu w przeważającej większości żyje się co najmniej znośnie. Potrzeba jednak, by konsensus dotyczący przynajmniej fundamentów społeczno-ekonomicznych był ponadpartyjny, podobnie jak w krajach Europy Zachodniej po II wojnie światowej. Wydaje się, że tak właśnie będzie.

Wbrew wieszczom imposybilizmu, 500+ jest możliwe do sfinansowania w tym i kolejnym roku. Jeżeli rząd na własne życzenie nie rozchwieje budżetu, to przy progresywnych przesunięciach w podatku PIT uda się uczynić 500+ programem permanentnym, z którego nie zrezygnują również kolejne ekipy. W międzyczasie, dzięki efektom poprawy ekonomicznej sytuacji mniej zamożnych Polaków, możliwe będzie nie tylko takie zwiększenie spójności i stabilności społecznej, jakie wykluczy organizowanie impulsu zbiorowego przez mrzonki typu „Polexit” czy wojenki kulturowe, ale i umożliwi zbudowanie zaangażowanego, dobrze poinformowanego społeczeństwa obywatelskiego. Aby dobrze wykorzystać tę nadarzającą się historyczną okazję, warto uczyć się na błędach cudzych i własnych. I wyciągać z nich wnioski.

Lewica bez państwa, państwo bez lewicy

Wiem, co środowiska lewicowe w Polsce myślą o kapitalizmie, miejskim aktywizmie, mniejszościach seksualnych, zmianie klimatu, Kościele katolickim, ksenofobii, eksmisjach, marksizmie, Antonim Macierewiczu, prekariacie, weganizmie, skłotersach, a nawet o piłce nożnej. To dobrze. Nie wiem za to, co wiedzą o instytucjach publicznych i jak je rozumieją. I dostrzegam w tym pewien problem.

Pozwólmy sobie na śmiałe ćwiczenie wyobraźni. Za osiem, może dwanaście lat lewicowa partia wygrywa wybory parlamentarne i dochodzi do władzy. Do obsadzenia są nie tylko najwyższe urzędy ministerialne i miękkie fotele prezesów/prezesek spółek skarbu państwa. Okazuje się, że trzeba zarządzać całym aparatem administracyjnym III Rzeczpospolitej po plus/minus dwudziestu latach sterowania nim przez ugrupowania prawicowe. Trzeba zająć się nie tylko ministerstwem pracy i polityki społecznej, ochroną zdrowia i mieszkalnictwem, nie tylko resortami siłowymi, ale również Instytutem Pamięci Narodowej. Dodajmy do tego, że zwycięska lewica będzie musiała także spróbować zyskać choć częściową kontrolę nad agencjami obsługującymi wieś, przeniknąć mechanizmy działania tego, co zostanie ze służby cywilnej i licznych instytucji, takich jak terenowe oddziały Sanepidu, które dzisiaj właściwie dla nikogo nie istnieją. Wtedy przyjdzie także układać sobie relacje z sądownictwem i prokuratorami, z publicznymi mediami, celnikami.

W publicystycznym skrócie: wyobraźmy sobie zatem moment, gdy lewica znów odpowiada za kształt rodzimej rzeczywistości. I do listy lektur koniecznie musi dodać pozycję Maxa Webera o biurokracji. To już nie miejski aktywizm, nie polityka na szczeblu samorządowo-lokalnym, już nie ruchy protestu, panele dyskusyjne, pikiety i marsze, skłoty, prekariacki/inteligencki żywot, już nie debata akademicka. To już nie tylko związki zawodowe jako ewentualny partner do dyskusji – ale również świat biznesu i ambasad obcych państw, świat giełdy, agencji ratingowych i tajnych służb, które skrupulatnie zbierają materiały na polityków i polityczki krajów sojuszniczych, neutralnych i wrogich. To również pytanie o to, czy – pozwolę sobie na metaforę – rządząca lewica znajdzie współpracowników i kadry, którzy pomogą kłaść i remontować szyny, otwierać dawno zamknięte dworce kolejowe, a może nawet zrobi deglomerację. Właściwie podjęcie już tylko tego jednego zadania byłoby czynem iście rewolucyjnym.

Wiem, stawianie takich pytań latem 2016 roku, gdy debatą publiczną rządzą inne emocje, a nawet najkorzystniejsze dla lewicy słupki sondażowe są warte tyle, co fusy od kawy, zakrawa na ekstrawagancję. Ale naprawdę nigdy dość ćwiczeń z wyobraźni i odrobiny futurologii. Gdy mowa o przewinach Sojuszu, to jednym z ciekawszych, a chyba rzadko poruszanych wątków jest to, że upadek SLD zablokował środowiskom lewicowym kontakt z państwem jako rzeczywistością (bez)rozumną. Obecnie wiedza o państwie polskim, ta wiedza rzeczywista, czyli w większości kuluarowo-towarzysko-strukturalna, jest właściwie w depozycie prawicy (w jej nurcie są w zasadzie także po-PRL-owscy ludowcy czyli PSL) i coraz mniej licznych reprezentantów „starej lewicy”. Przypomnę, że premier Belka przestał pełnić swój urząd w październiku 2005 roku. Od ponad dekady coraz mniejsze grono ludzi w jakikolwiek sposób związanych z lewicą ma pogłębiony kontakt z tym, co dzieje się wewnątrz polskich instytucji, z panującymi tam nastrojami, wizjami własnej pracy i państwa, któremu się służy czy też powinno służyć, z realiami pracy wysoko, ale też nisko postawionych i źle opłacanych pracowników.

Po lewej stronie nie ma i właściwie nie może być obecnie żadnego odpowiednika choćby Klubu Jagiellońskiego, czyli instytucji działającej na przecięciu idei, instytucjonalnej praktyki i politycznych znajomości i możliwości – nie ma żadnych wind do strefy realnych politycznych oddziaływań.

Pewien kontakt z instytucjami publicznymi gwarantują młodszym pokoleniom działaczy lewicy związki zawodowe, choć sytuacja jest daleka od doskonałości: ani ZNP, ani OPZZ nie mają dziś przecież w partii Razem silnego partnera politycznego, z którym da się planować jakąkolwiek wiążącą wspólną przyszłość, a z SLD załatwiają swoje interesy od lat własnym sumptem. Póki co jednak świat pracy najemnej zależy w naszej rzeczywistości od woli politycznej tej lub innej opcji centroprawicowej. A choć np. Zieloni czy współczesny PPS nazywają się partiami, to o wiele bliżej im przecież do środowisk społeczeństwa obywatelskiego, klubów polityki nierealnej, niż do świata twardego instytucjonalno-administracyjnego oddziaływania.

Nie piszę tego wszystkiego w tonie protekcjonalnym – uważam to za poważne wyzwanie i ogromne zagrożenie: lewicy grozi swoisty „trend anarchistyczny”, wymuszona bezpaństwowość, instytucjonalny analfabetyzm. W dodatku jest faktem, że instytucjonalnie/organizacyjnie najsilniejszymi reprezentacjami lewicy są dziś związki zawodowe – czyli organizacje i tak przecież słabe jak na standardy ogólnoeuropejskie. Poza tym lewica organizacyjnie to właściwie partyzantka. I to raczej miejska niż wiejska. A Razem jest partią w budowie, która zanim w ogóle wejdzie w przestrzeń zarządzania instytucjami i zawierania z nimi realnych kompromisów czy wymuszania na nich jakiegokolwiek działania, musi dla siebie zdobyć jeszcze dużą część prowincjonalno-pracowniczego elektoratu i trwalsze zaufanie zadłużonej po uszy warstwy aspirującej do klasy średniej. Co gorsza, duża część polskiego społeczeństwa, wraz z przemianami pokoleniowymi, wciąż dryfuje w stronę hybrydy poglądów darwinistyczno-liberalnych i szowinistyczno-wsobnych. A to może blokować lewicowy realny marsz przez instytucje na dłużej niż kolejną dekadę z hakiem. Spójrzmy zresztą prawdzie w oczy: najbardziej opiniotwórcze środowisko młodszej lewicy w Polsce, czyli „Krytyka Polityczna”, nie miało nigdy okazji wystawić własnego kandydata na minister/ministra kultury. A co dopiero mówić o resortach o wiele bardziej upragnionych przez grupy wpływów takich czy innych.

Póki co możemy czytać książki, pisać raporty, uprawiać publicystykę, walczyć o miasta dla mieszkańców, dopominać się o prawa pracownicze, kibicować albo pomstować na 500+. Jest środek lata. Wakacje. Niestety, wakacje lewicy od rzeczywistości w jej twardej instytucjonalnej osnowie potrwają jeszcze długo. Nie wiem co z tym fantem zrobić, zagajam temat.

Wąskie przełyki

Problemy z płynnością ruchu na wielu odcinkach sieci kolejowej to skutki polityki likwidacji „zbędnych” posterunków ruchowych.

To miał być świetny sposób na oszczędności: wraz z przekształceniem stacji w przystanek znikają koszty związane z konserwacją urządzeń sterowania ruchem oraz utrzymaniem rozjazdów, torów dodatkowych i nastawni. Każda stacja przekształcona w przystanek to ponadto obcięcie przynajmniej czterech etatów dyżurnych ruchu.

Polityka likwidacji „zbędnych” posterunków ruchu jest prowadzona na polskiej kolei konsekwentnie od ponad dwóch dekad: gdy po zmianie rozkładu jazdy okazywało się, że planowo na danej stacji nie mijają się pociągi, wówczas zapadała decyzja o jej przekształceniu w przystanek. W ten sposób zdegradowano setki stacji w całej Polsce. Dziś za te oszczędności przychodzi płacić wysoką cenę.

Stacje uznane za zbędne

Na liniach jednotorowych – w wyniku przekształceń „zbędnych” stacji w przystanki – powstały nawet kilkudziesięciokilometrowe odcinki bez możliwości minięcia się pociągów. Trudno w tej sytuacji mówić o wąskich gardłach – to już całe wąskie przełyki na sieci zarządzanej przez spółkę PKP Polskie Linie Kolejowe.

Jeden z najdłuższych wąskich przełyków powstał na linii Olsztyn – Ełk, na której – po zdegradowaniu stacji Ruciane-Nida – nie ma żadnego punktu umożliwiającego minięcie się pociągów na 57-kilometrowym odcinku między stacjami Szczytno i Pisz. Wjazd jednego pociągu na ten szlak na przynajmniej 75 minut blokuje go dla innych składów.

Pociągi nigdzie nie mogą mijać się na liczącym 43 km odcinku między Opolem a Kluczborkiem. To efekt tego, że leżąca w połowie drogi stacja Jełowa została uznana za zbędną i przekształcona w przystanek. Z kolei po zdegradowaniu stacji Grodków Śląski, a wcześniej także stacji Lipowa Śląska i Chróścina Nyska, żadnej możliwości minięcia się pociągów nie ma już na całej 47-kilometrowej linii Brzeg – Nysa.

Znikająca przepustowość

Wieloletnia polityka przekształcania „zbędnych” stacji w przystanki doprowadziła do problemów z płynnością ruchu na polskiej kolei. To jeden z wniosków „Analizy odcinków sieci kolejowej o ograniczonej przepustowości”, stworzonej przez Urząd Transportu Kolejowego w czerwcu 2016 r.

Na problem ograniczonej przepustowości najbardziej narażone są odcinki sieci kolejowej, na których pociągi poruszają się po jednym torze w obu kierunkach – czytamy w analizie UTK. – W Polsce często likwidowane były miejsca, w których pociągi mogą się mijać, co dodatkowo zmniejsza przepustowość odcinków jednotorowych.

Dokument opracowano po zebraniu od przewoźników pasażerskich i towarowych informacji o tym, gdzie na sieci kolejowej borykają się najpoważniejszymi problemami z przepustowością. Wśród wskazań jest linia Olsztyn – Działdowo, składająca się na ciąg łączący stolicę województwa warmińsko-mazurskiego z Warszawą. Jak czytamy w analizie UTK, na tej jednotorowej linii problem z przepustowością wynika z małej liczby stacji umożliwiających mijanie się pociągów. W ciągu minionych dziesięciu lat spółka PKP PLK zlikwidowała między Olsztynem i Działdowem dwa takie punkty: Waplewo oraz Komorniki.

Modernizacja na gorsze

Przewoźnicy zwracają uwagę na trudności z zaspokojeniem potrzeb przewozowych na ciągu łączącym Legnicę z Żaganiem i Żarami. W 2014 r., po degradacji stacji Modła, powstał na tej linii 24-kilometrowy wąski przełyk między Rokitkami i Lesznem Górnym.

Również w 2014 r. zapadła decyzja o przekształceniu w przystanek stacji Lotyń, położonej na jednotorowej linii Poznań – Kołobrzeg. Dziś przewoźnicy wskazują, że skutkiem są utrudnienia przy konstruowaniu rozkładu jazdy dla tego ciągu. Degradacje stacji ograniczają też możliwości bieżącej zmiany miejsca mijania się pociągów w przypadku wystąpienia opóźnień.

Gdy dwa lata temu stacja Lotyń została uznana za zbędną, urzędnicy samorządu województwa zachodniopomorskiego w oficjalnym wystąpieniu określili to kolejnym już dyskusyjnym działaniem spółki PKP PLK po degradacji w 2011 r. stacji Sycewice na jednotorowym ciągu Trójmiasto – Szczecin.

Przewoźnicy wskazują, że problemy występują także na liniach, które niedawno przeszły modernizację. Mowa między innymi o ciągu Piła – Szczecin z liczącym aż 44 km wąskim przełykiem między Wałczem i Kaliszem Pomorskim. Zrealizowane w latach 2010-2012 prace modernizacyjne nie objęły bowiem odtworzenia stacji pośredniej Tuczno Krajeńskie. Z kolei w węźle łódzkim w ramach modernizacji… zlikwidowano wszystkie mijanki na jednotorowej linii Łódź Widzew – Zgierz.

Zemsta niepotrzebnych stacji

Spółki towarowe alarmują, że wskutek likwidacji mijanki Raczyce na ciągu Kielce – Staszów powstał 26-kilometrowy odcinek, na którym nie ma możliwości minięcia się składów. Utrudnia to kursowanie pociągów z węglem i biomasą do elektrowni Połaniec.

W 2009 r. do roli przystanków zostały zdegradowane stacje Dalekie i Gierwaty, co mocno obniżyło przepustowość linii Tłuszcz – Ostrołęka. Zemściło się to utrudnieniami w wyznaczaniu objazdów dla składów towarowych podczas modernizacji linii Warszawa – Białystok. Stacja Gierwaty po czterech latach od degradacji została więc odtworzona i dziś znów mijają się tu pociągi. Podobnych przypadków jest jednak niewiele. W 2015 r. spółka PKP PLK przywróciła dawną rolę zdegradowanym wcześniej stacjom Gregorowce (linia Białystok – Czeremcha) oraz Wilkołaz (linia Lublin – Stalowa Wola Rozwadów)

Odtworzenie „zbędnych” posterunków, które jednak okazują się potrzebne, wymaga dużych nakładów. Jeśli bowiem urządzeń z degradowanych posterunków nie zabrano, by uzupełnić braki na czynnych stacjach, to porzucono je na pastwę wandali i złodziei.

Według szacunków Andrzeja Jezierskiego podanych w biuletynie „Na rozjazdach”, odbudowa jednej stacji kosztuje przeciętnie tyle, ile jej utrzymanie przez dziesięć lat.

Tekst pierwotnie ukazał się w dwumiesięczniku „Z Biegiem Szyn”, nr 4/84 (lipiec-sierpień 2016)
www.zbs.net.pl

Liberalny inteligent patrzy na 500+

Szeroko rozumiane media liberalne zalała fala materiałów mających podważyć sensowność programu Rodzina 500+. Teksty te jednak zaskakująco niewiele mówią o samym programie, za to całkiem sporo o ich autorach i odbiorcach, do których były w zamierzeniu kierowane.

Gdy obserwujemy dyskusję o pierwszych efektach 500+, łatwo dostrzec ewidentne podwójne standardy reprezentowane przez intelektualistów z liberalnej strony polskiej debaty publicznej. Ludzie, którzy w stosunku do przybywającego z zewnątrz „innego” potrafią się zdobyć na bardzo daleko idącą wyrozumiałość, nawet jeśli ten „inny” jest wyraźnie tradycyjny, nie są już w stanie wykrzesać z siebie podobnej empatii w stosunku do „innego” z ich własnej wspólnoty. Zatem gdy mowa o uchodźcach z Syrii, wsparcie w postaci transferów pieniężnych, i to często większych niż „500+”, nie razi, ale jest oczywistym sposobem pomocy osobom w potrzebie. Przybywającym do Europy imigrantom z Afryki i Bliskiego Wschodu nie odmawia się pracowitości, a na argumenty, że na Zachodzie stanowią największe grupy pobierające zasiłki, zauważa się, zresztą całkowicie słusznie, że to nic dziwnego, gdyż siłą rzeczy imigranci, nie będąc u siebie, zasilają dolne warstwy społeczne. Bulwersujące przypadki zachowań części imigrantów kwituje się stwierdzeniem, że nie można wyciągać daleko idących wniosków z pojedynczych wydarzeń, co jest zupełnie zrozumiałe, bo trudno oceniać tak wielką masę osób przez pryzmat grupy najbardziej rzucającej się w oczy. Niestety to zdroworozsądkowe podejście zupełnie znika, gdy nasz rodzimy liberał patrzy na Polaka z dolnych warstw społecznych. Empatii tu już nie uświadczysz, zapomnieć też trzeba o tolerancji dla odmienności i odmiennego stylu życia. W stosunku do „innego” rodaka pozostaje już tylko słabo skrywana niechęć, żeby nie nazwać tego ostrzej.

Okazuje się zatem, że transfery pieniężne akurat na ubogich Polaków działają wyjątkowo destrukcyjnie. „Obywatele 500+” przestają chcieć pracować przy zbiorach truskawek za 1,50 zł od koszyka („Wyborcza”), a plantatorzy borówek nie mogą znaleźć rąk do pracy („Polityka”). Okazuje się, że polski „inny”, mając zapewnione stałe wpływy w postaci zasiłku, woli zostać w domu z trójką dzieci i leżeć na kanapie („Wyborcza”). I to najpewniej dokumentnie zalany, gdyż, jak pokazują 3 (słownie: trzy) przypadki ze 115-tysięcznego Włocławka, w całym kraju rodzice ze społecznych dołów przepijają zasiłki na dziecko („Na Temat”). A na tej całej degrengoladzie cierpi rynek pracy oraz prężni rodzimi plantatorzy owoców, którzy nie mogą znaleźć rąk do pracy i najpewniej będą musieli zwinąć interes.

Bardzo znamienne jest, że w tym lamencie nad rodzimymi plantatorami, który przetoczył się przez niektóre czołowe media, nikt jakoś specjalnie nie zwrócił uwagi na najprostsze rozwiązanie: podwyżkę pensji zbierających owoce. W końcu beneficjenci 500+, którzy nie palą się już specjalnie do katowania swoich kręgosłupów przy zbieraniu truskawek czy borówek, nie stali się nagle wyjątkowo leniwi, tylko po prostu taka harówka przestała im się ekonomicznie opłacać. Każdy człowiek ma w genach dążenie do poprawy swojego bytu i nieważne, czy jest mieszkańcem Wałbrzycha, czy Aleppo (chociaż nasze liberalne elity potrafią to dostrzec tylko w tym drugim), jednak gdy dostępne opcje zupełnie nie są warte zachodu, to racjonalnie jest te starania na jakiś czas zarzucić. Niestety plantatorzy sprzedają swoje produkty tak tanio, że nie mają już wolnych środków, które mogliby przeznaczyć na podwyżki i jednocześnie wyjść przy tym na swoje. Gdy podczas dyskusji na twitterze zwróciłem uwagę, że przecież mogliby podnieść ceny, otrzymałem informację zwrotną w postaci komentarzy w stylu „kto by je wtedy kupił”, „i tak już są po 5 zł za kilo” itd.

I z tak ze sprawy, wydawałoby się, trywialnej, jak kłopoty polskich sadowników ze znalezieniem rąk do pracy, wyłania się prawdziwy obraz porządku społecznego, który stworzyliśmy. Okazuje się, że możemy sobie pozwolić na truskawki tylko dlatego, że część naszych rodaków pracuje za półdarmo. Oczywiście truskawki to tylko symbol – to samo można powiedzieć o tanich produktach z hipermarketów kasowanych przez bardzo źle wynagradzane kasjerki, dzięki czemu mamy np. tańszą musztardę. Możliwość konsumpcji na jako takim poziomie została przez nasze społeczeństwo okupiona tym, że część z nas została pozbawiona godności, ciężko pracując za tak niskie pieniądze, iż nawet 500-złotowy zasiłek na dziecko jest dla ich pracy konkurencyjny. Widać też, jak trywialne są prawdziwe motywacje dla oburzenia naszych intelektualistów, rzekomo walczących o wartości i imponderabilia, a tak naprawdę kierujących się maksymą: „tak, macie pracować za marne pieniądze, bo my chcemy mieć tanie truskawki”.

A przecież wcale nie musi tak nadal być. Wzrost pensji tych zbierających borówki czy innych najgorzej wynagradzanych pracowników nie spowoduje żadnego dramatu gospodarczego. Wręcz przeciwnie, jest bardzo pożądany. Weźmy za przykład owe truskawki, o które było tyle lamentu. Po pierwsze, koszty pracy to tylko część całkowitych kosztów produkcji, więc nawet gdyby plantatorzy musieli podnieść zarobki dwukrotnie, to ich produkt zdrożałby co najwyżej o 1/3. Trudno podejrzewać, że wzrost ceny truskawek o 1,5-2 zł na kilogramie nagle spowoduje, że Polacy masowo przestaną kupować owoce, które wyjątkowo lubią. Nie przerzucą się też chociażby na sprowadzane mrożonki, gdyż te są zwyczajnie gorszej jakości, a w przypadku owoców świeżość ma ogromne znaczenie. Również wśród odbiorców korporacyjnych (masowi detaliści, producenci przetworów) zmiana dostawcy na zagranicznego nie musi nastąpić – w końcu import zawsze wiąże się z kosztami transakcyjnymi, które „zjadają” korzyści z niższej ceny. Tym bardziej w przypadku owoców, które łatwo się psują. Gdyby import tańszych odpowiedników był taki oczywisty, to nikt by nie sadził truskawek np. w Holandii czy w Niemczech, gdzie koszty pracy są dużo wyższe niż w Polsce. Powyższy wywód dotyczy truskawek, ale można go odnieść do prawie każdego obszaru działalności. Rzekoma konieczność utrzymania niskiej ceny stanowi jedynie alibi dla producentów wolących wymuszać niskie płace na pracownikach, niż twardo negocjować wyższą cenę z odbiorcami, których pozycja negocjacyjna jest dużo wyższa.

Tymczasem wzrost płac najniżej wynagradzanych Polaków opłaci się także tym, którzy przed podniesieniem ich pensji bronią się obecnie rękami i nogami. W końcu będzie to oznaczało, że włączymy w wymianę rynkową tych, którzy obecnie są z niej wykluczeni. A to oznacza poszerzenie bazy popytowej i to na jej dole, czyli w sposób najbardziej opłacalny z punktu widzenia rodzimych producentów. To właśnie klienci z dołów społecznych wydają całe swoje dochody (nie starcza im na odkładanie), robią to w kraju (nie stać ich na zagraniczne zakupy), i to na najczęściej na wyroby krajowe, gdyż te są z reguły tańsze, a wśród zakupów najuboższych dominują produkty podstawowe, które zwykle dostarczane są przez producentów krajowych. Inaczej mówiąc, być może truskawki nieco zdrożeją, ale okaże się, że po raz pierwszy w życiu będą je mogli w końcu kupić ci, którzy je zbierają. Tak więc sadownicy odbiją sobie wzrost płac wzrostem popytu.

Trudno też na poważnie brać doniesienia o przepijaniu 500+. Informacja o trzech przypadkach libacji za 500+ w 115-tysięcznym Włocławku, która miała być dowodem na degenerujący wpływ zasiłku na Polaków, tak naprawdę pokazuje tylko, że jest to zjawisko marginalne. Oczywiście media nie pokażą tych tysięcy rodzin, którym wsparcie na dzieci pomogło autentycznie podnieść poziom życia, lecz skupią się na kilku bulwersujących przypadkach marnotrawstwa. Jednak nie zmienia to faktu, że bez wątpienia tych pierwszych jest nieporównywalnie więcej. Czy mamy rezygnować z pomocy tysiącom potrzebującym tylko dlatego, że załapie się na nią przy okazji również paru pijaczków? Czy zamiast kreować politykę społeczną z myślą o zdecydowanej większości ciężko pracujących Polaków, mamy ją dostosowywać do wąskiego marginesu?

Sens idei wsparcia socjalnego często tłumaczy się metaforą. Wyobraźmy sobie, że jest pożar, a my mamy do dyspozycji tylko ograniczone źródło wody i przeciekające wiadro. Czy w takim przypadku zrezygnujemy z próby ugaszenia ognia tylko dlatego, że część wody wycieknie i się zmarnuje?

No cóż, osobiście wolę, żeby drobna część naszych podatków sfinansowała wódkę dla kilku pijaczyn, jeśli dzięki temu tysiące polskich rodzin podniesie swój standard życia. Wolę też zapłacić trochę więcej za truskawki, jeśli dzięki temu część moich rodaków będzie miała nieco bardziej godne pensje. Oczywiście polscy wykorzenieni intelektualiści nie zdzierżą tej świadomości, ale kto by się tym przejmował. Święte oburzenie liberalnego inteligenta jest równie interesujące, co libacja we Włocławku.

Mniej pracy, więcej czasu

Feministyczne media pełne są komunałów, które zasadzają się na opłakiwaniu faktu, że „ograniczenie czasowe” trzyma kobiety w szachu i zmusza je do wykonywania podwójnych obowiązków: rodzicielskich i zawodowych. Oferowane przez owe media rozwiązanie problemu sprowadza się jednak często po prostu do podjęcia większej ilości pracy. „Nie trać z oczu swoich celów!”, „Zegnij kark!” – tak, jak gdyby wyzwolenie było ostatnim z punktów na codziennej liście rzeczy do zrobienia. Pytanie „Czy kobiety mogą mieć wszystko?” sprowadza dziesięciolecia frustracji i wyczerpania do banalnej kwestii lepszego planowania – w jaki sposób kobiety mogą pogodzić niekończący się dzień pracy z przypadającą na nie, konieczną do wykonania, lwią częścią obowiązków domowych i rodzicielskich?

Żaden z tych wyborów nie jest sam w sobie wysoce pożądany, a połączone – stają się nie do zniesienia. Życie nie powinno sprowadzać się do szukania równowagi pomiędzy płatną pracą najemną a obowiązkami domowymi, a więc pomiędzy pracą a pracą. Jeśli zamiast tego dążymy do rozwiązania problemu „ograniczenia czasowego”, powinnyśmy sięgnąć po niewyobrażalne: poprosić o więcej czasu.

Jak pisze w swoim raporcie z 2013 r. Economic Policy Institute, pomiędzy rokiem 1979 a 2007 roczna liczba godzin pracy przeciętnego pracownika wzrosła o 181 – a więc każdy pracujący dorosły bierze na siebie dodatkowe cztery i pół tygodnia pracy rocznie. Jednocześnie pensje stanęły w miejscu. Wydłużony płatny urlop czy nawet urlop macierzyński wciąż nie są dostępne dla wielu Amerykanów i Amerykanek. Większość pracy uważanej za zbyt nieistotną, by ją opłacać – a więc opieka nad dziećmi i stałe obowiązki domowe – pozostała głównie w sferze odpowiedzialności kobiet, którym nie rekompensuje się poświęconego na nią czasu. Te rodzaje odpowiedzialności sumują się. Przeciętna Amerykanka poświęca dziennie ponad dwie i pół godziny na prace domowe i opiekuńcze; co oznacza 42 dni w roku poświęcone na wysiłek bez wynagrodzenia. Nawet dzieci nie umkną przed trendem kurczenia się czasu. Liczba godzin, które muszą poświęcić na odrabianie prac domowych, wzrosła od 1981 r. o 51 procent.

W odpowiedzi możemy zacząć wyobrażać sobie świat bez pracy – a przynajmniej z dużo mniejszą jej ilością. Propozycja podarowania sobie większej ilości czasu silnie zaakcentowana została przez Kathi Weeks w jej książce „The Problem with Work”. Aby pełniej zaprezentować swoją wizję, Weeks proponuje ponowne przeanalizowanie idei powszechnego dochodu podstawowego. Była to popularna w latach 70. XX wieku propozycja, wspierana przez pracowników służb społecznych i do pewnego stopnia przez gabinet Nixona, a polegała na zagwarantowaniu każdemu dorosłemu obywatelowi określonej sumy pieniędzy rocznie, bez względu na to, czy jest on, czy nie jest zatrudniony. Pieniądze te byłyby dystrybuowane przez rząd po równo pomiędzy wszystkimi dorosłymi obywatelami – raz na miesiąc lub raz na rok. Nie stawiano by żadnych wstępnych warunków uzyskania wsparcia. Przyznana suma nie różniłaby się ze względu na liczbę osób w rodzinie, stan cywilny czy wykształcenie lub pensję beneficjenta.

Dochód podstawowy oznacza zapewnienie społeczeństwu minimalnego standardu życia. Choć nie jest on odpowiednikiem wynagrodzenia za pracę ani nie jest wystarczająco wysoki, by je zastąpić, byłby dobrym pierwszym krokiem na drodze ku wytępieniu ubóstwa i zmniejszeniu nierówności społecznych. Różne rodzaje dochodu podstawowego były z sukcesem wdrażane w różnych krajach. Na przykład w Brazylii około jedna czwarta obywateli została objęta programem Bolsa Família, którego celem jest zapewnienie dorosłym osobom bezpośrednich transferów gotówki. Programy pilotażowe wdrażano w tak różnych miejscach, jak Namibia czy kanadyjska prowincja Manitoba. Właściwie pewna forma dochodu podstawowego już istnieje w Stanach Zjednoczonych: od 1976 r. mieszkańcy stanu Alaska otrzymują roczne udziały w dochodach, jakie stan uzyskuje z tytułu wydobycia ropy naftowej. Wspomniane programy te wykazały, że jakość życia objętych nimi obywateli poprawia się – w ciągu dziesięciu lat obowiązywania Bolsa Família liczba Brazylijczyków żyjących w nędzy zmalała o połowę. Pilotaż prowadzony w Manitobie pokazał, że polityka ta wiąże się nie tylko z poprawą sytuacji finansowej, ale również ze wzrostem liczby osób kończących szkołę średnią i zmniejszeniem przypadków hospitalizacji. To chyba nic dziwnego, że idea dochodu podstawowego zyskuje na popularności. Holenderskie miasto Utrecht niedawno ogłosiło, że zamierza podjąć eksperyment z wypłacaniem takiego wsparcia. W Stanach Zjednoczonych dochód podstawowy jest promowany nie tylko przez lewicę, ale także przez niektóre środowiska prawicowe.

Takie wsparcie oznaczałoby zaoferowanie obywatelowi siatki bezpieczeństwa socjalnego – co jest wyjątkowo ważne w czasach braku stabilności gospodarczej. Zmieniłoby także jego życie na wiele innych sposobów i podniosłoby jego jakość. Dochód podstawowy zagwarantowałby beneficjentom finansową wypłacalność, bez względu na rodzaj wykonywanej pracy, status ekonomiczny i zatrudnienie. Oferując pewną kwotę bez żadnych warunków, bez wymogu pracy czy kształcenia się, dochód podstawowy oznaczał będzie wsparcie finansowe bez stygmatyzacji, a więc nową jakość w kontraście do obecnie obowiązującego systemu welfare-to-work [„opieka społeczna skłaniająca do podjęcia pracy” – przyp. tłum.]. Co więcej, przyznając obywatelom pieniądze, które nie pochodzą bezpośrednio z ich pensji, obdarowujemy ich także wolnością i autonomią niezależną od pracy najemnej. Jeśli dodamy do tego skrócenie tygodnia pracy, okaże się, że jednostki, aby przetrwać, nie będą musiały być aż tak zależne od swojej pracy. Da im to pole do rozwijania zainteresowań i umiejętności niezwiązanych z pracą. Może to także oznaczać dla nich więcej czasu dla siebie.

Krytycy dochodu podstawowego twierdzą, że przyznawane bezwarunkowo wsparcie gotówkowe nie jest żadnym zastępstwem silnego systemu opieki społecznej, a więc dochód podstawowy nie może być jedynym rodzajem oferowanego wsparcia. Przekazywana kwota musiałaby być znaczna, jednak nie tak duża, by cierpiały na jej „zabieraniu” istniejące już programy wsparcia społecznego, takie jak opieka zdrowotna czy edukacja. Ponadto, choć pieniądze te uczyniłyby wiele dobrego na polu uniezależnienia obywateli od pracy najemnej, sam w sobie dochód podstawowy nie rozwiązałby kwestii nierównego podziału ciężaru opieki i obowiązków domowych między kobietami a mężczyznami. Badania przeprowadzone w krajach nordyckich sugerują, że ślepa na płeć redystrybucja dochodu, pozbawiona specjalnych zachęt, może nie przynieść wzrostu poziomu równości pomiędzy płciami; jeśli tę samą sumę otrzymuje się za oglądanie telewizji i opiekę nad dzieckiem, jednostka może wybrać tę pierwszą możliwość. To powód, dla którego wprowadzenie powszechnego dochodu podstawowego nie może być jedyną zmianą – wspierane przez państwo instytucje opieki nad dziećmi byłyby zobligowane do przejęcia części obowiązków związanych z gospodarstwem domowym.

Przyznajmy zatem, że to faktycznie sposób, by zyskać więcej czasu. Pytaniem staje się więc: czasu na co? Weeks twierdzi, że społecznie i politycznie akceptowalne jest proszenie o czas wyłącznie na dwie rzeczy: pracę i rodzinę. Domaganie się czasu na cokolwiek innego postrzegane jest jako ekstrawaganckie, nierealistyczne, a co gorsza – stanowi dowód lenistwa. Ale życie nie ogranicza się przecież do tych dwóch sfer, a próba zamykania się tylko w ich obrębie oznacza zaniedbanie całości egzystencji.

Myślenie o świecie z większą ilością czasu pociągnie za sobą zmianę o charakterze teoretycznym: w feministycznej koncepcji „lepszego życia” zmieni położenie koncepcji wartości pracy najemnej na mniej centralne. Od czasów drugiej fali feminizmu większość jej przedstawicielek podtrzymuje opinię, że praca najemna poza domem jest dla kobiety drogą do niezależności i wolności. Feministki głównego nurtu często wychwalały miejsce pracy jako przestrzeń, w której kobiety mogą osiągać wielkie rzeczy oraz zachęcały je do poprawiania warunków panujących w tych miejscach za pomocą aktywizmu, profesjonalnego organizowania się czy kampanii prawnych. Wysiłki te poprawiły życie wielu kobiet, gdyż zaoferowano im stabilizację ekonomiczną i możliwości, które niegdyś były dostępne tylko dla mężczyzn.

Ale sama w sobie praca najemna jest wymagająca i ma uciskający charakter – co trudno nazwać wyzwoleniem. Gdy tylko kobiety podjęły zatrudnienie, okazało się, że zawody, które mogą wykonywać, mają niską jakość, są kiepsko płatne, a jednocześnie od pracownic wymaga się więcej niż od pracowników płci męskiej, przy niestabilnych i „dusznych” warunkach pracy. Sama praca nie sprzyja niezależności czy wolności, jeśli jednostka nie może zadecydować, gdzie i w jakich warunkach ją wykonuje. Umieszczając kwestię pracy na czele listy feministycznych żądań, zaciemniamy związane z nią problemy i czynimy się ślepymi na życie istniejące poza nią.

Zamiast tego, rozwijając politykę społeczną i idąc krok za krokiem do przodu, powinniśmy wyobrazić sobie życie, którego praca jest tylko niewielką częścią. Co ludzie zrobiliby ze swoim wolnym czasem? Cokolwiek by chcieli. Więcej wolnego czasu oznaczałoby lepsze i silniejsze przyjaźnie, bardziej udane związki uczuciowe, niewciskane na siłę pomiędzy godziny pracy, zobowiązania rodzinne i sen. Czas pozwoliłby ludziom eksplorować pola własnych zainteresowań i pasji oraz stworzyłby miejsce dla dążeń obywatelskich czy artystycznych. Oznaczałoby to możliwość rozwijania kreatywności i podejmowania ryzyka, ale także zabawę, odpoczynek i „marnowanie” czasu – wszystkie te rzeczy, które wydają się niedostępne, gdy praca zabiera większą część dnia. I, co ważniejsze, więcej czasu oznaczałoby, że nie musielibyśmy wciąż tłumaczyć się ze sposobów jego spędzania. Ludzie nie musieliby już robić różnych rzeczy na czas; mogliby po prostu spędzać go, ciesząc się z życia.

Zamiast walczyć o więcej pracy, powinniśmy skupić się na walce o więcej czasu, który spędzalibyśmy tak, jak nam to odpowiada. Propozycje takie jak gwarantowany dochód podstawowy mogłyby nas skutecznie doprowadzić do tego stanu. Co ważne w kontekście „ograniczenia czasowego”, musimy cały czas pamiętać, co oznacza bycie naprawdę wolnym od przymusu marnej pracy. Powinniśmy mieć na celu pełny wachlarz możliwości, jakie niesie wyzwolenie: tym, czego chcemy, nie jest więcej pracy, ale życie w sposób, jaki nam odpowiada.

Tłumaczenie Magdalena Komuda

Tekst pierwotnie ukazał się w internetowym wydaniu magazynu „Dissent” we wrześniu 2015 r.

Ułuda krótkiego prysznica

Czy ktokolwiek przy zdrowych zmysłach byłby w stanie pomyśleć, że dumpster diving [szukanie pożywienia i przedmiotów codziennego użytku w śmietnikach miejskich – przyp. tłum.] może powstrzymać Hitlera lub że kompostowanie odpadków pomoże znieść niewolnictwo czy doprowadzi do ustanowienia ośmiogodzinnego dnia pracy, że rąbanie drewna czy noszenie wody może uwolnić ludzi z carskich więzień, albo że tańczenie nago wokół ogniska przyczyni się do wprowadzenia aktów praw obywatelskich 1957 i 1964 roku [Civil Rights Act of 1957; Civil Rights Act of 1964 – ustawy Kongresu Stanów Zjednoczonych dotyczące segregacji rasowej i praw wyborczych – przyp. tłumacza]? To dlaczego teraz, gdy stawką jest dobro całego świata, tak wielu ludzi ucieka się do indywidualnych „rozwiązań”?

Częścią problemu jest to, że staliśmy się ofiarami kampanii systematycznej dezorientacji. Kultura konsumpcyjna i kapitalistyczna mentalność nauczyły nas, żebyśmy, zamiast aktów zorganizowanego politycznego oporu, stosowali akty indywidualnej konsumpcji (lub oświecenia), które stanowią jego namiastkę. Film „Niewygodna prawda” pomógł zwrócić uwagę na problem globalnego ocieplenia. Ale czy zauważyliście, że wszystkie rozwiązania w nim proponowane odnosiły się tylko do jednostkowej konsumpcji – wymiana żarówek, dopompowywanie opon, ograniczenie podróży samochodem – i nie miały nic wspólnego z odebraniem władzy korporacjom lub zatrzymaniem niszczącej naszą planetę polityki wzrostu gospodarczego? Nawet gdyby każdy mieszkaniec USA zrobił wszystko, co zostało zaproponowane w filmie, emisja dwutlenku węgla spadłaby tam tylko o 22%. Wśród naukowców panuje przekonanie, że emisje te muszą zostać zredukowane przynajmniej o 75% w skali globu.

Porozmawiajmy może o wodzie. Tak często słyszy się o jej niedostatku na świecie. Ludzie umierają z braku wody. Następuje wysychanie rzek spowodowane jej brakiem. Dlatego też powinniśmy brać krótsze prysznice. Widzicie tu rozdźwięk? Ponieważ zażywam kąpieli, jestem odpowiedzialny za obniżanie poziomu warstw wodonośnych? Odpowiedź brzmi: nie. Znacząca większość wody zużywanej przez ludzi (ok. 90%) przypada na przemysł i rolnictwo. Pozostałe 10% przypada na użytkowanie komunalne i na indywidualną konsumpcję. Zbiorczo ujmując, pola golfowe zużywają tyle samo wody, co indywidualni odbiorcy. Ludzie, jak i ryby, nie umierają z powodu braku wody na świecie. Umierają, ponieważ woda jest zawłaszczana.

Porozmawiajmy o energii. Kirkpatrick Sale dobrze to podsumował: Przez ostatnich piętnaście lat każdego roku powtarzało się to samo: indywidualna konsumpcja – w mieszkaniu, prywatnym samochodzie itd. – nigdy nie przekracza jednej czwartej udziału w ogólnym zużyciu energii; większość jest pochodzenia komercyjnego, przemysłowego, korporacyjnego, rolniczego i rządowego (zapomniał o potrzebach armii). Więc nawet gdybyśmy wszyscy przesiedli się na rowery i zaczęli ogrzewać domy piecami na drewno, nie miałoby to wpływu na zużycie energii, globalne ocieplenie czy zanieczyszczenie powietrza.

Porozmawiajmy o odpadach. W roku 2005 produkcja odpadów komunalnych na głowę (czyli wszystkiego, co wyrzucamy do kosza) wyniosła w Stanach 750 kg. Umówmy się, że jesteście zagorzałymi aktywistami i zwolennikami prostego stylu życia i liczbę tę redukujecie do zera. Poddajecie recyklingowi wszystko, co się da. Zakupy pakujecie do toreb wielokrotnego użytku. Oddajecie do naprawy zepsute tostery. Palce wystają wam ze starych tenisówek. Ale to nie wszystko. Jako że do odpadów komunalnych wliczają się też odpady biurowe, udajecie się do biur i firm z broszurami na temat recyklingu i przekonujecie ich do takiego zmniejszenia ilości śmieci, by wasz udział w komunalnej produkcji odpadów spadł całkowicie. Cóż, mam dla was złe nowiny. Odpady komunalne stanowią tylko 3% całej produkcji śmieci w Stanach Zjednoczonych.

Chcę postawić sprawę jasno. Nie mówię, że nie powinniśmy żyć prosto. Sam prowadzę dość prosty tryb życia, ale nie udaję, że niekupowanie zbyt wiele (albo ograniczanie podróży samochodem, albo rezygnacja z posiadania dzieci) jest samo w sobie mocnym politycznym aktem lub że jest to działanie rewolucyjne. Bo nie jest. Zmiana osobista nie równa się zmianie społecznej.

Dlaczego więc, szczególnie jeśli stawką jest dalsze funkcjonowanie planety, zaakceptowaliśmy odpowiedzi zupełnie niewyczerpujące problemu? Myślę, że stało się tak dlatego, że znajdujemy się w stanie – umownie rzecz ujmując – wewnętrznego konfliktu psychologicznego, polegającego na tym, że dane nam są różnorakie możliwości, ale nieważne, którą z nich wybierzemy – i tak przegramy, a wycofanie się z gry nie jest opcją. Powinno być już oczywiste, że w tym momencie każde działanie w obrębie industrialnej gospodarki jest destrukcyjne; nie powinniśmy udawać, że np. panele fotowoltaiczne są tutaj wyjątkiem, w dalszym ciągu wymagają one bowiem wydobycia surowców i infrastruktury transportowej na każdym etapie produkcji, a to samo można powiedzieć o każdym innym rodzaju tzw. zielonej technologii. Jeśli więc wybierzemy opcję numer jeden – gorliwy udział w industrialnej gospodarce – to w krótkiej perspektywie czasowej możemy myśleć, że wygraliśmy, ponieważ możemy gromadzić bogactwo będące oznaką „sukcesu” w tej kulturze. Ale tak naprawdę przegrywamy, gdyż wyzbywamy się empatii, współodczuwania, naszego zwierzęcego człowieczeństwa. A przegrywamy tym bardziej jeszcze, że cywilizacja przemysłowa dosłownie zabija planetę, co znaczy, że przegrywają wszyscy. Jeśli wybierzemy opcję „alternatywną”, czyli prostsze życie, czyniąc w ten sposób mniej szkody, ale jednak w dalszym ciągu nie powstrzymując industrialnej gospodarki przed niszczeniem planety, możemy myśleć, że na krótką metę wygraliśmy, ponieważ pozostaliśmy „czyści” i nie wyzbyliśmy się resztek naszej empatii i człowieczeństwa (pozostawiając ich akurat tyle, by móc usprawiedliwić swoją bierność), ale jednak znowu przegrywamy, ponieważ cywilizacja przemysłowa w dalszym ciągu zabija planetę, co znaczy, że wszyscy przegrywają. Trzecia opcja, czyli zdecydowane działanie w celu powstrzymania industrialnej gospodarki, jest możliwością wzbudzającą największy strach z wielu powodów, wśród których wymienić można m.in. fakt, że utracimy niektóre z luksusów (np. elektryczność), do których zdążyliśmy się przywiązać, a także fakt, że ci będący u władzy mogą próbować nas zabić, jeśli uda nam się ograniczyć ich możliwości eksploatacji planety – co w żaden sposób nie zmienia prawdy, że ta opcja jest lepsza niż martwa planeta. Każda z nich jest lepsza niż martwa planeta.

Oprócz tego, że proste życie traktowane jako akt polityczny (w przeciwieństwie do praktykowania go, ponieważ się to po prostu lubi) jest nieskuteczne w przyczynianiu się do zmian niezbędnych dla powstrzymania tej kultury przed niszczeniem Ziemi, wskazać można jeszcze cztery inne problemy związane z tego typu postawą. Pierwszym jest wizja oparta na nieuprawnionym poglądzie, głoszącym, że ludzie w sposób nieunikniony będą niszczyć swoją naturalną podstawę funkcjonowania. Proste życie jako akt polityczny opiera się tylko na redukcji szkód, ignorując zupełnie fakt, że ludzie równie dobrze jak niszczyć, mogą także pomagać Ziemi. Możemy odbudować koryta rzek, usuwać szkodliwe substancje, rozbierać tamy, możemy zakłócać funkcjonowanie systemu politycznego nakierowanego na korzyści bogatych, szkodzić rabunkowemu systemowi gospodarczemu, możemy zniszczyć industrialną gospodarkę, która demontuje prawdziwy, fizycznie istniejący świat.

Drugi problem polega na tym, że wina jest błędnie przypisywana jednostce (i to jednostkom, które są szczególnie bezsilne) zamiast systemowi i tym, którzy rzeczywiście dzierżą w nim władzę. Znowu zacytować można Kirkpatricka Sale’a: Całe to indywidualistyczne poczucie winy na zasadzie „A co ty zrobiłeś dla ratowania Ziemi?” – jest mitem. My jako jednostki nie wywołujemy kryzysów i jako jednostki nie możemy ich rozwiązać.

Trzeci problem polega na akceptacji – charakterystycznego dla kapitalizmu – przedefiniowania naszej roli z obywatela na konsumenta. Akceptując tę redefinicję sprowadzamy dostępne nam formy oporu do kupowania i niekupowania. Obywatele mają zdecydowanie szersze pole manewru w wyborze taktyk oporu: głosowanie lub niebranie udziału w wyborach, ubieganie się o urząd, rozdawanie broszur i ulotek, bojkot, organizowanie się, lobbowanie, demonstracje, a także, gdy rząd staje na drodze rozwojowi życia, wolności i dążenia do szczęścia, mają prawo go zmienić lub wręcz obalić.

Czwarty problem jest taki, że logicznym wynikiem rozumowania opartego na zasadach prostego życia jest konieczność popełnienia samobójstwa. Jeśli każdy akt działania osadzony wewnątrz industrialnej gospodarki jest destrukcyjny, i jeśli chcemy powstrzymać tę destrukcję, jeśli jesteśmy niechętni (lub niezdolni), by zakwestionować (jeśli nie zniszczyć) intelektualne, moralne, ekonomiczne i fizyczne warunki, które sprawiają, że każde działanie jest destrukcją, wtedy możemy uznać, że najmniej szkód wyrządzimy będąc martwymi.

Dobre wieści są jednak takie, ze mamy inne możliwości. Możemy podążyć za przykładem dzielnych aktywistów i działaczy, którzy żyli w czasach wspomnianych wcześniej – Trzeciej Rzeszy, carskiej Rosji, w Stanach Zjednoczonych sprzed Wojny Secesyjnej – którzy zrobili o wiele więcej niż obnoszenie się ze swoją moralną czystością i aktywnie sprzeciwili się otaczającej ich niesprawiedliwości. Możemy wziąć przykład z tych, którzy pamiętali, że rolą aktywisty nie jest sprawne poruszanie się w systemach opresyjnej władzy z zachowaniem jak największej uczciwości, ale raczej stawienie im czoła i doprowadzenie ich do upadku.

Tłum. Filip Gaweł
Tekst pierwotnie ukazał się na stronie internetowej „Orion Magazine” w lipcu 2009 r.